Deliberata

Zrewitalizowała go sprawna ekipa, którą wynajęła –wybrana przez Ciebie! – administracja samorządowa.

No dobra, powiem jak jest naprawdę: jeszcze nie zrewitalizowała, tylko ma właśnie w planach. W ostatniej chwili się dowiedziałeś, bo komuś tam przysłali przez pomyłkę informację o tym, co ma się dziać. Lokalna gazeta o tym napisała i alarmuje*. Park Skaryszewski. Warszawa – Saska Kępa.

Gdy wybierałeś swój samorząd – jeśli w ogóle wybierałeś – to sądziłeś, że będą podejmować decyzje dla wspólnego dobra. A oni ci mówią, że koniecznie trzeba wyciąć 250 starych drzew w parku, bo po rewitalizacji na alejkach musi się zmieścić ciężki sprzęt do sprzątania, więc korzenie starych drzew przeszkadzałyby w ułożeniu odpowiedniej nawierzchni.

Do tej pory mogłeś sądzić, że park jest po co innego niż po to, żeby alejkami jeździł ciężki sprzęt sprzątający.

Błąd.

Park jest po to, po co może być potrzebny urzędnikowi. A urzędnik, wiadomo, swój rozum ma. Na pewno jest szkolony za europejskie pieniądze w sprawnej realizacji zadań związanych z obsługą mieszkańców, więc wie.

No ale Ty, Czytelniku, też jesteś trochę szkolony, parę organizacji pozarządowych już zaliczyłeś, więc robisz z tego użytek. Skrzykujesz ludzi. Sprawdzacie, czy wymagane były konsultacje społeczne. Jeśli były, ale właśnie minął termin – piszecie wniosek o przywrócenie terminu. Drugi wniosek – o uwzględnienie opinii mieszkańców, którzy korzystają z parku. Piszecie też parę komunikatów prasowych i rozsyłacie e-mailami po lokalnych redakcjach. Gdy redakcja przyśle kogoś, to tłumaczycie jak normalnym ludziom, że do parku chodzi się, żeby odpocząć w cieniu starych drzew, a nie po to, żeby słuchać jazgotu maszyny sprzątającej.

Potem idziecie do burmistrza albo innego ważnego rządzącego dzielnicą i mówicie do niego to samo, co do kamery. On swoje – że musi wjechać sprzęt i że posadzą przecież nowe drzewa, które już za 40 lat będą tak samo piękne, jak te ścięte.

Sprawdzacie, kogo i co jeszcze można zaskarżyć, może nawet robicie zrzutkę i wynajmujecie prawnika, żeby popisał wnioski gdzie tam trzeba.

Tak mija wiosna, lato i jesień, nadchodzi zima. Drzewa jeszcze stoją, Ty nie możesz już patrzeć na segregatory pełne Twoich pism do urzędu i urzędowych odpowiedzi na te pisma. Półki odmawiają współpracy. Nawet Twoja własna drukarka nie chce już drukować kolejnego wniosku o wzięcie pod uwagę opinii społecznej…

Więc w końcu dajesz spokój. Przychodzi wiosna – drzewa wycinają. Całą starą aleję, stanowiącą oś parku. Wkrótce potem znani publicyści ubolewają na łamach, że społeczeństwo obywatelskie nam się nie zbudowało, że ludzie nie chcą się angażować.

Ale w końcu: ile można? – pytasz sam siebie. Ile czasu i własnej energii można tracić, żeby coś, co dla normalnego człowieka jest oczywiste – ochronić przed inwazją szkolonych biurokratów w służbie samorządowej. Kto ma na to siłę?

***

Teraz będzie cytat. Ze strony Laboratorium Monitoringu Budżetu**. O konferencji z listopada 2008.

Marek Ziółkowski, wicemarszałek Senatu RP podkreślił, że „demokracja posiada słabości, których nie można usunąć w całości”. Są to m.in. biurokracja, struktury oligarchiczne, zakulisowe podejmowanie decyzji. Demokracja często ograniczona jest do sfery instytucjonalno-politycznej. – „Innowacje demokratyczne mogą zwiększyć świadome uczestnictwo obywateli we władzy” – podkreślił Ziółkowski. Dużo prościej zastosować nowe rozwiązania w samorządach, niż na szczeblu centralnym. Wśród innowacji demokratycznych naukowcy obecni na konferencji wymienili m.in. przedsięwzięcia demokracji deliberatywnej, technologiczne panele, partycypacyjne zarządzanie budżetem, losowo-amerykańską selekcję. Narzędzia te wprowadzane od kilkunastu lat m.in. w Danii i Stanach Zjednoczonych pozwalają na większe zaangażowanie obywateli i rozwiązywanie lokalnych konfliktów. – Większość z tych rozwiązań jest do wprowadzenia na poziomie samorządowym, np. myślenie o tym, żeby ludzie partycypowali w wydawaniu budżetów lokalnych…

Socjolog, Radosław Markowski, mówił o europejskich innowacjach w demokracji, m.in. o – skandynawskich głównie – próbach wprowadzania modelu demokracji deliberatywnej, gdzie próbuje się na serio poznać rozkład opinii obywateli na konkretny temat, a potem wypracować wspólne – mimo różnic w poglądach – stanowisko, które stanie się rekomendacją dla władz samorządowych.

Jego zdaniem, bardzo dobrym pomysłem jest też zastosowanie w Polsce testów dla kandydatów do pełnienia funkcji w samorządzie stosowanych w procesie selekcji przedstawicielstwa, tzw. cywilokracji. Chodzi o testy mierzące z jednej strony umiejętności merytoryczne i poprawnego rozumowania kandydatów na przedstawicieli, a z drugiej test określający etyczne standardy kandydata.

Mierzyć naszym samorządowcom umiejętności merytoryczne i poprawnego rozumowania? Yes, yes, yes!

Czytajcie ludzie Markowskiego***. Tekst jest długi, ale inspirujący. Deliberatywnie.

* http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,95190,6592470,Chca_wyrabac_250_drzew_z_Parku_Skaryszewskiego.html

** http://www.lmb.lgo.pl/node/43

*** http://www.samorzad.pap.pl/palio/html.run?_Instance=cms_samorzad.pap.pl&_PageID=6&_media_id=21553&_filename=RM_innowacje_doc&_mimetype=application/msword&_CheckSum=-1031189798

Solidarność w Instytucji Totalnej

Stojąc tuż nad moim łóżkiem, krzyczała w przestrzeń ile sił w płucach: „Mieszczanek!!! Do zabiegowego!!!”. O siódmej kończyła swój szpitalny dyżur i do tego czasu musiała pobrać komu tam trzeba krew do badania i napisać ładny raport z nocnego dyżuru. Laboratorium zaś musiało wyrobić się z wynikami badań przed obchodem o ósmej. Obchód musiał być o ósmej, żeby lekarze mogli odpowiednio szybko podiagnozować i poleczyć pacjentów przy pomocy swojej kosmicznej technologii Szpitala Najlepszego w Rankingach i żeby zdążyli wyjść przed 14, bo inaczej spóźniliby się do swoich drugich prac w prywatnych przychodniach i klinikach. Stąd ta piąta trzydzieści pięć.

Większość z tych miłych zapewne na co dzień kobiet, krzyczących skoro świt – ale i w ciągu dnia, przez korytarz – „Mieszczanek!!!” – miała na szczęście talent do wkłuwania się w pochowane głęboko żyły, wybaczone im więc bywało szybko owo uprzedmiotawiające pokrzykiwanie. Choć to wybaczanie nie wykluczało z kolei niezbyt głębokiej – z powodu chwilowego otumanienia na szpitalnym łóżku – ale jednak refleksji o tajemniczym sposobie, w jaki instytucje, mające z definicji pomagać i służyć człowiekowi, gdzie tylko mogą, traktują go jak powietrze lub zbędny element zakłócający pracę systemu.

W naszym, zachodnim społeczeństwie, możemy wyodrębnić pewną klasę instytucji, które stwarzają większe ograniczenia niż inne – pisał pół wieku temu w klasycznej pracy o szpitalach, przytułkach, domach opieki, więzieniach i zakonach amerykański socjolog Erving Goffman. Ich ograniczający charakter symbolizują często fizyczne bariery, uniemożliwiające kontakt ze światem zewnętrznym: zamknięte drzwi, wysokie mury, zasieki z drutu kolczastego. … Nazywam je instytucjami totalnymi…

Między „totalną instytucją” a „systemem totalitarnym” rozciąga się zwykle całkiem spora przestrzeń. W systemach totalitarnych życie ludzi podporządkowane jest całkowicie wszechobecnej kontroli ze strony władzy, która wyznacza standardy i normy zachowania, określa status socjalny obywateli, ustala kierunki, obszary i granice aktywności publicznej oraz kształtuje wzorce życia osobistego. W „totalnej instytucji” bywa podobnie. Ale choć całe życie ich mieszkańców toczy się w jednym i tym samym miejscu i podlega tej samej władzy…; choć we wszystkich fazach codziennej działalności ich członkowie pozostają w bezpośrednim towarzystwie dużej liczby innych członków…; choć cały ich dzień jest ściśle zaplanowany…; choć plan ten narzucony jest z góry przez system formalnych rozporządzeń, a jego przestrzegania pilnuje zespół nadzorców…; choć poszczególne czynności są przymusowe i stanowią część jednego planu ogólnego, którego celem jest realizacja oficjalnych zadań danej instytucji… – jednak istnieją poza nią spore enklawy wolności. Z instytucji totalnej można się po pewnym czasie wydostać. Ale warto obserwować reguły w niej działające.

***

Nowicjusz przychodzi do instytucji totalnej z ukształtowaną już osobowością i powiązaniami ze środowiskiem, które pozwalały mu istnieć. Więzi te zostają przecięte już w początkowych fazach pobytu w instytucji, kiedy to jego osobowość zostaje poddana systematycznemu, choć często niezamierzonemu procesowi degradacji. Procesy deprywacji osobowości, w których jest ona systematycznie znieważana, są w naszych instytucjach totalnych powszechne. … Następuje dzięki nim usunięcie elementów warunkujących identyczność podwładnego, pozbawia się go bowiem przedmiotów, z którymi mógłby się utożsamić. Typowym przykładem jest tu przechowywanie jego rzeczy osobistych w magazynie, do którego nie ma dostępu. … Namiastką tego, co zostało mu odebrane są przedmioty, które otrzymuje od instytucji. … Efektem tego jest standaryzacja i depersonalizacja. Ograniczona zostaje również niezbędna dla osobowości jednostki separacja od współtowarzyszy. … Zbiorowa realizacja codziennych zajęć według narzuconego z góry planu pozbawia ich możliwości swobodnej decyzji.

Ja, mniej więcej równocześnie z założeniem szlafroka, przydzieleniem mi osobistego termometru i podaniem pierwszej kroplówki, przestałam być panią Anną Mieszczanek, panią Anną, panią Anią czy nawet zwykłą Anną. Zostałam nazwiskiem, przekręcanym kreatywnie na najdziwniejsze sposoby, co w sumie rozumiem, bo nazwisko mam takie, że żaden Amerykanin go nie wymówi. Choć mogło być gorzej. Mogłam jeszcze zostać numerem pesel, który i tak podawałam przy kolejnych badaniach, za co byłam chwalona jako dobry pacjent – że pamiętam.

Ludzie są tu materiałem, z którego coś się wytwarza, a więc nabierają poniekąd charakteru przedmiotów nieożywionych. Podobnie jak wyprodukowanie w fabryce jakiegoś artykułu musi pozostawić ślad na papierze, wskazujący kto i co z nim zrobił, co jeszcze należy zrobić i kto ponosił za niego ostatnio odpowiedzialność, tak i przedmiotom-ludziom, przechodzącym przez poszczególne ogniwa w systemie szpitala … musi towarzyszyć łańcuch dokumentów informacyjno-diagnostycznych, w których szczegółowo opisuje się co pacjentowi już zaaplikowano i kto był za niego ostatnio odpowiedzialny.

Sześcioosobowa sala. Najpierw pięcioosobowa. Ale któregoś dnia wparowały – z hukiem jak to zwykle, bez „dzień dobry” i bez chwili choćby spojrzenia na nas – dwie salowe z łóżkiem. Bez słowa ścieśniły nasze łóżka, przesuwając dziarsko co tam trzeba razem z lokatorkami i dostawiły szóste. Szafki szóstej nie było, więc nasza nowa towarzyszka dostała dla siebie tylko krzesełko, na którym miała zmieścić swoje osobiste zasoby.

Salowe to dobre kobiety. Poproszone – zwykle pomagały. Kubek pożyczyły. Wodę dały zagotować. Zawartość popielniczki z nielegalnej, choć koedukacyjnej palarni w męskiej toalecie wyrzuciły, a i papierosa potrafiły pożyczyć, jak się komuś skończyły i nie mógł kupić, bo przecież w szpitalnym kiosku nie ma. Tak samo jak siostry w białych fartuchach. Jak już się wkłuwały, to z determinacją. Jak leciały wieszać kroplówki, to nieważne – śniadanie czy obiad. – „Siostra poczeka?” – popiskiwał pacjent niesubordynowany. – „No, jeśli dla pani ważniejszy od leczenia w szpitalu jest obiad, to poczekam” – wygłaszała zwłaszcza jedna z nich i zamierała w niemym oczekiwaniu na reakcję.

Jedną z najważniejszych cech instytucji totalnych jest podział na personel i podwładnych. … Każda z tych grup ocenia członków drugiej grupy na podstawie ciasnych i wrogich stereotypów. Personel uważa, że podwładni są zatwardziali, zdradzieccy i spiskują, ci natomiast przypisują personelowi pogardliwość, wywyższanie się, despotyzm i nikczemność. … Personel czuje się wyższy i prawy, natomiast podwładni, przynajmniej w niektórych przypadkach, uważają się za niższych, nędznych i winnych. … Dystans społeczny jest tu szczególnie duży, a często wręcz oficjalnie nakazany. Nawet rozmowy między przedstawicielami jednej i drugiej grupy prowadzone są z określoną intonacją głosu.

Święte słowa. Gdyby siostra poszarpująca nas co czas jakiś i pokrzykująca szczególnie donośnie (to co, że ze szczególnym talentem do wyłapywania schowanych żył) wiedziała, że mówimy o niej Siostra-Kapo – lepiej nie wyobrażać sobie, co by mówiła na nasz temat w lokalu z dumną wywieszką „Pokój socjalny pielęgniarek”.

***

Święta były. Siostra gospodarcza zamknęła na kluczyk oddziałowy magazyn, poszła świętować i cały oddział nie miał w toaletach papieru. Ech, te nieustające reminiscencje peerelowskie…

Drugiego dnia Świąt o czwartej po południu podano kolację, bo dziewczynka, która ją rozwoziła, miała dwie godziny drogi do domu, a przecież też chce poświętować, chyba rozumiemy… Po kolacji szybki obchód lekarza dyżurnego. Zamykając drzwi, mówi miło: „Dobranoc paniom”. Krzyczę za nim: „Panie doktorze, proszę się nie wygłupiać, jeszcze nie ma piątej po południu”. – „ Ano tak” – mówi zafrasowany – „ano tak”. I zamyka za sobą drzwi.

Do procesu degradacji … nowicjusz musi się w pewien sposób przystosować. … Może przyjąć taktykę „wycofania się z sytuacji”. Przestaje się wówczas interesować czymkolwiek poza tym, co go bezpośrednio otacza i nie zwraca uwagi na obecność innych. … Można przyjąć taktykę „buntu”. Podwładni świadomie prowokują wówczas władze instytucji i odmawiają wszelkiej współpracy z personelem. … Jednym z typowych sposobów przystosowania jest „zadomowienie”. Wycinek świata, jaki stwarza instytucja, zostaje wówczas utożsamiony przez podwładnego z całością. Stara się on zbudować sobie – w ramach możliwości stwarzanych przez instytucję – stabilną, dającą względne zadowolenie egzystencję. … Kolejnym sposobem adaptacji do warunków życia w instytucji totalnej jest „konwersja”. Podwładny-konwertyta stara się grać rolę podwładnego doskonałego, … przyjmuje postawę zdyscyplinowaną i moralistyczną. … Większość podwładnych w większości instytucji totalnych stosuje „taktykę zimnej kalkulacji”. Polega ona na oportunistycznej kombinacji różnych elementów adaptacji wtórnej: konwersji, zadomowienia, i lojalności wobec współtowarzyszy, zależnie od okoliczności. Daje ona najwięcej szans na ewentualne wyjście z instytucji bez szkód fizycznych i psychicznych.

A jednak trafił mi się lekarz prowadzący, który przyniósł mi książeczkę z obrazkami i pokazywał cierpliwie te tajemnicze przewody w środku człowieka, które u mnie się pochorowały. Jak nie do końca rozumiałam, brał kartkę i rysował jeszcze jedną wersję.

Na własne uszy słyszałam też, jak lekarz z sąsiedniej sali mówi do swoich pacjentek: „Chodźcie dziewczyny, zaprowadzę was na to USG, żebyście się nie pogubiły”.

Jedna Siostra kończąca dyżur zajrzała do naszej sali któregoś wieczoru i powiedziała: – „Dobranoc, do jutra!”. Jak człowiek.

No i zrobili mi mnóstwo poważnych badań na super sprzęcie, postawili diagnozę, choć było naprawdę trudno, zaordynowali leczenie.

A także – co ważne – już po dziesięciu dniach moje nazwisko było wykrzykiwane w poprawnej formie, co mogło tylko dobrze rokować na przyszłość. Choć do końca nie sprawdziłam. Po 14 dniach znalazłam się w domu. Opuściłam moją Najlepszą w Rankingach Instytucję Totalną.

***

Może zaplanuję warsztat komunikowania się z pacjentami i zaproponuję dyrektorowi, żeby przeszkolił personel? Gdyby zechciał, uczylibyśmy się tam mówić pacjentom „dzień dobry”, budzić po ludzku o siódmej rano i zapamiętywać imiona.

Póki nie zrobię tego warsztatu, nie będę mogła pójść solidaryzować się z Siostrami do najbliższego Białego Miasteczka.

To lepiej zrobię, bo zawsze mnie ciągnie.

Koniec świata, jaki znamy?

Gnać do sukcesu, bo przecież on jest najważniejszym wyznacznikiem prestiżu nowoczesnego społeczeństwa, a że należy go osiągać, wie każdy nowo urodzony. Książkę Malcolma Gladwella, „Poza schematem”, właśnie wydano też w Polsce. Autor stara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego niektórzy ludzie odnoszą sukces, analizuje ich życiorysy, tropi okoliczności, które im sprzyjały i ich ograniczały. Cały jego wywód sprowadza się w sumie do tezy, że „bez pracy nie ma kołaczy”. I nie byłoby w tym nic interesującego, gdyby nie wyrazistość, z jaką autor prezentuje jedną ze stron cywilizacyjnego starcia, którego świadkami jesteśmy już oficjalnie od chwili, gdy mainstreamowe media uroczyście odtrąbiły początek kryzysu.

W „Gazecie Wyborczej” z Gladwellem rozmawia Vadim Makarenko (27 marca 2009):

V. M.: A czy kryzys nie przynosi nowych definicji tego, co jest, a co nie jest sukcesem? Jeszcze rok temu praca w banku inwestycyjnym Lehman Brothers była czymś pożądanym, a dziś – gdy bank zbankrutował – to poważna rysa w życiorysie.

– Kryzys może przynieść pewne roszady. Zawód bankiera inwestycyjnego już nie jest tak atrakcyjny jak kiedyś. Być może tradycyjne zawody wrócą do łask? Może teraz bycie lekarzem, nauczycielem czy inżynierem będzie więcej znaczyć? Możemy też rewidować swoje wydatki i wyobrażenia o ilości pieniędzy, którą potrzebujemy na życie. Możemy zastanawiać się, jak bardzo sukces w ogóle wiąże się z pieniędzmi.

Ale w każdej epoce były okresy, w których żyliśmy ponad stan tak długo, aż w końcu wszystko straciliśmy. Ale potem zbieraliśmy się do kupy i wracaliśmy do poprzednich zwyczajów. Nie wierzę w trwałe przewartościowanie.

A więc bieg po sukces wyrażony milionową premią wciąż pozostaje ideałem sporej grupy myślących zza Wielkiej Wody, którzy z wielką siłą narzucają swoje standardy chętnej reszcie świata. Bo książka Gladwella od tygodni jest na pierwszym miejscu listy bestsellerów „New York Timesa”.

Na tej liście bestsellerów chyba nigdy nie znalazł się za to „Koniec świata, jaki znamy” amerykańskiego socjologa Immanuela Wallerstaina, którego przywoływałam w „Obywatelu” w 2006 roku. Wallerstein uważa – a ja podzielam tę opinię – że mamy obecnie do czynienia z początkiem końca kapitalizmu, który przekształci się za kilkadziesiąt lat w nową, bardziej sprawiedliwą, formację społeczną. Polityka świata zachodniego przez ostatnie 500 lat opierała się na podbijaniu nowych terenów, w celu pozyskania tanich pracowników i surowców oraz znalezienia nowych rynków zbytów. Obecnie skończyły się możliwości ekspansji, a biedne kraje Południa (peryferia) domagają się równego dostępu do korzyści z wymiany handlowej i sprawiedliwego podziału zasobów. Spotyka się to ze sprzeciwem bogatych krajów Północy, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, próbujących zachować pozycję hegemona, co spowoduje nasilenie konfliktów. Koniec kapitalizmu nastąpi nie w wyniku rewolucji, ale w wyniku obiektywnych zmian: zmniejszenia się rezerwuaru taniej siły roboczej, zamieszkującej typowe tereny rolnicze, demokratyzacji życia (robotnicy oczekują godziwego wynagrodzenia i zabezpieczenia na starość, dostępu do odpowiedniej opieki zdrowotnej i edukacji dla dzieci), kryzysu państwa i wzrostu tendencji antypaństwowych, (co ma zagrozić np. monopolom) oraz zanieczyszczenia środowiska (dalszy dynamiczny rozwój gospodarczy może zagrozić równowadze ekologicznej świata).

Co myśli o tym najnowszy guru nowojorskich inteligentów, Malcolm Gladwell?

V. M.: Jakiej wiedzy i umiejętności potrzebuje dziś Ameryka, żeby dźwignąć się z kryzysu?

– Historycznie rzecz ujmując, Ameryka wygrzebywała się z kryzysów, uwalniając wyobraźnię i w dużej mierze robiła to z pomocą imigrantów. Trochę niepokoi mnie, że tym razem stosunek wielu Amerykanów do imigrantów jest wrogi. Przybysze nie są postrzegani jako potencjalna deska ratunku, ale jako źródło kłopotów.

Uważam, że zastrzyk ciężko pracujących ludzi spoza Ameryki może pomóc odbudować ten kraj. To oni przynoszą nową energię i nowe pomysły, a Ameryka zawsze była na tym budowana. Dlatego dziś chciałbym tu każdego, kto ma ochotę przeprowadzić się do Ameryki właśnie teraz, gdy jej gospodarka nie przypomina rozgrzanego do białości silnika.

Czy ktoś z Czytelników się wybiera, żeby ratować innowacyjny i kreatywny kapitalizm? Czy ktoś wierzy, że ci, którzy spowodowali kryzys, mogą znaleźć narzędzia, by z niego wyjść?

W połowie lat 90. Heidi i Alvin Tofflerowie, w książce „Budowa nowej cywilizacji. Polityka trzeciej fali”, zwracali uwagę na prosty fakt:

…każda polityczna struktura – nawet jeśli wyposażona jest w rozbudowaną sieć komputerową – może zawsze przetworzyć i zużytkować tylko określoną ilość informacji, może uporać się tylko z określoną liczbą decyzji o określonym charakterze, obecne zaś instytucje rządowe bezradnie uginają się pod brzemieniem wyraźnie dla nich zbyt wielkim.

Więc choćby z tego powodu wyjście z kryzysu musi dokonać się inaczej niż z błogosławieństwem obecnie rządzących.

Wallerstein mówił w 2006 r. w wywiadzie dla „Polityki”:

Wyczerpaliśmy te mechanizmy rozwoju, które przez 500 lat pchały nas do przodu. /…/ Dopóki źródła wzrostu się nie wyczerpały, jakoś się udawało. System gospodarczy hierarchizował i różnicował ludzi, a system polityczny demokratyzował i egalitaryzował procesy społeczne Teraz to stało się trudne i na coś trzeba się będzie zdecydować… Ludzie już to widzą albo przeczuwają i jedni próbują skręcić w jedną, a drudzy w druga stronę. Stąd to napięcie, które widzimy dokoła. /…/ Są poszukiwania, których ogólny kierunek wyznacza hierarchiczny, elitarny duch Davos albo demokratyczny, egalitarny duch Porto Allegre, ale nikt nie może przewidzieć, jak ten nowy system będzie wyglądał. /…/ Dopóki system funkcjonuje normalnie, ludzka wola może go moderować, ale te możliwości są bardzo ograniczone przez możliwości systemu. Gdy zaczyna się transformacyjny chaos, wola nabiera znaczenia. Od tego, co zrobimy teraz, zależy dużo więcej niż od tego, co ludzie robili 100 czy 200 lat temu.

Tofflerowie:

Fabryka stała się jednym z podstawowych symboli społeczeństwa industrialnego, a nawet więcej: stała się modelem instytucji powstałych w warunkach drugiej fali. Widzieliśmy już jednak, że czas fabryk się kończy, albowiem stanowią one ucieleśnienie takich zasad jak standaryzacja, centralizacja, maksymalizacja, koncentracja i biurokracja.

Wytwórczość trzeciej fali opiera się na innych zasadach, a rozwija się w miejscach mało podobnych do fabryk. Coraz więcej produktów trzeciej fali rodzi się w domach, urzędach, samochodach czy samolotach.

Najłatwiejszym sposobem na ustalenie, czy jakaś inicjatywa – obojętne, w Kongresie czy w korporacji – należy do świata drugiej fali, jest zadanie sobie pytania, czy nie odwołuje się ona do modelu fabryki. Przykładowo więc, amerykańskie szkoły ciągle poczynają sobie jak fabryki, w których surowiec (uczniowie) poddawany jest standardowej obróbce przy rutynowej kontroli. Ilekroć przeto spotykamy się z jakąś inicjatywą edukacyjną, wystarczy zapytać: Czy jej celem jest usprawnienie działania fabryki, czy też zamierza ona uwolnić się od systemu fabrycznego, aby zastąpić go kształceniem bardziej zindywidualizowanym, bardziej dostosowanym do osobowości uczniów? Podobne pytania stawiać trzeba tam, gdzie chodzi o ochronę zdrowia, zasiłki społeczne czy reorganizację biurokracji federalnej. Ameryce potrzebne są nowe instytucje, których podstawą są modele post-biurokratyczne, post-fabryczne. Propozycji, których intencją jest usprawnienie bądź rozbudowanie poczynań fabrycznych, może być bardzo dużo, niemniej zawsze będą mieć ze sobą coś wspólnego: nie będą należały do cywilizacji trzeciej fali.*

Wallerstein, w bieżącym komentarzu z lutego 2009:

Co się tyczy naszych bezpośrednich, krótkoterminowych i tymczasowych perspektyw, to, co się dzieje, nie wymaga chyba komentarza. Zmierzamy w stronę świata protekcjonistycznego (zapomnijcie o tak zwanej globalizacji). Mamy do czynienia ze zdecydowanie większą niż wcześniej bezpośrednią rolą rządu w sferze produkcji. Nawet Stany Zjednoczone i Wielka Brytania częściowo nacjonalizują banki i upadające wielkie gałęzie przemysłu. Wkraczamy w obszar populistycznej redystrybucji sterowanej przez rząd, która może przyjąć zarówno formy lewicowe, socjaldemokratyczne, jak i skrajnie prawicowe, autorytarne. Na horyzoncie czekają ostre wewnątrzpaństwowe konflikty społeczne, bo wszyscy walczą ze sobą o kurczące się zasoby. Najbliższa perspektywa bynajmniej nie rysuje się różowo.

Możemy z pewnością stwierdzić, że obecny system nie przetrwa. Czego nie jesteśmy w stanie przewidzieć, to tego, który spośród nowych porządków zostanie wybrany w jego miejsce, ponieważ wybór ten stanowić będzie efekt nieskończonej ilości indywidualnych napięć. Wcześniej czy później jednak nowy system zostanie powołany do życia. Nie będzie to system kapitalistyczny, ale może okazać się zarówno nieporównywalnie odeń gorszy (jeszcze bardziej polaryzujący i hierarchiczny), jak i zdecydowanie lepszy (względnie demokratyczny i względnie egalitarny). Wybór tego systemu stanowi największe polityczne wyzwanie naszych czasów.**

Jest pewnie tak, że kryzys już transformuje naszą rzeczywistość – inaczej niż byśmy się tego spodziewali. Trochę niezależnie od naszej woli.

Immanuela Wallerstaina inspirowały prace rosyjskiego wicehrabiego Ilyi Prigogine’a, chemika, który w 1977 r. otrzymał Nagrodę Nobla za pracę na temat termodynamiki układów działających dynamicznie w warunkach nierównowagi. Jego badania doprowadziły do podważenia modelu nauki klasycznej, koncentrującej się na analizowaniu procesów deterministycznych i do odejścia od deterministycznego modelu rzeczywistości na rzecz modelu świata, w którym regułą jest przypadkowość i nieodwracalność. Prigiogine sformułował jedną z podstawowych teorii procesów nierównowagi, a jego prace dały podstawy do nauki o chaosie.

Prigogin udowodnił, że układy dalekie od równowagi, z dużym przepływem energii, mogą produkować wyższy stopień porządku.

Mamy dziś układ daleki od równowagi. Mamy duże przepływy energii. Możemy się spodziewać powstania wyższego stopnia porządku.

Ja pozostaję z nadzieją, że w tym „wyższym porządku” skala będzie ludzka i że wolno tam będzie chodzić tylko tak szybko, żeby zauważać mijane po drodze drzewa.

* http://www.geocities.com:80/Athens/Forum/5921/books/toffler/

** http://www.recyklingidei.pl:80//wallerstein_kryzys_perspektywa_dlugofalowa

Ludzie Niezbędni

On opiekuje się mną zdrowotnie oraz zabezpiecza mnie społecznie. Ja zaś od paru lat chowam głowę do tapczanu przed jego pismami urzędowymi. Więc to na pewno nie o mnie mówi w publicystycznym cyklu dokumentalnym „System 09” Krzysztof Kłopotowski, że jestem przegrana po transformacji, której tragizm na tym polega, że ci, którzy ją wywołali, nie stali się jej beneficjentami.

Socjolog, patrząc z dystansu na global-rzeczywistość, zauważa, że coraz większe grupy ludzi, którzy nie są beneficjentami liberalnej – czy też liberalną udającą – gospodarki, tworzą kategorię ludzi zbędnych. W 1935 roku, ojciec polskiej socjologii, Stefan Czarnowski, stosował tę kategorię do niewielkich grup, nie znajdujących miejsca na rynku. Dzisiejszy – kreatywny i innowacyjny – System wypiera coraz większe grupy z rynku, który stworzył. Rynku szybkich przepływów pieniężnych, błyskawicznego transportu wody w butelkach z jednego krańca świata na drugi, rynku jaskiń tlenowych, do których obywatele mają udawać się, żeby znaleźć ukojenie po dniach pracy w środowisku w tlen coraz uboższym.

Cóż to za innowacyjność – zauważa ironicznie amerykański socjolog, Richard Sennett – która nie może zapewnić godziwych środków utrzymania tak wielkiej liczbie ludzi…

Póki co jednak, System ustawia ludzi zbędnych poza tym rynkiem i mówi: Nic dla was nie mam. Jesteście mało kreatywni, mało innowacyjni, nie umiecie biec dość szybko. Jesteście zbędni. Zagrożeni marginalizacją. Zmarginalizowani. Dla was brukselscy urzędnicy wymyślą jakąś precyzyjną procedurę z priorytetami, która sfinansuje kompleksowy albo lokalny program przeciwdziałania waszej marginalizacji. To nic, że zrobią to za wasze, wpłacane jeszcze chwilę temu podatki. Powinniście się cieszyć, że w ogóle istniejecie jako kategoria socjologiczna. Przecież mogłoby was w ogóle nie być, skoro nie ma was na rynku.

Tak z 80 procent ziemskiej populacji słucha tej przemowy, ponieważ są już zagrożeni marginalizacją albo zmarginalizowani. A jednak są zmarginalizowani i zbędni tylko relatywnie. Tylko z punktu widzenia Systemu.

Nie jest zbędna dla swojego małego syna matka, nawet jeżeli Niezbędny Urząd Przeciwdziałania Zbędności każe jej biegać dwa razy w tygodniu na zajęcia aktywizujące ją na rynku pracy, której potem dla niej nie będzie.

Nie jest zbędna dla swojego wnuka 55-letnia babcia, która pracowała przez lata na domowym i pozadomowym etacie, a teraz ma poddać się procesowi aktywizacji zawodowej w ramach programu 50 plus.

Nie jest zbędny dla swojej rodziny ojciec, którego zakład pracy stracił miliardy na opcjach i teraz w ramach innowacyjnej optymalizacji procesów wywalił całą załogę.

Nawet ja nie jestem zbędna ze swoją głową schowaną w tapczanie przed urzędniczą, służącą Systemowi nowomową. System może tak o nas powiedzieć. Ale nie znaczy to zaraz, że to obiektywna prawda.

Zbędna dla Systemu matka daje synkowi miłość. Zbędny dla Systemu ojciec nauczy go, jak się obronić przed agresywnymi kolegami. Zbędna dla Systemu babcia może im wszystkim zrobić na zimę konfitury, żeby pojedli do herbaty, którą wypiją razem w świetle świecy, jak nie starczy im na prąd. Zbędna dla systemu ja – napiszę felieton, który ktoś przeczyta i może się zastanowi: jak to właściwie, do cholery, jest.

A jest tak, że System nie jest nam dany prawem boskim czy – ateistycznie określając – wszechświatowym. System nie tworzy się sam, tylko zawsze tworzą go ludzie – nawet jeśli o tym nie wiedzą. Tworzą go, windując na piedestał konkretną kategorię, konkretną wartość, która potem staje się wzorcem, do którego porównuje się wszelkie działania. Wzorcem naszej odsłony cywilizacji jest kategoria zysku, jako główne kryterium oceny wszelkiej ludzkiej działalności. Tak żeśmy się umówili, nawet o tym nie wiedząc.

Ci sami ludzie mogą jednak ustawić na piedestale inną wartość i stworzyć tym samym inny system.

Co by było, gdyby głównym kryterium oceny stała się, na przykład, dobra jakość życia pojedynczego człowieka dziś i jego dzieci jutro? Albo gdyby wszelkie ludzkie działania oceniać pod kątem tego, czy dobrze służą innym ludziom, czy też nie. Gdyby, posługując się takimi kryteriami, a nie przebrzmiałą kategorią zysku, oceniać każdą nową inwestycję.

Czy Chińczycy – czego nie wymyślam, lecz podaję za lutową depeszą PAP – ostrzeliwaliby wtedy chmury jodkiem srebra, żeby sprowadzić deszcz? Czy nadal istniałaby giełda, na której pijani adrenaliną maklerzy spekulują akcjami, których wartość rośnie lub szybuje w dół bez związku z rzeczywistą wartością spółek, a w zależności od tego, jakie działania piarowskie podejmie zarząd?

Może raczej rozpowszechniłaby się praktyka muzułmańskich banków, które nie uznają lichwy, czyli odsetek i jeśli pożyczają pieniądze, to za udział w zyskach z przedsięwzięcia, które finansują. Może nie musiałoby tracić pracy pięć tysięcy stoczniowców w polskiej stoczni i kolejne 50 tysięcy z zakładów z nią współpracujących, tylko dlatego, że Komisja Europejska o tym zdecydowała. Może – jak teraz tylko gdzieniegdzie na świecie – sprawdzalibyśmy w każdej gminie raczej skuteczność budżetów partycypacyjnych i demokracji deliberatywnej?

To byłaby prawdziwa innowacyjność.

Zawsze jeden człowiek musi powiedzieć „nie”. Tak jak zmarły niedawno Mark Felt, były wiceszef FBI, który w latach 70. był „Głębokim Gardłem” podczas afery Watergate, bez którego decyzji o ujawnieniu własnej wiedzy, amerykański prezydent nadal nadużywałby władzy, a legalnie działające stowarzyszenie popierające go w wyborach dalej zajmowałoby się nielegalnymi operacjami, żeby zdyskredytować przeciwników politycznych.

Zawsze jest też nadzieja, że w Systemie uaktywnią się elementy samodestrukcyjne, dzięki którym pojawi się szczelina umożliwiająca zmianę wartości na piedestale. Tak, jak co jakiś czas odbywa się zmiana postaci na cokołach pomników.

Żeby zmienić postać na cokole pomnika, potrzebne są dwie rzeczy. Po pierwsze: świadomość tego, że już można. Po drugie: świadomość wagi, jaką ma zawsze pojedyncze ludzkie działanie, nawet jeśli jest działaniem ludzi zbędnych. W końcu ktoś musi nałożyć sznur na kamień na cokole, ktoś inny musi przywiązać ten sznur do dźwigu. Jeszcze ktoś musi tym dźwigiem pokierować, rozhuśtać kamienną postać, żeby w końcu zwalić kamień z cokołu.

Ważne, żeby tego momentu nie przegapić i nie zmarnować szansy.

Ludzie, zwani przez System zbędnymi, mogą postawić na cokole coś innego niż zysk. Do tego są Niezbędni.

Dziewczynki z Pieczątkami

Do związków zawodowych. Które – zanim stały się samorządne, niezależne i pisane solidarycą – były nie-samorządne, zależne oraz zajmowały się zaopatrzeniem załóg pracowniczych w ziemniaki na zimę, papier toaletowy i mydło. Skoro związek zawodowy organizował wyprawę do fabryki, która produkowała papier (bo znajoma pani Krysia obiecała poza przydziałem zapełnić żuczka czy może nawet stara z naczepą tym dobrem reglamentowanym), należało tylko napisać podanie, przekonując szefostwo związków, że nam się ten papier bardzo przyda oraz należy.

Przypomniała mi ten podaniowy rytuał Dziewczynka z Pieczątkami w rejestracji placówki medycznej, działającej zgodnie z certyfikatami iso lub jakoś tak, oraz finansowanej zgodnie z najnowszymi procedurami enefzet.

Mam w sądzie pracy sprawę z zusem – mówię do Dziewczynki. – Potrzebna mi moja dokumentacja medyczna. (W końcu muszę jakoś udowodnić, że jestem osobą cierpiącą. Na słowo mi nikt nie uwierzy, nie otake Polske żeśmy walczyli, żeby teraz wierzyć obywatelom na słowo. Należy donieść odpowiednie papiery, najlepiej w dużej ilości.)

Ooo – powiedziała Dziewczynka z ponurą miną.

Ponieważ się tego spodziewałam, bo nie pierwszy raz noszę do zusu czy sądu pracy swoją dokumentację medyczną, powiedziałam do Dziewczynki tonem, mającym w niej wzbudzić ochotę do podjęcia działania:

Koleżanki z rejestracji kardiologicznej zrobiły mi ksero od ręki.

No tak – mówi Dziewczynka – ale u nas jest inna procedura. („U nas” – to jest piętro wyżej – dodam dla czytelników nieobytych w kwestiach przychodnianych.)

Na to też byłam przygotowana i mówię:

Dobrze, dobrze, ale prawa pacjenta pani na pewno zna, mam prawo do dokumentacji własnego chorowania.

Znam, znam. Tylko proszę napisać podanie.

Był 13 dzień miesiąca. Piątek. Pomyślałam, że wybrałam nienajlepszy czas na załatwianie spraw poważnych i urzędowych. Ale jakoś trzeba było z sytuacji wybrnąć. Więc tonem udającym nieznośną lekkość bytu wspomniałam Dziewczynce, że podania to były w peerelu – i dalej mniej więcej to, co napisałam wyżej, w pierwszym akapicie.

Dziewczynka popatrzyła na mnie jednak ze spora dozą dystansu, nawet z czymś graniczącego i dłonią wyposażoną w bordowe tipsy z gwiazdkami wskazała na ścianę przy kontuarze recepcji. Przyklejona równo taśmą samoprzylepną (o którą trudno było w peerelu), wisiała tam kartka formatu a4 z wydrukiem z komputera (o który też w peerelu było trudno). Na kartce zaś widniał tekst czcionką times 20 a może 18 punktów, treści następującej:

Informujemy, że zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia z 17 września 2004, Dziennik Ustaw 219 poz. 2230 & 53 i 54, kopie dokumentacji medycznej będą wydawane na podstawie podania pacjenta. Cena za jedna stronę odpisu 0,50zl.

Wzięłam głębszy oddech, siłą woli powstrzymałam przed wydostaniem się na zewnątrz wszystkie anarchizujące i antysystemowe zdania, które natychmiast pojawiły się na końcu mojego języka i patrząc Dziewczynce w oczy wzrokiem złym, powiedziałam krótko, wyciągając ku niej dłoń bez tipsów:

Papier!

Musiało być w moim tonie coś strasznego, ponieważ bez słowa podała mi kartkę papieru formatu a4. Na której długopisem przyczepionym do kontuaru sznureczkiem (w peerelu nie przyczepiali do kontuarów niczego, chyba że mówimy o filmie „Mis”), napisałam zdanie. Starałam się trafić w sam środek kartki (w końcu jestem redaktorem i formatowanie tekstu to mój nawyk powszedni). Napisałam, że proszę o wydanie mi dokumentacji medycznej.

Wtedy Dziewczynka zrobiła kserokopię, ja uiściłam parę groszy i nie wdając się w zawiłe kwestie kontrkonstytucyjności tego procederu oddaliłam się z nowoczesnej placówki medycznej. Po drodze próbowałam dociec, jakież to powody mogły skłonić Ministra Zdrowia Rzeczpospolitej Polskiej do tak drobiazgowego zadbania o tryb zaspokojenia mojej potrzeby posiadania dokumentacji własnej choroby. Że nie dociekłam, bo dociec się tego nie da – wspominam tylko dla porządku.

***

Nie było u nas kryzysu, nie było, aż tu nagle gazety ogłosiły że jest, no więc go mamy. Grecy używali słowa „kryzys” (gr. krisis), gdy znajdowali się w momencie rozstrzygającym, punkcie zwrotnym, okresie przełomu. A w naszym czasie kryzysu – co domaga się rozstrzygnięcia? Jaki proces osiągnął swoje apogeum i musi zostać odwrócony? Co ważnego zaniedbaliśmy tak, że aż musiał pojawić się kryzys? O czym ważnym zapomnieliśmy? Co jest najpilniejsze do rozstrzygnięcia? Kiedy to zostanie rozstrzygnięte – czy będzie już dobrze? Co możemy zrobić, żeby było dobrze? I najważniejsze: o czym będzie należało pamiętać, żeby sytuacja się nie powtórzyła?

No i co teraz? – pyta socjologa z Leeds dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Zygmunt Bauman odpowiada: Wśród socjologów powszechna była do niedawna opinia, że tym, co ludzi dręczy w tej chwili najbardziej, nie jest niedostatek, ale przeciwnie – nadmiar możliwych tożsamości, sposobów życia, towarów upiększających życie. Udręka wielka, bo nic, co osiągnięte, nie zaspokaja w pełni, zawsze może być lepsze. I nigdy nie osiągnie się takiego momentu, że można sobie powiedzieć: dotarłem, przybyłem, mogę usiąść, zapalić i nic więcej nie muszę robić. Otóż ta udręka się teraz może skończyć. Nadmiar się już kończy.

Święty byłby czas kryzysu, gdyby po nim było po prostu mniej. Wszystkiego. Także pieczątek. Dziewczynek z pieczątkami. Tipsów. Oraz rozporządzeń Ministra Zdrowia RP i wszelkich innych ministrów, a także wszelkiego głupiego, niepotrzebnego i niekonstytucyjnego prawa, które produkują w naszym kraju za nasze własne pieniądze.

Drogi Kryzysie! Zgodzę się nawet napisać do ciebie podanie. Żebyś już się przewalił i żeby potem było MNIEJ.

Wirtuozi bez świadomości

Oczywiście się wzruszyłam. Orkiestra kupiła sprzęt wart sto milionów – złotych czy dolarów, nie zapamiętałam. W każdym razie sprzęt wart bardzo dużo.

Tak jak zaraz po 1989 roku nie wypadało być krytycznym wobec „Gazety Wyborczej”, tak dziś – w pewnych środowiskach, rzecz jasna – nie wypada być krytycznym wobec Orkiestry. Więc, zapewne, spore grono osób nie będzie lubić tego, co zaraz napiszę. Bo Orkiestrę należy kochać i szanować. Co rozumiem, rzecz jasna. Bo jak gra Orkiestra, to czujemy się z nią dobrze – mamy poczucie, że przyczyniamy się wspólnie do czegoś ważnego i dobrego. Czujemy się dobroczyńcami w słusznej sprawie. I lubimy ten stan ducha, no bo dlaczego by inaczej.

Nie wiem, ile wart jest sprzęt, którym dysponują wszystkie polskie szpitale. Też pewnie miliony dolarów. Albo złotych. W każdym razie bardzo dużo.

Kto kupił ten sprzęt?

Kto, wobec tego, jest dobroczyńcą wszystkich tych osób, które dzięki temu sprzętowi zostały wyleczone, uratowane? No, kto?

Kupiono ten sprzęt z pieniędzy budżetowych.

Czyli: kupiliśmy go my wszyscy, ponieważ pieniądze budżetowe biorą się głownie z podatków, które my wszyscy, czyli każdy z nas, płacimy państwu. Państwu, na którego istnienie godzimy się, uznając, że nie ma innego sposobu, aby sprawnie załatwiać sprawy najważniejsze dla istnienia wspólnoty. Miedzy innymi zarządzać pieniędzmi z naszych podatków.

Ponieważ państwo każe nam te podatki płacić, pod rygorami różnymi nieprzyjemnymi, a potem wrzuca je do czarnego budżetowego wora, nad którym mało kto ma kontrolę – nikt z nas nie ma poczucia, że jest co miesiąc dobroczyńca. A jest. Każdy z nas co miesiąc finansuje kawalątek jakiejś szkoły, szpitala, komisariatu policji albo pensji urzędnika skarbowego, który bywa dla nas – petentów – mało miły, żeby użyć sobie takiego eufemizmu.

Ten brak połączenia – w zasadzie w mózgu, ale także w realu – pomiędzy aktem odprowadzenia podatków do urzędu skarbowego a faktem istnienia szpitali, szkół, policji i pensji dla urzędników skarbówki, powoduje, że tak bardzo potrzebujemy Orkiestry z jej wspaniałym czerwonym serduszkiem, żeby poczuć, że zarabiamy pieniądze nie tylko dla siebie, ale także dla Wspólnoty.

Co by się zmieniło, gdyby to połączenie istniało? Proste. Czulibyśmy, wstając co rano z łóżka, że jesteśmy u siebie i że możemy być przyjemnie zadowoleni z tego, co już zrobiliśmy. A również: że możemy wymagać od państwa, żeby naszymi pieniędzmi zarządzało tak, aby było nam przyjemnie z nich korzystać. Żeby szkoła była przyjazna dla dziecka, szpital dla chorego, a urzędnik dla dobroczyńcy.

Dobroczyńcy umęczeni wypełnianiem pitów! No, co właściwie? Łączmy się? Trochę głupio. No to przynajmniej: czujmy się tak, jak na to zasługujemy! Czyli dobrze. Doceniajmy to, co i tak robimy na co dzień, nawet jeśli dziś nie mamy świadomości, że to robimy. A jak ta świadomość zacznie nam towarzyszyć na co dzień – to się dopiero będzie działo!