przez administrator | wtorek 1 marca 2011 | nasze rozmowy
Od połowy lutego trwa akcja na rzecz ochrony najcenniejszych obszarów Puszczy Białowieskiej. O jej celu i przebiegu rozmawiamy z Robertem Cyglickim, dyrektorem Greenpeace Polska.
***
Czemu Puszcza Białowieska jest ważna?
Robert Cyglicki: To ostatni naturalny las nizinny w strefie umiarkowanej w Europie. Jest on olbrzymim laboratorium naukowym, ale również miejscem, w którym możemy zobaczyć, jak wyglądały lasy pokrywające Europę kilka tysięcy lat temu, zanim człowiek zaczął je eksploatować.
Dlaczego Greenpeace rozpoczął obecną akcję w obronie Puszczy?
R. C.: Cofnijmy się do sierpnia ubiegłego roku. Organizacjom ekologicznym udało się wówczas podpisać porozumienie z Ministerstwem Środowiska, na mocy którego miało zostać ograniczone pozyskiwanie drewna z Puszczy. Ten warunek został spełniony. Równocześnie wycinka drzew miała ulec przeniesieniu poza tereny najcenniejsze przyrodniczo. W tej sprawie miało dojść do spotkania ekspertów, aby sprecyzować, jakie kryteria przyjmiemy dla określenia, czym są takie obszary.
Niestety ten warunek nie został dotrzymany przez stronę rządową. Wiemy, że kryteria, które Ministerstwo przesłało do Lasów Państwowych, nie pokrywają się z kryteriami przygotowanymi przez naukowców. Zorganizowaliśmy leśne patrole w Puszczy Białowieskiej, aby zweryfikować, czy w najcenniejszych obszarach tego unikalnego lasu trwa wycinka. Niestety, okazało się, że wbrew obietnicom i publicznym deklaracjom Ministra Środowiska, wycinka trwała i trwa. Przygotowujemy mapę tych miejsc, którą przekażemy Ministerstwu i oczekujemy, że na jej podstawie plany cięć zostaną zweryfikowane. Rzeczniczka ministra Kraszewskiego zapowiada to w mediach od początku trwania naszych patroli.
Jak przebiega akcja?
R. C.: Weryfikujemy w terenie miejsca potencjalnego konfliktu, które wyznaczyliśmy w oparciu o analizę przygotowaną przez naukowców i przy pomocy geograficznych systemów informacyjnych pod kątem tego, gdzie planowana jest wycinka. Pracujemy w trzech zespołach, w każdym mamy zawodowego przyrodnika – osobę, która pomaga nam porównać dane zawarte w tabelach z tym, co widzimy w terenie. W ten sposób sprawdzamy również, jakiego rodzaju cięcia są planowane na terenie Puszczy Białowieskiej oraz w jaki sposób będą one oddziaływać na dany fragment naturalnego lasu. Będąc w Puszczy, sprawdzamy również na miejscu, gdzie wycinka już miała miejsce. Po kilku dniach zidentyfikowaliśmy co najmniej dziesięć obszarów cennych przyrodniczo, na których doszło do wycinki drzew, a tym samym zniszczono ciągłość pokoleniową lasu.
Greenpeace ma opinię organizacji „zadymiarskiej”, tymczasem okazuje się, że współpracują z Wami naukowcy. Jacy naukowcy i czemu zdecydowali się na wsparcie „zadymiarzy”?
R. C.: Nie jesteśmy „zadymiarzami”. Akcje organizujemy dopiero wtedy, gdy inne metody zawodzą. Nikt przy zdrowych zmysłach nie siedziałby 2 tygodnie w lesie przy -20 stopniach, jeśli można by to było załatwić rozmową. Niestety inne metody zawiodły. Minister Środowiska wydaje się być głuchy na nasze argumenty lub nie panuje nad własnym resortem.
Naukowcy wspierają nas przy każdej kampanii. Nie jest tajemnicą, że badacze Puszczy Białowieskiej zabiegają od co najmniej kilkunastu lat o poszerzenie Białowieskiego Parku Narodowego i zmniejszenie pozyskania drewna w Puszczy Białowieskiej. Niestety, przez te kilkanaście lat niewiele udało się zrobić. Argumenty merytoryczne, opracowania naukowe, dziesiątki spotkań – nie przyniosły pożądanego efektu.
Obecną akcję rozpoczęliśmy po odpowiednim przygotowaniu i zapewnieniu wsparcia naukowców i badaczy Puszczy, którym od lat zależało na jej ochronie. Współpracujemy głównie z biologiem lasu, prof. Tomaszem Wesołowskim, a także z prof. Wiesławem Walankiewiczem, który na zlecenie stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot wykonał wiele opracowań dotyczących Puszczy. Dzięki ich analizom wiemy, gdzie są cenne tereny, które powinniśmy chronić. Lista naukowców jest o wiele dłuższa i nie sposób wszystkich wymienić, więc pozwolę sobie zwrócić uwagę jeszcze tylko na prof. Jerzego Gutowskiego oraz dr. Przemysława Chylareckiego.
Społeczność lokalna jest nastawiona raczej niechętnie do organizacji ekologicznych. Jak przyjmują obecną akcję Greenpeace’u i jakie propozycje Greenpeace ma dla społeczności lokalnej?
R. C.: Ci ludzie są nieufni wobec akcji dotyczącej rozszerzania parku narodowego, bo jak sami podkreślają, zdarzało się w przeszłości, że byli oszukiwani. Wsłuchujemy się w te głosy, bo nie jesteśmy zamknięci na dialog. Wydaje nam się, że najpilniejszą potrzebą lokalnej społeczności jest to, aby rzeczywistością stały się deklaracje ministra z października ubiegłego roku – chodzi o przeznaczenie drewna na opał dla lokalnych potrzeb. Takiego drewna w tym momencie nie ma. To jest do zrobienia, ale wymaga szczególnego podejścia wobec Puszczy Białowieskiej i zaprzestania sprzedaży drewna przez Lasy Państwowe za pomocą aukcji internetowych.
Czemu drewno nie trafia do społeczności lokalnej, skoro jest pozyskiwane na miejscu?
R. C.: Wynika to z ogólnopolskiego zarządzenia Generalnego Dyrektora Lasów Państwowych, które reguluje sposób sprzedaży drewna. Zgodnie z nim, większość drewna musi być sprzedawana poprzez aukcje internetowe. Lokalna ludność nie jest w stanie stanąć do takiego przetargu i konkurować z dużymi nabywcami.
Pozostaje mi życzyć powodzenia w działaniach na rzecz objęcia całej Puszczy Białowieskiej parkiem narodowym.
R. C.: Oczywiście byłoby dobrze, gdyby cały obszar Puszczy został objęty ochroną w formie parku narodowego, ale takie stwierdzenie działa na lokalną ludność jak płachta na byka. Powinniśmy dążyć do tego, aby Puszcza Białowieska była dobrze chroniona. Możemy to osiągać poprzez zadania planu Natura 2000, ograniczenie pozyskania drewna, powołanie nowych rezerwatów – form ochrony Puszczy Białowieskiej jest mnóstwo, brakuje tylko ich wdrożenia.
Osobiście jestem ciut zawiedziony…
R. C.: Prowadzimy kampanie po to, żeby je wygrywać, nie po to, żeby je prowadzić. Jeżeli są inne metody ochrony Puszczy Białowieskiej, to nie będziemy się upierać przy parku narodowym. Nie o to chodzi, abyśmy nazywali sobie coś tak czy inaczej. Przypomnę tylko, że Minister Środowiska chciał włączyć do parku narodowego istniejące rezerwaty przyrody. Jaką korzyść przyniosłoby to z punktu widzenia ochrony Puszczy? Żadną. Nazwanie czegoś parkiem narodowym, a jednocześnie utrzymanie takiego a nie innego rygoru gospodarki leśnej, spowoduje, że nie będzie się to niczym różniło od sytuacji, gdyby to nadal był rezerwat czy leśny kompleks promocyjny. Wszystko zależy od tego, jakiego rodzaju działalność będzie tutaj prowadzona. Proszę pamiętać, że około 60% cięć na terenie Puszczy Białowieskiej to tzw. cięcia sanitarne. Takie cięcia robi się też na terenie parków narodowych w całej Polsce. Parki narodowe same w sobie nie są gwarantem bezwarunkowej ochrony przyrody.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 22 lutego 2011 r.
przez admin | sobota 19 lutego 2011 | nasze rozmowy
Rok temu, jako pierwsi, pisaliśmy o fatalnym traktowaniu pracowników Fiat Auto Poland. Tydzień temu media doniosły, że w tyskiej fabryce miał miejsce sabotaż – uszkodzono ok. 300 samochodów. O sytuacji w zakładzie rozmawiamy z Fiatowcem, redaktorem bloga pracowniczego i przedstawicielem Tajnej Komisji Zakładowej „Solidarność.pl”.
***
Przed rokiem rozmawialiśmy o fatalnej sytuacji pracowników polskiego oddziału Fiata. Czy coś się przez ten czas zmieniło?
Fiatowiec: W tym czasie doszło do eskalacji niepokojących zjawisk. Znacząco nasiliły się mobbing i dyskryminacja. Kierownicy ciągle straszą pracowników zwolnieniem lub nieprzedłużeniem umowy o pracę. Wmawiają robotnikom, że wypisanie się ze związku zawodowego pomoże im w awansie lub przedłużeniu umowy o pracę.
W dodatku w ubiegłym roku, w okresie postojów, zmuszano pracowników do podpisywania podań o urlop bezpłatny oraz do pokrywania urlopem wypoczynkowym dni postojowych. Prokuratura w Tychach prowadzi w tej sprawie postępowanie. Wszystkie te działania potwierdziła w protokole pokontrolnym Państwowa Inspekcja Pracy.
Załoga czuje się obecnie zastraszona i zaszczuta. Nawet zmiany z pozoru pozytywne, jak wstrzymanie pracy w soboty, spowodowały realny spadek zarobków.
Podczas poprzedniego spotkania Pan i inni rozmówcy wskazywaliście na patologie związków zawodowych, które bardziej były zainteresowane dobrymi układami z dyrekcją, niż ochroną pracowników. Czy w tej kwestii coś uległo zmianie?
F.: Od naszej ostatniej rozmowy część związków, a szczególnie „Solidarność”, zaczęła aktywniej bronić praw pracowniczych i domagać się godnej zapłaty za pracę 5 dni w tygodniu. „Solidarność” zorganizowała cykl pikiet przed bramami FAP, co odbiło się szerokim echem w mediach. Następnie, jeszcze w ubiegłym roku, wszczęła procedurę sporu zbiorowego, bo to najskuteczniejsza metoda uzyskania podwyżek dla załogi.
To jednak spotkało się z nieprzychylnym komentarzami „dyrektorskich” związków zawodowych, szczególnie „Sierpnia ’80”, który przez całe lata był zblatowany z dyrekcją. Jego działacze twierdzili, że „Solidarność” prowadzi niebezpieczną grę z dyrekcją. Takie twierdzenia to czysta głupota, bo to „Solidarność” jako jedyny związek zawodowy potrafiła wybronić pracowników przed zwolnieniami. Mało tego, to „Solidarność” w trakcie negocjacji, gdy ustalano premię świąteczną (tzw. nagrodę na karpia) argumentowała, że ujemny wynik finansowy nie jest faktycznym odzwierciedleniem kondycji firmy, która w minionym roku zainwestowała w tyską fabrykę prawie 1,4 mld zł. Jednak inne związki obecne przy stole negocjacyjnym nie bardzo rozumiały, o czym mówią negocjatorzy „Solidarności” i ich przedstawiciele torpedowali te wypowiedzi. Taki jest prawdziwy obraz „Sierpnia ’80”. Związek ten robi dużo szumu medialnego, za którym nie idzie praktyka, a przecież liczą się tylko słowa mające pokrycie w czynach i faktach.
Ostatnie działania „sierpniowców” zaskakują, ale przyczyna jest dość prozaiczna. Okazało się, że „dyrekcyjnym” działaczom zajrzał strach w oczy, bo pracownicy zaczęli się masowo wypisywać z „wakacyjnego związku”, jak go określają w fabryce. Z naszych ustaleń wynika, że do tej pory wypisało się ponad 200 osób, więc w efekcie dyrekcja FAP podobno chce „Sierpniowi ‘80” zabrać jeden etat biurowy. Właśnie tego boją się pseudodziałacze – powrotu do pracy na liniach montażowych.
Mniej więcej w październiku, pseudozwiązkowcy z „Sierpnia ’80” zaczęli informować załogę, że „od kilku dni” (cytat z ulotki) bronią praw pracowniczych. Oczywiście nikt w to nie uwierzył, bo przecież to niemożliwe, skoro przez 17 lat sprzedawali nas za marne srebrniki i chodzili na pasku dyrekcji. Od tego momentu zaczęli pokazywać pazurki i nie przystali na propozycję dyrekcji, by odpracować kilka dni postojowych w soboty w roku 2011. Niestety stało się to przyczyną nieprzedłużania przez dyrekcję umów o pracę na czas określony lub przedłużano je tylko o kolejny miesiąc. Wywołało to niezdrową sytuację i zaczęło się szukanie winnych przez załogę we własnych szeregach.
Przed kilkoma dniami media obiegła sensacyjna wiadomość o celowym uszkodzeniu ponad 300 samochodów przez zdesperowanych pracowników, którym nagle obcięto pensje. Proszę przybliżyć te wydarzenia.
F.: Zacznijmy od tego, że pensje nie zostały obcięte. Nasze niskie zarobki za styczeń są efektem porozumień podpisywanych – m.in. przez „Sierpień ’80” – z dyrekcją przez ostatnie kilkanaście lat. Przecież dyrekcja, za ich przyzwoleniem, uzależniła nasze wypłaty od dodatków do pensji. Te niby coroczne podwyżki pensji były tylko dodatkami zależnymi od pracy w soboty. Było to tak: jeśli pracujesz w sobotę lub niedzielę, to masz kasę – nie pracujesz, to masz znacznie mniej.
Wtedy Franciszek Gierot, szef „Sierpnia ‘80” w FAP, nie myślał, co będzie, gdy skończą się soboty pracujące lub dyrekcja stwierdzi, że kondycja firmy jest słabsza. To właśnie dzięki Gierotowi i jego kumplom z zarządu „Sierpnia ’80” mamy to, co mamy w Fiat Auto Poland. Podpisywał, co dyrekcja kazała i sądził pewnie, że boom na nasze samochody będzie trwał wiecznie, a my będziemy pracowali w soboty jeszcze długo.
Niestety tak się nie stało i teraz odczuwamy skutki. Pracownicy, szczególnie młodzi, poczuli się oszukani, gdy 10 lutego br. otrzymali wypłaty po 1400-1600 zł na rękę. Wtedy właśnie powstał szum w fabryce, był to temat, na który żywo dyskutowali robotnicy, szczególnie na wydziale montażu. Nie mogli tego przepuścić działacze „Sierpnia ’80” i podsycali ten niepokój w rozmowach z załogą.
Czy oni podsunęli pomysł celowego uszkadzania aut? Tego nie wiem, ale jakoś dziwnie od II zmiany zaczęło schodzić coraz więcej samochodów, które miały usterki. W każdej fabryce samochodów w trakcie procesu produkcyjnego dochodzi do odstępstw, które są korygowane w specjalnej komórce, u nas w FAP zwanej „funkcjonowanie”. Właśnie tam trafiają auta, które mają jakieś usterki i tam są one usuwane. Zwykle jest to niewielki procent produkcji. 300 uszkodzonych samochodów to nie jest normalne. Jeśli uszkodzenia były celowe, to najpewniej powstały na „zamówienie” Gierota, by miał „medialne newsy”. Zastanawiam się, na czyje zlecenie działał Franciszek Gierot mówiąc o tym, że załoga sabotowała produkcję. Czy ktoś mógł go o to poprosić? Czy może to gra polityczna? Przecież w tym roku mamy wybory parlamentarne, a „sierpniowcy” są powiązani z Polską Partią Pracy, która zawsze startuje.
Ten człowiek nigdy nie bronił pracowników. Gdy przychodzili do niego pracownicy, straszył ich, mówiąc „ja cię załatwię, przestaniesz pracować, zadzwonię do twojego kierownika”, co zresztą przyznawali sami działacze jego związku. Wcześniej zmuszali ludzi do pracy w soboty i w niedziele, udowadniając im, że mają obowiązek pracy w te dni, zamiast bronić ich przed pracą niezgodną z Kodeksem pracy. Zawsze twierdził, że on nic nie może, więc najlepiej niech się teraz sam zwolni, nim go ludzie na taczkach wywiozą za bramę fabryki.
Pierwsze przesłanki ku takim obawom już ma. Wieść zakładowa niesie, że w sobotę, 12 lutego, pracownicy po III zmianie nie wytrzymali jego insynuacji i manipulacji medialnych, poszli do jego siedziby i ją zdemolowali, bo jego samego tam nie zastali. Dzięki jego ostatniemu medialnemu szaleństwu, z tzw. sabotażem, mamy zaostrzony rygor w pracy. Nic w ten sposób nie osiągnięto.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 18 lutego 2011 r.
przez admin | środa 9 lutego 2011 | nasze rozmowy
Już dawno zarobili na emeryturę
Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych przygotowało obywatelski projekt ustawy emerytalnej. Umożliwi on przejście na emeryturę po przepracowaniu 35 lat przez kobiety i 40 lat przez mężczyzn, niezależnie od wieku. O założeniach projektu i jego losach rozmawiamy z Grzegorzem Ilką, sekretarzem prasowym OPZZ.
***
Proszę powiedzieć o założeniach inicjatywy OPZZ.
Grzegorz Ilka: Projekt ustawy stworzyliśmy z myślą o osobach, które wcześnie rozpoczęły pracę zawodową. Chcemy, aby można było przechodzić na emeryturę, jeżeli ma się przepracowane 35 lat w przypadku kobiet i 40 lat w przypadku mężczyzn. Ten postulat zaistniał już wśród 21. postulatów w sierpniu 1980 r., z tą różnicą, że wówczas żądano przejścia na emeryturę po 30 i 35 lat. Od tamtej pory wydłużyła się średnia długość życia, więc go lekko zmodyfikowaliśmy.
W PRL istniało wiele szkół przyzakładowych, w których po roku nauki od razu przystępowało się do pracy, w ramach zajęć praktycznych. Tak było np. w górnictwie. Dotyczyło to przede wszystkim zawodów fizycznych. W trakcie zbierania podpisów dotarło do nas, że taka sytuacja występowała również w rzemiośle. Na przykład jeśli młody człowiek kończył szkołę podstawową i szedł na przyuczenie do fryzjera, to przyuczenie polegało na praktyce, czyli zwykłej pracy. Otrzymywaliśmy wiele listów, w których ludzie opisywali, że rozpoczynali pracę zawodową przed ukończeniem 18. roku życia. Problem polega na tym, że w tej chwili to są osoby dość mocno wyeksploatowane fizycznie i psychicznie.
To ciekawy postulat, zważywszy na dominujące wśród ekonomistów przekonanie, że należy wydłużać czas pracy.
G.I.: Ludzie, którzy przepracowali 35-40 lat, wypracowali sobie taką składkę, że mogą spokojnie przejść na całkiem przyzwoitą emeryturę, niezależnie od tego, czy osiągnęli ustawowy wiek 60 lub 65 lat. Nasza propozycja zawiera wyliczenia pokazujące, że te osoby mają wypracowaną emeryturę. Mówiąc brutalnie, osoby, które bardzo wcześnie rozpoczęły pracę fizyczną, rzadko dożywają sędziwego wieku, zatem kwoty wypłacane z ZUS w ramach świadczenia emerytalnego nie byłyby szaleńcze.
Chcemy dać im szansę skorzystania z uroków emerytury. Byłoby to też elementarnie sprawiedliwe, aby ludzie, którzy rozpoczęli pracę w wieku np. 16 lat, nie musieli pracować dłużej od tych, którzy weszli na rynek pracy jako 24-latkowie. Obecnie są po prostu zmuszeni przez ustawodawstwo do znacznie dłuższej i ciężkiej pracy, pomimo tego, że tak naprawdę ich składki emerytalne już od dawna „leżą” w ZUS-ie.
Brzmi to bardzo pięknie, tymczasem rząd mówi o braku pieniędzy w publicznej kasie na „wcześniejsze” emerytury.
G.I.: To taka „zabawa” z cyklu „ratujemy finanse publiczne”. Rząd nam mówi, żebyśmy odkładali pieniądze na emerytury, żebyśmy sobie na nie zarobili. Jeśli przyjąć taki sposób myślenia, jaki promują ekipy liberalne, to ci ludzie już dawno zarobili na odpoczynek, tyle że nie w OFE, lecz w ZUS.
To, że państwo traktuje ZUS tylko jak kawałek wydzielonego konta budżetu, nie zaś jako formę samoistnego funduszu, nie jest winą ciężko pracujących ludzi. Przez wiele lat kolejne rządy traktowały ZUS jak dojną krowę. Nawet jeśli w ZUS były pieniądze większe niż przewidywano, to zwyczajnie je wciągano do budżetu. I teraz ciężko spracowanym ludziom, którzy na swój fundusz emerytalny do ZUS przez lata regularnie płacili, mówi się, że Polska ma problemy ekonomiczne. Przecież to nie ich wina, że państwo w międzyczasie wydało te pieniądze na inne rzeczy.
Nie wydaje się Panu dziwne, że z jednej strony mamy wysokie bezrobocie, a z drugiej zmusza się ludzi do dłuższej pracy?
G.I.: Z punktu widzenia rynku pracy to zupełny absurd, ale w tym szaleństwie jest metoda. Pozwala to utrzymywać wysokie bezrobocie, a to z kolei ułatwia szantażowanie pracowników, gdy zaczynają się upominać o podwyżki. Mam wrażenie, że w uzasadnieniach ludzi typu Jeremi Mordasewicz, gdzieś w podtekście leży właśnie takie myślenie. Przecież ludzie wycieńczeni wieloletnim wysiłkiem, przy coraz bardziej niestabilnym rynku pracy, nie znajdą sobie miejsca. Pozostanie im zasilić szeregi bezrobotnych.
Nie widzę żadnej racjonalności w zwiększaniu liczby ludzi pracujących, gdy pracy brakuje. Ekonomicznie dłuższy czas pracy może mieć uzasadnienie w przypadku wybitnego fachowca. Załóżmy, że ktoś jest najlepszym szlifierzem czy tokarzem, to może rzeczywiście znajdzie się dla niego miejsce w charakterze nauczyciela czy przyuczającego do zawodu. Ale nie oczekujmy że 60-latek zjedzie pod ziemię fedrować węgiel.
Oczywiście zdaję sobie sprawę ze specyfiki polskiego rynku pracy – są zawody, w których brakuje fachowców. Po 1989 roku upadły szkoły przyzakładowe, upadło szkolnictwo zawodowe, w wyniku czego, po 20 latach tego procesu, zaczynają występować braki w takich zawodach, zwłaszcza gdy wymagane jest średnie wykształcenie zawodowe. To konsekwencja tego, że w ministerstwie pracy czy edukacji nie pomyślano i podjęto głupią decyzję. W Stanach Zjednoczonych liczy się, ile osób jest potrzebnych za 5 czy 10 lat w danym zawodzie i pod tym kątem tworzy się szkolnictwo zawodowe. Natomiast w Polsce zlikwidowano niemal całe szkolnictwo zawodowe, więc w efekcie mamy bezrobocie przy jednoczesnym braku ludzi w wielu zawodach.
Na to wszystko nakłada się otwarcie niemieckiego rynku pracy, połączone z propozycjami nauki dla pracowników w zakresie średniego szkolnictwa zawodowego. Dopiero teraz łapiemy się za głowy i zastanawiamy, co robić, żeby ludzie nie wyjechali masowo do Niemiec.
Wiele z osób, o których mówimy, po zmianie systemu pracowało na czarno lub w szarej strefie. Czy to nie wpłynie na ich niższe emerytury, jeśli zdecydowaliby się skorzystać z możliwości, jaką dałoby im rozwiązanie proponowane przez OPZZ?
G.I.: W naszym projekcie jest mowa o ludziach, którzy mają udokumentowane okresy składkowe. Nie chcieliśmy wchodzić w jakąś straszną wojnę z ministerstwem finansów. Wyliczyliśmy to w taki sposób, że wprowadzenie w życie proponowanych rozwiązań nie rodzi, a raczej nie powinno rodzić w normalnych warunkach żadnych negatywnych skutków dla budżetu. Dlatego proponujemy, aby to były wyliczone okresy składkowe – te, za które pieniądze zostały odprowadzone do ZUS. Nie chcieliśmy się „ładować” w jakieś dodatkowe oboczne rzeczy, choć oczywiście zdajemy sobie sprawę z problemów, jakie istnieją w związku z przyszłymi emeryturami ludzi, którzy w ostatnim dwudziestoleciu pracowali na czarno.
Ile udało się zebrać podpisów i jaki jest obecny los tego projektu?
G.I.: Zebraliśmy 290 tysięcy podpisów. Projekt uzyskał akceptację w pierwszym czytaniu, przeciwny był tylko klub Platformy Obywatelskiej, który wnioskował o odrzucenie projektu w pierwszym czytaniu. Natomiast ku naszemu zdumieniu projekt zyskał poparcie PSL. Był to efekt naszych działań i zabiegów lobbingowych. Dzięki temu projekt został skierowany do pracy w komisjach.
Niestety 15 grudnia ub.r. projektem zajęła się sejmowa Komisja Polityki Społecznej i Rodziny. I na wniosek posłów Platformy Obywatelskiej w drugim czytaniu zarekomenduje odrzucenie projektu w całości. W komisji za wnioskiem PO głosowało 17 posłów, przeciwko 8 – przy czym Komisja liczy 40 posłów. Tak więc nie udało nam w okresie przedświątecznym zmobilizować wielu posłów.
Czy obywatele mogą jakoś wpłynąć na los tego projektu?
G.I.: Oczywiście. Prosimy, aby wszyscy, którym bliski jest nasz pomysł, napisali list do posłów ze swojego okręgu wyborczego, szczególnie z Platformy Obywatelskiej – i nimi niejako potrząsnęli. Prosimy o namawianie ich do nacisków na marszałka, by skierował projekt do dalszych prac parlamentarnych i oczywiście żeby zagłosowali za przyjęciem ustawy.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 1 lutego 2011 r.
przez admin | czwartek 27 stycznia 2011 | nasze rozmowy
Aby zachęcić Polaków do oszczędzania na emerytury, rząd planuje wprowadzenie ulgi podatkowej dla wpłacających do specjalnych programów prowadzonych przez OFE, fundusze inwestycyjne, ubezpieczycieli i banki. Kto ma szanse skorzystać z tych programów? Odpowiada dr Krzysztof Hagemejer z Międzynarodowego Biura Pracy w Genewie.
***
Ile osób może skorzystać z rządowego programu?
Dr Krzysztof Hagemejer:
Nie potrafię powiedzieć, ile osób skorzysta z podatkowych zachęt do
dobrowolnych, dodatkowych składek do otwartych funduszy emerytalnych.
Przypuszczam, że niewiele. Zależy to od wielu czynników, np. czy ulga
będzie procentowa, czy kwotowa w stosunku do wielkości podatku. Ta
pierwsza jest potencjalnie korzystniejsza dla osób o niższych dochodach. Jednak taki mechanizm będzie działał skutecznie w stosunku do tych, których dochody są na tyle wysokie, że mogą cokolwiek odkładać.
W stosunku do nich w pewnych warunkach ulga podatkowa będzie zachętą do
wybrania takiej formy oszczędzania, ale trzeba pamiętać, że nie
zwiększy to zbytnio całkowitych oszczędności tych ludzi, zmieni się
tylko ich forma. Ustalenie potencjalnej liczby osób wymagałoby
spojrzenia na dane dotyczące struktury dochodów i oszczędności
gospodarstw domowych, w połączeniu ze strukturą opodatkowania oraz
przeprowadzenia mikrosymulacji pozwalającej oszacować efekty. Nie
słyszałem, żeby ktoś obecnie robił takie analizy, choć są w Polsce
specjaliści, dane i modele symulacyjne niezbędne do tego.
Czy osoby korzystające z tej metody oszczędzania rzeczywiście odczują
finansowo dodatkowe źródło dochodu „na stare lata”?
K.H.: Zmniejszą swoje inne oszczędności, a więc efekt nie będzie wielki.
Poza tym, te parę punktów procentowych składki nie daje dużych kwot w
prywatnym systemie o zdefiniowanej składce – wszystko jedno,
czy odbywa się to dobrowolnie, czy nie.
Problem moim zdaniem jest zupełnie inny. Po pierwsze, duża część osób
zamożniejszych, wobec których ma być skierowana ulga, jest zwolniona
z płacenia składki obowiązkowej od dochodów powyżej 2,5 przeciętnych
wynagrodzeń rocznie. To nielogiczne: jeśli tak troszczymy się o ich
przyszłe emerytury, to dlaczego nie mają – obowiązkowo lub
dobrowolnie – płacić składek od całego dochodu?
Po drugie, nowy system emerytalny daje każdemu, kto pracuje tyle samo
lat i przechodzi w takim samym wieku na emeryturę, tę samą stopę
zastąpienia. Czyli emerytura stanowi taki sam odsetek dochodów z
pracy osiągniętych w ciągu całego życia, niezależnie od tego, czy ten
dochód był w przeszłości niski, czy wysoki. Stopy zastąpienia będą
generalnie niskie. W porównaniu z poprzednim systemem będą dużo
niższe niż obecnie dla ludzi o niższych dochodach, a wyższe niż
obecnie dla tych z wysokim dochodami. Taka jest logika tej reformy.
Niskie stopy zastąpienia dla ludzi z wysokimi dochodami nie są aż takim
problem, bo mają oni oszczędności w innej formie, które pozwolą
uzupełnić emeryturę. Natomiast osoby o niskich dochodach otrzymają
emerytury nie wystarczające, by utrzymać się powyżej granicy ubóstwa.
Dlaczego więc mechanizm podatkowy ma wspierać tych o wyższych
dochodach (ulgi), kosztem mniej zamożnych?
Ze względu na ulgi może nie być dość pieniędzy na minimalne emerytury i
pomoc społeczną dla tych, których emerytury są niewystarczające.
Dobrze jest stymulować oszczędzanie na starość, ale nie poprzez
system podatkowy. Jego należałoby użyć raczej do skorygowania reformy
z punktu widzenia zdolności systemu do skutecznego przeciwdziałania
ubóstwu na starość. Najlepiej to uczynić wprowadzając bazową
emeryturę „obywatelską” dla wszystkich powyżej 65. roku
życia, wypłacaną w tej samej kwocie wszystkim mieszkańcom kraju i
finansowaną z podatków. A przynajmniej zagwarantować większe środki
na pomoc społeczną dla osób starszych.
W jaki sposób należy zmienić system podatkowy, aby takie „obywatelskie”
emerytury bazowe mogły zaistnieć?
K.H.: Jedyna zmiana w systemie podatkowym, która zresztą powinna być
wprowadzona niezależnie od tego, czy wprowadza się emerytury
obywatelskie, czy nie, to zwiększenie kwoty wolnej od podatku. W
porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej, w Polsce niskie
dochody są wysoko opodatkowane, gdyż kwota wolna od podatku jest
bardzo niska. System podatkowy powinien być skonstruowany tak, by
świadczenia społeczne na poziomie minimalnym, włączając w to
najniższą emeryturę czy zasiłek dla bezrobotnych, były opodatkowane
zdecydowanie niżej niż obecnie lub w ogóle zwolnione z podatku, jeśli
są jedynym dochodem.
Środki na bazową emeryturę powszechną czy „obywatelską” będą
pochodziły po pierwsze ze zmniejszających się w przyszłości
(relatywnie – w stosunku do PKB) wydatków na emerytury z ZUS-u,
ze względu na obniżające się stopniowo świadczenia. Po drugie stąd,
że wprowadzenie bazowej powszechnej emerytury wyeliminuje dopłaty z
budżetu państwa do emerytury minimalnej, jak i część świadczeń z
pomocy społecznej dla osób starszych. Po trzecie wreszcie, emerytura
bazowa obejmie automatycznie też rolników, a więc nie będzie już
potrzeby dotowania KRUS.
Emerytura bazowa powinna być wprowadzana stopniowo, w miarę jak obniżają się
świadczenia wypłacane z systemu składkowego. Wiek uprawniający w
przyszłości do takiej emerytury bazowej powinien być też znacznie
wyższy od obecnego wieku emerytalnego. Dla sfinansowania w 2035 roku
emerytury bazowej, wypłacanej wszystkim mieszkańcom w wieku 70. lat i
więcej, w wysokości odpowiadającej (w proporcji do przeciętnych
dochodów) ekwiwalentowi obecnej minimalnej emerytury, należałoby
sfinansować wydatki w wysokości nieco ponad 4% PKB.
Tymczasem prognozy Komisji Europejskiej, opublikowane w 2009 roku, przewidują,
że wydatki na obecny składkowy system emerytalny będą wówczas niższe
niż obecnie o 2,3% PKB. Nawet zakładając, że uda się skutecznie
zwiększyć aktywność zawodową wśród osób starszych i podwyższyć wiek
przechodzenia na emeryturę, to trudno zaakceptować, abyśmy za 25 lat
wydawali na emerytury mniej niż obecnie, jeśli udział osób starszych
w społeczeństwie będzie wówczas większy o 70%.
Dodatkowo, według moich szacunków, nieuwzględniony w tych prognozach koszt
obniżania świadczeń w postaci dopłat z budżetu do minimalnej
emerytury oraz pomocy społecznej dla osób starszych, to kolejne 2%
PKB. Dotacja do KRUS to kolejny 1% PKB. W sumie więc po wprowadzeniu
powszechnej bazowej emerytury przyszły całkowity koszt publicznego
systemu emerytalnego nie byłby o wiele wyższy niż obecny i
prognozowany na przyszłość. Natomiast skuteczność zreformowanego
systemu w przeciwdziałaniu ubóstwu wśród osób starszych znacznie by
wzrosła.
Na jakich rozwiązaniach, istniejących w innych państwach, moglibyśmy
wzorować reformę naszego systemu emerytalnego?
K.H.: Dobry system emerytalny jest zawsze wynikiem pewnej umowy społecznej
w ramach danego społeczeństwa. Określa ona wiek przechodzenia na
emeryturę, gwarantowany przez państwo poziom życia przyszłych
emerytów, stopień redystrybucji wewnątrzpokoleniowej (tzn. do jakiego
stopnia gwarantujemy ową stopę zastąpienia wyższą dla osób o niższych
dochodach), zakres solidarności międzypokoleniowej w finansowaniu
emerytur. Nie można tego „zaimportować” z innego kraju.
W Polsce dawna umowa społeczna została zanegowana. Zmniejszyło się
społeczne poparcie dla redystrybucji wewnątrzpokoleniowej i
solidarności międzypokoleniowej. Reforma z 1999 r. odzwierciedla tę
zmianę nastawienia. Problem w tym, że choć reforma z 1999 r. wychodzi
naprzeciw niechęci do redystrybucji i solidarności
międzypokoleniowej, to zawiera inne istotne zmiany, których ludzie
albo nie byli świadomi (dużo niższe świadczenia), albo nigdy ich nie
zaakceptowali (dużo wyższy wiek przechodzenia na emeryturę, żeby
otrzymać w miarę przyzwoite uposażenie). Potrzebna jest prawdziwa
debata, nie wśród ekspertów, ale z udziałem przedstawicieli różnych
grup społecznych – tylko tą drogą może powstać system cieszący
się powszechną akceptacją.
Oczywiście nie przeszkadza to w uczeniu się rozwiązań organizacyjnych w innych
krajach. Na przykład, niezależnie od wyników obecnej dyskusji o
zmianie proporcji pomiędzy składką wędrującą do ZUS i do OFE, z ZUS
będzie pochodzić większość naszej emerytury. System nie będzie nigdy
funkcjonował prawidłowo, jeśli ZUS nie stanie się instytucją zaufania
publicznego. Niewiele w tej sprawie zrobiono, a zrobić można wiele. I
to nie sam ZUS jest za to odpowiedzialny, lecz rząd i partnerzy
społeczni, czyli przedstawiciele tych, którzy finansują system. Tutaj
na przykład przyjrzałbym się uważnie, jak funkcjonuje szwedzki
odpowiednik ZUS-u. System zbliżony do polskiego, ale sposób, w jaki
funkcjonuje, jest jakościowo bardzo różny.
Czy widzi Pan szansę, by w najbliższych latach przeprowadzono reformę
emerytalną w duchu prospołecznym?
K.H.: Problem polega na tym, że w debacie nie uczestniczą wszyscy, o
których interesy chodzi. Bardzo silnie reprezentowane są w niej
interesy sektora usług finansowych, dla którego czym większa prywatna
część systemu, tym lepiej. Zadziwiające jest to, że organizacje
pracodawców popierają wąskie interesy tego sektora, zapominając, że
ich głównym zmartwieniem powinno być to, czy płacone przez
pracodawców składki są wykorzystane jak najlepiej, tzn. skutkują jak
najwyższymi i bezpiecznymi emeryturami.
Ostatnio doszły też do głosu krotko- i średnioterminowe interesy państwa. W
imię obniżenia deficytu i długu publicznego w krótkim okresie oraz
sprostania kryteriom przystąpienia do strefy euro, rząd popiera
radykalne obniżenie części składki płynącej do OFE. Ciekawe, bo w
latach 1997-98, gdy dyskutowana była reforma skali przyszłego
deficytu, wynikającego z reformy, wśród jej zwolenników dominowało
przekonanie, że są to koszty zmiany systemu, warte poniesienia,
zwłaszcza że przyniosą obniżenie wydatków państwa i deficytu w
dłuższym horyzoncie czasowym. Ekonomiści nazywają to zjawisko
„niespójnością decyzji w czasie” – time inconsistency.
Związki zawodowe w tej dyskusji prawie nie istnieją i niewiele mają do
powiedzenia. Podobnie ugrupowania, które nazywają się lewicowymi, czy
też takie, które chciały tworzyć społeczną gospodarkę rynkową albo
deklarowały ambicje kształtowania polityki społecznej. Dopóki to się
nie zmieni, nie przewiduję, by to, co ukształtowano w 1999 roku,
uległo zasadniczej zmianie. Choć z pewnością muszą prędzej czy
później przyjść decyzje dotyczące podwyższenia wieku emerytalnego, bo
tego wymaga logika nowego systemu niezależnie od tego, jak wiele w
nim z ZUS, a jak wiele z OFE.
Po wprowadzeniu reformy w 1999 r., opublikowałem artykuł „Reforma
dla naszych dzieci”. Kończył się konkluzją, że dopiero nasze
wnuki ten system zmienią, gdy przejdzie na emeryturę pokolenie,
którego świadczenia pochodzić będą w większości z nowego systemu (a wiec ci, którzy zaczynali pracę i płacenie składek w latach 90.). Okaże się że następne pokolenie musi w tej czy innej formie wesprzeć swoich rodziców, by wyciągnąć ich z ubóstwa. To może zmienić nastawienie do redystrybucji wewnątrzpokoleniowej i solidarności międzypokoleniowej. Lepiej jednak dla wszystkich byłoby, gdyby nastąpiło to wcześniej.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 25 stycznia 2011 r.
przez administrator | piątek 14 stycznia 2011 | nasze rozmowy
O zmianach w zasadach zatrudniania osób niepełnosprawnych rozmawiamy z Moniką Bugajewską-Tykarską, wiceprezes zarządu Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych.
***
Czemu służą zmiany w prawie regulującym zatrudnianie niepełnosprawnych, obowiązujące od 1 stycznia 2011 r.?
Monika Bugajewska-Tykarska:
Z punktu widzenia rządu zmiany mają poprawić sytuację finansową
Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, który przy
dotychczasowym sposobie finansowania zbankrutowałby w ciągu roku.
Zmiany mają zapewnić bardziej optymalne wykorzystywanie środków. Z
punktu widzenia pracodawców wygląda to jednak zupełnie inaczej.
Sytuacja PFRON jest zła i wszyscy uważają, że trzeba wprowadzić jakiś
„pakiet ratunkowy”, a potem usiąść do pracy nad
regulacjami ustawowymi.
Niestety, wykorzystując złą sytuację w PFRON, rząd wprowadza zmiany stopniowo
zmniejszające dofinansowanie miejsc pracy dla niepełnosprawnych. Od 1
stycznia stopniowo będzie zmniejszane dofinansowanie do wynagrodzeń
osób niepełnosprawnych w stopniu lekkim, w zamian za zwiększenie
dofinansowania wypłat osób ze znacznym stopniem niepełnosprawności.
Tyle że takich osób jest niewiele na rynku pracy. W rezultacie więcej
pieniędzy zostanie w budżecie państwa, za cenę faktycznej pomocy
niepełnosprawnym. Najpierw trzeba wdrożyć edukację osób ze znacznym
stopniem niepełnosprawności, by w ogóle miały szansę wejść na rynek
pracy, a dopiero później postarać się, by pracodawcy chcieli te osoby
zatrudniać.
Zmiany ograniczają się do zmniejszenia środków finansowych?
M.B.-T.:
To jest ich główny punkt. Oprócz tego są zmiany związane z
wykorzystywaniem środków, które pracodawcy odprowadzają na Fundusz.
Trzeba je będzie wykorzystać w ciągu roku – do tej pory nie
było takich ograniczeń.
Dotychczas nie było także określonej liczby osób zatrudnionych z danym stopniem
niepełnosprawności niezbędnej, aby otrzymać ulgi podatkowe. Teraz
zostało to doprecyzowane: ulgi będą otrzymywać tylko firmy o bardzo
wysokiej koncentracji zatrudnienia osób niepełnosprawnych. To
wyklucza większość firm, bo wymagany jest wśród personelu udział
niepełnosprawnych na poziomie ponad 50% ogółu zatrudnionych. Zakładów
pracy spełniających te kryteria jest w Polsce tylko kilkanaście.
Jak rząd argumentował wprowadzane zmiany?
M.B.-T.:
Przypominał różne nieprawidłowości związane z przyznawaniem dużych
ulg. To trochę tak, jakby złapać jednego złodzieja, a następnie na
wszelki wypadek obciąć ręce połowie społeczeństwa. Na pewno trzeba
uszczelnić system, zadbać o sprawiedliwy podział środków, ale nie
można ich obniżać. Tymczasem kwota stanowiąca podstawę do obliczania
wysokości dofinansowania została zamrożona w grudniu 2009 i będzie
obowiązywała w latach 2011-2012. Zlikwidowano również dofinansowanie
do emerytów o lekkim stopniu niepełnosprawności.
Nie bez znaczenia jest czas pracy. Osoby niepełnosprawne w stopniu
umiarkowanym obowiązywał 7-godzinny czas pracy. Jeżeli chciały go
przedłużyć o godzinę, musiały posiadać stosowne orzeczenie lekarskie.
Wprowadzone zmiany odwracają sytuację: obligatoryjny jest 8-godzinny
czas pracy, o którego skrócenie trzeba się starać u lekarza.
Argumentem uzasadniającym tę zmianę było przekonanie o tym, że
pracodawcy, którzy oferują zmianowy czas pracy, nie chcą zatrudniać
osób z umiarkowanym i znacznym stopniem niepełnosprawności, bo jeśli
większość pracuje 8 godzin, a część tylko 7, to może stanowić duży
problem organizacyjny. Rzekomo lekarze boją się wydawać zgody na
zwiększenie czasu pracy, żeby potem nikt ich nie oskarżył o
pogorszenie stanu zdrowia osoby niepełnosprawnej.
Pracodawcy orzekli, że jeżeli rzeczywiście sytuacja jest ciężka, to wprowadźmy
zmiany, ale poprzedzone dłuższym vacatio legis, które pozwoli pracodawcom na zapoznanie się z ustawą i dostosowanie
do nowych zasad. Usłyszeli w odpowiedzi, że pieniądze są potrzebne już, a nie za chwilę.
W pewnych obszarach zaproponowano okresy przejściowe.
M.B.-T.:
Są trzy etapy zmian: od stycznia 2012 do czerwca 2012, od lipca 2012
do grudnia 2012, i od stycznia 2013. Mimo tego, zmiany napawają
lękiem. Już kiedyś postawiono za cel zlikwidowanie chronionego rynku
pracy, uznanego przez rządzących za zbędny. Zmiany, o których
mówimy, doprowadzą do tego celu. Rząd mówi, że gdy były wprowadzane
ostatnie zmiany, to pracodawcy również straszyli, że będą zwalniać, a
nic takiego się nie stało, wręcz przeciwnie – zatrudnienie
niepełnosprawnych wzrosło. Ale zwiększyło się głównie dlatego, że
przedtem otwarty rynek pracy nie miał dofinansowania do
niepełnosprawnych pracowników, a teraz ma. Natomiast nie wzrosło ono
na tyle, byśmy mogli mówić sukcesie. Zwiększyło się natomiast na
tyle, że PFRON sobie z tym nie radzi. Podsumowując, błąd tkwi gdzieś
w systemie, nie zaś w dofinansowaniu.
Jak zmiany wpłyną na sytuację osób niepełnosprawnych?
M.B.-T.:
Myślę, że zatrudnienie osób z umiarkowanym i znacznym stopniem
niepełnosprawności nie wzrośnie. Jeżeli Zakłady Pracy Chronionej
(ZPCh) nie będą już chciały posiadać tego statusu, czyli przejdą na
otwarty rynek pracy, to zostawią tylko najbardziej wydajnych
pracowników. Senat obiecał, że po pół roku od wejścia ustawy w życie
sprawdzi, jak się zmieniło zatrudnienie osób niepełnosprawnych i
ewentualnie zaproponuje korektę. Miejmy nadzieje, że rzeczywiście tak
będzie i że wówczas da się jeszcze coś zmienić – na razie
zmusza się pracodawców do rezygnacji ze statusu ZPCh… I cały czas
mówi, że ZPCh i Zakłady Aktywności Zawodowej sobie doskonale poradzą.
W Polsce brak wiedzy, że prowadzenie ZPCh polega jednocześnie na rehabilitacji
niepełnosprawnych i na zarabianiu. Jeżeli ktoś straci status ZPCh,
nie będzie zatrudniał dotychczasowej liczby osób niepełnosprawnych,
bo i po co? Ze strony rządowej usłyszeliśmy, że pracodawcy traktują
osoby niepełnosprawne nie jak ludzi, tylko jak etaty, które przynoszą
pieniądze. To nie jest prawda, po prostu musimy osiągać zyski, bo w
przeciwnym razie zamkniemy firmę.
Według danych rządu, 80% środków z PFRON-u wędruje do firm ochroniarskich,
zatrudniających osoby o znikomym stopniu niepełnosprawności, na
kiepskich posadach. Reforma ma służyć alokacji środków np. do
ośrodków aktywizacji zawodowej.
M.B.-T.:
Nie mam danych potwierdzających lub zaprzeczających tym rewelacjom.
Nie wydaje mi się jednak, aby procent środków odprowadzanych do
tychże firm był aż tak wysoki. Wiadomo jednak, że istnieją firmy
ochroniarskie, które zatrudniają osoby z lekkim stopniem
niepełnosprawności, i że niejednokrotnie są to osoby młode, które
dopiero pracując w nich uzyskały taki stopień. To chyba nie jest wina
pracodawców, tylko orzecznictwa. My jako POPON już dawno mówiliśmy,
że istnieje tutaj wiele niespójności między ZUS a NFZ. Nie ma
jednoznacznych kryteriów co do przyznawania poszczególnych stopni
niepełnosprawności, co skutkuje możliwością wielu nadużyć, za które
płacą wszyscy podatnicy. Zasłanianie się firmami ochroniarskimi nie
jest w porządku. Myślę, że gdyby system orzecznictwa był bardziej
szczelny, możliwe byłyby duże oszczędności, a pracodawcy nie mieliby
problemu, jak dostosować się do kolejnych zmian.
Co według Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych jest najważniejsze z
prawnego punktu widzenia?
M.B.-T.:
Stabilizacja prawa. Chcielibyśmy wręcz zapisów, że dany przepis nie
może ulec zmianie np. przez 5 lat. Gdy firma podpisuje kontrakty
wieloletnie, to kalkuluje ceny. Oglądamy kampanie społeczne
nakłaniające do zatrudnienia niepełnosprawnych, ale pracodawcy
pytają, czemu co chwila zmienia się prawo w tym zakresie.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 11 grudnia 2010 r.
przez admin | wtorek 11 stycznia 2011 | nasze rozmowy
O proponowanych przez rząd zmianach w systemie szkolnictwa wyższego,
sytuacji naukowców i przyszłości nauczania akademickiego rozmawiamy z
dr. inż. Januszem Rakiem, prezesem Rady Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego.
***
W listopadzie mieliśmy pierwszą w dziejach Polski pikietę pracowników akademickich. Kilka dni później protestowali studenci. Co się dzieje ze szkolnictwem wyższym?
Janusz Rak: Głównym celem protestu pracowników nauki było zwrócenie uwagi opinii publicznej na problemy środowiska akademickiego, na istotne zaniedbania ze strony rządu i Sejmu, które nie finansują szkolnictwa wyższego i nauki w wystarczającym stopniu. Czarę goryczy przepełniła przygotowana nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym, która narusza prawa pracownicze oraz stawia nierealne wymagania co do okresu robienia habilitacji. Pewne grupy zawodowe nauczycieli akademickich w szkolnictwie wyższym mają być zatrudniane na czas określony, dopóki nie zdobędą habilitacji. Łączy się to z wieloma utrudnieniami, takimi jak np. brak zdolności kredytowej. Kolejnym problemem, z jakim będą musieli borykać się akademicy, jest to, że mogą zostać zwolnieni z pracy na uczelni nawet po jednej negatywnej ocenie, bez szansy na poprawę swego dorobku naukowego (obecnie do zwolnienia konieczne są dwie). Oceny wystawiają komisje, ale kryteria nie zawsze są jasne, co daje sposobność rozgrywkom o charakterze personalnym. Ocenę negatywną można otrzymać za zbyt małe osiągnięcia naukowe lub dydaktyczne w ciągu roku, które mogą wynikać np. z przygotowywania dużej publikacji książkowej, co jest bardzo czasochłonne.
Co więcej, od kilku lat maleją nakłady na szkolnictwo wyższe. W 2005 r. były one na poziomie 0,99% PKB, a w roku 2010 spadły do 0,88% PKB. Pieniędzy z dotacji stacjonarnej starcza właściwie tylko na wynagrodzenia, ubożeje przez to wyposażenie i obniża się konkurencyjność szkolnictwa publicznego, nie mówiąc już o środkach na badania. Nakłady na badania i rozwój w Polsce stanowią zaledwie 0,64% PKB państwa, podczas gdy w krajach „starej” Unii jest to poziom 1,83%, a do końca 2020 r. ma on wynieść 3% – w ten sposób Unia Europejska pragnie odrobić dystans wobec Stanów Zjednoczonych oraz do gospodarczych potęg Azji Wschodniej. To część wyścigu cywilizacyjnego, w którym Europa nie może zostać w tyle. Obecnie polska nauka i szkolnictwo wyższe znajdują się w ogonie, jeśli chodzi o finansowanie. Skutkuje to relatywnie niskimi płacami oraz obniżeniem się statusu społecznego pracowników uczelni, którzy mają ograniczone możliwości rozwoju. Jest to szczególnie widoczne w naukach technicznych, które wymagają znacznie większej ilości środków na finansowanie badań, wyjazdów, materiałów i sprzętu.
Mówi się także o pogorszeniu statusu zawodowego nauczycieli akademickich.
J. R.: Dopiero niedawno wydano akty wykonawcze do ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym, uchwalonej pięć lat temu, a już teraz robi się gruntowną zmianę wielu zapisów. Pogorszy to stabilizację zawodową nauczycieli akademickich, szczególnie tych, którzy nie mają wysokiego stopnia naukowego – dotyczy to ograniczenia zatrudniania na podstawie mianowania w zasadzie tylko do grupy profesorów tytularnych. Nie będzie już tak, jak przed wojną, że akademik był urzędnikiem państwowym. Obecnie stajemy się zwykłymi pracownikami o uprawnieniach mocno ograniczonych paragrafami kodeksu pracy.
W krajach Unii Europejskiej nie ma tego typu rozwiązań w zakresie modelu kariery naukowej. Nie znam kraju, w którym byłby przymus robienia habilitacji. Do tej pory zapisy w statutach uczelni były o wiele bardziej elastyczne, co pozwalało pracownikom planować karierę i rozwój w różnym przedziale czasowym. Na uczelniach technicznych dochodzenie do habilitacji zajmowało średnio 15 lat. Natomiast rządowy projekt nowelizacji ustawy obliguje doktorów zatrudnionych na stanowisku adiunkta do zdobycia stopnia naukowego doktora habilitowanego w ciągu ośmiu lat. Ten wymóg ma obowiązywać również w stosunku do adiunktów już pracujących, którzy zostali zatrudnieni na innych zasadach, niż te zawarte w nowelizacji. Oznacza to, że w przypadku tej ustawy prawo działa wstecz, a ci, którzy nie zrealizują swoich planów naukowych w terminie 8 lat lub którym okres ten już upłynął, będą musieli odejść. Jest to naruszenie praw nabytych. Obligatoryjna habilitacja, przy skróceniu okresu jej realizacji do 8 lat, może w perspektywie zagrozić szkolnictwu wyższemu luką kadrową. Bo jeśli zwolni się tych doktorów, którzy nie zrobili habilitacji, to kto będzie kształcił studentów za 7-8 lat?
W szkolnictwie wyższym zmiany ustawowe robi się „w locie”, nie zapewniając gwarancji wzrostu wydatków na badania czy na dydaktykę, by pensje były godziwe i dawały życiową stabilizację. W perspektywie, życie młodych naukowców ma być wypełnione badaniami i dydaktyką, bez pozostawienia im czasu na sprawy prywatne. W innych krajach Unii Europejskiej doktoranci mają samodzielność badawczą, gwarantowaną tzw. Europejską Kartą Naukowca, dzięki czemu mogą skoncentrować się na robieniu konkretnych rzeczy, np. dla gospodarki, a nie na pisaniu kolejnych publikacji i zbieraniu niezbędnych do habilitacji „punkcików”. Przyczyniają się tym samym do rozwoju kraju, a nie wyłącznie do rozbudowywania swojego dorobku, niezbędnego do zdobycia kolejnego szczebla w karierze naukowej.
Przepisy nowelizacji są w wielu miejscach niejasne. Istnieje np. zapis, który stanowi, że można zostać zatrudnionym na stanowisku profesora nie mając habilitacji, jeśli kierowało się zespołami badawczymi za granicą przez minimum 5 lat. Upokarza to rodzimych naukowców, którzy koncentrują się na pracy we własnej uczelni. Z drugiej strony, obciążenie dydaktyczne związane z liczbą studentów wzrosło od lat 90. pięciokrotnie. Kadra, która zaczynała wtedy pracę naukową, musiała przyjąć ciężar tego boomu edukacyjnego na siebie, kosztem np. wyjazdów zagranicznych na staże czy pracy badawczej. A dziś to właśnie im grożą zwolnienia, bo nie zdążyli wypracować stopnia gwarantującego bezpieczny etat. Nauczanie w szkolnictwie wyższym nie daje możliwości zdobywania kolejnych tytułów, co skutkuje z jednej strony taką właśnie niesprawiedliwością wobec tych, którzy spełniają się w przekazywaniu wiedzy i doświadczeń innym, a z drugiej sukcesywnym obniżaniem poziomu dydaktyki. W naukowej karierze liczą się bowiem jedynie publikacje, wydawnictwa i monografie.
To nie pierwsze negatywne zmiany w systemie akademickim, jednak do tej pory akademicy nie wychodzili na ulice.
J. R.: Społeczność akademicka jest przyzwyczajona do debaty, do rzeczowej rozmowy i do tego, że w trakcie wymiany zdań druga strona powinna wysłuchiwać argumentów strony przeciwnej. Stan niezadowolenia i frustracji środowiska, który przełożył się na publiczną formę protestu, wywołała sukcesywnie spadająca od 2006 r. wysokość nakładów na szkolnictwo wyższe i naukę, liczona udziałem w PKB. Płace nauczycieli akademickich w relacji do średniego wynagrodzenia w gospodarce zaczęły maleć, co poskutkowało poszukiwaniami zarobku poza uczelnią, a to z kolej spowodowało opóźnienia w rozwoju naukowym oraz obniżenie poziomu dydaktyki. Uważam, że nauczyciel akademicki, który chce skutecznie działać i być profesjonalistą w swoim zawodzie, powinien mieć środki na badania, powinien prowadzić dydaktykę oraz funkcjonować w swoim podstawowym miejscu pracy. Mobilność naukowców, rozumiana jako zmiana miejsca zatrudnienia, nie może być obligatoryjna.
Szkolnictwo wyższe powinno przede wszystkim kształcić oraz stwarzać warunki do aplikowania wyników badań nie tylko środowisku naukowemu, ale także studentom i gospodarce. Obecnie zajęć dydaktycznych oraz badań naukowych nie da się – ze względu na niedostatek środków finansowych – prowadzić tak, jak byśmy chcieli, co wpływa drastycznie na jakość kształcenia. Gdy zgłaszaliśmy wnioski o zwiększenie finansowania, spotykały się one z odmową.
Chciałbym podkreślić, że pani minister Barbara Kudrycka najpierw przygotowała projekt reformy szkolnictwa wyższego, a dopiero później, 17 września, powołała forum ekspertów, które ma za zadanie opracować strategię rozwoju tego szkolnictwa. W moim odczuciu, konsultacje prowadzone przez resort na etapie przygotowania nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym, były w dużym stopniu pozorowane. Na wysłuchaniu publicznym 9 listopada 2010 r. pojawiło się ponad 100 osób, z czego większość miała zastrzeżenia. Również studenci zgłaszali wątpliwości wobec ministerialnych rozwiązań.
Czy są jakieś zalety planowanej reformy?
J. R.: Niektóre proponowane rozwiązania są rzeczywiście potrzebne, np. Krajowe Ramy Kwalifikacyjne czy nakierowanie na innowacyjność oraz promowanie i wdrażanie nowych technologii w gospodarce. Jednak nasuwa się w tym momencie pytanie, skąd wziąć te technologie, skoro na badania wciąż nie wygospodarowano odpowiedniej ilości środków, a wręcz tnie się nakłady. Studentom zabiera się np. dostęp do studiowania drugiego, nieodpłatnego kierunku studiów, co obniża ich konkurencyjność na rynku pracy.
A co ze studiami odpłatnymi? Badania socjologiczne pokazują, że na studiach dziennych większość studiujących pochodzi z rodzin dość dobrze sytuowanych, natomiast niestacjonarne wybierają mniej zamożni.
J. R.: Osoby z biedniejszych rodzin zmuszone są rozpoczynać pracę zawodową, żeby nie być na utrzymaniu rodziców, gdyż stypendia są bardzo skromne. Nie znam dokładnych rozwiązań co do zmian w ich przyznawaniu, ale wiem, że więcej środków ma być przeznaczanych według kryterium dochodowego na pomoc o charakterze socjalnym, a mniej w charakterze nagrody za wyniki w nauce. Tak czy inaczej, dane statystyczne wskazują, że maleje dostępność stypendiów.
Czy sensowna nie byłaby zatem taka zmiana, która zamiast bezpłatnych dziennych i płatnych niestacjonarnych wprowadzałaby odpłatność zależną od stopnia zamożności?
J. R.: W przypadku kierunków technicznych student nie jest w stanie pokryć pełnych kosztów kształcenia, które wynoszą kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie. Mówi się, że uczelnie niepubliczne utrzymują się z kształcenia odpłatnego, ale dotyczy to zwykle uczelni wyspecjalizowanych w kierunkach społecznych, ekonomicznych czy humanistycznych, które nie wymagają dużych środków na sprzęt, wyposażenie i aparaturę.
Od kilkunastu lat mamy do czynienia z inflacją nauczania, również na poziomie wyższym.
J. R.: Również mam takie wrażenie. Jakość kształcenia obniża się, a proponowane przez ministerstwo rozwiązania nie będą sprzyjały jej wzrostowi. Ukierunkowanie działań nauczycieli akademickich w stronę zdeprecjonowania znaczenia dydaktyki, nie daje perspektyw rozwoju nauczania na poziomie wyższym. Do tej pory istniało stanowisko docenta, które pani minister chce zlikwidować. Docent był dydaktykiem i to właśnie za dorobek dydaktyczny mógł awansować, również finansowo. Moim zdaniem, na uczelniach na pierwszym miejscu powinna stać dydaktyka, a dopiero później badania. Niewątpliwie należy wymagać rozwoju naukowego, ale istnieje również potrzeba, by wykładowcy mieli lepszy kontakt z przemysłem, z gospodarką, oraz by te elementy wiedzy, które zdobywają jako doświadczenie praktyczne w kontakcie z otoczeniem gospodarczym, mogli przekazywać studentom, przygotowując ich do zawodu. W wyniku błędów popełnionych na etapie prywatyzacji przedsiębiorstw nie ma takich mechanizmów, które by ukierunkowały podmioty gospodarcze na współpracę z uczelniami, bo z reguły kupują one gotowe rozwiązania w macierzystym kraju, skąd pochodzi kapitał właścicielski. W Polsce jest zbyt mało rodzimej myśli technicznej, a przecież w obecnych czasach to na transferze technologii zarabia się najlepiej. Sporadyczne są przypadki sprzedaży opracowań naukowych czy know how. W sektor badań naukowych (B+R) najpierw trzeba zainwestować, by później czerpać profity. W wyniku zaniedbań stajemy się zapleczem usługowym dla Europy, dostarczamy taniej siły roboczej.
Co roku mamy więcej magistrów, ale nie ma dla nich pracy zgodnej z ich kwalifikacjami.
J. R.: Na rynku pracy jest coraz więcej osób mających za wysokie kwalifikacje w stosunku do potrzeb. Poza tym występuje nadmiar kadry w zawodach, dla której nie ma pracy odpowiadającej wyuczonym specjalnościom. Pomijam już to, że wielu wykształconych ludzi wyjeżdża za granicę, bo w kraju nie ma miejsc pracy. Warto też przypomnieć, że spójny system edukacji młodzieży obejmuje zarówno oświatę, jak i szkolnictwo wyższe. Jeszcze za czasów ministra Giertycha nauczyciele w oświacie zmobilizowali się i rozpoczęli akcje protestacyjne, co zaowocowało wzrostem kwoty bazowej dla nauczycieli, która wynosi obecnie ponad 2440 zł, podczas gdy dla pracowników szkolnictwa wyższego zaledwie 1873 zł. Nie można przyzwalać na tak pogłębiające się nierówności. Oświata i szkolnictwo wyższe winny być jednością.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 7 stycznia 2011 r.