Nie hamujmy twórców

Nie hamujmy twórców

Z nowym rokiem przestają obowiązywać autorskie prawa majątkowe spadkobierców twórców zmarłych 70 lat temu. O znaczeniu tego wydarzenia i wadze domeny publicznej rozmawiamy z Jarosławem Lipszycem, prezesem Fundacji Nowoczesna Polska.

***

W tym roku do domeny publicznej przechodzą m.in. działa Berenta, Boznańskiej czy Bułhakowa. Oznacza to m.in., że ich dzieła można reprodukować bez płacenia tantiem spadkobiercom. Jakie ma to znaczenie dla obywateli?

Jarosław Lipszyc: To są tylko przykłady kilku najbardziej znanych osób. Do domeny publicznej przechodzą tysiące utworów twórców, o których nigdy nie słyszeliśmy. Autorów fotografii, pocztówek, filmów, nagrań archiwalnych czy nawet zdjęć rodzinnych, na których często bazują historycy. One nie są ważne dla każdego, ale nie pozostają bez znaczenia dla osób, które zajmują się jakimś tematem, np. historią lokalną, usiłujących publikować różne pamiątki związane z miejscem, wydarzeniem, organizacją czy człowiekiem. Dla tych osób są to rzeczy niezwykle istotne.

Często skupiamy się na najbardziej znanych nazwiskach. Rzadziej pamiętamy o tych tysiącach, które również zmarły w 1940 r. – ich dorobek nie trafi na pierwsze strony gazet, ale to dzieła nierzadko bardzo istotne dla miejsc, w których żyli.

Polsce majątkowe prawa autorskie obowiązują przez 70 lat od śmierci autora. Zdarza się, że spadkobiercy nie wyrażają zgody na publikację ważnych utworów. Jakie znaczenie dla polskiej kultury ma tak długi okres obowiązywania materialnych praw autorskich?

J.L.: Ten okres jest wręcz absurdalnie długi, co ma negatywny i niszczący wpływ na rozwój kultury. Wśród „staroci” niewiele jest dzieł mających potencjał komercyjny, natomiast na obecnych regulacjach cierpi cała ta twórczość, która nie będzie się sprzedawać w wielkich nakładach. Bardzo często jest tak, że twórcy, którzy chcieliby wykorzystywać jakieś dzieło, np. wystawić w teatrze, spotykają się z odmową, bo ktoś pilnuje go jak przysłowiowy pies ogrodnika. Tak jest np. w przypadku spadkobierców Jamesa Joyce’a, którzy w sposób bardzo restrykcyjny podchodzą do jego dzieł i nie udzielają zgody na publikowanie jakiegoś tłumaczenia, pomimo że w danym kraju jest uznawane za lepsze i ciekawsze, wnoszące więcej do kultury. Już teraz miłośnicy „Ulissesa” cieszą się na 1 stycznia 2012 r., kiedy działa Joyce’a przejdą do domeny publicznej i restrykcyjna polityka spadkobierców się skończy.

Ale to tylko jeden z aspektów. Wiele utworów nie jest wykorzystywanych, bo byłoby to za drogie. Zostałyby one udostępnione współczesnym odbiorcom, gdyby trafiły do domeny publicznej. Mogłyby być zamieszczone w bibliotekach cyfrowych. Dla takich utworów domena publiczna jest szansą na drugie życie, na nowych odbiorców, komentatorów, na inspirowanie kolejnych pokoleń.

Bardzo często utwory nie są wykorzystywane nie dlatego, że ktoś tego chce, ale ponieważ nie ma pomysłu, co w tej sytuacji zrobić. Według polskich regulacji, posiadacz praw autorskich nie ma prawa się ich zrzec, z przeniesieniem do domeny publicznej.

Mówimy cały czas o majątkowych prawach autorskich, bo osobiste są wieczne. One oczywiście nie są problemem, wręcz przeciwnie, chronią Kochanowskiego, Mickiewicza czy Norwida i mówią tyle, że nikt nie ma prawa podpisać się pod ich utworem i powiedzieć, że to jego dzieło. Chronią prawo do rozpoznania autorstwa czy integralności dzieła, by nikt nie zmieniał „Trenów” Kochanowskiemu. To fundamentalne zasady transmisji kulturowych, których należy się trzymać.

W jaki sposób Fundacja Nowoczesna Polska stara się upowszechnić domenę publiczną?

J.L.: FNP i Koalicja Otwartej Edukacji działają na rzecz ochrony domeny publicznej. Postulujemy, by ci, którzy chcą się zrzec praw autorskich i przenieść dzieło do domeny publicznej, dając możliwość skorzystania z niego innym, mogli to zrobić.

Proponujemy też, by utwory tworzone przez urzędników państwowych w ramach ich pracy, znajdowały się w domenie publicznej. Na przykład jeśli strażacy czy policjanci robią zdjęcia w ramach obowiązków służbowych, to te fotografie powinny trafiać do domeny publicznej. Tak jest np. w USA, więc czemu nie miałoby tak samo być w Polsce? W wielu krajach świata zasoby edukacyjne, które są finansowane ze środków publicznych, zostają opublikowane na zasadach umożliwiających ich dalsze wykorzystanie, w domenie publicznej lub na jednej z wolnych licencji. Wolne licencje są działaniem prawnym, które umożliwia każdemu dalsze wykorzystanie działa. Choć to nie to samo, co domena publiczna, to ich efekt jest podobny – ludzie mają prawo do wykorzystania tych zasobów w dowolny sposób.

Dążymy też do dyskusji nad długością okresu obowiązywania majątkowych praw publicznych. Uważamy, że ten czas jest obecnie zbyt długi. Zgodnie twierdzą to różne środowiska, w tym wielu twórców, zwłaszcza ci, którzy muszą wykorzystywać cudze utwory. Tak długi „okres ochronny” nie służy założonym celom. Jego intencją jest wspieranie rozwoju twórczości, wspieranie mechanizmów, które pozwalają autorom uzyskać wynagrodzenia za wykonaną pracę, jednak 70 lat po śmierci autora takie uzasadnienie nie ma żadnej racji bytu. Konwencja Berneńska mówi o minimum 50 latach. Polska jest jej stroną, więc warto się zastanowić, czy nie powrócić do tego minimum.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 4 stycznia 2011 r.

Nadchodzą kiepskie czasy

Nadchodzą kiepskie czasy

O tym, czy w walce z dziurą budżetową rzeczywiście musimy sięgać do kieszeni najbiedniejszych, rozmawiamy z Franciszkiem Bobrowskim, wiceprzewodniczącym Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych.

* * *

Jaki dla pracowników będzie przyszły rok?
Franciszek Bobrowski: Kiepski, szczególnie jeśli chodzi o wynagrodzenia, które w projekcie przyszłorocznego budżetu zostały zamrożone. W sferze budżetowej zero wzrostu płac, w gospodarce podwyżki będą niewielkie. Płaca minimalna w przyszłym roku wzrośnie z obecnych 1317 zł do 1386 zł brutto, z czego do ręki pracownika trafi 1048 zł! Na to się nałoży wzrost cen, m.in. podwyżka stawek VAT i uwolnienie cen prądu, za czym pójdą podwyżki cen produktów zależnych od energii. W szczególności uderzy to w najbiedniejszych. Dane GUS już pokazują spadek spożycia przez nich podstawowych produktów, jak mleko, chleb i makaron. Przy czym mówię tutaj o pracujących, bo sytuacja rencistów czy emerytów wygląda jeszcze gorzej. Także cięcia budżetowe generalnie będą dotyczyły najmniej zamożnych, a to znacząca część społeczeństwa. Z danych GUS wynika, że aż 25 mln naszych współobywateli żyje poniżej poziomu minimum socjalnego, z czego 2,5 mln poniżej poziomu ubóstwa. W tej dziedzinie jesteśmy niechlubną czołówką UE.
W projekcie budżetu na 2011 r. brakuje odniesień do poprzedniego roku, musieliśmy samodzielnie szukać informacji, by obraz sytuacji był porównywalny. Oszczędzanie kosztem najbiedniejszych będzie miało postać m.in. cięcia wydatków na wsparcie aktywnego poszukiwania pracy, tymczasem budżet Sejmu wzrośnie o 9%, a wydatki na utrzymanie partii politycznych – o 12%. Wartości przyjęte jako podstawa polityki fiskalnej są często mało wiarygodne. Weźmy chociaż planowane przychody z prywatyzacji, które mają wynieść 15 mld zł. Na ten rok planowano uzyskać z tego źródła 25 mld zł i już wiadomo, że jest to nieosiągalne. Naszym zdaniem niedoszacowana jest stopa bezrobocia, którą przewidziano na poziomie 9,9%. Nie wiem, jak rząd chce to osiągnąć, skoro w obliczu czynionych przez niego oszczędności oraz zaciskania pasa przez przedsiębiorców nastąpi spadek konsumpcji, co zdaniem OPZZ przełoży się na znaczący spadek koniunktury – mówiąc kolokwialnie, gospodarka zaczyna się wolniej kręcić. Rządowe oszczędności są więc oszczędnościami pozornymi.

W powyższym kontekście zupełnie inaczej wygląda sprawa minimalnego wynagrodzenia.
F. B.: Do jego wzrostu OPZZ dąży z uporem maniaka. Proponowaliśmy rządowi, by na przestrzeni 4-5 lat wzrosło ono do 50% średniej krajowej. Teraz jest wielka burza w prasie, że w całej Unii minimum to ma osiągnąć poziom 60% średniej płacy. My mówiliśmy o 50%, choć wiedzieliśmy, jakie standardy obowiązują w „starej Unii” – związkowcy są bowiem odpowiedzialni i nie chcą pracodawców „udusić”, żądając z dnia na dzień zbyt wiele. Postulowaliśmy, by iść spokojnym kursem, co roku podnosząc minimum o dwa punkty procentowe. Tymczasem stoimy w miejscu, bo chociaż nastąpiło porozumienie, to słowa Pana Premiera niewiele ważą. Obiecał ścieżkę dojścia do poziomu 50%, ale rząd jej nie opracował. Mamy do czynienia z dialogiem pozorowanym. Wcześniejsze ekipy często uciekały od dyskusji ze związkowcami, teraz dyskusje są, ale nie przekłada się to na decyzje. Na spotkania z nami przyjeżdżają przedstawiciele rządu bez żadnego upoważnienia i mocy decyzyjnej.
Wiele się mówi, że podwyżka minimum uderzy w pracodawców i zwiększy bezrobocie, ale ustanawiający obecne minimum nie żyją za 1000 zł miesięcznie. Już nie mówię o dużej rodzinie, ale o jednej osobie, która z tych pieniędzy musi zapłacić za czynsz, energię, gaz itd. Co zostaje w kieszeni po dokonaniu wszystkich opłat? Nic!

Rząd ewidentnie nie ma pomysłu na rozwiązanie problemu bezrobocia, poza ciągłym cięciem kosztów ponoszonych przez pracodawców.
F. B.: Oznacza to niestety, że produkujemy ciągle nowych bezrobotnych, umywając ręce od problemu, bo obniżając koszty i tak nie przebijemy krajów azjatyckich. Przykładem na brak rozwiązań jest wypowiedź byłego wiceministra, Jacka Męciny, który stwierdził, że w przypadku wzrostu płac pracodawcy „pójdą w nowe technologie” i ludzi zastąpią maszyny. Cały świat wysoko rozwinięty pracuje na nowych technologiach i jakoś nie ma takich problemów z bezrobociem jak u nas. Problemy dotyczą nie tylko pracujących, np. wskaźnik waloryzacji rent i emerytur jest niski, wskutek niedoszacowania inflacji.

Jakie są alternatywy dla planowanych cięć budżetowych?
F. B.: Jeśli chodzi o podatek dochodowy, to mamy obecnie dwie stawki – trzecia, najwyższa, niestety została zniesiona. To kuriozum: dołożono tym, którzy mają bardzo dużo, zupełnie nie bacząc na solidaryzm społeczny. Od grupy najlepiej zarabiających, stanowiących ok. 10% społeczeństwa, pochodziła połowa wpływów do budżetu. Wcześniej przedsiębiorcy otrzymali wiele ulg. Liczono, że dzięki temu poczynią inwestycje i stworzą nowe miejsca pracy. Niestety, praktyka nie potwierdziła pięknych założeń. Powinniśmy iść w drugą stronę i ustalić granicę dochodów, poniżej której podatek byłby symboliczny, z kolei najlepiej zarabiający powinni płacić więcej niż obecnie.
W celu zrównoważenia budżetu konieczne jest także – zamiast sięgania do kieszeni najmniej zarabiających – powstrzymanie prywatyzacji w niektórych obszarach. Za przykład może posłużyć ENEA, której Skarb Państwa chce się pozbyć. I któż do tej „prywatyzacji” się garnie? Rząd francuski! Energetyka jest u nich własnością państwa, podobnie jak w Niemczech czy Szwecji. Inwestorzy prywatni są dopuszczeni do tego rynku, ale ich udziały nie przekraczają 50%, ponieważ jest to sektor strategiczny i dochodowy. My natomiast chcemy się wyzbyć państwowej własności w tym sektorze. A przecież jeśli mam krowę, to mam mleko, a gdy sprzedam krowę, to mam jedynie pieniądze, które kiedyś wydam, zostając i bez pieniędzy, i bez mleka. Co prawda są eksperci mówiący, że prywatyzacja i uwolnienie cen spowodują konkurencję i ich spadek. Mamy wiele przykładów świadczących, że tak nie będzie, np. na rynku papieru czy cukru w pierwszej fazie ceny rzeczywiście spadły, ale potem poszybowały w górę. To się wiąże jeszcze z czymś innym. Jeżeli wchodzi inwestor zagraniczny, to wszystkie podzespoły nie są już dostarczane przez krajowych kontrahentów. Za przeproszeniem: nawet papier toaletowy płynie z państwa, z którego pochodzi inwestor.
Kolejnym punktem jest szara strefa. Rząd nie stara się jej ograniczać. Tajemnicą poliszynela jest sposób dokonywania wypłat: „coś tam płynie nad stołem, coś tam płynie pod stołem”. A to przecież oznacza, że znaczne środki omijają wspólną kasę. Mało tego, rozmiary szarej strefy powodują, że najdalej za kilkanaście lat będziemy mieli emerytów-nędzarzy. Jeśli przyszłe władze będą chciały im zapewnić godziwe emerytury, będą zmuszone ponosić na ten cel znaczące wydatki.

Jak sprawić, by w portfelach mniej zamożnych Polaków znalazło się więcej pieniędzy, by mogli nakręcać koło gospodarki?
F.B.: Najlepiej – zapewniając im godną płacę, czyli „odmrażając” płace w budżetówce i podnosząc zarobki minimalne. Sektor usług uległ stagnacji, a nawet się kurczy, ponieważ ludzie nie mają pieniędzy, tymczasem w znacznej mierze to on generuje wzrost. Może to nic odkrywczego, ale sektor usług publicznych w krajach rozwiniętych jest bardzo, nomen omen, rozwinięty. Jednocześnie zanika tam przemysł ciężki, a tamtejsze społeczeństwa idą w kierunku społeczeństwa informacyjnego. Patrzmy uważnie na tych, którzy już się czymś poparzyli. Korzystajmy z dobrych wzorców, ale z pominięciem elementów, które parzą. Oczywiście wzory z Zachodu wpasowujmy w lokalny kontekst i wykorzystujmy unikalne możliwości – to, co mamy u siebie. Niestety, wiele już zaprzepaściliśmy. Co np. przez ostatnie 20 lat zrobiliśmy, by produkować zdrową żywność, do czego mieliśmy bodaj najlepsze predyspozycje w Europie? To był kraj mocno rolniczy, czemu nie poszliśmy w tym kierunku? Teraz może już być za późno na odwrócenie trendu, a szkoda, bo wieś to olbrzymia rzesza ludzi, którzy w szybkim tempie zasilają wspomniane 25 mln…

Rozmawiał Konrad Malec, 25 października 2010 r.

Samoróżnicujące się społeczeństwo

Samoróżnicujące się społeczeństwo

W ostatnich latach znacząco wzrósł odsetek Polaków kończących studia wyższe. O tym, jakie są obecnie związki między wykształceniem a pozycją społeczną rozmawiamy z prof. Henrykiem Domańskim z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN.

* * *

Mamy do czynienia z niespotykanym dotąd w Polsce wzrostem liczby osób szczycących się wyższym wykształceniem. Coraz częściej słyszy się jednak, że poszczególne dyplomy mają nieraz bardzo różną „wagę”.

Henryk Domański: Opierając się na danych z badań ogólnopolskich, analizowałem, jak pochodzenie społeczne wpływa na lokowanie się ludzi w uczelniach: stacjonarnych i niestacjonarnych, prywatnych i państwowych, takich, w których za naukę trzeba bądź nie trzeba płacić. Można było założyć, że wyższą jakość kształcenia oferują te, na których jest więcej studentów o pochodzeniu inteligenckim, gdyż inteligencja ma aspiracje do lokowania swoich dzieci na lepszych uczelniach. Zgodnie z intuicjami okazało się, że inteligenci częściej lokują swoje dzieci na uczelniach państwowych, na studiach bezpłatnych i stacjonarnych, z czego wniosek, że są to studia wyższej jakości. Wynikałoby stąd, że zróżnicowanie na uczelnie lepsze i gorsze już się dokonało, oraz że nie liczy się już tylko sam dyplom uczelni, ale i jakość tego dyplomu. Tutaj dotykamy pewnej uniwersalnej prawidłowości. Stratyfikacja społeczna funkcjonuje w ten sposób, że jeżeli następuje nasycenie pewnym dobrem w społeczeństwie, np. wyższym wykształceniem, to następuje obniżenie jego wartości, a ludzie zaczynają kreować nowe symbole wyższości społecznej. W omawianym przypadku jest nim jakość wyższej uczelni.

Mechanizm ten jest „gatunkową” cechą rodzaju ludzkiego. W średniowieczu mieszczaństwu i stanom niższym zabraniano nosić się jak szlachta, ale trudno było ten zakaz wyegzekwować. Kiedyś szlachta i arystokracja, a teraz różne elity kreują coraz to nowe symbole wyższości, po tym jak nastąpi nasycenie dotychczasowymi; przykładem jest telefon komórkowy, który na początku lat 90. był dobrem elitarnym, aby stać się obecnie dobrem masowym. Co jakiś czas pewne atrybuty przestają różnicować i wtedy muszą się pojawić nowe, wykreowane przez tych „najlepszych”.

W jakim stopniu gwałtowny wzrost liczby osób kończących studia przyczynił się do zmian w strukturze społeczno-zawodowej społeczeństwa?

H. D.: Ciekawe, że prawie w ogóle się to nie przełożyło na odpowiedni „przyrost” wyższych pozycji zawodowych, kojarzonych z inteligenckością. Inteligencję zwykło się definiować poprzez zajmowaną pozycję zawodową. Są to ludzie, którzy wykonują najbardziej złożone zawody, wymagające na ogół wyższego wykształcenia. Otóż, w zawodach inteligenckich od 20 lat pracuje 10-13% zatrudnionych i odsetek ten nie ulega większym zmianom. To mało; dla porównania, w Szwecji odsetek ten wynosi 26-27%.

W 1982 r. na pozycje inteligentów wchodziło ok. 75-76% ludzi kończących wyższe studia, czyli istniała duża szansa wejścia absolwenta na pozycję zaspokajającą jego aspiracje. Według danych z badań dla 2008 r., ten odsetek wynosi obecnie 35%. W dużym stopniu wyższe wykształcenie utraciło moc alokacyjną, wskutek wzrostu liczby magistrów. Pozostaje pytanie, kiedy zostaną wykreowane nowe pozycje inteligenckie, żeby zaspokoić aspiracje ludzi kończących wyższe uczelnie?

Co robią ludzie, którzy ukończyli wyższe studia i „nie załapali się do inteligencji”?

H. D.: Częściowo idą do biznesu, częściowo jeszcze nie pracują – wśród absolwentów wyższych uczelni występuje bezrobocie, choć jest ono znacznie mniejsze w porównaniu do ludzi z wykształceniem średnim, zasadniczym zawodowym itd. Niektórzy z nich wyjeżdżają za granicę, a jeszcze inni lokują się na pozycjach niższych pracowników umysłowych. Jest to, na ogół, punkt wyjścia do awansu na wyższe pozycje, do zawodów inteligenckich i na stanowiska kierownicze.

Hierarchia społeczna ma w naszym kraju charakter merytokratyczny?

H. D.: Wskaźnikiem merytokracji może być wpływ poziomu wykształcenia, będący pewnym odzwierciedleniem „zasług”, na zarobki, czyli wynagradzanie odpowiednio do „zasług”– im silniejsza jest ta zależność, tym większa merytokracja. Otóż, w Polsce zależność ta przez kilkanaście ostatnich lat stawała się coraz silniejsza. Im wyższe ktoś ma wykształcenie, tym więcej zarabia. W PRL-u ten związek był słaby, w latach 90. znacznie się wzmocnił i rósł do 2005 r. Natomiast mniej więcej od 2005 r., zależność ta uległa osłabieniu. Można by sformułować hipotezę, że zmiana ustrojowa przyczyniła się do wzrostu merytokracji.

Trochę inaczej wygląda to jeśli chodzi o wpływ wykształcenia na pozycję zawodową – żeby mieć odpowiednie zarobki, najpierw należy osiągnąć pewną pozycję. Interesujące jest to, że od początku lat 90. mamy do czynienia ze spadkiem tej zależności, co można tłumaczyć wspomnianą inflacją wyższego wykształcenia. Z danych GUS wynika, że obecnie studiuje prawie połowa każdego rocznika w wieku 19-24; można to uznać za typowy przykład wzrostu podaży „dobra”, jakim jest wyższe wykształcenie, co powinno było skutkować obniżeniem jego ceny, czyli wartości. Oznacza to mniejszą możliwość lokowania absolwentów wyższych uczelni na odpowiednio wysokich pozycjach, których liczba jest ograniczona. Generalnie można powiedzieć, że kapitalizm w Polsce zaczął być merytokratyczny, chociaż tylko częściowo i trudno powiedzieć, jak będzie się to dalej rozwijać. Wyższe wykształcenie będzie miało raczej słabnącą „siłę alokacyjną” i wynagradzającą. Być może jednak później odwróci się to, o ile system wykreuje wysokie pozycje zawodowe, zaspokajające aspiracje i odpowiadające poziomowi edukacji kolejnych roczników. Podobnie wyglądało to w Stanach Zjednoczonych, gdzie takich fal inflacji wyższego wykształcenia było już kilka.

A jak teza o merytokracji ma się do częstych opinii o blokowaniu dostępu do pewnych intratnych zawodów, jak adwokaci czy lekarze?

H. D.: Strategie blokowania awansu stosowane były wszędzie i zawsze. Obecnie polegają one m.in. na kreowaniu barier w postaci dodatkowych egzaminów lub specjalizacji wymaganych, żeby wejść do uprzywilejowanego zawodu. Na przykład, w celu uzasadnienia, że syn adwokata zasługuje bardziej na to, aby zostać adwokatem niż – powiedzmy – syn robotnika, korporacje adwokackie postanawiają, że kandydaci do tego zawodu muszą się wykazać doświadczeniem i kwalifikacjami, które niełatwo uzyskać. Większe prawdopodobieństwo ich uzyskania mają synowie i córki adwokatów. Podobne mechanizmy, niekoniecznie w postaci egzaminów, regulują dostęp do branży profesji medycznych, naukowych itd. Uważam jednocześnie, że tego typu działania mają pewne uzasadnienie i nie muszą się kłócić z merytokracją, bo dla zagwarantowania jakości wykonywania zawodu jakieś weryfikacje być muszą. Dążenie do pewnej elitarności jest potrzebne w każdym zawodzie, chociaż ubocznym skutkiem tworzenia tych barier jest to, że zdolni ludzie nie są dopuszczeni do odpowiednich dla nich stanowisk.

W przypadku adwokatów decydują nie tylko egzaminy, ale też niewielka liczba miejsc i bardzo często – dziedziczenie.

H. D.: Nie przeczę, że dziedziczenie jest częste i należy z tym walczyć, choć z drugiej strony – jeżeli w nowoczesnych demokracjach zachodnich praktyk monopolistycznych nie udało się w pełni wyeliminować, to i w Polsce to się nie powiedzie. Poza tym często dzieci adwokatów są naprawdę najlepsze i nie ma w tym nic dziwnego, skoro obcowały z adwokaturą w domu. Nie zmienia to faktu, że efekt dziedziczenia jest niesprawiedliwy w rozumieniu potocznym i niezgodny z ideałem równości szans – syn robotnika i syn adwokata nie startują z jednakowej pozycji. To, że ten drugi jest „obiektywnie” lepiej przygotowany do zawodu, może być właśnie świadectwem nierówności szans, a nie blokowania kanałów awansu. Jest ona związana z pochodzeniem społecznym i występuje w każdym zawodzie: syn robotnika również ma większe szanse zostania robotnikiem, tylko, że może chciałby zostać lekarzem.

Jak dzisiejsi inteligenci wywiązują się z tradycyjnie przypisywanych im powinności, np. z przekazywania społeczeństwu swojej wiedzy i umiejętności?

H. D.: Wielu ludzi uważa, że o przynależności decydują nie tylko pozycje zawodowe, ale i etos inteligencki, czyli kształtowanie tożsamości narodowej, edukowanie społeczeństwa, aktywność obywatelska, postawy społecznikowskie, kreowanie pozytywnych wzorów zachowań itd. Innymi słowy, nie wystarczy wykonywać zawód związany z wysokimi kwalifikacjami, ale trzeba robić coś więcej. Tymczasem w krajach zachodnich inteligenci nie są ludźmi, którzy koniecznie muszą spełniać warunek służby społeczeństwu – wystarczy porządne wykonywanie zawodu.

Z badań nad młodym pokoleniem inteligencji, a właściwie specjalistów zajmujących wysokie pozycje, wynika, że bardzo chętnie realizowaliby oni tradycyjny etos inteligencki, ale nie jest to – ze względu na brak czasu – możliwe. Wyłoniły się dwa konkurencyjne etosy: profesjonalisty i tradycyjnego inteligenta. Ten pierwszy stwarza silną presję na sukces zawodowy, zarabianie pieniędzy, pokusę ekskluzywności i demonstrowania wysokiej konsumpcji. Postawy te są charakterystyczne dla kategorii „profesjonalistów” w krajach zachodnich. Tyle, że tam nie doszło do utraty państwowości jak w przypadku naszego kraju i etos inteligencki zbliżony do polskiego w ogóle nie zaistniał, bo nie było na niego zapotrzebowania. W sytuacji, gdy Polska odzyskała pełną suwerenność, też się ono skończyło. Obecnie mówi się o odchodzeniu od tradycyjnego etosu inteligenckiego – pod presją mechanizmów rynkowych.

Nie tylko po 1989 r., ale już po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. wielu inteligentów porzuciło pracę dla dobra wspólnego.

H. D.: Nie mam pewności, czy inteligenci kiedykolwiek realizowali etos, o którym mówimy, czy też jest to raczej literacki stereotyp. Oczywiście zawsze byli ludzie, którzy pasowali do tego etosu – jak np. obecnie Janina Ochojska. Teza o odchodzeniu od etosu inteligencji opiera się na niepotwierdzonym założeniu, że był on kiedyś powszechnym zjawiskiem, co nie jest oczywiste.

Jakie strategie przyjmują Polacy podczas walki o swoje miejsce w hierarchii społecznej?

H. D.: Takie, jakie stosowane są w innych krajach. Prawie każdy chce się jakoś wyróżnić, niewielu ludziom nie zależy na prestiżu i uznaniu ze strony innych. Nie wystarczą pieniądze, czasem nie wystarczy władza; chodzi o to, żeby inni o nich wiedzieli, o zademonstrowanie swojej wyższości lub wyjątkowości. Polega to m.in. na nabywaniu ubrań, które mogą zaświadczyć o ekskluzywności, albo samochodów, które są coraz częściej traktowane jak wyznaczniki statusu. Własny samochód staje się nie tylko środkiem komunikacji, ale ponosi samoocenę, gdy np. facet na stacji benzynowej podbiega w pierwszej kolejności, żeby przetrzeć szyby, do Mercedesa, a nie do zwykłej Toyoty.

Wyznacznikiem ekskluzywności staje się także własny dom i mieszkanie w zamkniętym osiedlu. Tego co prawda nie widać, ale poprawia to samopoczucie. Zamieszkiwanie w zamkniętych osiedlach jest przykładem wznoszenia barier społecznych i kreowania symboli wyższości. Ludzie w nich mieszkający chcą mieć na to „monopol” i „nie mieszać się” z osobami o niższej pozycji społecznej, bo takie sąsiedztwo może ich „skazić” niższością.

Czasami w Internecie widuje się obrazki pokazujące, jak mieszkają celebryci, np. znani aktorzy, lub dziennikarze o głośnych nazwiskach, którzy nie mają nic przeciwko temu, by ludzie zobaczyli ich wielkie domy, przypominające pałace – w sytuacji, kiedy wielu z oglądających ma problemy z utrzymaniem rodziny. Jest to interesujący przejaw niefrasobliwości, jakby ci, którzy znajdują upodobanie w ostentacyjnej konsumpcji nie mieli instynktu samozachowawczego, zważywszy, że ci, którzy tych zasobów nie mają, mogą się zdenerwować i np. zmobilizować się do działania na rzecz bardziej wyrównanej redystrybucji bogactwa. Mamy w Polsce partie polityczne i grupy nacisku, które mogłyby wymusić wprowadzenie drastycznie wysokich podatków dla najbogatszych, takich jak np. w Szwecji.

Liberałowie powtarzają za Friedrichem von Hayekiem, że zaprzestanie walki z nierównościami spowoduje, że skorzystają wszyscy, i biedni, i bogaci. Jednak nie biorą pod uwagę tego, że nawet jeżeli biedny skorzysta, to istnieje psychologiczny mechanizm względnej deprywacji, który rodzi napięcia i jest podłożem niechęci do elit.

Rozmawiał Konrad Malec, Warszawa, 20 września 2010 r.

Prawie jak w Skandynawii…

Prawie jak w Skandynawii…

Rząd przygotowuje nowelizację ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta. O komentarz na temat planów resortu zdrowia poprosiliśmy dr. Adama Sandauera, honorowego prezesa Stowarzyszenia Pacjentów „Primum Non Nocere”, członka Rady Honorowej „Obywatela”.

* * *

Jakie są założenia projektu przygotowanego przez stronę rządową?
Adam Sandauer: Innowacyjny jest plan powołania komisji, które na drodze pozasądowej miałyby przyznawać prawo do wypłacanego przez ubezpieczyciela odszkodowania za błędy lekarskie. Wprowadzając to rozwiązanie rząd powołuje się na wzorce skandynawskie. Niestety, jest to jedynie udawanie, że coś się robi: w efekcie końcowym niewiele się zmieni. Wspomniane komisje mają orzekać o popełnieniu błędu medycznego, który spowodował szkodę na zdrowiu, i dopiero to będzie podstawą do uzyskania odszkodowania. Zasada postępowania będzie zatem taka sama, jak w sądzie cywilnym, gdzie wymaga się od pacjenta by udowodnił, że poniesiona przez niego szkoda jest zawiniona. Mówienie, że jest to analogia do systemu skandynawskiego, to wprowadzanie w błąd. W państwach skandynawskich nie ma orzekania winy; wystarczy udowodnić, że szkoda jest prawdopodobnie skutkiem niewłaściwego leczenia i nie powinna była wystąpić. Przykładowo: wyobraźmy sobie, że ktoś wyszedł ze szpitala z wirusowym zapaleniem wątroby. W myśl kryteriów zapisanych w projekcie ustawy będzie musiał dowieść, że gdzieś popełniono błąd, np. ktoś wielokrotnie używał tych samych strzykawek, automat do sterylizacji sprzętu był źle ustawiony, ktoś nie umył rąk itp. – przy czym oczywiście wszyscy będą zaprzeczać, że coś takiego miało miejsce. W systemie skandynawskim wystarczy orzeczenie, że zakażenie żółtaczką w trakcie leczenia szpitalnego jest skutkiem nieprzestrzegania zasad higieny i nie jest czymś normalnym. Przyjęcie takiej zasady umożliwia uzyskanie odszkodowania i środków na życie tym, których pozwy były wcześniej oddalane. W Szwecji po wprowadzeniu tego rozwiązania liczba osób otrzymujących odszkodowania wzrosła do ok. czterech tysięcy rocznie – z kilkudziesięciu, które uzyskiwały wcześniej odszkodowania w sądach.
Wspomniany system jest bardzo szeroki i stanowi rodzaj ubezpieczenia od następstw, które nie powinny nastąpić; gwarantuje wypłatę odszkodowania nawet wtedy, gdy nie można znaleźć winnego. W Polsce postanowiono przyjąć zasadę konieczności stwierdzenia błędu medycznego, jednocześnie ograniczając maksymalną wysokość odszkodowań: za okaleczenie proponuje się do 100 tys. zł, za śmierć – do 300 tys. Uzasadnia się to źle działającymi sądami powszechnymi oraz wieloletnimi postępowaniami. Komisje mają szybciej przyznawać odszkodowania, ale w zamian żąda się odstąpienia od roszczeń cywilnych. To skandal, że szantażuje się poszkodowanych złym funkcjonowaniem sądów i przewlekłością postępowań, by zrezygnowali z części roszczeń. Jeżeli władze państwa zdają sobie sprawę z wad systemu sprawiedliwości, to powinny go naprawić. Odszkodowanie, zgodnie ze swoją nazwą, ma rekompensować szkodę, a nie jej część. W krajach skandynawskich pacjenci otrzymują niższe odszkodowania, gdy ustalenie winnego uszczerbku na ich zdrowiu jest niemożliwe. Tam powstał system zabezpieczeń społecznych dla poszkodowanych, u nas tworzy się system ograniczania wydatków.

Może chociaż dzięki zmianom pacjentom łatwiej będzie dochodzić swoich praw?
A. S.: By być sprawiedliwym, trzeba przyznać, że proponowany system posiada jeden plus. Zdarza się, że dyrektor szpitala wie, iż w jego placówce stało się coś złego – i chciałby zawrzeć ugodę pozasądową. Obecnie podpisując takie porozumienie, naraża się na oskarżenia o brak dyscypliny budżetowej, niegospodarność i wydatki bez podstawy prawnej. Dyrektorzy unikają więc takich ugód, obawiając się złamania kariery. W najprostszych przypadkach, gdzie strony są zgodne, nikt nie chce „zamiatać sprawy pod dywan”, orzeczenie komisji da możliwość szybkiego zakończenie sprawy i wypłaty środków. Niestety, o wysokości odszkodowania nie będzie orzekać komisja, lecz proponował ją będzie zakład ubezpieczeniowy, z którym placówka ma zawartą umowę. Jeżeli poszkodowany nie zgodzi się na przyjęcie odszkodowania w zaproponowanej wysokości, nie będzie miał możliwości odwołania się. Do tego w projekcie ustawy nie ma zapisanych żadnych kryteriów, według których ubezpieczyciel miałby obliczać wysokość odszkodowania, choć jest oczywiste, że będzie się starał wypłacić jak najmniejszą kwotę.

Jak powinny wyglądać zmiany przepisów, by realnie poprawić sytuację ofiar błędów lekarskich?
A. S.: Najlepiej wprowadzić system rzeczywiście wzorowany na skandynawskim, w którym komisja nie orzekałaby, gdzie popełniono błąd, tylko czy dane powikłanie miało prawo wystąpić. Po drugie, nawet jeżeli ktoś otrzyma odszkodowanie, nie powinno mu to zamykać drogi do postępowania sądowego. Jeżeli pacjent będzie w stanie udowodnić, że szkoda jest zawiniona, kwota przyznana mu na mocy wyroku sądowego byłaby pomniejszona o tę otrzymaną wcześniej.

Rozmawiał Konrad Malec, 15 października 2010 r.

Przeszłość dla przyszłości

Przeszłość dla przyszłości

W całym kraju działacze stowarzyszenia Młodzi Socjaliści czynią zabiegi o nadanie ulicom imion wybitnych działaczy lewicowych, jak Irena Sendlerowa, która uratowała w czasie wojny tysiące żydowskich dzieci. O motywacje przyświecające inicjatorom akcji spytaliśmy Aleksandrę Zarzeczańską, koordynatorkę regionalną stowarzyszenia w woj. śląskim.

* * *

Jakiś czas temu Młodzi Socjaliści rozpoczęli starania o nadanie ulicom w całej Polsce imion szeregu postaci o lewicowych przekonaniach. Jakie są to osoby?

Aleksandra Zarzeczańska: Pomysł nadania ulicom patronatów zasłużonych działaczy lewicy zrodził się po śmierci Ireny Sendlerowej, w 2008 r. Zastanawialiśmy się wówczas, w jaki sposób możemy godnie upamiętnić tę wielką bohaterkę, która powinna być dla każdego z nas wzorem do naśladowania. Początkowo organizowaliśmy akcje tylko na rzecz pielęgnowania pamięci o Sendlerowej, później zaczęliśmy wnioskować o uhonorowanie także innych działaczy: Marcela Szarego w Gdańsku, a ostatnio również w Bydgoszczy, czy Edwarda Bettmana we Włocławku. W przyszłości chcemy rozszerzyć to grono o takich ludzi lewicy, jak Kazimierz Pużak, Ignacy Daszyński czy Edward Abramowski. Naszym celem jest zachowanie społecznej pamięci o tych wybitnych postaciach.

Jak w praktyce wyglądają Wasze usiłowania?
A. Z.: W poszczególnych miastach funkcjonują inne zasady regulujące nadawanie nazw ulicom, więc nie jesteśmy w stanie ujednolicić naszych działań – w każdej miejscowości musimy dowiedzieć się, w jaki sposób można wcielić nasz pomysł w życie. W moim rodzinnym Bytomiu, gdzie wraz z lokalnymi działaczami Młodych Socjalistów staraliśmy się o nadanie ulicy imienia Ireny Sendlerowej, mieliśmy teoretycznie cztery możliwości zgłoszenia naszej inicjatywy do Rady Miejskiej: wnioskiem prezydenta miasta, grupy minimum trzech radnych, przy poparciu co najmniej 100 mieszkańców lub jako instytucja mająca swoją siedzibę w Bytomiu. Postanowiliśmy porozmawiać z jednym z radnych miasta, który zdecydował się nam pomóc i zdobył wymagane poparcie ze strony Rady Miejskiej. Dzięki temu wniosek mógł trafić do porządku obrad zbliżającej się sesji. Ponadto, jako wnioskodawcy, byliśmy zobowiązani do wskazania takiej ulicy, której patronką można by uczynić właśnie Sendlerową. W czerwcu ubiegłego roku odbyła się sesja Rady, podczas której przegłosowano nasz wniosek i po kilku miesiącach bohaterska socjalistka została patronką jednej z bytomskich ulic.
Podobne działania podjęliśmy m.in. w Lublinie, Toruniu, Wałbrzychu, Olsztynie i Elblągu. Oprócz Bytomia pomyślny finał znalazła także inicjatywa lubelska; nad pozostałymi wnioskami nadal pracujemy.

Ktoś mógłby zapytać, czy nie szkoda Wam czasu na „zabawę w symbole”, skoro można by go poświęcić na rozwiązywanie palących kwestii społecznych.
A. Z.: Oczywiście nie jest tak, że przedkładamy sprawę nazywania ulic naszych miast nazwiskami zasłużonych lewicowców ponad realną pracę w walce o prawa człowieka. Powodów, dla których zajmujemy się właśnie tą kwestią, jest kilka. Po pierwsze, jesteśmy dość młodzi – wiele moich koleżanek i kolegów jest jeszcze nastolatkami i jest to dla nich jedna z prostszych form zaangażowania się w działalność stowarzyszenia. Łatwiej jest zebrać podpisy pod petycją do Rady Miejskiej i czekać na efekty, niż przejechać połowę Polski na demonstrację pracowniczą czy blokadę eksmisji. Dzięki takim akcjom, które nie są nadzwyczaj absorbujące, możemy zrobić coś dobrego na własnym podwórku. Co więcej, poza ich symbolicznym wymiarem – upamiętnieniem bohaterów, często zapomnianych – mają one także walor praktyczny. Dzięki nim poznajemy swój samorząd oraz prawa, jakimi się rządzi, a także wykorzystujemy narzędzia demokracji partycypacyjnej, niestety bardzo ubogie w naszym kraju. Mam nadzieję, że to doświadczenie wykorzystamy w walce o poprawę losu „zwykłego Kowalskiego”.
Nie bez znaczenia pozostaje aspekt edukacyjny. Osoby, które chcemy uczynić patronami naszych ulic, są wzorami godnymi naśladowania. Liczymy na to, że utrwalając pamięć o nich i ich dokonaniach, jednocześnie zainspirujemy kogoś do podążania drogą pracy dla znajdujących się w trudniejszej sytuacji.

Z jakim przyjęciem spotyka się Wasza akcja?
A. Z.: Zwykle z bardzo pozytywnym, i to nie tylko wśród osób o lewicowych poglądach. Zdarzyło nam się nawet usłyszeć uprzejme opinie ze strony prawicowych aktywistów, którzy ciepło wspominali postać Ireny Sendler. W Bytomiu radni potrafili wspólnie przegłosować nasz wniosek, mimo różnic, które ich na co dzień dzielą. „Za” byli nawet ci, którzy z trudem wymawiają słowo „socjalizm”; w kontekście naszych bohaterów nie mają z tym problemów. Lewica w Polsce musi niestety ciągle udowadniać społeczeństwu, że nie dąży do powrotu systemu sprzed 21 lat. Takie inicjatywy to z pewnością kolejny krok w kierunku normalizacji wizerunku lewicy – pokazujemy w ten sposób, że prawdziwy socjalizm to synonim walki o człowieczeństwo, czego dowód dali swoim życiem wspomniani działacze, a nie patologie rodem z PRL.

Rozmawiał Konrad Malec, 1 października 2010 r.

Są skuteczniejsze instrumenty

Są skuteczniejsze instrumenty

O komentarz w sprawie wysokości płacy minimalnej poprosiliśmy dr hab. Ryszarda Bugaja z Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN, doradcę ekonomicznego m.in. NSZZ „Solidarność” (od 1980 r.) oraz prezydenta RP, Lecha Kaczyńskiego.

* * *

W przyszłym roku płaca minimalna wyniesie 1400 zł. Czy da się za tę kwotę godnie przeżyć?
Ryszard Bugaj: Nie istnieje tutaj żadna obiektywna i ścisła miara, którą moglibyśmy zastosować. Odpowiedź na tak postawione pytanie jest w gruncie rzeczy kwestią przekonań społecznych – tego, co uznajemy za zupełne minimum. Równie istotna okoliczność to kwestia tego, na ile umiemy respektować tę normę. Trzeba bowiem zdać sobie sprawę, że jeżeli istnieje możliwość ucieczki pracodawców do szarej strefy, to owa norma ma wtedy dość ograniczone znaczenie – działa przede wszystkim w większych zakładach pracy, w których sprawnie funkcjonuje chociażby system ewidencji. Do sprawy płacy minimalnej nie przywiązywałbym zatem tak ogromnego znaczenia. Inne czynniki, wśród których wskazałbym przede wszystkim poprawę samoorganizacji i ochrony prawnej pracowników, odgrywają w moim przekonaniu dużo ważniejszą rolę.
Jednakowoż uważam, że podwyższenie wspomnianej kwoty jest absolutnie konieczne, i że wysokość płacy minimalnej winna być powiązana z wysokością płac maksymalnych. Nie chodzi nawet o to, aby ustawowo ograniczać najwyższe wynagrodzenia, ale o to, aby zdać sobie sprawę z tego, że tak niskiej stopy podatkowej od wysokich dochodów nie ma nigdzie na Zachód od Polski. W ślad za tym faktem powinna iść „hojna” regulacja dotycząca płacy minimalnej. Czy może się to przełożyć na spadek zatrudnienia, jak utrzymują liberalni ekonomiści? W bardzo szczególnych sferach, jak gastronomia, może wystąpić taki efekt. Natomiast generalnie rzecz biorąc, wysokość płacy minimalnej ma moim zdaniem bardzo niewielkie znaczenie dla rozmiarów zatrudnienia. W przypadku większości gałęzi gospodarki jest ono funkcją technologii i niezależnie od tego, czy płace są w nich trochę wyższe, czy trochę niższe – zatrudniają tyle samo ludzi.

Nawet jeśli wszyscy dorośli członkowie kilkuosobowej rodziny mają pracę, zarobki zbliżone do płacy minimalnej stawiają ją w trudnej sytuacji społecznej.
R. B.: Problem ubóstwa nie powinien być, moim zdaniem, rozwiązywany za pośrednictwem podwyższania płacy minimalnej. Zawsze byłem i wciąż jestem zwolennikiem ulg podatkowych na dzieci, chociaż nie musi to być jedynym słusznym rozwiązaniem. Jeżeli dochód jest tak niski, że faktycznie nie można odliczyć ulgi, powinno istnieć jeszcze inne rozwiązanie. Paradoksalnie, idea bardzo liberalnego ekonomisty, Miltona Friedmana – wprowadzenie tzw. podatku negatywnego – jest w takim przypadku koncepcją, z której powinno się skorzystać. Stosuje się wtedy wyliczenie dotyczące sytuacji rodziny i szuka jakiejś formy rekompensaty, pozwalającej na dopełnienie dochodów – nie płacy! – do pewnej minimalnej wysokości. Tego rodzaju rozwiązania nie są w Polsce w ogóle stosowane.

Tysiąc czterysta złotych to mniej więcej tyle, ile pochłaniają co miesiąc wszystkie moje opłaty…
R. B.: Możliwie zobiektywizowany rachunek od strony wydatków nie jest prosty, dlatego że sytuacja poszczególnych ludzi jest pod tym względem bardzo zróżnicowana. Jeżeli np. weźmiemy gospodarstwo domowe, nawet z dzieckiem, ale mieszkające przy rodzicach w domu jednorodzinnym i de facto nie ponoszące kosztów utrzymania mieszkania, to jest to sytuacja nieporównywalna z gospodarstwem, które zmuszone jest wynająć mieszkanie na wolnym rynku, zwłaszcza w większym mieście; w tym drugim przypadku płaca minimalna może nie wystarczyć nawet na czynsz. Albo inna sytuacja, wcale nie taka rzadka: ktoś zatrudniony na umowę o pracę otrzymuje pensję zbliżoną do minimalnej, ale ma relatywnie spore dochody z prac zleconych czy honorariów. Sytuacja dochodowa takiej osoby może być zupełnie dobra. Ponownie zatem podkreślam – płaca minimalna to instrument, którego skuteczność w rozwiązywaniu problemów społecznych jest dość ograniczona.

Nierównowaga na rynku pracy zmusza część pracowników do przyjmowania bardzo niekorzystnych warunków. Sam przez kilka lat pracowałem m.in. w zakładzie komunalnym, gdzie płacono żałośnie mało.
R. B.: Obawiam się, że zwiększając płacę minimalną nie rozwiążemy także tego problemu. Jest to bowiem instrument, który działa mało selektywnie. Myślę, że przykłady, które podałem – zróżnicowania sytuacji mieszkaniowej, rodzinnej, czy dochodowej – pokazują, że płaca minimalna ma ograniczony potencjał oddziaływania jako regulator minimalnych dochodów.
Nie zmienia to w niczym faktu, że podział dochodu narodowego powinien być w naszym kraju znacznie bardziej egalitarny, niż ma to obecnie miejsce. Najlepiej dążyć do tego przy pomocy wydajnych instrumentów podatkowych, a nie administracyjnych. Tymczasem Polska poszła w kierunku prawie że zwolnienia najwyższych dochodów z opodatkowania. Trzeba bowiem pamiętać, że najbogatsi samozatrudnieni mają prawo do niskiego podatku liniowego, co skutkuje ogromnymi nierównościami dochodowymi. Tego problemu nie da się rozwiązać zwiększając wysokość płacy minimalnej, choć jest to recepta dość spektakularna.

Rozmawiał Konrad Malec, 28 września 2010 r.