przez Anna Mieszczanek | sobota 26 lipca 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Parlamentarzyści postanowili, że sejmowa sala numer 14 będzie salą imienia Bronisława Geremka. Mam lepszy pomysł.
Już po pogrzebie Profesora, pytano polityków o jego najważniejsze dla nich przesłanie. Był zawsze pełen kultury, nie przekraczał granicy dobrego smaku; umiał różnić się pięknie; miał mocne, socjaldemokratyczne przekonania, ale też wielką odpowiedzialność za państwo – tak trzej przedstawiciele różnych opcji podsumowali w TVN24 swoje kontakty z Profesorem. To było na końcu jego drogi.
A bliżej początku?
W 1986 roku, w pokoiku zaprzyjaźnionego Pallotyna na Grochowie, robiłam z profesorem Geremkiem wywiad dla podziemnej „Karty”. U Pallotynów, żeby była mniejsza szansa na podsłuch.
Autoryzowaliśmy go potem w ajencyjnym – tak się wtedy mówiło na prywatny – warzywniku na Miodowej, w którym pracowałam jako sklepowa, bo takie były dziwne losy dziennikarzy. Od siebie z Piwnej Bronisław Geremek miał trzy kroki.
Naprzeciwko był kościół Kapucynów, ten z ruchomą szopką. Na półce w sklepie – importowane mule, po które przychodziła czasem Joanna Szczepkowska, ta, co potem obwieściła, że skończył się nam komunizm. Na ladzie kalafiory, pomidory, rzodkiewka. Bronisław Geremek, w bereciku z „antenką” pochylał się ku mnie przez tę ladę, tuż obok worków z kartoflami. Poważnie stawialiśmy przecinki, dopisywaliśmy jakieś fragmenty zdań.
Ombutsmen, ombutsmen, ombutsmen – powtarzał wciąż i wciąż w tej rozmowie u Pallotynów. Tak tę rozmowę pamiętam, choć w ostatecznym tekście znalazły się inne wątki. Nawet nie wiedziałam wcześniej, kto to taki ten ombutsmen. A to po prostu rzecznik praw obywatelskich. Człowiek i instytucja, która gwarantuje mi obronę w tych momentach, w których demokracja niebezpiecznie przystaje, jakby się zastanawiała: ku anarchii podążyć, czy może raczej ku tyranii.
I w jednym i w drugim przypadku prawa pojedynczego człowieka są zagrożone, zaniedbane, pozostawione samym sobie. Jak dziś.
Dlatego myślę, że zamiast tworzyć w sejmie salę imienia profesora Geremka, lepiej stworzyć tam Komisję Praw Obywatelskich. Która będzie oceniać każdy nowy i stary akt prawny pod kątem przestrzegania praw obywatelskich. Zauważać skutki i zagrożenia, jakie prawo niesie pojedynczemu obywatelowi.
Wystarczy dziesięć osób. Niezależnych. Na czas pracy w Komisji zawieszających swoją partyjną działalność.
Konstytucja mówi, że Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych. Należałoby potraktować poważnie ten artykuł.
I, może, znaleźć zdjęcie Profesora w tym bereciku z „antenką”. Powiesić przy stole prezydialnym nowej komisji. Żeby wychwytywała wszystko to, co zagraża zwykłemu Obywatelowi.
Bo Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. To pierwszy artykuł naszej Konstytucji. Czy ktoś jeszcze dziś o tym pamięta? W sejmowej sali numer 14, 15, 16?
przez Anna Mieszczanek | czwartek 3 lipca 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Agent, nie – mówię – ale piszą, że jego sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej jest „pomostem” pomiędzy Kościołem rzymsko-katolickim a wiarą żydowską, zawiera zawoalowane symbole żydowskie i coś tam niemiłego wobec papieża.
Rabin Benjamin Blecha, profesor talmudyzmu na nowojorskim Yeshiva University oraz Roy Doliner, przewodnik wycieczek po Watykanie, którzy napisali o tym książkę „The Sistine Secrets: Unlocking the Codes in Michelangelo’s Defiant Masterpiece” (już na liście bestsellerów „New York Times”, zaraz pewnie będzie i u nas) zwracają uwagę, że Michał Anioł, malując na sklepieniu tylko postaci ze Starego Testamentu, stawiał nam pytanie: dlaczego zapominamy o naszych prawdziwych korzeniach (http://wiadomosci.onet.pl:80/1495172,2679,1,tajne_przeslanie_michala_aniola,kioskart.html). Autorzy dostrzegli też na malowidłach kształty hebrajskich liter, z których każda ma sekretne znaczenie. Sugerują, że drzewo życia widoczne na freskach, to nie jabłoń, lecz – zgodnie z żydowską tradycją – figowiec. Twierdzą też, że na sklepieniu ukryta jest krytyka papieża Juliusza II, który to wszystko zamówił, ale ponieważ Michał Anioł zdegustowany był papieską korupcją, namalował proroka Zachariasza na jego podobieństwo, a widocznemu za nim aniołowi kazał czynić wyjątkowo obsceniczny gest nad jego głową.
Marco Bussagli, profesor historii sztuki rzymskiego uniwersytetu, uważa, że ujawnianie antykatolickich i antychrześcijańskich treści wskazuje, iż syndrom Dana Browna uderza ponownie. W dobre imię katolicyzmu – jak rozumiem.
Autorzy książki z kolei uważają, że cała Kaplica Sykstyńska zbudowana została według tych samych proporcji, co Świątynia Jerozolimska i jest zagubionym mistycznym przesłaniem powszechnej miłości, zawartym tam, byśmy je odczytali.
Choć nie oni pierwsi próbują zobaczyć to, co – być może – ukryte. O Kaplicy Sykstyńskiej już w 1950 roku Joaquin Diaz Gonzalez, dyplomata wenezuelski, napisał broszurę, w której utrzymywał, że w układzie postaci w Sądzie Ostatecznym ukryty jest zarys twarzy Dantego. Zobaczył tam również obraz Jezusa na krzyżu. W 1990 roku Frank Meshberger wykazywał w „Journal of the American Medical Association”, że centralna scena ukazująca Boga i Adama wyciągających do siebie ręce odwzorowuje kształt mózgu i rdzenia kręgowego. W roku 2000 dr Garabed Eknojan wypatrzył w malowidle kształt nerki.
Każdy odczytuje to, co może.
Wśród terapeutów rodzinnych popularna jest relacja z eksperymentu Humberto Maturany, chilijskiego biologa, który – jako stypendysta Massachusetts Institute of Technology – w latach 50. XX wieku odkrył, że żaba widzi tylko muchy lecące z lewej strony na prawą i nigdy nie zobaczy tych, które lecą odwrotnie. Brakuje jej w siatkówce odpowiednich receptorów.
To wskazywać może, że nasza percepcja rzeczywistości nie jest tak klarownie fotograficzna, jak się wielu z nas zdaje. Rozpoznajemy to, do rozpoznawania czego jest zdolny nasz „aparat”, percepcja jest w pewnym sensie złudzeniem a organizm okazuje się być zamkniętym systemem informatycznym, który nie czerpie informacji bezpośrednio z zewnątrz, a tylko poprzez ich przetworzenie. W skrócie: to, co organizm postrzega, jest uwarunkowane naturą jego własnej struktury.
Gdyby żaba miała w siatkówce receptory umożliwiające jej reagowanie na muchy lecące z prawej do lewej, to by wiedziała, że takie muchy istnieją. A tak?
Wyobrażam sobie, że ci, którzy widzą tylko z prawa na lewo lub wręcz przeciwnie, z pewnością nie mieliby żadnych trudności z udowodnieniem że Michał Anioł mógł być tajnym agentem SB, STASI, Mossadu lub KGB. I mogliby przekonywać, że to właśnie od Michała Anioła zaczął się dramat polskiej pokłóconej „Solidarności”, sterowanej w roku 1980 – i dziś także – przez SB, w osobie Wałęsy. Tak jak dziś przekonuje do tego Andrzej Gwiazda, którego uwielbiałam w Sierpniu za trzeźwe widzenie sytuacji, a którego za nic nie mogę zrozumieć dziś.
No tak. Każdy rozumie to, co może.
przez Anna Mieszczanek | poniedziałek 9 czerwca 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Ale i trwają w pewnym sensie razem, choć wciąż jeszcze okopani po różnych stronach swoich barykadek. Co napawa mnie nadzieją.
Jakiś czas temu nie wytrzymało kilku blogowiczów z portalu www.salon24 – gdzie właśnie blogować zaczyna także Obywatel. Po kłótni odeszli do swojego forum: www.tekstowisko.com. W Tekstowisku też się potem pokłócili i co poniektórzy, nawet ci, co tekstowisko zakładali, powracali do Salonu24. Niektórzy będąc już w Tekstowisku, komentowali jednak dalej teksty w Salonie, ludzie z Salonu zaglądali też do Tekstowiska. Sytuacja zrobiła się w końcu taka, że teksty sporej grupy autorów pojawiają się jednocześnie w Salonie i Tekstowisku. Tak jakby sama różnica poglądów czy stylów działania nie była wystarczającym powodem do tego, żeby przestać istnieć we wspólnej przestrzeni. Bo i nie jest!
Ja siedziałam w Salonie, choć blisko mi było do tych, co poszli robić Tekstowisko. Próbowałam się więc i do Tekstowiska zarejestrować – z opcją, że w Salonie też zostaję – ale maszyna tekstowiskowa mnie wciąż nie przyjmowała, krzycząc, że hasło nie takie albo adres e-mailowy zły. Widać maszyna uznawała, że należy być albo po jednej, albo po drugiej stronie. Ale w końcu, z miesiąc temu, udało mi się i także moje teksty pojawiają się teraz jednocześnie w obu portalach. Ufff…
Wszystko co wyżej było po to, żeby przywołać interesujący tekst z Tekstowiska właśnie. Parę dni temu ezekiel napisał swoją Receptę na demokrację, w której pysznie i skrótowo zdiagnozował sytuację w polskiej polityce.
Polityczność stała się domeną marketingu. Dzisiejsza polityka jest produktem. Dzisiejsza polityka jest wirtualna. Kwestie w niej poruszane to, jak to nazwał Sadurski [w tekście „salonowym” – przypis AM], a przed nim specjalna jednostka jednego z tabloidów, która sama na siebie mówi „Tematy z dupy wzięte”. /…/ Słynny bon mot Libermana „wszyscy kłamią, ale to nie jest ważne, bo i tak nikt nikomu nie wierzy” realizuje się na Wiejskiej, na konferencjach prasowych, w Pałacu Elizejskim, w Białym Domu. Kochający Tusk i jego nienawistny dziadek z Wehrmachtu rechoczą nam w twarz. A stojący za nimi specjaliści od marketingu wypełniają kieszenie kilogramami złotówek pochodzącymi z naszych podatków. Kieszenie tym cięższe, im głośniejszy rechot. /…/
Dzisiejsza demokracja jest soczewką gnuśnego społeczeństwa. Wyemancypowaliśmy i przez tą emancypację dialektycznie zamknęliśmy się na powrót w więzieniu. Jest to więzienie podkultury i konsumpcji, która pożera łapczywie to, co tylko może. Tu spełnia się mroczny sen Tocqueville’a. Rewolucja ma w zwyczaju pożerać własne dzieci, a demokracja znowu zjada własny ogon. Autentyczność ekspresji została zawłaszczona przez wielkie korporacje, a polityczność przez PR.
(http://tekstowisko.com/post-nowoczesny/54840.html#comment-560799)
Napisałam ezekielowi, że diagnoza pyszna tak bardzo, że aż mu zazdroszczę, że nie ja ją napisałam. Bo zazdroszczę. I złoszczę się, że duzi, dorośli ludzie wciąż robią wodę z młodych mózgów. Z Instytutu Przywództwa Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego dostałam właśnie zaproszenie na Eksperckie warsztaty dla liderów społeczno-politycznych. Weekendowe, a jakże. I czytam te ciężkie głupoty podawane do wierzenia młodym, wchodzącym w świat polityki:
/…/ Instytut Przywództwa jest profesjonalną jednostką edukacyjną Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego. Misją Instytutu jest upowszechnianie wiedzy o przywództwie i związanej z nim etyce oraz kreowanie liderów. Instytut działa pod patronatem Sekretarza Generalnego Rady Europy pana Terry’ego Davisa. Celem /…/ jest kształcenie profesjonalnych i silnych moralnie liderów politycznych, aby Polska mogła kontynuować umacnianie swoich struktur i mechanizmów demokratycznych. /…/ Celem warsztatów jest przekazanie rzetelnej wiedzy na temat etycznego i skutecznego przywództwa politycznego, jak również społecznego i biznesowego. /…/ Program szkolenia /…/ obejmuje cztery kluczowe zagadnienia:
– Wprowadzenie do marketingu politycznego
– Teoria i ćwiczenia z wystąpień publicznych
– Zastosowanie Neurolingwistycznego Programowania (NLP) w polityce
– Praca z kamerą i mikrofonem
Marketing i NLP – biblie, bez znajomości których wstyd dziś zabierać się do publicznego działania. A co to jest to Neurolingwistyczne Programowanie? Jakby ktoś nie wiedział, zacytuję ze strony www.nlp.pl
NLP zaczęło powstawać we wczesnych latach siedemdziesiątych, gdy Richard Bandler, matematyk i terapeuta Gestalt, oraz John Grinder, wówczas dobrze zapowiadający się profesor lingwistyki, rozpoczęli badania nad pracami trójki wybitnych terapeutów, powszechnie uznawanych za ekspertów w swoich dziedzinach. Ekspertami, których pracę obserwowali Bandler i Grinder byli: twórca terapii Gestalt Fritz Perls, terapeutka rodzinna Virginia Satir oraz prawdziwy mistrz w dziedzinie medycznej hipnozy dr Milton H. Erickson. Pomimo, że każda z tych osób używała pozornie różnych metod, uważano, że wszyscy uzyskują nieomalże „magiczne rezultaty” w pracy z pacjentami. /…/ w badaniach opierano się nie na tym, co Perls, Satr i Erickson myśleli, że robią, lecz na zaobserwowanych w rzeczywistości wzorach zachowania oraz strukturach lingwistycznych używanych przez nich w trakcie pracy. /…/ Bandler i Grinder osobiście przetestowali te wzory, aby sprawdzić, czy uda im się osiągnąć takie same rezultaty. Gdy okazało się, że uzyskali zbliżone wyniki, opracowali procedury pozwalające nauczyć tego inne osoby. /…/ NLP jest zestawem technik, postaw wobec świata oraz metodologii… które umożliwiają ludziom zmienianie, wzbogacanie oraz eliminowanie zachowań tak, jak tego chcą. /…/ NLP jest także podstawą dynamicznie rozwijającej się w USA i Kanadzie dziedziny określanej mianem „technologii Motywacyjnych”, stosowanych przez największe firmy i organizacje. Z usług doradców motywacyjnych korzystają tam narodowe zespoły olimpijczyków, szefowie największych koncernów, a nawet kolejni prezydenci USA.
I tak to wiedza, która wyrosła z obserwacji pracy trójki genialnych terapeutów, pomagających ludziom w kłopotach, włożona w łapki nieodpowiednie staje się tym, czym brzytwa włożona w ręce małpy.
Z dwojga złego wolę jednak małpy. Z Janerką Lechem. Już mamy dość, już mamy dość, już mamy dość, już mamy dość… Wtedy idziemy do ZOO!
Anna Mieszczanek
Fot. autorki Zosia Zija
przez Anna Mieszczanek | czwartek 15 maja 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Łatwiej się złościć, że ci inni tacy okropni i głupi i robią wszystkie te złe rzeczy, których my nie lubimy i musimy przeciwko nim protestować.
Tybetańskie flagi, z którymi demonstruje Zachód przeciwko łamaniu praw człowieka w Tybecie, produkowane są w Chinach. Robotnicy, którzy mieli je na swojej taśmie produkcyjnej, zobaczyli je w transmisji telewizyjnej, pomyśleli, że przecież nie po to je produkowali, żeby świat nie lubił teraz Chin i donieśli na własnego szefa władzom komunistycznym, ale jednak i nieco otwartym na liberalny wolny rynek. Szef prawdopodobnie już siedzi, podobnie jak tybetańscy mnisi.
Jak mógł się zdarzyć absurd tak piramidalny, a jednocześnie jak w soczewce skupiający wszystkie główne wady naszego ociekającego hipokryzją, najlepszego ze światów?
Nie zdarzyłby się w zewnętrznym świecie, gdyby w naszych głowach po innych ścieżkach biegały sobie krasnoludki przenoszące informacje między neuronami. Obecnie owe krasnoludki ułożyły informacje – z których składamy skalę naszych wartości – w naszych głowach w piramidę, na szczycie której zalega wartość pod nazwą „Zysk”.
Zysk jest wartością naczelną dla cywilizacji informacyjno-technicznej XXI wieku.
Gdyby krasnoludki naniosły mułu informacyjnego nieco inaczej, gdyby na szczycie piramidy ułożyła się na przykład wartość pod nazwą „Prawa Człowieka” czy „Godność Pojedynczej Osoby” – chińscy robotnicy nie musieliby donosić na swojego szefa, a on płaciłby podatki swojemu komunistyczno-liberalnemu państwu od całkiem innej produkcji, nie od wytwarzania flag z napisem „Wolny Tybet”. Mógłby, na przykład, produkować koszulki z napisem „Pojedyncze jest ważne” albo drukować Kartę Praw Podstawowych, żeby edukowali się obywatele Europy. Na to byłoby zapotrzebowanie, więc nawet coś by zarobił.
Gdyby inna wartość niż ZYSK zaległa na szczycie piramidy, nikomu nie przyszłoby do głowy w świetle jupiterów zarabiać wielkich pieniędzy na zawodach sportowych i jeszcze czynić z tego wzór do naśladowania dla innych. Nikt nie wykorzystywałby wolnych teoretycznie mediów, żeby uzasadniać jak wielki skok ku demokracji wykonają Chiny, gdy tylko zetkną się ze świetlaną Olimpiadą. Przywódcy krajów europejskich nie przestraszyliby się, że ich kraje stracą za dużo pieniędzy, kiedy chińskie rynki zamkną się przed nimi.
Oczywiście, wszystko przez krasnoludki.
Należałoby je postawić przed jakimś krasnoludzkim trybunałem. Osądzić. Ściąć. I iść dalej zarabiać pieniądze bez tego cholernego dysonansu poznawczego, że niby to… a jednak… całkiem co innego.
Chyba, żeby krasnoludki poddać reedukacji. Niekoniecznie w chińskich obozach pracy. We własnej głowie.
Anna Mieszczanek
Fot. autorki Zosia Zija
______________
Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj
przez Anna Mieszczanek | poniedziałek 21 kwietnia 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Tego, że zaplątała się nasza nieufna europejska demokracja. Do tego stopnia, że tylko o jednym procencie naszych własnych podatków wolno nam decydować samodzielnie.
O pozostałych 99 procentach decydują tradycyjnie nasi przedstawiciele, wybierani w sposób, który obywateli nie satysfakcjonuje, ale który satysfakcjonuje przedstawicieli obywateli. Właśnie przeczytałam, że sztandarowy pomysł naszych przedstawicieli z Platformy – okręgi jednomandatowe – odkłada się do lamusa z powodu nacisków naszych przedstawicieli z PSL-u. Po raz kolejny znika szansa na to, żeby obywatele zyskali nieco więcej wpływu na przestrzeń publiczną, a tym samym na sposób, w jaki nasi przedstawiciele dysponują naszymi podatkami. Który obywateli raczej nie satysfakcjonuje, rzecz jasna.
A jednak Duch Dziejów robi postępy.
W zamierzchłych czasach peerelu walczyło się z władzą o socjalizm z ludzką twarzą. Miarą postępu dziejowego jest fakt, że obecnie obywatele mogą już walczyć z władzą o ludzką twarz parku miejskiego.
To się dzieje naprawdę. Już mi się nie chce w kółko pisać tego samego: że władzę sobie sami wybieramy, że ją sami opłacamy. A potem, jak zwykle:
„Mieszkańcy protestują od ponad roku. Wytykają władzom dzielnicy, że dotychczasowe spotkania miały charakter informacyjny, a nie konsultacyjny. – Zwołali nas, pokazali plany i kazali się cieszyć z rewitalizacji parku – krytykuje Maria Środoń”. Z warszawskiej Ochoty, tym razem.
„– Brak konsultacji społecznych to był błąd – przyznaje Maurycy Seweryn, wiceburmistrz dzielnicy. – Ale park potrzebuje rewitalizacji, a pieniądze daje na to miejskie Biuro Ochrony Środowiska – przypomina /…/ Wskazówki biura określają, jak mają wyglądać warszawskie parki /…/ Ci, którzy odpoczywają w parku, nie dają za wygraną. W sobotę przyszło tam kilkadziesiąt osób z wózkami i bez. Po dyskusji postanowili założyć stowarzyszenie, które będzie walczyło o »park z ludzką twarzą«”. (http://miasta.gazeta.pl:80/warszawa/1,34862,5097981.html)
Obywatele! Potrzebujemy jakiejś Siostry Miłosierdzia! Może być nawet bez twarzy.
przez Anna Mieszczanek | piątek 28 marca 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
W demokracji wielu rządzących troszczy się o swoje dobro. Politeia, to ustrój, w którym wielu rządzących troszczy się o prawdziwe dobro ogółu. Kiedy stary Arystoteles ze Stagiru (384-322), greckiej kolonii u wybrzeży Tracji, pisał tak w swojej Polityce, igrzyska olimpijskie ku czci Zeusa odbywały się co cztery lata już od trzech wieków. Na czas igrzysk zaprzestawano wojen, a w trwających konfliktach ogłaszano „święty rozejm” na 2 miesiące.
Kiedy baron Pierre de Coubertin – francuski historyk i pedagog, umierał w 1937 r. w Genewie, mógł być dumny, że zainicjował wznowienie międzynarodowej, sportowej rywalizacji. I pewnie szczęśliwy myślał o zaprojektowanej przez siebie olimpijskiej fladze, na której pięć kolorowych, splecionych ze sobą kół, symbolizujących poszczególne kontynenty, miało pokazywać zarazem różnorodność, jak i jedność ludzi zamieszkujących Ziemię.
Z inicjatywy barona, w roku 1896 przywrócono igrzyska olimpijskie. Coubertin uważał sport nie tylko za sposób okazywania czci bogom czy środek hartowania ciała, ale przede wszystkim za uniwersalną metodę wychowania współczesnego człowieka w duchu pokoju. Ale nie udało mu się zawrzeć w dokumentach komitetu olimpijskiego wymogu wstrzymywania wojen na czas igrzysk. Dlatego od 1896 r. Igrzyska nie odbyły się trzy razy: w roku 1916 z powodu I wojny światowej, w 1940 i 1944 z powodu kolejnej wojny światowej.
Kilka lat temu MKOL powierzył Chinom organizowanie Igrzysk. I dziś my, zwyczajni ludzie, próbujemy zjeść elegancko tę żabę, która jednak jadalna nie jest. Nasi przywódcy przekonują nas, że tak prosta decyzja jak bojkot olimpiady – np. przez kraje Unii Europejskiej – jest niemożliwa. Władze Chin ostrzegły bowiem, że w grę wchodzą losy wielomiliardowych kontraktów Unii z Pekinem – jak podaje „Dziennik”, informując jednocześnie, że przynajmniej premier Tusk nie pojedzie na uroczystość otwarcia.
Wielomiliardowe kontrakty, duże pieniądze do zarobienia, dużo nowych rzeczy, które dzięki olimpiadzie w cieniu ginącej Lhassy my, konsumenci, będziemy mogli zakupić, gdy tylko reklamodawcy je nam zareklamują.
Żyję w demokracji – chcę w politei. Chcę mieć wpływ na dobro ogółu. I nie za bardzo mogę.
Owszem. Podpisałam mądry apel do premiera, sformułowany przez Krystynę Straczewską o powołanie, zgodnie z intencją Jego Świątobliwości Dalajlamy, międzynarodowej misji obserwacyjnej w sprawie łamania praw człowieka w Tybecie oraz międzynarodowej komisji, mediującej pomiędzy rządem Chin a przedstawicielami społeczności tybetańskiej.
Jak podpisywałam – było 600 podpisów. Kilka dni później – 40 tysięcy! Te podpisy zbierają do końca marca na stronie www.tybet2008.pl
Czy mogę coś jeszcze? Zanim zaleje mnie fala niepotrzebnych mi rzeczy z tych wielomiliardowych kontraktów Unii z Pekinem? W zasadzie nie.
Chociaż? Hej, hej panie i panowie reklamodawcy, którzy – obsługując efekty wielomiliardowych kontraktów – w zasadzie rządzicie naszym światem. Jest jednak coś, co mogę i co zrobię.
Mogę wam publicznie obiecać, że nie obejrzę ani kawalątka żadnej transmisji z chińskiej olimpiady.
Ani otwarcia.
Ani zamknięcia.
Ani żadnej konkurencji.
Nie będę się zatem – nawet niechcący – wpatrywać w loga firm sponsorujących olimpiadę. Ani nawet przypadkiem na żadne logo nie spojrzę, zanim ręka z pilotem chciałaby mnie przenieść do innego kanału, kiedy będziecie się reklamować przed albo po transmisji. I będę się bardzo pilnować, żeby wyłączać wszelkie migawki z olimpiady w programach informacyjnych.
Nie. To nie będzie dziecinne zamykanie oczu i udawanie, że skoro nie patrzę – tego nie ma. Wiem, że to jest.
Ale chcę, żebyście wiedzieli, że świadomie zamykam oczy i odmawiam przyglądania się imprezie, która musi się odbyć tylko dlatego, że Wy musicie zarobić swoje wielkie pieniądze.
Ani stary Grek ze Stagiru ani francuski baron nie zaakceptowaliby Waszej postawy. Wiem to. Więc jeśli ktoś jeszcze chce odmówić udziału w reklamowym święcie, niech podpisze się pod prostym zdaniem:
Nie chcę uczestniczyć w takiej olimpiadzie i nie będę oglądać transmisji.
I już.
Anna Mieszczanek
Fot. autorki Zosia Zija
______________
Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj