Kazimierz Pużak: Zapomniany twórca Nocy Listopadowej

Kazimierz Pużak: Zapomniany twórca Nocy Listopadowej

W odległości zaledwie 50 km od Warszawy, w zapadłej mieścinie Warce, na małym cmentarzysku mocno zapuszczonym, spoczywa Piotr Wysocki. Prawie ubogi nagrobek kamienny w kształcie krzyża na skale znaczy mogiłkę kryjącą ostatnie szczątki twórcy Nocy Listopadowej. Tak jest na cmentarzu wareckim. Lecz i w samym miasteczku, w którym Wysocki już jako 60-letni starzec po swoim powrocie z katorgi syberyjskiej w październiku 1857 r. z nakazu władz rosyjskich osiadł, jeszcze mniej zachowało się śladów jego pobytu. Nawet dom na „Wojtówce”, a dzisiaj ulicy Wójtowskiej 16, w którym zamieszkiwał i w którym dokonał swego żywota – w 20 lat po jego śmierci spłonął doszczętnie. Odbudowano go według planu poprzedniego domu, ale poza kopią izby, w której umarł – nic po nim nie zostało. Obecni mieszkańcy – właściciele tego domu, ludzie ubodzy i prości, zachowali w pamięci już mało znaczące szczegóły o ostatnich latach życia Wysockiego. Dzielą się nimi jednak chętnie z odwiedzającymi to miejsce pamiątkowe przyjezdnymi, których jest coraz mniej…

I na tym kończą się wszelkie pamiątki po Wysockim w Warce, a z nią i w Polsce. Trzeba przyznać, że gdy chodzi o tak zwane ziemskie dowody pamięci o Wysockim, to są one nad wyraz skąpe. A wobec tego w pamięci obecnego pokolenia postać Wysockiego z biegiem lat coraz bardziej zaciera się i zanika.

Wiedza zaś historyczna, nie mająca dla Wysockiego należnych względów, raczej wobec niego surowa, pomniejszyła znaczenie dziejowe tej bohaterskiej postaci powstania listopadowego. Urzędowa historiografia polska z małymi wyjątkami zaznaczyła łaskawie, że Wysocki nie mając udokumentowanego dyplomami wykształcenia – „nie miał wrodzonej iskry Bożej do prowadzenia przygotowań powstańczych”, a jako wojskowy – „był tylko zdecydowanym, bardzo dobrym subalternem (podkomendnym) jak to wykazała (!!!) noc listopadowa”. Niewątpliwie, Wysocki nie ma szczęścia do historyków epoki listopadowej, którzy nie mogąc zrozumieć jego nieprawdopodobnej skromności i prostoty oraz bezgranicznej ofiarności i bezinteresowności aż do samozaparcia się – degradują go do rzędu jakiejś miernoty. Gdy tymczasem – według współczesnych – Wysocki był dyktatorem Nocy Listopadowej, a po zwycięstwie nie przyjął awansu ani też nie szukał wywyższenia, chociaż był ubóstwiany przez wojsko i lud, chociaż był człowiekiem, na którego cześć układano wiersze i utwory muzyczne. Czyż ten powszechny i niekłamany entuzjazm wobec osoby Wysockiego – przed wybuchem powstania ogółowi nieznanego, nie świadczy o nieprzeciętnej jego wielkości i o jego mocy ducha?

Toteż sumienna historia powstania listopadowego nie potrzebuje wywyższać Wysockiego. Wystarczy bowiem stwierdzić ponad wszelkie wątpliwości oficjalnych dziejopisów, że Wysocki podjął dzieło spisku Łukasińskiego i to w momencie, gdy Łukasińskiego zabrakło i gdy większość ocalałych z pogromu spiskowców z organizacji się wycofała.

Wysocki organizację, przygotowującą wybuch, pogłębił i rozszerzył przede wszystkim w wojsku, a w nocy 29 listopada 1830 r. dał hasło do wybuchu. W ten sposób spełnił marzenia i zamiary kilkunastoletnich wysiłków i prac konspiracyjnych ówczesnego młodego i niezdeprawowanego niewolą pokolenia.

Już to jedno stawia go w rzędzie bohaterów narodowych.

Ale na tym nie wyczerpały się jego praca i ofiarność dla umiłowanej sprawy. Ujęty z bronią w ręku przy szturmie Woli, ciężko ranny i zawleczony do Bobrujska, stale w kajdanach, staje przed sądem wojennym, który skazuje go w dniu 17 października 1831 r. na karę śmierci przez ćwiartowanie. Wyrok ten przy zatwierdzaniu „złagodzono” na powieszenie, jednak wyroku nie wykonano, i to na wyraźny rozkaz Mikołaja I, który przekazał Wysockiego ks. Paskiewiczowi, namiestnikowi Królestwa Polskiego, a w następstwie sądowi kryminalnemu w Warszawie, sądzącemu sprawców wybuchu listopadowego.

Odtąd Wysocki przebywa katusze osławionego więzienia na Lesznie i męki śledztwa. Ale najgorszym było jego zupełne opuszczenie przez wszystkich, nawet przez obrońców. Sprawa Wysockiego była tak groźną, że adwokaci bali się go bronić, ażeby siebie nie narażać. Doszło do tego, że dopiero trzeci z kolei adwokat, gdy już nie mógł się wykręcić, pod przymusem sytuacji „bronił” Wysockiego w sądzie.

Ten okres procesu, podczas którego Wysocki wzniósł się na wyżyny największego bohaterstwa, biorąc na siebie całkowitą odpowiedzialność, należy do najpiękniejszego i godnego podziwu potomności okresu jego życia.

Dnia 29 listopada 1833 r. Wysocki został skazany na śmierć przez powieszenie. Wyrok ten pod wpływem opinii zagranicznej, zwłaszcza francuskiej, został „złagodzony”… na 20 lat katorgi. Pędzono go etapem zakutego na ręce i nogi na Sybir do Aleksandrowska koło Irkucka. Za próbę ucieczki, połączonej z planem powstania, został skazany na 1000 kijów, a do wyroku dodano jeszcze 3 lata. Tę śmiertelną dawkę tysiąca kijów Wysocki wytrzymał, po czym został wysłany do Abatui, skąd w końcu przewieziono go do Czyty.

Na Syberii przebywał Wysocki aż do lipca 1857 r., kiedy to na za sadzie amnestii pozwolono mu wrócić do Polski z warunkiem pobytu w Warce. Tu pracując ciężko na roli i zapadając na zdrowiu wskutek ciągle otwierających się ran, pozostałości bicia pałkami, zmarł 6 stycznia 1875 r.

Spoczął na cmentarzu – niemal w pobliżu Warszawy – niedoceniony przez historię, a przez współczesnych prawie zapomniany.

Przerośli i zasłonili go inni aktorzy tragedii listopadowej. Ukoronowano w Warszawie, w stolicy podchorążych – ulicami i dzielnicami – osobistości w rodzaju Zajączków czy Lubeckich… Wysockiego Warszawa nie zna – choć mieszkał w niej na ul. Widok… Nie wiem, czy gdziekolwiek w Polsce istnieje bodaj jedna szkoła lub jakiś zakład jego imienia. Bo nie można uznać za dowód pamięci płyty położonej ku jego czci na grobie w r. 1936 przez Okręgowy Związek Straży Pożarnej z Grójca, na której pod kilku słowami hołdu – znalazły się nazwiska wszystkich (!) szanownych członków Zarządu Okręgowego Związku.

Niestety nie znalazły się wówczas żadne miarodajne czynniki, które by uchroniły grób Wysockiego przed swego rodzaju wandalizmem.

***

W odległości 50 km od stolicy, a więc tuż pod Warszawą na cmentarzu w Warce spoczywa Piotr Wysocki, przez oficjalną Polskę zapomniany, ale w naszej świadomości i pamięci wiecznie żyjący – ten Nieśmiertelny Wódz Rewolucji Listopadowej.

Kazimierz Pużak

Powyższy tekst ukazał się w centralnym organie prasowym Polskiej Partii Socjalistycznej, dzienniku „Robotnik”, w dniu 29.11.1936. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. W nagłówku tekstu zamieszczono obraz Wojciecha Kossaka „Noc Listopadowa”.

 

Józef Piłsudski: O armii narodowej (1917)

Józef Piłsudski: O armii narodowej (1917)

Szanowni Panowie! Mam mówić przed Wami o sprawie niezwykle ważnej, sprawie, o której Polska tak długo myśleć nie chciała, mam mówić o armii narodowej. Jeżeli połączę te dwa wyrazy: armia narodowa, powiem od razu, że wymagać ona musi nie tylko żołnierza, ale i narodu.

Nowoczesne pojęcie armii narodowej urodziło się w dwu krajach: we Francji i Niemczech. Bardzo jest ciekawym oraz pouczającym dla nas rozejrzeć się w tych warunkach, w których się to pojęcie urodziło. Kształtowania armii narodowej w ścisłym, nowoczesnym tego słowa znaczeniu wieki dawniejsze nie znały. Armia narodowa w tym pojęciu, jak ją nowoczesny żołnierz i człowiek cywilny rozumie, urodziła się we Francji i Niemczech w tych warunkach, które mocno przypominają te, w których my się obecnie znajdujemy. Oto pod naciskiem najazdu pękła w proch budowa wojska poprzedniego, oto pół Francji, a potem całe Niemcy drżą pod stopą najeźdźcy. Zdawało się: wszystkie środki, wszystkie możliwości są przegrane i naród czekał ostatecznej klęski. I oto tym wielkim cudem woli narodowej, tym wielkim cudem, który daje gorące uczucie i silna wola – oba państwa, zarówno Francja, jak i Niemcy, tworzą nowe podstawy dla wojska, tworzą nowe wielkie armie narodowe, które przez cały świat przechodzą, przykuwając do swoich sztandarów zwycięskich uwagę całego świata. Tam był naród, który chciał armię tworzyć, który nie chciał zginąć, tam był naród, który chciał być zwycięzcą w tych ciężkich zapasach, które go spotkały. I oto Francja tworzy wielkie wojsko, wielki wzór, który dotąd naśladowany być musi. Wielka armia francuska nie tylko zwycięża, wyrzuca z granic nieprzyjaciela, ale przechodzi zwycięsko przez Europę całą.

I oto znowu Niemcy pohańbieni, zgnieceń i przez Napoleona, tworzą i wykuwają w sobie tę wolę, tę chęć wyjścia z upokorzenia, złamania nieprzyjaciela, zdobycia siły, która może uczynić naród wolnym.

Dlatego mówię – na to, aby armia była narodowa, potrzebny jest naród, który ma wolę, który umie chcieć i umie wolę swoją przeprowadzić. Armia narodowa wymaga narodu, wymaga też i żołnierza. Żołnierz nowoczesny, moi panowie, stworzony na wzór francuskiego i niemieckiego żołnierza nowoczesnego, wychodzi z powszechnego poboru. Czy bogaty, czy biedny, urodzony w chałupie, czy w pałacu, każdy musi spłacić dług ojczyźnie. I tak, jak konieczną jest narodowi cywilizowanemu szkoła, tak samo koniecznym jest przejście przez wojsko młodzieży z chwilą, gdy ona dorosła do odpowiedniego wieku. Dopiero szkoła i wojsko czynią człowieka dojrzałym, dają mu możność wykonania wszystkich swoich obowiązków obywatelskich. Nowoczesne wojsko tworzone być może jedynie na podstawie powszechnej służby wojskowej. Każdy musi być do niej pociągniętym i tylko wówczas naród i wojsko zlewają się w jedno, tylko wówczas każda rodzina ma żołnierza, każdy żołnierz ma rodzinę w Ojczyźnie.

Drugim koniecznym warunkiem żołnierza nowoczesnego jest istnienie swego własnego rządu, który temu żołnierzowi nakazy dawać ma prawo.

Proszę Panów! Odwołam się tutaj do moich osobistych wspomnień. Pokolenie dzisiejsze należy do pogrobowców roku 1863. Kiedy myślę o żołnierzu polskim, myślę o tym, że znaleźć on może przytułek tylko w umyśle i sercu dziecięcym. Żołnierz znajdował swój przytułek tylko w tych niedoświadczonych umysłach dzieci mających pięć czy sześć lat. Wszędzie skądinąd pojęcie o żołnierzu zostało wyrzucone tak gruntownie z pamięci i myśli polskiej, że nie znam na całym świecie społeczeństwa, które by tak cywilnym było, jak jest nim społeczeństwo polskie. Wszystkie zajęcia, wszystkie prace, które człowiek w ogóle wykonywać jest w stanie, znajdują takich lub innych zwolenników, takie lub inne uznanie, tylko żołnierka, tylko więc to, co czyni naród silnym, tylko to starannie wyrzucono z umysłów i serc ludzkich i z tego zrobiono prawo wychowania Polaków. Powiedziałbym, że my urzeczywistniliśmy ideał Berty Suttner, działaczki pokoju. I ten ideał wykazuje w najwyższym stopniu swoją wartość na losach narodu polskiego.

I oto przychodzi godzina, gdy wielkie państwa i olbrzymy rzucają na szalę wypadków wszystko to, co miały najdroższego, wszystko to, co było w nich mocą i siłą. Rzucono miliardy pieniędzy, miliony ludzi poszło, żeby w wyścigu walki zdobyć dla swojej ojczyzny, dla swego państwa te rzeczy, które państwo i ojczyzna za słuszne dla siebie uznały. Tam Polaków zabrakło. Na naszych ziemiach miecze miały wyrębywać nowe granice, lecz przy tych mieczach szabel polskich prawie nie było.

I oto, proszę państwa, ten nowy, młody żołnierz, stworzony przez gorący zapał, poszedł też na boje. Byłem z nim, przeszedłem tę ciężka drogę, tę tragedię żołnierza polskiego, żołnierza, który bezskutecznie szukał ojczyzny. Myśmy nie byli w ojczyźnie realnej. Byliśmy pod ślicznymi górami karpackimi, byliśmy w żyznej ziemi kieleckiej, w pięknej ziemi lubelskiej; w innych częściach kraju stopy nasze deptały ziemię ojczystą, dokoła słyszeliśmy polską gwarę, byliśmy wśród swoich, a jednak ojczyzny w ścisłym słowa tego znaczeniu nie czuliśmy.

Trzeba być na wojnie, trzeba widzieć to, co panowie nazywacie okropnościami wojny, a co nieraz dla żołnierza jest rozkoszą wojny, trzeba widzieć ten oddech wojny, który znosi wszystko, co napotyka, te palące się sioła, te w gruzach leżące miasta, te stosy trupów, zwały ciał, ten nadzwyczajny triumf władczyni świata śmierci. Trzeba widzieć to, co Panowie najbardziej odczuwali, to rozpanoszenie się żołnierza w stosunku do tego wszystkiego, co na drodze spotyka. Trzeba widzieć, jak żołnierz wdziera się do najtajniejszych skrytek ludzkich, aby tam panować, jak wyrzuca gospodarza z łóżka, by samemu się tam położyć. Trzeba widzieć to panowanie żołnierza nad światem. I oto te dumne czoła, które się nie chylą w obliczu śmierci, te dumne sztandary, które w gronie kul nie zniżają swego lotu, te dumne pałasze, które przed żadnym strachem, przed żadną potęgą nie chcą się do pochew chować – mają potęgę i mają wolę, przed którą te dumne czoła i sztandary ku niemu się chylą. Bo żołnierz nie jest wszechwładny, bo za nim stoi rząd jego ojczyzny, zorganizowana Ojczyzna, która mu w każdej chwili posłuszeństwo nakazać jest w stanie.

Kiedym szedł, proszę panów, jako sierota-żołnierz, szukający Ojczyzny, kiedym wszedł do wspólnej rodziny żołnierza, by tego święta uroczystego dla każdego żołnierza, tj. wojny, zażyć, zazdrościłem otaczającym nas wojskom nie przepychu technicznego, nie przepychu sztabów, jakie one posiadały. Zazdrościłem im nie tej wielkiej, olbrzymiej liczby ich wojsk, które w porównaniu z naszą garstką były olbrzymem wobec karła. Nie zazdrościłem im wielkości, dumy i pychy. Zazdrościłem im jednego. Że mieli za sobą wolę narodu swego, która im posłuszeństwo nakazuje, że mieli rząd zorganizowany, który dumę żołnierza stanowi, który dla niego samego tę Ojczyznę reprezentuje. Zazdrościłem im, że w koniecznej brutalności wojennej oni mieli przed czym czoła uchylić.

To jest wymaganie nowoczesnego żołnierza: żołnierz musi być powszechny i żołnierz musi mieć swój rząd, którego słucha.

Proszę Panów, wtedy, kiedy analizuję pojęcie armii narodowej, to powtarzam: musi być z jednej strony naród, który chce, który ma wolę, a z drugiej strony musi być żołnierz, wychodzący z poboru powszechnego i mający silny rząd za sobą. Gdy o armii narodowej wśród Polaków mówię, przychodzi mi zawsze na myśl jedna z cudownych scen u Wyspiańskiego. Czy panowie sobie przypominacie tego rozognionego poetę, marzącego o sile, marzącego o potędze ojczyzny, który w podnieceniu weselnych nastrojów śni i widzi przed sobą tę siłę, która z upodlenia i z upadku wyprowadza. I pamiętacie Panowie, jak na to zaklęcie: „co kto marzył, co kto śnił”, zjawiają się upiory, widma, z grobu powstające, a wyobrażające to, o czym ktoś śnił. I pamiętam zjawienie się zakutego rycerza w zbroję z pól grunwaldzkich powstałego, ogromnego, przerastającego sobą tego nowego małego człowieka. I oto rycerz chwyta poetę za rękę i powiada: „duszę daj, dam ci siłę”. A przerażony marzyciel gnie się w uścisku żelaznym dłoni istotnego żołnierza. I pamiętają Panowie, czym się kończy ta scena? Poeta żąda otwarcia przyłbicy i znajduje za przyłbicą to, co jest udziałem każdego żołnierza – znajduje śmierć. I przerażony okropnym życiem żołnierza pada zemdlony. Zawsze tedy, kiedy mówię wśród Polaków o armii narodowej, boję się tego wrażenia, tego przeżycia, co przeszedłem patrząc na scenę z „Wesela” Wyspiańskiego.

Zjechaliście się tu ze stron tak różnych i dalekich, zjechaliście się nie po to tylko, żeby usłyszeć to, co w duszy mojej istnieje, a co, jak przypuszczam i jak chciałbym wierzyć, jest i w waszych duszach. Zjechaliście się, żeby dowiedzieć się, jak sprawy stoją. Zjechaliście się, żeby usłyszeć z ust najbardziej miarodajnych, jaki te sprawy mają wygląd. Nie dziwię się, że przychodzicie z tą ciekawością. Niestety nie jestem w stanie zadowolić Was, dlatego, że pomimo gorącego pragnienia, które ożywia całą Radę Stanu przy chęci budowania armii polskiej, że mimo gorącego pragnienia, które prawdopodobnie i Was wszystkich ożywia, jesteśmy w tej drodze zatrzymani, zatrzymani dlatego, że mamy do czynienia z faktem tej natury, o który potrąciłem przy analizowaniu pojęć armii narodowej.

Żołnierz potrzebuje prawnego rządu, aby być żołnierzem, rząd potrzebuje prawnego żołnierza, aby być rządem. I gdzieś musi nastąpić to spotkanie rządu i żołnierza. My tego żołnierza już mamy, ten żołnierz już istnieje i ta wielka praca zrobiona przez Legiony, ten głęboki zasiew, już został zrobiony. Ten krwawy wysiłek nie może pójść na marne.

I oto sprawa stoi w ten sposób, że ani Legiony, ani żadna ich część, a więc i werbunek nie są oddane władzy i w żadnym stosunku nie stoją do Rady Stanu. Rada Stanu nie może ani wpływać, ani czegokolwiek bądź w tych rzeczach, jak są one urządzone, zmieniać. Rada Stanu dotąd jest w stosunku do tego wszystkiego, co dotąd było wojskiem, bezsilna, i nic w sprawie tej nie ma do mówienia.

Wobec tego, proszę państwa, sprawa ta, jak powiadam, ugrzęzła, sprawa ta dotąd z tego położenia wyjść nie jest w stanie. Czy Rada Stanu pod tym względem potrafi znaleźć jakieś wyjście, czy te siły sprzymierzone, które zatrzymały sprawę pod tym względem w biegu, bieg ten doprowadzą do normalnego stanu, w to nie chcę wchodzić. Nie chcę być fałszywym prorokiem i nie chcę Wam dawać żadnych obietnic, których nie mógłbym dotrzymać. Dlatego też nie żądajcie ode mnie żadnego wyjaśnienia co do przyszłości, nie żądajcie, abym bez podstawy malował, jak to lub owo w przyszłości wyglądać będzie. Wszystkie te rzeczy są wynikiem trzech sił, z jednej strony siły obu państw okupacyjnych, z drugiej siły polskiej. Przewidywać zatem w szczegółach i malować rzeczy jakie mają być w przyszłości, malować, nie wiedząc, jak ugodzone te czynniki zostaną, uważam za niegodne siebie i powagi Rady Stanu.

Natomiast pozostaje nam jedno i to jedno wyraźnie sobie trzeba powiedzieć. Trzeba mieć wolę do tworzenia tego wojska, trzeba mieć chęci do tworzenia tego wojska. Trzeba budzić wśród siebie i innych ten stan ducha, który, gdy przyjdzie chwila tworzenia tego wojska, nie zrobi Wam zawodu, ale stworzy nam dostatecznie wielkie siły, na których rząd polski ostatecznie będzie się mógł oprzeć.

Józef Piłsudski

Powyższy tekst pierwotnie został wygłoszony jako referat w dniu 16 marca 1917 r. w Warszawie na zjeździe zwołanym przez Departament Spraw Wewnętrznych Tymczasowej Rady Stanu. Następnie został opublikowany w „Pismach zbiorowych Józefa Piłsudskiego”, tom IV, Warszawa 1937. Poprawiono pisownię według obecnych reguł. Grafika w nagłówku tekstu: Obraz Jerzego Kossaka – wymarsz Pierwszej Kompanii Kadrowej odrodzonego wojska polskiego z Oleandrów w Krakowie 6 sierpnia 1914 r.

Zgromadzenie robotnicze w stolicy wita braci zza Olzy (1938)

Zgromadzenie robotnicze w stolicy wita braci zza Olzy (1938)

„Klasa pracująca Warszawy wita radośnie i serdecznie prastarą ziemię śląską, powracającą do Polski.

Jesteśmy zadowoleni, że wypadki ostatnich tygodni nie doprowadziły do wojny, chcemy mieć z Czechosłowacją jak najlepsze stosunki sąsiedzkie, nie chcemy, żeby Czechosłowacja padła, żeby stała się łupem zaborczości niemieckiej – łupem hitleryzmu”.

Tymi słowy zakończył prezes Centralnego Komitetu Wykonawczego Polskiej Partii Socjalistycznej, tow. Tomasz Arciszewski, zagajenie olbrzymiego zebrania zorganizowanego przez Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego w sali teatru „Wielkiej Rewii” pod hasłem: Prastara ziemia śląska łączy się z Polską.

W przemówieniu swoim przypomniał tow. Arciszewski cały ogrom pracy socjalistów polskich w sprawie Śląska Zaolziańskiego. W zastępstwie tow. Kotarby, który nie mógł przybyć do Warszawy, przemawiał tow. Mecner, redaktor „Robotnika Polskiego”:

„Historia walk Śląska dowiodła niezbicie, że lud nasz jest najbardziej oddany Polsce i najwierniejszy ideałom Demokracji i Socjalizmu. Na nim spoczywał cały ciężar walki o polskość i do ostatniej chwili tę rolę swoją spełniał”.

Tow. Mecner omawia dalej wielką rolę, jaką w walce robotników śląskich odegrały nasze organizacje. „Jesteśmy Polakami szczerymi – mówi – jesteśmy szczęśliwi, że przekazaliśmy naszą ziemię Rzeczypospolitej i jesteśmy przygotowani jednocześnie na to, że mogą nas spotkać niespodzianki, ale stajemy do waszej dyspozycji gotowi z wami walczyć i zwyciężać.

Chcemy pracować dla Polski, chcemy, żeby Polska była silna i szczęśliwa. Robotnik śląski dowiódł, że umie o Polskę walczyć. Ma prawo żądać, żeby nie decydowano o nim bez niego. Nie może mu się stać w Polsce żadna krzywda. Ma swoje postulaty, dotyczące uregulowania kwestii waluty, zapobieżenia drożyźnie, dostosowania zarobków do jego warunków, zagwarantowania ruchu jego kopalń, swobody ruchu klasowego i socjalistycznego”.

Przemówienie tow. Mecnera sala przyjęła długo niemilknącymi oklaskami.

Następnie mówca dr. Jarosz w pięknym przemówieniu przedstawia zebranym „wiano, które przyniósł Polsce lud śląski”. Przyniósł je Polsce, bo wytrwał. I przykład Śląska Zaolziańskiego jeszcze raz dowodzi, że najpewniejszym gwarantem obrony bytu narodowego są właśnie masy ludowe. „Nikt z przeciwników naszych nie zaprzeczy, że władzy Rzeczpospolitej ziemię śląską oddają nie wyższe sfery społeczne zniemczone i sczechizowane, ale właśnie robotnik śląski”.

Ostatni mówca, tow. Kazimierz Pużak, stwierdza, że „sprawa śląska nie jest sprawą skończoną. Śląsk Zaolziański łączy się ściśle ze Śląskiem Górnym, krwawiącym się niesprawiedliwą granicą z Niemcami hitlerowskimi, które wypowiedziały polskości i sprawie robotniczej walkę na śmierć i życie. Nie wolno nam zapominać, że polityka polska osiągnęła sukces dzięki temu, że w ostatniej niemal chwili zdobyła się na samodzielność i niezależność od Hitlera, który w Monachium zapomniał o Śląsku Zaolziańskim. Ale pamiętał o Polsce lud śląski przez sześć wieków. I z dystansu tych sześciu wieków patrzy na nas mit ludu polskiego, który pozbawiony łączności z innymi klasami społeczeństwa, zniemczonymi i sczechizowanymi – trwał, dobywając węgiel, w którym zaklęty był ogień jego wielkości”.

„W momencie, kiedy robotnik śląski oddaje swoją ziemię Rzeczypospolitej, »opinijka« polska musi zaprzestać poklepywania go po ramieniu. Polska ma wobec niego obowiązki – musi mu dać możność życia w pełni jego pracy i wolności, w pełni praw. Udzielenie tych praw nie może być uzależnione od nacisku opinii społecznej”.

Następnie mówca przechodzi do związanych ze sprawą Śląska zagadnień międzynarodowych, wskazując na zakłamanie polityki międzynarodowej i upadek myśli politycznej, którego obrazem było oświadczenie Anglii, że „o rzeczy małe, o sprawy małe, o małe narody Anglia bić się nie będzie”. Na tle tego upadku jeszcze piękniej, jeszcze wspanialej odcina się postawa ludu, nad którym mogą nawet w pewnych okresach historycznych triumfować wszyscy, a który trwa niezłomnie i niezłomnie wierzy w chwilę wyzwolenia. Tak było właśnie z ludem zaolziańskim. I tak jest z każdą walką ludu.

Wszystkie przemówienia spotkało entuzjastyczne przyjęcie ze strony zebranych tłumów robotniczych. Okrzykami na cześć robotników Śląska Zaolziańskiego i na cześć Socjalizmu zebranie zakończono.

Powyższy tekst ukazał się pierwotnie w dzienniku „Robotnik”, centralnym organie prasowym Polskiej Partii Socjalistycznej, nr 286/1938, 10 października 1938 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Przypominamy go w 86. rocznicę odzyskania Zaolzia przez Polskę.

Zygmunt Zaremba: Znaczenie naszego powstania (5 sierpień 1944)

Zygmunt Zaremba: Znaczenie naszego powstania (5 sierpień 1944)

Znaczenie naszej walki wybiega daleko poza problemy skrawka Europy. Zrozumiała to od razu Ameryka, której prasa stwierdziła, że na naszym terytorium rozgrywa się walka o wolność całego świata. W tej walce z chwilą wybuchu powstania staliśmy się od razu ze strony biernej, wyzwalanej obcymi siłami, stroną czynną, wyzwalającą się własnym wysiłkiem. Nasza klęska we wrześniu 1939 r. pobudziła tendencje imperialistyczne, zmierzające do powrotnego traktowania narodów jako bezwolnego tworzywa w ręku kilku potęg militarnych. Przecież koncepcje podziału świata na strefy wpływów i oddawania narodów pod kuratelę potężniejszych sąsiadów zaczęły znów realnie zagrażać ideałom wolności i sprawiedliwości. Po tej wojnie Europie począł znów zagrażać stan niewoli dla jej licznych narodów. I oto nasze powstanie w Warszawie zmienia sytuację bardzo wybitnie.

Naród polski wykazuje swą żywotność po przejściu najstraszliwszej okupacji, która zda się wyniszczyła go do głębi. Jeden z tego wniosek: minęły czasy, gdy można było bezkarnie podbijać czy niewolić narody. Każda taka próba musiałaby się skończyć zbrojną rozprawą. Europa narodów pokrzywdzonych i niewolonych byłaby ogniskiem nieustannej walki. Koncepcje imperialistyczne podziału Europy między najsilniejszych rozpadają się w proch w ogniu powstania Warszawy. Z wolą żywych narodów każdy musi się liczyć.

Potknął się o naszą miłość dla wolności kolos hitlerowski. Nasz opór w 1939 roku stał się natchnieniem dla świata. Nasza walka podziemna uwieńczona powstaniem Warszawy stała się zaporą dla odrodzenia imperializmów. Nasza walka dzisiaj staje się natchnieniem świata w walce o zorganizowanie nowego życia na zasadach wolności.

Zygmunt Zaremba

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Robotnik”, organie prasowym Polskiej Partii Socjalistycznej, wydawanym w Warszawie także podczas powstania warszawskiego, nr 13 (8071), 5 sierpnia 1944 r.

 

Alojzy Bonczek: Oblicze śmierci (1931)

Alojzy Bonczek: Oblicze śmierci (1931)

Poniższy tekst publikujemy/wznawiamy w 130. rocznicę wydarzeń opisanych w nim. Dokumentuje on straszliwą katastrofę górniczą w Karwinie 14 czerwca 1894 roku. Karwina, dziś leżąca w granicach Czech, była wówczas miejscowością w większości polską. W spisie powszechnym w roku 1910 język polski jako używany w domu zadeklarowało ponad 80% mieszkańców Karwiny. Mimo to po czeskim najeździe zbrojnym w roku 1919, a następnie międzynarodowym arbitrażu miasto zostało przyznane Czechosłowacji. W dwudziestoleciu międzywojennym władze czechosłowackie podejmowały wiele działań wymierzonych w polską społeczność tzw. Zaolzia, w tym Karwiny. Po II wojnie światowej, w wyniku rabunkowej eksploatacji złóż węgla, dawna Karwina uległa niemal całkowitemu unicestwieniu, łącznie z wyburzaniem całych osiedli i przeniesieniem centralnych punktów miasta do niegdyś osobnej miejscowości Frysztat. Resztki zwartych społeczności polskich zostały rozproszone po nowych blokowiskach. Miejsce pochówku ofiar katastrofy opisanej w tekście znajduje się w dzielnicy Karwina Kopalnie, a tamtejszy cmentarz stanowi jeden z bardzo niewielu obiektów zachowanych po starej Karwinie, leżąc obecnie w niemal pustej przestrzeni, choć niegdyś był umiejscowiony w środku dużego rozwiniętego miasta przemysłowego. Karwina była także bardzo silnym ośrodkiem polskiego ruchu socjalistyczno-niepodległościowego, z którym związany był autor poniższego tekstu. 

Fragmenty katastrofy górniczej

Uwaga: Aby powieści nadać oryginalności w treści, pozostawiono wyrazy i nazwy używane w mowie między górnikami.

Podróżnik, przybywający zwiedzić miasteczko Karwinę, położone na szlaku kolei koszycko- bogumińskiej w powiecie frysztackim, zobaczyć może wiele ciekawych rzeczy i zachwycające panoramy. Dosyć obszerny dworzec kolejowy jakby tonął w otaczających jeziorach, przeplatanych fałdowanymi brzegami lub zasypanych po części odpadkami kopalnianymi. Na widnokręgu – szczególnie od strony północnej miasta – widać z dala w obrazie potężnych wysokich kominów i żelaznej konstrukcji wieży szybowych cztery główne szyby: Jan-Karol, Franciszka, Henryk i Głęboki, oto imiona szybów, które przeszło 100 lat wyrzucają przez otwór swych gardzieli z drugiego, dla wszystkich niedostępnego i nieznanego świata, miliony złota w postaci węgla kamiennego. Przed 50 laty tam, gdzie dziś widać jeziora i zapadliska, zieleniły się zboża i trawy.

Wspaniałe i wielkim nakładem zbudowane szyby stały się niewyczerpanymi gardzielami do wyrzucania węgla, bogactwa dla właściciela, lecz zarazem codziennych ofiar rannych lub zabitych górników. Do pojedynczych ofiar już się tak przyzwyczajono, że oprócz formalności komisyjnych, po odprawieniu pogrzebu z paradą i zasypaniu ziemią na cmentarzu karwińskim, nikt się więcej nie interesuje zabitym górnikiem. Były jednak w dziejach istnienia wspomnianych szybów momenty tak straszne i nadzwyczajne, że spowodowały wstrząśnienie nerwów nawet u codziennych widzów ofiar pracy. Masowe katastrofy dopełniały liczbę ofiar tych szybów. W okresie dziesięciolecia wydarzyły się na wspomnianych szybach dwie katastrofy, w których za jednym zamachem przeszło 400 górników utraciło życie. Pewna część z nich nawet nie została odszukana, aby znaleźć spoczynek na cmentarzu karwińskim.

Szyb Jana, zbudowany na końcu wschodniego pola górniczego, własność magnata śląskiego Larischa, pod względem wyposażenia technicznego należał początkowo do prymitywnie wybudowanych szybów z drzewa, na kształt wielkiej czworobocznej studni, rozdzielonej na poły. Jedna połowa, zwana po górniczemu „fonderschacht”, służyła do przesuwania klatki szybowej, jednej w dół, drugiej znów w górę. W drugiej połowie, zwanej „fahrschacht”, umieszczone były drabiny, służące górnikom dla schodzenia do kopalni. Obok drabin zawieszone były z wierzchu aż na dół rury żelazne od wodociągu maszynowego, osuszającego kopalnię z napływu wody podziemnej. Obok najbliżej położony i pod ziemią stale połączony z szybem Jana, był szyb Karol, wybudowany w nowszym czasie, murowany, technicznie doskonalszy. Łączność obu szybów była tego rodzaju, że górnicy nazywali je po prostu Jan-Karol.

Wodę nagromadzoną w kopalni ciągnięto na powierzchnię mechanizmem, który będąc w ruchu, powodował w szybie różne syki, piszczenie i inne nadzwyczajne głosy, a w człowieku, nie znającym przyczyn tego hałasu, budził różne przesądy o istnieniu w kopalni czegoś nadprzyrodzonego w postaci Pusteckiego, tak bowiem nazwali byli górnicy „ducha” podziemi. Od przesądu o istnieniu Pusteckiego powstawały także w głowach górniczych mniemania, że przy pomocy Pusteckiego w łatwiejszy sposób można było nakopać węgla, albowiem słyszano go bić w węglu kilofem lub młotem. Pękanie drzewa oznaczało groźbę Pusteckiego załamania chodników lub filaru. Z czasem, gdy szyb Jana został przerobiony, a budowę drzewną szybu zastąpiono cementowym betonem, wyrzucono z szybu wodociąg, ustały głosy Pusteckiego, a górnicy powoli zapominali na dobrotliwą pomoc i jego gniewne pomruki.

Także otoczenie szybu na powierzchni zasługuje na uwagę. W potężnej wysokiej hali widnieje żelazem okratowany otwór. Za każdym podniesieniem się klatki z szybu w górę, automatycznie podnoszą się przednie bramki szybu, czyniąc wolny otwór wstępu do klatki. Dyżurny szybu wsuwa przez wolny otwór do klatki wózek, dając następnie znak dzwonkiem maszyniście, podnosząc zarazem stawidła, na których spoczęła klatka podczas stania na powierzchni. W okamgnieniu spuszcza się klatka do szybu, aby dokonać wymiany drugiej klatki, przesuwającej się obok. W jednym kącie koło okna w hali szybowej stoi ogromny piec, zbudowany z części starego kotła parowego, siedlisko świerszczy, pluskiew oraz karakanów. Szczególnie w nocy, gdy fedrowanie się przerywa, a w hali nastąpi chwilowa cisza, rozpoczynała koncert orkiestra świerszczów za piecem hali. Dziewczyny i robotnicy wskutek przerwy w nocy próbują wypocząć, kładąc się na prymitywnie zrobionych ławach, ustawionych koło „bulera” (tak zwano ten piec), lecz o zaśnięciu nie było nawet mowy, gdyż mieszkańcy szpar w ścianach spokoju nie dały. W przeciwległym kącie znajdują się drzwi, wchód do hali maszyn. Hala nadzwyczaj ogrzana, lecz nie mniej zamieszkała przez nocnych awanturników, urządzających sobie w każdym kącie hali swój własny koncert. Drzwi wchodowe do hali szybowej są nadzwyczaj wielkie, złożone z dwóch części, gdzie w jednej połowie znajdują się małe drzwi, które w zimie czy w lecie mają zostać otwarte, umożliwiając łatwiejszy dostęp powietrza.

Pogłębianie szybu. Odkrycie pokładu

Przekrojem szybu Jan-Karol, a także Franciszki zapoznano się dokładnie z położeniem pokładów węglowych małego pola górniczego. Były to jednakowoż pokłady grubości najwyżej 1,5 m. Inżynierowie i geologowie górniczy mieli jednak pewność, że w głębi, pod pokładami już odkrytymi, znajdują się pokłady o znacznej grubości i dla eksploatacji korzystniejsze. Zdecydowano się z końcem roku 1890 dokonać pogłębienia szybu Jana, który, posiadając wodociąg, nadawał się na cel doświadczalnych prób najbardziej. Sprowadzono fachowych górników i rozpoczęto pogłębianie od piątego poziomu. Za niespełna półtora roku pogłębiono 70 m szybu i przystąpiono do użytku produktywnego. W tej części pogłębianego szybu odkryto ten krwawy, przeszło czterometrowej grubości pokład, zwany 19-tym. Był to naprawdę radujący duszę skarb przyrody, rokujący nie tylko właścicielowi horrendalne zyski, lecz i górnicy wróżyli sobie dobre zarobki, szczególnie gdy poznano jego składową krzewkość i położenie. Bez dalszych namysłów rzucono więc najzdolniejsze siły robocze w kierunku przysposobienia pokładu do produkcji.

Także w górniczym polu zachodnim na szybie Franciszki, wskutek wybicia kilka setek metrów od szybu głównego przekopu, został całkowicie odkryty pokład grubości czterometrowej. Tym sposobem skonstatowano grubość pokładu i rozmiar jego rozłożenia, tak w kopcu, jako też najniższego do szybu położenia. Zabrano się w sposób najbardziej intensywny do przeprowadzenia różnych górniczych zarządzeń technicznych przed eksploatacją. Na szybie Jana zaraz od szybu wystrzelono „filart” zwany szóstym – poziom, 8 m wysoki i 5 m szeroki, stosownie do odbudowania szybowego. Nowy „filart” zabudowano również drzewem dębowym półtora metra wysoko, przedzielono etażą bonową, przygotowując tym sposobem możliwość wsuwania do klatki szybowej naraz po 2 wózki, jeden nad drugim.

Z chwilą odkrycia i poznania pokładu było największą troską jak najśpieszniejsze wkroczenie do niego i wszczęcie złotonośnego wydobywania. Starano się wyszukać najpilniejszych i najzręczniejszych robotników do pracy nad kopaniem i strzelaniem zaraz od szybu głównego przekopu. Czas pracy oraz długość zmiany na szybach Larischa obowiązywał jeszcze 12 godzin, a później zmieniono go na 10 godzin. Mianowicie ranna zmiana zaczynała się o 6 rano do 4 popołudniu, zaś nocna od 4 do 2 w nocy.

W pilnych pracach porządek był tego rodzaju, że praca prowadzona była bez przerwy. Na trzy zmiany po 8 godzin sześciu kopaczy rozpoczęło kopanie w nowym pokładzie czterometrowego chodnika w dolnej części odkrytego pokładu. Pokład przeszło czterometrowej wysokości, od szybu Jana począwszy, rozdzielony był na dosyć ważne dwie części: przedziałkę przeszło metrowej grubości stanowił czarny łupek, przeplatany żyłkami węgla. Aby osiągnąć główny przekop, przynajmniej trzy metry wysoki, ustanowiono inną partię kopaczy, którzy śladem węgla, wykopanego „vorsilen”, za pomocą strzelania, dorabiali wierzch chodnika do potrzebnej wysokości i zarazem budowali drzewem „pary” w oddaleniu metra od siebie.

Było nas czterech kopaczy i dwóch wozaczy, wykonujących nasze powołanie jak najskrupulatniej, wiercąc ręcznymi świdrami, każdy dla siebie osobną dziurę, do której zaprawialiśmy sami nabój dynamitowy do strzału.

Potrzebny dynamit przed nastaniem szychty ,,fasował” w składzie naboi przodownik spomiędzy nas ustanowiony. Jak bardzo pośpiechem pracy i zdobyciem pokładu dla eksploatacji interesował się zarząd kopalni, dowodzi, że jeśli przy pracy nie siedział stale opiekun w osobie wyższego urzędnika, to na wymianę odwiedzani byliśmy bez przerwy przez różne wyższe osobistości górnicze, dające nam do zrozumienia, że już powinny z pokładu płynąć dla właścicieli pożądane skarby. Toteż posuwanie się naprzód tego głównego chodnika było niezwykle prędkie, bo 40-60 m za cztery tygodnie.

Jeszcze korzystniej przedstawiała się praca przez wkroczenie do pokładu od strony zachodniej na szybie Franciszki. Tam z głównego przekopu, eksploatowanego z szybu Głębokiego, zaczęto już w samym pokładzie przebijać w węglu w kierunku wschodnim tak zwany „Grunstrek”, który dla fiedrowania i przewożenia wózków z węglem połączony został z głównym przekopem wielkim wekslem, zbudowanym na przestrzeni jakich 8 m2, wyłożony płaskimi „blotniami” zamiast szynami. Tak samo praca nad odbudową dostępu do pokładu ze strony pola zachodniego wykonywana była z największym pośpiechem i niecierpliwością przez zarząd szybu Franciszki.

Już sam wygląd pokładu zaraz po jego odkryciu stał się przedmiotem specjalnych uwag górniczych odnośnie do bezpieczeństwa przy eksploatacji. Czterometrowa grubość węgla, położonego nierównolegle, działek czystego węgla z mieszaniną kamienia zwanego „mitlem” łupkowym, spowodowało gromadzenie się odpadków, zawierających część węgla z mieszaniną niedojrzałych kruszców siarczano-węglowych, które rzucano za siebie, wytwarzając w każdej sztolni hałdy nieużytków. Sam węgiel był bardzo krzewki, przepojony nadzwyczajną ilością tlenu. Skutkiem naturalnej krzewkości węgla, kruszenie skały węglowej było łatwiejsze, jednakowoż odpadki przy kopaniu kilofem przemieniały się w prochową kurzawę, która osiadała na ścianach i zabudowaniach sztolni. Kalorie węgla samego złożone były z nadzwyczaj zapalnych składników. Wszystkie przytoczone właściwości węgla tego nowego pokładu obudzić musiały u każdego fachowca – a do takich zaliczyć należy każdego starszego górnika – pewne zastanowienie i trwogę o bezpieczeństwo życia przy wydobywaniu. Także kierownictwo kopalni przewidywało następstwa, które zdarzyć się mogą, jeżeli praca w tym pokładzie prowadzona będzie lekkomyślnie, bez należytego przewietrzania i przy zaniedbaniu przepisów górniczo-policyjnych.

Tu wspomnieć muszę, że w owym czasie górnicy w kopalni świecili jeszcze lampkami napełnionymi oliwą, której po zgaszeniu nie było można w kopalni ponownie zaświecić. Na szybach Larischa powietrze od szybów wentylacyjnych zawierało 2–3% gazów zapalnych. Nierzadkie były wypadki, że badanie gazów za pomocą światła lampki olejowej wykazało zupełną czystość w czole pracy, a po odejściu strzału cały przód i złomy węgla stanęły w płomieniu niebieskim. Od strzałów zapaliły się gazy, a zarazem zwały odstrzelonego węgla. Powodem tak łatwego zapalenia się był proszkowaty węgiel, zawierający siarczan węglowy. Jako środek zapobiegawczy przeciwko łatwozapalności zarządzono skrapianie wodą wszystkiego, co znajdowało się w odległości 20 m wokoło strzału. W tym celu do każdego ,,przodku” prowadziły najmniej 5 cm grube rurki żelazne z dopływem wody z powierzchni.

W miarę postępu czasu, postępowała także praca nad zupełnym odkryciem i poćwiartkowaniem pokładu węglowego. Przebijano wprzód główne sztolnie fiedrunkowe i wiatrowe, następnie szeroką pochylnię („Bremsberg”) kilkadziesiąt metrów długą, dla połączenia ich z polem zachodnim od strony szybu Franciszki. W celu regularnego prowadzenia kierunku wiatrowania, na przechodzie łącznikowym kazano wybudować tamę murowaną, zaopatrzoną na środku w podwójne ciężkie drzwi drewniane, zamknięte na klucz. Drzwi przedstawiały symbol sprawności pomiarów geometrycznych pokładu i służyły dla urzędników jako przejście podziemne z jednej kopalni na drugą. Górnikom jednakowoż przejście to służyło na wypadek katastrofy.

Zarząd kopalni zaraz od chwili odkrycia pokładu powiększył siły robocze przez dosadzanie załogi w pokładzie 19-tym, składającej się z młodych, zdrowych i śmiałych górników i sił pomocniczych: taczników i wozaczy. Opodal szybu wybudowano dosyć obszerną stajnię na pomieszczenie 10 koni.

Po upływie nadzwyczaj krótkiego okresu czasu pokład 19-ty, przeorany niezliczonymi krzyżującymi się na wszystkie strony 3-4 metry szerokimi sztolniami, przygotowany był do tak zwanej rabunkowej eksploatacji. Około 200 kopaczy, rozlokowanych w poszczególnych sztolniach, łamało w nadludzki sposób ten złotodajny kruszec, który siły pomocnicze, ładując w taczki i wózki, wydobywały masowo na powierzchnię. Na przestrzeni na kilkanaście setek metrów długiego przekopu, na podwójnej parze kolei –mijały się pociągi konne z pełnym ładunkiem pod szyb, zaś próżne pod pochylnię fiedrunkową. Z chwilą rozpoczęcia szychty w całym pokładzie mocno wrzała praca; pyłek węglowy, unosząc się od każdego kopnięcia kilofem lub rzucenia łopaty węgla do taczek, zasypał wszystko w swoim otoczeniu, opadając jak zawieja śnieżna, wypełniał wszystkie wolne miejsca, powodując hałdy kurzawy. Bardzo ciekawy obraz przedstawiali nasi górnicy, zajęci pracą w powietrzu przesyconym pyłem węglowym; wyglądali jak nieme widma w łoskotliwym ciemnym zaułku, dostrzegalni tylko za pomocą ledwo żarzącego się punktu światła lampki, aby się uchronić od zbytecznego łykania pyłu węglowego. W pracy panowało grobowe milczenie, przerywane od czasu do czasu silnym splunięciem górnika, wyrzucającym w ten sposób z ust sok tabaki włożonej sobie za ząb na śliwkę dla podniesienia animuszu.

Ówczesny dyrektor górniczy hr. Larischa rodem Francuz, pan Grey, zarządził pracę na trzy zmiany, zaś w każdą niedzielę całe masy górników zmuszano do pracy uzupełniającej w tym pokładzie. Nie upłynęło ani całe dwa lata tej szalonej pracy, a pokład przewiercono do tego stopnia, że rzadko znaleziono filar grubości 20 m. Rozpoczęto od strony tzw. sprągu rabowanie filarów, tak ze strony szybu Jana, jak i Franciszki. Ogromna grubość pokładu, gęsto przewierconego, powodowała nadnaturalne miażdżenie węgla w filarach, co przyczyniało się do łatwiejszego rabowania. Dwaj kopacze we filarze zdołali na jednej zmianie nakopać 50–60 wózków o pojemności 12 q. Za wózek płacono początkowo 16 ct., a później, gdy panowie widzieli, że kopacz zarabiał w porównaniu do innych pokładów cośkolwiek więcej, zredukowano kontrakt na 12 ct. za jeden wózek. Pan radca górniczy Grey, który był zapalonym myśliwym i rybołowcą, zadawalał się tym, gdy urzędnicy podczas raportu głosili: „Fiedrunk w 19 pokładzie podniósł się o 50 wózków”. – „Brawo, moi panowie!” – z uśmiechem zareagował p. Grey. Tak kończył się raport. Szalejący za zyskiem przedsiębiorcy i inżynierowie nie chcieli ani zastanowić się nad tym, co nastać może w otwartym pokładzie, rozciągającym się na 6 km2, w polu napełnionym po wyrabowaniu węgla gazami palnymi, a w niektórych miejscach pół metra grubości pyłem siarkowo-węglowym. Nikomu z tych panów ani się śniło, by wyrabowane pole kazać zawozić odpadkami węgla i zamurować lub leżący pył węglowy należycie skropić wodą. Po wyrabowaniu filara nakazywano kopaczom, aby w interesie oszczędzania drzewa na podbijanie stropu, rabowano jeszcze niepołamane drzewo, tak zwane orgie, chcąc przyśpieszyć załamanie się stropu i przynajmniej dla upozorowania łatwym sposobem spowodować zawalenie wyrabowanego pola. Każdy górnik zrozumiał, że tego rodzaju zapełnianie próżnych miejsc powoduje jeszcze większe niebezpieczeństwo, gdyż czterometrowej grubości wybrane pole w przyrodzony sposób u dołu zawala się i zapełnia wybrane miejsca, jednakowoż u góry zostawia próżnię, którą z natury rzeczy wypełniają gazy, jako lżejsze od powietrza. Kilka sporadycznie zdarzających się wypadków zapalenia gazów w odosobnionych czołach starano się możliwie ukryć przed ogółem górników, zaś zarząd kopalni wcale na takie drobnostki nie zwracał uwagi.

Krytyczny dzień

Pamiętny to dzień 14 czerwca 1894. Po gorącym południu, górnicy, podnieceni przez wezwanie przy zapisie do podniesienia fiedrunku, szczególnie z 19 pokładu, cisnęli się do szybu, aby jak najprędzej zjechać do kopalni i ochłodzić się w głębokościach z prażącego letniego żaru. Załoga w 19-tym pokładzie w tym dniu składała się z przeszło 200 młodych i najlepszych górników. Animusz do pracy i zarobkowania nie pozwalały na zmarnowanie chwili, aby zdobyć się na rekordowy dziś fiedrunek. Jeszcze nie ukończono zupełnie wjazdu wszystkich górników do kopalni, a już pociąg wózków z 19-tego pokładu dobijał pod szyb, aby jak najprędzej został wydobyty na wierzch. Dozorca Szerzyna, zjechawszy na dół, odzywa się do narażaczy pod szybem: „Dziś musicie o 50 wózków więcej wyfiedrować!”.

Wezwaniu dozorcy starano się uczynić zadość to też narażacze, rozebrawszy się prawie do koszuli, na wyścigi jęli się szybowania wózków pod szyb dwuetażowej klatki, która w okresie trzyminutowego czasu na przemian z dwoma wózkami dokonać miała rekordowego fiedrunku. Upływała godzina za godziną, jeden za drugim pociąg pełnych wózków, ciągniętych końmi, dobijał pod szyb Jana 6-tego poziomu, już prawie połowę rekordowego fiedrunku z 19-tego pokładu wyrzucono gardzielą szybową na powierzchnię, aż tu naraz, jakby uderzeniem pioruna, kres położono fiedrunku.

Koło pół do dziesiątej wieczór naraz dał się słyszeć ogromny huk, wstrząsający całą kopalnią, przerażając nas wszystkich swym łoskotem, połączonym z zupełnym przerwaniem prądu powietrza. Pracujący po drugiej stronie, na polu wschodnim, rzucili się po ciemku (gdyż huk zgasił im lampki) do ucieczki, lecz każdy zrozumie, jak daleko można bez światła w kopalni uciekać… Omawiając rozmaite powody słyszanego straszliwego huku, drapaliśmy się na główny chodnik, wiodący pod szyb. Napotykamy dozorcę rewirowego Hyrboczka, który tak samo pyta się, co się stało, gdyż i jemu gwałtowna detonacja była zupełnie niezrozumiałą.

Mając na szczęście światło, gdyż dozorcy byli już zaopatrzeni w lampki benzynowe, podążyliśmy ku głównym drzwiom, oddalonym o jakie 20 m. Zbliżywszy się do drzwi, dał się już czuć ogromnie nieznośny swąd dymu, jakoś rzadko górnikowi znajomy. Z wielką ostrożnością dozorca próbuje drzwi otworzyć; przy otwarciu owiał nas czarny kłęb dymu. zatykając nam usta i tamując oddech. Dopiero zrozumieliśmy, że jest to widoczna oznaka katastrofy, na razie nie dająca się osądzić, gdzie i w jakich rozmiarach powstała. Ogromnie przerażeni, zostaliśmy chwilę zamyśleni, co teraz czynić, gdyż ucieczka pod szyb została nam tym sposobem odcięta. Wspomnieliśmy sobie, że z szóstego do piątego poziomu prowadzi stara, częściowo już załamana pochylnia, możliwa w tym straszliwym położeniu jedyna droga ucieczki. Chcąc się dostać pod tę, w tej chwili szczęśliwą pochylnię, musieliśmy wrócić od szybu jakie 500 m, któreśmy przebiegli prędzej, aniżeli może ptak byłby w stanie je przelecieć. Stanąwszy nad pochylnią, której długość wynosiła przeszło 800 m, a w której drzewo zabudowań było zbutwiałe i połamane, wszędzie pełno kamieni, zmuszeni czołgać się na czworakach, z trudem wielkim dostaliśmy się do piątego poziomu. Pomimo tych przeszkód, jak i położenia pochylni, zmuszeni uciekać w górę, doszliśmy pod szyb Karola. Do szybu Jana trudno było się dostać, gdyż nie tylko dym, wydobywający się z głębi szóstego poziomu, tamował drogę, lecz wyrzucony pełny wózek z węglem do szybu siłą eksplozji a rozpierający się pomiędzy zabudowaniem szybowym, uniemożliwiał opuszczanie klatki na miejsce postoju i pośpieszne wydobywanie na wierzch ratujących się górników. Ponieważ w tym poziomie dozorcy mieli już bliższe wyjaśnienie, że nic innego stać się nie mogło, jak tylko wybuch gazów w szóstym poziomie, powstała panika nie do opisania. Każdy chciał być pierwszy w klatce i na powierzchni. Bez jakiegokolwiek uwzględniania przepisanej ilości pakowano ludzi do klatki, ile tylko umieścić zdołano. Za kilkadziesiąt minut byliśmy już na powierzchni, oddychając świeżym powietrzem.

Dalsza sytuacja

Lotem błyskawicy, pomimo że był to późny wieczór, detonacja ta wywołała nie tylko wszystkich urzędników z ich pomieszkań, ale przychodzili także górnicy z kolonii Sowińca o ćwierć godziny drogi od kopalni oddalonej, jedni zobaczyć, co się stało, drudzy, aby ratować, co możliwe.

Ponieważ już jednak uznano za prawdopodobne, że wybuch nastąpił w szóstym poziomie, do którego dojazd bezpośredni tylko szybem Jana był możliwy, przeto koło szybu Jana zgromadzonych było setki osób, tak mężczyzn, jak i płaczących kobiet. W okamgnieniu nadszedł rozkaz udania się do kopalni w celu niesienia pomocy. Otrzymawszy świeżą lampkę, nie myśleliśmy o niczym innym, jak tylko o ratunku; pojechaliśmy szybem Jana na powrót do kopalni. Zjechawszy na dół, musieliśmy czołgać się kilka metrów w dół po zabudowaniu szybowym, gdyż klatką nie było już można dojechać na postój (stawidła), ponieważ wyrzucony pełny wóz do szybu uniemożliwiał dojazd klatki na dół.

Przyczołgawszy się na dół (dym powybuchowy w międzyczasie uniósł się już z powietrzem), spostrzegliśmy, że 4 posuwaczy szybowych brakuje. Jeden z nich półmartwy siedział już całkiem bez jakiegokolwiek znaku życia w objęciu dębowego stempla, do którego palce obu rąk były głęboko wtłoczone. Okurzony i osmalony dymem i sadzami, z szeroko otwartymi ustami, słabym oddechem okazywał jeszcze pozory życia. Zapytaliśmy się go, co się stało i gdzie ma kolegów. Po chwili odpowiedział, że nie wie, co się stało i nie wie, gdzie są jego koledzy. Tu spostrzegliśmy, że trzej jego towarzysze pracy zostali siłą wybuchu zmieceni 70 m w głąb szybu na siódmy poziom.

Znalezienie jednego jeszcze żywego górnika (któregośmy natychmiast wywieźli na wierzch) dodało odwagi innym górnikom i urzędnikom do energicznej akcji ratunkowej z przypuszczeniem, że jeszcze więcej żyjących zdołamy uratować.

Nie upłynęło jednak całej pół godziny, a znajdowało się nas znów koło 50-ciu z dozorcami i urzędnikami w kopalni, w miejscu katastrofy, gdzie jedni mieli się udać z przyrządami do cucenia zemdlałych do czół, gdzie robotnicy pracowali w miejscach koło 500 do 600 metrów oddalonych od szybu; drudzy znów mieli się udać do 7-mego poziomu, wydobywać trupy brakujących spod szybu 3 narażaczy. Każdy z nas z gotowością poniesienia największej ofiary rozmyślał nad tym, jakie szczęście dla niego będzie, jeżeli zdoła chociaż jednego górnika żywego z pola katastrofy uratować. Każdy myślał o tylu ojcach rodzin, braciach, kolegach i dobrych znajomych, którzy w otchłani śmierci czekają ratunku.
Takim samym sposobem rzucono się na ratunek z zachodniej strony na szybie Franciszki i Głębokim, gdyż te szyby były połączone z sobą przebitymi sztolniami, a objęte zostały katastrofą. Na szybie Franciszki pod komendą szychtmistrza Kurca tym śmielej udano się na ratunek w liczbie około 40 osób, gdyż detonacja w tym oddziale nie była tak silna, jak na szybie Jana. Tak samo ze strony szybu Głębokiego rzucono się na ratunek, gdyż z tej strony pracowali w tym pokładzie górnicy.

Naraz, gdy rozpoczęli akcję ratunkową, dała się słyszeć ponowna detonacja i zupełna przerwa dopływu powietrza, który był o wiele silniejszym, jak zwyczajnie. Zostaliśmy przerażeni, co znów się stało, lecz ani na chwilę nie przypuszczaliśmy o możliwości drugiej eksplozji. Hart ducha, powodowany uczuciami do setek nieszczęśliwych braci górników, usuwał sprzed oczu widmo jeszcze dalszego nieszczęścia. Dopiero po pewnym czasie, kiedy kilku nas wróciło na miejsce najbliższych z wiadomością, że spotkaliśmy tylko trupy, równocześnie od przybywających do nas z wierzchu sił pomocniczych dowiedzieliśmy się, że nastąpił nowy wybuch, gwałtowniejszy od pierwszego, gwałtownością objął zachodnie pole szybu Franciszki. Myśmy na szybie Jana dziwnym trafem ocaleli, tylko w uszach zalegało nam do tego stopnia, że długi czas pozostaliśmy głuchymi. Na szybie Franciszki wybuch drugi spowodował ogromne spustoszenia. Zaskoczył całą załogę ratunkową, wraz z urzędnikami, znajdującą się prawie na głównym przekopie, a śpieszącą na ratunek, rozszarpując wszystkich w kawałki.

To jednak nie potrafiło nas odstraszyć od dalszej pracy, jeżeliby już pomoc jakakolwiek była zbyteczną, przynajmniej co najprędzej zająć się wydobywaniem trupów na wierzch. Naszą odwagę wzmacniała jeszcze ta okoliczność, że pomimo iż już byliśmy świadkami dwóch krótko po sobie powtarzających się eksplozji, nie przedstawił sobie żaden, z jakiego powodu mogły powstać. Nawet urzędnicy z samym dyrektorem, straciwszy chwilowo głowy, nie przeczuwali nic innego, jak tylko zwykłą eksplozję gazów. Sam radca górniczy Grey zjechał do szybu, by na własne oczy widzieć spustoszenie, które przeważnie spowodowała lekkomyślna manipulacja i rabunkowa gospodarka na szybach Larischa. Po drugiej eksplozji, kiedy Grey poczuł huk i świst powietrza, zmiarkował, że coś złego się dzieje i prędko kazał się wywieść na wierzch, zostawiając nas bezradnych na pastwę losu.

W międzyczasie na rozkaz urzędnika wysłano dwóch kopaczy, Kubiczka i Luzara do 5-tego poziomu, polecając im zaszalowanie jednej sztolni koło „Gezenku”, gdzie uchodziło powietrze, omijając katastrofą objęty 19-ty pokład. Według rozkazu kopacze poszli, lecz już więcej nie powrócili, znaleźliśmy ich po 4 latach uduszonych z narzędziami w rękach przy pracy.

Zatrwożeni już tymi wiadomościami, dzieląc się na grupki po 4-5, chwytaliśmy się pracy, usuwania zwalisk z kolei, robiąc sobie wolny przejazd pod szyb. Począwszy od samego szybu, główny przekop przedstawiał straszliwy obraz: zawalony drzewem i kamieniami ze sterczącymi kawałkami wózków, poszarpanych koni i ludzkich ciał. Chodnik, prowadzący do 19-tego pokładu, przedstawiał się jak osmalony komin, zapełniony szczątkami drzewa, żelaza i pełny gryzącego dymu. Smutna to była praca, gdyśmy z wielkim trudem doszli do stopów zwęglonych zwłok, nie mogąc ich na raz zabrać z sobą, gdyż przed zawałami i grożącym jeszcze większym zawaleniem praca była dla nas ogromnie niebezpieczna. Wszystkie zabudowanie było już wybite w tym zasmolonym kanale, napełnionym swądem, tak, że trudno było rozpoznać trupa zabitych i zwęglonych górników. Trwoga przejęła każdego, gdyśmy przeczołgali się na czwórkach przez ogromny zawał jakie 500 metrów od szybu pod główną pochylnię, po której spuszczano każdodziennie fiedrunek z tego pokładu. Pod pochylnią znaleźliśmy około 20 wózków, zbitych w jeden wielki stos, między którymi sterczały dwa zabite konie i kilka trupów ludzkich, bez nóg i rąk, bezkształtne masy ciała ludzkiego. Z pochylni wydobywał się czarny dym, uniemożliwiając nam oddech, co nas upomniało w przekonaniu, że w kopcu w tym dymie nikt żyć nie może. Wszystkie przemurowania i podziałki prądu powietrza zostały wybuchem zdemolowane, kto więc nie zginął od samego wybuchu, musiał się udusić z powodu braku dopływu powietrza.

Dym gwałtownie z pochylni buchający przeraził nas ogromnie, zwłaszcza gdy obecny nadsztygar Lange wykrztusił: „Uciekajmy, bo tam w końcu musi się palić!”. Było nas 15, lecz po tych słowach żaden nie chciał być ostatnim w ucieczce. W największym pośpiechu poczęliśmy wracać do szybu z powrotem.

Za jakie 20 minut, dobiwszy pod szyb, przełażąc po brzuchu przez największe zawalenie, niedaleko dał się słyszeć silny głos: „Jak najprędzej wszystko na wierzch, taki przyszedł rozkaz!”. Nie wiedzieliśmy, co to ma znaczyć. Nastał popłoch nie do opisania, gdyż wszyscy naraz chcieli wleźć do klatki i być jak najprędzej na wierzchu. Szczęśliwie wydobyto nas na powierzchnię około pół do siódmej rano. Urzędnicy, stojąc gromadnie, gwarzyli po niemiecku, czego i tak nikt rozumieć nie był w stanie, gdyż płacz i szlochanie kobiet i dzieci otaczających szyb wszystko głuszył i tłumił. Żandarmeria usuwała publiczność od szybu, myśmy zaś usiedli zmęczeni w lokalu maszyny fiedrunkowej i zamierzaliśmy się nieco posilić dostarczoną nam czarną kawą. Nagle daje się słyszeć ogromny huk, ziemia się zatrzęsła, a ze szybu, z któregośmy dopiero wyjechali, buchnął dym z ogniem. Krzyk, rozpacz straszliwa ogarnęła wszystkich. Każdy szukał okna lub drzwi, aby uciekać jak najdalej od szybu. Kilka kobiet zostało wybuchem rzuconych na ziemię, wzmógł się krzyk dzieci, powstała wokoło prawdziwa panika. Była to trzecia z rzędu eksplozja, a według wyrządzonej szkody na powierzchni, uważana za najsilniejszą. Siła wybuchu zniszczyła całą maszynerię na szybach wiatrowych Henrychy i Fiedrunku. Na szybie Jana ogromne drzwi wchodowe zostały wyrwane i wyrzucone kilka metrów w pole, schody żelazne przymocowane do tzw. wierzchniego bonu, urwane i zmiażdżone. Stojąca na podstawach klatka szybowa siłą wybuchu wyrzucona została jak kawałek papieru kilka metrów w górę. Urzędnicy teraz stracili głowę, poznano bowiem, że w kopalni pali się węgiel, czyli że jest to pożar kopalniany, który nie da się niczym innym stłumić, jak tylko przez zupełne wstrzymanie dopływu powietrza do kopalni. Teraz przypomniano sobie hałdy suchego pyłu węglowego w 19-tym pokładzie, wyrabowane próżne pola, napełnione gazami palnymi. Pierwszy wybuch usunął wszystkie tamy i przeszkody w kopalni, dlatego ponowny wybuch nagromadzonych gazów był tym gwałtowniejszy.

Bergrat Grey pędzi ze strony swego zamku, a trzymając ręce na głowie, krzyczy: „Rany boskie, pożar w kopalni, zakryć natychmiast kopalnię!”. Rozkaz, który poniekąd okazał się koniecznością, zaraz wykonano. W mgnieniu oka dowieziono z niedaleko znajdującej się piły parowej grube deski i zaczęto nakrywać szyb, uzupełniając nakrycie grubą warstwą ziemi, by jakikolwiek dostęp powietrza zatamować. Zamknięto szczelnie szyb, zamykając w ogniu przeszło 300 górników. Odpowiedz dawały niemilknące łkania i płacz przed szybem stojących żon i dzieci, złorzecząc mordercom ich żywicieli. Panowie usprawiedliwiali zamknięcie szybów koniecznością zatamowania powietrza i ugaszenia pożaru, pocieszając pozostałych, że po tych eksplozjach, których było kilka po sobie, nie może żaden żywy w kopalni się ostać. Zamknięto szyby Jan i Karol, Franciszka i Głęboki, mające łączność podziemną ze sobą. Że nieszczęśliwi górnicy, skutkiem wybuchu nie wszyscy zostali na miejscu uśmierceni, wykazały później znalezione trupy w różnych pozycjach, dowodzące najlepiej, że pewna część była spalona, a inni z chustkami lub innym przedmiotem w ręku ratowali się, robiąc tym sposobem sztuczne powietrze, ale pozbawieni światła nie mogli się ocalić. Pozostaje na zawsze nierozwiązaną zagadką, czy w chwili szczelnego zamknięcia szybów nie znajdował się już nikt żywy z górników w kopalni.

Po zupełnym zamknięciu szybów Jana i Karola, Franciszki i Głębokiego, jako też przynależnych do tego pola szybów wiatrowych i po pogrzebaniu trzech górników, których znaleziono pod szybem zabitych, na kopalniach zapanowała cisza grobowa. Pomimo wstrzymania dopływu powietrza do kopalni wskutek zakrycia szybów, następowało jeszcze kilka po sobie powtarzających się eksplozji wybuchowych o słabszej detonacji, dosłyszanej jednakowoż na wierzchu. Na każdym zamkniętym szybie zmontowano przyrządy do mierzenia siły wybuchowej i rozmiarów pożaru. Wyniki badań zapisywano co kwadrans, później co pół godziny, do czego na każdym szybie przeznaczono zaufanego górnika. Górników kilka setek, pozostałych teraz bez zarobku, rozesłano na sąsiednie kopalnie w zagłębiu, a pewna część, przerażona katastrofą, uciekła, aby więcej na kopalnie nie wracać.

W kopalni tymczasem 330 mężczyzn w sile wieku spoczęło w szalejącym ogniu 300 m głębokiego szybu. Zjeżdżały się komisje górniczo-rządowe, nie tyle dla badania przyczyn straszliwej katastrofy, lecz aby radzić nad sposobem dostania się do kopalni i ugaszenia żywiołowego pożaru. Po każdej komisji i jej obradach krążyły pomiędzy górnikami różne dociekania. Jedni mówili, że kopalnie zostaną zalane wodą, inni znów, że dostęp kopalni na kilka lat zostanie zamknięty, aby tym sposobem spowodować ugaszenie pożaru. Następnie około każdego szybu ustawiono straż szybową, złożoną z kilku starszych górników, którzy mieli pilnować dostępu obcym do szybu.

Los załogi szybowej

Tragedia katastrofy nie ograniczyła się tylko do ofiar pozostałych w kopalni, lecz dotknęła całej załogi szybowej. Skutkiem zamknięcia szybów, pozbawionych zostało setki górników pracy i zarobku. Po upływie około sześć tygodni po katastrofie wyszedł rozkaz od nadeszłych całkiem obcych urzędników kopalnianych (gdyż urzędnicy kopalni, z wyjątkiem kilku sztygarów i jednego inżyniera, razem z bergratem Greyem po katastrofie z kopalni się usunęli), aby z szybu Głębokiego, jako pola najbardziej oddalonego od miejsca katastrofy, jak również w poziomie najgłębszym rozpocząć pracę i śledztwo tak za ogniem, jak również za rozmiarem objętych przez pożar pól węglowych.

Katastrofa przeraziła wszystkich górników do tego stopnia, że ciężko było znaleźć odważnego ochotnika, który zgodziłby się pierwszy zjechać do kopalni (szyb Głęboki aż do tej chwili również był szczelnie zamknięty). Długo namyślaliśmy się, stawiając sobie przed oczy prawdziwy obraz pożaru w pokładzie 19-tym, zanim zgodziliśmy się zaryzykować swe życie i spuścić się w głębiny gorejącego piekła. Brak zarobku dodawał nam odwagi. Kilku najśmielszych w towarzystwie dozorców przecież zgodziło się pojechać w dół.

Rozpoczęliśmy pracę, torując sobie zaraz od szybu głównym przekopem ku starej pochylni prowadzącej połączenie wiatrowe na główny „Querschlag” pod szyb wiatrowy szybu Franciszki. Główny ten przechód łączył także pole 19-tego pokładu, objętego pożarem.

Praca to była okropna, nie dająca się nawet opisać. Rozdzieloną szychtę na cztery zmiany po 6 godzin każdy z nas w największym strachu i pocie czoła w kopalni przeżywał. Każdy najmniejszy szelest spadających kamieni lub pękanie drzewa, przestraszał nas tak, że uciekaliśmy aż pod szyb.

Po kilku dniach żmudnej pracy dotarliśmy na wspomniany główny „Querschlak”, jakie 500–600 m nad pochylnią prowadzącą od samego szybu Głębokiego. Zaznaczyć tu wypada, że pracę tę zaraz od szybu wykonywaliśmy w aparatach, w które ubierali się trzej górnicy i za pomocą sztucznie tłoczonego przez węże powietrza, wprowadzanego aż do maski, posuwaliśmy się do otwartego pola naprzód. Co kilkanaście metrów budowaliśmy przejścia naprzód, zamykając szczelnie całą szerokość oczyszczonego chodnika, spowodowaliśmy tym sposobem zamknięcie dopływu zdrowego powietrza do katastrofalnego pola pożaru. W ten sposób etapami posuwaliśmy się coraz bliżej miejsca pożaru.

Gdy doszliśmy w ten sposób na główny chodnik, który krzyżował się w stronę szybu wiatrowego, zamknęliśmy murem 30 cm przychód w stronę szybu Franciszki. Panowie fachowcy, kierujący całą akcją i pracą w kopalni, skonstatowali, że przez wykończenie powyższej tamy został pożar zlokalizowany. Dla oszczędności kosztów dalszej pracy uznali za stosowne puścić w ruch maszynę wiatrową (wentylator) szybu Głębokiego.

Co postanowili, to też wykonali. Za kilka godzin po puszczeniu w ruch wentylatora powstała nowa straszna detonacja, szczęśliwym trafem w innym poziomie. Byliśmy o jedno piętro wyżej w maskach, w zamiarze zamurowania w szybie starego otworu w tak zwanym trzecim horyzoncie.

Pomimo szelestu, jaki nam sprawiało powietrze sztucznie wciskane do aparatu, odczuliśmy straszny łoskot i zachwianie się podstaw ziemi. Klatka szybowa, na której znajdowaliśmy się, wykonując przekazaną pracę, gwałtownie wyrzucona została w górę i znów opadła. Objęci wszyscy trzej rękami, drżąc na całym ciele, czekaliśmy co dalej z nami będzie. Po kilku minutach daliśmy znak do wyjazdu. Wyjechawszy na wierzch, zobaczyliśmy tłum ciekawej i szlochającej publiczności, docierającej się do szybu, aby się przekonać, czy jesteśmy żywi, gdyż z szybu wiatrowego buchał pełną gardzielą czarny dym wraz z płomieniami ognia. Byliśmy ocaleni. Nasze ocalenie przypisywano temu, że siła większa wybuchnęła do otwartego szybu Głębokiego i w jego stronę, gdzie na szczęście w tym dniu aż do zamurowania przez nas wspomnianego starego otworu, w pracy na dole nikogo nie było.

Konsylium fachowców

Po tym wybuchu uznano, że pożar jest daleko bardziej rozszerzony, aniżeli początkowo przypuszczano. Ponownie zamknięto dopływ powietrza do szybów. Wszystkie roboty w tych 4 kopalniach, czyszczenie przejść, przeprowadzano wyłącznie w maskach, bez używania pomocy maszyn wiatrowych.

Trwoga nad dalszą sytuacją

Ponowny zjazd obcych urzędników i fachowców górnictwa, narady i komentarze wytworzyły w opinii publicznej trwogę o dalszy los pożarem ogarniętych kopalń. Zrozumiano, że pożar nie ograniczył się do odpadków węglowych, nagromadzonych w pokładzie wyratowanych pól, lecz ogarnąć musiał węgiel nienaruszonych, lecz drobno poćwiartkowanych filarów.

Za kilka dni wydano polecenie rozpoczęcia ponownej pracy w szybie Głębokim, lecz nikt nie chciał wdziewać na siebie aparatu i jechać do kopalni. Nie pomagały przyrzeczenia 2 K oprócz należytej zapłaty normalnej na zmianę, jako dodatkowe wynagrodzenie, każdy drżał ze strachu, w obawie o własne życie, nawet gotowość podwyższenia płacy nie wywarła pożądanego skutku. Staliśmy w otoczeniu urzędników przed zamkniętym szybem Głębokim, gdzie wszystko przygotowano, aby wjechać do szybu. Nakrycie szybu składało się z podwójnych grubych desek, zrobionych drzwi na rozsuwanie, każda połowa składała się z dwóch części, sporządzonych tak, aby otwór dla puszczenia klatki szybowej jak najprędzej znów było można zamknąć. Klatka (Schata) już przygotowana do wjazdu, uzbrojona była w przyrządy telefoniczne i bezpieczeństwa. Na ścianie klatki zawieszono tabliczkę z przepisem, jak należy zachować się górnikom, którzy wjadą do kopalni, zarazem zarządzono oświetlenie elektryczne za pomocą lamp. Ustanowiono na końcu czterech starszych górników, którzy na wymianę po dwóch wykonywać mieli obowiązki straży bezpieczeństwa, szczególnie pozostawać w stałym kontakcie z trzema górnikami wpuszczonymi do kopalni. Widząc zarządzenia jak najbezwzględniejszego bezpieczeństwa, wystąpiłem z oświadczeniem, że decyduję się iść w głąb kopalni razem z dozorcą K., wyznaczonym przez zarząd kopalni. Drugi zgłosił się na ochotnika murarz S. Było nas trzech przygotowanych ubierać się do maskowego aparatu. Wyznaczeni dwaj rzemieślnicy zaczęli nas ubierać, kładąc nam przez głowy z nieprzemakalnej materii sporządzoną maskę z rękawami, okrywającą nas do pasa, gdzie ściągnięta została silnie rzemieniami. Górna część maski, sztywna na wzór głowy, okrywała głowę z przodu do twarzy, posiadając szklane, okrągłe okienko do otwierania.

Minęło jakie pół godziny czasu, zanim zdołano nas ubrać w aparaty, w myśl podanej przez specjalnego technika instrukcji. Już jesteśmy przygotowani, aby wstąpić do klatki, aż tu naraz obok stojący murarz S. otwiera okienko aparatu i krzyczy: „Zrzuć ze mnie aparat, nie pojadę do szybu, mam jeszcze czworo małych dzieci w domu!”. Nic nie pomagały namowy urzędników i zachęcania z otoczenia. Musiano go zwolnić i szukać pomiędzy otoczeniem innego ochotnika. Po dłuższej rozwadze zgłosił się R., również murarz kopalniany, którego prędko ubrano w maskę i nareszcie stanęliśmy w klatce nad szybem. Pomaleńku, żegnanych jeszcze przez pozostałych na wierzchu, zaczęto nas wpuszczać w głąb kopalni. Z chwilą opuszczenia klatki zasunięto prędko za nami drzwi szybowe, zalepiając szczelnie każdą szparę do szybu.

Zjechawszy na dół, zaraz przekonaliśmy się, jakie spustoszenie spowodowała przed kilku dniami ponowna eksplozja. Świadczyły o tym zaraz zwały podszybowe. Jęliśmy się pracy we dwójkę, zaś dozorca nasz pilnie przestrzegał przepisów bezpieczeństwa, sygnalizując raz po raz na powierzchnię szczegóły pracy.

Po kilku dniach pracy, prowadzonej z półgodzinnymi, a później jednogodzinnymi zmianami, dotarliśmy do miejsc zamurowanych, sporządzonych przed kilkoma tygodniami przed ostatnim wybuchem. Tam mogliśmy skonstatować siłę detonacji, gdyż z naszego muru ani jedna cegła nie leżała na drugiej, wszystko było wymiecione. Zmuszeni byliśmy ponownie zamurować wszystkie otwory, naturalnie zabrało to więcej czasu, gdyż tylko trzej mogliśmy pracować, a to jeden murował lub budował, zależnie od potrzeby, drugi mu przyświecał, trzeci donosił materiał. Zaznaczyć muszę, że powietrze nas otaczające napełnione było taką masą gazów, że niemożliwym było nawet na sekundę otworzyć szklane drzwiczki od aparatu w celu przemówienia. Przy pracy zmuszeni byliśmy porozumiewać się za po mocą migawek. Szelest prawie koło uszu cisnącego się zdrowego powietrza dwoma kanalikami do aparatu, uniemożliwiał jakikolwiek słuch.

W ten sposób postępowała praca, że w aparatach przeszliśmy 50-100 metrów głównym chodnikiem, zamykając mniejsze boczne chodniki za sobą cienkim murem. Do tych wskazanych metrów sięgały też węże, prowadzące powietrze do aparatu. Tam znów zrobiliśmy (w aparatach) poprzeczny podwójny mur 3-4 m oddalony od siebie. Do każdego poprzecznego muru (ściany) wprawione zostały drzwi, mające w środku szklane okienko. Kiedy to było gotowe, posunięto całą pracę o tyle metrów naprzód. Miniętą tzw. szleisę zdemolowano i znów dalej robiono nową itd. postępowano do osiągnięcia ponownych 50 lub 100 m, zależnie od sposobu zrobienia nowego odgraniczenia, czyli szleisy. Bardzo praktycznie zbudowany został przyrząd do prowadzenia zdrowego powietrza do aparatów maskowych przewodami rurowymi z wierzchu od maszyny kompresowej aż do miejsca prowadzenia pracy. Kilka metrów przedmurowano poprzednią ścianę chodnika, położono trzy drewniane wyżłobione koła osadzone na podstawach w ten sposób, aby łatwo można nimi obracać.

Na koła natoczono gumowe węże, nie przepuszczające powietrza, które następnie połączono z przewodem powietrza z powierzchni. Drugi koniec węży przymocowano do tułowia aparatu i w ten sposób do aparatu stale dopływało powietrze. Z chwilą, gdy zostaliśmy już uzbrojeni w aparaty, otwarły się pierwsze drzwi szleisy i stanęliśmy pomiędzy murami, zamykając za sobą pierwsze drzwi, które starannie obmazywano ślinem, aby uniemożliwić najmniejszy dostęp powietrza za nami. Każde drzwi posiadały na samym spodzie wyrżnięty otwór na pomieszczenie węża, który każdy sam dla siebie ciągnął jako jedyną arterię swego życia. Z chwilą, gdy już pierwsze drzwi szleisy zostały szczelnie zamknięte, dano nam znak lampką przez szklane okienko, że możemy iść dalej, po czym otwarliśmy drugie drzwi i wstąpili do dalszej pracy. Przed szleisą, przy kołach z natoczonymi wężami, siedział zawsze dozorca, zobowiązany pilnie strzec nasze ruchy za szleisą. Gdy już oddaliliśmy się zbyt daleko lub chodnik miał skrzywienia, zmuszeni byliśmy co 5 minut przychodzić jeden aż do drzwi okienka i dawać znak lampą, że praca idzie w porządku. Na wypadek grożącego niebezpieczeństwa lub natrafienia na ciała ludzi trzej przychodziliśmy do szleisy, zamykając za sobą drzwi.

Pierwsze zwłoki zabitych dwóch kolegów znaleźliśmy jakie 20 m od głównego chodnika prowadzącego do szybu Głębokiego, w położeniu siedzącym, opartych o ścianę węgla, w tzw. chodniku wiatrowym. Z pozycji tych nieszczęśliwych było można wywnioskować, że zostali uduszeni bądź zaraz po eksplozji, lub później z braku powietrza, kiedy szyby zamknięto. Natrafienie na pierwsze ofiary strasznego nieszczęścia wywarło na nas niesamowite wrażenie; stanął przed nami ten straszliwy obraz walki żywotów ludzkich z żywiołem, jaki miał miejsce w dniu wybuchu i zapalenia się węgla w kopalni. Przejęci do głębi uczuciami do nieszczęśliwych ofiar, przygotowaliśmy nasze nerwy do następnych tego rodzaju niemiłych spotkań.

W piekielnej otchłani

Kiedyśmy doszli do tak zwanego głównego chodnika (Querszlaku) jako łącznikowej arterii 19-go pokładu, na głównym wekslu leżały hałdy zwęglonych i straszliwie zszarpanych ciał ludzkich, pokryte zwałami kamieni i drzewa. Kilka zmian pracy minęło, zanim zdołaliśmy usunąć przeszkody i przystąpić do wydobywania już prawie w rozkładzie znajdujących się ciał ludzkich. Kilkutygodniowe powodzenie w naszej pracy dodało otuchy także innym górnikom, którzy zgłaszali się na ochotników do pracy w głębinach kopalni. W międzyczasie zdołano zorganizować kilka oddziałów zluzowania oraz załóg wymiennych. Podobne prace podjęto też ze strony pola wschodniego od szybu Jana i Karola. Prawie mijał rok po katastrofie, gdy zaczęto wydobywać zwłoki zabitych górników. Rzadko niestety natrafiono na całe ciało człowieka, znaleźliśmy przeważnie tylko cząstki ciał.

Wydobywanie trupów zarządzono w ten sposób, że ciało przynieśliśmy do szleisy, gdzie były przygotowane trumny, które następnie zabito gwoździami i odesłano do trupiarni na cmentarz karwiński, z której odbywał się pogrzeb.

Z chwilą zamknięcia szybów po katastrofie ustało także wszelkie pompowanie wody z kopalni. W następstwie tego niżej położone pola ze strony szybu Jana i Karola zostały zatopione, woda wystąpiła aż do wysokości szóstego poziomu, w którym znajdował się nieszczęśliwy 19 pokład. Polegli górnicy, którzy pracowali w poziomie szóstym 19 pokładu zostali zatopieni, a zarazem wszystkie konie w dzień katastrofy spoczywające w stajni, jako też przy zaprzęży wozów.

Wydobywanie ciał nastąpiło w rok po katastrofie i trwało przeszło dwa lata, tak, że znalezione ciała były w zupełnym rozkładzie. Przy tej pracy dostarczono nam gumowych rękawic, które miał każdy nosić. Jeżeli widok zeszpeconych i spalonych ciał ludzkich, znalezionych w miejscach suchych, przerażał, co dopiero mówić o znalezionych w zatopionych miejscach. Straszliwie śmierdzącą wonią nacuchnęliśmy tak, że na wierzchu nikt nas rozbierać z aparatów nie chciał.

Jakie męczarnie musieli ci biedacy górnicy znieść, świadczyły najlepiej te straszne zszarpane i zwęglone trupy. Jeszcze gorzej musiało dziać się z tymi, których znaleźliśmy w pozycjach ratunkowych. Na przykład w jednym czole znaleźliśmy koło 20 razem, jednych siedzących, drugich leżących w zdartych i zarzuconych na głowę koszulach, inni trzymali się w objęciach. Było widać, że nie zostali zabici skutkiem eksplozji, a zginęli od uduszenia.

Koło trzech lat trwała tego rodzaju praca dająca materiał o rozmiarach i skutkach katastrofy. Przeszukano skrupulatnie główniejsze chodniki i sztolnie, by ciała nieszczęśliwych górników odnaleźć.

Pomimo największych wysiłków i ofiar i pracy nie można było dotrzeć do wszystkich miejsc, gdzie górnicy przed katastrofą pracowali. Pewne miejsca, tak zwane rabunki, siłą eksplozji lub z powodu zbutwienia drzewa, zostały w taki sposób zwalone, że stały się niedostępnymi dla człowieka. Strop nad 19 pokładem był bardzo słaby, toteż zawały sięgały w niektórych miejscach kilkadziesiąt metrów w górę. Nikt nie jest w stanie podać dokładnie liczby, ilu z robotników zdołano wydobyć na wierzch i pogrzebać, a ilu zostało pogrzebanych w kopalni.

W miarę postępowania prac oczyszczających w kopalniach przybywało coraz więcej ochotników do pracy w aparatach, tak, że w trzecim roku po katastrofie, gdy wydobywanie trupów było już na ukończeniu, załogi zmienne liczyły już po 200 górników. W końcu przyszła kolej na oczyszczenie stajni, w których leżało uduszonych przeszło 30 koni. Otrzymaliśmy rozkaz udać się do V i VI poziomu dla oczyszczenia stajni z padliny końskiej. Każdy otrzymał nowe kauczukowe rękawice i topór osadzony na dłuższym „helmisku”, za pomocą którego kazano nam padlinę końską rąbać w kawałki i pakować do specjalnych krytych wozów do tego celu sporządzonych. Dochodząc przed drzwi stajni i zobaczywszy ten niezwykły obraz, w różnych pozycjach leżące konie, nie mogliśmy na razie opanować nerwów, aby wykonać przekazaną pracę. Za kilka tygodni zostały i stajnie oczyszczone, padlina wydobyta na wierzch i pogrzebana w głębokim rowie koło hałdy odpadków szybu Jana i Karola.

Uczuciowe objawy hr. Larischa

Opis fragmentów katastrofy nie byłby zupełny, gdybym omieszkał podnieść, z jakimi uczuciami odnosił się do ofiar katastrofy przedsiębiorca bogobojny dr. Larisch. Karwińskim probostwem zarządzali wówczas Jezuici, sprowadzeni do Karwinej na skutek zabiegów dr. Larischa. Jezuici byli też najwierniejszymi doradcami w takim wypadku, gdy chodziło o wyraz uczuciowy w obrazie bigoteryjnym dla nieszczęsnych następstw katastrofy. Dla zagłuszenia wyrzutów sumienia Larischa i zagłuszenia płaczu wdów i setek sierót, polecono Larischowi wybudować skromną kaplicę, na polu około drogi w pobliżu dworu Henryka.

W miejscu, gdzie wystawiono kaplicę, 240 metrów pod ziemią znajduje się prawie środek nieszczęśliwego pola górniczej katastrofy dnia 14 czerwca 1894. Na tym miejscu spoczywa do dziś dnia kilkadziesiąt ofiar katastrofy.

Skutkiem katastrofy (której przyczyna nie została ujawniona) postradało życie setki zdrowych w sile górników, ojców rodzin, pozostawiając setki sierót i wdów. Kaplica ma być dowodem uczucia i łaski dla nieszczęśliwych.

Dla górników, szczególnie postępowych, kaplica jest świadkiem zbrodni popełnionej na bezrobotnym robotniku przez nieubłagany i nienasycony wyzysk przedsiębiorców. Jest to zarazem widoczny znak wołających o pomstę za krzywdy, która nastąpi wtenczas, kiedy górnicy uzbrojeni w silną organizację, zmienią dzisiejszy morderczy porządek w górnictwie, który przedsiębiorcy przynosi krocie zyski, a nie zna litości a krzywd wdów i sierót.

Końcowe uwagi

Fragment katastrofy górniczej, zobrazowany w niniejszym prawdziwym streszczeniu, stanowi tylko ogniwo tego zbrodniczego łańcucha, którym opasane są kopalnie węgla.

Nastręcza się pytanie o przyczyny wyjątkowego zainteresowania się prawie tą katastrofą z 14 czerwca 1894 r. z pominięciem dziesiątek podobnych nieszczęść na innych kopalniach. Wyjątkowo charakteryzuje tę katastrofę znaczenie historyczne, określające lekkomyślność wobec życia robotnika. Istnieje przynajmniej zwyczaj, że po nieszczęściu szuka się następnie przyczyn i winowajców tego złego. W tym wypadku stwierdzenie przyczyn pośrednich i znalezienia winnego katastrofy, w której prawie cała załoga pokładu zginęła – stało się prawie niemożliwym. Różne osądzenia i przypuszczenia nie mogły być uznane za wiarygodne, tym bardziej, że katastrofa nie ograniczyła się do jednego katastrofalnego wybuchu, który powtórzył się co najmniej siedmiokrotnie.

A jednak przyczyna tego straszliwego nieszczęścia była i jest do dziś dnia widoczną. Znajduje ona wyraz w zachowaniu się właściciela kopalni, w stosunkach prawnych zobowiązań, wobec widma niebezpieczeństwa widocznego każdodziennie. Bez najmniejszych skrupułów i zastanowienia się nad następstwami, rabunkowa eksplozja grubego na 4 metry pokładu, przepełnionego najwyższym procentem palnych gazów nakazywała zachowanie największej ostrożności. Tajemnicą pozostaje na zawsze, w czym leży przyczyna katastrofy, czy zapalenie gazów nastąpiło od strzału lub lampy. Bezpośrednią przyczynę tej katastrofy przypisać należy tej okoliczności, że nie dopatrzono ostrożności nawet w najprymitywniejszych zarządzeniach.

Następstwa po katastrofie również stanowią wyróżniające okoliczności. Przeszło 4 lata po katastrofie musiano zupełnie zamknąć nie tylko szyb Jan Karol wraz z pokładem 19 i produkcję zastawić, lecz odbiło się to na reszcie szybów Larischa. Przeszło trzy tysiące górników zostało pozbawionych pracy i zarobku, zmuszonych bądź szukać pracy na sąsiednich kopalniach lub zupełnie pożegnać górnictwo. Kopalnie, objęte katastrofą, wczoraj jeszcze w szalonym tempie produkcji, zamienione zostały na smętne grobowce, odwiedzane codziennie przez płaczące wdowy i sieroty. Koło kopalni zamiast kręcących się urzędników, naganiaczy do pośpiechu w pracy produkcji, widać tylko jakiegoś starszego górnika, któremu powierzono obecnie dozór nad szczelnie zamkniętą kopalnią. Kolonie górnicze przedstawiały pustkowie. Mężczyźni albo spoczywali w głębi szybu, a inni zmuszeni wędrować za pracą, tygodniami całymi nie wracali do rodziny. Trudno opisywać te przeżycia górników po katastrofie, do czasu, gdy po 4 latach w pojedynkę powracali znów na swoje stare miejsca, aby oglądnąć już na własne oczy następstwa strasznej katastrofy.

Katastrofa na szybie Jan Karol w dniu 14 czerwca powinna być wcielona w historię walki w obliczu śmierci.

Alojzy Bonczek

 

Powyższy tekst to cała broszura, wydana nakładem autora, Drukarnia Ludowa we Frysztacie, 1931. Na potrzeby niniejszej publikacji dokonano drobnych poprawek językowych dostosowujących polszczyznę do współczesnych reguł, ale zachowując jak najwięcej pisowni oryginalnej. Oryginalne wydanie broszury znajduje się w zbiorach Książnicy Cieszyńskiej i jest zdigitalizowane przez nią. Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska.

 

Alojzy Bonczek (1865-1937) – urodzony w Suchej Górnej na Śląsku Cieszyńskim w rodzinie robotniczej, po ukończeniu szkoły podstawowej rozpoczął pracę jako taczkarz w kopalni Handwerk/Gabriela w Karwinie. Jako 16-latek był jednym z inicjatorów dzikiego strajku taczkarzy. Po odbyciu czteroletniej służby wojskowej pracował jako rębacz w kopalni Jan-Karol w Karwinie aż do roku 1905. Należał do pierwszego robotniczego zrzeszenia w zagłębiu karwińsko-ostrawskim – „Prokop”, które stanowiło zalążek lewicowego związku zawodowego Unia Górników, którego był jednym z lokalnych liderów. W roku 1900 był członkiem komitetu strajkowego podczas ogromnego, 11-miesięcznego strajku powszechnego górników w zagłębiu karwińsko-ostrawskim. Od początku XX wieku działacz austriackiej partii socjaldemokratycznej, a od roku 1905 Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej. Należał do inicjatorów powołania pierwszej na Śląsku Cieszyńskim spółdzielni spożywców – utworzonej w 1897 roku w Stonawie – która dała początek silnemu ruchowi spółdzielczemu na tym terenie. Wieloletni współpracownik pism lewicowych: „Górnik” (w latach 1915-1918 był jego redaktorem prowadzącym), „Kropidło” i „Robotnik Śląski”. W momencie formowania się niepodległych państw na gruzach monarchii był członkiem Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego. Po przyznaniu jego rodzinnych stron Czechosłowacji, należał do twórców i liderów Polskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej. W obliczu jej skrętu w kierunku „internacjonalizmu”, w 1935 należał do rozłamowej grupy, która utworzyła Polską Partię Socjalno-Demokratyczną. Pełnił rozmaite funkcje społeczne – w ruchu związkowym, spółdzielczym, w samorządzie lokalnym. Autor kilku broszur lewicowych – ideologicznych oraz historyczno-wspomnieniowych, a także „Historii budowy kościoła w Stonawie”.

Władysława Weychert-Szymanowska: Kapitalizm piekłem – socjalizm wyzwoleniem dla kobiet! (1937)

Władysława Weychert-Szymanowska: Kapitalizm piekłem – socjalizm wyzwoleniem dla kobiet! (1937)

Rozwój wielkiego przemysłu w końcu XVIII wieku zapoczątkował w świecie nową gospodarkę, tzw. kapitalistyczną. Wynaleziono wówczas maszynę parową, która ludziom ułatwiła pracę. Kto miał kapitał, budował fabryki, kupował maszyny, ustawiał je w dużych halach i najmował ludzi do pracy. Starał się naturalnie o jak najtańszych robotników, a że nie wszyscy musieli być wykwalifikowanymi rzemieślnikami, bo przy maszynach jest dużo zajęć łatwych, mechanicznych, więc proponował zarobek kobietom, a nawet dzieciom, naturalnie o wiele mniej płacąc, niż mężczyznom.

Wielki przemysł zawsze wyzyskiwał pracę kobiet: dając im mamy zarobek, odrywał je od domu, nie troszcząc się o to, jak wychowają dzieci.

Obecnie w czasie kryzysu kobiety cierpią straszliwie. Można powiedzieć, że są one na dnie tego piekła, co się nazywa życiem proletariackim. Postaramy się wykazać, dlaczego tak jest.

Kryzys odbija się na kobiecie w różny sposób. Przede wszystkim zarobki spadają. Stawki kobiece są minimalne, zwłaszcza, gdy się odliczy świętówki. Nieraz zarobek tygodniowy kobiety nie przekracza 10 zł i za to trzeba wyżywić bezrobotnego męża i dzieci. Mąż nie dostaje roboty, bo praca żony jest tańsza. Niestety bowiem w okresie dobrej koniunktury nie przeprowadzono zasady „za równą pracę równa płaca” i kobieta jest faktycznie konkurentką mężczyzny: płacą jej o jedną trzecią, a czasem o połowę mniej.

W rodzinach, gdzie ani mąż, ani żona nie mają stałej pracy, kobieta szuka jakiegokolwiek przygodnego zajęcia – posługi, prania, szycia. Wskutek nadmiaru chętnych i te zarobki spadły bardzo znacznie. Posługaczkę można w Warszawie dostać za 10 zł miesięcznie i obiad, albo i bez obiadu, a praczkę za 3 złote dziennie, gdy dawniej płacono 7 zł. Jeszcze gorszy wyzysk jest w pracy chałupniczej. Szycie bielizny dla wojska przechodzi przez łańcuch pośredników i przynosi kobietom grosze. Roboty siatkowe, szydełkowe i inne tak są opłacane, że firanki ręczne konkurują w cenie z fabrycznymi. Dobrze, jeśli całodzienna praca chałupnicza daje złotówkę, bo czasem nie przynosi ona kilkunastu groszy (guziki ręczne, siatki, roboty szydełkowe).

W rodzinach bezrobotnych, korzystających z pomocy rozmaitych komitetów, troska o tę pomoc ciąży głównie na kobiecie. Ona musi dać jeść rodzinie, więc ona to przede wszystkim biega i „stara się” i to „staranie” organizuje. Ale i w rodzinach mających stały dochód troski kobiet są ogromne: trzeba przystosować nędzne zarobki do wielkich stosunkowo potrzeb. Pieniądze wystarczają najczęściej zaledwie na życie. Na mieszkanie, ubranie, szkołę dla dzieci, nieuniknione tramwaje w dużych miastach, nie mówiąc już o przyjemnościach, gazetach, książkach – nie ma pieniędzy. Trzeba by umiejętnie ułożyć budżet i trzymać się go bezwzględnie. Tego kobiety najczęściej nie umieją. Po prostu więc skąpią sobie wszystkiego, aby najwięcej zostało dla dzieci.

Warunki lokalowe proletariatu są straszliwym utrudnieniem życia kobiety. Jak utrzymać czystość i ład, jak zastosować się do najkonieczniejszych wskazań higieny w takiej ciasnocie, jaka panuje nie tylko w barakach, ale we wszystkich mieszkaniach robotniczych? Prawdziwymi bohaterkami są te, które mimo wszystko utrzymują mieszkania w porządku. Dzieje się to kosztem nadludzkiej pracy i zdrowia, bo mężczyźni, nawet gdy są bezrobotnymi, nie pomagają w pracy domowej, „babskiej”.

Pomimo to, że w obecnej dobie kryzysu kobieta musi pracować zarobkowo, nie ma ona pomocy w wychowaniu dzieci. Żłobki fabryczne są nieliczne, a przy tym nieraz bardzo daleko od miejsca zamieszkania robotnicy. Inspektorki fabryczne nie stawiają żądań tworzenia nowych żłobków, bo fabrykanci zasłaniają się kryzysem, a rządy, oparte o klasy posiadające, bronią nie kobiet pracujących, lecz fabrykantów. Przedszkoli, a nawet szkół jest za mało i coraz więcej dzieci nie ma gdzie się uczyć. W tym roku 1936/37 dla przeszło miliona dzieci w Polsce nie ma miejsca w szkołach. Łobuzują się i uczą jedne od drugich wszystkiego złego. Wzrasta liczba małoletnich przestępców, a nieszczęśliwe matki zaradzić temu nie mogą i nie umieją.

Rozpaczliwe jest położenie kobiet na wsi. Zawsze były przepracowane: całe gospodarstwo domowe, ogród, inwentarz, dojenie krów, spoczywa na ich barkach. Rodzenie, karmienie i wychowywanie dzieci, a do tego wszystkiego praca ciężka w polu. Ale dawniej ta nadludzka praca dawała chociaż utrzymanie. Dziś daje ziemniaki, trochę chleba i głód na przednówku. Mleko, masło, drób – to produkty, które wieśniaczka niesie do miasta, ale nie daje ich własnym dzieciom, a tym bardziej dorosłym członkom rodziny. A pieniądze ze sprzedaży idą przede wszystkim na podatki. Ileż się matka musi nakłopotać, by dzieci jako tako okryć i obuć. Leżą nagie w łóżkach gałganami przykryte.

Co się musi dziać w sercu matki, gdy na nie patrzy! A jaka rozpacz ją ogarnia, gdy się przekonywa, że znów zaszła w ciążę i musi urodzić nowego nędzarza!

Wszystko w domu na głowie kobiety i żadnych możności zaradzenia biedzie, bo na wsi nie działają organizacje pomocy właśnie w tych codziennych troskach. A przecież ludność wiejska to 22 miliony mężczyzn i kobiet, to główna siła robocza całego państwa.

Klasy rządzące rozumieją znaczenie świadomości ludności wiejskiej, starają się, żeby dzieci chłopskie uczyły się jak najmniej, szkoły na wsiach są najoszczędniej zorganizowane i najmniej uczą. Brak wszelkich nowoczesnych urządzeń, jak wodociągi, kanalizacja, gaz, elektryczność.

Brak oświaty i najniższy poziom warunków życiowych ciąży jak przekleństwo na życiu kobiet, sprawia, że uginają się one pod brzemieniem pracy i przedwcześnie niszczą swe siły fizyczne.

Są jeszcze i inne nieszczęścia, które gnębią kobiety.

Na rynku pracy ma kobieta trudności, jakich nie zna mężczyzna. Nie tylko bowiem praca kobiety jest do sprzedania w ustroju kapitalistycznym, ale i jej ciało. O ile jest młoda i ładna, zjawiają się panowie, którzy gotowi są płacić za jej wdzięki. Odrzuca nikczemne propozycje, ale czy zawsze może to zrobić? Majstrowie w fabrykach, szefowie w biurach wyrzucają na bruk kobiety, które nie są powolne ich żądaniom i odwrotnie dają awanse i wyższe stawki swoim kochankom. Lęk przed bezrobociem jest tak silny, że uczciwe żony robotników ulegają niekiedy nawet z wiedzą i zgodą mężów. Jest to już najwyższy stopień poniżenia i niewolnictwa kobiety w ustroju kapitalistycznym, rujnujący moralność całego społeczeństwa. Jakaż w ogóle może być moralność w tych potwornych warunkach, w których dziś żyjemy? Nie ma moralności bez pracy, która pozwala człowiekowi zarobić na najkonieczniejsze potrzeby, stworzyć rodzinę, wychować dzieci. Dziś takiej pracy pewnej i stałej nie ma ani w mieście, ani na wsi dla ogółu mieszkańców. Bezrobocie jest nie tylko klęską materialną, ale i moralną. Pomoc bezrobotnym dawana jest jak jałmużna. Poniża ona godność ludzką, przyzwyczaja do żebractwa, do życia z dnia na dzień. Mężczyźni, którzy dawniej uważali za swój obowiązek i punkt honoru utrzymać rodzinę, zostawiając kobiecie pracę domową, dziś z całym spokojem godzą się na to, że jako bezrobotni żyją z pracy i starań kobiet – żon, matek, sióstr i kochanek. Odrzucają oni pracę dla siebie nieodpowiednią, źle płatną, a kobiety chwytają każdą sposobność, aby tylko głód rodziny zaspokoić. Większe poczucie odpowiedzialności, właściwe kobietom dlatego, że jako matki bliżej są związane z dziećmi, sprawia, że biorą one na swe plecy cały ciężar. Jak wobec tego wygląda życie rodzinne? Często zamienia się ono w piekło, od którego mężczyzna ucieka, zostawiając żonę i dzieci na pastwę losu. Zdarza się jednak, że pijak biciem wymusza od żony jej zarobki i wydaje na wódkę, którą stara mu się uprzystępnić i podsunąć państwowy monopol spirytusowy. Prawo w dzisiejszym ustroju burżuazyjnym nie broni proletariuszki kobiety, często nawet zwraca się przeciw niej, a zawsze jest jakieś dalekie i niedostępne. Małżeństwo czyni z niej niewolnicę, macierzyństwo często spada na nią jak ciężar nie do podźwignięcia.

Dr Budzińska Tylicka w odczycie „Krzywda matki i dziecka” omawia szeroko sprawę świadomego macierzyństwa, więc się nad tym nie zatrzymuję, przechodzę natomiast do sprawy małżeństwa.

Po kilkunastu latach istnienia niepodległej Polski nie mamy jeszcze jednolitego prawa małżeńskiego, tylko pozostałe po dawnych zaborcach, w każdej prowincji inne. Na Wileńszczyźnie są tylko śluby kościelne, w byłym Królestwie istnieje nadto cywilny akt złączenia, za który trzeba płacić osobno, w poznańskim, zgodnie z prawem niemieckim, istnieją śluby cywilne, to znaczy ślub musi być zapisany przede wszystkim w urzędzie cywilnym i jest prawny, choćby potem młoda para nie poszła do kościoła i tam nie zawarła związku kościelnego. Ślub cywilny daje możność rozwiedzenia się, jeśli małżeństwo okaże się nieszczęśliwe. Tymczasem w kościele katolickim rozwodu nie ma, bo małżeństwo uważane jest za sakrament. Mimo to, jak o tym wszyscy wiemy, za grube pieniądze można w Rzymie dostać rozwód. Nazywa się to unieważnieniem małżeństwa i jest bardzo trudne do uzyskania. Czego jednak kapitaliści nie dostają za pieniądze! W konsystorzu, czyli w sądzie, w którym księża przeprowadzają „unieważnienia małżeństwa”, można postawić świadków krzywoprzysiężnych i sztuczkami adwokackimi dowieść, że nie było właściwego małżeństwa nawet tam, gdzie są dzieci. Jeśli kto nie ma tych tysięcy, których na to potrzeba, może zmienić wyznanie na ewangelickie lub prawosławne, w tych kościołach bowiem rozwód jest możliwy, więc taniej kosztuje. Cóż jednak mają robić biedni? Jeśli już zupełnie wytrzymać z sobą nie mogą, po prostu się rozchodzą. Często mężczyzna rzuca żonę z dziećmi i zamieszkuje bez ślubu z młodą dziewczyną, która mu się podoba. Żona jest tu bezbronna, bo wyprawowanie alimentów jest trudne i długie, kobieta nie wie, jak się wziąć do tego, jak zrobić, żeby to mało kosztowało. Gdyby były śluby cywilne i rozwody, to przy rozwodzie musiałoby się ustalać, ile mąż ma płacić na dzieci.

Jeśli znów ona nie może wytrzymać z mężem pijakiem lub nicponiem, który jej odbiera grosz ciężko zapracowany, bije ją i krzywdzi dzieci, to bardzo jej trudno uzyskać separację i odczepić się od niegodziwca. Separację bowiem przeprowadzają księża w konsystorzu, a oni zawsze umieją kobiecie radzić tylko jedno: pokorę i pogodzenie się z wolą bożą.

Tak więc, jak powiedzieliśmy, prawo nie broni kobiety, jest dalekie i niedostępne. Bliska jest tylko krzywda i niedola. Są oczywiście szczęśliwe małżeństwa, ale prawo jest na ludzi złych, bo dobrzy sobie i bez niego poradzą. Rozmaitość praw w Polsce – w każdym dawnym zaborze inne, w każdym wyznaniu inne – pozwala co prawda radzić sobie przy pomocy różnych kruczków, ale szkodzi moralności i unieszczęśliwia ludzi, zwłaszcza jeśli nie mają pieniędzy.

Tak więc na każdym kroku, w każdej sprawie ludzie biedni upośledzeni są w ustroju kapitalistycznym. Korzystanie z wynalazków, na które zdobył się umysł ludzki w technice, w wygodach życia codziennego, w organizacji pracy, w urządzeniu domu – wszystko to jest dla bogatych. Kobiety klas posiadających mają gaz, elektryczność, wodociągi i zlewy, waterklozety i wanny, maszynki do mięsa, do jarzyn, wyżymaczki i maszyny do prania, odkurzacze elektryczne i wiele innych ułatwień w gospodarstwie domowym. Robotnica ma najczęściej tylko swoje spracowane ręce. Bogate matki mogą dzieci wychować zdrowo w słońcu i powietrzu, dać im naukę i opiekę najlepszych wychowawców. Biedne robotnice zamykają dzieci w domu na klucz, idąc do pracy i bardzo się muszą nabiedzić, żeby je gdzie wcisnąć do przedszkola, a nawet do szkoły, choć się ona nazywa powszechną. A gdy dziecko proletariackie skończy lat 14, wyrzucają je z owej powszechnej szkoły, choćby jej nie skończyło i kończy się nauka. Szkoła średnia i uniwersytet to specjały nie dla niego. Wyjątkowo zdolne, pilne, wytrwałe i energiczne dzieci chłopów i robotników tam się dostawały w pierwszych latach Polski niepodległej. Kto się dostanie po tzw. reformie szkolnej rządów sanacyjnych? Osiemnaście tysięcy nauczycieli nie ma pracy, a dla miliona dzieci nie ma szkół w Polsce. Aby się uczyć nawet w szkole zawodowej, trzeba mieć pieniądze. Wiedza jest dla bogatych w ustroju kapitalistycznym.

Ale i prawo i moralność są dla bogatych. Kobiety zamożne rozwodzą się, zastrzegają sobie wszelkie prawa – pensje dla siebie, o ile nie wyjdą drugi raz za mąż, alimenty dla dzieci. Biedna robotnica, rzucona przez męża, szuka rozpaczliwie zarobku na chleb dla głodnych dzieci, a nie znalazłszy pracy, idzie na tak zwaną lekką, a naprawdę jakże ciężką i wstrętną drogę prostytucji. Prawo się nią zainteresuje, gdy okradnie gościa, zarazi się syfilisem lub podrzuci dziecko, któremu nie ma co dać jeść. Kobiety proletariuszki mało korzystają z prawa, a droga cnoty jest dla nich wąską i śliską ścieżyną, z której mężczyzna, zwłaszcza należący do wyższej klasy społecznej, często jej zwierzchnik lub chlebodawca ściąga je bez skrupułów i wyrzutów sumienia, bez naruszenia prawa, bez narażenia się na zarzut niemoralności.

Ciężkie jest położenie i smutny los kobiet pracujących w ustroju kapitalistycznym. Niestety przeważnie nie uświadamiają sobie całej swej krzywdy i nie myślą wcale z nią walczyć. Dużo tu winna jest czuła opieka księży, którzy wmawiają kobietom, że winny być pokorne, posłuszne, ciche i pracowite bez zastrzeżeń. Takie nauki są bardzo wygodne dla klas panujących, bo biedacy się nie buntują. Ale dla uciśnionych, dla chłopek, dla służących i dla robotnic, wyzyskiwanych przez pracodawców takie pokorne znoszenie krzyża – to utrzymywanie go na całe wieki, na całe pokolenia. Trzeba walczyć ze złem, zamiast mu się poddawać.

W drugiej połowie XIX wieku rozwinął się wielki ruch wyzwoleńczy o równouprawnienie kobiet, zwłaszcza w Anglii. Kobiety toczyły zacięte boje o swoje prawa polityczne, o prawo uczęszczania do szkół średnich i uniwersytetów. W walkach tych brały udział przeważnie kobiety klas średnich. Z poświęceniem znosiły prześladowania policji i kary więzienia.

Opinia publiczna wypowiadała się przeciwko tym pionierkom, ośmieszając je przez prasę, gdzie umieszczano głupie dowcipy i fotografie nieodpowiednie.

A jednak siła oporu nie malała, przeciwnie: rosły zastępy walczących we wszystkich krajach. Powstawały organizacje międzynarodowe do walki z przesądami i upośledzeniem kobiet we wszystkich dziedzinach życia publicznego, politycznego i rodzinnego.

Ruch emancypacyjny kobiecy z wyjątkiem Anglii nie objął szerokich mas kobiet proletariatu. Ale równocześnie zaczęło się organizowanie proletariuszek w partiach socjalistycznych, dążących również do poprawy doli kobiet.

Socjaliści wiedzą, że przeciwieństwa klasowe istnieją między kobietami, jak między mężczyznami. W decydujących chwilach walki, kiedy stan posiadania może być narażony, kobiety klas posiadających stają z mężczyznami tych klas do wspólnej walki przeciw proletariatowi.

W epokowej książce „Kobieta i socjalizm” August Bcbel, wódz socjalizmu niemieckiego, położył podwaliny pod nowy światopogląd: określił stanowisko socjalizmu do tak zasadniczego zagadnienia, jak rola kobiety w życiu społecznym, gospodarczym, wykazał krzywdę kobiet od zarania dziejów poprzez wieki średnie, aż do czasów współczesnych, upośledzenie przez wszystkie religie.

Chociaż 60 lat upłynęło od napisania tej książki, jeszcze wiele spraw, dotyczących stanowiska kobiet, czeka na rozwiązanie. Bo dopiero w ustroju socjalistycznym cały ogrom krzywdy przytłaczającej kobiety może zniknąć.

Socjalizm bowiem organizuje życie na zupełnie innych podstawach, niż świat kapitalistyczny.

Interes świata pracy jest pierwszym przykazaniem, gdy obecnie interes małej grupy posiadaczy zajmuje naczelne miejsce, bo rządy kapitalistyczne opierają się właśnie na tej małej grupce.

Toteż wszystkie usiłowania dążące do obalenia dzisiejszego ustroju, powinny znaleźć najgorętsze poparcie przede wszystkim u kobiet, tych milionów pokrzywdzonych, upokorzonych, odpowiedzialnych jednak za los swoich dzieci.

Drzwi do nowego ustroju jeszcze zamknięte. Jednak siła kapitalizmu bankrutującego słabnie, a wspólny wysiłek całego świata pracy, zarówno kobiet, jak i mężczyzn przyśpieszy zwycięstwo socjalizmu. Zrzucić z ludzkości zmorę załamującego się ustroju, opartego na najciemniejszych siłach faszyzmu – to zadanie, które wykonać musimy.

W tym nowym ustroju kobiety znajdą sprawiedliwość, a więc ochronę pomoc i radość życia dla siebie i swoich dzieci, oraz zupełne równouprawnienie z mężczyznami nie tylko w prawach politycznych (to już mamy), ale nadto w pracy i w rodzinie.

Dziś już socjalistki żądają:

Za równą pracę równej płacy i jednakowego dostępu do stanowisk kierowniczych i odpowiedzialnych, zależnie od zdolności i kwalifikacji, a bez względu na płeć.

Rzeczywistej ochrony kobiet i opieki nad matką i dzieckiem w miastach i po wsiach oraz poradni świadomego macierzyństwa.

Żłobków, przedszkoli, szkół i świetlic w dostatecznej ilości dla wszystkich dzieci miast i wsi.

Budownictwa domów z tanimi nowoczesnymi mieszkaniami dla ludzi pracy, urządzonymi tak, aby ułatwić i uprościć kobietom gospodarstwo domowe.

Jednolitego w całej Polsce prawa małżeńskiego, opartego na nowoczesnej nauce i dostosowanego do dzisiejszych warunków życia. Tanich ślubów cywilnych i rozwodów z tym, że kto chce, będzie obok cywilnego brał ślub kościelny.

Zrównania w prawach dzieci ślubnych z nieślubnymi.

Surowego prawa karzącego stręczenie i namawianie do prostytucji, zwłaszcza jeśli mężczyzna jest zwierzchnikiem kobiety.

Nowej ustawy prohibicyjnej, ograniczającej sprzedaż napojów alkoholowych, którą teraz forsuje państwowy monopol spirytusowy.

Władysława Weychert-Szymanowska

Powyższy tekst Władysławy Weychert-Szymanowskiej pierwotnie ukazał się w zbiorowej broszurze „Czy kobieta ma być wyzwoloną czy niewolnicą?”, wydanie II poszerzone, nakładem Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, Warszawa 1937. Poprawiono pisownię według obecnych reguł.