przez dr Zbigniew Romaszewski | środa 16 stycznia 2013 | Zbigniew Romaszewski, Zima 2012
Gdybym był ministrem sprawiedliwości, musiałbym się zmierzyć z poważnym kryzysem polskiego wymiaru sprawiedliwości, co nie byłoby łatwe, biorąc pod uwagę słabą pozycję tego ministerstwa.
Stanowisko Ministra Sprawiedliwości jest wyjątkowo niewdzięczne, gdyż będąc obciążone odpowiedzialnością za funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości nie daje jednocześnie dostatecznych kompetencji pozwalających zwalczać powstające tam patologie. Problem ten ma źródło w uregulowaniach konstytucyjnych, a te wymagają większości 2/3 w Sejmie. Art. 173 Konstytucji stanowi, że Sądy i trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz. Nie jest do końca jasne, czy artykuł ten ogranicza proklamowaną przez art. 4 tejże zwierzchnią władzę narodu, konstytuującą państwo demokratyczne. Nie ulega jednak wątpliwości, że Konstytucja nie precyzuje, w jaki sposób mają być realizowane uprawnienia władcze narodu wobec wymiaru sprawiedliwości.
W ostatnim okresie obok sądów i trybunałów niezależność uzyskała również prokuratura. Tak więc państwo de facto przekazało wymiar sprawiedliwości w ręce korporacji sędziów i prokuratorów, a te skutecznie rozszerzają uprawnienia w interesie swoich członków. W takich realiach niezawisłość czy niezależność stanowią podstawę coraz bardziej rozprzestrzeniającej się nieodpowiedzialności.
Wystarczy zauważyć, że z około 230 spraw, w których IPN zamierzał prowadzić śledztwo przeciw sędziom i prokuratorom winnym morderstw sądowych w okresie stalinowskim, przed sąd trafiła… jedna. W pozostałych odmówiono uchylenia immunitetu i mordercy w togach dożywali lub dożywają swych dni jako sędziowie lub prokuratorzy w stanie spoczynku, korzystający z 70% współczesnego wynagrodzenia na ostatnio przez nich zajmowanym stanowisku. Myślę, że to mówi wszystko o kondycji moralnej środowisk podejmujących decyzje w polskim wymiarze sprawiedliwości.
Kolejnym istotnym problemem jest zalew legislacyjny. 1350 ustaw uchwalonych przez Parlament VII kadencji, ponad 20 tys. stron Dziennika Ustaw – to plon działalności parlamentu i rządu zwalający się na głowy obywateli. Jest to wyraz tendencji rozpowszechniającej się w krajach Unii Europejskiej. Eliminując z relacji międzyludzkich zasady moralne, relatywizując pojęcie dobra i zła, próbujemy je zastąpić sformalizowanym prawem stanowionym. Możliwość uregulowania wszelkich zjawisk społecznych przy pomocy prawa stanowionego wydaje się jednak po pierwsze wątpliwa, po drugie – niepraktyczna. Wątpliwa, gdyż – zgodnie z twierdzeniem Godla – wszelkie systemy sformalizowane są albo niezupełne (nie obejmują pewnych zjawisk), albo sprzeczne; niepraktyczna, gdyż zalew prawa pozwala traktować je instrumentalnie i odrywać prawo od sprawiedliwości.
Totalne bezprawie, cechujące rządy komunizmu w Polsce, zaszczepiło w społeczeństwie głęboką potrzebę prawa i nabożny, często bezkrytyczny stosunek do prawników. Pozwala to na produkcję bełkotliwych tworów prawnych, co chwila zmienianych w związku z pojawiającymi się sprzecznościami lub partykularnymi interesami poszczególnych grup nacisku. Prawo staje się niestabilne. Zapomina się, że mijają lata zanim określony przepis zostanie zaabsorbowany przez społeczną świadomość, nim stanie się uznawaną przez wszystkich normą zachowań. Tak więc żyjemy w świecie przepisów, które w zależności od potrzeb można zmieniać, obchodzić czy w ogóle o nich zapominać.
Musimy uświadomić sobie, że to sprawiedliwość jest wartością, a prawo jedynie narzędziem służącym jej realizacji.
Przedstawiona sytuacja pozwala na sformułowanie tezy o głębokim kryzysie w polskim wymiarze sprawiedliwości. W tych warunkach praca przyszłego ministra będzie w ogromnej mierze zależała od siły poparcia, jaką uzyska rząd w parlamencie. Jednak nawet w przypadku uzyskania większości konstytucyjnej należy liczyć się z protestami i szantażem ze strony Unii Europejskiej, gdy reformy będą naruszały interesy wpływowych lobby. Przekonał się o tym premier Orban, który z niektórych reform był zmuszony wycofać się lub ograniczyć ich radykalizm. Podobnie i u nas program reform będzie rozłożony w czasie, krótszym lub dłuższym, ale musi konsekwentnie realizować założone cele.
Podstawowy cel, jaki postawiłbym sobie jako minister, to stworzenie zasad konstytucyjnych podporządkowujących wymiar sprawiedliwości władztwu narodu. Jako najistotniejsze rozumiem tu stabilizację prawa, np. poprzez wprowadzenie instytucji ustaw organicznych, regulujących podstawowe prawa obywatelskie, których uchwalenie wymagałoby większości kwalifikowanej. Sądzę, że powinny to być ustawy dotyczące prawa do informacji, funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, uprawnień ministra sprawiedliwości-prokuratora generalnego, kodeksów czy podstawowych praw gospodarczych i podatkowych. Każde z wymienionych zagadnień może być tematem szerokich odrębnych dyskusji, które przygotują grunt do przeprowadzenia głębokich reform konstytucyjnych w dziedzinie stanowienia prawa i funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Oczywistym jest, że wymaga to zbudowania przez polityków bardzo szerokiego konsensusu, przy czym przygotowanie podstawowych aktów legislacyjnych powinno stanowić zasadnicze zadanie ministra sprawiedliwości.
Za najpoważniejsze bolączki wymiaru sprawiedliwości, które można usunąć w ramach bieżącej działalności ministerstwa, uważam:
- Uchylenie ustawy o utworzeniu niezależnej prokuratury i umiejscowienie jej w systemie władzy wykonawczej. Państwo, które jest odpowiedzialne za bezpieczeństwo obywateli, powinno mieć możliwość prowadzenia polityki karnej. Można dyskutować potrzebę wprowadzenia instytucji sędziego śledczego, co mogłoby zwiększyć kontradyktoryjność postępowania karnego, natomiast urząd oskarżycielski, czyli narzędzie prowadzenia polityki karnej, powinien pozostać w sferze władzy wykonawczej; nie mają tu nic do rzeczy aspiracje niezależności i tak dość już spatologizowanej prokuratury.
- Ograniczenie długotrwałości postępowania, jego przewlekłości, a przede wszystkim doprowadzenie do tego, by rozprawa toczyła się w sposób ciągły, dzień po dniu, a nie była dzielona przerwami trwającymi czasami po kilka miesięcy, zależnie od kalendarza sędziego czy dobrej woli podsądnych i ich adwokatów. Zaangażowanie się, a nawet tylko pamiętanie kilkudziesięciu spraw prowadzonych równolegle przez jednego sędziego, przekracza ludzkie możliwości koncentrowania się i dogłębnej analizy poszczególnych problemów.
- Uregulowanie kwestii jawności. Art. 45 Konstytucji pozwala na wyłączenie jawności ze względu na: moralność, bezpieczeństwo państwa, porządek publiczny, ochronę życia prywatnego stron oraz inny ważny interes prywatny. To ostatnie stało się podstawą do wyłączania jawności w sprawach, w których sąd zamierza wydać, mówiąc oględnie, kontrowersyjny wyrok. W ten sposób wymiar sprawiedliwości ukrywa się przed społeczeństwem. Samo sformułowanie „inny ważny interes prywatny” niezmiernie przypomina „inne czasopisma” czy „inne surowce oleiste” – sformułowania stanowiące źródło afer korupcyjnych. Nim taki lapsus usunie się z Konstytucji, należy doprecyzować „ważny interes prywatny” w ustawie zwykłej i monitorować z urzędu przypadki wyłączenia jawności.
- Problem jawności dotyczy również ustalenia obowiązku udostępniania obywatelom przez sądy akt spraw, które toczyły się jawnie i w których zapadły wyroki. Sytuacja, w której odmawia się dostępu do akt ministrowi sprawiedliwości, stanowi kuriozum w skali światowej. Jest to niewątpliwy syndrom uchylania się przez sądy od jakiegokolwiek pozakorporacyjnego nadzoru i odpowiedzialności.
- Przywrócenie rewizji nadzwyczajnej. Osobiście byłem jej zwolennikiem i ciągle uważam, że instytucja kasacji, obejmująca jedynie formalną ocenę postępowania, pozostaje niezrozumiałą dla społeczeństwa i bardzo odległą od powszechnego rozumienia sprawiedliwości.
Osiągnięcie tych celów przy oporze bardzo skonsolidowanego środowiska prawniczego i niejasnej siły parlamentu oraz stanowiska głównych mediów wymaga w chwili obecnej uruchomienia szerokiego społecznego monitoringu wymiaru sprawiedliwości. Warto zauważyć, że ciągnące się z przerwami wieloletnie procesy oraz uchylanie jawności wyeliminowały z mediów, kiedyś niezwykle popularne, sprawozdania sądowe. Stanowiły one bardzo proste i ważne źródło edukacji prawnej społeczeństwa. Dostarczały obywatelom prostej wiedzy o tym, w jaki sposób działa prawo, co prawo może, a czego nie może. Jednocześnie sądy odczuwały, że ktoś interesuje się ich pracą i może wytykać błędy. Dziś zapadła głęboka cisza. Obywatele przestali się sądami interesować, a sądy uciekły w boską nieomylność.
przez Jarosław Lipszyc | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Gdybym był ministrem cyfryzacji i nowych mediów, moją pierwszą decyzją byłoby zaplanowanie w kalendarzu regularnych, cotygodniowych, otwartych spotkań konsultacyjnych. Każdy mógłby na takie spotkanie przyjść i porozmawiać ze mną. Nie chciałbym być oddzielony od świata kordonem sanitarnym gabinetu politycznego i sekretariatu. Wszystkie materiały ministerstwa byłyby publikowane on-line, a wszystkie istotne decyzje poprzedzone konsultacjami. Tak, ten proces jest czasochłonny, ale pozwala na wczesne wykrywanie problemów. Warto słuchać innych, żeby uniknąć złych decyzji.
Drugie istotne zadanie, które bym sobie wyznaczył, to przemyślenie całej logiki wydatkowania środków publicznych. Zgodnie z zasadą pomocniczości, państwo powinno przede wszystkim pomagać ludziom w realizacji ich pomysłów. Nie chciałbym, aby ministerstwo było zleceniodawcą usług publicznych, których kształt został wymyślony i zaplanowany za biurkiem, w oderwaniu od rzeczywistości, kontekstu i warunków realizacyjnych. Absolutna większość funduszy publicznych powinna być rozdysponowana poprzez otwarte i transparentne konkursy. Państwo powinno pytać: „co chcecie w danej sferze zrobić i jak możemy wam pomóc?”, a nie samodzielnie decydować o konieczności zbudowania rury, położenia kabla czy przeprowadzenia szkolenia.
Kolejna ważna kwestia to informacja publiczna. System komunikacyjny ministerstwa powinien być systemem publicznym. Chciałbym, aby urzędnicy porozumiewali się ze sobą poprzez publiczne, poddane społecznej kontroli kanały komunikacji. Obieg dokumentów musi odbywać się w formie elektronicznej, dostępnej dla osób niepełnosprawnych i poddającej się automatycznemu przetwarzaniu.
Następny problem wymagający uwagi to infrastruktura informatyczna państwa, która jest zasobem krytycznym, dlatego musi być pod pełną kontrolą administracji. Sytuacja, w której państwo nie posiada fizycznej kontroli albo nie posiada pełni praw do swojej infrastruktury krytycznej, jest niedopuszczalna. Dlatego wszystkie rozwiązania informatyczne do obsługi administracji publicznej na dowolnym poziomie (włącznie z samorządowym) muszą być oparte na wolnym oprogramowaniu. Dzięki temu unikniemy przy okazji dzisiejszej zmory: wielokrotnego pokrywania kosztów tego samego. To rozwiązanie jest w dłuższej perspektywie także efektywne finansowo. Żeby do tego dojść, trzeba nie tylko wprowadzić odpowiednie zmiany ustawowe. Potrzebne są także np. zestandaryzowane umowy, repozytorium kodu itd.
Nie dotyczy to wyłącznie oprogramowania. Wszystkie informacje tworzone na zamówienie państwa i z funduszy publicznych muszą być udostępniane administracji, a w konsekwencji także obywatelom, wraz z pełnią praw do ich dalszego wykorzystania. Informacje finansowane publicznie muszą się stać publiczną własnością. Dlatego obywatel musi mieć prawo dostępu, korzystania i adaptowania, rozpowszechniania informacji i rozpowszechniania adaptacji informacji tworzonych z funduszy publicznych.
Trzeba też zauważyć, że obecna infrastruktura sieci jest niesłychanie scentralizowana. W wyniku procesu konwergencji mediów doprowadziliśmy do sytuacji, w której kilka największych podmiotów sprawuje całkowitą kontrolę nad całością komunikacji międzyludzkiej poprzez media. Swoboda komunikacji jest warunkiem niezbędnym istnienia demokracji. Dlatego państwo powinno wspierać wszystkie posunięcia i inicjatywy służące decentralizacji infrastruktury, w tym poprzez uwalnianie częstotliwości radiowych, wsparcie dla budowy sieci rozproszonych i budowę sieci publicznych na poziomie samorządowym.
Najwyższym priorytetem byłaby dla mnie neutralność sieci komunikacyjnej. Zakaz wykorzystywania pozycji pośrednika do wpływania na sposoby komunikacji obywateli przez media jest kluczowy dla zachowania zasady wolności słowa. Nadzór nad siecią w mojej wizji sprowadza się do jej ochrony przed zawłaszczeniem, a w konsekwencji uprzedmiotowieniem obywateli.
Otwarte standardy uważam za kluczową zasadę działania sieci. Bez otwartych standardów wymiana informacji pomiędzy różnymi systemami informatycznymi jest niemożliwa. Dlatego państwo musi obligatoryjnie korzystać w komunikacji z obywatelami z otwartych formatów danych.
Ochrona prywatności to w moim odczuciu największe wyzwanie społeczeństwa informacyjnego. Ingerencja państwa w prywatność obywateli musi być ograniczona do minimum. Równie istotne jest uniemożliwienie ingerencji w prywatność ze strony podmiotów korporacyjnych, w szczególności różnego typu pośredników w procesach komunikacji społecznej. Zarówno podmioty zapewniające infrastrukturę, jak i świadczące usługi komunikacyjne mają wszelkie środki techniczne, by śledzić, rejestrować i wykorzystywać informacje, które sobie nawzajem przesyłamy. Prawo tych podmiotów do monitorowania i gromadzenia danych musi być radykalnie ograniczone, jeśli nie chcemy tworzyć społeczeństwa panoptykalnego.
Trzeba wreszcie wdrożyć potwierdzanie tożsamości on-line. Wszystko jedno, czy będzie to dowód osobisty, czy inna metoda. Prace nad tym trwają, choć z wielkimi trudnościami.
Ogromnym problemem jest ochrona praw podstawowych w sieci. Nasze zapisane w konstytucji prawa w sferze medialnej bardzo często po prostu nie są przestrzegane. Nie chodzi tutaj bynajmniej o tworzenie jakiejś listy nowych praw podstawowych. Wystarczy przestrzegać starych – wolność słowa, prywatność, swoboda komunikacji. Jednak w praktyce przekładanie języka praw podstawowych na sferę komunikacji międzyludzkiej nie jest jednoznaczne, bo społeczne rozumienie roli i miejsca mediów ciągle nie jest zbyt duże.
Media publiczne muszą się stać faktycznie publiczne. Chciałbym, aby rzeczywiście realizowały swoją misję, pozostawiając rozrywkę komercyjnym odpowiednikom, i były przy tym niezależne politycznie. Poza tym powinny objąć wszystkie kanały komunikacyjne, szczególnie Internet, bo myślenie o mediach publicznych wyłącznie w kontekście radia i telewizji to przeżytek. Bliska jest mi koncepcja portalu mediów publicznych, który rozpowszechnia zarówno zasoby archiwalne, jak i nowe. Oczywiście wszystkie produkcje mediów publicznych muszą być udostępnione na wolnych licencjach.
Za swoje podstawowe zadanie jako ministra uznałbym obniżanie barier dostępu do kultury i edukacji. Konieczne są dwa podstawowe kierunki działania do podjęcia we współpracy z Ministrem Kultury i Ministrem Edukacji. Pierwszy to likwidowanie barier prawnych poprzez rozszerzenie zakresu dozwolonego użytku osobistego i edukacyjnego w prawie autorskim. Obywatele muszą mieć prawo do uczestnictwa w kulturze bez strachu, że podejmują działania nielegalne, dlatego aktywność o charakterze niekomercyjnym nie może być przedmiotem monopolu prawno-autorskiego. Instytucje edukacyjne z kolei muszą mieć jasno określone prawo do korzystania z utworów bez opłat i konieczności uzyskania zezwolenia także w realizacji swojej misji poprzez media. Drugi kierunek to wspieranie budowy wolnych zasobów edukacji i kultury, dostępnych na wolnych licencjach, poprzez tworzenie odpowiednio ukierunkowanych programów grantowych i stworzenie odpowiednich standardów dotyczących sposobu publikacji tych zasobów, obowiązujących na wszystkich poziomach administracji publicznej.
Ostatnim z kluczowych zadań ministerstwa jest w moim przekonaniu zobowiązanie się do nierobienia pewnych rzeczy. Listę rzeczy, których Ministerstwo Cyfryzacji i Nowych Mediów nie powinno robić, otwierają wybory przez Internet. Wybory przez Internet mogą być bowiem albo tajne, albo równe. Nie istnieje technologia, która pozwala na zachowanie tajności wyborów, nie otwierając przy tym szeroko drzwi do ich fałszowania. Pojawiające się co jakiś czas pomysły wprowadzenia tego rozwiązania są po prostu niebezpieczne.
przez Ewa Leś | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Gdybym była ministrem, zajęłabym się palącą kwestią braku polityki przyjaznej rodzinie w głównych fazach jej cyklu życia, tj. dostatecznego wsparcia młodych par i rodziców posiadających małe dzieci, rodzin o niskich dochodach oraz rodzin, w których znajdują się ludzie w podeszłym wieku i niepełnosprawni. Jak wskazują wyniki badań, rodzice dzieci w wieku żłobkowym preferują opiekę osobistą nad dzieckiem.
Drugim kluczowym problemem jest głęboki niedobór przystępnych cenowo usług opieki nad dzieckiem, umożliwiających godzenie pracy zarobkowej z macierzyństwem. Stąd konieczna jest bezzwłoczna odpowiedź państwa na te potrzeby rodzin w postaci polityki rodzinnej, służącej zażegnaniu regresu demograficznego. W ciągu zaledwie ćwierćwiecza (1989–2012) Polska z kraju o wysokiej dynamice demograficznej stała się państwem o jednym z najniższych wskaźników dzietności w Europie. Wysokie bezrobocie, niepewność zatrudnienia i godziwych dochodów z pracy (minimalne wynagrodzenie wynosi jedynie nieco ponad 40% przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej i należy do najniższych w Europie) oraz nieadekwatne instrumenty polityki rodzinnej sprawiają, że warunki do zakładania rodziny są dziś w Polsce trudniejsze niż w wielu państwach europejskich. W Polsce udział wydatków na transfery pieniężne dla rodziny wyniósł 0,7% PKB (średnia dla UE-27 to 2,2% PKB). Dlatego gdybym była ministrem, podniosłabym nakłady na świadczenia rodzinne, takie jak zasiłki rodzinne i dodatki do nich, zasiłki z pomocy społecznej oraz zasiłki wychowawcze.
Trzecia kwestia to sytuacja rodzin w kryzysie i słabnący potencjał wielu z nich w realizacji funkcji ekonomicznej i wychowawczej. Polska należy do państw OECD o jednym z najwyższych wskaźników zagrożenia ubóstwem dzieci i młodzieży. Według najnowszego Raportu OECD z 2011 r. nadal aż 20% polskich dzieci egzystuje w ubóstwie. Dla porównania na Węgrzech wskaźnik ten wynosi 7%, w Republice Czeskiej nieco ponad 10%, na Słowacji 11%, we Francji 8%, w Wielkiej Brytanii 10%. Stąd konieczne jest dofinansowanie szkolnego systemu wczesnej diagnozy deficytów i problemów socjalnych uczniów oraz programów profilaktycznych dla dzieci i młodzieży, realizowanych przez instytucje publiczne i organizacje obywatelskie.
Zgodnie z potrzebami rodziców wprowadziłabym instrumenty finansowe także w zakresie godzenia zadań rodzinnych z zawodowymi, które zapewnią wsparcie zarówno rodzinom z obojgiem pracujących rodziców, jak i rodzinom z jednym żywicielem. Wśród tych instrumentów znalazłyby się płatny urlop rodzicielski uzależniony od stopnia ograniczenia pracy zawodowej rodzica oraz powszechny system edukacji przedszkolnej dla dzieci w przedziale wiekowym 2–5/6 lat, finansowany ze środków publicznych. Ponadto dostrzegam konieczność stworzenia programu na rzecz wyrównania socjalnego wobec rodzin o niskim statusie kulturowym i ekonomicznym. Wprowadziłabym bezzwłocznie zmianę ustawowych terminów weryfikacji świadczeń rodzinnych raz w roku (obecnie raz na trzy lata), wzorem wielu państw europejskich. „Zamrożenie” tych kryteriów spowodowało spadek liczby dzieci, na które wypłacano zasiłek rodzinny, z ponad 5,5 mln w 2004 r. do ok. 2,7 mln w 2011 r., czyli o ok. 50%. Zwiększyłabym także wysokość zasiłków rodzinnych dla rodzin o najniższych dochodach. Ich obecny symboliczny poziom 77/106/115 zł na dzieci w wieku 0–5/6–18/19–24 lat nie zmniejszy skali problemu ubóstwa dzieci i młodzieży w Polsce. Pilnej weryfikacji wymagają także kryteria dochodowe uprawniające do świadczeń rodzinnych. Dzisiaj są one zdecydowanie zaniżone w stosunku do kosztów utrzymania. Kryterium dochodowe uprawniające do świadczeń rodzinnych winno stanowić minimalne wynagrodzenie.
W latach 2014–2020 z funduszy europejskich należałoby finansować w zdecydowanie większym stopniu niż dotąd kształcenie i zatrudnienie specjalistów polityki rodzinnej, zwłaszcza asystentów rodziny. Nowa architektura polityki rodzinnej powinna opierać się na współdziałaniu państwa i organizacji społecznych we współrządzeniu oraz koprodukcji usług dla rodziny. Przykładowo: mimo pewnej poprawy w ostatnich latach, nadal istnieje ogromna luka usługowa w dostępie dzieci w wieku 3–5 lat do edukacji przedszkolnej. Tymczasem w 2010 r. polskie stowarzyszenia i fundacje prowadziły zaledwie 6,7% przedszkoli dla 4,1% dzieci. Dla porównania we Francji, w Niemczech i Wielkiej Brytanii liczba dzieci korzystających z przedszkoli prowadzonych przez świeckie i wyznaniowe organizacje społeczne wynosiła w latach 90. odpowiednio: 40%, 34% i 81%. Konieczne są też nowe inicjatywy polityczne, zapewniające sprawdzonym stowarzyszeniom i fundacjom, realizującym kluczowe zadania z zakresu polityki rodzinnej, przynajmniej kilkuletnie perspektywy finansowania.
W Polsce należy rozwijać model mieszany polityki rodzinnej, oparty na solidarności państwa i społeczeństwa. W tym celu zainicjowałabym przygotowanie międzyresortowego programu nowej polityki rodzinnej, uwzględniającego obowiązki państwa, pracodawców, organizacji obywatelskich oraz prawa i obowiązki samych rodzin. Dla osiągnięcia celów polityki prorodzinnej niezbędna jest głęboka korekta dotychczasowej struktury redystrybucji dochodu narodowego i potraktowanie polityki rodzinnej nie jako kosztu, lecz jako inwestycji społecznych, ukierunkowanych na rozwój nowoczesnej gospodarki (future oriented investment). Konieczne jest też zapewnienie rzeczywistej ochrony podstawowych praw rodziny, w tym ochrony macierzyństwa, równego traktowania i równych szans pracowników posiadających dzieci, oraz ochrony przed ubóstwem i marginalizacją. Polski model polityki rodzinnej winien wspierać jednostki zarówno w rolach rodzinnych, jak i pracowniczych, a także doskonalić organizację pracy zawodowej i usług dla gospodarstw domowych w godzeniu obu ról.
W przypadku rodzin z trojgiem lub więcej dzieci należałoby rozważyć wprowadzenie dla tego z rodziców, który zajmuje się wyłącznie wychowaniem dzieci, tzw. płacy rodzicielskiej, na wzór tzw. płacy kierowanej (routed wage) dla świadczeniodawców usług dla dzieci lub osób starszych. Dostrzegam także konieczność wprowadzenia programu dla rodzin o niskim statusie ekonomicznym i społecznym, uwzględniającego instrumenty modelu welfare state oraz instrumenty modelu workfare state oraz in work benefits, czyli okresowe łączenie pracy i dochodów ze świadczeń społecznych. Ponadto należy zwiększyć dostępność programów prewencyjnych, antycypujących problemy rodzin i je redukujące, popracować nad wczesną identyfikacją potrzeb, a także wspierać rozwój stowarzyszeń i ruchów społecznych zrzeszających rodziny.
przez Barbara Bubula | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Od dwudziestu lat elity głoszą pogląd, że politykom wara od mediów. TVP i Polskie Radio wielokrotnie były „odpolityczniane”, a równocześnie trwała ostra walka między partiami o wpływy we władzach tych mediów, zaś one same zostały doprowadzone do ruiny finansowej i programowej. Obłudne odżegnywanie się rządu od kształtowania polityki w dziedzinie mediów audiowizualnych doprowadziło do powstania rażących dysproporcji udziału w debacie publicznej ważnych grup społecznych. „Niewidzialna ręka rynku” sprzyjała komercjalizacji, obniżaniu poziomu intelektualnego i kształtowaniu mentalności postkolonialnej, zniszczyła obywatelski wymiar tych mediów, działała antypaństwowo. Media publiczne są w Polsce niczyje, władza nad nimi rozproszona jest pomiędzy ministrami kultury, administracji i cyfryzacji, ministrem skarbu oraz Krajową Radą Radiofonii i Telewizji. W rezultacie nie ma gospodarza, który zatroszczyłby się zarówno o poziom materialny, jak i programowy mediów, o stworzenie właściwych podstaw prawnych dla ich funkcjonowania, i który dbałby o ich wolność.
W wielu krajach obserwowane jest zjawisko osłabienia wpływu tradycyjnych narodowych nadawców radiowych i telewizyjnych, co jest rezultatem słabnięcia państw i dekompozycji wspólnotowych struktur niekomercyjnych. Jednak tam zawczasu elity zadbały o właściwy poziom finansowania mediów publicznych, traktując je jako system scalania społeczeństwa wokół wspólnych wartości, a także ważny czynnik promocji kultury własnego kraju na zewnątrz. W Polsce poziom finansowania publicznego radia i telewizji kształtuje się na poziomie 0,2–0,3 promila PKB, podczas gdy w Niemczech wynosi 2,9 promila PKB, w Wielkiej Brytanii 2,5 promila, w Szwajcarii i w Słowenii 2,3 promila, we Włoszech 1,1 promila. Średnia dla 20 badanych krajów wynosi 1,6 promila PKB. To miara polityki państwa wobec mediów publicznych jako instytucji. Niech symbolem tych dysproporcji będzie kwota 7 miliardów euro przeznaczanych na publiczne media w Niemczech w stosunku do zaledwie 120 milionów euro w Polsce.
Dlatego pierwszym moim celem jako ministra byłoby ustalenie takiego systemu finansowania mediów publicznych, by zapewnić im środki publiczne w wysokości co najmniej 1 promila PKB, co w liczbach bezwzględnych wynosi około 1,5 mld zł. Dla uzyskania takiej kwoty wystarczyłby abonament wynoszący zaledwie 4 zł miesięcznie, płacony jednak solidarnie przez wszystkich dorosłych obywateli. Widać stąd, jak wielkie spustoszenie poczyniło przyzwolenie na dziurawy system abonamentowy, wskutek czego obecnie media publiczne utrzymywane są zaledwie przez ok. 10% Polaków. Proponowana kwota finansowania pozwoliłaby na znaczne ograniczenie emisji reklam w TVP, której utrzymanie opłacane jest aż w 90% z przychodów komercyjnych, co ma destrukcyjny wpływ na poziom programu.
Kto płaci, ten wymaga. Zwiększenie poziomu środków publicznych powinno być przeprowadzone równocześnie z poddaniem ich surowej kontroli. Zalążki tego systemu już istnieją, jednak nie są wykorzystywane. To szczegółowy roczny plan programowy, w którym ustala się liczbę godzin produkcji programów dla dzieci, filmów animowanych, dokumentalnych, seriali historycznych, spektakli teatru telewizji, transmisji koncertów, publicystyki, transmisji sportowych itd. Przepisy te obecnie nie są egzekwowane.
Zdjęcie komercyjnej klątwy doprowadziłoby do zwiększenia liczby godzin programu poświęconego kulturze wysokiej, edukacji historycznej i pogłębionej debacie publicznej. Media publiczne powinny być mecenasem wielkich produkcji filmowych i seriali opartych na klasyce polskiej literatury. Ile to już lat upłynęło od ostatnich ekranizacji „Lalki”, „Faraona” czy „Krzyżaków”? A ile znakomitych dzieł literackich dotychczas w ogóle nie trafiło na ekrany? Media publiczne kształtują gusty kulturalne i są niezastąpionym nauczycielem tradycji dla milionów. Co roku powinny powstawać co najmniej dwa ciekawe seriale historyczne, wypełniające białe plamy w naszej historii, także tej dawniejszej. Chciałabym również, żeby odrodziła się polska produkcja filmów animowanych dla dzieci, zamawianych przez TVP, i aby w Polsce powstawało ich co najmniej tyle, ile we Francji, czyli 300 godzin rocznie, a nie… zero, jak obecnie. Należy też powrócić do mecenatu nad reportażem radiowym i hojnie wspierać filmy dokumentalne oraz dbać o obecność poezji. Jesteśmy krajem niezwykle bogatym przyrodniczo, z tradycjami produkcji filmów tego typu. Czas tę tradycję nie tyle odrodzić, ale uczynić z niej narodową specjalność. Ważne są także audycje o języku polskim, wyjaśniające rolę kultury języka i wzbudzające zainteresowanie polszczyzną.
Przywróciłabym również zlikwidowane ledwo w rok po utworzeniu prestiżowe nagrody mediów publicznych dla najlepszego dzieła muzyki poważnej (OPUS) i literatury (COGITO).
W porze największej oglądalności trzeba nadrobić braki w edukacji obywatelskiej Polaków. Należy wyjaśniać im zasady funkcjonowania państwa i najważniejszych dziedzin życia zbiorowego: edukacji, służby zdrowia, systemu emerytalnego, budżetu, ochrony środowiska. Usunęłabym z mediów publicznych infantylną formę programów informacyjnych i głupie seriale. Poszukałabym nowych talentów dziennikarskich i zrezygnowałabym z usług większości obecnych dyżurnych „ekspertów”.
Odrodzenie mediów publicznych to także znaczne wzmocnienie regionalnych stacji radiowych i telewizyjnych. Przykład klęski regionalnych programów komercyjnych (TVN Warszawa i TV Silesia), które musiały przejść do Internetu lub zmienić charakter na ogólnokrajowy, wskazuje, że nie sposób finansować mediów lokalnych z reklamy. Co najmniej połowa środków publicznych powinna być przeznaczana na ten cel. Lokalna produkcja telewizyjna wynosi obecnie zaledwie 3 godziny dziennie, a budynki i urządzenia nie są modernizowane i właściwie wykorzystywane. W wielu miastach są świetni dziennikarze, z których umiejętności się nie korzysta. Konieczne jest kilkakrotne zwiększenie liczby godzin lokalnej produkcji – promocja wybitnych osobowości, tradycji regionu, stowarzyszeń, obszarów przyrodniczych.
Współczesność mediów oznacza większy udział widzów w tworzeniu programu. Niezbędne jest radykalne zwiększenie kompetencji rad programowych (dziś zupełnie ignorowanych), wyłanianych spośród aktywnych widzów. Ocena rad programowych w formie corocznego absolutorium programowego decydowałaby o przedłużeniu kontraktu prezesów publicznej radiofonii i telewizji. Potrzebna jest publikacja w Internecie ocen i recenzji poszczególnych programów, wytworzenie zwyczaju dobrej analizy poszczególnych gatunków radiowych i telewizyjnych. Każda redakcja miałaby obowiązek stworzenia własnej społeczności wśród widzów; nie od rzeczy byłoby również tworzenie sieci klubów w mniejszych miejscowościach, które regularnie odwiedzane byłyby przez autorów i wykonawców danych audycji. Media publiczne miałyby obowiązek wspierania samoorganizacji obywateli.
Aby to uzyskać, nie trzeba czekać, aby obecna telewizja „zdechła”, żeby „zaorać pobojowisko”. Wystarczy zawrzeć pakt na rzecz mediów publicznych pomiędzy wszystkimi ugrupowaniami politycznymi, które uznają ich wartość i nie chcą ich zniszczenia, wsparty utworzeniem ogólnopolskiego ruchu aktywnych odbiorców mediów publicznych. Stanowiłoby to symboliczny nowy początek polskiego radia i telewizji.
Odnowione media publiczne miałyby obowiązek prezentacji pełnego spektrum poglądów politycznych i gospodarczych. Ważnym ich zadaniem byłaby ochrona dzieci i młodzieży przed przemocą i demoralizacją. Media publiczne wspierane przez moje ministerstwo uczyłyby także, jak uchronić się przed manipulacją poprzez media i reklamę.
Archiwa mediów publicznych stałyby się bezpłatnie dostępne przez Internet dla wszystkich płacących abonament.
przez Marek Balicki | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Gdybym miał być ponownie ministrem zdrowia, skupiłbym się na rozwiązaniu kluczowych problemów naszego systemu ochrony zdrowia, mianowicie na kwestiach dostępu do opieki zdrowotnej, finansowania ze środków publicznych i funkcjonowania Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ) oraz planowania zasobów rzeczowych, czyli sieci szpitali.
Obecnie NFZ jest dysfunkcjonalny i wymaga zmian o charakterze strukturalnym. Jako minister wprowadziłbym demokratyczną kontrolę nad tą instytucją. Na przestrzeni ostatnich lat, w związku z brakiem demokratycznego nadzoru, doszło bowiem do wielu wynaturzeń. Są dziedziny, w których NFZ finansuje świadczenia medyczne na poziomie 60–70% ich realnych kosztów, a są i takie, w których to finansowanie wynosi 130–140%, czyli występuje duża nadpłata w stosunku do rzeczywistych kosztów ponoszonych przez świadczeniodawców. W sytuacji, gdy rozwijający się sektor prywatny, który sprzedaje usługi NFZ, koncentruje swoją działalność na świadczeniach wysoko wycenianych, następuje poważne zagrożenie nieracjonalnej alokacji środków na poszczególne dziedziny. Sektor prywatny udziela świadczeń, które są opłacalne, a sektor publiczny w większości udziela tych świadczeń, które są niedofinansowane. Oprócz właściwego nadzoru, należy doprowadzić do decentralizacji, a co za tym idzie: do regionalizacji NFZ. Musi się ona jednak odbywać zgodnie z podziałem administracyjnym kraju, a nie – jak chciałaby Platforma Obywatelska – według specjalnie utworzonych regionów, obejmujących teren kilku województw.
Uważam, że nie ma potrzeby zmiany struktur NFZ, które funkcjonują na poziomie województw. Trzeba zlikwidować centralę oraz powołać agencję ds. taryf i rozliczeń. Ustalałaby ona ceny świadczeń tak, żeby nie było anomalii, które występują obecnie. Natomiast oddziały wojewódzkie NFZ, po uzyskaniu większej niż dotychczas samodzielności, powinny być nadzorowane przez rady pochodzące z wyborów powszechnych. Można je przeprowadzić wraz z wyborami do samorządu terytorialnego. Wtedy – oprócz burmistrzów, radnych gmin, powiatów i sejmików województw – wybieralibyśmy również przedstawicieli do rady wojewódzkiej NFZ.
Moim zdaniem nie jest celowe wspieranie przez państwo rozwoju ubezpieczeń prywatnych. Wiadomo bowiem, że ich efektywność jest niższa niż systemów ubezpieczeniowych opartych na finansowaniu publicznym, ponieważ sektor prywatny nie obejmie całej populacji.
Co do planowania zasobów, to dzisiaj nie mamy żadnego mechanizmu prawnego, który w skali województwa regulowałby sieć placówek opieki zdrowotnej. Skutkuje to chaotycznymi decyzjami dotyczącymi wydatków inwestycyjnych, nieadekwatnym do potrzeb rozmieszczeniem placówek, likwidowaniem niektórych dziedzin działalności, przede wszystkim tych, które są gorzej finansowane, a nadmiernym rozwojem tych, które są dobrze finansowane, jak np. kardiologia interwencyjna. Konieczne jest zatem ustawowe wprowadzenie instrumentów, które umożliwią planowanie rozmieszczenia zasobów służących udzielaniu świadczeń medycznych finansowanych ze środków publicznych.
Jeśli chodzi o racjonowanie dostępu do opieki zdrowotnej, to problemem tym nikt się w Polsce nie zajmuje. Wprawdzie pewne próby podjęto w zespole ekspertów w 2004 r., tj. gdy Trybunał Konstytucyjny uchylił pierwszą ustawę o NFZ, ale w ostatnich latach nie poszły za tym żadne działania. I tu jest chyba najwięcej do zrobienia. Bo jeśli mamy ograniczone środki, to niezwykle ważne jest ustalanie priorytetów, właściwych procedur określenia tychże priorytetów oraz takich zasad korzystania z systemu, żeby wydatkowanie środków było możliwie najkorzystniejsze z punktu widzenia interesu publicznego i całego społeczeństwa.
Należy odejść od identyfikowania ubezpieczonych. Polaków nieobjętych powszechnym ubezpieczeniem zdrowotnym jest kilkaset tysięcy. Tymczasem każdego roku mamy do czynienia z milionami wniosków o ubezpieczenie, identyfikację składek itd. Prowadzi się więc mnóstwo czynności po to, aby oddzielić te kilkaset (100–200) tysięcy obywateli od 37 milionów. Są to czynności zupełnie nieracjonalne, a w ZUS i KRUS wydaje się na nie około 200 mln zł rocznie. W dodatku nie mamy policzonych kosztów, jakie w związku z tymi czynnościami ponoszą pracodawcy. Należy więc wprowadzić obywatelskie prawo do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych i zrezygnować z prowadzenia ciągłej identyfikacji tego, czy ktoś jest ubezpieczony, czy nie. Jednocześnie proponuję, żeby utrzymać składkę zdrowotną na obecnym poziomie, ale nazwać ją podatkiem zdrowotnym, i pobierać od tych samych dochodów, od których jest teraz naliczana, przy czym mogłyby to robić urzędy skarbowe. Wtedy nie trzeba będzie marnotrawić co roku tych 200 mln zł.
Jeśli celem polityki zdrowotnej państwa jest zapewnienie zdrowia całej populacji, to powinno nam zależeć, żeby nieubezpieczeni, najczęściej ludzie wykluczeni społecznie, chodzili do lekarza. W naszym interesie jest, aby właśnie takie osoby korzystały z ambulatoryjnej opieki zdrowotnej, a nie trafiały do szpitala dopiero w momencie, kiedy stan ich zdrowa jest krytyczny, a leczenie bardzo kosztowne. Przecież gdy człowiek, który nie ma żadnych dochodów, trafi do szpitala, to państwo i tak ostatecznie jest zmuszone opłacić jego leczenie.
Warto zastanowić się nad wykorzystaniem w ochronie zdrowia takich form organizacyjnych placówek, które nie mieszczą się w klasycznym podziale na prywatne i publiczne. Kilka lat temu w szpitalu, którego jestem dyrektorem, podjęliśmy taką próbę. Na gruncie obowiązującego prawa (kodeks spółek handlowych) chcieliśmy przekształcić szpital w przedsiębiorstwo non profit, które nie byłoby publiczne, nie należałoby ani do skarbu państwa, ani do samorządu terytorialnego. Chcieliśmy przekształcić się w przedsiębiorstwo społeczne, tj. spółkę działającą według zasad ekonomii społecznej. Jej głównym celem nie byłoby działanie dla zysku, lecz realizacja misji. Udziały należałyby do pracowników, ale byłyby nieodstępowalne, czyli nie byłaby to prywatyzacja pracownicza, polegająca na rozdawaniu akcji, które później można sprzedać. Niestety spotkaliśmy się z całkowitym niezrozumieniem władz samorządowych. Dla mnie było to rozczarowanie, że w stolicy dużego, europejskiego państwa brakuje zrozumienia dla tej formuły, skoro np. w Wielkiej Brytanii nawet deweloperzy podejmują takie kroki.
Działań na rzecz wprowadzenia możliwości tworzenia placówek ochrony zdrowia w formie przedsiębiorstwa społecznego nie zaczynałbym od regulacji ustawowych. Zbyt duże jest ryzyko, że powstanie prawo nieżyciowe i niewykonalne, jak np. ustawa o partnerstwie publiczno-prywatnym, która po prostu nie działa. Uważam, że najpierw należy przeprowadzić kilka eksperymentów w oparciu o obowiązujące prawo, tj. kodeks spółek handlowych. Na jego podstawie umowę spółki można spisać w taki sposób, aby nie było możliwości przekształcenia jej w podmiot o charakterze biznesowym. Jedną z zalet tego rozwiązania jest demokratyczny nadzór nad firmą, sprawowany przez ludzi, którzy w niej pracują. Dopiero po dokonaniu kilku takich prób można myśleć o uregulowaniach prawnych. Sądzę, że rząd, zamiast forsowania wyłącznie polityki przekształcania szpitali w spółki o charakterze biznesowym, zaproponowanej przez minister Kopacz, powinien stworzyć program wspierający tego typu przekształcenia, przy czym część środków na jego realizację mogłaby pochodzić z funduszy europejskich. W większych ośrodkach organizacje pozarządowe mogłyby być dobrym partnerem samorządów w tego typu przedsięwzięciach, które rząd powinien nie tylko wspierać, ale i inicjować.
Obszarem wymagającym naprawy jest również wielkość nakładów przeznaczanych na zdrowie. U nas finansowanie publiczne ochrony zdrowia jest wyraźnie mniejsze niż w byłych krajach socjalistycznych, takich jak Czechy, Słowacja czy Węgry. Dzisiaj wydajemy na nią około 4–4,5% PKB, a powinniśmy wydawać 6–6,5% PKB. Uzyskanie tak dużego wzrostu nakładów z pewnością nie jest możliwe w ciągu najbliższych lat, ale jak najszybciej trzeba rozpocząć przygotowania do osiągnięcia takiego poziomu finansowania w przyszłości.
Wbrew temu, co sugeruje PO, reformy strukturalnej NFZ nie da się przeprowadzić w ciągu jednego roku. Ale na pewno można to zrobić w dwa lub trzy lata. I w takim samym czasie można wprowadzić uregulowania prawne dotyczące sieci szpitali. Poza tym niezbędne jest pilne opracowanie i wdrożenie przejrzystych mechanizmów alokacji środków przeznaczonych na opiekę zdrowotną, a także rozpoczęcie poważnej, publicznej debaty na ten temat. Dlaczego jest to tak ważne? Zobaczmy na przykładzie. Ponieważ w ostatnich latach wydatnie wzrosły wydatki na leki, to należy zapytać, czy tak duży wzrost był racjonalny? Czy nie jest tak, że wydając te pieniądze, ograniczyliśmy istotnie dostęp innych pacjentów do leczenia? Czy nie jest tak, że w ten sposób nie uzyskaliśmy żadnych znaczących efektów w zakresie stanu zdrowia obywateli, a jedynie pozwoliliśmy zarobić koncernom farmaceutycznym? Tego typu problemów związanych z racjonowaniem środków na ochronę zdrowia jest bardzo dużo. Dlatego rząd powinien w końcu wziąć byka za rogi, a nie ulegać naciskom różnego rodzaju lobby.
przez redakcja | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
W obiegu publicznym funkcjonował niegdyś bon mot mówiący, że zmieniają się partie u steru władzy, a i tak zawsze rządzi Leszek Balcerowicz. Od momentu rozpoczęcia transformacji ustrojowej mamy niemal nieprzerwaną dominację sił neoliberalnych. Sprawnie rozmontowują one wszystkie te funkcje i usługi państwa, które sprzyjają słabszym i mogłyby zmniejszać nierówności społeczne.
Nawet gdy mandat do rządzenia otrzymują formacje deklarujące orientację prospołeczną, to nie wynika z tego istotny zwrot w polityce socjalnej czy gospodarczej. Dzieje się tak nie tylko z powodu układu sił, w którym pierwsze skrzypce grają reprezentanci interesów warstw zamożnych, ale także z dominacji „klimatu” neoliberalnego – czy to w sferze ideologii, czy w środkach masowego przekazu, czy w świecie nauki. Eksperci partyjni oraz pojawiający się w okresach politycznych kryzysów bezpartyjni kandydaci do „rządów fachowców” są zawsze przekonani, że niewidzialna ręka rynku niemal wszystko zrobi najlepiej.
Zgodnie z ideami przyświecającymi naszemu pismu postanowiliśmy zaproponować coś zgoła odmiennego. Przygotowaliśmy eksperyment intelektualny polegający na takim doborze osób i recept na rozwiązanie problemów nękających Polskę, który bazuje na perspektywie wspólnotowej, egalitarnej, prospołecznej, demokratycznej i przyznającej instytucjom publicznym istotną rolę w kreowaniu lepszej kondycji naszego kraju niż obecna.
Jak to w eksperymentach bywa, mogliśmy sobie pozwolić na dużą dowolność. Przede wszystkim, co należy mocno podkreślić, mogliśmy dokonać wyboru „ministrów” także spośród kandydatów nie zamierzających pełnić funkcji publicznych, a wręcz odcinających się – z różnych przyczyn – od takiej ewentualności. Z tego względu nie należy traktować ogółu osób biorących udział w ankiecie jako ostrzących sobie apetyty na posady rządowe. Nie o personalia bowiem tutaj chodzi (stąd brak premiera naszego „rządu”), lecz o idee, praktyczne koncepcje i intelektualne drogowskazy. Albo po prostu o ściągawkę dla potencjalnego rządu, który chciałby realizować politykę naprawdę prospołeczną.
Formuła eksperymentu pozwoliła nam także na coś, co wygląda na ekstrawagancję, a co w naszym odczuciu wcale nie musi nią być. Otóż nasz „rząd” oznacza przede wszystkim potraktowanie serio idei rządu fachowców. Po pierwsze wybraliśmy osoby z przeróżnych, nieraz silnie skonfliktowanych, środowisk ideowo-politycznych, oraz takie, które odcinają się od tego rodzaju samoidentyfikacji. Po drugie są to naprawdę fachowcy, choć o różnej „podbudowie” – od naukowców z tytułami profesorskimi i z najlepszych uczelni, przez ekspertów doświadczonych w służbie publicznej, po amatorów pełnych pasji w zgłębianiu danej dziedziny. Łączy ich krytyczny osąd neoliberalizmu – ważniejszy z naszego punktu widzenia niż lojalność środowiskowa czy przynależność partyjna.
Na potrzeby ankiety sformułowaliśmy następujące pytania/zagadnienia:
- Jakie sfery leżące w obrębie zainteresowań Państwa resortu wymagają szczególnie pilnej bądź szeroko zakrojonej interwencji publicznej (m.in. najbardziej dotkliwe problemy społeczne, instytucje wymagające pilnego doinwestowania, mechanizmy, które nie działają z powodu braku odpowiednich przepisów wykonawczych)?
- Jakie byłyby Państwa pierwsze decyzje po objęciu teki ministra (np. inicjatywy ustawodawcze w celu korekty wadliwych przepisów czy ustanowienia nowych mechanizmów, zmiany w organizacji lub sposobie finansowania instytucji podległych ministerstwu, w tym ich likwidacja albo tworzenie nowych)?
- Pomysły na wykorzystanie potencjału, jaki oferują: fundusze europejskie, współpraca z innymi instytucjami centralnymi, samorządami, organizacjami społecznymi, środowiskami naukowymi oraz biznesem.
- Główne cele do osiągnięcia w ciągu czteroletniej kadencji, z zarysem celów długofalowych.
W konstruowaniu list najpilniejszych/najważniejszych działań proszę nie obawiać się wyznaczania ambitnych celów, np. w odwołaniu do krajów o najwyższym poziomie rozwoju. Jednocześnie prosimy odnosić się do własnych doświadczeń praktycznych i wiedzy o stanie obecnym (kontekst społeczny, realia finansowe i instytucjonalne w obrębie danej sfery). Zależy nam na dokonaniu inwentaryzacji celów dla polityki państwa, które będą zarazem odważne, jak i możliwe do realizacji na przestrzeni jednej-dwóch kadencji.
Nie licząc ograniczonej objętości wypowiedzi, wynikającej zarówno z możliwości naszego pisma, jak i z chęci podobnego potraktowania wszystkich resortów, nasi „ministrowie” mieli pełną dowolność w kwestii formy, proporcji itp. Uważni czytelnicy z pewnością zauważą, iż część wypowiedzi dotyczy resortów, które obecnie… nie istnieją lub noszą odmienne nazwy. Wyszliśmy bowiem z założenia, że aby dokonać głęboko prospołecznej zmiany neoliberalnego kursu, konieczne są korekty również na poziomie takim jak nazewnictwo i zakres działania części ministerstw czy wręcz dedykowanie pewnym sferom rzeczywistości społecznej resortów celowych, dotychczas nie utworzonych.
Zapraszamy do lektury. Obecnie prezentujemy 12 ministerstw, a dokończenie cyklu opublikujemy w kolejnym numerze czasopisma.
Ankietę przygotował zespół w składzie: Konrad Malec, Remigiusz Okraska, Michał Sobczyk
Pomoc: Zuzanna Faliszewska, Bartosz Oszczepalski, Magdalena Wrzesień