Finis Poloniae?

Niedawne zmiany w systemie emerytalnym przedstawiane są jako niezbędna odpowiedź na obecny, a zwłaszcza nadchodzący kryzys finansów publicznych, który ma wywołać zmiana struktury demograficznej. Wiele z nich uzasadnia się także dbałością o wysokość przyszłych świadczeń.

Cezary Mech: Niewątpliwie wprowadzane rozwiązania są swoistą „antyreformą” wobec tego, co zaproponowano 15 lat temu. Obiecano wówczas, że odtąd wszyscy zbieramy na własne emerytury: składki są liczone, pomnażane i w przyszłości będziemy z tego wszystkiego korzystać. Nagle okazuje się, że jeśli w ogóle będziemy mogli z tych składek skorzystać, to tylko w połowie wysokości. Obecna „reforma” służy jedynie ratowaniu finansów publicznych poprzez odbieranie ludziom tego, co odłożyli.

Jeśli sytuacja jest tak tragiczna, że niezbędne było podwyższenie wieku emerytalnego, to należałoby potraktować wszystkich dłużników tak samo. Trudno jednak wyobrazić sobie, że rząd zaproponuje inwestorom zagranicznym: „Wprawdzie obiecaliśmy wam wykup długów w momencie zapadalności obligacji, ale zrobimy to kilka lat później – przecież oprocentowanie jest dość wysokie, więcej skorzystacie na swoich inwestycjach. Oczywiście jeśli nadal będziecie żyć, bo w przeciwnym razie my te pieniądze przejmiemy…”. Inwestorów zagranicznych nie dałoby się w ten sposób potraktować, ponieważ następnego dnia moglibyśmy mieć narzuconego przez Unię Europejską Generalnego Gubernatora/komisarza, który udowodniłby nam, że jednak można te środki wypłacić. A gdyby nawet jakimś cudem udało się rządowi przekonać Unię, że znajdujemy się w tak dramatycznej sytuacji, iż konieczne jest zawieszenie spłaty długu, to przy kolejnej emisji obligacji po prostu nikt nie chciałby ich od nas kupić. To samo będzie, jeśli chodzi o zmiany w systemie emerytalnym: obywatele będą postrzegali składki na ubezpieczenie społeczne nie jako pewne zabezpieczenie dochodów na starość, lecz jako dodatkowy podatek, a więc będą się starali ich unikać.

Co więcej, wystąpi olbrzymi nacisk ze strony wszystkich grup zawodowych, aby uzyskać specjalne traktowanie. Uwidoczniło się to już podczas konsultacji społecznych ustawy emerytalnej, gdy nagle okazało się, że ministerstwo rolnictwa i urzędy z nim związane zabezpieczają korzystniejsze zasady dla rolników. Również pracownicy wymiaru sprawiedliwości twierdzili, że reforma stanowi zamach na ich prawa i starali się zapewnić sobie zasady lepsze niż mające obowiązywać inne grupy. Charakterystyczne, że minister zdrowia stwierdził, iż pracownicy powyżej określonego wieku najprawdopodobniej nie będą w stanie efektywnie pracować, jednak zdanie to dotyczyło wyłącznie grupy zawodowej, nad którą ma pieczę – pielęgniarek.

Podwyższenie wieku emerytalnego sprawi, że młode pokolenie, zamiast pracować na ten dodatkowy podatek, będzie wybierało kraje, w których płace i świadczenia są wyższe. Nierespektowanie oszczędności emerytalnych będzie miało zatem dewastujący wpływ na finanse publiczne i kondycję gospodarczą Polski.

Paradoksalny efekt, biorąc pod uwagę deklarowane intencje autorów reformy…

Żeby była jasność: zmiany, o których mowa, są tak naprawdę skokiem na nasze pieniądze zgromadzone w ZUS-ie. Posiada on na rachunkach ok. dwóch bilionów złotych, a wspomniana kwota będzie rosła. Perpetuum mobile, które wymyślono, polega na tym, żeby tych środków, do których mamy prawo, nie wypłacać nam. Każdy następny rząd będzie miał do dyspozycji łatwy sposób na oszczędności: po prostu będzie podwyższał wiek emerytalny. Jeśli dojdzie do tego, że któryś z rządów podwyższy go do 100 lat, w praktyce będzie to oznaczało, że bilionowe długi państwa względem emerytów przestaną istnieć. Ale to przecież nie oznacza, że seniorzy będą w stanie pracować przed osiągnięciem setnego roku życia. To jedna wielka fikcja, sprowadzająca się w rzeczywistości do dodatkowych obciążeń dla bliskich tych osób, co przy małej liczbie dzieci oznacza koszmarną sytuację finansową i bytową całych rodzin. Forsowane reformy oznaczają również konieczność stałego podwyższania składki rentowej i nieprzyznawania świadczeń osobom w ewidentnej sytuacji chorobowej – tylko w ten sposób będzie można sfinansować jakiekolwiek świadczenia dla rosnącej rzeszy osób coraz starszych i schorowanych na tyle, że nie będą w stanie pracować przed osiągnięciem wieku emerytalnego.

Kolejne zmiany dotyczą zasad waloryzacji świadczeń.

Wszystkie korekty w systemie emerytalnym wydają się bardzo spójnym projektem. Do tej pory zasadą było, że to, co mamy zaoszczędzone na emeryturę, nie powinno przynajmniej tracić na wartości. Wprowadzenie waloryzacji kwotowej w miejsce procentowej, powiązanej z inflacją, oczywiście na początku robi dobre wrażenie na tych, którzy mają najniższe świadczenia, gdyż oni są beneficjentami netto takich zmian. Jednak wszyscy pozostali tracą. Przy czym gorszy jest sam wyłom systemowy, ponieważ uniezależnienie emerytur od inflacji oznacza w praktyce, że jeśli sytuacja finansów publicznych okaże się trudna, rząd będzie mógł przeznaczyć na wzrost świadczeń już nie 71 zł na każdego emeryta, jak w tym roku, ale np. złotówkę. Ma to olbrzymie, dewastujące skutki społeczne i jest trudne do wyobrażenia w aspekcie prawnym – respektowania praw nabytych.

Pokazuje to również bardzo dużą ułomność wymiaru sprawiedliwości w ramach Unii Europejskiej. Interesy inwestorów są respektowane bardzo starannie, nawet jeśli ktoś nie jest w stanie spłacać zobowiązań zaciągniętych wobec nich. Natomiast prawa emerytalne obywateli – już niekoniecznie. Nie dziwmy się, że mogą występować takie absurdy jak w Grecji, gdzie Komisja Europejska wymusiła na państwie redukcję emerytur. Emeryci, którzy posiadali kredyty przyznane im na podstawie wysokości otrzymywanych świadczeń, po ich zmniejszeniu musieli spłacać raty w dotychczasowej wysokości, i nagle się okazywało, że nie mają środków do życia…

Dla odmiany, przesunięcie części środków z Otwartych Funduszy Emerytalnych do ZUS wydaje się korzystne dla świadczeniobiorców, skoro podmioty komercyjne, przy wysokich kosztach funkcjonowania, osiągają kiepskie wyniki finansowe.

Takie posunięcie oznacza przeniesienie naszych pieniędzy z instytucji finansowych, które lokują je w różnego typu aktywa i wartości materialne, do instytucji, która nie posiada żadnego majątku. ZUS opiera się na składkach przyszłych pokoleń, a jego sytuacja jest zdecydowanie zła, skoro liczba beneficjentów świadczeń rośnie, natomiast liczba przyszłych podatników – maleje.

Reforma sprzed piętnastu lat, obok postulowanej polityki prorodzinnej, miała być właśnie odpowiedzią na problem ze świadczeniami emerytalnymi z systemu ZUS-owskiego. Założenie było następujące: zabezpieczmy się przed jego załamaniem w ten sposób, że część odkładanej składki będzie inwestowana za pośrednictwem OFE w realne aktywa. Zróbmy z emerytów kapitalistów, a więc tych, którzy żyją z procentów i dywidendy, z tego, że posiadają akcje przedsiębiorstw. Mniej więcej ⅓ wytwarzanego PKB w krajach wysoko rozwiniętych jest przeznaczana na obsługę kapitału. Wyprzedając majątek w ramach prywatyzacji powodujemy, że te środki wypływają do zagranicznych inwestorów, a wykupując od nich akcje i obligacje polskie, tworzymy z emerytów warstwę posiadaczy. Zaś ograniczając OFE, powodujemy, że wypływają one za granicę lub do najbogatszych obywateli. Jeśli emeryci nie będą korzystać z dochodów z kapitału, wzrost środków oraz zobowiązań ZUS-u będzie wymuszał ciągłe podnoszenie wysokości składki i podatków.

W niczym nie zmienia to faktu, na który zresztą wielokrotnie zwracałem uwagę jeszcze będąc prezesem Urzędu Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi, że trzeba działać w tym kierunku, aby system finansowy był systemem tanim, a więc takim, w którym panuje duża konkurencja, dzięki której opłaty i obciążenia są jak najniższe. Wymusza ona ponadto u zarządzających aktywami zainteresowanie osiąganiem jak najlepszych wyników inwestycji. Nawet w dzisiejszym świecie kryzysu zaufania likwidacja instytucji finansowych nie jest bowiem żadnym rozwiązaniem. Można ją porównać do dążenia do amputacji schorowanego narządu zamiast jego leczenia. Zresztą pamiętajmy, że OFE są tanie w porównaniu z funduszami inwestycyjnymi czy działalnością bankową.

Przejdźmy do Pańskich postulatów zmian w systemie emerytalnym.

Na pewno należałoby zacząć od wycofania się z podwyższenia wieku emerytalnego. Po drugie, należy odejść od waloryzacji kwotowej. Jeśli państwo stać będzie na dodatkowe świadczenia dla osób w gorszej sytuacji finansowej, to bardzo dobrze – jednak wysokość wszystkich emerytur powinna co najmniej nadążać za inflacją.

Gdy w wyniku jakiegoś nieszczęścia nie będziemy mogli dalej pracować, składki emerytalne, które zgromadziliśmy, powinny być przelewane do funduszu rentowego i stanowić uzupełnienie środków ze składki rentowej, decydujących o wysokości świadczenia rentowego. Nie może być tak, że kiedy ktoś umiera, beneficjentem renty jest rodzina, natomiast kwota, którą odłożył na koncie emerytalnym, nagle wyparowuje. Zgodnie z logiką reformy sprzed półtorej dekady, każdy miał pobierać świadczenie w wysokości zgromadzonych składek, a renta jest dodatkowym ubezpieczeniem przysługującym tym, którzy utracą zdolność do wykonywania pracy. Gdy pracownik przechodzi na rentę, środki na jego koncie emerytalnym „czekają”, aż uzyska on prawo do emerytury. Otóż takich odłożonych i niewykorzystywanych środków emerytalnych osób, które nabyły prawa do renty, w roku 2010 było w ZUS aż 9,3 mld zł. Było w nim również 8,4 mld zł składek emerytalnych, których właściciele zmarli, nie doczekawszy świadczenia. Powyższe środki, zgodnie z solidarnościowym mechanizmem właściwym ubezpieczeniom społecznym, powinny zasilić fundusz rentowy. Niestety, podczas debaty nad podniesieniem składki rentowej nie zaliczono ich do funduszu rentowego, a nawet w ogóle o nich nie wspomniano. I nagle się okazało, że o tych wielomiliardowych kwotach wszyscy zapomnieli! Dyskutowano jedynie o 17-miliardowym deficycie funduszu rentowego, jako różnicy między wysokością wydatków na renty a przychodami ze składki, bez uwzględnienia środków zgromadzonych na rachunkach. Tymczasem „znikająca” kwota, łącznie 17,7 mld zł, jest i tak zaniżona, z uwagi na to, że część osób posiada rachunki prowadzone dopiero od momentu reformy emerytalnej, ponieważ nie dopełniła formalności związanych z wyliczeniem kapitału początkowego albo nie była jeszcze objęta tym obowiązkiem. O ile nieuwzględnienie środków rencistów może mieć pewne uzasadnienie, o tyle „przeoczenie” kwoty 8,4 mld zł ma daleko idące konsekwencje finansowe, gdyż zmienia motywacje odprowadzających składki do ZUS-u, nieekwiwalentne uzyskiwanym świadczeniom.

Wymyślono mechanizm umarzania środków odłożonych w ZUS, polegający na tym, że fundusze, które powinny być przeznaczone na renty, znikają na kontach. Dla jego zobrazowania załóżmy przesunięcie wieku emerytalnego do 100 lat, których nikt nie dożyje, a wtedy ponad 2 bln zł długów emerytalnych państwa zwyczajnie nie będzie wymagało spłacenia.

Co do wszelkich przywilejów emerytalnych, musi być przestrzegana zasada, że są one finansowane przez beneficjentów, a nie z podatków. Zarówno państwo, jak i pracodawcy muszą dokładnie wiedzieć, ile dany przywilej kosztuje – i musi on być odpowiednio opłacony w postaci wyższej składki. Możliwe, że beneficjenci będą wówczas woleli otrzymywać wyższe wynagrodzenia, a niższe świadczenia emerytalne, ale z możliwością wcześniejszego rozpoczęcia ich wypłacania, czyli pobierania emerytur przez dłuższy okres.

Jeśli chodzi o świadczenia kapitałowe, należy dążyć do realnej konkurencji między funduszami. Przykładowo, należy się zabezpieczyć przed tym, by ich pomysłem na prowadzenie biznesu było wzajemne kopiowanie struktury inwestycji – nawet jeśli odbędzie się to kosztem ograniczenia zakresu publicznie dostępnych informacji na ten temat. Niewątpliwie w przypadku OFE kluczowe znaczenie ma także obniżanie różnego rodzaju kosztów transakcyjnych oraz ściślejszy nadzór nad transakcjami na rynku kapitałowym, aby nie było pokusy transferowania środków, np. poprzez sprzedaż aktywów po zaniżonych cenach. Trzeba też ograniczać możliwość inwestycji zagranicznych, wiążących się ze zwiększonym ryzykiem i ograniczeniem nakładów na tworzenie miejsc pracy w kraju.

Wreszcie, powinno się pilnie umożliwić tanie i efektywne dodatkowe ubezpieczanie się. To niewyobrażalne, dlaczego do tej pory nie istnieje możliwość płacenia wyższej składki do OFE dla tych, którzy chcą mieć wyższe emerytury. Ponadto powszechne powinny być pracownicze programy emerytalne.

Jaką widzi Pan tutaj rolę państwa?

Wiedząc, że świadczenia będą niskie, powinno się zabezpieczyć własnych pracowników. Tymczasem państwo doprowadziło do absurdalnej sytuacji, że tym, którzy chcieliby w sektorze publicznym uruchomić jakiś dodatkowy program emerytalny, prawo tego nie umożliwia.

Dodatkowe świadczenia na rzecz pracowników sfery publicznej byłyby wyraźnym sygnałem, że emerytury będą niskie i że należy o nie zadbać. Niewątpliwie odbiłoby się to głośnym echem i spowodowało parcie w sektorze prywatnym, żeby tworzyć pracownicze programy emerytalne. My jednak wszystko robimy na odwrót. Poddajemy się lobbingowi instytucji finansowych i nie kształtujemy dla nich konkurencyjnego rynku, kosztem świadczeniobiorców i rozwoju kraju. Ulegamy różnym grupom interesów, przyznając im przywileje emerytalne bez żadnego pokrycia w aktywach, a więc stanowiące zobowiązania podatkowe przyszłych pokoleń. Nie dbamy o wysokość świadczeń emerytalnych, utrzymując ludzi w przekonaniu, że będą one wyższe, niż wiemy, że będą – a na koniec jeszcze odbieramy im środki, które zgromadzili. A na to wszystko nakłada się niefrasobliwość, jeśli chodzi o to, aby w przyszłości mieć jakichkolwiek podatników. W świecie swobody przepływu pracowników młodzi ludzie będą uciekali do bardziej przyjaznych systemów podatkowych i lepiej funkcjonujących organizacji gospodarczych.

Podkreślał Pan wielokrotnie, że bardzo poważnie zakłócony jest proces wyboru funduszy.

Po pierwsze, nastąpiło daleko idące ograniczenie konkurencji, na co złożyły się m.in. procesy konsolidacyjne oraz wzrost kosztów funkcjonowania tych instytucji wskutek błędnej decyzji o prywatyzacji giełdy, mającej monopol na bycie płaszczyzną sprzedaży i zakupu aktywów. Po drugie, w przeciwieństwie do innych segmentów rynku finansowego, występują istotne utrudnienia w przenoszeniu się z jednego OFE do drugiego. Można to zrobić jedynie drogą elektroniczną, co w połączeniu z zakazem akwizycji oraz opłatą karną za zmianę funduszu petryfikuje strukturę rynku. Utrudnione jest także porównywanie wyników finansowych poszczególnych funduszy. Powinny być one prezentowane częściej i nie za cały okres pobierania składek, lecz w sposób ukazujący rentowność w ujęciu rocznym, tak jak w przypadku naszych inwestycji w systemie bankowym. Jedynie do pewnego stopnia zrealizowano wielokrotnie zgłaszany postulat, aby ludzie, którzy nie zdecydowali się na żaden fundusz, byli lokowani w tych osiągających najlepsze wyniki.

Uderza fakt, że specjaliści bardzo różnie odpowiadają na pytanie o wysokość przyszłych emerytur, choć wysokość odprowadzanych składek jest przecież znana. Czy w ramach systemu kapitałowego tego rodzaju niepewność jest „złem koniecznym”, czy też można ją znacząco zredukować bez szkody dla świadczeniobiorców?

Wiarygodne szacunki nie są nagłaśniane, z przyczyn politycznych – i jest to skandal! Uwidoczniło się to bardzo wyraźnie już dziesięć lat temu, przy okazji likwidacji Urzędu Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi. Zaprezentowaliśmy wtedy opinii publicznej niski wymiar przyszłych świadczeń w porównaniu z ostatnią płacą. Chcieliśmy w ten sposób pokazać, jak istotna jest większa efektywność części kapitałowej, ale także zwrócić uwagę na konieczność dodatkowego zabezpieczenia, czy to w postaci pracowniczych programów emerytalnych, czy też indywidualnych oszczędności. Reakcją nie było zrozumienie, lecz krzyczące nagłówki gazet. Na drugiej stronie „Gazety Wyborczej” znalazło się wytłuszczone „Nie straszyć” – stwierdzenie ówczesnego wicepremiera Hausnera, który powiedział wprost, że gdyby mógł mnie odwołać, to już by to zrobił. Tymczasem brak ukazania, jaką wysokość mogą mieć emerytury, jest poważnym błędem, ponieważ uniemożliwia, a na pewno utrudnia ludziom podejmowanie racjonalnych decyzji co do wydatków i oszczędności na przyszłość.

Drugim aspektem jest kwestia zabezpieczeń dających zwiększoną pewność co do wysokości emerytur. W systemach typu pay-as-you-go świadczenia są proporcjonalne do ostatniej płacy lub średnich płac z jakiegoś okresu. Systemy takie, jako nieskapitalizowane, załamują się w sytuacji, gdy świadczeniobiorców przybywa, a podatników ubywa – mają wówczas miejsce bolesne dostosowania. W ramach systemów kapitałowych również można wprowadzić zdefiniowane świadczenie, jednak musi być ono okupione zwiększonymi kosztami. W praktyce oznaczałoby to świadczenia bardziej pewne, ale o niższej wysokości, ponieważ fundusze pobierałyby dodatkowe prowizje o charakterze ubezpieczeniowym.

Oczywiście w systemach kapitałowych istnieje naturalna tendencja do odchodzenia od zdefiniowanego świadczenia na rzecz zdefiniowanej składki. Jest to spowodowane tym, że podmioty, które gwarantowały wysokość świadczeń, odpowiadały za nie całym swoim majątkiem. W efekcie w sytuacji, gdy rentowność ich inwestycji na rynku kapitałowym spadała, np. wskutek przeszacowania wartości aktywów, musiały z własnych środków pokrywać różnicę.

Bez wątpienia państwo powinno w jakiś sposób gwarantować obywatelom pewien minimalny dochód. Zresztą jeśli chodzi o emerytury, to pierwotnie zaproponowane rozwiązania uważam za dobre. Należy dbać, żeby ludzie wiedzieli, ile mniej więcej będą wynosić ich świadczenia, a przede wszystkim nie odbierać im praw i oszczędności, które już mają. Jeśli zaś chodzi o system finansowy, należy dążyć do tego, żeby ci, którzy zarządzają naszymi pieniędzmi, byli pod dużą presją, by jak najefektywniej je inwestować – z korzyścią zarówno dla wysokości emerytur, jak i dla samych siebie.

Wśród krytyków obecnego systemu stosunkowo głośni są zwolennicy „systemu kanadyjskiego”, opartego o ideę tzw. emerytury obywatelskiej.

Uważam, że cała sekwencja zmian w systemie emerytalnym – przerzucenie pieniędzy z OFE do ZUS-u (a więc z miejsca, gdzie posiadają pokrycie w aktywach, do instytucji opartej na podatkach), podniesienie składek rentowych bez uwzględnienia, że renciści mają także środki na kontach emerytalnych, wprowadzenie waloryzacji kwotowej, podwyższenie wieku emerytalnego – prowadzi ostatecznie do jakiejś formy emerytury obywatelskiej, o wysokości w znacznej mierze uzależnionej od aktualnej kondycji finansowej państwa. A ona będzie się pogarszać (ze względów demograficznych) i zawsze będzie się okazywało, że środków w budżecie jest za mało. W efekcie będziemy dostawali coraz niższe świadczenia, aż w końcu politycy dojdą do wniosku, że najlepiej dać wszystkim po równo. Na początku będzie to korzystne dla najbiedniejszych, niemniej po kolejnych obniżkach wszyscy będą biedakami. Ludzie niezależnie od tego, ile odłożyli na emerytury, będą żyli w bardzo złych warunkach, a nieliczne młode pokolenia i tak nie będą chciały ponosić wydatków związanych z ich utrzymaniem i wybiorą emigrację.

Wspomniane rozwiązanie jest szalenie niesprawiedliwe także dlatego, że premiuje tych, którzy uciekają od wszelkich składek. Zauważmy, że 98% przedsiębiorców płaci je w minimalnej wysokości. Pracownicy najemni są opodatkowani wyżej, a dostaną takie same świadczenia jak ci, którzy w ogóle nie odkładają na przyszłe emerytury.

Nie porównujmy się do Kanady. Gdybyśmy byli na ich poziomie rozwoju, wówczas moglibyśmy rozmawiać o emeryturze obywatelskiej, jako dodatku do oszczędności odłożonych na starość.

Jest Pan zwolennikiem emerytur rodzinnych. Jakie są argumenty za wprowadzeniem tego rozwiązania i na czym w praktyce miałoby ono polegać?

Ze względu na poprawność polityczną, która chce zaprzeczyć faktowi, że mężczyźni żyją krócej, forsuje się tablice długości życia uśrednione dla obu płci. Instytucje emerytalne, zmuszone do funkcjonowania w tym wirtualnym świecie, zaczynają dyskryminować kobiety, np. utrudniając im rejestrację. Chcą mieć w portfelach jak najwięcej mężczyzn, gdyż wówczas oszczędzają: emerytury o określonej wysokości wypłacają przeciętnie o kilka lat krócej. Co więcej, znacznie rosną koszty systemowe, ponieważ ubezpieczyciele muszą wziąć pod uwagę ryzyko, że w swoim portfelu będą jednak mieli więcej kobiet. Wszelkiego typu upolitycznione transfery, jakie są proponowane, poza kosztami systemowymi są także podatkiem, który ma płacić tylko jedna płeć, mężczyźni – co jest dodatkowym absurdem.

W przypadku emerytury rodzinnej stosuje się tablice realnej długości życia obu płci, pozwalając jednocześnie, żeby w sytuacji, gdy jedno z małżonków umrze, a drugie jest w wieku emerytalnym, świadczenie podlegało dziedziczeniu. Gdy instytucja finansowa zabezpiecza świadczenie dla obojga małżonków, nie ma możliwości dyskryminowania kobiety.

Emerytura rodzinna jest rozwiązaniem, które nie tworzy sztuczności na rynku kapitałowym, a więc jest tańsze. Jest ono również o tyle sprawiedliwe i logiczne, że przecież wiadomo, iż dochody małżonków służą zaspokajaniu potrzeb całej rodziny.

Jakie inne rozwiązania o charakterze prorodzinnym mógłby uwzględniać system emerytalny?

Zacznijmy od tego, że od działań prorodzinnych uzależnione jest to, czy w ogóle przetrwamy jako naród i społeczeństwo, oraz jaka będzie przyszła kondycja finansowa naszego państwa. Mówimy dużo o emeryturach, ale przecież główne problemy w przypadku starzenia się społeczeństwa to lawinowy wzrost kosztów i pogorszenie dostępu do służby zdrowia, co w zderzeniu z niskimi świadczeniami grozi katastrofą społeczną. Dlatego nie powinno się opodatkowywać wydatków na dzieci, bo to tak, jakbyśmy postanowili opodatkować nakłady inwestycyjne przedsiębiorstw. Płacimy co miesiąc ok. tysiąca złotych różnego typu podatków i składek na osobę, niezależnie od wieku – z czego wynika, że mniej więcej tyle wynosi niepotrzebne, antyrodzinne opodatkowanie dzieci. Póki jeszcze młodzież z wyżu czasów „Solidarności” może je mieć – bo za chwilę się okaże, że z przyczyn biologicznych już nie może – powinniśmy na każde z nich wypłacać co najmniej pięćset złotych ryczałtowego, miesięcznego zwrotu podatkowego.

Powinna zostać zbudowana cała sfera przywilejów dla rodzin, wśród których rzeczą naturalną byłaby jakaś forma becikowego dla matki. Zaproponowałem, żeby był to zapis ZUS-owski w wysokości 10 tysięcy złotych (waloryzowanych), dokonywany przy urodzeniu każdego dziecka. W przyszłości przecież swoimi podatkami i składkami sfinansuje ono wypłatę tego świadczenia, a możliwe, że samo także będzie miało dzieci. Byłoby to zatem swego rodzaju perpetuum mobile, a jednocześnie sposób na zrekompensowanie matkom okresowej przerwy w pracy.

Wspomniane 10 tys. zł mogłoby być również wykorzystywane wcześniej, np. na wkłady mieszkaniowe lub wydatki związane z kształceniem, aby jednak nie były to pieniądze bez pokrycia, musiałyby być wypłacane z konta w OFE. Kluczowe jest nie tylko, żeby te dzieci w ogóle były, ale również, aby otrzymały jak najlepsze wykształcenie, gdyż jeśli uzyskają w przyszłości wyższe płace, to będą odprowadzały wyższe składki.

Innym rozwiązaniem ukazującym zależność wysokości świadczeń zdrowotnych i emerytalnych od tego, czy mamy dzieci, mogłoby być przekazywanie części składki, którą odprowadzamy do ZUS, na konta emerytalne naszych dziadków, może także pradziadków czy rodziców, w równej wysokości. Dostawaliby pod­wyżki, kiedy nam by się lepiej powodziło, a jednocześnie dla tych, którzy nie mieliby dzieci, byłoby jasne, że muszą dodatkowo oszczędzać. Mechanizm ten stanowiłby ponadto przypomnienie, że tak naprawdę całość wspomnianej składki jest świadczeniem na rzecz starszego pokolenia.

Powinien zostać zbudowany kompleksowy program prorodzinny, który jednocześnie na konkretnych przykładach ukazywałby, że jeśli nie będziemy mieli dzieci, to nie liczmy na to, że kraj będzie się rozwijał, a nam będzie się lepiej żyło.

Jakie kwestie poza polityką prorodzinną obejmuje odpowiedzialne myślenie o przyszłości kraju?

Polityka gospodarcza powinna być budowana na solidnym fundamencie zasad etycznych, ponieważ bez tego żadnej naprawy nie będzie. Musi opierać się na trzech filarach: polityce prorodzinnej, tworzeniu miejsc pracy i budżecie zadaniowym, czyli optymalizacji wydatków publicznych.

Musimy wiedzieć, w którym miejscu chcemy być, oraz co powoduje powstawanie miejsc pracy o dużej wartości dodanej – w te dziedziny trzeba zainwestować. Ale żeby to zrobić, musimy posiadać budżet zadaniowy, w ramach którego patrzy się na wydatki z punktu widzenia tego, czy w przyszłości zwrócą się w postaci większej bazy podatkowej i wpływów z podatków.

W przypadku państwa powinniśmy działać analogicznie do racjonalnych przedsiębiorstw: nie patrzeć na to, czy w każdym momencie bilansuje nam się budżet, lecz przyjmować te projekty, które zaowocują większymi dochodami. Inaczej nie zbudujemy infrastruktury wzrostu, jaką mają kraje wysoko rozwinięte. Problem polega na tym, że niezbędne inwestycje można sfinansować jedynie na dwa sposoby: z dochodów podatkowych lub pożyczając pieniądze. Jeśli z tej drugiej opcji zrezygnujemy – bo gdy pożyczymy pieniądze, to wyjdzie nam deficyt budżetowy, który jest zakazany – to pozostanie tylko wzrost wymiaru podatków. W sytuacji swobody przepływu osób wyższe podatki nasilą ucieczkę pracowników z naszego kraju.

Obecnie mamy bardzo nieefektywny system budżetowy. W krótkiej perspektywie „nie opłaca się” mieć dzieci, więc ich nie mamy – do prostej zastępowalności pokoleń brakuje nam ich 3,5 miliona – mimo że to one są zabezpieczeniem naszej przyszłości finansowej w wymiarze indywidualnym oraz całego państwa. Powoli rezygnujemy z publicznej służby zdrowia, ponieważ nas na nią „nie stać”, tymczasem możliwe, że nakłady na zdrowie obywateli mogłyby z czasem się zwrócić, o ile dotyczyłyby dzieci i osób aktywnych zawodowo. Nie znajduje się pieniędzy na odpowiednie kształcenie młodego pokolenia, mimo że w przypadku osób lepiej wykształconych wpływy z podatków są wyższe.

Powinniśmy wrócić do niezrealizowanego programu gospodarczego Prawa i Sprawiedliwości z 2005 r. Poszliśmy bardziej liberalną drogą i już widać tego konsekwencje: wyż „solidarnościowy” nie ma dzieci. Jeśli w ciągu najbliższych dwóch lat nic nie zostanie zrobione, to późniejsze naprawy będą nas kosztowały więcej wyrzeczeń.

Może jednak poważne wyrzeczenia są nieuniknione? Zasada, by w starzejącym się społeczeństwie wzrastały obciążenia na rzecz solidarnościowego komponentu systemu emerytalnego, wydaje się słuszna z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej.

Koncentrowanie debaty na aspekcie solidarnościowym zamiast na polityce prorodzinnej, powoduje niestety, że wspólnym mianownikiem staje się dążenie do obniżenia świadczeń emerytalnych – najpierw tych najwyższych, a z czasem wszystkich.

Działania określane jako naprawcze omijają główny problem, jakim jest brak osób młodych, które będą pracować na świadczenia rodziców i dziadków. Tej kwestii kolejne rządy w ogóle nie podejmowały, a obecnie podchodzą do systemu emerytalnego z punktu widzenia syndyka masy upadłościowej: po prostu rozdają to, co zostało. Gdyby wspierano rodziny, mogliby tę „firmę” naprawić, tymczasem z bankruta niewiele można wycisnąć, nawet pod hasłami solidarnościowymi.

Odpowiedź na pytanie, jak wyjść z tego pata, została opracowana ponad 10 lat temu w raportach UNFE: „Bezpieczeństwo dzięki konkurencji”, „Bezpieczeństwo dzięki zapobiegliwości” i „Bezpieczeństwo dzięki emeryturze”. Niestety, nie było i nie ma woli politycznej do implementacji proponowanych rozwiązań. Dlatego pozostaje nam jedynie przyglądanie się, jak kasandryczne przewidywania co do głodowych warunków życia spełniają się punkt po punkcie…

W krajach kojarzonych z welfare state spotkać można zarówno aktywną politykę prorodzinną (tu np. Francja), jak i odpowiedniki naszych OFE (Szwecja). Czy jakaś forma tradycyjnego państwa opiekuńczego, uzupełnionego o wszystkie te elementy, o których Pan wspominał, może być trwałym modelem na dzisiejsze czasy – alternatywą wobec kolejnych reform w duchu liberalnym?

Proponowane rozwiązania są modelem mieszanym. Nam jednak grozi, że zestarzejemy się, zanim wzbogacimy. I zamiast welfare state pozostanie liberalno-solidarnościowe „klepanie biedy”. Wiadomo, że wzrost gospodarczy i innowacyjność generują dwudziesto- i trzydziestolatkowie; czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie mogą co najwyżej zachowywać aktywność gospodarczą. A pozostali? Sześćdziesięciolatkowie i starsi nie będą generować wzrostu, tego możemy być pewni. Zmuszając przedsiębiorców, żeby zatrudniali 60-latków, a nawet 67-latków, wymuszamy tym samym ogromne nakłady na stanowiska pracy, których utrzymywanie się nie opłaca. Nie łudźmy się! Globalizacja ma to do siebie, że jeśli przedsiębiorcy będą mieli do wyboru zatrudnianie starszych ludzi w Europie lub młodych w innych częściach świata, to wybiorą tę drugą opcję. Przeniosą działalność np. do Indii i żadne akcje na rzecz „niedyskryminowania starszych pracowników” nic tutaj nie pomogą. Te procesy są znane, a jednak rząd nie wyciąga z nich żadnych wniosków.

Nie widać też spójności w jego działaniach. Z jednej strony podnosi wiek emerytalny, z drugiej – nic nie wspomina o zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia, aby 60-latkowie rzeczywiście mogli pracować. Tymczasem Unia wymaga uelastycznienia rynku pracy, aby przedsiębiorstwa były bardziej konkurencyjne, ale za to pracownicy łatwiej zwalniani. Wyobraźmy sobie tę armię starych, chorych ludzi, bezrobotnych i bez świadczeń emerytalnych! Wszyscy oni znajdą się na utrzymaniu swoich nielicznych dzieci.

Na polską rodzinę przypada obecnie nieco ponad jedno dziecko. Następne pokolenie, o połowę mniej liczne, musiałoby mieć po czwórce dzieci, aby to nadrobić. To nierealne. W praktyce z Polski zostanie tylko nazwa, jak została nazwa Burgundii, chociaż narodu już nie ma. Proces europeizacji zagłuszył w nas instynkt narodowy. Protestujemy przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego, co i tak nic nie da, bo arytmetyka procesów demograficznych jest nieubłagana, a jednocześnie godzimy się na antyrodzinną, antyurodzeniową i proemigracyjną politykę kolejnych rządów. W efekcie starsze pokolenie, coraz bardziej dominujące liczebnie, będzie przejadać środki młodych rodzin na utrzymanie dzieci. To starsze pokolenie to właśnie my, którzy dziś decydujemy w Polsce i zachowujemy się jak hulaka, który przepija majątek, zadłuża się za granicą, oszczędza na posiadaniu dzieci i kradnie pieniądze na renty i emerytury młodych. A potem poprosi, żeby go utrzymywać. Tylko kogo?

Kiedy 30 lat temu wprowadzano w Polsce stan wojenny, rosyjski opozycjonista Władimir Bukowski nazwał go „samookupacją”. Stwierdził, że wyrządził on nam wielką szkodę ekonomiczną i demograficzną, gdyż w jego następstwie olbrzymia liczba Polaków na zawsze opuściła swój kraj. Prowadzimy samookupację, osłabiamy się. Własną polityką spowodowaliśmy, że 2 miliony Polaków wyemigrowały, 3,5 miliona dzieci nie urodziło się, a na koniec podpisaliśmy Traktat Lizboński, który uzależnia siłę głosu danego kraju w Unii od liczby ludności. To proces samolikwidacji.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 5 czerwca 2012 r.

Nic nie jest takie, jakim się wydaje

Gdyby zapytać kogokolwiek spośród osób tworzących debatę publiczną o chęć zmierzenia się z niewygodnymi faktami, o zdolność do zmiany opinii pod wpływem nieznanych wcześniej informacji, o umiejętność rewizji dotychczasowego światopoglądu, sądzę, że niemal wszyscy odpowiedzą podobnie: tak, jestem do tego gotów. Nikt nie chce być – i we własnym mniemaniu nie jest – dogmatykiem i „betonem”, nikt nie ma skostniałego umysłu i takich poglądów. Ba, wiele osób obraziłoby się na samą wątpliwość, czy tak właśnie jest.

W praktyce wynika z tego jednak zazwyczaj niewiele. Niemal każdy taki nie-dogmatyk „wie lepiej”, jak jest „naprawdę”, a poglądy odmienne są niemądre, fałszywe, nieprzemyślane, szkodliwe i „oszołomskie”. Nie dotyczy to bynajmniej tylko gadających i piszących głów z mainstreamu. Swoją „polityczną poprawność” mają też grupki różnych „dysydentów”, kontestujących dominujący światopogląd. Oni też „wiedzą lepiej”. Skrajna lewica ma swoje dogmaty, skrajna prawica swoje, jednakowo ukochane i ugruntowane. Bywa i tak, że im bardziej marginalna jest dana grupa, tym mocniej trzyma się swoich poglądów, bo bez nich nie istnieje. Z kolei mainstreamowy dyspozycyjny dziennikarz, polityk czy „ekspert” powie czasami coś zaskakującego, gdy w jego środowisku trwa wojenka o wpływy i podział łupów lub gdy po prostu spłaci ostatni kredyt i na chwilę przypomni sobie, że potrafi oddychać pełną piersią.

Cytując klasyka: piszę bom smutny i sam pełen winy. Wszyscy bywamy zakładnikami własnych poglądów i środowisk głoszących je wraz z nami. Umysły nas wszystkich mają skłonność do kostnienia. Wszyscy czasami wolimy ugryźć się w język czy nacisnąć klawisz backspace na klawiaturze. Nie rzucę pierwszy kamieniem, bo w tej kwestii zbyt wiele ich już jest w powietrzu.

Bieżący numer „Nowego Obywatela” przynosi sporą dawkę tekstów przeznaczonych dla osób, które zamiast utwierdzać się w swoich zawsze słusznych poglądach chciałyby się czasami zmierzyć z czymś, co niekoniecznie idealnie pasuje jako kolejny element układanki. Są wśród nich m.in. tezy idące pod prąd również tego, co my sami głosimy na co dzień. Na przykład, że choć podnoszenie wieku emerytalnego wymaga wielu działań osłonowych, to jednak dokonuje się w wielu krajach Europy. Że oprócz publicznej służby zdrowia istnieją ciekawe przykłady samoorganizacji pacjentów. Że są państwa, w których związki zawodowe najszybciej rozwijają się wśród pracowników z „dziwnych” profesji i branż. Że w ekonomii ważne są nie tylko rozwiązania prospołeczne, ale także wiara w człowieczą moc oraz duża dawka optymizmu, który potrafi góry przenosić.

Oczywiście są wśród tych tekstów również i wymierzone w mity i komunały głównego nurtu. Jeden z autorów wykazuje, że Polska nie jest gospodarczą „zieloną wyspą”, lecz obszarem zapaści cywilizacyjnej w kilku istotnych dziedzinach. Inny artykuł przekonuje, że nasz białoruski sąsiad nie musi i nie powinien wybierać między ponurym satrapą a „wolnością” w postaci banków i wielkich koncernów. Kolejny z tekstów wskazuje, że kraje Europy Środkowo-Wschodniej nie stały się – wbrew legendzie o transformacji zakończonej sukcesem – ani demokratyczne, ani suwerenne, ani „przyjazne” obywatelom. Nasza rozmówczyni-
-naukowiec obnaża mit, jakoby ekonomia stanowiła coś w rodzaju zbioru wzorów matematycznych, w które wystarczy wstawić ten sam zestaw cyfr, aby zawsze i wszędzie otrzymać spodziewany wynik.

Jednak szczególnym wyzwaniem dla Czytelników przyzwyczajonych do poglądów i rozwiązań, które propagujemy, będzie, jak sądzę, wywiad otwierający niniejszy numer. Cezary Mech dzieli się z nami przemyśleniami stawiającymi na głowie wiele przekonań na temat systemu emerytalnego, finansów państwa, rozwiązań socjalnych, polityki prorodzinnej, a szerzej – tego, jak wyobrażamy sobie kondycję Polski i jej możliwe scenariusze rozwojowe. Nie ukrywam, że cała redakcja miała i ma nadal ciężki orzech do zgryzienia po przeczytaniu zapisu tej rozmowy.

Otwarte umysły? Brak dogmatów? Niezależne poglądy? Zapraszam do lektury. Nikt nie obiecywał, że będzie lekko.

Kapitalizm i przekleństwo wydajności energetycznej

Kapitalizm i przekleństwo wydajności energetycznej

Przekleństwo wydajności energetycznej, znane jako paradoks Jevonsa, to zjawisko opisane po raz pierwszy przez Williama Stanleya Jevonsa w XIX w. Zjawisko polega na tym, że wzrost wydajności energetycznej, a także bardziej wydajne wykorzystywanie zasobów, nie prowadzi do zachowania tychże, lecz do ich zwiększonego zużycia.

Chociaż teoria ta była zapomniana przez większą część XX wieku, w ostatnich dziesięcioleciach została odkryta na nowo i jest istotnym głosem w debacie dotyczącej ochrony środowiska.

Wiek XIX był wiekiem węgla. To właśnie węgiel napędzał brytyjski przemysł, a więc i całe Imperium. W 1863 r. przemysłowiec sir William George Armstrong w mowie skierowanej do Brytyjskiego Stowarzyszenia Popierania Rozwoju Nauki zastanawiał się, czy wiodąca w skali świata pozycja Wielkiej Brytanii w produkcji przemysłowej nie jest zagrożona perspektywą wyczerpania się dostępnych rezerw węgla. W tamtych czasach nie prowadzono jeszcze rozległych badań na temat zużycia węgla i jego wpływu na wzrost gospodarczy.

Odpowiedzi Armstrongowi udzielił William Stanley Jevons, jeden z twórców neoklasycznej szkoły ekonomii, w książce „Problem węgla. Rozwój narodowy a prawdopodobne wyczerpanie się zasobów naszych kopalń” („The Coal Question: An Inquiry Concerning the Progress of the Nation, and the Probable Exhaustion of Our Coal-Mines”, 1865). Jevons twierdził, że rozwój brytyjskiego przemysłu jest uzależniony od taniego węgla. Wzrost cen surowca – spowodowany koniecznością sięgania po niego coraz głębiej – doprowadzi prawdopodobnie „w ciągu jednego pokolenia” do utraty „dominacji handlowej i produkcyjnej”, a „w ciągu stulecia” do „bezruchu” w gospodarce. Nie zmieni tego jego zdaniem ani postęp technologiczny, ani zastępowanie węgla innym źródłem energii.

Książka Jevonsa zyskała szeroki rozgłos. John Herschel, ważna postać brytyjskiej nauki, zgadzał się z Jevonsem, pisząc: W stale rosnącym tempie trwonimy nasze zasoby i podwyższamy poziom życia – prędzej czy później musi nadejść straszny dzień zapłaty. W kwietniu 1866 r. John Stuart Mill chwalił „Problem węgla” w Izbie Gmin, skłaniając się jednocześnie ku pomysłowi Jevonsa, by w odpowiedzi na kurczenie się złóż tego ważnego surowca zmniejszyć dług publiczny. Sprawę podjął również ówczesny minister skarbu William Gladstone, który wezwał parlament do działań na rzecz zmniejszenia zadłużenia, uzasadniając to obawą przed rychłym wyczerpaniem się zasobów węgla. Nic zatem dziwnego, że książka Jevonsa szybko stała się bestsellerem.

W swoich obliczeniach autor jednak bardzo się pomylił. Produkcja węgla w Wielkiej Brytanii zwiększyła się w ciągu 30 lat od publikacji książki – wraz ze wzrostem popytu – ponad dwukrotnie. W tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych wzrosła ona dziesięciokrotnie, pozostając jednak nadal na poziomie niższym niż w Wielkiej Brytanii. Mimo to, na przełomie wieków nie wybuchła żadna panika na tle obaw przed wyczerpaniem się dostępnych zasobów surowca. Zasadniczym błędem Jevonsa – w którym nie był osamotniony wśród wybitnych postaci swoich czasów – była nieumiejętność przewidzenia takich alternatywnych źródeł energii dla przemysłu, jak ropa naftowa czy elektrownie wodne. W 1936 r., siedemdziesiąt lat po sensacji, jaką w parlamencie wzbudziła książka Jevonsa, John Maynard Keynes odniósł się do wizji autora, oceniając, że prognozy na temat spadku dostępności węgla były naciągane i przesadzone. Można by jeszcze dodać, że perspektywa Jevonsa była dość wąska.

Paradoks Jevonsa

Sam paradoks Jevonsa jest jednak w ekonomii ekologicznej wciąż uważany za przełomowy. W rozdziale siódmym „Problemu węgla”, zatytułowanym „O ekonomii paliwa”, Jevons odniósł się do popularnego poglądu, że nowe, bardziej efektywne i oszczędne sposoby wykorzystania węgla rozwiążą problem zmniejszającej się dostępności tego surowca, oraz że pożytek z węgla można zwielokrotnić, utrzymując jego zużycie na takim samym poziomie lub nawet je zmniejszając. Jevons zdecydowanie odrzucił ten pogląd, stwierdzając, iż bardziej efektywne wykorzystywanie węgla prowadzi – wbrew temu, czego można by się spodziewać – jedynie do zwiększonego popytu na ten surowiec.

Wraz ze wzrostem wydajności następuje bowiem dalsza ekspansja ekonomiczna.To wielkie nieporozumienie przypuszczać, że oszczędne wykorzystywanie paliwa równa się jego zmniejszonemu zużyciu. Jest wprost odwrotnie. Nowe, bardziej ekonomiczne sposoby gospodarowania prowadzą do zwiększonego zużycia danego zasobu. Pokazują to doświadczenia z wielu podobnych przypadków. […] Tym bardziej tyczy się to tak powszechnie wykorzystywanego surowca jak węgiel. To właśnie bardziej efektywne gospodarowanie węglem prowadzi do jego zwiększonego zużycia – pisał.

Opisując szczegółowo rozwój silników parowych, autor „Problemu węgla” wskazywał, iż każde usprawnienie w ich produkcji sprawiało, że były bardziej wydajne pod względem termodynamicznym. Wraz z ulepszeniami wzrastało jednak zużycie węgla. Silnik Savery’ego, jeden z pierwszych silników parowych, miał tak niską wydajność, że – jak stwierdził Jevons – nie opłacało się go używać; jego współczynnik spalania był tak wysoki, że nie zużywał on węgla wcale. Kolejne modele, takie jak słynna maszyna parowa Watta, były bardziej wydajne, co sprawiało, że zapotrzebowania na węgiel rosło. Za każdym razem, gdy do użytku zostaje wprowadzony ulepszony silnik, zużycie węgla wzrasta. Jest to bowiem bodziec dla każdej gałęzi przemysłu – praca robotników zastępowana jest przez pracę maszyn, a duże przedsięwzięcia, które wcześniej były nieopłacalne ze względu na wysoki koszt energii parowej, mogą zostać zrealizowane.

Chociaż Jevons uważał, że paradoks ten dotyczy nie tylko węgla, w swej książce skoncentrował się właśnie na tym surowcu, który postrzegał jako główny czynnik industrializacji i bodziec dla branż dóbr inwestycyjnych. Węgiel był nie tylko paliwem dla nowoczesnych silników parowych. W połowie XIX w. stanowił także główny surowiec wykorzystywany w wielkich piecach wytapiających żelazo – najważniejszy produkt przemysłu i fundament dominacji gospodarczej1. Z racji ogromnego rozwoju tej branży, w 1870 r. Wielka Brytania, nazywana „warsztatem świata”, odpowiedzialna była za produkcję mniej więcej połowy żelaza na ziemi. Wzrost wydajności w wykorzystaniu węgla sprawił, że można było wyprodukować więcej żelaza. To doprowadziło do rozwoju całego przemysłu, a więc do wzrostu zapotrzebowania na węgiel.

Jevons ujął to w następujący sposób: Jeśli ilość węgla zużywanego w wielkim piecu zmniejszy się w stosunku do ilości gotowego produktu, zysk sektora wzrośnie, przyciągnie to nowy kapitał, cena surówki spadnie, ale popyt na nią wzrośnie. Wraz ze wzrostem liczby pieców – mimo większej wydajności każdego z nich – zużycie węgla zwiększy się. Nawet jeśli nie zawsze dzieje się tak w przypadku pojedynczej gałęzi przemysłu, należy pamiętać, że rozwój dowolnej gałęzi jest bodźcem dla nowej aktywności w większości pozostałych. To prowadzi pośrednio, jeśli nie bezpośrednio, do zwiększonego wydobycia naszego węgla.

Takie spostrzeżenie było wówczas niezwykle istotne. Zdawano sobie bowiem sprawę, że rozwój przemysłowy uzależniony jest od możliwości taniej produkcji żelaza. Mniejsza ilość węgla potrzebnego w piecach oznaczała ekspansję przemysłową, zwiększenie zdolności produkcyjnej, zawładnięcie nowymi rynkami, a także – w efekcie – wzrost zapotrzebowania na czarne złoto. W 1869 r. zużycie węgla przez brytyjski przemysł żelazny i stalowy wynosiło 32 miliony ton i przekraczało poziom jego łącznego zużycia w produkcji ogólnej (28 mln ton) oraz na potrzeby kolei (2 mln ton)2.

Była to era kapitału i przemysłu. O sile gospodarki decydowała wówczas ilość produkowanego węgla i surówki. Produkcja węgla i żelaza rosła w tym czasie w Wielkiej Brytanii w jednakowym tempie – pomiędzy 1830 a 1860 r. potroiła się. Jak stwierdził Jevons: Zaraz po węglu […] fundamentem naszej potęgi jest żelazo. To kręgosłup naszego systemu wytwórczego. Pisarze polityczni słusznie uznawali wynalezienie wielkiego pieca na węgiel za najważniejsze źródło naszego bogactwa […] Produkcja żelaza, surowca, z którego zbudowane są nasze maszyny, jest najlepszym miernikiem naszego bogactwa i potęgi.

Czytając książkę Jevonsa nie można nie dostrzegać wpływu, jaki na przemysł miałoby bardziej wydajne użycie węgla i jego zwiększone wydobycie, do którego by w rezultacie doszło. Ekonomiczność – pisał Jevons – pomnaża wartość i wydajność naszego najważniejszego surowca; nieskończenie zwiększa nasze bogactwa i ilość środków potrzebnych do życia, prowadzi do wzrostu populacji, rozwoju naszych manufaktur i handlu – to wszystko daje nam w tym momencie zadowolenie, ale nie będzie trwało wiecznie.

Prawo naturalne

Opisując węgiel jako „najważniejszy surowiec” dla brytyjskiego przemysłu, Jevons zwrócił uwagę na zastąpienie jednego „produktu podstawowego dla przemysłu” przez inny. Wielki spór wokół ustaw zbożowych pokazał (zwracał na to uwagę już m.in. ojciec Jevonsa, Thomas), że niższa cena produktu podstawowego napędza popyt i ostatecznie prowadzi do niedoborów, co w przypadku zboża oznaczało konieczność jego importu. Pod koniec XIX w. o niedoborze w sensie maltuzjańskim mówiono już jednak nie w kontekście zboża, lecz węgla.

Jevons postawił w swojej książce tezę – zwracał uwagę Keynes – że warunkiem utrzymania dobrobytu i przywództwa gospodarczego przez Wielką Brytanię jest stały rozwój przemysłu ciężkiego, co przełoży się na geometryczny wzrost zapotrzebowania na węgiel. Jevons zaproponował tę zasadę jako uzupełnienie statycznej teorii zasobów Malthusa i nazwał ją naturalnym prawem rozwoju społecznego […] Stąd już tylko krok do zastąpienia w teorii Malthusa zboża węglem.

Jevons podkreślał, że o ile liczba ludności wzrosła od początku XIX w. czterokrotnie, to zużycie węgla wzrosło szesnastokrotnie. Wzrost produkcji węgla był jego zdaniem konieczny dla szybkiego rozwoju przemysłowego, który prędzej czy później musi się skończyć. Autor „Problemu węgla” nie poświęcił uwagi zasadniczej sprzeczności, która jest sednem opisywanego przez niego paradoksu – dynamice akumulacji lub rozszerzonej reprodukcji, właściwym dla kapitalizmu. Jako jeden z pierwszych ekonomistów neoklasycznych, Jevons w odróżnieniu od ekonomistów klasycznych nie skupiał się na klasach i akumulacji. Jego analiza ekonomiczna przybrała formę statycznej teorii równowagi. Jevonsowi brakowało zatem odpowiedniego aparatu pojęciowego, by poradzić sobie z problemami akumulacji i wzrostu gospodarczego.

Przyrost liczby ludności, rozwój przemysłu, a także wzrost zapotrzebowania na węgiel (jako głównego surowca w przemyśle) był zdaniem Jevonsa, który bazował na teorii Malthusa, po prostu wynikiem abstrakcyjnego „naturalnego prawa rozwoju społecznego”. Autor „Problemu węgla”postrzegał kapitalizm nie jako pewien twór społeczny, lecz w kategoriach czegoś naturalnego. Nic więc dziwnego, że wytłumaczenia wciąż rosnącego popytu szukał on w jednostkowym zachowaniu, maltuzjańskiej demografii i mechanizmie cenowym. Zamiast skupić się na motywie zysku, odwoływał się do abstrakcyjnego prawa siły, sformułowanego przez Justusa von Liebiga: Cywilizacja, twierdzi baron Liebig, to ekonomia siły, a naszą siłą jest węgiel. Jevonsowi brakowało też realistycznego spojrzenia na ekonomię i społeczeństwo kapitalistyczne. Świadczy o tym fakt, że siły stymulujące ekspansję gospodarczą i industrializację – a więc prowadzące do wzrostu zapotrzebowania na węgiel – przedstawił on, o dziwo, jako słabe i nierozwinięte.

Przemysłowa dominacja – tak, zrównoważony rozwój – nie

Jevons nie przejmował się ekologią. Zamiast tego martwiła go perspektywa utraty przez Wielką Brytanię dominującej pozycji na świecie. Chociaż poświęcił dużo uwagi problemowi kurczenia się zasobów, nie zastanawiał się nad konsekwencjami, jakie dla środowiska będzie miało wyczerpanie się zasobów energii. Ignorował nawet spowodowane przez produkcję węgla zanieczyszczenie powietrza, ziemi i wody. Milczał również w kwestii chorób zawodowych i niebezpieczeństw czyhających na robotników kopalni i fabryk, w których jest on spalany.

Jevons zakładał po prostu, że masowa degradacja powierzchni ziemi jest czymś naturalnym. Chociaż perspektywa wyczerpania się węgla prowokowała pytanie o możliwość zatrzymania wzrostu gospodarczego, autor ten nie podjął nigdy kwestii zrównoważonego rozwoju. Odnawialne źródła energii, jak woda i wiatr, były w opinii Jevonsa niepewne, ograniczone do konkretnego czasu i przestrzeni. Gospodarka musi jego zdaniem przecież pozostawać w ciągłym ruchu. Węgiel zapewniał natomiast kapitałowi uniwersalne źródło energii zasilające produkcję i nie zakłócające dotychczasowego modelu działalności.

Autor „Problemu węgla” nie znał odpowiedzi na opisany przez siebie paradoks. Wielka Brytania mogła postąpić ze swoim tanim źródłem energii na dwa sposoby: zużyć węgiel szybko lub wolniej. Jevons opowiadał się za pierwszym rozwiązaniem: Jeżeli będziemy ponadprzeciętnie pomnażać nasze bogactwa, zarówno materialne jak i intelektualne, trudno nie docenić korzystnego wpływu, jaki obecnie możemy wywierać [na resztę świata]. Utrzymanie takiej pozycji jest jednak fizycznie niemożliwe. Musimy dokonać historycznego wyboru pomiędzy krótkotrwałą, ale prawdziwą potęgą, a długotrwałą przeciętnością.

Jeżeli stawia się sprawę w taki sposób, wiadomo, co wybrać: ścieżkę chwały dziś i drastyczne obniżenie poziomu życia jutro. Jevons nie wiedział jak zaradzić nieuniknionemu i szybkiemu – jak sam twierdził – wyczerpaniu się krajowych złóż węgla. Brytyjski kapitał i rząd nie widziały zaś alternatywy dla business as usual. Ostatecznie, co ciekawe, książka Jevonsa posłużyła jako argument na rzecz ograniczenia zadłużenia państwa. W obliczu spodziewanego zahamowania wzrostu gospodarczego miał to być środek zapobiegawczy. Jak pisał Keynes: Teza, że trwonimy nasz kapitał naturalny sprowokowała nieracjonalną reakcję, iż potrzebne jest szybkie obniżenie długu publicznego martwego.

Cała uwaga świata polityki skupiła się, jak na ironię, na przedostatnim rozdziale książki Jevonsa, zatytułowanym „Podatki i dług narodowy”. Jevons oraz inne osoby podzielające jego pogląd, jak Mill czy Gladstone, nigdy nie opowiedzieli się za zachowaniem złóż węgla. Engels pisał w jednym z listów do Marksa, że przemysłowy kapitalizm trwoni energię słoneczną z przeszłości, czego dowodem jest, że marnotrawi on nasze zapasy energii, nasz węgiel, kruszec, lasy itd. W analizach Jevonsa próżno szukać podobnych tez. Obcy był mu pogląd, że społeczne stosunki produkcji powinny być kształtowane nie przez pogoń za zyskiem, lecz przez ludzkie potrzeby oraz społeczną i ekologiczną równowagę. Użycie innych niż węgiel paliw kopalnych (jak ropa i gaz ziemny) oraz elektrowni wodnych, a także wykorzystywanie zasobów całej planety, sprawiło, że problemy, które przewidział Jevons, zostały odsunięte w czasie. Dziś, gdy stajemy przed globalnym problemem ekologicznym, paradoks Jevonsa powraca.

Ponowne odkrycie paradoksu Jevonsa

Paradoks Jevonsa był zapomniany przez trzy czwarte XX w. – w erze ropy naftowej. Powrócił w latach 70. wraz z rosnącym niepokojem wywołanym perspektywą wyczerpania się zasobów. Obawy te przybrały na sile podczas kryzysu naftowego lat 1973-74. Wraz z wprowadzeniem pomiarów efektywności energetycznej, ekonomiści zaczęli zastanawiać się nad ich skutecznością. To sprawiło, że na przełomie lat 70. i 80. ponownie zwrócono uwagę na zasadniczą w paradoksie Jevonsa kwestię, którą nazwano efektem zwrotnym.

Jest to pogląd, że wraz ze wzrostem wydajności produkcyjnej cena efektywna danego towaru spada, co prowadzi do zwiększonego popytu na ten towar. W ten oto sposób korzyści z wzrostu wydajności nie przekładają się na zmniejszenie zużycia towaru. Paradoksem Jevonsa nazywano często skrajną postać efektu zwrotnego, gdzie wraz z „oszczędnościami w produkcji” następuje nie spadek, lecz wzrost zużycia danego zasobu. Optymiści przekonywali, że efekt zwrotny jest niewielki, co oznacza, iż problemy ekologiczne można rozwiązać w dużej mierze dzięki innowacjom technicznym. Doprowadzą one do bardziej wydajnego zużycia energii i surowców (dematerializacja). Istnieją jednak mocne dowody na to, że efekt zwrotny jest znaczny.

Na przykład techniczne usprawnienia w pojazdach silnikowych doprowadziły po 1980 r. w USA do 30-procentowego wzrostu średniej liczby mil przejechanych na jednym galonie paliwa. Całkowite zużycie energii przez te pojazdy jednak nie spadło. O ile zużycie paliwa przez jeden pojazd pozostało na tym samym poziomie, o tyle wzrost wydajności sprawił nie tylko, że zwiększyła się liczba samochodów i ciężarówek na drogach (i przebytych mil), ale też ich wielkość i osiągi (przyspieszenie, prędkość itd.). Na autostradach w USA królują teraz samochody sportowo-użytkowe (SUV) i minivany.

W skali makro paradoks Jevonsa ujawnia się w tym, że chociaż wydajność energetyczna (oszczędność zużycia prądu przez dane urządzenia) w Stanach Zjednoczonych po 1975 r. wzrosła dwukrotnie, drastycznie zwiększyło się zużycie energii. Juliet Schor zauważa, że przez ostatnie 35 lat: zużycie energii na dolara PKB zmniejszyło się o połowę. Zapotrzebowanie na energię, zamiast spaść, wzrosło jednak o 40%. Warto dodać, że popyt wzrasta najszybciej w tych sektorach, w których odnotowano największy wzrost wydajności – w transporcie i gospodarstwach domowych. Wydajność lodówek zwiększyła się o 10%, ale liczba tych urządzeń wzrosła o 20%. W lotnictwie zużycie paliwa na milę spadło o ponad 40%, lecz w związku ze wzrostem liczby osobomil, całkowite zużycie paliwa wzrosło o 150%. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku samochodów. Wzrostowi popytu towarzyszył zaś wzrost emisji dwutlenku węgla – w tych dwóch sektorach wyniósł on 40%.

Ekonomiści i ekolodzy, którzy próbują ocenić bezpośredni wpływ wydajności na obniżenie ceny i występowanie efektu zwrotnego, uważają zazwyczaj, że ów efekt jest stosunkowo niewielki. Ich zdaniem, wynosi on 10-30% w branżach, w których zużywane jest dużo energii, takich jak chłodnictwo i ciepłownictwo czy motoryzacja. Gdy jednak weźmie się pod uwagę pośrednie efekty na poziomie makro, paradoks Jevonsa okazuje się bardzo istotny. To właśnie na poziomie makro dają się we znaki efekty skali – zwiększenie wydajności energetycznej może obniżyć efektywny koszt różnych produktów, napędzając całą gospodarkę i zwiększając całkowite zużycie energii. Mario Giampietro i Kozo Mayumi, ekonomiści zajmujący się ekologią, twierdzą, że paradoks Jevonsa może być zrozumiany tylko poprzez model makroewolucyjny, gdzie lepsza wydajność prowadzi do zmian w tablicach przepływów, co ostatecznie prowadzi do wzrostu skali i tempa systemu jako całości.

Analizy paradoksu Jevonsa są zazwyczaj dość ogólne. Autorzy skupiają się w nich na pojedynczych skutkach technologicznych, nie uwzględniając kontekstu historycznego. Tak samo jak Jevons, ignorują oni charakter industrializacji. Brakuje im również realistycznego spojrzenia na rozwój kapitalistyczny, napędzany przez akumulację. System ekonomiczny nastawiony na zysk, akumulację i ekspansję, będzie bez końca wykorzystywał każdy wzrost wydajności oraz każdą redukcję kosztów, by zwiększyć skalę produkcji.Technologiczna innowacyjność jest podporządkowana tym samym ekspansywnym celom. Każdy ze sztandarowych wynalazków wieków XVIII, XIX i XX (tj. silnik parowy, kolej, samochód) był dlatego przełomowy, że stymulował akumulację kapitału i prowadził do wzrostu całej gospodarki. Efekty skali, będące rezultatem ich rozwoju, z konieczności przewyższyły wzrost wydajności technologicznej. Zachowanie zasobów jest co prawda w kapitalizmie niemożliwe, stosunek wyjście/wejście może jednak w procesie produkcji danego dobra zostać zwiększony. Dzieje się tak, ponieważ wszystkie oszczędności są bodźcem dla dalszych inwestycji, oczywiście jeśli dostępne są rynki zbytu. Prawidłowość ta dotyczy zwłaszcza zasobów o zasadniczym znaczeniu dla przemysłu – „produktów podstawowych”, jak pisał Jevons.

Mit dematerializacji

Paradoks Jevonsa to wytwór systemu kapitalistycznego, który w skali makro jest niezdolny do zachowania zasobów naturalnych. System ten dąży wciąż do maksymalizacji przepływu energii i materiału – od źródła do ścieku. Energia zaoszczędzona w kapitalizmie, wykorzystywana jest na dalszy jego rozwój. Jak ujął to Alfred Lotka, zamiast minimalnej produkcji energii, system ten powoduje jej „maksymalną cyrkulację”. Bezwzględna oszczędność energii (w odróżnieniu od względnej) nie leży w naturze kapitalizmu. System ten zaprzedał się bogom produkcji i zysku. Jak szydził Marks: Akumulujcie, akumulujcie! Tak rzecze Mojżesz i prorocy!

Jeżeli spojrzymy na paradoks Jevonsa w kontekście społeczeństwa kapitalistycznego, zobaczymy, iż demaskuje on współczesny mit, że problemy ekologiczne trapiące ludzkość mogą zostać rozwiązane wyłącznie dzięki technologii. Ekonomiści ekologiczni głównego nurtu odwołują się często do zjawiska „dematerializacji” lub „rozdzielenia” (ang. decoupling) wzrostu gospodarczego od zużycia energii i zasobów. Wzrost wydajności energetycznej jest często traktowany jako żelazny dowód na to, że problemy ochrony środowiska przechodzą do przeszłości. Oszczędności materiału i energii w kontekście danego procesu produkcji nie są, jak widzieliśmy na powyższych przykładach, czymś nowym; są one wpisane w rozwój kapitalizmu. Każdy nowy silnik parowy, podkreślał Jevons, był bardziej wydajny od poprzedniego. Jak zauważył socjolog ochrony środowiska, Stephen Bunker, Działania mające na celu oszczędność surowców są starsze niż rewolucja przemysłowa i ewoluowały na przestrzeni dziejów kapitalizmu.

Każdy pogląd, że wyższa wydajność energetyczna zazwyczaj prowadzi do oszczędności energii, nie bierze pod uwagę faktu, na który zwracał uwagę Jevons. To, co zostaje zaoszczędzone, służy dalszym inwestycjom i mnożeniu towarów, co z kolei prowadzi do zwiększonego zapotrzebowania na zasoby. Fakt, że wzrost wydajności skutkuje zwiększeniem zużycia energii i surowców, nie jest w „systemie władzy kapitału” czymś nadzwyczajnym. Jak stwierdzają autorzy „Wagi narodów” („The Weight of Nations”, 2000), ważnego dzieła prezentującego badania na temat przepływów materiałowych w ostatnich dekadach w pięciu krajach przemysłowych (Austrii, Niemczech, Holandii, USA i Japonii), Wzrosty wydajności, będące efektem rozwoju technologii i nowych sposobów zarządzania, były równoważone przez skalę wzrostu gospodarczego.

W efekcie mamy do czynienia z wciąż rosnącymi górami towarów, zmniejszającymi się kosztami jednostkowymi i jeszcze większym marnotrawstwem zasobów. W kapitalizmie monopolistycznym towarom nadawana jest sztuczna wartość użytkowa – substytut dla autentycznych ludzkich potrzeb. Odpowiada za to potężna machina marketingowa, a celem jest zwiększenie popytu na te towary i wzrost znaczenia ich wartości wymiennych dla konsumentów. Produkcja zbytecznych dóbr służy jedynie osiąganiu lepszych wyników ekonomicznych i odbywa się kosztem środowiska naturalnego. W obecnym systemie każda próba zahamowania procesu degradacji środowiska oznacza jednak ekonomiczną katastrofę.

Zdaniem Jevonsa, „historyczny wybór” w warunkach business as usual jest prosty: albo „krótkotrwała, ale prawdziwa potęga”, albo „długotrwała przeciętność”. Jevons opowiadał się za pierwszą opcją – maksymalną cyrkulacją energii. Półtora wieku później w naszej dużo większej, bardziej globalnej gospodarce stawką w grze nie jest już tylko narodowa supremacja, lecz los całej planety. Oczywiście są tacy, którzy utrzymują, że powinniśmy „żyć na wysokiej stopie i pozwolić, by przyszłe pokolenia same o siebie zadbały”. Taka ścieżka prowadzi jednak do globalnej katastrofy. Jedynym skutecznym rozwiązaniem dla ludzkości (w tym przyszłych pokoleń) i całej planety jest zmiana społecznych stosunków produkcji i stworzenie systemu, w którym wydajność nie jest już przekleństwem – lepszego systemu, w którym równość, rozwój społeczny, wspólnota i zrównoważony rozwój są najwyższymi celami.

John Bellamy Foster, Brett Clark, Richard York

tłum. Mateusz Batelt

Przedruk za „Monthly Review”, listopad 2010 r. Poczyniono drobne skróty oraz pominięto większość przypisów, przeważnie mających charakter stricte bibliograficzny i odnoszących się do literatury anglojęzycznej.

Przypisy:

1. Jeszcze w 1842 r. piece w brytyjskich domach odpowiadały za 2/3 krajowego zużycia węgla. Gdy Jevons pisał książkę dwie dekady później – już tylko za 1/5 piątą. Dlatego autor „Problemu węgla” nie poświęcił temu dużo uwagi. Skoncentrował się zaś na wykorzystaniu węgla w przemyśle – głównym źródle popytu na ten surowiec. Pisał on: Nie mówię tu o zużyciu węgla w gospodarstwach domowych. Można je bowiem zredukować, a jedyna szkoda byłaby taka, że zmniejszyłaby się nasza wygoda i zmieniły nasze narodowe przyzwyczajenia.
2. Do 1903 r. proporcje te zmieniły się – zużycie węgla przez przemysł żelazny i stalowy wyniosło 28 mln ton (mniej niż w czasach Jevonsa), w produkcji ogólnej wzrosło do 53 mln ton, a na potrzeby kolei do 13 mln ton.