Lekarze bezdomni. Problem inteligencji (1934)

Lekarze bezdomni. Problem inteligencji (1934)

Antynomialny charakter współczesności najsilniej chyba dał się we znaki tzw. inteligencji, która, nie posiadając stałej bazy ideologicznej, narażona została na szereg wstrząsów i zaburzeń, tym intensywniejszych, czym szybciej zbliżamy się ku katastrofie starego świata. Wyodrębniona z historycznego trzeciego stanu przez proces kapitalizacji ekonomicznej, inteligencja szybko zatraciła swą spoistość wewnętrzną i stała się jak gdyby miniaturą całego społeczeństwa, rozbitą na ugrupowania mniej lub więcej odpowiadające podziałowi na klasy. Z chwilą, gdy emancypujące się mieszczaństwo zwekslowało na tory współpracy z grubą burżuazją, jednocześnie zasilając rozkładającym się elementem własnych dołów powstający proletariat fabryczny, sytuacja inteligencji zaczęła stawać się specjalnie przykra i uciążliwa. Związana z burżuazją licznymi i silnymi węzłami, nie mogła jednak inteligencja zdobyć się na oficjalne z nią przymierze ze względu na swe zawsze żywe tradycje antyklerykalne, wolnościowe i rewolucyjne. Już wtedy inteligencja znalazła się na rozdrożu; od wpędzenia do ślepego zaułka wybawiły ją dążenia i ruchy narodowe, z taką siłą nurtujące ówczesną Europę. One właśnie stały się deską ratunku, do której uczepiona, mogła inteligencja odgrywać przez pewien czas jeszcze fałszywą rolę grupy ponadklasowej; wystarczyło jednak, że doniosłość spraw narodowych zmalała w zetknięciu się z kwestiami ekonomicznymi, aby pozornie ponadklasowa inteligencja doświadczyła na sobie dziejowej konieczności walk i starć klasowych.

W Polsce zagadnienie skomplikowało się jeszcze bardziej w związku ze specyficzną sytuacją polityczną i narodową. Mit niepodległości przyjął tu na siebie reprezentację wszystkich rewolucyjnych fermentów, podporządkowując własnym celom socjalistyczny mit proletariacki i czyniąc zeń odskocznię do akcji, której właściwy charakter, wówczas zafałszowany i zmimetyzowany, dopiero po wojnie wystąpił w całej jaskrawości. Powstanie niepodległego państwa, będące przypieczętowaniem całego ruchu, ostatecznie wytrąciło grunt spod grupy inteligenckiej. Wprawdzie doraźnie najwięcej skorzystała z odrodzenia samodzielnego bytu właśnie inteligencja, która na spółkę z drobnomieszczaństwem zagarnęła wszystkie możliwości z tamtego faktu wynikające i potraktowała niepodległość jako dawno oczekiwany immunitet, dobrze przez udział w konspiracji niepodległościowej wysłużony. Za cenę tego immunitetu poszła inteligencja na sojusz z kapitalizmem, który zresztą trwał w pierwotnej, harmonijnej formie dopóty, póki występujące coraz jaskrawiej objawy katastroficzne nie wznieciły popłochu i nie rozpoczęły intensywnej anarchizacji społeczeństwa.

Nie umiejąc zająć zdecydowanego stanowiska wobec podstawowej antynomii klasowej, inteligencja oscyluje wśród walczących grup, stara się uciec na nieistniejącą platformę ponadklasowego solidaryzmu i coraz częściej umiejscawia się między młotem a kowadłem, nie mając nawet tej złudnej pociechy, że jej wyimaginowana niezależność wynosi ją ponad rozgardiasz walki społecznej. Rozkładowy, gnilny proces starej kultury zaawansował się najbardziej wśród inteligencji jako warstwy skłonnej do szybszego dekadentyzowania się niż mieszczaństwo integralne, bardziej bezwładne, a przeto dłużej korzystające z wyczerpujących się akumulatorów przeszłości. Faszystowską terapię, mającą zgangrenowanym członkom zwrócić siłę i prężność młodości, stosuje kapitalizm głównie do mieszczaństwa, wiedząc, że zanarchizowana i przeżarta egocentryzmem inteligencja może odgrywać nadal swoją klasową rolę, ale bojowej energii koniecznej przy tworzeniu nowych mitów społecznych nie posiada.

Pretensje inteligencji do ponadklasowości w społecznej praktyce nie spełniły się; miały za to ten skutek, że odebrały jej przydział społeczny i sam proces szybkiej lumpenanarchizacji podniosły do godności intelektualnego klerkostwa, neutralizując resztki jakiegokolwiek instynktu klasowego. W wyniku tego samozakłamania doszła inteligencja do rezultatu, zdawało się najmniej oczekiwanego, a przecież logicznego – do programowego hedonizmu, niosącego najniższą, biologiczną afirmację życia ludzkiego. Po raz któryś tam z rzędu spotkała się inteligencja z burżuazją, rezygnując z otwierających się przed nią olbrzymich możliwości odrodzeńczych na drodze kulturalnej i socjalnej proletaryzacji. Bezdomność ideologiczną, na próżno identyfikowaną z bezstronnością, uznano za zaletę, eigenbrödlerstwo [Eigenbrödler/Eigenbrötler – samotny, samotniczy, indywidualistyczny, skupiony na sobie – przyp. red. NO] rzucono, jako hasło, nurt niewyżytego rewolucjonizmu skierowano w wąskie łożysko zagadnień higieniczno-sanitarnych, gdzie skutecznie obraca młyny życia ułatwionego na cześć i chwałę kapitalizmu. Ostatecznie cała organizacja naukowa świata, propagowana przez lekarzy bezdomnych w oderwaniu od rzeczywistości społecznej, skurczyła się do granic reformistyki seksualnej. Przewaga zagadnień tego rodzaju jest dla socjologa niezmiernie cenną legitymacją istotnego oblicza współczesności. Panseksualizm zawsze towarzyszył rozkładowym, dekadenckim okresom kulturalnym, podczas gdy powstawanie nowego życia charakteryzuje surowość obyczajów, nieodłączna od psychiki bojowników i zdobywców. Hedonizm inteligencki jest najzupełniejszym archaizmem. Rewolucyjny mit ludzkości powstał nie po to, aby odjąć człowiekowi pracę i do ostatecznych granic wypłukać życie z twórczego trudu, ale po to, by stworzyć życie, którego natężenie musi przewyższać natężenie wszystkich spraw zastanych i minionych. Życie wyrzekające się ciężaru pracy w myśl zasad ułatwiających, jest życiem niepełnym, skrępowanym właśnie przez brak wszelkich trudności i niegodnym człowieka czynu. Życie, które o nic nie walczy, z niczym się nie zmaga i do niczego nie dąży, ponieważ wszystko jest ułatwione i do wygodnej konsumpcji przystosowane, dochodzi w rezultacie do całkowitej rezygnacji z tego co najcenniejsze – z człowieczeństwa.

Te odłamy inteligencji, które w kolportowaniu haseł hedonistycznych posunęły się najdalej, spełniają zadanie rozbijania wszystkich więzów łączących każde społeczeństwo. Brak instynktu klasowego, a raczej jego osłabienie, tak charakterystyczne dla bezdomnych proroków, włożyło w ich ręce broń obosieczną. Wysuwając sprawy seksualne i higieniczne na pierwszy plan, freudyzm i boyizm spełniają pracę kontrrewolucyjną; jednocześnie, wyzwalając wszystkie niewyżyte kompleksy wśród mieszczaństwa, deprawują go i osłabiają do reszty jego siły. Tym właśnie tłumaczy się fakt, że np. Boy-Żeleński i jego działalność spotkała się z krzyżowym ogniem z wszystkich pozycji. Jeszcze jeden powód do zaakcentowania swej „niezależności” i „ponadklasowości” – w gruncie rzeczy jest to niezależność bakcyla rujnującego żywy organizm, ale na nim pasożytującego i ginącego wraz z nim. Hedonizm podpiłowuje gałęzie, na których sam siedzi i z których nigdzie się nie będzie mógł przenieść, ponieważ w nadchodzącej epoce kultury proletariackiej, afirmującej pracę i wynoszącej do najwyższej godności etyczny stosunek do pracy, miejsca dla niego nie będzie. Walka toczy się o to, aby praca, która jest traktowana jako przekleństwo i faktycznie w ramach ustroju kapitalistycznego zasługuje na to miano, stała się najwyższym prawem i przywilejem, nadającym każdej jednostce jedyny sens istnienia i ludzką godność.

Prawdziwą ucztą dla socjologa jest wertowanie wrażeń i opisów inteligenckich podróżników po Rosji Sowieckiej. Mimo woli w tych wynurzeniach obnaża się z przerażającą brutalnością anatomia psychiczna inteligencji, jej przystępowanie do olbrzymich przeobrażeń historycznych z łokciem własnej ubożuchnej duszyczki, jej strach przed wszelkim trudem na większą miarę, jej instynktowna obawa przed wielkością, paniczne światopoczucie mrówki przydeptanej przez słonia. Ta najzupełniej błaha, nic nieznacząca rzecz, że Rosjanie chodzą w zniszczonych ubraniach, że kobiety ubierają się skromnie, że komfort życiowy usunął się na dalszy plan wobec doniosłych wypadków, przeobrażających oblicze świata – rozdmuchiwana jest i podkreślana przez inteligenckich sprawozdawców ze specjalną skwapliwością. Z wielkiej burzy dziejowej inteligencja zrozumiała akurat tyle, że gdzieś tam podmyło klomby ogrodowe, a komuś zerwało z głowy kapelusz. Ocenianie świata miarą przyjemności przezeń dostarczanych, łatwości ich użycia, mści się niezwykle dotkliwie. Ileż to razy ten czy ów bezdomny lekarz usiłuje dyskwalifikować kulturę komunistyczną nie dlatego, że nie zgadza się ona z jego światopoglądem, ale dlatego, że jest według niego nudna, nie dostarcza tej sumy łatwych rozrywek i przyjemności, bez których świat traci dla niego wszelką rację istnienia. Oczywista, ludzie, którzy sądzą, że ich zadaniem i prawem jest wyciągnięcie maksimum radości z życia przy minimum włożonego wysiłku, mogą łatwo znudzić się kulturą pracy, oceniającą jednostkę według jej twórczych wartości, a nie zalet towarzyskich i tzw. kultury osobistej, w tym wypadku oznaczającej umiejętność prześlizgiwania się przez życie.

Idąc jeszcze dalej w tym kierunku, dochodzimy do ogólnej laicyzacji i zobojętnienia wobec spraw religijnych, co należy ocenić ujemnie, choćby to miało brzmieć paradoksalnie w ustach marksisty. Areligijność inteligencji nie pochodzi z programowej zasadniczej negacji chrystianizmu, ale jest znów wynikiem ułatwiania sobie życia, powstała wskutek anarchicznego wyłamywania się z wszelkich rygorów etycznych, niewygodnych o tyle, o ile ich przyjęcie zmusza do jakichkolwiek, najmniejszych choćby, wyrzeczeń się i ofiar.

Z proletariackiego punktu widzenia fakt że ecclesia militans znajduje coraz mniej bojowników, jest zjawiskiem tylko dodatnim, ale surowość oceny inteligencji musi jeszcze wzrosnąć. Zły pion etyczny nie przestaje być pionem, galareta będzie zawsze mierzwą, z którą czynny, dynamiczny element ludzkości nie ma potrzeby ani obowiązku liczyć się w najmniejszym choćby zakresie. Z tych samych powodów ma on pełne prawo zdyskwalifikować okrzyczany humanitaryzm inteligencki, który – niepoparty dynamiką woli i czynu – stał się już tylko frazesem.

Humanizm prawdziwy powstaje tylko tam, gdzie jednocześnie istnieją środki do jego egzekutywy; środków tych mogą dostarczyć właśnie ludzie o psychice agresywnej, ludzie nastawieni zdobywczo w stosunku do swojej prawdy życiowej, idący wciąż naprzód, a nie kręcący się dokoła frazesu upozorowanego na bóstwo.

Ale jakże tu żądać dynamiki od ludzi sprowadzających swój ideał życiowy do sprawnego automatu, wydającego na przemian czekoladki i prezerwatywy, i do abulii doprowadzających programowy pacyfizm woli. Pacyfizm! – oto jeszcze jedna reduta inteligencjonizmu, tak samo zmurszała, jak i tamte. Jedna kropla krwi Jaurèsa, który uzasadniał swój pacyfizm nie strachem przed trudami wojny i śmiercią, ale świadomością istotnego podłoża imperialistycznego kataklizmu, zaważyła więcej na szali historii, niż całe biblioteki grubych tomów, felietonizujących na straszliwym temacie, tak jak końskie muchy żerują na padle. Pacyfizm komiwojażerów bez żadnego związku ze zbiorowością, histrionów frazesu, uzurpatorów haseł, w imię których nikt nie odda życia i nikt ich nie wypisze na sztandarach! Któryż z nich wyciągnie konsekwencje z głoszonych słów, któryż odnajdzie w sobie dostateczny imperatyw etyczny, aby ponad grzędy zakutych w hełmy głów wyrzucić nie garść literackich trocin, ale ręce zbrojne w żelazo przeciw żelazu! Ci humanitarni bojowcy pacyfizmu odsługują lojalnie wojsko, regularnie wpłacają składki członkowskie na LOPP [Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej], a gdy przyjdzie wojna, czekają na pokój, aby… wzbogacić biblioteki o kilkaset ton makulatury antywojennej. A później faszyzm, usiłujący recydywą barbarzyństwa ratować zagrożone pozycje kapitalizmu, zgromadzi te tysiące tomów na placach i podpali, aby płonęły jak dymiące gromnice przy łożu konającej kultury!

Negatywny stosunek militarystów do programowego pacyfizmu liberalnej inteligencji jest tym samym najzupełniej uzasadniony. Tamci są przynajmniej konsekwentni. Stojąc na gruncie kapitalistycznego ustroju i nacjonalizmu, rozumieją, że militaryzm jest ich przedłużeniem i logicznym uzupełnieniem. Pacyfiści oskubują listki i owoce, wmawiając w siebie i w innych, że jest to właśnie praca nad usuwaniem zła. Przypomina się przebojowe hasełko Boya o „demobilizacji macic”, tak jakby przyrost ludności był jedyną i najważniejszą przyczyną mordów imperialistycznych. Wskazywanie półśrodków tam, gdzie mogą pomóc jedynie lekarstwa radykalne, kładzenie całego nacisku na przyczyny błahe przy jednoczesnym zapoznawaniu istotnych, przeskakiwanie na skrzydełkach felietonu nad najbardziej karkołomnymi zagadnieniami, grzebanie się w drobnych sprawkach aktualnej dzisiejszości obok zupełnej pogardy [wobec] elementów antycypujących przyszłość – czyż to nie jest dyskretnie zamaskowana, pod parasolem humanitaryzmu ukryta, defensywna robota kontrrewolucyjna? Cóż za świetne przyczynki do reklamowanej ponadklasowości.

Na początku bieżącego stulecia inteligencja zajmowała stanowiska może podobne, ale po pierwsze wtedy nie nastąpiło jeszcze zróżniczkowanie haseł, po drugie socjalna sytuacja inteligencji była zupełnie inna. Ogólnikowość, brak dokładnej konfrontacji były wtedy dialektycznie usprawiedliwione i na tle ówczesnych stosunków ekonomiczno-socjalnych wyglądały najzupełniej logicznie (marksistowskie geschichtlich bedingt [determinizm historyczny]). Dziś jest już inaczej. Fakty, które zaszły w międzyczasie, przyniosły daleko idącą korektę historyczną i we właściwym świetle ukazały przyczyny niechęci inteligencji do wyciągnięcia konsekwencji z doświadczeń ostatniego dwudziestopięciolecia.

Zaprzątanie sobie głowy i czasu surową oceną warstw inteligenckich byłoby zbyteczne, gdyby nie to, że jednak możliwości regeneracji wartości kulturalnych wśród inteligencji nie zostały jeszcze całkowicie zaprzepaszczone. Aby ta regeneracja nastąpiła, musi inteligencja przede wszystkim unarodowić się, to znaczy odciąć się raz na zawsze od burżuazyjnego internacjonalizmu intelektualnych przekupniów i poprzez ścisły kontakt z proletariatem, poprzez twórcze współżycie z jego etniczną, rasową kulturą dojść do internacjonalizmu innego, socjalistycznego, będącego wspólnym ponadklasowym pniem rozgałęziających się kultur narodowych. Inteligencja ma dziś do wyboru: albo pocieszać się nadal nazwą intelektualnej elity i wraz z burżuazją brnąć ku własnej zgubie, albo wyzwolić się spod wpływów kultury hedonistycznej propagującej anarchię obyczajową, bałagan moralny i etykę indywidualistów-konsumentów, otrząsnąć się z impresjonizmu ideologicznego i przez wyrobienie w sobie dyscypliny społecznej i przywrócenie opartej na tej dyscyplinie hierarchii wartości dojrzeć do współpracy społecznej z proletariatem, aż do zupełnego z nim zespolenia. Dotychczasowe klęski mogą wtedy stać się natchnieniem tragicznej radości walki spoglądającej złu prosto w oczy. A gdyby nawet walka ta miała zawieść i nie doprowadzić do zwycięstwa w ramach jednego pokolenia, sam fakt podjęcia walki wystarczy, aby stworzone przez nią dynamiczne siły przetrwały i w następstwie doprowadziły rozpoczęte dzieło do końca.

Stefan Strachocki

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Dźwigary. Miesięcznik poświęcony sprawie polskiej kultury proletariackiej” numer 1, Lublin, listopad 1934. Od tamtej pory nie był wznawiany. Poprawiono pisownię według obecnych reguł. Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska.

Zawiedli nas sromotnie (1919)

Zawiedli nas sromotnie (1919)

Napadli Czesi podstępnie i zdradziecko na ogołocony z wojsk polskich Śląsk Cieszyński. Napadli znienacka, lecz ledwie tylko dzielny wódz Latinik potrafił skoncentrować swe szczupluteńkie – bo zaledwie trzy tysiące liczące przeciwko dwudziestu czterem tysiącom czeskim – siły, już powstał zwarty mur nad Wisłą, o który rozbiły się zapędy czeskie. Prawie w najkorzystniejszej chwili, kiedy ledwie słabe kompanie polskie rozbiły całe siły czeskie przy Dębowcu, kiedy już nadchodziły posiłki, na prośbę Czechów, na polecenie z Paryża zawarto niepowetowanie szkodliwe dla nas zawieszenie broni. Gdyby nie ono, dziś już nie stałaby noga żołdaka czeskiego na ziemi śląskiej.

Utworzono w Paryżu haniebną linię demarkacyjną jako nagrodę dla Czechów za ich zdradę i barbarzyństwa. Uznano, że koalicja sprawę załatwi sprawiedliwie bez rozlewu krwi. Ufano misji koalicyjnej w Cieszynie, jako bezstronnemu i sprawiedliwemu sędziemu. Niestety, członkowie misji nie dorośli do zadania, jakie wzięli na siebie i zawiedli sromotnie.

Im dłużej obserwowaliśmy działalność tej misji, tym więcej rosła nasza niewiara wobec niej. Ugodą z 5 listopada [1918] zostawiliśmy Czechom cały powiat frydecki, w pozostałych zaś powiatach Polacy liczą 85%, Niemcy 8%, a Czesi tylko 7%. Sprawa do rozstrzygnięcia była jasną i prostą.

Tymczasem członkowie misji zamiast pracować na ziemi z ludźmi, pracowali umyślnie pod ziemią z węglem, żeby odwrócić uwagę od swego podstępnego knowania na korzyść najeźdźców czeskich. Oni poinformowali komisję dla spraw polskich i czeskich w Paryżu stronniczo i niesprawiedliwie na korzyść Czechów o stosunkach na Śląsku. Oni okazali się niegodnymi naszego zaufania, jakimśmy ich darzyli. Oni zaprzedali Czechom pod maską węgla dusze polskie, które ci chcieliby tutaj wynarodowić. Koncentracja wojsk czeskich wzdłuż linii demarkacyjnej miała na celu przesądzić natychmiast po ogłoszeniu decyzji koalicyjnej w sprawie Cieszyńskiego zabór całego kraju i uprzedzić wszelki zbrojny opór ze strony polskiej. To wszystko za wiedzą misji cieszyńskiej, która się już zawczasu – cichaczem w nocy – wynosiła z Cieszyna.

Z ziemi – z krwi i kości polskiej zrobiono w Paryżu tylko ziemię węgla koksującego. To jest praca komisji koalicyjnej w Cieszynie.

Podczas politycznego strajku górników karwińskich przybyli do Frysztatu członkowie misji podpułkownicy Coulsen i Tissi, żeby się na miejscu przekonać, czego żądają strajkujący. Tam na konferencji rad robotniczych górników zagłębia karwińskiego słyszeli jak wszyscy delegaci rad podnosili z naciskiem, że za najgłówniejszy warunek powrotu do pracy stawiają górnicy ustąpienie Czechów z zagłębia karwińskiego. Słyszeli jak podnosili górnicy jednogłośnie: dajcie nam broń i dozwólcie, a sami sobie zagłębie oczyścimy z czeskiego żołdactwa i pójdziemy do pracy. Inaczej o powrocie do pracy mowy być nie może.

Na to Coulsen w imieniu całej misji zabrał głos i uspokajał górników, żeby tylko byli cierpliwymi i poszli do pracy, gdyż misja poznała ich bóle i ich wielki patriotyzm, ta misja ich nie zawiedzie, ona bada stosunki tutejsze i mogą być pewni podania sprawiedliwej oceny i sprawiedliwego rozstrzygnięcia. Mogą być pewni, że nie zostaną pokrzywdzeni, niech tylko teraz idą do pracy, a sprawa zostanie za miesiące, a może i tygodnie już załatwiona, bo to wielka sprawa budowy Polski.

A słyszcie teraz, jak przedstawili sprawę w Paryżu! Wtedy nawoływali górników do zaprzestania strajku, sami ani myśląc o dotrzymaniu słowa. Działali oni wtedy jak agenci czescy.

Byli oni świadkami przyjęcia, jakie zgotowała wojskom polskim ludność śląska w Cieszynie. Przypadkiem jeden członek misji przejeżdżał dnia 26 stycznia przez Frysztat podczas przyjęcia wojsk polskich. Widział bramy triumfalne i pytał, co to za olbrzymie tłumy, po co one tutaj.

A samo urzędowanie misji. Wobec czeskich nadużyć i gwałtów miękcy i ustępliwi. Natomiast twardzi wobec Polaków. Szczególną protekcją otoczyli podłość ślązakowską. Przez to nie poczuwali się do zachowania taktu i urazili nas. Zamiast sędziego bezstronnego urzędowała misja stronniczo, stronniczy też i niegodny z powagą takiej misji wydała wyrok. Nie żywimy wielkiej nadziei do pomyślnego powodzenia Paderewskiego. Cóż nawet pomogłoby odwrócenie rozstrzygnięcia wobec przez koalicję rozzuchwalonych Czechów. Po grze Paderewskiego przemówi Piłsudski. Ten sam, który nie lękał się w roku 1914 pierwszy zdeptać kordonu krojącego Polskę i z małą garstką legionistów rzucić zbrojną rękawicę kolosowi caratowi – uwolni nas od podłego jarzma czeskiego plemienia gadzin. Przemówi wypróbowanym środkiem starej dyplomacji – orężem, a to najskuteczniejszy środek na rozzuchwalone gadziny czeskie. W ręce naszej armii złożona sprawa to najlepsza gwarancja.

Powyższy tekst ukazał się pierwotnie w piśmie „Robotnik Śląski. Organ Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej” nr 29/1919, Frysztat, 18 kwietnia 1919 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Tekst publikujemy w 105. rocznicę zbrojnej napaści Czechosłowacji na Polskę i próby zbrojnego zagarnięcia Śląska Cieszyńskiego. Zdjęcie w nagłówku tekstu przedstawia zbiorową mogiłę polskich żołnierzy i członków robotniczych ochotniczych milicji walczących z najeźdźcami. Mogiła znajduje się w Stonawie, niegdyś w ogromnej większości zamieszkiwanej przez Polaków, obecnie w Czechach. Są tam pochowani zarówno polegli w walkach, jak i osoby bestialsko zamordowane jako jeńcy w ramach zbrodni wojennej. Fot. Remigiusz Okraska.

Dorota Kłuszyńska: O Śląsk Cieszyński (1921)

Dorota Kłuszyńska: O Śląsk Cieszyński (1921)

Rozstrzygnięcie sprawy Śląska Cieszyńskiego przez Radę Ambasadorów w Paryżu w lipcu 1920 jest otwartą raną na ciele Rzeczypospolitej Polskiej.

Rozstrzygnięcie nastąpiło w okresie, kiedy nawała bolszewicka szła na Warszawę i cała Polska żyła myślą o wyparciu Rosjan.

Ci, co wierzyli w żywotną siłę narodu i z niczego nie rezygnowali, wyszli zwycięsko z opresji bolszewickiej. Nad Wisłą dokonało się głębokie przeobrażenie duszy narodu i ugruntowanie własnej myśli politycznej. Upojenie zwycięstwem na chwilę zagłuszyło okrzyk grozy, dochodzący do stolicy z zachodniej granicy państwa: Śląsk Cieszyński, prastara dzielnica polska, został pod zaborem czeskim!

Zaczęto szukać winowajców. Kto zawinił, że Ślązacy dostali się do niewoli czeskiej? Czy rzeczywiście dopiero w Spaa i Paryżu p.p. Grabski Władysław i Paderewski Ignacy zrezygnowali ze Śląska Cieszyńskiego?

Powołana wolą ludu śląskiego do Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego, brałam – jako członek prezydium tejże Rady – czynny i bezpośredni udział w całej akcji przyłączenia Śląska do Polski. Czesi z tytułu „praw historycznych” (z XIV wieku) rościli sobie prawa do Śląska Cieszyńskiego. Z naporem czeskim walczono na Śląsku przez cały okres konstytucyjny, za czasów austriackich, kiedy nasi wszechpolacy bratali się z Czechami w Pradze i Petersburgu. Czesi wyciągnęli zaborczą rękę po Śląsk Cieszyński w chwili rozpadania się Austrii, w październiku 1918. Zbiorowym wysiłkiem wszystkich stronnictw, których wyrazem była Rada Narodowa, odparto pierwszy atak czeski. Śląsk Cieszyński, za wyjątkiem 6 gmin powiatu frysztackiego, (mocą umowy zawartej między Radą Narodową w Cieszynie i Narodnim Vyberem w Polskiej Ostrawie w dniu 5 listopada 1918 r.) za pośrednictwem Rady Narodowej, był faktycznie już przyłączony do Polski, ponieważ Rada Narodowa w imieniu rządu polskiego wykonywała władzę.

Jednym z pierwszych poczynań rządu Moraczewskiego w listopadzie 1918 r. było wysłanie do Pragi p. Gutowskiego z misją dyplomatyczną. Zdawano sobie sprawę z powagi sytuacji. Czesi byli beniaminkiem aliantów, a szczególnie Francuzów. Już w 1916 r. obiecał rząd francuski Śląsk Cieszyński Czechom w nagrodę za usługi oddane w wojnie światowej.
Komitet Narodowy w Paryżu, z p. Dmowskim na czele, który był przez szereg miesięcy jedynym przedstawicielem Polski zagranicą, nie uznawał Piłsudskiego jako Naczelnika Państwa, ani rządu Moraczewskiego. Robiono wszystko, żeby autorytet tych czynników poniżyć. Przedstawiciele Komitetu Paryskiego po przyjeździe do kraju zawiadomili w grudniu 1918 Masaryka, prezydenta Republiki Czeskiej, żeby nie pertraktował z p. Gutowskim w sprawie Śląska Cieszyńskiego, ponieważ dni Piłsudskiego i jego „bolszewickiego” rządu są policzone. Masaryk zawiadomił o tym oficjalnie p. Gutowskiego, któremu nie pozostawało nic innego, jak zapakować walizkę i wyjechać z Pragi.

To „endeckie pociągnięcie dyplomatyczne” było śmiertelnym ciosem dla Śląska Cieszyńskiego. Czesi liczyli na anarchię w Polsce, oczerniali nas przed aliantami, a ponieważ kwestia węglowa [mowa o węglowym zagłębiu karwińsko-ostrawskim znajdującym się na spornym terenie – przyp. redakcji NO] miała pierwszorzędne znaczenie, przekonali aliantów, że bolszewickiemu rządowi polskiemu nie można oddać zagłębia karwińskiego.

Rada Narodowa dzwoniła ciągle na alarm, że Czesi Śląsk napadną. Żądała przygotowania obrony. Wtenczas przyjechał do Polski p. Stanisław Grabski, członek Komitetu Narodowego w Paryżu i zapewniał, że Czesi Śląska nie napadną. Na masowym wiecu 6 grudnia 1918 r. oświadczył, że może uspokoić Polaków, bo od Czechów nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo.

W tym okresie Lwów oblegali Ukraińcy. Zdecydowano, że śląskie bataliony pośpieszą pod Lwów, skoro jest zapewnienie, że Czesi Śląska nie napadną. Bohatersko Ślązacy bronili Lwowa, okryli się sławą. W Polsce rozpisał rząd Moraczewskiego wybory do sejmu na 24 stycznia 1919 r. Śląsk Cieszyński miał wybrać siedmiu posłów. Czesi wydali hasło wstrzymania się od głosowania. Obawiali się, że świat cały przekona się, ile faktycznie Czechów zamieszkuje Śląsk. Ponieważ Czesi są na Śląsku znikomą mniejszością, bo 11 proc. ludności przyznaje się do narodowości czeskiej, byłby to już plebiscyt.

Pod płaszczykiem aliantów, w mundurach aliantów, bez wypowiedzenia wojny Polsce (której autorytet był przez paryski Komitet Narodowy stale grzebany) napadli Czesi na Śląsk Cieszyński dzień przed wyborami do sejmu 23 stycznia 1919. Zaledwie 1000 żołnierzy było na Śląsku. Bronili śląskiej ziemi chłop, górnik, hutnik, aż przyszły nieliczne posiłki z Krakowa i 29 stycznia Czesi ponieśli klęskę nad Wisłą pod Skoczowem.

Część Rady Narodowej wyjechała do Warszawy. Na konferencji z Naczelnikiem Państwa, w której brali udział Ks. Józef Londzin, dr Kunicki, Jerzy Kantor i ja uzyskaliśmy zapewnienie, że w ciągu kilku dni dalsze posiłki nadejdą na Śląsk i Czechom nad Ostrawicą można było dyktować warunki.

Myli się zatem p. Sapieha, skoro w odpowiedzi na interpelacje posłów Kunickiego i towarzyszy z dnia 8 października 1920 r. odpowiada, że „w styczniu 1919 r. odparcie najazdu czeskiego okazało się niemożliwe”. Jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość, że p. Dmowski zawarł umowę z Czechami w Paryżu 1 lutego 1919 r., która była drugim śmiertelnym ciosem wymierzonym w Śląsk Cieszyński.

Rada Narodowa ogłosiła protest przeciwko ugodzie p. Dmowskiego, odmawiając mu prawa do przemawiania w imieniu Śląska Cieszyńskiego.

Pan St. Grabski i p. Paderewski tłumaczyli przed nami p. Dmowskiego brakiem wiadomości z kraju. „Radio” wtenczas miało źle pracować, nie można było uzgodnić poczynań Naczelnego Dowództwa w Warszawie z Komitetem Narodowym w Paryżu. Prawdą natomiast było, że p. Dmowski nie chciał poddać się, względnie porozumieć się z Piłsudskim i zupełnie samowolnie podpisał rozejm, a później ugodę, która oddawała Czechom całe zagłębie węglowe, Karwinę, Bogumin itd.

Zjechała do Cieszyna komisja aliancka (bez przedstawiciela Ameryki). Pierwsze skrzypce grali Francuzi – p. Grenad i Marchalle. Zajęli od razu wrogie wobec Polski stanowisko.

Jak śmiesznie małe były wpływy Komitetu Narodowego w Paryżu, jak pod tym względem fałszywie informowano Polskę – potwierdza fakt, że mimo naporu Rady Narodowej i rządu warszawskiego nie zdołano wymóc na Entencie odwołania p. Marchalle’a, przedstawiciela Francji w Cieszynie, który był faktycznie w służbie czeskiej, jako członek czeskiego sztabu generalnego, którego kierownikiem był francuski generał Pellee.

P. Dmowski, Paderewski, Grabscy, Piltz i spółka przedstawiali się w kraju jako mocarze, a nie umieli zmusić Czechów, którym patronowali alianci, do dotrzymania umowy z 1 lutego 1919 r., zawartej przez p. Dmowskiego, mocą której Czesi mieli oddać administrację Radzie Narodowej.

Pod protektoratem aliantów Śląsk stał się terenem gwałtów. Ludność polska nie była pewną ani życia, ani mienia.

Po ustaleniu, że plebiscyt zadecyduje o przynależności Śląska do Czech albo do Polski, zjechała na Śląsk druga tzw. Wysoka komisja plebiscytowa (!). Przewodniczył jej osławiony hr. Maneville, sekretarzem był p. Pichon, również opłacany przez Czechów. Przed przyjazdem Komisji do Cieszyna zwróciła się Rada Narodowa kilkakrotnie do Delegacji Polskiej w Paryżu do p. Dmowskiego i p. Szury z przedstawieniem, żeby użyto wszystkich wpływów, żeby w skład komisji nie wchodzili zdecydowani wrogowie Polski.

„Wielki jałmużnik polski”, p. Paderewski przyznał po cichu, że nie miał na tyle wpływu w Paryżu, żeby odwołać z Cieszyna p. Marchalle’a, nie miano go też przy mianowaniu drugiej komisji.

Znane są ogólnie rządy p. hr. Manevilla na Śląsku Cieszyńskim. Doprowadził kraj do takiej anarchii, że trudno było mówić o plebiscycie. Czeska pałka i rewolwer panowały bez przeszkody. „Hrabia” handlował kopalniami, hutami, lasami i „robił przygotowania do plebiscytu”.

Przy komisji alianckiej w Cieszynie tak rząd czeski, jak i polski mieli swoich przedstawicieli. Pełnomocnikiem rządu warszawskiego był początkowo poseł Zamorski. Po jego ustąpieniu osławiony generał Latinik, który swoją nieudolnością bardzo sprawie śląskiej zaszkodził. Przez szereg tygodni prezydium Rady Narodowej Ks. Londzin, Ks. Brzóska, poseł Bobek, więc nie socjaliści, błagali rząd, żeby tego szkodnika odwołano z Cieszyna, a kiedy nareszcie pod naporem całej opinii gen. Latinik musiał opuścić Cieszyn, było już za późno.

Przedstawiciele ministerstwa spraw zagranicznych, którzy przebywali w Cieszynie, jak dr Guenther (spokrewniony z arystokracją), Bratkowski, Morawski, należeli do narodowej demokracji i spełniali w Cieszynie jej rozkazy, w ostrej sprzeczności z Radą Narodową.

Więcej pracy i wysiłku poświęcili narodowi demokraci zwalczaniu Piłsudskiego w kraju i zagranicą, aniżeli uratowaniu Śląska dla Polski.

W tym okresie czasu zdawano sobie sprawę, że dzień plebiscytu będzie dniem rzezi Polaków na Śląsku pod osłoną aliantów. Trudno było Radzie Narodowej wziąć odpowiedzialność, j tym bardziej, że plebiscyt nie miał ostatecznie decydować i o przynależności Śląska do Polski, lecz miał być tylko materiałem dla decyzji Rady Najwyższej, do której, oprócz p. Wł. Grabskiego, nikt w Polsce nie miał zaufania.

Ministerstwo spraw zagranicznych na propozycje Rady Narodowej, po odwołaniu Latinika, mianowało prezydenta sądu w Cieszynie dr. Bocheńskiego swoim przedstawicielem przy komisji plebiscytowej w Cieszynie.

Skoro sprawa arbitrażu proponowana przez p. Pilza ostatecznie upadła, bo Czesi zakpili sobie z naszej dyplomacji, p. Bocheński pojechał do Warszawy po porozumieniu z Radą Narodową, żeby uzyskać zgodę rządu na przeprowadzenie plebiscytu. Po porozumieniu z subkomisją sejmową dla spraw plebiscytowych i ministrem Sapiehą, zgodzono s:ę przystąpić do plebiscytu.

Tymczasem pojechał p. Władysław Grabski do Spaa i oddał ze strachu przed bolszewikami sprawę Śląska w ręce Rady Najwyższej. W Paryżu ostatecznie sprawiono Śląskowi dwa pogrzeby. Jeden 25 lipca, i to rozstrzygnięcie podpisał hr. Zamoyski. Oddawało ono Polsce jednak Karwinę z kopalniami, miasta Frysztat, Bogumin i cały Cieszyn. Czechom powiat jabłonkowski.

Rada Narodowa zaniepokojona i rozgoryczona postępowaniem p. Grabskiego w Spaa, wysłała natychmiast delegację z Ks. Józefem Londzinem na czele do Paryża.

25 lipca 1920 oświadczył p. Paderewski delegacji, że nie podpisze żadnego rozstrzygnięcia, które by oddawało Śląsk Cieszyński Czechom. Delegacja wróciła do Cieszyna, Ks. poseł Londzin zdał sprawozdanie i uspokoił Radę Narodową, że „nawet pani Helena Paderewska zapewniła, że p. Paderewski takiego rozstrzygnięcia nie podpisze”. 28 lipca p. Ignacy Paderewski, podobno namówiony do tego przez p. Pilza i Szurę, podpisał czwarty rozbiór Polski, oddając Śląsk Czechom.

Ślązacy przeżywają ciężkie czasy niewoli, nie tracą jednak wiary, że ich akces zgłoszony jeszcze 30 października 1918 przez Radę Narodową do Polski – będzie urzeczywistniony.

Śląsk wróci do Polski, ale musi to być zbiorowy wysiłek całego narodu. Polskie sztandary będą powiewać na Śląsku Cieszyńskim, bo Śląsk to od wieków polska ziemia.

Dorota Kłuszyńska

Powyższy tekst Doroty Kłuszyńskiej pierwotnie ukazał się w piśmie „Dziennik Polski” w dniu 9 stycznia 1921. Poprawiono pisownię według obecnych reguł. Tekst publikujemy w 85. rocznicę odzyskania Zaolzia przez Polskę.

Odezwa Polskiej Partii Socjalistycznej w obliczu najazdu bolszewickiego (1920)

Odezwa Polskiej Partii Socjalistycznej w obliczu najazdu bolszewickiego (1920)

Do wszystkich organizacji Polskiej Partii Socjalistycznej!

Towarzysze i Towarzyszki!

W ciągu ostatnich paru tygodni zaszły wypadki pierwszorzędnego znaczenia; zmuszają one nas do przedstawienia Wam z całą dokładnością sytuacji, w jakiej kraj się znalazł, do nakreślenia roli, jaką odegrać winna w danych warunkach Polska Partia Socjalistyczna.

Jak wiecie, próba powołania Rządu centrowo-lewicowego, przedsięwzięta bezpośrednio po upadku gabinetu p. Skulskiego, nie powiodła się. Pozornie stanęły jej na przeszkodzie względy osobiste i formalne, w rzeczywistości chodziło o to, że ani Polskie Stronnictwo Ludowe, ani Narodowa Partia Robotnicza nie były zdecydowane na prowadzenie energicznej polityki demokratycznej i pokojowej. Wówczas powstał rząd p. Grabskiego, powitany z zapałem przez żywioły prawicowe.

W tym samym jednak czasie położenie na froncie stało się groźnym. Na południu wojska polskie cofają się przed przeważającymi siłami Rosji i walczą już na pograniczu wschodniej Małopolski. Na północy armie rosyjskie przeszły do generalnego ataku. Niebezpieczeństwo zawisło nad Polską, nad jej bytem niepodległym i przyszłością.

Według naszego najgłębszego przekonania ocalić kraj może tylko zawarcie sprawiedliwego pokoju i objęcie władzy państwowej przez rząd zdolny do szybkiego wprowadzenia w życie radykalnych reform społecznych, posiadający pełne zaufanie mas pracujących i żołnierzy, słowem rząd ludowy, rząd robotniczo-włościański.

Toteż niezwłocznie po otrzymaniu wiadomości o stanie rzeczy na froncie zwróciliśmy się ponownie do klubów lewicy i centrum sejmowego z propozycją utworzenia takiego właśnie gabinetu ministrów. I znowuż wysiłki nasze rozbiły się o gwałtowny opór prawicy z narodową demokracją na czele, o intrygi pokątne, o chwiejność i niezdecydowanie różnych grup. Okazało się, że rząd robotników i włościan nie miałby w Sejmie większości, nie mógłby się w warunkach normalnych utrzymać.

Ale sytuacja przestała być normalną.

Wojna na wschodzie toczy się nie z bolszewikami, nie z władzą sowiecką, ale z Rosją, z całą potęgą dawnego państwa carów. Oddziały komunistyczne idą przeciwko Polsce w imię programu sowietów, oddziały oficerów i żołnierzy byłych armii Denikina czy Kołczaka – w imię wielkiej Rosji, w imię nienawiści do samego faktu niepodległości naszej Ojczyzny. Dotychczasowa zaś polityka polskich klas posiadających odbiera żołnierzowi polskiemu wiarę w słuszność jego sprawy, osłabiła jego siłę moralną, uśpiła społeczeństwo.

Ideom Rosji Trockiego i Rosji Brusiłowa trzeba przeciwstawić własną ideę polskiego ludu pracującego, ideę socjalizmu i demokracji.

Trzeba, by żołnierz w polu, robotnik w fabryce, chłop na wsi, trzeba, by wszyscy ludzie pracy posiedli pewność, że na czele Rzeczypospolitej stoją ludzie, którzy naprawdę chcą pokoju, a jednocześnie gotowi są bronić ojczystych granic, ludzie, którzy usuną precz reakcję, uczynią z Polski państwo istotnie ludowe i demokratyczne.

I dlatego sądzimy, że stworzenie rządu robotniczo-włościańskiego jest w dalszym ciągu bezwzględną koniecznością. Niepodobna w tej chwili przewidzieć, jakimi drogami cel ten osiągniemy: każda godzina przynosi ze sobą zmianę sytuacji. Bądź jak bądź nie pójdziemy nigdy w kierunku burzenia podstaw niepodległej państwowości. Ale rząd robotniczo-włościański – to dzisiaj cel wszystkich naszych wysiłków. Musimy go zdobyć, bo tego wymaga wola ludu i potrzeba Polski.

Równolegle prowadzić będziemy dalej akcję pokojową. Lud polski winien zażądać od ludu rosyjskiego przerwania wojny na warunkach sprawiedliwości i samookreślenia narodów. Naprawimy straszliwe błędy rządów burżuazji; musimy poprawić Polsce opinię wśród ludów Europy, stwierdzić głośno i uroczyście, że pragniemy zakończenia krwawej zawieruchy.

Ale, towarzysze, dopóki wojna trwa, dopóki nie wiemy, jak na sprawę pokoju zapatrują się kierownicy rosyjskiej polityki i rosyjskiej armii – dopóty zbrodnią byłoby uczynić cośkolwiek, co by mogło osłabić front, pozostawić Ojczyznę bez obrony. Pamiętajcie, że idzie o niepodległość, pamiętajcie, że u bram Rzeczypospolitej stoi bynajmniej nie rewolucja społeczna, lecz armia Rosji imperialistycznej, Rosji, która szuka nowych terenów dla ekonomicznego wyzysku, Rosji, która nie uszanuje woli polskiego ludu.

W toku rokowań o powołanie Rządu robotniczo-włościańskiego została utworzona z inicjatywy Naczelnika Państwa Rada Obrony Państwa. Związek PPS [tak w oryginale; chodziło o Związek Polskich Posłów Socjalistycznych, oficjalną nazwę sejmowej reprezentacji PPS] wydelegował do Rady swych przedstawicieli w przekonaniu, że instytucja ta może być wykorzystana przez rząd ludowy dla jego działalności twórczej i organizacyjnej, dla jego akcji na rzecz pokoju i obrony Rzeczypospolitej. Dalsze pozostawanie nasze w Radzie zależy od rozwoju wypadków, w szczególności od widoków na osiągnięcie naszych głównych celów.

Towarzyszki i Towarzysze!

Znacie nas. Wiecie, że nie oszukiwaliśmy Was nigdy, nie straszyliśmy kłamliwymi wieściami. Dzisiaj uważamy za swój obowiązek powiedzieć wyraźnie Wam, jako kierownikom i wyrazicielom ruchu robotniczego, że niepodległości Polski zagraża niebezpieczeństwo. Polska Partia Socjalistyczna spełni zadanie, jakie jej przypadło w udziale. Uczyni to, jeśli zachowa bezwzględną karność organizacyjną, zimną krew i odwagę. Zwracamy się do Was ze wskazówkami następującymi:

1) Powinniście prowadzić propagandę jak najenergiczniejszą na rzecz rządu robotniczo-włościańskiego, powinniście wykazywać i tłumaczyć, że tylko taki Rząd może spełnić wolę ludu, ocalić kraj i doprowadzić Rzeczpospolitą Polską do sprawiedliwego pokoju;

2) powinniście wykazywać i tłumaczyć, że tylko pokój sprawiedliwy i demokratyczny stanowi słuszne zakończenie toczącej się wojny; jednocześnie wszakże musicie z całym naciskiem tłumaczyć, że front musi być utrzymany, że granice Polski muszą być bronione, że odmawianie rekruta i ofiar dla wojska byłoby zdradą kraju, wydaniem na śmierć dziesiątków tysięcy żołnierzy;

3) powinniście przeciwdziałać ze wszystkich sił propagandzie rozkładowej czy to komunistów, czy też narodowej demokracji.

Nie wątpimy, że wszyscy spełnicie swój obowiązek. Nie wątpimy, że dzięki Waszej pracy cały kraj powita z ufnością i spokojem powstanie rządu robotników i włościan.

Wszyscy do szeregu! Wszyscy na stanowiska!

Niech żyje Socjalizm!

Niech żyje Polska niepodległa!

Niech żyje rząd robotniczo-włościański!

Centralny Komitet Wykonawczy Polskiej Partii Socjalistycznej

Warszawa, 7 lipca 1920 r.

Powyższa odezwa została zamieszczona w prasie PPS-owskiej oraz kolportowana w postaci ulotki. poprawiono pisownię według dzisiejszych reguł.

Odezwa Rady Jedności Narodowej i Krajowej Rady Ministrów (3 października 1944)

Odezwa Rady Jedności Narodowej i Krajowej Rady Ministrów (3 października 1944)

Do Narodu Polskiego

Idea wolności kształtowała w ciągu wieków duszę Narodu Polskiego. Wolności tej nie kupowaliśmy za pieniądze. Walczyliśmy o nią, nie oglądając się na sprzymierzeńców, bezkompromisowo i w każdych warunkach. Bojownicy polscy rozsypali swe kości po całym świecie. Taka jest nasza historyczna tradycja.

Wierni tej tradycji podjęliśmy we wrześniu 1939 r. samotną walkę z przeciwnikiem, który rozporządzał ilościową i techniczną przewagą. Staliśmy się pierwszym szańcem, przez który przewaliła się machina wojenna Niemiec i rozpaliła drugą wojnę światową. Zostaliśmy pokonani, ale nie daliśmy się ujarzmić. Walczymy dalej jawnie na Zachodzie, broniąc wolności innych, i tajnie w Kraju, budując przyszłość Nowej Polsce.

W dniu 1 sierpnia 1944 r. podjęliśmy w Warszawie jawną walkę z Niemcami. Uczyniliśmy to w momencie, gdy wojska rosyjskie znalazły się na przedpolach Warszawy, gdy nasi Alianci Zachodni rozpoczynali zdecydowany marsz na Berlin, gdy Armia Krajowa z powodu zaangażowania w niej wielkich mas stawała się niemożliwą do ukrycia, gdy pragnienie wolności, nagromadzone w ciągu długich lat okupacji, stało się nie do powstrzymania, gdy wreszcie na tyłach frontu niemieckiego groziły nam masowe łapanki i wywożenie młodzieży polskiej oraz zniszczenie miasta.

Podjęliśmy jawną walkę w Warszawie nie w tej intencji, abyśmy sami mieli Niemców pobić. Byliśmy na to za słabi liczbą i uzbrojeniem. Liczyliśmy na pomoc Rosji i Aliantów Zachodnich.

Mieliśmy prawo na tę pomoc liczyć w czasie, gdy walki oddziałów Armii Krajowej na Wołyniu, Wileńszczyźnie, we Lwowie, Lublinie przyczyniały się walnie do ułatwienia sukcesów armii rosyjskiej, gdy polskie dywizje walczyły i krwawiły w imię wspólnej sprawy na polach Italii i Francji, na ziemi, morzach i w powietrzu.

Zawiedliśmy się. Skutecznej pomocy nie otrzymaliśmy. Zrzuty, które przyszły od Aliantów Zachodnich, zdobycie Pragi przez wojska ZSSR, rosyjska osłona lotnicza, rosyjskie zrzuty żywności, broni i amunicji – wszystko to nie było w porę i na miarę naszych potrzeb, i nie było skuteczne. Wskutek olbrzymiej przewagi ilościowej i technicznej Niemcy zdobywali jedną po drugiej opanowane przez nas dzielnice, a sytuacja nasza stawała się powoli beznadziejna.

Tak wygląda prawda. Potraktowano nas gorzej niż sprzymierzeńców Hitlera: Italię, Rumunię, Finlandię.

Walczyliśmy więc samotnie przez dziewięć tygodni. Walczyliśmy na gruzach Warszawy, na gruzach tego wszystkiego, co kochamy, co jest pamiątką naszej wielowiekowej przeszłości. Krew nasza wsiąkała obficie w świętą ziemię Polską.

A kiedy żołnierze nasi wystrzelili ostatnie zdobyte na nieprzyjacielu pociski, kiedy matki dzieci naszych nie miały ich czym nakarmić ani napoić, kiedy długie kolumny ludzi nie znajdowały już wody w wypróżnionych studniach, kiedy trupy umarłych z głodu zaczęliśmy wyciągać z piwnic – nie mieliśmy żadnych możliwości prowadzenia dalszej walki i przerywamy walkę.

Sierpniowe powstanie warszawskie z powodu braku skutecznej pomocy upada w tej samej chwili, gdy Armia nasza pomaga wyzwolić się Francji, Belgii i Holandii. Powstrzymujemy się dziś od sądzenia tej tragicznej sprawy.

Niech Bóg sprawiedliwy oceni straszliwą krzywdę, jaka Naród Polski spotyka i niech wymierzy słuszną karę jej sprawcom.

Z wojskowego punktu widzenia ponieśliśmy porażkę, przegraliśmy bowiem bitwę o Warszawę. Nie upadajmy jednak na duchu. Wprawdzie głównym celem powstania warszawskiego było opanowanie Stolicy, co nam się udało tylko częściowo, jednak powstanie miało jeszcze inny, nie mniej ważny, cel moralno-polityczny. I ten został przez nas osiągnięty.

Powstanie bez pomocy z zewnątrz, bez ciężkiej broni, amunicji, światła, wody, żywności, w walce z przeciwnikiem nowocześnie uzbrojonym i stosującym brutalnie wszelkie środki walki, przetrwało dziewięć tygodni. Nie była to więc niepoważna ruchawka wojskowa, lecz zbrojna manifestacja polityczno-wojskowa całego społeczeństwa, zdecydowanego walczyć do ostatniego tchu.

Powstanie warszawskie postawiło ponownie w końcowej fazie wojny przed światem problem Polski, nie jako problem przetargów dyplomatycznych gabinetów, ale jako zagadnienie wielkiego narodu, walczącego krwawo i bezkompromisowo o wolność, całość i sprawiedliwość społeczną w życiu ludzi i narodów, o szlachetne zasady Karty Atlantyckiej.

Bezcenna krew, którą przelaliśmy, straty jakie ponieśliśmy, nie pójdą na marne. Stanowią one olbrzymi kapitał polityczno-moralny, który przełamuje obojętność świata i na naszą korzyść przechyli szalę, gdy będą się decydowały wyniki polityczne tej wojny.

Sierpniowe powstanie warszawskie niech stanie się cementem, spajającym naród nasz w jednolitą bryłę, zespolenie się żołnierzy, robotników, chłopów i inteligencji, braterstwo lasu i barykady w walce przeciwko wspólnemu wrogowi, wspaniała dojrzałość i determinacja ludzi prostych – niech przypieczętuje wewnętrzną zwartość i moc Narodu naszego, istotną konsolidację naszego życia politycznego, niech nas zjednoczy na przyszłość tak, abyśmy mogli sprostać trudnym zadaniom, jakie przed nami postawi twarda rzeczywistość. Gdy taki jeszcze będzie rezultat sierpniowych walk w Warszawie, będziemy mogli spokojnie myśleć o przyszłości Polski.

Warszawa, Warszawa – legendarna Stolica Polski, jakże wiele razy w historii bohatersko zdała straszliwy egzamin na swych dymiących gruzach.

Bohaterami są żołnierze, których jedyną bronią przeciw czołgom, samolotom i działom były pistolety i butelki z benzyną. Bohaterami są kobiety, które pod kulami opatrywały rannych i przenosiły meldunki, które w zawalonych przez bomby lub pociski piwnicach gotowały posiłki, karmiły dzieci i dorosłych i wśród ginących ludzi zachowywały pogodę i spokój. Bohaterami są dzieci, które bawiły się spokojnie na dymiących gruzach i w piwnicach. Bohaterem jest lud Warszawy. I nieśmiertelny jest naród, który stać na takie powszechne bohaterstwo. Bo ci, którzy umarli, już zwyciężyli, a ci, którzy żyją – walczyć będą dalej, zwyciężą i dadzą ponowne świadectwo prawdzie, że Polska żyje, gdy żyją Polacy.

Rada Jedności Narodowej

Krajowa Rada Ministrów

Warszawa, dnia 3 października 1944

Powyższy tekst przedrukowujemy za książką „My tu żyjemy jak w obozie warownym”. Listy PPS-WRN Warszawa-Londyn 1940-1945, Wydawnictwo Puls, Londyn 1992.

Andrzej Stawar: Zachód w Polsce (1927)

Andrzej Stawar: Zachód w Polsce (1927)

Zachodowość Polski, przynależność Polski do Zachodu, stanowi jeden z najulubieńszych motywów w rozważaniach ideologicznych przedstawicieli polskiej inteligencji burżuazyjnej. Podkreślana ostentacyjnie i ambitnie zachodowość owa staje się, dzisiaj zwłaszcza, pewnym hasłem organizacyjnym. Zjawisko to odnieść można zresztą nie tylko do samej Polski – ma ono znaczenia ogólniejsze, zwłaszcza w zastosowaniu do burżuazji tak zwanych młodych narodów europejskich (Rumunów, Serbów i innych; prądy podobne istnieją również wśród Ukraińców). Najcharakterystyczniejsze jest to, że równocześnie wewnątrz społeczeństw zachodnioeuropejskich powstają całe teorie historiozoficzne mówiące o upadku Zachodu właśnie, a co ważniejsze, teorie owe podkreślają tylko bardzo wydatne tendencje rozwoju stosunków gospodarczo-politycznych (załamywanie się kapitalizmu, wyzwoleńcze dążności ludów kolonialnych itd.). Choćby dla samego tego przeciwstawienia warto zająć się rozpatrzeniem tych haseł i ich konkretnego znaczenia dla burżuazji tych narodów, traktowanych jako młode przez burżuazyjny Zachód.

Przede wszystkim co oznacza samo pojęcie „Zachód” wzięte najogólniej. Niezmiernie często używane ono było i bywa obecnie w różnych idealistyczno-dogmatycznych koncepcjach historyków burżuazyjnych w sensie przeciwstawienia pewnych dogmatycznie ustalonych cech „dwóch światów” (traktowane często, szczególnie u nas, w naiwny sposób, jako przeciwstawienie „dobra i zła” i „białego i czarnego”), co tworzy materiał dla rozumowań w duchu popularnej uczonej szarlatanerii.

Niepodobna więc mówić o „Zachodzie” i „Wschodzie” w tym znaczeniu. Natomiast można „Zachód” rozumieć relatywnie jako pewne przeciwstawienie dialektyczno-historyczne, określane raczej przez pewną koniunkturę historyczną, a nie przez zespół cech stałych. Rozumiane w ten sposób przeciwstawienie między krajami Zachodu Europy a resztą globu (bynajmniej nie między „Zachodem” a „Wschodem” – podkreślam to, aby zapobiec ewentualnym nieporozumieniom), zwłaszcza w perspektywie historycznej ostatnich kilku wieków – przeciwstawienie to, powtarzam, ma swoje głębokie uzasadnienie.

W okresie tym kraje zachodu Europy w stosunku do reszty globu odgrywały rolę taką, jaką przed dwoma, trzema tysiącami lat spełniały kraje położone nad Morzem Śródziemnym w stosunku do krajów ościennych (a między innymi i do krajów dzisiejszego zachodu Europy). Kraje śródziemnomorskie nadawały wówczas pewien cywilizatorski kanon życiu, wytworzyły pewien typ gospodarki, miarodajny dla innych typ ustroju społecznego, poziom techniczny życia, jego urządzeń itd., co razem wzięte można by właśnie określić jako rolę cywilizatorską owych krajów.

Coś podobnego w ciągu ostatnich kilku stuleci spełniały kraje zachodu Europy, tylko na skalę niesłychaną w dotychczasowej historii ludzkości, bo w stosunku do olbrzymiej części globu, obejmując w XIX wieku całą niemal kulę ziemską siecią imperializmu gospodarczego i rozszerzając ją niepowstrzymanie aż do ostatnich czasów. Ta właśnie rola zachodnich krajów Europy stanowi bardzo istotna podstawę do przeciwstawiania „Zachodu” reszcie świata, mnie lub więcej biernie poddającej się owym wpływom.

Czyli że zachodowe ambicje burżuazji polskiej (zarówno jak burżuazji rumuńskiej czy serbskiej), ambicje reprezentowania tego, co w dziedzinach kultury i ekonomiki zrobił zachód Europy, mają poniekąd pewne uzasadnienie (subiektywnie) wystarczające. Stwierdzenie tego może być punktem wyjścia dla oceny pewnego całokształtu ustosunkowali społecznych. Ale samo zagadnienie oddziaływania Zachodu europejskiego na bliżej położone kraje sąsiadujące z nimi posiada inną stronę niezmiernie ciekawą – tym bardziej, że ujawnia się ona szczególnie jaskrawo właśnie w Polsce.

Zasadniczy warunek trwałej ekspansji form zarówno bytowych, jak i ustrojowych, stanowi ich wyższa (w danych stosunkach) skuteczność życiowa – to jest bezsporne. Mówi się wtedy o wyższości nowych form, przyniesionych z zewnątrz, nad dawnymi. Jeżeli teraz przyjmiemy ogólnie, że jakieś określone społeczeństwo o pewnym zróżnicowaniu klasowym podlegnie przez dłuższy okres czasu oddziaływaniu tego rodzaju wyższych (absolutnie czy tylko relatywnie) form, to stosunki wewnętrzne tego społeczeństwa zmienić się muszą radykalnie. Daleko trudniej bywa określić kierunek tych zmian, nie ulega bowiem wątpliwości, że wystąpią tu pewne powikłania rozwoju, wywołane przez kombinowanie się nowych wpływów z dawnymi tendencjami, przy czym pierwsze do pewnego stopnia popierają drugie.

Wyjaśnię to na przykładach. Będą one może nieco ogólnikowe i nieco (w stosunku do interesującego nas zagadnienia) jaskrawe, ale tym łatwiej będzie na nich uwydatnić mechanizm przemian w innych, bardziej skomplikowanych wypadkach ukryty, działający cząstkowo, lecz nie mniej wydatnie.

Weźmy ogólny przykład jakiegoś osiadłego plemienia barbarzyńskiego z pewnymi śladami podziału społecznego na tle przywilejowo-ekonomicznym. Przypuśćmy, że plemię to styka się z kupcami europejskimi i otrzymuje od nich drogą handlu wymiennego pewną ilość nowych towarów, nowej skuteczniejszej broni itp. Otóż jest rzeczą jasną, że te nowe nabytki znajdą się przede wszystkim w rękach grup uprzywilejowanych, silniejszych ekonomicznie. W dalszym rozwoju stosunków nabytki te powiększą niezawodnie arsenał środków służących posiadaczom, pozwolą im zwiększyć eksploatację grup podwładnych do rozmiarów, o jakich dawniej być może marzyć nie mogli [1]. Położenie klasy niższej zmieni się na gorsze wobec nowych środków walki w rękach wyzyskiwaczy, środków, które wyzyskiwanym jest o wiele trudniej opanować, będą oni bezbronni tym bardziej, iż wiekowe nawyki ciążą nad nimi bez porównania silniej.

Naturalnie w zastosowaniu do konkretnych wypadków wywód powyższy wydać się musi zbyt uproszczony. Niemniej jednak uwydatnia się tu w formie najprostszej mechanizm samego procesu w stosunku do ustrojów bardzo prymitywnych. Ale to samo może się dziać i dzieje się istotnie w warunkach nieskończenie bardziej skomplikowanych – przez setki i setki lat. Wejście form wyższych obcych nie tylko rozrywa gwałtowne istniejące ustosunkowania, ale i stwarza częstokroć nieproporcjonalną różnicę kulturalną (a to nie tylko stopnia, lecz samego zakresu kultury [2]). Do ideologii klas wyższych zawsze wchodzi swoiste „kulturtraegerstwo”, poczucie wyższości kulturalnej nad klasami ciemiężonymi. Owóż to „kulturtraegerstwo” tutaj, w wypadkach omawianych, dochodzi do rozmiarów wprost potwornych. Różnice między klasami mają bowiem tendencję do wzrastania absolutnego. Mają one też znaczenie absolutne, zwłaszcza w walce klasowej.

Jest jedna olbrzymia dziedzina, która odgrywa rolę decydującą w stosunkach międzyklasowych – to sprawy militarne. Historia ruchów ludowych zna przykłady powstań, które posiadały, zdawałoby się, wszystkie warunki powodzenia: masowość, obejmowanie całego danego kraju itd., a które zostały stłumione wysiłkiem stosunkowo niewielkim, dzięki wyższości militarnej klas uprzywilejowanych [3].

Zresztą tych rzeczy nie można ujmować jedynie w fazach ostrych wybuchów. W pozornie cichych przebiegach codziennej „pokojowej” walki klasowej o przytłumionym echu, czynniki owe działają może jeszcze silniej przez wydobywanie jednych a tłumienie innych cech świadomości w masach uciskanych.

Trzeba tu wziąć pod uwagę wielkiej doniosłości fakt społeczno-psychologiczny: ocena swej zdolności do walki, która się odbywa odruchowo, instynktownie, jako wynik oceny szeregu codziennych starć. Wielkie efektowne przełomy historyczne są bardzo często wyrazem wcześniejszego obrachunku sił. Takie przełomy w stanowisku danej klasy zachodzą też niekiedy prawie niedostrzeżenie. Jeżeli idzie o kraje zacofane gospodarczo i kulturalnie – to odbywające się stale zasilanie klas posiadających zdobyczami z zewnątrz, odbija się decydująco na możliwościach wewnętrznej walki klasowej.

Aby jeszcze bardziej nie schematyzować i tak już nader schematycznego przedstawienia rzeczy, nie dałem wyżej ogólnego sformułowania

Istota zagadnienia polega na tym, że proces formowania się nadbudowy [4], pojętej w jak najszerszym znaczeniu, w krajach gospodarczo zacofanych ma swój przebieg szczególny właśnie dzięki oddziaływaniom wyższej techniki oraz wyższych form organizacji, eskamotowanym [eskamotować – zręcznie coś ukryć lub skraść – przyp. redakcji NO] przez klasy uprzywilejowane.

Trzymając się ram porównania, aby uwypuklić całą rzecz można by powiedzieć, że gdy formowanie się nadbudowy, w krajach o typie, w danym wypadku, miarodajnym (typie „wyższym”) dałoby się w pewnym sensie charakteryzować jako organiczne (przy czym owa „organiczność” będzie tu znowu raczej przenośnią niż stwierdzeniem jakichś cech stałych), to w wypadkach krajów, które nas tu szczególnie interesują – krajów zacofanych – proces ten dałby się przedstawić jako deformacja rozwojowa w bardzo określonym kierunku. Mechanizm tych deformacji usiłowałem przedstawić wyżej. Zastrzegam się zresztą, że są to sprawy nie podlegające jakiemukolwiek dogmatyzowaniu, że granice przebiegów są tu niesłychanie płynne i że niezmiernie trudno byłoby tu robić jakąś grubą robotę segregacyjną. Tymczasem można poprzestać na wskazaniu niesłychanej ilości faktów potwierdzających wywody powyższe, faktów dostępnych nawet dla najbardziej powierzchownej analizy [5].

Wszędzie tu mamy do czynienia z faktem, że nadbudowa ideologiczna i prawna danego ustroju wpływ swój rozciąga długo jeszcze po upadku form, które je wytworzyły. Masy ludowe z reguły niemal bywają zaskoczone, zdezorientowane przez przełom dokonany w życiu przez wzmożoną dzięki niemu eksploatację, a nie orientując się w nowych stosunkach oczekują ratunku od starych urządzeń, które już dawno zmieniły swój sens. Przecież jeszcze w 1905 roku masy robotników dzisiejszego Leningradu dały się prowadzić na manifestacje z portretem cara, z naiwną ufnością w jego pomoc. Tutaj też mamy źródło licznych „cnót” feudalnych, jakimi odznaczają się przeważnie społeczeństwa świeżo przyswojone kapitalizmowi – ku ogromnemu zbudowaniu publicystów burżuazyjnych, którzy zdołali już w sposób najprostoduszniejszy zapomnieć historię własnej klasy (w Polsce w swoim czasie bardzo modna pod tym względem była Japonia).

Utrzymanie takiego stanu absolutnej dezorientacji, uniemożliwiającej prowadzenie celowej walki, jest naturalnie klasom panującym bardzo na rękę. Wysilają się więc one wszelkimi sposobami, aby ten stan zacofania, nieświadomości przedłużyć – co się na ogół udaje przy pewnym nakładzie sprytu i sprężystości. Inna rzecz, że dalszy rozwój świadomości klasowej może być piorunująco szybki, jak to widzimy w dziejach proletariatu rosyjskiego, a ostatnio chińskiego Tu wchodzą jednak w grę czynniki przyspieszające znaczenia ogólniejszego, których teraz omawiać nie będę.

***

W powyższych, w sposób dość zresztą przypadkowy sformułowanych uwagach, chodziło mi o wskazanie pewnych czynników procesu historycznego, które muszą znaleźć zastosowanie przy omawianiu kwestii „zachodowości”. Rzecz jasna, iż w stosunku do krajów środkowo-wschodniej Europy sprawy te nie przedstawiają się tak prosto. Mamy tu przede wszystkim do czynienia z procesami które trwały całe wieki i których przejawy ulegały jedne zwielokrotnieniu, inne osłabieniu lub nawet zanikowi. Jeżeli idzie o kraje europejskie, stanowiące w całym przebiegu swej historii teren ekspansji gospodarczej i politycznej krajów zachodnich (przy czym ekspansja ta mogła przybierać najróżniejsze formy, od zupełnego podporządkowania, ewentualnie zaboru danego kraju, do bardzo delikatnych więzów „wpływu politycznego”), to tutaj trudno dać jednolite sformułowanie, obejmujące wszystkie charakterystyczne osobliwości struktury społecznej. Można tylko ogólnie stwierdzić, że wpływ Zachodu wzmacniał i utrwalał niektóre właściwości feudalizmu [6], co można by łatwo udowodnić na historii Polski, Czech, Węgier czy Rumunii.

Wszędzie tu zaznaczyła się interwencja omówionych wyżej czynników wpływających na proces formowania się nadbudowy, co określiło jej specyficzny charakter i specyficzne działanie na życie społeczne. Mamy tu do czynienia z całym, niezmiernie skomplikowanym systemem wymiany współzależności. Można tylko z wszelką pewnością twierdzić, że na strukturę społeczną tych krajów, wewnętrzne ustosunkowanie się sił klasowych musiały działać przyczyny wyłuszczone wyżej. Klasy panujące bez porównania szybciej wykorzystują udoskonalenia organizacyjne i techniczne przynoszone z zewnątrz i zużytkowują je dla swoich klasowych celów, to znaczy dla tym skuteczniejszego niewolenia mas ludowych. Istniejące sposoby ucisku zyskują nową straszliwą skuteczność dzięki stosunkowemu zacofaniu mas. Tu jest źródło specyficznych cech cywilizacji tych krajów, a zarazem ich charakterystycznej bezpłodności, jeśli idzie o twórczość gospodarczą czy kulturalną w skali światowej [7].

Wpływ zaznaczonych wyżej czynników, ich ukryte a niezmiernie skomplikowane w skutkach działanie, najlepiej może uwydatnia się w charakterystycznych właściwościach struktury społecznej dawnej Polski. Owe tendencje mogły dojść do najwyższego natężenia właśnie w Polsce, z powodu sprzyjających warunków historycznych. W ciągu całego okresu historycznego (XIV-XVII w.) państwo polskie miało nad sąsiednimi krajami zachodnimi przewagę wyższości sił i rozległości terytorium – nad wschodnimi zaś wyższość techniczną. Te sprzyjające warunki pozwoliły klasie panującej na rozwijanie pewnych właściwości aż do ostatnich granic – aż do sytuacji, która w danej koniunkturze historycznej prowadziła do absurdu.

Niezmiernie ciekawy jest zwłaszcza przebieg różnicowania klasowego, typowego dla dawnej Polski, aczkolwiek niejednakowo zaznaczonego we wszystkich dzielnicach – przebieg jedyny w swoim rodzaju i uwydatniający te osobliwości w formowaniu się nadbudowy, o których wyżej mówiłem. Za fundamentalny fakt społeczny dawnej Polski uważa się kolosalną przewagę szlachty, górującej nad innymi klasami w stopniu gdzie indziej niewidzianym oraz nieznane gdzie indziej zjawisko mas drobnej małorolnej szlachty szaraczkowej. Zjawiska te wiążą z sobą zupełnie słusznie: ta masowość szlachty stanowi jeden z zasadniczych warunków jej wyjątkowej siły. Ale trzeba tu uwzględnić inną jeszcze stronę zagadnienia, najbardziej w danym razie interesującą.

Rzecz w tym, że jako ugrupowanie klasowe, więcej, jako pewna organizacja przywilejowa (czym w istocie był stan szlachecki we wszystkich krajach), szlachta polska związana była dość słabo. Jako całość stanowiła ona nie klasę, ale raczej agregat klasowy, któremu podstawę dawało pełnoprawne władanie, ziemia w skali najróżniejszej od latyfundiów aż do nędznych skrawków roli, wystarczających tylko dla najniższej egzystencji. Fakt przy tym znamienny, że choć cicha walka klasowa między poszczególnymi odłamami „stanu” uprzywilejowanego” trwała zawsze, to dopiero pod koniec bytu państwowego dawnej Rzeczypospolitej, więksi posiadacze ziemscy zdołali częściowo pozbawić praw politycznych masy tego uprzywilejowanego pół-proletariatu.

Trzeba zważyć, że przez swoją sytuację ekonomiczną szlachta szaraczkowa stanowiła właściwie najsilniejszą warstwę chłopstwa. Gdyby posiadacze folwarków w okresie stabilizowania się Rzeczypospolitej szlacheckiej (XV-XVI w.) wykazali większą siłę, a stąd większą wyłączność organizacyjną jako klasa istotnie uprzywilejowana, to elementy, z których tworzyła się szlachta szaraczkowa, stałyby się przednią strażą chłopstwa. Zamiana na półgłodną masę uprzywilejowanych równała się podporządkowaniu ich dążeniom prawdziwych „panów” – a zarazem masy chłopskie w ten sposób traciły swoją naturalną (z punktu widzenia gospodarczego) awangardę klasową, która stawała się najpewniejszą podstawą klas uprzywilejowanych.

Ta „asymilacja” przywilejowa (trudno to nazwać inaczej [8]) najsilniejszej warstwy drobnorolnej, beznadziejnie pogrążyła sprawę chłopską w dawnej Rzeczypospolitej. Aparat represyjno-kontrolny w stosunku do klas wyzyskiwanych został w ten sposób potwornie rozszerzony. Zjawisko to wyjaśnia specyficzną ciszę społeczną dawnej Polski, bierność mas chłopskich i uległość, z jaką pozwalały one na bezgraniczne zwiększanie eksploatacji. Rozstrzygała tu nie ilość czy okrucieństwo represji, lecz stosunkowa wielkość i siła aparatu kontrolno-represyjnego będącego w rozporządzeniu klasy panującej [9].

Bynajmniej nie twierdzę, że aparat ten w Polsce był silniejszy niż w innych państwach. Technika panowania, umiejętność i wysiłek administracyjny były w porównaniu z państwami zachodnimi mizerne i może nikłe. Ale w stosunku do siły oporu mas ludowych były potwornie wysokie, dlatego system był tak potwornie niszczycielski.

Jeżeli tu zatrzymałem się przy sprawie struktury społecznej dawnej Rzeczypospolite (pomimo że to zdaje się tylko niepotrzebnie komplikować zadanie), to dlatego przede wszystkim, że chodziło mi o uwydatnienie całej złożoności, nawet zagmatwania procesów ustrojowych, o których mowa. Charakterystyczna jest przy tym pewna dodatkowa swoboda manewrowaniu klas wyższych, o wiele większa, niż w krajach przodujących. Fakt skomplikowanego różnicowania się społecznego w dawnej Polsce stanowi tu przykład najlepszy.

Jeżeli zechcemy należycie ująć działanie wyszczególnionych czynników na stosunki społeczne w Polsce, musimy wziąć pod uwagę, że działały one w ciągu bardzo długiego czasu, w ciągu całe znanej historii kraju. Mamy tu do czynienia z pewną progresją działania i z pewną progresją skutków. Tutaj można tylko podkreślić rolę tych czynników, jeśli idzie o pewne przełomy społeczne w Polsce w XIX wieku, analogiczne do zaszłych w tymże okresie w całej Europie. Zachodzi jedna jeszcze komplikująca okoliczność. Likwidacja najbardziej ostrych przeżytków feudalizmu w Polsce została przeprowadzona przez siły z zewnątrz kraju – państwa zaborcze. Mówię „likwidacja najbardziej ostrych przeżytków feudalizmu” dlatego, że nie była to całkowita likwidacja feudalizmu – w rzeczy samej państwa te, zarówno Niemcy, jak Austria i Rosja, zachowywały z przywilejów feudalnych to wszystko, co dało się uchronić.

W Polsce sytuacja była o tyle odmienna, że polityka szlachty na długo zdołała wyniszczyć lub sparaliżować te klasy, które na Zachodzie odgrywały w tym czasie rolę decydującą. Dzięki temu szlachta nie miała po prostu konkurenta do roli przodującej i mogła po pewnym przystosowaniu się, bez przeszkód spełniać rolę, którą na zachodzie wywalczyła sobie burżuazja – rolę organizatora społeczeństwa. Z drugiej strony faktyczne usunięcie szlachty od rządów krajem, zniszczenie starego samorządu stanowego popychało olbrzymi jej odłam do nieustannej opozycji i pozwalało jej podporządkować sobie wszystkie świadomie opozycyjne elementy kraju.

Swoboda manewrowania, będąca cechą charakterystyczną owego wtórnego feudalizmu, rozciąga się na wszystkie fakty nadbudowy, a więc na ideologię. Szlachta była w sytuacji bezkonkurencyjnej; członkowie klasy panującej mogą swobodnie operować wszystkimi możliwymi hasłami, pozornie nawet szkodliwymi dla nich, ponieważ hasła te nie będą miały żadnego faktycznego oddźwięku, nie stoi za nimi żaden interes. To jest podłoże rewolucjonizmu i radykalizmu szlacheckiego w XIX wieku [10].

Zjawisko, które można by określić jako wtórną reprodukcję feudalizmu w wyniku przemian zaszłych w ciągu XIX w., stanowi najcharakterystyczniejszy rys struktury społecznej dzisiejszej Polski. W jednym z następnych artykułów poruszę charakterystyczny przejaw wybuchu tradycji i właściwości feudalnych w nowoczesnym państwie polskim [11]. Tutaj dotknę jeszcze pewnych właściwości ściśle związanych z funkcjonowaniem ustroju kapitalistycznego w Polsce i dalszymi jego koniunkturami społecznymi.

Kapitalizm w Polsce ma niewątpliwie pewne cechy kapitalizmu półkolonialnego, jeżeli nie formalne to istotne. Określenie to jest niewątpliwie najbardziej zbliżone do rzeczywistości, jakkolwiek rzuca ono światło raczej na charakter eksploatacji kraju, niż na jego strukturę społeczną. Wchodź tu w grę nie tylko bezpośrednia eksploatacja przez kapitalistów zagranicznych (np. drogą wywożenia procentów od kapitału), ale, i to przede wszystkim, nierównomierność sił ekonomicznych kraju gospodarczo słabszego w porównaniu z mocniejszym kontrahentem, co warunkuje wyzysk.

Jeżeli porównamy zewnętrznie strukturę społeczną Polski z typowymi krajami wielkokapitalistycznymi, to bardzo łatwo spostrzec względną słabość burżuazji w Polsce. Słabość ta uwydatni się naturalnie tylko w porównaniu z miarodajnymi tutaj normami państw wielkokapitalistycznych – na wewnątrz nie uderza ona zbyt silnie. Przejawia się to w składzie i działalności burżuazji. Baza gospodarcza szczupła i chwiejna nie pozwala na duży rozmach, Burżua polski to drobny fuszer, istniejący przy poparciu potężnego protektora i odczuwający to niejednokrotnie bardzo dotkliwie. Poza tym odgrywa tu olbrzymią rolę zróżnicowanie narodowościowe wielkiej burżuazji handlowej i przemysłowej, które w znacznej miecze odbiera jej siłę i autorytet, zwłaszcza w porównana z obszarnictwem – i osłabia samopoczucie.

To wyjaśnia przewagę obszarnictwa i odpowiednio zwiększoną rolę elementów zaliczanych zwykle do drobnomieszczaństwa [12] – szczególnie odłamów drobnomieszczaństwa zbliżonych do burżuazji i współdziałających z nią w wyzysku. Przy całej niepewności tego rodzaju porównań można by zaryzykować analogię ze świata organicznego. Im słabiej u danego gatunku zwierząt bywa rozwinięty mózg, tym większą rolę odgrywają niższe wykonawcze ośrodki nerwowe. Słabość właściwej burżuazji potęguje rolę odgrywaną przez drobną burżuazję, „inteligencję”, personel administracyjny, wojskowych zawodowych itd. Trzeba tu jeszcze dołączyć kułackie elementy wsi. Naturalnie nie można przesadzać znaczenia wszelkich analogii historycznych – ale ta bije w oczy. Stosunkowa słabość właściwej klasy rządzącej i stosunkowo szeroki zasiąg społeczny przypomina stosunki w dawnej Rzeczypospolitej, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę jeszcze stosunki narodowościowe, wyznaniowe itp. Faktem jest, że występują tu pewne charakterystycznie powtarzające się właściwości – jest to wynik pewnych niezmieniających się tendencji, wyrażający się w owej wtórnej reprodukcji i feudalizmu w XIX w.

Trzeba wyjaśnić jedną rzecz. Jakiś apologeta „zachodowości” mógłby tu zauważyć, że bądź co bądź z jakichkolwiek tam motywów, kierowane swym interesem klasy panujące przenoszą jednak nowe wyższe formy organizacyjne, przenosząc tym samym ogólny poziom kultury kraju, niezależnie od odbijania się tych zjawisk w życiu mas. Nic fałszywego. Przejmując pewne zdobycze kultury, klasa panująca przystosowuje je ściśle do swoich celów, do swych interesów. Interesy te polegają na doraźnym wykorzystaniu owych zdobyczy i niedopuszczeniu, aby rozeszły się między szerokie masy. Grupy panujące rozumieją dobrze, że w tym wypadku pozycja posiadaczy uległaby zakwestionowaniu. Siła klasy panującej obiektywnie niewielka, jak to już wyżej zaznaczyłem, zmusza ją do stałej baczności i do stałego wzmacniania kontroli nad działalnością kulturalną; ta kontrola staje się w końcu celem najważniejszym.

Czynniki te w Polsce przy dłuższym działaniu nadały ogólnej cywilizacji kraju specyficzny, arystokratyczno-konsumpcyjny charakter. „Elita” kulturalna jest niezmiernie mało zainteresowana w istotnej ciągłości i rozszerzaniu się kultury – przeciwnie, stanowiłoby to dla niej niebezpieczeństwo utraty dotychczasowych pozycji. Wyżej uwydatniłem charakterystyczną, miażdżącą po prostu przewagę elementów represyjno-kontrolnych w życiu społecznym dawnej Polski. Odpowiada temu zupełnie identyczne nastawienie w działalność kulturalnej. Odzwierciedla się to dobitnie w literaturze – od najdawniejszych początków do czasów najnowszych. Pewne korektury trzeba by tu wprowadzić dla opozycyjnych nastrojów okresu rozbiorowego, ale istotne motywy zostały te same. Zresztą nie można tych nastawień szukać li tylko w jezuityzmie bigoterii, w jakimś szczególniejszym wysuszeniu życia myślowego, będącym cechą znamienną literatury szlacheckiej. Znaleźć je można w tym, co należałoby określić jako obyczaj kulturalny, miarodajne normy myślenia, najogólniejszej orientacji zarówno w poezji, jak i w filozofii, nie mówiąc już o publicystyce.

Wspomniałem już o specyficznym przystosowaniu importowanej ideologii rewolucyjnej na taki użytek wewnętrzny ,o którym nie śniło się ich twórcom. Pod tym względem w Polsce XIX i początkach XX w. zdobyto rekordy w swoim rodzaju – jeżeli idzie o fałszowanie świadomość szerokich mas. I to są dziedziny najszkodliwsze, bo najtrudniejsze do uchwycenia.

„Zachodowość” stanowi w Polsce problem wcale istotny — trudno wyczerpać tę kwestię od razu. Ale jeśli się o tym mówi, trzeba pamiętać, że związana jest ona z nastawieniami feudalnymi ścisłym związkiem funkcjonalnym [13]. Naturalnie są inne jeszcze strony zagadnienia, tutaj na razie pominięte. Chodziło mi jednak przede wszystkim o uwydatnienie konkretnej wartości ,,zachodowych” haseł dla dzisiejszej burżuazji polskiej.

Wyżej wspomniałem już, że dziś właśnie, głównie burżuazja „młodych” narodów lubi szermować hasłem zachodowości. Tego rodzaju obiegowych haseł nie można w ogóle lekceważyć – mają one przeważnie trwałe korzenie w interesach klasowych i tradycji klasowej. Naturalnie jeśli z powodu rewolucji rosyjskiej i ruchów, którym ta rewolucja dała początek, mówi się ogólnie o walce „Wschodu” z „Zachodem” to są czysto mistyczne brednie – jakkolwiek można tu dostrzec pewną istotną, acz wypaczoną obserwację. Kapitalizm rozkłada się i wali przede wszystkim w tych krajach, do których przyszedł w stanie gotowym, gdzie trafił na nieuprzątnięte feudalne pozostałości. Ale głębsze czynniki jego upadku działają i tam, gdzie wzrastał integralnie. Nie ma tu więc żadnego zasadniczego przeciwstawienia.

Zasadnicze przeciwieństwo wewnętrzne istnieje w haśle „zachodowości” tak jak je powtarza burżua wschodnioeuropejski (a wszystko jedno, czy będzie to burżua z Warszawy, Zagrzebia czy Bukaresztu), ma ono konkretne brzmienie równoznaczne z feudalizmem – wbrew cywilizatorskim, kulturtraegerskim pozorom hasło to ma zupełnie konkretne znaczenie antycywilizacyjne, równoważąc się z wyniszczaniem istotnej siły kraju – żywej siły mas ludowych z niweczeniem w zarodku wszelkiej istotnej inicjatywy cywilizacyjnej.

Andrzej Stawar

Powyższy tekst Andrzeja Stawara pierwotnie ukazał się w piśmie „Dźwignia” nr 4, Warszawa, lipiec 1927. Grafika w nagłówku tekstu: OpenClipart-Vectors z Pixabay.

Przypisy:

1. Przykład powyższy znajduje potwierdzenie w wielkiej ilości faktów. Pomijam tu już wypadki bardzo często powtarzające się w dziejach zaborów kolonialnych, gdy państwo imperialistyczne świadomie forsuje ustalanie się podporządkowanej imperialistom arystokracji, w charakterze mandatariusza przy eksploatowaniu danego kraju.

2. Takie potworne rozziewy spotyka się we wszystkich krajach kolonialnych między klasami uprzywilejowanymi (urzędnicy, arystokracja tubylcza) a masą ludności wyzyskiwanej (klasyczny przykład stanowić mogą Indie Angielskie).

3. W krajach o wyższej organizacji gospodarczej ma miejsce, między innymi, ciągłe ulepszanie techniki militarnej. Otóż nie trzeba zapominać, że udoskonalona broń zagraniczna w krajach zacofanych gospodarczo odgrywa rolę olbrzymią jako czynnik w walkach wewnętrznych. Znana jest powszechnie potężna siła interwencyjna, jaką rząd Stanów Zjednoczonych posiada w stosunku do spraw wewnętrznych Meksyku przez proste regulowanie wywozu broni (embargo). Amerykańscy baronowie przemysłu mogą w ten sposób w każdym momencie wywołać ruch zbrojny przeciw rządowi, który by wystąpił do walki z nimi. Analogiczne zjawisko mamy w Chinach. Generałowie walczący w interesie poszczególnych państw kapitalistycznych nie kosztują ich przypuszczalnie zbyt drogo – przynajmniej w stosunku do rozmiarów „interesu”. „Zyski” mogą zdobywać sami drogą łupienia bezbronnej ludności cywilnej. Potrzeba im tylko uzbrojenia. Obfitość materiału ludzkiego i niski poziom potrzeb ludności rolniczej pozwala łatwo dopełniać armię, tym bardziej, iż liczby wojsk w stosunku do ludności są stosunkowo nieznaczne. Analogia między Chinami a Meksykiem jest tym pełniejsza, że tu i tam interwencja zagranicy zwraca się przeciwko ruchowi klas pracujących.

4. Według określenia Bucharina („Teoria materializmu historycznego”). „Przez »nadbudowę« rozumieć będziemy wszelką formę zjawisk społecznych, wznoszącą się ponad podstawą ekonomiczną; zaliczymy tu i psychologię społeczną, i ustrój społeczno-polityczny wraz z wszystkimi jego częściami materialnymi (np. armaty) i organizacje ludzką (hierarchia urzędników) i zjawiska takie, jak mowa i myśl”.

5. Materiału dostarczyć może aż nadto historia choćby przenikania wpływu chrześcijaństwa i związanych z nim form organizacyjnych (feudalizmu) do krajów Europy Wschodniej. Jeżeli idzie o czasy najnowsze: przenikanie kapitalizmu do zacofanych gospodarczo krajów Europy i Azji.

6. Trzeba tu mieć na uwadze nie tyle feudalizm w tej postaci, w jakiej istniał na Zachodzie Europy – ale pewne niescentralizowane formy rządzenia i wyzysku, istniejące w krajach rolniczych. W tym tylko znaczeniu można mówić o feudalizmie w Chinach, Indiach i innych krajach, które właściwej organizacji feudalnej w sensie średniowiecza europejskiego nie znały.

7. Stąd powstały całe teorie wśród uczonych zachodnich krajów – teorie dowodzące, że Słowianie są jakąś rasą absolutnie niższą, niezdolną do szerszej działalności.

8. Trzeba to zaznaczyć tym bardziej, że ulubioną fintę historyków wybielających politykę szlachty w stosunku do chłopa stanowi wyliczenie buntów chłopskich w krajach sąsiednich oraz represji i okrucieństw spadających z tego powodu na chłopstwo – po czym powołują się na spokój społeczny w Polsce W dawnym Rzymie był zwyczaj, iż niewolnikowi schwytanemu na ucieczce podcinano ścięgna, aby nie mógł uciekać po raz drugi. Klasa chłopska w dawnej Polsce była w położeniu niewolnika, który miał poprzecinane pewne ścięgna i nie mógł myśleć o buncie. Tu tkwiła kapitalna różnica w sytuacji chłopa polskiego nawet w porównaniu ze straszną dolą chłopa niemieckiego czy rosyjskiego.

9. Kwestia ta szerzej traktowana była w artykule „Uwagi o demokracji polskiej”, „Nowa Kultura” nr 38 z 1924 r.

Zjawisko przystosowywania miarodajnej ideologii opozycyjnej, a nawet rewolucyjnej do zupełnie odmiennych potrzeb nie stanowi bynajmniej osobliwości wyłącznie polskiej. Opozycja obszarnicza w Rosji w początkach XIX w. szermuje hasłami ultraliberalnymi Późniejsze prądy socjalistyczne aż nadto często służą za przykrywkę dążnościom elementów czysto burżuazyjnych. Bez uwzględnienia tego rodzaju „mimikry” ideologicznej niezrozumiała jest w ogóle historia ruchów społecznych w zacofanych krajach europejskich – niezrozumiale są zupełnie takie np. zjawiska, jak PPS.

10. Objawy te niejednokrotnie podkreślali publicyści burżuazyjni – robił to w swoim czasie p. Artur Śliwiński, aczkolwiek bez dostatecznej perspektywy społecznej.

11. Pojęcie drobnomieszczaństwa bywa używane w stosunku do różnych grup społecznych o najróżniejszych dążeniach i programach. Poza tym u pisarzy marksistów ma ono swoistą tradycję polemiczną: pakuje się tam wszystko, co się danemu autorowi z tych czy innych powodów nie podoba. W rezultacie do jednego worka trafiają drobny majsterek o średniowiecznych cechowych aspiracjach, sklepikarz, liberalny albo socjalizujący inteligent, wolnomyślny burżua itd., zwykle dodaje się tu jeszcze całe chłopstwo. W tym, co zaliczyć można do drobnomieszczaństwa, znajdują się grupy będące niejako odpadkami albo wtórnymi produktami rozwoju społecznego – i odbijające w sobie wszystkie najbardziej specyficzne właściwości danego kraju. U pisarzy, którzy pomijają te osobliwości, uniwersalizują pojęcie drobnomieszczaństwa, mówią o drobnomieszczaństwie w ogóle, powstaje nader często niewiarygodny wprost bigos scholastyczny.

Coś podobnego, aczkolwiek w bez porównania mniejszym stopniu, da się zastosować do pojęcia inteligencja. W stosunkach polskich te kwestie występują szczególnie ostro.

12. Ciekawy niezmiernie bywa sposób, w jaki polski inteligent przyjmuje tego rodzaju fakty. Stanisław Brzozowski dotykając tego zagadnienia z okazji Whitmana, pisze w „Pamiętniku”: „Polska dla Whitmana to tylko feudalizm w jego pojęciu i przecież tak jest właściwie [podkreślenia Brzozowskiego]. Trzeba myśleć, trzeba przekonywać siebie, że Polska to także warunek nieupośledzonej przyszłość. 20 milionów, które miały, mają lub będą miały nieszczęście urodzić się Polakami”. Nic bardziej charakterystycznego nad płaczliwy patos tych słów i nad tę absurdalną argumentację. Na takich sofizmatach opiera się cały nowoczesny obiegowy patriotyzm uczciwszej części polskiej „radykalnej” inteligencji. Brzozowski zresztą stawia tu sprawę wyjątkowo czysto i uczciwie (może dlatego, że w „Pamiętniku”). Normalnie słyszy się w odpowiedzi słodkawą blagę o demokratyzmie Mickiewiczów, Mochnackich itd.