przez administrator | środa 17 lutego 2010 | nasze rozmowy
Każdego roku 11 tys. ludzi nie stanowiących zagrożenia dla społeczeństwa jest skazywanych na karę więzienia, choć z dużo większym pożytkiem mogliby swoje winy odpracować, służąc współobywatelom. O przyczyny tego stanu rzeczy oraz recepty na jego zmianę zapytaliśmy dr Dagmarę Woźniakowską-Fajst z Zakładu Kryminologii Instytutu Nauk Prawnych PAN, zaangażowaną także w inicjatywy Stowarzyszenia Interwencji Prawnej.
* * *
Dlaczego polskie sądy tak rzadko orzekają karę ograniczenia wolności, np. w postaci prac społecznie użytecznych, a tak chętnie – karę więzienia?
Dagmara Woźniakowska-Fajst: Wykonanie kary ograniczenia wolności pociąga za sobą wydatki, jest też wyzwaniem organizacyjnym. Musi być instytucja, np. jednostka samorządowa, która weźmie na siebie koszt badań medycznych skazanego i ewentualnie wyda mu ubiór roboczy. Ponadto, taka instytucja musi wydelegować osobę, która będzie nadzorowała jego pracę. Oczywiście to dobrze brzmi: „spowodował wypadek samochodowy, to niech idzie do szpitala podawać chorym kaczki, to się nauczy”. Jednak gdy już skazany zostanie salowym, któryś z pracowników szpitala będzie musiał wziąć go pod swoje skrzydła – przeszkolić, sprawdzać, czy dobrze wykonuje swoje obowiązki. Brak instytucji chętnych do korzystania z pracy skazanych jest główną przyczyną nie orzekania kary ograniczenia wolności.
Z drugiej strony, sądy nie podejmują wysiłków, by nawiązać współpracę z organizacjami pozarządowymi, pracodawcami czy samorządami. Z pewnością aby ten system lepiej funkcjonował, trzeba by w każdym sądzie posadzić kogoś, kto będzie rozpoznawał, jakie są „w terenie” możliwości pracy skazanych.
Pracowałem w firmie, która przyjmowała skazańców. Bardzo często jakość świadczonej przez nich pracy była niska, do tego trudno było takie osoby umieścić w grafiku – przychodziły, kiedy im pasowało, po 2-5 razy w miesiącu.
D.W.-F.: Niestety, to prawda. Problem nie jest jednak nierozwiązywalny, co pokazuje przykład siedleckiego Instytutu Służby Społecznej im. H. C. Kofoeda. Dzięki wsparciu z programu EQUAL oraz urzędowi miasta, stworzono tam system opiekunów, którzy zajmują się koordynacją czasu pracy, szkoleniem i nadzorem osób odpracowujących kary, co daje znakomite efekty. Ale taki układ już na starcie wymaga dużego wysiłku organizacyjnego.
Od czego należałoby zacząć wysiłki na rzecz tego, by więcej osób odpracowywało kary, zamiast trafiać do więzień?
D.W.-F.: Zaczęłabym od samorządów. To w ich strukturach najłatwiej znaleźć pracę i to w ich interesie jest pomoc ludziom, którzy weszli w konflikt z prawem, z uwagi na obciążenia dla ich budżetów z tytułu pomocy dla osób, które z więzień wychodzą. Potrzebny jest program, który przekona burmistrzów i rady gmin, że warto oddelegować kogoś, kto będzie skazanym organizował pracę, że to się samorządom opłaci. Zbytnie oglądanie się na firmy prywatne, które same w sobie również mogą być dobrym miejscem odpracowywania kar, na dzień dzisiejszy raczej nie ma sensu, z uwagi na to, że przyjmowanie skazanych zwykle dezorganizuje im pracę.
Kto miałby przekonywać potencjalnych pracodawców, i w jaki sposób?
D.W.-F.: Na dzień dzisiejszy tego typu programy realizują właściwie tylko zapaleńcy z organizacji pozarządowych, czasem wspierani przez środowisko naukowe; oni wiedzą, że to działa. Powinien się pojawić zintegrowany program, na poziomie Ministerstwa Sprawiedliwości, działający jako zachęta. Zresztą upowszechnienie kar ograniczenia wolności byłoby ekonomicznie korzystne dla ministerstwa i dla budżetu. Wykonywanie takich kar jest dla państwa tańsze niż utrzymywanie więźniów.
Na obecną sytuację wpływa oderwanie źródła finansowania od orzecznictwa. Sąd nie płaci ani za posłanie człowieka do więzienia, ani za ograniczenie wolności. To odbija się na budżecie całego państwa. Wracając do programów centralnych, to resort sprawiedliwości powinien je realizować, gdyż jest jedyną instytucją, która jest władna je przeforsować.
Wspomniała Pani o kosztach. Jakie są inne argumenty przemawiające za tym, aby skazani za lżejsze przestępstwa odpracowywali swoje kary?
D.W.-F.: Kończąc najpierw temat nakładów finansowych: należy pamiętać, że pierwsze dwa tygodnie pobytu człowieka w więzieniu to najdroższe dwa tygodnie w ciągu całego odsiadywania kary. Skazany przebywa wówczas w sali izolacyjnej, jest poddawany badaniom lekarskim i psychologicznym, które są obligatoryjne bez względu na to, czy przychodzi na 25 lat, czy 5 dni.
Przede wszystkim jednak, kara pozbawienia wolności pociąga za sobą wysokie koszty społeczne. Każdy pobyt w więzieniu, nawet krótkotrwały, dezorganizuje życie rodzinne i zawodowe. „Pół biedy”, gdy człowiek jest bezrobotny, ale jeśli pracuje i na miesiąc trafia do więzienia – to wystarczy, by został zwolniony. A przecież potem ma w papierach, że był karany, i o nowej pracy może tylko pomarzyć. Ma to ogromne konsekwencje – ubóstwo, stygmatyzacja – a poza tym niczego nie uczy, nie spełnia funkcji resocjalizacyjnej, wręcz może zepchnąć na drogę kolejnych przestępstw. Praca zamiast odsiadki szczególnie efektywna mogłaby być w przypadku nieletnich, zwłaszcza, jeśli dziecko odeśle się do organizacji społecznej, by uczestniczyło w jakimś programie celowym.
Jakiego typu prace może wykonywać skazany?
D.W.-F.: Nie ma żadnych ograniczeń. Najczęściej są to proste prace fizyczne, co wiąże się z niskimi na ogół kompetencjami skazanych. Ale kiedy była mowa, że Otylię Jędrzejczak najrozsądniej byłoby skazać na karę ograniczenia wolności, to np. mogłaby prowadzić w szkołach pogadanki, że głupio jest niebezpiecznie prowadzić samochód. Skazywanie na karę ograniczenia wolności może i powinno być czerpaniem z tego, co ludzie potrafią. Znam ciekawy przykład z Anglii, gdzie sąd spytał pewną nastolatkę: „co ty w ogóle w życiu umiesz robić?”. Odpowiedziała, że tylko tipsy. Sąd skierował ją z tymi umiejętnościami do domu opieki. Dziewczyna i jej praca tak się staruszkom spodobała, że ostatecznie znalazła tam zatrudnienie. Podstawą powinno być właśnie pytanie „co ty w ogóle w życiu umiesz robić?” – a następnie właściwe zagospodarowanie owych umiejętności.
Rozmawiał Konrad Malec, 15 lutego 2010 r.
przez admin | środa 3 lutego 2010 | nasze rozmowy
Właśnie ogłoszono Europejski Rok Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym. Z tej okazji poprosiliśmy o komentarz prof. dr hab. Wielisławę Warzywodę-Kruszyńską z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, która te problemy bada naukowo.
* * *
Komisja Europejska ogłosiła rok 2010 rokiem walki z ubóstwem i wykluczeniem społecznym. Czy tego rodzaju szumne inicjatywy mają jakiś sens, czy to tylko pusty symbol?
Wielisława Warzywoda-Kruszyńska: Oczywiście nie należy oczekiwać, że ogłoszenie jakiegoś roku Europejskim Rokiem Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym automatycznie zlikwiduje w krajach europejskich biedę i ekskluzję społeczną. Nie taki zresztą, w moim rozumieniu, jest sens takich nominacji. Chodzi przede wszystkim o zwrócenie uwagi na zjawisko uznawane przez Parlament Europejski i Radę Europy za niepożądane, o budzenie społecznej świadomości, sprowokowanie debaty i na tej podstawie – o wywołanie działań. W pierwszym rzędzie chodzi o działania władz centralnych i lokalnych, które są odpowiedzialne za tworzenie i realizację polityki społecznej. Oczekuje się zatem, że w roku 2010 w krajach członkowskich Unii odbędą się publiczne debaty dotyczące zasięgu biedy i wykluczenia społecznego, grup zagrożonych, przyczyn tych zjawisk i stosowanych oraz proponowanych środków zmierzających do ograniczenia ich występowania.
Na poziomie europejskim rok ten został poprzedzony wieloma publikacjami firmowanymi przez Komisję Europejską, stanowiącymi podstawę do międzynarodowych porównań. Szczególna uwaga została poświęcona zagrożeniu biedą wśród dzieci. W ślad za tymi raportami w niektórych krajach, jak np. w Wielkiej Brytanii i Irlandii, opracowane zostały kompleksowe narodowe raporty, które stały się podstawą dyskusji w kręgach politycznych i naukowych.
A w naszym kraju?
W. W.-K.: W Polsce brak jest w gremiach politycznych widocznego zainteresowania tym problemem, choć z inicjatywy naukowców prowadzone są systematycznie badania nad biedą i ich wyniki są powszechnie dostępne. W pierwszym rzędzie należy wymienić badania „Polska bieda III”, przeprowadzone pod kierownictwem prof. Stanisławy Golinowskiej w Instytucie Pracy i Spraw Socjalnych, badania w Łodzi, koncentrujące się na procesie dziedziczenia biedy prowadzone pod moim kierownictwem w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, oraz corocznie publikowane przez GUS raporty o sytuacji gospodarstw domowych. Jednakże wśród polityków oraz opiniotwórczych elit zdaje się panować przekonanie, że problem biedy w naszym kraju nie istnieje, że bieda stanowi trudność, z jaką borykają się poszczególni ludzie, którzy – jak się utrzymuje – sami sobie zgotowali taki los, natomiast problem ten nie dotyczy społeczeństwa jako całości. Dzieje się tak po części dlatego, że problem biedy jest u nas lokowany w innym kontekście, niż ma to miejsce w gremiach politycznych Europy, w których bieda traktowana jest jako pogwałcenie prawa człowieka i praw dziecka. Dlatego jest postrzegana jako kwestia polityczna, podczas gdy u nas ten aspekt sprawy jest całkowicie pomijany.
Media każdego dnia epatują kryzysem i reformami rzekomo niezbędnymi, by nas z niego wydobyć. Paradoksalnie, jedno i drugie najbardziej uderza w ubogich. Jak zapobiegać temu „wiatrowi w oczy, który zawsze wieje biednym”?
W. W.-K.: Nie znam założeń i programu reform, który ma zostać wkrótce ogłoszony przez premiera Tuska. Jednakże takie programy zarówno w Polsce jak i w innych państwach tworzą ludzie, którzy należą do innego świata społecznego niż biedni. Postrzegają ich przez pryzmat wydatków dla budżetu państwa. Dlatego często pojawiają się głosy o konieczności ograniczania tych wydatków, poprzez lepsze ich adresowanie i eliminowanie oszustów, czyli zwiększenie kontroli nad zasiłkobiorcami.
Mało kto wie, że wśród ludności wspieranej przez pomoc społeczną, co druga osoba to dziecko. W Polsce nie ma instytucji, które opiniowałyby akty prawne z punktu widzenia ich wpływu na sytuację ludzi biednych, a przede wszystkim na sytuację dzieci żyjących w biedzie. Jest to oczywiście konsekwencją podejścia do biedy, o którym mówiłam wcześniej. Instytucje takie istnieją np. w Wielkiej Brytanii oraz Irlandii.
Jak powinna wyglądać pomoc kierowana właśnie do dzieci, skoro problem biedy dotyka ich szczególnie mocno?
W. W.-K.: Jak się zdaje, podstawowe potrzeby (z wyjątkiem mieszkaniowych) dzieci żyjących w rodzinach biednych są zaspokajane przy współudziale administracji centralnej i lokalnej. Choć są to działania niezbędne i warunkujące wszelkie inne działania, nie wzmacniają one bezpośrednio potrzeb rozwojowych dzieci. Badania neurobiologów wskazują, że bieda w dzieciństwie ogranicza rozwój funkcji mózgu odpowiedzialnych za zdolności poznawcze, lingwistyczne i emocjonalne. Dowodzą jednak także, że interwencja może zapobiegać skutkom biedy w dzieciństwie, pod warunkiem, że jest podjęta wcześnie i w sposób profesjonalny. Szczególne znaczenie mają przedszkola zatrudniające wyspecjalizowany personel. Jednakże i one nie przyniosą rezultatów, jeśli nie będzie współdziałania. Dlatego podkreśla się konieczność prowadzenia edukacji rodzicielskiej od wczesnego etapu ciąży. Początkiem działań musi być zapewnienie przyszłym matkom możliwości urodzenia zdrowego dziecka, a nawet nakłonienie ich do poddawania się systematycznej kontroli lekarskiej.
Rozmawiał Konrad Malec, 29 stycznia 2010 r.
przez Konrad Malec | czwartek 21 stycznia 2010 | nasze rozmowy
Komisja Europejska chce, by do 2020 r. 95% dzieci między 3. a 5. rokiem życia chodziło do przedszkoli. Ministerstwo Edukacji szacuje, że aby tego dokonać, trzeba będzie w nich stworzyć dodatkowe 250 tys. miejsc oraz wygospodarować kwoty rzędu 3 mld zł rocznie. Sytuację dla „Obywatela” komentuje dr hab. Marta Zahorska z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, badająca m.in. zjawisko nierówności edukacyjnych.
Według danych resortu edukacji, w Polsce nauką przedszkolną objętych jest zaledwie 60% potencjalnych przedszkolaków.
Marta Zahorska: Rzeczywistość jest jeszcze mniej optymistyczna: do przedszkola chodzą głównie dzieci starsze, powyżej 4. roku życia, natomiast spośród czterolatków – zaledwie 40% i to w większości w miastach. Średnia dla Unii Europejskiej wynosi powyżej 60%, w niektórych krajach do przedszkoli chodzi nawet 100% dzieci. Także jesteśmy daleko z tyłu.
Jakie mamy szanse, by osiągnąć owe 95%?
M.Z.: Kluczowa jest odpowiedź na inne pytanie: jakie dzieci nie chodzą obecnie do przedszkola?
Są w Polsce dzieci w wieku przedszkolnym określane mianem „niewidocznych”. Część dzieci, zwłaszcza mieszkających na wsiach czy w biedniejszych dzielnicach, rzadko poddawana jest opiece lekarskiej. Ponieważ wiele z nich jednocześnie nie chodzi do przedszkola, ich diagnozowanie zaczyna się dopiero, kiedy trafią do zerówki lub szkoły, a wtedy jest dużo za późno z punktu widzenia wyrównywania różnych dysfunkcji. Bo jak mamy je wyrównywać, kiedy żąda się od dziecka, żeby już pisało czy też rysowało? Pojawia się szok szkolny, czy zerówkowy. Brak instytucjonalnej opieki skutkuje tego rodzaju zaniedbaniem małych dzieci, a rozwój młodego człowieka silnie zależy od tego, co się z nim dzieje od momentu urodzenia do chwili ukończenia 5 lat. Mamy więc w Polsce bardzo przykrą i złą sytuację.
Wniosek z tego taki, że wbrew powszechnemu przekonaniu nie jest wcale najważniejsze, by objąć wszystkie dzieci wychowaniem przedszkolnym. Dużo ważniejsze jest uruchamianie programów wyrównujących szanse dzieci żyjących w złych warunkach. Gdybym rządziła, to przede wszystkim włożyłabym moc środków w dzieci wychowujące się w najgorszych warunkach kulturowych i materialnych. Dzieci rodziców z klas średnich, nawet te nie uczęszczające do przedszkola, chodzą na różnego rodzaju zajęcia, mają kontakt z rodzicami, którzy jako tako sobie radzą z ich wychowaniem. Tyle, że rodzice z klas średnich to silna grupa nacisku, która zabiega o dostępność przedszkoli. Rodzice wiejskich dzieci takiej grupy nie stanowią.
Stworzenie możliwości rozwoju rodzinom żyjącym w gorszych warunkach, o niskim kapitale kulturowym, to wyzwanie numer jeden. Należy inaczej rozłożyć akcenty, bo objęcie wszystkich dzieci opieką przedszkolną może skutkować „równą nierównością”. Dlatego mnie nie interesuje, czy wypełnimy zalecenia Unii i osiągniemy te 95%, co swoją drogą byłoby dobre. Przy ograniczonych środkach raczej bym stosowała inną taktykę, o której już powiedziałam. Niestety boję się, że program obejmie głównie te dzieci, których rodzice potrafią wywrzeć presję na to, żeby tę opiekę im zafundować.
Przedszkola są częściowo odpłatne. Dla uboższych, o których Pani mówi, stanowią luksus.
M.Z.: Dlatego stawiałabym na bezpłatną opiekę. Zgodnie z ideologią powtarzaną przez władze i Kościół, mamy dbać o dziecko od poczęcia, natomiast nie mamy programów opieki nad kobietami w ciąży (lub są one odpłatne), a opieka nad świeżo urodzonym dzieckiem jest często iluzoryczna. Paradoks polega na tym, że właśnie wśród ubogich rodzi się najwięcej dzieci. Jeśli się nimi nie zaopiekujemy, niedługo będziemy mieli połowę społeczeństwa bardzo źle przygotowaną rozwojowo, edukacyjnie i zdrowotnie. Nasz „kapitał ludzki” będzie kiepskiej jakości.
Są regiony Polski o bardzo niskim zagęszczeniu mieszkańców oraz niekorzystnych warunkach komunikacyjnych, jak Bieszczady czy Suwalszczyzna. W ich przypadku dochodzi problem z dostarczaniem dzieci do placówek edukacyjnych.
M.Z.: Tam zwykłe przedszkola się nie sprawdzą. Muszą tam powstawać tzw. ruchome przedszkola – takie, które same docierają do dzieci. Na podobnych zasadach powinna tam funkcjonować instytucja opiekunki, która powinna się zajmować i wspomagać rodziny z dużą ilością dzieci: to ona musi się co jakiś czas pojawiać w domach i edukować matki. Taki rodzaj wędrujących przedszkoli i żłobków próbuje się tworzyć zwłaszcza w krajach o nierównomiernym zaludnieniu, szansą są także małe przedszkola, swego czasu nazywane alternatywnymi. Są one organizowane w dalej położonych wsiach, chodzi do nich tych kilkoro dzieciaków z danej miejscowości. Obecnie koszty funkcjonowania takich placówek w większości pokrywają granty zdobywane przez różne fundacje, a tylko część wydatków pokrywa samorząd. Niestety, często z chwilą zakończenia realizacji grantów, likwiduje się te placówki. Dlatego powinny istnieć specjalne subwencje dla gmin na edukację przedszkolną. Warto pamiętać, że wydatki na edukację maluchów to nie koszty, a inwestycja. Amerykanie szacują, że zwrot z jednego dolara wydanego w tym wczesnym okresie życia na przedszkola jest siedmiokrotny.
Rozmawiał Konrad Malec, 20 stycznia 2010 r.