przez Paweł Hulka-Laskowski | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Coraz częściej przychodzili do mnie znajomi robotnicy i urzędnicy ze stereotypową prośbą o napisanie po francusku albo po niemiecku listu do dyrekcji zakładów żyrardowskich, a przeważnie do dyrektora generalnego, pana Koehlera. Robotnicy pamiętali jeszcze czasy, gdy dawny właściciel Żyrardowa, Karol Dittrich, uprzejmie odpowiadał na listy skierowane do niego, kazał badać wynikłe spory, udzielał pomocy, radził potrzebującym rady. Teraz więc, gdy starzy urzędnicy i robotnicy tracili pracę, a nie otrzymywali odpowiedniej emerytury, każdy z nich był przekonany, że byle donieść o tym dyrektorowi generalnemu, to wszystko zmieni się od razu. Ale należało napisać do niego po niemiecku albo po francusku. Korespondencja ta stała się bardzo jednostronna, bo na listy i podania wysłane do pana Koehlera nikt nigdy nie otrzymywał odpowiedzi, bez względu na to, czy pisał urzędnik mający za sobą trzydzieści lat pracy na wysokim stanowisku fabrycznym i społecznym, czy też robotnik, który po półwiekowej pracy został „zredukowany”. Pan dyrektor po prostu nie odpowiadał, dostępu do niego nie było i sprawy likwidowały się jakoś same przez się, ulegały przedawnieniu, zapomnieniu, radykalnemu zlekceważeniu.
Biura fabryczne zostały przeniesione do Warszawy i dyrektor Koehler nakazał urzędnikom, aby się przeprowadzili do stolicy. Ni mniej, ni więcej. Że istniał bezprzykładny głód mieszkaniowy i że nawet za liche mieszkanko trzeba było płacić wysokie odstępne, tego nie przyjmował po prostu do wiadomości. Niektórym urzędnikom udzielano pożyczki na nabycie mieszkania w Warszawie, a pożyczkę odbierano potrąceniami z pensji. W Żyrardowie opustoszał wielki, kosztowny gmach kantoru głównego, a mnóstwo ładnych i wygodnych mieszkań w domach i willach fabrycznych stało pustkami. Oczywiście, nie brakło amatorów na te mieszkania, ale urzędnicy przenosili się do Warszawy, a osobom prywatnym fabryka mieszkań wynajmować nie chciała. Była to polityka w wielkopańskim stylu: przepadał dla fabryki czynsz mieszkaniowy za tyle pustych mieszkań po wysiedlonych urzędnikach, a w dodatku za pomieszczenia na biura w Warszawie musiały zakłady żyrardowskie płacić 80 tysięcy rocznie. Dla fabryki były to drobiazgi pozbawione większego znaczenia, ale jednocześnie zaprowadzono oszczędności, bardzo podobne do dokuczliwego i złośliwego sknerstwa, którego skutkami obarczano wyłącznie ubogiego robotnika, drobnego urzędnika, rzemieślnika i kupca. Gdzie się dało zaoszczędzić złotówkę kosztem najuboższej ludności żyrardowskiej, zaoszczędzano ją jak najskwapliwiej, ale nie żałowano setek tysięcy, gdy chodziło o dogodzenie kaprysom dyrekcji.
Od roku 1927 coraz częściej powtarzano imiona dwóch nowych władców Żyrardowa: Koehlera i Waśkiewicza. Dwa te imiona zrosły się z sobą tak ściśle, że gdy się powiedziało Koehler, to echo niby myśl natrętna dopowiadało: Waśkiewicz. To kazał zrobić Koehler, tamto zarządził Waśkiewicz. […] Sprowadzano z zagranicy nowych urzędników, tak zwanych asów przemysłowej i handlowej reorganizacji i racjonalizacji. Przyjeżdżał taki pan Pfau. Sześć tysięcy miesięcznie, wspaniała willa, świadczenia wszelkiego rodzaju. Kontrakt na trzy lata. Posiedzieli zacni ludzie trzy lata, wzięli z tytułu umowy 240 tysięcy, wydali z tej sumy na swoje utrzymanie jakie 10 tysięcy najwyżej i wyjechali śmiejąc się zapewne w kułak, że tak łatwo można w Polsce zarobić gruby grosz. Łatwo oczywiście, bo pan Pfau nie miał najmniejszego pojęcia o fabrykacji, a cała jego racjonalizacja pracy i handlu polegała na sztuce wypatrywania, komu by tak jeszcze można urwać coś niecoś z zarobku.
Siedział sobie w biurze tkalni pan Ulrich, specjalista od jedwabiu, chociaż z jedwabiem Żyrardów nie miał nic wspólnego. Likwidowano nawet len, aby tym wydatniej przerabiać bawełnę, jako że główny akcjonariusz pan Boussac był królem bawełny i na bawełnie zbijał majątek. Pobierał ten pan Ulrich 4500 złotych miesięcznie i nie robił literalnie nic, bo jedwabiu w Żyrardowie nie przerabiano. Robotnicy śmieli się z niego, że za całe zajęcie miał ten dyrektor wywabianie plam z tkanin. Kontrakt także na parę lat i na to rady nie było. Posiedział, powywabiał trochę plam i wyjechał wywożąc grube pieniądze. Ilu było w Żyrardowie takich racjonalizatorów i reorganizatorów pracy i jakie pieniądze powywozili, o tym społeczeństwo polskie nigdy nie dowie się całej prawdy, bo to są sekrety „handlowe”. Te właśnie sekrety podlegały bezpośrednio władzy dyrektora generalnego, Koehlera. Angażował inżynierów i dyrektorów specjalistów, ale żadnemu z nich nie pozwolił nic robić samodzielnie. Duża pensja, wysokie stanowisko i wywabianie plam. Dyrektor Koehler sam za wszystko odpowiadał i sam znał się na wszystkim najlepiej. Kazał np. poprzesuwać ciężkie maszyny w przędzalni lnu i to w taki sposób, że cienka posadzka żelazobetonowa groziła załamaniem się i nieobliczalną w skutkach katastrofą, ale nikt nie byłby się odważył zwrócić mu na to uwagę, bo każdy mógł wylecieć z fabryki na poczekaniu. Dopiero po jego śmierci z największym pośpiechem zdemontowano maszyny i poustawiano je na dawnych miejscach. Gdy pończoszarnia szła nieosobliwie i gdy fachowcy mówili, że trzeba koniecznie podnieść gatunek wyrobów pończoszniczych i obniżyć ceny, pan dyrektor generalny kazał przenieść maszyny do innego gmachu. Oczywiście, że te kosztowne przenosiny nic nie pomogły.
Taki był pan Koehler. A pan Waśkiewicz? Pewnego dnia pojawił się w Żyrardowie pan w rogowych okularach i „zajął stanowisko”. Miał poprzedników, ale poprzednicy ci jeden po drugim opuszczali Żyrardów, nie chcąc być narzędziem polityki fabrycznej, jawnie przeciwspołecznej. Pan Waśkiewicz zaprezentował się od razu wszystkim i każdemu. Obchód narodowy? Oczywiście, on na pierwszym miejscu. Zebranie towarzyskie w resursie? Naturalnie za jego specjalnym zezwoleniem. Zabawa sylwestrowa? Pod protektorem jaśnie wielmożnego pana dyrektora Jana Waśkiewicza. Urzędnicy mówili między sobą o nowych porządkach, ale tylko szeptem, bo nowy dyrektor bywał nie tylko protektorem zabaw sylwestrowych, lecz i groźnym władcą. Był wprawdzie tylko pomocnikiem dyrektora Koehlera, ale obowiązki swoje traktował z wielką sumiennością i interesy fabryki ucieleśnił w sobie. Gdy trzeba było wyszorować podłogę, dawny zarząd dawał szczotki na kijach, ścierki, szare mydło, sodę i kazał szorować. Pan Waśkiewicz przystępował do takich rzeczy obrzędowo: ile szarego mydła trzeba na metr kwadratowy podłogi? Na jak długo wystarczy ścierka? Ile zużywa się szczotki? Racjonalizacja gruntowna. W biurze stawał nad pracownikiem: „Co pan teraz robi? Czy nie można by trochę prędzej? Czy umie pan robić to a to?”. Pracę trzech zgarniało się na kupę, dzieliło się ją między dwóch, a trzeci mógł sobie iść. Reorganizacja na całego. […]
Pan Waśkiewicz rozejrzał się w sytuacji i z całą swą gorliwą wiernością zabrał się do służenia swojemu Koehlerowi. Przede wszystkim odmłodzenie zakładów żyrardowskich! […] Zaczęto sobie opowiadać, że na miejsce starych i niestarych robotników przyjmuje się dzieci, ale te dzieci muszą terminować. […] Pomysł był kuszący: rodziców na bruk, a ich dzieci pracować będą darmo, w zamian za perspektywę otrzymania później pracy stałej. Pan Waśkiewicz zabrał się do zrealizowania tej pięknej myśli z gorliwością wprost niezrównaną. Bywają tacy służbiści, którzy dla przypodobania się swemu panu gotowi wyleźć ze skóry. Pojawiły się „Kontrakty oddania chłopca na naukę rzemiosła”. W kontraktach tych pan Waśkiewicz dyskontował dla fabryki i dla własnej kariery braki ustawodawstwa społecznego, bierność społeczeństwa, a przede wszystkim nędzę wyzyskiwanych. Wszyscy wiedzą przecie, że fabryka rozbiła rzemiosła na szereg rękoczynów przy maszynach i że w żadnej fabryce robotnik, choćby pracował trzydzieści czy czterdzieści lat, nie wyuczy się rzemiosła. A więc fikcja i podstęp, czyli chytry wyzysk.
Nauka rzemiosła u pana Waśkiewicza miała być zrazu bezpłatna, czyli że ani on nie płacił terminatorowi, ani rodzice terminatora nie płacili jemu. Ale w warunkach straszliwej nędzy, jakie razem z Koehlerem wytworzył, sama nadzieja otrzymania pracy była już sowitą zapłatą, więc dzieci rodziców wygnanych z fabryki garnęły się tłumnie do terminu, aby pracować darmo tam, gdzie rodzice ich pracowali za jakie takie wynagrodzenie. Terminowanie miało trwać aż trzy lata, podczas gdy naprawdę wystarczają cztery tygodnie, aby się wyuczyć sekretów pilnowania maszyny. Dawniej terminator fabryczny otrzymywał od razu wynagrodzenie jako dniówka, a po czterech czy sześciu tygodniach nauki własne krosna czy własny przydział przy maszynie. A tu trzy lata! Majster dawnego typu zobowiązywał się, że terminatora czegoś naprawdę nauczy, ale pan Waśkiewicz nie myślał brać na siebie takiego obowiązku i pozostawiał sobie wolną rękę. […] Taki kontrakt wiązał ucznia i jego rodziców, ale do niczego nie zobowiązywał pana Waśkiewicza. Terminator pracował, oczywiście, jak stary robotnik, niekiedy jeszcze wydajniej, bo wiadomo, że siły młodociane uskrzydla wrażenie nowości i pociąga zaciekawienie, wzbudzając gorliwość, jakiej w starych robotnikach być nie może. I takich właśnie „terminatorów” można było wyzyskiwać jako robotników darmowych, aby ich następnie wyrzucić i zastąpić nowymi darmowymi terminatorami. Gdy opinia zaczęła sarkać na to bezpłatne terminowanie, pan Waśkiewicz raczył płacić po 80 groszy dziennie, ale rzecz osobliwa, że terminator od razu otrzymywał książeczkę robotniczą, a kierownik oddziału nie troszcząc się o to, że ma do czynienia z terminatorem pana Waśkiewicza, który ma pobierać po 80 groszy dziennie, wyznaczał mu wynagrodzenie od sztuki. W rezultacie takich dziwnych manewrów młodociany po parotygodniowej darmowej robocie otrzymywał wreszcie pierwsze wypłaty, wynoszące jakie trzy złote z groszami za tydzień pracy. Ale co najważniejsze, to fakt, że na kontrakty oddania chłopca na naukę rzemiosła przyjmowano nie chłopców, ale dziewczyny. Chłopców do fabryki nie przyjmowano. Popracowały takie młode robotnice, pozarabiały po trzy-cztery złote na tydzień i zgodnie z umową zostawały zwolnione w chwili, gdy trzeba było przyznać im większy zarobek, a na ich miejsce przyjmowano terminatorki nowe. Obrót młodocianymi siłami robotniczymi był żywy, praktyczny, cyniczny. […]
Mniejsza o majstersztyki takich panów, ale obojętność społeczeństwa, bierność wyzyskiwanych i brak jakiegoś głębszego zainteresowania dla spraw tak ważnych ze strony prasy – to zagadka po prostu tragiczna. Zainteresowanie się Żyrardowem miało przyjść dopiero później, gdy już było tylko prostym stwierdzaniem smutnych faktów, nie dających się odrobić. Na razie pojawiały się w prasie tylko luźne uwagi, notatki, artykuliki, z których ani jeden nie próbował sięgnąć głębiej. Jedyną konsekwentną akcję prowadził Magistrat. Prezydent miasta, p. Edmund Orlik, krzątał się, jeździł do Warszawy, informował władze, organizował pomoc dla bezrobotnych, szukał rozwiązania sprawy żyrardowskiej, gdzie tylko mógł, zalecając Żyrardów jako pierwszorzędny ośrodek przemysłowy. Inicjował akcję prasową w obronie Żyrardowa, zdobywał ciekawy materiał dowodowy, dotyczący gospodarki nowego zarządu, polecał układać memoriały dla władz rządowych, sejmu, prasy. Lecz trudności żyrardowskie nie były odosobnione i wyłącznie nasze. Robotnik żyrardowski, pozbawiony pracy w fabryce, nie miał dokąd odpłynąć i dlatego dzień w dzień przed Magistratem i przed biurem Funduszu bezrobotnych tworzyły się zatory unieruchomionej energii robotniczej. Trzeba było radzić. Ale jak? Roboty publiczne wymagały dużych pieniędzy, a o kredyty nie było łatwo. Magistrat i Rada Miejska wyzyskały wszystkie możliwości dopomożenia bezrobotnym, ale te możliwości były ogromnie ograniczone w stosunku do bezmiaru nędzy, jaka się w Żyrardowie zagnieżdżała. […]
Tymczasem pan Koehler sprowadza nowe kosztowne maszyny-automaty, przy których obsługa ludzka jest niemal zbędna, a pan Waśkiewicz przesiewa przez sito swoich kombinacji imiona tych, którzy mają być niebawem „zredukowani”. Z ust do ust idzie smutna wieść, że lista nowych redukcji już jest gotowa, że czterystu osiemdziesięciu robotników pójdzie na bruk. Ale na to nie ma rady. To jest racjonalizacja i reorganizacja pracy. Reorganizacja w imię czego? Dla kogo? Czy to naprawdę nikogo nie obchodzi, że tysiące ludzi musi głodować, ulegać straszliwej degradacji społecznej w rozpaczy i nędzy? Czy jedyną odpowiedzią na te pytania jest i będzie zawsze to jedno nic nie mówiące słowo: kryzys? Co to jest kryzys? Kto jest sprawcą kryzysu? Kiedy się skończy ten wielopostaciowy kryzys? […]
W Żyrardowie było coraz gorzej. Związki zawodowe zostały rozbite albo wegetowały żałośnie, w fabryce pracowało zaledwie tysiąc dwieście robotników, pan Waśkiewicz zwalniał bezustannie robotników i urzędników, niektórych namawiał usilnie do opuszczenia Żyrardowa. Jednocześnie likwidował w Żyrardowie bogate życie towarzyskie i kulturalne, otaczając się ludźmi prawie wyłącznie obcymi. Swoją gorliwość w służeniu Boussakom posuwał coraz dalej, wynajdował różne sposoby i chwyty, odebrał robotnikom Dom Ludowy, zbudowany dla nich przez Karola Dittricha, zamknął też szkołę tkacką, jedyną w województwie warszawskim, i zabierał się do opanowania miasta. Przed letnimi urlopami wymawiał wszystkim robotnikom pracę, wobec czego owe dwa tygodnie wypoczynkowe, które prawodawca chciał uczynić źródłem radości i porą wytchnienia dla spracowanego robotnika, stawały się dla wszystkich istnym piekłem niepokoju i zgryzoty, bo nikt nie wiedział, czy po urlopie letnim znajdzie jeszcze pracę w fabryce. Zarazem obrót siłami młodocianymi, czyli terminatorami fabrycznymi, był coraz bystrzejszy, według plastycznego wyrażenia p. Haliny Krahelskiej, byłej inspektorki fabrycznej. […]
Chodziło o złamanie człowieka pracy, o pognębienie go i zatriumfowanie nad jego bezradnością. I na to wszystko rady nie było. Koehler miał siłę po swojej stronie i z całym cynizmem wyzyskiwał to prawo silniejszego. Zaś pan Waśkiewicz odsłaniał mu usłużnie wszystkie braki naszego ustawodawstwa robotniczego i społecznego i doradzał, w jaki sposób można wyzyskać każdy z tych braków. Ogarniała nas rozpacz, ale cóż było robić? Podczas gdy w Paryżu i Berlinie ukazywały się książki o przesileniu demokracji i kryzysie parlamentaryzmu, w Żyrardowie widzieliśmy najistotniejsze przyczyny tych zjawisk. Ludzie pracy, ta podwalina najgłębsza gmachu cywilizacji, poczuli nagle, że dźwigają ciężar nad siły, obcy i wrogi. Wszystko, co dawniej tworzyło właściwą treść istnienia, polityka, wiedza, sprawy społeczne, lepsza przyszłość, znikło wobec zagadnienia elementarnego instynktu życia. Demokracja, faszyzm, dyktatura, socjalizm, oświata, komunizm, klerykalizm, antyklerykalizm – wszystko to stało się nagle nieistotne, obojętne, dalekie i obce. Jeszcze w nowelkach Gorkiego ubogi zecer wolał utracić pracę niż sprzeniewierzyć się swoim przekonaniom. Degradował się wprawdzie na robotnika niższej kategorii, musiał malować płoty, ale nie skazywał się na śmierć. Miał jeszcze rozległy wybór między dobrym a gorszym. Taki wybór znikł teraz zupełnie: najlichsza, najmarniej płacona praca albo głód, poniewierka, cierpienie i może nawet śmierć głodowa. Nie to było ważne, czy pracę da demokrata, czy komunista, klerykał i wstecznik, ale to, czy się ją w ogóle dostanie. Koniunktura gospodarcza pociągnęła za sobą koniunkturę polityczno-społeczną. […] Roztrząsanie spraw demokracji czy dyktatury to sprawa sytych, głodni nie mieli ani ojczyzny, ani przyszłości, ani przekonań polityczno-społecznych. Tragiczny popyt na chleb zmniejszył z natury rzeczy popyt na ideologie społeczno-polityczne. […]
Redukcje postępowały, obrót siłami młodocianymi był coraz szybszy. Poszczególne oddziały fabryki szły po trzy-cztery dni w tygodniu, a przy tym w całej wielkiej fabryce pracowało już nie 9 tysięcy robotników jak dawniej, ale niewiele ponad tysiąc. Jednocześnie wszakże administracja była taka kosztowna, jak bodaj nigdy dotąd. Sam Koehler pobierał kilkaset tysięcy rocznie, a tacy reorganizatorzy, jak Pfau, Ulrich i wielu innych otrzymywali po kilka tysięcy miesięcznie. W biurach warszawskich siedzieli różni dygnitarze zagraniczni, mający bardzo wysokie pensje, a techniczny personel fabryki był liczny. Na tę kosztowną administrację, która była nie mniejsza od administracji dawnej, gdy w fabryce pracowało 9000 ludzi, lecz raczej większa, musiało zapracować nieco ponad tysiąc robotników. Chodziło, oczywiście, nie tylko o administrację, ale i o akcjonariuszy, więc robotnik żyrardowski miał co dźwigać na swoich barkach. W dodatku musiał wziąć na siebie sprawę bezrobotnych towarzyszy, bo nowy zarząd fabryki z zasady nie dawał na cele społeczne ani grosza. Gdy opinia publiczna zaczęła się dopominać od fabryki pomocy dla bezrobotnych, zarząd nałożył na swoich urzędników 2-procentowy podatek od pensji, co w razie najlepszym mogło dać kilka tysięcy miesięcznie, czyli po kilkadziesiąt groszy na bezrobotnego. Była to „akcja ratunkowa” na odczepne.
Inteligentni robotnicy zdawali sobie sprawę z tego, że nie chodzi już o jedno z dawnych bezroboci, ale o wielkie zasadnicze przemiany, które setki tysięcy i miliony robotników wyrzucają poza nawias systematu pracy. Kierownicy tkalni nie troszczyli się teraz o to, czy tkacze zechcą pracować na trzech albo czterech krosnach, bo doszło tymczasem do tego, że jeden tkacz obsługiwał 10–12 krosien-automatów, a miejsce 200 cewiarek zajęły maszyny obsługiwane przez kilka młodych dziewczyn. Podczas gdy dawna cewiarka zarabiała 20–30 złotych tygodniowo, co przy 200 pracownicach cewiarskich dawało od 4 do 6 tysięcy złotych tygodniowo, po zracjonalizowaniu cewiarni maszyny przy obsłudze kilku dziewczyn pracowały za 60–80 złotych tygodniowo. W przędzalni pozsuwano maszyny i pracę porozdzielano w ten sposób, że gdzie dawniej pracowały trzy prządki, tam postawiono jedną. Gdy w oddziałach pomocniczych, w których robotnicy pracowali na dniówkę, powstawały zaległości, Koehler nie pozwolił przyjmować nowych robotników, ale domagał się od kierowników tych oddziałów, aby całą pracę wykonywali przy pomocy personelu posiadanego. Oczywiście, że nie można było dokonać tego inaczej, niż przez wymuszanie na robotnikach pracy nad siły i nad normę. Dzień roboczy przedłużano o kilka godzin, za które jednak nikomu nie płacono. Bezkarność takich nadużyć była zapewniona, bo żaden robotnik nie byłby się odważył zaprotestować lub udać się ze skargą do inspektora. Skutek protestu lub skargi mógł być tylko jeden: utrata pracy. A tego żaden robotnik ryzykować nie chciał.
Racjonalizacja pracy i „odmładzanie” fabryki prowadziły do tego, że robotników starszych zastępowano siłami młodymi. Od dziesięcioleci istniał w Żyrardowie zwyczaj, że starym robotnikom, którzy przestawali pracować, wypłacano emeryturę w wysokości od kilku do kilkunastu rubli miesięcznie. Do tej fabrycznej emerytury były właściciel Żyrardowa, Karol Dittrich, dodawał od siebie od dwóch do pięciu rubli miesięcznie. Jeśli dodamy, że każdy robotnik starszy miał znaczne oszczędności w Fundacji Karola Augusta Dittricha, założonej i utrzymywanej przez Karola Dittricha, to zrozumiemy, że żaden emeryt po opuszczeniu fabryki nie doznawał skutków jakiejś nędzy. Nowy zarząd spoglądał na emerytury jak na trwałe fatalne zło, którego trzeba było pozbyć się jak najprędzej razem z wszystkimi świadczeniami społecznymi. Redukowano tedy emerytury razem z płacą, a ta stawała się coraz mniejsza. Tkacz, który pracował na dwunastu krosnach, nie zarabiał oczywiście tyle, ile zarobiłoby w normalnych warunkach pięciu lub sześciu tkaczy, ale dostawał za swoją wytężoną pracę o 50 do 100% więcej, niż dostawał dawny tkacz, pracujący na dwu krosnach. […]
Skutki racjonalizacji są olbrzymie. Tu nie chodzi o jakieś drobne ulepszenia produkcji i zbytu, ale o rewolucję w wielkim stylu. Dotychczas rewolucje gospodarcze i społeczne były dziełem zrozpaczonych mas i zwracały się przeciwko posiadaczom zbyt wielkich bogactw i zbyt wielkiej władzy. Teraz posiadacze wielkich bogactw i absolutnej władzy dokonywali rewolucji przeciw bezbronnym i bezradnym masom. Rozmiary tej rewolucji wyraziły się w Żyrardowie liczbami tragicznymi: z 9000 dawnych robotników pozostało przy pracy 1200–1500, a więc siódma czy szósta część. Gdyby racjonalizacja pozbawiała chleba tylko siódmą część robotników, można by mniemać, że się ta część bezrobotnych ostatecznie gdzieś podzieje, rozpłynie po całym organizmie społecznym i nie rzuci się w oczy postacią klęski. Zmniejszy się liczba małżeństw, obniży się liczba urodzin i na tym koniec, jeśli jeszcze dodać odpowiednie zmniejszenie się dochodu społecznego i powiększenie się zysków kapitalistów. A tu taka katastrofa! Dla nas sprawa nieobojętna, bo robotnik jest nasz i trzeba go żywić, kapitał jest obcy i zyski wywozi za granicę. Racjonalizacja więc, taka, jaka odbywa się w Żyrardowie, oznacza obniżenie dochodu społecznego, a tym samym obniżenie stopy życiowej i wszystkie tego skutki.
Rodziło się pytanie: kiedy i na czym skończy się racjonalizacja i co stanie się z bezrobotnymi? Pytanie takie nie istniało dla kapitalisty, ale narzucało się nam. Kapitaliści prześcigali się wzajemnie: w Żyrardowie jeden tkacz pracował na dwunastu krosnach, u Ettingona w Łodzi jeden tkacz pracował już na 32 krosnach. Kto może więcej i taniej produkować, ten bije słabszego przeciwnika i zwycięża. Ale pobity przeciwnik nie ginął z głodu. Jak w wojnach orężnych królowie i cesarze bili się swoimi poddanymi, tak w walce kapitalistycznej wielcy bogacze załatwiali swoje rozrachunki kapitalistyczne na skórze ubogich robotników, nie troszcząc się o los bezrobotnych, o ich życie i śmierć. Trudno było zgodzić się z myślą, że ostatecznym celem racjonalizacji przemysłu jest anarchia gospodarcza i społeczna. […] Taka jest rzeczywistość gospodarcza. W Australii hodowcy zabijają i niszczą 800 000 owiec, w Brazylii niszczy się setki tysięcy worków kawy, w Argentynie, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie palą masy zboża, w Meksyku wojsko niszczy miliony bananów, w Ameryce Południowej i w Egipcie palą olbrzymie masy bawełny, nawet w Czechosłowacji topią w Dunaju mnóstwo sławnych czeskich ogórków, a w Holandii hodowcy tulipanów płacą specjalnym robotnikom za niszczenie milionów cebulek kwiatów, które dotychczas rozchodziły się po całym świecie. To są rzeczy, których prosty ludzki rozum, nie wypaczony nałogami myśli kapitalistycznej, zrozumieć nie jest w stanie. […]
Napisałem artykuł o rzeczywistości gospodarczej widzianej w perspektywie Żyrardowa i posłałem go do „Gazety Polskiej” jako głos dyskusyjny, z góry licząc się z tym, że redakcja może go nie wydrukować. Zresztą nie przywiązywałem żadnej specjalnej wagi do tego artykułu, bo widziałem przecie na własne oczy, że paroletnia kampania prasowa przeciwko zarządowi Żyrardowa nie dała w wyniku ostatecznym literalnie nic. Dawniejszy zarząd na każdy najdrobniejszy artykulik odpowiadał natychmiast, chociaż mógł się był z rynkiem polskim nie liczyć, ile że rynkiem właściwym Żyrardowa była cała Rosja aż po Samarkandę i Port Artur. Obecnie zarząd fabryki kpił sobie z prasy i nawet nie raczył zwrócić uwagi na jej głosy. Byłem przekonany, że i tym razem będzie tak samo. […] Stała się rzecz nieoczekiwana. Nie tylko że prasa polska żywo zainteresowała się artykułem moim, przedrukowując wyjątki z niego i komentując je życzliwie, ale co najważniejsze, zarząd Zakładów żyrardowskich zdecydował się nareszcie odpowiedzieć na stawiane mu zarzuty, chociaż w artykule swoim nie wymieniłem nazwy miejscowości i nazwisk fatalnych działaczy. Lecz odpowiedź dana mi piórem p. senatora G., członka rady Zakładów żyrardowskich, była w duchu nowego kursu. Pan senator G. jako urzędnik przedsiębiorstwa musiał stanąć po jego stronie, jednakże cały jego artykuł był tak stylizowany, iż tylko potwierdzał moje zarzuty. Autor tego artykułu poza ogólniki wyjść nie umiał. Rozpisał się o przyjaźni polsko-francuskiej, jak gdyby miała ona w tym wypadku cokolwiek do rzeczy, rozwiódł się szeroko nad szlachetnością pana Koehlera, dodał coś niecoś o trudnościach, o kapitale, o popieraniu rządu i zrobił ze mnie szkodnika społecznego, który w dodatku mieszka w domu fabrycznym, czyli że już z tej racji powinien dąć w dudkę pana Koehlera. Artykuł pana senatora G. ukazał się w wolnej trybunie „Gazety Handlowej” i wywarł na mnie wrażenie przygnębiające. Odpowiedziałem mu w „Gazecie Polskiej”, co myślę o tej odpowiedzi, wezwałem go, aby zaprzeczył faktom przeze mnie podanym o terrorze panującym w Żyrardowie, o szykanowaniu polskich urzędników i robotników, o sprzedawaniu w kraju francuskich tkanin ze stemplem fabryki żyrardowskiej. Pan G. odpowiedział znowu komunałami w „Gazecie Handlowej”, że tego-owego, że „słowami robotników bezrobotnych nie nakarmimy”. Było to przykre uchylanie się od odpowiedzialności. […]
Tymczasem po ukazaniu się moich artykułów w „Gazecie Polskiej” Żyrardów stał się nagle tematem wysoce aktualnym dla całej prasy polskiej. Dzień w dzień „Informacja Prasowa” posyłała mi wycinki różnych gazet piszących o Żyrardowie a jednocześnie dostawałem listy z całego kraju z informacjami o stosunkach przemysłowych w Łodzi, na Śląsku i indziej. […]
Do ogarnięcia całokształtu życia społeczno-gospodarczego brakło mi zainteresowania, a może zdolności. Marks był dla mnie lekturą trudną i niezrozumiałą. Ale nagle ujrzałem hierarchię kapitalistyczną tuż przed oczami: Waśkiewicz, Koehler, Boussac… Pakiet akcji przechodzi z rąk do rąk i nagle człowiek, który przy pomocy machinacji giełdowych i fałszywej przysięgi zdobywa miliony, staje się panem losów ludności żyrardowskiej. Apartament za milion, urządzenie mieszkania za pięć milionów, trzy Rolls-Royce’y, wspaniałe zbiory, diva opery paryskiej jako przyjaciółka… Takie to dziwne: do roku 1914 nie miał nic, o Żyrardowie może nigdy nawet nie słyszał, na dostawach wojennych „dorobił się majątku”, kupił sobie akcji… A tymczasem ludzie, którzy z dziada-pradziada siedzieli w tym mieście, budowali je na fundamentach swej nędzy i wyrzeczeń, na gruźlicach, rupturach, na tysiącu nieszczęśliwych wypadków i nagłych śmierci w trybach maszyn, stają się niczym, dodatkiem do maszyn, budynków, wielkich placów, domów mieszkalnych, pałaców, will, parków…
Kierowniczka jednej ze szkół opowiada nam, że dzieci zasypiają przy lekcjach, bo są chronicznie głodne. Sami widzimy, że dzieci zaczynają żyć na własną rękę: sprzedają gazety, grają o pieniądze, spekulują, na czym się da, aby zarobić kilkadziesiąt groszy. Wieczorem widuje się na ulicach sporo młodych kobiet. Chodzą, jakby na kogo wyczekiwały, zwalniają kroku, spoglądają na przechodnia… Wprost się wyczuwa, że mają okropne bicie serca, że nie wiedzą, jak się zachować, aby mieć sposobność upragnioną do zarobienia kilku złotych. Ale zabiegi ich nie zdają się na nic. Tyle ich jest, a tak mało w Żyrardowie ludzi zarobkujących, którzy mogliby wyrzucić zgoła niepotrzebnie kilka złotych. Przecie za trzy złote wegetuje nieraz cała rodzina przez tydzień.
Racjonalizacja, kultura chrześcijańska, wolność, równość, braterstwo, prawo do pracy, prawo do życia, do oświaty, do szczęścia… Człowiek chce żyć. Najprzód wyprzedaje się ze wszystkiego, czego bezpośrednio do utrzymania życia nie potrzebuje, potem sprzedaje ostatnie graty, ubranie, bieliznę, buty, jednym słowem wszystko, co można wymienić na chleb. Wreszcie sprzedaje swoją moralność, obyczaje, wierzenia, wstyd, godność ludzką… Za kawałek chleba. […] Z takimi smutnymi myślami wyszedłem po obiedzie 26 kwietnia na ulicę, aby odetchnąć po pracy. Snuli się obdarci robotnicy, ze szkoły wychodziły dzieci, po wyboistym bruku terkotał wózek chłopski. Było słoneczno i smutno w pustce ulic konającego miasta. Z bramy szkolnej wyszła blada i wzburzona znajoma, sąsiadka z trzeciego domu, pani Blachowska, higienistka. Podeszła i głosem ochrypłym mówiła coś, co było fantastycznie nieprawdopodobne. Że w tej chwili ktoś słyszał wiadomość podaną przez radio, iż mąż jej zabił Koehlera. Niemożliwe! Gdzie? W Warszawie! W biurze? Nie wiadomo. Nie, to chyba nieprawda. […] Taka pewno pogłoska… Nie, to wiadomość urzędowa, przez radio podana… Blada pani Blachowska stoi chwilę bezradna, potem żegna się i idzie do domu, a niebawem widzimy ją idącą wolno ku dworcowi kolejowemu.
Ludzie przystają z sobą i rozmawiają szeptem, wskazują za siebie wyprostowanym kciukiem, że tam, w Warszawie… Nikt nie wierzy. […] Czy pan już słyszał? Chyba nieprawda… W biurze policji mówili, że prawda. Idę ulicą i myślę o tym, co właśnie słyszałem. […] W lutym pisałem w „Gazecie Polskiej”, że jeśli polityka dyrekcji trwać będzie dalej, to krwawa tragedia nie każe czekać na siebie. Przychodziło zdziwienie, że ten zabity człowiek nie rozumiał tak prostej rzeczy, iż ludzi kopać nie można, że nawet racjonalizacja winna odbywać się jakoś po ludzku. […]
Pierwsza połowa sierpnia. Co słychać? Nic dobrego. Redukcje, racjonalizacja, bieda. […] Minął październik, przyszedł łagodny i słoneczny listopad, a potem równie łagodny grudzień. Bieda wzmagała się, komitety pomocy bezrobotnym wznowiły działalność i zaczęły zbierać składki. Ale cóż znaczyło kilkaset złotych miesięcznie na tylu bezrobotnych? Tymczasem w dalszym ciągu zwalniano starszych robotników i urzędników, zaś od pracowników biurowych żądano pracy za trzech. Każdy podporządkowywał się wymagającym zwierzchnikom, bo sama myśl o utracie pracy pełna była ponurej grozy. Gdzież były te czasy, gdy organizacje zawodowe miały głos w sprawach płacy, przyjmowania, zwalniania i zaopatrywania starych robotników? Fabryka może się procesować przez wszystkie instancje, robotnik pozbawiony środków do życia nie może się prawować bez końca. Tymczasem upływają dni, miesiące i lata, starzy emeryci wymierają, nowi mają za sobą mniej lat pracy, a sprawiedliwość działa powoli i z wielką rozwagą. Tylko głodnym i nagim pilno. Świat ma czas. […]
Pracodawca? Chlebodawca? Miły Boże, byliśmy przecie w ciągu wieków chlebodawcami wszelkiego draństwa i wszelkich nędznych a tępych pasożytów i byliśmy ich pracodawcami, dając im pot, i krew, i zdrowie, i wszelki sens swojego ludzkiego życia na tej ziemi. Oni brali pracę naszą i nasz chleb, oni byli pracobiorcami i chlebobiorcami naszymi, a my byliśmy dawcami, żal się Boże, dobrowolnymi i ciemnymi. […]
Czytuję dużo pisarzy polskich i zagranicznych i ku wielkiej radości swojej przekonywam się, że najlepsi i najszlachetniejsi spośród nich przestali być rezydentami kapitalizmu. Galsworthy pokazał na przykładzie z życia, czym jest forsytyzm, który jedyny cel życia widzi w gromadzeniu pieniędzy. Kaden-Bandrowski robi u nas to samo, obnażając tendencje różnych partyjników zmierzających do spieniężania haseł polityczno-społecznych. Stary Andre Gide z uniesieniem mówi o człowieku budującym nowy świat i całą duszą pragnie doczekać się zwycięstwa tego człowieka. Młodzież francuska tworzy front antykapitalistyczny od prawicy katolickiej aż po lewicę marksowską. […] Na jednym biegunie życia widzimy drapieżny i nigdy nienasycony kapitalizm, który do celów swoich idzie po trupach, a na drugim biegunie staje do służby szlachetne i piękne człowieczeństwo. Proza angielska zwalcza energicznie obłudę urzędowej moralności, proza polska służy wysokim ideałom społecznym i wszechludzkim. I zdaje się, że już wiemy, co będzie dalej: pozostawimy Morganom ich złoto, Rockefellerom ich źródła nafty, a Vickersom ich armaty. Niech sobie to wszystko mają. Ludzkość świadoma wartości życia i pracy pójdzie własnymi drogami. Kapitalizm to ciemnota mas; gdy się ta ciemnota rozwieje, kapitalizm zniknąć musi.
W perspektywie ulicy żyrardowskiej ukazuje się nowy piękniejszy świat, w którym ideałem najwyższym nie będzie już zysk i wyzysk. Wnuki nasze z niedowierzaniem pytać będą, czy to prawda, iż różni ograniczeni carowie skazywali na więzienie i na śmierć ludzi, którzy nie taili swej wiary, że istnieje doskonalszy i sprawiedliwszy sposób wytwarzania i podziału towarów, niż ten, jaki zaprowadził i utrwalił kapitalizm. Patrzę na dziedziniec szkolny przed mymi oknami i wierzę niezłomnie, że tłum dzieci bawiących się tam w tej chwili, to przyszli obywatele lepszego i sprawiedliwszego świata.
W tym świecie, nad którym nie będzie już panował anarchiczny i drapieżny kapitalista, znajdzie miejsce także mój Żyrardów. Budowały go razem z innymi ręce moich dziadów i rodziców, pracowałem przy jego budowie przez dziesiątek lat i ja, pracuję przy innym warsztacie i dzisiaj. Lecz oto przyszedł człowiek obcy, który jeszcze wczoraj nic nie wiedział o nas i naszej pracy, i na mocy jakichś nędznych papierków położył na nas łapę i zaczął nam wyznaczać skromniutkie racje chleba, ograniczać nasze prawo do życia. Spadła na nas fala straszliwej nędzy, zgryzot, niepokoju. Ale już wielu z nas rozumie, że to jest komiczne. Gdy komizm tej sytuacji zrozumiemy wszyscy i parskniemy wesołym śmiechem, gmach kapitalizmu, więzienie ludzkości i zmora świata, runie. […]
Jednocześnie otrzymałem kwestionariusz ankiety na temat wzmożonej przestępczości na gruncie Żyrardowa. Znam swoje miasto rodzinne i wiem, że było ono zawsze bardzo spokojne, od razu tedy przyszło mi na myśl, że ta wzmożona przestępczość ma pewien przyczynowy związek z „gospodarczą” działalnością Boussaków i ich, żal się Boże, polskich naganiaczy. Stałe redukcje ery Koehlera i Waśkiewicza musiały doprowadzić do wzmożonej nędzy i co za tym idzie do wzmożonej przestępczości. Jeśli Boussac w krótkim czasie wyciąga z Żyrardowa kilkadziesiąt milionów „czystych” zysków, to nam pozostawia odpowiednie straty i gospodarcze, i moralne.
Udaję się z tymi myślami do prezydenta miasta, p. Edmunda Orlika. Czy to prawda, że tak zatrważająco wzmogła się przestępczość? Niestety, tak. W ostatnich latach kroniki policyjne zanotowały kilkadziesiąt morderstw i zabójstw, kilkaset krwawych bójek, kilka tysięcy kradzieży większych i mniejszych. Nędza jest straszliwa. Zdaniem lekarzy 60% młodzieży żyrardowskiej to kandydaci gruźlicy płuc. Panoszą się straszliwie choroby weneryczne. Od kiedy wzmogła się tak bardzo przestępczość? Od roku 1926 – brzmi odpowiedź. A więc od czasu wielkiego lokautu i tych stałych redukcji, które cechowały rządy Koehlera i Waśkiewicza. […] Przypomina mi się pewien szczegół z memoriału wydanego w roku 1927 staraniem prezydenta Orlika dla informowania władz i opinii publicznej o przyczynach i skutkach upadku Żyrardowa. Jest w tym memoriale mowa o tym, że zarząd Boussaków sprzedawał na złom dobre maszyny żyrardowskie. Teraz czytamy w „Gazecie Polskiej” z 5 II 1934, że te maszyny powędrowały do francuskich fabryk p. Boussaka i tam ten „złom”, sprzedany mu za bezcen, pracuje normalnie dalej. Istna otchłań brudów moralnych i chamskie, cyniczne deptanie ludzkich praw robotnika żyrardowskiego. Ale to cuchnące bagno oszustw i złodziejstw już jest odsłonięte i musi zostać zlikwidowane. Inaczej być nie może.
przez Remigiusz Okraska | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Na czym polegają dzisiaj wrażliwość społeczna i takież zaangażowanie najwybitniejszych polskich ludzi kultury? Odpowiedź jest oczywista: na potępianiu rodzimego Ciemnogrodu oraz na dbaniu o środowiskowe interesy. Przez ponad 20 lat istnienia III RP do wyjątków należały sytuacje, gdy twórcy o głośnych nazwiskach zabrali głos w sprawie istotnych problemów społecznych.
Jasne, istnieje i regularnie przypomina nam o sobie instytucja tzw. listów otwartych, sygnowanych przez postacie znane i uznane, nagradzane, wychwalane, z samych szczytów zasług i splendoru. A to potępią Rydzyka, a to oburzą się na prowincjonalny przypadek antysemityzmu, a to zachęcają, abyśmy byli bardziej europejscy niż czołowe kraje Europy. Ich autorzy są niezwykle pomysłowi i odważni, skoro z otwartą przyłbicą wygłaszają opinie wygłaszane przez… wszystkie wielkie i wpływowe media.
W efekcie zamiast głosu narodowego sumienia mamy głos środowiskowego kołtuna. I co z tego, że ów kołtun jest nowoczesny, wykształcony, obyty i bywały, skoro jego opinie są tak samo konformistyczne i bezrefleksyjne, jak poglądy najciemniejszego tłumu? Pani Dulska pozostaje sobą także wtedy, gdy posiada profesorski tytuł lub jest laureatem/-ką prestiżowej nagrody. Inna rzecz, że co drugi z tych „listów otwartych” nawet nie udaje głosu w sprawie na serio publicznej – jest obroną którejś z kolesiowskich instytucji, uznaniowo stworzonej posady czy dotacji przeznaczonej dla „samych swoich”.
Próbuję sobie przypomnieć przypadek, gdy nazwiska z górnej półki zabrały głos w obronie słabszych i pogardzanych, a przy tym niemodnych środowisk. Czy upomniały się, dajmy na to, o rolników żyjących na skraju biedy, o ich dzieci pozbawione perspektyw, o wielkomiejskich bezrobotnych, o kolejne grupy zawodowe tracące „przywileje” w postaci stałej umowy o pracę czy pensji ciut wykraczającej ponad poziom przetrwania, o likwidowane prowincjonalne biblioteki i szkoły, o brakujące przedszkola i bankrutujące szpitale? Bieda, bezrobocie, zapaść cywilizacyjna całych rzesz i regionów, jawnie szkodliwe decyzje wymierzone w najsłabszych, cynizm i pogarda okazywane im przez elity władzy i biznesu – to wszystko przechodzi bez reakcji luminarzy literatury i sztuki. Syci i zadowoleni mają syte i zadowolone poglądy. W końcu byt określa świadomość, jak zauważył pewien niemodny dziś myśliciel.
Podobnie jest z twórczością takich person. Polska ostatnich dekad – gdyby sądzić na podstawie rodzimego dorobku kulturowego tuzów tego światka – jest krajem szczęśliwym, nieomal kwitnącym. Jeśli coś tu odbiega od ideału, to jedynie dlatego, że ktoś indywidualnie zbłądził czy zgrzeszył, tak samo przypadkowo, jak przypadkowo trąba powietrzna powstaje niekiedy nad zamieszkałą okolicą, nie zaś w szczerym polu. Czasem w ich filmach czy książkach ktoś pije, bije żonę lub stracił pracę albo wolność, bo pił lub bił żonę. Problemy społeczne, a tym bardziej ich systemowe uwarunkowania niemal nie istnieją w twórczości sławnych i znanych.
Ktoś powie, że kultura, sztuka i literatura nic nie muszą, że twórca to człowiek wolny, więc w duszy mu gra to, co chce. Nie zmuszajmy nikogo do pisania, wyśpiewywania, fotografowania czy malowania biedy, bo to się skończy źle. Wolna myśl i talent umrą śmiercią naturalną, gdy spróbujemy wtłoczyć je na siłę w „tematykę społeczną”. Czeka nas wówczas powtórka z socrealizmu, polityka zabije sztukę, będzie nudno, szaroburo i ponuro, widz lub czytelnik zacznie ziewać lub przeklinać złe ulokowanie gotówki w takim nieporadnym dziele sztuki. Oczywiście te obawy odchodzą w niepamięć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy trzeba schlebiać silnym i możnym. Wtedy pani Dulska płci obojga popiera, protestuje, apeluje, tworzy komitety honorowe, oburza się i ostrzega. Kiedyś artystyczne wolne duchy mówiły non serviam – nie będę służył. Dzisiaj powtarzają za politycznymi kołtunami sprzed ponad stulecia, że przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy. I nieważne, czy Najjaśniejszymi Panami są premier i minister finansów, czy znany biznesmen lub organizacja „pracodawców”, czy wpływowa gazeta, której nie jest wszystko jedno.
Można by ciągnąć ten lament jeszcze długo, ale bardziej wymowne jest skonfrontowanie postaw dzisiejszych Pań Dulskich z ich poprzednikami po fachu. Z ludźmi, którym talent i szerokie horyzonty nie tylko nie przeszkadzały oprócz uprawiania „czystej sztuki” interesować się problemami społecznymi, ale wręcz przeciwnie – uważali oni, że właśnie ów talent i związane z nim pozycja i autorytet zobowiązują ich do ukazania problemów trudnych, niewygodnych i zamiatanych pod dywan.
Przypominamy w dziale „Nasze Tradycje” bardzo drobny wycinek takich postaw. Pierwszy z tekstów to fragmenty książki Pawła Hulki-Laskowskiego. Dziś to postać raczej zapomniana, jeśli kojarzona przez szersze rzesze, to jako pierwszy polski tłumacz „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, za życia należał jednak do literackiego mainstreamu. Oprócz książki Haška przełożył na nasz język dzieła m.in. Jonathana Swifta, Karela Čapka, J. F. Coopera, wydał kilka książek własnych, publikował liczne teksty w najważniejszych czasopismach literackich międzywojnia. Wśród jego znajomych byli nie tylko liczni ludzie kultury czy wpływowe postacie rodzimej polityki, ale i np. prezydent Czechosłowacji, T. G. Masaryk. Mógł do woli brylować na salonach, walczyć z „ciemnogrodem”, uprawiać „czystą sztukę” itd. Zrobił jednak coś zgoła przeciwnego.
Przez 8 lat prowadził wytężoną kampanię publicystyczną, próbując zwrócić uwagę opinii publicznej na to, co dzieje się w jego rodzinnym mieście – Żyrardowie. A działo się bardzo źle. Wielkie zakłady włókiennicze, niegdyś znane w całej Europie i stanowiące jeden z symboli przemysłu na ziemiach polskich, były stopniowo doprowadzane do ruiny przez – jak byśmy to dziś nazwali – „inwestora zagranicznego”, konkretnie zaś francuskiego, który przejął fabrykę na początku lat 20. Prowadzono tam rabunkową gospodarkę, nie licząc się z nikim i niczym – ani z pracownikami, ani z lokalną społecznością, dla której zakłady były niegdyś głównym żywicielem, ani z interesami państwa polskiego i z jego regulacjami prawnymi. Było tam wszystko, co najgorsze: i straszliwy wyzysk, i wyrzucanie setek ludzi na bruk, i zrujnowanie budżetu miasta, i oszustwa podatkowe, i fałszowanie wyrobów, i nielegalny transfer zysków zagranicę itd., itp.
Hulka-Laskowski poruszył niebo i ziemię, żeby temu przeciwdziałać – napisał wiele artykułów w prasie wszelkiego rodzaju, przygotował liczne apele do władz różnego szczebla, dwoił się i troił, żeby ratować swoją „małą ojczyznę”, choć mógł wyjechać gdziekolwiek i tam się beztrosko urządzić. Zwieńczeniem jego wysiłków była książka „Mój Żyrardów”, wydana w roku 1934. Otwierała ją wymowna dedykacja: Robotnikom żyrardowskim, towarzyszom walk i porażek, z wyrazem niezłomnej wiary w ostateczne zwycięstwo.
Książka to przeplatana wątkami autobiograficznymi swoista kronika upadku miasta pod jarzmem bezwzględnego kapitału. Pełna emocji, osobistych refleksji, ale i bardzo rzetelna pod względem dokumentacyjnym – fakty, daty, nazwiska i liczby są tu zebrane pieczołowicie, brzmiąc jak fachowa mowa oskarżycielska. Przypominamy niewielki fragment „Mojego Żyrardowa”, które mówią same za siebie w kwestii postawy pisarza. Warto wszakże zwrócić uwagę na jedno – otóż Hulka-Laskowski nie tylko dokumentuje lokalny przypadek, bliski mu z racji pochodzenia (jego rodzice – i on sam w młodości – byli pracownikami zakładów żyrardowskich, zanim rozpoczęła się tam gospodarka rabunkowa) i zamieszkania. Jego refleksje wykraczają poza Żyrardów i jedną fabrykę – obserwując ich losy, pisarz nabiera świadomości społecznej, dostrzegają, że choć sytuacja lokalna jest w swej brutalności może wyjątkowa, to stanowi przejaw szerszej tendencji. Tak oto z literackiego pięknoducha rodzi się człowiek dostrzegający strukturalne wady ówczesnego porządku ekonomicznego i dający w książce świadectwo owej przemiany.
Warto dodać jeszcze jedno, żeby opowieść była pełna. Otóż 8-letnia kampania Hulki-Laskowskiego przyniosła efekt. W ślad za jego artykułami i apelami poszły w końcu działania wymiaru sprawiedliwości i władz publicznych. W 1934 r., kilka miesięcy po wydaniu „Mojego Żyrardowa”, państwo polskie angażuje się w rozwiązanie problemu – dzieje się to na szczeblu międzynarodowym i owocuje konfliktem dyplomatycznym z Francją, nie obywa się bez procesów sądowych, ale po dwóch latach właścicielem fabryki zostaje Państwowy Bank Rolny. Od 1936 r. zakłady dźwigają się z upadku, rosną produkcja i zatrudnienie, miasto ożywa.
Kolejny przypomniany przez nas tekst to fragment „Rozdroża” Marii Dąbrowskiej. Autorki przedstawiać nie trzeba, natomiast o książce nieco mówi jej podtytuł – „Studium na temat zagadnień wiejskich”. Praca ta to fachowy, pełen skrupulatnie zebranych informacji niemal 200-stronicowy apel o rozwiązanie palącego problemu, jakim była w ówczesnej Polsce sytuacja chłopów i mieszkańców wsi. Mówiąc krótko, były to realia przeraźliwej biedy, zacofania i braku perspektyw. Dąbrowska stała się głosem tych ludzi, wołając o wielkie reformy społeczne, które pozwolą im wydobyć się z dna otchłani. W kwestii doraźnej był to także apel o przeprowadzenie wreszcie autentycznej reformy rolnej, która wskutek oporu warstw posiadających była przez niemal cały okres II RP realizowana w formie szczątkowej. W książce tej, wydanej w roku 1937, pisarka upomina się jednak nie tylko o chłopów czy wieś. Wskazuje ona, że poprawa kondycji tych terenów i warstw społecznych jest kluczem do rozwoju i umocnienia państwa polskiego jako takiego. Można powiedzieć, że to modelowy przykład obywatelskiej troski o dobro publiczne, o rzeczpospolitą.
Fragmenty „Rozdroża” wybraliśmy nieprzypadkowo. Maria Dąbrowska była od młodości związana z inicjatywami społecznymi. W wieku niespełna 20 lat weszła w krąg lewicowo-ludowego pisma „Zaranie”, wkrótce potem stała się entuzjastką i propagatorką ruchu spółdzielczego, była wszędzie tam, gdzie powinna być zaangażowana inteligencja, czyli wśród słabych i wykluczonych, oraz tam, gdzie powstają inicjatywy mające ich zorganizować, by poprawić ich los. Wśród jej publikacji nieliterackich są broszury takie jak np. „Finlandia – wzorowy kraj kooperacji”, „Kooperatyzm we wsi belgijskiej” (obie napisała w wieku zaledwie 24 lat) czy „Spółdzielczość zwyciężająca”, a jej broszura „O wykonaniu reformy rolnej” została wydana w roku 1921, czyli w początkach odrodzonej Polski.
„Rozdroże” jest jednak warte szczególnej uwagi. Powstało, gdy jego autorka była już znaną i cenioną pisarką – momentem kluczowym była tu edycja „Nocy i dni” w latach 1932–34. Również ona, podobnie jak Hulka-Laskowski, nie musiała już zajmować się żadnymi kwestiami społecznymi, a tym bardziej takimi i w taki sposób, które z punktu widzenia możnych i wpływowych były bardzo niewygodne. Tymczasem pisarka uważała, że nadal ma zobowiązania społeczne, nie mniej ważne niż kariera literacka. Jej książka wywołała wielką dyskusję na temat problemów wsi i rolnictwa, nierzadko były to głosy oburzenia i potępienia albo polemiki dalekie od rzetelności, za to napastliwe wobec autorki. Ona nie tylko nie wycofała się ze swego stanowiska, ale w dodatku rok później opublikowała kolejną książkę – „Moja odpowiedź. Refleksje nad polemiką z »Rozdrożem«”, w której jeszcze dobitniej sformułowała swoje stanowisko. Nie była to zresztą ostatnia tego rodzaju publikacja Dąbrowskiej – już kilka miesięcy później na księgarskie półki trafił jej książkowy reportaż „Ręce w uścisku. Rzecz o spółdzielczości”. To jedna z najlepszych publikacji dokumentujących rozwój polskiego ruchu spółdzielczego oraz biorących go w obronę przed zarzutami warstw posiadających.
W tekstach Hulki-Laskowskiego i Dąbrowskiej warto zwrócić uwagę na pewną kwestię. Otóż to nie są li tylko apele do sumień, napisane pod wpływem emocji w obronie słusznej sprawy. Oboje poświęcili omawianym problemom wiele wysiłku. Ich książki zawierają mnóstwo informacji wymagających wgryzienia się w temat i wytrwałości, powstawały miesiącami, które można było poświęcić na cokolwiek innego. To coś więcej niż odruch serca oburzonego na taki czy inny problem – to przemyślany, poważny wysiłek ludzi przekonanych o tym, że jego podjęcie stanowi społeczny obowiązek.
Trzeci z prezentowanych tekstów ma charakter nieco inny niż poprzednie. Autora, Stefana Żeromskiego, również nie trzeba przedstawiać. Jego zaangażowanie społeczne jest podobnie wieloletnie i imponujące jak w przypadku Dąbrowskiej. Był m.in. współzałożycielem „uniwersytetu ludowego” w Nałęczowie, wymyślił dla spółdzielczości spożywców nazwę organu prasowego (która później stała się nazwą całego ruchu) – „Społem”, u zarania II RP brał udział w powołaniu Towarzystwa Przyjaciół Pomorza, apelował o obronę polskości Spisza, był inicjatorem utworzenia związku zawodowego literatów itd.
Prezentowany tekst poświęcony jest jednak grupie stosunkowo niewielkiej, ale wyjątkowej – żołnierzom, którzy stracili wzrok w czasie wojny. Są to zarazem osoby wymagające pomocy, słabsze i niesamodzielne, a jednocześnie ludzie, którzy zdrowie narażali w celu szlachetnym, jakim jest walka o niepodległość. Dlaczego ów tekst jest szczególny? Stefan Żeromski poparł „Latarnię” – towarzystwo pomocy ociemniałym – nie tylko słowem, ale i czynem. Był członkiem owej inicjatywy, a nawet pełnił w niej społecznie, do czasu znacznego pogorszenia stanu swego zdrowia, funkcję skarbnika. Zbierał składki, drobiazgowo je notował i rozliczał wydatkowanie, wszystko to robiąc już w czasach, gdy był bodaj najbardziej szanowanym żyjącym polskim pisarzem, postacią nieomal pomnikową. Gdy zmarł, niewidomi nazwali jego imieniem swą świetlicę terapeutyczno-integracyjną w Warszawie.
Cóż można dodać na temat postaw trojga literatów, których teksty prezentujemy w niniejszym numerze? Wystarczy jedynie tyle, że na ich tle bardzo kiepsko wypadają dzisiejsze „wielkie nazwiska” polskiej literatury. Pani Dulska zatriumfowała – oby nie na zawsze.
przez Krzysztof Mroczkowski | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Polityki gospodarcze wielu państw europejskich ukazują w czasie kryzysu (a często także i przed nim) swoje ideologiczne oblicze, napędzane irracjonalnymi doktrynami ekonomicznymi. Coraz bardziej widoczna nieskuteczność strategii „zaciskania pasa” przyczynia się do narastającej krytyki dominującej ideologii neoliberalnej i jej praktycznych zastosowań. Nie bez słuszności pojawia się w tym kontekście zarzut „zapominania o człowieku”, o bezdusznej, technokratycznej realizacji cięć oszczędnościowych, bez zważania na społeczne efekty tych działań.
Dehumanizacja ekonomii jest rzeczywiście największą bolączką i głównym wyzwaniem dla teoretyków i praktyków polityki gospodarczej. Dzieje się tak nie tylko – i nie przede wszystkim – z powodu braku wrażliwości na realne ludzkie problemy, której często brakuje przy spisywaniu na papierze „odważnych” tzw. reform budżetowych, drastycznie ograniczających usługi publiczne i skutkujących materialną degradacją szerokich rzesz. Dzisiejsza ekonomia jest martwa i niekompetentna przede wszystkim ze względu na niezrozumienie roli kluczowego czynnika tworzącego bogactwo: człowieka. Właśnie na zrozumieniu ducha Postępu, rozwojowej misji ludzkości opiera się – bardziej niż na jednostkowych doświadczeniach sukcesów poszczególnych państw – sedno bogacenia się społeczeństw i poprawy ich warunków życia.
Doświadczenia historyczne dość jednoznacznie wskazują na absurdalność leseferystycznej, antypaństwowej teorii tworzenia bogactwa narodów. Kraj po kraju, państwo po państwie, od USA, przez Niemcy, po Koreę Południową i Japonię, historie gospodarczego sukcesu nieodzownie związane były z rozumną, intencjonalną polityką państwową1. Jednak poleganie na doświadczeniach historycznych nie do końca spełnia rolę przekonującego dowodu na słuszność tego prądu myśli ekonomicznej, który zostanie opisany. Po pierwsze, dlatego, że zastępy fanatycznych zwolenników zwodniczych ideologii przeciwstawiają twardym faktom historycznym „eksperymenty myślowe”, udowadniające rzekomo nadrzędną wartość wolnego rynku, bądź też zapewniają o nieuchronności znacznie szybszego rozwoju, jeśli historia potoczyłaby się inaczej, „gdyby państwo nie przeszkadzało”. Brak jakiejkolwiek możliwości empirycznej weryfikacji radykalnego liberalizmu został zresztą wprost przyznany przez Ludwiga von Misesa, „papieża” libertarianizmu2.
Bardziej istotny jednak niż przekonanie naiwnych pomocników oligarchii jest drugi powód. Otóż pozytywne doświadczenia ludzkości, choć są niezwykle cenne jako poszerzające wiedzę i rozumienie świata, nie mogą być imitowane. Potrzebne jest zrozumienie intencji, ducha kierującego tymi procesami. Jak zauważymy, studiując historię postępu, proces ten charakteryzuje zmiana, często rewolucyjna, transformująca ludzkość i jej otoczenie. Właśnie ta obserwacja powinna być punktem wyjścia dla generalnej teorii rozwoju oraz kompetentnej krytyki teorii aspirujących do prymatu w polityce gospodarczej, tak leseferystycznych, jak i np. marksizmu i keynesizmu.
Ekonomia, czyli rozwój
Podkreślenie niestatyczności procesów gospodarczych, jako dążących w kierunku wzrostu, powinno nastąpić już przy definiowaniu ekonomii kategoriach nauki o poprawianiu warunków życia ludzi, alternatywnej wobec często proponowanej „nauki o gospodarowaniu ograniczonymi zasobami”. Chociaż ta druga definicja jest dosłownie prawdziwa, a ludzkość natrafia na problemy różnego rodzaju deficytów, to jednak proces rozwojowy charakteryzuje się pokonywaniem owych trudności, wbrew pesymistycznym zapowiedziom teoretyków pokroju Thomasa Malthusa. Jasno zdefiniowany humanistyczny cel nauki ekonomii wyklucza to, co obserwujemy np. w Grecji, gdzie realny dobrobyt ludzi poświęcany jest w imię wirtualnych zobowiązań finansowych. Rok po roku realna grecka gospodarka kurczy się, zabijana przez „odczłowieczenie” mające wszystkie znamiona szaleństwa. Spadające aktywność gospodarcza, produkcja, płace i poziom życia, co stanowi rezultat „reform” w postaci brutalnych deflacyjnych cięć oszczędnościowych, odzwierciedlają nie tylko wielkie wpływy instytucji finansowych, uspołeczniających straty i prywatyzujących zyski, ale przede wszystkim kryzys wynikający z braku humanistycznego myślenia o świadomym, wspartym nauką kształtowaniu lepszego przyszłego losu zbiorowości.
W istocie, człowiek jest motorem i celem procesu rozwojowego. Poprawa warunków życia historycznie przejawia się w możliwości prowadzenia bardziej bezpiecznej, zdrowszej, mniej uciążliwej egzystencji, dzięki zwiększeniu ilości i poprawie jakości dóbr wytworzonych wskutek ludzkiej pracy. Wytwórczość dóbr na głowę zwiększa się w efekcie przełomu naukowo-technicznego lub ulepszeń i ich zastosowania w procesie produkcji, dzięki czemu jest ona wydajniejsza. Tym samym źródło bogactwa narodów może zostać zlokalizowane w postępie naukowo-technicznym, skutkującym poprawą produktywności pracy. Jedynym zaś źródłem przełomów naukowo-technicznych, wynalazków i ulepszeń jest świadome, intencjonalne użycie unikalnych, tylko człowiekowi dostępnych, świadomie twórczych możliwości umysłu. Te pozornie niepowiązane ze sobą wydarzenia „przełomów” tworzą historyczny proces, który – mimo regresywnych etapów, powodowanych oligarchicznym wirusem pesymizmu – charakteryzuje się jednoznacznym wektorem w stronę materialnie i społecznie bardziej „ludzkich” form życia. Postęp w osiąganiu coraz lepszych warunków bytowania, odrywający jednostki od materialnych zmartwień, pozwala uwolnić na rzecz humanistycznych procesów rozwojowych coraz większą część potencjału człowieka.
Każda jednostka zdolna jest do uczestnictwa w tym procesie nie tylko przez wyjątkowe odkrycia, ale również poprzez przyswajanie już odkrytej wiedzy oraz uczenie jej innych, powiększając twórczy i wytwórczy potencjał ludzkości. Tym samym każda jednostka niesie w sobie twórczą iskrę, która może przyczyniać się do społecznego rozwoju, choćby poprzez inspirowanie pozytywnych zachowań. Ogólniejszą konkluzją jest stwierdzenie pozytywnego wpływu wzrostu liczebności populacji na procesy rozwojowe i zdolność pokonywania zagrożeń dla ekosystemu, w tym ludzkości. To stwierdzenie zdaje się potwierdzać zarówno historia, w której zwiększeniu liczby ziemskiej populacji towarzyszył wzrost procesów rozwojowych, jak i intuicja, wskazująca, że rozpowszechnienie potencjału wiedzy dostępnej w danym okresie wśród jak największej liczby ludności zwiększa szanse na dokonanie przełomów naukowych czy zbiorowego wysiłku rozwojowego, przezwyciężającego wyzwania danej epoki3.
Bezdroża pseudoekonomii
Fałszywe teorie ekonomiczne z zaskakującym uporem omijają te spostrzeżenia, nie wiążąc poprawy warunków życia ludzi z postępem naukowo-technicznym. Leseferyzm, oparty na opiniach rzekomego „ojca ekonomii” Adama Smitha, stworzył wypaczoną interpretację procesów gospodarczych. Wyklucza ona pozytywne intencjonalne działanie na rzecz dobra wspólnego.
Leseferyzm był od samego początku oparty na pesymistycznej interpretacji ludzkiej natury, mającej uzasadnić hegemonię egoizmu w stosunkach gospodarczych. Historycy myśli ekonomicznej wiedzą, że prace Adama Smitha bazowały na miernej wartości publikacji Bernarda Mandeville’a pt. „Bajka o Pszczołach, czyli prywatne wady jako publiczne zyski”. W pracy tej Mandeville stwierdza, iż każde działanie podejmowane z intencją zwiększenia publicznego dobra w rezultacie temu dobru szkodzi. Tylko całkowicie egoistyczne działania, podejmowane przez jednostki we własnym interesie, przyczyniają się do powiększania całkowitego dobrobytu. Tym samym powstała teoria „sumy egoizmów” jako źródła społecznego dobrobytu, wykluczająca możliwość intencjonalnego wpływu ludzkości na procesy, które jej dotyczą. Według tej teorii ludzkość – tak w swej masie, jak i indywidualnie – kieruje się wyłącznie zwierzęcymi instynktami strachu i pożądania, co akcentował Smith.
Jak wskazuje badacz historii gospodarczej i krytyk gospodarczego liberalizmu, Jan Koziar, tego typu myślenie zostało zakwestionowane przez polskiego myśliciela, Stanisława Szczepanowskiego. Ten ostatni zauważył: Nie ma pospolitszej i grubszej myłki jak ta, która przypuszcza, że rozwój sił ekonomicznych jest wyłącznie wpływem egoizmu, łakomstwa i chciwości. […] Chciwość i łakomstwo mogą prowadzić do lichwy, do gry giełdowej, do stolika z kartami, do polowania za posagami, za synekurami, do sprzedawania nazwiska na parawan brudnych interesów, ale przenigdy do rozwoju ekonomicznego […]. Rozwój ekonomiczny nigdzie na świecie jeszcze się nie pojawił bez współudziału przynajmniej rzetelności, uczciwości, pracowitości i umiejętności4.
To stwierdzenie jest niemal dosłownym zaprzeczeniem wywodów Mandeville’a, oznajmiającego, że matactwo, luksus i pycha bowiem darzą nas czymś, co jest jak zdrowie [dla gospodarki – przyp. K.M.] i z grzechu korzyść też wyniknie, zaś splendorem nie jest cnota goła5.
Również marksowskie rozumienie procesów gospodarczych, utożsamiające źródła bogactwa (surplus value) niemal z samą pracą robotnika, pozostawia wiele do życzenia. Materialistyczne rozumienie procesów gospodarczych czyni u marksistów kluczową kwestię z „zagarnięcia” przez kapitalistów nadwyżki wypracowanej przez robotników. Tym samym naczelną staje się kwestia podziału już istniejących zasobów i potencjałów produkcyjnych, bez stosownego nacisku na tworzenie nowych. Tymczasem procesy rozwojowe, chociaż objawiają się w fizycznej postaci nowych dóbr, mają źródła niematerialne – postęp najpierw tworzy się w umyśle człowieka, jego twórczy akt nie daje się uchwycić, w przeciwieństwie do materialnych rezultatów tego aktu. Postęp w marksistowskiej tradycji po prostu „jest”, gdyż przemysł „staje się” coraz bardziej zmechanizowany. Udział człowieka w tym procesie ogranicza się do zajęcia w stosunkach przemysłowych pozycji wyzyskiwacza lub wyzyskiwanego.
Dzisiejsza degeneracja ekonomii, na czele z absurdalnym traktowaniem papierów wartościowych jako „wartości”, skłania wielu do spojrzenia przyjaznym okiem na keynesowską tradycję ekonomiczną. Rzeczywiście, fiskalna stymulacja gospodarki, nawet bez kompetentnego poszukiwania synergii wydatków infrastrukturalnych, naukowo-badawczych i przemysłowych (jako najefektywniej stymulującej wzrost wartości dodanej), może, szczególnie w warunkach kryzysu, pomóc gospodarce, a z pewnością jakościowo przewyższa destrukcyjną logikę cięć oszczędnościowych.
Jednak również keynesizm popełnia błąd, przyjmując implicite statyczne rozumienie procesów gospodarczych. Rozumowanie w kategoriach popytu/podaży nie tylko prowadzi do akceptacji absurdalnych interpretacji, takich jak „kryzysy nadprodukcji”, ale również zawęża rozumienie rozwoju gospodarczego jako takiego. W tej logice nie mieściłyby się takie przełomowe, postępowe projekty jak np. amerykański program kosmiczny NASA, na który, co oczywiste, nie było popytu. Nie stymulacja popytu stanowiła cel amerykańskich wizjonerów inicjujących program NASA – były nim zmiana rzeczywistości i wyniesienie ludzkości na kolejny, wyższy poziom rozwoju poprzez powiększenie zasobu ludzkiej wiedzy i wypracowanie nowych rozwiązań naukowo-technicznych, czyniących ludzkie życie łatwiejszym. Ten państwowy program, według wyliczeń magazynu „Chase Econometrics”, zwrócił społeczeństwu w ciągu niecałych dwóch dekad aż czternastokrotność każdego dolara wydanego na jego realizację. Humanistycznego efektu tego programu nie da się jednak policzyć monetarnie, zmieniona została bowiem nie tylko ilość bogactwa, ale także jego jakość. Do dziś korzyści uboczne z programu kosmicznego, które bez jego podjęcia nigdy by nie powstały, oferują ludzkości wiele praktycznych ułatwień (oraz ciekawych gadżetów) zwiększających komfort życia.
Tym samym keynesowska metoda ożywienia gospodarczego (stymulacja fiskalna), nie dostrzegając kluczowej cechy procesów rozwojowych, jaką jest zmiana zastanych warunków, nieuchronnie wpada w pułapkę niedocenienia zasadniczej roli postępu naukowo-technicznego: szukania sposobów wzrostu wartości dodanej. Nie kładąc wystarczającego nacisku na produktywne wykorzystanie wzrostu ilości pieniądza w obiegu, gospodarka może wpaść w inflacyjną pułapkę, którą wrogowie aktywności gospodarczej państwa przedstawiają jako dowód na bezużyteczność jakiejkolwiek interwencji w procesy gospodarcze. Alternatywnym rozwiązaniem, przedstawianym przez wielu kompetentnych ekonomistów, jest stymulacja kredytowa, dokonywana za pomocą banku państwowego. Taka celowa stymulacja, ukierunkowana na przedsięwzięcia wytwórcze, powodowałaby sytuację, w której dość duży wzrost ilości środków płatniczych w obiegu nie groziłby skokiem inflacji dzięki szybkiemu przyrostowi dóbr i mocy energetycznych6.
Nietajna misja ludzkości: Postęp
Poprawne rozumienie ekonomii, także w kontekście adaptacji odpowiednich metod, by podołać nadchodzącym wyzwaniom gospodarczym i ekologicznym, winno być osadzone w humanistycznej tradycji epistemologicznej.
Olbrzymi wkład w rozwój tej tradycji miał niemiecki filozof i naukowiec, Gottfried Wilhelm Leibniz (1646–1716). Swoim rozumieniem procesów ekonomicznych wyrastał on z pnia niemieckiej nauki o nazwie kameralizm, będącej lokalną wersją merkantylizmu i traktującą z wielką emfazą rolę państwa w stymulowaniu procesów gospodarczych. Jeden z czołowych kameralistów, Philipp von Hörnigk, wskazywał na kluczową rolę tego, co dziś nazwalibyśmy produkcją wysokiej wartości dodanej, czyli wdrażania wysoko zaawansowanych metod wytwarzania oraz promowania nowoczesnych gałęzi produkcyjnych, przynoszących najwyższy zwrot kapitału na jednostkę pracy. Leibniz podzielał ten pogląd, a jego koncepcję „taniego ognia” zastosował pierwszy Sekretarz Skarbu Stanów Zjednoczonych, promując poprawę za pomocą metod ochrzczonych później mianem „systemu amerykańskiego”, a polegającymi, mówiąc skrótowo, na wspieraniu infrastruktury i przemysłu.
Leibniz wskazywał na kluczową rolę przemysłu, zauważając, że handel jest jedynie pochodną potencjału wytwórczego, gdyż bazuje na sprzedaży produktów wytworzonych w manufakturach7. Wpływ Leibniza, zarówno jako naukowca-matematyka, jak i filozofa, na rozumienie kwestii rozwoju ludzkości przekracza jakiekolwiek osiągnięcia merkantylistów. Filozof ten był pionierem myślenia o wzroście potencjału energetycznego jako kluczowego dla rozbudowy potencjałów produkcyjnych, tym samym przewidując zarówno postępy w coraz efektywniejszym „tworzeniu” energii z zasobów do tej pory nie wykorzystywanych lub wykorzystywanych nieefektywnie, jak i rolę zwiększania tego potencjału w opanowywaniu i upowszechnianiu energochłonnych metod wytwórczych o znacznie wyższej efektywności produkcyjnej. Cel prac Leibniza nad ekonomią wyjaśnia najlepiej on sam: Dlaczego tak wielu ludzi ma być biednymi i nieszczęśliwymi dla korzyści takiej małej garstki ludzi? Czyż nie jest całym celem Społeczeństwa uwolnić robotnika z jego nędzy? […] Każdy kraj powinien móc samodzielnie wytwarzać niezbędne surowce i towary przemysłowe, które wcześniej sprowadzał z zagranicy, tak że nie będzie musiał pozyskiwać od innych tego, co może mieć sam dla siebie; każdemu krajowi należy wskazać, jak prawidłowo używać własnych zasobów krajowych […]. Produkcja dlatego powinna zawsze odbywać się w punkcie pochodzenia surowców8.
Analiza myśli Leibniza pokazuje, że dążenie do osiągnięcia jak najwyższej stopy zwrotu nie oznacza prymitywnego ekonomizmu i nie kłóci się z tym, co neoliberałowie traktują jako zbędne, „nierentowne” zajęcia, czyli z promocją edukacji, kultury i sztuki. Wręcz przeciwnie: jak wykazują Leibniz i inni humaniści, promowanie tych dziedzin jest absolutną koniecznością dla stymulowania tego, co stanowi prawdziwe źródło postępu: kreatywnych, twórczych zdolności człowieka. Tak samo jak konieczne są nieprzynoszące natychmiastowego zysku wydatki na prace badawczo-rozwojowe, tak samo ważna, a nawet ważniejsza, jest inwestycja w człowieka, rozwijająca jego potencjał. Rozwój sztuki czy, ogólniej, kształtowanie człowieka ma wręcz kluczowe znaczenie dla rozwoju tych zdolności. Jak zauważa jeden z najwybitniejszych ekonomistów naszych czasów, prof. Erik S. Reinert, wzrost gospodarczy był efektem nie czego innego, lecz właśnie zmiany paradygmatów myślowych, wypływających z neoplatońskiej tradycji humanistycznej Renesansu, rozwijanej m.in. przez Leibniza9.
Reinert przekonująco ukazuje, że źródłem postępu naukowo-technicznego i poprawy warunków życia ludzi były takie procesy jak uprzemysłowienie oraz upowszechnienie nowego podejścia do uczenia się i twórczości, propagowanego przez kręgi neoplatońskie10. W takim ujęciu to idee mają prymat nad materią i to idee, jako ostateczna siła organizująca, są zdolne do transformacji świata. W tej tradycji postęp staje się misją ludzkości, jako obdarzonej wyjątkowymi twórczymi możliwościami, różniącej się, wbrew opiniom Mandeville’a i Smitha, od świata zwierząt. Podczas gdy tradycja leseferyzmu wywodzi od pesymistycznego opisu człowieka niewiarę w jego zdolności kolektywnego działania na rzecz dobra wspólnego, tak tradycja humanistyczna wskazuje na odwrotny związek.
Państwo narodowe jest tą formą organizującą impuls rozwojowy społeczeństw, która w ramach danych kultur językowych ukształtowała stymulujące postęp instytucje i wartości, sprzeciwiając się oligarchicznemu naciskowi partykularnych interesów. Myśliciele nurtu neoplatońskiego aktywnie zachęcali kierujących państwem do intencjonalnej zmiany warunków życia mas społecznych. Pozytywne czyny o szerszym zakresie przynoszą bowiem większą chwałę ich sprawcy. Podczas gdy dla pojedynczej osoby chwalebne jest za pomocą aktu woli skierować swe myśli i czyny ku realizacji szczytnych idei, uczynienie tego na wielką skalę, za pomocą aparatu państwa, jest jeszcze szczytniejsze: efekt czynienia dobra jest większy. Państwo nie jest zatem ze swej natury tworem nieprzyjaznym, przeszkadzającym pożytecznej aktywności jednostek, lecz wyrazem woli czynienia dobra przez te jednostki. Właśnie działalność państwa, poprzez kreowanie instytucji, stymulowanie wzrostu i upowszechnianie dobrobytu, jest koniecznym elementem procesów rozwojowych, dla których rola kapitału i mechanizmy rynkowe nie są wystarczające11.
Z tej właśnie tradycji, przede wszystkim Leibniza, ale również Condorceta, Vattela i innych, wyrosła amerykańska szkoła polityki gospodarczej, praktykowana przez takich mężów stanu jak Alexander Hamilton, John Quincy Adams czy Abraham Lincoln. Z ich prac i czynów przebija optymistyczny duch zmiany, Postępu, o którym pisał Condorcet. Humanistyczna ekonomia święciła wiele triumfów, często jednak napotykając na opór ideologii oligarchicznych. Właśnie dziś ludzkość znajduje się na takim etapie.
Humanistyczna ekonomia stosowana
Postępowa ekonomia przechodzi jednak ostatnimi czasy do ofensywy. Widoczne jest to m.in. w tym, że pomimo medialnej dezinformacji i słabości prospołecznych środowisk akademickich, dobre rozwiązania, np. w sprawie regulacji rynków finansowych, coraz mocniej przebijają się do debaty publicznej. W krótkiej perspektywie państwa narodowe powinny bronić się przed narzucanym globalnym dyktatem neoliberalnej ideologii. Niektóre kraje, jak np. Argentyna, z powodzeniem to robią, używając, ku przerażeniu międzynarodowych instytucji finansowych, narzędzi protekcjonizmu gospodarczego.
W dłuższej perspektywie odrzucenie oligarchizmu i globalna współpraca na rzecz dobra wspólnego są absolutnie niezbędne. Jak wskazuje polski cybernetyk rozwoju, Lesław Michnowski, niedostateczne tempo postępu może doprowadzić do katastrofy społeczno-gospodarczej lub ekologicznej. Ten pesymistyczny scenariusz może zostać odwrócony tylko przez dramatyczny zwrot w polityce światowej, powodujący rozprzestrzenienie potencjału intelektualnego na szersze masy ludzkości, w znacznej mierze niewyedukowane lub wyedukowane na niedostatecznym poziomie. To właśnie człowiek, zauważa Michnowski, jest odpowiedzią na zagrożenia związane z relatywnymi czasowymi niedoborami zasobów12.
Warto zauważyć, iż polityka proponowana przez oligarchię, czyli cięcia wydatków i usług publicznych, jest w dłuższej perspektywie samobójcza, bezbronna wobec nowych zagrożeń geofizycznych czy nadchodzących z kosmosu; zagrożeń, które postęp naukowo-techniczny, kierowany rozumem człowieka, mógłby oddalić. Tym samym konieczne jest upowszechnianie wiedzy. Jednym z pomysłów, propagowanych tak przez Michnowskiego, jak i np. prof. Włodzimierza Bojarskiego, jest zmiana systemu patentowego. Jak zauważa ten ostatni, wiedza jest dobrem wspólnym, wszyscy korzystamy z udogodnień wypracowanych przez poprzednie pokolenia w ciągłym dziele Postępu: Sumaryczny koszt osiągniętego sukcesu jest jednak zawsze znikomy w porównaniu do kosztu poniesionego wcześniej, niekiedy w ciągu wieków, dla zdobycia wiedzy i doświadczeń, dostępnych dziś za darmo, a niezbędnych i wykorzystanych do konkretnego, nowego sukcesu […]. Humanistyczna i cywilizacyjna misja rozwoju nauki i pomnażania wiedzy od stuleci łączy się z jej upowszechnianiem dla rozwoju i postępu ludzkości, bez żadnych ograniczeń i dyskryminacji13.
Przed ludzkością stoi zatem wielkie wyzwanie zmiany złego porządku na przyjaźniejszy, lepiej wpisujący się w naturalną misję dziejową, jaką od wieków spełnia ludzkość, tworząc świat i na niego oddziałując, wciąż przesuwając granice wiedzy. Nie uda się jednak sprostać temu wyzwaniu bez „uczłowieczenia” na nowo nauki ekonomii, przywrócenia godności i poczucia wartości każdemu ludzkiemu życiu. Nie jest to kwestia wyłącznie poczucia społecznej sprawiedliwości i empatii, tak tępionej przez egoistyczny neoliberalizm, ale także chłodnego rozumu, dostrzegającego narastające zagrożenie dla ludzkości.
Krzysztof Mroczkowski
Przypisy:
- Zob.: Jan Koziar, Nie ma gospodarki bez polityki gospodarczej państwa. Na marginesie sztafety Melchiora Wańkowicza, Wydanie cyfrowe, Wrocław, 2009.
- Mises w ten sposób chroni swą błędną prakseologię ludzkiego działania przed zderzeniem ze światem rzeczywistym: Historia nie może ani udowodnić, ani podważyć żadnego ogólnego stwierdzenia w taki sposób, w jaki nauki przyrodnicze przyjmują lub odrzucają hipotezę na podstawie eksperymentów laboratoryjnych. Nie jest możliwa ani eksperymentalna weryfikacja, ani eksperymentalna falsyfikacja ogólnego twierdzenia z dziedziny historii. […] Poznanie prakseologiczne ma charakter czysto formalny i ogólny, nie dotyczy treści ani specyficznych cech określonego przypadku. Prakseologia dąży do poznania ważnego we wszystkich tych przypadkach, w których warunki odpowiadają dokładnie warunkom podanym w jej założeniach i wnioskowaniach. Jej twierdzenia i ustalenia nie wynikają z doświadczenia. Podobnie jak twierdzenia logiczne i matematyczne, są one zdaniami apriorycznymi. Nie podlegają weryfikacji ani falsyfikacji na gruncie doświadczenia i faktów. Ludwig von Mises, Ludzkie działanie, Warszawa 2007, ss. 33–34.
- Zob. prace Lesława Michnowskiego, dostępne na www.kte.psl.pl
- Jan Koziar, op. cit.
- Bernard Mandeville, Bajka o Pszczołach, czyli Prywatne Wady jako Publiczne Zyski, http://coin.wne.uw.edu.pl/lhardt/MandevilleUl.pdf
- Zob. Krzysztof Mroczkowski, Kredyty dla rozwoju – nie dla zysku, „Nowy Obywatel” nr 4/2011.
- Zob. Gottfried Wilhelm Leibniz, Society and Economy, Fidelio, vol. 1, no. 3, Fall 1992, p. 54.
- Ibidem.
- Ówczesne prace wskazujące na konieczność podejmowania przez państwo działań edukacji kulturowej i wspierania sztuki jako kluczowych dla rozwoju społecznego to, oprócz Leibniza, m.in. Emerich de Vattel, Droit des gens (Prawo Narodów, wyd. 1759, http://www.constitution.org/vattel/vattel.htm), Nicolas de Condorcet, Esquisse d’un tableau historique des progres de l’esprit humain (Szkic obrazu postępu ducha ludzkiego, wyd. 1795, http://oll.libertyfund.org/index.php?option=com_staticxt&staticfile=show.php%3Ftitle=1669&Itemid=27)
- Erik S. Reinert, Arno Mong Daastol, Exploring the Genesis of Economic Innovations: The religious gestalt-switch and the „duty to invent” as preconditions for economic growth, European Journal of Law and Economics, 1997/4, pp. 233–283. Dostępne na: http://www.arno.daastol.com/artprof/96wolff.html
- Erik S. Reinert, The Role of the State in Economic Growth, „Journal of Economic Studies”, Vol. 26, No. 4/5, 1999, pp. 268–326. Dostępne na: http://www.othercanon.org/papers/
- Zob. Lesław Michnowski, Społeczeństwo przyszłości a trwały rozwój, Komitet Prognoz PAN „Polska 2000 Plus”,Warszawa 2006, ss. 54–55.
- Włodzimierz Bojarski, Wiedza – dobro wspólne czy monopol komercyjny?, EkonomiaPolityczna.pl
przez Paul Kingsnorth | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Gdyby przed stuleciem najbardziej bystre umysły tamtych czasów (zastanawiam się, kto by to był: Chesterton, Shaw, Belloc, Jo Chamberlain?) spierały się o przyszłość infrastruktury i energii, jak wyglądałaby ta debata? Jeśli, powiedzmy, wszyscy byliby zgodni co do tego, jak ważne jest wprowadzenie zakrojonego na dziesięciolecia globalnego planu, opartego na wiecznie dyskutowanych „faktach” naukowych, w istocie opartych na politycznych, kulturalnych i społecznych założeniach leżących u podstaw funkcjonowania dzisiejszego świata, o co by się spierali? Ilu dokładnie stajennych byłoby potrzebnych do 1950 roku? O to, jak ważne jest wprowadzenie na dużą skalę procesu czyszczenia z końskiego łajna ulic głównych miast? O rozwój i udoskonalanie programu badań nad wiarygodnością wehikułu czasu? O pozyskiwanie funduszy na wprowadzenie na rynek stacji ładowania sterowców?
Podobne myśli przepływały przez moją głowę od kilku tygodni, gdy obserwowałem zaciekłe sprzeczki o Fukushimę i przyszłość energii atomowej, które miały miejsce wewnątrz ruchu ekologicznego, a później także w mediach. Można śmiało powiedzieć, że żaden ze mnie naukowiec (co łączy mnie z większością tych, którzy wygłaszają stanowcze opinie na temat energii atomowej, oparte wyłącznie na pozorach) i nie mam pojęcia, co dzieje się teraz z japońskimi reaktorami, a także czy największa katastrofa atomowa od czasów Czarnobyla okaże się punktem zwrotnym dla globalnego przemysłu atomowego. W zależności od tego, którego eksperta posłuchamy, okaże się, że był to sukces lub katastrofa.
Zastanawiam się jednak, czy to punkt zwrotny dla ekologów. Od dłuższego czasu ruch ekologiczny był w odwrocie, a obecnie wręcz wydaje się zagrożony upadkiem. Od kiedy cztery dekady temu rozpoczął działalność, udało mu się rozpropagować część swoich idei w kulturze i polityce (przede wszystkim te, które dotyczyły używania bogactw naturalnych w sposób zrównoważony). Niestety idee te nieuchronnie się rozmyły. Poruszałem ten temat już wcześniej i nie mam zamiaru robić tego ponownie, ale być może warto przyjrzeć się obecnym założeniom ruchu Zielonych.
Wiemy już, jak wielka i nie do zatrzymania jest machina globalnej industrializacji. Wiemy też, że światowa gospodarka opiera się na korzystaniu z bogactw naturalnych i łączy się z wciąż przyspieszającym postępem technicznym, rosnącą populacją ludzką, rozprzestrzeniającym się konsumpcjonizmem, masowym wymieraniem gatunków, zmianami klimatu i wyczerpywaniem zasobów (co bywa kwestionowane). Efekty tych procesów nie wyglądają dobrze. Jeśli chcemy być wobec siebie uczciwi, musimy przyznać, że nie jesteśmy w stanie skutecznie zapobiec nadchodzącym kłopotom. I tu pojawia się problem. Jeśli jesteśmy mocno zaangażowani politycznie, a nasze wartości i obraz samych siebie opierają się na fakcie bycia aktywistami, czyli walce z tymi wszystkimi okropnymi rzeczami, po prostu niekiedy nie możemy sobie pozwolić na uczciwość. To zrozumiałe. Wiem, jakie to uczucie, bo sam dość długo tak postępowałem. W tym momencie musimy się oszukiwać, zaprzeczać sobie w imię naszego zdrowia psychicznego. Możemy się okłamywać, że „jeszcze jedna próba” być może załatwi sprawę. Możemy wmawiać sobie, że Ludzie są ignorantami, są nieświadomi Faktów i że jeśli ich oświecimy, to będą Działać. Możemy wierzyć, że musi jeszcze zostać podpisana właściwa umowa, że potrzebna technologia zostanie dopiero wynaleziona, że problemem nie jest zbyt duży, lecz zbyt mały rozwój nauki. Możemy też przekonywać się, że Ruch jest potrzebny, aby ujawnić kłamstwa głoszone przez Tych Złych Sprawujących Władzę, którzy uniemożliwiają Ludziom buntowanie się przeciw ich woli, do czego doszłoby, gdyby Ludzie poznali Prawdę. Obojętnie który scenariusz wybierzemy, będziemy pragnęli efektów, a te mogą zostać osiągnięte jedynie dzięki większym nakładom sił. W takim przypadku możemy tylko wmawiać sobie, że jedyną właściwą rzeczą jest wciąż robić to, co robiliśmy do tej pory. Bo alternatywa wobec tego „robienia” to poddać się i patrzeć, jak świat się wali.
W tym miejscu jest dziś ruch ekologiczny. To trudny moment, zwłaszcza ze względu na obsesję na punkcie zmian klimatycznych, która opanowała myślenie o ochronie środowiska w ostatniej dekadzie. Obawa przed dwutlenkiem węgla zdominowała wszystko inne tak bardzo, że idee Zielonych są teraz najczęściej widziane przez pryzmat haseł o jego emisji. Pozostałe kwestie zeszły na dalszy plan. Teraz liczy się tylko redukcja emisji dwutlenku węgla.
To właśnie w tym kontekście doszło do atomowego rabanu. Trzęsienie ziemi i tsunami w Japonii rozerwały elektrownię jądrową, a eksperci zrobili nalot na miejsce zdarzenia już następnego dnia. Większość z nich zdawała się widzieć w tej tragedii jedynie możliwość przeforsowania istniejących już stanowisk w sprawie energetyki jądrowej. Wołali „To nas zabije!” lub „To nas uratuje!”, choć pręty paliwowe w reaktorach wciąż jeszcze topniały. Niektórzy ludzie, jak choćby George Monbiot, wykorzystali wypadek z Fukushimy nie do tego, by powtórnie wyrazić swoje racje, ale do zmiany zdania. Nieważne, jakie były argumenty, desperacja wciąż rosła i stawała się coraz bardziej zrozumiała.
Zieloni są w ślepej uliczce. Jeśli wierzysz w to, że zmiana klimatu będzie niszczyć Ziemię i że jedynym sposobem uniknięcia tego jest ograniczenie emisji dwutlenku węgla w bardzo krótkim czasie, to jest to bardzo ryzykowny sposób myślenia. Nie chodzi o to, że argument jest błędny, bo z pewnością nie jest – choć warto podkreślić, że istnieje cień niepewności. To, co uważa się za Konieczne Do Zrobienia, by zatrzymać zmiany, jest jednak po prostu niewykonalne. Zatem pozostaną nam jedynie poczucie bezsilności i brak jakiejkolwiek nadziei.
Mam wrażenie, że ruch Zielonych z własnej winy tonie w morzu statystyk, które prezentuje. Obsesja dotycząca zmian klimatycznych i nacisk, by widzieć to jako wyzwanie dla inżynierii, któremu należy podołać za pomocą rozwiązań technologicznych stworzonych przez Naukę, wpędziły ruch w zaułek, z którego być może nigdy nie wyjdzie. Większość ekologów głównego nurtu spędza teraz czas, spierając się, czy wolą farmy wiatrowe od elektrowni wodnych, energii jądrowej czy sekwestracji dwutlenku węgla. Przytaczają przy tym niezwykle pewne przewidywania co do tego, co się stanie, jeśli zrobimy lub nie zrobimy tego czy tamtego. Wszystkie te prognozy opierają się na seriach odmóżdżających wyliczeń, wyciągniętych z tych czy innych naukowych opracowań – jakby świat był jednym wielkim arkuszem kalkulacyjnym, w którym wystarczy jedynie wszystko poprawnie obliczyć.
Tym sposobem ekolodzy głównego nurtu żerują na istniejących trendach społecznych. Żyjemy w kulturze wyjątkowo redukcjonistycznej i pozbawionej polotu. Podczas słuchania lub czytania wiadomości dociera do mnie, że nic nie jest postrzegane jako „prawdziwe”, jeżeli nie jest usankcjonowane i pobłogosławione przez Naukę lub Biznes, a najlepiej przez jedno i drugie. Kultura, w której Richard Dawkins i Ian McEwan postrzegani są jako intelektualne wzory do naśladowania, to kultura, która powoduje, że ruch na rzecz ochrony środowiska składa się ze sfrustrowanych pasjonatów, którzy czują się zobowiązani do powtarzania jak katarynki określonych haseł, byleby tylko ich usłyszano.
Jeśli chcemy pokonać poczucie bezsilności i brak nadziei nałożone przez ciasnotę tego światopoglądu, gdzie mamy szukać wyjścia? Brakuje nam opowieści i zrozumienia, jak ważne są one, by dotrzeć do sedna tego, co się naprawdę dzieje. U podstaw całej tej światopoglądowej sprzeczki nie leżą bowiem liczby, lecz właśnie narracje.
Walka pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami energii atomowej jest tu przykładem klasycznym. Choć obie strony udają, że informacje i argumenty, którymi się posługują, są prawdziwe i poparte dowodami naukowymi, to zwykle bazują one głównie na uprzedzeniach. To, czy lubisz energię atomową czy nie, jest tak naprawdę odzwierciedleniem twojego światopoglądu: albo jesteś zdecydowanym zwolennikiem zachodniego modelu postępu, albo cię on przeraża lub niepokoi; uważasz, że można zaufać nauce albo masz przeciwne zdanie; jesteś ostrożny albo lekkomyślny; „postępowy” albo „konserwatywny”. Tak właśnie wygląda „zielona debata”, obojętnie, czy dotyczy roślin modyfikowanych genetycznie, czy kapitalizmu. Dla uwiarygodnienia argumentów używanych w takich dyskusjach wybiera się wygodne dla nas fakty, co w czasach Wikipedii jest bardzo proste. Tarapaty, w które Zieloni sami się wpakowali, po części wynikają z tego, że skupiają się oni bardziej na liczbach niż na narracjach. Zielona polityka w swoim wczesnym wydaniu była radykalna, stawiała wyzwania otaczającej rzeczywistości. Chodziło o jej stosunek do historii, które opowiadamy sobie o świecie; opowieści o postępie, przemyśle, podboju natury. Pierwsi Zieloni zakwestionowali te historie, konfrontując je niekiedy z utopijnymi wyobrażeniami o lepszej przyszłości w zgodzie z naturą, ale częściej z historiami o faktycznie istniejących nieuprzemysłowionych społecznościach, np. Buszmenach z pustyni Kalahari, którzy przez 35 tysięcy lat żyli w niezwykłej harmonii z naturą, nie robiąc sobie nic nawet z lwów grasujących w okolicy ich chat. To dopiero jest „zrównoważony rozwój”, nieprawdaż? Buszmeni byli najdłużej istniejącą ludzką cywilizacją. Istnieli dłużej, niż możemy sobie wyobrazić. Społeczeństwo przemysłowe w końcu i ich dopadło, podobnie jak dopada wszystko. Mimo to ich przykład wciąż jest aktualny.
Zielonych było wtedy oczywiście łatwo atakować jako romantyków i prymitywistów (część z nich rzeczywiście taka była i nadal jest). W odpowiedzi na te zarzuty ekolodzy zmienili strategię – postanowili stać się „poważni”, aby słuchano ich tam, gdzie zapadają decyzje polityczne. Zaczęli nosić garnitury, udawać ekonomistów i mówić językiem biznesu i nauki. Pod wieloma względami było to całkiem rozsądne podejście i przyniosło wiele korzyści.
W dłuższej perspektywie strategia ta może być brzemienna w skutkach – Zieloni już stali się zakładnikami narracji tworzonych przez innych ludzi. Niemal przez przypadek Zieloni głównego nurtu odrzucili większość alternatywnych opowieści, na których wyrośli – tak jak dziecko wyrzuca swoje stare misie: kiedyś były ważne, ale teraz jesteśmy dorośli i mamy inne problemy. Takie podejście doprowadziło ekologię do miejsca, gdzie jej zwolennicy mogą tylko spierać się o to, jakich technologii użyć, by nie zabrakło energii dla stale rozwijającej się gospodarki przemysłowej. Jakiekolwiek wyjście poza to getto naraża ich bowiem na ataki ze wszystkich stron – pojawiają się oskarżenia o myślenie życzeniowe, gdy mówią o zerowym wzroście gospodarczym; nazywani są snobami i hipokrytami, gdy krytykują konsumpcjonizm; określani mianem ekoterrorystów, gdy angażują się w bezpośrednie działania na rzecz ochrony dzikiej przyrody; nazywani naiwnymi idealistami, gdy pytają, czy dobrym pomysłem jest planowanie przyszłości według współczesnych standardów.
Takie głosy krytyki nie są oczywiście niczym nowym, ale teraz Zieloni obecni są też na salonach władzy, a i stawka jest znacznie wyższa. Globalny ruch antyekologiczny rośnie w siłę i ma coraz większe wpływy. Jednocześnie Zieloni zostali od wewnątrz zdominowani przez wygadanych orędowników prowadzenia business-as-usual, tylko że tym razem z wyłączeniem węgla. Przesłanie jest jasne: należy poprzestać na sporach o technologię i skończyć z innymi bzdurami. Inaczej nie ma czego szukać w wielkiej polityce. Tak właśnie umierają radykalne ruchy społeczne.
Próbuję zrozumieć, jak doszło do obecnego kryzysu ekonomicznego, i w związku z tym czytam książkę Johna Lanchestera „Whoops!”. Autor wyjaśnia wszystko w sposób zrozumiały nawet dla ludzi takich jak ja. Tego wieczoru czytałem, jak w ciągu kilku ostatnich dekad zmieniły się banki. Kiedy ojciec autora pracował w bankowości, był to „stateczny” biznes, którym zajmowali się głównie ludzie bez wykształcenia. Dziś, jeśli nie masz dyplomu z matematyki z Oxfordu lub Cambridge, będzie ci w tej branży bardzo trudno. To jest, zdaniem Lanchestera, jedna z przyczyn problemów, które nas trapią – bankowość stała się na tyle specjalistyczna i skomplikowana, że większość ludzi – w tym wielu bankowców – po prostu nie rozumie, jak ona działa. Ludzie, którzy obecnie zarządzają transakcjami terminowymi i operacjami w bankowości – tęgie matematyczne umysły – są określani mianem „analityków”. Jeden ze studentów cytowany w książce powiedział, że w trakcie zajęć, na które uczęszczał, studenci musieli zadeklarować się jako „analitycy” lub „poeci”. Mieli zdecydować, czy wolą zajmować się liczbami, czy też słowami.
Współczesny ruch Zielonych przejmują analitycy. Łatwo zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Analitycy posługują się prostymi, uporządkowanymi argumentami. Być może ich zrozumienie wymaga czasem posiadania dyplomu z matematyki, ale nie wymaga za to zrewidowania własnego światopoglądu i zmiany narracji. Zielony analityk może przekonywać cię do zmiany typu żarówki lub do brania udziału w demonstracjach na rzecz elektrowni atomowej lub farmy wiatrowej, ale nie będzie wymagał, abyś przemyślał swój system wartości i mity stanowiące fundament społeczeństwa, w którym żyjesz. A jeśli sam będziesz chciał z nim o tym porozmawiać, możliwe, że wybuchnie śmiechem i górnolotnie stwierdzi, że wszystko, o czym mówisz, jest bardzo piękne, ale w porównaniu z ratowaniem świata i ograniczaniem emisji dwutlenku węgla nie jest niczym istotnym.
Właśnie tak wygląda cały ten atomowy spór. W artykule „Wind and wave farms could affect Earth’s energy balance” Mark Buchanan twierdzi, że źródła odnawialne nie zaspokoją naszych potrzeb energetycznych. Ale o jakie potrzeby chodzi? O ekspresy do kawy i szerokopasmowy internet czy czystą wodę pitną i funkcjonujący ekosystem? Czy chodzi o zaspokojenie konsumpcjonistycznych potrzeb klasy średniej czy o zapewnienie warunków pozwalających żyć na przyzwoitym poziomie? A może teraz to już dla nas to samo? Jeśli chcesz zobaczyć prawdziwą twarz tego analityka, poproś go o określenie, czym jest według niego „potrzeba”. Zobaczysz, jak plącze się w swojej odpowiedzi.
Jako poeta mam oczywiście własne powody, by sprzeciwiać się takiemu stanowi rzeczy, i często to robię – lecz nie bez empatii czy pewnych wątpliwości. Wiem, dlaczego ruch Zielonych wybrał strategię analityka. Podejście to miało przynosić konkretne efekty, co jest niewątpliwie przydatne w epoce katastrofy ekologicznej. Zadajmy sobie jednak pytanie, w ramach jakiej narracji ma przynosić efekty? Bo to ostatecznie ta narracja zdecyduje, dokąd nas to wszystko zaprowadzi.
Być może wśród Zielonych zbyt wielu jest analityków, a za mało poetów? Myślę, że tak. A raczej chodzi o to, że poeci zostali zmuszeni do milczenia, bo dominuje narracja analityków. Prawdopodobnie kluczowe pytanie brzmi w tym momencie, jak przywrócić należne miejsce opowieściom. Zieloni poeci powinni najpierw dostrzec, że świata nie uratują te same historie, które go zabijają. Być może powinni także zwrócić uwagę na fakt, że świata w sumie nie da się uratować, a wszelkie próby mogą zapędzić ich w ślepy zaułek. Mogą też spróbować odkryć, co sprawia, że widzimy siebie tylko przez pryzmat walki o postęp techniczny, zamiast zastanawiać się, co on nam daje, a co zabiera.
Tarcia pomiędzy „analitykiem” i „poetą” można postrzegać jako sprzeczkę między jednostkami. Można też widzieć w nich konflikt między Dwiema Kulturami w obrębie ruchu Zielonych. Najbliższe prawdy jest chyba jednak, że takie napięcia powstają absolutnie wszędzie. Żaden z nas nie jest wyłącznie czy głównie racjonalistą i analitykiem. Nikt z nas całkiem nie wyzbył się też poezji. Ten podział zresztą także odzwierciedla nasz sposób myślenia o zachowaniach ludzi. Zarówno analitycy, jak i poeci są potrzebni, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że w tym momencie to poeci powinni przejąć inicjatywę – jeśli w ogóle czują się na siłach, by to zrobić. Nie brak nam argumentów opartych na liczbach, ale mamy ogromny niedobór sensownych opowieści. To znaczy: historii, które nie tylko mają szczęśliwe zakończenie, ale i przekonującą fabułę.
Paul Kingsnorth
Tłum. Marta Kasztelan
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej autora www.paulkingsnorth.net
przez dr Mieczysław Groszek | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Uczelnie wyższe powszechnie powołały komórki pod nazwami „Promocja absolwentów” lub „Biuro kariery”. Dotyczy to zarówno dużych i renomowanych państwowych uczelni, jak i szkół prywatnych. Przeznaczyły na to sporo pieniędzy i nadają temu znaczną rangę. Zaczyna się to już na etapie rekrutacji studentów, wabionych informacjami o superperspektywach po skończeniu niemal dowolnego kierunku. A gdyby były problemy, to my już mamy na to pomysł – biuro kariery, które każdemu pomoże.
W trakcie studiów ta niefrasobliwa atmosfera jest podtrzymywana, bo w przypadku uczelni prywatnej test wiarygodności przeprowadzany jest co semestr, czyli z częstotliwością wpłacania czesnego. I tu również student nie może mieć wątpliwości, że studiuje to, co daje mu dobrą perspektywę znalezienia pracy. A gdyby jednak coś nie wyszło, to my tu mamy biuro kariery… itd. Niewiele inaczej jest na uczelniach państwowych. Nie ma tam co prawda „głosowania portfelem”, ale jest biurokratyczna statystyka, wyrażana hasłem „pieniądze idą za studentem”, czyli tam również nie jest obojętne, ilu przyjęto na początku, ilu realnie studiuje i ilu kończy studia.
Zatem niezależnie od statusu szkoły wyższej, biuro kariery jest jej stałym elementem. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że te komórki są wyrazem pewnej powszechnej iluzji, jaka została wytworzona wokół zatrudniania absolwentów uczelni, a która – jak każda iluzja – ma właściwości ukrywania realnych problemów.
Jaka jest bowiem logika funkcjonowania tych instytucji? Nie tworzą one nowych miejsc pracy, nie uczą przedsiębiorczości, nie ułatwiają startu w samodzielnej działalności gospodarczej. One uczą autopromocji, pisania „dobrych” listów motywacyjnych i życiorysów, prowadzenia inteligentnych i skutecznych „interwju”. Ale co to oznacza w praktyce? Uczą się po prostu zestawu technik przepychania się po dobro rzadkie, jakim dla licznych absolwentów są miejsca pracy. Nie piszę „atrakcyjne” miejsca pracy, bo w wielu przypadkach chodzi o jakąkolwiek pracę, szczęśliwie, gdy zgodną z wyuczonym zawodem. I na jakimś poziomie kultury, płacy, szans rozwoju. Bo po coś przecież kończyliśmy szkołę wyższą.
A na czym polega wspomniana iluzja? Brak pracy nie powinien być problemem absolwenta (pojedynczego może tak, ale nie 30% rocznika). To przede wszystkim problem rektorów i właścicieli szkół wyższych, w tym państwa jako właściciela szkół publicznych. Bo pierwszym problemem systemowym jest liczba miejsc pracy. Tu jest rola dla państwa jako tworzącego regulacyjne ramy dla wzrostu zatrudnienia, a także rola sektorów prywatnego i państwowego jako tych, które tworzą przeważającą liczbę nowych miejsc pracy. Ale drugim, równie ważnym problemem, jest struktura kształcenia. Tu już nie ma innych „winnych” niż same uczelnie. Nie znam badań ani inicjatyw uczelni, a także Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, które zmierzałyby do dostosowania struktury kształcenia do struktury aktualnych, a co najważniejsze przyszłych potrzeb gospodarki. Zamiast realizować badania rynku, prowadzić konsultacje i negocjacje z organami państwa i reprezentacjami pracodawców, dużo łatwiej powołać biuro promocji absolwentów lub biuro kariery.
Efekty widoczne są gołym okiem. Pomimo że każdy student poszukujący pracy zgodnej ze swoim wykształceniem miał kontakt z różnymi formami aktywności tych komórek, znalezienie pracy dla 30%, a bywa w przypadku niektórych uczelni i kierunków nawet powyżej 50% absolwentów, jest niemożliwe. Gdy student przestaje być studentem i staje się absolwentem, biuro kariery traci swoją jurysdykcję (ono wspiera tylko studentów), a bezrobotnym absolwentem zajmuje się urząd pracy.
przez Przemysław Wewiór | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Od kilku lat obserwujemy w Polsce modę na społeczną odpowiedzialność biznesu (SOB lub z ang. CSR – corporate social responsibility). Ogromną popularnością cieszą się oferty konkursowe i certyfikaty dla etycznie działających firm, przedsiębiorcy tworzą strony internetowe i działy zajmujące się pozaekonomicznymi aspektami aktywności gospodarczej. Jednocześnie SOB zmienia oblicze – nie ma być już jedynie filantropią i PR-ową zagrywką, lecz istotnym elementem zarządzania organizacją. Apologeci dzikiego kapitalizmu widzą w tych trendach dowód efektywności niewidzialnej ręki rynku, która uzgadnia interesy przedsiębiorców z oczekiwaniami konsumentów, lokalnych społeczności, pracowników i dbałością o środowisko naturalne. Czy jednak faktycznie stoimy w obliczu przełomu, który znacząco podniesie jakość naszego życia? Strategie polskich przedsiębiorców rozwiewają złudzenia.
Jak to się robi za zachodnią miedzą?
Niektóre zachodnie doświadczenia mogły dawać nadzieję, że polska moda na SOB przyniesie korzyści. Działania założonej przez Raya Andersona (1934–2011) korporacji Interface Inc. stanowią przykład, że SOB może być strategią, która opłaca się zarówno firmom, jak i społeczeństwu. Ten niekwestionowany potentat w produkcji i sprzedaży wykładzin dąży do tego, by zniwelować oddziaływanie środowiskowe. Anderson rozpoczął swój plan, który nazwał „misją 0”, w 1994 r. pod wpływem lektury „The ecology of commerce” Paula Hawkena. Autor książki dowodził, że tylko korporacje posiadają wystarczające środki finansowe i techniczne, by poradzić sobie z globalnymi problemami ekologicznymi.
„Misja 0” ma być ukończona do roku 2020 i jak na razie przebiega sprawnie: w 2009 r. Anderson deklarował, że Interface znajduje się w połowie drogi do celu, mimo że do produkcji wykładzin potrzebne są paliwa kopalniane (np. ropa naftowa), a więc surowce powodujące silne zanieczyszczenia środowiska. Firma Andersona zastosowała strategię cradle and return to cradle (od kołyski z powrotem do kołyski), która polega na zamknięciu cyklu produkcyjnego wykładzin. Intercom na każdym etapie produkcji dąży do wprowadzenia innowacji technologicznych, dzięki którym w trakcie recyklingu będzie mógł odzyskać cały uprzednio wykorzystany nylon i użyć go do następnych produkcji. Zasada cradle and return to cradle wiąże się również z odpowiedzialnością za losy własnego towaru – firma Andersona nie sprzedaje wykładzin, lecz oddaje je w leasing, odzyskując od klientów produkt, gdy ten jest już przeznaczony do utylizacji.
Jak przyznają przedstawiciele korporacji, strategia SOB jest jednym z najważniejszych czynników, które przyczyniły się do rynkowego sukcesu firmy i sprawiły, że stała się odporna na kryzysy gospodarcze.
Innym ciekawym przykładem jest historia powstania rynku lodówek LPG w Niemczech. W 1987 r. ONZ podpisała tzw. Protokół Montrealski, wzywający do redukcji emisji substancji zubażających warstwę ozonową. W 1991 r. Greenpeace rozpoczął rozmowy z niemiecką firmą DKK Scharfenstein, namawiając jej właścicieli do zastąpienia lodówek wykorzystujących chlorofluorowęglowodory sprzętem opartym na technologii LPG, która jest znacznie korzystniejsza dla środowiska. Producent wprowadził innowację. Społeczeństwo niemieckie w krótkim czasie zrezygnowało z zakupów lodówek starej generacji. Aby nadążyć za nowym trendem konsumpcyjnym i konkurencją, już w 1994 r. swoje strategie musieli zmienić dwaj potentaci na rynku AGD – firmy Bosch i Liebherr. Ostatecznie nowy rynek lodówek LPG całkowicie wyparł dawny, redukując tym samym środowiskowe koszty zewnętrzne.
Gdy przyjrzymy się finansowym i pozaekonomicznym skutkom działalności Interface i DKK Scharfenstein, to nie może dziwić, że – jak wykazują badania PricewaterhouseCoopers i MillwardBrown SMG/KRC z 2012 r. – przedsiębiorcy coraz częściej traktują SOB już nie jako filantropię czy PR, lecz jako długofalową politykę zarządzania ryzykiem i wartością własnych organizacji. Takie stanowisko jest widoczne zwłaszcza wśród dużych firm, gdyż to one najszybciej reagują na nowe trendy i innowacje. Strategie zarządzania ryzykiem i wartością organizacji to oczywiście metody powiększenia zysków przynoszonych przez firmy. Zysk przekłada się natomiast na wynagrodzenia kierownictwa, stanowiąc bodziec motywujący przedsiębiorców do podjęcia odpowiednich działań. Zgodnie ze wspomnianymi badaniami, już teraz przedsiębiorcy wymieniają korzyści finansowe jako drugie w kolejności zalety SOB. Gdy zsumujemy odpowiedzi nr 3 („przychody”) i 5 („oszczędności”), to otrzymamy 65 proc. głosów (tylko 9 proc. mniej niż w przypadku odpowiedzi „pozytywny wizerunek”).
Ponadto piewcy nowych strategii podkreślają, że firma, która nie dba o swój interes, nie może uchodzić za społecznie odpowiedzialną. Przedsiębiorcy, którzy zlekceważyliby reguły ekonomii i doprowadzili organizację do upadku, pozbawiliby pracowników źródła utrzymania. Tym samym nie wywiązaliby się ze swego najważniejszego zobowiązania społecznego. Bankructwo organizacji może również odbić się na jej otoczeniu, wywołując falę dalszych niekorzystnych wydarzeń. Te przypadki stanowią mocny argument na rzecz nowej definicji SOB: interesy przedsiębiorców i reszty społeczeństwa tworzą w takich okolicznościach harmonijną całość. Przewaga nowego ujęcia SOB bierze się również stąd, że jej strategie nie są tylko dodatkiem do właściwych działań przedsiębiorstwa. Skoro społeczna odpowiedzialność jest istotnym elementem zarządzania wartością organizacji, to wydatki na nią nie są obcinane nawet wtedy, gdy firma zmaga się z trudnościami finansowymi. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku filantropii: w kryzysowych sytuacjach przedsiębiorstwa w pierwszej kolejności rezygnują z działalności dobroczynnej.
Z punktu widzenia społeczeństwa nie wszystkie praktyczne konsekwencje takiego rozumienia SOB są jednak korzystne. Nie sposób bowiem z góry przesądzać, że interesy firmy i jej społecznego otoczenia zawsze można ze sobą pogodzić. SOB jako strategia generuje bardzo zróżnicowane modele biznesowe. Niektóre z nich – jak w przypadku Interface i DKK Scharfenstein – spełniają bardzo wysokie normy etyczne, inne stanowią karykaturę odpowiedzialności.
Co z ciebie wyrośnie?
Niestety najnowsze inicjatywy SOB w naszym kraju pokazują, że nie powinniśmy oczekiwać znaczącej poprawy w standardach prowadzenia biznesu, mimo że polscy przedsiębiorcy deklarują, iż są tym zainteresowani. Czekają nas raczej wyrafinowane kampanie PR-owe, skrywające niemoralne praktyki.
Na przykład na konferencji poświęconej SOB prezes bardzo dużej firmy konsultingowej i znany specjalista od zarządzania ryzykiem przekonywał słuchaczy, w zdecydowanej większości menedżerów wysokiego szczebla, że społeczna odpowiedzialność może polegać na… wyzysku. Mówiąc o tzw. ryzykach reputacyjnych firmy, związanych z outsourcingiem, stwierdził on, że ochroniarze i sprzątaczki zatrudnieni przez agencje pośrednictwa pracy są wyzyskiwani. Zwrócił następnie uwagę, że protesty tych grup społecznych mogą odbić się niekorzystnie na wizerunku firmy, która korzysta z usług agencji. Prelegent radził zatem, by przedsiębiorcy wywierali presję na dostawcach usług i podwykonawcach, którzy mieliby dążyć do poprawy warunków pracy i wynagrodzeń zatrudnionych przez nie osób. Nie sugerował on jednak żadnej istotnej zmiany: poprawa powinna być taka, żeby załagodziła krytykę, ale nie podniosła kosztów pracy. Na SOB pracownicy agencji skorzystaliby niewiele – nadal byliby wyzyskiwani.
Zwolennikiem prowadzenia takich prowizorycznych działań spod znaku SOB jest np. firma Provident Polska SA. W 2010 r. zorganizowała okrągły stół, przy którym spotkało się 31 reprezentantów jej otoczenia biznesowego – tzw. interesariuszy. Tego rodzaju spotkania mają pomóc firmom poznać oczekiwania grup społecznych, które posiadają wpływ na wartość organizacji, i tym samym uniknąć zagrożeń lub wykorzystać nowe szanse na rozwój. Na Zachodzie od kilkunastu lat regularnie prowadzi je np. koncern Shell, który konsultuje wszystkie nowe projekty z rzecznikami różnych grup interesariuszy, by uniknąć protestów podobnych do tych, jakie w 1995 r. wywołał szkodliwy dla środowiska plan zatopienia na Atlantyku platformy wiertnicznej Brent Spar. W Polsce inicjatywa Providenta była zupełną nowością. Efektem okrągłego stołu była lista 32 oczekiwań. Jak zapewnia zarząd przedsiębiorstwa, wszystkie postulaty z wyjątkiem trzech, których nie można było zrealizować ze względów prawnych, zostały wprowadzone w życie. Na spotkaniu zabrakło jednak grupy kluczowej – zadłużonych „przedstawicieli” firmy. Jak tłumaczyło kierownictwo Providenta, instytucja nie zaprosiła dłużników, gdyż ci już wcześniej unikali z nimi kontaktu. Takie wyjaśnienia wydają się być jednak niewystarczające, gdy weźmie się pod uwagę, że to właśnie oni stanowią największą, po klientach spłacających długi terminowo, grupę interesariuszy firmy (są kilka razy liczniejsi od pracowników). Brak wystosowanych zaproszeń do kluczowych partnerów świadczy o tym, że instytucja finansowa nie chce prowadzić poważnych rozmów na temat swojej działalności i wprowadza tylko takie zmiany, które nie naruszają najbardziej kontrowersyjnych zasad jej funkcjonowania.
Innym niewygodnym dla polskich firm zagadnieniem jest brak systematycznych i całościowych strategii SOB. Opinie audytorów, specjalistów od BHP i prawników są gromiące: SOB zajmuje peryferyjną pozycję w zarządzaniu firmą i bardzo często towarzyszą jej skandaliczne praktyki. Odpowiedzialne działania przedsiębiorców kończą się zazwyczaj na stworzeniu osobnego działu w firmie, który zajmuje się problemami społecznymi i ekologicznymi. Pracownicy tych działów są faktycznie dobrymi specjalistami od SOB, jednak ich decyzyjność jest niewielka. Audytorzy podkreślają, że znajomość pozaekonomicznych aspektów biznesowej działalności powinna być udziałem nie tylko niewielkiej grupy zatrudnionych, ale wszystkich pracowników. W Polsce nagminnie powtarzają się sytuacje, gdy firmy, które chcą uchodzić za odpowiedzialne, nie szkolą zatrudnionych w zakresie praw pracowniczych. Nie powinno to dziwić, skoro wiele z nich świadomie łamie uprawnienia swoich pracowników. Znany jest przypadek, gdy przedsiębiorstwo prowadziło dział SOB, a jednocześnie nie pozwalało pracownikom na korzystanie z przysługujących im przerw w pracy, nakazując załatwianie potrzeb fizjologicznych w pieluchy.
Opinie audytorów mają swoje odbicie w statystykach. Zgodnie z rejestrem Social Accountability Accreditation Services (SAAS) w Polsce tylko osiem firm ma certyfikat SA 8000, kolejnych kilka prowadzi starania, by wdrożyć jego zasady (na świecie ten certyfikat posiada łącznie prawie 3000 firm). Trzeba dodać, że SA 8000 jest najbardziej podstawowym standardem, którego reguły powinny być oczywiste. Mowa tu bowiem o takich zasadach jak np. zakaz pracy przymusowej, stosowania przemocy fizycznej i psychicznej, dyskryminacji, zatrudniania dzieci, opłacania pracowników poniżej ustawowego minimum, a także przestrzeganie zasad BHP, uprawnień do zrzeszania się, zbiorowych negocjacji itd. Aż dziw, że trzeba to audytować.
Czym więc zajmują się pracownicy działów SOB w Polsce? Największą popularnością cieszy się organizowanie akcyjnego wolontariatu, w którym udział biorą pracownicy (wolontariat pracowniczy) lub członkowie lokalnych społeczności. Takie działania rzeczywiście dobrze realizują założenia nowych strategii SOB, gdyż akcyjny wolontariat zwiększa motywację i lojalność pracowników, przyczyniając się tym samym do poprawy wyników finansowych firm. Zarazem jest on łatwy do przeprowadzenia: wolontariusze angażują się bowiem tylko jednorazowo, np. odnawiają budynki domów dziecka. W Polsce tę taktykę SOB szczególnie mocno rozwinęła korporacja DB Schenker – jedno z największych przedsiębiorstw logistycznych na świecie – która dysponuje osobnym budżetem na wolontariat pracowniczy i sformułowała złożony system oceny projektów nadsyłanych przez samych pracowników. Z punktu widzenia społecznych korzyści działania DB Schenker i innych firm korzystających z tej formy SOB nie są jednak żadną rewolucją – nie różnią się one przecież znacząco od filantropii.
Inną często stosowaną w Polsce strategią SOB są akcje edukacyjne z wiedzy o ekonomii i finansowości. Firmy uczą najuboższych, jak powinni racjonalnie zarządzać pieniędzmi, których, nawiasem mówiąc, nie mają. Osoby prowadzące takie szkolenia i wykłady wychodzą z założenia, że rolą przedsiębiorstw nie jest płacenie pracownikom przyzwoitych pensji, ale dawanie im „wędki zamiast ryb”. Metafora wędki jest zresztą jedną z ulubionych przenośni stosowanych przez przedsiębiorców. Kiedy takiej retoryki używają organizacje pozarządowe, zajmujące się np. problemami rozwoju globalnego Południa, bywa ona uzasadniona. W ustach kierowników firm brzmi natomiast jak szyderstwo: przecież miejscem połowu miały być właśnie przedsiębiorstwa. Poza tym nie wolno zapominać, że niskie pensje są spowodowane „wyścigiem na dno”, który prowadzą przedsiębiorstwa, by zmniejszyć koszty pracy. Gdy już swój cel osiągają, wówczas sięgają po SOB i uczą najuboższych, jak przeżyć za głodowe wynagrodzenia. Jak widać, kapitalizm to system heroicznie walczący z problemami, które sam stwarza.
Co robić?
Nietrudno się domyślić, dlaczego SOB rozumiana jako strategia zarządzania stwarza taką rozbieżność standardów. Społeczna odpowiedzialność stanowi tu niejako tylko efekt uboczny działań zmierzających do wzrostu wartości firmy. Gdyby ktoś niezbicie dowiódł, że wyzysk, niesprawiedliwość, korupcja, przestępczość i degradacja środowiska są najlepszymi metodami prowadzenia biznesu, to w myśl nowego ujęcia SOB kierownictwo firmy byłoby zwolnione z jakiejkolwiek odpowiedzialności przed ogółem społeczeństwa. Co prawda nie musimy obawiać się, że ktoś obroni kiedyś taką tezę, ale dotychczas nie powstały też żadne badania, które wykazywałyby coś przeciwnego: powszechną opłacalność SOB. W tej sytuacji możemy rozsądnie przyjąć, że odpowiedzialność opłaca się przedsiębiorcom tylko okazyjnie.
Z całą pewnością obniżanie standardów etycznych strategii biznesowych bierze się stąd, że firmy dostrzegają szanse w nieuczciwych praktykach. Z tego powodu Wayne Visser – założyciel organizacji CSR International – określił SOB mianem martwej idei. Po działalności zorientowanej na zysk – argumentuje Visser – nie należy oczekiwać, że stanie się ona zarzewiem poważnej zmiany systemowej. Faktycznie, choć początków nowoczesnego SOB na Zachodzie można doszukiwać się już w połowie lat 50. XX w., to nie rozwiązała ona dotąd żadnego globalnego problemu. Visser pisze: Praktycznie każdy dostępny sposób mierzenia czynników społecznych, środowiskowych i etycznych w działalności biznesu wskazuje na totalną katastrofę, której CSR nie był w stanie nawet częściowo zapobiec. Jeśli więc wiążemy z SOB duże nadzieje, stanowi to tylko przejaw półperyferyjnego usytuowania Polski: oto kolejna importowana idea, którą zaczynamy dyskutować w czasie, gdy Zachód przestaje w nią wierzyć.
Niemniej nie można zaprzeczyć, że nowe strategie SOB niosą pewien potencjał, który warto wykorzystać tam, gdzie jest to rzeczywiście możliwe. Czy moda na etyczny biznes może przyczynić się do tego, że nasze życie choćby pod paroma względami będzie lepsze, a przynajmniej – znośniejsze? Mimo wszystko SOB wydaje się jedynym rozwiązaniem, które jest teraz na wyciągnięcie naszych rąk. W najbliższym czasie nie powinniśmy oczekiwać systemowej zmiany: gospodarka kapitalistyczna nie zostanie wyparta przez np. spółdzielczą, a prywatna struktura własności środków produkcji będzie nadal stanowiła przyczynę tego, że nieliczne finansowe elity pasożytują na społeczeństwie i środowisku. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak skorzystać z zachodnich doświadczeń. Płynie z nich jedna istotna lekcja dotycząca etycznego biznesu, która bardziej zainteresuje obywateli i konsumentów niż samych przedsiębiorców: SOB wymaga społecznej kontroli. Jeśli chcemy społecznie odpowiedzialnego biznesu, to musimy sprawić, by się opłacał – powinniśmy szukać środków, za pomocą których będziemy mogli karać i nagradzać za pozafinansowe skutki działalności przedsiębiorców.
Aby zrozumieć, w jaki sposób można wymóc na firmach stosowanie SOB, musimy przyjrzeć się, skąd bierze się wartość organizacji. W wyniku bardzo dynamicznych przemian w ciągu ostatnich dziesięcioleci doszło do znaczącej zmiany w strukturze aktywów dużych przedsiębiorstw. W 1980 r. udział aktywów niematerialnych stanowił tylko 40 proc. całej wartości rynkowej organizacji. W 2000 r. ten odsetek wynosił już 86 proc. Stosując uogólnienie, można zatem powiedzieć, że wartość nowoczesnego przedsiębiorstwa to aktywa niematerialne. Mówiąc najkrócej, są one zaufaniem: właścicieli i akcjonariuszy wobec tego, że organizacja będzie się dalej rozwijać, przynosząc zyski i dywidendy; klientów do jakości produktów; kontrahentów, że przedsiębiorstwo wywiąże się ze zobowiązań finansowych; pracowników, że otrzymają należne im wypłaty.
Źródłem zaufania są natomiast oczekiwania różnorodnych grup nazywanych interesariuszami, które tworzą otoczenie przedsiębiorstwa. Choć w każdej branży wygląda to nieco inaczej, to można przedstawić pewną uogólnioną klasyfikację interesariuszy, która odpowiada sile, z jaką oczekiwania poszczególnych grup wpływają na wartość organizacji. Najwyższa kadra kierownicza dużych polskich firm do kategorii najważniejszych interesariuszy zalicza właścicieli, konsumentów i pracowników. Za nimi plasują się rządy, instytucje regulujące, podwykonawcy i dostawcy, a dalej – banki, ubezpieczyciele, konkurencja, media i analitycy, lokalne społeczności, organizacje pozarządowe oraz lokalne i globalne środowisko. Oprócz nich można wyróżnić również takie grupy interesariuszy, które pozostają poza świadomością polskich przedsiębiorców. Wymienić tu należy zwłaszcza obywateli, środowiska akademickie, różne kategorie samozatrudnionych, osoby pracujące na „umowach śmieciowych” i zatrudnione przez agencje pracy.
Chcąc dobrze zrozumieć wpływ oczekiwań interesariuszy na wartość organizacji, możemy zastosować analogię odnoszącą się do teorii doboru naturalnego (tym porównaniem posługują się sami przedsiębiorcy, gdy wyjaśniają funkcjonowanie własnych firm). Interesariusze, ich oczekiwania i zaufanie tworzą środowisko, w którym „żyje” i rozwija się organizacja. Strategia biznesowa, która skutecznie realizuje oczekiwania różnych grup i buduje ich zaufanie, przekłada się na wzrost przedsiębiorstwa. Jednak zmiana środowiskowa – czyli zmiana oczekiwań – wymaga od organizacji powtórnej adaptacji do wymagań stawianych przez otoczenie. Jeśli podmiot gospodarczy nie potrafi dostosować swojej strategii do nowych warunków dyktowanych przez oczekiwania interesariuszy, to traci ich zaufanie – w konsekwencji kurczy się jego wartość. Dalsza inercja prowadzi do załamania się zaufania i „śmierci” organizacji. Znaczenie oczekiwań interesariuszy potwierdza poniższy wykres przedstawiający przyczyny zmian strategii największych polskich przedsiębiorstw: do interesariuszy odnosi się 5 z 11 najważniejszych czynników.

Przedstawioną dynamikę interakcji między przedsiębiorstwami a interesariuszami można potraktować także jako model generowania przemocy strukturalnej. Przemoc o charakterze strukturalnym charakteryzuje się tym, że nie mieści się ona w ramach jakiegoś systemu, ale odwrotnie – niejako z zewnątrz wpływa na układ, zmieniając zasady gry, których muszą przestrzegać różni aktorzy życia społecznego. Zazwyczaj to duże przedsiębiorstwa generują przemoc strukturalną. Tworzą one nowe normy np. za pośrednictwem lobbingu. Jednak świadomi swojego znaczenia interesariusze mogą w wielu sytuacjach odwrócić tę relację – to ich oczekiwania stanowią bowiem reguły, których firmy muszą przestrzegać. Struktura wartości, która opiera się na aktywach niematerialnych, daje interesariuszom możliwość skutecznego kontestowania nieodpowiedzialnych przedsiębiorstw.
Ciekawym przykładem jest historia oporu przeciwko działaniom Coca-Coli w Indiach. Koncern był w tym kraju oskarżany o spowodowanie zanieczyszczeń wód gruntowych i gleby, spadek poziomu wód oraz stosowanie w produktach substancji, które zagrażały zdrowiu konsumentów. Akcję rozpoczął Amit Srivastava z organizacji pozarządowej Global Resistance, który odwiedził wiele amerykańskich kampusów i założył stronę internetową www.indiaresource.org, aby przedstawić różnym środowiskom, w jaki sposób Coca-Cola niszczy zasoby naturalne i szkodzi lokalnym społecznościom w Indiach. Już w początkowym okresie działań Global Resistance protest poparły trzy amerykańskie kampusy, zakazując sprzedaży na swoim terenie produktów koncernu i prowadząc kampanię informacyjną. Później do konsumenckiego bojkotu przyłączały się kolejne uczelnie ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Kanady. W tym samym czasie wyzwanie Coca-Coli rzucił sąd w stanie Radżastan, nakazując firmie umieszczać na produktach etykietę informującą o zagrożeniach dla zdrowia, jakie stwarzają pestycydy używane w procesie produkcji napojów. Polityce firmy sprzeciwiło się także indyjskie Ministerstwo ds. Zasobów Wodnych, pracownicy zakładów Coca-Coli oraz lokalne społeczności, gdy rządowe badania wykazały, że fabryki koncernu, pobierając na potrzeby produkcji zbyt dużą ilość wody, przyczyniły się do niedoboru wody w 50 wioskach leżących w rejonie Kala Dera. Lokalnym społecznościom przyszedł z pomocą ruch Sarvodaya, Armia Śiwy oraz Sangharsh Samiti (komitet walki), pomagając mieszkańcom w przeprowadzeniu bandh – protestu, który polega na zaprzestaniu pracy i wymiany handlowej. Natomiast lokalne władze innego regionu, Kerali, kierując się podobnymi pobudkami, zamknęły w marcu 2004 r. rozlewnię koncernu wartą 16 mln dolarów. Nie były to jedyne straty Coca-Coli: w wyniku działań różnych grup interesariuszy odnotowała ona w 2006 r. 12-procentowy spadek sprzedaży swoich produktów.
Reakcja kierownictwa i właścicieli była natychmiastowa. Coca-Cola już w 2007 r. zaangażowała się w projekty mające na celu poprawę dostępu do wody pitnej, m.in. zamontowała w Indiach 270 urządzeń służących do poławiania wody deszczowej, obiecując montaż kolejnych instalacji w następnych latach, i zobowiązała się przywracać do systemu wód podziemnych ? wody wykorzystanej w produkcji. Koncern zaczął także wywierać presję na dostawcach, aby również oni wdrożyli zasady SOB. Najbardziej wymiernym efektem działań koncernu było zmniejszenie zużycia wody potrzebnej do wyprodukowania jednego litra napoju – z 3,14 do 2,54 litra.
Historia tych protestów stanowi szczególnie interesujące studium przypadku. Skuteczne bojkoty zwykle kojarzą nam się z bogatymi krajami Zachodu, gdzie już od lat 60. i 70. istniały silne ekologiczne i konsumenckie ruchy społeczne, a zasobność portfeli mieszkańców pozwala im na swobodny wybór produktów. Tymczasem przykład Indii pokazuje, że kontestacja biznesu jest możliwa również w biednych regionach świata i mogą ją przeprowadzić interesariusze, którzy uchodzą za słabe podmioty, jeśli tylko potrafią odpowiednio skoordynować swoje działania. Skuteczny nacisk na Coca-Colę został zapoczątkowany przez organizację pozarządową, czyli – stosując klasyfikację polskich przedsiębiorców – interesariusza trzeciej kategorii. Włączyła ona następnie do działań liczne uczelnie wyższe – podmioty rzekomo pozbawione siły sprawczej – które skutecznie kreowały oczekiwania konsumentów. Od tej pory protesty rozwijały się na zasadzie kuli śnieżnej: łącznie w akcji wzięło udział aż osiem różnych kategorii interesariuszy z całego świata. Zdaje się, że to właśnie ta międzygrupowa solidarność przesądziła o sukcesie. Gdyby naprzeciwko koncernu stanęła tylko jedna grupa interesariuszy, to prawdopodobnie nie wytworzyłaby ona masy krytycznej potrzebnej do obniżenia wartości przedsiębiorstwa.
Warto też zwrócić uwagę, że formy oporu skierowane przeciwko działaniom Coca-Coli były bardzo zróżnicowane. Kontestacja odbywała się na każdym dostępnym poziomie: konsumenckim, prawnym i politycznym. Oczywiście włączanie się do akcji różnych interesariuszy sprzyja różnicowaniu strategii, gdyż każda ich grupa dysponuje innymi środkami wywierania presji. Nie należy przy tym zapominać, że poszczególne osoby wchodzą w krąg wielu grup interesariuszy i mogą jednocześnie stosować kilka strategii buntu – w końcu wszyscy jesteśmy zarazem konsumentami i obywatelami.
Interesariuszom najłatwiej jest wyegzekwować wprowadzenie strategii SOB od tych przedsiębiorstw, które zbliżają się do ideału ekonomicznej racjonalności. Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem analogicznym, dostrzeżonym już w okresie nowożytnym przez politycznych teoretyków: aby proponować racjonalne rozwiązania problemów politycznych, należy założyć, że członkowie zrzeszeń politycznych potrafią rozpoznawać własne interesy i dobierać do ich realizacji odpowiednie środki. W wypadku podmiotów ekonomicznych „rozumem” są narzędzia szacowania ryzyka. Nawet najbardziej zmobilizowane społeczeństwo musiałoby nieustannie wchodzić w otwarte konflikty z przedsiębiorstwami, jeśli te nie potrafiłyby wykorzystać metod szacowania społecznych i środowiskowych skutków swojej działalności.
Problem ten zapewne dotyczyłby polskiego społeczeństwa, gdyby chciało wyegzekwować na organizacjach stosowanie strategii SOB. Jak pokazują opracowania stworzone na potrzeby wewnętrzne polskiej firmy doradczej Abadon Consulting, przedsiębiorstwa wciąż uczą się wykorzystywać instrumenty oceny ryzyka. Wśród audytowanych przez Abadon Consulting firm tylko 16 proc. prowadziło kompleksową strategię SOB (60 proc. nie miało żadnej), przy czym zaledwie 5,9 proc. szczegółowo raportowało ryzyka ESG (environment – środowisko, social responsibility – społeczna odpowiedzialność, corporate governance – ład korporacyjny), w oparciu o które sporządza się pozaekonomiczną ocenę przedsiębiorstw. Niski odsetek organizacji raportujących ryzyka ESG stawia pod znakiem zapytania skuteczność kompleksowych strategii SOB wprowadzanych przez pozostałe 10,1 proc. firm. Firmy zmuszone przez społeczeństwa do stosowania nowych narzędzi biznesowych będą szybciej uczyć się szacowania ryzyka, gdyż wymaga tego ekonomiczna racjonalność. Dzięki temu w przyszłości będą sprawniej odpowiadać na oczekiwania interesariuszy.
Tak, tak, tam w lustrze to niestety ja
Etyczne standardy prowadzenia biznesu są w dużym stopniu odbiciem społecznej solidarności i mobilizacji mieszkańców do walki o własne interesy. To nie zasługa niewidzialnej ręki rynku, że SOB rozwija się najszybciej tam, gdzie obywatele są gotowi kontestować nieodpowiedzialnych przedsiębiorców. Skoro biznesmeni zainteresowani są tylko zyskiem, to powinniśmy dążyć do tego, by działalność o niskim standardzie przestała się opłacać. W ten właśnie sposób skłonimy polskie firmy do wprowadzenia innowacyjnych strategii SOB, które zmniejszą negatywne konsekwencje przedsięwzięć ekonomicznych. Przykład Indii pokazuje, że kraje dużo biedniejsze niż Polska potrafią wymóc na największych koncernach zmianę polityki, a rzekomo najsłabsi interesariusze są niezwykle skuteczni. Trzeba więc jasno stawiać swoje oczekiwania i konsekwentnie domagać się ich spełnienia. Bodziec do przemian musimy dać sami, bo przyglądając się dotychczasowym działaniom przedstawicieli polskiego biznesu możemy być pewni, że mimo szczytnych deklaracji, są oni zainteresowani wyłącznie robieniem PR-owego cyrku.