przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 21 stycznia 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Wyniki mnie zadziwiły, chociaż nawet okiem nieprofesjonalisty widać, że ankieta jest zmanipulowana. Na przykład zadano pytanie: „Czy interesujesz się historią ostatniego półwiecza?”, z oczywistym podtekstem „spalić archiwa IPN, bo młodzieży to nie obchodzi”. Jest i tak zdumiewające, że większość, 38% odpowiedziała twierdząco (35% – nie, 27% – trudno powiedzieć). Historią interesują się zawodowi historycy i hobbyści. Moim hobby historia nie jest i miałabym kłopot, jak uczciwie odpowiedzieć na to pytanie. Natomiast chciałabym, aby polską historię zbadali i napisali polscy historycy, a nie polscy politycy wspólnie ze wszystkimi specsłużbami: SB, KGB, CIA, Mossadem lub pod dyktando Ukraińców, Rosjan, Niemców czy Francuzów. „Interesuję się historią”, ponieważ ten oczywisty postulat wciąż uchodzi za dziwactwo, za przejaw jakiegoś „polskiego kompleksu”.
Pytanie „Czy interesujesz się polityką?” – ma jeszcze mniej sensu. Ja np. bardzo się polityką interesuję, ale powinnam odpowiedzieć „nie”. Wyłączam telewizor, gdy słyszę o rywalizacji Olejniczaka i Napieralskiego o przywództwo w partii. Omijam rewelacje o pani senator, której policjanci na stacji PKP kupili i podali na peronie bułkę z szynką. Nie włączam telewizora na kłótnie z udziałem Palikota, Niesiołowskiego, Friszkego i moich byłych przyjaciół z KOR-u. Od czasu, kiedy Premierowi RP rząd pomylił się z piaskownicą i zabrał koledze samolocik, nie słucham i nie oglądam Premiera.
Nie podejmuję się wyjaśnić, dlaczego 53% ankietowanych nie interesuje się polityką i równocześnie 50% głosowałoby na PO. Najprostsze wyjaśnienie: ponieważ PO polityki nie prowadzi – jeży mi włos na głowie. Czyżby młodzi Polacy uważali, że rezygnacja z własnej polityki jest najlepszym sposobem przystosowania się do współczesnego świata? Jeśli tak, to muszę Was kochane kosmopolityczne robaczki rozczarować. Bez oparcia we własnym państwie ciężko żyć obywatelom świata. Wiedzą o tym Polacy, którzy „interesują się historią”. Niepodległość nie jest nikomu dana raz na zawsze. Przekonali się o tym sprytniejsi od Polaków Żydzi i teraz, nie przebierając w środkach, walczą o każdą piędź ziemi swojego państwa.
Najbardziej zdumiało mnie, że 57% Polaków w wieku 15-20 lat spędziło wakacje za granicą. Może Pentor i ja mamy innych znajomych albo praca za granicą pomyliła się z wakacjami? Z drugiej strony, jeśli ktoś nie ma cioci nad morzem a wujka w Zakopanem, to taniej jest wyjechać za granicę. Moi znajomi z gromadą dzieci, babcią i psem wynajmowali domek po słowackiej stronie Tatr, bo lepiej się kalkuluje niż wakacje w Zakopanem. Dzieci ze szkoły podstawowej w Rdziostowie niedaleko Nowego Sącza pierwszy raz zobaczyły morze w „zielonej szkole” w Kołobrzegu, chociaż ich rodzice i starsze rodzeństwo nieustannie kursują do pracy za granicą. 41% Polaków w wieku 15-19 lat pracowało w wakacje, ale pewnie w kraju, ponieważ nawet najbardziej lekkomyślne matki nie wysyłają córek przed maturą do pracy za granicą. W kraju trudno na wakacje za granicą zarobić. Mój siostrzeniec w lecie zbierał puszki po piwie nad Dunajcem i złom z całej okolicy. Zarobił na wyciągi w Rytrze, Wierchomli i Bereście, ale nie na wyjazd na narty w Dolomitach.
Młodzieży z okolic Nowego Sącza niedostępna jest praca w marketach. Duże sklepy zamykane są późno, gdy prywatne busiki już nie kursują i nie ma czym wrócić do domu. Miejska komunikacja nie przekracza rogatek miasta, ponieważ wójt gminy Chełmiec zauważył, że przed każdą wiejską chałupą stoi kilka samochodów. Co to znaczy, wyjaśnię na przykładzie. Rodzina Piotrka, ucznia Technikum Okrętowego, przeprowadziła się z Gdańska do Sopotu-Kamienny Potok. Piotrek narzekał, że to daleko od szkoły, ale bez problemu, czasem dwa razy dziennie, dojeżdża kolejką do Gdańska. Agnieszka mieszka w Klęczanach, 13 km od Nowego Sącza, czyli bliżej miała do swojego Technikum Budowlanego niż Piotrek, ale musiała przenieść się do internatu. Agnieszka wybrała studia z matematyki trochę dlatego, że na tym ekskluzywnym wydziale łatwiej było o stypendium. Teraz stypendiów nie ma, domu studenckiego nie ma i nie ma pociągów na linii Nowy Sącz – Chabówka. To prawdopodobnie mieli na myśli autorzy artykułu pisząc: „Na wszystko co dostawali ich rodzice, oni musieli ciężko zapracować”. Agnieszka pracuje udzielając korepetycji, ponieważ sprzedawać po domach nie potrafi. Chciałam przy okazji przypomnieć, że koleje w Galicji wybudowali nie komuniści, tylko Franciszek Józef, z zawodu cesarz.
Dla 42% młodzieży autorytetem są rodzice. Drugie miejsce (13%) zajmuje Jan Paweł II. Szkoda, że nie padło pytanie o sposób realizacji nauk tych autorytetów. Może dowiedzielibyśmy się czegoś pozytywnego o młodzieży, o jej zainteresowaniach, o wolontariacie lub segregowaniu śmieci, albo wspieraniu International Amnesty czy edukacji dzieci w Afryce. Autorzy piszą, że młodzież „lepiej rozumie kontekst globalny”, ale nic o tym nam nie mówią. Jan Paweł II czwartym światem nazwał tę część społeczeństw w krajach rozwiniętych, która nie uczestniczy w konsumowaniu konfitur globalizacji. Czy ankietowani coś wiedzą o czwartym świecie w Polsce? Istnieje tuż obok, w dolinie Smolnika wpadającego do Dunajca u podnóża Białowodzkiej Góry.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 21 stycznia 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Stary slogan reklamowy powiada, że reklama jest dźwignią handlu. Ale ten niemal mechanicystyczny obraz nie oddaje całej prawdy o współczesnej reklamie. W większym jeszcze stopniu jest ona symbolem baśniowej krainy zamieszkałej przez ludzi, którzy nigdy nie dorosną.
Spore wrażenie robi na mnie zwykle oferta tele-zakupów/tele-sklepów. Produkty tam oferowane to – mówiąc kolokwialnie – najgorszy szajs, łatwo niszczące się gadżety, zachwalane jako niezbędne w każdym gospodarstwie domowym, jako konieczne dla osiągnięcia lepszych rezultatów w pracy i w życiu towarzyskim. Najbardziej fascynuje sposób, w jaki towar ten przedstawiany jest potencjalnym klientom tele-sklepów.
Czas jakiś temu z perwersyjną niemal ciekawością obejrzałem blisko półgodzinną reklamę „laserowego grzebienia”, którego użycie ma cofać proces łysienia. Jak poinformowano potencjalną klientelę, produkt został opracowany w oparciu o nowoczesną technologią powstałą na użytek NASA (sic!). Najwyraźniej amerykański instytut kosmiczny troszczy się o to, by na wypadek bliskiego spotkania III stopnia kosmonauci mieli bujne czupryny. „Laserowy grzebień” mienił się od niebieskich i czerwonych diod, których dobroczynne promieniowanie przywraca rzekomo smutnym panom w tupecikach ich naturalne czupryny. Prowadzący tele-sklep ze starannie wystudiowanym uśmiechem zachwalali niezliczone walory urządzenia, które – w ostatecznym rachunku – przynieść ma nieszczęsnym, łysiejącym osobnikom rozwiązanie dręczących ich problemów, przywrócić fizyczną atrakcyjność i pewność siebie, a w ostateczności dać psychiczne ukojenie i szczęście.
Argument ze szczęścia to zresztą mantra współczesnej reklamy, także tej mniej topornej i kiczowatej niż oferta tele-sklepów. Interesujące, w jaki sposób zwykła gadżetomania, uzależnienie od posiadania coraz to nowych produktów, nieustanna presja na dokonywanie zakupów („po coraz niższej cenie”) łączy się z mniej lub bardziej subtelną sugestią, że cały ten zgiełk po to, by pojmowany jako konsument człowiek znalazł/odzyskał szczęście w swoim życiu. Od farb do włosów po nowy model samochodu, od zwykłej herbaty po kredyt w banku: szantażują nas z ekranów i billboardów szczęśliwi ludzie, którzy chcą nas uczynić na swój obraz i podobieństwo. I nic to, że żaden krem nie zdoła już zapobiec zmarszczkom, nic to, że kredyt mieszkaniowy na trzydzieści lat jest smutną koniecznością, nic to, że gazowany napój prędzej nabawi nas wrzodów, niż przeniesie do krainy fantazji, nic to, że najnowszy model komórki nie rozwiązuje problemów w relacjach z najbliższymi – i tak presja konsumpcji odciska na nas swe piętno, a na pociechę otrzymujemy dawkę pozytywnych emocji, które mają nas utwierdzić w słuszności dokonywanych wyborów. Niby nie ma w tym nic niezwykłego i w zasadzie można przyjąć, że każdy racjonalnie myślący człowiek zdaje sobie sprawę z umowności reklamy. A jednak…
W szkołach, do których uczęszczają moi nieletni krewni, między dziećmi trwa nieustanna rywalizacja o najlepszy, najnowszy model telefonu komórkowego, iPoda, itp. technicznych „uprzyjemniaczy” egzystencji. Oczywiście, ktoś sponsoruje tę dziecięcą rywalizację: rodzice. Socjalizacja, życie społeczne zaczyna się od przyswojenia najprostszej z reguł gry: człowiek jest tym, co ma i na co go stać. Tego typu uogólnienie może wydać się krzywdzące, ale kulturowo jest nie do podważenia. I co ważniejsze, znakomicie obnaża mechanizmy funkcjonowania świata dorosłych.
Dorośli z różnorakich przyczyn zmuszeni są często ukrywać swoje fascynacje gadżetami, czytelnymi znakami stanu posiadania itp., za konwenansami. Nie wypada ani przesadnie ostentacyjnie obnosić się z bogactwem, ani nazbyt wymownie okazywać zazdrości. Status materialny jest zresztą dla osób dorosłych, nie bez racji, znakiem ról społecznych i symbolem odpowiedzialności; trudno tu często rozgraniczyć między infantylnym poczuciem szczęścia, jakie dają przedmioty a ich rzeczywistą wartością użytkową, między majątkowymi, prestiżowymi zależnościami w obrębie grupy znajomych (pani domu szczycąca się na przyjęciu nowym kompletem mebli) a faktyczną potrzebą, np. wymiany sprzętów w gospodarstwie domowym.
Dzieci, ze swoją „naiwnością” i „dziecięctwem” mogą w nieskrępowany sposób, za aprobatą dorosłych licytować się na drobiazgi, wyznaczające ich miejsce w grupie rówieśniczej, poprawiające lub psujące im nastrój. Jest w tym coś naturalnego, czy może ściślej: nieuniknionego. Problem zaczyna się wtedy, gdy za niewypowiedzianym przyzwoleniem dorosłych chęć posiadania prowadzi do kradzieży, rozboju, do kompletnego braku rozróżnienia między wartościami etycznymi a materialnymi, gdy na stałe utrwala się infantylizm jako cecha nie tylko osobnicza, ale społeczna. To zresztą znamienne, jak ludzie majętni od pokoleń w sposób spokojny i zrównoważony potrafią obchodzić się z posiadanym majątkiem, gdy nowobogaccy sprawiają wrażenie, jakby zstąpili na ten ziemski padół łez prosto z Bollywood.
Polacy en masse są społeczeństwem nuworyszy. To, co zachodnie państwa przyswajały – choć przecież nie bez trudu i kryzysów – przez dziesięciolecia, jeśli nie dłużej, w Polsce zdobywa się szybciej, gwałtowniej, z o wiele większą zachłannością, a co za tym idzie, brakiem krytycyzmu. Materialny dobrobyt, w gruncie rzeczy nieodzowny dla prawidłowego funkcjonowania w życiu społecznym, staje się fetyszem, usprawiedliwieniem atomizacji i znieczulicy społecznej, bezrefleksyjnego kultu gospodarki, ekonomicznego darwinizmu. Społeczeństwo dużych dzieci pcha przed sobą wózki wypchane zakupami a później zamyka się w domach, by delektować się swoim dobrobytem (bo „rodzina jest najważniejsza”). Jakie to może mieć konsekwencje dla życia i kultury społecznej, dla jakości instytucji i tzw. demokracji przedstawicielskiej?
Szczęśliwi ludzie nie muszą zadawać sobie takich pytań…
przez Anna Mieszczanek | środa 21 stycznia 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Oczywiście się wzruszyłam. Orkiestra kupiła sprzęt wart sto milionów – złotych czy dolarów, nie zapamiętałam. W każdym razie sprzęt wart bardzo dużo.
Tak jak zaraz po 1989 roku nie wypadało być krytycznym wobec „Gazety Wyborczej”, tak dziś – w pewnych środowiskach, rzecz jasna – nie wypada być krytycznym wobec Orkiestry. Więc, zapewne, spore grono osób nie będzie lubić tego, co zaraz napiszę. Bo Orkiestrę należy kochać i szanować. Co rozumiem, rzecz jasna. Bo jak gra Orkiestra, to czujemy się z nią dobrze – mamy poczucie, że przyczyniamy się wspólnie do czegoś ważnego i dobrego. Czujemy się dobroczyńcami w słusznej sprawie. I lubimy ten stan ducha, no bo dlaczego by inaczej.
Nie wiem, ile wart jest sprzęt, którym dysponują wszystkie polskie szpitale. Też pewnie miliony dolarów. Albo złotych. W każdym razie bardzo dużo.
Kto kupił ten sprzęt?
Kto, wobec tego, jest dobroczyńcą wszystkich tych osób, które dzięki temu sprzętowi zostały wyleczone, uratowane? No, kto?
Kupiono ten sprzęt z pieniędzy budżetowych.
Czyli: kupiliśmy go my wszyscy, ponieważ pieniądze budżetowe biorą się głownie z podatków, które my wszyscy, czyli każdy z nas, płacimy państwu. Państwu, na którego istnienie godzimy się, uznając, że nie ma innego sposobu, aby sprawnie załatwiać sprawy najważniejsze dla istnienia wspólnoty. Miedzy innymi zarządzać pieniędzmi z naszych podatków.
Ponieważ państwo każe nam te podatki płacić, pod rygorami różnymi nieprzyjemnymi, a potem wrzuca je do czarnego budżetowego wora, nad którym mało kto ma kontrolę – nikt z nas nie ma poczucia, że jest co miesiąc dobroczyńca. A jest. Każdy z nas co miesiąc finansuje kawalątek jakiejś szkoły, szpitala, komisariatu policji albo pensji urzędnika skarbowego, który bywa dla nas – petentów – mało miły, żeby użyć sobie takiego eufemizmu.
Ten brak połączenia – w zasadzie w mózgu, ale także w realu – pomiędzy aktem odprowadzenia podatków do urzędu skarbowego a faktem istnienia szpitali, szkół, policji i pensji dla urzędników skarbówki, powoduje, że tak bardzo potrzebujemy Orkiestry z jej wspaniałym czerwonym serduszkiem, żeby poczuć, że zarabiamy pieniądze nie tylko dla siebie, ale także dla Wspólnoty.
Co by się zmieniło, gdyby to połączenie istniało? Proste. Czulibyśmy, wstając co rano z łóżka, że jesteśmy u siebie i że możemy być przyjemnie zadowoleni z tego, co już zrobiliśmy. A również: że możemy wymagać od państwa, żeby naszymi pieniędzmi zarządzało tak, aby było nam przyjemnie z nich korzystać. Żeby szkoła była przyjazna dla dziecka, szpital dla chorego, a urzędnik dla dobroczyńcy.
Dobroczyńcy umęczeni wypełnianiem pitów! No, co właściwie? Łączmy się? Trochę głupio. No to przynajmniej: czujmy się tak, jak na to zasługujemy! Czyli dobrze. Doceniajmy to, co i tak robimy na co dzień, nawet jeśli dziś nie mamy świadomości, że to robimy. A jak ta świadomość zacznie nam towarzyszyć na co dzień – to się dopiero będzie działo!
przez Remigiusz Okraska | środa 21 stycznia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Kryzys gospodarczy ma, a raczej mógłby mieć, oprócz kosztów społecznych, także pozytywne skutki. W przypadku obecnego załamania ekonomicznego nie będzie jednak zapewne tak dobrze, jak mogłoby być. Widać już, że jedyne, na co możemy liczyć, to eskalacja zjawiska, które Noam Chomsky już kilkanaście lat temu nazwał „prywatyzacją zysków i uspołecznieniem kosztów”. Na takim mechanizmie bazuje cała praktyka neoliberalizmu – coraz mniejsza garstka zgarnia coraz większe zyski, natomiast społeczne koszty jej działalności spadają na państwo, a wręcz – wskutek jego demontażu – na nas samych. Bogaci płacą coraz niższe podatki, duże firmy otrzymują wieloletnie ulgi fiskalne, zmniejsza się ich partycypacja w finansowaniu usług publicznych. Samo państwo czyni oszczędności nie na zbrojeniach (ktoś musi przecież dokonywać „misji stabilizacyjnych”, czyli zapewniać koncernom dostęp do tanich surowców w zapalnych regionach świata i gwarantować nowe rynki zbytu), nie na „wspieraniu prywatnej przedsiębiorczości”, lecz na publicznej służbie zdrowia, edukacji, systemie emerytalno-rentowym czy tej części infrastruktury, która służy zwykłym obywatelom, nie zaś globalnym komiwojażerom. Dlaczego gros nakładów na budowę i remonty dróg dotyczy autostrad, tras szybkiego ruchu czy transgranicznych „korytarzy transportowych” itp., nie zaś rozsypujących się i dziurawych dróg na prowincji? Ano dlatego.
To budżet, czyli my wszyscy ponosimy skutki – również finansowe – działań wielkiego biznesu: opłacamy leczenie chorób dróg oddechowych osób zamieszkałych przy trasach, którymi pędzą tiry wypchane towarami albo płacimy za wysiedlenia mieszkańców okolic, które ktoś upatrzył sobie na lokalizację centrum handlowego. Coraz częściej zresztą odmawia się nam prawa do sfinansowania tego z budżetu – płacić mamy i podatki, i dodatkowe haracze. A to przymusowe, jak opłaty za służbę zdrowia czy edukację, a to takie, które wymuszane są szantażami moralnymi: jeśli nie dacie grosza Owsiakowi, to więcej osób umrze w szpitalach wyposażonych ostatnio w latach 60.; jeśli nie kupicie świeczki Caritasu, to bezrobotni nie dostaną zupy; jeśli nie klikniecie w „Pajacyka”, to dzieci z bieszczadzkich wsi nie otrzymają szkolnej wyprawki.
Nawiasem mówiąc, śmiech pusty mnie ogarnia, gdy słyszę wywody, że powrócił XIX-wieczny kapitalizm. W moim rodzinnym mieście XIX-wieczny kapitalista, właściciel potężnych wówczas zakładów bawełnianych, za część swego zysku wybudował z własnej nieprzymuszonej woli nowoczesne wtedy robotnicze osiedle, zajmujące 1/3 obszaru ówczesnego miasta, z łaźnią, domem ludowym, szkołą, parkiem i tanią jadłodajnią, stadionem i siedzibą klubu sportowego, a w środku tegoż osiedla sam zamieszkał w „pałacyku” wielkości dzisiejszej willi kogoś, kto produkuje uszczelki lub plastikowe wiaderka. A teraz pokażcie mi w Polsce robotnicze osiedle wybudowane w ostatnich dwóch dekadach przez Procter & Gamble, Dell, General Motors czy Auchan. Albo menedżera, który mieszka wśród szeregowych pracowników swojej firmy.
Dzisiejszy kryzys gospodarczy jest taki, jak zwykle. Państwo, czyli budżet, czyli my – finansujemy miękkie lądowanie wielkiego biznesu. Tak było zawsze i nie ma nad czym rozdzierać szat. Tzw. wolny rynek w postaci, którą wychwalają dziarscy chłopcy z UPR-u i podobnych sekt, istniał ostatnio na większą skalę we wczesnym średniowieczu – później były już tylko rozmaite formy interwencjonizmu państwowego, bez których prywatny biznes nigdy nie rozwinąłby skrzydeł. Nie musiał to być interwencjonizm typowo gospodarczy – bo wspomniany przykład przemysłowca z mego miasta pokazuje, że i bez niego można na krótką metę robić wielkie pieniądze – jednak jakiś być musiał. Wystarczyło, że zamiast dotacji do przemysłu rząd Jej Królewskiej Mości finansował sprawne kanonierki, które zapewniały brytyjskiej burżuazji „wolny handel” w połowie świata. Bez państwowych armat koszty produkcji i sprzedaży prywatnego masła nie pozwoliłyby zbilansować działalności gospodarczej tak, by wyjść na swoje – i mowa właśnie o dużym biznesie, bo ten działający w skali miasta czy regionu poradziłby sobie jeśli nie bez taniego policjanta, to na pewno bez drogich kanonierek.
Dlatego też nie ma sensu ronić łez nad tym, że państwo w okresie kryzysu jeszcze bardziej wspiera biznes i ratuje mu skórę. Dziś nie tylko nieliczni uczciwi liberałowie, ale także rozmaite środowiska prospołeczne lamentują, że miliony złotych, funtów i dolarów trafiają do na poły zbankrutowanych mędrków, którzy do niedawna uważali, że dzień bez pomstowania na wydatki publiczne jest dniem straconym. Rozumiem, że to musi budzić krytykę, żal czy wręcz wściekłość – gdy „obrońcy podatników” przed „rozdętym państwem” bezczelnie żądają od tegoż państwa i podatników ogromnych dotacji na ratowanie swoich nierentownych biznesów. Niestety, problem ten przypomina kwadraturę koła. Oczywiście niemoralne jest wspieranie takich przedsięwzięć i ich pyszałkowatych właścicieli, ale jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że z ich losami powiązane są losy milionów „szarych ludzi”. Wszelki radykalizm – także ten spod znaku wezwań „ani grosza dla wielkiej finansjery” – ma to do siebie, że świetnie wygląda na papierze, ale w tych wszystkich obrzydliwych wielkich koncernach pracują nasi koledzy, rodziny, znajomi czy wręcz my sami. Problemem nie jest to, że wielki biznes otrzymuje w obliczu kryzysu koło ratunkowe sfinansowane z budżetu. Problem tkwi w tym, że podczas obecnego kryzysu dotacjom nie towarzyszy zmiana filozofii dotyczącej roli państwa.
O ile wielki kryzys przełomu lat 20. i 30. zaowocował zmianą całego paradygmatu gospodarczego i pociągnął za sobą przeobrażenia w polityce państwa, o tyle dziś budżet jest ogołacany przez pogrążone w zapaści prywatne koncerny, które nadal są prywatnymi koncernami, a ich szefowie i finansowani przez nich propagandyści z rozmaitych neoliberalnych think tanków wciąż nadymają policzki i bez umiaru raczą nas swymi mądrościami. Nie dziwię się więc głosom tych, którzy uważają, że kilku facetów z Wall Street i City oraz ich kamerdynerów ze szkoły Miltona Friedmana należałoby raczej dożywotnio zamknąć w ciasnej celi niż wspierać z budżetu. Dzisiejszy kryzys ma bowiem niestety to do siebie, że nie skutkuje żadnymi przemianami ideowymi i systemowymi. Owszem, ktoś tam ponarzeka na niestabilny i ryzykogenny „światowy system finansów”, ktoś zażąda, aby dotowane koncerny raczej ograniczyły zarobki menedżerów niż wyrzuciły na bruk tysiące pracowników, ale poziom refleksji nad zbankrutowanym liberalnym kapitalizmem to popłuczyny po krytyce, jakiej poddano go na przełomie drugiej i trzeciej dekady XX wieku. I to nie tej ze strony „ekstremistów”, „populistów” i „nieodpowiedzialnych krzykaczy”, lecz padającej z ust czołowych przywódców i autorytetów naukowych ówczesnego świata.
Mógłbym tu zacytować nie pozostawiające suchej nitki na liberalnym kapitalizmie wypowiedzi Franklina Delano Roosevelta czy Eugeniusza Kwiatkowskiego, ale zostawię je sobie na inną okazję. Bardziej wymowne, bo odnoszące się do sfery praktyki, wydają mi się dwa przykłady polityki państwa w reakcji na kryzys gospodarczy i nieodpowiedzialne poczynania wielkiego kapitału. Dobrych wzorców nigdy dość.
Pierwszym ciekawym przykładem jest tzw. afera żyrardowska. W Żyrardowie wybudowano w XIX w. wielkie zakłady tkackie, rozwijane przez kolejne dekady do tego stopnia, że tuż przed wybuchem I wojny światowej były największym przedsiębiorstwem tekstylnym na ziemiach zaboru rosyjskiego oraz największym w Europie producentem wyrobów lnianych, cenionym i renomowanym w wielu krajach. Po wojnie szybko odbudowano potencjał produkcyjny fabryki. W 1923 r. zakłady sprzedano francuskiemu konsorcjum. „Inwestor zagraniczny” skorzystał ze sposobności – zaczął prowadzić rabunkową gospodarkę, znacząco zmniejszył zatrudnienie, wykazywał fikcyjne straty, aby uniknąć płacenia podatków, zyski transferował zagranicę, a renomowaną marką sygnował tandetę wyprodukowaną diabli wiedzą gdzie. Zapaść przeżyła nie tylko fabryka, ale także całe miasto, którego dotychczas była sercem. Doszło do konfliktu władz lokalnych z przedsiębiorcą, sprawa stała się głośna w całej Polsce, do Sejmu i władz państwa wpływały odezwy zwracające uwagę na ten problem. Gdy do skutków polityki Francuzów doszły efekty kryzysu gospodarczego, opinia publiczna naciskała na decydentów coraz mocniej. W 1934 r. państwo polskie angażuje się w rozwiązanie problemu – dzieje się to na szczeblu międzynarodowym i owocuje nadwerężeniem stosunków z Francją, nie obywa się bez procesów sądowych, ale po dwóch latach przynosi efekt w postaci de facto nacjonalizacji fabryki, której właścicielem zostaje Państwowy Bank Rolny. Od 1936 r. zakłady dźwigają się z upadku, rośnie produkcja i zatrudnienie, miasto ożywa.
Jeszcze bardziej ciekawy, bo nie mający podłoża prokuratorsko-aferalnego, jest przypadek przejęcia przez państwo łódzkich zakładów włókienniczych Scheiblera-Grohmana. Była to nie tylko ogromna fabryka znana w całej Polsce i Europie, ale niemalże symbol przemysłowej Łodzi, miasta, które powstało właśnie wokół tej i kilku podobnych inwestycji – o imperium Scheiblera mawiano, że to „miasto w mieście”, bo zajmowało 50 hektarów, 1/7 powierzchni drugiego pod względem wielkości ośrodka municypalnego ówczesnej Polski. Socjalista Władysław Broniewski w wierszu o Mieście Włókniarzy, pisał: „Tuczą się Łodzią tłuste Scheiblery…”. Gdy jednak fabryka podupadła wskutek kryzysu gospodarczego, utraciła zdolność kredytową, a zadłużenie wobec skarbu państwa sprawiło, że zarząd nad firmą przejął w 1934 r. państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego. Stefan Bratkowski określił „reanimację” tych zakładów pod państwową kontrolą „najbardziej pouczającym polskim doświadczeniem” tego typu.
Takich przykładów było w okresie pokryzysowym lat 30. znacznie więcej – z bardziej znanych można wspomnieć jeszcze objęcie przez państwo większościowych udziałów w śląskiej Hucie „Pokój” (6 tys. pracowników) czy koncernie „Wspólnota Interesów Górniczo-Hutniczych” (łącznie 27 tys. zatrudnionych). Bez trudu znajdziemy wiele podobnych przykładów z owej epoki w większości rozwiniętych krajów świata. Pokazują one, jak ogromna różnica dzieli dzisiejsze finansowanie lekką rączką upadłych aniołów liberalnego kapitalizmu od ówczesnego przejmowania przez państwo odpowiedzialności za losy obywateli i substancję przemysłową.
Dziś państwo powinno jedną ręką wesprzeć przedsiębiorstwa znajdujące się w kryzysie, a drugą rękę zacisnąć na gardle tych, którzy doprowadzili je do takiego stanu. Bo jeśli ręce z gotówką nie będzie towarzyszyła zaciśnięta pięść, wówczas gdy tylko wielki biznes za nasze pieniądze znów stanie na nogach, zaciśnie na nas swoją neoliberalną pięść. A słabe i bezbronne państwo będzie musiało ponownie „stwarzać przyjazne otoczenie dla inwestorów” – aż do kolejnego kryzysu.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 23 grudnia 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
„Hegel powiada gdzieś, że wszystkie wielkie wydarzenia i postacie historyczne występują, rzec można, dwukrotnie. Zapomniał dodać; za pierwszym razem jako tragedia, za drugim – jako farsa” – tak Karol Marks rozpoczyna esej „Osiemnasty brumaire’a Ludwika Bonaparte”.
Czy gdy Żeromski śnił szklane domy, które miały uosabiać nową, odrodzoną Polskę, wiedział, że projektuje jeden z najbardziej nośnych lewicowych mitów, który jednak nigdy nie został zrealizowany? Szklane domy to dziś oklepany frazes, ale w tamtych realiach, których największym osiągnięciem były obśmiewane dziś „sławojki”, domy ze szkła, jasne, czyste, powszechnie dostępne, były zapowiedzią lepszego bytu, lepszej przyszłości, Polski szczęśliwej dobrostanem swojego ludu, Polski prawdziwie ludowej.
Na naszych oczach powstały szklane domy. „Arkadia”, „Galeria Krakowska”, „Stary Browar”. Zapełnia je lud pracujący miast i wsi, lud konsumencki. Wzniosła wizja Żeromskiego w długim pochodzie czasu i idei zrealizowała się w zupełnie innym kontekście. Czy to źle, czy dobrze? Czy śmiesznie, czy straszno? Cezary Baryka sprawdza stan konta i czeka na posezonowe obniżki cen. Cezary Baryka już nie musi pytać, co z tą Polską, bo od tego ma pana w telewizji. Mnóstwo panów i pań ze szklanego ekranu. Cezary Baryka spłaca 30-letni kredyt na mieszkanie i jest z tym faktem doskonale pogodzony. Cezary Baryka, zmęczony faktem, że nie doczekał ani IV RP, ani „drugiej Irlandii”, wierzy jedynie w zasobność własnego portfela, a w niedzielę w Pana Boga. Cezary Baryka chce autostrad. Cezary Baryka pyta, co się stało z „Solidarnością”, ale po kilku wódkach pokazuje wnukom legitymację nieboszczki partii. Cezaremu Baryce nie jest wszystko jedno, a znajomych zapewnia, że „Wyborczą” kupuje tylko ze względu na program telewizyjny. Cezary Baryka nie zapomniał o ideałach Sierpnia, bo ma pamięć dobrą, choć niestety krótką. Cezary Baryka już nie szwenda się po ulicach, wyczekując gniewu ludu. Gniew ludu to on zna z kolejki na poczcie, gdy na trzydziestu klientów przypada jedno czynne okienko. Cezary Baryka, ten niedzisiejszy ideowiec w każdym z nas, to wcielenie żeromszczyzny, jest po prostu rozczarowany.
Nie lubię pytań w stylu: „co poeta miał na myśli?”. Zwykle coś innego, niż sądzą interpretatorzy i egzegeci. Ale cóż – trudno mi oprzeć się myślom, jak Żeromski opisałby i rozumiał współczesną Polskę. Co budziłoby jego radość, co gniew? Kim byliby dziś bohaterowie jego opowieści? Czy doktor Judym pracowałby w prywatnym, czy w państwowym ośrodku zdrowia? Czy ta żeromszczyzna, niegodna ostatnio nawet szkolnych podręczników, ten duch społecznikowski, ten lewicowy, ale i ojczyźniany patos ma jeszcze sens, w Polsce 2009 roku?
Szklane domy epatują obfitością witryn, Cezary Baryka przegląda się w ich świetle i cicho szepcze do siebie, ni to stwierdzając, ni to pytając: „O take Polske my walczyli”.
przez Anna Mieszczanek | wtorek 23 grudnia 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
W newsletterze zaprzyjaźnionego terapeuty życzenia przyszły takie: Święta? Tym, którzy potrafią je obchodzić, niczego nie będę życzył, tylko pogratuluję. A pozostałym – zestresowanym, zagonionym, stojącym w korkach i kolejkach – życzę opamiętania, opamiętania, opamiętania, spokoju i radości.
Polska przedświąteczna. Jaka jest? Po mojemu – rozproszona. Każdy widzi to, na co patrzy.
Jeśli patrzysz na Fundację Świętego Mikołaja, na akcję Szlachetna Paczka albo na maleńką Kępa Cafe, gdzie właśnie zapraszają się na wspólne oglądanie filmów o fabrykach w Chinach, to myślisz o Polsce ze spokojem. Wypełnia Polska te upiorne formularze wnioskując o granty, robi Polska potrzebne rzeczy.
Jeśli patrzysz do gazety „Dziennik”, to widzisz, że wielkie zmiany w biznesie – excusez le mot – burdelowym. W okresie przedświątecznym cztery razy więcej klientów w czymś, co nazywa się u nas eufemistycznie agencjami towarzyskimi. Cztery lata temu, gdy prowadzono porządne badania, takich rzeczy nie było. Ale od zeszłego roku zmiany. Zwłaszcza przed Wigilią kolejki panów w wieku 35-45 lat. Polska sfrustrowana rozładowuje napięcie.
Jeśli patrzysz w stronę TVN24, to widzisz, że jeden z jej prezenterów, Bogdan Rymanowski, dostał właśnie nagrodę dziennikarza roku. Jeśli patrzysz w stronę „Gazety Wyborczej”, to widzisz, że jeden z jej wice-naczelnych, Piotr Pacewicz, napisał, że mu się ten wybór nie podoba, bo p. Rymanowski głownie napuszcza na siebie zaproszonych rozmówców, żeby mu się ładnie konflikt przełożył na wzrost oglądalności. Jeśli znów patrzysz do tefałenu, to widzisz, że stacja odwołuje swój codzienny program, w którym dziennikarze komentują, co się w Polsce od rana zdarzyło. Odwołuje, bo akurat do komentowania była zaproszona kobita z „Wyborczej”. No a przecież ten Pacewicz taki be.
Już nie masz ochoty patrzeć i idziesz posłuchać sobie radia. W „Trójce” Polska świąteczna jak trzeba. Trebunie Tutki z Twinkle Brothers śpiewają pyszne Pieśni chwały, w których Jamajka z Giewontem brzmią jak dwie siostry syjamskie, żeby nie powiedzieć bracia bliźniacy. Potem nawet Mozarta można posłuchać, bo Trójka konserwatywnieje na stare lata. Albo możesz tam wylicytować świąteczne zestawy. Sławni i piękni dają jakieś rzeczy, które ty możesz nabyć, jeśli jeszcze nie wystraszyłeś się kryzysu i nie składasz do skarpety, a kasa pójdzie na paczki dla dzieci, które potrzebują. Trochę to głupie, ale można i tak zbierać pieniądze. Jeden zestaw jest od Dalajlamy. Zdjęcie z podpisem i coś tam, coś tam. Ręce trochę opadają, ale i tak nie jest najgorzej.
No ale za jakiś czas zaglądasz do newsletterów, które przez czas słuchania przyszły z sieci i widzisz, że kolejny dziennikarz, Sylwester Latkowski – który od lat drąży temat zabójstwa szefa policji, Marka Papały (za co go darzę szacunkiem) – obwieszcza publiczności, że właśnie wysłał do p. Rymanowskiego SMS o treści: Pacewicz upadł na głowę. Przepraszam za niego. I dzierga dla niezorientowanych: ostatnio Bogdan Rymanowski stał się obiektem ataków „Gazety Wyborczej”…
Chłopcy, chciałoby Ci się powiedzieć do nich – opamiętajcie się co nieco. No ale jesteś bez kontaktu w zasadzie. Możesz, owszem, mailować, esemesować czy blogować – ale czy to co da? U nas jak się już ktoś okopie na swojej pozycji, to chyba tylko potężne trzęsienie ziemi może go na inną pozycję przemieścić. No chyba, że jakaś rewolucja by była, to też.
A o rewolucji zobaczysz sobie, jak popatrzysz do „Gazety Stołecznej”. Miasto, które urzęduje częściowo w dawnym Pałacu Branickich na Miodowej, ma w końcu spadkobiercom Branickich ten pałac oddać. Już się po wszystkich możliwych sądach pociągali przez lata wolnej Polski, w końcu zmęczeni siedli do negocjacji z przedwojennymi właścicielami i na sam koniec nawet się z nimi umówili, że oddadzą.
Już, już masz ochotę się ucieszyć (ci, co mnie czytają, zrozumieją: coś działa!), ale potem patrzysz na komentarze pod tą informacją. A za czyją kasę Braniccy zbudowali sobie ten pałac. Jasne, że za kasę ukradzioną wyzyskiwanym milionom Polaków. To skandal, żeby ukradzione narodowi dobra zwracać złodziejom. W Polsce wraca feudalizm, ale nie na długo, bo rewolucja tuż. Tak pisze cor-tex.
Rewolucja to jest poważna rzecz, myślisz. Jak ona jest tuż, a ty się nawet nie orientujesz, że taki jest stan faktyczny, to możesz się obudzić z ręką w nocniku. Ale – myślisz – rewolucje nie spadają z nieba na pstryk. Zwykle coś je zapowiada. Ale na wszelki wypadek patrzysz jednak, co tam widać w „Wyborczej”.
Rano nie pisali jeszcze o rewolucji tylko, że – cytuję tytuł – prezydent spadł z pomostu, co miało w skrócie wskazywać na wynik kolejnej rundy never ending story między pałacem premierowskim i prezydenckim. (No, nie czytają mnie premier z prezydentem, nie wiedzą, że należy wspólnie zasnąć w sejmie). Swoją drogą, ci z „Wyborczej” piszą o tych pomostach i spadaniu, a potem się oburzają, że poseł Palikot lata z wibratorem albo ze świńskim łbem na tacy. No, od kogo się uczył tego luzackiego stylu, który podobno jest jaki jest, bo publika to uwielbia?
Wracając do rewolucji… Patrzysz, a już o 15:54 coś jednak jest na rzeczy: Rewolucja w TVP. LPR i Samoobrona przejęły telewizję. Zawieszeni Urbański oraz… Ludzie PiS bronią Urbańskiego: ta decyzja była nielegalna… Może trzeba lecieć na barykady? – myślisz. Kogoś gonić, kogoś siekać, jak by napisał wieszcz?
Ale kogo? I po co? I kiedy?
Przecież trzeba na bazar, kupić kiszoną kapustę i grzyby do barszczu. Bigos nastawić, bo musi się przegryźć.
To idziesz na bazar. I widzisz tam dużo różnych rzeczy – a to jemiołę, a to srebrne świerki w doniczkach, a to wesoło migające chińskie lampki choinkowe, a wśród tego wszystkiego wielkie reklamy gazety „Fakt”.
Dostaje fortunę na fikcyjne biura! To o euro-pośle Marcinie Libickim, który jest szefem komisji do spraw petycji w euro-parlamencie, ma zwykle dobre notowania w dziennikarskim światku i chwali się, że w Wielkopolsce ma aż sześć biur. A tu „Fakt” donosi, że miesięcznie na prowadzenie biur poseł dostaje około 15 tysięcy euro, a biura są zamknięte na głucho, od wielu miesięcy nikt nie widział tam żywej duszy, a w miejscu, gdzie polityk powinien przyjmować wyborców i wysłuchiwać problemów potrzebujących, jest hurtownia z alkoholem.
To Ci przypomina, że do świątecznego obiadu przydałoby się jakieś wytrawne białe wino. Ale zaraz o tym zapominasz, bo „Fakt” straszy: Ludzie zostaną bez mieszkań! Koniec mieszkań za grosze, bo właśnie Trybunał Konstytucyjny orzekł, że sprzedając spółdzielcze mieszkania z dużymi bonifikatami, uwzględniono interes spółdzielców, ale zapomniano uwzględnić interes spółdzielni (ciekawe, że to nie jest to samo), więc już się tak sprzedawać nie będzie. A jak ktoś już kupił? Z tymi bonifikatami? – To będą zabierać? – pytają się nawzajem starsze panie przy stoisku ze śledziami. Jedna odpowiada, że będą zabierać, druga, że przecież mówili że jest państwo prawa, no to chyba nie. A trzecia pani łapie się za serce i płacze. Pan wzywa pogotowie.
Pójdziemy wszyscy do stajenki? Przybiegniemy do Betlejem…
Jeśli popatrzysz na wigilijny stół, to zobaczysz, że jeszcze masz się czego trzymać. W całym tym rozproszeniu – trzymaj się, Polsko.