Rozproszeni

W newsletterze zaprzyjaźnionego terapeuty życzenia przyszły takie: Święta? Tym, którzy potrafią je obchodzić, niczego nie będę życzył, tylko pogratuluję. A pozostałym – zestresowanym, zagonionym, stojącym w korkach i kolejkach – życzę opamiętania, opamiętania, opamiętania, spokoju i radości.

Polska przedświąteczna. Jaka jest? Po mojemu – rozproszona. Każdy widzi to, na co patrzy.

Jeśli patrzysz na Fundację Świętego Mikołaja, na akcję Szlachetna Paczka albo na maleńką Kępa Cafe, gdzie właśnie zapraszają się na wspólne oglądanie filmów o fabrykach w Chinach, to myślisz o Polsce ze spokojem. Wypełnia Polska te upiorne formularze wnioskując o granty, robi Polska potrzebne rzeczy.

Jeśli patrzysz do gazety „Dziennik”, to widzisz, że wielkie zmiany w biznesie – excusez le mot – burdelowym. W okresie przedświątecznym cztery razy więcej klientów w czymś, co nazywa się u nas eufemistycznie agencjami towarzyskimi. Cztery lata temu, gdy prowadzono porządne badania, takich rzeczy nie było. Ale od zeszłego roku zmiany. Zwłaszcza przed Wigilią kolejki panów w wieku 35-45 lat. Polska sfrustrowana rozładowuje napięcie.

Jeśli patrzysz w stronę TVN24, to widzisz, że jeden z jej prezenterów, Bogdan Rymanowski, dostał właśnie nagrodę dziennikarza roku. Jeśli patrzysz w stronę „Gazety Wyborczej”, to widzisz, że jeden z jej wice-naczelnych, Piotr Pacewicz, napisał, że mu się ten wybór nie podoba, bo p. Rymanowski głownie napuszcza na siebie zaproszonych rozmówców, żeby mu się ładnie konflikt przełożył na wzrost oglądalności. Jeśli znów patrzysz do tefałenu, to widzisz, że stacja odwołuje swój codzienny program, w którym dziennikarze komentują, co się w Polsce od rana zdarzyło. Odwołuje, bo akurat do komentowania była zaproszona kobita z „Wyborczej”. No a przecież ten Pacewicz taki be.

Już nie masz ochoty patrzeć i idziesz posłuchać sobie radia. W „Trójce” Polska świąteczna jak trzeba. Trebunie Tutki z Twinkle Brothers śpiewają pyszne Pieśni chwały, w których Jamajka z Giewontem brzmią jak dwie siostry syjamskie, żeby nie powiedzieć bracia bliźniacy. Potem nawet Mozarta można posłuchać, bo Trójka konserwatywnieje na stare lata. Albo możesz tam wylicytować świąteczne zestawy. Sławni i piękni dają jakieś rzeczy, które ty możesz nabyć, jeśli jeszcze nie wystraszyłeś się kryzysu i nie składasz do skarpety, a kasa pójdzie na paczki dla dzieci, które potrzebują. Trochę to głupie, ale można i tak zbierać pieniądze. Jeden zestaw jest od Dalajlamy. Zdjęcie z podpisem i coś tam, coś tam. Ręce trochę opadają, ale i tak nie jest najgorzej.

No ale za jakiś czas zaglądasz do newsletterów, które przez czas słuchania przyszły z sieci i widzisz, że kolejny dziennikarz, Sylwester Latkowski – który od lat drąży temat zabójstwa szefa policji, Marka Papały (za co go darzę szacunkiem) – obwieszcza publiczności, że właśnie wysłał do p. Rymanowskiego SMS o treści: Pacewicz upadł na głowę. Przepraszam za niego. I dzierga dla niezorientowanych: ostatnio Bogdan Rymanowski stał się obiektem ataków „Gazety Wyborczej”

Chłopcy, chciałoby Ci się powiedzieć do nich – opamiętajcie się co nieco. No ale jesteś bez kontaktu w zasadzie. Możesz, owszem, mailować, esemesować czy blogować – ale czy to co da? U nas jak się już ktoś okopie na swojej pozycji, to chyba tylko potężne trzęsienie ziemi może go na inną pozycję przemieścić. No chyba, że jakaś rewolucja by była, to też.

A o rewolucji zobaczysz sobie, jak popatrzysz do „Gazety Stołecznej”. Miasto, które urzęduje częściowo w dawnym Pałacu Branickich na Miodowej, ma w końcu spadkobiercom Branickich ten pałac oddać. Już się po wszystkich możliwych sądach pociągali przez lata wolnej Polski, w końcu zmęczeni siedli do negocjacji z przedwojennymi właścicielami i na sam koniec nawet się z nimi umówili, że oddadzą.

Już, już masz ochotę się ucieszyć (ci, co mnie czytają, zrozumieją: coś działa!), ale potem patrzysz na komentarze pod tą informacją. A za czyją kasę Braniccy zbudowali sobie ten pałac. Jasne, że za kasę ukradzioną wyzyskiwanym milionom Polaków. To skandal, żeby ukradzione narodowi dobra zwracać złodziejom. W Polsce wraca feudalizm, ale nie na długo, bo rewolucja tuż. Tak pisze cor-tex.

Rewolucja to jest poważna rzecz, myślisz. Jak ona jest tuż, a ty się nawet nie orientujesz, że taki jest stan faktyczny, to możesz się obudzić z ręką w nocniku. Ale – myślisz – rewolucje nie spadają z nieba na pstryk. Zwykle coś je zapowiada. Ale na wszelki wypadek patrzysz jednak, co tam widać w „Wyborczej”.

Rano nie pisali jeszcze o rewolucji tylko, że – cytuję tytuł – prezydent spadł z pomostu, co miało w skrócie wskazywać na wynik kolejnej rundy never ending story między pałacem premierowskim i prezydenckim. (No, nie czytają mnie premier z prezydentem, nie wiedzą, że należy wspólnie zasnąć w sejmie). Swoją drogą, ci z „Wyborczej” piszą o tych pomostach i spadaniu, a potem się oburzają, że poseł Palikot lata z wibratorem albo ze świńskim łbem na tacy. No, od kogo się uczył tego luzackiego stylu, który podobno jest jaki jest, bo publika to uwielbia?

Wracając do rewolucji… Patrzysz, a już o 15:54 coś jednak jest na rzeczy: Rewolucja w TVP. LPR i Samoobrona przejęły telewizję. Zawieszeni Urbański oraz… Ludzie PiS bronią Urbańskiego: ta decyzja była nielegalna… Może trzeba lecieć na barykady? – myślisz. Kogoś gonić, kogoś siekać, jak by napisał wieszcz?

Ale kogo? I po co? I kiedy?

Przecież trzeba na bazar, kupić kiszoną kapustę i grzyby do barszczu. Bigos nastawić, bo musi się przegryźć.

To idziesz na bazar. I widzisz tam dużo różnych rzeczy – a to jemiołę, a to srebrne świerki w doniczkach, a to wesoło migające chińskie lampki choinkowe, a wśród tego wszystkiego wielkie reklamy gazety „Fakt”.

Dostaje fortunę na fikcyjne biura! To o euro-pośle Marcinie Libickim, który jest szefem komisji do spraw petycji w euro-parlamencie, ma zwykle dobre notowania w dziennikarskim światku i chwali się, że w Wielkopolsce ma aż sześć biur. A tu „Fakt” donosi, że miesięcznie na prowadzenie biur poseł dostaje około 15 tysięcy euro, a biura są zamknięte na głucho, od wielu miesięcy nikt nie widział tam żywej duszy, a w miejscu, gdzie polityk powinien przyjmować wyborców i wysłuchiwać problemów potrzebujących, jest hurtownia z alkoholem.

To Ci przypomina, że do świątecznego obiadu przydałoby się jakieś wytrawne białe wino. Ale zaraz o tym zapominasz, bo „Fakt” straszy: Ludzie zostaną bez mieszkań! Koniec mieszkań za grosze, bo właśnie Trybunał Konstytucyjny orzekł, że sprzedając spółdzielcze mieszkania z dużymi bonifikatami, uwzględniono interes spółdzielców, ale zapomniano uwzględnić interes spółdzielni (ciekawe, że to nie jest to samo), więc już się tak sprzedawać nie będzie. A jak ktoś już kupił? Z tymi bonifikatami? – To będą zabierać? – pytają się nawzajem starsze panie przy stoisku ze śledziami. Jedna odpowiada, że będą zabierać, druga, że przecież mówili że jest państwo prawa, no to chyba nie. A trzecia pani łapie się za serce i płacze. Pan wzywa pogotowie.

Pójdziemy wszyscy do stajenki? Przybiegniemy do Betlejem…

Jeśli popatrzysz na wigilijny stół, to zobaczysz, że jeszcze masz się czego trzymać. W całym tym rozproszeniu – trzymaj się, Polsko.

Dreams come true

Łączę się z artystą moim ukochanym w podobnym zdziwieniu sobą, ilekroć siadam do komputera, żeby wystukać kolejny felieton.

Może zabieram głos, bo jestem człowiekiem dialogu? A dialog – teraz, w Polsce, tuż po obchodach rocznicy niepodległości zwłaszcza – to przecież ważna rzecz. Co i rusz ktoś do rządowego Centrum Dialog idzie, chce iść, nie dochodzi. Duży ruch wokół tego dialogu.

Na stronie internetowej Centrum Partnerstwa Społecznego Dialog wisi tekst – motto zapewne, bo wisi na głównej i blisko początku. Uwaga:

Dialog społeczny jest fenomenem ostatnich dziesięcioleci w wielu państwach Europy i świata.  W większości krajów europejskich stale rozbudowywane są mechanizmy doskonalące prowadzenie negocjacji i konsultacji rządów z przedstawicielami głównych grup społecznych. Dzięki nim możliwe jest współdecydowanie partnerów społecznych w sprawach kluczowych dla swoich państw i dla nich samych. Mechanizmy dialogu umożliwiają budowanie szerokiego konsensusu społecznego wokół wartości i kwestii fundamentalnych dla państw i obywateli. Partnerzy społeczni wspólnie z rządem starają się o wypracowanie rozwiązań, które czynią z ich krajów obszar konkurencyjny ekonomicznie, a także przyjazny społecznie.

No. Jest dobrze. Więc co znowu każe mi zabrać głos?

Ostatnio widziałam w telewizorze jednego partnera społecznego – Janusza Śniadka z „Solidarności”, jak wspólnie z rządem – Michałem Boni – rozmawiał. Dziennikarka – Monika Olejnik – też rozmawiała, wtrącając w połowie każdego kolejnego zdania obu panów wciąż to samo: no ale niech mi pan powie…

Pan partner społeczny próbował powiedzieć, że dialog uprawiany w Komisji Trójstronnej jest fikcją, bo co tam mróweczki w zespołach ustalą, to potem i tak z ustaleń wylatuje. Pan rząd mówił na to, że to nieprawda i że pan partner społeczny kłamie i że powinien mieć szacunek dla stanowiska przeciwnika. Pani dziennikarka wciąż wtrącała swoje: no ale niech mi pan powie – raz do jednego, raz do drugiego. Najczęściej do partnera społecznego jednak. Miał jej powiedzieć, czy jest ten dialog, czy nie. Mówił, co i rusz, że nie ma, ale wtedy wtrącał się pan rząd, że pan partner społeczny kłamie, no i pani dziennikarka znów zaczynała swoje no ale niech mi pan powie…

***

Gdy byłam małą dziewczynką, miejska komunikacja była siecią stałą i bezpieczną. Z mojej Pragi, przez lata jeździłam do miasta, czyli do Warszawy, ósemką, a na drugi koniec, do babci – dwudziestką-szóstką. Z biletem z cienkiego papieru w kieszeni, wiedziałam, gdzie wsiadam i gdzie wysiadam. Dzisiaj mam w kieszeni stos kartonu z hologramami i zwykle nie wiem, czy dojadę, gdzie chcę. Miejska komunikacja żywo reaguje na różnorodne, przeciw-komunikacyjne, jak powiedziałby profesor Bralczyk, potrzeby rozrośniętego miasta.

Jedzie prezydent do premiera albo prezydentowa do księgarni – autobus przystaje, żeby przepuścić kawalkadę z ciemnymi szybami, wyjącą klaksonami. Przyjeżdża dwóch obcych premierów i nie daj Boże gdzieś składają kwiatki – autobus jedzie objazdem i nie wiem, gdzie się zatrzyma. Festyn z okazji różowej, zielonej, albo fioletowej wstążki – autobusy i tramwaje zmieniają trasy. Byle deszczyk – wszystko staje w korkach. Ktoś przepycha projekt budowy biurowca koło starego parku – przez dwa lata kwartał ulic pozbawiony komunikacji. Sypie się stary wiadukt, zamkną go na trzy lata i każą iść pod ziemię, bo mamy przecież metro. Szczyt europejski na równi z demonstracją związkowców, paradą wolności czy świętem niepodległości powodują wycofanie się autobusów i tramwajów ze swoich tras.

Starsza pani z laską, młoda pani z wózkiem, pan w średnim wieku z nogą w gipsie i ja – z głupim nawykiem znajdowania sensu – nie czujemy się wtedy w miejskiej komunikacji ani pewnie, ani bezpiecznie. Można nawet powiedzieć, że nie czujemy się u siebie.

W peerelu, który zamykał ludzi do wiezienia za niesłuszne poglądy, albo po prostu pozbawiał ich możliwości kariery i awansu za niezapisanie się do partii – komunikacja miejska zmieniała trasy chyba tylko raz w roku. Na 1 maja, kiedy szedł pochód ludu pracującego miast i wsi. Coś kazało zachowywać pozory dbałości o prostego człowieka, krzywdzonego, owszem, ale na innych polach. Dzisiaj, lud wyposażony w kartkę do demokratycznego głosowania co cztery lata, na co dzień przeganiany jest z miejsca na miejsce w zależności od potrzeb.

Priorytety. Peerelowski system – zaprowadzony siłą, dla dobra zwykłych ludzi – miał je szczytne i wypisane na sztandarach, choć ich nie realizował. Świętująca dwudziestolecie, a właściwie dziewięćdziesięciolecie Niepodległa w ogóle je ma? Może priorytetem jest rozwój? Albo promowanie, czy tam nieskrępowane przejawianie się różnorodności? No a może ten dialog? Czy ja wiem?

***

Od jednego z najważniejszych polskich reżyserów słyszałem osobiście, że komuna liczyła się z jego opinią, choć się z nią nie zgadzała. Obecna władza zgadza się z nim w pełni, ale się z nim nie liczy – opowiada Władyslaw Pasikowski, ten od „Psów”. Od kilku lat chodzi ze scenariuszem filmu o Jedwabnem i nie dostaje na niego pieniędzy, choć zebrał od kogo trzeba same najlepsze recenzje. I dialoguje z szefową od państwowych pieniędzy na polskie filmy.

Powinni usiąść z tą szefową w Centrum Dialog. Albo w telewizorze, u pani Olejnik. Po połowie każdego zdania mówiłaby: no ale niech mi pan powie…

***

Waglewski, w tej samej piosence:

Dreams come true. Srutu tutu tu. Jak miewasz się z tym, co wiesz? Módlmy się za nich. I za nas też

Żadnych Szwajcarów, proszę

Politycy potrafią skompromitować co tylko się komu zamarzy. Właśnie kompromitują ideę referendum.

Co się mamy wzorować na jakichś Szwajcarach, którzy mają średnio 50 referendów w roku. Wiadomo do czego ich to doprowadziło: skrajna bieda i totalny brak bezpieczeństwa narodowego.

U nas, prezydent chce rozpisać referendum w kwestii szpitali i ZOZ-ów, ale zdaje się, że nie bardzo wie, o co ma Naród zapytać. Zaś politycy poza-prezydenccy oraz biegający od jednych do drugich dziennikarze, wrzeszczą, że to populizm i nie wypada mieć w liberalnej Europie takich pomysłów. Demokracja demokracją ale porządek musi być, prawda?

Platforma próbuje przepchnąć swoją wersje reformy służby zdrowia w sejmie i szuka większości. PiS odmawia współpracy. Co nazywa się u nas demokratycznym uprawianiem polityki.

Tylko nasz pomysł jest znakomity, wierzę w to głęboko – mówi do telewizora minister urzędujący, Ewa Kopacz. Ich pomysł jest zły, wierzcie mi – mówi do tego samego telewizora minister były, profesor Religa. Dlaczego mamy wierzyć jednej pani albo drugiemu panu? Dlatego, że nie ma innego wyjścia.

Dlatego, że świat przepisów i finansów, które dotyczyłyby służby zdrowia, jest tak skomplikowany, że normalny człowiek nie może się w tym połapać. Musi komuś uwierzyć, jeśli chce być zwolennikiem jednej albo drugiej opinii.

Może jeszcze stanąć po stronie zdrowego rozsądku. Ale jak? Rozsądek prosi o jakieś argumenty. Chciałby wiedzieć. Co jest plusem jednego rozwiązania, a co minusem? Co jest plusem drugiego rozwiązania, a co minusem? Dlaczego właściwie rząd za pieniądze podatników nie może uczciwie przedstawić im argumentów za jednym i za drugim rozwiązaniem? Przecież zwykle każde rozwiązanie ma plusy i minusy.

Czy naprawdę nie ma w wielki gmaszysku w Alejach Ujazdowskich nikogo, kto potrafiłby rozumem ogarnąć kwestię służby zdrowia z takiej właśnie perspektywy? Żeby uczciwie przedstawić argumenty Narodowi?

Bierze się, proszę panów, flipchart i kolorowe flamastry. Zaprasza się licealistów tuż przed maturą, którym szare komórki pracują na pełnych obrotach i są w stanie realnie ocenić plusy i minusy każdego projektu, przejrzawszy wcześniej dorobek pisany ekspertów. Się to kręci byle kamerą. A potem bardzo się prosi prezesa publicznej telewizji, żeby w ramach czasu przeznaczonego dla premiera albo prezydenta puścił to zamiast orędzia na stojąco lub siedząco, z flagą lub bez. W godzinnym programie telewizyjnym.

Ale premier z prezydentem wolą się bić na referendum. Mają czas.

Premier Tusk stara się uchodzić za fajnego, choć odpowiedzialnego za Polskę faceta, któremu jest nawet przykro, że tak się musiał z prezydentem nieładnie bawić w samoloty do Brukseli. Ale mówi też: na referendum w sprawie prywatyzacji czy komercjalizacji szpitali się nie zgodzę.

Jeszcze niedawno starał się uchodzić za fajnego, choć odpowiedzialnego za Polskę faceta, ale mówił, że nie zgodziłby się nigdy na referendum w sprawie tarczy antyrakietowej.

W kwestii euro w ogóle nic nie było o fajnych facetach ani o referendum, tylko datę wprowadzenia nowej waluty premier podał. Chociaż jak jeszcze nie był premierem, to zapewniał, że Platforma będzie dążyła do referendów w ważnych społecznie sprawach.

Czekam aż Premier powie, że tak mu się odmieniło przez posła Palikota: że jak Naród sobie wybiera takich posłów, to rzeczywiście trudno mu zaufać w kwestii zdrowia czy bezpieczeństwa.

Ciekawe, czy premier już na to wpadł?

Jeśli nie wpadł, to może dlatego, że czyta właśnie „Doktrynę szoku” Naomi Klein i martwi się, co to będzie jak Naród też przeczyta i w końcu zrozumie, co się kryje za niewidzialną ręką rynku.

Cała nadzieja premiera w tym, że u nas ludzie mało czytają. Co innego Szwajcarzy.

Bajki robotów – rzecz jasna, pacyfistów

Rozgorączkowane Duchy Wojny i Cynizmu tego lata zatrzymały się dłużej nad Gruzją. Ale krążą wokół nas od zawsze. Jeśli nawet oddalą się na trochę od Ameryki, gdy Obama wygra wybory i zakwestionuje strategię osi zła Busha Juniora, przysiądą zapewne na dłużej gdzieś nad Rosją. Gruzja to ledwie preludium.

Są bajki, które karmią Ducha Wojny. Ja pokarmię Ducha Pokoju. To ważne, jakie bajki sobie opowiadamy. Oto bajka:

Któregoś popołudnia przylecieli z Kosmosu Obcy. We trzech. Mieli wielkie błękitne oczy i byli zupełnie łysi.

Mieli pełne plenipotencje, żeby w imieniu Wszechświatowego Porządku zrobić u nas kontrol: ustalić, czy wciąż zabijamy się nawzajem, a jeśli tak, to pomóc nam w zaprzestaniu tego procederu, który w całym Kosmosie był już bardzo nie en vogue. Pomyśleli, że jak odsapną po podróży, pójdą szukać kompetentnych.

Długo szukać nie musieli – ledwie siorbnęli popołudniowej herbaty i już dostali jądrową rakietą od tłuściutkich pułkowników z pewnej wojskowej bazy, którym wyszło na radarach, że Obcy przypuścili atak na Ziemian.

Strzepnęli więc z siebie popiół po wybuchu, bo rakietom się nie kłaniali i nic się ich nie imało, i połączyli się telepatycznie z ONZ i firmą Google, która w swoich archiwach przechowuje prawie wszystko o każdym pojedynczym obywatelu naszego świata.

– Sondaż zrobimy ogólnoziemski – zawołali wszyscy trzej jednocześnie. – Pytanie będzie tylko jedno. Proste, żeby każdy zrozumiał. Ano takie:

Czy chcesz, żeby obok twojego domu toczyła się wojna – z zabijaniem twojej rodziny przy pomocy bomb z powietrza, rozwalaniem sąsiadów z karabinów maszynowych z ziemi i podpalaniem sklepów warzywniczych oraz mięsnych w sposób dowolny.

ONZ jakoś się nie mógł zebrać, ale chłopaki w szortach od Googla szybko się uwinęli i już po śniadaniu były wyniki sondażu.

No i prawie nikt nie chciał, żeby wojna była koło jego domu. Jak już, to u dalekich sąsiadów, ale lepiej, żeby w ogóle nie. Bo to głupota jest i marnotrawstwo wszystkiego.

Tylko kilka setek biznesmenów, co dobrze zarabiali na wojnie oraz pułkowników z generałami, co ich do wojny wychowali, no i parę setek specjalistów od prania mózgów powiedziało, że wojna jest wszystkim bardzo potrzebna.

– No to dobrze – powiedzieli trzej Obcy jak jeden mąż. – Tym generałom z biznesmenami i tymi od prania mózgów trzeba dać jeden stan w Ameryce. No, jakoś się dogadacie, który. I niech się tam między sobą zabijają, jak potrzebują. A reszta niech siada do obiadu, bo życia szkoda.

Dopilnowali czego tam było trzeba i polecieli do Wszechświatowego Porządku zdać relację.

I wszyscy żyli długo i szczęśliwie. No, poza tymi w tym jednym stanie. Ale to już inna historia.

Bezradność Obywatelska

To było w sierpniu 1988. A zaraz potem komuniści zgodzili się na rozmowy Okrągłego Stołu.

„- W piątek 19 sierpnia kilku naszych młodych działaczy zaczęło na stoczni rozdawać ulotki – wspomina Alojzy Szablewski, ówczesny przewodniczący „Solidarności” w Stoczni Gdańskiej. – Wezwali Lecha Wałęsę, ten przyjechał i wtedy zapadła decyzja, że w poniedziałek 22 sierpnia rozpoczynamy strajk. Zarządziłem, że dokładnie o siódmej przerywamy pracę i opanowujemy most pontonowy na stoczni. Udało się, po godzinie strajkowało już trzy tysiące ludzi. Potem wysłałem stoczniowców, uzbrojonych w rurki, aby przejęli bramy. Pogonili esbeków. Ustroiliśmy bramy i kontrolowaliśmy sytuację.

Stoczniowcy przedstawili wtedy dyrekcji zakładu tylko jeden postulat – legalizację „Solidarności”. Do protestu przyłączyły się inne gdańskie zakłady. Strajk z sierpnia 1988 osobiście wspierało wielu znanych opozycjonistów m.in. Jacek Kuroń, Adam Michnik i obaj bracia Kaczyńscy. Władze uległy, wyszły z propozycją rozmów. 31 sierpnia Lech Wałęsa po raz pierwszy spotkał się z generałem Czesławem Kiszczakiem. Postawił warunek: legalizacja „Solidarności”, a Kiszczak: wygaszenie fali strajków. Strajki w całym kraju zakończyły się w pierwszej połowie września. Rozpoczęły się przygotowania do Okrągłego Stołu” (powyższy opis to skrót artykułu Macieja Sandeckiego z trójmiejskiej „Gazety Wyborczej”).

Dzięki temu strajkowi mamy od niemal dwudziestu lat swoje państwo. Państwo upartyjnione, zbiurokratyzowane i marnotrawiące pieniądze podatników.

To moje państwo nawet nie zapytało swoich obywateli o to, czy chcą włączyć się w światowe szaleństwo zbrojeniowe i straszy obywateli, że jeśli nie będziemy mieli tarczy, to nas wrogowie zniszczą. Moje państwo nazywa to polityką.

Moje państwo nie potrafi z obywatelami rozmawiać. Moje państwo uważa, że wie lepiej. Moje państwo nie potrafi przedstawić obywatelom listy dziesięciu najważniejszych problemów społecznych do rozwiązania.

Nie potrafi przeprowadzić uporządkowanej, publicznej debaty nad każdym z tych problemów. Nie potrafi przedstawić uczciwie całego spektrum możliwych rozwiązań – od prawa do lewa.

Nie potrafi powiedzieć obywatelom: musimy przestać wyszarpywać sobie wszystko. Musimy przestać się siłować. Musimy zastanowić się jak zrobić, żeby możliwie wiele osób zaakceptowało rozwiązanie problemów.

Moje państwo.

Moje państwo zaraz wepchnie nas w wojnę na Kaukazie, tak jak wepchnęło polskich żołnierzy do Iraku i Afganistanu.

Moje państwo jest właśnie takie.

A ja mam strasznego moralnego kaca. Bo kiedy kończył się Okrągły Stół, miałam nadzieję i wierzyłam, że po komunie państwo będzie nasze, dbające o dobro obywateli. I teraz się czuję jak kretynka. Lepiej by mi było, gdybym nie brała kiedyś serio solidarnościowych marzeń.

Rozmawiam dziś w Internecie o tym państwie. A to w na stronie salon24.pl, a to na stronie tekstowisko.com.

Delilah: mówimy NIE instytucjom, które w biały dzień i w świetle prawa robią nas w bambuko. Ale w sumie co z tego, że mówimy NIE?

Grześ odpowiada: no nic.

Ja pytam: nie sądzicie, że to pewien kłopot, że możemy tak sobie mówić NIE i nic z tego nie wynika? Kłopot – dla demokracji – fundamentalny.

Ano kłopot – mówi Delilah. – Ale co z tym fantem można począć?

Ja na to: No właśnie. Jedna wielka Bezradność Obywatelska.

Nie ma darmowych obiadów

Slogan mówiący, że nie ma darmowych obiadów, przypisywany Miltonowi Friedmanowi, zrobił wśród liberałów oszałamiającą karierę. Przypominaniem o braku darmowych obiadów tłumaczą właściwie wszystko. Publiczna powszechna edukacja? A skąd, nie ma darmowych obiadów, rachunki za bezpłatną szkołę regulujesz w podatkach. Publiczna bezpłatna służba zdrowia? Bzdura, nie ma darmowych obiadów, zapłaciłeś za to fiskusowi. Władze lokalne położyły nowy chodnik – to złodzieje, którzy ściągnęli z nas haracz, z tego połowę zagarnęli, za resztę wybudowali byle jaki chodnik i jeszcze domagają się wdzięczności. I tak dalej – wszystko, co publiczne, nie jest wedle liberałów darmowym obiadem, lecz posiłkiem, za który zapłaciłeś pod przymusem, odprowadzając podatki.

Oczywiście na poziomie ogólnym jest to prawda. Usługi publiczne opłacamy z własnych podatków i nie są one całkowicie bezpłatne. Jednak w liberalnej propagandzie kryje się fałszywy wniosek, że gdyby nie płacenie podatków, to każdy z nas byłby w stanie za owe usługi i dobra zapłacić z własnej kieszeni prywatnemu wykonawcy. O tym, że jest to bzdura, można się przekonać z kalkulatorem w ręku. Jeśli weźmiemy przeciętnego podatnika, który zarabia np. 2 tys. PLN miesięcznie, to ogół jego podatków – bezpośrednich, w postaci składek społecznych (np. zdrowotnej) oraz pośrednich (opodatkowanie nabywanych usług i produktów) wyniesie w zależności od sytuacji danej osoby od kilkuset do tysiąca złotych, czasem nieco więcej. Ten sam przeciętny podatnik ma jednak dwójkę dzieci w wieku szkolnym, które spędzają na lekcjach w lepiej lub gorzej wyposażonej szkole jakieś 100 godzin miesięcznie (co przy godzinowej stawce choćby 5 zł na osobę daje 500 zł za jedno dziecko). Ten sam podatnik korzysta z porad lekarza, powiedzmy, że w skali 4-osobowej rodziny raz czy dwa w miesiącu. Korzysta też z innych usług gwarantowanych przez państwo lub samorząd lokalny – większość z nich wydaje się nam tak oczywista, że nawet ich nie zauważamy. A są to rzeczy kosztowne – począwszy od uzbrojenia terenu, na którym powstał nasz dom lub mieszkanie, przez stworzenie chodników, jezdni, linii kolejowych, skwerów i parków, przez zatrudnienie policjantów, a kończąc na infrastrukturze do odbioru sygnału telewizyjnego czy radiowego. Gdybyśmy za każde z tych dóbr musieli zapłacić osobno, z własnej kieszeni, to nawet otrzymując wypłatę w kwocie nieopodatkowanej, nie bylibyśmy w stanie zgromadzić środków na to wszystko. Tym bardziej, że na inwestycje budżetowe przeznacza się nie tylko podatki „personalne”, lecz także te od firm, wpływy z ceł itd.

Jasne, nie każdy podatnik ma dwójkę dzieci, nie każdy jeździ koleją, a niektórzy nawet mają końskie zdrowie i nigdy nie leżeli w szpitalu. Tyle że na taką osobę przypada niepracująca matka trojga dzieci, częsty użytkownik drogi (np. taksówkarz) lub osoba, która zachorowała na białaczkę, a koszt leczenia wyniósł 200 tysięcy złotych. Po pierwsze zatem, rezygnacja z systemu zbiorowego i przejście na indywidualne opłaty pozostawiłyby wiele osób na lodzie – i to wcale nie tylko tych niezaradnych, leniwych i biednych, bo wspomniane leczenie białaczki może dotknąć każdego i zrujnuje nawet osobę całkiem zamożną. Po drugie, oferowanie pewnych usług na skalę masową oraz w perspektywie wielopokoleniowej, pozwala znacznie obniżyć ich koszty. Prywatna firma musiałaby tworzyć wszystko od zera, dogadując się z innymi firmami w kwestiach spornych (kto np. sfinansuje skrzyżowanie dwóch prywatnych chodników?), po jej upadku w kolejnym pokoleniu należałoby zaczynać od nowa itd. A brak finansowania takich inwestycji z podatków skutkowałby niepewnością usługodawców – jeśli pokolenie wstecz zebrała się grupa chętnych na opłacenie budowy drogi, to nie ma żadnej pewności, że wśród ich dzieci będzie wystarczająco dużo chętnych, aby zgromadzić kwotę na rozbudowę, remonty czy stworzenie trasy dojazdowej.

Darmowych obiadów zatem faktycznie nie ma, bo za wszystko ktoś kiedyś zapłacił. Ale zarazem system finansów publicznych i powszechnych podatków gwarantuje przynajmniej minimalny wkład do obiadowego kotła. Liberałowie zresztą doskonale o tym wiedzą. Ich pomstowanie na darmowe obiady, które kosztują nas wszystkich miliony złotych, dotyczy dość specyficznie i wycinkowo pojmowanych sfer rzeczywistości. Kosztowne obiady to wedle nich szkoły publiczne, zasiłki dla biednych czy bezrobotnych, system ubezpieczeń emerytalno-rentowych, dotacje do państwowych kopalń czy nierentownych kolei. W tych kwestiach zawsze słyszymy od nich, że dość już utrzymywania darmozjadów, że trzeba ludzi nauczyć odpowiedzialności za siebie, że jeśli coś jest nierentowne, to znaczy, iż niepotrzebne, więc zlikwidujmy to i będzie po problemie. Dziwnym trafem jednak, to samo środowisko ideowo-polityczne i jego kibice milczą w kwestii tych usług publicznych, które są kosztowne, lecz przydatne im lub po prostu, nie wiedzieć czemu, uznane za słuszne i godne uznania.

Pomijając skrajną i niewielką grupkę liberalnych ortodoksów, zwących się libertarianami, którym zdarza się krytykować wszelkie budżetowe wydatki (jest to więc utopia, ale spójna logicznie i uczciwa), liberałowie są ślepi na jedno oko. Widzą nierentowne koleje i kopalnie, widzą publiczne szkoły i zasiłki dla bezrobotnych, ale tak się dziwnie składa, że ich czujnemu oku uchodzi całe mnóstwo innych publicznych wydatków, nierzadko większych, albo takie rodzaje szkód i ubytków, za które ich sprawcy nie chcą płacić z własnej kieszeni. Weźmy tylko dwa wymowne przykłady specyficznego pojmowania „darmowości” przez liberałów.

Szczególnie przeze mnie lubiany, bo wyjątkowo bezczelny przykład takich postaw to postulaty tzw. środowiska lekarzy. Jest o nich głośno średnio raz na pół roku, gdy straszą „odejściem od łóżek pacjentów”, gdyż zarobki w służbie zdrowia nie pozwalają im „żyć godnie”. Na czele tego towarzystwa stoi niejaki Krzysztof Bukiel, związany ze skrajnie liberalnym środowiskiem Unii Polityki Realnej. Postulaty tej części lekarzy są chyba najbardziej jaskrawym przypadkiem liberalnej hipokryzji. Z jednej strony, narzekają na niskie pensje w państwowej służbie zdrowia, które znacząco odbiegają podobno od „stawek rynkowych”. Krytykują również to, że państwo w znacznym stopniu kontroluje służbę zdrowia w wymiarze własnościowym, zamiast sprywatyzować sporą część usług leczniczych.

Myliłby się jednak ktoś, kto sądzi, że „środowisko lekarskie” chciałoby zwolnić się z państwowych etatów i rozpocząć prywatną praktykę w nowo zbudowanych, równie prywatnych klinikach, gdzie mogliby ze sobą do woli konkurować o pacjentów. Wręcz przeciwnie. Ideał wygląda wedle nich tak: najpierw państwo funduje przyszłemu lekarzowi 6-letnie darmowe studia, które są znacznie bardziej kosztowne niż np. studia historyka czy botanika. Później zatrudnia absolwenta owych studiów w państwowym szpitalu za „stawkę rynkową”, czyli od 6 do 12 tysięcy złotych miesięcznie, bo takie kwoty zdaniem protestujących lekarzy pozwalają „żyć godnie”. To nie koniec zabawy. Oprócz tego państwo nie powinno się zbytnio wtrącać w realia etatu lekarza, gdyż on samodzielnie powinien określać, kiedy w pracy jest, kiedy zaś go nie ma. A nie ma go wtedy, gdy prowadzi „praktykę prywatną”. Polega ona na tym, że państwo za grosze sprzedaje lub dzierżawi część szpitala, przychodni lub drogiego publicznego sprzętu prywatnej spółce lekarskiej. I bynajmniej nie po to, żeby na wolnym rynku konkurowała ona o klientów. Skądże – państwo ma podpisać z tą spółką kontrakt gwarantujący wykonanie w skali roku odpowiedniej, tzn. opłacalnej dla jej właścicieli, liczby porad i zabiegów, finansowanych w całości z funduszy publicznych.

Jednak niektórym do „godnego życia” i to nie wystarczy – są tacy lekarze, którzy oprócz pensji w państwowej placówce oraz drugiego etatu na kontrakcie w „prywatnej” przychodni finansowanej z NFZ, prowadzą jeszcze gabinet całkowicie prywatny, np. u siebie w domu. Tam co prawda są już w zasadzie zdani na wolny rynek i konkurencję o klientów (choć nierzadko niemal zmuszają pacjentów szpitalnych do prywatnych wizyt), ale niekoniecznie chcą to robić wedle zasad obowiązujących inne podmioty gospodarcze. Jeśli kobiecina handlująca warzywami i owocami w jako tako korzystnie zlokalizowanym „zieleniaku” musi mieć kasę fiskalną i drobiazgowo rejestrować sprzedaż „owoców krajowych” lub „południowych”, po 3-6 zł za kg, to pan lekarz nie ma obowiązku rejestrować opłat za wizytę rzędu 200-300 zł, gdyż to naruszałoby jego osobistą godność oraz dobre imię „zawodu zaufania publicznego”.

Wyłania się z tego obraz koszmarnej układanki, w której państwo płaci za wszystko, na nic nie ma wpływu, a cały zysk trafia w prywatne ręce. Noam Chomsky trafnie nazwał kiedyś taki system „uspołecznianiem kosztów i prywatyzowaniem zysków”. I taki system nie przeszkadza liberałom, choć zapewnia 2-3 darmowe obiady jednej osobie. Jeśli liberałowie walczą w tej kwestii z „socjalizmem”, czyli z państwem i jego polityką zdrowotną, to tylko wtedy, gdy krytykują „zbyt niskie” stawki w państwowym szpitalu, „za małe” środki z NFZ na prywatne kontrakty oraz „zbyt wolne” przekazywanie za grosze publicznego mienia prywatnym spółkom lekarskim. Mówiąc inaczej, zamiast walczyć z darmowymi obiadami, oni domagają się większych porcji!

Innym ciekawym przykładem tej ślepoty czy cwaniactwa, jest dotowanie transportu samochodowego. Pamiętajmy, że liberałowie bardzo nie lubią nierentownych kolei. Problem w tym, że trasy drogowe są znacznie bardziej nierentowne, a mimo to domagają się ich rozbudowy za państwowe pieniądze. Dlaczego za państwowe – ano dlatego, że na świecie niemal nie istnieją autostrady zbudowane całkowicie prywatnie. Żadna firma nie weźmie się za takie przedsięwzięcie bez przynajmniej kredytowych gwarancji rządowych, a i to jest rzadkością, bo najczęściej państwo musi wprost, z budżetu, zapłacić za taką budowę, a następnie – jak w przypadku szpitali – oddać za śmieszne pieniądze autostrady w zarząd prywatnym firmom, by mogły zarabiać na pobieraniu opłat.

Ale nie tylko w tym tkwi problem. Otóż liberałowie skrzętnie przemilczają fakt, że już istniejące drogi są skrajnie nierentowne. Częste są głosy, że to skandal, iż kierowcy płacą tak wysoką akcyzę w cenie paliwa, a państwo buduje tak mało autostrad w zamian. Celowo przemilcza się tu fakt, jak ogromne wydatki są konieczne, aby utrzymać już istniejącą infrastrukturę transportu kołowego. Zupełnie w tych wyliczeniach pomija się także i to, że motoryzacja indywidualna bazuje na ogromnej ilości darmowych obiadów – kierowcy nie tylko nie finansują z akcyzy całości wydatków na budowę i remonty dróg, ale niemal w ogóle nie partycypują w finansowaniu innych kosztów motoryzacji. A te koszty są – nomen omen – kosztowne. Jeśli po stronie „winien” kierowców uwzględnimy nie tylko budowę i remonty dróg, ale też np. wykup ziemi pod nowe trasy, naprawę budynków niszczejących pod wpływem drgań wywołanych ruchem samochodowym, koszty korozji wywołanej opadami deszczów skażonych spalinami, wydatki na leczenie chorób spowodowanych tym, co wydostaje się z rury wydechowej (m.in. astma, część alergii, niektóre odmiany raka, różne schorzenia dróg oddechowych i układu krążenia), to otrzymamy kwoty zawrotne.

Mój redakcyjny kolega, Olaf Swolkień, przygotował niedawno raport poświęcony polityce transportowej. Wkrótce ukaże się on naszym nakładem, a teraz zacytujmy fragmenty dotyczące kosztów generowanych przez kierowców: „Według badań prowadzonych przez uniwersytet w Karlsruhe i instytut INFRAS w Zurychu, w krajach »starej« Unii koszty zewnętrzne transportu wynoszą około 7-8% PKB. Jak pisał publicysta Krzysztof Jasiński, »według szacunków tej samej organizacji koszty zewnętrzne transportu w Polsce są niemal 2 razy wyższe, co oznacza, że co siódmą złotówkę wypracowaną w kraju (około 150 mld zł) zużywamy na dofinansowanie transportu«. Dla porównania: całkowite przewidywane wpływy z akcyzy od paliwa silnikowego to w roku 2008 około 25 miliardów zł”. Dla jasności dodam, że ok. 96% owych kosztów transportu przypada na motoryzację. Kolejny cytat z raportu: „Niemiecki znawca tych problemów, Lutz Ribbe, zbadał jak wyglądają wydatki i wpływy z komunikacji samochodowej dla Wrocławia [pod koniec lat 90. – przyp. R. O.]. Okazało się, że »Miasto Wrocław wydaje 16% swojego budżetu na komunikację samochodową. Po drugiej stronie może zaksięgować wpływy z komunikacji samochodowej w wysokości 3% budżetu miasta. A więc Wrocław gotów jest wydać 13% swojego budżetu na ruch drogowy, nie otrzymując za to od niego ani grosza«”. No i ostatni cytat, aby pokazać, jakie są koszty nie tylko finansowe, ale i „osobowe” tej ponoć bardzo rentownej motoryzacji: „według badań brytyjskich i angielskich, jeżeli Twoje dziecko mieszka w pobliżu drogi o dużym natężeniu ruchu /…/, to ma 6 razy większą szansę na nowotwór mózgu, rdzenia kręgowego, białaczkę, chłoniaka lub »tylko« astmę”.

Jak widać, istnieją bardzo, ale to bardzo obfite darmowe obiady dla części społeczeństwa, zaś nierentowne koleje (których pasażerowie czy firmy spedycyjne też przecież płacą podatki w cenie owej usługi!) są po uwzględnieniu wszelkich kosztów znacznie mniej deficytowe i o wiele słabiej obciążające wspólną kasę niż transport samochodowy. Czy jednak liberałowie domagają się likwidacji darmowych obiadów w dziedzinie motoryzacji? Czy chcieliby budować autostrady za pomocą dobrowolnej zrzutki kierowców? Czy promują kolej lub tramwaje, które po dokładnym wyliczeniu są znacznie mniej kosztowne niż całokształt poruszania się samochodami? A może zechcieliby w czynie społecznym łatać drogi, w których ich samochody zrobiły dziury?

Skądże znowu – dla nich darmowe obiady i socjalizm to dofinansowany pociąg, który zamiast kompletu 300 pasażerów wiezie ich tylko 60. Natomiast 5-osobowy samochód z jedną osobą, dofinansowany z budżetu na różne sposoby co najmniej 10 razy bardziej, uważają za wyraz ciemiężonego wolnego rynku, rentownego tak, że bardziej już chyba nie można. Darmowe obiady są według nich wtedy, gdy budżet dotuje PKP (zresztą śmiesznymi kwotami w porównaniu choćby z Czechami), natomiast gdy minister Religa chciał wprowadzić podatek, dzięki któremu kierowcy finansowaliby wreszcie leczenie ofiar wypadków (czyli płacili za własne czyny), wówczas miłośnicy płatnych obiadów dostali z oburzenia piany na ustach. A przecież powinni cieszyć się, że ktoś chce od nich wyegzekwować opłatę za niewielką część posiłku, który w menu figuruje jako „motoryzacja indywidualna”.

Tego rodzaju przykłady swoistej schizofrenii liberałów można mnożyć. Choćby ich krytyka dotacji dla nierentownych małych gospodarstw rolnych ze „ściany wschodniej”, przy jednoczesnych zachwytach nad hipermarketami, które oferują tanią żywność. A przecież gros produktów rolnych w hipermarketach pochodzi z wielkich farm otrzymujących gigantyczne dotacje, znacznie większe niż te dla drobnych gospodarstw. Inny przykład to pomstowanie na złe dotacje dla państwowych kopalń, które gwarantują krajowi bezpieczeństwo energetyczne, przy jednoczesnym wychwalaniu ulg podatkowych dla „zagranicznych inwestorów”, którzy zajmują się tak istotną działalnością, jak np. produkcja karmy dla psów albo chipsów dla ludzi. Każdy bez trudu, po chwili namysłu, znajdzie takich absurdów jeszcze sporo.

Co z tego wynika? Ano dwie kwestie. Po pierwsze, rzeczywiście nie ma darmowych obiadów – tyle tylko, że to nie „socjaliści” (czyli zwolennicy aktywnej polityki gospodarczej i socjalnej państwa) powinni o tym pamiętać, gdyż oni mają tego pełną świadomość, postulując abyśmy wspólnie finansowali różne wydatki. Powinni o tym natomiast pamiętać liberałowie, którzy bardzo lubią krytykować darmowe obiady i jednocześnie chętnie je konsumują.

Drugi ważny wniosek jest natomiast taki, że teorie i wywody mówiące o możliwości zlikwidowania darmowych obiadów, są nie tylko bzdurne, ale zawierają postulat cofnięcia rozwoju ludzkości o co najmniej kilka stuleci, jeśli nie do epoki jaskiniowej, bo to właśnie wtedy wszyscy osobiście płacili w taki czy inny sposób za każdy produkt i usługę. Dziś poważna dyskusja nie toczy się między wizjami rozwoju społecznego a zwolennikami cywilizacyjnego regresu, lecz na temat tego, za co chcemy wspólnie płacić. Za dobrej jakości powszechną opiekę medyczną czy za „godne życie” lekarzy na trzech etatach? Za zasiłki dla ludzi, którzy nie z własnej winy stracili pracę i środki utrzymania czy za zwiększanie produkcji spalin i skutki tego procederu? Za porządną edukację wszystkich polskich dzieci czy za dotowanie „zagranicznych inwestycji”, aby ich właściciele mogli szybko, niewielkim kosztem i bez ryzyka zarobić jak najwięcej?

Rzeczywiście, nie ma darmowych obiadów – są tylko płatne obiady. A my – społeczeństwo-podatnicy – musimy zdecydować, czy płacimy za niesmaczne i niezdrowe, czy za pożywne i wartościowe.