Gilbert Keith Chesterton: Zabobon sukcesu (1908)

Gilbert Keith Chesterton: Zabobon sukcesu (1908)

Pojawił się niedawno w Anglii pewien szczególny rodzaj książek i artykułów, które zupełnie prawdziwie i poważnie nazwać można najgłupszymi ze wszystkich, jakie tylko kiedykolwiek ludzkość z siebie wydała. To dzieła naraz bardziej szalone niż najbardziej szalone romanse rycerskie i nudniejsze niż najnudniejsze traktaty religijne. Co więcej, romanse rycerskie przynajmniej naprawdę mówiły o rycerzach; traktaty religijne o religii. Te produkty pióra, o których mówię zaś, są o niczym; bo o czymś, co nazywa się dzisiaj Sukcesem. Na każdym straganie z książkami, w każdym magazynie, można znaleźć tysiące porad na temat tego, jak odnieść sukces. To książki o sukcesie we wszystkich dziedzinach; pisane przez ludzi, którzy nie potrafią nawet z sukcesem napisać książki.

Zacznijmy od tego, że – rzecz jasna – nie ma czegoś takiego jak sukces. Albo, jak kto woli, nie ma niczego, co nie byłoby sukcesem. Sukces czegokolwiek oznacza po prostu tyle, że istnieje; sukces milionera polega na byciu milionerem, a osła na byciu osłem. Każdy żywy człowiek odniósł sukces w tym sensie przynajmniej, że żyje; dowolny trup – mógł z sukcesem popełnić samobójstwo. Niemniej, pomijając już błędy logiczne i filozoficzne kryjące się za tym rozumieniem owego pojęcia, możemy przyjąć, jak rzeczeni pisarze, że „sukces” oznacza po prostu zdobycie pieniędzy i pozycji w świecie. Otóż twórcy nasi twierdzą, że dzięki nim szary człowiek nauczy się odnosić sukcesy w swoim zawodzie, względnie w spekulacjach, którymi się akurat zajmuje – to znaczy: jeśli jest budowlańcem, będzie odnosił sukcesy jako budowlaniec; a jeśli maklerem – jako makler. Twierdzą, że dzięki ich radom właściciel warzywniaka zacznie ścigać się zawodowo na jachtach; dziesiątej kategorii dziennikarzyna zostanie parem; a niemiecki Żyd – Anglosasem. To jasna i konkretna propozycja biznesowa, i naprawdę sądzę, że ci, którzy te książki kupują (a są tacy), mają pełne prawo – na pewno moralne – domagać się zwrotu pieniędzy. Nikt nie ośmieliłby się wydać książki o elektryczności, która nie mówiłaby nic o elektryczności; nikt nie opublikował artykułu z dziedziny botaniki, którego autor nie wiedziałby, czy rośliny rosną korzeniami w dół, czy w górę. A jednak, świat współczesny pełen jest książek na temat sukcesu, w których nie znajdzie się choćby zrębu względnie racjonalnej idei i praktycznie ani krzty względnie zrozumiałej wypowiedzi.

Zupełną oczywistością jest, że w każdym względnie przyzwoitym zawodzie (na przykład murarstwo czy pisanie książek) sukces odnieść można tylko na dwa sposoby. Po pierwsze, robiąc świetną robotę, po drugie – oszukując. Obydwa są zbyt proste, by trzeba było o nich pisać. Jeśli konkuruje się o medale w skoku wzwyż, wówczas albo trzeba skoczyć wyżej niż wszyscy, albo w jakiś sposób wmówić wszystkim, że tak się zrobiło. Jeśli chce się wygrywać w wista, trzeba grać dobrze w wista – albo znaczyć karty. Pewnie znajdzie się ktoś, kto chciałby poczytać książkę o skakaniu; nawet o grze w wista; a nawet o tym, jak oszukiwać w wista. Ale nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie chciał czytać książek na temat sukcesu. I na pewno nie takich, których setki, o ile nie tysiące porozrzucane są obecnie po naszym rynku księgarskim. Można lubić skoki wzwyż i można lubić karty, ale na pewno nikt nigdy nie lubił, nie lubi i nie polubi nieskładnych zdań uświadamiających mu, że skakanie to skakanie, albo że w grach wygrywają zwycięzcy.

Gdyby ci twórcy, na przykład, postanowili wypowiedzieć się na temat tego, jak odnieść sukces w skakaniu, brzmiałoby to mniej więcej tak: „Skoczek musi mieć jasny cel. Musi pragnąć skoczyć wyżej, niż wszyscy inni skoczkowie. Musi pozbyć się całkowicie miałkich sentymentów, współczucia i litości (uwaga! bo jakże łatwo zarazić się dzisiaj nimi od angielskich patriotów czy przeciwników drugiej wojny burskiej) i za wszelką cenę dać z siebie wszystko. Pamiętać musi, że konkurencja w skokach jest szczególnie ostra i bezwzględna, i że, jak to doskonale wykazał wielki Karol Darwin, SŁABI ODPADAJĄ”. Brzmiałoby to, powiadam, mniej więcej tak, i na pewno najlepszy efekt przyniosło, gdyby czytać to ściszonym głosem (i czyniąc dramatyczne pauzy) bardzo młodemu człowiekowi, który właśnie miałby wykonać skok wzwyż.

Albo załóżmy, że w trakcie swych intelektualnych wędrówek nasz filozof sukcesu zająłby się drugim z wymienionych przez nas przykładów, graniem w karty. Prawdopodobnie, pełnym śmiałości głosem zacząłby obwieszczać: „Jeśli gra się w karty, jak ognia unikać trzeba częstego ostatnio błędu (powszechnego zwłaszcza wśród zniewieściałych humanitarystów i ideologów wolnego handlu), polegającego na tym, że pozwalamy przeciwnikowi wygrać. Nie, nie, nie – trzeba zacisnąć pięści i zęby, i walczyć aż do zwycięstwa. Epoka idealizmu i przesądów dobiegła końca. Żyjemy w czasach nauki i zdrowego rozsądku, nauka zaś niezbicie udowodniła, że w każdej grze, w którą gra się we dwójkę, JEŚLI JEDNA STRONA PRZEGRA, DRUGA WYGRA”. Nie da się ukryć, fascynujące; wyznam wszakże (z pewnym wstydem), że gdybym sam chciał pograć w karty, prędzej już zaopatrzyłbym się w małą książeczkę wyjaśniającą zasady gry. Jeśli nie chodzi o reguły, chodzi wyłącznie o talent lub o nieuczciwość; i zasadniczo chciałbym wykazać się albo jednym, albo drugim, a czym faktycznie mógłbym – to już nie mnie rozstrzygać.

Przeglądając popularne magazyny angielskie, raz po raz natrafia się na przedziwnych i zabawnych ludzi. Na przykład czytałem niedawno taki ciekawy artykuł – „Instynkt bogactwa”, okraszony na pierwszej stronie wielkim portretem Lorda Rotszylda. Otóż na mój rozum, w kwestii bogacenia się istnieją tylko metody uczciwe lub nieuczciwe; a jedyny „instynkt”, który przychodzi mi w związku z nią do głowy, to ten, który stara, prymitywna teologia chrześcijańska określała mianem „chciwości”. To wszakże ledwie dygresja. Teraz chciałbym zacytować tutaj kilka fragmentów odnośnego dzieła, stanowiących doskonały przykład typowego poradnika „człowieka sukcesu”. Takie są praktyczne; i nie pozostawiają żadnych wątpliwości, co powinniśmy zacząć teraz robić – „Nazwisko »Vanderbilt« [1] stało się synonimem bogactwa, którego zdobycie umożliwia nam obecny system. »Cornelius«, pierwszy z rodziny, był również pierwszym wielkim magnatem handlowym Ameryki. Zaczynał jako syn ubogiego rolnika; skończył jako najbogatszy człowiek swoich czasów”.

„Miał instynkt bogacenia się. Umiał korzystać z okazji, robić dobry użytek z możliwości, jakie otworzyło przed człowiekiem zastosowanie w transporcie morskim silnika parowego, i narodziny transportu kolejowego w bogatych, acz nierozwiniętych jeszcze Stanach Zjednoczonych, dzięki czemu zgromadził kolosalną fortunę”.

„Oczywiście, nie możemy pójść za przykładem tego monarchy transportu dosłownie krok w krok. Okazje, które mu się nadarzyły, nam się już nie nadarzają. Okoliczności się zmieniły. Ale mimo to, możemy, stosownie do warunków naszego czasu, stosować te same co on metody; możemy korzystać z tych okazji, które się przed nami otworzą, i dać sobie przynajmniej szansę na zbicie fortuny”.

Podobnie osobliwe sformułowania pozwalają nam przynajmniej bezbłędnie zorientować się, co tkwi u podstaw wszystkich tego typu książek i artykułów. Nie chodzi o biznes; nawet nie o pospolity cynizm. Chodzi o mistycyzm; straszliwy i wstrętny mistycyzm mamony. Autor tych akapitów nie miał zielonego pojęcia, jak właściwie Vanderbilt doszedł do swoich pieniędzy, albo jak ktoś inny mógłby do nich dojść. Istotnie, kończy swój wywód jakimś niejasnym zarysem planu; który nie ma jednak nic wspólnego z Vanderbiltem. Jedyne, czego ten autor pragnął, to popłaszczyć się trochę przed misterium milionera. Bo jeśli naprawdę coś czcimy, kochamy to nie za jasność, ale właśnie za tajemniczość. Radujemy się faktem, że nasz bóg jest niewidzialny. Tak też, na przykład, gdy młody chłopak zakocha się w jakiejś dziewczynie, szczególnie podoba mu się w niej to, że jest nieracjonalna. Lub też pobożny poeta, pisząc na cześć Stwórcy, szczególną przyjemność czerpie z wersów takich jak „Jakże tajemnie Bóg ziemię przebiega” [2]. Otóż autor przywoływanego tu artykułu najprawdopodobniej nigdy nie miał nic do czynienia z żadnym bogiem, ani (co wnoszę z ekstremalnej niepraktyczności jego przemyśleń) nigdy naprawdę nie zakochał się w kobiecie. Niemniej, do swego osobistego bożka – Vanderbilta – odnosi się w sposób nie mniej mistyczny. Odczuwa przedziwną rozkosz z faktu, że wielkie bóstwo coś przed nim ukrywa. I dusza jego wpada w swego rodzaju zachwycenie szarlatana, ekstazę fałszywych proroków, mogąc udawać, że oto uchyla przed masami rąbka tej tajemnicy, o której sam nie ma pojęcia.

Mówiąc o instynkcie bogactwa, ten sam autor zauważa:

„W dawniejszych epokach doskonale zdawano sobie sprawę z jego istnienia. Starożytni Grecy uwiecznili ów instynkt w opowieści o królu Midasie, w wizji »złotego dotyku«. Oto człowiek, który zamienia w złoto wszystko, czego dotknie. Jego życie to jeden wielki marsz ku fortunie. Ze wszystkiego, na co w życiu natrafił, wyprowadzał natychmiast ów szlachetny kruszec. »Głupia legenda«, śmiali się mędrkowie czasów wiktoriańskich. »Prawda«, mówimy dzisiaj. Bo przecież widzimy takich ludzi na własne oczy. Wszyscy znamy, osobiście lub tylko ze słyszenia, tych, którzy zamieniają w złoto wszystko, czego się tylko dotkną. Sukces podąża za nimi krok w krok. Ich droga wiedzie w górę, w górę, na sam szczyt. Nie znają, nie mogą znać, smaku porażki”.

No cóż, Midas niestety mógł poznać smak porażki; i poznał smak porażki. Jego droga nie wiodła w górę, w górę, na sam szczyt. Umarł z głodu, ponieważ ilekroć dotykał herbatników czy kanapki z szynką, zamieniały się w złoto. I to jest właśnie morał tej historii, choć autor nasz zmuszony był go dyskretnie przemilczeć, publikując swe dzieło tak blisko portretu Lorda Rotszylda. Stare bajki ludzkości stanowią, istotnie, źródło niezgłębionej mądrości – i nie wolno ich cenzurować w hołdzie dla pana Vanderbilta. Nie wolno przedstawiać króla Midasa jako człowieka sukcesu; z tego prostego powodu, że to człowiek, który poniósł porażkę, i to niezmiernie dotkliwą. Oprócz tego wyrosły mu ośle uszy. I, jak wszystkie znaczniejsze persony, bardzo starał się to ukryć. Jego fryzjer (o ile pamiętam), proszony był o zachowanie w tej sprawie najwyższej dyskrecji; i jegomość ten, zamiast stać się energicznym biznesmenem ze szkoły sukcesu i zacząć szantażować króla Midasa, poszedł za miasto i rozpowiedział o tym skandalu trzcinom wodnym, które miały w związku z tym chwilę dobrej zabawy. Powiada się, że szeptały o tym ze śmiechem, gdy wiatr je kołysał. Spoglądam z nabożnym szacunkiem na portret Lorda Rotszylda; z nabożnym szacunkiem czytam o wyczynach pana Vanderbilta. Wiem, że nie wszystko, czego się tknę, zamienia się w złoto; ale też nigdy nie chciałem, żeby tak było, bo oprócz złota lubię na świecie kilka innych rzeczy, takich jak młoda trawa czy dobre wino. Wiem, że ci ludzie naprawdę, w pewnym sensie, odnieśli sukces; że udało im się kogoś pokonać; że są królami, których wcześniej świat nie widział; że kreują rynki, i potrafią utopić w morzu całe kontynenty. A jednak zawsze miałem wrażenie, że przy całej swej pompie cały czas usiłują ukryć coś przed światem, jakiś mały, wstydliwy fakt z prywatnego życia, który ich męczy – i czasem wydaje mi się, że słyszę niesione wiatrem śmiech i szepty trzcin.

Tak czy inaczej, miejmy nadzieję że przynajmniej absurdalne książki na temat „sukcesu” przykryje kiedyś sprawiedliwie kurz pogardy i zapomnienia. Bo uczą one nie sukcesu, lecz snobizmu; stanowią swego rodzaju mroczną poezję światowości. Purytanie bez końca piętnują książki, które „rozpłomieniają żądze”; cóż powiemy o tych, które rozpłomieniają gorsze namiętności chciwości i pychy? Sto lat temu mieliśmy ideał sumiennego ucznia; małym chłopcom mówiło się, że jeśli będą dość ciężko pracować, wszyscy zostaną burmistrzami. Było to głupstwo, ale męskie głupstwo, i to niepozbawione ziarenka prawdy moralnej. W naszym społeczeństwie oszczędność nie pomoże ubogim się wzbogacić, ale na pewno może pomóc im nabrać szacunku do siebie. Dobrze wykonana praca nie zrobi z nikogo bogatego człowieka, ale być może chociaż dobrego pracownika. Moralność „sumiennego ucznia” była niska i trochę prymitywna, fakt – była wszakże przynajmniej moralnością. A co powiemy o ewangelii, którą przekazują teraz światu współcześni „sumienni uczniowie”; otwarcie głoszący nam już nie nową moralność – lecz niemoralność?

Gilbert Keith Chesterton

Przeł. Maciej Sobiech

Powyższy tekst pochodzi ze zbioru „All Things Considered”, 1908. Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay.

Przypisy:

1. Cornelius Vanderbilt (1794-1877) – amerykański potentat transportu morskiego i kolejowego, a także założyciel rodu.

2. Aluzja do słynnego wiersza angielskiego poety Williama Cowpera (1731-1800) pt. „God moves in a mysterious way”.

Mahatma Gandhi: Jaki pożytek mamy z naszych rzek? (1926)

Mahatma Gandhi: Jaki pożytek mamy z naszych rzek? (1926)

Napisał do nas przyjaciel:

„Pewnego dnia wyszedłem na spacer i nim się obejrzałem, nogi poniosły mnie na piaszczyste brzegi rzeki Jamuna. Urzekła mnie z tą samą mocą, co święta rzeka Ganges i tak też, usiadłszy blisko wody, obmyłem w niej ręce i twarz, a myśl moja pomknęła z prądem hen, w nieznane, w akcie modlitwy i medytacji. Wieczór był nadzwyczajnie spokojny i wielka rzeka, płynąc nieśpiesznie w sobie znaną stronę, odbijała każdy detal zewnętrznego świata. Zdało mi się, że mówi do mnie: »Spójrz w moją toń głęboką i przejrzystą, zobacz, jak odbija sobą ten piękny świat – błękit nieba, biel chmur, drzewa, ptaki – tak jasne i realne w promieniach słońca. A jednak, wszystko to jest przecież niczym innym, jak przemijającym cieniem. Otóż zrozum, że ów świat zewnętrzny, którego trzymasz się tak kurczowo, nie jest bardziej realny, niźli gra odbić, którą ci pokazuję. Jeżeli to pojmiesz, osiągniesz mądrość prawdziwą«.

To było wspaniałe. Naprawdę zdało mi się, że rzeka mówi – ale w języku bogów, przerastającym każde słowo. Uczuwszy z nagła na skórze dotyk chłodnego powietrza, ostrzegający mnie, że oto słońce zachodzi, wstałem – i zobaczyłem w oddali most kolejowy, po którym jechała kopcąca na czarno lokomotywa, wymowny symbol materializmu i braku równowagi, jakie »rewolucja techniczna« przyniosła człowiekowi”.

Nie jeden jest Ganges w Indiach i nie jedna Jamuna – chociaż prawdą jest, iż noszą inne imiona. Niezależnie jednak od tego, nawadniają nasze wielkie pola uprawne od wschodu aż do zachodu, od północy aż do południa. Słowa, jakie usłyszał nasz przyjaciel od Jamuny i Gangesu, nie są jedynym przesłaniem, jakie rzeki Indii głoszą swemu narodowi. Przypominają nam one nieustannie o wszystkich owych poświęceniach, jakie powinniśmy czynić ze względu na dobro ziemi, na której przyszło nam żyć. O oczyszczeniu, bo wszyscy musimy się oczyszczać od czasu do czasu. Prawie dwadzieścia lat temu pisałem, że mantra Gajatri, uniwersalna modlitwa hinduizmu, jest darem Gangesu dla narodu indyjskiego. To szmer wód tej rzeki musiał zainspirować ryszi dawnych epok. We współczesnej gorączce rzeki służą nam już wyłącznie jako ścieki i kanały dla statków transportowych, które jeszcze bardziej je trują. Nie mamy czasu, aby, jak nasz przyjaciel, usiąść spokojnie u ich piaszczystych brzegów i w ciszy starać się posłyszeć słowa, jakie do nas szepczą.

Mahatma Gandhi

Przeł. Maciej Sobiech

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Young India” w numerze z 23 lutego 1926 r.

Dorothy Day: Dystrybucjonizm żyje (1956)

Dorothy Day: Dystrybucjonizm żyje (1956)

Sam fakt, że co i rusz znajduje się ktoś ogłaszający „śmierć” programu dystrybucjonistycznego, jest wystarczającym dowodem na to, że ten program nie umarł. Rok temu ogłosił ją na łamach „Commonweal” John Stanbley [1]. Kilka miesięcy temu to samo zrobił jeden z autorów „Social Justice”, wydawanej przez Central Verein [2]. A jednak, dystrybucjonizm żyje i będzie żyć, bo jako system odpowiada potrzebom i wymaganiom ludzkiej natury.

Piszemy o przyszłych społecznościach rolniczych, ponieważ uważamy je za swego rodzaju ideał formy społecznej, ku stworzeniu której powinniśmy zmierzać i której stworzenie powinniśmy planować – i będziemy nadal o nich pisać. Podobnie jak będziemy pisać o tych społecznościach rolniczych, które już istnieją i stanowią realną egzystencjalną alternatywę dla współczesnego człowieka. Wierzymy bowiem, że własność można przywrócić, a państwo niewolnicze – powstrzymać.

W ciągu kilku poprzednich miesięcy miała miejsce interesująca wymiana: pewna grupa rolników radzieckich przyjechała do nas, a analogiczna grupa naszych rolników odwiedziła ZSRR. Gazety piszą o niej ciekawe rzeczy. Na przykład pewien amerykański gospodarz wspomina, jak odwiedził kołchoz, w którym zatrudnionych było 5000 rolników – i to mimo iż praca na nim była w pełni zmechanizowana. Kołchoz to gospodarstwo kolektywne, ale niezależnie od tego rodzina każdego zatrudnionego w nim rolnika otrzymuje także w prywatne użytkowanie działkę ziemi, dużą na akr czy dwa. Otóż gospodarz ten twierdzi, że na tych maleństwach rosyjscy rolnicy byli w stanie hodować kury, świnie, a nawet krowy, a do tego uprawiać taką ilość warzyw, że trzeba powiedzieć, iż to wyłącznie dzięki ich wysiłkom rzeczony kołchoz potrafił sprostać zapotrzebowaniom rynku. Radzieckie miasta miałyby problem się wyżywić – gdyby nie wspaniała praca drobnych rolników na ich małych działkach.

Z drugiej strony należy zauważyć, że wielkoskalowe rolnictwo kolektywne, jakie istnieje zarówno w ZSRR, jak i tu, w Stanach Zjednoczonych, bardzo dobrze sprawdza się, jeżeli chodzi o produkcję pszenicy, lnu i bawełny, owoców i innych tego typu roślin, które uprawiać muszą duże zespoły pracowników na dużych przestrzeniach. Taka forma gospodarowania mogłaby zatem zostać w dystrybucjonizmie zachowana.

Tutaj w USA zbiorami zajmują się imigranci zarobkowi, a właściwie miliony imigrantów zarobkowych – źle odżywionych, źle ubranych, mieszkających w strasznych warunkach. To niewątpliwie ogromny problem naszej gospodarki. W Rosji, wydaje się, sytuacja rolników jest stabilniejsza. Wobec tak ogromnej liczby pracowników zaangażowanych w proces produkcji rolnej, można mniemać, że zbiorów zwyczajnie nie da się już przyśpieszyć, choć trzeba dodać, że z konieczności tak zasiew, jak i zbiory oznaczają pracę od rana do późnego wieczora, wyrównywaną potem przez większą ilość odpoczynku w zimie.

W gospodarstwach, które odwiedzałam podczas moich podróży po kraju, mówiono mi, że dla indywidualnego rolnika zima jest czasem równie trudnym, jak lato, ponieważ zwierzęta trzeba karmić częściej (ze względu na brak możliwości korzystania z pastwisk), a pracę wykonywać w trudnych warunkach – w zimnie, w mroku, przy mniejszej liczbie rąk do pomocy.

Gubernator Harriman [3] określił niedawno nędzę mianem problemu narodowego, co mówiąc miał zapewne przed oczami obraz dramatycznej sytuacji imigrantów, Meksykanów, Portorykańczyków i czarnoskórych, zamieszkujących slumsy naszych miast i wsi. Liderzy związków zawodowych mówią o zagłębiach bezrobocia. Wszędzie, gdzie przemysł zbankrutował albo przeniósł się w inne miejsce, otacza się powszechną czcią agentów nieruchomości, którzy wykupują opustoszałe fabryki i wynajmują je pod inny typ produkcji. Mimo całego dobrobytu, widmo bezrobocia wciąż krąży nad nami.

W gospodarstwie wszakże, jak powtarzał zawsze Peter Maurin, nie ma bezrobocia. Jest za to jedzenie, odzież, schronienie, opał i praca. Dowodem na to fakt, że przez 23 lata istnienia Katolickiego Ruchu Robotniczego (Catholic Worker Movement), mimo nędzy i powstających okresowo zagłębi bezrobocia, dołączył do nas raptem jeden rolnik – John Fillinger, który podczas strajku w 1936 pracował jako marynarz, a widząc, jak bardzo potrzebujemy rąk do pomocy, zdecydował się z nami zostać. Jak to mówią: „W każdym marynarzu drzemie gospodarz”.

W serii The New World Chesterton, wydawanej przez Sheed & Ward, w tomie „Tremendous Trifles” znajdujemy esej zatytułowany „The Dickensian” [4]. Nasi czytelnicy pamiętają zapewne, że ten wielki pisarz, Gilbert Keith Chesterton, był wielkim zwolennikiem dystrybucjonizmu, a jego dwie książki: „Co jest złe w świecie” oraz „Normalność w zarysie”, stanowią lekturę obowiązkową dla każdego chcącego zapoznać się z tą myślą, podobnie jak dzieło „Słońce sprawiedliwości” napisane przez Haralda Robbinsa [5], jego przyjaciela.

W eseju tym Chesterton spotyka na statku wycieczkowym płynącym leniwie po zatoce Yarmouth pewnego nieznajomego. Nieznajomy ów biada nad końcem „starych, dobrych czasów”, przejawiającym się między innymi w tym, że na dziobach okrętów nie umieszcza się już galionów, i poszukuje w Yarmouth śladów rzeczywistości opisanej w książkach Karola Dickensa. Po południu panowie odwiedzają kościół i widzą w nim witraż, „płonący kolorami całej owej fascynującej heraldyki, jaką spotykamy w najbardziej płomiennych i ekstatycznych dziełach chrześcijańskiej sztuki”, z obecnym na nim wizerunkiem anioła zmartwychwstania. Niewiele myśląc, Chesterton chwyta nieznajomego za frak i wybiega z nim na zewnątrz, jak mówi, aby wypić piwo imbirowe, kupić kilka pocztówek, posłuchać ulicznych muzykantów grających na harmonii i pojeździć na ośle. Kiedy zaś spostponowany entuzjasta Dickensowskiej prozy dochodzi do wniosku, że jego towarzysz najzwyczajniej w świecie zwariował, autor „Tremendous Trifles” wyjaśnia: „Są tacy pisarze, którym ludzkość zawdzięcza bardzo wiele, ale których talent ma naturę tak niepozorną, tak retrospektywną wręcz, że dobrze jest połączyć go mentalnie z kilkoma dziwnymi miejscami, rozsnuć wokół niego kilka przelotnych skojarzeń”. Dalej zaś dodaje, że gdyby Dickens żył obecnie, to nie zajmowałby się przeszłością, ale starał brać świat takim, jakim jest. Dlatego też właśnie to on, Chesterton, okazał się w całej historii prawdziwym Dickensistą – bo umiał cieszyć się chwilą, a to jest właśnie początek drogi ku prawdziwemu duchowi Dickensa.

Tak samo rzeczy się mają z dystrybucjonizmem. On również musi być ciągle pisany na nowo, na nowo rozpatrywany, oceniany i formułowany, z mądrością i jasnością prawdziwie godną Chestertona – wielkiego twórcy, który, mocą swych błyskotliwych paradoksów, pozwala widzieć nasze życie i nasze problemy w świetle Wiary i który również dziś może przyjść nam z niesłychaną pomocą w naszych wysiłkach zmierzających do stworzenia syntezy tego, co w życiu najważniejsze: kultu, kultury i kultywacji.

Mimo kolosalnej groźby ery atomowej, w której przyszło nam żyć, wciąż możemy uprawiać własne ogródki, choćby były tak małe, jak pudełko po butach, z pomocą łaski zaś możemy także zrzucić starego człowieka i przyoblec się w Chrystusa, nauczyć się żyć bez owych wszystkich błyskotek, jakimi wabi nas państwo ziemskie i stworzyć prawdziwą społeczność rolniczą, Sioło, „państwo” Boże, w którym mieszka sprawiedliwość.

Dorothy Day

Przeł. Maciej Sobiech

Powyższy tekst Dorothy Day pierwotnie ukazał się w pismie „The Catholic Worker”, lipiec-sierpień 1956, 4.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Hans from Pixabay.

Przypisy:

1. Bliżej nieznany dziennikarz, zapewne proweniencji katolickiej, bo „Commonweal” był i jest katolicką gazetą.

2. German Roman Catholic Central Verein of North America – organizacja skupiająca rzymskich katolików pochodzenia niemieckiego, założona w 1855 w USA (aktywna do dziś).

3. William Averell Harriman (1891–1986) – amerykański polityk i dyplomata, członek Partii Demokratycznej. Postać bardzo zasłużona dla reform socjalnych i pokojowych.

4. Harold Robbins (1888–1945) – angielski działacz i pisarz dystrybucjonistyczny z Birmingham, autor wielu książek i artykułów, w tym dość kontrowersyjnej biografii Chestertona „The Last of the Realists”.

5. Po polsku moglibyśmy powiedzieć: „Dickensista”.

Karol Irzykowski: Bezkrwawe walki (1933)

Karol Irzykowski: Bezkrwawe walki (1933)

W Klimontowie, w głębokości 400 metrów pod ziemią, założyli kilkudniowe własne państwo. Byli rzeczywistymi panami kopalni. Zakosztowali tego, co jest celem socjalizmu: opanowania narzędzi i materiałów pracy. Dowiedli światu, że kopalnia należy się nie tym, którzy ją chcą zatopić, gdy eksploatacja się nie opłaca, lecz tym, którzy ją ratują, którzy z głębi wołają: Nie damy! Nie oddamy!

Posiedli ją najpierw w ofiarnej pracy, a potem w ofiarnej miłości. Przeprowadzili regularne oblężenie, wygłodzenie twierdzy. Ale rzecz dziwna: oblegający wydawali się oblężonymi, i oni też cierpieli głód faktyczny. Wiła się jednak ze strachu i wstydu opinia publiczna i w końcu musiała się poddać. Nie można było dopuścić, aby 490 ludzi umarło z głodu pod ziemia, ABY UMARLI ZWYCIĘZCAMI. Trzeba im było ustąpić. Trzeba się było nad nimi „zlitować”, uszanować ich, niby świętych wariatów. To, co było legalną zdobyczą, opinia zamieniła w kompromis, nawet w łaskę. Byle nie było „skandalu”.

A jednak zwycięstwo nie daje się sfałszować i pozostaje zwycięstwem. Zatacza dalsze kręgi, budzi naśladowców. Głodówki wciąż wybuchają.

Ci, którzy nie mogą przymuszać, chwytają się tego, żeby wymuszać. Wymuszanie jest na ogół bronią słabych. Ale jeżeli odnosi w ogóle skutek, to dlatego, że istotnym słabym jest świat kapitalistyczny. On przegrywa w opinii. Czuje, że nie może przeciągać pewnych strun. Gdyby był naprawdę silny, odwołałby się do bagnetów, stłumiłby „nieposłuszeństwo”, albo pozwoliłby zbuntowanym zdychać z głodu – skoro sobie tego sami życzą.

Cudowna siła ilustracyjna zawiera się w tym głodzie. Jest to głód dobrowolny, a jednak koncentruje się w nim to, całe lata trwające, przymieranie głodem, które znosić musieli oni i ich rodziny. Teraz głodują dobrowolnie i publicznie, bo przedtem głodowali przymusowo i prywatnie. Robią ze swojego głodowania ironiczną uroczystość. Są aktorami głodu, bo zaczęli być wyższymi ponad głód. Swoim głodem policzkują. I tego syci znieść nie mogą. Czują także jakieś skręcenia w kiszkach i wolą ustąpić.

Cudowna siła zawzięcia się w woli która chce – nie chcieć. Gdy bohaterstwa czynu są na razie wyłączone, trwają bohaterstwa cierpienia, które jednak dają miarę tego, jakie skupienia woli się nagromadziły.

Rozpowszechnienie się metod strajku włoskiego i jego powodzenia tłumaczą się tym, że na ogół szanse rewolucji są dzisiaj mniejsze, niż dawniej. Strona słabsza, choć liczniejsza, nie może walczyć z mniejszością, która ma w ręku broń i organizację. Metody spiskowe nie dopisują wobec wszechpenetracji szpiegów i wobec kontrspisków i prowokacji.

Strajk włoski, jako zjawisko socjologiczne naszych czasów, dałby się porównać z obstrukcją parlamentarną. I obstrukcja parlamentarna ma to na celu, by w ironiczny sposób unaocznić przeciwnikowi, że popełnia gwałt na mniejszości. Ale obstrukcja taka jest już dziś, zdaje się, bronią złamaną. Gwałt krępował się dawniej przesądami liberalnymi, ale dziś już nauczył się nie dbać o nie.

Nasuwa sic też porównanie z głodówkami Gandhiego. Ale Gandhi głoduje indywidualnie. Gandhi jest arystokratą i prorokiem, jego głodowanie ma skupiać i fascynować tłumy, które by inaczej były rozproszone.

W każdym razie te metody walk bezkrwawych mają dużą rację bytu jako przygrywki rewolucji, chociaż jej zastąpić nie zdołają. Są rezerwuarem jeszcze nie wyczerpanym, a kto wie, czy nie obfitszym, niżby się zdawało.

Karol Irzykowski

Powyższy tekst dotyczy wydarzeń z roku 1933, gdy w kopalni „Klimontów” w Sosnowcu miał miejsce strajk okupacyjny w proteście przeciwko likwidacji kopalni. Francuscy właściciele kopalni postanowili ją zatopić wiosną 1933. W odpowiedzi górnicy z pierwszej zmiany nie wyjechali na powierzchnię, a dołączyli do nich na dole pracownicy drugiej zmiany. Prowadzili strajk okupacyjny połączony z głodówką, a po kilku dniach przestali komunikować się z ludźmi na powierzchni. Był to jeden z najgłośniejszych protestów pracowniczych w okresie II RP. Strajk zakończył się częściowym powodzeniem. Nie udało się uratować kopalni, ale górnicy uzyskali odprawy i inne formy wsparcia finansowego. Wznowienie wydobycia na tym terenie miało miejsce po II wojnie światowej, a po zmianach organizacyjnych wydobycie węgla w Klimontowie trwało do roku 1998.

Irzykowski błędnie używa w tekście terminu „strajk włoski”. Ten oznaczałby wykonywanie czynności pracowniczych powoli i przesadnie dokładnie, zmniejszając tempo wykonywania pracy. Natomiast strajk okupacyjny nosi nazwę strajku polskiego, gdyż w naszym kraju był stosowany pioniersko i często, stając się inspiracją dla robotników także w innych krajach.

Tekst Karola Irzykowskiego pierwotnie ukazał się w dzienniku „Robotnik – centralny organ Polskiej Partii Socjalistycznej” nr 146/1933, 30 kwietnia – 1 maja 1933 roku. Od tamtej pory nie był wznawiany. Tekst publikujemy w 150. rocznicę urodzin Irzykowskiego.

Feliks Perl: Szkic dziejów PPS (1923)

Feliks Perl: Szkic dziejów PPS (1923)

Polski ruch socjalistyczny rozpoczął się w latach 1876-1878 we Lwowie, w Warszawie i wśród młodzieży polskiej kształcącej się w wyższych zakładach naukowych w Rosji. Ruch ten powstał i rozwinął się pod wpływem następujących czynników: 1) nowoczesnej gospodarki ekonomicznej (rozwój kapitalizmu, wzrost klasy robotniczej), 2) dążenia do wyzwolenia politycznego, przy czym tradycje rewolucyjne poważną odegrały rolę, wreszcie 3) oddziaływania ruchu socjalistycznego w Rosji i w Niemczech. Przez długi czas jednak w ruchu nie było ciągłości, po każdych większych aresztowaniach zmieniały się program i taktyka, ruch miał charakter kółkowy i słaby związek z życiem mas robotniczych. Zwłaszcza wielki był chaos w poglądach politycznych. W roku 1882 powstała w Warszawie, założona przez Ludwika Waryńskiego, partia socjalno-rewolucyjna Proletariat, która starała się agitacyjnie oddziaływać na masy, politycznie zaś uzależniała się od rosyjskiej partii Narodnaja Wola, która w roku 1881 zgładziła cara Aleksandra II. Proletariat jednak znacznie osłabł po aresztowaniach 1883-84 r., a jego program polityczny zawisł w powietrzu po upadku Narodnej Woli.

W roku 1890 – głównie pod wpływem święta majowego – znacznie rozszerzył się ruch robotniczy zarówno w zaborze rosyjskim, jak i w Galicji (w Poznańskiem był słaby, dopiero przeniesienie ośrodka na Górny Śląsk dało mocniejsze podstawy ruchowi naszemu w zaborze pruskim). W tym czasie w ruchu robotniczym Królestwa Polskiego wybujał tzw. ekonomizm, unikający wszelkiej akcji, a nawet agitacji politycznej i łudzący się nadzieją, że uda mu się stworzyć pół-legalny ruch masowy na podstawie walki z kapitałem (strajki, kasy oporu, związki zawodowe itp.). Dążenie to reprezentował Związek Robotników Polskich (Leopold Bein, Julian Marchlewski, Józef Bek, Stanisław Grabski i inni).

Wielkie aresztowania osłabiły wkrótce wszystkie ówczesne organizacje socjalistyczne (Proletariat, Związek i Zjednoczenie Robotnicze, kierowane przez Edwarda Abramowskiego, Stanisława Wojciechowskiego, Jana Strożeckiego…). Ale wielki powszechny strajk majowy 1892 r. w Łodzi świadczył już o wydobywaniu się na wierzch potęgi ruchu robotniczego.

Tymczasem na emigracji najwybitniejszy ówczesny polityk socjalistyczny, Stanisław Mendelson, rozwijał w „Przedświcie” myśl, że wzrost ruchu robotniczego w Polsce stawia natarczywie dwa wymagania: stworzenia prawdziwej partii na podstawie zjednoczenia sił socjalistycznych i nadania tej partii programu politycznego, który by odpowiadał warunkom kraju – a więc programu niepodległości.

Jakoż Mendelsonowi udało się doprowadzić do skutku zjazd socjalistów różnych grup zaboru rosyjskiego (początkowo zamierzano zwołać zjazd trójzaborowy, ale nie pozwoliły na to różne przeszkody techniczne). Zjazd odbył się w Paryżu w końcu listopada 1892 r. pod przewodnictwem Bolesława Limanowskiego, który od pierwszych chwil ruchu socjalistycznego głosił konieczność połączenia socjalizmu z patriotyzmem, walki o wyzwolenie społeczne z walką o niepodległość. Na zjeździe sformułowano główne wytyczne programu i taktyki przyszłej partii, którą postanowiono nazwać Polska Partią Socjalistyczną, i uchwalono założyć Związek Zagraniczny Socjalistów Polskich, jako organ pomocniczy dla kraju.

Celem założenia PPS pojechał w początkach 1893 r. do kraju Stanisław Mendelson. Był w Wilnie, Rydze, Petersburgu i Warszawie. W Warszawie nastąpiło połączenie organizacji robotniczych pod nazwą PPS (w lutym-marcu 1893 r.). W Warszawie głównymi działaczami byli wówczas Kazimierz Pietkiewicz, Jan Strożecki, Leon Falski. Ale świadomość polityczna nowej organizacji była jeszcze słaba, nowy program przyjęty był dość powierzchownie zwłaszcza przez robotników ze Związku, którzy do niedawna w ogóle nie chcieli mieć nic do czynienia z polityką. Wystarczało, aby do Warszawy przyjechał z Zurychu Julian Marchlewski z „protestem” przeciwko uchwałom paryskim od grupy skupiającej się w Zurychu dokoła Róży Luksemburg, aby wśród dawnych „związkowców” wywołać niechęć przeciwko PPS i wkrótce ich od PPS oderwać. Programowi PPS Róża Luksemburg przeciwstawiła dążenie do konstytucji rosyjskiej w ramach państwa rosyjskiego i zasadę, że każda dzielnica Polski jest „organicznie wcielona” do państwa zaborczego, że przeto ani o niepodległości, ani o połączeniu dzielnic mowy być nie może.

Od tego czasu zaczęła się walka między PPS a SDKPiL, przy czym SD nigdy nic pozytywnego i twórczego do ruchu robotniczego w Polsce nie wnosiła, ale żyła tylko negacją rewolucyjnych dążeń polskich i głoszeniem, że w imię solidarności z robotnikiem rosyjskim i niemieckim robotnik polski ma się pogodzić – z najazdem! Było to przeniesienie na grunt robotniczy burżuazyjnej ugody.

S. D. Królestwa Polskiego, rozbita aresztowaniami, zamarła już w r. 1895, a ożyła na nowo dopiero w 1900 r. Tymczasem PPS rozwijała się coraz pomyślniej i stawała się pierwszorzędną siłą polityczną w kraju. Zawdzięczała to następującym czynnikom. Przede wszystkim – swemu programowi, który oddziaływał zarówno na myśl, jak i na uczucie, dawał robotnikowi polskiemu świadomość polityczną i narodową, formułował wszystkie jego potrzeby i na cały ruch kładł piętno wielkiej walki o wyzwolenie. Ale, stawiając wielkie cele, PPS umiała zarazem nawiązywać do wszystkich codziennych bolączek robotniczych. PPS rozwinęła na wielką skalę agitację robotniczą i stopniowo ogarniała jeden ośrodek robotniczy za drugim, z czasem przeniknęła także na wieś. Polityczno-narodowy program PPS zdobywał jej także liczne sympatie wśród inteligencji. Ważną moralną podporą dla PPS była jej „trójzaborowość”, to jest stałe współdziałanie z bratnimi organizacjami socjalistycznymi zaborów austriackiego i pruskiego. Pod względem technicznym PPS stworzyła wspaniały aparat graniczno-drukarniano-kolporterski, dzięki czemu nie było przerw w propagandzie i agitacji. Zza granicy zasilał ją wydawnictwami Związek Zagraniczny Socjalistów Polskich (później Oddział Zagraniczny PPS), którego duszą był niezmordowany pracownik B. A. Jędrzejowski. Granicę genialnie urządził Aleksander Sulkiewicz. Największego blasku dodawało partii stałe wychodzenie tajnego „Robotnika”, nad którym czuwali Józef Piłsudski i Stanisław Wojciechowski. Kolportażem i składami zarządzała w Warszawie Maria Paszkowska („Gintra”). Wreszcie pod względem organizacyjnym doniosły był umiejętny system, który pozwalał przywódcom długo trwać na stanowisku „nielegalników” bez zasypania się – a w ten sposób zapewniał ciągłość ruchu.

Najwybitniejszym przedstawicielem myśli teoretycznej w PPS był Kazimierz Kelles-Krauz. Poza swymi pracami socjologicznymi, które nazwisko jego uczyniły znanym w świecie naukowym, Krauz napisał szereg rozpraw uzasadniających program PPS ze stanowiska zarówno ogólno-europejskiej, jak i specjalnie naszej walki o demokrację i socjalizm. Znakomite są zwłaszcza prace Krauza o stosunku klasowości do demokracji i narodowości.

W pierwszych latach chodziło o zasadniczą obronę programu PPS i o przeniknięcie jego do świadomości szerokich mas. Sprawą sposobów urzeczywistnienia celu politycznego mało się zajmowano. W 1894-5 roku Ludwik Kulczycki próbował przeprowadzić w szeregach partyjnych myśl, że, nie schodząc ze stanowiska niepodległościowego, należy „naprzód” wywalczyć konstytucję, bo to jest łatwiejsze. Ale partia oświadczyła, że nie gardzi ustępstwami politycznymi, które może kiedyś dać rząd rosyjski, ale że celem jej jest i pozostanie niepodległa republika demokratyczna.

Należy tu jeszcze zaznaczyć, że PPS dążyła do porozumienia się z partiami socjalistycznymi państwa rosyjskiego. PPS była w dobrych stosunkach z organizacją Narodnoje Prawo (dla której sprowadziła do Smoleńska drukarnię) i z partią socjalno-demokratyczną Raboczeje Znamia. Ale obie te organizacje krótko trwały. Stosunki z SD Partią Robotniczą Rosji nie kleiły się, ponieważ socjalni demokraci rosyjscy uważali nas za „nacjonalistów”, a niechęć ich do nas podsycali „bundowcy” i esdecy. Później PPS utrzymywała przyjazne stosunki z eserami. PPS wywarła wpływ na ruch socjalistyczny ukraiński i białoruski. Najtrudniejsze były stosunki z socjalistami litewskimi, którzy w programach swoich mówili to o niepodległości Litwy, to o federacji bez wymienienia, z kim się chcą federować, to o autonomii w państwie rosyjskim, a prawa istnienia socjalistów polskich na Litwie w ogóle nie uznawali. PPS stworzyła własną organizację robotniczą na Litwie – która jednak nie była silną, choć miała pewną autonomię. Mieliśmy nawet na Litwie PPS-owe organizacje żydowskie, z którymi musieliśmy się porozumiewać – po rosyjsku.

Co się tyczy roboty żydowskiej w ogóle, to były chwile, kiedy PPS miała dość poważne stosunki wśród robotników żydowskich. Jak się okazało jednak stosunki te były powierzchowne, nietrwałe. Nie mogliśmy na tym polu wytrzymać konkurencji z Bundem. Później – w okresie Rewolucji 1905 r. – objęcie rządów w partii przez tzw. lewicę, wyrzekającą się niepodległości, zupełnie zaprzepaściło wpływy PPS wśród robotników żydowskich. Oświadczali oni otwarcie, że swoje potrzeby agitacyjne daleko lepiej zaspokoją w Bundzie, a skoro „lewica” mówi, że trzeba wyrzec się niepodległości, to cóż oni robić będą w PPS?!

W r. 1900 partię spotkały ciężkie ciosy: w Łodzi wpadła w ręce żandarmów żarliwie poszukiwana od r. 1894 drukarnia „Robotnika” (drukarnia początkowo mieściła się w miasteczku Lipniszkach, pow. oszmiańskiego, w aptece pp. Parniewskich, później w Wilnie, następnie przewieziono ją do Łodzi), w Wilnie wzięto skład bibuły. Wraz z drukarnią aresztowano Józefa Piłsudskiego, jednocześnie zaś Kazimierza Rożnowskiego i Aleksandra Malinowskiego, wybitnych działaczy partyjnych.

Poważna ta „wsypa” wywołała pewne zamieszanie w szeregach partyjnych. Skorzystał z tego Ludwik Kulczycki, po wypuszczeniu z więzienia mieszkający we Lwowie, aby wywołać rozłam w partii. Kulczycki zarzucał partii, że nie stosuje terroru, twierdził bowiem, że systematycznym terrorem można wymusić na rządzie carskim poważne ustępstwa polityczne, ba, nawet konstytucję. Kulczycki wraz z gronem swoich zwolenników we Lwowie (Stanisław Downarowicz, Kazimierz Jeziorowski, Wacław Podwiński i inni) oderwał się od PPS i założył PPS „Proletariat”. Nowej grupie udało się odciągnąć od PPS ilość robotników w Warszawie i w Łodzi. Większość z nich wszakże rychło wróciła do partii, gdy wielkie obiecanki „Proletariatu” o akcji terrorystycznej okazały się gruszką na wierzbie.

W tym samym roku odżyła znowu SD, która przybrała teraz miano SD Królestwa Polskiego i Litwy, a to dlatego, że esdecka grupa warszawska połączyła się ze Związkiem Robotniczym w Wilnie, założonym przez St. Trusewicza („K. Zalewskiego”). SD pewne wpływy swoje zawdzięczała temu, że w Rosji rozwijał się w tym czasie dość szybko socjalno-demokratyczny ruch robotniczy, z którym SD utożsamiała się.

Pomimo strat poniesionych i współzawodnictwa tych grup, PPS szybko zaleczyła rany i znacznie nawet rozwinęła swoje stosunki. Przybyły nowe siły kierownicze – z emigracji, z Rosji, z Syberii (Bolesław Czarkowski, Franciszek Ksawery Prauss, Rutkiewicz, F. Perl i inni). Powrócił też na stanowisko Piłsudski, po świetnie zorganizowanej ucieczce ze szpitala św. Mikołaja w Petersburgu. Wobec wzrostu stosunków i zadań partyjnych władzę naczelną zorganizowano w ten sposób, że Centralny Komitet Robotniczy znacznie rozszerzono, a spośród niego wybierano komisję wykonawczą (która jako taka nie występowała na zewnątrz).

Wobec „secesji” grupy Kulczyckiego, pojawienia się ponownego SD, rozwoju ruchu rewolucyjnego w Rosji, poniekąd także z powodu pojawienia się w socjalizmie kierunku „rewizjonistycznego” (Bernstein) – w partii wszczęła się dyskusja w sprawach programowo-taktycznych. Co do terroru partia oświadczyła, że w okresie nie-rewolucyjnym, przygotowawczym, terror stosować może tylko sposobem wyjątku. Co do konstytucji, to wywalczenie jej zależy przeważnie od ruchu rosyjskiego. My najwięcej zrobić możemy dla rewolucji, mocno wysuwając dążenie do niepodległości.

Jednocześnie w „Przedświcie” wszczęła się dyskusja na temat sposobów realizacji niepodległości, ta bowiem myśl najwięcej ludzi trapiła: jak, w jakich warunkach zdobędziemy niepodległość. Kazimierz Krauz (Luśnia), wypowiadał pogląd, że najprawdopodobniej zdobędziemy niepodległość w związku z rewolucją socjalistyczną w środkowej Europie. Inni przewidywali zdobycie niepodległości w wyniku wojny europejskiej. Wreszcie inni liczyli się głównie z rewolucją w Rosji. Na ogół w partii było zdanie, że niepodległość zdobędziemy tylko na gruncie takich czy innych wielkich przewrotów ogólnych. Jeden tylko Stanisław Grabski w serii artykułów podpisanych „Mazur”, był zdania, że niepodległość możemy zdobyć nie oglądając się na warunki zewnętrzne… To mu nie przeszkodziło wkrótce potem stać się „neo-konserwatystą”, a w r. 1904 przejść do narodowej demokracji…

Przyszła wojna rosyjsko-japońska. Oczywiście partia postanowiła jak najskuteczniej wyzyskać tę wojnę w celach rewolucyjnych. W klasie robotniczej zapanowało wielkie ożywienie, było zresztą powszechne instynktowne poczucie u nas, że carat wojnę zewnętrzną przegra, a to da silną podnietę Rewolucji. Od razu wzmogła się i rozszerzyła działalność agitacyjna partii, – jak to zwykle bywa w takich chwilach, mnóstwo ludzi garnęło się do partii. Ale PPS od razu zrozumiała, że w takich czasach słowo czy druk nie wystarczają, że trzeba stopniowo iść po drodze walki orężnej. Z całym naciskiem podkreślał to Józef Piłsudski, który zresztą poczynał sobie ostrożnie, ostrzegał przed niecierpliwieniem się i rzecz organizował w ten sposób, aby od rzeczy małych przechodzić do większych, coraz większych. Zorganizowano tzw. bojówkę techniczną, której głównym zadaniem było osłaniać zbrojne manifestacje skierowane przeciwko caratowi. Jakoż w końcu 1904 r. odbył się cały szereg zbrojnych manifestacji, z których najważniejszą i najkrwawszą była demonstracja 13 listopada na Placu Grzybowskim.

W styczniu 1905 r. „Gaponada” (olbrzymia demonstracja robotników petersburskich pod wodzą popa Gapona) potężnie rozkołysała fale rewolucyjne w państwie rosyjskim. U nas proletariat zamanifestował swą siłę potężnym strajkiem powszechnym w całym Królestwie. Inicjatywa i kierownictwo całego ruchu spoczywały oczywiście w rękach PPS.

Ale tu zaczął się przełom ideowy w partii. Na wielu ludzi rozpęd ruchu rewolucyjnego w Rosji podziałał jak objawienie. Nie oceniali go krytycznie i zatracili w nim poczucie naszej odrębności politycznej. Mając wiarę w to, że rychło rewolucja rosyjska osiągnie zwycięstwo, twierdzili oni, że teraz nie czas na niepodległość, że trzeba się pogodzić z tym, że jest to tylko wielka przemiana wewnętrzna w Rosji, w której musimy współdziałać bez wysuwania jednak hasła niepodległości, bo przecież „strajkami powszechnymi niepodległości nie zdobędziemy”. W partii zaczęły się ścierać dwa kierunki: „starych” i „młodych”. Później na zjeździe lwowskim nazwano to „prawicą” i „lewicą”. „Starzy” na wywody „młodych” odpowiadali, że co można zdobyć – to się dopiero pokaże, ale z góry nie należy z niczego rezygnować, że nie możemy utożsamiać się z ruchem rosyjskim, że siłą naszą jest właśnie nadanie rewolucji w Polsce charakteru niepodległościowego.

„Nastrój” jednak ówczesny niewątpliwie sprzyjał „młodym”, którzy w początkach 1905 r. objęli władzę w partii (Feliks Sachs, M. Horwitz, Marian Bielecki, Koszutska, Wortman-Posnerowa, Adam Buyno i wielu innych). Z początku zresztą różnice nie występowały tak jaskrawo: różnice bowiem maskowano wspólnym hasłem „Konstytuanty w Warszawie”, podczas gdy esdecy z całą furią napadali na to hasło, domagając się jednej i jedynej „Konstytuanty petersburskiej” w Rosji jednej i niepodzielnej. Podczas jednak gdy „starzy” nadawali „Konstytuancie w Warszawie” sens możliwie najbardziej niepodległościowy, „młodzi” kurczyli jej znaczenie bardziej, sprowadzając ją w gruncie rzeczy do modnej wówczas wśród naszych klas posiadających „autonomii”. „Młodzi” podkreślali też z całym naciskiem, że tu nie chodzi o „wojnę polsko-rosyjską” (czyli po prostu o powstanie polskie), lecz o wspólną walkę proletariatu polskiego i rosyjskiego z caratem.

Zamęt programowy był tedy wielki, ale mimo to jedność partii utrzymywała się dzięki wielkiemu natężeniu akcji rewolucyjnej. Oczywiście, nie należy do tego szkicu podawanie choćby najważniejszych faktów z ówczesnego ruchu – był ich bowiem bezlik. Ogólnie rzecz charakteryzując, był to potężny i rozlewny społeczno-polityczny ruch robotniczy, który zerwał tamy i przejawiał się w najrozmaitszych, nieraz chaotycznych i niedojrzałych formach. „Młodzi” chętnie płynęli na żywiołowych falach tego ruchu, podnosząc nawet żywiołowość do godności zasady rewolucyjnej. Natomiast „starzy” kładli nacisk na zorganizowanie rewolucji, na planową akcję zmierzającą do rozprawy orężnej z caratem. „Młodzi” nie odrzucali akcji bojowej, owszem uważali ją za konieczną, ale rozumieli ją tylko jako funkcję „agitacyjnego” ruchu robotniczego, przy czym, broń Boże, nie powinna była ona nabrać cech powstańczych. Natomiast Józef Piłsudski, który stał na czele utworzonej przez PPS w r. 1905 „organizacji spiskowo-bojowej”, dążył do tego, aby akcji zbrojnej nadać charakter planowy, aby ją stopniowo rozszerzać aż do rozmiarów powstania, kiedy organizacja bojowa będzie się mogła stać kadrami dla zrewolucjonizowanych mas.

Ten program powstańczy najbardziej oburzał „lewicę”, która dość szybko zresztą doszła do wniosku, że akcji bojowej w ogóle należy zaniechać. Wobec coraz jaskrawiej występujących różnic programowych i taktycznych, rozłam był nieunikniony. Daremnie „centrum” partyjne, które utworzyło się na zjeździe lwowskim – zresztą nieliczne – tak zw. integraliści z Józefem Kwiatkiem i Stanisławem Posnerem na czele – starało się utrzymać jedność na podstawie kompromisu.

Rozłam nastąpił na zjeździe wiedeńskim w 1906 r. „Prawica” zorganizowała się pod nazwą PPS Frakcja Rewolucyjna (zresztą już w następnym roku, gdy lewica oficjalnie w programie swoim wyrzekła się niepodległości i zastąpiła ją autonomią, odrzuciliśmy dodatek „frakcja rewolucyjna”, aby stwierdzić, że w naszym tylko obozie jest PPS. „Lewica” zatrzymała nazwę PPS, ale w drukach swoich ujmowała tę nazwę w czarną obwódkę (tzw. PPS z pieczątką).

Rozłam ten ocalił myśl niepodległościową w Polsce. Wśród „lewicowców” pozostała pewna ilość towarzyszy, którzy byli niepodległościowcami, lecz z różnych przyczyn pozostawali w „lewicy” – czy to dlatego, że byli niechętni „bojówce”, czy też dlatego, że nie pojęli, iż „lewica” nie odsunęła w przyszłość, lecz zdradziła program niepodległości. Towarzysze ci później znaleźli się w naszych szeregach, podczas gdy „lewica” jako taka złączyła się z SD na gruncie komunizmu.

Pisaliśmy, że zerwanie z tzw. lewicą i powstanie w roku 1906 PPS Frakcji Rewolucyjnej uratowało myśl i czyn niepodległościowy w Polsce. Ale było to ciężkie przesilenie. Wielka, potężna PPS rozpołowiła się! Wywołało to wielkie i przykre wrażenie w klasie robotniczej, wielu ludzi zniechęciło się, urok PPS niewątpliwie zmalał. A jednocześnie – warunki stawały się coraz trudniejsze. Reakcja rosła i wzmacniała się szybko. Rewolucja rosyjska – pomimo swego rozmachu i rozlewności – ani na jedną chwilę nie osiągnęła pełnego zwycięstwa. Po rozpędzeniu pierwszej Dumy w 1907 r. zaczął się schyłek Rewolucji. Prześladowania rządowe stawały się coraz sroższe. U nas – obok reakcji rządowej – rosła coraz bardziej reakcja społeczna. Niesiona na falach reakcji, posługując się jednocześnie demagogią nacjonalistyczną i skrajną ugodowością wobec najazdu, biorąc pod swoje skrzydła obszarników i fabrykantów i ofiarując obronę ich interesom klasowym, stworzywszy do walki z ruchem socjalistycznym swój departament robotniczy, NZR – Narodowa Demokracja „oficjalnie” reprezentowała burżuazyjne społeczeństwo polskie.

Odrodzona PPS rozwinęła ogromną czynność agitacyjną, organizacyjną i bojową w duchu rewolucyjnym, podczas gdy „lewica” („frakcja umiarkowana”, jak ją nazywaliśmy) zbliżała się coraz bardziej do kierunku esdeckiego, aż stała się wkrótce dobrowolną filią na gruncie polskim mienszewików rosyjskich (to jej nie przeszkodziło po zwycięstwie bolszewików w Rosji, ale dopiero wtedy – stać się bolszewikami!).

Lecz pomimo niesłychanych, bohaterskich wysiłków PPS ruch rewolucyjny stopniowo, lecz szybko zamierał. Coraz gwałtowniej kurczyły się szeregi, w których szubienica, katorga, zesłanie, emigracja robiły ciągle szczerby nie do naprawienia. Mnóstwo ludzi usuwało się pod wpływem zniechęcenia lub wyczerpania sił. Coraz mniej było objawów walki. Upadek ruchu był coraz wyraźniejszy. Doszło do tego, że po raz pierwszy w dziejach PPS, Centralny Komitet Robotniczy przeniesiono za kordon, do Krakowa, ostatnią drukarnię krajową (która była w Kijowie) zwinięto, „Robotnika” nawet drukowano w Krakowie. Najwybitniejsi „bojowcy” również musieli emigrować. Ostatniej akcji bojowej dokonano w 1911 r. – w tym też roku organizacja bojowa rozwiązała się…

W tym jednak czasie zarysowały się już nowe perspektywy. Począwszy od r. 1908, na widnokręgu coraz wyraźniej pokazywało się widmo – wojny. Ponieważ nie ulegało wątpliwości, że Polska będzie widownią tej wojny i że siłą rzeczy na porządku dziennym polityki europejskiej stanie sprawa polska – myśl PPS-owa usilnie pracowała nad zagadnieniem, jaką ma być nasza polityka i nasza akcja podczas tej wojny. Dla PPS-owców nie ulegała żadnej wątpliwości zasadnicza przesłanka: że ponieważ zabór rosyjski jest ośrodkiem sprawy polskiej, ponieważ bez wyzwolenia zaboru rosyjskiego nie może być mowy o zdobyciu niepodległości – należy podczas wojny zwrócić się przede wszystkim przeciwko najazdowi rosyjskiemu, dalszą taktykę uzależniając od rozwoju wypadków.

W tej myśli Józef Piłsudski rozpoczął nową akcję – przygotowywania kadr wojskowo-powstańczych. Przygotowania te głównie robiono na emigracji. Nie odbyło się to bez poważnych starć w partii. Powstała opozycja, która zarzucała – uznając zresztą konieczność tej nowej taktyki – że partia zaniedbuje coraz bardziej akcję socjalistyczną, bardzo mało działa w kraju i traci swoją odrębną fizjonomię w ruchu narodowo-rewolucyjnym. Opozycja ta wyodrębniła się nawet w osobną organizację.

Z chwilą wybuchu wojny europejskiej spory te natychmiast zostały zapomniane i wszyscy PPS-owcy zgrupowali się koło sztandaru strzeleckiego. Padło w tym boju – który był dalszym ciągiem wszystkich naszych wysiłków niepodległościowych – mnóstwo naszych towarzyszy, między innymi jeden z twórców partii, genialny technik partyjny – nieodżałowany Aleksander Sulkiewicz.

W pierwszych miesiącach wojny czynni byli i szli w pierwszych szeregach PPS-owcy. Ale PPS jako taka, rozproszyła się, nie działała jako partia. Ale już w grudniu 1914 r. zaczęła się praca nad odbudowaniem organizacji partyjnej, wznowiła się usilna praca nad ponownym zdobyciem klasy robotniczej zaboru rosyjskiego – rozbitej wskutek klęski Rewolucji, zaskoczonej i zdezorientowanej wojną – dla socjalizmu niepodległościowego, dla walki o urzeczywistnienie pierwszego punktu programu PPS, niepodległej Republiki demokratycznej.

I dzięki olbrzymim przewrotom dziejowym spełniło się wreszcie marzenie tylu pokoleń powstańczych, spełnił się ten cel, który dla PPS był przesłanką jej dalszych celów i dalszej akcji – spełniła się niepodległość i Republika, ta PPS-owa „utopia”, „awanturnictwo”, „szaleństwo”, „nienaukowa mrzonka” i jak tam jeszcze nazywali nasz program burżuazyjni i esdeccy ugodowcy.

PPS przechodziła różne koleje i w zmiennych fazach ruchu przystosowywała się do warunków i konieczności, ale na to tylko, aby przezwyciężać je i iść naprzód do swego celu. Były błędy, były zboczenia, były zamęty, niejedno było zło. Ale na ogół polityka PPS była zdrowa i trafna i wskazywała proletariatowi polskiemu właściwe i najlepsze drogi jego wyzwolenia. Walkę klasową zawsze traktowaliśmy nie jako cel, lecz jako konieczny środek wyzwolenia – i nigdy nie zwężaliśmy jej do klasowego sobkostwa, do brutalnego egoizmu na usługach najbliższych interesów, lecz przeciwnie klasowy interes proletariatu podnosiliśmy do godności siły, wyzwalającej Naród i Ludzkość w imię bezklasowej demokracji pracowników. Burzyliśmy, spiskowaliśmy, urządzaliśmy zamachy, krwawiliśmy się w tytanicznych zapasach – tęskniąc do pracy twórczej, w tym celu, aby stworzyć wolny dla tej pracy, dla budownictwa socjalistycznego teren.

Doczekaliśmy się wielkiego tryumfu – zdobyliśmy niepodległą Republikę demokratyczną. I w tej Republice organizujemy lud pracujący, pracujemy nad tym, aby zdobywał placówki społeczne, rozszerzał swoje prawa, duchem swoim i ideą coraz bardziej przejmował Rzeczpospolitą.

PPS ma za sobą wielką przeszłość – przed sobą olbrzymie zadania walki i pracy, które w postępowym pochodzie doprowadzą nas do tryumfu socjalistycznej demokracji u nas i w całym cywilizowanym świecie!

Feliks Perl

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w pracy zbiorowej „Księga Pamiątkowa PPS. W trzydziestą rocznicę”, wydaną z okazji 30-lecia istnienia PPS, Spółka Nakładowo-Wydawnicza „Robotnik”, Warszawa 1923. Poprawiono pisownię według obecnych reguł, pominięto jeden przypis nieścisły faktograficznie. Tekst publikujemy w 130. rocznicę zakończenia zjazdu założycielskiego PPS. O jego autorze pisaliśmy obszernie tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/2012/10/12/mysl-i-sumienie-partii/ W nagłówku tekstu wykorzystano grafikę z ulotki wydanej przez PPS w Lublinie w roku 1919.

Josef Guttmann: Związek Radziecki – nowe społeczeństwo klasowe (1944)

Josef Guttmann: Związek Radziecki – nowe społeczeństwo klasowe (1944)

W jednym elemencie przynajmniej stalinowska propaganda ma rację: nie może zrozumieć współczesnej historii – nie mówiąc już o tym, żeby na nią wpływać – nikt, kto nie wyrobi sobie jasnych pojęć na temat natury społeczeństwa socjalistycznego. Jednakże w uzyskiwaniu tego rozumienia nie pomogą nam bynajmniej – w każdym razie na pewno nie szczerym socjalistom czy liberałom – ani postępy Armii Czerwonej, ani to, że Stalin i Mołotow dzielą się światem już nie z Hitlerem i Ribbentropem, lecz z Rooseveltem i Churchillem. Autentyczne rozumienie socjalizmu osiągniemy wyłącznie wtedy, jeśli zadamy sobie pytania takie jak te, czy Rosja współczesna jest krajem wolności czy niewoli, czy dominuje w niej społeczna równość czy nierówność, czy prowadzi ona politykę progresywną czy reakcyjną. Albo – może inaczej (tak gwoli skromności): czy Rosja ewoluuje obecnie, mocą immanentnych praw swego rozwoju, w kierunku wyzwolenia czy zniewolenia, równości czy wyzysku, harmonii czy wewnętrznych sprzeczności.

Aby odpowiedzieć na te wszystkie kwestie, musimy ustalić, z jakich klas składa się dziś społeczeństwo rosyjskie, jakie relacje wiążą je ze sobą nawzajem i z systemem produkcji, no i kto – i w czyim interesie – kieruje działaniem zarówno państwa, jak społeczeństwa jako takiego.

Materiału do refleksji nie brakuje. Oficjalna propaganda radziecka głosi z mocą, że socjalizm – forma przejściowa na drodze do ustroju komunistycznego – został już w Rosji urzeczywistniony, a także, iż Związek Rad to państwo bezklasowe, rządzone przez robotników. Według ortodoksyjnych trockistów wygląda to nieco inaczej: Rosja wedle nich, co prawda, jest państwem robotniczym, ale robotnicy padają w niej ofiarami brutalnego wyzysku. No cóż, większość inteligentnych ludzi rozumie, że w każdym kraju, w którym robotnicy padają ofiarą wyzysku, proletariat stanowi klasę niższą, a nie rządzącą. Nawet jednak ci, którzy to rozumieją, nie wiedzą na ogół, kto naprawdę rządzi w ZSRR. Rozmawia się dużo o totalitaryzmie, dyktaturze, bonapartyzmie – ale te nadużywane powszechnie terminy nie rzucają światła na ekonomiczną i socjalną strukturę życia zbiorowego w Rosji. Niektórzy uciekają się do używania terminu „kapitalizm państwowy”, ale zazwyczaj nie potrafią wyjaśnić, do jakiego stopnia kapitalizm państwowy jest wciąż kapitalizmem, a zatem, w jakim sensie można by nazwać przywódców rosyjskich kapitalistami. Inni wreszcie mówią o „okresie przejściowym” – ale chodzi dokładnie o to podstawowe pytanie: o jakie „przejście” chodzi, do socjalizmu, kapitalizmu, czy jeszcze jakiegoś tertium quid?

Większość z powyższych teorii to wariacje na temat dwóch podstawowych, wedle których Rosja jest dzisiaj w swojej istocie państwem albo: 1. socjalistycznym, albo: 2. kapitalistycznym. Zacznijmy od rozważenia tych dwóch możliwości.

Pierwsza rzecz, która bezstronnego obserwatora uderza w całej sprawie, to fakt, iż obie strony używają przede wszystkim argumentów negatywnych. Ci, którzy uważają Rosję za kraj socjalistyczny, względnie ewoluujący w kierunku socjalizmu, zwracają uwagę na wywłaszczenie kapitalistów, brak klasy burżuazyjnej, brak prywatnej własności środków produkcji, skutkujący tym, że produkcja nie służy już osobistym zyskom, no i na to, że w związku z tym prawa swobodnej wymiany, a zatem i marksistowskie prawa wartości i nadwartości, nie dominują już nad gospodarką kraju. Nie ma kapitalizmu – a zatem Rosja „w istocie” jest socjalistyczna, nie ma burżuazji – więc rządzą w niej robotnicy. Trockiści przyznają przy tym, że z właściwym rozumieniem socjalizmu nie ma jej funkcjonowanie zbyt wiele wspólnego, a zatem twierdzą, że jest to państwo robotnicze w stanie „degeneracji” – lecz robotnicze (upierają się) mimo wszystko.

Ci, którzy uważają natomiast Rosję za kraj kapitalistyczny, zazwyczaj zwracają uwagę na wielkie nierówności społeczne, konflikty klasowe, brak wolności i demokracji, bez których nie można nawet wyobrazić sobie socjalizmu, a także to, że aparat represji nie zanikł (eufemistycznie mówiąc) po spełnieniu swojej roli historycznej. Na pewno nie panuje w niej ustrój socjalistyczny – a zatem, musi panować w niej kapitalizm. Oczywiście, ustrój rosyjski z właściwym, no i samego Marksa, rozumieniem kapitalizmu ma równie mało wspólnego, co z socjalizmem, dlatego też tworzy się na opisanie go nowe pojęcie „kapitalizmu państwowego” – kapitalizmu w nowej, wynaturzonej formie, tym niemniej nawet taki wynaturzony kapitalizm nie przestaje być kapitalizmem.

Jeśli przyjmiemy a priori, że wszystkie systemy gospodarcze muszę mieć naturę albo socjalistyczną, albo kapitalistyczną, powyższe wynikania są zupełnie logiczne i jedna z dwóch stron sporu musi mieć rację. Problem w tym, że to założenie jest zwyczajnie nieprawdziwe – i jeśli cokolwiek może tego dowodzić, to nie co innego, jak właśnie sytuacja w Rosji sowieckiej.

Człowiek z natury myśli w sposób konserwatywny i zawsze stara się dopasować nowe fakty do starych schematów. Można bronić tego podejścia jako swego rodzaju ekonomii wysiłku – ale tylko w tych przypadkach, w których stare schematy nie przeczą nowym danym. Pędzle, jak zauważył kiedyś Engels, mają włosy, ale nie wytworzą sobie sutków tylko dlatego, że zaklasyfikujemy je jako ssaki. Dogmat braku trzeciej drogi wikła nas w nierozwiązywalny dylemat i każe albo nazywać „socjalistycznym” społeczeństwo, które jako takie stanowi ohydę dla myśli socjalistycznej w jakiejkolwiek formie, albo wierzyć w istnienie kapitalizmu bez kapitalistów, prywatnej własności i osobistych zysków. Tylko jeśli porzucimy to ograniczenie, otworzą się przed nami drogi naprawdę owocnej analizy. Okaże się, że obie strony mają rację co do negatywnego aspektu swojej argumentacji – i obydwie mylą się, kiedy próbują wyciągać ze swoich negacji pozytywne konkluzje. Być może bowiem, nie ma w Rosji ani kapitalizmu, ani socjalizmu, a jest coś trzeciego, jakiś zupełnie nowy ustrój społeczny?

Punktem wyjścia naszych rozważań będą fakty – takie, jakimi są. Pytanie o ich przyczyny należy zostawić na inną rozprawę. Większość danych, jakimi się posłużymy, pochodzić będzie z czasów sprzed wejścia ZSRR do wojny, z dwóch powodów: 1. odkąd Sowiety stały się sojusznikiem USA, szczupłość informacji o ich sytuacji wewnętrznej zamieniła się w brak informacji o ich sytuacji wewnętrznej, oraz 2. zabezpiecza nas to przed ewentualnym oskarżeniem, że to, co opisujemy, to ledwie stan tymczasowy, wywołany przez konflikt militarny.

„Uspołecznienie” sektora prywatnego

Zacznijmy od tego, iż w ZSRR wszystkie najważniejsze środki produkcji są ręku państwa. Tak to właśnie wygląda, na pewno jeśli chodzi o sektor miejski, przemysłowy. 54 600 000 robotników oraz 29 700 000 „zatrudnionych” (w tym i tzw. osób na czyimś utrzymaniu), wykazanych w cenzusie z 1939, a stanowiące łącznie około 50% populacji całego kraju, w przytłaczającej większości pracuje dla państwa albo instytucji przez nie kontrolowanych [1].

Nieco inaczej sprawy się mają w przypadku ludności wiejskiej. Łącznie z rodzinami żyje w Związku Radzieckim 75 600 000 pracowników gospodarstw kolektywnych (prawie 45% populacji) oraz 3 000 000 rolników indywidualnych. Pod koniec realizacji drugiego planu pięcioletniego, istniało 2 500 000 kołchozów i sowchozów, stanowiących 94% wszystkich gospodarstw i zajmujących prawie całą (99,6%) powierzchnię gruntów rolnych. Grunty owe są własnością państwa i nie wolno nimi handlować, jako iż w 1935 roku zostały oddane gospodarstwom kolektywnym w „wieczyste użytkowanie”. Państwo ściśle kontroluje pracę tych gospodarstw, zlecając im dokładnie, ile mają wytwarzać, po jakich cenach sprzedawać swoje produkty, określa także ich strukturę wewnętrzną [2]. Około dwóch trzecich produkcji rolnej zużywa, na potrzeby produkcji i konsumpcji, sam sektor rolniczy. Z pozostałej jednej trzeciej, która trafia do miast, państwo pozyskuje około 85% – za pomocą bezpośredniego przymusu prawnego albo tego, co nazywa się tam „wykupem zdecentralizowanym”. Dopiero pozostałe 15% tej jednej trzeciej, czyli (inaczej) około 5% produktów surowych, kupuje się i sprzedaje na tzw. wolnym rynku gospodarstw kolektywnych [3]. Oczywiście w sensie finansowym rynek ten odgrywa znacznie większą rolę, niż można by na pierwszy rzut oka przypuszczać – ze względu na sporo wyższe ceny – no i według wielu ekonomistów, oficjalne dane sowieckie mówiące o tych 15%, są mocno zaniżone. Tym niemniej, wymiana dóbr między wsią a miastem podlega, w znacząco większej części, kontroli państwowej.

W ramach kolektywnej gospodarki rolnej również istnieją dwa sektory: samo gospodarstwo oraz indywidualna własność jego mieszkańców, którym w 1935 roku przyznano: dom, od jednego do dwóch akrów ziemi, jedną krowę, dwa cielęta, jedną lochę wraz z miotem, dziesięć kóz lub owiec oraz nieograniczoną ilość drobiu i królików. Kołchozy i sowchozy sprzedają około 15% z całości produktów rolnych obecnych na rynku kołchozowym, 45% sprzedają ich mieszkańcy ze swoich wynagrodzeń otrzymywanych w naturze, kolejne 30% – ze swoich udziałów, rolnicy indywidualni zaś – pozostałe 10%.

Podsumowując, możemy powiedzieć, iż środki produkcji w mieście należą praktycznie w całości do państwa, a także iż rolnictwo – mimo istnienia całkiem sporego sektora prywatnego w ramach gospodarki kołchozowej, jak również nie tak znów nielicznej grupy rolników indywidualnych – zostało w zasadzie skolektywizowane. Państwo bezpośrednio lub pośrednio kontroluje również wymianę dóbr – tak z innymi krajami, jak i na rynku miejskim oraz między miastem a wsią.

Trzeba zdawać sobie sprawę z tych wszystkich faktów, ponieważ w opinii wielu komentatorów, drobne ustępstwa poczynione przez rząd ZSRR względem indywidualnych rolników na początku lat 30. stanowią właściwie powrót do nowej polityki ekonomiczne (NEP) i ponowne zwycięstwo gospodarki rynkowej. W istocie jednak nie może być o tym mowy. Reformy 1935 (wieczysta dzierżawa dla gospodarstw kolektywnych, przyznanie karłowatej własności indywidualnej ich pracownikom, stworzenie rynku kołchozowego) miały ten sam kierunek, co wielka rejterada 1921, ale – należy zauważyć – cofnięto się znacznie mniej i ze znacznie dalszych pozycji. W klasycznej erze NEP-u, żyło w Rosji 20 000 000 indywidualnych gospodarzy, Rosja była krajem w znacznej mierze rolniczym, zrujnowany przemysł ledwie dyszał, handel między miastem a wsią dokonywał się na zasadach rynkowych, (do tego pozwalano w nim pośredniczyć prywatnym kupcom) i nawet w produkcji przemysłowej państwo dopuszczało pewną konkurencję ze strony kapitalistów. Obecnie, pod stalinowskim „neoNEP-em”, niemal wszyscy chłopi pracują w gospodarstwach kolektywnych skutecznie kontrolowanych przez państwo, Rosja jest uprzemysłowiona, nie istnieją prywatni pośrednicy handlowi, a wymiana między miastem a wsią dokonuje się w ramach gospodarki planowej – ze względu też na co, organizacja strajków zbożowych, podobnych do tych, jakich fala przetoczyła się przez ZSRR w 1928, stała się podczas obecnej wojny właściwie niemożliwa.

Poziom życia ludności

Przyjrzyjmy się teraz poziomowi życia mas miejskich w Rosji. Nie jest to łatwe zadanie. „Nie ma żadnych oficjalnych statystyk dotyczących cen, wartości waluty, kwestii mieszkaniowej i wielu innych zjawisk, których znajomość stanowi konieczny warunek właściwej oceny polityki ekonomicznej danego państwa”, czytamy [4]. ZSRR to jedyny kraj na świecie, który od wielu lat nie opublikował danych na temat stopy życiowej swojej populacji. W 1930 roku w Komitecie Planowania i Biurze Statystycznym przeprowadzono czystkę, by potem ogłosić, iż od teraz „statystyka stanowi broń w walce o ustrój komunistyczny”. Walka ta póki co polega głównie na utrzymywaniu w tajemnicy wskaźnika radzieckiej stopy życiowej.

Mamy, co prawda, dane na temat średnich wynagrodzeń (przy wyliczaniu których traktuje się łącznie pensje najwyższych urzędników państwowych i najniżej stojących pracowników fizycznych). Pokazują one imponujący wzrost: z poziomu 37,5 rubla w latach 1924/25 do 94 w 1931, 130 w 1933, 188 w 1935 [5], 245 w 1937 [6] i, wreszcie, 289 w 1938 [7]. Ostatnie kalkulacje, wykonane tuż przed wybuchem wojny, mówią o 300 rublach.

Nas jednak interesują raczej wynagrodzenia realne. „Planowoje chozjajstwo” podało w roku 1938 kilka interesujących informacji na temat tego, ile żywności konsumowała tygodniowo za cara, w 1908, przeciętna rodzina robotnika zatrudnionego w przemyśle tekstylnym. Posługując się nimi, możemy łatwo ustalić, że koszty życia zmieniały się za Stalina w następujący sposób [8]:

1913 – 1929 – 1937
Koszt wyżywienia na tydzień 3,40 (rubla) – 5,90 – 0
Indeks cen żywności 100 – 172 – 1449
Średnia pensja miesięczna 25 – 66 – 245
Indeks wynagrodzeń realnych 100 – 154 – 68

Te dane mówią same za siebie. W 1929 roku przeciętna stopa życiowa rosyjskiego robotnika była o 54% wyższa, niż przed rewolucją. W 1937 była ona natomiast o 32% niższa – i nie wynosiła nawet połowy wartości tej z 1929 [9].

Manya Gordon szacuje, iż średnia cena żywności spożywanej przez przeciętną rodzinę robotniczą na tydzień była w 1937 roku osiemnaście razy wyższa, niż w 1913. W swym obfitym w fakty i dowody dziele „Workers Before and After Lenin” (s. 159), zestawia je ona nie ze średnim, ale z najniższym wynagrodzeniem w Rosji, z wynagrodzeniem najgorzej opłacanych pracowników fizycznych (10 rubli w 1914, 105 w 1937 po obniżce podatków) i dochodzi do wniosku, że standard życiowy rosyjskiego robotnika obniżył się o ponad jedną trzecią w porównaniu do czasów carskich.

Ponieważ wszystkie te dane mogą być – ze względu na brak informacji oficjalnych – dość umowne, warto może zacytować tutaj jeszcze jedno źródło. W latach 1939 oraz 1940 ambasada amerykańska w Moskwie oszacowała średnie ceny w moskiewskim handlu detalicznym [10]. Władze Sowietów nigdy nie podały w wątpliwość prawdziwości tych obliczeń, a co więcej, niektóre ich wyniki powtórzyła potem radziecka prasa. Posługując się tą skalą, a także biorąc pod uwagę poziom konsumpcji przeciętnej rosyjskiej rodziny robotniczej podany w pewnej publikacji z 1926, możemy sporządzić następujące zestawienie [11]:

1913 – 1928 – 1940
Indeks cen 100 – 187 – 2248
Indeks wynagrodzeń 100 – 233 – 1383
Indeks wynagrodzeń realnych 100 – 125 – 62,4

Dodajmy, że szacunki powyższe dotyczą ludności stolicy, traktowanej pod każdym względem preferencyjnie, a także iż nie biorą pod uwagę wielokrotnie wyższych cen na tzw. wolnym rynku, na którym bardzo często robotnik rosyjski musi zaopatrywać się w nawet najbardziej podstawowe towary, których brakuje w sklepach państwowych.

Nędza i luksus

Jeśli nasze ustalenia są prawdziwe, musi oznaczać to jedną rzecz: głód. I istotnie, ten wniosek jest słuszny: w Rosji ludzie głodują.

O skutkach tej straszliwej klęski możemy wnosić na podstawie spisów powszechnych. Według cenzusu z 1926 ogólna populacja ZSRR wynosiła 147 000 000. W tym z 1930 znajdujemy liczbę 157 500 000. 1 stycznia 1934 Mołotow mówił o 168 000 000. 1 października 1945 sam Stalin ogłosił, że roczny przyrost liczby ludności w kraju rad wynosi trzy miliony, czyli tyle, ile za NEP-u. Oznacza to, iż spis z 1937 winien był wskazywać liczbę 177 000 000. Nikt nie wie, ile ostatecznie wskazał, bo jego treść utajniono, a dyrektorów Biura Statystycznego zlikwidowano jako trockistowskich sabotażystów. W 1939 rozpoczęto nowy spis, tym razem już opierając się na „lojalnych” pracownikach. Do tego czasu, jeśli szacunki Stalina o przyroście populacyjnym rzędu trzech milionów rocznie są prawdziwe, liczba ludności ZSRR powinna była zwiększyć się do przynajmniej 183 000 000. A jednak dane oficjalne mówią o ledwie 170 500 000. Dwanaście i pół miliona ludzi po prostu wyparowało! Wiele czynników mogło grać rolę w wytworzeniu tego deficytu: spadek urodzeń związany z pogorszeniem się sytuacji materialnej, wzrost śmiertelności niemowląt, a przede wszystkim przerażająca klęska głodu z 1932, gdy co najmniej cztery miliony chłopów zmarły z powodu szaleńczego tempa kolektywizacji rolnictwa i bezwzględnych metod, przy pomocy których Stalin urzeczywistniał swój flagowy program. Jeszcze inną przyczyną mogły być czystki z lat 1937–38, których żniwo sięga, przypuszczalnie, setek tysięcy. Jednego przynajmniej możemy być pewni: na pewno nie miała na to wpływu naukowa kontrola urodzeń, ponieważ po delegalizacji z 1936 stała się ona tajnym przywilejem nielicznych prominentów z klasy biurokratycznej.

Nie mamy czasu w pełni opisać podludzkich standardów życia, w których tkwią rosyjskie masy. Zainteresowani mogą sięgnąć do obfitych w dane dzieł Hubbarda, Yvona, Ciligi, Serge’a, Manyi Gordon, Trockiego i innych. „Życie jest dzisiaj lepsze i szczęśliwsze”, powiedział Stalin w 1936. Pytanie brzmi: czyje życie?

Odpowiada na nie francuski robotnik Yvon, który mieszkał w Rosji przez prawie piętnaście lat i napisał jedne z najlepszych książek o Związku Radzieckim, jakimi dysponujemy:

„Restauracje znów są otwarte, a w prasie radzieckiej co i rusz natrafiamy na reklamy obliczone na pomnażanie majątków tych, którzy je mają – takiego czegoś nie widziano nigdy od czasów obalenia starego ustroju! Podają nam one adresy i numery telefonów luksusowych klubów w Moskwie, w których grają najlepszy jazz i toczy się najbardziej intensywne nocne życie w kraju. Gdzie indziej jeszcze oferty sprzedaży perfum dla pań za 200 rubli (»Izwiestja«, 4 lutego 1936) i lalek dla dzieci za 95 (tamże, 2 lutego 1936)… Jedna z nowych restauracji – ojczyzna robotników musi wszak »dogonić i przegonić zachód«! – oferuje organizację prywatnych bankietów, na które dostarczy wszystko wedle życzenia, nawet… służących! Jeden telefon – i państwowi lokaje za 200 do 300 rubli podadzą ci obiad w twoim własnym mieszkaniu!” [12].

Świadectwa wielu innych przyjaciół Kraju Rad potwierdzają, iż obyczaj organizowania tych bankietów utrzymał się nawet podczas smuty wojennej.

„Istnieją specjalne wille, w których zakwaterowuje się specjalistów: inżynierów, pisarzy, uczonych”, kontynuuje Yvon. „Te nowe budynki są nie tylko wyposażone w największe luksusy, mało tego – mają one także specjalną kwaterę dla służby: około 6 metrów kwadratowych na 12 do 24, na których mieszka »pan« (»Izwiestja«, 9 marca 1936)” [13].

Być może najbardziej wymownym w całej sprawie jest fakt, iż w latach 1932–36 produkcja dóbr luksusowych zwiększyła się znacznie bardziej, niż produkcja artykułów pierwszej potrzeby. Na przykład produkcja perfum skoczyła o 270%, fonografów – o 450%, aparatów fotograficznych – o 1750%, a wyrobów jedwabnych – o 2220% [14]. Tymczasem, wytwórstwo bawełniane zanotowało ledwie 44% wzrostu. Dodajmy, że opodatkowanie artykułów podstawowych jest znacznie wyższe, niż luksusowych: wynosi 100% w przypadku wyrobów bawełnianych, 300% – chleba, za produkty jedwabne natomiast trzeba zapłacić dodatkowo ledwie połowę ich wartości [15].

Wynagrodzenia i pensje

Milczenie sowieckich statystyk staje się iście grobowe, gdy przychodzi do owej delikatnej kwestii, jaką są różnice wynagrodzeń. „O ile wiem – pisze Hubbard w „Soviet Labor and Industry” (s. 170) – ZSRR nigdy nie zgodził się na publikację statystyk, które ujawniałyby odsetek robotników pośród różnych grup zarobkowych”. I znowu, w „Soviet Trade and Distribution” (s. 369): „Statystyki wynagrodzeń nie dostarczają żadnych informacji na temat różnic zarobkowych między grupami pracowników. Z okazjonalnych wzmianek, jakie można na ten temat znaleźć w prasie oficjalnej, wynika, iż między najlepiej a najgorzej zarabiającymi owe różnice są po prostu kolosalne”.

Kolosalne – ale co to dokładnie oznacza? Według Yvona, pokojówka w Moskwie otrzymywała średnio 50-60 rubli na miesiąc, plus darmowe wyżywienie i mieszkanie. Miesięczna pensja robotnika wahała się w przedziale maksymalnie od 110 do 400, zazwyczaj jednak: 150 do 250 rubli. Urzędnik średniego szczebla i inżynier zarabiali przeciętnie od 300 do 100 rubli na miesiąc. „Klasy decyzyjne” natomiast: od 1500 do 10 000, faktycznie jednak częstokroć ich wynagrodzenie sięgało nawet 20 000 lub i 30 000 rubli [16].

Inne źródła potwierdzają te informacje. Wystarczy jeden przykład, aby zilustrować rozwarstwienie dochodów pośród różnych grup zarobkowych w ZSRR. Spośród 1535 pracowników pewnej kopalni w zagłębiu donieckim (rok 1935), sześćdziesięciu zarabiało między 1000 a 2500 rubli na miesiąc, siedemdziesięciu pięciu: od 800 do 100, czterystu: od 500 do 800, a tysiąc pozostałych: 125! [17]

Nie przesadzał bynajmniej Lew Siedow, gdy pisał: „W żadnych chyba rozwiniętym kraju kapitalistycznym nie istnieje obecnie tak skrajna różnica wynagrodzeń, jak w ZSRR… Można by z łatwością pokazać, że pensje uprzywilejowanych warstw klasy robotniczej są około 20 razy, a czasem nawet więcej!, razy wyższe, niż te, które otrzymują nieuprzywilejowani… Ostrogładow, naczelny inżynier szybu, otrzymuje 8600 rubli na miesiąc. A to przecież wcale nie jakiś wyjątkowy specjalista w swoim fachu, dlatego też należy przypuszczać, że jego sytuacja odzwierciedla stan przeciętny. Wniosek: inżynierowie zarabiają w Kraju Rad 80 do 100 razy więcej, niż pracownik fizyczny” [18].

Nie da się również oskarżyć o przesadę Trockiego, kiedy czytamy w jednym z jego dzieł: „Jeśli chodzi o nierówność wynagrodzeń, Związek Rad nie tylko dogonił, ale prześcignął kraje kapitalistyczne [19]. W 1936, czasopismo „The New Republic” szacowało, iż stosunek wynagrodzeń dyrektora i górnika chilijskich zakładów miedziowych wynosił 41:1. W wydawnictwie Curtis – 51:1. Widzimy jasno, iż nasz drogi Ostrogładow jak najbardziej dotrzymuje kroku swym zachodnim kolegom, bo jego 8600 rubli to niemal 48-krotność tego, na co mógł liczyć w 1935 przeciętny Rosjanin. Według tego samego źródła, pan H. F. Sinclair, prezes koncernu paliwowego, w 1935 zarabiał 85 razy więcej, niż średnio jeden z jego pracowników. A jednak w Związku Radzieckim wysokim urzędnikom płaci się za ich pracę 100, a nieraz nawet 300 pensji minimalnych, jakie otrzymują zwykli obywatele współczesnej Rosji.

Oczywiście, pamiętamy przy tym, iż kapitaliści mają jeszcze inne źródła dochodu, niż samo wynagrodzenie, jakie otrzymują we własnych firmach. To prawda. Ale tak jest zarówno w przypadku kapitalistów, jak i sowieckich urzędników. Dekret z 19 kwietnia 1936 roku powołał do istnienia tzw. fundusze dyrektorskie, na które wpłaca się 4% zysków osiąganych przez dany zakład planowo i aż 50% tych, które osiąga nadplanowo. Ponieważ ceny są ustalane odgórnie, zyski „nadplanowe” można generować wyłącznie kosztem pracowników. Podajmy przykład tego, w jaki sposób rozdziela się środki z funduszy dyrektorskich. W 1936 roku pewien zakład fabryczny w Charkowie podzielił 60 000 rubli z funduszu dyrektorskiego jak następuje: 22 000 dla dyrektora, 10 000 dla sekretarza partyjnego, 8 000 dla przewodniczącego działu produkcyjnego, 4 000 dla przewodniczącego związku zawodowego, 5 000 dla nadzorcy sekcji i pozostałe 5 000 dla wszystkich pozostałych pracowników razem wziętych [20].

Dochody w ZSRR różnią się z jeszcze wielu innych przyczyn. Wiele mówi na ten temat ten oto fragment z książki Yvona: „Nowa arystokracja rad góruje niemal nieskończenie nad biedniejszymi warstwami populacji. Jej członkowie zarabiają do dwudziestu razy więcej, niż robotnicy [21]. Dostają najlepsze lokale i mają prawo do znacznie większej powierzchni mieszkalnej. Wyposażenie nieraz otrzymują za darmo. Sanatoria i kurorty turystyczne stoją przed nimi otworem… Podróżują pociągami »miękkimi« lub »międzynarodowymi« [tak określa się w Sowietach pociągi pierwszej klasy]. Wyjazdy służbowe to częstokroć ledwie pretekst do zrobienia sobie darmowych wakacji. Są też traktowani preferencyjnie, jeśli chodzi o dostęp do tzw. tajnych rezerw, istniejących w celu wydobywania ważnych person z kłopotów. Jeśli zachorują, przysługuje im pierwszej klasy opieka w najlepszych szpitalach – oczywiście darmowa… Prywatne limuzyny i szoferzy (względnie dorożki i dorożkarze) to standard należny każdemu nowemu dyrektorowi jako niezbędna pomoc w jego trudnym życiu zawodowym – a często także i prywatnym. Rzeczywiście, możliwości oszczędzania przedstawiają się dość mizernie, no ale nie trzeba oszczędzać, jeśli sama pozycja zawodowa stanowi większą gwarancję wysokiego standardu życia, niż najlepsze konto bankowe” [22].

W kołchozach i sowchozach również istnieje hierarchia wynagrodzeń. Pracownikom płaci się od tak zwanych dni roboczych, przy czym nie chodzi bynajmniej o realne dni robocze, ale o pewną fikcję prawną. Na przykład jeden pełny dzień roboczy robotnika rolnego stanowi równowartość połowy papierowego „dnia roboczego”, jak go definiują przepisy, a ten operatora ciągnika – pięciu takich „dni”. Zresztą, można ich wyrobić w jedną dobę jeszcze więcej, jeśli pracuje się ponad normę. Pracownicy fizyczni otrzymują wynagrodzenie wyłącznie za czas spędzony w pracy, podczas gdy zarządcy i sekretarze – za każdy dzień tygodnia. Dlatego też w 1929 zaledwie 25% kołchoźników wyrabiało więcej niż 300 „dni roboczych” w skali roku. Średnia wynosiła 150. Wartość jednego „dnia roboczego” waha się w przedziale od 1 do 3 jeśli chodzi o zapłatę w naturze i od 1 do aż 10, jeśli chodzi o zapłatę w pieniądzach [23].

Zmiany materialne zazwyczaj znajdują odzwierciedlenie na polu idei – i rosyjska opinia na temat równości dochodu czy równości w ogóle – stanowi doskonały przykład tej ogólnej prawidłowości. W „Państwie i rewolucji” Lenin twierdził, że najlepszą gwarancją proletariackiego charakteru państwa będzie stan, w którym urzędnicy państwowi będą zarabiać tyle samo, co robotnicy. Krótko po rewolucji umożliwiono przyznawanie wyższych pensji burżuazyjnym specjalistom, co do których liczono, że ich wiedza pozwoli zwiększyć produkcję oraz że będą szkolić nowych specjalistów, wywodzących się z proletariatu i pracujących już dla ideałów. Ale tak zwane maksimum partyjne, czyli górny próg wynagrodzenia, jakie mogli otrzymywać komunistyczni dygnitarze, konsekwentnie utrzymano – i nawet najwyżej postawieni spośród nich nie mogli zarabiać więcej. Rodząca się zatem wtedy klasa uprzywilejowana zaczęła wymyślać najprzeróżniejsze narzędzia zwiększenia niesatysfakcjonującego ją dochodu, takie na przykład, jak tantiemy za tak zwaną działalność dziennikarską, różne dodatki czy świadczenia rzeczowe w postaci służbowych mieszkań, samochodów itp. Że ideologia społeczna już wtedy zaczęła się zmieniać, widać wyraźnie choćby w słynnym artykule nieszczęsnego Zinowiewa z 1925, w którym ogłosił on ideę równości „filozofią naszego wieku”. Wtedy jeszcze związki zawodowe wciąż mogły uznawać ustanowienie równości wynagrodzeń za cel swej działalności – możliwy do zrealizowania w odległej przyszłości, prawda, ale jednak możliwy. Nierówność wszakże, rozwarstwienie, postępowało i dawało już znać o sobie sporo przed wdrożeniem pierwszego planu pięcioletniego, choć widać ją było nie tyle w dochodach, ile w fakcie istnienia specjalnych sklepów i restauracji, w których elita mogła zaopatrzyć się we wszystko, czego brakowało reszcie społeczeństwa. W lipcu 1931 Stalin wygłosił swą słynną mowę przeciw „urawniłowce”, czyli równości uposażeń. Od tamtego czasu każdą próbę zmniejszenia nierówności ogłaszano za „drobnomieszczańską dewiację”. Po powstaniu ruchu stachanowskiego i zniesieniu reglamentacji produktów, nowa hierarchia społeczna znalazła również wyraz finansowy. Ze skutkiem opisanym wyżej.

„Trzeba by chyba zakończyć tezą – pisał Trocki – że w rękach górnych 15 czy 20% społeczeństwa pozostaje tyle samo zasobów, co pozostałych 80 czy 85% łącznie” [24].

Podsumowując, możemy powiedzieć, iż nierówności wynagrodzeń są w Rosji, w sensie ilościowym, nie mniejsze, niż w krajach kapitalistycznych. I, co więcej, są tak samo niezwiązane z różnicami czasu i jakości pracy czy innych tego typu czynników obiektywnych, jak podział na burżuazję i proletariat. Dawno temu już osiągnęły poziom, na których luksus uprzywilejowanego tysiąca i nędza mas wyróżniają się na swoim tle jak czerń i biel. Nierozerwalnie wiążą się z nimi różnice pozycji i prestiżu. I że wszystkie one nie tylko nie maleją, ale wprost systematycznie się zwiększają. Opinia publiczna nie potępia ich, lecz gloryfikuje. Równość społeczna nie tylko nie stanowi celu oficjalnej polityki rządu, ale prawnie zakazuje się jej głoszenia, ideę jej uważając za „dewiację”, to znaczy: zbrodnię przeciwko państwu.

Zastępujący i zastępowalni

„Mała encyklopedia sowiecka” z 1939 zawiera następującą definicję pojęcia „klasy”. Jest to cytat z Lenina: „Klasy to dużych rozmiarów grupy ludzkie, określone w swoim funkcjonowaniu przez: pozycję, jaką zajmują w zdeterminowanym dziejowo systemie produkcji, rolę, jaką odgrywają w społecznym systemie organizacji pracy i, w ostatecznym rozrachunku, udział, jaki mają w całości bogactwa narodowego. W naturze klas leży możliwość wyzysku, tzn. przywłaszczenia sobie przez wyżej stojącą owoców pracy gorzej sytuowanych”. Dalej czytamy komentarz, który informuje nas, że dwie pierwsze tych cech charakterystycznych (pozycja w systemie produkcji i relacja do jej środków) stanowią w tym związku przyczynę, trzecia zaś (różnica dochodów) – skutek [25].

Powyższą definicję akceptuje przytłaczająca większość marksistów, oficjalnym zaś źródłem radzieckim posłużyłem się wyłącznie dla dodania pikanterii. Przyjąwszy ją za punkt wyjścia, w 1936 roku Trocki napisał w pewnym artykule dotyczącym konstytucji ZSRR te słynne słowa, że, co prawda, wynagrodzenia sprzątaczki i marszałka Armii Czerwonej różnią się od siebie znacząco, to jednak ich stosunek do środków produkcji pozostaje właściwie identyczny. I choć w późniejszym okresie sam sformułował w stosunku do tego sądu kilka zastrzeżeń, w zasadzie nigdy go nie odwołał [26].

Tymczasem każdy, kto ma niejakie pojęcie o myśli marksistowskiej, natychmiast zrozumie, że różnice dochodu tak znaczne, tak systematyczne i, co więcej, tak dynamicznie się pogłębiające, jak te, które istnieją w Związku Radzieckim, nie mogą nie wiązać się z jakimiś różnicami, jeśli chodzi o pozycję zajmowaną w procesie produkcji – nie ma dymu bez ognia. Poza tym powszechnie wiadomo, iż różnice statusu między warstwami uprzywilejowanych i wydziedziczonych pojawiły się wcześniej, niż różnice dotyczące poziomu konsumpcji. Koncepcja, wedle której to te drugie pojawiły się najpierw i potem przeniknęły do strefy produkcji, jest po prostu fałszywa. Popatrzmy jednak na nagie fakty. Jakie zatem miejsca zajmują w procesie produkcyjnym klasy społeczeństwa rosyjskiego i jak przedstawia się ich stosunek do środków produkcji?

Każdy robotnik w Kraju Rad ma książeczkę pracy, którą przez cały okres zatrudnienia dysponuje pracodawca. Od 1938 ludzie bez książeczki pracy nie mogą pracować. Dokument ten zawiera rejestr wszystkich „wykroczeń” popełnionych przez pracownika i wszystkich nałożonych na niego kar, szczególnie zwolnień dyscyplinarnych [27]. Do 1940 wystarczającym powodem takiego zwolnienia była jednodniowa nieobecność w pracy, a nawet spóźnienie przekraczające 20 minut [28]. W czasach racjonowania produktów, brak zatrudnienia niósł za sobą utratę przydziału kartek zaopatrzeniowych, a w dłuższej perspektywie – nawet prawa do mieszkania. Te szczęśliwe czasy jednak przeminęły. Od 1940 bowiem każdy robotnik radziecki może opuścić swe miejsce pracy wyłącznie za specjalnym przyzwoleniem kierownika, które zresztą może być wydane wyłącznie w wypadku przedstawienia przez rzeczonego robotnika zaświadczenia lekarskiego potwierdzającego niezdolność do wykonywania obowiązków zawodowych, i tylko, jeśli nie ma żadnej pozycji, na którą można by go przesunąć [29]. Każdy, kto opuści miejsce pracy bez takowego pozwolenia, podlega karze dwóch miesięcy więzienia. Tymczasową nieobecność czy spóźnienie (wystarczy dwadzieścia minut) karze się sześcioma miesiącami robót przymusowych, którą to karę należy odbyć, jeśli to możliwe, we własnym zakładzie pracy, ale pod nadzorem i za wynagrodzenie o 25% mniejsze. Każdą sprawę natury dyscyplinarnej, według tych samych przepisów, rozstrzyga w ciągu maksymalnie pięciu dni jeden sędzia, bez pomocy oficjalnego ciała doradczego. Sędziom, którzy wykazują się zbytnią łagodnością [30] i pracodawcom, którzy nie zgłaszają sądom „przestępstw” swoich pracowników [31], grożą surowe kary.

Przepisy te obowiązują we wszystkich „państwowych, spółdzielczych i publicznych” miejscach pracy. Później jeszcze rozciągnięto je również na stacje maszynowo-traktorowe [32], stowarzyszenia rzemieślnicze [33] i tym podobne. Jesienią 1940 prasę radziecką wprost zalały listy do redakcji, pisane przeważnie przez kobiety z klas uprzywilejowanych, których autorki domagały się, aby zaczęły obowiązywać także pokojówki, narzekania na „lenistwo” i „niedbalstwo” których, zawarte w tej korespondencji, osiągają stopień pogardy, jaki w cywilizowanych krajach kapitalistycznych widuje się już wyłącznie w czasopismach o profilu satyrycznym.

Zgodnie z innym jeszcze dekretem [34], indywidualne umowy o pracę między pracodawcą a pracownikiem zostały zniesione. Każdego pracownika można dowolnie przenosić między wszystkimi zakładami produkcyjnymi w ZSRR.

Rocznie od 800 000 do nawet 1 000 000 młodych chłopaków dostaje tzw. nakazy pracy. Po szkoleniu, trwającym od sześciu miesięcy do dwóch lat, zobowiązani są pracować cztery lata wszędzie, gdziekolwiek wyślą ich sowieccy urzędnicy [35]. Ale nawet po ich upływie nie mogą zmienić pracy bez oficjalnego pozwolenia, przynajmniej dopóki obowiązują obecne przepisy o obowiązku pracy.

Ta sama reforma zmieniła także tydzień pracy: z pięciu dni po siedem godzin na sześć dni po osiem [36]. Dzień pracy dla mężczyzn powyżej lat szesnastu został wydłużony z sześciu do ośmiu godzin. Kolejny dekret umożliwił przydzielanie im nadgodzin i przesuwanie na nocną zmianę. Specjalna ustawa zmniejszyła ilość dni wolnych od pracy do pięciu rocznie [37]. Inna – zakazała skracania czasu pracy w sobotę [38]. Jednocześnie ustawa wydłużająca czas pracy zawierała również zapis o tym, że pensje miesięczne muszą pozostać na tym samym poziomie, co wcześniej. Wszystkie wynagrodzenia: godzinowe, za dzieło czy za usługę, ustrukturyzowano w taki sposób, aby ich suma miesięczna nie była większa od tej, którą robotnik otrzymywał przy krótszym czasie pracy.

Większość pracy w przemyśle wykonuje się na akord. Zarząd ustala, ile trzeba jej wykonać (tzw. normę). Za pracę ponad normę można dostać mieszkanie. Za pracę poniżej normy ponosi się kary finansowe. Dodajmy, że normy często podnosi się bez żadnego uzasadnienia i bez konsultacji z robotnikami [39], z których już teraz między 22 a 32% nie jest w stanie ich wyrobić [40].

Majster odpowiada bezpośrednio za wszystkich robotników pracujących pod jego nadzorem. Ma prawo zatrudniać i zwalniać, wyznaczać zadania i przyznawać nagrody – według własnego, dowolnego uznania. Jest jednak również rozliczany przez przełożonych za utrzymywanie dyscypliny [41].

Robotnicy nie mają żadnych narzędzi, przy pomocy których mogliby wpływać w jakikolwiek sposób na swoje pensje czy warunki pracy. „Skala płacowa musi zależeć w całości od zarządu. To zarząd ustala normy” [42]. Tak zwane związki zawodowe działają w sposób analogiczny. „Naczelnym celem związku zawodowego jest mobilizacja każdego pracownika do wyrobienia i przekroczenia normy” [43]. „Zadanie właściwej regulacji wynagrodzeń i procesu produkcyjnego wymaga natychmiastowego przekazania wszelkiej decyzyjności w tych kwestiach w ręce zarządów i pionu technicznego. Jest to również konieczne z punktu widzenia dyscypliny i organizacji pracy… [Robotnikom] nie wolno bronić się i podważać decyzji zarządu. Taki akt stanowi próbę przywłaszczenia sobie kompetencji administracyjnych, akt oportunistycznej perwersji, atak na autorytet władzy i spójność procesu decyzyjnego, i z tej przyczyny zostaje bezwzględnie zakazany” [44]. „W 1932 roku komitet centralny związku zawodowego operatorów maszyn zwrócił uwagę rządu na fakt, iż w niektórych fabrykach wypłacano pracownikom wynagrodzenia większe, niż przewidywał to roczny budżet. Związek zawodowy podjął kroki sprawne i złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez dyrektorów odnośnych zakładów” [45].

Prawa radzieckiego człowieka

Spójrzmy teraz na inny jeszcze aspekt sprawy: prawną ochronę własności przed kradzieżą ze strony robotników i pracowników kołchozów. Otóż kradzież tzw. własności wspólnej karana jest dziesięcioma latami więzienia, a nawet śmiercią [46]. Dotyczy to również dzieci powyżej lat dwunastu. Zgodnie z treścią specjalnego dekretu, za kradzież i uszkodzenie mienia, a także inne tego typu przestępstwa, mają być one sądzone i karane jak osoby pełnoletnie [47]. Yvon przytacza konkretne artykuły z prasy sowieckiej, mówiące o tym, jak dwóch kołchoźników trafiło do więzienia na dwanaście lat za kradzież czterech kilogramów ziarna ze swego miejsca pracy, inni zaś zostali skazani na karę śmierci za to, iż bez pozwolenia pożyczyli na chwilę kołchozową łódkę i konia [48]. W obydwu wypadkach te surowe wyroki zostały, co prawda, złagodzone przez sądy wyższej instancji, ale zapytajmy w tym momencie: a ile nie zostało?

Oto „wolność”, którą robotnik rosyjski cieszy się, gdy jest w pracy. Ale co z czasem wolnym? Nie wygląda to wcale lepiej. Od 1932 każdy obywatel Sowietów musi mieć przepustkę domową [49]. Bez zgody policji nie może opuścić miejsca zamieszkania na więcej, niż dwadzieścia cztery godziny. W dużych miastach i w promieniu od 50 do 100 kilometrów od nich nie wolno osiedlać się bez specjalnego zezwolenia. Niedopilnowanie spraw formalnych oznacza zsyłkę na Syberię [50]. Podróże zagraniczne są właściwie zakazane, wyjątek stanowią wyłącznie służbowe wyjazdy biurokratów. Poza nimi, przez ostatnie piętnaście lat nie widziano właściwie nigdzie na świecie rosyjskiego podróżnika. Złożenie podania o zgodę na wyjazd zagraniczny równa się w praktyce samooskarżeniu o zdradę stanu. Próby samowolnego wyjazdu podlegają karze, w przypadku cywili, dziecięciu lat więzienia albo śmierci, wojskowych zaś – wyłącznie śmierci. Jeżeli wiedzieli o planach wyjazdu z kraju, dorośli członkowie rodziny niedoszłego uciekiniera mogą trafić do więzienia na co najmniej pięć, a być może nawet dziesięć lat, jeśli natomiast o nim nie wiedzieli… grozi im zesłanie na Syberię! [51]

Nie sądzę, aby trzeba było poruszać tutaj kwestię praw i swobód politycznych – po prostu ich nie ma, za wyjątkiem „prawa” do entuzjastycznego wspierania partii rządzącej i kultu Stalina. Jakikolwiek sprzeciw – ba!, jakakolwiek wątpliwość nawet, choćby i najbardziej nieśmiała, podlega karze – bardzo często karze śmierci. Nawet zachowanie ciszy podczas jakichś oficjalnych obchodów niesie ze sobą poważne niebezpieczeństwo. Wstrzymanie się od głosu traktowane jest jak zdrada stanu. Każdy obywatel Sowietów ma obowiązek donosić na innych, nawet na członków najbliższej rodziny. Za niepoinformowanie policji o przestępstwach „wroga ludu” grożą straszne konsekwencje.

Niech ci, którzy nie chcą uznać tych powszechnie znanych faktów, wskażą mi choćby jeden przypadek z ostatnich dziesięciu lat – jeden, jedyny – w którym ktokolwiek, kto krytykowałby w jakikolwiek sposób rząd radziecki (czyli, krótko mówiąc, Stalina) w mowie lub piśmie, nie zostałby surowo ukarany zaraz po tym, jak jego krytyka doszła do uszu władz. I niech może raczą przypomnieć sobie, jak 21 sierpnia 1939 sto osiemdziesiąt milionów obywateli radzieckich „entuzjastycznie i jednogłośnie” popierało bezpieczeństwo kontynentalne Europy, front demokratyczny i wspólną walkę z Niemcami, by dwa dni później równie „entuzjastycznie i jednogłośnie” fetować radziecko-niemiecki pakt przeciw „imperialistycznym” zakusom Francji i Wielkiej Brytanii. Sto osiemdziesiąt milionów ludzi – i nikt, ani jeden człowiek, nie wyraził sprzeciwu czy choćby wątpliwości wobec takiej absurdalnej wolty. Jednogłośny entuzjazm dla całkowitej zmiany kursu – ależ, przecież to cud, istny cud, przy którym te opisane w Biblii wydają się co najwyżej kuglarską tandetą! A może, po prostu, znak tego, że w ZSRR nie ma żadnej wolności politycznej?

Ale brak swobód politycznych, jak widzieliśmy, to ledwie pewien objaw głębszego zniewolenia, związanego ze stosunkiem do środków produkcji, co wiedzie nas z powrotem ku kwestii klasowej.

Klasy: główna i pośrednia

Społeczeństwo radzieckie dzieli się zasadniczo na dwie klasy. W przypadku jednej z nich, jej „miejsce w procesie produkcji” oraz „stosunek do środków produkcji” sprowadzają się do tego, że członkowie jej nie mają nad procesem wytwórczym jakiejkolwiek, choćby i najbardziej szczątkowej, kontroli. Żadnego wpływu na to, co, jak i gdzie się produkuje, na organizację tego procesu, na system dystrybucji i poziom cen [52]. Na warunki pracy i wysokość wynagrodzenia. Ich jedyne zadanie, to pracować, słuchać i żyć w nędzy. Nie mając jakiegokolwiek udziału we własności środków produkcji, stanowią raczej – i to w stopniu znacznie większym, niż ich towarzysze z demokracji zachodnich – że tak powiem, akcesoria procesu produkcji. Ich dochód miesięczny pozwala im zaopatrzyć się wyłącznie w artykuły najbardziej podstawowe, najniezbędniejsze do przetrwania – a bardzo często nie starcza nawet na to, choć to przecież na pracy tych ludzi opiera się funkcjonowanie całego społeczeństwa. Jest to klasa wyzyskiwanych.

Oprócz niej, istnieje jeszcze klasa druga, klasa faktycznych właścicieli środków produkcji. Od nich zależy, co się w kraju wytwarza, w jaki sposób – i gdzie; ceny, pensje, dodatki, nagrody, system dystrybucji. Kontrolują wszystko. Ich władza nad przebiegiem i owocami procesu wytwórczego nie podlega żadnej kontroli oddolnej, zależy natomiast ściśle od rozbudowanej hierarchii wewnątrz ich własnej klasy. W ramach owej hierarchii regulują używanie środków produkcji w sposób monopolistyczny, to znaczy: przy całkowitej eliminacji wpływu nieuprzywilejowanych. W związku z tym wszystkim decydują także, na ostatnim stopniu, o dystrybucji dochodu narodowego, no i w naturalny sposób lwią jego część zatrzymują dla siebie. To klasa wyzyskiwaczy.

Teraz wiemy już, zatem, dlaczego, według słów Stalina, życie marszałków, sekretarzy partyjnych, całej „czerwonej egzekutywy”, stało się „lepsze i szczęśliwsze”: dlatego, że należą do klasy kontrolującej pracę środków produkcji. Ich sługi zaś, robotnicy, żyją w nędzy z tej przyczyny, że należą do klasy kompletnie pozbawionej na tę pracę jakiegokolwiek wpływu. Wszelkie różnice zachodzące „w sferze konsumpcji” zależą więc od bardziej fundamentalnych różnic dotyczących stosunku do procesu wytwórczego. Władza polityczna stanowi korelat władzy ekonomicznej: obie to zaledwie dwie strony tego samego medalu: społecznego wyzysku i dyskryminacji.

Relacje między wyżej opisanymi klasami opierają się na prostym fundamencie: jedna rozkazuje, druga słucha – jedna wyzyskuje, druga jest wyzyskiwana. W tym sensie, niczym właściwie nie różnią się od tych zachodzących w innych społeczeństwach klasowych, choćby i kapitalistycznych [53]. Aby zobaczyć ich inność, trzeba nieco podrążyć. Kapitaliści kontrolują środki produkcji poprzez prawo własności osobistej. Rosyjska klasa panująca – poprzez prawo administracji. Przedstawiciele burżuazji – przynajmniej w kapitalizmie klasycznym – zarządzają „swoimi” udziałami w środkach produkcji indywidualnie. W Rosji zarząd ten ma charakter kolektywny, dokonuje się za pośrednictwem ściśle uhierarchizowanej organizacji. W kapitalizmie robotnicy mogą wybierać, jakiemu fabrykantowi sprzedać swoją siłę roboczą – ale sprzedać ją muszą, inaczej umrą z głodu. W Rosji siła robocza pracowników już w punkcie wyjścia stanowi wspólną własność klasy wyzyskującej. W kapitalizmie, co więcej, sprzedaż siły roboczej ma charakter tymczasowy, robotnik zaś otrzymuje jako rekompensatę jej wartość, kapitalista zaś zadowala się nadwartością, różnicę między którymi determinuje automatyzm sił rynkowych. W ZSRR siła robocza należy do państwa, po prostu, a granica między wartością i nadwartością nie jest określana przez prawa ekonomiczne, lecz przez chciwość oficjalnej biurokracji, ograniczaną jedynie przez, skądinąd niezbyt serio traktowaną, groźbę dosłownego, fizycznego wyginięcia klasy robotniczej [54].

Powie ktoś, że upraszczam. Społeczeństwo ZSRR nie składa się wyłącznie z uciskanych robotników i uciskających biurokratów. Otóż, oczywiście, że upraszczam: chodzi bowiem nie o szczegółowy opis, ale o ustalenie nowych i fundamentalnych relacji, typowych dla społeczeństwa sowieckiego.

Po stu pięćdziesięciu latach od ustanowienia tego ustroju, nie istnieje na świecie ani jedno społeczeństwo kapitalistyczne, na które składałyby się wyłącznie klasy pracujące i burżuazja. Poza nimi spotykamy jeszcze typowe dla kapitalizmu klasy pośrednie, a także wiele reliktów epok przed-kapitalistycznych.

W ZSRR mają miejsce podobne zjawiska. Wolny gospodarz czy rzemieślnik to w głównej mierze pozostałość czasów przedrewolucyjnych. Przypominają nieco „drobnych producentów” z krajów kapitalistycznych, tym niemniej, wywierają znacznie mniejszy wpływ na procesy produkcji i dystrybucji towarów, niż oni [55]. Ich liczba jest niewielka i w ostatecznym rozrachunku nie odgrywają ważniejszej roli w życiu ekonomicznym kraju. Kołchoźnicy (stanowiący przytłaczającą większość radzieckich rolników) to przykład klasy mieszanej. O ile pracują w nowym, „uspołecznionym” rolnictwie za „wynagrodzenie” i muszą dostarczać państwu określoną ilość towarów, można ich zaliczyć do sowieckiego „proletariatu”, a ich położenie nie różni się wiele od tego, w jakim znajduje się robotnik fabryczny. O ile natomiast uprawiają własne działki i sprzedają produkty rolne na „wolnym” rynku kołchozowym, należą do klasy „drobnych producentów”. Społecznie istnieją więc jak gdyby w dwóch wymiarach: jako proletariusze i drobni wytwórcy.

Oprócz tego, jest jeszcze warstwa pośrednia, organicznie wyrastająca z sowieckiej struktury społecznej, analogiczna do drobnej burżuazji i „nowej klasy średniej” krajów kapitalistycznych. To robotnicza arystokracja (stachanowcy), urzędnicy i inżynierowie. Zarabiają więcej, niż niżej usytuowani robotnicy, ale mniej, niż elita biurokratów. Ich funkcja jest trojaka: po pierwsze, czuwają oni nad szybkością procesów produkcji, po drugie: nad egzekucją biurokratycznych rozporządzeń i, po trzecie, stanowią rezerwę ludzką, z której klasy rządzące czerpią według potrzeb.

Domykanie granic klasowych

Ulubioną gadką stalinistów, a także ich entuzjastycznych i nie aż tak entuzjastycznych przyjaciół na Zachodzie, jest to, że w ZSRR system klasowy nie istnieje, ze względu na „nieograniczone możliwości rozwoju zawodowego jednostki”. Ameryka ma swoją znaną bajkę dla grzecznych dzieci: „od pucybuta do prezydenta”. Analogicznie, w ZSRR (mówią nam) każdy szeregowiec nosi w plecaku mundur marszałka.

Oczywiście, jest w tym stwierdzeniu ziarno prawdy, to znaczy: raczej było, we wczesnych latach istnienia państwa sowieckiego. Nawet wtedy jednak system klasowy istniał i miał się dobrze. Tutaj, w Ameryce, pucybuci faktycznie czasami dorabiali się milionów – ale nikt przy zdrowych zmysłach nie próbowałby nawet twierdzić, że świadczy to o tym, iż amerykańskie społeczeństwo jest bezklasowe.

Dodajmy, że granice klasowe, zrazu dość umowne i elastyczne, w ostatnich latach skostniały w mury niemalże nie do przeskoczenia. Co prawda wśród biurokratów znaleźć można jeszcze wielu synów robotników czy chłopów, bo radziecka klasa biurokratyczna rekrutowała się u zarania właśnie spośród nich, tym niemniej biurokraci przyszłości będą już w znacznej mierze synami… biurokratów – i cała polityka warstwy biurokratycznej służy zabezpieczeniu tego stanu rzeczy. Coraz częściej syn robotnika może zostać tylko robotnikiem, funkcje administracyjne zarezerwowane są zaś właściwie wyłącznie dla dzieci pracowników administracji, względnie (bardzo rzadko) tego lub innego przedstawiciela klasy pośredniej.

Istnieją trzy metody międzypokoleniowej transmisji przywileju: dziedziczenie, monopol edukacyjny oraz protekcja. Opcja pierwsza najmniej nas tutaj obchodzi. Oczywiście prawo do dziedziczenia zostało przywrócone i ZSRR to obecnie jedyny kraj na świecie, w którym swobodne dysponowanie własnym majątkiem w testamencie posiada gwarancję konstytucyjną. Można jednak zostawić innym tylko tyle, ile się ma: meble, dzieła sztuki, wille letnie, gotówkę, konta bankowe, obligacje rządowe i tak dalej – wszystko to, rzecz jasna, rzeczy wobec ogólnej nędzy bardzo wartościowe, ale jednak znacznie mniej warte od tego, co naprawdę się liczy: fabryk czy udziałów akcyjnych, które już prywatnemu posiadaniu – a więc i dziedziczeniu – nie podlegają.

A jednak członkowie klasy uprzywilejowanej mają dostęp przynajmniej do jednej rzeczy: wykształcenia. I oni sami go mają. „Jeśli chodzi o edukację – pisze Yvon – czynniki materialne najczęściej odgrywają rolę kluczową i dzieci zamożnych mają w tym względzie niesłychaną przewagę nad mniej posiadającymi” [56].

Od czasu, gdy napisano te słowa, sytuacja się tylko pogorszyła. W 1935 radziecka prasa ogłosiła z pompą, że już około 50% uczniów w ZSRR znajduje się na utrzymaniu rodziców, podczas gdy zaraz po rewolucji zazwyczaj musiały wspierać ich rozmaite instytucje publiczne. W wielu miastach istnieją już wprost specjalne szkoły dla dzieci biurokratów, począwszy od żłobków. W 1940 przywrócono opłaty za trzy ostatnie klasy szkoły średniej i studia wyższe [57]. Przykład oddziałał – i szybko uczyniono to również w przypadku szkół technicznych, rolniczych, medycznych, kulturalnych i tak dalej [58]. Czesne miesięczne dla ucznia szkoły średniej wynosi od 150 do 200 rubli, dla studenta – od 300 do 500. Stypendia przyznaje się wyłącznie za niezwykle wyśrubowane wyniki w nauce: przynajmniej dwie trzecie przedmiotów musi być oceniona na celujący, reszta na bardzo dobry. Czesne za pierwszy semestr należało w pierwszym rzucie uiścić za cały semestr w ciągu czterech pierwszych jego tygodni – ci, którzy nie mogli tego uczynić, zostali relegowani. W ten sposób, uniwersytety radzieckie straciły około 600 000 studentów.

Ustanowienie Suworowskich Szkół Wojskowych, preferencyjnie traktujących dzieci oficerów, to krok w tym samym kierunku. Brakuje tylko jeszcze przywrócenia na Kremlu obecności Korpusu Paziów z czasów carskich – i obrazek byłby kompletny…

Jeśli zaś chodzi o trzeci sposób przekazywania przywileju, Yvon mówi nam: „Dyplom jest warunkiem koniecznym, ale niejedynym. Zawody, do pracy w których uprawnia, cieszą się nieraz ogromną popularnością i coraz trudniej znaleźć zatrudnienie bez koneksji. W naturalny sposób znacząco zwiększa to rolę ludzi z pozycją. Zaczynają oni wspierać swoich potomków już na etapie studiów, tam bowiem ich protekcja nie przyciąga tak wielkiej uwagi. Gdy młody człowiek zacznie czuć grunt pod nogami, znajomości stają się dźwignią do kariery nie mniejszą, niż odziedziczenie rodowej fortuny w systemie kapitalistycznym” [59].

Wszystkie te fakty obalają drugi najpopularniejszy z prostalinowskich argumentów. Otóż biurokraci, mówią niektórzy, konsumują istotnie znacznie więcej, niż robotnicy, ale w ostatecznym rozrachunku lwia część owoców produkcji w ogóle nie zostaje skonsumowana, lecz podlega akumulacji. Czemu zaś służą wszystkie owe nowe fabryki, drogi, cała ta nowoczesna broń, jeżeli nie dobru ludu? Ale przecież w kapitalizmie fabryki i drogi tak samo, można powiedzieć, służą „ogółowi”! Kapitaliści nie zjadają przecież całych zapasów margaryny czy spaghetti, które wyjeżdżają z ich zakładów produkcyjnych, i nie tylko oni jeżdżą metrem. I, generalnie, nie strzelają do nikogo z pistoletów, tylko sprzedają je, aby służyły za narzędzie obrony uprzywilejowującego ich systemu społecznego przed wrogiem zewnętrznym i wewnętrznym. Akumulacja kapitalistyczna sprowadza się do rozrostu systemu fabrycznego i zagwarantowania ciągłości wyzysku. Czy w Rosji radzieckiej mamy do czynienia z czymkolwiek innym? Tam również nowe fabryki buduje się wyłącznie po to, aby sowieccy biurokraci i ich dzieci mogli dalej bez przeszkód wyzyskiwać klasę robotniczą. Gdyby zamiast rządu na Kremlu mieściła się siedziba jakiejś wielkiej korporacji przemysłowej, rzecz wyglądałaby dokładnie tak samo!

Sprzeczności i dysproporcje

Ale być może społeczeństwo sowieckie, mimo istniejących w nim różnic majątkowych, ma w perspektywie harmonijny rozwój? Przyjmijmy, że produktywność pracy będzie rosła. Wraz z tym wzrośnie także ilość towarów na rynku, podniosą się pensje robotników i biurokratów. Tym niemniej, dość zostanie jeszcze na potrzeby przyszłej akumulacji – i tak zaczną powstawać nowe fabryki, które podniosą produktywność pracy jeszcze bardziej, i cały proces się powtórzy. Wszystko będzie służyć dobru w tym najlepszym z możliwych światów.

Niestety, ta optymistyczna wizja – jak mogliśmy się przekonać – zupełnie nie zgadza się z faktami. Dlaczego?

W państwie totalitarnym, w którym robotnicy nie mają żadnych praw, najprostsze rozwiązanie stanowi sukcesywne obniżanie ich standardu życia i, tym samym, przerzucenie na ich barki wszelkich kosztów związanych z akumulacją kapitału. Pozycja każdego członka klasy rządzącej – jego prestiż, rozwój, wynagrodzenie, posada, a w niektórych wypadkach i życie, zależą od tego, czy uda się zrealizować założenia planu gospodarczego, wygenerować spodziewane zyski. Ceny kupna i sprzedaży są ustalane odgórnie. Jedynym zatem, co taki biurokrata może zrobić, jest obniżać pensje ludzi pracy i wydłużać dzień pracy. System radziecki opiera się na wyzysku pracowników – do tego stopnia, w jakim nie pracują oni po prostu za darmo. Hubbard pisze z wyrzutem, iż śmierć głodową owych milionów z 1932 należy uznać za „niepowetowaną stratę kapitału narodowego” [60]. Ale biurokracja radziecka zwyczajnie nie potrafi oprzeć się pokusie. Nadwyżka i nadmiarowa (przynajmniej relatywnie) konsumpcja górnych dziesięciu tysięcy znajdują rekompensatę w niedożywieniu mas, obniżającym efektywność pracy i, w konsekwencji, ilość towarów na rynku. Na kolejnym stopniu prowadzi to do konfliktów o system i charakter ich dystrybucji. Biurokraci rozwiązują ten kryzys w typowy dla siebie sposób: celem utrzymania stałego tempa akumulacji kapitału (a zatem i stałego poziomu dochodów klas rządzących), standard życia robotników musi znów pójść w dół – wiadomo przecież, że i tak nie mogą zrobić nic w swojej obronie. Błędne koło się zamyka.

Podkonsumpcja mas to jedna przyczyna wewnętrznych sprzeczności radzieckiego systemu społecznego. Nie brakuje jednak także innych. W gospodarce planowej błędy są nieuniknione. W każdym nowoczesnym społeczeństwie istnieją pewne swoiste metody dystrybucji środków produkcji i siły wytwórczej pomiędzy różne gałęzie gospodarki. W kapitalizmie, na dobre czy na złe, błędy w tym zakresie naprawia w ostatecznym rozrachunku mechanizm swobodnej fluktuacji cen i zysków, czyli – po prostu – okresowe kryzysy i bankructwa. Mechaniczne prawa ekonomii znajdują wyraz w mechanicznie powtarzających się recesjach. Zgodnie z błyskotliwą obserwacją Marksa, o realności ich przekonujemy się wtedy równie niezbicie, jak o realności prawa grawitacji, gdy dom wali się nam na głowę. W społeczeństwie socjalistycznym, system ten zostanie zastąpiony przez demokratyczną kontrolę społeczeństwa nad środkami produkcji, wespół z całkowitą transparentnością finansową zakładów produkcyjnych. Ale w warunkach absolutnej biurokracji stare metody regulacji rynku przestają działać, nowe zaś, demokratyczne, nie mogą się pojawić. Dlatego też najbardziej podstawowe fakty ekonomiczne są kwestią tajemnicy państwowej. I na tym nie koniec – bo regulacja i kontrola czysto odgórna zwyczajnie nie może służyć za substytut kontroli prawdziwie publicznej. Jeśli polecenia płynące z centrum nie podlegają żadnej krytyce, nawet gdy są bezsensowne i głupie, trzeba je wykonywać na niby. Despotyzm zmusza wszystkich do bezustannego kłamstwa. Nie można ufać żadnej informacji, żadnym „faktom”, żadnej statystyce. Na konferencji partii komunistycznej w lutym 1941, Malenkow, sekretarz komitetu centralnego, omawiał wypadek, w którym opublikowano naraz cztery różne raporty dostaw surowca do pewnej fabryki: jeden autorstwa szefa działu dostaw, drugi – naczelnego księgowego, trzeci, który napisał dyrektor fabryki, oraz czwarty, przygotowany przez komitet inspekcyjny [61]. Szacunki końcowe różniły się od siebie o kilkaset procent. A przecież oszacowanie rozmiarów dostaw surowca do fabryki to najłatwiejsza operacja statystyczna w ogóle! Co się musi dziać, gdy przychodzi do kalkulacji cen, gdy trzeba brać pod uwagę, cokolwiek chwiejny, system walutowy? Malenkow określił ten wypadek jako typowy i rzeczywiście, biorąc pod uwagę wszystko, co się dotąd powiedziało, zaczynamy rozumieć, w jaki sposób biurokraci radzieccy mogą „mylić się” w swoistych statystykach o grube miliony.

Błędy w planowaniu gospodarczym są nieuniknione nawet przy dostępie do najbardziej wiarygodnych statystyk. W takich warunkach jednak – stają się regułą. Każdy błąd ogromnieje w systemie radzieckich do rozmiarów wprost monstrualnych. Yvon pisze: „Możliwa skala błędu to jedno z najgorszych zjawisk w życiu tego kraju… Posiadanie władzy nieograniczonej w naturalny sposób stwarza pokusę podejmowania decyzji kompletnie bez namysłu, a do tego owe błędne decyzje i tak zawsze się wykonuje” [62].

Każdy, kto zna owe niezliczone przypadki błędnych inwestycji i bezsensownych decyzji władz Sowietów, o jakich informowali przebywający w tym kraju cudzoziemcy, albo wprost radziecka prasa, musi przyznać, że skala marnotrawstwa zachodzącego w realiach biurokratycznego (nie)gospodarowania co najmniej dorównuje tej, jaką znamy z krajów kapitalistycznych.

Oprócz tego jednak trwa w najlepsze pospolite pasożytnictwo. Bezproduktywny i opresyjny aparat biurokratyczny ZSRR należy do absolutnie najdroższych w stosunku do dochodu narodowego na świecie!

Od czasu do czasu wychodzą na światło dzienne wyjątkowo paskudne przykłady tego stanu rzeczy. Na wiosnę 1941 oficjalne raporty podawały, że w aparacie administracyjnym kołchozów samego obwodu rostowskiego pracowało około 50 000 pracowników, których należałoby określić po prostu jako zbędnych. Jednocześnie odkryto, że w kilkuset fabrykach moskiewskich istniały specjalne urzędy, których jedynym zadaniem było zatrudnianie nowych pracowników. Otóż zatrudniały one średnio jedną osobę na dzień. Wspomniany Malenkow opisał na zjeździe partyjnym następujące zdarzenie: huta miedzi na Uralu sprzedała państwowemu kombinatowi przetwórczemu metali nieżelaznych stary sprzęt za 100 000 rubli. Nie mając świadomości tego faktu, jakiś inny dyrektor z tego samego zakładu odkupił go za 110 000 rubli, obydwaj zaś otrzymali dodatki – jeden za korzystną sprzedaż, drugi za okazyjny zakup. I to nie jest wypadek odosobniony, bo nieprzypadkowo ZSRR uchwalił specjalne prawo zakazujące podobnych spekulacji sprzętem [63]. Podobne przykłady można by mnożyć ad infinitum.

W ten oto sposób biurokracja rosyjska utrzymuje się kosztem reszty społeczeństwa. Dezorganizacja, dysproporcje i pasożytnictwo ograniczają rozwój sił wytwórczych i sprzyjają sukcesywnemu obniżaniu standardu życia mas. A jednak gospodarka planowa ma jedną niezaprzeczalną zaletę: w sytuacjach nadzwyczajnych, cała energia i wszystkie środki mogą zostać skierowane do jednego sektora, bez względu na sytuację innych.

Oto właśnie wyjaśnienie oporu, jaki ZSRR był w stanie stawić nazistowskiej inwazji. Bo na wojnie, taka właśnie koncentracja liczy się najbardziej. W Rosji radzieckiej nie mogą stanąć na drodze wysiłków wojennych ani dobrze rozumiane prawa pracownicze, ani prywatne interesy. Sekcje przemysłu, które – zgodnie ze standardami czasów pokoju – należałoby uznać za nierentowne, można utrzymywać w nieskończoność, rozprowadzając koszty po wszystkich sektorach gospodarki krajowej. Na potrzeby wojenne można przestawić produkcję w dowolnej ilości zakładów, nie bacząc na koszty. Nowe wynalazki można testować, a eksperymenty techniczne i społeczne przeprowadzać na skalę masową. Siłę roboczą można przekierować wszędzie, gdziekolwiek jest potrzebna – i zmusić ją do pracy w strasznych warunkach. Społeczeństwo można zmusić do ponoszenia ofiar tak wielkich, o jakich Rickenbackerom Europy nawet by się nie śniło [64].

Ale owa koncentracja władzy i środków w rękach wąskiej klasy biurokratów wyjaśnia nie tylko rosyjskie sukcesy wojenne – ale także i to, jak biurokracja owa była w stanie zachować swoją pozycję – mimo niebywałego marnotrawstwa, nieudolności i konfliktów społecznych – w czasie pokoju. Otóż dysponowała ona narzędziem do przykrycia wszystkich swoich błędów, niezależnie od rozmiarów strat i kryzysów, jakimi skutkowały jej błędne posunięcia.

Państwo i gospodarka

Sporządziwszy niniejszym szkic uwarstwowienia społeczeństwa sowieckiego, zajmijmy się teraz pokrótce kwestią relacji państwa i gospodarki.

Marksiści od zawsze chlubią się tym, że odsłaniają rzeczywistość, kryjącą się za fasadą fikcji prawnych i ideologicznych. Tym dziwniejszy wydaje się wobec tego fakt, że wielu pisarzy, którzy przeszli marksistowskie szkolenie krytyczne, naprawdę wierzy, że środki produkcji należą w ZSRR do „wszystkich” albo wręcz do robotników, bo tak stwierdzają oficjalne dokumenty. Prawda jest natomiast taka, że w Rosji Radzieckiej środki produkcji mają jednego właściciela: państwo. Według klasycznego marksizmu, państwo to zorganizowany aparat przemocy, przy pomocy którego klasy wyzyskujące wyzyskują wyzyskiwanych. Zatem sama obecność, a już na pewno ciągły rozrost struktur państwowych powinien stanowić dla myśliciela tej proweniencji sygnał ostrzegawczy, że oto mamy do czynienia ze społeczeństwem klasowym. Trocki napisał kiedyś, że w ZSRR środki produkcji należą do państwa, a państwo do biurokratów. Więcej jest mądrości w tej krótkiej frazie – którą sam autor zbył, niestety, później jako bon mot bez większej wagi – niż w całej trockistowskiej pisaninie o „zdegenerowanym państwie robotniczym” [65].

Kilku analityków zwracało już uwagę, że w gospodarce klasowej wszystko zależy od tego, w czyich rękach znajduje się władza polityczna. Jeżeli w rękach szerokich, demokratycznie zorganizowanych mas wytwórców, wtedy środki produkcji należą do nich i mamy socjalizm, albo przynajmniej znajdujemy się na drodze do jego budowy. Jeżeli jednak cała władza skupia się w rękach wąskiej, uprzywilejowanej elity, to elita owa kontroluje także w całości użytkowanie środków produkcji, a zatem mamy do czynienia ze społeczeństwem klasowym.

Wniosek stąd, że socjalizm nie może istnieć bez demokracji. Ustrój demokratyczny nie jest ledwie jakimś dodatkiem, jakąś przygodną ozdóbką socjalistycznej struktury społecznej, ale jej fundamentem, istotą, esencją.

Błędem wszakże byłoby twierdzić, że wraz z upaństwowieniem środków produkcji prawa ekonomiczne przestają obowiązywać, że „polityka zastąpiła ekonomię” i tak dalej. Ucisk polityczny to ledwie druga strona wyzysku gospodarczego. Państwo zaś zawsze dba o utrzymanie w gospodarce klasowego status quo.

Despotyczna dyktatura rosyjskich biurokratów to nie ledwie przypadkowa nadbudówka, chorobliwa narośl na systemie, który w sensie istotnym należałoby uznać za socjalistyczny, nie – to proste i logiczne odzwierciedlenie na planie politycznym faktów ekonomicznych, faktu wyzysku społeczeństwa przez klasę biurokratyczną. Można powiedzieć, że ponieważ biurokracja rządzi państwem, to rządzi i fabryką – ale gdyby odwrócić człony tego sądu, pozostałby on w dokładnie takim samym stopniu prawdziwy. Mamy tutaj do czynienia z dwiema stronami jednej, tej samej relacji klasowej. I znów, prawdą byłoby, gdyby powiedzieć, że jedyne, czego brakuje rosyjskiemu socjalizmowi, to realna demokracja pracownicza – tylko że jej wprowadzenie równałoby się nie tyle „czysto politycznemu” aktowi usunięcia jakiejś niekoniecznej „nadbudowy”, ale prawdziwej rewolucji na planie socjalnym. Nie da się bowiem usunąć politycznej biurokracji ZSRR, nie pozbawiwszy jej także wpływu na życie ekonomicznej kraju. I nie da się wprowadzić demokracji bez zastąpienia obecnych relacji gospodarczych, opartych na wyzysku i posłuszeństwie, relacjami innej zgoła natury – relacjami wolności i równości, współpracy dobrowolnej. Rewolucja taka oznaczałaby przekazanie własności środków produkcji z rąk hierarchicznego „zakonu” biurokratów w ręce demokratycznej wspólnoty wytwórców. Bez spełnienia tych wszystkich warunków, wprowadzenie socjalizmu w Rosji będzie niemożliwe.

Peter Meyer (właśc. Josef Guttmann)

Przeł. Maciej Sobiech

W nagłówku tekstu wykorzystano fragment plakatu francuskiej grupy Paix et Liberté, założonej w latach 50. z inicjatywy działaczy francuskiej lewicy antykomunistycznej.

 

Przeciwko dyktaturze nad proletariatem – komentarz do tekstu Josefa Guttmanna

István Gaál, węgierski reżyser i scenarzysta, napisał w 1976 roku książkę „Gospodarz stadniny”, na podstawie której dwa lata później nakręcił film, dość głośny w owym czasie. To powieść rozrachunkowa z węgierskim stalinizmem. Zawiera ona bardzo wymowną krótką scenę. Dwóch braci, wywodzących się z wiejskiej biedoty, zostaje po wojnie ludźmi nowego reżimu. Jeden, bardziej przebojowy, jest dyrektorem wzorcowej spółdzielni rolniczej, docenianej nawet na szczytach władzy. Drugi zaś dzięki bratu także robi lokalną karierę i z wysokiego stanowiska we wspomnianej spółdzielni awansuje na stanowisko szefa pobliskiej stadniny. Właśnie on, pod nieobecność brata w domu rodzinnym, rozmawia z matką. Stara, schorowana wiejska kobieta nie rozumie, czym właściwie obaj synowie się zajmują: „nie kopiecie, nie rozrzucacie nawozu, nie orzecie i dlatego nie mogę sobie wyobrazić, co robicie przez cały dzień”. Syn, komunista, odpowiada na to: „Jesteśmy panami, matko. Z tego chyba się cieszycie?”, na co kobieta mówi: „Dlaczego mielibyście być panami? My nie z takich”. Szef stadniny odpowiada: „Ależ z takich. Teraz z takich! My jesteśmy panami, a wy wielmożną panią, takie czasy nastały”.

Dialog ten stanowi chyba najbardziej trafne i lapidarne zobrazowanie teorii o „nowej klasie rządzącej” – komunistycznej elicie, która po przejęciu władzy i „uspołecznieniu”, a de facto upaństwowieniu środków produkcji zajęła miejsce nie tylko dawnej klasy rządzącej, ale także niegdysiejszych kapitalistów.

***

Trudno byłoby znaleźć w dzisiejszej Polsce tradycję ideowopolityczną, która byłaby mniej znana, a zarazem która prawdopodobnie wzbudziłaby sporo negatywnych emocji, gdyby znana była bardziej, niż nurt lewicowej, czy wręcz marksistowskiej krytyki ZSRR i sowieckiego modelu komunizmu. W obecnym klimacie ideowym, czyli dominacji antykomunizmu prawicowego oraz liberalnego, jest to światopogląd wręcz trudny do pomyślenia. Nawet gdy nieliczni uczestnicy debaty publicznej uświadomią sobie, przypomną czy zechcą przyjąć do wiadomości istnienie silnego nurtu lewicowości niesowieckiej – uosabianego przez partie socjaldemokratyczne bodaj wszystkich krajów Zachodu, a u nas przez Polską Partię Socjalistyczną – tworzą jej ignorancki, kontrfaktyczny i przedziwny wizerunek. Niemal zupełnie wykastrowany z sedna ówczesnych postaw, czyli z lewicowości. Tymczasem krytyka sowieckiego komunizmu, ZSRR, ale także samego bolszewizmu przed ustanowieniem jego władzy w Rosji, była na lewicy częsta, nie tylko w nurcie socjaldemokratycznym. Nierzadko narzędzie intelektualne takiej krytyki stanowił marksizm; bywało, że krytykami tego rodzaju zostawali ex-komuniści, rozczarowani wobec realiów ZSRR (i/lub innych krajów „demokracji ludowej”) i poczynań tamtejszej elity władzy, a zarazem wierni pryncypiom ideowym swojego nurtu czy przynajmniej czerpiący z niego pełnymi garściami. Była to nierzadko krytyka ostrzejsza, bardziej przenikliwa i nie tak naiwna, jak prawicowo-konserwatywne westchnienia za „starymi dobrymi czasami”.

Wieloletnia działaczka lewicy, wdowa po bracie jednego z liderów polskiej lewicy, a przy tym znakomita socjolożka Zofia Daszyńska-Golińska pisała: „Bolszewicy uporczywie uchodzić chcą za wykonawców testamentu marksowskiego, nie można jednak obwiniać socjalizmu naukowego za smutne i krwawe ich poczynania”.

***

Lewicowa krytyka bolszewizmu ma głębokie korzenie. Sięga czasów przed narodzinami tego nurtu. Już w łonie Międzynarodówki Socjalistycznej rozgorzał spór Marksa i Bakunina oraz ich zwolenników. Wychodząc z pozycji anarchistycznych, rosyjski myśliciel krytykował m.in. centralistyczne i autorytarne wątki myśli Marksa, przewidując, iż „państwowy komunizm” będzie raczej systemem zniewolenia niż wyzwolenia mas społecznych. Oprócz wielu ortodoksyjnych anarchistów kontynuujących tę linię argumentacji, podobnie stawiał sprawę kilka dekad później, rozciągając tę teorię na cały obóz lewicy „partyjnej” i „odgórnej”, polski lewicowy myśliciel Edward Abramowski. W swych rozprawach z przełomu wieków XIX i XX („Zagadnienia socjalizmu”, „Etyka a rewolucja” i „Socjalizm a państwo (Przyczynek do krytyki współczesnego socjalizmu”) krytykował on wizje lewicy propagujące odgórne biurokratyczne przejęcie środków produkcji i zarazem centralizację polityczną i ideologiczną. Przywoływał w tym kontekście słynne stwierdzenie Marksa, iż wyzwolenie klasy pracującej musi być dziełem tejże klasy – jego zdaniem jeśli nawet nie miała tego dokonać cała klasa, to przynajmniej jej wielka część, nie zaś „awangarda proletariatu”, czyli jakobińska dyktatura mniejszości. Uważał, że monopol zarówno w sferze własności ekonomicznej, jak i władzy ideologiczno-politycznej może prowadzić do opresji i poddaństwa dotkliwszych nawet niż w kapitalizmie, odbierając klasie pracującej i całemu społeczeństwu wszelką wolność, sprawstwo i podmiotowość.

Po ukształtowaniu się i wyodrębnieniu nurtu bolszewickiego w łonie lewicy rosyjskiej i światowej, jedną z pierwszych krytyczek niebezpieczeństw tkwiących w jego doktrynie została Róża Luksemburg, ortodoksyjna i bojowa komunistka, „nieskażona” przejściem na pozycje reformistyczno-socjaldemokratyczne. Już w połowie pierwszej dekady XX wieku poddała ona krytyce koncepcje Lenina dotyczące „nowego modelu partii” i jej taktyki – scentralizowanych, przypominających klikę. Widziała w tym zagrożenie zarówno dla samego ruchu socjalistycznego, jak i szersze, w obliczu ewentualnego objęcia władzy przez samozwańczych, mniejszościowych „wodzów” rekrutujących się z grona „zawodowych rewolucjonistów”. Nic zatem dziwnego, że już po objęciu władzy przez bolszewików, w jednym ze swoich ostatnich tekstów Luksemburg krytykowała wiele z realiów nowego porządku politycznego w Rosji (zainteresowanych szczegółami odsyłam do swojego większego tekstu na ten temat).

Nie inaczej było z mniej radykalnym nurtem socjaldemokratycznym. Krytyką najpierw koncepcji, a następnie rzeczywistości pod rządami bolszewików zajmowali się czołowi myśliciele lewicowi owych czasów: Karl Kautsky (zwany „papieżem marksizmu”), Otto Bauer, Max Adler i wielu innych. W Polsce stanowisko analogiczne zajmował główny nurt lewicy, reprezentowany przez Polską Partię Socjalistyczną.

Bardzo ciekawą koncepcję krytyczną nie tylko wobec bolszewizmu, ale także innych nurtów lewicy stworzył polski myśliciel Jan Wacław Machajski. Jego zdaniem, lewicowość odgórna, partyjna, dążąca do objęcia władzy zarówno politycznej, jak i ekonomicznej (uspołecznienie, a de facto upaństwowienie środków produkcji) doprowadzi do dyktatury nad proletariatem w wykonaniu lewicowej elity, rekrutującej się głównie spośród inteligencji, „nowej klasy średniej”, pozbawionej kapitału takiego, jaki posiada stara burżuazja. Machajski uważał, że „socjalizm państwowy” w niczym nie poprawi doli robotników, lecz będzie ich wyzyskiwał i eksploatował podobnie jak kapitalizm, a może nawet bardziej, skupiając więcej wszelakiej władzy niż posiadają baronowie przemysłu. Myśliciel ten dożył triumfu bolszewików, który zastał go w Rosji, miał więc możliwość naocznego obserwowania realiów pierwszych lat nowego ustroju – opartego na nowym, nieraz bardziej wyrafinowanym wyzysku robotników i przykręcaniu im śruby przez „nową klasę rządzącą” (zainteresowanym polecam mój większy tekst o Machajskim).

Choć teoria Machajskiego miała niszowe oddziaływanie za jego życia, podobne wnioski zostały sformułowane dekady później przez innych krytyków rzeczywistości sowieckiej. Najmniej ciekawą z nich są autorzy związani z tradycją trockistowską. Lew Trocki, „odstrzelony” z elity sowieckiej władzy w ramach partyjnych gier o wpływy, po opuszczeniu ZSRR formułował liczne uwagi krytyczne o realiach tamtego ustroju. Ukuł termin „zdradzonej rewolucji”. W tym duchu krytykowała realia Rosji Radzieckiej grupa jego zwolenników, dzieląca się z biegiem lat na przeróżne odłamy i tradycje, m.in. taką, która używała na opisanie ZSRR terminu „kapitalizm państwowy”, w którym rolę dawnych wyzyskiwaczy przejęli nowi władcy środków produkcji, czyli partyjne elity.

Nurt trockistowski inspirował wielu myślicieli lewicowych i zarazem krytycznych wobec ZSRR, w tym takich, którzy szybko opuścili takie szeregi, formułując opinie odległe od trockistowskiej ortodoksji i zazwyczaj idące o wiele dalej w krytyce rzeczywistości sowieckiej niż miałkie samousprawiedliwienia nazywające ZSRR „zdegenerowanym państwem robotniczym”. Należał do nich np. Victor Serge (Wiktor Kibalczicz), który uznał, że „zdrada rewolucji” nastąpiła nie w momencie przejęcia władzy przez Stalina, lecz miała miejsce już w początkach bolszewickiego panowania w Rosji i nastania zbrojnego terroru. Autor ten był także jednym z pierwszych, którzy poddali szczegółowej analizie sowiecki wyzysk w wykonaniu nowej elity rządzącej (fragment książki Serge’a na ten temat można przeczytać tutaj). Podobna droga – od członka partii komunistycznej i sympatyka ZSRR do krytyka władzy sowieckiej z pozycji lewicowych, lecz daleko przekraczających trockizm – była udziałem m.in. głośnego pisarza Arthura Koestlera. Inną postacią, która zaczynała od trockizmu i radykalnej lewicowości, a skończyła na neokonserwatywnej prawicy, był James Burnham. Jego głośna książka „The Managerial Revolution” z roku 1941 zawiera wiele wątków podobnych do myśli Machajskiego i choć odnosi się także do realiów kapitalistycznych, to inspirowana jest krytyką nowej klasy rządzącej w ZSRR.

Inspirowany tym nurtem był także m.in. George Orwell. Choć jego najbardziej znane książki są powszechnie postrzegane jako krytyka lewicowego autorytaryzmu/totalitaryzmu, to rzadko dziś wspomina się, iż autor podejmował ową krytykę z pozycji radykalnie lewicowych, nie mając nic wspólnego z antykomunizmem prawicowym. Takie stanowisko ugruntował po ochotniczym udziale w hiszpańskiej wojnie domowej, gdzie walczył przeciwko siłom puczysty Franco w szeregach milicji ludowej związanej z bliską trockizmowi, choć nieortodoksyjnie trockistowską Partido Obrero de Unificación Marxista, a sam o mało nie padł ofiarą czystek w wykonaniu NKWD-zistów operujących w Hiszpanii po republikańskiej stronie frontu. Orwell znakomicie orientował się w lewicowej krytyce bolszewizmu, ZSRR itp., czego ślady znajdziemy w wielu jego tekstach politycznych i esejach ideowo-kulturalnych, współpracował m.in. z amerykańskimi środowiskami tego typu skupionymi wokół pisma „Partisan Review”.

Tego rodzaju krytyka przybrała na sile po II wojnie światowej i powstaniu bloku sowieckiego. Zagadnienie „nowej klasy rządzącej” przestało ograniczać się do jednego kraju, a zaczęło dotyczyć obszaru znacznie większego i bardziej zróżnicowanego. Nie sposób tu wymienić wszystkich lewicowych krytyków nowych realiów, wspomnę zatem tylko o kilku.

W roku 1957 ukazała się głośna rozprawa byłego decydenta jugosłowiańskiego, „drugiego po Ticie”, a wówczas już dysydenta, Milovana Dżilasa, zatytułowana „Nova Klasa”. Choć „titoizm” był systemem niezależnym od Stalina, a wobec ZSRR sięgał po krytykę akcentującą m.in. tamtejszą władzę nad robotnikami, to Dżilas uważał, że w Jugosławii nastąpiły analogiczne, nawet jeśli „miększe” procesy degeneracyjne elity władzy i jej znaczące oderwanie się od realiów życia i nastrojów klasy robotniczej. Z perspektywy lat wiemy, że Tito w obronie i dla utrwalenia swojego reżimu stosował metody analogiczne do stalinowskich, wykorzystując je, paradoksalnie, wobec zwolenników opcji stalinowskiej, w postaci m.in. morderczego obozu na Nagiej Wyspie, wzorowanego na gułagach. Książka Dżilasa głosiła tezę, iż w rzeczywistości sowieckiej i „bratnich narodów” nowa elita władzy, będąca zarazem elitą nadzoru nad gospodarką, z punktu widzenia robotników i w ogóle pracowników najemnych nie różni się wiele od dawnych kapitalistów. Owszem, musi czynić pewne koncesje ideologiczne, przeznacza część zysku na inwestycje socjalne (mieszkania, usługi publiczne itp.), a swoją faktyczną rolę i związane z nią przywileje musi dość skrzętnie ukrywać. Jednak wciąż jej celem jest zagarnianie znacznej części wypracowanego dochodu na potrzeby własnego wzbogacania się i próżniaczej konsumpcji. Nie ma tu mowy o emancypacji świata pracy, o jego samorządności, o zniesieniu antagonizmu klasowego – jest zarazem brutalna, jak i zamaskowana ideologicznym frazesem rzeczywistość eksploatacji siły roboczej. Oczywiście kwestia własności wygląda odmiennie niż w kapitalizmie, bowiem aparatczycy partyjni nie posiadają środków produkcji na własność, nie dziedziczą ich automatycznie w modelu rodowo-pokoleniowym itd., jednak interesy świata pracy są, podobnie jak w kapitalizmie, sprzeczne z interesami nowej klasy.

O książce Dżilasa było głośno w całym świecie. Mało kto natomiast wiedział o wydanej rok później książce Zygmunta Zaremby „Narodziny klasy rządzącej w ZSRR”. Autor to wieloletni działacz PPS, w międzywojniu bliski radykalnemu skrzydłu partii, po wojnie uciekł z Polski i zamieszkał we Francji, gdzie przewodził strukturom polskich emigracyjnych socjalistów krytykujących realia „władzy ludowej” w Polsce. Choć autor zawdzięczał pewne tropy i refleksje jugosłowiańskiemu ex-członkowi „nowej klasy”, zaproponował analizę bardziej szczegółową i faktograficzną oraz mocniej osadzoną w lewicowej myśli krytycznej. Zaremba był dłużnikiem wspomnianego Jana Wacława Machajskiego, któremu zresztą poświęcił inną książkę, oddającą hołd temu zapomnianemu myślicielowi i rehabilitującą go w oczach socjalistów „partyjnych”, wcześniej zajadle krytykujących niekorzystne dla nich wnioski jego doktryny.

Swoistą syntezę wniosków trockistowskich i analogicznych do wywodów Dżilasa zawierał „List otwarty do partii” Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. Autorzy wskazywali, że polska „nowa klasa rządząca” ma taki sam charakter jak jej sowiecki odpowiednik, a klasa robotnicza, choć formalnie stanowi „przewodnią siłę narodu”, w praktyce jest poddawana eksploatacji przez elitę władzy, której członkowie zajmują pozycję dawnej burżuazji, a sam ustrój jest socjalizmem tylko z nazwy.

Bardzo oryginalnym polskim wkładem w krytykę „nowej klasy rządzącej”, były rozważania polskiego filozofa Leszka Nowaka, związanego z lewym skrzydłem opozycji antykomunistycznej w PRL. Stworzył on koncepcję trójpanowania, obrazującą totalny (i totalistyczny) charakter klasy rządzącej w demoludach: wszechwładzę polityczną, wszechwładzę ekonomiczną oraz wszechwładzę ideologiczno-kulturową, „kapłańską”, jak myśliciel nazwał ten aspekt.

Lewicowa krytyka PRL miała oczywiście o wiele więcej wątków i przejawów – pisałem o niej więcej w tym tekście.

***

Jednym z niemal zupełnie zapomnianych, a bardzo interesujących krytyków ZSRR z pozycji marksistowskich, był Josef Guttmann. Został on niedawno przypomniany przez Pavla Siostrzonka w czasopiśmie „Kontradikce. Časopis pro kritické myšlení” nr 1/2021. Siostrzonek przygotował pierwszy czeski przekład powyższego tekstu Guttmanna oraz opatrzył go biograficzno-ideologicznym komentarzem zawartym w tekście „Josef Guttmann o Sovětském svazu”. Tekstowi Siostrzonka zawdzięczam poniżej streszczone informacje biograficzne, a samemu autorowi serdecznie niniejszym dziękuję za udostępnienie oryginału tekstu Guttmanna, które umożliwiło nam przygotowanie pierwszego tłumaczenia na polski.

Josef Guttmann urodził się 23 maja 1902 roku w Taborze, na ziemiach czeskich wchodzących wówczas w skład monarchii austro-węgierskiej. Jako 19-latek wstąpił do Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Już jako student Wyższej Szkoły Handlowej stał się płodnym publicystą lewicowym, a niewiele później uznanym działaczem politycznym, organizatorem partyjnym oraz teoretykiem i popularyzatorem marksistowskim. Sporą popularnością cieszyła się jego broszura „Základy marxismu”, zawierająca wykład podstawowych założeń tej doktryny i systemu filozoficznego. Piął się błyskawicznie w hierarchii KPCz. Od roku 1929 był de facto zastępcą lidera partii, Klementa Gottwalda, został redaktorem naczelnym komunistycznego pisma „Rudé právo”, od roku 1931 wchodził w skład egzekutywy i sekretariatu politycznego Międzynarodówki Komunistycznej.

Rozstanie z partią przyszło nagle. Czeski komunista skrytykował bowiem taktykę Komunistycznej Partii Niemiec, która, zgodnie ze stalinowskimi wytycznymi z ówczesnego okresu, odrzuciła współpracę z niemiecką socjaldemokracją i prowadziła jej zajadłą krytykę, co zaowocowało porażkami lewicy, a następnie triumfem Hitlera i NSDAP. Czeski myśliciel poddał krytyce stalinowską tezę o „socjalfaszyzmie”, który to „zarzut” formułowano pod adresem lewicowych partii niekomunistycznych, propagował także wobec faszystowskiego zagrożenia ideę frontu ludowego. W ostatni dzień roku 1933 został za to wykluczony z KPCz.

Zaczął organizować opozycję antystalinowską, która w 1935 roku przybrała postać grupy o nazwie Spartacus. Kolejnym punktem spornym z ortodoksyjnymi komunistami stały się stalinowskie procesy moskiewskie oraz towarzyszące im czystki w kompartiach innych krajów. Wraz ze współpracownikiem o nazwisku Záviš Kalandra opublikował broszurę „Odhalené tajemství moskevského procesu”, gdzie poddali krytyce stalinowską monowładzę w ruchu komunistycznym. Określali się wówczas jako leniniści, a platformą ich działania stała się grupa (licząca około 50 osób) i pismo o nazwie „Proletář”. W roku 1937 Guttmann sformułował wniosek, że nie jest możliwa wewnętrzna reforma partii komunistycznych i Międzynarodówki Komunistycznej, mimo iż w międzyczasie opcja stalinowska zaczęła głosić, jak on przed kilkoma laty, wizję jednolitych frontów z udziałem ogółu sił lewicowych w obronie liberalnej demokracji przed siłami faszystowskimi.

Opublikował wówczas w „Proletariuszu” pierwsze teksty poświęcone krytyce władzy i przywilejów „nowej klasy rządzącej” w ZSRR. W roku 1938 grupa Guttmanna zawiązała współpracę z trockistowską grupą Jiskra i wraz z nią wydawała nieortodoksyjne lewicowe czasopismo teoretyczne „Proletářské nowiny”. Guttmann opublikował w nim tekst polemizujący z główną tezą Trockiego, mówiącą, iż ZSRR za rządów Stalina i biurokracji sowieckiej to „zdegenerowane [ale wciąż] państwo robotnicze”.

W październiku 1938 Guttmann opuścił Czechosłowację. Było to spowodowane tyleż sytuacją wewnętrzną – aneksją części ziem tego kraju przez Hitlera po układzie monachijskim, powołaniem tzw. II Republiki z faszyzującym rządem Berana oraz wzrostem nastrojów antysemickich inspirowanych przez nowe władze (Guttmann miał pochodzenie żydowskie) – ile zaangażowaniem w tworzenie IV Międzynarodówki powołanej przez ugrupowania trockistowskie oraz odwołujące się do tradycji bolszewickiej przeciwko stalinizmowi. Przebywał w Paryżu, następnie Londynie i w Norwegii, by dostać się do Szwecji. Stamtąd z emigracyjną wizą popłynął do Nowego Jorku, gdzie przybył pod koniec kwietnia 1941 roku.

W USA szybko nawiązał współpracę z ludźmi o podobnej biografii, tj. z czeskimi działaczami i intelektualistami wykluczonymi w latach 30. z KPCz. Wkrótce poznał Dwighta Macdonalda, najpierw postępowego radykała, później trockistę, a w owym czasie zwolennika demokratycznego socjalizmu i konsekwentnego krytyka totalitaryzmów nazistowskiego i komunistycznego. Macdonald, prominentny dziennikarz, myśliciel i intelektualista, był jednym z liderów środowiska skupionego wokół jednego z najgłośniejszych czasopism intelektualnych w dziejach, „Partisan Review”. Pod koniec roku 1943 zdecydował jednak o opuszczeniu tej redakcji. Wraz z żoną Nancy rozpoczął w roku 1944 wydawanie magazynu „Politics” (pisanego także w formie „politics”).

W tymże właśnie czasopiśmie Guttmann opublikował tekst „The Soviet Union: A New Class Society”, którego pierwsze polskie tłumaczenie prezentujemy. Tekst ukazał się w dwóch częściach, w drugim i trzecim numerze „politics”, w marcu i kwietniu roku 1944, sygnowany pseudonimem Peter Meyer. Tekst to rozwinięcie oraz całościowe ujęcie tez z artykułów wcześniejszych, z końca lat 30. z Czechosłowacji, zmodyfikowanych o doświadczenia z lat II wojny światowej oraz doprowadzenie do finału wcześniejszych krytyk autora pod adresem antystalinowskiego stanowiska zajmowanego przez Trockiego i jego ortodoksyjnych współpracowników. W roku 1950 ten sam tekst opublikowano ponownie w Nowym Jorku w antologii „Verdict of Three Decades: From the Literature of Individual Revolt Against Soviet Communism, 1917–1950” pod redakcją Juliena Steinberga.

Guttmann w nowojorskich latach związany był z dwoma instytucjami żydowskimi: Yidisher Visnshaftlekher Institut (przeniesionym z Wilna), a następnie American Jewish Committee. Zajmował się m.in. analizowaniem sytuacji Żydów w ZSRR oraz krajach Europy Środkowej, które dostały się po II wojnie światowej w orbitę sowiecką, w tym wzniecaniem przez władze tych krajów nastrojów i pretekstów antysemickich w ramach walk frakcyjnych w łonie „nowej klasy rządzącej”. W USA zastała go wieść o zamordowaniu przez nazistów jego matki i siostry w obozie zagłady na terenie dzisiejszej Białorusi.

Josef Guttmann zmarł nagle w dniu 9 maja 1956 roku. Został pochowany na jednym z nowojorskich cmentarzy jako Joseph Gordon – pod jednym z licznych pseudonimów, które od lat 30. przybierał, aby uchronić się przed zemstą „nowej klasy rządzącej” totalitarnego Związku Radzieckiego.

Remigiusz Okraska

***

Przypisy do tekstu Meyera/Guttmanna:

1. Pod tę kategorię podpadają również tzw. spółdzielnie konsumenckie. Wszystko, co mają one wspólnego ze spółdzielniami znanymi z Anglii, to nazwa. W istocie to państwowe instytucje dystrybucji dóbr.

2. „Państwo ma w swoich rękach takie narzędzia nacisku, jak pensje, ceny, podatki i kredyty. Kompletnie nieproporcjonalne zyski niektórych kolektywów bawełnianych w Azji zależą bardziej od korelacji cen, których wysokość określa rząd, niż od pracy ich członków” – Lew Trocki, „The Revolution Betrayed”, s. 133.

3. Leonard E. Hubbard: „The Economics of Soviet Agriculture”, Londyn 1939, s. 207.

4. Tenże, „Soviet Trade and Distribution”, Londyn 1938, s. 368.

5. Tamże, s. 269.

6. L. Hubbard: „Soviet Labor and Industry”, Londyn 1942, s. 164.

7. M. Florinsky: „Stalin’s New Deal for Labor, „Political Science Quarterly”, marzec 1941.

8. Hubbard: „Soviet Labor…”, s. 164. Hubbard pisze co prawda, iż średnie wynagrodzenie wynosiło 77 rubli w 1929, ale wynika to po prostu z pomylenia statystyk na lata 1929 i 1930.

9. Należy zauważyć, że stopa życiowa 1929 była jednak trochę niższa, niż wynika z tych szacunków, ponieważ dotyczą one wyłącznie żywności. Jedzenie było tanie, owszem, ale np. odzież i inne produkty przemysłowe – drogie, ze względu na tzw. kryzys nożycowy.

10. „Monthly Labor Review”, listopad 1939, maj 1940, sierpień 1940.

11. Por. F. Forest, „An Analysis of Russian Economy”, „New International”, styczeń-luty 1943.

12. M. Yvon: „L’URSS, telle qu’elle est”, Paryż 1938, ss. 212–213. Krótsza, broszurowa, wersja tego dzieła została opublikowana pod tytułem „Ce qu’est devenue la revolution Russe”. Tę też wersję wydał w Nowym Jorku po angielsku („What Has Become of the Russian Revolution”) International Review.

13. Tamże, ss. 204–205.

14. Hubbard, „Soviet Trade”.

15. Por. F. Forest, „An Analysis of Russian Economy”, „New International”, styczeń-luty 1943.

16. Yvon, „L’USSR…”, ss. 215–218.

17. „Trud”, Moskwa, 20 stycznia 1936.

18. Lew Siedow, „New International”, luty 1936.

19. Lew Trocki, „The Revolution Betrayed”, s. 125.

20. „Za industrializacju”, kwiecień 1939 (za: Yvon, ss. 110–111).

21. Tyczy się to specjalistów niższego szczebla, nie najwyższych urzędników.

22. Yvon, s. 163.

23. Hubbard, „Soviet Agriculture”, ss. 164–179.

24. Trocki, dz. cyt., s. 142.

25. „Mała encyklopedia sowiecka”, Moskwa 1939, t. 3, s. 887.

26. Por. Trocki, „The Revolution Betrayed”, ss. 238–245.

27. Dekret z 21.12.1938.

28. Dekret z 29.12.1938.

29. Dekret z 26.06.1938. Dekret z 11.10.1940 wprowadził kolejny wyjątek dla żon żołnierzy podróżujących z mężami.

30. [W tym i kolejnych przypisach powołuje się autor na dekrety radzieckie z:] 24.07.1940.

31. 26.07.1940.

32. 17.07.1940.

33. 22.07.1940.

34. 19.10.1940.

35. 02.10.1940.

36. 26.06.1940 i 03.07.1940.

37. 12.07.1940.

38. 27.07.1940.

39. Por. Manya Gordon, s. 171 i Yvon, s. 117.

40. Oświadczenie Nikołaja Szwernika, przewodniczącego Wszechzwiązkowej Rady Związków Zawodowych, 16.04.1941.

41. Dekret z 27.05.1940.

42. Andrejew w: „Pravda”, 29 grudnia 1935. Por. Gordon, s. 104.

43. „Trud”, 08.07.1933. Por. Gordon, s. 103.

44. Oświadczenie działacza związkowego, Weinberga, za: „Trud”, 08.07.1933. Por. Gordon, s. 103.

45. „Trud”, 16.02.1932. Por. Gordon, s. 103.

46. Dekret z 07.08.1932.

47. Dekret z 07.04.1935.

48. „Prawda”, 28.04.1934. Por. Yvon, s. 256.

49. Wyszynski, „Outline of Justice in USSR”, s. 30. Por. Yvon, s. 256.

50. Dekret z grudnia 1932.

51. Dekret z 06.06.1936.

52. „Nie ulega wątpliwości, że robotnicy nie mają żadnego głosu w kwestii inwestowania wytworzonego kapitału – od początku istnienia ZSRR stanowiło to wyłączną prerogatywę rządu” (Hubbard, „Soviet Trade”, ss. 321–322). „W praktyce kołchoźnicy nie mają większego wpływu na organizację pracy własnego gospodarstwa. Nie tylko jego główne zadania, wybór tego, co się sieje i jaki rodzaj żywca hoduje, jakimi metodami (itp.), zależą w całości od planu gospodarczego – rząd określa również zarówno wysokość rekompensaty, jak i formę, w jakiej ma być wypłacana… Zostawszy przydzielonym do brygady, kołchoźnik musi słuchać we wszystkim swego przełożonego, który z kolei odpowiada przed brygadierem, odpowiedzialnym bezpośrednio przed zarządcą” (Hubbard, „The Economics of Soviet Agriculture:, ss. 165–166). „Zarządca kołchozu to zazwyczaj funkcjonariusz partyjny, a nie rolnik, nie wspominając o tym, że ledwie niewielu z nich należy do lokalnej społeczności, kogokolwiek reprezentuje… Na dzień dzisiejszy 240 000 kołchozów nadzorują zawodowi zarządcy” (Tamże, s. 162).

53. „Podział klasowy w sensie fundamentalnym zawsze ma naturę dualistyczną: jest jedna klasa, która rozkazuje, zmonopolizowawszy kontrolę nad środkami produkcji – i druga, która wykonuje polecenia, pozbawiona własności środków produkcji klasa pracująca. Indywidualny charakter danego systemu determinują dopiero specyficzne formy wyzysku i poddaństwa, jakie w nim istnieją. Na przykład: jeśli podstawowy stosunek między klasami dominującą i pracującą jest zapośredniczony rynkowo poprzez kupno i sprzedaż siły roboczej, mamy kapitalizm. Jeśli zaś poprzez kupno samego człowieka – nie tylko zresztą kupno, ale choćby i porwanie na drodze wojennej – i jeśli w wyniku tego »pan« zaczyna dysponować nie tylko pracą, ale ciałem i duszą wyzyskiwanego, mamy do czynienia z systemem niewolniczym” (Nikołaj Bucharin, „Historical Materialism”, wyd. angielskie, Nowy Jork, 1926, s. 282).

54. Rozumie się samo przez się, że w społeczeństwie klasowym, klasy niższe trzeba karmić, ale na tyle tylko, aby mogły utrzymać swój poziom liczebny, klasy wyższe zaś zgarniają wszelkie nadwyżki. Konkretne metody przeprowadzania tej operacji różnią się jednak w zależności od partykularnej natury danego systemu.

55. „Drobny wytwórca” to, w nomenklaturze marksistowskiej, wytwórca, który posiada na własność swoje narzędzia pracy, produkuje na potrzeby rynku oraz nikogo nie zatrudnia.

56. Yvon, s. 171.

57. Dekret z 03.10.1940.

58. Dekret z 12.10.1940.

59. Yvon, s. 171.

60. Hubbard, dz. cyt., s. 180.

61. Raport „Prawdy”, 20.02.1941.

62. Yvon, s. 22. Jest jeszcze wiele, wiele innych przykładów takich sytuacji.

63. Dekret z 10.02.1941.

64. Można dodać w tym miejscu, iż te same nierówności, jakie mogliśmy zaobserwować wśród radzieckich cywilów, można odnaleźć również – a jakże – w tak szeroko reklamowanej jako „ludowa” Armii Czerwonej. Szeregowiec dostaje 10 rubli na miesiąc. Porucznik – 1000. Pułkownik – 2400. Pensje w armii amerykańskiej są, w porównawczej skali, dużo bardziej egalitarne: 50 dolarów dla szeregowca, 150 dla porucznika, 33 dla pułkownika (por. „New York Times”, 23.08.1943).

65. Cała trockistowska teza o Rosji radzieckiej jako państwie jednak robotniczym opiera się na błędnym założeniu, jakoby upaństwowienie środków produkcji równało się de facto ustanowieniu ustroju robotniczego. Sprzeciwia się ona nie tylko po prostu rzeczywistości, ale nawet całej tradycji socjologicznej marksizmu. Engels już dawno temu robił sobie żarty z podobnie uproszczonego sposobu myślenia, stwierdzając, że skoro wszystko, co państwowe, musi mieć w sobie coś socjalistycznego, pierwszym socjalistycznym robotnikiem w historii był krawiec wojskowy. Rosja to w istocie państwo robotnicze, twierdzą trockiści, ponieważ – mimo wszystkich swych wad – opiera się na socjalistycznej formie gospodarczej, to znaczy: na upaństwowieniu środków produkcji. Jeżeli ktoś wysunie na to nieśmiało argument, że samo owo upaństwowienie jeszcze się socjalizmowi nie równa, bo państwo również może być wyzyskiwaczem, nie mniejszym, niż podmiot prywatny, odpowiadają na to, iż upaństwowienie przeprowadzone przez państwo robotnicze stanowi konieczny warunek stworzenia społeczeństwa socjalistycznego. Okazuje się zatem, że Rosja jest państwem robotniczym, ponieważ opiera się na fundamencie gospodarki socjalistycznej, opiera się zaś na gospodarce socjalistycznej, ponieważ jest państwem robotniczym. Albo, by to ująć krócej: ustrój ZSRR jest robotniczy, bo jest robotniczy i albo w to wierzysz, albo jesteś filistrem, burżujem, renegatem i kim tam jeszcze.