Oddajcie parki narodowi!

Oddajcie parki narodowi!

W połowie sierpnia ruszyła zbiórka podpisów pod obywatelskim projektem ustawy zmieniającej przepisy dotyczące ochrony przyrody. Aktualne zapisy Ustawy o ochronie przyrody dają władzom lokalnym prawo blokowania powstania lub rozszerzenia parków narodowych oraz pozwalają na ingerencje w ich plany ochrony. O rozwiązaniach postulowanych przez społeczników działających na rzecz ochrony dzikiej przyrody rozmawiamy z Radkiem Szymczukiem z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, zastępcą pełnomocnika Obywatelskiego Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej.

* * *

Skąd wziął się impuls do rozpoczęcia inicjatywy ustawodawczej?
Radek Szymczuk: Od 2001 r. nie powstał żaden nowy park narodowy, mimo iż mamy w Polsce jeszcze kilka unikatowych, bezcennych terenów, które na to zasługują – fragmenty Jury Krakowsko-Częstochowskiej, Krainy Wielkich Jezior Mazurskich oraz Pogórza Przemyskiego. Starania o powiększenie istniejących parków również nie przynoszą rezultatów, czego najbardziej jaskrawym przykładem są wysiłki w kierunku pełnej ochrony Puszczy Białowieskiej, trwające bez mała dwie dekady. Również ostatnie zabiegi, zapoczątkowane przez prof. Macieja Nowickiego, poprzedniego ministra środowiska, nie przyniosły oczekiwanych efektów. Przyczyną są obowiązujące przepisy, dające samorządom prawo weta w takich przypadkach. Kolejne ustawy o ochronie przyrody od 2001 r. gwarantują samorządom to, że aby poszerzyć park narodowy lub utworzyć nowy, wymagana jest zgoda wszystkich gmin, na terenie których znajdują się tereny planowane do objęcia ochroną. W konsekwencji, bez racjonalnej przyczyny samorząd może zablokować włączenie do parku narodowego terenów należących do skarbu państwa, czyli całego społeczeństwa. Zmiana tej możliwości stała się dla nas punktem wyjścia do dalszego działania. Inicjatorami były organizacje ekologiczne, społecznicy, przyrodnicy i naukowcy.

Co zawiera Wasz projekt?
R. Sz.: Zakłada on dwie kluczowe zmiany. Pierwsza dotyczy sformułowania, że gminy muszą wyrazić zgodę na poszerzenie czy utworzenie parku: chcemy zastąpić ten wymóg obowiązkiem uzyskania opinii samorządów. Pilnej korekty wymaga także regulacja prawna dająca możliwość odwoływania dyrektorów parków bez podania przyczyny. To rozwiązanie paraliżuje ich pracę, co więcej – daje możliwość nacisków na dyrektorów, by podejmowali decyzje sprzeczne z interesem ochrony przyrody. Obecnie dyrektorzy parków narodowych są powoływani przy udziale Państwowej Rady Ochrony Przyrody, dlatego decyzje o ich odwołaniu powinny być z nią konsultowane. Zapis o konieczności uzasadnienia dymisji zmniejsza ryzyko podejmowania decyzji pochopnych, jak to miało miejsce w listopadzie 2009 r. przy odwołaniu dyrektor Białowieskiego Parku Narodowego, zwolenniczki ochrony całej Puszczy Białowieskiej, Małgorzaty Karaś. Na jej miejsce mianowano nowego dyrektora, którego zadaniem jest łagodzenie relacji z samorządowcami i leśnikami.
Zaproponowane przez nas rozwiązania nie powodują dodatkowego obciążenia dla budżetu państwa ani budżetów jednostek samorządu terytorialnego. Nie mają też wpływu na rynek pracy. Pomimo większej liczby koniecznych poprawek, zdecydowaliśmy się do projektu wpisać tylko te dwie, gdyż duża liczba proponowanych zmian zwiększa ryzyko odrzucenia projektu.

Jakie inne problemy z ochroną przyrody parków narodowych wymagają pilnego rozwiązania?
R. Sz.: Parki narodowe są najważniejszą formą ochrony dziedzictwa przyrodniczego, jednak obecnie często funkcjonują jak duże nadleśnictwa (zdarza się nawet, że wycinają więcej drzew niż pobliskie leśnictwa). Problem wynika z braku pieniędzy, ale nie tylko. Parkami zarządzają głównie leśnicy, oni też stanowią trzon ich pracowników.
W parkach narodowych wyróżnia się trzy strefy ochrony: ścisłej, częściowej i krajobrazowej. Pracownia na rzecz Wszystkich Istot wychodzi z założenia, że na ich terenie powinno występować jak najwięcej stref ochrony ścisłej, które rzeczywiście służą ochronie przyrody. Jest ich jednak niewiele i ograniczają się do najcenniejszych przyrodniczo miejsc. Tymczasem w parkach dominują obszary ochrony częściowej lub krajobrazowej, na których możliwość ingerencji człowieka w przyrodę jest znacząca. Nie powstanie tam co prawda fabryka, ale już infrastruktura sportowa, po uzyskaniu pozwolenia ministerstwa środowiska, jest dopuszczalna. Taka sytuacja istnieje obecnie w Karkonoskim Paku Narodowym, gdzie powstała nowa kolejka linowa na Szrenicę oraz poszerzono istniejące tam nartostrady.
Kolejną karygodną praktyką są polowania. Co prawda na terenie parków narodowych są one oficjalnie zabronione, jednak w ich otulinach, tuż przy granicy parków – są dopuszczalne. Przykładowo, do niedawna w Puszczy Białowieskiej mieliśmy kilkanaście ambon, przy samej granicy parku! W parkach mają natomiast miejsce odstrzały redukcyjne, które de facto są polowaniami, ale dla wybrańców. To patologia, którą ciężko zmienić.

Aby projekt trafił pod obrady Parlamentu, konieczne jest zebranie pod nim stu tysięcy podpisów. Jaki jest odzew społeczny na akcję?
R. Sz.: O przeforsowanie tej propozycji walczą najważniejsze polskie organizacje zajmujące się ochroną przyrody, m.in. Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, z którą współpracuję, Klub Przyrodników, PTOP Salamandra, Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków, WWF, Greenpeace, Fundacja „Dzika Polska”, a także organizacje działające w regionach, jak Stowarzyszenie „Sadyba” z Mazur, Ruch Inicjatyw Społeczno-Ekologicznych „Przytulia” z Częstochowy czy Fundacja Dziedzictwa Przyrodniczego.
Choć akcja niedawno się rozpoczęła, zgłasza się wielu zainteresowanych współpracą. Ciężko na tę chwilę określić liczbę już zebranych podpisów. Przed nami dwa miesiące zbiórki, która potrwa do początku listopada. Jest to inicjatywa obywatelska, a tym samym jej siła tkwi w wolontariuszach, sympatykach idei ochrony przyrody z całej Polski. Wszystkich, którzy chcą się włączyć w nasze działania, zachęcam do wejścia na stronę internetową Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, gdzie można znaleźć wszelkie informacje o inicjatywie i formularz do zbiórki podpisów, a także do kontaktu (606 932 591, radek@pracownia.org.pl).

Rozmawiała Marlena Wajszczyk, Bystra, 9 września 2010 r.

VAT to zły wynalazek

VAT to zły wynalazek

1 stycznia 2011 r. wchodzi w życie nowa ustawa o podatku VAT. O komentarz poprosiliśmy prof. UW, dr hab. Jerzego Żyżyńskiego z Zakładu Gospodarki Publicznej Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

* * *

Co nowe przepisy podatkowe oznaczają dla społeczeństwa?
Jerzy Żyżyński: Wzrost kosztów utrzymania „szarego obywatela”. Przede wszystkim, jak oszacowałem, od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych wzrosną miesięczne wydatki na podstawowe zakupy; oczywiście jak ktoś kupuje coś szczególnego – pralkę, lodówkę czy samochód – wzrost kosztów będzie jeszcze większy. W związku ze wzrostem cen ludziom zostanie mniej pieniędzy na inne wydatki, co negatywnie odbije się na koniunkturze gospodarczej. Podatek VAT jest w ogóle szkodliwym rodzajem opodatkowania, wbrew temu, co czasami twierdzą laicy, którzy proponują, żeby wyższymi podatkami pośrednimi objąć konsumpcję, bo wtedy, jak powiadają, więcej pieniędzy zostanie na inwestycje. To jest oczywiście bzdura, dlatego że jak się opodatkowuje konsumpcję, to zmniejsza się sprzedaż, a jak jest mniejsza sprzedaż, to przedsiębiorcy nie mają motywacji do inwestowania. Warto tu przypomnieć, że w niektórych przypadkach zwiększenie wpływów budżetowych może być wynikiem obniżki, a nie wzrostu podatków, gdyż wtedy rośnie sprzedaż i w rezultacie zwiększają się dochody sprzedawców i producentów.
Wydaje się, że najlepiej by było, gdyby państwo pozyskało dodatkowe dochody przez ściągnięcie pieniędzy od tych, którzy mają znaczną nadwyżkę dochodów w stosunku do swych wydatków; to by nie szkodziło koniunkturze, ale z drugiej strony zniechęcałoby ich do oszczędzania. Ale oczywiście nie ma takiej możliwości, państwo dla pozyskania dochodów musi opodatkować wszystkich obywateli, szukając pewnego optimum, równowagi w obciążaniu różnych grup podatników. Natomiast w sytuacji kryzysowej, kiedy trzeba pobudzać gospodarkę, obciążanie siły nabywczej zwykłych ludzi jest niepożądane, gdyż jest szkodliwe dla koniunktury. Ale trzeba przyznać, że ten błąd jest popełniany nie tylko u nas, w niektóry krajach opodatkowanie podatkami pośrednimi jest silnie lansowane przez grupy nacisku. Jeśli ktoś ma wysokie dochody, to podwyższenie podatku pośredniego specjalnie mu nie szkodzi, gdyż choć w pewnym stopniu obciąży jego wydatki, to nie wpłynie to na stopień zaspokojenia jego potrzeb, co najwyżej zmniejszy nieco jego nadwyżkę – ale nadal będzie miał tę nadwyżkę, czyli wykreuje oszczędności. Zdrowy system podatkowy ma natomiast charakter progresywny, tj. w większym stopniu obciąża bogatszych. Oczywiście to nie jest prawda, że po zwiększeniu progresji podatkowej obywatele będą uciekać ze swoimi dochodami za granicę, przeprowadzać się itd.
Warto zauważyć, że nasze podatki są stosunkowo niskie dla bogatych, ale wysokie dla biednych. I w gruncie rzeczy problem polega na tym, że Polacy generalnie mają bardzo niskie dochody. Obecnie mamy dwie stawki PIT, 18% oraz 32%, a granicą między nimi jest miesięczny dochód w wysokości 7127 zł. Ale tę pierwszą stawkę w 2009 r. płaciło aż 98,4% podatników, a ich średni dochód brutto po odliczeniu składek na ubezpieczenia społeczne wynosił niecałe 1700 zł miesięcznie. Tylko 1,6% podatników weszło w drugą stawkę, to znaczy od kwoty następnych dochodów ponad 7127 zł miesięcznie zapłacili podatek 32%. Znaczna część osób z pierwszej grupy podatkowej to ludzie tak biedni, że prawie wszystko wydają na bieżącą, niezbędną konsumpcję, dlatego gdy wzrasta podatek VAT, to są w stanie zaspokoić mniejszą część swoich podstawowych potrzeb.
Ale należy zdawać sobie sprawę z tego, że opowiadanie, że poprzez płacenie podatków społeczeństwo jako całość – traci, jest bardzo mylące, gdyż w skali ogólnej podatki to nie zabieranie, ale transfer pieniędzy. Państwo od jednych bierze część dochodów, ale innym – olbrzymiej rzeszy zatrudnionych w tzw. sferze budżetowej – płaci wynagrodzenia z tych pieniędzy. Tyle, że jeśli dzieje się to kosztem wydatków konsumpcyjnych znacznej części podatników, to cierpi na tym koniunktura.
Najlepiej by było szukać dodatkowych pieniędzy tam, gdzie są one jakby nieczynne gospodarczo, a takich miejsc w gospodarce jest wiele. Istnieje mnóstwo słabo uzasadnionych przywilejów podatkowych. Nie chodzi tutaj o ulgi, które mogą spełniać bardzo ważną rolę gospodarczą, bo uelastyczniają gospodarkę, sprzyjają pewnym decyzjom ekonomicznym korzystnym dla niej. Chodzi tu zwłaszcza o przywileje dla zagranicznych inwestorów, które nie służą naszej gospodarce, ale jedynie zwiększają ich zyski, transferowane następnie za granicę. Zauważmy, że jeśli jakieś korzystne ulgi czy nawet przywileje podatkowe uzyskuje podmiot rodzimy, wydający pieniądze w kraju – to środki te wracają do gospodarki, a jeśli podmiot zagraniczny, to odpływają za granicę. Dlatego korzyści podatkowe dla podmiotów zagranicznych muszą być dobrze skalkulowane, by było jasne, że gospodarka ostatecznie w jakiejś innej formie na tym zyskuje.

Czy oprócz budżetu państwa ktoś skorzysta na podniesieniu podatku VAT?
J. Ż.: Zapewne zwolnieni z tego podatku, bo to zwiększy ich konkurencyjność, oraz szara strefa. Wysoki poziom VAT-u stwarza silną pokusę unikania opodatkowania, sprzyja rozwijaniu szarej strefy, dlatego ten podatek uważam za szkodliwy. To przecież oczywiste: jeśli ktoś może zapłacić za usługę 1000 bądź 1230 zł, zawsze wybierze tę pierwszą możliwość. Amerykański podatek od sprzedaży, zróżnicowany w zależności od stanu i produktu (ma on bowiem charakter lokalny), wynosi do 10% (zwykle 3-7%), to ludzie go tak bardzo nie unikają, bo nie powoduje wielkiej różnicy w płaconej cenie (pozostając przy naszym przykładzie: wzrost ceny z powodu podatku z 1000 do 1070 nie jest aż tak odczuwalny). Zwolennicy podatku VAT kompletnie tego nie rozumieją. Innymi słowy, sam VAT nie byłby takim problemem, gdyby nie był tak wysoki; myślę, że pomysłodawcy tego podatku nie przypuszczali, że osiągnie on takie, można by powiedzieć, monstrualne rozmiary: w niektórych krajach sięga 25%. Oczywiście gdyby był niski, to nie dawałby tak dużych wpływów budżetowych (VAT to ponad połowa wpływów podatkowych). Uważam, że lepszym rozwiązaniem jest podatek od sprzedaży, gdzie nie ma odliczeń, co upraszcza system i eliminuje pokusy nadużyć (istotą podatku VAT jest to, że na pośrednich etapach można odliczyć podatek naliczony, co oznacza, że podatnik dostaje zwrot znacznych kwot VAT-u od dóbr i usług stanowiących jego koszty – ale dotyczy to tylko przedsiębiorców, którzy są płatnikami VAT-u, czyli do cen sprzedawanych przez siebie dóbr czy usług mogą doliczać VAT). VAT to zły wynalazek, a podwyższając to, co złe, dodatkowo pogarsza się sytuację.
Na podwyżce stracą nie tylko zwykli konsumenci (tzw. ludzie pracy), ale ostatecznie także przedsiębiorcy, bo im mniejszy będzie popyt, tym mniej zarobią. W relatywnie lepszej sytuacji są bogatsi obywatele, bo oni znacznie mniejszą część dochodów przeznaczają na zaspokajanie swych potrzeb – w ekonomii nazywa się to malejącą w funkcji dochodów stopą konsumpcji. Jak się zwiększa obciążenie zwykłych ludzi, to nie zwiększa się go dla bogatych – w tym sensie bogaci korzystają. Tymczasem państwo powinno obciążyć kosztami kryzysu właśnie najbogatszych, bo to oni mają nadwyżki i mogą z powodzeniem część oddać. We wszystkich krajach rozwiniętych istnieje progresywny system podatkowy, ze stawkami sięgającymi w niektórych z nich nawet 50%.

Dlaczego został podniesiony właśnie podatek konsumpcyjny, a nie dochodowy czy akcyza?
J. Ż.: Akcyza też jest podatkiem konsumpcyjnym, tylko obejmującym określone produkty i inaczej niż VAT. Z jej wysokością też nie można „przeholować”.
Moim zdaniem dobrym rozwiązaniem byłby powrót do poprzednich stawek podatku dochodowego, tj. przywrócenie trzeciego progu, zlikwidowanego przez PiS i prof. Zytę Gilowską – w czasach dobrej koniunktury. Warto wręcz wrócić do propozycji, by stworzyć dodatkowy, czwarty próg podatkowy, od zarobków przekraczających 50 tys. zł miesięcznie: najbogatsi oddawaliby na rzecz społeczeństwa 50% nadwyżki od tej kwoty. Stać ich przecież na to, ale taka progresja ma sens tylko wtedy, gdy istnieją ulgi podatkowe na określone inwestycje czy na specyficzne potrzeby, które także bogaci mają prawo zaspokoić (np. mieszkaniowe, czy inwestycyjne). Państwo nie powinno żyć kosztem podstawowych potrzeb zarówno bogatych, jak i biednych – i od tego są właśnie ulgi podatkowe, co niestety nie wszyscy rozumieją, stąd głosy za likwidacją ulg. Polecam tutaj lekturę mojej książki pt. „Budżet i polityka podatkowa”.

Rząd broni się, że podniesienie stawek podatku VAT jest jedynym sposobem na załatanie dziury budżetowej, poza cięciem wydatków publicznych.
J. Ż.: Jestem przeciwny obniżaniu wydatków, gdyż państwo i tak już żyje na krańcach swoich możliwości. Przeciwnie, jego wydatki – na naukę, oświatę, ochronę zdrowia, obronę narodową – powinno się wyraźnie zwiększyć.
Państwo ma swój zakres odpowiedzialności, od której nie może uciekać, a by ją właściwie wypełniać, musi być na odpowiednim poziomie sfinansowane. Media podały niedawno, że polscy żołnierze ciężko ranni w Afganistanie mają zasiłki uwłaczające wszelkiej godności. Państwo, które wysłało ich na wojnę, na której zostali okaleczeni, powinno im dać solidną rentę – czy go na to nie stać? Nieprawda, że państwa na to nie stać, bo tych żołnierzy jest bodaj kilkudziesięciu – jest to kwestia woli i elementarnej uczciwości wobec tych ludzi. Niestety, naszym krajem rządzą ludzie nie dostrzegający znaczenia, jakie dla stabilności społecznej i rozwoju w długim okresie ma ustanowienie pewnych wydatków na wyraźnie wyższym poziomie. I trzeba to wyraźnie powiedzieć. Dla przykładu, powiem z mojego podwórka, jeżeli profesor polskiego uniwersytetu zarabia 10 razy mniej niż jego kolega w Wielkiej Brytanii, podczas gdy nasz PKB na głowę mieszkańca jest „tylko” dwa razy mniejszy niż brytyjski, to chyba coś tu nie gra. A efektem jest degradacja polskiej nauki, która traci potencjał twórczy, a naukowcy zamiast tworzeniem – zajmują się odtwarzaniem zachodniego dorobku. Tracimy ważny czynnik rozwojowy, stając się prowincją, zaściankowym peryferium zdolnym tylko do kopiowania. Przypominają się słowa wieszcza: „Polska papugą narodów”…
Trzeba obywatelom jasno powiedzieć, że państwo musi istnieć i że trzeba na nie płacić podatki, jeśli ma dobrze funkcjonować. Jak jest mało pieniędzy, zaczyna się o nie walka, która staje się źródłem różnego rodzaju patologii i w gruncie rzeczy marnotrawstwa, bo za patologią zawsze idzie marnotrawstwo. Te patologie i marnotrawstwa nagłaśnia się i stają się one źródłem niechęci wobec własnego państwa, a to bardzo źle, bo w efekcie podkopujemy fundament naszej wolności i niezależności (względnej niezależności, ale i taka jest ważna). System podatkowy funkcjonował w miarę nieźle jeszcze w latach 1995-97 (choć miał pewne wady, jak sławetne ulgi z tytułu darowizn), ale co charakterystyczne wtedy przy ogólnie wyższych podatkach, gospodarka nieźle się rozwijała. System zaczął psuć wicepremier i minister finansów Leszek Balcerowicz z ekipą swoich młodych, mało kompetentnych a bardzo zarozumiałych współpracowników. Teraz trzeba zrekonstruować system, pewne rzeczy przeliczyć i zbudować go w całości od nowa – łatanie i naprawianie tego, co jest, będzie znacznie trudniejsze, a praktycznie jest niemożliwe. Niestety, będzie to niezmiernie wymagające zadanie i nie wiem, czy ktoś by się tego podjął. Może prof. Witold Modzelewski, wybitny fachowiec, z którego opinią, że system potrzebuje radykalnej przebudowy, ponownego przepracowania, całkowicie się zgadzam?

Rozmawiała Maria Wierzbowska, 27 sierpnia 2010 r.

Pieniądze wyrzucane na śmietnik

Pieniądze wyrzucane na śmietnik

Polskie miasta powszechnie przymierzają się do budowy spalarni odpadów. O to, czy jest to dobre rozwiązanie, zapytaliśmy Jerzego Ziaję, prezesa Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu.

* * *

W największych miastach Polski spalarnie były praktycznie jedyną technologią wziętą pod uwagę w ramach planów gospodarowania odpadami komunalnymi. Czy wybór tej właśnie technologii jest korzystny?
Jerzy Ziaja: Niestety nie. Spalarnie są ideą sprzed pięćdziesięciu lat. Powstające wówczas instalacje termicznego przekształcania odpadów komunalnych miały na celu wytwarzanie energii elektrycznej. Stosunkowo szybko okazało się jednak, że ten rodzaj odpadów nie posiada odpowiedniej kaloryczności, niezbędnej do efektywnej realizacji tego założenia. W konsekwencji dopalano je za pomocą gazu lub ciężkiego oleju (mazutu); otrzymywana w ten sposób energia była zamieniana na elektryczną i cieplną. W tamtym okresie nie mówiło się jeszcze głośno o ekologii i powstające w tym procesie spaliny nie stanowiły przeszkody. W Europie Zachodniej wiele osób spalało odpady w domach, podobnie jak dziś w Polsce. Dopiero po stwierdzeniu, że spaliny zawierają szkodliwe substancje, zaczęto się zastanawiać nad tym, jak je oczyścić. Aktualnie są one oczyszczane, czyli w znacznej mierze pozbawiane związków silnie trujących.

Tym niemniej, zgodnie z obecnie obowiązującą hierarchią postępowania z odpadami, technologia termicznego przekształcania odpadów komunalnych jest przedostatnia na liście, przed najbardziej uciążliwym ekologicznie składowaniem. Wynika to z faktu, że powietrza nie da się w pełni przefiltrować, a ponadto w trakcie spalania powstają odpady niebezpieczne – żwiry, żużle i pyły. Z danych Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu wynika, że stanowią one ok. 30% masy odpadów poddanych procesowi spalania. Osobiście uważam, że powinniśmy zabronić spalania zmieszanych odpadów komunalnych. Z jednej strony kraje wysoko uprzemysłowione, których mieszkańcy wytwarzają w granicach 500 kg odpadów komunalnych w przeliczeniu na osobę rocznie, nie poradziłyby sobie bez ich spalania, z drugiej – mamy do czynienia z olbrzymim naciskiem lobby spalarniowego. Spalarnie to bardzo lukratywny biznes, dlatego nikt nie dopuści do tego, by go zlikwidować. Dla przykładu, dzisiejsze gminne wysypiska walczą o to, by mogły dalej składować odpady, ponieważ oznacza to dodatkowe wpływy do samorządowego budżetu. Podobnie jest w przypadku spalarni, które walczą o to, by mogły spalać odpady komunalne.

Instalacje termicznego przekształcania odpadów mają swoje wady, ale może chociaż umożliwią rozwiązanie problemu ich nadmiaru?
J. Z.: Nie. Przede wszystkim trzeba kłaść nacisk na niwelowanie przyczyn zjawiska, czyli zapobiegać wytwarzaniu odpadów. W wielu krajach Unii Europejskiej, by poradzić sobie ze skalą problemu, obciążono jego kosztami producentów wyrobów w opakowaniach, co jest zgodne z zasadą „zanieczyszczający płaci”. Wdrożenie tej zasady spowodowało, że selektywną zbiórkę i sortowanie zaczęli finansować producenci (faktycznie – konsument), a jeśli dany odpad posiadał tzw. wartość ujemną, jak np. niektóre opakowania po artykułach spożywczych lub opakowania wielomateriałowe – producent pokrywał również koszty recyklingu. To były lata 90. Dziś można ocenić efekty zastosowania tych rozwiązań. Z danych Europejskiego Urzędu Statystycznego wynika, że w krajach, gdzie faktycznie przeniesiono koszty zbiórki i unieszkodliwiania odpadów powstających po produktach na przedsiębiorcę, występuje wysoki poziom recyklingu, następnie termicznego unieszkodliwiania z odzyskiem energii i bardzo minimalny – składowania.

Śmieci w procesie spalania powinny być źródłem energii. Czy w przypadku polskich spalarni będzie to możliwe?
J. Z.: Nie wszystko da się spalić, a energię zawartą w odpadach szkoda zużywać do tego, żeby zamienić jeden odpad w inny, np. poprzez roztopienie metali bądź stłuczki szklanej. Istnieją zapisy w Krajowym Planie Gospodarki Odpadami, które mówią, że aby ograniczyć ilość składowanych biodegradowalnych odpadów należy wybudować spalarnie. Tyle że jeżeli wybudujemy dziesięć spalarni, to będziemy mogli zagospodarować maksymalnie ok. 2 mln ton odpadów komunalnych rocznie, a wytwarzamy ich pięciokrotnie więcej. Przy założeniu, że w tej ilości 50% stanowi frakcja „bio”, jesteśmy w stanie efektywnie spalić 1 mln ton odpadów, czyli osiągnąć cel ograniczenia składowania frakcji „bio” na rok 2010.

Dotacje Unii Europejskiej otrzymują tylko projekty spalarni, które budowane są z zastosowaniem kogeneracji, tj. takie, gdzie energia powstająca przy spalaniu odpadów służy produkcji energii elektrycznej i cieplnej. Jeżeli kogeneracji nie ma, instalacja może być finansowana wyłącznie ze środków własnych (prywatne lub gminne). Nasuwa się pytanie, czy Polskę stać na taką rozrzutność. Budowa zakładów unieszkodliwiania odpadów będzie kosztowała blisko 2 mld euro, wybudowane instalacje unieszkodliwią około 2 mln ton odpadów komunalnych rocznie. Za taką kwotę można wybudować w innej technologii 50 zakładów odzysku, które pozwolą przetworzyć 7,5 mln ton zmieszanych odpadów komunalnych, z których powstanie około 4 mln ton wysokoenergetycznego paliwa.

Spalanie odpadów nie jest korzystniejsze ekonomicznie niż ich sortowanie i ponowne użycie?
J. Z.: W latach 80. na zlecenie ONZ powstał raport o rozwoju społecznym, w którym określona została zasada zrównoważonego rozwoju społeczeństwa. W myśl tej zasady powstała hierarchia postępowania z odpadami, która stawia na najwyższym poziomie ponowne użycie, następnie odzysk i recykling. W celu finansowania wspomnianej hierarchii dopracowano zasadę „zanieczyszczający płaci” i zobowiązano przemysł do współfinansowania „droższych” metod zagospodarowania odpadów. Przy czym jeżeli weźmiemy pod uwagę całe tzw. cykle życia produktów, to okaże się, że spalanie jest droższym sposobem pozbycia się odpadu od ponownego użycia czy recyklingu.

„Droższe” metody gospodarki odpadami, czyli odzysk i recykling, UE rozwiązała Dyrektywą 94/62/WE w sprawie opakowań i odpadów opakowaniowych, opartą o wspomnianą już kilkakrotnie zasadę „zanieczyszczający płaci”. Producent wyrobów w opakowaniu jest zgodnie z jej zapisami odpowiedzialny za zebranie odpadu opakowaniowego. Każdy tzw. właściciel odpadów w pierwszej kolejności ma je przekazać do recyklingu, dopiero brak takiej możliwości umożliwia ich spalenie. Niestety, w Polsce wciąż brak jest nacisku na ograniczanie wytwarzania odpadów, a w dalszej kolejności na ich zagospodarowanie poprzez wtórne wykorzystanie bądź recykling. Prawnie wszystko jest uregulowane, ale brakuje jasnych bodźców ekonomicznych, podobnych do tych, które stosowane są z widocznym efektem w innych krajach Unii. Przykładowo, w Niemczech obligatoryjnie każde opakowanie od napoju objęte jest kaucją w wysokości 25 eurocentów, czyli około złotówki. Jestem pewny, że gdyby u nas wprowadzić kaucję na opakowania od wody mineralnej w wysokości 1 zł, to żadna by nie została spalona w domowym piecu, albo wyrzucona do lasu czy podrzucona do osiedlowej altany na śmieci.

Jeżeli w Polsce nie nastąpią zmiany w ustawie o odpadach, które spowodują współfinansowanie recyklingu przez producentów, to sortownie odpadów komunalnych zaprzestaną swojej działalności ze względów ekonomicznych. Dziś przytłaczająca większość butelek na rynku jest jednorazowego użytku. Można powiedzieć, że ze względu na rzekomo „niską szkodliwość społeczną” w naszym kraju nie ma żadnego przepisu, który by obligował jednostki handlowe do wprowadzenia kaucji i przyjmowania opakowań. W UE funkcjonują przepisy mówiące, że wszystkie opakowania wprowadzone na rynek po wykorzystaniu ich zawartości stają się odpadem, który producent ma obowiązek na swój koszt zebrać i przekazać do recyklingu. W krajach „starej” Unii mieszkańcy sortują odpady w domach, do spalarni trafiają odpady po sortowaniu. Za wywóz posortowanych odpadów mieszkaniec nie płaci, ale za pozostałe, zmieszane odpady – tak. Nasza ustawa o odpadach, implementująca Dyrektywę 98/2008, zawiera zapis wskazujący, że 50% odpadów opakowaniowych z gospodarstw domowych powinniśmy poddawać recyklingowi. Nie spowoduje to drastycznego wzrostu cen: przykładowo, po doliczeniu kosztów zbiórki lub unieszkodliwienia, butelka u producenta może zdrożeć o 5 groszy (przy czym nie oznacza to, że wyrób w butelce musi zdrożeć dla konsumenta o taką kwotę; pomiędzy producentem a konsumentem są pośrednicy, a ostateczną cenę ustala podaż).

Z powyższych powodów praktyczne byłoby wprowadzenie obligatoryjnego wymogu organizacji zbiórki przez producenta. Niestety, w naszym kraju politycy z uwagi na głosy wyborców uważają, że zagospodarowywanie śmieci powinny być „za darmo”; jest to olbrzymi błąd, bo w życiu nie ma nic za darmo. Ze względów politycznych wielu prezydentów, wójtów i burmistrzów nie podnosi stawki opłat za odbiór odpadów bądź za ich składowanie, gdyż boją się utraty poparcia mieszkańców.

Jak kształtują się koszty budowy i funkcjonowania instalacji termicznego przekształcania odpadów?
J. Z.: Był czas, kiedy w Polsce masowo budowano nowe składowiska. Dziś, gdyby były własnością prywatną, zostałyby zamknięte ze względu na brak rentowności, ale jest to własność gmin, które utrzymują je z pieniędzy podatników. I tu trzeba raz jeszcze wyraźnie powiedzieć, że planowana technologia termicznego przekształcania odpadów komunalnych jest najdroższym sposobem postępowania ze śmieciami. Obecnie jej koszt mieści się w granicach 100-150 euro za tonę, czyli pomiędzy 400 a 600 zł. To są koszty wstępne, przy czym niektóre zakłady wyliczyły je na sumę 250 zł, jak choćby w Warszawie. Zaowocowało to odrzuceniem wniosku o dofinansowanie rozbudowy przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, z powodu zaniżonych kosztów: eksperci uznali, że przy kwocie przyjęcia 250 zł/tonę odpadów, sprzedaży energii elektrycznej i cieplnej oraz tzw. zielonego certyfikatu, jest to inwestycja czysto komercyjna. W przypadku Łodzi koszt ma wynieść 350 zł za tonę, istnieje więc podobne ryzyko odrzucenia wniosku.

Obecnie nigdzie w Polsce nie buduje się spalarni; planowanych jest pięć tego rodzaju inwestycji, wszystkie zostały oprotestowane. Jesienią odbędą się wybory samorządowe, po których nastąpią przetasowania kadrowe. Wiele osób liczy na nowe, lukratywne posady. Przy inwestycji o wartości rzędu pół miliarda złotych zarząd będzie miał odpowiednie apanaże, a do tego dochodzą jeszcze nieobsadzone miejsca w radach nadzorczych. Dodatkowo, tajemnicą poliszynela jest fakt, że w całym kraju tylko dwie firmy sporządzają raporty oddziaływania na środowisko dotyczące spalarni. Są to Socotec z Warszawy i Południe II z Krakowa.

Jakie technologie utylizowania odpadów byłyby najkorzystniejsze dla Polski?
J. Z.: Dyrektywy UE nakazują ograniczać ilość składowanych odpadów biodegradowalnych. Od ok. 15 lat niemieccy, włoscy czy francuscy inżynierowie zastanawiają się, jak z tej kategorii odpadów uzyskać większą ilość energii niż podczas spalania. W tych krajach, a także w Grecji czy na Cyprze buduje się instalacje do mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów z produkcją paliwa alternatywnego. U nas o takim rozwiązaniu myśli się jedynie w Olsztynie. Tam przez 6 lat trwał spór o spalarnię, w końcu prezydent miasta podjął decyzję, że m.in. z uwagi na prawdopodobny brak odpowiedniej ilości materiału do palenia ryzyko towarzyszące inwestycji za blisko 600 mln zł jest zbyt wysokie. Na dziś jest podpisana umowa przedwstępna na budowę instalacji do produkcji paliwa alternatywnego, docelowo ma być wybudowany zakład energetyczny funkcjonujący w oparciu o nie. Oczywiście i tak na końcu procesu paliwo zostanie spalone, ale wcześniej zostanie oddzielona frakcja mineralna, odpady żelazne czy baterie, zawierające bardzo dużo związków niebezpiecznych, np. metali ciężkich. I to jest ta różnica pomiędzy produkcją paliwa z odpadów, które jest wykorzystywane i chroni zasoby naturalne, a tradycyjną spalarnią, która jest już technologicznym przeżytkiem.

Rozmawiała Marlena Wajszczyk, 13 sierpnia 2010 r.
Powrót do Ojczyzny

Powrót do Ojczyzny

12 kwietnia br. w Sejmie miał zostać złożony obywatelski projekt ustawy o repatriacji. Na czele tej oddolnej inicjatywy stał b. marszałek Izby, Maciej Płażyński, który zginął w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem. Syn tragicznie zmarłego, Jakub Płażyński, zdecydował się podjąć przerwane dzieło ojca.

* * *

Stoi Pan na czele Obywatelskiego Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej „Powrót do Ojczyzny”. Celem nowej ustawy jest ułatwienie powrotu naszych rodaków do ojczyzny. Jakie zmiany zakłada Wasz projekt?
Jakub Płażyński: Ustawa o repatriacji funkcjonuje w Polsce od 2000 r. Jej adresatem są osoby deportowane lub zesłane w ramach stalinowskich represji i ich potomkowie, którzy pozostali na terenie byłego ZSRR. Obecnie większość z nich mieszka w Kazachstanie i z myślą głównie o nich był tworzony ten projekt, choć nie zakłada on żadnych ograniczeń terytorialnych. Proponujemy zmianę procedury powrotu takich osób do ojczyzny, ponieważ dotychczasowe rozwiązania są nieskuteczne. Ciężar odpowiedzialności za powrót repatriantów do Polski spoczywa na samorządzie lokalnym. Jak pokazuje praktyka, samorządy nie są w stanie mu podołać – z rożnych względów, w tym finansowych.
Aby przyjechać do Polski w charakterze repatrianta, trzeba najpierw otrzymać zaproszenie. Gmina, która zgłasza gotowość do przyjęcia określonej liczby osób, zobowiązuje się tym samym do zapewnienia im środków utrzymania, tzn. mieszkania oraz pomocy finansowej potrzebnej w początkowym okresie pobytu. Niestety, nasze gminy bardzo rzadko wystosowują takie zaproszenia, co sprawia, że czas oczekiwania na powrót do kraju wynosi 5-10 lat. Oczywiście nie ma sensu za „całe zło” obwiniać samorządów, które mają dużo różnych obowiązków i sprawa repatriacji nie jest dla nich najważniejsza. Z pewnością nie bez znaczenia jest też brak lokali komunalnych oraz obawy o pracę dla tych osób. Efekt jest jednak taki, że często jedyną drogą, by dostać się do Polski, jest przyjazd na własną rękę, czyli próba znalezienia w kraju kogoś, kto by wysłał takie zaproszenie. Chcemy ciężar obciążeń związanych z powrotem do ojczyzny przerzucić na państwo polskie, które zapewniałoby repatriantom mieszkanie i podstawową pomoc finansową na starcie.

Jakie trudności napotykają powracający i chcący powrócić do Polski?
J. P.: Najczęściej nie potrafią pokonać bariery związanej ze znalezieniem źródła utrzymania oraz mieszkania; to głównie problem powracających na zaproszenia indywidualne. Proponowana przez nas ustawa zobowiązuje ministra spraw wewnętrznych i administracji do znalezienia repatriantowi mieszkania w ciągu dwóch lat od dnia wydania promesy wizy wjazdowej. Sama wiza wydana będzie po przygotowaniu w Polsce miejsca dla repatrianta. Chodzi o to, aby ludzie nie czekali latami w kolejce, tylko wiedzieli, kiedy otrzymają wizę. Wymaga to zabezpieczenia pakietu mieszkań rotacyjnych dla repatriantów. Zakładamy, że każdemu przysługiwałoby mieszkanie na okres minimum dwóch lat. W tym czasie powinni „stanąć na własnych nogach”, uniezależnić się.
Drugim elementem jest zapewnienie pomocy finansowej na zasadach analogicznych do tych, które obowiązują w stosunku do uchodźców. Mowa o świadczeniu socjalnym w kwocie 1175 zł miesięcznie na osobę, wypłacanym przez okres 36 miesięcy. To wystarczy na adaptację społeczną i środowiskową.
Ponadto repatrianci napotykają na problemy aklimatyzacyjne związane z codziennym funkcjonowaniem. By ułatwić ich integrację ze społeczeństwem, powinien powstać system wsparcia przez pracę, obejmujący np. ulgi podatkowe dla zatrudniających takie osoby. Niezbędne dla powracających będą kursy zawodowe oraz języka polskiego, bowiem wielu potomków naszych rodaków słabo zna mowę ojczystą.
Celem ustawy jest umożliwienie powrotu do ojczyzny ludziom, którzy tego potrzebują, i danie im szansy na odnalezienie się w niej. Ci ludzie nie oczekują, że państwo będzie ich prowadziło za rękę w każdym aspekcie. Pierwsze 2-3 lata są najtrudniejsze, wówczas budują swoje życie na nowo i państwo powinno im pomóc w stawianiu pierwszych kroków i uzyskaniu niezależności.

Proszę opowiedzieć o zbiórce podpisów – niezbędnych, by parlament miał obowiązek rozpatrzyć obywatelski projekt.
J. P.: Inicjatorami akcji są Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” i Związek Repatriantów, dużego wsparcia udzielają NSZZ „Solidarność”, Naczelna Rada Adwokacka, Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej, Związek Miast Polskich, Polska Akcja Humanitarna, Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe, Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński, Urząd Marszałkowski Województwa Pomorskiego, Urząd Miasta w Sopocie oraz inne samorządy lokalne. By projekt mógł trafić pod obrady Sejmu, musimy zyskać dla niego poparcie 100 000 polskich obywateli. To to bardzo dużo, przy niewielkiej ilości czasu. Do 14 września musimy wszystkie podpisy złożyć w kancelarii Marszałka Sejmu RP. Zachęcamy do współpracy wszystkie osoby i organizacje, które chciałyby włączyć się w nasze działania, zarówno przez zbieranie podpisów, jak i pomoc w rozpropagowaniu akcji. Całe przedsięwzięcie jest oddolną, niepartyjną inicjatywą obywatelską, nie mamy dużych struktur kadrowych – nasza działalność w całości opiera się na dobrej woli zaangażowanych wolontariuszy i organizacji, tak jak oni współpracujących społecznie. Poprzeczka ustawiona jest bardzo wysoko, liczę jednak, że uda się ją przeskoczyć. Nasza siła tkwi w jednostkach; każdy się stara, daje z siebie tyle, ile może.
By włączyć się w zbiórkę podpisów wystarczy wejść na stronę internetową www.repatriacja.org.pl Znaleźć tam można pełne informacje o działaniach Komitetu i projekcie ustawy. Z witryny można pobrać listę do zbierania podpisów oraz baner do umieszczenia na własnej stronie WWW. Przede wszystkim jednak namawiam do złożenia podpisu i przesłania go do jednego z naszych punktów (lista adresów dostępna na stronie Komitetu), których mamy w całej Polsce już kilkanaście.

Rozmawiała Marlena Wajszczyk, 4 sierpnia 2010 r.

* * *

W akcję włączyła się też redakcja „Obywatela” – podpisy pod projektem można składać w naszej siedzibie, na ul. Więckowskiego 33/127 w Łodzi.

Przywróćmy kasjerce uśmiech

Przywróćmy kasjerce uśmiech

Niedawno ruszyła kampania społeczna „Uśmiechnięta Kasjerka”, mająca na celu poprawę warunków pracy i płacy pracowników handlu, wspierana przez „Obywatela”. O sytuację pracowników sieci handlowych, a także o samą akcję, spytaliśmy Krzysztofa Zgodę z Działu Rozwoju NSZZ „Solidarność”, koordynatora kampanii.

* * *

„Solidarność” od dłuższego czasu angażuje się w działania na rzecz poprawy warunków zatrudnienia w super- i hipermarketach. Jak obecnie kształtują się płace w tym sektorze?
Krzysztof Zgoda: Wiele zależy od stanowiska. Nieco inna jest sytuacja kasjerki, pracownika magazynów oraz osoby wykładającej towar na półki. Generalnie jednak wszystkie te prace, bardzo ciężkie i wbrew pozorom wymagające sporych umiejętności, są niestety nadal bardzo słabo opłacane. Pensje pracowników sieci handlowych oscylują wokół 1300-1500 zł brutto.

A jak wyglądają warunki pracy?
K. Z.: Sytuacja wygląda różnie w zależności od sieci. Trzeba zwrócić uwagę na fakt, że od pracowników handlu wymaga się wyjątkowo dużej komunikatywności i cierpliwości. Jest to sektor usług, gdzie dobra relacja z klientem jest podstawą sukcesu. Osoba pracująca w sklepie powinna być uprzejma i uśmiechnięta – tego się od niej oczekuje. Tymczasem niełatwo o uśmiech, gdy wykonuje się ciężką pracę fizyczną. Kasjerki muszą bowiem nierzadko dźwigać ciężki towar, często brakuje odpowiednich wózków, którymi można by przewozić produkty. Powszechne są przypadki, gdy przełożeni wymagają od pracownika coraz większego wysiłku, nie biorąc pod uwagę jego podstawowych potrzeb, np. prawa do odpoczynku w trakcie pracy, czy przerwy chociażby na skorzystanie z toalety. Czasem nie ma nawet miejsca odpowiedniego do tego, by odpocząć, zjeść drugie śniadanie.
Moim zdaniem poważnym, jeśli nie najpoważniejszym problemem, jeśli chodzi o warunki pracy w dużych sieciach handlowych, jest respektowanie życia prywatnego zatrudnionych. Pracownicy często nie wiedzą, o której skończą pracę w danym dniu. Zdarza się, że bez wcześniejszego uprzedzenia słyszą od przełożonego, że nie przyszła kolejna zmiana i muszą zostać dodatkowe dwie godziny. Pracownikowi trudno w takiej sytuacji zaplanować swoje prywatne życie. Nie mam tutaj na myśli tylko rozrywki w czasie wolnym, ale także czas dla rodziny, na opiekę nad dziećmi, przygotowanie pociechy do szkoły czy codzienne obowiązki domowe.
Nieprzestrzegane są także limity czasu pracy. Pracownik musi się dostosować do wymagań pracodawcy, w drugą stronę to nie funkcjonuje: szefowie nie chcą nawet słuchać o indywidualnych potrzebach pracowników. Kierownictwo ma zwykle na uwadze prawie wyłącznie zysk. Oczywiście od reguły zawsze istnieją wyjątki, wszystko zależy tutaj od ludzi zajmujących konkretne stanowiska – od postawy poszczególnych kierowników czy wicedyrektorów. Jednocześnie bardzo ważne jest, czy dana firma chce prowadzić dialog z pracownikami. NSZZ „Solidarność” przeprowadził dwa miesiące temu badania na próbie tysiąca osób. Okazało się, że ponad 50 proc. pracowników handlu jest niezadowolonych ze swoich warunków pracy. Wyniki mówią same za siebie.

Jak wygląda poszanowanie przepisów BHP?
K. Z.: W miejscu pracy są potrzebne różne rozwiązania zabezpieczające przed wypadkiem. Firmy deklarują brak nieprawidłowości w tym zakresie, natomiast gdy rozmawiamy z pracownikami, to okazuje się, że różnie z tym bywa. Sytuacja zależy od miejsca, trzeba brać pod uwagę poszczególne sklepy, nawet nie sieci, dlatego nie chcę podawać konkretnych nazw. Na pewno można natomiast powiedzieć, że w supermarketach powszechne są braki zabezpieczeń antypoślizgowych na drabiny, odpowiednich wózków do wożenia towarów czy oparć do krzesełek przy kasach. Dyrektorzy sami z siebie rzadko uzupełniają braki. Wynika to ze zwykłej oszczędności, unikania dodatkowych kosztów – za wszelką cenę. Myślę, że mogą mieć także obawy, że zamówienie narzędzi spotka się z niezadowoleniem zarządu.
Jako związkowcy chcemy doprowadzić do równowagi pomiędzy wydatkami na niezbędne urządzenia zabezpieczające i dobry sprzęt do pracy, a zyskiem firmy. Dlatego dążymy do zmiany aktualnego stanu rzeczy, chcemy, by normy były przestrzegane. Niestety, póki pracownicy nie mają swoich reprezentantów, w postaci struktur związkowych w poszczególnych sklepach, pilnowanie szefów sieci pod kątem przestrzegania przepisów BHP przypomina loterię.

Zasygnalizował Pan istnienie trudności w zakładaniu i funkcjonowaniu związków zawodowych w placówkach handlu wielkopowierzchniowego.
K. Z.: Znów, wiele tu zależy od polityki poszczególnych firm. Najczęściej gdy powstaje związek zawodowy, to zarząd toleruje ten fakt, choć niechętnie. Niechęć objawia się najczęściej brakiem zrozumienia pracowników oraz brakiem gotowości do prowadzenia dialogu z nowo powstałą organizacją. Niewiele firm zezwala na swobodne rozmowy związkowców z zatrudnionymi, argumentując, że to przeszkadza w pracy. Gdy proponujemy rozmowę w trakcie przerw, w odpowiedzi dowiadujemy się, że w ten sposób będziemy przeszkadzać w przerwie… W większości przypadków firmy nie pozwalają na swobodny kontakt, traktując dialog w miejscu pracy jedynie jako frazes. W krajach „starej Unii” związkowcy mogą swobodnie kontaktować się z pracownikami.
Uzwiązkowienie pracowników handlu istotnie się różni w zależności od sieci. Dla przykładu, w dziewięćdziesięciu na sto największych hipermarketów Tesco mamy swojego przedstawiciela, natomiast w przypadku Biedronki, posiadającej ok 1,5 tys. punktów – sklepy, w których znajdziemy członków związku, stanowią znikomy procent. Jest to równoznaczne z faktem, że w razie potrzeby pracownicy nie mają tam do kogo przyjść i powiedzieć o swoim problemie.
Posiadamy struktury związkowe w większości sieci, choć niestety nie we wszystkich placówkach; skupiamy ponad 6 tys. pracowników. Żaden inny związek nie zrzesza aż tylu pracowników handlu, jednak to nadal dopiero początek drogi. Liczba członków stale rośnie, liczymy na to, że będzie rosła szybciej, przez co pracownicy będą mieli większe szanse na skuteczne działanie, pokonanie przeszkód i rozwiązanie problemów. Dążymy do tego, by w każdej placówce handlowej funkcjonował związek zawodowy, by wiedza o nim była powszechna i by pracownicy przychodzili z problemami do swoich przedstawicieli.

W jaki sposób pomagacie pracownikom rozwiązywać ich problemy?
K. Z.: Ponownie odpowiem: jest z tym różnie w różnych sieciach. W Tesco zazwyczaj udaje się bolączki pracowników „przegadać” i dojść do porozumienia. Z kolei np. w Realu zdarzają się problemy już z samym założeniem związku i nawet na poziomie centrali ciężko je rozwiązać. Odbywają się spotkania, ale według naszych działaczy niewiele one przynoszą.
Zdecydowanie jest jeszcze przed nami długa droga, zanim znane sieci zaczną u nas funkcjonować podobnie, jak na Zachodzie, zanim możliwe będzie np. branżowe porozumienie określające czas pracy, wysokość pensji na określonych stanowiskach, drogę awansu, obowiązki, ale i prawa pracowników. Oczywiście obowiązują regulaminy pracy oraz wynagradzania, ale są one bardzo ogólne.
Na marginesie warto dodać, że nierzadko zdarza się, iż mechanizmy motywowania wprowadzane przez sieci handlowe, w praktyce oferują pracownikom iluzoryczne korzyści. Przykładowo, powiedziane jest, że jeśli „przerzucisz” przez kasę określoną ilość towaru o określonej cenie, uzyskasz premię. Ustanowione progi są jednak na tyle trudne do osiągnięcia, że dodatkowe uposażenie okazuje się czysto teoretyczne.

Na zakończenie proszę opowiedzieć o akcji „Uśmiechnięta Kasjerka”.
K. Z.: Uśmiechnięta kasjerka to symbol pracownika handlu. To konkretne stanowisko pracy jest wizytówką marki, jako że klient najczęściej ma kontakt z kasjerami. Mają być oni uśmiechnięci, gdyż tego oczekują od nich klienci oraz pracodawcy. Naszym celem jest zapewnienie zatrudnionym w handlu autentycznego zadowolenia z pracy; chcemy, aby uśmiech kasjerek był szczery. Wiele zależy tutaj od relacji w pracy, atmosfery, formy podejmowanej rozmowy (np. czy przełożeni krzyczą, czy też wyjaśniają swój punkt widzenia „na spokojnie”). Druga część leży po stronie klientów i tego, jak oni odnoszą się do obsługi sklepów, czy pamiętają, że po drugiej stronie stoi człowiek, któremu należy się szacunek. Tu jest nieco lepiej, większość klientów szanuje pracowników.
Wreszcie, wiele zależy od samych pracowników, którzy muszą przede wszystkim odważyć się powiedzieć, że nie zgadzają się na pewne rozwiązania. Muszą zapomnieć o strachu i zapisać się do związku. Wolność nie oznacza, że każdy sam robi swoje. Wolność to samodzielne podejmowanie decyzji, ale w grupie można więcej zdziałać. Dlatego warto się solidaryzować, nawiązywać współpracę z innymi, by lepiej artykułować swoje problemy; grupa jest bardziej i szybciej zauważalna. Choć zdarzają się przypadki, że po przystąpieniu do związku pracownicy są zwalniani, silnie zorganizowana grupa do tego nie dopuści. Strach paraliżuje, jeżeli ludzie będą się bali, to nie zrobią ani kroku naprzód. Muszą zaryzykować i podjąć próbę zmiany, a im więcej osób zaryzykuje, tym powodzenie takich dążeń będzie większe. W ogóle jako społeczeństwo musimy się nauczyć obywatelskiej postawy, odważyć się realizować działania, które służą wszystkim. Tu ciekawostka: „przeciętny szef” należy średnio do 1,5 organizacji, a „statystyczny Polak” – do 0,2.
W ramach naszej akcji uruchomiono infolinię (800-800-811) dla pracowników super- i hipermarketów, dzięki której zainteresowane osoby mogą się dowiedzieć, jak poprawić swoje warunki pracy. Utworzono również stronę internetową www.usmiechnietakasjerka.pl, za pośrednictwem której można poprzeć akcję; zachęcam wszystkich czytelników „Obywatela”, by zrobili to bezpośrednio po lekturze tego wywiadu. Mamy także swój profil na Facebooku – zapraszamy do dyskusji.
Dostajemy wiele maili z pytaniami od pracowników konkretnych sieci. Poza samą odpowiedzią na list, przekazujemy uzyskane informacje do naszego związku działającego w określonej sieci, czy w regionie. Następnie nasi działacze kontaktują się z pracownikami, którzy zdecydowali się do nas napisać. Rozmawiają o konkretnych kłopotach, starają się w bezpośrednich negocjacjach z zarządami firm doprowadzić do poprawy warunków pracy.

Rozmawiała Marlena Wajszczyk, 13 lipca 2010 r.
Niesuwerenność energetyczna

Niesuwerenność energetyczna

Trwają szeroko zakrojone prace nad rządowym projektem nowelizacji prawa geologicznego i górniczego. Jego uchwalenie może zaszkodzić strategicznym interesom naszego kraju, ponadto mieszkańcy znacznych obszarów Polski mogą zostać na mocy wspomnianych przepisów wywłaszczeni bez należytego odszkodowania. O zagrożeniach związanych z nowym prawem mówi inż. Zbigniew Tynenski, prezes Centrum Zrównoważonego Rozwoju.

* * *

Jakie następstwa dla Polski spowodowałaby zmiana prawa geologicznego, zgodnie z którą firma, która posiada pozwolenie na odwierty poszukiwawcze np. gazu łupkowego, uzyskuje automatycznie pozwolenie na jego wydobycie?
Zbigniew Tynenski: Na wszystkie sprawy związane z wykorzystaniem zasobów naturalnych trzeba patrzeć pragmatycznie. Wydawanie koncesji na eksploatację gazu obcym firmom jest niekorzystne dla Polski. Stwarza sytuację braku kontroli nad wydobywaniem zasobów i racjonalnym ich wykorzystaniem. Istnieje potencjalne ryzyko szybkiego wydobycia gazu i „zwinięcia się” zagranicznych koncernów. Jest to niezgodne z zasadami zrównoważonego rozwoju, zapisanymi w art. 5 Konstytucji, a także z prawem ochrony środowiska. Oba akty prawne mówią o potrzebie racjonalnego wykorzystywania zasobów.
Praktyka innych państw jest taka, że przy wydawaniu koncesji są precyzyjnie ustalane warunki kupna/sprzedaży albo udziału wydobytego surowca w obiegu gospodarczym danego kraju. Mówi o tym unijna dyrektywa o węglowodorach, która dość wyraźnie określa, że każde państwo członkowskie ma prawo do dysponowania swoimi zasobami. Inne państwa członkowskie mają do nich dostęp w drugiej kolejności, zaś państwa trzecie, czyli np. Stany Zjednoczone – po udzieleniu zgody przez Komisję Europejską. Aktualnie, mimo budowania wspólnej polityki europejskiej w dziedzinie energetyki, otwieramy drogę do naszych zasobów państwom trzecim, które na dodatek mogą sprzedawać koncesje innym krajom, np. Rosji (Gazprom interesuje się przejęciem niektórych amerykańskich firm). Innymi słowy, oddajemy nasze zasoby, zmniejszając bezpieczeństwo energetyczne kraju. Dodajmy, że ceny koncesji są w Polsce dramatycznie niskie, a po nowelizacji do budżetu trafiać będzie łącznie zaledwie około 0,2% wartości surowca, rozłożone w czasie wydobywania kopaliny. Nie zyska na tym także gospodarka unijna.
Państwo może kontrolować energetykę posiadając pakiety kontrolne akcji w przedsiębiorstwach strategicznych tej branży, co czyni wiele państw UE. W gospodarce liberalnej państwo traci kontrolę nad wydobyciem zasobów i ich przerobem. Tymczasem własny gaz moglibyśmy sprzedawać na swoim rynku po cenach wydobycia i przesyłu, plus założony zysk firmy wydobywczej. Tani gaz byłby pozytywnym stymulatorem rozwoju gospodarki. Obecnie ceny energii stały się zaporowe i na poziomie gospodarstw domowych prowadzą do zjawiska tzw. ubóstwa energetycznego; także podmiotów gospodarczych coraz częściej nie stać na ponoszenie rosnących kosztów energii. A nasze zapotrzebowanie na nią jest dość wysokie, co w połączeniu ze stosowaniem przez nas przestarzałych technologii sprawia, że konkurencyjność naszej gospodarki stale się pogarsza. Gaz łupkowy w polskich rękach mógłby być szansą na obniżenie cen.

Projekt zatłaczania przez firmy energetyczne dwutlenku węgla pod ziemię (CCS) również miałby być regulowany nowym prawem geologicznym i górniczym.
Z. T.: Projekt zakłada, że ten, kto przejmie tereny pod zatłaczanie CO2, przejmie równocześnie wszystkie zasoby znajdujące się na tych terenach. Tymczasem obszary planowanego doświadczalnego stosowania CCS pokrywają się w znacznej mierze z nie eksploatowanymi złożami węgla brunatnego. W przypadku prywatyzacji energetyki oznaczać to będzie utratę dostępu do zasobów tego surowca.
W okolicach Lublina mamy olbrzymie pokłady węgla kamiennego. Ktoś, kto przejmie złoża gazu łupkowego w tym regionie, obejmie również złoża towarzyszące, czyli dostęp do najcenniejszego z rodzajów węgla – antracytu. Warto dodać, że węgiel kamienny w złożach poniżej tysiąca metrów jest niewydobywalny tradycyjnymi metodami, można go jednak zgazowywać. Poniżej tej głębokości mamy tego surowca olbrzymie zasoby, zastąpienie węgla gazem z węgla zgazowanego wewnątrz złoża przez 10-20 lat byłoby dla nas dobrodziejstwem. W tym czasie moglibyśmy spokojnie rozwijać energetykę opartą na źródłach odnawialnych: geotermię, energetykę wiatrową czy fotowoltaiczną. Na korzyść zgazowywania przemawiają także względy ekologiczne – wydobycie i spalanie gazu jest o wiele mniej szkodliwe dla środowiska.

Jakie następstwa dla mieszkańców terenów, pod którymi znajdują się złoża surowców, niosą planowane przepisy?

Z. T.: Niedawno weszło w życie prawo o nieruchomościach, zezwalające na wywłaszczanie ludzi z uwagi na ważny cel publiczny, jakim może być interes gospodarczy. Główny geolog kraju wprowadził stosowny zapis do projektu nowego prawa geologicznego i górniczego, będącego w trakcie legislacji. Jeśli wejdzie ono w życie, ludzie mieszkający na obszarach bogatych w surowce będą mogli być wywłaszczani. Obszary, na eksploatację których firmy uzyskają koncesje, będą mogły podlegać wywłaszczeniom w takiej skali, w jakiej zażyczy sobie tego koncesjonariusz.
Do tej pory cel publiczny był rozumiany jednoznacznie, jako taki, w którym społeczeństwo uczestniczy lub ma z niego pożytki. W tym przypadku mówimy o nim w odniesieniu do firmy prywatnej, która działa dla zysku swoich właścicieli! Pamiętajmy, że są inne formy pozyskiwania energii i społeczeństwo może mieć interes gdzie indziej niż przedsiębiorca, który uzyskał koncesję. Dlaczego Sejm uchwalił tego rodzaju zmiany, i to „kuchennymi drzwiami”? Artykuł 2 tzw. specustawy drogowej wyłącza samorząd z procesu decyzyjnego w sprawie opiniowania projektu geologicznego nie tylko dla potrzeb realizacji inwestycji drogowych. Panowie, którzy tworzą prawo geologiczne i górnicze te sprawy, które wzbudzają najwięcej kontrowersji, przenieśli po cichu do innych ustaw, a Sejm to przyjął. To jest kuriozum z punktu widzenia stanowienia prawa.

Już teraz istnieje w prawie geologicznym zapis, że podmiot otrzymujący koncesję na poszukiwanie ma pierwszeństwo w dysponowaniu odkrytymi złożami.
Z. T.: Owszem, tylko w obecnie obowiązującej ustawie są przewidziane „mechanizmy obronne”, które dają możliwość uczestnictwa samorządów w procesie wydawania decyzji w sprawie eksploatacji zasobów; umożliwiają także udział organizacji społecznych, których temat dotyczy. Nowe przepisy wyłączają te podmioty ze ścieżki decyzyjnej. Stroną pozostanie wywłaszczany, jednak wywłaszczenie będzie się mogło odbywać w ramach celu publicznego, czyli najpierw dana osoba zostanie pozbawiona swojej własności, a dopiero później ewentualnie będzie mogła skarżyć w tej sprawie, co nadaje wspomnianemu prawu charakter tzw. specustawy.
Na mocy nowego prawa jedynym dysponentem zasobów będzie główny geolog kraju, przyznający koncesje bez jakichkolwiek ograniczeń, kontroli czy ustalania ich wartości. Nie będzie nawet zobowiązany do wzięcia pod uwagę spraw związanych z bezpieczeństwem państwa i jego funkcjami, czy rozwojem gospodarczym. Należy w tym miejscu wspomnieć, że jesteśmy w posiadaniu olbrzymich zasobów geotermalnych. Wystarczy zagłębić wymiennik ciepła do miejsca, w którym panują temperatury powyżej stu stopni – i na powierzchni ziemi w oparciu o tę energię można wytwarzać parę, która uruchamia turbiny i produkuje prąd elektryczny. Co ważne, zasoby te są niewyczerpalne i wielokrotnie przekraczają zapotrzebowanie Polski na energię.

Jak duże są zasoby gazy łupkowego w Polsce i gdzie się znajdują?
Z. T.: Według wstępnych szacunków jest to obszar mniej więcej jednej czwartej Polski. Ciągnie się od Lublina, przez Mazury, województwo łódzkie, w stronę Szczecina, następnie „zawadza” o Niemcy, Holandię, aż po szelfy norweskie. Zasoby gazu łupkowego są już oficjalnie oceniane na 1,5 do 3 bln ton. Koncerny energetyczne Tauron i PGE mają być sprzedane za kilkanaście miliardów złotych. PGE na skutek rozpoznania dla celów projektu CCS może stać się dysponentem gazu łupkowego w rejonie środkowej Polski. Wraz ze sprzedażą firmy przejęte zostaną prawa pierwszeństwa eksploatacji gazu – za opłaty koncesyjne. Tymczasem jego wartość handlowa wynosi biliony złotych.
W Polsce znajduje się około 80% zasobów całej UE. Została do nich otworzona furtka, a może nawet wrota, przez „sklepik z koncesjami”. Nie chodzi tu tylko o gaz łupkowy, ale także m.in. węgiel brunatny. Zasoby tego ostatniego surowca oficjalnie oceniane są na 14 mld ton, a nieoficjalnie nawet na 140 mld ton, tzw. zasoby perspektywiczne. W prawie geologicznym i górniczym istnieje takie określenie, jak „zasoby towarzyszące”, a tych są ogromne ilości.

Technologie pozyskiwania gazu z łupków są drogie. Czy są chętni na jego wydobycie, czy w ogóle jest o co kruszyć kopie?
Z. T.: Jeżeli chodzi o koszt wydobycia gazu łupkowego, to jest on rzeczywiście wyższy od kosztu wydobycia gazu ziemnego. Z różnych źródeł informacji wynika, że może wynieść nawet ok. 100 USD/1000 m3, z innych, że jest to koszt o 50-100 USD/1000 m3 wyższy od metody tradycyjnej, czyli ok. 20-30 USD/1000 m3. Rosji płacimy jednak za gaz 450 dolarów za tonę, łącznie z przesyłem. Jak widać, moglibyśmy mieć własny gaz czterokrotnie taniej, na co najmniej 150 lat.
Warto zauważyć, że potencjały odnawialnych i nieodnawialnych źródeł energii pokrywają nasze zapotrzebowanie na co najmniej kilkaset lat. Chodzi jednak o ich racjonalne, uzasadnione ekonomicznie, społecznie i środowiskowo wykorzystanie, zgodne z przyjętym systemem bezpieczeństwa energetycznego, czy strategią, której obecnie nie ma.
Rozdawnictwo zasobów poprzez wydawanie koncesji i prywatyzację energetyki, za którą stoi także przekazywanie zasobów w prywatne ręce firm kontrolowanych przez kapitał zagraniczny, jest dowodem na brak strategii rozwoju energetyki, która zabezpieczałaby interesy odbiorców energii oraz państwa, w tym zapewniała Polsce bezpieczeństwo energetyczne.

Rozmawiała Marlena Wajszczyk, 26 czerwca 2010 r.