Ministerstwo Transportu i Mobilności

Ministerstwo Transportu i Mobilności

Gdybym był ministrem, zająłbym się kwestią dostępności komunikacyjnej, która w moim przekonaniu musi zostać uznana za kluczowy instrument państwa, niezbędny dla zrównoważonego rozwoju, zatrzymania trendów wyludniania się wsi i małych miast czy wyrównywania szans mieszkańców różnych części Polski. Zamiast chwalić się miliardami euro wydanymi na infrastrukturę, władze powinny dążyć do osiągnięcia stabilnych standardów mobilności społeczeństwa.

Należy ustalić standardy obsługi transportowej – począwszy od określenia najdłuższej dopuszczalnej odległości do przystanku transportu publicznego, a skończywszy na wyznaczeniu maksymalnego czasu przejazdu z dowolnego punktu Polski do najbliższego międzynarodowego portu lotniczego. Następnie w perspektywie około 10 lat dążyć do wypełnienia tych warunków. To pozwoli skończyć z chaotycznym rozwojem – czy raczej regresem – sieci transportowej.

Pierwszą kwestią, którą zająłbym się, byłyby inwestycje infrastrukturalne. Uważam, iż wielkie projekty – jak budowa autostrad czy kolej dużych prędkości – często stanowią ucieczkę przed realnymi problemami istniejącej sieci transportowej, wymagającymi natychmiastowego rozwiązania, takimi jak chociażby drogi wojewódzkie urywające się na rzekach, bo na podstawowej sieci drogowej brakuje mostów. Przykładowo w woj. mazowieckim przez Wisłę przerzuconych jest 14 mostów, z czego tylko 6 poza granicami Warszawy. Na polskich rzekach odcinki bez przepraw mostowych osiągają długość nawet 80 km. Między polskimi regionami wciąż widać różnice w udziale nawierzchni asfaltowej na sieci dróg. Dlatego za kluczowe uważam wspomożenie samorządów w realizacji inwestycji drogowych i mostowych o podstawowym znaczeniu.

Kosztowne modernizacje linii kolejowych, które w praktyce sprowadzają się do trwających latami prac, zbyt często finalnie nie przynoszą pożądanych efektów w postaci skrócenia czasów przejazdu czy poprawy przepustowości. Polska sieć potrzebuje przede wszystkim renesansu bieżącego utrzymania oraz przebudowy tzw. wąskich gardeł (odcinków z najniższą prędkością oraz najsłabszą przepustowością). Takie działania – nie wymagające ani czasochłonnych prac projektowych, ani kilkuletnich robót dezorganizujących ruch pociągów – przyniosą widoczne efekty nawet w ciągu kilku lub kilkunastu miesięcy. Nadzieję wiązałbym z nieśmiało inicjowanymi obecnie rewitalizacjami linii kolejowych, czyli gruntownymi naprawami całych ciągów, pozwalającymi przywrócić w stosunkowo krótkim czasie dawne parametry techniczne linii kolejowych, które wskutek braku bieżącego utrzymania drastycznie się pogorszyły. Co istotne, Komisja Europejska wyraziła zgodę, aby rewitalizacje – mimo iż są projektami bardziej odtworzeniowymi niż modernizacyjnymi – były współfinansowane z funduszy unijnych. Następnym działaniem mogącym szybko przynieść efekty jest budowa nowych przystanków kolejowych w miejscowościach, na osiedlach czy przy zakładach lub centrach handlowo-usługowych, których dotychczas kolej wydawała się nie zauważać.

I wreszcie: należy skończyć z przekonaniem, że demontaż „zbędnych” linii poprawi efektywność polskiej kolei. Prowadzone od ponad 20 lat likwidacje połączeń oraz sieci kolejowej nie wyprowadziły polskiej kolei z kryzysu, lecz pogłębiły go wskutek odcięcia głównych linii od pasażerów z bocznych ciągów. Polska sieć kolejowa znalazła się na takim etapie demontażu, że dla zapewnienia spójności przestrzennej kraju powinniśmy rozważać odbudowę niektórych ciągów.

Kolejna kwestia, której poświęciłbym uwagę, to organizacja i integracja transportu publicznego. W Polsce transport publiczny organizowany jest wyłącznie w dużych miastach – na pozostałych obszarach jakość komunikacji staje się dziełem przypadku. Ze sprawowaniem funkcji organizatorskich nie radzi sobie obecnie minister transportu, który odpowiada za organizację kolejowych połączeń dalekobieżnych, a w praktyce przekazując dotacje, pozostawia Grupie PKP wolną rękę w kształtowaniu sieci połączeń. Prowadzi to do sytuacji, w której państwo de facto płaci Grupie PKP za likwidowanie tych połączeń. Gdybym był ministrem, określiłbym pożądaną sieć połączeń dalekobieżnych, obejmującą cały kraj wedle ustalonego kryterium – np. odległość do stacji kolejowej, na której zatrzymują się pociągi międzyregionalne, z żadnego punktu w Polsce nie może być większa niż 50 km. Zadbałbym o to, aby sieć pociągów międzyregionalnych kursujących na głównych trasach co godzinę, a na ciągach znaczenia ponadlokalnego co 2–4 godziny, zapewniająca bezpośrednie połączenia ośrodków powiatowych, subregionalnych i największych aglomeracji, stała się szkieletem sieci transportu publicznego w Polsce.

Za konieczne uważam także stworzenie ogólnokrajowej taryfy przewozowej, honorowanej przez wszystkich przewoźników kolejowych (równolegle do ich własnych ofert i promocji), by przesiadka przestała oznaczać konieczność zakupu nowego biletu. Stopniowo do taryfy ogólnokrajowej włączałbym przewoźników autobusowych – przede wszystkim kursujących w relacjach nie obsługiwanych przez kolej.

Wprowadziłbym także zmiany w ustawie o publicznym transporcie zbiorowym z 2010 r., która jak na razie jedynie konserwuje dezintegrację transportu publicznego, po pierwsze rozdzielając odpowiedzialność za linie komunikacyjne między gminy, powiaty i województwa, a po drugie uniemożliwiając tworzenie związków komunikacyjnych między samorządami różnych szczebli. Na obszarach wiejskich – stojących dziś w obliczu całkowitego wycofania się transportu publicznego – starałbym się stworzyć warunki do wprowadzenia elastycznych rozwiązań znanych z Niemiec czy Szwajcarii, jak „autobus na telefon” (kursy autobusowe na trasach lub w porach najmniejszego ruchu realizowane są po telefonicznym zgłoszeniu na 30 min przed rozkładową godziną odjazdu, w przeciwnym razie kurs się nie odbywa) czy „taksówka zbiorowa” (zapewniająca mieszkańcom kilku-kilkunastu wsi na określonym obszarze transport z punktu przesiadkowego na „sztywnej” linii komunikacyjnej, elastycznie dopasowująca swoją trasę do celów podróży pasażerów).

Za kolejną kwestię wymagającą uregulowania uznałbym bezpieczeństwo na drogach. To bardzo poważny problem. Spośród państw Unii Europejskiej Polska charakteryzuje się jednymi z najwyższych – tuż za Grecją, Rumunią i Bułgarią – wskaźników śmiertelności ofiar wypadków. Do polskich kierowców nie trafiają ani apele, ani znaki drogowe, dlatego należy skończyć z budowaniem przeskalowanych dróg, wręcz namawiających do brawurowej jazdy. Bardzo szerokie pasy ruchu, szeroko wyprofilowane łuki zakrętów czy wycinka drzew rosnących wzdłuż dróg stwarzają iluzję bezpieczeństwa, która skłania do wciśnięcia gazu. Uważam, iż dla faktycznej poprawy bezpieczeństwa na drogach konieczne jest wprowadzenie nowych standardów projektowania dróg, uwzględniających powszechnie stosowane w zachodniej Europie narzędzia uspokajające ruch. Dodatkowo zmieniłbym przepisy tak, by zapewnić bezwzględnie uprzywilejowaną pozycję pieszym, którzy w Polsce są wciąż traktowani jako gorsi uczestnicy ruchu i w efekcie stanowią prawie 1/3 ofiar wypadków drogowych.

Ministerstwo Transportu i Mobilności

Ministerstwo Ochrony Środowiska i Przyrody

Gdybym był ministrem, miałbym wiele do zrobienia, ale żeby jakiekolwiek zmiany były możliwe, Ministerstwo Ochrony Środowiska i Przyrody musiałoby zyskać właściwą pozycję w Radzie Ministrów. Dziś warunek ten nie jest spełniony.

Ministra Środowiska wybiera się w negocjacjach koalicyjnych na samym końcu, jakby był najmniej ważnym członkiem Rządu, powoływanym do funkcji podrzędnej i dlatego zwykle powierzanej słabszemu koalicjantowi. Wygląda też na to, że doraźne cele są Ministerstwu Środowiska dyktowane przez „nadministerstwa”: Finansów i Gospodarki. Cele tych ministerstw są stawiane ponad sprawami przyszłości kraju, dobra następnych pokoleń i stanu środowiska. Na szefów resortu środowiska wybiera się zwykle osoby pozbawione kwalifikacji profesjonalnych, do tego możliwie najbardziej uległe wobec techno-despotów; a pryncypialnego ministra środowiska, jeśli się taki zdarzy, szybko się traci z rządu (casus prof. Macieja Nowickiego). Ponadto sam personel Ministerstwa jest niezmiennie zdominowany liczebnie i hierarchicznie przez osoby niechętne ochronie, a sprzyjające de facto eksploatacji środowiska.

W rezultacie obecnie w Polsce nie przestrzega się ani Konstytucji, ani Traktatu Lizbońskiego, według zapisów których kraj nasz powinien się rozwijać zgodnie z zasadą rozwoju zrównoważonego (art. 5. Konstytucji), czyli przy rozważnej (kompromisowej) dbałości o środowisko i przyrodę. Akty prawne i decyzje administracyjne, jeśli nawet są wydawane według obowiązujących procedur, to ich ukryta w zawiłościach prawnych treść nieraz wynika z niewłaściwej dla resortu środowiska hierarchii wartości wyznawanej przez ich twórców. Ustawy o ochronie środowiska lub ochronie przyrody przemycają rozporządzenia sprzyjające raczej eksploatowaniu środowiska i przyrody niż rzeczywistej, długofalowej ich ochronie. Dzisiejszemu stanowi rzeczy sprzyja totalny odwrót polskich elit od wiedzy ekologicznej. Tymczasem akurat od uwzględnienia tej wiedzy zależeć będzie przyszłość ludzkości, gdyż główne zagrożenia stojące przed naszym światem mają charakter właśnie ekologiczny – zagrażają środowisku, przyrodzie i zależnej od nich ludzkości.

Gdyby jednak kiedyś powstał rząd traktujący poważnie zadania ministerstwa ds. ochrony środowiska, to jako najpilniejsze działanie wskazałbym uwolnienie takiego ministerstwa spod dominacji lobby leśnego, aby to resort decydował o polityce leśnej i ochronie środowiska, a nie odwrotnie – jedno przedsiębiorstwo, nawet jeśli państwowe. Na to zadanie składałby się szereg działań:

  1. Likwidacja Dyrekcji Generalnej Przedsiębiorstwa „Lasy Państwowe”, jako największego krajowego monopolisty (decydującego o 1/4 obszaru kraju), a nadanie samodzielności gospodarczej dyrekcjom regionalnym Lasów Państwowych, koordynowanym i nadzorowanym przez resort (Departament Leśnictwa).
  2. Zatrudnianie w resorcie na stanowiskach dyrektorów departamentów i dyrektorów parków narodowych także osób z wykształceniem biologicznym i z hierarchią wartości uwzględniającą rzeczywistą ochronę środowiska i przyrody, nie zaś – jak dotychczas – wyłącznie ludzi z wykształceniem i światopoglądem „leśnym”.
  3. Zmiana dzisiejszej zasady, iż osoby na wszystkich kierowniczych stanowiskach w resorcie środowiska muszą mieć kwalifikacje leśno-ekonomiczne zamiast merytorycznych z zakresu ochrony środowiska i przyrody; za sprawy gospodarcze w jednostkach ochroniarskich mógłby odpowiadać odpowiedni zastępca dyrektora jako zarządca, natomiast o celach nadrzędnych powinien dalekowzrocznie decydować sam dyrektor w oparciu o swą wiedzę i hierarchię wartości, pozostającą w zgodzie z powierzoną funkcją. Nie może być dalej tak, jakbyśmy – tu analogia – powierzali opiekę nad cennymi zbiorami narodowymi w muzeach akurat… handlarzom dzieł sztuki.

Poza tym starałbym się przekonać rząd, aby wymusił większą partycypację najbogatszych krajowych przedsiębiorstw w finansowaniu badań naukowych związanych z praktyką, w tym badań przedinwestycyjnych, co umożliwiłoby opieranie ocen oddziaływania na środowisko na konkretnych danych z terenu. Dziś oceny takie opierają się, w najlepszym razie, na skąpych danych pochodzących z badań inaczej ukierunkowanych, bo prowadzonych przez ubogie placówki naukowe.

Jako minister wystąpiłbym również do środowiska naukowego, mediów i do innych członków rządu w obronie zasady rozwoju zrównoważonego, przed sprowadzaniem wszystkiego do kategorii natychmiastowego zysku.

Wspierałbym także szeroką edukację ekologiczną. Mimo iż to się aktualnie robi, to w stopniu niezadowalającym – konieczna jest odbudowa edukacji ekologicznej w publicznych środkach przekazu, zapobiegająca nastawianiu obywateli przeciw ekologizacji życia. Ministerstwo i rząd powinny pomóc przełamać perfidną kilkunastoletnią blokadę medialną na wystąpienia edukacyjne profesjonalnych ekologów.

Dołożyłbym również starań, aby odbudować system kształcenia ekologów-praktyków dla stworzenia nowoczesnych kwalifikowanych interdyscyplinarnych kadr zdolnych do obiektywnego wykonywania ocen oddziaływania na środowisko. Nie mogą prawidłowej oceny dokonywać ani technofile, sami oceniający wpływ na środowisko projektów swoich kolegów po fachu, ani dzisiejsi przyrodnicy-teoretycy, zbyt skupieni na swych wąskich specjalnościach.

Zająłbym także zdecydowane stanowisko popierające rozwój nowoczesnej energetyki, tzn. optujące za oszczędzaniem energii (negawaty) oraz za rozbudową energetyki rozproszonej, jako opartej na rodzimych źródłach odnawialnych, bezpieczniejszych dla środowiska, oraz stwarzającej miejsca pracy poza ośrodkami miejskimi, gdzie jest największe bezrobocie.

Starałbym się również wywrzeć nacisk na ministra rolnictwa dla przeorientowania polskiego rolnictwa z błędnego modelu „przemysłowego” (szkodliwego i dla środowiska, i dla ludności – bo zwiększającego bezrobocie) na drogę bardziej wydajnego i „zdrowszego” rolnictwa ekologicznego, wspartego najnowszymi wynalazkami z zakresu probiotyki i doboru hodowlanego ulepszonego wiedzą biotechnologiczną, ale z wykluczeniem możliwości zdominowania go przez uprawy GMO.

Dążyłbym do tego, aby wspólnie z rządem definitywnie zakończyć kompromitującą władze państwowe sprawę powiększenia Białowieskiego Parku Narodowego, najcenniejszego i najsłynniejszego z krajowych, a zarazem jednego z najmniejszych w Europie. Trzeba sfinalizować chwalebne starania własne resortu („Kontrakt dla Puszczy Białowieskiej”, „Białowieski Program Rozwoju”), jak i inicjatywę śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego z r. 2006, powiększając park narodowy przynajmniej do ok. 30 000 ha (połowa polskiej Puszczy) i zatrzymując na tym obszarze bezlitosny wyrąb ostatnich naturalnych drzewostanów. Władze krajowe nie mogą tolerować blokowania realizacji tak prestiżowej decyzji naszego państwa przez społeczność lokalną.

Ponadto powróciłbym do szerokiego kontaktu resortu z przedstawicielami nauki i organizacjami pozarządowymi jako emanacją społeczeństwa, bez traktowania ich jak utrudnienia, lecz w kategoriach sprzymierzeńców. Składałoby się na to:

  1. Częstsze wykorzystywanie przez władze resortu opinii ciał doradczych i naukowych (Państwowa Rada Ochrony Środowiska, Państwowa Rada Ochrony Przyrody, komitety naukowe PAN), na których działalność opiniującą konieczne jednak byłoby przeznaczenie środków finansowych;
  2. Nowelizowanie ustaw i rozporządzeń z aktywnym wykorzystaniem wiedzy gremiów naukowych i kompetentnych organizacji pozarządowych, a nie – jak czasami bywało – w tajemnicy przed nimi;
  3. Organizowanie wspólnie z naukowcami i społecznikami konferencji dokształcających w zakresie postępów światowych w ochronie środowiska i przyrody, gdyż nikt z nas nie zna wszystkiego, a wymiana wiadomości jest korzystna;
  4. Wspólne z gremiami naukowymi podejmowanie i współfinansowanie badań aplikacyjnych w zakresie wzbudzających kontrowersje wielkoskalowych rozwiązań strategicznych w energetyce, transporcie, rolnictwie itd.

Skąd wziąć środki finansowe na te zmiany? Nie jest to zadanie możliwe do rozwiązania przez jedno ministerstwo, lecz problem dla całego rządu i dla elit krajowych. Trzeba bowiem zmienić podstawy ideowe państwa, przyjmując wzorzec zrównoważonego i bardziej sprawiedliwego kapitalizmu socjaldemokratycznego (skandynawskiego) zamiast niszczącego społeczeństwo i państwo modelu amerykańskiego.

Ministerstwo Transportu i Mobilności

Ministerstwo Skarbu Państwa i Finansów Publicznych

Gdybym był ministrem, za priorytet uznałbym zatkanie dziur w polskim finansowym „dzbanie”, którymi za granicę wyciekają już dziesiątki i setki miliardów złotych. Szacuję, że rocznie bezpowrotnie tracimy 50–150 mld zł z powodu różnego rodzaju nadużyć związanych z przemytem towarów, takich jak spirytus, papierosy czy pręty stalowe, w przypadku których unika się płacenia akcyzy lub podatku VAT. Do tego dochodzą różnego rodzaju dziwne transfery z Polski nie objęte normalną statystyką, np. zlecenia dotyczące rebrandingu firm, wypłaty wynagrodzeń dla zagranicznej kadry menedżerskiej, umowy w formie leasingów itp. Olbrzymią kwotę – w tym roku nawet kilkadziesiąt miliardów złotych – tracimy również z powodu interwencji walutowych Narodowego Banku Polskiego i Ministerstwa Finansów. Ingeruje się, żeby sztucznie utrzymać kurs polskiego złotego, aby on z kolei sztucznie zaniżał wartość naszego zadłużenia w relacji do PKB, ponieważ istnieją progi konstytucyjne, których rzekomo nie możemy przekroczyć, a które tak naprawdę już przekroczyliśmy. Tego typu uszczupleń i wycieku polskich pieniędzy przez nasz „dziurawy dzban” jest bardzo dużo. Należy prędko zahamować wypływ tej finansowej krwi, bo kiedy otworzy się żyły i puści krew z organizmu gospodarczego, to kraj tego nie przeżyje.

Druga sprawa to niewątpliwie nowa koncepcja systemu podatkowego. On w dzisiejszej formule nie działa – bogaci de facto nie płacą w Polsce podatków, istnieje bowiem możliwość tzw. optymalizacji podatkowej, czyli unikania płacenia przez duże koncerny zagraniczne, sieci handlowe czy banki. Przykładowo przedsiębiorstwo KGHM, już tylko w 30% będące własnością Skarbu Państwa, płaci składki takie jak prawie wszystkie banki zagraniczne działające w Polsce razem wzięte, to jest 4–5 mld zł, plus od niedawna jeszcze podatek od kopalni, co daje kolejne 2 mld zł. Natomiast banków komercyjnych jest w tej chwili ok. 70, z czego liczących się 20. Są to głównie banki zagraniczne, polskich banków praktycznie nie mamy, poza częścią PKO BP. Wśród polskich podmiotów finansowych są jedynie banki spółdzielcze, np. SKOK-i.

Jestem zdania, że w Polsce trzeba wprowadzić większe obciążenia podatkowe dla banków czy wielkich sieci handlowych, które mają ponad stumiliardowe obroty, a które osiągają rzekomo zyski zaledwie kilku miliardów złotych i do budżetu płacą 700 mln zł podatku. Popieram wprowadzenie podatku od transakcji finansowych. Takie rozwiązanie jest już wprowadzane w Europie. Trzeba też zupełnie zmienić ustawę o VAT. Żeby VAT faktycznie przynosił dochody państwu, nie trzeba go podwyższać, lecz trzeba zlikwidować te dziury, które lobbyści skutecznie wpisali do obecnych rozwiązań i które powodują, że bogaty może nie płacić. Wówczas można by ten podatek nawet obniżyć.

Jako minister zająłbym się także kwestią naszych zobowiązań w stosunku do Unii Europejskiej i do nowych form narzucających utratę suwerenności ekonomicznej w Polsce, takich jak Unia Bankowa, do której nie powinniśmy się przyłączać. Polska wiele razy w ciemno brała na siebie różne zobowiązania, których nie była w stanie wykonać. Zresztą jeśli chodzi o fundusze spójności, z każdego jednego euro, które przychodzi do Polski, 60 centów trafia natychmiast do bogatych krajów strefy euro. Płacimy też olbrzymie składki do Unii Europejskiej, rzędu 15–16 mld zł rocznie. Niewątpliwie trzeba stworzyć bilans korzyści i strat z tytułu relacji z budżetem unijnym.

Kolejna kwestia to konieczność zaprzestania zadłużania się za granicą. Wszystkie podatki Polaków, czyli ok. 40 mld zł, wpadają na sekundę do budżetu i natychmiast są transferowane za granicę, do naszych wierzycieli. To przypomina system państwa kolonialnego. Pieniądze wywozi się do Rzymu, Madrytu, Berlina czy Lizbony, skąd rekrutują się duże banki zagraniczne, które nam te pieniądze pożyczają. Jeszcze 5 lat temu nasz dług publiczny wynosił ok. 534 mld zł, dzisiaj wynosi prawie 900 mld zł.

Obecnie wyprzedawane są za granicą polskie obligacje. Sprzedają się jak świeże bułeczki. Nikt nie myśli o tym, że to są przecież nowe długi, zobowiązania, za które trzeba dać procent. My takich długów narobiliśmy na niemal 200 mld zł. Te obligacje mogą być przecież w każdej chwili wymagalne, ktoś może zażądać ich wykupienia. Płacimy bardzo hojnie: za dziesięcioletnie obligacje – 4,5% – podczas gdy np. Czesi – 1,69%. Stąd taki popyt na nasze obligacje. Jednak te „świeże bułeczki” mogą bardzo szybko zamienić się w zakalec, bowiem przy jakimś tąpnięciu w strefie euro czy kłopotach z budżetem w Polsce może nastąpić ich gwałtowna wyprzedaż, załamanie się rynku. To bardzo niebezpieczna polityka. Zadłużając się za granicą, żyjemy na takiej przymusowej kroplówce i zachowujemy się jak narkoman, który musi mieć ciągle nowy zastrzyk finansowy. To się musi skończyć bankructwem – tak jak w Grecji, Portu­galii czy Hiszpanii. Dlatego proponuję unarodowienie długów – na wzór japoński. Jeśli musimy się zadłużać, to róbmy to u Polaków.

Ponadto konieczna jest repolonizacja majątku narodowego. Tak naprawdę Polska wyprzedała już niemal wszystkie swoje dobra. W tej chwili prywatyzujemy sanatoria, myśli się o sprzedaży lasów, nawet nowo wybudowane autostrady mają być na razie oddane pod zarządzanie prywatnym firmom. Nie mamy ani własnych banków, ani firm ubezpieczeniowych, ani nowoczesnych przedsiębiorstw produkcyjnych. Obecnie rząd twierdzi, że na 2014 r. nie robi planów prywatyzacyjnych – trudno się dziwić, wszystko już sprzedane. Pojawia się tylko pytanie, gdzie są te 140–150 mld zł uzyskane od 1990 r. z prywatyzacji? Po drugie jak to się stało, że im więcej wyprzedawaliśmy tego majątku, w tym większe długi popadaliśmy? W końcu stanie przed Polską konieczność odzyskania tego bezmyślnie i tanio sprzedawanego majątku. Repolonizację majątku narodowego należy jednak przeprowadzić mądrze. Nie ma sensu odkupywać tych samych banków, które sprzedaliśmy, za wielokrotność ich ówczesnej ceny. Trzeba też uważać na niebezpieczeństwo odkupienia tzw. banków-wydmuszek, których kapitał zostanie przetransferowany do Lizbony czy Rzymu, a zostaną tylko długi.

Poza tym zlikwidowałbym ZUS w jego dotychczasowej formule, pozostawiając go jako niewielką strukturę administracyjną. Na jego miejsce utworzyłbym Państwowy Bank Emerytalny i dał Polakom prawo wyboru – kto chce, może zostać przy prywatnych, zagranicznych OFE; kto chce, może przejść do owego banku, gdzie na zasadach konkurencyjnych inwestowałoby się nasze pieniądze. Pieniądze, które dotychczas trafiały do OFE i które tworzyły Polsce zadłużenie publiczne, a zyski przynosiły głównie zagranicznym właścicielom Powszechnych Towarzystw Emerytalnych, wcale nie gwarantując wysokich emerytur. Bank Emerytalny, inwestując na giełdzie, mógłby pomału odzyskiwać wyprzedany majątek narodowy na rzecz polskich emerytów. W ten sposób mielibyśmy podwójne korzyści – do Polaków wracałaby własność w formie akcji, które posiadałby ten bank, a także dawałoby to obywatelom gwarancję pewnego bezpieczeństwa ekonomicznego na starość.

Majątek narodowy to kwestia niezwykle istotna. Polska obecnie funkcjonuje jako montownia dla dostawcy części zamiennych do przemysłu niemieckiego. Gdy przychodzi kryzys do Europy i Włosi przestają kupować samochody, Niemcy przestają je produkować, to natychmiast stają też zakłady montażowo-produkcyjne w Polsce, chociażby w Tychach.

Niewątpliwie jest też wiele do zrobienia w sferze finansowania inwestycji, zwłaszcza infrastrukturalnych. Jak dotąd wyrzucono dziesiątki miliardów złotych, a nadal nie mamy autostrady od jednego krańca granicy do drugiego. Istnieją tylko poszatkowane fragmenty, z czego częściowo są to już porzucone inwestycje, część będzie budowana latami, a część jest po prostu partactwem. Nie mamy też dobrze funkcjonującej kolei – podczas gdy za II Rzeczpospolitej uchodziła ona za wzorową. Dzisiaj do niektórych miejsc jedziemy dłużej niż przed II wojną światową.

Myślę, że w tej sytuacji trzeba też sprawdzić przez instytucje kontrolne typu NIK czy CBA dotychczasowe wydatkowanie środków. Twierdzę bowiem, że ok. 30% z tych inwestycji, chociażby przygotowań do Euro 2012, zostało rozkradzionych lub zmarnotrawionych, zdarzały się zjawiska ustawiania przetargów, korupcja. Być może część tych pieniędzy dałoby się odzyskać.

Dodatkowo należy zlikwidować wrogość instytucji państwowych wobec obywatela, która w ostatnich miesiącach jest szczególnie widoczna – z jednej strony wielcy hochsztaplerzy, którzy robią przekręty na setki milionów złotych, z drugiej samotna matka w Opolu, do której przychodzi policja, bo jest winna Urzędowi Skarbowemu 2 tys. zł za źle wypełnioną fakturę. To pokazuje, jak to państwo potrafi być okrutne, represyjne, bezwzględne w stosunku do słabszych. A tych słabszych jest coraz więcej. Dzisiaj same długi zagrożone, czyli kredyty niezapłacone przez Polaków, wynoszą w przypadku gospodarstw domowych 40 mld zł. Dwa miliony Polaków już nie reguluje swoich zobowiązań nie tylko wobec banków, ale też wobec przedsiębiorstw energetycznych, spółdzielni itd.

Oczywiście, trzeba zapewnić pewną stabilność dochodów budżetowych. Świat stoi przed gigantycznym kryzysem, który nie będzie tylko kryzysem zadłużeniowym, ale też kryzysem wiarygodności elit, kryzysem etycznym. Dzisiejsze rządy i przedstawiciele władz są albo zbyt słabi, albo zbyt skorumpowani, aby dbać bardziej o gospodarki narodowe niż o banki i rynki kapitałowe. W związku z tym kryzys będzie się pogłębiał, a dla wszystkich pieniędzy nie wystarczy. Grekom mówi się, że jeżeli bardziej się odchudzą, to będą zdrowsi, uważa się, że mogą jeść trawę i pluć krwią, ale długi spłacić muszą. Dokonuje się dalszych cięć wynagrodzeń, emerytur itd., a zadłużenie zamiast się zmniejszać – rośnie. To samo widać w Hiszpanii czy Portugalii. Takie rozwiązania do niczego nie prowadzą – lekarstwo okazuje się gorsze od choroby i zamiast wyjść z kłopotów, popada się w jeszcze większe.

Musimy zatem zastanowić się, jak zgromadzić dochody podatkowe, a nie da się tego osiągnąć jedynie kosztem kieszeni obywateli. Polacy mają obecnie 3–4-krotnie niższe wynagrodzenia niż pracownicy strefy euro, podczas gdy ceny produktów żywnościowych i usług są takie same. Polakom trzeba wreszcie zacząć godziwie płacić. Mnóstwo młodych ludzi już wyjechało – 2 miliony, z czego ponad 300 tysięcy to osoby poniżej 14. roku życia. Jeśli w kraju nic się nie zmieni, to wyjadą wszyscy, bo tu nie ma dla ludzi młodych żadnej nadziei – ani na mieszkanie, ani na pracę, ani na założenie i utrzymanie rodziny.

Ministerstwo Transportu i Mobilności

Ministerstwo Rozwoju Społecznego i Wsparcia Socjalnego

Za jakie działy administracji rządowej odpowiadałoby moje ministerstwo? Przyjąłbym wąskie rozumienie rozwoju społecznego, pozostawiając rozwój gospodarczy czy ekologiczny kompetencjom innych ministerstw. Co składałoby się na sprawy rozwoju społecznego? Z grubsza to, co wchodzi w zakres kwestii, którymi zajmuje się obecnie ministerstwo pracy i polityki społecznej, czyli sprawy pracy i zabezpieczenia społecznego, natomiast sprawy rodziny (którymi również zajmuje się MPiPS) oddałbym oddzielnemu ministerstwu ds. rodziny.

Zmiana nazwy „ministerstwo pracy i polityki społecznej” na „ministerstwo rozwoju społecznego i wsparcia socjalnego” zapewne spotkałaby się z dużym oporem. Po pierwsze mógłby pojawić się problem ze sprecyzowaniem pojęcia rozwoju społecznego, po drugie wątpliwości, czy kluczowa dla rozwoju społecznego, z jego główną zasadą sprawiedliwości społecznej, jest praca. Byłbym jednak skłonny przyjąć taki punkt widzenia, gdyż od pozycji członków gospodarstwa domowego w świecie pracy (ogólniej od ich pozycji w strukturze społeczno-ekonomicznej) zależą w dużej mierze ich szanse życiowe oraz mobilność międzypokoleniowa, tzn. szanse dzieci z rodzin z różnych klas społecznych.

Najbardziej dotkliwe problemy społeczne w obszarze rozwoju społecznego rozumianego poprzez pryzmat pracy to: 1. bezskuteczne poszukiwanie zatrudnienia; 2. pozostawanie bez pracy wbrew woli; 3. wyzysk i inne patologie w sferze pracy; 4. niestabilność sytuacji w tej sferze.

Za najbardziej dotkliwy problem społeczny w obszarze wsparcia socjalnego uważam ubóstwo mierzone minimum egzystencji, czyli ubóstwo skrajne, które w Polsce dotyka ponad 2,5 miliona osób, a wśród nich duży odsetek stanowią dzieci. Ubóstwo skrajne wzrosło w 2011 r., co oznacza, że sytuacja się pogarsza.

Inicjatywy koniecznie wymagające dofinansowania w obu tych dziedzinach to: aktywne i pasywne programy rynku pracy, działalność kontrolna Państwowej Inspekcji Pracy, zasiłki okresowe z pomocy społecznej, zasiłki rodzinne i dodatki do nich, opieka instytucjonalna dla dzieci (szczególnie w postaci żłobków i przedszkoli), asystentura rodziny i piecza zastępcza (te ostatnie mogą być jednak w zakresie ministerstwa spraw rodziny).

Mechanizmy, które moim zdaniem obecnie nie działają tak, jak powinny, to: regulacja rynku pracy (nie zapobiega rozprzestrzenianiu się zatrudnienia niskiej jakości), klauzule społeczne w zamówieniach publicznych (nie są dostatecznie często wykorzystywane), pomoc społeczna w postaci zasiłków okresowych (są za niskie i nie trafiają do wszystkich uprawnionych), system waloryzacji kryteriów dochodowych w strukturze pomocy społecznej i świadczeń rodzinnych (zawiódł skandalicznie, kryteria pomocy społecznej były do niedawna niższe niż minimum egzystencji, czyli granica skrajnej biedy), centra integracji społecznej (jest ich za mało, nie powstają nowe), asystentura rodziny i system pieczy zastępczej (problemy z upowszechnieniem i jakością).

Z pewnością moim pierwszym posunięciem byłoby doprowadzenie do ratyfikowania przez Polskę Zrewidowanej Europejskiej Karty Społecznej wraz z protokołem umożliwiającym składanie skarg do Komitetu Praw Społecznych Rady Europy nie tylko przez organizacje europejskie, ale również przez ogólnokrajowe organizacje polskie (wzorem jest tu Finlandia). Karta została podpisana przez Polskę wiele lat temu i już dawno powinna być ratyfikowana. Dałbym też zielone światło pracom dążącym do sprawienia, by polskie ustawodawstwo było w pełni zgodne z Konwencją 102 Międzynarodowej Organizacji Pracy o minimalnych normach zabezpieczenia społecznego.

W obszarze dialogu społecznego wprowadziłbym programy wzmacniające jego aspekty techniczne i merytoryczne, szczególnie po stronie związkowej. Aby dialog społeczny był prowadzony na odpowiednim poziomie, obie strony powinny dysponować podobnymi zasobami. Dodatkowo włączyłbym jako pełnoprawnych członków przedstawicieli ogólnokrajowych federacji organizacji pozarządowych, również wzmocnionych, wówczas dialog społeczny uzyskałby także wymiar obywatelski.

W obszarze pracy priorytet dałbym zmianom ustawowym, które sprawiłyby, że umowy na czas określony nie byłyby nadużywane, a także nie stosowano by umów cywilnoprawnych zamiast umów kodeksowych.

W obszarze zabezpieczenia społecznego osób niepełnosprawnych dałbym zielone światło dla reformy, dzięki której uprawnienia do rent byłyby przyznawane na innej zasadzie niż obecnie – nie jako rekompensata niezdolności do pracy, ale uwzględnienie zwiększonych kosztów utrzymania. Wówczas można byłoby łączyć te renty z pracą bez żadnych ograniczeń.

W obszarze pomocy społecznej doprowadziłbym do tego, że stanie się ona prawem obywatelskim. Byłoby to związane z usunięciem z ustawy tych zapisów, które sprawiają, że takim prawem nie jest. Musiałoby nastąpić: po pierwsze usunięcie klauzuli o możliwościach pomocy społecznej; po drugie zagwarantowanie 100% zasiłku okresowego. Zmieniłbym też zasadę przyznawania świadczeń pieniężnych – wystarczałoby tu spełnienie kryterium ubóstwa. Zgodnie z już ogłoszonymi propozycjami obecnego Ministerstwa Pracy, oddzieliłbym wyraźnie sprawy przyznawania zasiłków od udzielania usług o charakterze pomocowym. W tej dziedzinie zadbałbym o upowszechnienie sprawdzonych naukowo metod pracy socjalnej (np. koncentrowanie pracy na zadaniach, na rozwiązaniach, wywiad motywujący).

W obszarze zatrudnienia socjalnego popierałbym reformy upowszechniające system Centrów Integracji Społecznej, a szerzej idee i praktyki gospodarki społecznej.

W obszarze świadczeń rodzinnych usunąłbym kryteria dochodowe, aby pomoc pieniężna była skierowana do wszystkich dzieci.

W obszarze zamówień publicznych klauzulę społeczną uczyniłbym obowiązkową. Kto chce korzystać ze środków publicznych, ten powinien wykazać się społeczną odpowiedzialnością nie tylko w takim sensie, że płaci podatki i składki na czas. Zatrudnianie osób znajdujących się w sytuacji gorszej niż inne na rynku pracy powinno być jednym z punktowanych kryteriów.

Co do wykorzystania funduszy europejskich w przyszłym okresie finansowania, w interesującym mnie obszarze EFS popieram wyodrębnienie priorytetu przeciwdziałania ubóstwu i wykluczeniu społecznemu od priorytetu prozatrudnieniowego. W ramach tego pierwszego postawiłbym na aktywną integrację i wszechstronne strategie społecznościowe. W programie aktywnej integracji odzwierciedlone byłyby trzy filary tego podejścia: minimalny dochód, inkluzywny rynek pracy, usługi prointegracyjne wysokiej jakości.

Jeżeli chodzi o poparcie dla strategii lokalnych, konieczna byłaby m.in. część związana z sensowną partycypacją obywateli oraz podmiotów ze wszystkich sektorów, a głównym celem tych programów powinno być ograniczenie ubóstwa. Ze względu na daleko idącą decentralizację programów z zakresu rozwoju społecznego i wsparcia socjalnego współpraca z samorządami jest bardzo ważna, więc poszukiwałbym nowej formuły podziału zadań i środków w tym obszarze.

W przypadku organizacji społecznych zainteresowanych projektami EFS, wspierałbym tworzenie sieci i federacji, żeby na poziomie centralnym wyłonić silną reprezentację. Ważne byłoby również zapewnienie w lokalnej implementacji programów EFS większej kontroli ze strony obywateli, w tym tych, którzy mają korzystać z pomocy.

W przypadku środowisk naukowych przemyślałbym usytuowanie trzech instytutów – Centralnego Instytutu Ochrony Pracy, Instytutu Rozwoju Służb Społecznych, Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych – w kontekście działów analitycznych samego ministerstwa. Na pewno wzmocniłbym te podmioty i uruchomiłbym program zwiększenia przekładalności wyników badań naukowych na praktykę.

Ministerstwo Transportu i Mobilności

Ministerstwo Rozwoju Nauki i Szkolnictwa Wyższego

Gdybym był ministrem, postawiłbym sobie za cel przekonanie rządu do tego, co na świecie przyjmuje się za oczywiste: że inwestycje w naukę i edukację są inwestycjami dającymi każdemu narodowi największy zysk. Oczywiście nie w ciągu kilku lat, lecz w dłuższej perspektywie. Dlatego takie inwestycje musi robić państwo. „Niewidzialna ręka rynku” tego nie potrafi. (Dla wielu Polaków „niewidzialna ręka rynku” to ręka aferzysty – niestety nie bez powodu). Czysty mechanizm rynkowy może dać efekty w ciągu 2–4 lat, ale nie wobec zadań długofalowych i podstawowych dla przyszłości państwa i narodu.

Dlaczego nauka i szkolnictwo wyższe są Polsce potrzebne? Badania podstawowe, prowadzone na właściwym poziomie, zapewniają kontakt z najnowszymi osiągnięciami nauki i technologii na świecie. W momencie pojawienia się nowych zastosowań dysponujemy kadrą znającą odpowiednie zagadnienia, a więc potrafiącą dokonać właściwego wyboru aparatury i technologii, oraz odrzucić zbyt kosztowne a niewłaściwe oferty. Kadra ta nie pozwoli „wcisnąć” nam złych i zbyt kosztownych aparatów czy wyrobów. To tylko jedna z korzyści posiadania dobrze wykształconych specjalistów. Uprawianie nauk humanistycznych jest z kolei niezbędne dla kształtowania społeczeństw świadomych swojej przeszłości oraz wyzwań przyszłości. Nauki społeczne, takie jak socjologia i psychologia, pomagają właściwie zorganizować i ukształtować relacje międzyludzkie i solidarne społeczeństwo. Znajomość kultur i języków innych narodów jest podstawą naszych kontaktów ze światem. Prosty przykład: wykształcony doktorant badający kulturę, filozofię i historię np. Chin jest wart miliony dolarów, doradzając w czasie negocjacji handlowych.

Podsumowując: nie powstanie innowacyjna gospodarka i nowoczesne państwo bez odpowiednio finansowanych badań naukowych i szkolnictwa wyższego w Polsce. Tymczasem obecny poziom nakładów budżetowych na naukę oraz na szkolnictwo wyższe w przeliczeniu na jednego mieszkańca Polski plasują nas w ogonie krajów Europy. Na szkolnictwo wyższe przeznaczamy ok. 0,8% PKB, a na naukę ok. 0,4% PKB. Nakłady te powinny możliwie szybko wzrosnąć do 1,5% PKB na każdą z tych dziedzin. „Podbarwianie” statystyk przez dodawanie pieniędzy z Unii Europejskiej jest metodą krótkowzroczną, bo prowadzi do już obserwowanego pogorszenia płynności finansowej oraz bilansu polskich jednostek naukowych, jeżeli nie zdobędą dodatkowych środków na wdrożenie i utrzymanie inwestycji. Dlatego uważam, że należy: a) do pieniędzy z UE dodać przynajmniej 20% ze środków krajowych, b) zapewnić środki na koszty eksploatacji nowych budynków i urządzeń, tzw. running cost (rocznie ok. 10% kosztów inwestycji), c) zagwarantować wynagrodzenie dla wysoko kwalifikowanych specjalistów, którzy muszą się opiekować nową aparaturą.

O prawdziwym poziomie nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce będą decydować nakłady budżetowe, a nie pieniądze europejskie. Dlatego należy pilnie opracować 3–4 letni harmonogram wzrostu nakładów budżetowych do wspomnianego poziomu po 1,5% PKB na naukę i na szkolnictwo wyższe. Wymaganie i oczekiwanie, by Polska za mniejszą kwotę dokonała skoku jakościowego, jest oszukiwaniem się.

Niezwykle istotne jest zapewnienie stabilnego poziomu wynagradzania pracowników nauki i szkolnictwa wyższego. Jako podstawę proponowałbym ład płacowy według proporcji 3 : 2 : 1,5 : 1,25 w stosunku do średniej krajowej dla odpowiednio: profesorów, adiunktów, asystentów (wykładowców, lektorów, instruktorów itp.), pracowników nie będących nauczycielami akademickimi (bibliotekarze, pracownicy naukowo-techniczni, pracownicy ekonomiczno-administracyjni itp.). Odniesienie do średniej krajowej jest warunkiem zapobiegania zaległościom w finansowaniu nauki i szkolnictwa wyższego. W przeciwnym razie powstaną krytyczne zaniedbania, a ich nadrobienie będzie coraz trudniejsze. Jednocześnie w przypadku kryzysu i spadku PKB nie powstaną napięcia między pracownikami nauki i szkolnictwa wyższego a resztą społeczeństwa.

Z powodu niskich wynagrodzeń nauczyciele akademiccy są zmuszeni do szukania dodatkowych zarobków kosztem własnego zdrowia, czasu, wysiłku oraz oczywiście kosztem osłabienia aktywności naukowej i dydaktycznej na macierzystych uczelniach państwowych, w instytutach PAN lub placówkach badawczych. Tylko zapewnienie stałego wynagrodzenia na postulowanym poziomie może być początkiem procesu odnowy.

Gdybym był ministrem, zdecydowanie przeciwstawiłbym się polityce obniżania wynagrodzeń w nauce i szkolnictwie wyższym i zastępowania ich w całości grantami. System grantów nie jest wynalazkiem obecnego rządu. Został wprowadzony w Polsce w 1991 r. Niebezpieczna zmiana wprowadzana obecnie polega na tym, że granty mają zastąpić pensje, a nie być dodatkiem do nich, promującym najlepszych i najbardziej aktywnych. Przy ułomności systemu przydzielania grantów może to oznaczać istotne utrudnienie warunków prowadzenia badań naukowych w Polsce, a nawet uniemożliwienie ich prowadzenia w wielu wypadkach. Sprzeciwiam się również umowom śmieciowym (prekariatowi) uczonych i nauczycieli akademickich, które w aspekcie ekonomicznym uważam za zaprzeczenie wolności badań naukowych.

Trzeba też przemyśleć kwestię Krajowych Ram Kwalifikacji. W UE stanowią one rewolucyjną ideę wyprzedzającą dominujące w polskim środowisku poglądy na edukację od przedszkola do doktoratu. Jednak w Polsce zostały wprowadzone w sposób biurokratyczny, stając się przekleństwem dla większości pracowników i zaprzeczeniem swojej istoty. Wymagają przełomu w sposobie myślenia i wypracowania takiego modelu ewolucji, który pozwoli w stosunkowo krótkim czasie wprowadzić te nowe idee do praktyki akademickiej.

Uważam, iż zanim zacznie się reformować, trzeba uważnie przyjrzeć się obecnemu stanowi prawnemu, a przede wszystkim rzeczywistości. Należy także spokojnie dokonać przeglądu kadry zatrudnionej w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, postarać się, aby każdy dostał konkretne zadania, i po pewnym czasie zweryfikować rezultaty pracy. I wtedy ewentualnie podjąć decyzje personalne. Gdybym był ministrem, nie podjąłbym żadnej próby reformy bez zagwarantowanych dodatkowych pieniędzy na jej wprowadzenie. Każda reforma bez dodatkowych środków stworzy sytuację olbrzymich napięć w środowisku, bo będziemy zabierać jednym, by dać innym. Przynosi to nieodwracalne szkody nawet dla struktur dobrych i bardzo dobrych, jak to się dzieje obecnie w stosunku do instytutów Polskiej Akademii Nauk. Dużo lepiej jest przeznaczać środki finansowe na wsparcie pozytywnych zmian, bez zabierania strukturom już działającym.

PS Przedstawione poglądy i propozycje powstały podczas mojej działalności lub wymiany poglądów w Krajowej Sekcji Nauki NSZZ „Solidarność”, Komitecie Ratowania Nauki Polskiej, Inicjatywie Obywatelskiej Instytutów PAN i ruchu Obywatele Nauki.

Ministerstwo Transportu i Mobilności

Ministerstwo Obrony Państwa i Obywateli

Gdybym był ministrem, zmieniłbym m.in. politykę rekrutowania do armii zawodowej. Doskonalenia wymagają kryteria i warunki, zwłaszcza materialne, pozyskiwania kadry podoficerskiej. Ciągle mamy do czynienia z nadmiarem generałów i wyższych oficerów w stosunku do kadry podoficerskiej i szeregowych żołnierzy. Odchudziłbym nadmiernie rozbudowane centralne struktury dowódcze, a zaoszczędzone w ten sposób środki przeznaczył na wzmocnienie, także kadrowe, jednostek liniowych, zwłaszcza brygad.

Siłom Zbrojnym RP należy nadać bardziej sieciocentryczny charakter, odpowiadający naturze i wymogom współczesnego pola walki i możliwościom wynikającym z informatyzacji. Warto także zbadać decyzje skutkujące likwidacją zielonych garnizonów, co wygenerowało bezrobocie tam, gdzie wojsko było głównym pracodawcą. Być może niektóre z nich mogły być utrzymane. We współpracy z innymi resortami podjąłbym działania mające na celu tworzenie nowych miejsc pracy w tych regionach, gdzie garnizony zostały pochopnie zlikwidowane.

W pierwszej kolejności niezbędne jest jednak dokonanie kompleksowej oceny koncepcji profesjonalizacji Sił Zbrojnych RP, opracowanej i pośpiesznie realizowanej przez ministra Bogdana Klicha, szczególnie w części odnoszącej się do tworzenia Narodowych Sił Rezerwy (NSR). Rozpoznać należy przyczyny, dlaczego nabór do Narodowych Sił Rezerwy okazał się nieskuteczny. W tej sytuacji proponowałbym – zamiast stawiać na NSR – poczynić starania mające na celu stworzenie Straży Narodowej, opartej na istniejących już strukturach posiadających uprawnienia do posiadania broni, takich jak straże: ochrony kolei, rybacka, leśna, bankowa i celna, a nawet firmy ochroniarskie. Formacje te powinny być okresowo szkolone do współdziałania z oddziałami armii zawodowej, a także do użycia przenośnych rakietowych zestawów obrony przeciwlotniczej i przeciwpancernej krótkiego zasięgu.

Pilnej reformy wymaga kwestia zaopatrywania Sił Zbrojnych w uzbrojenie i sprzęt wojskowy na styku z polskim przemysłem obronnym. Aktualnie zajmuje się tym kilka instytucji, zaś nadzór właścicielski nad przedsiębiorstwami przemysłu obronnego sprawuje Ministerstwo Skarbu Państwa, a nad wojskowymi przedsiębiorstwami remontowo-produkcyjnymi – MON. Powoduje to wydłużenie procedur i podejmowania decyzji w sprawie rozpoczęcia prac badawczo-rozwojowych, modernizacyjnych czy produkcji i zakupu wspomnianych uzbrojenia i wyposażenia wojskowego. Aby w zasadniczy sposób zmienić tę sytuację i stworzyć odpowiednio wydajny system, skupiłbym się na powołaniu Urzędu ds. Uzbrojenia. Aby w niestabilnych warunkach polskiej polityki Urząd ten mógł racjonalnie funkcjonować, w ciągu pierwszych 2–3 lat istnienia powinien być podporządkowany bezpośrednio premierowi – później jego miejsce znalazłoby się w Ministerstwie.

Urząd powinien być budowany na bardzo silnych podstawach merytorycznych. Oznacza to powierzenie tych prac najwybitniejszym fachowcom oraz stworzenie schematu organizacyjnego od podstaw, z minimalnym wykorzystaniem struktur istniejących. Potencjalni pracownicy Urzędu powinni przechodzić w pierwszej fazie bardzo intensywne szkolenie, przy wsparciu specjalistów z podobnych struktur w innych krajach NATO.

Pod względem organizacyjnym Urząd byłby kompatybilny z podobnymi strukturami państw UE i NATO zajmującymi się obronnością, w tym uzbrojeniem. Przełożyłoby się to na efektywne uczestnictwo we władzach tych organizacji oraz współpracę w realizacji europejskich programów uzbrojenia. Urząd zapewniłby efektywne działanie w programach offsetowych poprzez bezpośrednie sterowanie procesem zakupu i zawarciem umowy kompensacyjnej, z uwzględnieniem potrzeb techniczno-technologicznych dla przyszłych programów MON. Ponadto umożliwiłby bezpośrednią współpracę z krajowym przemysłem obronnym (oddziaływanie na ten przemysł), to zaś pozwoliłoby na realizację programów projektowania, produkcji i wdrożenia nowego uzbrojenia dla potrzeb MON oraz na zwiększenie możliwości rozwoju przemysłu i silne wsparcie promocyjne eksportu.

W zakresie polityki zbrojeniowej niezbędne jest ustalenie priorytetów; biorąc pod uwagę aktualny stan wyposażenia i wieloletnie zaniedbania, w ciągu najbliższych 10–15 lat za najważniejsze zadanie należy uznać odbudowę i unowocześnienie systemu obrony powietrznej i przeciwrakietowej oraz Marynarki Wojennej RP. Rozbudowy wymaga nowa formacja – wojska informacyjne – której zadaniem jest odpieranie cyberataków, najpewniej stanowiących w niedalekiej przyszłości wielkie zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.

W polityce modernizacyjnej, przy pozyskiwaniu nowego uzbrojenia, zwłaszcza z zagranicy, należy konsekwentnie kierować się zasadą przeskoku generacyjnego, która ułatwi zmniejszenie luki technologicznej dzielącej nas od najnowocześniejszych armii. Zgodnie z nią w pierwszej kolejności należy nabywać uzbrojenie i wyposażenie jutrzejszej, następnej generacji, nie zaś nieperspektywiczne i nie nadające się do modernizacji i rozwijania w ciągu co najmniej 20 lat pozostawania na wyposażeniu wojska. Na przykład samoloty wielozadaniowe F-16, które nabyliśmy stosunkowo niedawno, bazują na konstrukcji powstałej ponad 30 lat temu – choć zostały kupione prosto z fabryki i są najnowszą wersją, jest to model, którego przemysł amerykański nie planuje rozwijać.

Trzeba również dokonać przeglądu uzbrojenia Sił Zbrojnych w celu wytypowania rodzajów i jednostek broni, które nadają się do modernizacji. W okresie zmiany generacji sprzętu przez siły zbrojne zazwyczaj pojawia się luka pomiędzy potrzebami obronnymi a dostępnym wyposażeniem do czasu pozyskania i wdrożenia do służby zupełnie nowego sprzętu (8–10 lat). Modernizacja sprzętu jest najtańszym i najszybszym sposobem zapełnienia tej luki bez osłabiania możliwości obronnych i nadwyrężania możliwości finansowych państwa. W każdej armii zupełnie nowe uzbrojenie stanowi najwyżej 30% wyposażenia. Wybrane i odpowiednio wyselekcjonowane egzemplarze wycofywanego sprzętu, znajdujące się w stosunkowo dobrym stanie, powinny być przekazywane Straży Narodowej.

We współpracy ministerstw ds. gospodarki, obrony oraz nauki należy wypracować mechanizmy szybkiego przepływu technologii zamówionych i wdrożonych na potrzeby wojska do sfery cywilnej (tzw. technologii podwójnego zastosowania – dual-use technology). Realizacja programów mo­dernizacji technicznej i organizacyjnej poszczególnych rodzajów sił zbrojnych generować będzie bowiem wzrost udziału nowoczesnych technologii, rozwijane i wdrażane będą te uważane za najbardziej innowacyjne, decydujące o rynkowej przewadze konkurencyjnej i napędzające całą gospodarkę. Będą to m.in. technologie teleinformatyczne, mechatroniczne, optoelektroniczne, nanotechnologia i inżynieria materiałowa, a także badawcze, treningowe i wspomagające platformy modelowania i symulacji działań bojowych w wielowymiarowej przestrzeni. Dziedziny te wykorzystują najnowsze osiągnięcia nauk fizycznych i technicznych, stymulując jednocześnie rozwój naukowych dyscyplin stosowanych. W wielu państwach NATO transfer technologii od zastosowań wojskowych do wykorzystania w sektorze cywilnym i vice versa jest integralnie związany z technologiami podwójnego zastosowania. Komercjalizacja takich technologii odbywa się poprzez znalezienie dla nich właściwego zastosowania cywilnego. W tej sytuacji nakłady na technologie militarne należałoby traktować jako inwestycje, które cechują się wysokim mnożnikiem inwestycyjnym oraz przynoszą tzw. efekty zewnętrzne w postaci rozprzestrzeniania się innowacji. Odpowiednio koordynowane mogą przyczynić się do rozwoju całych sektorów gospodarki.

Zadbałbym również o to, aby wojsko w większym niż dotąd zakresie nawiązało współpracę z władzami samorządowymi i organizacjami społecznymi, m.in. przy kultywowaniu tradycji patriotycznych i kształtowaniu świadomości obronnej. Jest to szczególnie pożądane teraz, gdy nie ma już armii z poboru. Armia zawodowa może bowiem szybko przekształcić się w swoistą korporację, oderwaną od społeczeństwa. Dlatego wskazane są kontakty z obywatelami na wielu płaszczyznach, włączanie się wojska do realizacji przedsięwzięć, gdzie jego pomoc może być pożądana i skuteczna.