Wierni trzydziestoletni

Wchodziłem w dojrzałość w czasach, gdy publicystyczną karierę robiły terminy „X Generation” albo „pokolenie nic”. Przeważały opinie, że pokolenie to w zupełności zostanie sformatowane przez media i rynek, że nie będzie czuło potrzeby pamięci i będzie mu z tym nieźle. Miało to być pokolenie bezwzględnych reguł rynku, imprez, gadżetów, otwartości i nijakości. Pokolenie o tyle kosmopolityczne, że bez własnej, narodowej tożsamości, bo ta miała być już zbędna. Pokolenie niczym zbiorowy Zelig, które przystosowuje się do otaczających je realiów, by ukołysane „zbiorową narracją” społeczeństwa konsumpcji mogło odnaleźć jeśli nie sens istnienia, to przynajmniej motywację do obracania się w kieracie III RP.

Lata mijały, pokoleniu przybywało doświadczeń. Z chłopaczków i dziewcząt dzieci z czasów PRL przemieniały się w licealistów, uczniów techników i zawodówek. Nie mieli już tyle szczęścia, co nieco starsi od nich, którzy kończyli studia i zasysał ich rynek spragniony „nowych ludzi”. Byli jeszcze zbyt młodzi. Szli do pracy, na studia, albo jedno i drugie. Dojrzewając, śpiewali „panie Waldku, pan się nie boi…”, wybierali (albo i nie) przyszłość z Aleksandrem Kwaśniewskim, oglądali triumf i upadek AWS, triumf i upadek SLD. Oglądali na własne oczy przaśny kapitalizm początku lat 90., blitzkrieg koncernów na polski rynek. Dojrzewali niejako pod dyktando najbardziej opiniotwórczej gazety w Polsce. Wyjeżdżali z kraju za chlebem, nielegalnie i legalnie. I właściwie mieli święty spokój od Historii, z którą jeszcze za ich dzieciństwa zmagali się starsi. Nic ciekawego, w gruncie rzeczy. Publicystyczna przepowiednia powinna się spełnić w stu procentach. A jednak…

Może to kwestia perspektywy, może środowiska, ale mam całkiem przyjemne wrażenie, że plus-minus trzydziestoletni nie dali dorobić sobie gęby „pokolenia bez tożsamości”. Że jednak w jakiejś mierze zawiedli proroków publicystyki. Trzydziestoletni nie zapomnieli o swoim kraju/państwie, czy też (to już oczywiście kwestia jednostkowa) „wrócili do Polski”. Na różne sposoby. W ideowej, intelektualnej debacie pierwszego dziesięciolecia XXI wieku ich coraz mocniej słyszany i obecny głos nie stroni od spraw ojczyzny. Niezależnie od tego, czy są bardziej z prawa, czy bardziej z lewa, mniej lub bardziej świadomie musieli (a często też chcieli) opowiedzieć się wobec Polski jako swojego kulturowego, historycznego, społecznego dziedzictwa. Bo z horyzontu ich doświadczeń nie dało się jednak wyretuszować ojczyzny, choć jak powiada poeta „gorzki to chleb jest, polskość”. To pokolenie, które kuszono „lepiej i piękniej”, a z pewnością subtelniej niż poprzednie, zaczęło, czasem wręcz natrętnie, interesować się własnymi dziejami, własną tożsamością, tradycjami ideowymi, ustrojowymi, religijnymi. To pokolenie, które miało zająć się po prostu sobą i świetlaną przyszłością, wcale się nie wykorzeniło, nie wyobcowało z polskości.

W niedawno emitowanym przez TVP2 dokumencie „Fantazmaty Powstania Warszawskiego” Jan Klata wspominał, że gdy spotyka się ze swoimi rówieśnikami z zagranicy, wyrażają zdziwienie, dlaczego on, jako Polak, interesuje się przeszłością swojego narodu. Oni uważają to za brzemię, dyskomfort. Klata konkludował, że z jego perspektywy to im czegoś brak. Banalne, ktoś powie, naiwne. Może nawet, doda inny, fatalne, że jesteśmy jednak wciąż tacy cholernie historyczni, że nie pozwalamy sobie na luksus zapomnienia. I że jesteśmy niepoprawni, bo już następne pokolenie, które dopiero za 10-20 lat w pełni dojdzie do głosu, zabawia się w polskość, gdy tyle ciekawszy rzeczy do zrobienia.

Wierni trzydziestoletni, to brzmi patetycznie, to brzmi pretensjonalnie. Ale rzecz nie w tym, by nadymać się wielkimi słowami. Po prostu widzę wokół siebie ludzi, którzy myślą o Polsce i przez Polskę. Tworzą własne projekty, publikują w prasie wysokonakładowej, piszą powieści, są dziennikarzami, prawnikami, biznesmenami, redaktorami, wykładowcami, kapłanami, reżyserami, widać ich w telewizji, radio, są w Internecie. Mają różne pasje, różne sposoby na życie i zarabianie. Bynajmniej nie są święci, bo nie święci garnki lepią. Ale są wierni, choć kilkanaście lat temu przepowiadano im zgoła inny los. Dlatego nie ufam prorokom. Ani tym, co wybierają przyszłość, ani tym, co z egzaltacją wypłakują swoje jeremiady. Ufam trzydziestoletnim, bo okazali się na tyle krnąbrni, by pozostać Polakami…

Trudno nie wierzyć w nic

Kto by się tym przejmował, skoro dopiero co poleciało na odpowiedzialną wojnę w parlamencie ćwierć rządu, kolejne ćwierć przestało rządzić, a jutro może się okazać, że papierów z CBA jest dość, żeby wymieść resztę.

No tak. Ale moje życie toczy się tu, a nie tam. Więc może poranne pytanie o los byłego prezesa jednak ma sens?

Równo miesiąc krąży w przestrzeni międzyplanetarnej moja prośba do Rzecznika ZUS o podanie linka do pewnego dokumentu:

http://www.pojedyncze.salon24.pl/126631,to-samo-pytanie-do-rzecznika-zus-po-raz-trzeci

Rzecznik jest w sumie rzeczowy – już po ośmiu dniach odpowiedział, że linka nie poda, bo raportu nie ma w sieci. Dalsza korespondencja dotyczy więc przekazania samego raportu. W e-mailu obiecał, że poszuka. Ale nie poszukał. Może już tam nie pracuje? Kto by nad tym wszystkim zapanował w końcu? Kto by zapamiętał.

„Przedwieczorny”, komentując w salonie24 pomysł Igora Janke, żeby coś obywatelskiego zrobić z rządowymi aferami, pisze:

http://jankepost.salon24.pl/130232,nie-dajmy-sie-robic-w-bambuko

„Podobnie jak media zajmujemy się jakimiś bieżącymi sprawami i po jakimś czasie przechodzimy do następnych, stare, często ważne, pozostawiając bez kontynuacji. Czy nie warto założyć czegoś w rodzaju zakładki do spraw, które warto śledzić i kontynuować.

Przydałoby się.

Pierwszy do zakładki mógłby być tekst o aresztowaniu prezesa ZUS-u. Mogę to monitorować i uzupełniać. „Tylko po co?” – wisi mi nad głową tytuł blogu Krzysztofa Leskiego z salonu 24. A może by to i po coś było?

Bo przecież należy realizować swoje pomysły. Należy także wierzyć swoim marzeniom oraz powtarzać: We can. Wtedy dostajemy Nobla.

– „Nie możemy tolerować świata, w którym terror jądrowego holocaustu stanowi zagrożenie” – mówi, słusznie zresztą, noblista Obama, prowadzący wciąż przynajmniej dwie wojny. I pozwalający, by szef NASA wywalał w Księżyc półtorej tony trotylu w postaci eksperymentalnego walnięcia małą bombką. W końcu szukamy tam wody:

http://wiadomosci.onet.pl/2057772,16,strzelili_w_ksiezyc_10-kilometrowa_chmura_pylu_widzielismy_krater,item.html

Co tam jacyś poeci, raz, dwa, trzy durnie śpiewający:

„Oto w ciszy spada gwiazda przez miliony świetlnych lat pędzi gdzieś niemiłosiernie żeby zatrzeć własny ślad pewnie już się rodzi wariat który zmieni gwiazdy bieg lub wykopią na niej dziurę a to wróży raczej źle”

My, Ludzkość, możemy wszystko. We can.

Ale może jednak należy wierzyć noblistom? Niezależnie od dziedziny, w której ich uhonorowali? Taki Saramago na przykład. W ostatniej powieści pt. „Miasto białych kart”, którą znam na razie tylko z recenzji Ryszarda Kozika w papierowej „Wyborczej”, podsuwa nam świetny pomysł.

„Nagle, bez żadnej zapowiedzi, agitacji ani skoordynowanej akcji 70 procent wyborców wrzuca do urn białe kartki. Dostają szanse poprawy, czyli powtórkę wyborczą, gdy jednak jej nie docenią – tym razem ponad 80 procent kart w urnach jest biała – przychodzi pora na bardziej zdecydowane środki. Do akcji wkraczają służby specjalne, wprowadzony zostaje stan oblężenia, a w końcu politycy postanawiają ukarać niewdzięczników najsurowiej jak potrafią: władze (a wraz z nimi wojsko czy policja) opuszczają stolicę. Radźcie sobie sami!”.

Och, jakbym chciała, żeby nasi też się obrazili i wyprowadzili. Przedtem musielibyśmy im wrzucić do urn te białe kartki. Pomysł jak pomysł – jeszcze dwa lata temu wszyscy krzyczeli, że to nieobywatelskie nie iść na wybory albo iść z pustą kartką. Teraz coraz więcej w Internecie miejsc, gdzie ten pomysł wydaje się sensowny:

http://civicspace.wordpress.com/2009/06/09/wybralem-nie-glosowalem/

http://stokwiatow.salon24.pl/129211,obywatele-dla-bojkotu

***

Gdyby moi politycy się wyprowadzili. Gdyby przestali do mnie wysyłać te swoje sprzeczne komunikaty. Że wszyscy niewinni, więc wszyscy muszą odejść.

Gdyby zostawili miejsce jakimś normalnym ludziom, którzy by się zajęli ordynacją wyborczą, wydawaniem publicznych pieniędzy na służbę zdrowia czy bezpieczeństwo.

Żeby jutro największy szpital na Pomorzu nie zamykał drzwi przed pacjentami i nie pozywał NFZ do sądu za to, że nie chce mu płacić za nadplanowe (w październiku!) leczenie pacjentów: „Szpitale w całym kraju wielokrotnie pozywały NFZ, domagając się pieniędzy za tzw. nadwykonania, czyli leczenie chorych ponad ustalony limit. Teraz chodzi o coś innego – będą prosić sąd, żeby ustalił wysokość podstawowego kontraktu, bo same nie mogą dojść do porozumienia z Funduszem”

(http://wyborcza.pl/1,75248,7108686,Sad_ma_zmusic_NFZ_do_kontraktu.html?utm_source=Nlt&utm_medium=Nlt&utm_campaign=2015058)

Żeby ktoś ogarnął wreszcie, że nie ma nic tajemniczego w tym, że codziennie w Warszawie płoną miejskie autobusy. Że zwolnienie dyrektora nic nie pomoże, skoro „kilka lat wcześniej firma popełniła błąd, zwalniając w ramach cięcia kosztów ponad 500 z 1,5 tys. pracowników zaplecza technicznego. /…/ Lepsze efekty mają zaś przynieść zakupy urządzeń diagnostycznych wyższej jakości”

(http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34905,7113363,Dlaczego_warszawskie_autobusy_wciaz_plona_.html?utm_source=Nlt&utm_medium=Nlt&utm_campaign=1077927).

Żeby sąd pracy, który już od dwóch lat ocenia, czy jestem zdrowa, czy chora, nie wzywał mnie po raz piąty do biegłego lekarza, tym razem każąc mi jechać na 8.30 rano z Pragi na Kabaty, bo właśnie zmieniła się koncepcja i lekarze nie będą przyjmować w sądzie, lecz w dowolnych przychodniach na terenie całego miasta. To, że poprzednim razem biegły na badanie w ogóle nie przyszedł, a jeszcze innym razem czekałam na niego godzinę, aż w końcu sobie poszłam – sądowi nie stanowi. Sąd może mnie ukarać karą grzywny, jeśli się nie podporządkuję. Jakby co, zrobię zbiórkę publiczną na te grzywnę chyba. Jak ktoś chętny, już się może zgłaszać. Tymczasem kontynuuję sobie listę pobożnych życzeń:

Żeby urzędnicy, pracujący za pieniądze podatników, mieli zwyczajne poczucie przyzwoitości i żeby – skoro już płacą sobie ponad miarę – potrafili się do tego przyznać, a nie ukrywać dochody przed radnymi i dziennikarzami. Ukrywają to, mimo że: „Wynagrodzenie i premie polityków jednak podlegają ujawnieniu na zasadach przewidzianych w Ustawie o dostępie do informacji publicznej”. Część danych udało się zdobyć jednemu radnemu. Zajęło mu to pół roku. Dowiedział się, że premie wynosiły od 8 do 11 tys. zł. Ale nie wiadomo było, który burmistrz ile dostał. Prezydent Miasta nie chce tego ujawnić”

(http://radio.wolnemedia.net/).

***

„Trzynaście milionów Włochów – 22 procent ludności – mieszka w regionach, które są całkowicie kontrolowane przez mafię /…/. Produkt krajowy brutto w czterech opanowanych przez nią regionach niższy jest o ponad czterdzieści procent od średniej krajowej. Tam popełniana jest połowa przestępstw o charakterze mafijnym, a jedną czwartą samorządów lokalnych steruje świat przestępczy. – »Mafia zmieniła się« – zauważył Beppe Pisanu, przewodniczący włoskiej parlamentarnej komisji do walki z mafią, analizując raport instytutu Censis. – »Prosperuje bez rozgłosu, unika wielkich zbrodni, woli skoncentrować się na interesach i polityce, umiejętnie dozując zastraszanie i przemoc« – mówił. – »W rezultacie współzawodniczy z państwem« – podkreślił. Przykład tego można było obserwować kilka dni temu w Neapolu, gdzie grupa pracowników zwolnionych z zakładu oczyszczania miasta protestowała z transparentem na cześć klanu tamtejszej kamorry, który do niedawna kontrolował wysypiska śmieci pod Wezuwiuszem”

(http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,7101844,13_milionow_Wlochow_w_rekach_mafii___Ubostwo_nie_rowna.html).

***

Na stronie www.petycje.pl było do tej pory 16 milionów wejść, choć pozostawiono tylko 500 tysięcy podpisów pod petycjami.

***

Prezydent podpisał Traktat Lizboński, ale posłowie PiS-u idą już do Trybunału Konstytucyjnego z podejrzeniem, że to będzie bezprawne.

Księżyc jeszcze wisi na niebie.

Naprawdę – trudno nie wierzyć w nic.

Wróg mojego wroga

Czy wróg mojego wroga staje się moim przyjacielem, sojusznikiem? W działalności społeczno-politycznej stajemy wobec takiego dylematu bardzo często. Nierzadko w związku z niekorzystną sytuacją. Ot, choćby obecnie, gdy trwają rządy neoliberałów. Oczywiście na PO można się oburzać o to, że minister obiecał swoim kolegom jakiś intratny zapis w ustawie. Są to jednak sprawy drugorzędne. Jasne, że takie sytuacje należy piętnować, choćby w imię dobrego samopoczucia, które daje status obywatela państwa nie będącego republiką bananową. Jednak „afera hazardowa” to tzw. małe miki w porównaniu z wyprzedażą za śmieszne pieniądze publicznych przedsiębiorstw, tym razem już nie „resztówek” ani „komunistycznego skansenu”, lecz firm nowoczesnych i bardzo dochodowych, jak KGHM. „Afera hazardowa” to również nic ważnego w porównaniu z planami demontażu publicznej służby zdrowia, zwanego jej komercjalizacją. Bo ustawę, na mocy której Rysiek, Zdzisiek czy Heniek zarobią nawet wiele milionów, można zmienić za kilka lat. Nikt natomiast tak łatwo nie odzyska kontroli nad sprzedanym KGHM, nie odbuduje stoczni przekształconych w eldorado deweloperów, nikt na powrót nie stworzy publicznej służby zdrowia, jeśli przehandlowana zostanie sieć budowanych przez wiele dekad placówek medycznych.

Stąd też, w takich sytuacjach pojawia się idea, że sprzymierzyć się można choćby z diabłem, byle tylko wraz z nim powstrzymać negatywne zjawiska. Obecnie mowa na przykład o nieformalnym sojuszu – a być może nawet przyszłej koalicji rządowej – PiS i SLD przeciwko poczynaniom „platformersów”. Taki sojusz nie jest całkowicie nierealny, a na pewno byłby mniejszym złem niż trwający liberalny skok na dobro wspólne. Jednak trudno ów scenariusz traktować poważnie w kategoriach innych niż doraźne. Oba ugrupowania nie tylko są zakładnikami podziałów historycznych, ale także własnych „frakcji”. W przypadku SLD różnej maści kamerdynerów „Gazety Wyborczej” i „salonu”, natomiast w PiS-ie – silnego środowiska konserwatywnych neoliberałów, czyli durnowatych facecików, którzy w kwestii prywatyzacji niczym nie różnią się od PO, a jedynie chcą wolny rynek „wzbogacić” o pomstowanie na gejów, aborcję i wszelkiej maści „bezbożników”. Inna rzecz, że „zdolność koalicyjną” PiS-u już widzieliśmy w praktyce, a zawdzięczamy jej to, że „Polska Solidarna” w wykonaniu liberałki Zyty Gilowskiej i rozmodlonego – też liberalnego gospodarczo – bawidamka Marcinkiewicza, zakończyła się oddaniem Platformie władzy z co najmniej dwuletnim wyprzedzeniem.

Tego rodzaju faktyczne lub urojone przegrupowania w ramach politycznej „bieżączki”, dają asumpt do snucia teorii o potrzebie głębszego, ideowego przełomu. W jego ramach miałoby się dokonać zbliżenie różnych osób i środowisk „prosocjalnych” ponad dotychczasowymi tradycjami ideowymi i afiliacjami organizacyjnymi. Niedawno w różnych środowiskach pewnym echem odbiła się deklaracja europosła PiS, Tadeusza Cymańskiego, który skrytykował dominację liberałów w swoim ugrupowaniu, wezwał do powrotu do haseł „solidarnych”, a podobno nawet zadeklarował, że nie wstydziłby się, gdyby za poglądy prospołeczne został nazwany socjalistą. Domorośli stratedzy zaczęli już nawet obliczenia: Cymański i fatamorganowa „socjalna” frakcja PiS-u + „przaśno-betonowe” skrzydło SLD (Napieralski i spółka) + resztki Samoobrony + Radio Maryja + jakieś lewackie grupki, które niezbyt mocno akcentują postulaty obyczajowe = Wielki Front Obrony Przed Liberałami. Marzenia ściętej głowy, w dodatku raczej pustej.

Niejednokrotnie w „Obywatelu” pokazywaliśmy, że gdy porzuci się polityczne etykietki, to podobne poglądy w wielu ważnych sprawach społeczno-gospodarczych głoszą osoby sytuujące się od Sasa do Lasa. Szczególnie w Polsce, gdzie scena polityczna jest całkowicie zaburzona historią ostatnich 5-6 dekad, trudno o normalność – brak tu zarówno konsekwentnej lewicy, jak i prospołecznej, solidarystycznej prawicy, a nasze „ekstrema” w postaci ugrupowań populistycznych miotają się od lewej do prawej ściany niczym obłąkane (jak Samoobrona czy Polska Partia Pracy). Dlatego też, jeszcze bardziej niż w „normalnych” politycznie krajach, ludzi o poglądach nieliberalnych gospodarczo można spotkać w Polsce niemal w każdy ugrupowaniu. Gdyby nie podziały historyczne oraz oczywiście ambicje personalne, nietrudno wyobrazić sobie porządną socjaldemokrację z Kołodką, Bugajem i Ikonowiczem oraz prospołeczną chadecję z Romaszewskim, Olszewskim i Januszem Wojciechowskim, które wspólnie tworzą prospołeczną koalicję rządową. A z pozycji radykalnie socjalnych krytykują ich, lecz w kluczowych kwestiach po cichu wspierają populiści z partii pod wspólnym kierownictwem Leppera, Ziętka i Gabriela Janowskiego. A Donald Tusk gra w tym czasie w piłkę w Sopocie, wozi kolegom paczki do więzienia i wraz z Jarosławem Kaczyńskim organizuje sympozja pod hasłem „Zaczęło się w Gdańsku, skończyło w Belwederze – blaski i cienie konserwatywnego liberalizmu”.

Taki scenariusz jest jednak zupełnie nierealny. Długo by pisać o przeszkodach personalnych, środowiskowych, historycznych i innych, zresztą oczywistych dla każdej rozgarniętej osoby. Cymański może nie wstydzić się słowa „socjalista”, ale wstydzi się jego elektorat, zaś Radio Maryja czy „Gazeta Polska” nie nagłośnią takiej kandydatury, bo popieranie kogokolwiek z „socjalizmem” na ustach oznaczałoby mentalną wojnę domową wśród słuchaczy i czytelników, nawet jeśli byłby to socjalista „nasz” i „pobożny”. Dlatego nie zaistnieje tego rodzaju sojusz nawet doraźny, mogący dać szansę dużemu elektoratowi socjalnemu na stworzenie siły czy to obronnej wobec obecnej dominacji liberałów, czy w dłuższej perspektywie wręcz ofensywnej, mogącej nie tylko np. uratować KGHM przed prywatyzacją, ale choćby stworzyć silny koncern stoczniowy, zarabiający na produkcji statków tak, jak zarabiają wspierane przez państwo koncerny niemieckie czy japońskie.

A tym bardziej nie zaistnieje podobny sojusz na płaszczyźnie ideowej, nie nastąpi żaden przełom w tej kwestii. Tego rodzaju sojusz nie zaistnieje dlatego, że wspólny wróg i podobnie negatywna ocena jakichś zjawisk to zdecydowanie za mało, aby stworzyć trwałą płaszczyznę współpracy i porozumienia. To banał, ale warto go napisać: potrzebny jest nie wspólny wróg, lecz wspólny pozytywny cel, nie jedność w nienawiści, lecz podobne, choć niekoniecznie identyczne definiowanie lepszej przyszłości i wartości umożliwiających jej stworzenie.

Kiedyś myślałem podobnie, jak dzisiaj czynią to lewicowcy przyklaskujący prawicowemu „socjałowi” Cymańskiemu. Że wróg jest wspólny i że przeciwko niemu warto się zjednoczyć nawet z diabłem. Jesienią roku 1999 współorganizowałem nawet w Wałbrzychu tzw. Kongres Opozycji Antysystemowej, który zgromadził kilkadziesiąt osób z całej Polski, z przeróżnych mikro-środowisk, od anarchistów i trockistów, po neopogan-nacjonalistów i monarchistów-konserwatystów, wszystko to wsparte silną reprezentacją radykalnych ekologów. Na łamach gazetek tych środowisk publikowałem teksty o „sojuszu ekstremów” i o jedności niezbędnej w obliczu wspólnego wroga. Bo oczywiście mieliśmy wspólnego wroga: neoliberalną globalizację, NATO kilka miesięcy wcześniej bombardujące Serbię, planowany akces do Unii Europejskiej, którą w bezbrzeżnej naiwności 23-latka uważałem wówczas za twór znacznie gorszy niż polityczna mafia rodzimego chowu. Oczywiście nic z tego nie wyszło, zarówno dlatego, że zero pomnożone przez zero nadal daje zero, jak i właśnie wskutek tego, że wspólny wróg to za mało.

Po latach uważam, że była to inicjatywa całkowicie chybiona i niepotrzebna. I to bynajmniej nie dlatego, że wskutek udziału w niej stałem się bohaterem kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset donosów (z „Gazetą Wyborczą” na czele), bo przecież „współpracowałem z faszystami”, lecz z uwagi na to, że większość uczestników owego spotkania nie wyciągnęła z niego żadnych sensownych wniosków i jeśli nie stali się zwykłymi apolitycznymi drobnomieszczanami, to zazwyczaj, poza nielicznymi przypadkami, pogrążali się coraz bardziej w swych ideologicznych szajbach, zamiast się z nich choć częściowo wyzwolić. Nie wstydziłem się wówczas spotkać z tymi ludźmi (bo tylko faktyczni mentalni faszyści, nawet jeśli zwący się anarchistami czy wolnomyślicielami, uważają, że z kimś nie należy w ogóle rozmawiać), tak jak nie wstydzę się, że jakiś Domosławski wycierał sobie mną gębę w weekendowym wydaniu organu orędowników „planu Balcerowicza” (wstydziłbym się raczej, gdyby mnie ów organ chwalił za cokolwiek).

Natomiast wstydzę się swojej naiwnej wiary w to, że chciałem cokolwiek zbudować z ludźmi, z którymi niewiele mnie łączyło. Tamten „sojusz” nie miał sensu właśnie dlatego, że rozmawialiśmy o wspólnym wrogu, zamiast zapytać się nawzajem o to, jak wyobrażamy sobie wspólny ład po – oczywiście czysto hipotetycznym, bo aż tak oderwani od rzeczywistości nie byliśmy – owego wroga pokonaniu. Albo chociaż o to, dlaczego nie podobają nam się wspomniane bombardowania Serbii przez NATO – czy dlatego, że to zwykłe barbarzyństwo i militarystyczna hucpa, czy z powodu umiłowania „męża stanu” Miloševicia, czy może z uwagi na to, że operacja na Bałkanach była nie w smak rosyjskiej ambasadzie w Polsce i jej tutejszym podwykonawcom. Kto pyta – nie błądzi. Kto nie pyta – traci czas.

Zrozumienie tej prostej prawdy – że wspólny wróg to za mało – zajęło mi jeszcze kilka lat. W duchu takiego „porozumienia ponad podziałami” utworzyliśmy „Obywatela”, który początkowo był właśnie zbieraniną – tyle że personalną, nie organizacyjną – wszelkich możliwych ekscentryków ideowych, błąkających się po obrzeżach przeróżnych środowisk. Choć tym razem większy nacisk położyliśmy na podobieństwa – czy to ideowe, czy „techniczne” (jak np. różne postulaty ekologiczne) – to nadal dominowało nie to, co chcielibyśmy osiągnąć, lecz krytyka tego, czego nie lubimy. Fikcję „wspólnej sprawy” spod znaku niechęci wobec neoliberalizmu, niszczenia środowiska i oligarchizacji życia publicznego musieliśmy jednak porzucić, gdy okazało się, że kilku naszym ex-kolegom przeszkadza nie tyle dziki kapitalizm, co upadek „starego dobrego” realnego socjalizmu, że lekarstwa na rządy oligarchów upatrują nie w przywróceniu demokracji, lecz w (re)sentymentalnych westchnieniach za „mężami stanu” pokroju Gomułki, Jaruzelskiego i Miloševicia, że zły nie jest współczesny system finansowy, lecz „głupota ludzi, którzy biorą kredyty”. I tak dalej. Kto nie pyta, ten błądzi…

Wróg mojego wroga nie jest moim przyjacielem. Wspólnota wrogości to zdecydowanie za mało, a sojusze „ekstremów” to w najlepszym przypadku sojusze chwilowe, taktyczne, czasem potrzebne dla rozwiązania konkretnego problemu, nic więcej. Takie stanowisko nie oznacza sekciarstwa i wiary w jedyną słuszną drogę. Nadal uważam, że etykietki „lewicy” i „prawicy” więcej zaciemniają niż rozjaśniają, zwłaszcza w polskich realiach, a w przypadku rozmaitych „ideowców” i „ortodoksów” zazwyczaj maskują niejasne interesy i powiązania lub przerośnięte ego, jeśli nie poważniejsze problemy natury psychologicznej. Nadal sądzę, że ważniejsze są faktyczne postawy i poczynania niż slogany i deklaracje. Nadal wydaje mi się, że człowiek pewny swoich przekonań nie powinien bać się ich konfrontować z racjami innych ludzi, a takich konfrontacji boi się jedynie smutny, zakompleksiony tchórz i miernota, nawet jeśli pozujący na rewolucyjnego herosa lub elitarnego twardziela. Nadal podtrzymuję pogląd, że należy rozmawiać ponad podziałami i że ideowo-polityczne „dziewictwo” jest na rękę wyłącznie specjalistom od wcielania w życie zasady „dziel i rządź”. Nadal mam w dupie donosicieli rozliczających mnie z opublikowania tekstu „faszysty” lub „komunisty” – jeśli „faszysta” lub „komunista” mają coś mądrego i inspirującego do powiedzenia, to będę to publikował, wbrew wszelkim paniom Dulskim, szczególnie tym, które wolnością słowa i pluralizmem wycierają sobie usta, lecz trzęsą portkami, aby nie naruszyć jakiegoś tabu własnego środowiska.

Ale dziś pytam przede wszystkim nie o to, przeciwko komu i czemu występuje dana osoba lub grupa. Dziś interesuje mnie, co proponuje w zamian, do jakich wartości się odwołuje. Dlatego moim sojusznikiem będzie raczej umiarkowany chadek, który uznaje, że społeczeństwo ma prawo stanowić o sobie i wybrać do parlamentu zwolenników podwyższenia podatków, niż radykalny socjalista-etatysta, który przekonuje, że w sumie za Lenina i Trockiego nie było tak źle, a demokracja nie jest przecież dla „wrogów ludu”. Dlatego bliższy jest mi taki członek „rozmemłanych” Zielonych 2004, który potrafi odłożyć na bok – jako kwestię drugorzędną – przekonanie o konieczności zagwarantowania gejom prawa do zawierania małżeństw, lecz w umiarkowany sposób promuje rozwiązania ekologiczne, niż radykał, który sugeruje, że problemy ekologiczne rozwiązałaby eugenika. Dlatego wolę kogoś, kto był przez całe życie w PZPR, lecz wspierał samorząd pracowniczy w 1956 r. i „struktury poziome” w 1980 r., niż styropianowego etosiarza, który w podziemiu wydawał broszurki Hayeka i Friedmana a po wyborach 1989 uznał, że robotnicy głosujący na niego to roszczeniowe bydło spod znaku homo sovieticus, bo nie potrafili zostać biznesmenami zanim zlikwidowano ich zakład pracy. I dlatego wolę będącego moim przeciwieństwem prawicowego, ultrakatolickiego i w ogóle „kołtuńskiego” związkowca „Solidarności” z Podkarpacia, który uważa, że prywatne nie musi być lepsze niż państwowe i że rynek nie załatwia wszystkich problemów, niż „lewicowego”, bliskiego mi w sensie gustów kulturowych faceta z warszawki, który kiedyś był w PPS-ie, a dziś na łamach „Wyborczej” czy „Polityki” szydzi z „socjalu”, bo to przecież passé, to nie w stylu Zapatero i Blaira. Dlatego wolę feministkę, która angażuje swój czas i energię w inicjatywy tworzące klimat kulturowy bardziej przyjazny matkom i ich dzieciom, niż prawicowych mędrków, którzy na zmianę „bronią życia poczętego” i chcieliby kobiety wygnać do kuchni, bo tak twierdzi ich guru Korwin-Mikke. Dlatego z dwojga złego wolę karierowiczów z „Krytyki Politycznej”, którzy lansują się w gazecie Michnika, ale przynajmniej werbalnie optują za gospodarczym „modelem skandynawskim”, niż „niezłomnych” radykałów, którzy temuż Michnikowi zarzucają nie wspieranie Balcerowicza, lecz świństwa w wykonaniu przyrodniego brata lub matki, a głosują na PO w nadziei na obniżenie „złodziejskich i socjalistycznych” podatków.

Okazjonalne sojusze różnych, nierzadko znacząco odmiennych środowisk, będą się zdarzały – i bardzo dobrze, bo w rozwiązaniu konkretnego problemu jest to postawa sensowniejsza niż sekciarska „czystość ideologiczna”. Natomiast jeśli miałyby się zdarzyć poważniejsze, bardziej trwałe, ideowe przegrupowania i przełomy, to nie w oparciu o krytykę czegokolwiek, np. liberalizmu gospodarczego, lecz na bazie spójnej i wspólnej wizji alternatywnej. Tadeusz Cymański i jemu podobni nie staną się socjalistami wskutek deklaracji, że państwo powinno zwiększyć wydatki socjalne i mniej prywatyzować, bo to jeszcze nie jest socjalizm. Socjalistą stałby się Cymański, gdyby uznał, że ideałem, do którego należy dążyć m.in. przy pomocy polityki socjalnej, jest egalitaryzm społeczny, a w sferze gospodarczej – uznanie, że prywatna własność środków produkcji nie jest jedyną skuteczną, że to nie doraźny zysk jest miarą rozwoju ekonomicznego, że gospodarka ma służyć potrzebom ogólnospołecznym. Ale nawet gdyby Cymański stał się takim właśnie umiarkowanym socjalistą, to wcale nie znaczy, że wartościowymi dlań partnerami są tacy „socjaliści”, którzy tęsknią za gomułkowskim zamordyzmem lub wielbią Che Guevarę, a papierkiem lakmusowym lewicowości czynią nienawiść wobec Kościoła i drobnych kupców albo uwielbienie dla mniejszości seksualnych i inżynierii społecznej.

Myśląc o sojuszach i przełomach ideowych, powinniśmy na margines debaty odłożyć niechęć wobec liberalizmu, Balcerowicza, prywatyzacji, Michnika itd., itp. Powinniśmy natomiast pytać, co nas łączy i jakie mamy punkty odniesienia. Czy jesteśmy za autentyczną demokracją i samorządnością obywateli, czy też po prostu chcemy odsunąć liberałów od władzy przy użyciu dowolnych środków, nawet za cenę zamordyzmu. Czy jesteśmy za wolnością słowa dla wszystkich, również dla naszych wrogów, czy jedynie domagamy się tej wolności dziś, gdy jesteśmy słabi, a gdybyśmy byli silni, to zamknęlibyśmy cenzurą usta naszym krytykom. Co nam najbardziej przeszkadza w Unii Europejskiej – nadmierna biurokracja dla zwykłych ludzi i liberalizowanie reguł dla wielkich koncernów czy jej „bezbożność” i zmniejszanie zakresu suwerenności państw członkowskich (dzięki czemu w Polsce np. uratowano Dolinę Rospudy przed jakże suwerennym zabetonowaniem). Jak wyobrażamy sobie silne państwo – jak niezależną na arenie międzynarodowej Szwajcarię, która pyta obywateli o zdanie w tysiącach spraw i wciela ich wolę w życie, czy jak Wielką Brytanię z czasów Thatcher, która za pomocą państwowej policji krwawo tłumiła strajki związkowych górniczych „warchołów”, żeby swoim kolesiom z firm naftowych i gazowych zrobić miejsce na rynku energetycznym. Jaki jest nasz ideał sprawiedliwego i egalitarnego społeczeństwa – taki, jak demokratyczna Finlandia i Szwecja, czy w postaci tęsknot za „polską drogą do socjalizmu” spod znaku Gomułki i Moczara. I jeszcze wiele takich pytań powinniśmy zadać sobie i potencjalnym sojusznikom zanim staniemy się faktycznymi sojusznikami.

Oczywiście można tych pytań nie zadawać, łudząc się wspólnotą celu z ludźmi złączonymi z nami krytyką czegoś lub kogoś i wierząc, że droga na skróty zaprowadzi nas w sensowne miejsce. Nie zaprowadzi – w ten sposób trafimy w miejsce, w którym można jedynie szukać straconego czasu.

Do zwariowania jeden krok

Mają problem: dali obywatelom ulgi podatkowe i teraz Toyota, Honda oraz Mitsubishi sprzedają coraz więcej samochodów hybrydowych i z napędem elektrycznym. Środowisko – naturalne – zadowolone, przestraszeni za to niewidomi. Ponieważ te samochody jeżdżą cicho.

Gdyby u nas dali takie ulgi – zresztą może już nawet dali, kto to wie, przecież w naszych przepisach podatkowych nie orientuje się chyba nawet ministerstwo finansów – też byśmy pewnie kupowali takie samochody. I polscy niewidomi mieliby taki sam problem, co japońscy.

Co w tej sytuacji robią Japończycy? PAP podaje, że

Rząd japoński poinformował we wtorek o powołaniu grupy ekspertów – przedstawicieli przemysłu motoryzacyjnego, związków niewidomych oraz organizacji konsumenckich – mającej znaleźć rozwiązanie. Sugeruje się wyposażanie samochodów elektrycznych w urządzenie emitujące dźwięk podobny do tego, jaki wydają samochody z tradycyjnymi silnikami spalinowymi. Inny pomysł to jakiś charakterystyczny dźwięk podobny np. do telefonów komórkowych. Jest też mowa o wyposażaniu takich samochodów w czujniki radarowe, które wykrywałyby pieszych i automatycznie uruchamiały dźwiękowe sygnały ostrzegawcze… Na razie eksperci zbierają opinie różnych środowisk, a konkretne propozycje mają przedłożyć pod koniec roku.

Co w podobnej sytuacji zrobiliby polscy politycy?

Najpierw przyleciałby do jakiegoś studia telewizyjnego poseł na „P” z modelem samochodu hybrydowego w skali 1:2, nasadzonym na głowę. Machając rękoma wystawionymi przez atrapę przedniej szyby, krzyczałby, że prezydent nie rozumie słowa „hybrydowy” i że to skandal, który powinna zbadać specjalna sejmowa komisja.

Potem wystąpiłby do narodu minister na „B” i mając za plecami prezentację komputerową wielkości boiska do siatkówki, przekonywałby naród, że w strategii na najbliższe 30 lat problem ten został przewidziany, ale ponieważ od kupowania samochodów hybrydowych nie rozwiąże się problem emerytur dla przyszłych pokoleń, przeszedłby do promocji kolejnej kontroli zwolnień lekarskich w ZUS-ie.

Poseł brat prezydenta zarzuciłby mu następnego dnia działanie wbrew interesowi narodowemu i zażądał poddania się okresowym badaniom lekarskim przez lekarzy orzeczników z ZUS.

W czasie tych kontr-merytorycznych zabaw słownych związki zrzeszające osoby z upośledzeniem wzroku wysłałyby kilka memoriałów do ministerstw, komisji sejmowych oraz premiera, ale żaden z adresatów nie znalazłby czasu na odpowiedź, bo czasy, gdy odpowiadano w terminie wynikającym choćby z KPA na supliki obywateli, dawno się skończyły, tylko obywatele się zagapili i wciąż coś tam posyłają bez sensu.

Na zakończenie kampanii mającej na celu rozwiązanie palącego problemu społecznego wystąpiłby w imieniu organizacji pracodawców jeden pan Jeremi na „M”, który ostatnio chce zabrać renty wdowom (co jest moim ulubionym ostatnio motywem felietonowym) i zażądałby podejścia do kwestii merytorycznie, co wyrażałoby się prawnym zakazem poruszania się osób niewidomych po ulicach w godzinach 00:00 – 24:00.

Dlaczego Japończycy mogą powołać grupę złożoną z ekspertów, przedstawicieli przemysłu, związków niewidomych oraz organizacji konsumenckich, żeby te cztery grupy razem szukały rozwiązań? Co takiego jest w tych Japończykach, że szukają rozwiązania problemu racjonalnie?

I co takiego jest w nas, że zwykle nie potrafimy nawet problemu porządnie zdefiniować, tylko od razu dzielimy się na kilka obozów, z których każdy ma swoje zdanie, najczęściej nijak nie związane z kwestią stanowiącą problem.

Że ja przesadzam? Że u nas nic takiego by się jednak nie mogło zdarzyć?

Otwieram gazetę, w której 16 września 2009 czytam:

Stewardesa LOT-u wyprosiła dwoje niewidomych z samolotu. Przepisy zabraniają zabierania na pokład więcej niż dwóch niepełnosprawnych – o sprawie pisze „Rzeczypospolita”. – „Załoga naprawdę nie miała innego wyjścia” – tłumaczy Andrzej Kozłowski, rzecznik PLL LOT. – „W samolotach obsługujących linie krajowe obowiązuje tzw. instrukcja operacyjna wydana przez EuroLOT (regionalnego przewoźnika należącego do LOT – red.). Zakazuje ona zabierania na pokład więcej niż dwóch niepełnosprawnych. Decydują o tym względy bezpieczeństwa. /…/ Między polskimi miastami latają niewielkie maszyny. Na ich pokładzie jest tylko jedna stewardesa. W razie zagrożenia mogłaby mieć problem z obsługą dużej grupy niepełnosprawnych.

Jaka powinna być pointa tego tekstu?

Mózg mi się zlasował. I dlatego pointy nie będzie.

Podróże kształcą

Logicznie myślący wiedzą, że upadek komunizmu zawdzięczamy Lechowi Wałęsie. To on przekonał Jaruzelskiego, polskiego szlachcica z kresów, w głębi serca patriotę, że Polska powinna być niepodległa, demokratyczna i kapitalistyczna. Polacy jednoczą się ponad podziałami, aby pokazać Europie, że komunizm obalili ludzie honoru, obradujący przy Okrągłym Stole, a nie Niemcy, rozwalając mur berliński. Niemcy nie mówią całej prawdy. Największy w historii kawałek muru odłupał mój mąż z Kazikiem Michalczykiem przy pomocy zakrzywionej rury. Pewnie dostaną zaproszenie na rocznicę do Berlina. Z Niemców nikt śmiać się nie będzie, ale boję się, że wkrótce Polacy będą pośmiewiskiem Europy, ponieważ wiedza o pierestrojce wydaje się na świecie dość powszechna. Nie wpadłabym na to, gdybyśmy nie wybrali się w Góry Fogaraskie w Rumunii.

We francuskim przewodniku turystycznym przeczytałam: „Odkryto, że rewolucja [w 1989 roku] stanowiła manipulację zmontowaną z błogosławieństwem Moskwy”. „Oglądaliśmy komedię nagrań w »procesie« małżonków Ceausescu, Targu Mures i dyskryminację mniejszości węgierskiej”. Moim zdaniem, Ceausescu został zamordowany, ponieważ w oparciu o Chiny uniezależnił się od Moskwy i spłacił zagraniczne długi. Autorzy przewodnika sugerują, że kluczową rolę w tych wydarzeniach odegrał Iliescu „wysoko stojący w hierarchii komunista, wyszkolony w Moskwie przez KGB, panujący nad siecią byłej Securitate, tajnej policji”. „Szczyt barbarzyństwa został osiągnięty, kiedy »czarne twarze« wystąpiły przeciwko tak zwanym »chuliganom« (w istocie przedstawicielom sił demokratycznych, które nie zaakceptowały oszukańczej »rewolucji«), manifestującym na uniwersyteckim placu”.

Dalej już poszło gładko jak w Polsce. W pierwszych demokratycznych wyborach w maju 1990 roku wygrał Iliescu i wprowadził Rumunię do świata zachodniego. Rumunia weszła do Rady Europy w październiku 1993, z akceptacją NATO przystąpiła do programu Partnerstwo dla Pokoju na początku 1994, uzyskała status partnera stowarzyszonego z UZE (Unią Zachodnioeuropejską, wstępny krok do UE). Skończyło się też jak w Polsce. W 1996 r. Iliescu przegrał wybory, ale kraj był już dogłębnie skorumpowany. Nieliczna warstwa nowobogackich i obszary nędzy, zniszczone fabryki, ugory.

Zadziwiły mnie rewelacje francuskich oszołomów, wyznawców spiskowej teorii. Kogo chcemy oszukać świętując w kolejnych odsłonach zwycięstwo Lecha Wałęsy nad komunizmem? UZE odkryliśmy studiując traktat z Maastricht przed referendum i nikt nam nie wierzył. We Francji nie jest to tajemna wiedza. Oszołomy wszystkich krajów łączcie się!

Pożytki z wędrówek po górach są zaskakujące. Najpierw cieszę się, że na miesiąc uciekam z miasta. Kiedy wracam, winda na dziesiąte piętro jest ósmym cudem świata, a gorący prysznic zamiast mycia końca nosa w lodowatej wodzie wprawia mnie w stan zachwytu. Niestety, po kilku dniach pławienia się w luksusach nieuchronnie następuje twarde lądowanie. Dzwoni telefon, kupuję gazety, z telewizora wyłania się wiecznie żywy Stefan Niesiołowski. Dziura w budżecie, „Rosomak” rozleciał się na minie-pułapce, katarski inwestor okazał się kiełbasą wyborczą. Na Westerplatte wszyscy podkreślają, że Lech Wałęsa reprezentuje wartości, na których budujemy wspólny europejski dom. Nigdy więcej wojny pod warunkiem, że potrafimy rozchmurzyć Putina. Jak to zrobić, najlepiej wie Wałęsa. Niemcy mają swojego bohatera Schroedera, biznesmena budującego z Rosjanami podmorski rurociąg. Putin zaleca Polakom model niemiecki.

Wymyśliłam sposób łagodzenia skutków zderzenia z cywilizacją. Najpierw miękkie lądowanie, czyli kilka dni w Beskidach. Też góry i problemów nie brakuje. Jesienne maliny tak obrodziły, że właścicielka zachęca, aby sobie zebrać za darmo, bo już nie może więcej usmażyć. Krowa jest cielna i sąsiadka martwi się, że nie będzie twarożku. Dwa koguty pobiły się o kilka kur. Jajko tych kur kosztuje 50 groszy. W Gdańsku za jajko kury z wolnego wybiegu płacę prawie złotówkę.

Są też inne problemy. Wysypisko nie może przyjąć śmieci przywiezionych przyczepką. Śmieci wolno odbierać tylko od przedsiębiorców z licencją. Policja nie wie, gdzie wyrzucić śmieci, aby nie zapłacić mandatu. Wszyscy wiedzą, a policja nie wie. Jak się dowie i zacznie sypać mandatami, na śmieciach wyrośnie mafia, jak w Neapolu. Problemem zainteresowała się lokalna telewizja, ale propozycja, aby odbierać śmieci od wszystkich i jeszcze płacić parę groszy za kilogram, nie zyskała uznania. Przed wysypiskiem ustawiłaby się kolejka ludzi z reklamówkami, workami i przyczepami pełnymi śmieci i kraj byłby czysty.

Z kolei w Komańczy zwiedziliśmy zakład produkujący brykiety z siana i trocin. Trociny są w tartakach kłopotliwym odpadem, a bele siana zalegają latyfundia prominentów z Warszawy, którzy muszą kosić łąki, aby dostać unijne dotacje. Surowca jest obfitość, ale biznes rozkręca się powoli, chociaż właściciel jest pomysłowym projektantem. Brykiety z trocin obciążone są 22-procentowym VAT-em, brykiety z siana, jako produkt rolniczy, VAT-em minimalnym. Korzystnie byłoby do siana dodawać trociny, ale to zmienia kwalifikację produktu. Kwadratura koła, bo albo cena za wysoka, albo wartość kaloryczna za mała. Na obniżkę VAT-u nie ma co liczyć, bo premier łata dziurę budżetową. I tak w Komańczy skończyły się wakacje od polityki.

Pochwała parytetów

Niedawno w obiegu publicznym pojawił się ponownie postulat tzw. parytetów na listach wyborczych do Sejmu i Senatu. Odgórne ustalenie proporcji kandydatów do parlamentu wedle kryterium płci zostało podniesione przez Kongres Kobiet, który zgromadził przedstawicielki wielu środowisk ponad podziałami partyjnymi i ideologicznymi. Postulat ten pozytywnie skomentował prezydent Lech Kaczyński, co na prawicowych forach internetowych zostało przyjęte z dezaprobatą, jako ideologiczna zdrada, bo to wszak postulat „lewacki”.

Fałszywy jest argument, jakoby ewentualne wprowadzenie parytetów na listach wyborczych było zmuszaniem wyborców do czegokolwiek. Parytet nie oznacza przecież obowiązku głosowania na kobiety. Wyborcy spośród zaproponowanych kandydatów mogą wybrać samych mężczyzn, czyniąc tak z jakiegokolwiek powodu (bo bardziej im ufają, bo uważają, że polityka to „męska sprawa”, bo nie wierzą w kompetencje kobiet itd.). Wyborca nadal swobodnie będzie dawał upust swoim wyobrażeniom na temat tego, kto i dlaczego powinien go reprezentować. Kobiety dzięki parytetowi nie otrzymają nawet najmniejszej gwarancji sukcesu w wyborach – dostaną natomiast szansę. I to jest właśnie sedno sprawy.

Przeciwnicy parytetów często używają argumentu, że dlaczego akurat kobiety, a nie na przykład łysi, rudowłosi czy okularnicy. A czy z faktu posiadania łysiny wynikają jakieś konsekwencje ogólnospołeczne? Bo z faktu, iż to kobiety np. rodzą dzieci, takie konsekwencje jak najbardziej wynikają. Inna jest choćby sytuacja kobiet na rynku pracy, w inny sposób niż mężczyźni korzystają one ze służby zdrowia, co innego jest dla nich – z uwagi na dzieci – ważne w funkcjonowaniu instytucji, w przestrzeni publicznej itp. Można zatem uznać, że zwiększenie szans na bardziej liczną reprezentację kobiet w organach władzy sprawi, iż lepiej zostaną wyartykułowane i zaakcentowane problemy typowe dla tej grupy – a jest to grupa, która stanowi ponad połowę społeczeństwa, nie zaś nieliczna, marginalna garstka.

Nie wiem, czy większa reprezentacja kobiet w parlamencie polepszy funkcjonowanie władzy państwowej, czy przyczyni się do poszerzenia spektrum problemów społecznych, które Sejm i Senat raczą dostrzec, czy zmieni kulturę polityczną itd. Nie wiem nawet, czy sprawi, że problemy dotykające głównie kobiet byłyby silniej akcentowane w sferze publicznej. Nie istnieje wszak żadna gwarancja, że „dodatkowe” posłanki i senatorki reprezentowałyby interesy kobiet, nie zaś swoich partii, sponsorów kampanii wyborczych, rozmaitych lobby i grup społecznych, które stanowią ich zaplecze polityczne. Jednak samo prawdopodobieństwo odniesienia sukcesu we wspomnianej kwestii sprawia, że gra jest warta świeczki. Ale przede wszystkim sama idea parytetów, nie tylko w kwestii płci, wydaje się warta rozważenia jako pomysł na stworzenie podobnej pozycji startowej dla różnych grup.

Przeciwnicy parytetów często argumentują, że jest to sztuczna ingerencja, w dodatku szkodliwa, gdyż dyskryminuje lepszych a wspiera gorszych. Przekonują, że gdyby wprowadzić parytety, to z list wyborczych wypadnie iluś tam świetnych kandydatów, których jedyną winą będzie to, że są mężczyznami, zaś ich miejsce zajmą osoby, które są mierne, a ich jedyną zaletą będzie płeć żeńska. Zapewne w jakiejś części przypadków tak się stanie, choć patrząc na realia list wyborczych – nierzadko nie wyczerpujących możliwości wystawienia maksymalnej ilości kandydatów albo bazujących na swoistej łapance – mam wrażenie, że to raczej wydumany problem. Jednak sam ten argument jest zarazem naiwny, jak i wymowny. Przypomina on do złudzenia skrajnie liberalne gawędy o tym, że jeśli państwo nie ingeruje w wolny rynek, wówczas wygrywają na nim najlepsi przedsiębiorcy, na czym korzystają wszyscy klienci.

Jest to oczywista bzdura, bo nie uwzględnia nierównej pozycji startowej. Wielki koncern wcale nie musi oferować produktów lepszych i tańszych niż jego niewielki konkurent. Wystarczy, że ma nieporównanie większe środki na reklamę lub na tzw. wrogie przejęcia, by ten drugi nie mógł dotrzeć do klientów, zaś oni nie będą mieli możliwości dowiedzieć się o tym, że gdzieś czekają na nich dobre i niedrogie wyroby.

Podobnie jest na płaszczyźnie jednostkowej – nawet przeciętnie rozgarnięty potomek zamożnej rodziny ma o wiele większe szanse rozwoju, siłę przebicia i widoki na tzw. karierę niż znacznie zdolniejsze i pracowitsze dziecko, którego ojciec jest bezrobotnym, a matka ekspedientką w spożywczym. Gdyby zostawić ów problem w sytuacji „naturalnej” i nie wyrównywać szans obu tych dzieci, to oczywiście jeden z dziesięciu ubogich, lecz zdolnych uczniów złapie Pana Boga za nogi, czyli zyska prywatne stypendium filantropa lub zostanie dostrzeżony przez fundację prowadzoną przez zamożne przedsiębiorstwo. Ale pozostałych dziewięciu zostanie „straconych”. Zamiast rozwijać swoje pasje, z czego skorzysta też – choćby mimochodem – całe społeczeństwo, jako odbiorcy ich dzieł materialnych lub symbolicznych, będą oni robili coś zupełnie innego, nie mając szans wyrwać się ze swego tzw. naturalnego otoczenia.

Ano właśnie, natura. Przeciwnicy parytetów, tj. ci z nich, którzy wyznają poglądy liberalno-prawicowe, lubią się powoływać na naturę i na to, że odgórne ingerowanie w skład personalno-płciowy list wyborczych jest z ową naturą sprzeczne. To temat na osobne rozważania, ale poglądy tego rodzaju są dość kuriozalne. Sama bowiem natura jest trudna do zdefiniowania, bo nie dość, że człowiek jest istotą cokolwiek „plastyczną” i potrafi się dostosować do wielu warunków (stąd zresztą nasz ewolucyjny sukces), to w dodatku w dziejach ludzkości funkcjonowały z powodzeniem rozmaite style życia i postawy. Oczywiście istnieje pewien zestaw zachowań, które są bardziej perspektywiczne niż inne, ale ich wachlarz jest na tyle szeroki, że nie ma tu jednego i jedynego wzorca. Sukces odnoszą zarówno indywidualistyczno-hedonistyczni Amerykanie, jak i kolektywistyczno-skromni Japończycy, całkiem nieźle mają się katoliccy monogamiści oraz islamscy Arabowie z czterema żonami.

Zresztą, gdyby człowiek chciał być „naturalny”, to cała nasza cywilizacja wyglądałaby zgoła inaczej. Historia ludzkości to raczej historia przezwyciężania natury i jej „wytycznych”. Nie przezwyciężymy ich całkowicie nigdy, nie byłoby to też zapewne wskazane (wszak biologiczny aspekt człowieczeństwa nie wziął się z przypadku i jest równie ważny, jak kultura), ale ludzie mówiący o bazowaniu na naturalnych wzorcach są bardzo krótkowzroczni. Prawicowa część zwolenników owej natury lubi na przykład podkreślać, że sprzeczny z nią jest homoseksualizm, bo nie występuje wcale – lub jedynie rzadko – w przyrodzie, a z racji swej „bezpłodności”, jest skazany na porażkę jako strategia gatunkowa. Jednocześnie te same środowiska nie chcą dostrzec faktu, że gdybyśmy mieli bazować na naturalnych rozwiązaniach, wówczas musielibyśmy zalegalizować eutanazję, bo natura nie zna czegoś takiego, jak sztuczne podtrzymywanie życia. Ba, nie zna nawet specjalnej troski o osobniki stare i nie potrafiące się samodzielnie utrzymać. Podobnie jest z aborcją – niemal nie istnieje u zwierząt mechaniczne przerwanie ciąży (choć zdaje się, zdarza się wśród wilków), ale już czymś całkiem nomen omen naturalnym jest porzucanie czy zabijanie części potomstwa, gdy nie istnieją możliwości porządnego wykarmienia wszystkich młodych. Natura preferuje silnych i sprawnych, reszta się nie liczy. Trudno zatem dosłownie wzorować się na naturze, a ja osobiście jestem wręcz szczęśliwy, że nie muszę żyć w świecie, w którym bez pardonu zabija się „zbyt liczne” potomstwo, starców czy osoby niepełnosprawne.

Notabene, religijni prawicowcy nie chcą dostrzec, że całe chrześcijaństwo jest pierwszym tak radykalnym w dziejach zakwestionowaniem natury i dowartościowaniem kultury, jest pochwałą ideałów przeciwko nagiej biologicznej sile i wynikającym z niej rzekomym „koniecznościom życiowym”. Prawicowcy zresztą miotają się w tej kwestii między sprzecznościami. Z jednej strony, mają skłonność do traktowania człowieka w kategoriach idealistycznych, tak jakby ludzie byli eterycznymi duchami, pozbawionymi biologicznych potrzeb i instynktów. Stąd choćby prawicowe lekceważenie ekologii, pod pretekstem, że chroni ona „jakieś żabki i kwiatki” – tak jakby człowiek nie potrzebował do życia tego samego ekosystemu, dzięki któremu istnieje środowisko naturalne „żabek i kwiatków”. Z drugiej zaś strony ta sama prawica wzywa do przestrzegania „praw naturalnych” i przekonuje, że ingerencje w biologię ludzką są „wbrew naturze” itd. A przecież nieporównanie więcej ludzi umiera wskutek chorób cywilizacyjnych, będących m.in. efektem lekceważenia zasad ochrony środowiska, niż wskutek eutanazji, nawet tam, gdzie jest ona legalna.

Wróćmy jednak do parytetów. Jak wspomniałem, nie jestem pewien, czy parytet na listach wyborczych cokolwiek zmieni na lepsze z punktu widzenia społeczeństwa i samych kobiet. Wiem natomiast, że różne „nierównościowe” formy wsparcia poszczególnych grup rzeczywiście są „wbrew naturze”, ale jednocześnie metodą prób i błędów czynią życie ludzi bardziej znośnym i godnym. Dzięki „parytetowi”, jakim są dotacje z PFRON-u – nie dostają ich wszak ani „normalni” pracownicy, ani łysi, rudowłosi i okularnicy – osoby niepełnosprawne mają szanse na samorealizację, pracę i poczucie akceptacji, zamiast w zapomnieniu, goryczy i frustracji nie opuszczać czterech ścian własnego mieszkania przez kilkadziesiąt lat (chcielibyście tak żyć, zdrowi i sprawni mądrale?). Dzięki „parytetowi” w postaci stypendiów socjalnych, ubożsi studenci mogą w normalnych warunkach zdobyć wykształcenie i wzmocnić szanse rozwojowe całego społeczeństwa. Dzięki „parytetowi” w postaci dodatkowych norm i przepisów, kobiety w ciąży nie dźwigają w pracy dużych ciężarów, co chroni je przed poronieniem. I tak dalej. Tak naprawdę, jesteśmy otoczeni przez setki i tysiące przeróżnych parytetów, czyli form odgórnego wyrównania szans wielu grup społecznych – a wszystko to „wbrew naturze”.

Tam, gdzie nie sięga się po argumenty „naturalne”, często mowa natomiast o „porządku kulturowym”. Skoro kobiety nigdy nie pchały się tłumnie do władzy, skoro w tak wielu kulturach i epokach rządzili mężczyźni, to widocznie „tak powinno być”. Jest w tym argumencie nieco racji. Jednak, po pierwsze, nie bierze on pod uwagę wspomnianych skutków parytetu, który może, lecz nie musi zwiększyć udział kobiet we władzy, a nawet gdy to uczyni, to na określony czas, po jakim decyzja wyborców może być zgoła odmienna. Po drugie zaś, lekceważy kwestię pewnego wzorca publicznego – może kobiety „nie pchały się do władzy” nie dlatego, że nie chciały lub nie potrafiły jej sprawować, lecz z takiego samego względu, z jakiego w społeczności kultywującej od lat i powszechnie kanibalizm trudno o licznych adeptów wegetarianizmu.

Mam sporo sympatii dla takiego konserwatyzmu, który wyraża się nie w ideologicznych formułkach, lecz w tzw. zdrowym rozsądku, w ostrożności wobec pochopnych i nazbyt głębokich zmian. Zwłaszcza po doświadczeniach XX-wiecznych totalitaryzmów i ich inżynierii społecznej, a także w obliczu współczesnych wyzwań (jak manipulacje genetyczne, klonowanie, sprzężenie technologii z biologią człowieka itp.) powinniśmy nieufnie odnosić się do silnych ingerencji w istniejący porządek. Ale zarazem nie należy zapominać, że dzisiejszy świat pozostawia sporo do życzenia. Idea tego konkretnego parytetu – zwiększenia udziału kobiet na listach wyborczych – nie wydaje mi się żadnym istotnym zagrożeniem, bo trudno tu wskazać potencjalne wielkie szkody, które mogłyby wyniknąć z faktu, że liczba posłanek i senatorek wzrośnie np. z 15 do 30% ogółu reprezentantów społeczeństwa.

Nie zawsze parytety są dobrze pomyślane i sensownie wprowadzone w życie, nie zawsze należy forsować „nowinki” na siłę i w błyskawicznym tempie (tworzenie kultury wbrew naturze to proces rozłożony na lata i dekady). Ale warto bronić samej idei wsparcia różnych grup i wyrównania ich szans, wbrew sloganom o „właściwym porządku”, „sprawdzonych zasadach”, „naturze” itp. Nawet jeśli powątpiewamy w społeczne korzyści takich rozwiązań, to warto je docenić z czysto indywidualnego punktu widzenia. Choć wielu z czytających te słowa nie stanie się nigdy kobietami, to żaden z nich nie ma pewności, iż kiedyś nie będzie ubogi, niepełnosprawny, schorowany, stary itp. Oczywiście, jak mówi znane porzekadło, lepiej być pięknym, młodym i bogatym, ale aż tyle szczęścia ma bardzo niewiele osób, a i te – do czasu. W interesie większości leży zatem, żeby idei parytetów nie wyrzucać na śmietnik. Istnieje bowiem ryzyko, że wówczas na jak najbardziej realnym śmietniku znajdziemy się kiedyś my sami.