przez Joanna Duda-Gwiazda | poniedziałek 16 marca 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Miałam drobne uwagi krytyczne, ale nasza korespondencja zeszła z płaszczyzny filozoficznej na polityczną, a o politykę nie chciałam spierać się z filozofem, którego szanuję.
Ostatnia sporna kwestia dotyczyła kłamstwa, które nazywam fundamentalnym, gdyż na nim opiera się zakłamanie całego systemu. Łatwiej obalić system niż to kłamstwo. Przykładem może być kłamstwo katyńskie. Demaskowanie kłamstw prostych osłabia kłamstwo zasadnicze, ale chociaż zawsze chwalebne, może czasem wzmacniać. Np. ujawnienie, że bezpieka manipulowała nagraniem rozmowy Wałęsy z bratem w Arłamowie, utrwala fałszywy mit, jakoby Wałęsa nigdy z SB nie współpracował.
Żyjemy w wieku wiedzy, Internetu i demokracji, posługujemy się komputerami, które wyłapują nawet literówki, a mimo to zalewa nas niesamowita ilość kłamstw, niechlujstwa językowego, pomyłek lub zwykłych bzdur. Prostowanie nie ma sensu, nawet gdy dotyczy nauk ścisłych. Jakie znaczenie dla czytelnika ma sprostowanie, że siła i ciśnienie to nie to samo, po takich bzdurach w reklamie jak „zielone kulki siły”? Poza tym, gazet nikt nie czyta, gazety się przegląda. Dlatego opinia, którą gazeta wbija ludziom do głowy, powtórzona jest wiele razy, natomiast trudno znaleźć informację, o co w ogóle chodzi. Kiedy pojawia się temat, dziennikarze biegają z mikrofonem pytając – co pan sądzi?, czy pan jest za, czy przeciw? – i nie mają czasu dowiedzieć się, co jest przyczyną zamieszania. Kiedyś Wałęsa powiedział publicznie, że Gwiazda współpracował z bezpieką, a na dowód opublikował na swojej stronie internetowej dokumenty SB. Przez kilka dni przez media przetaczała się burza. Politycy i różne autorytety wyrażali swoje opinie; radykalne lub wyważone, pytano nawet przyjaciół Gwiazdy, którzy mężnie go bronili. Dziennikarze byli oburzeni, że Gwiazda, który był przecież „stroną w tym sporze”, odmawia komentarza. Wreszcie ktoś przeczytał uważnie „dokumenty świadczące”, burza nagle się skończyła, a dokumenty znikły z Internetu. Pojawił się jakiś następny hit i potem, z wyjątkiem „Naszego Dziennika”, nikt nie wyjaśnił, co to było i o co chodziło.
Jeśli demokracja i edukacja będą nadal rozwijać się w tym tempie, wkrótce parlament uchwali, że ziemia jest płaska, ponieważ taka będzie opinia większości. W sondażach na pytanie „Czy sądzi pan, że ziemia jest płaska?”, większość odpowie „tak” i „raczej tak”, tylko górale powiedzą, że „nie” lub „raczej nie”, bo przeważnie jest bardzo krzywa.
Wbrew powszechnej opinii, kłamstwa w świecie polityki i idei nie są groźne, ponieważ w tych dziedzinach każdy obywatel jest ekspertem i swój rozum ma. Natomiast w zagadnieniach naukowych jesteśmy bezradni, ponieważ nikt nie jest specjalistą we wszystkich dziedzinach. Musimy zdać się na opinię uczonych, a ci mówią byle co, aby udowodnić swoją tezę. Uczony ogłosił globalne oziębienie, a ponieważ dwutlenek węgla jest gazem cieplarnianym, to jego zwiększona emisja jest dla nas nawet korzystna. Chwilę później dowodził, że jeśli mamy globalne ocieplenie, to dwutlenek węgla jest nieszkodliwy. Miałam nadzieję, że dowiem się czegoś o przyczynach cyklicznego oziębiania się i ocieplania klimatu, ale to był tylko argument na rzecz nic nierobienia. Ekonomista twierdził, że badania klimatu sponsorują wielkie korporacje. Chcą przestraszyć USA i Europę, a produkcję przenieść do Chin. Inny zapewniał, że biznes amerykański nie ugnie się przed ekologami, liczy się tylko zysk. Wszyscy mówili, że przemysł potrzebuje energii. Nikt nie wspomniał, że ludzie potrzebują powietrza, a w nim tlenu. Nie grozi nam 9% dwutlenku węgla w powietrzu, ale coś warto byłoby o tym wiedzieć. Sadzenie drzew w Afryce to ekoterroryzm. Autorytet uważa, że Al Gore nie ma racji, to słaby facet, przegrał prezydenckie wybory. W podtekście tej dyskusji było niesprawiedliwe wyznaczenie Polsce limitów emisji dwutlenku węgla, ale na Unię nie wypada napadać, więc wszyscy napadli na ekologów. Dowiedziałam się, że są lewakami.
W „Rzeczpospolitej” przeczytałam ciekawą informację, że czarne futro, jako trwałą cechę genetyczną, przekazały wilkom psy udomowione, które przyszły z ludźmi przez cieśninę Beringa. Poświęcono temu duży artykuł w dziale Nauka, a autor unosił się z zachwytu nad tym osiągnięciem „biotechnologii sprzed 14 tysięcy lat” i „manipulowaniem genami dzikich zwierząt”. Biotechnologia polskich wopistów, którzy dodawali trochę „wilczej krwi” swoim psom, polegała na przywiązaniu suki w czasie rui do drzewa w lesie. Wilki coś manipulowały genetycznie i rodziły się śliczne szczeniaczki.
W każdej encyklopedii można przeczytać, że wilk krzyżuje się z psem domowym. Canis lupus i canis familiaris należą do tej samej rodziny psów. Artykuł kończy się jednak triumfalnym odkryciem: „Czarne wilki są pierwszym przykładem organizmów zmodyfikowanych genetycznie przez człowieka”. Dowiedziałam się, że GMO to krzyżówka psa z psem, albo pomidora z flądrą. Pomidory odziedziczyły po flądrze odporność na niskie temperatury, co było wielkim sukcesem inżynierii genetycznej. Niestety okazały się trujące, chociaż flądra trująca nie jest. GMO jest wynalazkiem prehistorycznych uczonych amerykańskich, chociaż autor dla ścisłości dodaje, że nie byli oni tego świadomi. Bravo, bravissimo. W globalnym amfiteatrze, cała ludzkość wstała z miejsc i klaszcze.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 16 marca 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Truizmem jest stwierdzenie, że lewica znajduje się dziś w stanie głębokiego kryzysu. Sytuację tę określa kilka czynników. Demontaż socjalnych funkcji państwa oraz myślenia w kategoriach prospołecznych nie jest efektem tajemniczego spisku. Liberalne lobby wypracowało spójną strategię polityczną oraz język ideologiczny, dostosowane do przeobrażeń kulturowych i technologicznych, a także do tych błędów popełnionych przez lewicę, które złożyły się na negatywne – bo i takie były – aspekty państwa opiekuńczego. Rozrost biurokracji, pewnego rodzaju „sztywność” i omnipotencja struktur władzy i redystrybucji kapitału, zostały celnie wypunktowane przez przeciwników polityki prospołecznej. Oczywiście, zjawiska te zostały znacznie wyolbrzymione i demonizowane na potrzeby propagandy liberalnej.
Ofensywie neoliberalizmu sprzyjały przemiany kulturowe i technologiczne. Te pierwsze podminowały etos wspólnotowy – zarówno „organiczny”, jak i oparty na wtórnych więziach społecznych – i sprawiły, że popularna stała się opcja indywidualistyczna. Myślenie o słabszych i przegranych nie tyle odeszło do lamusa, ile przybrało postać typową dla dawnych form liberalizmu, tj. ckliwej troski i filantropii zamiast rozwiązań systemowych. Indywidualizm wyrodził się w kiepską imitację wzorca self-made mana – poleganiu na sobie i eskalacji praw jednostkowych nie towarzyszy poczucie odpowiedzialności za otoczenie społeczne. Jeśli ktoś przegrywa w tym wyścigu, to zarówno w oczach innych, jak i własnych, jest odpowiedzialny za ów fakt, bez zwracania uwagi na warunki, w jakich przyszło mu działać. Taki etos kulturowy nie skłania ani do rozwiązań systemowych, obejmujących na równych zasadach całą populację lub jej istotną część, ani też do zorganizowanych form oporu i wspólnych wysiłków na rzecz zmiany status quo.
Przeobrażenia technologiczne z kolei zaowocowały błyskawicznym rozwojem sił wytwórczych, a co za tym idzie – obfitością dóbr użytkowych. Dzisiejsze średnio-młode pokolenie funkcjonuje w takim otoczeniu materialnym, o jakim poprzedniemu nawet się nie śniło, o naszych dziadkach nie wspominając. Nierówności społeczne istnieją nadal, a nawet uległy pogłębieniu, lecz są maskowane obfitością technologicznych gadżetów i łagodzone łatwą dostępnością wielu produktów niegdyś elitarnych. Oczywiście odwrotną stroną tego medalu są takie choćby zjawiska, jak nabywanie wielu dóbr na kredyt (powszechne zadłużenie społeczeństwa), malejąca jakość i „tandetyzacja”, wysokie koszty zewnętrzne produkcji (np. zanieczyszczenie środowiska czy likwidacja miejsc pracy przenoszonych do krajów o tańszej sile roboczej), a także nowe, niekiedy znacznie bardziej dotkliwe, formy i reguły stratyfikacji społecznej, wyznaczane choćby przez szybko zmieniające się mody kulturowe. Obfitość dóbr materialnych sprawia jednak, że wszystko wydaje się być w zasięgu ręki każdego chcącego, znów stymulując myślenie w kategoriach skrajnie indywidualistycznych. Naturalna w takich warunkach i silnie wspierana komercyjnymi przekazami postawa hedonistyczna również podkopuje myślenie w kategoriach dobra wspólnego i troski o słabszych – dziś w wyjątkowym w dziejach stopniu wypada być lepszym i silniejszym, tzn. mieć szybciej i w większej ilości dostęp do nowych dóbr materialnych.
Powyższe przeobrażenia systemu kapitalistycznego wsparte zostały ideową ewolucją środowisk lewicowych, które niegdyś skutecznie zajmowały się ograniczaniem jego niedogodności. Również one porzuciły etos wspólnotowy na rzecz postawy indywidualistycznej. Dzisiejsza lewica operuje kategoriami de facto liberalnymi – broni indywidualnej swobody, akcentuje wolność w sferze „stylu życia”, antagonizuje różne grupy społeczne wedle kryteriów kulturowych. Dawna socjaldemokracja, zwłaszcza w okresie powojennym, doceniała znaczenie „pokoju społecznego” i poszanowania wspólnego etosu, a w spór z elitami politycznymi i ekonomicznymi wchodziła w celu stworzenia lepszych warunków do realizacji ideałów egalitarnych.
Dziś lewica robi coś zgoła innego: podkopuje zbiorowy etos, a w kwestii praw domaga się nie tyle równości dla wszystkich, ile formalnych lub symbolicznych przywilejów dla dość dowolnie wybranych środowisk mniejszościowych. Dobrze ilustruje ten proces popularność wśród „nowej lewicy” (czyli dominującego współcześnie nurtu całej lewicy) radykalnych postulatów ruchu mniejszości seksualnych oraz feministycznego. Dawna lewica broniła homoseksualistów przed prześladowaniami fizycznymi oraz nierównością wobec prawa. Obecna lewica traktuje „kulturę gejowską” jako niemalże wzorzec do naśladowania, rzekomo lepszy niż „homofobiczny” etos większości społeczeństwa. Kiedyś lewica uważała, że kobiety jako obywatelki czy pracownice powinny mieć takie same prawa, jak mężczyźni. Dziś lewica natomiast zdaje się stawiać na konflikt między żeńskimi a męskimi postawami, rzekomemu „patriarchatowi” przeciwstawiając postulaty „władzy kobiet” czy ich „wyzwolenia”.
Na takim gruncie dokonuje się erozja dobra wspólnego, pewnego minimum konsensualnego oraz samej demokracji. Z jednej strony, podkopywane są one przez dominację myślenia liberalnego, które w praktyce oznacza, że „duży (czyli na ogół potężniejszy finansowo) może więcej” i że jest to jakoby stan naturalny. Z drugiej strony, eskalacja wzorców indywidualistycznych owocuje niemożnością określenia interesów społecznych, zwłaszcza długofalowych, a tym bardziej zorganizowanego, zbiorowego działania na ich rzecz. Efektem jest wychodząca z dwóch przeciwstawnych pozycji, lecz zbiegająca się u celu krytyka czy wręcz pogarda wobec „motłochu”, „plebsu”, „biernych mas”. Dla liberałów nie są one podmiotem godnym zaistnienia jako czynnik sprawczy procesów politycznych – raczej robi się wszystko, aby takie próby zneutralizować czy wyśmiać. Dla „nowej lewicy” natomiast nie są dość nowoczesne i „postępowe”, a każda próba artykulacji ich przekonań wydaje się doktrynerom tej formacji potencjalnie niebezpieczna, gdyż odwołująca się częstokroć do zgoła odmiennego systemu wartości oraz do postaw, które nie mieszczą się w „racjonalnym” kanonie.
„Nowa lewica” oczywiście próbuje dokonać dość ekwilibrystycznych prób dowodzenia, że np. wyzyskiwani robotnicy oraz geje są towarzyszami tej samej walki. Jednak takie sojusze ani nie są realne (w najlepszym razie będąc krótkotrwałymi porozumieniami), ani też nie mają silnego wspólnego mianownika, gdyż problemy obu grup dotyczą całkiem różnych sfer życia i innych mają przeciwników. Pierwsza zmaga się z elitami władzy i/lub pieniądza oraz z wadliwymi, niekorzystnymi dla nich mechanizmami systemowymi, druga natomiast głównie z „milczącą większością” (bowiem gros elit politycznych i kulturowych już od dawna całkowicie aprobuje etos mniejszości seksualnych jako w pełni uprawniony). „Nowa lewica” (a także liberałowie) działa dziś na rzecz uprzywilejowanych mniejszości lub nie tyle realnych, co wyobrażonych grup większościowych (np. zakładając, że ogół kobiet utożsamia się z postulatami feministycznymi). Realna większość społeczeństwa jest dla niej w najlepszym razie „obcym ciałem”, w najgorszym zaś przeszkodą w realizacji swoich zamiarów.
O ile w liberalizmie taka postawa dziwi mniej – choć i on w przeszłości nacechowany bywał dążeniami do upodmiotowienia kolejnych, szerszych warstw społeczeństwa – o tyle w przypadku lewicy można wręcz mówić o zarzuceniu całego etosu określającego historycznie tę formację. Wystarczy porównać, jak wiele uwagi „nowa lewica” poświęca mniejszościom seksualnym, „patriarchatowi” czy „postawom represyjnym”, a ile np. humanizacji pracy, wzmacnianiu i rozszerzaniu procesu demokratyzacji czy równym szansom.
Aby obraz był pełny, konieczne jest dopełnienie go o postawę środowisk konserwatywnych. Eskalacji uległy takie wątki myśli konserwatywnej, jak jednostkowa odpowiedzialność za własne czyny. Zminimalizowano natomiast faktyczną, nie deklaratywną, troskę o wspólnotę. W sferze gospodarczej główny nurt konserwatyzmu idzie dziś ramię w ramię z liberałami. W sferze kulturowej konserwatyzm z kolei stanowi coś w rodzaju psów Pawłowa. Problemy, które w stopniu przesadnie wielkim zaprzątają główny nurt konserwatywnej prawicy to kwestie mniejszości seksualnych, życia płciowego, moralności itp., postrzegane w opozycji do postaw „nowej lewicy” – jeśli ona coś popiera, konserwatyści automatycznie są przeciw. Zniknęło natomiast z horyzontu tych środowisk to, co było istotne dla – zwłaszcza powojennej – „prawicy społecznej” (chadecy, ordoliberałowie, zwolennicy nauki społecznej Kościoła czy choćby „klasyczni” konserwatyści, jak przedthatcherowscy Torysi), czyli tworzenie systemowych podstaw stabilności społecznej, godnego życia i dobra wspólnego.
To właśnie (neo)konserwatyści są największymi beneficjentami status quo. Z jednej strony, podniesienie przez „nową lewicę” do rangi czołowych problemów spraw obyczajowych pozwala prawicy na demagogiczną mobilizację elektoratu wokół tych kwestii, bez konieczności oferowania rozwiązań programowych w wielu innych, daleko istotniejszych sferach życia. Z drugiej, destabilizacja społeczna, będąca efektem neoliberalnych reform, rodzi zapotrzebowanie na różne „szalupy ratunkowe” – w myśl zasady „jak trwoga to do Boga” – którymi są w tej rzeczywistości postawy religijne, rozmaite fundamentalizmy, kreowanie wrogów („na zewnątrz” lub w łonie naszego kręgu kulturowego) etc. Pozwala to współczesnej prawicy nie tylko prowadzić politykę neoliberalną, ale i zarazem, w przewrotny sposób, kreować się na obrońców przed jej skutkami (urojone „uzdrowienie moralne” ma być lekiem na faktyczny chaos kulturowy i społeczny, będący efektem liberalizacji gospodarki), zapewniając sobie wpływy i poparcie społeczne.
W obliczu porzucenia przez „nową lewicę” i część konserwatystów postaw prospołecznych, nie istnieje w zasadzie żadna poważna siła intelektualna i polityczna, która przeciwstawiłaby się skrajnie nieegalitarnej polityce gospodarczej i społecznej. O ile w krajach Zachodu można mówić o pewnych „zaworach bezpieczeństwa” i „przeciwciałach”, jak obrona utrwalonych przez lata zdobyczy socjalnych w Niemczech czy Francji, a przede wszystkim stosunkowo udane próby godzenia wyzwań liberalizacji gospodarki i globalizacji z postawą prospołeczną, znane z krajów skandynawskich, o tyle w Polsce i całym byłym bloku sowieckim sytuacja jest o wiele gorsza. Nie ukształtowały się u nas bowiem żadne trwałe i silne ugrupowania prospołeczne ani lewicowa, egalitarna „tkanka kulturowa” (nic bardziej nie dowodzi pseudolewicowości PRL-u niż dzisiejsza hegemonia liberałów i prawicy). Dominująca część lewicy to de facto związek zawodowy dawnych członków i sympatyków partii komunistycznej, odległy nie tylko od konsekwentnej obrony ideałów egalitarnych, ale często wręcz nie znający i nie rozumiejący ich, traktując uznaniowość i niedobory materialne realnego socjalizmu jako „normalny” odpowiednik zachodnich demokratycznych państw opiekuńczych. Prawica w Polsce jeszcze bardziej niż jej zachodni odpowiednicy jest skażona ultraliberalizmem gospodarczym, w obecnej zaś formie wsparta przez bezradne ideowo i miotające się między sprzecznościami w sferze gospodarczej środowiska populizmu religijnego, sięgającego do anachronicznych wzorców w definiowaniu wspólnoty narodowej i ustroju gospodarczego. „Nowa lewica” nie jest u nas formacją znaczącą politycznie, ale dość wpływową w sferze ideowej, a przy tym bezrefleksyjnie naśladowczą wobec wzorców zachodnich, usiłując niejako na siłę dokonać modernizacji społeczeństwa. Brakuje wyrazistej siły prospołecznej – zarówno na prawicy, jak i na lewicy. Takiej, która byłaby wierna ideałom egalitarnym i etosowi obywatelskiemu (państwo jako wspólnota równych obywateli, nie zaś „silna, zwarta i gotowa” struktura etniczna), a jednocześnie rozumiejąca lokalną specyfikę kulturową, gospodarczą i polityczną.
Ten brak jest dotkliwy, ale daje szansę na przywrócenie do politycznego krwiobiegu formacji, którą można by nazwać „odnowioną socjaldemokracją”. Wobec powyższego opisu sytuacji, powinna ona rozważyć takie postawy i zjawiska:
1. Konsekwentna opcja prospołeczna i egalitarna, jako silna opozycja wobec neoliberalnego systemu wartości. Powinna ona dokonać krytyki i wypracować metody rozwiązania problemu „starych” form nierówności społecznej – ze względu na dochody, pochodzenie społeczne, podział terytorialny itp. Koniecznie musi jednak także rozpoznać i zaproponować alternatywę wobec wielu różnych nowych, nierzadko mniej widocznych, choć dotkliwych form nierówności i dyskryminacji. Dziś nierówności społeczne dotyczą nie tylko rosnącej rozpiętości dochodów, ale również nie zawsze wprost skorelowanej z nimi różnicy w dostępie do wiedzy i informacji, korzystania z infrastruktury (np. rozwój transportu indywidualnego kosztem ograniczania nakładów na transport publiczny), jakości produktów i usług (np. tańsze, ale bezwartościowe wyroby spożywcze z hipermarketów), warunków egzystencji (np. przebywanie w zanieczyszczonym środowisku czy zdewastowanym krajobrazie).
Działania na rzecz realizacji ideałów egalitarnych nie mogą zatem być oparte wyłącznie na dawnych metodach socjaldemokracji, w których czołową pozycję odgrywała redystrybucja dochodów. Muszą one zostać wsparte szeroko rozwiniętymi działaniami edukacyjnymi, zredefiniowaniem paradygmatu kulturowego, mniej materialistycznym ujęciem kwestii, które składają się na „godne życie”.
Polityka redystrybucji i jej formy muszą też uwzględnić nowe wyzwania i wnioski z analiz współczesnych trendów. Jednym z kluczowych problemów jest proces automatyzacji pracy, czyli długofalowe zmniejszanie się ogólnego zapotrzebowania na pracę w krajach rozwiniętych – w tej kwestii należy przemyśleć np. koncepcję skrócenia ustawowego czasu pracy, a także powszechnego dochodu gwarantowanego, który zabezpieczałby materialne podstawy bytu wszystkich członków społeczeństwa. Z kolei w sferze wspierania pożądanych i wartościowych postaw, a także jako forma przeciwdziałania marginalizacji znacznej części społeczeństwa, warta uwagi wydaje się koncepcja docenienia i wynagradzania pracy domowej kobiet czy wymierna ocena pożądanej społecznie, lecz często nieodpłatnej pracy w sektorze pozarządowym.
Aby uniknąć przerostów biurokracji oraz drenażu finansów publicznych, polityka taka w mniejszym stopniu musi opierać się na „rozdawnictwie”, bardziej zaś na tworzeniu infrastruktury i instytucji, które stanowiły będą naturalny fundament polityki egalitarnej. Główną miarą skuteczności polityki prospołecznej nie powinna być wysokość nakładów budżetowych czy stawek podatkowych, lecz faktyczna poprawa jakości i poziomu życia ogółu społeczeństwa, zadowolenie z funkcjonowania instytucji publicznych oraz wskaźniki obrazujące postawy egalitarne.
2. Obrona sektora publicznego oraz krytyka modelu „urynkowienia” wszelkich sfer życia. Instytucje publiczne nie tylko są ważnym narzędziem prowadzenia przez państwo polityki prospołecznej i egalitarnej, ale częstokroć oferują one – wbrew liberalnej propagandzie – usługi lepszej jakości. W kilku krajach negatywnie zakończyły się eksperymenty z prywatyzacją kolei czy służby zdrowia. Podobnym problemem jest rzadziej dostrzegana, lecz równie dotkliwa kwestia prywatyzacji usług komunalnych czy postępujący proces patentowania wiedzy i aspektów kultury (zwłaszcza w nowych dziedzinach i formach, jak media cyfrowe czy biotechnologia). Nie tylko ograniczają one dostęp części społeczeństwa do różnych dóbr i usług, ale także pozbawiają państwo i społeczności lokalne możliwości prowadzenia samodzielnej polityki na rzecz realizacji ideałów egalitarnych.
Jednak także w tej kwestii należy dokonać krytycznego oglądu dotychczasowych doświadczeń. W sferze publicznej zdarzają się patologie, których ukrywanie czy lekceważenie jest szkodliwe, bowiem podważa zaufanie do tego sektora oraz ułatwia neoliberałom całościową krytykę takich rozwiązań. Instytucje publiczne powinny się cechować jawnością działania i podejmowania decyzji, poddaniem się kontroli społecznej, wysoką jakością usług i etosu, przejrzystością finansową i oszczędnością w wydatkowaniu środków budżetowych, merytokratycznym doborem personelu etc. Zadaniem lewicy nie jest eskalowanie wydatków na rzecz swoistego worka bez dna, jakim bywają wadliwie skonstruowane lub źle zarządzane instytucje publiczne. Nie istnieją takie kwoty, których nie można zmarnować.
3. Obrona państwa narodowego. Z dotychczas znanych form organizacji bytu zbiorowego, to właśnie państwo narodowe wydaje się najbardziej sprawdzoną i skuteczną płaszczyzną realizacji ideałów prospołecznych. W dzisiejszych czasach, aczkolwiek jego możliwości zmalały w efekcie procesów globalizacyjnych, pozostaje ono nadal znaczącą siłą decyzyjną, posiadającą narzędzia umożliwiające trwałą korektę poczynań wielkiego, ponadnarodowego kapitału (tej siły nie posiadają ani społeczności lokalne, ani oddolne inicjatywy społeczne). Jednocześnie państwo narodowe umożliwia wpływ obywateli na decyzje ich dotyczące, którego brak cechuje całkowicie lub w znacznie większym stopniu instytucje ponadnarodowe.
Należy jednak wystrzegać się postaw izolacjonistycznych. Tradycją lewicy jest – w nieskompromitowanym znaczeniu tego słowa – internacjonalizm. Dziś oznacza on po pierwsze konieczność współpracy ponadnarodowej, gdyż wskutek procesów globalizacyjnych los mieszkańców różnych krajów jest podobny w stopniu znacznie większym niż niegdyś. Po drugie, internacjonalizm podyktowany jest rozsądkiem, gdyż w wielu kwestiach pojedyncze państwa są zbyt słabe – konieczne jest wypracowanie form sojuszy, np. współpracy regionalnej czy tworzenia bloków państw o podobnych problemach i zbliżonym potencjale. Po trzecie, internacjonalizm oznacza moralną odpowiedzialność za losy mieszkańców innych krajów czy kontynentów, co jest szczególnie istotne w obliczu „umiędzynarodowienia” wielu problemów (głód, ubóstwo, skażenie środowiska, likwidacja miejsc pracy, terroryzm, hegemonistyczna polityka militarna itp.).
Udział w strukturach ponadnarodowych nie powinien być oparty na wyzbywaniu się prerogatyw i narzędzi suwerenności, nie może również dokonywać się w oparciu o arbitralne decyzje podejmowane bez wyraźnego przyzwolenia obywateli. Powinien mieć postać dobrowolnych, dwustronnych układów, z możliwością wycofania się z nich i zachowania prawa weta.
Siła i suwerenność państwa narodowego muszą mieć także – oprócz symbolicznych – realne podstawy o charakterze finansowym/gospodarczym. Oznacza to konieczność zachowania przez państwo kontroli nad strategicznymi sektorami gospodarki oraz zasadami udziału w ponadnarodowych strukturach (np. polityka celna). To właśnie państwo powinno mieć decydujący głos w takich kwestiach, jak przepływ towarów czy ludzi. Kontrola ta jednakże powinna opierać się na rozwiązaniach nowoczesnych i pozbawionych wad dawnego typu ingerencji w owe sfery życia społecznego.
Suwerenność państwa narodowego musi być wsparta także solidnym przemyśleniem problematyki udziału w globalnej gospodarce i tzw. wolnym handlu. Konieczny jest rzetelny bilans zysków i strat otwarcia granic na swobodny przepływ towarów i pracowników, oszacowanie, czy faktycznie zawsze korzystne są tzw. zagraniczne inwestycje lub produkcja eksportowa zamiast rozwoju w oparciu o własne siły i wedle priorytetów rynku wewnętrznego i potrzeb społeczeństwa.
4. Odnowienie demokracji. Państwo jest dla obywateli i to oni powinni być głównym zbiorowym podmiotem decyzyjnym. Jest to szczególnie istotne wyzwanie w świecie, w którym oprócz oligarchizacji gospodarki dokonuje się także podobny proces w sferze polityki („demokracja medialna”) oraz trwa alienacja struktur władzy i instytucji publicznych. Wciąż istotnym, a może nawet bardziej aktualnym niż dawniej elementem myśli socjaldemokratycznej powinno być zwiększanie i utrwalanie wpływu społeczeństwa na decyzje dotyczące jego problemów. Nie powinien on ograniczać się tylko do sfery ogólnopolitycznej (wybory władzy przedstawicielskiej), lecz obejmować różne szczeble i sfery porządku społecznego – np. samorząd terytorialny (aż do szczebla osiedlowego), stosunki pracy („demokracja przemysłowa”), społeczną kontrolę nad instytucjami publicznymi, a przede wszystkim kwestie własnościowe (np. wsparcie spółdzielczości czy akcjonariatu pracowniczego).
Państwo nie powinno być odgórnym „regulatorem” tych zjawisk ani ustanawiać jakiegoś „właściwego” porządku, lecz tworzyć formalno-prawne i instytucjonalne ramy oraz system zachęt (np. na poziomie edukacji) do zaangażowania się obywateli w życie publiczne. Socjaldemokracja powinna twórczo i aktywnie odnieść się do takich kwestii i metod, jak referenda, „demokracja elektroniczna”, tzw. budżet partycypacyjny i innych form zaangażowania społeczeństwa w podejmowanie decyzji i kształtowanie własnego losu.
5. „Rewitalizacja” tkanki społecznej. Aby demokracja i udział w życiu publicznym mogły się umocnić i rozwijać, potrzebna jest gęsta sieć formalnych i zwyczajowych mechanizmów i instytucji, przy pomocy których obywatele będą mogli partycypować we współtworzeniu porządku społecznego. Państwo powinno dbać o to, aby istniały silne i wielorakie ośrodki takiej aktywności społecznej.
Nie powinno jednak dokonywać zbyt silnej ingerencji w to, jak społeczeństwo dokonuje samoorganizacji – znów chodzi raczej o tworzenie dogodnego gruntu do rozwoju inicjatyw obywatelskich niż o ich odgórne kreowanie. Takie ośrodki powinny być dla państwa partnerem zachowującym możliwie dużą autonomię i samodzielność – czy będą to organizacje tzw. trzeciego sektora, czy media lokalne, czy struktury związków wyznaniowych. Państwo silne nie może oznaczać państwa omnipotentnego. Ideałem powinna być synteza państwa opiekuńczego oraz „społeczeństwa opiekuńczego”, które wspiera struktury odgórne w ich celach i zadaniach, ale jednocześnie kontroluje je i zabezpiecza swobody obywatelskie.
6. „Jakość życia”. Odnowiona socjaldemokracja powinna krytycznie spojrzeć na tę część głównego nurtu ekonomii i własnej tradycji, którą można umownie określić jako „produktywistyczną”. Dotychczasowe wskaźniki dobrobytu należy zrewidować lub poszerzyć o takie kwestie, które znalazły uznanie w oczach wielu członków społeczeństwa, a także są coraz częściej wskazywane przez naukowców jako istotne składniki „dobrego życia”. Rewizji należy poddać perspektywę „ilościową” i wzbogacić ją o docenienie aspektu jakościowego.
Dotychczas mierniki kondycji społecznej obejmowały głównie sferę materialną. Są one jednak poddawane coraz powszechniejszej krytyce. Po pierwsze dlatego, że często zafałszowywały rzeczywistość, obejmując zarówno zjawiska pozytywne, jak i negatywne. PKB rósł zarówno wtedy, gdy zapewniano kolejnym członkom społeczeństwa dach nad głową, jak i wówczas, gdy „oszczędny” – w sensie dbałości o ochronę środowiska – właściciel nowej fabryki emitował zanieczyszczenia i podwyższał wskaźniki chorób cywilizacyjnych. Dziś te ilościowe mierniki są coraz bardziej problematyczne – choćby dlatego, że również w zamożnych społeczeństwach nie rośnie liczba osób zadowolonych z życia, a obfite żniwo zbierają tam różnorakie patologie (narkomania, choroby psychiczne czy przemoc), które częstokroć nie mają nic wspólnego z ubóstwem. Nawet w sferze stricte gospodarczej często to, co jest korzystne z punktu widzenia wskaźników makroekonomicznych, jednocześnie oznacza zjawiska negatywne w mikroskali (np. potanienie wielu produktów, ale przy jednoczesnej likwidacji miejsc pracy i przeniesieniu produkcji do uboższego kraju lub regionu). Oznacza to konieczność ostrożnego podejścia do standardowych wskaźników oraz zerwanie z rozpatrywaniem zjawisk ekonomicznych w oderwaniu od pozostałych uwarunkowań.
Osobnym aspektem tego zjawiska jest szeroko pojęta ekologia. Rozumiana nie tylko jako standardowa „oszczędność surowców” czy „dbałość o przyszłe pokolenia”, lecz w kontekście tego, że życie w zdrowym, czystym, pozbawionym hałasu środowisku oraz możliwość obcowania z dobrze zachowaną przyrodą i krajobrazem są jedną z elementarnych potrzeb społecznych oraz składników dobrego życia jednostek, częstokroć nie mniej istotnymi niż wysokość zarobków czy dostęp do innych dóbr i usług, jak edukacja czy służba zdrowia. Podobnym problemem jest także kwestia konsumpcjonizmu – psychologowie coraz częściej wskazują na zjawisko swoistej symbolicznej przemocy związanej z presją posiadania wciąż większej ilości produktów. Odnowiona socjaldemokracja nie może takich zjawisk postrzegać wyłącznie przez pryzmat ilościowy, lecz uznać, że niekoniecznie „więcej znaczy lepiej”.
7. Prymat życia nad ideologią oraz poszanowanie autentycznych tradycji. Aby społeczeństwo było demokratyczne i samorządne, państwo i jego agendy nie powinny nazbyt mocno ingerować nie tylko w rozwiązania formalne, lecz także ostrożnie postępować wobec nieformalnego kodeksu zachowań i etosu zbiorowego. Muszą wystrzegać się pokus odgórnego tworzenia i forsowania rzekomo jedynie słusznych rozwiązań wbrew woli społeczeństwa i jego podgrup. Wszelkie zmiany powinny być wyważone, ostrożne oraz odwołujące się do zbiorowego common sense. Nie oznacza to stagnacji i braku inicjatyw twórczych ani też ugruntowywania istniejących postaw patologicznych, lecz oparcie wszelkich zmian na powszechnym systemie wartości oraz lokalnych tradycjach kulturowych, gdyż tylko wówczas zmiany owe będą autentyczne i trwałe. Socjaldemokracja powinna wystrzegać się siłowego „importu” rozmaitych wzorców i trendów, a także być wyczulona na pokusy inżynierii społecznej.
8. Zmiana i stabilizacja. Ten swoisty „konserwatyzm” nie może oznaczać udawania, że świat stoi w miejscu. Krytycznie należy odnieść się do propagowanych przez prawicę wielu tzw. naturalnych praw i postaw. Pewne stosunkowo stałe zachowania i preferencje jednostek i zbiorowości nie powinny być obiektem ataku i zmasowanej krytyki, lecz jednocześnie nie należy roztaczać miraży „starych dobrych czasów” ani utrwalać postaw patologicznych. Rozsądnemu czerpaniu z doświadczeń przeszłości nie powinno towarzyszyć „obrażanie” się na nowe trendy i bezrefleksyjne dezawuowanie ich.
Należy twórczo przemyśleć takie choćby zjawiska, jak nowe modele życia rodzinno-partnerskiego, przemiany sfery seksualnej, trendy kulturowo-rozrywkowe, starając się dostrzec ich zalety oraz delikatnie korygować te tendencje, które mogą stanowić zagrożenie dla ładu społecznego.
9. Konsensus, prawa i obowiązki. Dominującej dziś kulturze egoizmu i eskalacji żądań z jednej strony oraz renesansowi wizji spod znaku „nadzorować i karać” z drugiej, należy przeciwstawić próbę wypracowania konsensusu satysfakcjonującego jak najszersze kręgi społeczeństwa, przy zachowaniu możliwie dużej swobody dla opcji mniejszościowych, jeśli tylko nie są w rażący sposób destrukcyjne i sprzeczne z ładem społecznym. Należy minimalizować udział w wyniszczającej społeczeństwo „wojnie kulturowej”, w której lubują się zarówno środowiska konserwatywnej prawicy, jak i „nowa lewica”. Polityka w kwestiach spornych powinna się opierać raczej na wsparciu i ochronie, zamiast na nakazach i zakazach.
Przykładowo, budzący wiele kontrowersji problem aborcji nie powinien być przez socjaldemokrację rozwiązywany ani przez zaostrzanie regulacji antyaborcyjnych, ani też przez ułatwianie tzw. wolnego wyboru kobiety w kwestii tak delikatnej biologicznie i etycznie, jak pewna forma życia ludzkiego. Istniejące ograniczenia prawa do przerywania ciąży należy wzbogacić o działania na rzecz faktycznego rozwiązania problemu (edukacja seksualna i powszechnie dostępna antykoncepcja, realne finansowe i instytucjonalne wsparcie rodzin i matek, ułatwienia w systemie adopcyjnym, zmiana wzorców kulturowych i postaw wobec samotnych matek i urodzeń pozamałżeńskich etc.). Z kolei różnego rodzaju postawy mniejszościowe (np. seksualne czy kulturowe) powinny mieć zagwarantowane równe prawa obywatelskie i realne wsparcie w rozwiązywaniu ich specyficznych problemów, ale jednocześnie nie mogą być traktowane jak uprzywilejowane „święte krowy”. Większość musi szanować postawy mniejszościowe (poza destrukcyjnymi lub rażąco sprzecznymi z powszechnym etosem kulturowym), a państwo – ochraniać je przed presją ogółu. Natomiast mniejszości powinny uszanować większościowe odczucia i postawy. W sferze publicznej należy natomiast minimalizować znaczenie osobistych preferencji. Zarówno np. gej jak i „homofob” powinni być na tej płaszczyźnie oceniani nie przez pryzmat indywidualnych zachowań i preferencji, lecz z punktu widzenia ich postaw wobec dobra wspólnego, a w instytucjach publicznych „lewak” i „faszysta” muszą być rozliczani nie ze swych poglądów, lecz z fachowości.
Remigiusz Okraska
P. S. Powyższy tekst powstał pierwotnie wiosną 2007 r. na potrzeby dyskusji programowej. Miała się ona toczyć w środowisku skupionym wokół prospołecznego think tanku, którego powołanie planowała wspólnie redakcja „Obywatela” i Ryszard Bugaj. Ostatecznie inicjatywa nie rozwinęła skrzydeł z tzw. przyczyn obiektywnych. Niedawno odnalazłem powyższy tekst w swoim archiwum i po drobnych zmianach postanowiłem go zaprezentować czytelnikom.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 18 lutego 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Pamiętam z dzieciństwa małe wielkopolskie miasteczko Bojanowo, nieopodal Leszna. W jednej z uliczek stał budynek, na który wskazywali mi Rodzice, mówiąc: „Tu była żydowska synagoga. Po wojnie przerobiono ją na łaźnię miejską”. Pamiętam też dyrektora mojej szkoły podstawowej, człowieka wielkiej dobroci i otwartości, opowiadającego uczniom: „Przed wojną mieszkali wśród Polaków także Żydzi, bogaci i biedni. To był zupełnie inny świat. Zostali zamęczeni. Nie ma powodu, byście pogardzali ich pamięcią”. Pogadankę wygłosił, bośmy jako dzieci wyzywali się wzajem: „ty Żydzie”.
Trzymam przed sobą dwie powieści Grigorija Kanowicza poświęcone losom Żydów na terenach dzisiejszej Litwy, Białorusi, Rosji, zatytułowane „Nie odwracaj twarzy od śmierci” i „Park niepotrzebnych Żydów”. Opowiadają o wydarzeniach od mniej więcej lat 20. ubiegłego stulecia, po rozpad Związku Radzieckiego. Powieści gorzkie, refleksyjne, nostalgiczne, wskrzeszające świat, którego nigdy już nikomu nie będzie dane oglądać.
Trudno tu opowiadać ich treść, ale najważniejsze kryje się w rekonstrukcji świata małych żydowskich wspólnot, rzuconych pośród inne nacje, przenikających się z nimi i różniących się od nich, tworzących barwną mozaikę ówczesnej rzeczywistości. Powieści pisane w cieniu śmierci i zagłady, z której nielicznym Żydom było dane wyjść obronną ręką. Kanowicz nie unika tematów trudnych: wzajemnych żydowskich konfliktów, akcesu części środowisk żydowskich do radzieckiego komunizmu, świadomego, często niemal ostentacyjnego podkreślania przez Żydów własnej odrębności. A równocześnie ukazuje ludzi, którzy nie mieli wątpliwości, czym jest bolszewizm, ludzi, w których żyłach płynęła krew i polska i żydowska, krwi tak różnej, tak pomieszanej, ukazuje ludzi różnych nacji i wierzeń w najbardziej dobrosąsiedzkich, bo banalnych i przyziemnych stosunkach, Żydów ateistów i Żydów głęboko wierzących, takich, co chcieli najpierw do Palestyny, a później do Izraela i tych, co nie chcieli oderwać się od ziemi, na której przyszli na świat, tych co wyemigrowali do Ameryki i tych, co przeżyli życie w Rosji Sowieckiej.
I nagle przyszło spustoszenie, ze Wschodu i z Zachodu. Ohydny, krwawy wymiar tego spustoszenia jest dziś niemal banałem, przez niektórych nazbyt chętnie bagatelizowanym. Ale nie mniejsza zbrodnia tego spustoszenia polegała na tym, że zniszczyła kulturę, tradycję i pamięć, jakie przenikały nasz wschodnioeuropejski świat przez stulecia. Dwie ideologie, równie absurdalne i nie troszczące się o człowieka, jakim jest w swoim powszednim żywocie, mordując ludzi, burząc ich domy, karczmy, fabryki, cmentarze, szkoły i miejsca modlitw, niszcząc życie zabiły kulturę, odebrały tożsamość znacznej połaci świata.
Lejzorek Rojtszwaniec to biedny rosyjski Żyd z powieści Erenburga, prostaczek, który dźwiga w sobie los swojego narodu, cały smutek, lecz zachowuje szczególny rodzaj humoru, jakim szczycili się synowie Izaaka, Abrahama i Jakuba. Dla mnie osobiście – symbol obcości wobec każdego i wszystkich, ciągłego oczekiwania na Mesjasza lub pogromy lub drwinę: „Ty Żydku”. Ale nie każda obcość musi budzić wrogość, choć coraz częściej mam wrażenie że tak dziś właśnie jest. Może właśnie dlatego, że żyjemy w świecie zepsutym przez totalitaryzmy, niewypowiedziane krzywdy i zbrodnie, w świecie, który nie wyleczył się z traumy historycznej, bo w odróżnieniu od życia jednostek, narody pozbywają się bólu, poczucia winy i krzywdy znacznie, znacznie dłużej.
A przecież – jak wspomniałem – nie każda obcość musi powodować wrogość. Może budzić rozbawienie, zrozumienie, poirytowanie, dobrotliwe poczucie wyższości, ale może przy tym wszystkim być oswojoną, czy nawet lepiej: swojską obcością. Obcość (wobec) ubogiego szewca Lejzorka Rojtszwańca, która nie kopie dołów i nie bije w twarz, ani nie szuka okazji, by z pogardą warknąć: „parchu”. A przecież Lejzorkowi i wszystkim bohaterom powieści Kanowicza należy się przede wszystkim requiem. I kadisz.
Ktoś zapyta, po co nam ta pamięć? Bo nas odróżnia od zwierząt, bo jest naszym ludzkim prawem i obowiązkiem, bo sublimuje kulturę i nie pozwala jej wyjałowić się w stereotypach i banałach, w schematach i w ignorancji. Bo poskramia złą wolę czy głupotę tych, co chcieliby pisać historię na nowo, albo wykoślawić ją na swoją korzyść. Dlatego lubię te strofy Słonimskiego:
„Nie masz już, nie masz w Polsce żydowskich miasteczek, W Hrubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy Próżno byś szukał w oknach zapalonych świeczek I śpiewu nasłuchiwał z drewnianej bóżnicy.
Znikły resztki ostatnie, żydowskie łachmany, Krew piaskiem przysypano, ślady uprzątnięto, I wapnem sinym czysto wybielono ściany, Jak po zarazie jakiejś lub na wielkie święto.
/…/
Nie ma już tych miasteczek, gdzie biblijne pieśni Wiatr łączył z polską piosnką i słowiańskim żalem, Gdzie starzy Żydzi w sadach pod cieniem czereśni Opłakiwali święte mury Jeruzalem.
Nie ma już tych miasteczek, przeminęły cieniem I cień ten kłaść się będzie między nasze słowa, Nim się zbliżą bratersko i złączą od nowa Dwa narody tym samym karmione cierpieniem”.
Nie ma już tych miasteczek. A nie wiem, czy pozostanie pamięć.
przez Anna Mieszczanek | środa 18 lutego 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Do związków zawodowych. Które – zanim stały się samorządne, niezależne i pisane solidarycą – były nie-samorządne, zależne oraz zajmowały się zaopatrzeniem załóg pracowniczych w ziemniaki na zimę, papier toaletowy i mydło. Skoro związek zawodowy organizował wyprawę do fabryki, która produkowała papier (bo znajoma pani Krysia obiecała poza przydziałem zapełnić żuczka czy może nawet stara z naczepą tym dobrem reglamentowanym), należało tylko napisać podanie, przekonując szefostwo związków, że nam się ten papier bardzo przyda oraz należy.
Przypomniała mi ten podaniowy rytuał Dziewczynka z Pieczątkami w rejestracji placówki medycznej, działającej zgodnie z certyfikatami iso lub jakoś tak, oraz finansowanej zgodnie z najnowszymi procedurami enefzet.
– Mam w sądzie pracy sprawę z zusem – mówię do Dziewczynki. – Potrzebna mi moja dokumentacja medyczna. (W końcu muszę jakoś udowodnić, że jestem osobą cierpiącą. Na słowo mi nikt nie uwierzy, nie otake Polske żeśmy walczyli, żeby teraz wierzyć obywatelom na słowo. Należy donieść odpowiednie papiery, najlepiej w dużej ilości.)
– Ooo – powiedziała Dziewczynka z ponurą miną.
Ponieważ się tego spodziewałam, bo nie pierwszy raz noszę do zusu czy sądu pracy swoją dokumentację medyczną, powiedziałam do Dziewczynki tonem, mającym w niej wzbudzić ochotę do podjęcia działania:
– Koleżanki z rejestracji kardiologicznej zrobiły mi ksero od ręki.
– No tak – mówi Dziewczynka – ale u nas jest inna procedura. („U nas” – to jest piętro wyżej – dodam dla czytelników nieobytych w kwestiach przychodnianych.)
Na to też byłam przygotowana i mówię:
– Dobrze, dobrze, ale prawa pacjenta pani na pewno zna, mam prawo do dokumentacji własnego chorowania.
– Znam, znam. Tylko proszę napisać podanie.
Był 13 dzień miesiąca. Piątek. Pomyślałam, że wybrałam nienajlepszy czas na załatwianie spraw poważnych i urzędowych. Ale jakoś trzeba było z sytuacji wybrnąć. Więc tonem udającym nieznośną lekkość bytu wspomniałam Dziewczynce, że podania to były w peerelu – i dalej mniej więcej to, co napisałam wyżej, w pierwszym akapicie.
Dziewczynka popatrzyła na mnie jednak ze spora dozą dystansu, nawet z czymś graniczącego i dłonią wyposażoną w bordowe tipsy z gwiazdkami wskazała na ścianę przy kontuarze recepcji. Przyklejona równo taśmą samoprzylepną (o którą trudno było w peerelu), wisiała tam kartka formatu a4 z wydrukiem z komputera (o który też w peerelu było trudno). Na kartce zaś widniał tekst czcionką times 20 a może 18 punktów, treści następującej:
Informujemy, że zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia z 17 września 2004, Dziennik Ustaw 219 poz. 2230 & 53 i 54, kopie dokumentacji medycznej będą wydawane na podstawie podania pacjenta. Cena za jedna stronę odpisu 0,50zl.
Wzięłam głębszy oddech, siłą woli powstrzymałam przed wydostaniem się na zewnątrz wszystkie anarchizujące i antysystemowe zdania, które natychmiast pojawiły się na końcu mojego języka i patrząc Dziewczynce w oczy wzrokiem złym, powiedziałam krótko, wyciągając ku niej dłoń bez tipsów:
– Papier!
Musiało być w moim tonie coś strasznego, ponieważ bez słowa podała mi kartkę papieru formatu a4. Na której długopisem przyczepionym do kontuaru sznureczkiem (w peerelu nie przyczepiali do kontuarów niczego, chyba że mówimy o filmie „Mis”), napisałam zdanie. Starałam się trafić w sam środek kartki (w końcu jestem redaktorem i formatowanie tekstu to mój nawyk powszedni). Napisałam, że proszę o wydanie mi dokumentacji medycznej.
Wtedy Dziewczynka zrobiła kserokopię, ja uiściłam parę groszy i nie wdając się w zawiłe kwestie kontrkonstytucyjności tego procederu oddaliłam się z nowoczesnej placówki medycznej. Po drodze próbowałam dociec, jakież to powody mogły skłonić Ministra Zdrowia Rzeczpospolitej Polskiej do tak drobiazgowego zadbania o tryb zaspokojenia mojej potrzeby posiadania dokumentacji własnej choroby. Że nie dociekłam, bo dociec się tego nie da – wspominam tylko dla porządku.
***
Nie było u nas kryzysu, nie było, aż tu nagle gazety ogłosiły że jest, no więc go mamy. Grecy używali słowa „kryzys” (gr. krisis), gdy znajdowali się w momencie rozstrzygającym, punkcie zwrotnym, okresie przełomu. A w naszym czasie kryzysu – co domaga się rozstrzygnięcia? Jaki proces osiągnął swoje apogeum i musi zostać odwrócony? Co ważnego zaniedbaliśmy tak, że aż musiał pojawić się kryzys? O czym ważnym zapomnieliśmy? Co jest najpilniejsze do rozstrzygnięcia? Kiedy to zostanie rozstrzygnięte – czy będzie już dobrze? Co możemy zrobić, żeby było dobrze? I najważniejsze: o czym będzie należało pamiętać, żeby sytuacja się nie powtórzyła?
No i co teraz? – pyta socjologa z Leeds dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Zygmunt Bauman odpowiada: Wśród socjologów powszechna była do niedawna opinia, że tym, co ludzi dręczy w tej chwili najbardziej, nie jest niedostatek, ale przeciwnie – nadmiar możliwych tożsamości, sposobów życia, towarów upiększających życie. Udręka wielka, bo nic, co osiągnięte, nie zaspokaja w pełni, zawsze może być lepsze. I nigdy nie osiągnie się takiego momentu, że można sobie powiedzieć: dotarłem, przybyłem, mogę usiąść, zapalić i nic więcej nie muszę robić. Otóż ta udręka się teraz może skończyć. Nadmiar się już kończy.
Święty byłby czas kryzysu, gdyby po nim było po prostu mniej. Wszystkiego. Także pieczątek. Dziewczynek z pieczątkami. Tipsów. Oraz rozporządzeń Ministra Zdrowia RP i wszelkich innych ministrów, a także wszelkiego głupiego, niepotrzebnego i niekonstytucyjnego prawa, które produkują w naszym kraju za nasze własne pieniądze.
Drogi Kryzysie! Zgodzę się nawet napisać do ciebie podanie. Żebyś już się przewalił i żeby potem było MNIEJ.
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 18 lutego 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Zgodzili się dopiero pod szantażem, kiedy dziewczynki odmówiły przeprowadzki do Waszyngtonu. Śledziłam uważnie inaugurację, ale Pierwszy Pies nie wprowadził się do Białego Domu, podobno ze względu na możliwość dyplomatycznego konfliktu z poprzednikiem. Więc czekam. Dopóki nie zobaczę Pierwszego Psa, nie uwierzę w empatię deklarowaną przez Baracka Obamę.
W ten prosty sposób dowiodłam, że wiarygodność deklaracji Obamy jest wątpliwa. W taki mniej więcej sposób patriotyczna, proamerykańska prawica polska dorabia gębę prezydentowi Stanów Zjednoczonych. I nie są to niewinne żarty. Świadomie pomijano fakty, które zaprzeczały przyjętej z góry tezie. Przykładem może być sugestia, że Obama miał w przeszłości związki z islamskim terroryzmem. Obama jest chrześcijaninem, ale jego ojczym, Indonezyjczyk, jest muzułmaninem. Obama parę lat mieszkał z ojczymem w Indonezji, gdzie islamscy fundamentaliści dokonują okrutnych zamachów. Obama poznał zasady islamu i jako prezydent będzie po cichu sprzyjał terrorystom.
Natomiast z książki Obamy „Odwaga nadziei” dowiadujemy się, że jego ojczym był porucznikiem armii indonezyjskiej po puczu wojskowym, który obalił komunizującego prezydenta Sukarno. Puczu dokonał generał Suharto z poparciem CIA. W czystkach przeciwko komunistom i ich sympatykom poniosło śmierć od 500 tysięcy do miliona osób, a 750 tysięcy zostało uwięzionych lub zmuszonych do opuszczenia kraju. Matka Baracka nie akceptowała takich metod, natomiast ojczym uważał, że pewne sprawy z przeszłości lepiej puścić w niepamięć. Między Barackiem i ojczymem narastała przepaść i po czterech latach matka wysłała syna do dziadków na Hawaje. W wersji propagandowej porucznik armii dokonującej puczu wspieranego przez CIA, zamienił się w islamskiego fundamentalistę, przewodnika duchowego nieletniego pasierba. Krytykujący amerykańskich demokratów według zasady „wszystkie chwyty dozwolone”, powinni pohamować emocje, kiedy stało się oczywiste, że Obama będzie prezydentem USA. Dobre stosunki z Ameryką są podobno priorytetem tej opcji politycznej.
W książce polityka nie spodziewałam się szczerych wyznań. Obama też przestrzega przed utratą „instynktu autocenzorskiego”. Jego konkurent w wyborach, republikanin, tak grzmiał na homoseksualistów, że w końcu obraził również córkę Richarda Cheneya. W książce Obama przedstawia się tak, jak chciałby być postrzegany przez wyborców. Właśnie dlatego książka pomaga odkryć źródło sukcesu Baracka Obamy i przyczynę zajadłej niechęci części polskiej prawicy.
Odkryłam fakt zdumiewający: Barack Obama jest normalnym politykiem. Rara avis, ponieważ większość polityków jest nienormalna, jeśli za normę przyjąć zasady i obyczaje powszechnie obowiązujące. Obama zadaje pytania „Dlaczego politycy w programach telewizyjnych sprawiają wrażenie posępnych, zapalczywych, nieszczerych, a czasem wręcz niegodziwych?”, „Co sprawiło, że rozsądni, uczciwi kongresmani nie wypełniają swoich obowiązków wobec narodu?”. Obama winą obciąża polityczną wyżymaczkę, degenerującą politykę.
Jest normalnym politykiem, ponieważ analizuje własną karierę pod tym właśnie kątem, szuka równowagi między romantyzmem a realizmem. Opisuje mechanizmy polityki partyjnej, wymogi kampanii wyborczej, pozyskiwanie funduszy, masmedia, system stanowienia prawa, mętne ustawy maskujące interesy beneficjentów. Aby wygrywać, trzeba akceptować reguły gry, ale podporządkowując się politycznej machinie, gubi się sens i cel polityki. Prawdziwość analizy potwierdzają obserwacje polskiej polityki. Takiej książki nie mogli napisać profesjonaliści komentujący skuteczność polityki, ponieważ reguły gry traktują jako siłę wyższą, niemal prawa natury. Obama jest praktykiem, klasycznym oszołomem, który wierzy, że można działać inaczej. Nie proponuje nic nadzwyczajnego: debatę merytoryczną, uwzględnianie zdania opozycji, przestrzeganie zasad i dobrych obyczajów. Wbrew „prawom natury” Obama wygrał najważniejsze wybory na świecie i to jest ten cud, który poruszył Amerykanów.
Poglądy Baracka Obamy nie są ani skrajne, ani utopijne, nie nadyma się i nie pozuje na skromnego, nie udaje proroka – idioty, który prostymi receptami wszystkich uszczęśliwi, jeśli tylko na niego zagłosują. Umiarkowane poglądy łatwo można atakować ze wszystkich stron. Przykładem jest problem aborcji, ponieważ w tej sprawie podział w Ameryce, tak jak i w Polsce, wynika ze sprzeczności światopoglądów. Do ustawy o aborcji Obama zaproponował poprawkę dotyczącą zagrożenia życia matki. Obie strony zaatakowały go jako zdrajcę, ponieważ żadna nie uznaje kompromisu.
Gra polityczna prowadzi do eksponowania różnic, pomijania realiów, które nie pasują do tej czy innej doktryny. W rezultacie politycy zachowują się i mówią jakby byli prymitywnymi głupcami i tak też traktują obywateli, jak ciemną masę, której wszystko można wmówić, byle głośno, mętnie i dobitnie. Obama na drodze kariery politycznej nie zmienił zdania o wyborcach. Nadal uważa, że są normalnymi ludźmi, mają swoje problemy, dążenia, ideały. Wyborcy zauważyli, że Obama jest normalnym politykiem, który nie po to wszedł w świat polityki, żeby ich oszukiwać.
Obamomania opiera się na prostych, zrozumiałych zasadach. Jeśli wydaje się epokowym wynalazkiem, to znaczy, że hipokryzja w polityce sięgnęła dna.
przez Remigiusz Okraska | środa 18 lutego 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Niedawna medialna burza wokół śmierci Eluany Englaro, Włoszki, którą po 17 latach śpiączki przestano dokarmiać i uśmiercono biologicznie, pokazuje jak dwuznaczne są dzisiaj wybory ideologiczne i światopoglądowe. A także jak niebezpieczne jest poruszanie się po minowym polu o nazwie „wartości”.
Całe biblioteki można zapełnić traktatami etycznymi, które zrodziła ludzka myśl w ciągu wieków, świeckich i motywowanych religijnie, powstałych na Zachodzie i w wielu innych kulturach i cywilizacjach. Dla mnie natomiast fundamentalne jest w tej kwestii jedno jedyne zdanie autorstwa znakomitego francuskiego chirurga, René Leriche’a. Brzmi ono tak: „Tylko jeden ból łatwo znieść: ból innych”.
Przypomina mi się ono zawsze, gdy przetacza się kolejny front wojny etyczno-kulturowej – a to w sprawie eutanazji, a to aborcji, a to właśnie w obliczu takich wyzwań, jakie niesie ze sobą sprawa Eluany Englaro. Cytowane zdanie Leriche’a, które wszak nie dotyczy tylko bólu czysto fizycznego i bezpośrednio odczuwanego, popycha mnie w kwestiach etycznych w stronę tego, co określa się mianem prawicy. Lewica, jakby wbrew swemu pierwotnemu etosowi, obecnie nazbyt pochopnie szafuje lekceważeniem bólu, rzecz jasna bólu innych. Do tych „prawicowych” pozycji w rzeczonej kwestii doszedłem, paradoksalnie, z lewicowego punktu wyjścia. Nie miało to nic wspólnego z chrześcijaństwem, z cywilizacją zachodnią, z prawem naturalnym itp. Znam osobiście jeszcze przynajmniej kilkanaście osób, które zajęły „prawicowe” pozycje w kwestii aborcji czy eutanazji właśnie taką okrężną drogą. Chyba najtrafniej wyraził to mój kolega, wieloletni wegetarianin i działacz na rzecz praw zwierząt, który powiedział kiedyś: wystrzegam się jak tylko mogę wszelkich praktyk związanych z cierpieniem żywych istot, a miałbym godzić się na aborcję, czyli niszczenie formy życia osobników mego własnego gatunku?
Można w nieskończoność przerzucać się argumentami, czy aborcja to „zabójstwo”, czy „usunięcie zlepka komórek”, czy dotyczy „dziecka”, czy „zygoty”, przytaczać opinie naukowców spod znaku „pro-life” i „pro-choice”. Ale w ostatecznym rozrachunku chodzi o zalążkową formę życia – w dodatku taką, którą każdy z nas kiedyś był. Nie mam wątpliwości, że bardzo problematyczne, a wręcz upokarzające jest urodzenie dziecka niechcianego, a jeszcze bardziej – wychowywanie go w stanie biedy i materialnych „braków”. Nie ma w tym nic godnego pochwały i żadne moralizowanie tego nie zmieni. Ale to za słaby argument, aby zezwalać na aborcję „na życzenie” lub „ze względów socjalnych”.
Tyle, że same zakazy niczego nie rozwiązują – z tego też powodu odmawiam zgody na dominację prawicowych poglądów w kwestii antykoncepcji i polityki socjalnej. Jeśli nie chcemy aborcji motywowanych uznaniowo lub finansowo, to powinniśmy zakazowi przerywania ciąży dać wsparcie w postaci taniej i łatwo dostępnej antykoncepcji, a rodzicom – realną pomoc finansową i instytucjonalną, aby wychowanie dziecka nie uczyniło z ich życia koszmaru. To właśnie mógłby być program lewicy, gdyby odeszła od nonszalanckiego traktowania zalążkowych form życia – zamiast „społeczeństwa skrobankowego”, byłoby to „społeczeństwo wspierające” świadome macierzyństwo i wychowanie dzieci. Byłby to również program uczciwej prawicy, która powinna uznać, że po pierwsze nie wszystkich obywateli obowiązuje katolicka wykładnia moralności, a po drugie – że jeśli chcemy „chronić życie”, to wypada to robić czynem, nie zaś przy pomocy nic nie kosztującego moralizowania i umywania rąk od cudzych problemów. Znacznie lepiej „chroni życie” – czyli ogranicza skalę aborcji – używanie prezerwatyw i pigułek antykoncepcyjnych, realna pomoc socjalna dla rodzin (nie zaś jej karykatura w postaci becikowego) czy gęsta sieć tanich żłobków i przedszkoli, niż ustawowy zakaz, w którego cieniu bez przeszkód funkcjonuje podziemie aborcyjne i „turystyka skrobankowa” do nieodległych Czech.
Dzisiejsza lewica porzuciła wszelką empatię, a w kwestiach etycznych zachowuje się tak, jakby chodziło co najwyżej o hodowlę jedwabników. Jednak prawica jest wrażliwa o wiele zbyt wybiórczo, aby jej „wartości” traktować serio. Sprawa śmierci Eluany Englaro pokazuje ten problem dobitnie. Trafnie zauważył Cezary Michalski, że sprawa śmierci Włoszki stała się kolejną okazją do politycznej mobilizacji środowisk, które wycierają sobie gębę „wartościami”, lecz nierzadko składają się z osób będących w wielu innych kwestiach antytezą jakichkolwiek wartości godnych pochwały. Jeśli czołowym moralistą staje się taka kanalia, jak Silvio Berlusconi, to mamy do czynienia z obrzydliwą tragifarsą i z niczym więcej.
Michalski jednak idzie w moim przekonaniu o krok za daleko. To prawda, że „wartości” i wymachiwanie sztandarem z nimi stanowią obecnie poręczny, dziecinnie prosty sposób mobilizacji politycznej. Nic tak nie emocjonuje hufców zwolenników dzisiejszej prawicy jak wizje „cywilizacji śmierci”, „upadku obyczajów”, „zagłady cywilizacji” i w ogóle Sodomy i Gomory, która jakoby miała się czaić tuż za rogiem. Całe mnóstwo łajdaków wychodzi z politycznego niebytu lub utrzymuje się na powierzchni tylko dlatego, że „konsekwentnie bronią życia” lub „troskliwie kultywują zagrożone tradycje”. Ale nie sposób uznać, że wśród tychże hufców nie ma – również na poziomie przywódców – ludzi szczerze przejętych takimi ideałami. Z Berlusconim należy się nie zgadzać i nie należy go szanować, natomiast z Markiem Jurkiem można się nie zgadzać, ale należy go szanować.
Sedno problemu tkwi gdzie indziej. Otóż nawet ta część prawicy, która autentycznie broni wartości niezależnie od tego, czy czerpie z owego faktu korzyści polityczne, jest ślepa na jedno oko, a zamiast ludzkiej twarzy posiada ludzki zaledwie jeden policzek. Ci sami, którzy współczują niszczonym zarodkowym formom człowieka lub protestują przeciwko odłączeniu chorych od aparatury podtrzymującej życie, bądź też są bardzo sceptyczni wobec eutanazji, jednocześnie na innych płaszczyznach popierają rozwiązania sprzeczne z ochroną życia. Sztandarowym przykładem takiej krótkowzroczności jest stosunek „wartościowej”, czyli neokonserwatywnej prawicy wobec ochrony środowiska. Grupy te przekonują, że najważniejszy jest człowiek i że nie można poświęcać jego dobrej kondycji na rzecz „jakichś roślinek”. Po pierwsze jednak, trudno znaleźć przykład faktycznego i dotkliwego prześladowania ludzi w imię „ochrony roślinek”. Po drugie zaś, człowiek jest w sensie biologicznym dokładnie taką samą częścią przyrody jak owe roślinki, a spustoszenia w ekosystemie odbijają się również na nas – prędzej czy później, ale zawsze. Wystarczy wiedzieć, jak ogromne i przeraźliwie bolesne żniwo zbierają tzw. choroby cywilizacyjne.
Ci sami „obrońcy życia”, którzy gotowi są publicznie ronić łzy nad Eluaną Englaro, zajadle zwalczają np. pomysły odwrotu w transporcie od nieograniczonego spalania ropy naftowej – tak jakby tysiące ludzi nie umierały z tego powodu w ogromnych boleściach na raka czy białaczkę. Ci sami ludzie, którzy uważają, że „ochrona życia” jest najwyższą wartością, przeciwstawną bezdusznej, materialistycznej koncepcji „prawa kobiet do własnego brzucha”, jednocześnie gotowi są rozerwać na strzępy każdego, kto proponowałby właśnie niematerialistyczne ujęcie problemu dewastacji środowiska, gdyby PKB miało od tego zmaleć o choćby 0,01%. Ci sami, którzy uważają transplantację organów za moralnie podejrzaną i sprzeczną z naturą, bez mrugnięcia okiem popierają o wiele większą i wciąż nieodgadnioną w kwestii skutków ingerencję w naturę, jaką stanowią manipulacje genetyczne czy klonowanie zwierząt – a przeciwników takich praktyk określają, dokładnie tak, jak sami są zwani przez oponentów: zacofańcami i ciemniakami.
Ale problem ten ma jeszcze szerszy wymiar, mianowicie gospodarczy. Nawet gdyby uznać, że taki wolny rynek, jaki wychwala neokonserwatywna prawica, jest najlepszy z punktu widzenia wskaźników makroekonomicznych i gwarantuje najszybszy globalny wzrost zamożności (co oczywiście jest dyskusyjne), to od kilku dekad wiadomo, że szeroko pojętą lepszą jakość życia – a więc nie tylko wysokie wskaźniki PKB, lecz także zaspokojenie wielu nieekonomicznych potrzeb czy dbałość o nie do końca materialistyczne aspekty ludzkiego bytowania – zapewniają te rozwiązania, które umownie można nazwać „społeczną gospodarką rynkową”. Owa jakość życia obejmuje nie tylko przyrost bogactwa, ale także jego w miarę równomierną dystrybucję w społeczeństwie, niski poziom przestępczości, łatwo dostępne i niedrogie usługi publiczne, dobrze zachowane środowisko, poczucie bezpieczeństwa egzystencjalnego (np. w obliczu starości) itp. Nie musi ona wcale iść w parze z zacofaniem, a wręcz przeciwnie – nierzadko nowoczesność i innowacyjność rozkwita prężnie na takim właśnie podłożu, jak choćby w Finlandii.
Gdyby trzymać się czysto materialistycznych i indywidualistycznych wskaźników, to być może np. system emerytalny, który opiera się na rozwiązaniach kapitałowych – każdy odkłada na swoją emeryturę i dostaje tyle, ile uskładał – jest wedle nich optymalny i sprawiedliwy. Ale czy ma on coś wspólnego z wartościami wspólnotowymi i z troską o słabszych? Czy emeryt, który otrzyma mizerne ochłapy z OFE, nie zasługuje na ochronę i wsparcie i czy jest on mniej bezbronny niż „życie poczęte”, skoro przyczyną niskich świadczeń niekoniecznie jest lenistwo i niechęć do pracy, lecz np. zamieszkiwanie w regionie, w którym dominują niskie płace? Być może z indywidualistycznego i materialistycznego punktu widzenia optymalna i sprawiedliwa forma gospodarki to taka, w której zakazano związków zawodowych, a pan i władca – pracodawca – wyciska z zatrudnionych ile się da. Ale czy pomiatanie pracownikami i wypłacanie im groszowych pensji przy braku realnych alternatyw – np. w regionie wysokiego bezrobocia – ma cokolwiek wspólnego z wartościami? I czy owi pracownicy na pewno są mniej bezbronni niż ci, których presja społeczna (rodziny, lekarzy itp.) skłoni do eutanazji?
„Cywilizacja śmierci” ma różne oblicza. Czasem jest to śmierć na ginekologicznym fotelu, innym razem w „klinice eutanazyjnej”. Czasem śmierć z głodu lub z przepracowania. Zawsze jest to jednak cywilizacja, w której łatwo znosimy ból – ból innych.