Władysław Korniłowicz – „ksiądz, słup w sutannie żywego ognia”

Była to bez wątpienia postać nietuzinkowa, o olbrzymim charyzmacie, niespożytej energii, działająca z równym powodzeniem na różnych płaszczyznach. Z wielkim poświęceniem pomagał, jak ujął to ks. Jan Zieja, zarówno osobom ociemniałym fizycznie, jak i duchowo1.

W swoich wspomnieniach kardynał Stefan Wyszyński pisał, iż: „Wśród kapłanów, którym przypisuję największy wpływ na moje życie, w pierwszym rzędzie znajduje się ksiądz Władysław Korniłowicz, jeden z twórców dzieła dla niewidomych w Laskach, najbliższy współpracownik i duchowy kierownik Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek. Temu kapłanowi zawdzięczam bardzo dużo, chociaż /…/ nie wszystko wziąłem, co mógłbym od niego wziąć, na skutek właściwych człowiekowi oporów przeciwko łasce, jakiej wiele można było przez niego otrzymać2.

Wskutek pochodzenia oraz wychowania ks. Korniłowicz był związany z kręgiem inteligencji polskiej epoki pozytywizmu. Urodził się w 1884 r. jako trzeci syn dr. Edwarda Korniłowicza, znanego w Warszawie psychiatry, „pozytywisty z przekonań, przyrodnika i psychologa z wykształcenia”3. Jak pisze s. Teresa Landy, ksiądz Korniłowicz „wyniósł z atmosfery rodziny o wysokim poczuciu obywatelskim, uspołecznionej i szlachetnej, ścisłą więź ze swoim pokoleniem oraz szczególne dane do przyszłej swojej działalności apostolskiej. Choć rodzina zwłaszcza w osobach ojca i braci nastawiona racjonalistycznie, włączyła się w życie tworzącej się inteligencji radykalnej i wolnomyślnej, Władysław Korniłowicz nie uległ wpływom rodzinnym jeśli chodzi o sprawy religijne i zachował żywą wiarę dzieciństwa”4. Co więcej, jak się wydaje, owe doświadczenia pomogły mu później w dotarciu do osób o podobnej postawie – „kółkowicze” ks. Korniłowicza będą rekrutować się głównie spośród osób religijnie indyferentnych.

W 1903 r. po zdaniu matury postanowił wstąpić do seminarium duchownego. Decyzja ta spotkała się z dezaprobatą ojca, który wymógł na synu przesunięcie rozstrzygnięć w tej sprawie do czasu ukończenia studiów przyrodniczych w Zurychu. Okres studiów w Szwajcarii ułatwił mu z pewnością znalezienie wspólnego języka ze swoim pokoleniem, zaznajomił z kierunkami dominującymi w ówczesnej nauce oraz z poglądami i postawami powszechnymi wówczas w środowiskach akademickich i inteligenckich. Tam też zetknął się z prof. Friedrichem W. Foersterem, którego wykłady wywarły na niego duży wpływ i definitywnie utwierdziły w zamiarze porzucenia studiów przyrodniczych i wstąpienia do seminarium duchownego, co uczynił w 1905 r.5 W seminarium w Warszawie przebywał kilka miesięcy, po czym w kwietniu 1906 r. udał się do Fryburga Szwajcarskiego, gdzie podjął studia teologiczne. Miejsce to było wówczas ośrodkiem formacji tomistycznej, więc studia tam dały mu gruntowną znajomość owej doktryny. Kardynał Wyszyński pisał po śmierci ks. Korniłowicza, iż: „Najbardziej charakterystyczną cechą umysłowości i duchowości Ojca był tomizm. Nie był Ojciec książkowym naukowcem w ścisłym tego słowa znaczeniu. Nie szperał w Tomaszu, ale żył nim. /…/ Cała duchowość Ojca była tomistyczna, tu znalazł miarę dla swej pracy w dziedzinie moralnej i duszpasterskiej. /…/ Tomizm stał się potężnym narzędziem apostolskiej działalności Ojca. Cały wielki jego wpływ na inteligencję, na młodzież akademicką, na odbiegłych od Boga, na szukających Go, na siostry zakonne, na młodzież ociemniałą tłumaczy się przeżyciem tomistycznym Ojca”6.

W 1912 r. w Krakowie przyjął święcenia kapłańskie, następny rok poświęcił przygotowaniom do doktoratu. Przerwała je wojna. Lata 1914-1916 spędził w Kuźnicach, pracując z młodzieżą. Następnie jako kapelan polowy przebywał na froncie. Stanisław Krzywoszewski wspomina, iż spędził on „/…/ blisko tydzień w okopach razem z żołnierzami /…/ pokazał nam wartość cierpienia i ofiary, wartość pogardy śmierci, wartość energii ducha i ciała – bez kazań – tylko w rozmowach po kilka osób lub po jednemu, w okopie i na placówce7. Później zaś wrócił do Warszawy, gdzie w 1917 r. powstało „Kółko”.

***

Jedna ze współzałożycielek „Kółka”, s. Teresa Landy pisała: „»Kółko« powstało w 1917 r. w sposób czysto rodzinny /…/ Grupka przyjaciół – sześć do ośmiu osób – widziała braki swego uświadomienia religijnego, rozumiała że musi je uzupełnić. W skład tej pierwszej grupki, jak zresztą przez cały czas trwania »Kółka«, wchodziła młodzież o wybitnych zainteresowaniach i zdolnościach naukowych lub artystycznych. Religia przyjęta w entuzjazmie wiary domagała się pogłębienia i ugruntowania intelektualnego w myśl zasady fides quaerens intellectum [wiara poszukująca rozumu – przyp. red.] /…/ Zaczęto zbierać się w małej grupce, zdobywać książki religijne, o które było wtedy bardzo trudno w Warszawie. Poprosiliśmy ks. Korniłowicza, by nam pomógł”8.

„Kółko” nie było formalną organizacją i nie stawiało sobie określonych celów. Stanowiło grupę ludzi, która wspólnie czytała, dyskutowała, modliła się. Większość członków „Kółka” stanowili konwertyci lub ludzie przełamujący po prostu utrwalony indyferentyzm religijny. Grono to ciągle się powiększało, obejmując stopniowo coraz szersze kręgi inteligencji. W charakterze gości lub sympatyków brali udział w zebraniach „Kółka” m.in. literaci Zofia Nałkowska i Czesław Miłosz, krytycy literaccy Karol Irzykowski, Ludwik Fryde czy Jan Kott, dziennikarze, artyści, lekarze, prawnicy i filozofowie. Byli to ludzie wywodzący się z różnych środowisk, o różnorakich poglądach. Dość powiedzieć, iż można tam było spotkać jednocześnie zarówno Ludwika Winteroka, w latach 30. redaktora „Robotnika” – centralnego dziennika Polskiej Partii Socjalistycznej, jak i Jana Mosdorfa, w latach 1926-1934 przewodniczącego Młodzieży Wszechpolskiej, Rady Naczelnej Obozu Wielkiej Polski, Sekcji Młodych Stronnictwa Narodowego, później współzałożyciela i przywódcę Obozu Narodowo-Radykalnego.

Ksiądz Korniłowicz nie był kierownikiem czy przełożonym „Kółka”, lecz raczej jego inspiratorem i duchowym opiekunem. W świetle wspomnień s. Teresy Landy, nie chciał on niczego narzucać w kwestii tematów i metod prowadzenia obrad, często jego rola ograniczała się tylko do podsumowania czy podsunięcia ewentualnych rozwiązań9. Zadaniem „Kółka” miało być uformowanie nowej elity katolickiej, świadomej swej wiary, jej zasad. Pogłębianie znajomości prawd wiary było tak ważne dlatego, iż sytuację polskiego katolicyzmu w tamtym czasie miała charakteryzować powierzchowna, tradycyjna religijność. Ojciec Jacek Woroniecki konstatował, że „elita katolicka w Polsce żyje tylko okruchami wiary, nie domyślając się nawet całego bogactwa, jakie się w niej zawiera”10. Charakterystycznym miał być też brak znajomości doktryny społecznej Kościoła11. „W zachodnio-europejskiej inteligencji – pisał ten dominikanin – ustosunkowanie się do religii jest owocem głębokiego przemyślenia, które doprowadziło do stworzenia sobie zasady. Dalsze postępowanie jest już tylko zastosowaniem się do przyjętych zasad i odznacza się męską konsekwencją. U nas niestety – inaczej – wszyscy unikają myślenia jak największej chłosty”12.

***

„Kółko” w znacznej mierze przyczyniło się do odrodzenia życia religijnego i tworzenia elity katolickiej w Polsce. Wyrazem tej działalności oraz jej narzędziem był założony przez „kółkowiczów” kwartalnik kulturalno-społeczny „Verbum”. Zdaniem wielu, „Verbum” było najlepszym czasopismem katolickim dwudziestolecia, prezentującym nową, intelektualną, otwartą postawę katolickiej inteligencji polskiej. Wywierało ono wpływ nie tylko na środowiska katolickie, związane z Kościołem, ale także na pewne koła inteligencji niewierzącej13. Periodyk stanowił dość elitarne pismo, o czym świadczyła zarówno „/…/ tematyka artykułów, jak i nazwiska autorów, wśród których znajdowali się najwybitniejsi polscy i obcy myśliciele katoliccy”14. „Verbum” powstało w 1934 r. Redaktorem naczelnym dwóch pierwszych numerów był Konrad Górski, historyk literatury i krytyk literacki, uczestnik zebrań „Kółka” od 1926 r. Po nim funkcję tę pełnił do roku 1939 sam ks. Korniłowicz. Na łamach pisma można było spotkać artykuły takich autorów jak: Jacques Maritain, ks. Charles Journet, o. Innocenty M. Bocheński, Leopold Caro, Ludwik Górski, ks. Konstanty Michalski, Czesław Strzeszewski i wielu innych. Swoje poezje zaś zamieszczali w nim m.in. Czesław Miłosz, Leopold Staff, Wojciech Bąk, Jerzy Liebert czy Kazimiera Iłłakowiczówna.

Równocześnie z czasopismem powstało wydawnictwo o tej samej nazwie, które opublikowało szereg pozycji, m.in. „Rewolucja pokojowa” Antonio de Oliveiry Salazara, „Trzej reformatorzy: Luter – Descartes – Rousseau” Jacquesa Maritaina, Modlitwy i pieśni św. Franciszka z Asyżu czy Księgę Psalmów w przekładzie Leopolda Staffa.15

Fakt, iż „Verbum” stanowiło nową jakość na rynku prasy katolickiej w Polsce międzywojennej potwierdzają liczne wypowiedzi i opinie z tamtego okresu. Maria Morstin-Górska odnotowywała pojawienie się nowego periodyku, pisząc, iż wnosi on „/…/ do naszej literatury religijnej jakiś nowy ton, wypełnia lukę, którą się w tym dziale piśmiennictwa naprawdę odczuwało. /…/ Wszystkie /…/ pisma redagowane przez duchowieństwo mają założenia ściśle dydaktyczne, nauczanie i oświecanie wiernych. Żadne z nich nie stało się wyrazem tej przemiany jaka nastąpiła w stosunku społeczeństw do religii katolickiej /…/. Ten ton młodości i pracy twórczej, ten dynamiczny ton dzisiejszego katolicyzmu znajduje właśnie swój wyraz w »Verbum«”16. Wojciech Bąk natomiast konstatował, iż „wśród czasopism kulturalno-literackich wysuwają się na pierwszy plan tak ważkością poruszanych zagadnień, jak i objętością dwa kwartalniki »Marchołt« i »Verbum«. /…/ Katolicyzm polski nie odgrywa w życiu kulturalnym Polski roli jaką mógłby odgrywać. Jest to w dużej mierze jego wina. /…/ Brak poważnego, odważnego, intelektualnego, wysoko stojącego organu publicystyki stara się powetować »Verbum«. Oczywiście ono jedno nie wystarcza. Dobrze jest jednak, że istnieje choć jedno katolickie pismo, które prezentuje nie katolicyzm »prostaczków«, ale usiłuje się zbliżyć i tym samym zbliżyć czytelnika do katolicyzmu »doktorów«17.

Verbum” niewątpliwie promowało styl katolicyzmu inny od wówczas dominującego. Jego cechami była otwartość intelektualna i ideologiczna, aprobata wszystkiego, co nowe i twórcze w katolicyzmie europejskim, tolerancja wobec odmiennych poglądów. Propagowało katolicyzm świadomy intelektualnie, poświadczony działaniem i podkreślający rolę świeckich w życiu Kościoła. Wynikało to wprost z charakteru i postawy samego ks. Korniłowicza, który, jak wspominają liczne osoby, był człowiekiem niezwykle otwartym, bezpośrednim w kontaktach z ludźmi, akceptującym inne osoby z ich słabościami, problemami, a jednocześnie bezkompromisowym w sprawach wiary i moralności, stawiającym wobec innych wymagania, jakie stawiał samemu sobie. Henryka Twarowska pisze, iż był on człowiekiem serdecznym, bezpośrednim i przyjacielskim, ośmielał wręcz „/…/ ludzi do zawierania z nim znajomości. Cechowała go delikatność, powodująca, że niczego innym nie narzucał. Miał dar uważnego słuchania człowieka i niesienia mu natychmiastowej pomocy. Do wszystkich odnosił się jednakowo; nie obojętne były mu smutki i radości drugiego człowieka /…/ Cechowała go szlachetność i wyrozumiałość dla ludzkich słabości, ale nie pobłażliwość18.

***

Jednak najbardziej znanym dziś efektem działalności ks. Korniłowicza są Laski. „Laski służą niewidomym – pisał przed laty Tadeusz Mazowiecki – zwłaszcza niewidomym dzieciom. Ale także ludzie obdarzeni wzrokiem widzą tu więcej. Laski to równocześnie pojęcie we współczesnej kulturze i historii chrześcijaństwa w Polsce. I wreszcie Laski to miejsce codziennej ciężkiej pracy wielu ludzi: Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, świeckich, księży, pracowników, wychowawców, nauczycieli. /…/ Laski są cząstką chrześcijaństwa i cząstką Polski, uformowaną poprzez cierpienie i poprzez otwartość wobec ludzi; są jednym z tych miejsc w świecie, którym dane było i jest być dla innych znakiem na drodze”19.

W roku 1922 ks. Korniłowicz przeprowadził się do Lublina, gdzie rozpoczął pracę jako dyrektor konwiktu księży studiujących w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. „Kółko” jednak nie zaprzestało swej działalności po jego przenosinach. Wręcz przeciwnie – ciągle się rozwijało. Zebrania coraz częściej odbywano w Bibliotece Wiedzy Religijnej w Warszawie. Bibliotekę tę, z inicjatywy ks. Korniłowicza, założyła w 1919 r. Irena Tyszkiewiczowa, która później, po śmierci męża rozstrzelanego w Powstaniu Warszawskim, wstąpiła do Zgromadzenia SS. Franciszkanek. Zebrania organizowane w bibliotece były jednym z przejawów zbliżenia „Kółka” do matki Elżbiety Czackiej i środowiska Lasek.

Ks. Korniłowicz w 1918 r. zetknął się i rozpoczął wieloletnią współpracę z Matką Czacką – prawnuczką Tadeusza Czackiego, która utraciła wzrok w 1898 r., w 1910 r. założyła Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Warszawie, a w 1917 r. przyjęła habit III Zakonu św. Franciszka jako siostra Elżbieta20. Przez pierwsze lata kontakty były incydentalne, ponieważ ks. Korniłowicz dojeżdżał wówczas z Lublina do Warszawy, a od 1922 r. do Lasek, gdzie przeniesiono Zakład. Dzięki Korniłowiczowi w pracę Zgromadzenia SS. Franciszkanek włączyli się nowi ludzie. „Kółko” zacieśniło współpracę z dziełem matki Czackiej z chwilą, gdy jedna z jego współzałożycielek, Zofia Sokołowska, zdecydowała się wstąpić do franciszkanek21. W 1924 r. ks. Korniłowicz wspólnie z matką Czacką nadali dziełu Lasek nazwę „Triuno”, która miała symbolizować jedność trzech podmiotów (sióstr franciszkanek, świeckich pracowników i niewidomych) oraz trzech celów (charytatywnego, wychowawczo-tyflologicznego i apostolskiego)22.

Był to także rok, w którym samo „Kółko” weszło w nowy okres rozwoju. Związane było to przede wszystkim z osobami Jerzego Lieberta i Rafała Marcelego Blutha, o których s. Teresa Landy pisze, że wnieśli „całe bogactwo swoich zainteresowań i dociekań literackich”23. W tym czasie powstał pod wpływem spotkań Laskowych najdojrzalszy i najlepszy tom poezji Lieberta – „Gusła”, w którym mówi on o ks. Korniłowiczu „ksiądz, słup w sutannie żywego ognia”24. Z czasem zebrania w sposób naturalny przeniosły się do Lasek, gdzie w 1927 r. zorganizowano pierwsze zamknięte rekolekcje „Kółka”. Jednak najbardziej zbliżył „Kółko” do dzieła matki Czackiej powrót z Lublina ks. Korniłowicza, który w 1930 r. został kapelanem Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża.

W 1933 r. z inicjatywy Korniłowicza i dzięki jego wsparciu finansowemu – przeznaczył na ten cel pieniądze, które otrzymał w spadku – powstał w Laskach Dom Rekolekcyjny. Ks. Korniłowicz przykładał do tej inicjatywy olbrzymią wagę, uznając za jednym ze swoich mistrzów, Friedrichem Foersterem, iż domy takie są we współczesnym świecie bardziej potrzebne niż sanatoria. Laski, jak pisał jeden z „kółkowiczów”, „/…/ były i dla Kółka i dla innych związanych z ks. Korniłowiczem środowisk, nie tylko zresztą świeckich, szkołą praktycznego uczenia się chrześcijańskiego świadectwa ad extra”25. Ze wspomnień mieszkańców ośrodka w Laskach, dotyczących ks. Korniłowicza, wyłania się postać nie tylko wyjątkowego kierownika duchowego i spowiednika, ale także osoby pełnej humoru, towarzysza zabaw dzieci ociemniałych. Mirosław Miroński, przebywający w Laskach w latach 1933-43, pisze o nim, iż „miał duże poczucie humoru i wprowadzał wiele radości /…/ Ojciec zawsze umiał znaleźć czas, by być razem z nami. Śpiewaliśmy i bawiliśmy się, a Ojciec umiał tak się do nas dostroić, że nie wytwarzał dystansu”26.

***

Działalność „Kółka” została brutalnie przerwana przez wojnę. Wielu jego członków poniosło przedwczesną śmierć. Rafał M. Bluth – rozstrzelany w 1939 r. jako jedna z pierwszych ofiar hitlerowskiego terroru; Ludwik Bujalski – ranny w czasie oblężenia Warszawy, zginął w 1939 r. w zbombardowanym szpitalu; Stanisław Krzywoszewski – więzień obozu oświęcimskiego, w którym zmarł w 1940 r.; Jerzy Siwecki – śmiertelnie ranny w czasie kampanii wrześniowej.

Ksiądz Korniłowicz w czasie okupacji musiał się ukrywać, ponieważ poszukiwało go gestapo w związku z odezwą do katolików niemieckich, którą ogłosił tuż przed wybuchem wojny. Przebywał pod przybranym nazwiskiem w Żułowie, gdzie znajdowała się placówka Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Opieką duszpasterską otaczał tam nie tylko mieszkańców placówki, ale i okoliczną ludność. Organizował rekolekcje, prowadził regularne studia tomistyczne dla sióstr ze Zgromadzenia oraz dla osób świeckich.

Okres ten to jednak również czas, gdy coraz szybciej rozwijała się u niego choroba nowotworowa. W kwietniu 1944 r. ks. Korniłowicz przeszedł pierwszą operację głowy, po której przyjechał do Lasek. Tam właśnie zmarł 26 września 1946 r. po drugiej operacji nowotworu mózgu. Pochowany został na tamtejszym cmentarzu, na tablicy nagrobnej napisano proste słowa: „Nasz Ojciec”. W 1976 r. rozpoczął się proces informacyjny jako wstęp do procesu beatyfikacyjnego ks. Korniłowicza.

***

Zakład w Laskach okazał się najtrwalszym jego dziełem. W czasie wojny powstał na jego terenie szpital wojskowy, którego wzmożona działalność przypadła na czasy powstania warszawskiego. Stanowił on także punkt kontaktowy oddziałów konspiracyjnych. W 1942 r. do Lasek przybył ks. Stefan Wyszyński, który spędził tam następne trzy lata, pełniąc funkcję kapelana obwodu AK.

Po wojnie placówka działała nadal. Miała ona istotne znaczenie nie tylko ze względu na działalność tyflologiczno-wychowawczą. Władze PRL na wiele sposobów przeszkadzały w funkcjonowaniu Lasek, a nawet próbowały w latach 50. doprowadzić do zamknięcia ośrodka. Mimo tych problemów, nastąpił dynamiczny rozwój placówki, m.in. dzięki darom Polonii amerykańskiej powstały nowe budynki przedszkola, szkół i warsztatów. Laski stały się też wówczas dla dużej części intelektualistów swego rodzaju przystanią, miejscem zadumy, przemyśleń, wyciszenia, mniej lub bardziej formalnych spotkań, oazą spokoju i wolności w czasach PRL. Nieprzypadkowo cmentarz w Laskach pełen jest nagrobków z nazwiskami wybitnych ludzi, którzy postrzegali to miejsce jako swoją duchową ojczyznę – dość wymienić Mariana Brandysa, Jana Lechonia, Jerzego Lieberta, Andrzeja Munka, Antoniego Słonimskiego, Jerzego Zawieyskiego, ks. Jana Zieję i wielu innych. Laski stały się nawet miejscem regularnych odwiedzin i pobytu osławionej Julii „Luny” Brystygierowej, w pierwszej połowie lat 50. dyrektora Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, odpowiedzialnego m.in. za walkę z Kościołem27.

Obecnie Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym przygotowuje do samodzielnego życia ok. 300 niewidomych i niedowidzących dzieci z całej Polski. Oprócz ośrodka w Laskach funkcjonują również placówki Towarzystwa w Żułowie, Sobieszewie oraz Rabce.

Przypisy:

1 s. E. J. Niszczota FSK, Ojciec wszystkich poszukujących. Sługa Boży ks. Władysław Korniłowicz, spowiednik, kierownik duchowy i wychowawca, Warszawa 1998, s. 477.

2 Stefan Kardynał Wyszyński, Nasz Ojciec Ksiądz Władysław Korniłowicz, Warszawa 1986, s. 53.

3 B. Cywiński, Rodowody niepokornych, Paryż 1985, s. 304.

4 Siostra Teresa Franciszkanka [T. Landy], Formacja katolicka w dwudziestoleciu, „Znak” 1959 nr 57, s. 366.

5 s. T. Landy, s. R. Wosiek, Ksiądz Władysław Korniłowicz, „Znak” nr 207, 1971, ss. 1167-1169.

6 ks. S. Wyszyński, Ksiądz Władysław Korniłowicz, „Tygodnik Powszechny” nr 50/1946, s. 1.

7 s. E. J. Niszczota FSK, op.cit., s. 27.

8 [T. Landy], op.cit., ss. 370-371.

9 [T. Landy], op.cit., s. 371.

10 ks. J. Woroniecki, Pełnia modlitwy, Poznań 1924, s. 7.

11 ks. A. Wóycicki, Zadania i potrzeby katolicyzmu społecznego w Polsce, Warszawa 1922, ss. 9, 19.

12 ks. J. Woroniecki, Życie religijne współczesnej inteligencji polskiej, „Prąd” nr 1, 1926, s. 3.

13 Por. Verbum (1934-1939). Pismo i środowisko, Lublin 1976, s. 7; J. Turowicz, Formacja katolicka w dwudziestoleciu, „Znak” 1957 nr 40, ss. 403-409.

14 S. Sawicki, Verbum – Pismo i środowisko, „Znak” nr 108, 1963, ss. 648-649.

15 Ibid., ss. 473-477.

16 Ibid., s. 51.

17 Ibid., ss. 59-60.

18 s. E. J. Niszczota FSK, op. cit., ss. 459-460.

19 Ludzie Lasek, pod red. T. Mazowieckiego, Warszawa 1987, ss. 8-9.

20 s. R. Wosiek, Podstawy ideowe dzieła Lasek, „Tygodnik Powszechny” nr 20/1974, s. 5.

21 S. Sawicki, op. cit., s. 647.

22 s. R. Wosiek, op. cit., s. 5.

23 [T. Landy], op. cit., 382.

24 J. Liebert, Romantyczność, [w:] Poezje zebrane, Warszawa 1951, s. 138.

25 S. Frankiewicz, Ojciec Władysław Korniłowicz, „Więź” nr 9/1971, s. 80.

26 s. E. J. Niszczota FSK, op. cit., s. 395.

27 J. Żaryn, Córka marnotrawna, czyli Luna w Laskach, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” nr 11, 2005.

Między liberalizmem a komunizmem

Cóż my możemy przeciwstawić /…/ komunizmowi czy nacjonalizmowi? Tamte kierunki wychowują swoich ludzi na bogatej literaturze, a my /…/ w kółko powtarzamy, że chłop powinien rządzić państwem, bo stanowi większość, chłop potęgą jest i basta… siła leży w ludzie… i na tym koniec. /…/ Ruch ludowy bez naukowego opracowania swych podstaw nie osiągnie tego, do czego dąży. Czas więc najwyższy podjąć pracę w tym kierunku – pisał w 1932 r. zaledwie 27-letni Stanisław Miłkowski. W ciągu kilku następnych lat stworzył jedną z najciekawszych doktryn ideowych w historii Polski.

***

Urodził się 6 czerwca 1905 r. we wsi Sikorzyce nieopodal Dąbrowy Tarnowskiej. Jego rodzice byli niezamożnymi właścicielami 3-hektarowego gospodarstwa. Mimo to zdecydowali się na wyrzeczenie, jakim było finansowanie nauki syna. W 1926 r. ukończył gimnazjum w Tarnowie i zaczął studiować polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po trzech latach zrezygnował z niej na rzecz prawa, którego absolwentem został w 1934 r.

Tuż po rozpoczęciu studiów został członkiem Polskiej Akademickiej Młodzieży Ludowej – organizacji studentów sympatyzujących z ruchem ludowym, pochodzących z rodzin wiejskich. W oddziale krakowskim był jednym z liderów sekcji pracy społecznej, przewodniczącym komitetu prasowego, a w roku akademickim 1929/30 wybrano go prezesem. Współpracował także z Ludowym Związkiem Artystyczno-Literackim „Promieniści”. Grupa stawiała sobie za cel „oświecanie” środowisk wiejskich przez pochodzących z nich inteligentów, którzy po studiach mieli wracać na wieś i propagować wzorce ogólnonarodowe. Dość anachroniczny, bo odtwarzający wzorce z początków wieku, program szybko przestał wystarczać Miłkowskiemu. W 1929 r. na łamach „Promienia”, organu grupy, odwracał tę optykę: Lud nasz ma swoją bardzo wartościową kulturę, której twórcą był on sam, bo nie przejął jej znikąd. /…/ kultura ludowa niezawodnie stanie się tworzywem przyszłej kultury polskiej. Ta dość naiwna wizja, była zapowiedzią bardziej dojrzałych rozważań.

W 1929 r. Miłkowski należał do osób, które poparły secesję młodych ludowców z Małopolskiego Związku Młodzieży, opanowanego wówczas przez sanację. Utworzyli oni wojewódzką strukturę Związku Młodzieży Wiejskiej RP, zwanego „Wiciami”. W latach 1930-31 był wiceprezesem krakowskiego ZMW, po przekształceniu go w spółdzielnię pełnił w l. 1931-32 funkcję wiceprezesa rady nadzorczej, a kolejne dwa lata – prezesa zarządu. Wchodził także w skład redakcji organu prasowego, pisma „Znicz”. W roku akademickim 1930/31 był prezesem Ogólnopolskiego Związku Akademickiego Młodzieży Ludowej. Wreszcie, w latach 1932-34 ukończył Wyższy Naukowy Kurs Spółdzielczy na Wydziale Rolnym UJ.

Był to okres fermentu ideowego wśród młodych ludowców. „Dorosły” ruch ludowy nie miał im nic do zaoferowania – najpierw podzielony na trzy skłócone ugrupowania, a po zjednoczeniu w Stronnictwie Ludowym nie potrafiący wyjść poza zaklęty krąg doraźnego politykierstwa, które po maju 1926 r. pozbawione było nawet roli, jaką posiadało w zwykłej demokracji. Miłkowski negatywnie ocenił brak wizji ideowej. „Dorosły” ruch ludowy koncentrował się na wyborach, obsadzeniu posad, na hasłach i obietnicach, natomiast nie formułował koncepcji i szczegółowych propozycji rozwiązań konkretnych problemów.

Druga przyczyna fermentu wśród młodej inteligencji ludowej była ważniejsza niż spór ze „starymi”. Wielki kryzys gospodarczy przełomu lat 20. i 30. postawił pod znakiem zapytania sens liberalnego kapitalizmu. W Polsce kryzys nie tylko skutkował znacznym spadkiem poziomu życia, a w przypadku wsi dotkliwą nędzą, ale także obnażył skutki ślimaczego tempa przeobrażeń prospołecznych. Kapitalizm okazał się niewydolny, a polski w dodatku archaiczny.

***

W takich realiach Miłkowski został czołowym ideologiem niezależnej młodzieży wiejskiej. Różnym kierunkom polityczno-społecznym, jak liberalizm, socjalizm, komunizm itp. przeciwstawiamy kierunek nowy, rodzący się obecnie z żywiołową siłą /…/; kierunkiem tym jest agraryzm – pisał w 1930 r. w pierwszym numerze „Znicza”. Wkrótce miał stać się najbardziej oryginalnym ideologiem tego nurtu.

Agraryzm był popularny m.in. w Szwajcarii, Niemczech, do pewnego stopnia w krajach skandynawskich. Najsilniej rozwinął się jednak w Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie warstwa chłopska była liczniejsza, kultura ludowa wciąż żywa, w kształtowaniu tożsamości młodych narodów ważną rolę pełniły rozmaite „chłopomańskie” wizje, istniało także poczucie odrębności od „starych”, przemysłowych narodów Europy Zachodniej. Agraryzm bułgarski, jugosłowiański i czechosłowacki eksploatował właśnie takie wątki, wzbogacone o przekonanie o szczególnej roli i wartości warstwy chłopskiej jako tej, która stanowi większość obywateli, zapewnia narodowi pożywienie oraz żyje z „uświęconej” pracy na roli, w harmonii z przyrodą, kultywuje „odwieczne” obyczaje itp.

Starsze pokolenie polskich ludowców przyjęło agraryzm w postaci zbliżonej do czechosłowackiej, czyli „centrowej”, natomiast młodzież ludowa szybko nadała mu rys bardziej radykalny i mniej idealistyczny. Kryzys gospodarczy końca lat 20. pchnął twórców polskiej wersji „na lewo”. Głównym ideologiem tego nurtu stał się właśnie Miłkowski. Działając we wspomnianych organizacjach, pełnił m.in. funkcję prelegenta i organizatora dyskusji ideowych. Został wówczas przez współpracowników nakłoniony do stworzenia syntezy tego, co ustalono podczas licznych debat. Oczywiście jego osobisty wkład w formułowanie propozycji programowych był znaczny. Latem 1933 r. Miłkowski wygłosił referat zawierający wstępną wersję przemyśleń środowiska krakowskiego ZMW na ogólnopolskiej konferencji „wiciarzy” w Kępie Celejowskiej. Tam przekonano go do opublikowania referatu w „Młodej Myśli Ludowej” (czołowe teoretyczne pismo ruchu ludowego), a dodatkowe koncepcje złożyły się na zawartość wydanej w 1934 r. książki Miłkowskiego pt. „Agraryzm jako forma przebudowy ustroju społecznego”. Wkrótce przyszły kolejne teksty, natomiast rok 1936 przyniósł publikację jego drugiej książki, „Walka o nową Polskę”.

***

Już referat z Kępy Celejowskiej zawiera tezę kluczową w doktrynie Miłkowskiego: nowożytny ustrój, powstały po rewolucji francuskiej, teoretycznie zagwarantował równość polityczną, ale w praktyce nie oferuje jej wskutek dysproporcji ekonomicznych. /…/ tylko drogą urzeczywistnienia demokracji gospodarczej – można stworzyć trwałe podstawy dla demokracji politycznej i społecznej. Demokracja bowiem nie zbankrutowała, jak to z triumfem głoszą zwolennicy różnych form dyktatury – lecz /…/ nie miała dotychczas odpowiednich warunków do ugruntowania się.

Kapitalizm bazuje na wyzysku, gdyż – Miłkowski upraszcza tezę Marksa – pracownik najemny otrzymuje tylko część owoców pracy w postaci wynagrodzenia, resztę zagarnia właściciel środków produkcji. Idąc dalej: Teoretycy liberalizmu twierdzili, że będzie to ustrój najsprawiedliwszy, albowiem jest w nim zachowana zasada równości szans. Każdy ma możność czynnego brania udziału w życiu gospodarczym i bogacenia się. Było to jednak fałszywe postawienie sprawy, albowiem w punkcie wyjściowym /…/ stawali jedni z większym lub mniejszym kapitałem – drudzy zaś z gołymi rękami, zdolni najwyżej do wynajmowania się tym pierwszym – pisał na łamach „Agronomii Społecznej i Szkolnictwa Rolniczego”. O ile wczesny, „liberalistyczny” kapitalizm faktycznie oferował pewne pole manewru wskutek swobodnej konkurencji wielu podmiotów oraz ścierania się interesów pracowników, konsumentów i pracodawców, o tyle kapitalizm, w którym nastąpiły procesy koncentracji własności i zdominowanie rynku przez potentatów, pozostawia tej swobody nieporównanie mniej. Następuje „bogacenie się jednostek i zubożenie mas”, te ostatnie są skazane na warunki dyktowane przez koncerny, kartele i monopole. Jeśli państwo dokonuje interwencji w rynek, to wspiera albo wielkich producentów, albo w najlepszym razie zorganizowane grupy społeczne. Wieś pozostaje jedynym obszarem, gdzie występuje wciąż „pierwotny” wolny rynek i dlatego traci najbardziej. Chłop jako samodzielny, drobny producent nie ma szans w starciu z gigantami. Jest też bezsilny jako konsument. W efekcie sprzedaje tanio, a kupuje drogo.

Miłkowski nie negował podziałów majątkowych wśród chłopstwa, jednak stwierdzał, iż różnice te są stosunkowo niewielkie, a w okresie kryzysu jeszcze maleją, zatem zasadne jest traktowanie całej warstwy jako jednolitej. Stymulowanie w jej łonie podziałów byłoby szkodliwe również z punktu widzenia potencjału współdziałania i siły politycznego nacisku. Zresztą, w sytuacji panującego „głodu ziemi” i powolnej industrializacji kraju, nawet stosunkowo zamożni chłopi muszą dzielić gospodarstwa między potomków, co sprawia, że jedyny „kapitał” rolników podlega rozproszeniu, nie zaś koncentracji.

Ideologie konkurencyjne wobec kapitalizmu – socjalizm czy komunizm – operują kategoriami dostosowanymi do realiów przemysłu. Rozpatrując rolnictwo wedle tych prawideł, nie biorą pod uwagę, że znacznie większą rolę odgrywają w nim czynniki niezależne od człowieka (siły natury) oraz niematerialistyczne (emocje, nastawienie psychiczne etc.). W produkcji przemysłowej, /…/ prawie zupełnie zmechanizowanej, maszyna jest wszystkim, a człowiek tylko dodatkiem. W produkcji rolniczej zachodzi stosunek odwrotny, tj. człowiek jest wszystkim, a maszyna tylko dodatkiem. /…/ o ile w przemyśle jest stosunkowo łatwo przeprowadzić uspołecznienie /…/ środków produkcji, o tyle w rolnictwie nastręcza się szereg zasadniczych trudności – mówił Miłkowski w Kępie Celejowskiej. Wniosek ten, bazujący na czysto „wiejskich” przesłankach, stał się ważnym elementem ogólnoustrojowej teorii agrarystycznej.

Specyfika pracy chłopów przekłada się na sferę etyczną. Właściciel gospodarstwa rolnego nie jest ani kapitalistą, ani proletariuszem. Jest czymś pośrednim /…/ – samodzielnym wytwórcą. /…/ w tej /…/ komórce gospodarczej [gospodarstwie rolnym] możemy się doszukać elementów przyszłego ustroju, znoszącego wyzysk społeczny, a równocześnie dostosowanego do natury ludzkiej. Chłop bowiem nikogo nie wyzyskuje /…/, wszystko zaś co ma, zdobywa ciężką pracą – przekonywał w referacie. Choć rolnik posiada środki produkcji, inaczej niż robotnik, to jednak pracujący sam wraz z rodziną /…/, tylko wyjątkowo posługujący się obcą pomocą – jest bliższy robotnikowi, należy do świata pracy. Podlega również wyzyskowi wskutek dysproporcji między znikomą własną siłą a potęgą „zmów kapitalistycznych”. Chłop i robotnik /…/ należą do świata pracy, chociaż pracują w różnych gałęziach wytwórczości. /…/ te dwie warstwy świata pracy winny iść solidarnie w walce o nowy, sprawiedliwy ustrój społeczny – przekonywał na łamach „Agronomii Społecznej…”.

Agraryzm zatem, głosił referat Miłkowskiego, jest kierunkiem pośrednim między liberalizmem gospodarczym a socjalizmem. Jest niejako syntezą dodatnich stron tych dwu kierunków, jest złotym środkiem, którym zwykle idzie życie. /…/ Głównym [jego] założeniem jest postulat zniesienia wyzysku człowieka przez człowieka /…/. Chodzi więc o realizację demokracji gospodarczej, o dostarczenie każdemu pracy bądź to na warsztacie swoim, bądź też wspólnym, aby każdemu dać podstawę do życia, a zarazem znieść rażące nierówności na punkcie posiadania. W „Agronomii Społecznej…” dodawał, że w przyszłym ustroju społecznym każdy człowiek winien żyć tylko z własnej pracy.

Wniosek stąd taki, że agraryzm /…/ w dużym stopniu godzi we własność prywatną i wysuwa postulat zniesienia jej wszędzie tam, gdzie ona stwarza podstawę do wyzysku człowieka przez człowieka. Natomiast własność prywatną zatrzymuje tam, gdzie zjawisko wyzysku nie występuje – pisał w „Agronomii…”.

W wizji Miłkowskiego, produkcja rolna i drobne rzemiosło miały pozostać w rękach prywatnych również z tego względu, że osobiste „doglądanie” pracy skutkuje wyższą wydajnością. Człowiek w swojej naturze ma dość głęboko wkorzeniony instynkt posiadania i zazwyczaj inaczej pracuje, gdy ma świadomość, że owoce tej pracy przypadną w udziale jemu samemu. /…/ nie wierzymy, by dało się zmienić pewne cechy natury ludzkiej, które się przejawiają w niej od wieków – pisał w „Agraryzmie…”.

Przemysł drobny i średni powinien zostać domeną spółdzielczości, czyli przybrać formę oddolnej, dobrowolnej współwłasności, co pozwoli wyeliminować wyzysk, a jednocześnie emocjonalnie powiąże zatrudnionych z ich warsztatem pracy. Natomiast wielkie przedsiębiorstwa, szczególnie o znaczeniu strategicznym, miałyby zostać upaństwowione, jednak pod społeczną kontrolą.

W tym duchu przeprowadzona przebudowa ustroju gospodarczego otworzy /…/ okres rozwoju /…/ opartego na zasadach sprawiedliwości społecznej. Agraryzm /…/ ma szanse skupienia na wspólnej platformie całego świata pracy, a więc chłopa, robotnika, rzemieślnika i pracownika umysłowego – wieś i miasto – przekonywał w Kępie Celejowskiej.

***

W pierwszej książce pisał: Głównym celem działalności gospodarczej w ustroju kapitalistycznym jest osiągnięcie zysku, podczas gdy sama produkcja i kwestia zaspokojenia ludzkich potrzeb jest tylko środkiem do celu. /…/ Kapitalizm wytworzył swoją odrębną etykę, która stara się uzasadnić wszelkie rozboje, dokonywane w pogoni za zyskiem. /…/ W etyce kapitalizmu brak jakichkolwiek momentów natury moralnej, jak sprawiedliwość społeczna /…/. W artykule „Pożniwne rozważania” z „Wici” w 1936 r. dodawał: Wszystkiego jest pod dostatkiem, wszystkiego jest za dużo – a milionom ludzi głód zaziera w oczy. Czy to nie jest największym oskarżeniem pod adresem dzisiejszego porządku społecznego?

Alternatywy nie stanowi komunizm. Pomijając nawet wspomniany jego „defekt” w postaci błędnej oceny charakteru pracy rolnej, a także naiwność i utopijność tej doktryny, posiada on również inne wady. Wskutek braku powiązania człowieka z efektami pracy, ustrój komunistyczny jest nieefektywny, czego przykładem sowieckie kołchozy i sowchozy – mniej wydajne niż latyfundia, a daleko ustępujące drobnym gospodarstwom. Prowadzi też do nowej formy wyzysku i jeszcze większego podporządkowania mas pracujących – tym razem kaście biurokratycznej. W ustroju komunistycznym, mając pod rozkazami wszystkie warstwy pracujące, można oczywiście dokonywać /…/ wielkich rzeczy, można budować Magnitogorski i Dnieprostroje. Ale czy to jest miarą wartości tego ustroju? Do dziś dnia przetrwały liczące tysiące lat piramidy egipskie, dzieła potężne jak na ówczesny stan techniki /…/, wzniesione rękami /…/ niewolników – a mimo to nikt nie stawia /…/ ówczesnego ustroju Egiptu za ideał – pisał w „Agraryzmie…”.

W „Agronomii…” podkreślał etyczno-personalistyczny wymiar agraryzmu: Przy formalizowaniu przyszłych form ustrojowych należy mieć na uwadze to, aby one swoim ciężarem nie przygniatały człowieka i nie przekształcały go w bezwolne tylko narzędzie. /…/ Nie człowiek dla doktryny, ale doktryna dla człowieka! /…/ W okresie prawych i lewych dyktatur i miażdżenia jednostki – agraryzm podejmuje walkę o wolność społeczną /…/.

Akcentował konieczność porzucenia wiary w samoistność przemian ustrojowych lub upatrywania jedynych przyczyn negatywnych zjawisk w kwestiach materialnych. Podkreślał dwutorowość zmian – nie tylko „technicznych” (formy polityczne i organizacyjne), ale także moralnych. Pisał w „Zniczu” w 1933 r., iż /…/ musimy być świadomi, /…/ że agraryzm jest najtrudniejszą formą gospodarowania /…/, jako że /…/ koniecznym jest wysoki stopień uświadomienia i uspołecznienia każdego obywatela. Przeto z krystalizowaniem nowych form ustrojowych musi iść w parze kształcenie naszego umysłu i przeobrażenie duszy naszej /…/.

***

Kluczowym zagadnieniem dla działacza ludowego i teoretyka agraryzmu (zakładającego prymat chłopów w społeczeństwie) była reforma rolna. Ówczesna Polska to kraj, gdzie kilka milionów gospodarstw było zbyt małych, aby zapewnić produkcję pozwalającą na godziwe dochody czy choćby pełne zaspokojenie biologicznych potrzeb właścicieli. Kolejne kilka milionów stanowili bezrolni mieszkańcy wsi. Uwzględniając utrzymanie kilku osób z jednego gospodarstwa, odpływ ludności do przemysłu i miast, procesy demograficzne itp., Miłkowski szacował liczbę „ludzi zbędnych” wśród mieszkańców wsi na ok. 9 mln.

Logicznym wnioskiem było żądanie rozparcelowania wielkich majątków ziemskich – prywatnych, państwowych i kościelnych (oraz niekatolickich związków wyznaniowych) – i rozdzielenie ich między bezrolnych i małorolnych chłopów. Reforma miała także oczywiście cele polityczne – m.in. ograniczenie roli ziemiaństwa, które zdaniem Miłkowskiego stanowiło warstwę blokującą rozwój i modernizację Polski. Pozostawienie w rękach ziemian części areałów (od 20 do 50 ha) związałoby tę warstwę z pracą i mentalnie zbliżyło do innych grup społecznych. Upowszechnienie własności rolnej wzmocniłoby natomiast państwo polskie, gdyż dotychczasowi biedacy mieliby w posiadaniu „swój kawałek” ojczyzny.

Nie mniej ważny cel stanowiło polepszenie efektywności rolnictwa. Polska produkcja rolna w stosunku do istniejącego areału ziem uprawnych nie była imponująca ani z uwagi na potrzeby rynku wewnętrznego, ani pod względem możliwego potencjału eksportowego. Miłkowski, bazując na badaniach m.in. Władysława Grabskiego i szwajcarskiego naukowca prof. E. Laura, udowadniał, że drobna własność w rolnictwie jest najbardziej efektywna, gdyż chłop pieczołowicie dba o to, żeby z ziemi „wycisnąć” jak najwięcej w taki sposób, by nie wyeksploatować jej zasobów. Drobny rolnik jest z konieczności najbardziej racjonalnym użytkownikiem ziemi.

Miłkowski nie idealizował wsi. Nie traktował zatem reformy rolnej jako panaceum na wszelkie bolączki chłopstwa. Wiedział, że znaczna część drobnych gospodarstw jest zacofana. Dlatego chciał „obudować” reformę przemianami technicznymi i organizacyjnymi. Miało temu służyć szkolnictwo rolnicze, tworzenie stacji doświadczalnych, kursy zawodowe, upowszechnianie nowoczesnej techniki rolnej, kredytowy system finansowania innowacji, a także rozwój infrastruktury wiejskiej – ogólnej (elektryfikacja, sieć transportowa) i branżowej (zakłady przetwórcze, punkty skupu płodów rolnych).

Po zagospodarowaniu wszelkich zasobów ziemi, pozostaną na wsi jeszcze 2-3 miliony osób pozbawionych warsztatu pracy. Jednym ze sposobów rozwiązania problemu byłoby tworzenie etatów związanych z rolnictwem pośrednio – wszelkiej maści zakładów przetwórczych. Osobna kwestia to rozwój nowatorskich form zarobkowania, np. chałupnictwa wiejskiego (rzemiosło, rękodzieło użytkowe i artystyczne). Trzeci kierunek rozwoju to swoista migracja gospodarki nie tyle na wieś, ile na prowincję – Miłkowski jako jeden z pierwszych postulował, aby polityka państwa wspierała sytuowanie zakładów produkcyjnych także w mniejszych ośrodkach.

Czwarty wreszcie sposób, to uprzemysłowienie kraju. W przeciwieństwie do wielu ludowców, Miłkowski dostrzegał konieczność skoku cywilizacyjnego poprzez rozwój przemysłu. Choć miał świadomość negatywnych aspektów urbanizacji i industrializacji – dlatego postulował odejście od „koszarowego” budownictwa na rzecz domów z ogródkami, zwiększenie ilości zieleni w miastach czy tworzenie tzw. miast-ogrodów – niemal wolny był od nierzadkich w ruchu ludowym ciągot „stagnacyjnych”. Przyszły rozwój życia gospodarczego winien być nastawiony na stopniowe przesuwanie nadmiaru ludności wiejskiej do innych gałęzi /…/, głównie do przemysłu, robót publicznych itp. Polska jest krajem, który ma do wykonania olbrzymią ilość pracy. Poza rozbudową przemysłu /…/, musimy budować drogi, przeprowadzać regulację rzek, meliorować grunty, /…/ budować nowe linie kolejowe, mosty itd. – pisał w „Wiciach” w 1935 r.

Oczekiwał zatem od państwa aktywnej roli w przeobrażeniach gospodarczych. Był jednak ostrożny w kwestii etatyzmu. /…/ upaństwawianie życia gospodarczego nosi niewątpliwie w sobie /…/ niebezpieczeństwo rozrastania się polipa biurokracji, który w pewnych warunkach może się rozrosnąć do takich rozmiarów, że potrafi nawet zastąpić kapitalistycznych wyzyskiwaczy – zauważał w „Walce…”.

***

Kluczową rolę przyznawał natomiast spółdzielczości. Agraryzm, pragnący urzeczywistnić demokrację gospodarczą i oprzeć rozwój życia gospodarczego na dobrowolności, w spółdzielczości musi znaleźć główne oparcie – pisał w pierwszej książce.

Ta forma posiada same zalety z punktu widzenia ideałów agraryzmu, a także realiów społecznych. Uczy współpracy, nie przekreślając jednak zalet indywidualizmu. Pewne formy upaństwowienia, uspołecznienia czy kolektywizacji z reguły będą działać hamująco na rozwój indywidualności człowieka, natomiast spółdzielczość jest /…/ formą zbiorowego działania, która z istoty swej rozwija jego samodzielność. /…/ jakkolwiek jest kolektywną formą działania, to jednak nie unicestwia jednostki /…/ – przekonywał w „Walce o nową Polskę”.

Łączy też ona rozproszone wysiłki wielu podmiotów i sprawia, że nabierają dodatkowej mocy – pojedynczy chłop nie posiada żadnej siły w negocjacjach z hurtowym odbiorcą płodów rolnych, nie jest też w stanie przetwarzać ich samodzielnie; podobnie rzecz ma się z zakupem kosztownych urządzeń zwiększających rentowność gospodarstw. Trzecia grupa zalet spółdzielczości to jej dobrowolność, oddolność i równość – każdy spółdzielca ma jeden głos (inaczej niż np. w spółkach akcyjnych), każdy ma interes w dbałości i zaangażowaniu w działania spółdzielni, a jednocześnie nie istnieje tu zorganizowana forma przymusu. Ma też spółdzielczość silny walor moralny – jej głównym celem nie jest wąsko pojęty zysk, który należy za wszelką cenę eskalować, lecz szerzej rozumiany dobrobyt członków, czyli np. dbałość o ich zdrowie, rozrywki kulturalne, okolicę, którą zamieszkują etc.

Spółdzielczość dla Miłkowskiego to jednak nie tylko idealna forma gospodarowania, czym była w wizjach różnych pięknoduchów. Miała rozwiązać kluczowy problem chłopów. /…/ jedną z najważniejszych bolączek trapiących wieś jest prywatne pośrednictwo handlowe. Chłop w pocie czoła wypracowany produkt oddaje pośrednikowi, który bardzo często w jednym dniu na nim tyle zarabia, co wytwórca za szereg miesięcy znojnej pracy. Polska jest jedynym krajem w Europie, gdzie zachowały się formy „dzikiego” handlu jeszcze z czasów średniowiecza – pisał w „Wiciach” w 1936 r. Chłop sprzedaje własne produkty za niewielkie kwoty, co utrzymuje go w stanie ubóstwa i uniemożliwia rozwój gospodarstw; jest też całkowicie zależny od „kaprysów” pośredników. Ten sam problem dotyczy nabywania przez chłopów produktów przemysłowych – trafiają one na wieś z wysoką marżą. Dlatego docelowo – pisał w „Wiciach” – wszystko to, co rolnik ma do zbycia – winien zbywać sam przy pomocy przez siebie zorganizowanych placówek spółdzielczych, /…/ wszystko to, co rolnik kupuje, winien nabywać przez własne spółdzielnie zakupów, a to: rolnicze, handlowe i spożywców.

Rozpatrując rzecz szerzej, pisał rok później na tych samych łamach: Ustrój rolny oparty o drobny i indywidualny warsztat chłopski – tylko w takim wypadku okaże się korzystny, o ile zdoła wytworzyć silną /…/ nadbudowę spółdzielczą, /…/ skupić rozproszone siły chłopskie w silne organizmy gospodarcze /…/ Na tej jedynie drodze wieś może się usamodzielnić gospodarczo. Czyli doprowadzić do tego, że chłop w końcu zacznie robić tylko na siebie – a nie składać wiecznego haraczu na rzecz coraz to nowych wyzyskiwaczy. Na tej drodze widział także rozwiązanie podnoszonego przez endecję problemu zdominowania handlu przez Żydów – uważał, że to problem mechanizmu ekonomicznego, nie zaś struktury etnicznej. Rzecz nie w tym, by kupców żydowskich zastąpili polscy, lecz aby pośrednictwo z rąk prywatnych przeszło w sferę spółdzielczą.

Poza handlem, spółdzielczość wiejska powinna w następnym etapie objąć znaczną część przetwórstwa płodów rolnych, a nawet część produkcji (wspólne gospodarowanie na zasadach dobrowolności) oraz innowacyjności technicznej (zbiorowy zakup i użytkowanie maszyn i urządzeń) czy wręcz infrastrukturalnej (np. elektryfikacja). Taka forma gospodarowania miałaby jeszcze inny ważny wymiar – chodzi /…/ o zagadnienie odciążenia człowieka wsiowego od nadmiaru pracy fizycznej, o to, aby mógł on znaleźć trochę więcej czasu na życie rodzinne, na odpowiednie wychowanie swoich dzieci, na sprawy kulturalne, na rozwijanie swojego umysłu itp. – pisał w „Agraryzmie…”.

Tak, jak spółdzielczość może wzmocnić indywidualne gospodarstwa rolne, tak samo daje szansę na poprawę doli rzemiosła. W tym sektorze – częściej bazującym na pracy najemnej, nierzadko w formie archaicznych zależności personalnych – miałaby również humanizować stosunki pracy i ograniczyć skalę wyzysku. Spółdzielczość to także szansa poprawy kondycji ekonomicznej mieszkańców miast jako konsumentów – członkostwo w spółdzielczości spożywców pozwala zarazem nabywać tańsze produkty, jak i własnymi pieniędzmi wspierać bardziej „ludzkie” formy zatrudnienia.

***

Upowszechnienie własności w rolnictwie oraz uspółdzielczenie średnich podmiotów wytwórczych, usługowych i handlowych pozwoliłoby też zabezpieczyć interesy narodowe i zapewnić stabilność systemu gospodarczego. Jak bowiem trafnie zauważył Miłkowski w „Walce o nową Polskę” na wiele lat przed epoką globalizacji, kapitał obliczony na zysk w sentymenty patriotyczne nigdy się nie bawił. Gdy interes przestanie się opłacać /…/, bardzo szybko ulotni się tam, gdzie coś będzie można jeszcze zarobić.

Ten sam rodzaj względów przemawia za ograniczeniem własności prywatnej w wielkim przemyśle. W rękach państwa powinien znaleźć się przede wszystkim przemysł związany z jego obroną oraz tego rodzaju przedsiębiorstwa jak kolej lub poczta, których znaczenie dla całej gospodarki społecznej nie podlega dyskusji – przekonywał w „Walce…”. Obawiał się jednak biurokracji, omnipotencji państwa i marnotrawstwa, które towarzyszyłyby „zwykłej” i powszechnej nacjonalizacji przemysłu. Wypowiadając się przeciw nadmiernej etatyzacji warsztatów pracy – stoi[my] na stanowisku uspołecznienia wielkiego przemysłu w formie przejęcia go przez zorganizowane społeczeństwo /…/ – pisał w 1935 r. w PPS-owskim „Robotniku”. Proponował zatem jeszcze inną formę własności, mianowicie samorząd gospodarczy.

Składałby się on z demokratycznie wybieranych przedstawicieli samorządu terytorialnego, spółdzielczości i związków zawodowych, wspartych o delegatów państwa, którzy czuwaliby nad legalnością przedsięwzięcia. Samorząd gospodarczy byłby wielostopniowy – gminny (każdy zakład pracy z terenu gminy delegowałby przedstawicieli), powiatowy, wojewódzki i ogólnopolski. Na każdym szczeblu nadzorowałby i koordynował działalność gospodarczą. Najwyższy szczebel samorządu gospodarczego, Naczelna Izba Gospodarcza, miałby także prerogatywy ustawodawcze, zastępując zlikwidowany Senat. NIG byłby również formalnym właścicielem tych przedsiębiorstw.

W ten sposób ujęta organizacja życia gospodarczego /…/ gwarantowałaby udział czynnika fachowego w dziedzinie gospodarczej, oraz co najważniejsze, wciągałaby całe społeczeństwo do pracy twórczej /…/. /…/ społeczeństwo przyzwyczajałoby się do samodzielnego podejmowania działań gospodarczych, do brania swoich spraw w swoje ręce bez oglądania się na państwo /…/ Miałoby to również olbrzymie znaczenie wychowawcze. Ustrój /…/ który wszystko składa na barki biurokracji państwowej, a społeczeństwo odsuwa od wpływu na rozwój życia gospodarczego, nie może wytworzyć dla siebie silnych i trwałych podstaw – pisał w „Agraryzmie…”.

W systemie tak pomyślanego uspołecznienia gospodarki należałoby zadbać nie tylko o udział pracowników w podejmowaniu decyzji, ale także o ich utożsamienie się z zakładami pracy. Pierwsze rozwiązanie to zasada udziału w corocznych zyskach, która skłaniałaby do pracy bardziej wydajnej. Z upokarzającego stanowiska najmitów, pracujących dla zysków prywatnych jednostek, przeszliby do roli wytwórców pracujących dla siebie /…/ – pisał w pierwszej książce. Drugim ze sposobów byłby mniejszościowy akcjonariat, oparty o egalitarną zasadę jednego udziału, co dawałoby połowiczne uspółdzielczenie przemysłu pozostającego poza właściwą spółdzielczością.

Synteza samorządu, udziału w zyskach i pracowniczej kontroli wyeliminowałaby nie tylko zagrożenie zbiurokratyzowaniem, lecz także uchroniłaby przed niebezpieczeństwami, jakie niesie faszystowski korporacjonizm. Na pierwszy rzut oka jest on podobny, lecz ze względu na brak demokracji, silną rolę państwa i prywatnego biznesu stanowi przeciwieństwo agraryzmu, będąc natomiast metodą ubezwłasnowolnienia pracowników najemnych i wyeliminowania konfliktów klasowych bez wykorzenienia ich przyczyn.

Dziś brzmiącym jak herezja aspektem wizji Miłkowskiego, swoistym jej zwornikiem, był postulat ogólnokrajowego planowania gospodarczego. Nam kojarzy się to z absurdami gospodarczymi i niedogodnościami społecznymi „centralnego planowania” realnego socjalizmu. Miłkowski nie miał jednak na myśli planowania w stylu ZSRR, gdzie wyalienowani biurokraci i przywódcy polityczni decydują, co i jak produkować – przeciwnie, od modelu sowieckiego odcinał się ze względów tyleż pragmatycznych (niewydolność gospodarcza), co etycznych (pogwałcenie swobód społecznych). W jego wizji, wspomniana Naczelna Izba Gospodarcza miałaby w demokratyczny sposób i w oparciu o to, co dziś nazwalibyśmy „badaniem rynku”, wytyczać ogólne kierunki rozwoju gospodarczego i stymulować je (np. zwiększając okresowo środki kredytowe). Pozwoliłoby to podejmować niezbędne inwestycje infrastrukturalne, wyrównać regionalne różnice ekonomiczne, wspierać branże i inwestycje społecznie potrzebne, lecz nie przynoszące szybkiego zwrotu nakładów, reagować na doraźne oraz długofalowe tendencje gospodarcze (np. poprzez rozwój kształcenia kadr w kluczowych sektorach) i cywilizacyjne (wzrost wydajności technologii mógłby skutkować skróceniem ustawowego czasu pracy). Tak pomyślane planowanie byłoby odpowiednikiem dzisiejszej polityki gospodarczej państwa – tyle że w większym stopniu poddanym społecznej kontroli.

Gdyby chcieć krótko określić wizję Miłkowskiego, można użyć terminu, którym on sam się posługiwał – uspołeczniony indywidualizm. Można ją nazwać również „państwem minimum – społeczeństwem maksimum”. W doktrynie agrarystycznej kluczowe było bowiem włączenie szerokich rzesz w procesy decyzyjne i oddolną kontrolę, ale także rozbudzenie odpowiedzialność ludzi za ich postawy. Miłkowski był zwolennikiem „rdzennej” demokracji, nie ograniczonej do sporadycznych wyborów parlamentarnych. Demokracja jest przede wszystkim systemem życia – a nie tylko formą ustroju politycznego państwa. /…/ Bardzo często zdarza się, że całe obozy polityczne, głoszące obronę demokracji, w życiu praktycznym za rzecz najważniejszą uważają zdobywanie mandatów bez głębszej troski o to, co ci wybrańcy mają robić, nie mówiąc już o wyborcach, których zostawia się w spokoju aż do następnych wyborów /…/. Rzecz naturalna, że tak /…/ stosowana demokracja musi się po pewnym czasie załamać, przynosząc rozczarowanie dotychczasowym jej wyznawcom, którzy w tym nastroju stają się mało odporni na uderzenia propagandy totalistycznej – pisał w 1939 r. w „Młodej Myśli Ludowej”.

Powstrzymać tendencje autorytarne może zjednoczony front świata pracy: Gdy do warstwy chłopskiej dołączy się warstwa robotnicza i kategoria pracowników umysłowych /…/, to powstanie potężny obóz społeczny, poza którym pozostanie zaledwie kilka procent społeczeństwa. To jest droga do zmontowania granitowych podstaw dla trwałości rządów demokratycznych, wykonujących władzę w imieniu całego prawie ogółu i nastawionych na dobro całości, a nie drobnej uprzywilejowanej grupki /…/. W dodatku, Sprawiedliwy ustrój społeczny i demokratyczny ustrój państwa, mające potężną podbudowę w warstwach pracujących, wyzwolą uśpioną i ujarzmioną dzisiaj w masach energię narodową, ujawnią niewyzyskane dotychczas talenty i siły twórcze /…/. One to dopiero nadadzą właściwy sens odbudowanemu państwu polskiemu – stwierdzał w „Walce…”.

***

W 1934 r. przeniósł się do Warszawy, gdzie został zatrudniony w Związku Izb i Organizacji Rolniczych, dwa lata później podjął pracę w Związku Spółdzielni Rolniczych i Zarobkowo-Gospodarczych. Od 1933 r. do wybuchu wojny był członkiem Zarządu Głównego ZMW RP, a w latach 1935-38 (i od kwietnia 1939 r. ponownie) pełnił funkcję pierwszego wiceprezesa tej organizacji. Od 1935 r. wchodził w skład redakcji „Młodej Myśli Ludowej”. W roku 1936 wybrano go przewodniczącym Głównej Komisji Gospodarczej ZMW RP i redaktorem „Wici Gospodarczych” – tematycznego dodatku do organizacyjnego tygodnika.

Po zjednoczeniu partii chłopskich został członkiem Stronnictwa Ludowego. Odegrał bardzo ważną rolę w neutralizacji rozłamu w dopiero co osiągniętej jedności – gdy w 1935 r. część działaczy w sprzeciwie wobec decyzji o bojkocie wyborów postanowiła odejść i pod nowym szyldem kandydować do parlamentu, Miłkowski był jednym z pomysłodawców i sygnatariuszy listu potępiającego ich. W ramach zacieśniania współpracy „starego” i „młodego” ruchu ludowego, najpierw został wybrany zastępcą członka Naczelnego Komitetu Wykonawczego SL, a na Kongresie SL w 1935 r. powołano go do Rady Naczelnej ugrupowania.

W ZMW RP i SL odegrał bardzo ważną rolę w formowaniu założeń programowych. Na Walnym Zjeździe ZMW RP w październiku 1935 r. był autorem przyjętej deklaracji społeczno-gospodarczej (już deklaracja programowa z 1933 r. nosi wyraźne piętno jego poglądów). Na Kongresie SL w grudniu tego roku był jednym z dwóch referentów założeń programowych partii. Deklaracje stronnictwa i związku odzwierciedlają niemal w całości tezy Miłkowskiego, w przypadku SL sformułowane nieco mniej radykalnie i bardziej ogólnikowo. Szczególnie w łonie „Wici” Miłkowski zdobył „rząd dusz” swoimi poglądami. Nie było to łatwe, bowiem w organizacji oprócz opcji „konkretnej”, akcentującej kwestie społeczno-gospodarcze, istniał też starszy i początkowo silniejszy nurt „mistyczny”, reprezentowany głównie przez Józefa Niećkę. Miłkowski, bazując na konkretach i racjonalnych argumentach, lepiej trafił do „chłopskiego rozsądku”, lepiej wyczuł też nastroje związane z kryzysem gospodarczym.

Jako sojusznika ruchu ludowego postrzegał Polską Partię Socjalistyczną, reprezentanta miejskiej części świata pracy. Wielokrotnie podkreślał konieczność współpracy z socjalistami, przekonywał do tego innych działaczy chłopskich, a w drugiej połowie lat 30. zarówno on sam, jak i PPS-owcy konstatowali zbliżenie programowe i ideowe obu środowisk. Przeciwny był natomiast sojuszowi – nawet na gruncie doraźnej opozycji wobec obozu sanacyjnego – z ugrupowaniami endeckimi i prawicowymi, które zajmowały stanowisko antyegalitarne i krytykowały postulaty reform socjalnych.

Warto wspomnieć o praktycznych działaniach Miłkowskiego na rzecz spółdzielczości. Był popularyzatorem tej formy gospodarowania, w ZMW RP utworzono pod jego kierownictwem specjalną sekcję, która kierowała pracami spółdzielczymi (efektem był znaczny wzrost liczby spółdzielni założonych lub współtworzonych przez młodzież wiejską), w 1936 r. wraz z Janem Duszą opublikował broszurę „Chłopi na front gospodarczy”. Propagował także „inwazję” spółdzielczości w nowych sektorach. Dotychczas koncentrowała się ona głównie w handlu spożywczym, mleczarstwie i sektorze oszczędnościowo-kredytowym, autor „Agraryzmu…” proponował zaś poszerzenie jej zasięgu m.in. o różne rodzaje rzemiosła i chałupnictwa, nowatorskie wówczas sektory gospodarki rolnej czy takie formy, które mogą bazować na lokalnych zasobach, co umożliwi działanie bez ponoszenia dużych wydatków (wikliniarstwo, pszczelarstwo, rybne stawy hodowlane itp.). W 1938 r. opublikował broszurę „Spółdzielczość przemysłowa wiejska”, a rok później „Spółdzielczość ogrodnicza w Polsce”.

Najlepszym podsumowaniem postawy Miłkowskiego z międzywojnia są jego własne słowa z „Wici” z 1936 r.: Jeżeli chcemy dojść do Polski Ludowej – to /…/ musimy mieć świadomość tego, że nie spadnie nam ona sama z obłoków, ale jej osiągnięcie będzie wynikiem naszej walki, naszej pracy i naszego trudu – podejmowanych celowo i świadomie na wszystkich polach.

***

Po nastaniu hitlerowskiej okupacji, Miłkowski włączył się w działalność podziemnego ruchu ludowego. Wiosną 1940 r. z jego inicjatywy zorganizowano konspiracyjną konferencję ZMW RP, która zadecydowała o zjednoczeniu z działaczami SL. Powierzono mu funkcję przewodniczącego struktur podziemnego Stronnictwa Ludowego „Roch” w woj. warszawskim. W kwietniu 1940 r. został również przewodniczącym Komisji Programowej Centralnego Kierownictwa Ruchu Ludowego. Miała ona wypracować wytyczne na czas po rychłym, jak się spodziewano, zakończeniu wojny – uwzględniające przyczyny i skutki przedwojennej słabości Polski oraz reformy, które miały rozwiązać te problemy.

Już w sierpniu 1940 r. ukazała się I część „O formę i treść przyszłej Polski”, druga miesiąc później, w kwietniu i lipcu 1941 r. – dwie ostatnie. Głównym autorem dokumentu był Miłkowski, choć sygnowano go nazwą komisji, a w treści uwzględniono także uwagi innych osób (aczkolwiek londyńską edycję z 1943 r. sygnowano pseudonimem Miłkowskiego – W. Starzak). Wizja ta nie różniła się w istotny sposób od wcześniejszych koncepcji Miłkowskiego, nieco bardziej akcentując jedynie społeczną kontrolę nad upaństwowionymi przedsiębiorstwami strategicznymi oraz wzmocnienie roli związków zawodowych w tych zakładach, które pozostaną prywatną własnością. W kwestii reformy rolnej nastąpił odwrót od postulatu bezpłatnego rozdysponowania wielkich gospodarstw pomiędzy chłopów – stwierdzono, że powojenne ciała ustawodawcze powinny zdecydować, czy ziemia trafi do nich za darmo, czy też za niewygórowane ceny i przy wsparciu państwowych kredytów. Uznano natomiast, że niezbędne będzie organizacyjne i finansowe wsparcie państwa dla gospodarstw tworzonych na części rozparcelowanych majątków, szczególnie na zachodnich i północnych obszarach kraju, łącznie z dofinansowaniem tworzenia zabudowy mieszkalnej i technicznej.

Jednym z elementów prac Komisji była edycja teoretycznego miesięcznika ruchu ludowego „Przebudowa”, którego pierwszy numer ukazał się w listopadzie 1941 r. Miłkowski pełnił funkcję redaktora naczelnego, był też jednym z czołowych publicystów pisma. Ze względów konspiracyjnych niejasne jest, które artykuły napisał, pismo wyrażało jednak poglądy niemal identyczne jak przedwojenne publikacje Miłkowskiego. Silniejszy nacisk kładło jedynie na rolę państwa, co w sytuacji przewidzianej powojennej odbudowy kraju było zrozumiałe. W numerze z listopada 1942 r. redakcyjny artykuł stwierdzał: /…/ ustrój liberalistyczny oparty na wolnej konkurencji i nieograniczonym prawie prywatnej własności musi ustąpić miejsca ustrojowi opartemu o system gospodarki planowej. /…/ Znaczy to, że państwo weźmie na siebie bezpośrednie kierownictwo nad całością rozwoju życia gospodarczego. Nie stanowiło to jednak odwrotu od wcześniejszych koncepcji, ani pochwały etatyzmu i biurokratyzmu. W tym samym numerze deklarowano: Rząd /…/ ma tylko /…/ zatwierdzić ostateczny plan gospodarowania. Ale przygotowanie tego planu, jego przepracowanie i przedyskutowanie przeprowadzi samorząd gospodarczy, który także będzie jedynym wykonawcą tego planu.

W koncepcji samorządu gospodarczego dla Polski powojennej pojawiły się natomiast dwa nowe elementy – likwidacja szczebla gminnego (podstawowym miał być szczebel powiatowy) oraz stworzenie dodatkowej instancji świata pracy. Izby pracy powstaną na szczeblu wojewódzkim jako wyraziciel interesów pracowników najemnych (z wszystkich przedsiębiorstw, niezależnie od formy własności), a ich krajowa struktura będzie funkcjonowała jako autonomiczny podmiot w łonie Naczelnej Izby Gospodarczej. Oprócz uczestnictwa w formułowaniu ogólnych zadań i zasad gospodarki, stanowiła będzie ona kluczowy podmiot w kwestii regulacji stosunków pracy, przejmie również zadania inspekcji pracy. Taka zmiana miała być odpowiedzią na rosnącą rolę – także liczebną – pracowników najemnych.

Innym ważnym polem podziemnej aktywności Miłkowskiego była współpraca z polskimi antykomunistycznymi socjalistami skupionymi w PPS – Wolność, Równość, Niepodległość. Pierwsze jego kontakty z przedstawicielem PPS-WRN, Zygmuntem Zarembą, datują się już na początek roku 1940, a od wiosny działacz ludowców miał dla nich mandat ze strony swego ugrupowania. Zintensyfikowano je jesienią, dążąc do opracowania wspólnego programu. W pracach czołową rolę odegrał Miłkowski, nieco mniejszą Zaremba, wsparł ich Teofil Wojeński ze Stronnictwa Demokratycznego. Efektem stał się „Program Polski Ludowej”.

Dokument zawierał zapowiedź przeobrażeń społeczno-ustrojowych po zakończeniu wojny i okupacji. W dziedzinie gospodarczej zawierał tezy niemal bliźniacze w stosunku do przedwojennych koncepcji Miłkowskiego. Deklarował przeprowadzenie reformy rolnej poprzez rozparcelowanie wielkich majątków ziemskich bez odszkodowania, niezależnie od ich formy własności, wywłaszczenie i przekazanie państwu, samorządowi i spółdzielczości znacznej części przemysłowej własności prywatnej, szeroko rozwinięty system demokratyczny, bezpłatne szkolnictwo, swobodę wyznania i wolność słowa. Zapowiadano zniesienie wszelkich form wyzysku, a jedynym źródłem utrzymania miała stać się praca. Niestety, tuż przed oficjalnym podpisaniem i edycją „Programu”, w marcu 1941 r. kierownictwo polityczne ruchu ludowego wycofało się z tej inicjatywy. Przyczyny nie są jasne – pretekstem uczyniono współpracę socjalistów ze środowiskami sanacyjnymi, z kolei Zaremba wskazywał na destrukcyjną personalną rolę J. Niećki, który był przed wojną czołowym oponentem Miłkowskiego w „Wiciach”. Ostatecznie PPS-WRN uznał „Program Polski Ludowej” za swój manifest i opublikował trzy wydania (pierwsze w sierpniu 1941; opublikowano także angielski przekład) w łącznym nakładzie 30 tys. egz., zaznaczając, że jest on wynikiem rozważań i dyskusji, przeprowadzonych przede wszystkim w obozie robotniczym i chłopskim /…/. /…/ wyraża dojrzałe poglądy, będące wspólnym dorobkiem zarówno zorganizowanych mas chłopskich, jak i robotniczych. Dokument ten stał się jednym z najbardziej znanych i popularnych podziemnych manifestów politycznych.

Miłkowski nie zaprzestał też działalności w ruchu spółdzielczym. Z ramienia SL „Roch” wszedł do Tymczasowej Konspiracyjnej Rady Spółdzielczej. Jego poglądy w kwestii kluczowej roli spółdzielczości w zreformowanej gospodarce nie zmieniły się ani na jotę, czego dowodem są okupacyjne dokumenty Komisji Programowej CKRL. Wyraźne piętno ideowe, ale także stylistyczne, odcisnął Miłkowski na wydanym w 1943 r. „Programie spółdzielczości polskiej”, sygnowanym przez Komitet Spółdzielczy, utworzony w porozumieniu z Delegaturą Rządu przez Miłkowskiego i lidera spółdzielczości spożywców, Mariana Rapackiego. Również Wydział Planowania CKRL, powstały w miejsce Komisji Programowej, opublikował „Tezy ruchu spółdzielczego w Polsce” oraz „Program ruchu spółdzielczego”, których głównym autorem był Miłkowski. Nie odbiegały one zbytnio od przedwojennych koncepcji w tej dziedzinie, jedynym istotnym novum było zaakcentowanie roli, jaką w wyzwolonej Polsce powinna odegrać spółdzielczość mieszkaniowa. W czasie okupacji autor „Agraryzmu…” wszedł także w skład władz Spółdzielczego Instytutu Wydawniczego, utworzonego jesienią 1941 r.

***

Stanisława Miłkowskiego aresztowało Gestapo 26 sierpnia 1944 r. Najpierw przewieziony do obozu koncentracyjnego w Stutthofie, a w marcu 1945 r. trafił do obozu w Bergen-Belsen. Zmarł tam z wycieńczenia tuż przed końcem wojny.

Zygmunt Zaremba w swych wspomnieniach „Wojna i konspiracja” pisał: Idea stworzenia podstaw programowych współpracy robotniczo-chłopskiej znalazła w Miłkowskim entuzjastę. Czy można właśnie do niego zastosować takie określenie? Zawsze pozostawał chłodnym /…/ – nie pamiętam jednego uniesienia czy poddania się rojeniu o przyszłości – zawsze realistyczny, przy tym uparty i konsekwentnie zdążający do swego. A jednak, czy upór w przeprowadzaniu swej idei nie jest swoistym wyrazem wewnętrznego entuzjazmu? /…/ kiedy później opracowany przez nas obu „Program Polski ludowej” nie stał się dla ludowców tym, czym był dla nas, Miłkowski cierpiał i nie krył tego przede mną. Ale nie tracił swego uporu: Mimo wszystko zrobiliśmy rzecz trwałą. Nie dziś, to jutro muszą nasze ruchy znaleźć wspólny język.

Miłkowski propagował ideał Polski Ludowej – sprawiedliwej, egalitarnej i nowoczesnej – i do niego dążył. Po roku 1945 zwycięscy komuniści przejęli ten termin przedwojennych ludowców i socjalistów. Wymownym, ni to gorzkim, ni to ironicznym faktem jest to, że po kilku dekadach szkalowania agraryzmu jako ideologii bądź to burżuazyjnej, bądź to zbyt mało postępowej, w roku 1988, czyli tuż przed końcem PRL-u, wznowiono oficjalnie przedwojenne prace Miłkowskiego. Pięć lat wcześniej „Agraryzm jako forma przebudowy ustroju społecznego” i „Walka o nową Polskę” zostały wydane przez podziemne wydawnictwo związane z „Solidarnością”. Tyle właśnie miał PRL wspólnego z Polską Ludową Miłkowskiego i socjalistów.

Bibliografia (ważniejsze pozycje):

  • Jan Borkowski, Wizje społeczne i zmagania wiciarzy. W świetle młodzieżowej prasy ludowej 1928-1939 („Wici”, „Znicz”, „Społem”, „Młoda Myśl Ludowa”, „Chłopskie Życie Gospodarcze”), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1966.
  • Tadeusz Chrobak, Filozoficzne przesłanki agraryzmu. Studium wybranych zagadnień, Wydawnictwo Wyższej Szkoły Pedagogicznej, Rzeszów 1998.
  • Edward Chudziński, W kręgu kultury i literatury chłopskiej 1918-1939. Z dziejów chłopskiej prasy literackiej, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1985.
  • Stanisław Dąbrowski, Koncepcje przebudowy Polski w programach i publicystyce ruchu ludowego 1939-1945, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1981.
  • Edward Gołębiowski, Stanisława Jarecka-Kimlowska (wstęp i opracowanie), Związek Młodzieży Wiejskiej RP „Wici” w walce o postęp i sprawiedliwość społeczną. Wybór dokumentów 1928-1948, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1978.
  • Anna Golec, Agrarystyczne koncepcje gospodarcze, Wydawnictwo Uniwersytetu M. Curie-Skłodowskiej, Lublin 1994.
  • Józef Jasiński, Z dziejów polskiej spółdzielczości spożywców podczas II wojny światowej, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1965.
  • Józef Kowal, „Wici” – powstanie i działalność społeczno-wychowawcza 1927-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1964.
  • Andrzej Lech, Agraryzm wiciowy, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 1991.
  • Józef Mężyk, Organizacje akademików-ludowców w środowisku krakowskim, „Roczniki Dziejów Ruchu Ludowego” nr 9, 1967.
  • Stanisław Miłkowski, Agraryzm jako forma przebudowy ustroju społecznego, Nakładem Związku Młodzieży Wiejskiej Spółdzielni Oświatowej w Krakowie, Kraków 1934.
  • Stanisław Miłkowski, Pisma publicystyczne 1930-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1988.
  • Stanisław Miłkowski, Walka o nową Polskę, brak wydawcy, Warszawa 1936.
  • O formę i treść przyszłej Polski – Zarys programu ruchu ludowego, opracowany przez Komisję Programową CKRL /w:/ Materiały źródłowe do historii polskiego ruchu ludowego, tom IV 1939-1945, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1966.
  • Wiesław Piątkowski, Myśl agrarystyczna Stanisława Miłkowskiego, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983.
  • Błażej Poboży, Społeczeństwo obywatelskie w polskiej myśli politycznej obozu rządowego 1939-1945, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Warszawa 2007.
  • Program Polski Ludowej /w:/ „My tu żyjemy jak w obozie warownym”. Listy PPS-WRN Warszawa – Londyn 1940-1945, Puls Publications, Londyn 1992.
  • Spółdzielczość polska podczas II wojny światowej, praca zbiorowa (redakcja naukowa Czesław Szczepańczyk, Halina Trocka), Wydawnictwo Instytutu Morskiego, Gdańsk – Słupsk – Szczecin 1982.
  • Michał Śliwa, Polska myśl socjalistyczna (1918-1948), Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1988.
  • Światła z podziemi. Myśl ludowa w Polsce 1939-1944, Nakładem członków Stronnictwa Ludowego, Londyn 1944.
  • Halina Trocka, Spółdzielczość w programach i polityce polskich stronnictw ludowych do roku 1939, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1969.
  • Paweł Woroniecki, Uspołeczniony indywidualizm – główna teza programu gospodarczego agraryzmu /w:/ J. Jachymek, K. Z. Sowa, M. Śliwa (red.), „Chłopi, naród, kultura” (tom I – „Myśl polityczna ruchu ludowego”), Wydawnictwo Wyższej Szkoły Pedagogicznej, Rzeszów 1996.
  • Zygmunt Zaremba, Wojna i konspiracja, Wydawnictwo B. Świderski, Londyn 1957.

Biedaczyna z Ossy. Ks. Jan Zieja – kapłan, myśliciel, społecznik, asceta

Imię moje CZŁOWIEK. Nie jestem na ziemi sam. Podobnych do mnie – są miliony. Jestem jednym z wielkiej rodziny, której na imię ludzkość. Z ludzkością łączę się przez swą rodzinę i przez swój NARÓD.
/…/
Kocham swój naród. KOCHAM POLSKĘ.
I dokądkolwiek losy mnie poniosą, zawsze i wszędzie, będę o niej pamiętał i dla niej pracował.
JESTEM POLAKIEM.
I ja, i moja rodzina, i cały nasz lud, i cała ludzkość należymy do Boga; jesteśmy drobniuchną cząsteczką wielkiego Bożego Królestwa, które od wieków powoli staje się wśród ludzi.

Ks. Jan Zieja, Życie religijne

Największym problemem, na który napotyka autor usiłujący przybliżyć postać ks. Jana Zieji jest to, jak choćby z grubsza zarysować wszystkie pola jego aktywności. Wojna polsko-bolszewicka, działalność społeczno-polityczna w okresie II Rzeczypospolitej, kampania wrześniowa, konspiracyjny Front Odrodzenia Polski, Rada Pomocy Żydom „Żegota”, Szare Szeregi i Armia Krajowa, powstanie warszawskie, Laski, Komitet Obrony Robotników. Mógłby ktoś zadać pytanie, czy jest człowiek, który brał aktywny udział we wszystkich z tych wydarzeń i przedsięwzięć. Odpowiedź brzmi: tak! Tą niezwykłą osobą jest właśnie ksiądz Zieja.

Człowiek niezwykle aktywny, wszechstronny, o niespożytej energii, a przy tym skromny, oddany cały sobą Bogu i bliźnim. Wedle zgodnej opinii osób, które miały szczęście spotkać go na swojej drodze, prawdziwy „szaleniec Boży” i kandydat na ołtarze.

Stanisław Szczepański w swoich wspomnieniach dotyczących ks. Zieji pisał, iż dla niego to jeden z najważniejszych tematów, z jakimi w czasie całego życia miałem styczność. To rzecz święta. Tak jak Powstanie Warszawskie, Armia Krajowa, Katyń, Monte Cassino. To, co teraz piszę, z całą pewnością jest zrozumiałe dla każdego przedstawiciela mojego pokolenia. Wzrastaliśmy w klimacie niedopowiedzianych, mówionych szeptem i nie do końca, a tak do końca wyczuwanych spraw1. Kazimiera Iłłakowiczówna zaś podkreślała, iż przede wszystkim był on wrażliwy na krzywdę ludzką i niesprawiedliwość społeczną. Swoją postawą nawiązywał do najlepszych polskich tradycji społecznikowskich i obywatelskich. Gdziekolwiek się pojawiał, natychmiast powstawały uniwersytety ludowe, gimnazja chłopskie, kursy dokształcające, dom dla samotnych matek. /…/ Ludzie go kochali i trudno nawet dzisiaj wymienić wszystkie tytuły, którymi go obdarzali – sam ks. Zieja czułby się zapewne zakłopotany, gdyby je usłyszał. Pisano o nim: świadek Ewangelii, szaleniec Boży, prorok XX wieku, natchniony kaznodzieja, kapelan wszystkich potrzebujących. Ale chyba najwymowniejsze świadectwo pozostawił anonimowy osobnik, który przed wojną w Radomiu, napisał na drzwiach jego mieszkania: „Tu mieszka dobry ksiądz”. Papież Jan Paweł II, który jako biskup nominat uczestniczył w rekolekcjach prowadzonych przez ks. Zieję, określił go jako „kapłana o wybitnej osobowości”. Św. Urszula Ledóchowska mówiła o nim „bardzo dobry i święty”. Czy Święta mogła się mylić?2

***

Urodził się w 1897 r. w biednej chłopskiej rodzinie we wsi Osse w powiecie opoczyńskim. Od chodzącego po kolędzie proboszcza matka pięcioletniego Jana usłyszała, iż chłopca należy koniecznie edukować. Tak też się stało. Najpierw w domu, później na plebanii, zaś od 1907 r. w warszawskiej szkole Zieja pobierał nauki. W 1915 r. wstąpił do Seminarium Duchownego w Sandomierzu, gdzie w 1919 r. otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa Mariana Ryxa. W październiku tego roku rozpoczął studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Warszawskiego, które jednak wkrótce przerwał i zgłosił się w maju 1920 r. do wojska, w którym służył jako kapelan podczas wojny polsko-bolszewickiej.

Doświadczenia wojenne odcisnęły na nim niezatarte piętno. W latach późniejszych wspominał: Mój wzięty od Mickiewicza entuzjazm malał, gdy przechodziłem przez kolejne pola walk i potyczek. Widziałem, czym naprawdę jest wojna od strony nas, broniących się, i tych, którzy nas napastują. Całkowicie się wtedy nawróciłem na przekonanie, że Boskie przykazanie: Nie zabijaj znaczy nigdy nikogo, że udział w wojnie jest przeciw woli Bożej3. To przekonanie utwierdzą w nim później walki bratobójcze w trakcie zamachu majowego z roku 1926.

Po wojnie kontynuował studia teologiczne, najpierw w Warszawie, potem w Rzymie. W kolejnych latach pracował jako prefekt szkół podstawowych w Radomiu i Zawichoście. W ostatnim z tych miejsc podjął decyzję o wstąpieniu do zakonu kapucynów, uznając, iż nie będzie w stanie pracować na parafii po tym, jak otrzymał upomnienie od władz zwierzchnich, aby stosował się do oficjalnie przyjętych taryf za usługi duszpasterskie. W zakonie jednak również nie wytrwał długo – po dwóch miesiącach odszedł rozczarowany m.in. tym, iż kapucyni dla siebie gotowali zupę na mięsie, a dla biednych chudą, nie okraszoną.

Po wystąpieniu z zakonu został wikariuszem w Kozienicach, a wreszcie w 1929 r. przeniósł się na Polesie, do biskupa diecezji pińskiej, Zygmunta Łozińskiego, który pozwolił mu wcielać w życie swe poglądy na temat duszpasterstwa i prowadzenia parafii. Został proboszczem parafii w Łohiszynie, liczącej trzy tysiące wiernych, spośród których połowa przystąpiła do baptystów prowadzących ożywioną działalność misyjną na tych terenach. Najbardziej spektakularnym owocem pracy duszpasterskiej ks. Zieji był gremialny powrót mieszkańców do Kościoła katolickiego.

Wkrótce jednak biskup mianował go organizatorem i dyrektorem Akcji Katolickiej na całą diecezję pińską oraz dyrektorem „Caritasu”. W 1932 r. wrócił do Warszawy, gdzie przez dwa lata studiował judaistykę na Uniwersytecie Warszawskim, odnawiając wówczas wcześniejsze kontakty ze Stowarzyszeniem Młodzieży Katolickiej „Odrodzenie”. Współpracował też z ks. Edwardem Szwejnicem, założycielem organizacji studenckiej o charakterze samokształceniowym i samowychowawczym – „Iuventus Christiana”.

Włączył się również w działalność Związku Młodzieży Wiejskiej RP, zwanego „Wiciami”. Był to radykalny ruch młodzieży chłopskiej, oskarżany o komunizowanie, w którym w pewnym momencie za sprawą zwłaszcza Józefa Niećki i Ignacego Solarza ujawniły się nawet tendencje o charakterze neopogańskim. Nic więc dziwnego, że Kościół patrzył nań z wielką nieufnością. Zieję do „Wici” przyciągnął ich program społeczny. Był on bowiem szczególnie wyczulony na krzywdę społeczną. Jak pisała Zofia Kossak-Szczucka, gdy mówił o niej, z ust jego padały gromy. Omawiając siódme przykazanie, stwierdzał, że Bóg, który wszystko przewidział, zaopatrzył ziemię w wystarczającą ilość środków żywności dla ludzi każdej epoki. „Jeżeli komuś brak chleba – wołał z uniesieniem – to dlatego, że ktoś drugi ten chleb skradł. Skradł, gromadząc u siebie nadmiar! Biada tym złodziejom, co nie z głodu, a z chciwości okradają bliźnich! Nie znajdą miłosierdzia u Pana!4. Formalnie nie będąc członkiem „Wici”, został zaproszony na ogólnopolski zjazd tej organizacji w 1932 r. Dzięki niemu, w dyskutowanym wówczas projekcie deklaracji ideowej zamiast sformułowania o walce z klerykalizmem miało znaleźć się zdanie, iż organizacja w swojej działalności będzie opierać się na zasadach moralności chrześcijańskiej.

W 1934 r. wrócił na Polesie i przy Kościele katedralnym w Pińsku założył bractwo Nauki Chrześcijańskiej. Po śmierci bpa Łozińskiego nowy ordynariusz piński, bp Kazimierz Bukraba, skierował ks. Jana Zieję do pracy z szarymi urszulankami Serca Jezusa Konającego. Ich założycielka, Matka Urszula Ledóchowska, otrzymała w darze folwark i postanowiła rozszerzyć na Polesie apostolsko-oświatową działalność swojego zgromadzenia. Jak wspomina jego członkini: Dla naszej Założycielki ta pomoc kapłańska była wielkim darem Opatrzności i znakiem, że miłe są Panu Bogu te małe dwu i trzyosobowe placówki apostolskie, które zaczęły powstawać coraz liczniej w najbardziej zaniedbanych zakątkach Polesia, całkowicie pozbawionych kościoła i kapłana. Ksiądz Zieja dojeżdżał kolejno do wszystkich tych maleńkich placówek z posługą kapłańską, z której korzystały nie tylko siostry, ale i okoliczna ludność przybywająca nieraz z odległych stron. Od lipca 1937 roku powstał większy ośrodek urszulański w Mołodowie, w majątku ofiarowanym Zgromadzeniu przez rodzeństwo Skirmunttów. Ksiądz Zieja objął tam obowiązki stałego kapelana dla wspólnoty zakonnej, liczącej ponad dwadzieścia sióstr, i duszpasterza – „proboszcza” dla okolicznej ludności. W promieniu ponad dwudziestu czterech kilometrów nie było ani kościoła, ani księdza, choć wśród ludności tamtejszej nie brakowało rodzin katolickich. Wkrótce ksiądz Zieja zasłynął jako ukochany pasterz tej rozległej „parafii”, w skład której wchodzili nie tylko katolicy, ale także prawosławni oraz wyznawcy wielu szerzących się na Polesiu sekt, zwłaszcza baptyści. Służył niezmordowanie, zawsze z wielką godnością, a jednocześnie z prostotą i pogodną łagodnością. Dobry, przystępny dla dzieci i starszych, dla zdrowych i chorych, których często w domach odwiedzał i zaopatrywał na ostatnią drogę do wieczności. Bezgranicznie dobry i serdeczny był dla smutnych i biednych, z którymi dzielił się nie tylko sercem i współczuciem, ale także odzieżą, pościelą i żywnością – wszystkim cokolwiek miał na sobie czy w swoim ubożuchnym mieszkaniu. Był też ksiądz Zieja utalentowanym nauczycielem i wychowawcą. Miał w Mołodowie trzy swoje szczególnie ukochane dzieła: Pierwsze – to gimnazjum. Żal mu było wiejskich chłopców, którzy, podobnie jak on sam kiedyś w rodzinnej wsi Osse, chcieli się dalej uczyć, a po ukończeniu szkoły powszechnej nie mieli żadnych ku temu możliwości. Prosił więc, aby się do niego zgłosili, a on będzie ich uczył. Zanosiło się, że kandydatów będzie sześciu. Tymczasem na ten apel zgłosiło się dwudziestu czterech chłopców i dwie dziewczyny. Na ich naukę poświęcał ksiądz Zieja trzy-cztery godziny dziennie. Przerobili w półtora roku program III i IV klasy gimnazjum, łącznie z łaciną. Wszyscy uczyli się z ogromnym zapałem i wytrwałością. Warto dodać, iż ks. Zieja przerobił ze swoimi prawosławnymi uczniami nawet program z religii, gdyż duchowny prawosławny odmówił uczenia za darmo.

Drugim dziełem księdza Zieji był uniwersytet ludowy dla gospodarzy z Mołodowa. Zbierali się w każdą niedzielę po południu w izbie szkolnej, wypełniając ją po brzegi. Siedzieli w kożuchach, bo nie było szatni, a izba była niewielka. Z własnego wyboru zapragnęli czytać z księdzem Pismo Święte, ale z objaśnieniami i dyskusją. Byli spragnieni wiedzy o świecie, o Bogu, o życiu, mieli swoje problemy, pytania, wątpliwości. Zarówno ksiądz jak i słuchacze byli niestrudzeni. Zajęcia kończono, gdy gasła lampa naftowa z powodu braku tlenu, bo w izbie nie było otwieranych okien. Trzecie dzieło to Koło Przyjaciół Bożej Radości, skupiające sporą gromadkę dorastającej młodzieży, zagubionej i nie widzącej przed sobą przyszłości w trudnych i smutnych przedwojennych czasach na Polesiu5.

***

Gdy wybuchła wojna, ks. Zieja znów poszedł do wojska – jako kapelan 84 Pułku Strzelców Poleskich. Po kapitulacji został z rannymi żołnierzami najpierw w Modlinie, a później w Legionowie, gdzie Niemcy przenieśli szpital. Pod koniec listopada po zwolnieniu przez Niemców udał się do Lasek, gdzie został w zastępstwie ukrywającego się przed okupantem ks. Władysława Korniłowicza kapelanem Zakładu dla Ociemniałych, prowadzonego przez Siostry Franciszkanki.

Wkrótce włączył się aktywnie w działalność ruchu oporu. Współpracował z Frontem Odrodzenia Polski, podziemną organizacją założoną przez Zofię Kossak-Szczucką i Witolda Bieńkowskiego, był też pracownikiem komórki „Credo”, stanowiącej ośrodek dyspozycyjny ugrupowania6. Wedle relacji Jana Hoppego, równie bliska współpraca miała łączyć go z organizacją „Unia” Jerzego Brauna7. Brał też udział w akcji ratowania Żydów, współpracując z Radą Pomocy Żydom „Żegota”. Przede wszystkim został naczelnym kapelanem „Szarych Szeregów”, a później Komendy Głównej Armii Krajowej oraz Batalionów Chłopskich.

Jak pisała Zofia Kossak-Szczucka: Wojna wyrwała proboszcza Zieję z parafii, rzuciła na palący stopy bruk zajętej przez Niemców Warszawy. Ksiądz Jan nie przestał nigdy tęsknić za swym Mołodowem, lecz wokół czekała praca. Był kapelanem sióstr urszulanek, ale to łatwe i miłe zajęcie wyczerpywało zaledwie ułamek jego energii. Nędzy nigdy nic brakło, w owe zaś czasy widmo jej straszyło zewsząd. Ludzie byli obdarci, a zimy szły srogie, jakich nie pamiętano od lat. Ksiądz Jan oddawał przygodnym znajomym ubranie, bieliznę, zatrzymując tylko płaszcz. Siostry urszulanki dokonujące co pewien czas inspekcji garderoby swego kapelana uzupełniały najbardziej rażące braki. Nie na długo. Ksiądz Zieja był niepoprawny i uciułany z trudem przez siostry przyodziewek tegoż samego dnia zazwyczaj zmieniał właściciela. Do zajęć spowiednika i kwestarza dołączyło się wprędce ratowanie Żydów. Pomoc tym najnieszczęśliwszym stanowiła wówczas obowiązek każdego katolika. Mało kto uchylał się od tego obowiązku, lecz podejście bywało różne. Przeciętny człowiek ratował Żydów z litości, z poczucia powinności chrześcijańskiej, uważając w duchu całą sprawę za ciężki dopust Boży. Ksiądz Jan inaczej. Ukrywał skazańców z radością, z miłością, jak ukochane rodzeństwo. Inni liczyli się ze swoimi możliwościami. „Możemy przyjąć najwyżej jedno dziecko…”. On nie liczył. Często nie miał gdzie nocować, gdyż swój pokoik oddał paru rodzinom żydowskim. Okupacja zamierzona na jedną noc przeciągała się nieraz na dłużej. Domyślni przyjaciele ofiarowywali bezdomnemu księdzu nocleg. Przyjmował z wdzięcznością i wieczorem przyprowadzał jakiegoś „podopiecznego” o wybitnie semickim wyglądzie. „Dajcie mu to miejsce, co miało być dla mnie”8.

W czasie powstania warszawskiego miał osobiście przenosić rannych, nierzadko spod pola ostrzału. Teresa Bojarska tak wspomina postać ks. Zieji, z którym zetknęła się w tamtym czasie: Człowiek w zakurzonych wysokich butach, w ubielonym wapnem, wytartym cegłą kombinezonie, takim jak mój, z taką jak moja biało czerwoną opaską na ramieniu i ze stułą spowiednika na szyi. Chwilę biegniemy obok siebie. Szepczę, nie, krzyczę, by głos przeniknął huragan dźwięków, swoje wyznanie winy. Uniesiona dłoń, znak krzyża, Ego te absolvo, ta, ta ta ta… zamiast palca spowiednika pukającego w drzewo konfesjonału zaterkotała salwa. Rozbiegliśmy się. Kapłan przyklęknął nad rannym, odprowadzić go w lepszy świat, ja – odbiegłam donieść meldunek9.

Można zapytać, jak to wszystko pogodzić z bezkompromisowym pacyfizmem ks. Zieji. On sam w rozmowie z Jackiem Moskwą stwierdzał, iż: Każdy człowiek musi tutaj wybierać za siebie. Nikt nie może mu dyktować; on sam ma podjąć decyzję. Chrystus mówi: Kto może pojąć, niech pojmuje. Wzywał nas i wyraźnie pokazywał drogę, jaką sam szedł. Chce, abyśmy nią szli. Dla mnie – ja tak przyjąłem – jest to droga wyrzeczenia się przemocy, wierności temu Boskiemu przykazaniu Nie będziesz zabijał jako Nie zabijaj nigdy nikogo. We mnie tak to stanęło, ale widzę, że u innych – biskupa Łozińskiego na przykład, który jest kandydatem na ołtarze – ta sprawa inaczej wyglądała. Muszę uszanować sumienie każdego człowieka. Każdy odpowiada za siebie, tak samo jak ja. Kiedy się bierze Ewangelię i wszystko zestawi razem, nie tylko jedno zdanie czy jakieś powiedzenie, ale całość, zostaje właśnie to: ty odpowiadasz i on odpowiada. Ty inaczej, on też inaczej, ale wszyscy odpowiadamy przed Chrystusem, jak Go zrozumieliśmy10.

Po powstaniu został z tłumem cywilów ewakuowany do Pruszkowa, a następnie uciekł stamtąd do Lasek. Po kilku dniach przedostał się do Krakowa. Tam został zastępcą ks. Ferdynanda Machaya, który pełnił funkcję archiprezbitera w Kościele Mariackim, a także opiekunem wszystkich księży z innych diecezji, którzy znaleźli w Krakowie schronienie. Wkrótce jednak ks. Zieja prawie chyłkiem uciekł z „ciepłej posadki” i podążył na zachód, dowiedziawszy się, iż brakuje tam kapłanów. Dzięki pomocy AK otrzymał papiery niemieckie na wyjazd do Królewca na roboty w charakterze pomocnika ogrodnika, gdzie jednak nie udało się mu dostać. Ostatecznie dotarł w okolice Rugii, gdzie pracował jako robotnik rolny i niósł pomoc duchową wywiezionym tam przymusowo Polakom.

***

W czerwcu 1945 r. rozpoczął pracę duszpasterską w Słupsku, gdzie początkowo był jedynym księdzem katolickim, obsługującym cztery kościoły w mieście oraz kilka następnych w powiecie. Tam wraz z Anielą Urbanowicz zorganizował i prowadził Dom Matki i Dziecka, w którym w grudniu 1946 r. znajdowało schronienie 40 matek i 60 dzieci. Z jego inicjatywy powstał w Słupsku pierwszy w Polsce i przez długi czas jedyny pomnik Powstańców Warszawskich11.

W kronice parafialnej z tamtego okresu czytamy: Praca w Słupsku to praca od podstaw: duszpasterstwo w czterech kościołach, ich remonty, nauka w trzech szkołach podstawowych, w gimnazjum i liceum, troska o więźniów, otwarcie Uniwersytetu Ludowego mającego swą siedzibę początkowo na plebanii i wykłady w nim. W niedzielę trzy msze święte, cztery lub pięć kazań, chrzty, śluby i wyjazdy do kościołów filialnych, odległych od Słupska do 35 km12. Jak widzimy, praca ponad siły dla każdego człowieka, a zwłaszcza osoby zupełnie nie dbającej o swoje potrzeby i z zapałem realizującej ideały franciszkańskiego ubóstwa.

W tej samej kronice czytamy zapis mówiący o tym, iż ks. Zieja chciałby być najuboższy we wszystko na całej swojej parafii /…/, najmarniej się odżywiać, mieć tylko siennik, koc i ze słomy poduszkę do spania. On sam zaś w liście z 18 września 1945 r., zatytułowanym „Do moich kochanych i bardzo mi drogich współpracowników w parafii słupskiej”, oświadczał, że jego „pragnieniem i szczerym postanowieniem było zawsze i jest dążyć do najwyższego ubóstwa, to znaczy do takiego sposobu życia, żeby w mej parafii nie było nikogo uboższego ode mnie w rzeczy tego świata, co do odzienia, pożywienia i mieszkania”. Bez prowadzenia takiego trybu życia, chociaż przez tę resztę dni, jakie mi na ziemi pozostały, lękam się stanąć przed sądem Bożym13. Skrajne ubóstwo z wyboru, dzielenie się wszystkim z bliźnimi, ale bez żadnego cierpiętnictwa, zadęcia i ostentacji…

Po śmierci kard. Augusta Hlonda, w listopadzie 1948 r. prymasem Polski i arcybiskupem metropolitą warszawsko-gnieźnieńskim został Stefan Wyszyński, długoletni przyjaciel i współpracownik ks. Zieji. Wkrótce po ingresie ks. Prymas sprowadził ks. Zieję do Warszawy, chcąc mieć go blisko siebie. Najpierw został wiceproboszczem, a później proboszczem parafii św. Wawrzyńca na Woli, a od 1950 r. rektorem warszawskiego kościoła Wizytek. Po aresztowaniu prymasa Wyszyńskiego, gdy realne niebezpieczeństwo zaczęło grozić ks. Zieji, za radą ponoć samego Józefa Cyrankiewicza przekazaną Anieli Urbanowiczowej, usunął się z Warszawy. Najpierw udał się do Nowej Wsi pod Michalinem k. Warszawy, a następnie w celu podreperowania zdrowia wyjechał do Zakopanego; wedle zgodnych relacji rekonwalescencja wyglądała dokładnie tak, jak możemy się tego domyślać.

W 1956 r. został współtwórcą i kapelanem Klubu Inteligencji Katolickiej, powstałego na fali tzw. odwilży. Niósł również pomoc więźniom powracającym z ZSRS. Utworzono bowiem wówczas za zgodą rządu przy Zarządzie Głównym Czerwonego Krzyża komórkę pod nazwą „Ogólnopolski Komitet Pomocy Repatriantom z Rosji”, na czele której stanął minister oświaty Władysław Bieńkowski. W skład prezydium wszedł również ks. Zieja. Jak wspomina Ryszard Saper, wówczas zastępca Bieńkowskiego, ksiądz należał do najaktywniejszych działaczy: nie szczędząc trudu wraz z ministrem Bieńkowskim i ze mną jeździł do odległych punktów repatriacyjnych (Terespol, Medyka). Podejmował się razem ze mną skutecznych interwencji u ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza. Zasługą ks. Zieji było też uzyskanie od kardynała Stefana Wyszyńskiego znacznych funduszy na pomoc dla ludzi wracających z łagrów sowieckich14.

W latach 1960-63 był profesorem w Seminarium Duchownym w Drohiczynie, zaś od 1963 r. aż do śmierci żył i pracował w domu Sióstr Urszulanek Szarych na warszawskim Powiślu, gdzie od czasów okupacji czekało na niego zawsze przygotowane miejsce. Poświęcał się wówczas przede wszystkim pracy pisarskiej i duszpasterskiej. Przesłał na ręce polskich uczestników II Soboru Watykańskiego memoriał dotyczący piątego przykazania Dekalogu, wskazując w nim, iż przykazanie „Nie zabijaj” należy rozumieć jako: „Nie zabijaj nigdy nikogo”. Zafascynowany postacią sekretarza generalnego ONZ Daga Hammerskjölda i jego działaniami podejmowanymi na rzecz pokoju na świecie, nauczył się szwedzkiego i przetłumaczył na język polski jego książkę „Drogowskazy”.

We wrześniu 1976 r. znalazł się wśród 14 sygnatariuszy założycielskiego apelu Komitetu Obrony Robotników. Pełnił funkcję przewodniczącego Rady Funduszu Samoobrony Społecznej KOR. Przesłuchiwany w prokuratorze w związku ze swoją współpracą z tym środowiskiem stwierdził, iż związał się z nim z tego powodu, że ludzie ci jawnie wystąpili w obronie słabszych, pokrzywdzonych, prześladowanych, poniżanych, pozbawianych pracy, niosąc im pomoc materialną i prawną. Osoby związane z KOR w tamtym czasie nazywają go „empirycznym dowodem na istnienie Boga”, podkreślając, że łagodził spory nie dlatego, że był księdzem czy sędziwym starcem, ale dlatego, że uczył nas patrzenia na problemy z innej perspektywy. Henryk Wujec podkreślał, iż w KOR, zwłaszcza wśród „starszych państwa”, byli ludzie o niesamowitych biografiach. Ale nawet na tym tle ks. Zieja się wyróżniał. Symbol świętości. Gdy brał udział w zebraniach, była inna atmosfera. Czuliśmy, że jest wśród nas ktoś, kto ma bezpośrednią łączność z rzeczywistością, która przekracza nasze doświadczenie. /…/ Starał się nas jednoczyć. Michnik, Kuroń, Macierewicz, wszyscy mu byli bliscy. KOR był takim małym parlamentem i do ostrych dyskusji dochodziło. Ale to, że do końca istnienia (wrzesień 1981) nigdy się brzydko nie podzielił, jest zasługą łagodzenia księdza Zieji15. W późniejszych latach był sympatykiem „Solidarności”, wspierając ją duchowo aż do śmierci.

Ostatnie 28 lat życia spędził w warszawskim domu urszulanek przy ulicy Wiślanej i tam właśnie, nad ranem 19 października 1991 r. zmarł. Cztery dni później w kościele sióstr wizytek odbyło się nabożeństwo pogrzebowe za zmarłego, które odprawił Prymas Polski kard. Józef Glemp. Ksiądz Zieja został pochowany na cmentarzu w Laskach. Kilka lat później okres od 19 października 1996 r. do 19 października 1997 r. ogłoszono Rokiem Pamięci Ojca Jana Zieji16.

***

Jerzy Turowicz w przedmowie do wywiadu-rzeki z ks. Zieją pisał: Ewangelia dla Jana Zieji znaczyła: prawda, miłość i ubóstwo. Wcielał ją w swoje życie z – można by rzec – chłopskim uporem, co wywoływało nieraz postawy nonkonformizmu, czasem konflikty, gesty kontestacji /…/. Jest człowiekiem charyzmatu, człowiekiem wielkiej, profetycznej wizji, człowiekiem modlitwy i kontemplacji. Należy do tej franciszkańskiej rasy ludzi, którzy umiłowali ubóstwo i służbę ubogim, do takich jak Matka Teresa z Kalkuty, Dom Helder Camara, Dorothy Day, Jean Vanier czy nasz Brat Albert17.

Trudno nie zgodzić się z tymi słowami. Postać ks. Zieji ciągle fascynuje i działa na wyobraźnię, traktowany jest przez wielu jako wzór kapłana, święty naszych czasów, a wręcz prorok. Należał do owych marszałków, o których mówił doktor Delbende w „Pamiętniku wiejskiego proboszcza” Georgesa Bernanos – upadających na kolana przed biedakiem, kaleką czy trędowatym, podczas gdy kaprale poprzestają na przyjacielsko-protekcjonalnym poklepaniu go po ramieniu. Można powiedzieć, iż w całej działalności był wierny maksymie Marka Aureliusza, radzącego, aby ten, kto wyświadcza jakieś dobrodziejstwo nie rozgłaszał tego, lecz przechodził do innej sprawy, jak winna latorośl by w porze stosownej zawsze owoc wydać18.

Przypisy:

1 S. Bartos, G. Wójcik, Ks. Jan Zieja ­– w służbie Bogu i ludziom, Krynica-Zdrój [2008], s. 93.

2 Ibid., ss. 119-120.

3 Cyt. za Ks. W. Wojdecki, Wstęp [w:] Ks. J. Zieja, W ubóstwie i w miłości. Wybór kazań, Leszno k. Błonia 1997, s. 10.

4 Z. Kossak, W Polsce Podziemnej. Wybrane pisma dotyczące lat 1939-1944, Wybór i opracowanie Stefan Jończyk, Mirosława Pałaszewska, Warszawa 1999, cyt. za http://www.zieja.ovh.org/relacje_kossak.htm

5 Matka Andrzeja Górska, Ks. Jan Zieja i jego współpraca z bł. Urszulą oraz Zgromadzeniem Sióstr Urszulanek SJK w latach 1935-1991, „Szary Posłaniec” nr 56, 1991.

6 Cz. Żerosławski, Katolicka myśl o Ojczyźnie. Ideowopolityczne koncepcje klerykalnego podziemia 1939-1944, Warszawa, 1987, s. 18.

7 J. Hoppe, Wspomnienia, przyczynki, refleksje, Londyn 1972, s. 287.

8 Z. Kossak, op. cit.

9 S. Bartos, G. Wójcik, op. cit., s. 115.

10 J. Moskwa, Ewangelia według księdza Zieji, „Tygodnik Powszechny” nr 10/1997.

11 T. Rogowski, Pierwszy powstańczy, „Gość Niedzielny” 2004, za: http://www.zieja.ovh.org/art_pomnik.htm

12 Ks. W. Wojdecki, op. cit., s. 28.

13 Ibid., ss. 29-30.

14 Ryszard Saper, Wspomnienie o ks. Janie Zieji, „Tydzień Polski” (Londyn) nr 51/1991.

15 M. Nocuń, A. Brzeziecki, Prorok. Ks. Jan Zieja (1897-1991): świadek wieku XX, „Tygodnik Powszechny” nr 4/2007 (dodatek „Historia w Tygodniku”).

16 K. i J. Piątkowscy, Ks. Jan Zieja – prorok XX wieku, „Niedziela” 30.03.1997.

17 J. Turowicz, Przedmowa [w:] Ks. Jan Zieja. Życie Ewangelią. Spisane przez Jacka Moskwę, Paryż 1991.

18 Marek Aureliusz, Rozmyślania, Kęty 2003, s. 41.

O LEPSZE DZISIAJ, czyli konsumenci wszystkich krajów, łączcie się

Należał do pokolenia działaczy społecznych z własnego, nieprzymuszonego popędu. W działaczu takim najsilniejszym bodźcem jest wiara w jego dzieło, w jego realność i siłę pomimo ciężkich ofiar i wielkiego wysiłku, stojącego przed realizacją dzieła. Krótkie /…/ życie Romualda Mielczarskiego /…/ było jednocześnie długim życiem działacza społecznego: 15 lat więzień, poniewierki, wygnania, emigracji i 20 lat żmudnej, twardej, nie zawsze wdzięcznej pracy społecznej – pisał dekadę po jego śmierci prof. Konstanty Krzeczkowski.

***

Urodził się 5 lutego 1871 r. w Bełchatowie. Ojciec był kierownikiem miejscowej poczty, matka zmarła, gdy chłopiec miał 12 lat. W wieku 9 lat rozpoczął naukę w 3-klasowej prywatnej szkole w Radomsku. Po jej ukończeniu trafił do gimnazjum państwowego w Częstochowie. Po dwóch latach przeniósł się w 1885 r. do V gimnazjum w Warszawie. Początkowo mieszkał u ciotki, później usamodzielnił się. Jak wspominał Stefan Żeromski, jego ówczesny sąsiad, Izba na strychu, wszystkie stołki spalone, możliwości pożyczek wyczerpane, widmo głodu. A jednak był w pobliżu nas człowiek jeszcze biedniejszy: codziennie o 9-ej wieczorem do sieni poddasza, w której hulały wiatry i przeciągi, mizerak-uczeń wnosił na plecach siennik, zapalał lampkę naftową, układał się na gołym sienniku, okrywał się płaszczem i długie godziny kuł lekcje lub czytał książki.

Ze szkolnymi kolegami – byli wśród nich m.in. Stanisław i Władysław Grabscy – zakładał nielegalne kółka samokształceniowe. Kluczowe tematy ich rozważań to niepodległość Polski i sprawiedliwość społeczna. Mielczarski utrzymywał kontakt z działaczami nielegalnego tzw. II Proletariatu, jednak krytykował stosowanie terroru, był zwolennikiem masowych działań społecznych. Żył z udzielania korepetycji, uczył się znakomicie, miał otrzymać szkolny medal za dobre wyniki. Jednak kilka dni przed maturą, 1 maja 1890 r. wczesnym rankiem udał się na Powiśle, by sprawdzić reakcję robotników warszawskich na odezwy wzywające do udziału w manifestacji z okazji Święta Pracy. Carscy żandarmi znaleźli przy nim materiały agitacyjne, chłopak został aresztowany, usunięto go ze szkoły, o maturze nie było mowy.

Po czterech miesiącach pobytu w Cytadeli wypuszczono go za kaucją i objęto dozorem policyjnym. W kwietniu 1891 r. carski sąd ogłosił wyrok – 20-latka skazano na rok ciężkiego więzienia w Krestach w Petersburgu oraz objęto dwuletnim zakazem powrotu na ziemie Kongresówki. W celi więziennej przymusowo pracował 11 godzin dziennie jako nawijacz przędzy, resztę czasu poświęcał nauce języków obcych. Po opuszczeniu więzienia zamieszkał w granicznym Białymstoku, później w Grodnie, po kilku miesiącach starań uzyskał pozwolenie na wyjazd zagranicę. Pod koniec czerwca 1892 r. przybył do Berlina, gdzie zamierzał podjąć studia, jednak uniemożliwił to brak rosyjskiej matury.

Z ciepłym przyjęciem spotkał się w gronie politycznych emigrantów z Polski, skupionych w Towarzystwie Socjalistów Polskich, wydającym „Gazetę Robotniczą”. Wraz z S. Grabskim redagował to czasopismo, będąc – jak wspominał jeden z kolegów – najgorliwszym zwolennikiem wprowadzenia do programu socjalistycznego walki o niepodległość Polski. Nie działali jednak długo – pod naciskiem Rosjan, władze niemieckie aresztowały Polaków i zmusiły do wyjazdu zagranicę.

Mielczarski wybrał Zurych, gdzie na wydziale filozoficznym tamtejszego uniwersytetu podjął studia – nauki przyrodnicze, ekonomię i historię. Żył jednak w skrajnej biedzie i dlatego za namową kolegów wydalonych z Berlina przeniósł się do Belgii, gdzie łatwiej było o zarobek. Rozpoczął studia w Antwerpii w Instytucie Handlowym, uważanym wówczas za najlepszą europejską uczelnię w dziedzinie nauk ekonomicznych. W Belgii nie porzucił działalności politycznej. Wszedł w skład redakcji „Przeglądu Socjalistycznego”. Środowisko to w 1894 r. połączyło się z Polską Partią Socjalistyczną. W utworzonej Centralizacji Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich (z siedzibą w Londynie), Mielczarski tworzył sekcję belgijską. W tym samym roku nakładem PPS ukazała się skierowana do chłopów jego – sygnowana pseudonimem Jan Wierzba – broszura agitacyjna „O czym każdy włościan wiedzieć powinien”, która przemycona do kraju cieszyła się dużą popularnością. Takie działania znów ściągnęły na niego uwagę agentów Ochrany, którzy za pośrednictwem ambasady rosyjskiej nakłonili władze belgijskie do wydalenia Mielczarskiego z kraju. Na przeszkodzie temu stanęła studencka akcja w jego obronie, którą podchwycili na forum parlamentu deputowani lewicy.

W roku 1896 z wyróżnieniem ukończył studia. Do kraju wracać nie mógł, bo czekało go więzienie. Odrzucił propozycję intratnej posady w Kongu Belgijskim. Objął natomiast po Stefanie Żeromskim stanowisko bibliotekarza w Muzeum Polskim w szwajcarskim Rapperswilu. Spędzone tam niemal cztery lata to czas wytężonej pracy ideowej. Do popularnonaukowego socjalistycznego periodyku „Światło” napisał cykl tekstów poświęconych historii Polski, akcentując tendencje demokratyczne i prospołeczne w naszych dziejach oraz negatywną rolę warstw posiadających, ich egoizm, prywatę i brak reform socjalnych jako przyczyny upadku kraju i niemożności zrzucenia jarzma zaborczego. W 1898 r. opublikowano jego kolejną broszurę (ponownie sygnowaną jako Jan Wierzba) przeznaczoną dla chłopów – „1848 rok w Polsce”. Powstały wówczas jeszcze dwie większe prace. Pierwsza to obszerna analiza dziejów Towarzystwa Demokratycznego Polskiego z lat 1832-1863 – niestety jej rękopis zaginął później w toku burzliwych perypetii autora. Druga to „Broszura programowa”, napisana dla PPS, jednak z niejasnych przyczyn nie wydana wówczas.

***

W poglądach Mielczarskiego z tego okresu można wyróżnić trzy kluczowe aspekty: akcentowanie w programie socjalistycznym kwestii niepodległości, stale rosnący demokratyzm i apoteozę zaangażowania mas społecznych oraz uznanie przewagi konkretnych osiągnięć nad wywodami teoretycznymi.

O sile patriotyzmu Mielczarskiego świadczy choćby początek tekstu z pisma „Światło” z roku 1899: Podział naszego narodu i wydarcie mu niepodległości były najhaniebniejszą zbrodnią, jaką kiedykolwiek popełniono na ludzkości i cywilizacji. Ale wątki patriotyczne w swoich rozważaniach i postulatach programowych uzasadniał nie tylko etycznie. Mielczarski w kwestiach społeczno-gospodarczych był wówczas typowym socjalistą. Uważał kapitalizm za system zarówno niesprawiedliwy, oparty na wyzysku pracowników i przywłaszczaniu nadwartości przez pracodawców, jak i wadliwy, kryzysogenny, prowadzący do stałej koncentracji bogactwa oraz nieracjonalnego wykorzystania sił wytwórczych. Sądził, że rozwiązaniem problemu będzie uspołecznienie dużej i średniej własności środków produkcji. Od nurtu marksistowskiego odróżniała go postawa reformistyczna, socjaldemokratyczna – wierzył, że przeobrażenia społeczne dokonają się na drodze pokojowej i parlamentarnej, a ich czołowym wykonawcą będzie państwo podporządkowane woli mas społecznych. Dlatego też w „Broszurze programowej” przekonywał, że Aby państwo chciało i mogło przeprowadzić reformę ekonomiczną zgodną z interesami polskiej klasy robotniczej, nie może ono pozostać tym, czym jest dziś, nie może pozostać państwem samowładnym i państwem najezdniczym. /…/ Wyrzucić z kraju despotyczny najazd, aby na jego ruinie stworzyć niepodległą Polskę demokratyczną, jest najistotniejszym zadaniem polskiego proletariatu.

Niepodległość jest niezbędna dla socjalizmu także dlatego, że jej brak oznacza zakonserwowanie istniejących porządków: /…/ najwyższym interesem despotyzmu jest bierność społeczeństwa uwiecznić [utrwalić]. W tym to właśnie celu rząd despotyczny zakazuje wszelkiej działalności zbiorowej. Obywatele państwa despotycznego nie mają ni wolności osobistej, ani wolności słowa i druku, ani wolności zmów, zgromadzeń i zrzeszeń, ani wolności związków politycznych, jednym słowem tych wszystkich wolności, bez których łączenie się ludzi jednakowych przekonań dla osiągnięcia pewnych celów jest niemożliwe.

Co oczywiste, despotyczne rządy zaborcze ograniczają demokrację, a zatem hamują rozwój jednego z kluczowych ideałów socjalistycznych. Społeczeństwo nasze /…/ dawno już dojrzało do rządów konstytucyjnych, wolnościowych, dzięki jednak temu, że jesteśmy gwałtem skuci ze społeczeństwem rosyjskim, mniej od nas pod względem gospodarczym i obyczajowym rozwiniętym /…/ zmuszeni jesteśmy ulegać barbarzyńskiemu prawu /…/, karzącemu więzieniem i Sybirem za udział w strajkach, w towarzystwach politycznych, uznającemu nawet karę śmierci za przestępstwa polityczne. Musimy również ulegać wadliwemu ochronnemu prawodawstwu fabrycznemu, które /…/ z ochrony robotnika stało się ochroną fabrykanta. A co na to warstwy posiadające? Zdawałoby się, że najazd, który w dodatku obraża uczucia narodowe, powinien być kapitalistom nienawistny, a ich najgorętszym pragnieniem jego obalenie. Ale od czegóż kapitaliści są kapitalistami! Jeżeli nienawidzą oni rządu jako najazdu, to kochają go jako despotyzm, gdyż despotyzm pozwala im bez wszelkiej kontroli napychać sobie kieszenie krwią i potem robotnika. Na świadomych i strajkujących ma kule, więzienia i Sybir.

Jeszcze jeden ważny wymiar ma brak niepodległości – zacofanie gospodarcze. Jak wiemy, kapitalizm był wedle Marksa fundamentem socjalizmu, tj. umożliwiał rozwój sił wytwórczych, na bazie których możliwe byłoby dopiero powstanie nowego ustroju, zaspokajającego potrzeby szerokich rzesz, wydobywającego je z nędzy i zacofania. Tymczasem o ile kraje suwerenne mają możność prowadzenia polityki modernizacyjnej, o tyle Polska jest traktowana jako wewnętrzna kolonia, peryferia innego państwa. Polityka celna, regulacje prawne, strategie inwestycyjne – nie pozwalają na maksymalny rozwój, utrwalając zapóźnienie cywilizacyjne. /…/ najazd /…/ nas traktuje jako społeczeństwo podbite i wszystko, co dla naszego narodu jest szkodliwe, uważa dla siebie za pożyteczne; /…/ Dlatego też rolnictwo nasze /…/ postępuje tylko powoli, mając do zwalczenia niesłychane gdzie indziej trudności. Przemysł nasz /…/ nie stoi na takim stopniu rozwoju, jak by to być mogło. Podobnie handel nasz /…/ znajduje się dziś jeszcze ciągle w stanie zwyczajnego oszustwa.

Niepodległość jest warunkiem sine qua non rozwoju społecznego, ekonomicznego czy wręcz cywilizacyjnego. PPS jest organizacją proletariatu polskiego, a proletariat polski, właśnie dlatego, że jest proletariatem i że jest polskim, ma największy interes w niepodległości kraju, bo niepodległość tylko pozwoli mu opanować rządy kraju i zabezpieczy kulturze polskiej, przyszłemu dziedzictwu proletariatu, normalny rozwój.

Tak, jak odzyskanie niepodległości warunkuje reformy społeczne, tak niepodległość bez socjalnego „farszu” traci wiele ze swej wartości. Mielczarski nie zostawiał suchej nitki na „Polsce pańskiej”. Jego broszury historyczne, skierowane do chłopów, pełne są gorzkich słów pod adresem warstw posiadających. Polska musi być zatem demokratyczna i przeprowadzić reformy społeczne. /…/ lud polski dwóch ma wrogów śmiertelnych. Tymi wrogami są car moskiewski i panowie polscy. Dopóki ci dwaj wrogowie żyć będą na polskiej ziemi, wszystko się zmienić może, tylko niewola i nędza ludu polskiego zostanie.

Jak wspominał S. Wojciechowski, Mielczarski dzielił się z nim wnioskami z analizy dziejów Towarzystwa Demokratycznego Polskiego: Najbardziej ofiarne i szlachetne jednostki giną w walce z najazdem, na placu zostają karierowicze i frazesowicze ze wszystkimi wadami zdemoralizowanej szlachty. Wszyscy mówią o ludowładztwie jako najlepszej formie rządzenia /…/, ale większość cofa się przed przyjęciem konsekwencji takiego programu. /…/ Zbawienie Polski przez garstki choćby najbardziej genialnych i bohaterskich jednostek, jest utopią. Sprawić to może tylko praca samego ludu; trzeba pracować przede wszystkim nad jego usamodzielnieniem we wszystkich kierunkach, nie zastępować przez inteligencję, która w znacznym stopniu uległa rozkładowi upadku.

Trzeci wyraźny rys ówczesnych poglądów Mielczarskiego to pragmatyzm. Choć był bezkompromisowym ideowcem, cenił wszelkie konkretne – nawet jeśli niewielkie – zdobycze, które polepszają los świata pracy. Nie lubił bezustannego bajtlowania o programie, ustawach itd., a jak pisał prof. Krzeczkowski, dziwi[ł] się, czemu ludzie /…/ nie interesują się ruchem konkretnym: organizacjami zawodowymi, kooperatywami itd.

***

Na początku roku 1900 zdecydował się opuścić Rapperswil i wrócić do kraju. Był przekonany, że władze carskie już o nim zapomniały i będzie mógł prowadzić legalną działalność społeczną. Stało się inaczej – w czerwcu owego roku został aresztowany podczas przekraczania granicy i osadzony w więzieniu w Petersburgu. Na kilka miesięcy rodzina i znajomi stracili z nim kontakt – Mielczarski odmawiał napisania listu po rosyjsku i uczynił to dopiero po uzyskaniu zgody władz więzienia na krótki komunikat po polsku. Wypuszczony po ośmiu miesiącach, otrzymał wyrok zakazujący powrotu do kraju. Przez kilka miesięcy żył w biedzie w granicznym Białymstoku. Odrzucił propozycję PPS powrotu do Polski z fałszywymi dokumentami i zajęcia się pracą partyjną. Nieoczekiwanie zrezygnował z wszelkiej działalności politycznej. W liście do władz partii tłumaczył to względami bytowymi i rodzinnymi, a w zakończeniu pisał: Oto cała moja spowiedź krótka i węzłowata. Nie wiem, czy po niej nie stracę resztki zaufania, jakie mieliście dla mnie. Byłoby to dla mnie bardzo bolesne. Sądzę, że do najgorszych nie należę i z czasem zapewne tego dowiodę.

Wyjechał na Kaukaz do Tyflisu, gdzie objął jedno ze stanowisk kierowniczych w kopalni manganu. W 1903 r. przeniósł się do Charkowa – tam w firmie H. Meyera został szefem działu sprzedaży importowanych z Polski wyrobów hutniczych. Do Polski wrócił jednak szybciej niż się spodziewano – rewolucja 1905 r. poskutkowała możnością legalnego pobytu w kraju. Pod koniec 1906 r. Mielczarski odrzucił propozycję intratnej posady i przybył do Warszawy. Przez kilka miesięcy był zatrudniony w firmie Siemens, później w Stowarzyszeniu Spożywczym Pracowników Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej (największa wówczas polska spółdzielnia spożywców), a wkrótce podjął pracę jako szef działu handlowego w „Uranii” – formalnie była to spółka, w praktyce zaś stowarzyszenie wytwarzające pomoce dydaktyczne dla polskich szkół.

Na fali porewolucyjnej aktywności społecznej powstał w 1905 r. z inicjatywy Edwarda Abramowskiego Związek Towarzystw Samopomocy Społecznej, zrzeszający postępową inteligencję oraz liderów inicjatyw chłopskich i robotniczych. W łonie tej organizacji powołano wkrótce Towarzystwo Kooperatystów, które miało zająć się krzewieniem ekonomicznej samoorganizacji i samopomocy, czyli spółdzielczości. Mielczarski został członkiem TK wkrótce po jego utworzeniu, a niedługo później był już jednym z najbardziej ofiarnych działaczy i liderów organizacji. Na pierwszym oficjalnym zjeździe TK wszedł wraz z S. Wojciechowskim i Rafałem Radziwiłłowiczem w skład zarządu. Wkrótce podjęli decyzję o edycji pisma „Społem!” (tytuł wymyślił Żeromski), mającego propagować ideały spółdzielcze. Redaktorem został Wojciechowski, zaś Mielczarski był czołowym autorem tekstów „pragmatycznych”, tj. zawierających konkretne informacje o zasadach spółdzielczości, sprawach organizacyjnych, procedurach itp. We dwóch napisali odezwę ideową nowego pisma. Spod pióra Mielczarskiego wyszły takie słowa: Gdy chodzi o poprawę materialnych i kulturalnych warunków bytu warstw pracujących, istnieją dwie drogi /…/ Pierwsza /…/ to droga walki: ludzie łączą się tutaj w partie polityczne, związki zawodowe, ażeby za pomocą solidarnego nacisku /…/ uzyskać dla siebie lepsze warunki /…/ Nie podajemy w wątpliwość doniosłości wysiłków ludzkich w tym kierunku, ale nie uznajemy uroszczeń przywódców tego ruchu do wyłączności /…/ Nie masz jedynego środka przeciwko nędzy i wadliwościom ustroju społecznego! I choć słyszymy głosy, że w chwili obecnej wszystko inne, aniżeli walka, oczekiwanie reform z góry, powinno zejść na bok – za obowiązek sobie poczytujemy podjąć pracę w innym kierunku, dotąd u nas zaniedbanym /…/. Tą inną drogą /…/ jest zrzeszanie się ludzi dla celów zbiorowej samopomocy, dla celów kooperacji. W przeciwstawieniu do pierwszej nie chodzi tutaj o to, żeby na kimś drugim wymóc ustępstwo, ulgę, poprawę, lecz o to, żeby przez zbiorowe racjonalne użycie posiadanych środków czy zarobku ująć w swoje ręce zaspokajanie swoich potrzeb /…/ druga droga jest drogą zabiegów twórczych, rozwijających ducha niezależności i solidarności bez zacieśniania jej do granic partyjnych czy klasowych. I dlatego właśnie działalność kooperacyjna nazywa się szkołą solidarności i uczuć obywatelskich.

Inicjatywy tego typu istniały już wcześniej, jednak rozproszone, niewielkie, źle zarządzane, prowadzone przez pasjonatów pozbawionych wiedzy fachowej itp. – nie przynosiły wielkich rezultatów. Środowisko skupione w TK dążyło do zjednoczenia ruchu spółdzielczości spożywców i nadania mu nowoczesnych form organizacyjnych. Mielczarski studiował doświadczenia Europy Zachodniej, odwiedził kooperatywy rosyjskie, w 1908 r. napisał podręcznik „Rachunkowość stowarzyszenia spożywców” (do 1945 r. doczekał się 15 wydań!). Pociągami, na furmankach i pieszo wędrował po całym kraju, wizytując spółdzielnie spożywców, rozpoznając ich błędy i ucząc prawidłowej działalności. Jako pierwszy wystąpił z wnioskiem o powołanie wspólnej hurtowni, która mogłaby zaopatrywać spółdzielnie w tańsze produkty i ułatwić konkurowanie z handlem prywatnym. Opracował metodologię funkcjonowania spółdzielczości spożywców, nadając jej nie tylko nowoczesny, ale i ekonomicznie celowy charakter. Dotychczas polska spółdzielczość spożywców stanowiła zazwyczaj eksperyment społeczny, nierzadko utrzymany w duchu pięknoduchostwa. W najlepszym razie funkcjonowała nieźle i przynosiła korzyści ekonomiczne swoim członkom, ale ograniczała się do niewielkiego grona osób. Dopiero pragmatyzm Mielczarskiego, połączony jednak z głęboką ideowością i dalekowzrocznością, sprawił, że wyszła ona z utopijno-środowiskowego getta.

Jesienią 1908 r. postanowiono dokonać zjednoczenia luźno współpracujących spółdzielni spożywców w jeden związek. Sekretarzami tymczasowego Biura Informacyjnego zjazd wybrał Mielczarskiego i Wojciechowskiego, a po zarejestrowaniu Warszawskiego Związku Stowarzyszeń Spożywczych (władze carskie nie zgodziły się na przymiotnik „polski”) w 1911 r. objęli oni funkcje dyrektorów organizacji. Mielczarski uporządkował reguły działania spółdzielni, które przystąpiły do Związku – koordynował ich politykę zakupów i cen, wprowadził przejrzystą i fachową księgowość, kształcił kadry, ograniczył sprzedaż produktów nie-członkom. W nowych realiach można było również na szeroką skalę propagować idee kooperatyzmu, bezpardonowo eliminować nadużycia. A także zadbać o warunki zatrudnienia pracowników (/…/ kooperatywa ma obowiązek płacić swoim urzędnikom lepiej niż przeciętnie i zbytnią pracą ich nie obciążać. Jeżeli kooperatywa ma być zarodkiem lepszego układu gospodarczego /…/, musi tak postępować), o podniesienie jakości usług (/…/ kooperatywa ma obowiązek przestrzegać przepisów zdrowotności i dobrego smaku. /…/ Sklep /…/ powinien być widny, czysty i przestronny, aby dawał wszelkie gwarancje, że towary, które się tu sprzedaje, są dobre i zdrowe, i krzewił wśród stowarzyszonych zamiłowanie do czystości, porządku i dobrego smaku) oraz o przezwyciężenie ducha „sklepikarskiego”, sprawiającego, że w okolicy powstawało wiele małych i niezamożnych spółdzielni zamiast kilku oddziałów jednej sprawnej organizacji. Spółdzielczość spożywców pod jego wodzą stała się czymś zupełnie innym niż była uprzednio – sprawnym organizmem ekonomicznym, który w sposób konkretny i namacalny poprawiał dolę członków ruchu.

Jego największym dziełem stricte ekonomiczno-organizacyjnym było utworzenie centralnej hurtowni WZSS. „Społem”, bo tak potocznie nazywano organizację, dokonało w ten sposób ogromnego skoku jakościowego i ilościowego. Hurtownia powstała w Warszawie przy ul. Smolnej. Cały pierwszy okres próbny hurtowni od 1 października 1911 r. do 31 grudnia 1912 r. Mielczarski siedział w biurze Związku od wczesnego rana do późnej nocy, nie dał się namówić na żaden wyjazd, choćby na tydzień dla wypoczynku. Z wielkim nakładem jego pracy i wiedzy uruchomiona organizacja hurtowni nie zawiodła oczekiwań. /…/ obrachunek wykazał nadspodziewanie dobre rezultaty – wspominał Wojciechowski.

Już na początku hurtownia dokonała rzeczy dotychczas niemożliwych – z pominięciem prywatnych monopolistów sprowadzono do Polski duży transport śledzi ze Szkocji oraz nawiązano współpracę z rosyjską kopalnią soli, co pozwoliło rozbić zmowę cenową hurtowników tego produktu. Jest to pierwsza poważna walka, w której wystawiona została na próbę nasza solidarność. Gdy spekulanci, polujący na naszą łatwowierność, przekonają się, że żadne nowe szyldy i zniżki cen nie osłabią naszego pragnienia wyzwolenia, że jesteśmy jednością silni – będą musieli wyrzec się opanowania handlu solą i w rękach naszego ludu pozostaną tysiące, na które teraz polują – przekonywał spółdzielców w 1913 r. i walka zakończyła się zwycięstwem. Wkrótce przyszły podobne sukcesy w dziedzinie towarów importowanych – Mielczarski osobiście zjeździł całą Europę, by wyjednać kontrakty z dostawcami, stosunki handlowe nawiązano także ze spółdzielcami angielskimi. Tak oto ten wątły fizycznie, ale niezmiernie silny duchem kooperatysta, zabiegając o kupno soli i pieprzu, myślał o wyzwoleniu ludu polskiego i zapewnieniu Polsce potęgi – pisał Wojciechowski.

Sukces odniesiono jednak przede wszystkim w efekcie zastosowania zasad, które sformułował (lub zapożyczył z zagranicy): spółdzielnie miały się zaopatrywać głównie w związkowej hurtowni, nie zaś u „prywaciarzy” (nie było mechanizmów przymusu, lecz jedynie wytężona edukacja działaczy w tej kwestii), do wyjątkowych przypadków ograniczono im sprzedaż na kredyt, lokalne spółdzielnie powinny się porozumiewać i zamawiać wspólnie duże partie towarów (nie było mowy o wysyłaniu mnóstwa drobnych zamówień, gdyż to znacznie windowało koszty), a hurtownia oferowała głównie produkty najczęściej nabywane, nie zajmując się poszerzaniem oferty o wyroby niszowe. Cokolwiek byśmy myśleli o ostatecznych celach stowarzyszenia spożywczego, jakiekolwiek byśmy przyznawali mu znaczenie społeczne, /…/ jest [ono] w ostatecznym rezultacie sklepem, przedsiębiorstwem handlowym – pisał w roku 1907.

Mielczarski wyprzedził epokę, wprowadzając zasady, na których wiele lat później bazowała ekspansja i sukces finansowy sieci dyskontów. Tam tylko kooperatywa zachowa swój właściwy charakter, gdzie każdy nowowprowadzony towar będzie odpowiadał istotnym potrzebom znacznej większości członków. Każda dobrze zorganizowana kooperatywa rozpoczynała od niewielu najniezbędniejszych artykułów i rozszerzała swój zakres działania tylko w miarę /…/ nowych potrzeb. Kooperatywy rozpoczynające od wszystkiego albo smutnie kończyły, albo zamieniały się na kramiki. Model „dyskontowy” wprowadził jednak z tą zasadniczą i oczywistą różnicą, że korzyści i zyski płynęły nie do wielkiego prywatnego kapitału, lecz do szeregowych spółdzielców jako współwłaścicieli i konsumentów. Po pierwsze, wiele produktów nabywali oni taniej, po drugie – zgodnie z główną zasadą spółdzielczości – część corocznego zysku była dzielona między nich (tzw. zwrot od zakupów).

W 1913 r. utworzono w Dąbrowie Górniczej pierwszą filię „społemowskiej” hurtowni, a jesienią oddano do użytku wybudowaną od podstaw nową siedzibę WZSS i hurtowni w stolicy. W czerwcu 1914 r. Związek zrzeszał już – po zaledwie kilku latach istnienia – ponad 50 tys. członków, skupionych w niemal 300 stowarzyszeniach.

***

Pragmatyzm i „surowość” Mielczarskiego wynikały z przesłanek dalekich od „handlowej” mentalności. Choć po Mielczarskim pozostały głównie teksty czysto techniczne – poświęcone sprawom formalnym, księgowym, organizacyjnym itp. – czytelnika uderzają w nich właśnie takie wtręty, jakich próżno szukać u dzisiejszych technokratów i pragmatyków.

W artykule pt. „Rachunkowość” (1906) tak uzasadniał rzetelne kontrole w spółdzielniach: Przede wszystkim majątek (kapitał) kooperatywy jest majątkiem publicznym. Uszczuplenie lub zupełny zanik majątku kooperatywy odbija się niekorzystnie na położeniu wszystkich stowarzyszonych, z których wkładów kapitał ten powstał. /…/ Celem ruchu kooperacyjnego nie jest tylko zapewnić stowarzyszonym dobry towar za niską cenę. Ruch kooperacyjny ma również cele wychowawcze, mianowicie przygotować społeczeństwo do objęcia spraw gospodarczych we własne ręce, wychować je dla samorządu gospodarczego. Rok później, propagując ideę spółdzielczych zakupów hurtowych, przekonywał: Zasadą etyczną kooperacji jest, że silny i doświadczony powinien pomagać słabemu i niedoświadczonemu. Stosuje się to przede wszystkim do stowarzyszeń większych. Nie powinny one samolubnie trzymać się z dala od ogólnego prądu /…/, nie powinny na swoją rękę nadal uskuteczniać zakupów, lecz razem z innymi, bo tylko w połączeniu zdołamy swój cel osiągnąć i usunąć te opłakane stosunki, jakie dziś w handlu panują. W tekście „Kontrola sklepowego” w tym samym roku pisał: Poszanowanie majątku publicznego jest jeszcze u nas bardzo słabe, słyszy się nawet cyniczne: co wszystkich – to niczyje; walczyć z tym rakiem zatruwającym nasze życie społeczne należy wszędzie, przede wszystkim zaś w stowarzyszeniach spółdzielczych. To tylko drobna część podobnych uwag.

O jeszcze jednej kwestii należy wspomnieć. Mielczarski, choć przed I wojną światową stał na czele dużej, a po odzyskaniu niepodległości – największej instytucji handlowej w Polsce, żył niezwykle skromnie, więc jego „biznesowe” podejście do „Społem” nie miało nic wspólnego z interesem prywatnym. Jak wspominała Wanda Papiewska, Mielczarskiego trzeba było zmusić, ażeby pozwolił sobie podwyższyć pensję. Jako dyrektor miał mniej od lustratora. Gdy jego stosunkowo niewielkie pobory wynosiły 900 zł, przekazywał co miesiąc 200 zł Polskiej Partii Socjalistycznej. Zachowało się też wspomnienie, że gdy dyrektor Mielczarski miał jechać do Grecji, by negocjować ważny kontrakt importowy, niemal zmuszono go do zabrania nowego garnituru, kupionego bez jego wiedzy. Pracował natomiast kilkanaście godzin dziennie, nie wyłączając niedziel i świąt. Stołował się zaś w „kuchni higienicznej”, zorganizowanej na zasadach spółdzielczych w gronie znajomych, z których każdy kolejno pełnił rolę obsługującego pozostałych.

***

Wybuch wojny przerwał rozwój spółdzielczości i zdezorganizował jej działania. Braki towarów na rynku, zmniejszenie produkcji, kłopoty z transportem, chaos finansowy, kontyngenty na rzecz armii, spekulacja, zmieniające się władze – wszystko to, nie wspominając o zniszczeniach wojennych, uniemożliwiło normalne funkcjonowanie ruchu spożywców. Część placówek zaprzestała działalności, inne rozpoczęły sprzedaż dla nie-członków, a centrala organizacji próbowała skupować i oferować w normalnych cenach produkty, których brak ludność odczuwała najbardziej.

Mimo trudnej sytuacji, Mielczarski starał się nie tylko o przetrwanie Związku, ale także podjął szereg działań reformatorskich. W kilku dużych miastach utworzono oddziały hurtowe i koordynacyjne, w 1917 r. wznowiono edycję pisma „Społem” oraz powołano Zrzeszenie Pracowników Stowarzyszeń Spożywczych, pełniące rolę związku zawodowego. Mielczarski snuł plany podjęcia działalności produkcyjnej przez spółdzielczość spożywców. We wrześniu 1918 r. w podwarszawskim Ołtarzewie „społemowcy” otworzyli średnią szkołę spółdzielczą (z internatem), a Mielczarski w porozumieniu z Wyższą Szkołą Handlową organizował kursy dla przyszłej spółdzielczej kadry kierowniczej.

Postanowił również zintensyfikować prace nad propagowaniem spółdzielczości oraz zadbać o podniesienie morale i świadomości ideowej osób już zrzeszonych w WZSS. W „Społem” pisał: Gdzie kooperatywa nie jest równorzędnie istotną szkołą samorządu, kształcącą tysiące oddanych, zapalonych entuzjastycznych zwolenników, przyszłość jej nie jest zapewniona. Tymczasem u nas cały ruch zmierzał wyłącznie w kierunku handlowym /…/. Przed zjazdem spożywców z terenu okupacji austriackiej, który zwołał na marzec 1917 r. w Lublinie, przekonywał: /…/ kooperacja jest tym właśnie ruchem, w którym działalność gospodarcza musi iść w parze z oświatą. Kooperacja jest organizującą się gospodarczo demokracją, a nie ma demokracji bez oświaty i solidarności.

Wszystko to robił w trudnej sytuacji wojennej i pozbawiony pomocy najbliższego współpracownika, ponieważ Wojciechowski w zawierusze wojennej znalazł się w Rosji. Mielczarski prowadził sekcję zaopatrzenia w żywność dla miasta Warszawy, jednak niechętnie współpracował z władzami niemieckimi, zarówno ze względu na ich okupacyjny charakter, jak i oceniając problem w perspektywie geopolitycznej. Gdyby państwa centralne zwyciężyły – mówił w kółku radykalnej inteligencji warszawskiej – stalibyśmy się co najwyżej państewkiem buforowym, łagodzącym możliwość starć pomiędzy nimi i Rosją; pod względem gospodarczym bylibyśmy wystawieni na żer przemysłu niemieckiego – pisał po latach S. Wojciechowski.

W pierwszym numerze wznowionego „Społem”, Mielczarski przekonywał: Gdzie narodowi swą wolę narzucają obcy, /…/ szeroki masowy ruch spółdzielczy nie może mieć miejsca. Małe rzeczpospolite, jakimi są stowarzyszenia spożywcze, rosną, kwitną i wydają wspaniałe owoce tylko w majestacie Niepodległej Ojczyzny, w cieple i świetle wolności i równości. Na zjeździe pełnomocników WZSS w czerwcu 1917 r. mówił: Dla normalnego rozwoju naszego ruchu niezbędne są nam jak najszersze swobody obywatelskie, zupełna wolność prasy, zebrań, zgromadzeń i zrzeszeń, jak najszersza demokratyzacja wszelkich urządzeń państwowych i administracyjnych, jak najszerszy udział ludu w życiu publicznym. Wszystkie jednak swobody polityczne nie są fikcją tylko wtedy, gdy naród sam sobą rządzi. Istotną gwarancją swobód jest niepodległa ojczyzna. Ojczyzna ta sięga tak daleko, jak szeroko rozsiadł się, pracuje i cieszy się życiem lud polski. Jako kooperatyści nie umiemy sięgać po cudze, ale swego bronić będziemy z zawziętością i uporem. I dlatego też, gdy nadejdzie chwila, w której nas zapytają o nasze aspiracje, powiemy jasno i dobitnie: bardziej od wody i powietrza potrzebna nam jest niezależna Rzeczpospolita Ludowa na ziemiach polskich.

***

Odzyskanie niepodległości otworzyło nowe perspektywy przed spółdzielcami. Wreszcie można było działać całkiem swobodnie, znikły bariery komunikacyjne i graniczne między ziemiami Polski. Tylko w 1919 r. Związkowi przybyło ponad 150 stowarzyszeń członkowskich, rok później przeciętna liczba członków spółdzielni wzrosła w ciągu 12 miesięcy o niemal 40%. W tym samym roku w budynkach „Społem” w Kielcach dokonał się kolejny milowy krok w rozwoju polskiej spółdzielczości spożywców – podjęła ona działalność produkcyjną. W 1922 r. hurtownia „społemowska” miała już 18 terytorialnych oddziałów. Rok później Związek zrzeszał 734 spółdzielnie z 343 tys. członków.

Na czele tej armii zorganizowanych konsumentów stał Mielczarski. W 1921 r. Międzynarodowy Związek Spółdzielczy na kongresie w Bazylei powołał go w skład swego Komitetu Centralnego. W tym samym roku decyzją Ministra Skarbu wszedł do Państwowej Rady Spółdzielczej. Odrzucił natomiast propozycje objęcia stanowisk ministra przemysłu i handlu oraz doradcy ministra skarbu, które proponowali mu Stanisław Wojciechowski i Władysław Grabski.

W 1919 r. był jednym z czołowych „lobbystów” podczas prac nad ustawą o spółdzielniach. W znacznej mierze to jego uporowi i talentom zawdzięcza Polska przyjęcie ustawy, która wyraźnie akcentowała ideowy wymiar spółdzielni jako organizacji powołanych do celów nie tylko gospodarczych, ale także społeczno-kulturalnych, co stanowi samo sedno tradycji spółdzielczości, a czego ustawodawcy początkowo nie rozumieli, traktując spółdzielnie jako li tylko jedną z wielu form zarobkowania.

Mielczarski odrzucał budżetowe wsparcie spółdzielczości spożywców i kooperatyw pożyczkowych poza sytuacjami absolutnie wyjątkowymi (jak krach gospodarczy). Nie godził się też na to, by instytucje państwowe przejęły uprawnienia lustracyjne (kontrolne) w spółdzielniach, gdyż groziłoby to zniszczeniem oddolnego charakteru ruchu. Dopuszczał jedynie wsparcie państwa w rozwoju spółdzielczości wytwórczej, jako wymagającej na wstępie bardzo dużych nakładów, których zwrot następuje powoli. Jeden jedyny raz zwrócił się o pomoc państwa, gdy po analizie regulacji podatkowych wyliczył, że prywatny handel ma możność obniżać wysokość płaconych należności o kilkadziesiąt procent. Wystąpił wówczas o obniżenie opodatkowania spółdzielni spożywców do czasu załatania wszelkich luk w prawie, korzystnych dla prywatnego kupiectwa.

***

Mimo dynamicznego rozwoju spółdzielczości spożywców w odrodzonej Polsce, Mielczarskiego spotkały na tym gruncie dwa silne ciosy. Pierwszy był efektem niefortunnego zbiegu okoliczności. W roku 1919, w obliczu niedoborów na rynku spustoszonym przez wojnę, uzyskał – kierując się prośbami władz państwa – od angielskiej hurtowni spółdzielczej CWS z Manchesteru pożyczkę w postaci produktów spożywczych o wartości ok. 160 tysięcy funtów. Wybierał to, co Polsce pracującej było najbardziej potrzebne. Żadnych luksusów, żadnych zbędnych przedmiotów nie sprowadził – wspominał Józef Jasiński. Spłata wydawała się banalnie prosta w obliczu znacznego popytu wśród polskich konsumentów. Niestety, w ciągu kilku miesięcy nastąpił tak znaczny spadek wartości marki polskiej, że „społemowcy” zostali z długami trudnymi do spłacenia. I choć angielscy spółdzielcy, najbogatsi wśród tego typu inicjatyw, postanowili znaczną część długu umorzyć, Mielczarski odrzucił taką propozycję. Za punkt honoru uznał, by polscy spółdzielcy nie narazili angielskich kolegów na jakiekolwiek straty. Poprosił jedynie, by można było spłacić dług w ciągu kilku lat za pomocą eksportu polskich towarów do Anglii. Dług spłacono co do grosza, jednak cała sprawa kosztowała Mielczarskiego sporo zdrowia, co wedle współpracowników miało znaczny wpływ na jego przedwczesną śmierć.

Drugi problem był natury jeszcze poważniejszej, bo dotyczącej sfery ideowej. Po odzyskaniu niepodległości nie spełniło się marzenie Mielczarskiego o zjednoczeniu całego ruchu spółdzielczego – nie udało się pokonać ani zaborczego „rozbicia dzielnicowego”, ani podziałów „branżowych”. Co gorsza, doszło do rozłamów i podziałów w spółdzielczości spożywców. Zamiast jednego silnego związku, powstały trzy „frakcje”. Spółdzielczość „neutralną” krytykowano z lewa i prawa.

Spółdzielczość wielkopolska, gdzie silne były wpływy kleru, utworzyła własny związek o nazwie Hurtownia Spółek Spożywczych. Miał on charakter sprzeczny z zasadami spółdzielczości, bowiem uznano, że centrala tego związku będzie zaopatrywała również kupców prywatnych (stanowili oni ok. 50% kontrahentów) w celu ułatwienia im konkurowania z handlowcami żydowskimi i niemieckimi. Tymczasem naczelną ideą ruchu spożywców było wyeliminowanie prywatnego handlu jako takiego, nie zaś wybór między jego opcjami etnicznymi.

Analogiczny rozłam nastąpił ze strony spółdzielczości „klasowej”, która uznała „społemowców” za nie dość radykalnych, jako że ich spółdzielnie nie pytały swoich członków o status społeczny i zawodowy. Na takim podłożu w 1919 r. powołano Związek Robotniczych Stowarzyszeń Spółdzielczych. Znaczną rolę w inspirowaniu rozłamu odegrali komuniści, ale główna moc sprawcza należała do działaczy PPS, co Mielczarskiego, sympatyka tej partii, bardzo dotknęło. Jak pisze Zbigniew Świtalski, Działacze, którzy praktycznie stykali się z działalnością spółdzielczą, byli za zjednoczeniem. /…/ Natomiast działacze, którzy na całe zagadnienie patrzyli z punktu widzenia interesów partii, uznali zjednoczenie za przedwczesne.

Tymczasem już w 1917 r. Mielczarski tak uzasadniał potrzebę jedności ruchu spożywców: Im koope­ratywa liczy więcej członków i im ci członkowie są mocniej z nią spojeni, tym doskonalej i łatwiej wypełnia ona swe zadanie. Kooperatywa, z natury rzeczy musi stać otworem dla wszystkich, musi być bezpartyjna. Chadecy, endecy, pepesowcy, esdecy, zaraniarze są nam w kooperatywie je­dnakowo drodzy. /…/ jako członkowie kooperatywy musimy, nie pytając o przekonania, zgodnie społem pracować. Kto tę zasadę zwalcza, tym samym nie chce wielkiego ruchu spółdzielczego. Sześć lat później, na Kongresie Spółdzielni Spożywców, mówił: Pewne odłamy kooperatystów występują przeciwko zasadzie powszechności, uważając, że w tym wypadku kooperacja zatraca swój charakter klasowy. /…/ Jeżeli przez „klasowość” mamy rozumieć negatywne stanowisko do kapitalizmu, to każda kooperatywa spożywców jest klasowa, bo samo jej założenie stanowi wyłom w kapitalizmie. Powiem więcej, w tym znaczeniu kooperatywa powszechna nosi bardziej charakter klasowy, bo prędzej i skuteczniej zwalcza kapi­talizm niż najbardziej czerwona kooperatywa zamknięta.

Życie pokazało, iż rację miał Mielczarski, nie zaś „narodowi” i „klasowi” rozłamowcy. Związek Robotniczych Stowarzyszeń Spółdzielczych po pięciu latach działalności stanął na progu bankructwa. Rozpoczęto negocjacje o połączeniu ze „społemowcami”. Działacz PPS i spółdzielczości, Bronisław Siwik, wspominał: /…/ Mielczarski był bezwzględnym zwolennikiem zjednoczenia ruchu spółdzielczego spożywców w Polsce. Lecz właśnie dlatego, że był głębokim i mądrym spółdzielcą, uważał, że nie każde zjednoczenie i nie za jakąkolwiek bądź cenę jest dobre i pożądane. Gdy przybyłem do Mielczarskiego i rozpocząłem sondowanie jego opinii co do połączenia, przerwał mi krótko: „Chcecie połączenia? Przyjdźcie i wstąpcie do naszego Związku!”. Było to całkowicie w jego duchu. Nie lubił próżnego gadania, układów długich i pertraktacji, zwłaszcza, że opinię o Związku Robotniczym, jeżeli chodzi o stronę gospodarczą, miał ujemną. W kwietniu 1925 r. odbył się kongres zjednoczeniowy, w efekcie którego powstał Związek Spółdzielni Spożywców RP. W tym samym roku „narodowa” Hurtownia Spółek Spożywczych w obliczu widma bankructwa została po cichu zlikwidowana. Na jej miejsce wkrótce utworzono w Poznaniu regionalny oddział „Społem”, który przejął zadania HSS wobec lokalnych spółdzielni spożywców.

Na zjeździe zjednoczeniowym „Społem” z kooperatywami „klasowymi”, Mielczarski mówił: /…/ jesteśmy twór­cami wielkiego przeobrażenia, które odda całą wymianę i ca­łą produkcję w ręce spożywców, które wytworzy obok demokracji politycznej demokrację gospodarczą.

***

Ten do bólu praktyczny człowiek, niechętny traceniu czasu na dyskusje i rozważania, mimochodem wniósł wkład do jednej z ciekawszych ideologii w historii polskiej myśli społeczno-gospodarczej.

W XIX wieku, o czym mało kto pamięta, konkurowały ze sobą dwie ideologie emancypacyjne wymierzone w kapitalizm. Pierwsza, doskonale znana, zakładała, że „wolny rynek” należy zaatakować od strony produkcji. Mówiła ona, że pracownicy najemni (lub ich część – proletariat wielkoprzemysłowy) bądź to obalą kapitalizm rewolucyjnym zrywem, bądź też „przegłosują” go za pomocą zdobycia większości parlamentarnej, a w efekcie doprowadzą do uspołecznienia środków produkcji i wyeliminowania prywatnej własności w tej sferze. Ten nurt, zróżnicowany i mający wiele odłamów, można zbiorczo nazwać socjalizmem. Był też jednak nurt drugi, zwany kooperatyzmem lub pankooperatyzmem. On z kolei chciał zaatakować kapitalizm od strony konsumpcji, czyli jak wówczas mówiono – spożycia. To konsumenci-spożywcy – a są nimi wszyscy, nawet ci, którzy nie pracują, zatem baza społeczna ruchu jest potencjalnie szersza – zorganizowani w zrzeszeniach-spółdzielniach i nabywający produkty za ich pośrednictwem, mieli odmienić porządek społeczny.

Teoretycy spółdzielczości spożywców jako ruchu na rzecz przeobrażeń społecznych (głównym ideologiem był Francuz Charles Gide, w Polsce zaś Edward Abramowski i Edward Milewski) widzieli ten proces jako ewolucję. Mielczarski na zjeździe spółdzielczości spożywców mówił wiosną 1917 r.: Ustrój kapitalistyczny ze swą cudowną techniką i bajeczną organizacją handlową wydaje się twierdzą nie do zdobycia. A jednak w tej twierdzy /…/ znajduje się punkt nieosłonięty, przez który łatwo zrobić wyłom i zmusić twierdzę do kapitulacji. Tę słabą stronę kapitalizmu, która pozwoli go obalić, stanowi sprzedaż. Kapitalizm powstaje dla zysku, zysk powstaje przy wytwarzaniu, ale zrealizować zysk można tylko przez sprzedaż. Przemysłowiec może wyprodukować bez liku towarów, nie osiągnie on jednak żadnego zysku, dopóki towarów nie sprzeda. /…/ Ten fakt ma nadzwyczaj doniosłe konsekwencje. Jeżeli bowiem zysk kapitału realizuje się przez sprzedaż, wynika stąd, że w ustroju kapitalistycznym istotnym panem położenia jest odbiorca towarów, jest spożywca. Nie kto inny jak spożywcy decydują o tym, jaki ogólny zysk przypada kapitalistom. /…/ Nominalnie pan położenia, jest on [jednak] igraszką kapitału, bo nie jest zorganizowany. Ale z chwilą, kiedy zrozumie swoją moc i zechce się zorganizować, ze sługi stanie się faktycznym panem kapitału. Zorganizować spożywców, aby ująć w swe ręce wymianę i produkcję i tym sposobem interes prywatny podporządkować interesom publicznym, stanowi istotny cel i istotne zadania kooperatywy spożywców. /…/ Każda dobrze zorganizowana i istotna kooperatywa musi dać nadwyżkę. Ta nadwyżka w innych warunkach, jako zysk, przypadłaby prywatnemu kupcowi i zasiliłaby kapitalizm, przez kooperatywę zaś do­staje się do rąk zorganizowanych spożywców. Im większa jest kooperatywa i im wszechstronniejsza jej działalność, tym większa część zysku, która zasilała prywatny, kapitali­styczny handel, dostaje się spożywcom. Część lub całość nadwyżki może być w miarę rozwoju kooperatywy obracana na wytwórczość w zakresie potrzeb członków, a wtedy do zysku handlowego dołącza się zysk z produkcji, który dawniej wzmacniał kapitał przemysłowy. Kooperatywy łączą się w kooperatywę hurtową, w swój związek. W ten sposób znowu zysk z handlu hurtowego, zamiast zasilać prywatny handel, dostaje się zorganizowanym spożywcom. Związek w miarę swego wzrostu, od zwyczajnego handlu hurtowego przechodzi do produkcji artykułów zbywanych przez stowarzyszenia. I znowu zysk, który dawniej dosta­wał się kapitałowi prywatnemu, przechodzi do rąk zorgani­zowanych spożywców. W miarę dalszego rozrostu Związku da się pomyśleć nie tylko już produkcja artykułów goto­wych, ale i niezbędnych surowców i maszyn potrzebnych do fabrykacji itd. W ten sposób obok wszechwładnych dawniej przedsiębiorstw kapitalistycznych staje coraz wię­cej przedsiębiorstw spółdzielczych, zatrudniających coraz większą liczbę robotników. Coraz większa część rocznego zysku i coraz większa część kapitału narodowego z pry­watnego przekształca się na kapitał wspólny. Z ustroju ka­pitalistycznego, opartego na współubieganiu się [konkurencji], krok za krokiem przechodzimy do ustroju spółdzielczego, opartego na powszechnej solidarności.

Spółdzielcy są w lepszej sytuacji niż prywatni handlowcy, gdyż nie muszą za wszelką cenę eskalować zysku w krótkim okresie (to nie zysk jest motywem przewodnim ich działalności), a przede wszystkim – mają możliwość konsumpcji i produkcji planowej. O ile prywatne przedsiębiorstwo wytwarza towary „na oślep”, nie mogąc przewidzieć koniunktur, wahań popytu, kryzysów, wpływu konkurencyjnych producentów itp., o tyle spółdzielczość, bazująca na członkostwie (nie zaś na przypadkowym i zmiennym ruchu klientów) i potrafiąca oszacować wynikający stąd popyt, dostosowuje zamówienia i produkcję do faktycznego zapotrzebowania. Słabym punktem jest jedynie niskie morale członków, czyli dokonywanie zakupów poza spółdzielczością. Gdy już znamy te zasady, łatwiej nam zrozumieć niemal kaznodziejski ton, jakim Mielczarski wzywał do stworzenia hurtowni spółdzielczej, do łączenia małych spółdzielni w większe związki, do jedności wszystkich spożywców, do „zakupowej dyscypliny” członków spółdzielni, dlaczego za tak ważne uważał tworzenie własnego sektora produkcyjnego itp. Wszystko to miało jeden jedyny cel – krach kapitalizmu.

Spożywcy łączcie się, aby stać się własnymi kupcami i fabrykantami!” – oto nasze hasło. Kooperacja nie odkłada przebudowy społecznej do czasów przyszłych i nie uzależnia jej od jakiegoś przewrotu, który ma rozsypać w proch kapitalizm. Kooperatyści nie śpiewają „my nowe życie stworzym sami” [fragment pieśni „Czerwony Sztandar” – przyp. R. O.], lecz tworzą to nowe życie dziś, zaraz mówił w 1917 r.

***

/…/ w ostatnich czasach często narzekał na brak sił, mówił, że dni jego są policzone, ale nie dał się skłonić ku odpoczynkowi: nie jestem malowanym dyrektorem, muszę iść do biura, nie mogę dawać złego przykładu pracownikom. I szedł do biura, chwiejąc się na nogach. Dnia 30 marca 1926 r. przestało bić jego serce – pisał Wojciechowski rok po śmierci swego przyjaciela i współpracownika. I dodawał: To, co dziś wydaje się takie jasne i proste na utorowanej przez niego drodze, w początkach jego działalności uważane było niemal za utopię /…/. Jakże można marzyć przez organizację robotników i włościan, w połowie analfabetów, nie mających żadnego pojęcia o handlu, stworzyć w Polsce największą instytucję handlową? A jednak Mielczarski przez 17 lat swojej działalności wychowawczej, organizatorskiej i handlowej tego właśnie dokonał: zostawił po sobie Związek, obejmujący 828 spółdzielni z 550000 członków /…/.

Bibliografia (ważniejsze pozycje):

  • Stanisław Dippel, Spółdzielnie spożywców w Polsce Odrodzonej, „Społem!” nr 21-22, listopad 1938, numer specjalny pt. „1918-1938 – Rola spółdzielczości spożywców w gospodarce Polski”.
  • Karol (Charles) Gide, Kooperatyzm, Nakładem „Społem” Związku Spółdzielni Spożywców R.P., Warszawa 1937.
  • Józef Jasiński, Romuald Mielczarski, Nakładem „Społem” Związku Gospodarczego Spółdzielni R.P., Warszawa 1946.
  • Konstanty Krzeczkowski, Romuald Mielczarski. Zarys życia /w:/ R. Mielczarski, Pisma, tom I, Nakładem Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców RP, Warszawa 1936.
  • Romuald Mielczarski, Pisma, tom I i II (wybór i opracowanie K. Krzeczkowski), Nakładem Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców R.P., Warszawa 1936.
  • Romuald Mielczarski. Materiały dotyczące życia i działalności, praca zbiorowa, Naczelna Rada Spółdzielcza, Spółdzielczy Instytut Badawczy, Zakład Wydawnictw ZCSR, Warszawa 1977.
  • Edward Milewski, Sklepy społeczne (rzecz o kooperacji spożywców), Związek Spółdzielni Spożywców RP, Warszawa 1930.
  • Ernest Poisson, Rzeczpospolita spółdzielcza, Wydawnictwo Wydziału Propagandy Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców, Warszawa 1921.
  • Władysław Rusiński, Zarys historii polskiego ruchu spółdzielczego, część II – 1918-1938, Zakład Wydawnictw CZSR, Warszawa 1980.
  • Społem – organ Związku Spółdzielni Spożywców RP nr 7/1931 (blok wspomnieniowy o Mielczarskim z okazji 5. rocznicy jego śmierci; teksty Bronisława Siwika, Stanisława Thugutta, Józefa Jasińskiego, Leona Wasilewskiego i W. S.).
  • Edward Strasburger, Kooperacja spożywcza i jej rozwój w Królestwie Polskim, Gebethner i Wolff, Kraków-Warszawa 1909.
  • Adam Światło, Poglądy społeczne przedstawicieli neutralnej myśli spółdzielczej do roku 1939, Naczelna Rada Spółdzielcza, Spółdzielczy Instytut Badawczy, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1963.
  • Kazimierz Weydlich, Ruch spółdzielczy w Polsce w latach 1914-1926. Zagadnienia dotyczące współdziałania grup i typów spółdzielni oraz zmiany zaszłe w ustroju ruchu, Wydawnictwo Spółdzielczego Instytutu Naukowego, Kraków-Poznań 1927.
  • Stanisław Wojciechowski, Historia spółdzielczości polskiej do 1914 roku, Nakładem Spółdzielczego Instytutu Naukowego, Warszawa 1939.
  • Stanisław Wojciechowski, Moje wspomnienia, tom I, Książnica Atlas, Lwów-Warszawa 1938.
  • Stanisław Wojciechowski, Romuald Mielczarski. Pionier spółdzielczości w Polsce, Wydawnictwo Związku Spółdzielni Spożywców Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 1927.
  • Wspomnienia działaczy spółdzielczych, praca zbiorowa, tom I, Naczelna Rada Spółdzielcza, Spółdzielczy Instytut Badawczy, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1963 (wspomnienia Wandy Papiewskiej, Janiny Święcickiej i Henryka Jackiewicza).

Chrześcijańska wizja spółdzielczości. Działalność i poglądy biskupa Stanisława Adamskiego

Biskup Stanisław Adamski to postać wciąż niestety budząca pewne kontrowersje czy raczej nieporozumienia, będące wynikiem jego działalności w czasie II wojny światowej.

Pracując bowiem na Śląsku w czasach niemieckiej okupacji, biskup postanowił wszelkimi dostępnymi środkami ratować mieszkających tam Polaków, nie dopuścić do ich masowych wyjazdów i tym samym do zmajoryzowania ludności polskiej przez niemiecką, w związku z czym postanowił znieść w kościołach diecezji katowickiej śpiew i publiczne modlitwy w języku polskim, nakazując wykorzystanie w zamian pieśni łacińskich, a nawet zaczął wzywać do przyznawania się w tzw. palcówce (deklaracji narodowościowej, potwierdzonej odciskiem palca) do niemieckości. Miało to stanowić jedynie metodę maskowania się i uchronić ludność polską przed deportacjami, aresztowaniami i innymi prześladowaniami. Uczynił to w porozumieniu z rządem gen. Władysława Sikorskiego oraz Stolicą Apostolską, a sam zadeklarował narodowość polską. Główny cel został przez bpa Adamskiego osiągnięty, całą sprawę zresztą wyjaśnił obszernie w wydanej zaraz po wojnie broszurze1. Mimo to, jego poczynania dały komunistom asumpt do oszczerczej nagonki, która niestety do dziś odbija się czkawką i powoduje, że jest on kojarzony przede wszystkim z działaniami z czasów II wojny światowej. Zapomina się zaś zazwyczaj o jakże bogatej jego aktywności z lat wcześniejszych.

***

Stanisław Adamski urodził się 12 kwietnia 1875 r. w małej miejscowości Zielona Góra niedaleko Szamotuł jako najstarszy spośród trzech synów Piotra i Heleny. Do szkoły elementarnej uczęszczał w Obrzycku, później kontynuował naukę we Wronkach, Poznaniu i Międzyrzeczu. W 1896 r. rozpoczął studia w Seminarium Duchownym w Poznaniu, trzy lata później zaś otrzymał święcenia kapłańskie. Pracę duszpasterską podjął w Gnieźnie w parafii Świętej Trójcy, od początku angażując się w działalność społeczną. Zafascynowany postacią znanego wielkopolskiego społecznika, ks. Piotra Wawrzyniaka, zainteresował się sprawami związanymi ze spółdzielczością, czego efektem była broszura dotycząca zakładania kas oszczędnościowych2.

Jego działalność nabrała rozmachu, gdy został przeniesiony do Poznania i mianowany wikariuszem przy kolegiacie św. Marii Magdaleny, przy której następnie pełnił funkcję kanonika i prałata kustosza. Trafił tam pod opiekę ks. Antoniego Stychla, społecznika i organizatora stowarzyszeń robotniczych. Wkrótce ks. Adamski został sekretarzem generalnym Związku Katolickich Towarzystw Robotników Polskich w archidiecezji gnieźnieńskiej i poznańskiej, założył organ Towarzystwa – czasopismo „Robotnik”, ukazujące się w Poznaniu w latach 1904-1939. Powołał do życia Związek Stowarzyszeń Kobiet Pracujących oraz jego organ prasowy, „Gazetę dla Kobiet”. Ponadto uczestniczył w pracach krzewiącego czytelnictwo i zakładającego na wsiach biblioteki Towarzystwa Czytelni Ludowych, fundującego ubogiej młodzieży stypendia Towarzystwa Pomocy Naukowej im. Karola Marcinkowskiego3, Towarzystwa Kolonii Wakacyjnych i Stacji Sanitarnych „Stella” oraz Towarzystwa Opieki nad Wychodźcami Sezonowymi. Zasiadał w zarządzie Towarzystwa Społeczno-Higienicznego, Opieki Katolickiej nad Służbą Żeńską, przewodniczył Towarzystwu Opieki nad Dziećmi Katolickimi. Współtworzył też, a następnie redagował dwutygodnik „Ruch Chrześcijańsko-Społeczny” i tłumaczył na język polski prace znanych przedstawicieli niemieckiego katolicyzmu społecznego, ks. Franza Hitze oraz Josepha Biederlacka.

Jak pisał w swych wspomnieniach: W 1904 r. powołał mnie śp. arcybiskup Florian Stablewski do Poznania, na stanowisko sekretarza generalnego diecezjalnego Związku Katolickich [Towarzystw] Robotników Polskich. Byłem sekretarzem generalnym związku do końca 1910 roku. Robotnicy rolni oraz kobiety nie posiadali jeszcze w owym okresie w państwie pruskim praw koalicyjnych, czyli nie wolno im było łączyć się w związki zawodowe, które by wpływały na polepszenie warunków płacy i pracy. Wobec tego, za inicjatywą śp. arcybiskupa Stablewskiego, zakładaliśmy dla nich, w myśl encykliki Rerum novarum, stowarzyszenia o charakterze oświatowym, kulturalnym i samopomocowym. Stowarzyszenia lokalne połączyliśmy w związek, obejmujący archidiecezję gnieźnieńską i poznańską. Zakładaliśmy stowarzyszenia w poszczególnych parafiach. W ciągu mojego urzędowania, jako sekretarz generalny, założyłem w archidiecezji gnieźnieńskiej i poznańskiej około 250 nowych stowarzyszeń. Liczba członków indywidualnych wzrosła do 30 tysięcy. Działalność ta była solą w oku władz pruskich i uchodziła za polonizacyjną, a tym samym wrogą państwu. Pozostawała ona jednak w ramach prawnych, dlatego jej nie uniemożliwiono. Każdy mój wyjazd na zebranie kontrolowali wysłannicy policji pruskiej, usiłując bądź stawiać przeszkody, bądź też uzyskać materiał do oskarżenia o działalność niedozwoloną. Nie zdołano nam jednak wykazać przekroczeń. Znaliśmy doskonale ustawę pruską o stowarzyszeniach i zebraniach i przestrzegaliśmy dokładnie jej przepisów4.

Bardzo mocno zaangażował się w popularyzację wśród polskich robotników ubezpieczeń społecznych, które w owym czasie weszły w życie w państwie niemieckim. W związku z barierą językową, robotnicy polscy początkowo korzystali z nich rzadko. Ks. Adamski postawił sobie w związku z tym za cel ich upowszechnianie. Czynił to publikując cały szereg broszur i artykułów w „Robotniku”, organizując różnego rodzaju kursy, szkolenia i zebrania. Przy sekretariacie generalnym zaś – jak wspomina – urządziłem centralne biuro porady prawnej, w którym prawnik udzielał członkom związku /…/ porad prawnych w języku polskim. Nadto założyłem bezpłatne biura porady prawnej w szesnastu mniejszych miastach Wielkopolski, aby robotnikowi ułatwić korzystanie z porad i wykorzystanie ubezpieczeń robotniczych. Prócz tego urządzałem kursy dokształcające dla członków stowarzyszeń, zwłaszcza dla członków zarządu5.

***

Jednak głównym polem jego aktywności stała się spółdzielczość. Już w czasie pracy w Gnieźnie wszedł do zarządu „Kasy Ul”, stanowiącej początkowo spółdzielnię handlową drobnych rzemieślników, która następnie przekształciła się w spółdzielnię oszczędnościowo-kredytową dla wszystkich zawodów. W 1906 r. został zaś wybrany członkiem zarządu Związku Spółdzielni Zarobkowych i Gospodarczych całego zaboru pruskiego. Patronem, czyli prezesem spółdzielni, był w tamtym czasie ks. Piotr Wawrzyniak, lecz po jego nagłej śmierci w 1910 r. funkcję tę objął właśnie ks. Adamski, pełniąc ją przez następne 17 lat. Związek był centralą wszystkich spółdzielni polskich znajdujących się na terenie Rzeszy, obejmował banki ludowe, spółki rolniczo-handlowe, spółdzielnie mleczarskie, parcelacyjne, kupieckie i spożywcze.

Spółdzielczość stanowiła dla ks. Adamskiego główne narzędzie walki z antypolską polityką, germanizacją ziem zaboru pruskiego i próbami zmuszenia ludności polskiej do emigracji lub sprowadzenia jej do rangi obywateli drugiej kategorii. Stanowiła więc instrument służący utrzymaniu polskości na tych ziemiach, a w dalszej kolejności odzyskaniu niepodległości. Zdaniem bpa Adamskiego, Dzięki zgodnej i zręcznej propagandzie polskiej – spółdzielczość polska stała się głównym czynnikiem jednolitej i zwartej ekonomicznej siły i obrony polskiej przeciw agresji niemieckiej. Patron spółdzielni stał z natury rzeczy na czele frontu walki ekonomicznej społeczeństwa polskiego przeciw naporowi rządu pruskiego /…/ Przybywszy jako gimnazjalista do Poznania w roku 1886 policzyłem z ciekawości polskie sklepy na Starym Rynku w Poznaniu. Naliczyłem ich tylko sześć. Po przeprowadzeniu zaś podobnej statystyki w roku 1913, sytuacja tak się odwróciła, że na Starym Rynku stwierdzono już tylko sześć sklepów niemieckich i żydowskich; inne przeszły w ręce polskie. W tym samym czasie zmniejszyła się liczba Niemców w miasteczkach Wielkopolski i Pomorza tak dalece, że z dawnych 70% pozostało zaledwie 5-7%. Wynik ten zawdzięczamy rosnącemu uświadomieniu narodowemu szerokich warstw, pracy organizacji polskich, a przede wszystkim spółdzielczości polskiej6.

W 1917 r. na zjeździe kierowników wszystkich central i związków spółdzielczych z całej Polski, który odbył się w Lublinie, ks. Adamski został wybrany przewodniczącym zjazdu i powierzono mu zadanie zorganizowania następnych tego rodzaju spotkań. Odbyły się one we Lwowie i Poznaniu i doprowadziły do zacieśnienia współpracy pomiędzy różnymi związkami spółdzielczymi. Jednak zasadniczy cel, jakim było scalenie całej spółdzielczości polskiej w jedną organizację, nie został osiągnięty. Jak wspominał bp Adamski, Rozmowy dr. Stefczyka i jego ludzi ze mną i moją grupą o utworzenie wielkiego połączenia raiffeisenowskiego7 i wielkopolskiego systemu w jedną całość nie doprowadziły do wyniku. Wobec tego dr Stefczyk założył Zjednoczenie Spółdzielni Rolniczych, do którego przyłączyły się spółdzielnie typu raiffeisenowskiego w Małopolsce i Królestwie. Związek zaś spółdzielni zarobkowych i gospodarczych w Poznaniu, związek spółdzielni kredytowych w Królestwie, związek kas oszczędnościowo zaliczkowych oraz związek ekonomiczny kółek rolniczych z Małopolski utworzyły drugą wielką grupę nazwaną: Unia Związków Spółdzielczych, pod moim przewodnictwem. »Społem« ze swymi spółdzielniami tworzyły trzecią grupę. Każda z tych grup działała na zasadzie swojej ideologii i starała się włączyć do swojego zespołu coraz to szersze koła spółdzielczości i społeczeństwa polskiego. Współzawodnictwo okazało się raczej czynnikiem dodatnim. /…/ Przewodniczącym Unii Związków Spółdzielczych byłem aż do złożenia urzędu patrona spółdzielni. /…/ Liczba oszczędzających była bardzo wielka. Byli to ludzie wszelkich stanów i zawodów: włościanie, rzemieślnicy i robotnicy. Składali oni swe oszczędności na zaopatrzenie swych dzieci, na starość lub na czarną godzinę. Poza tym składali u nas pieniądze ludzie wszelkich zawodów, posiadający pewne zasoby pieniężne, których nie zużywali na razie w swoich warsztatach pracy. Jednym z najważniejszych zadań kierowników spółdzielczości była propaganda za składaniem każdego zbędnego grosza w Banku Ludowym, gdyż wtedy stanie się on pożytecznym społeczeństwu i ułatwi obronę polskości8.

Działalności na odcinku spółdzielczym poświęcił ks. Adamski wiele aktywności, wspierając tego rodzaju inicjatywy przez kilkadziesiąt lat. Widać u niego jednak bardzo zdroworozsądkowe podejście do tej kwestii. Podkreślał bowiem, iż spółdzielczość bynajmniej nigdy nie była jego bożyszczem. Nie byliśmy nigdy fanatykami spółdzielczości, sądzącymi, że spółdzielczość jedyną jest i wyłączną formą gospodarczą, uprawnioną do bytu i życzliwości społeczeństwa. Spółdzielczą formę organizacji społeczeństwa uważaliśmy raczej za neutralną, za jedną z licznych form gospodarczych, z których każda w pewnych warunkach największe daje dogodności. Potrafiliśmy na sejmikach spółdzielni dawać rady spółdzielniom, aby zamieniły się na inną formę handlową, gdy przekonaliśmy się, że forma spółdzielni błędnie była zastosowaną. Uważamy, że spółdzielczość jako typ organizacji gospodarczej, zapewniający trwałe korzyści pewnym warsztatom pracy lub ludziom skazanym na współdziałanie, niczym nie może być zastąpiona9.

***

O ile przed I wojną światową spółdzielczość odgrywała w jego wizji przede wszystkim rolę narzędzia walki z antypolską polityką zaborców, środek obrony „wobec napaści wymierzonej przeciw Polakom, jako narodowi”, to w latach międzywojennych na czoło wysunęły się jej inne aspekty. Oczywiście nie przestał być aktualny narodowy wymiar spółdzielczości, która stanowić ma najlepszy instrument zmagań z obcym kapitałem, ale większą uwagę zwrócił ks. Adamski na pozostałe jej zalety.

Przede wszystkim chodziło o podstawy moralne spółdzielczości i o coś, co moglibyśmy określić jej psychologicznymi skutkami. Ks. Adamski podkreślał, iż sprzyja ona rozwojowi pożądanych cech, postaw i zachowań, a więc spełnia rolę formacyjną czy wychowawczą. Pisał, iż angielscy, niemieccy czy polscy pionierzy spółdzielczości od samego początku odbiegali od pewnych zasad kupieckich i z góry opierali swoją działalność finansową i ekonomiczną na momentach, które się w kupiectwie zwykłym uwzględnia dopiero w późniejszym stadium rozwoju, po licznych, dobrych doświadczeniach. Oparli oni swój system na zaufaniu do ludzi, na miłości bliźniego, na wzajemnej życzliwości i na uczciwości sumiennego człowieka, to znaczy, oparli go na etycznych wartościach zachodu, czyli na moralności chrześcijańskiej.

Zasady moralności chrześcijańskiej, jak konkluduje ks. Adamski, wręcz muszą stanowić fundament każdej spółdzielczej pracy, jeśli ma ona przynieść rezultaty, wymierne efekty. Nie da się bowiem nakłonić ani nakłaniać nikogo do przejęcia nieograniczonej odpowiedzialności całym swym majątkiem za zobowiązania innych, jeżeli się nie ma przeświadczenia, że tamci stoją na dostatecznie wysokim stopniu moralnym i że zasad uczciwości chrześcijańskiej w życiu gospodarczym przestrzegać będą niezachwianie. Nie może Rada Nadzorcza oddać kierownictwa spółdzielni w ręce ludzi, do których uczciwości nie ma pełnego zaufania, wiedząc, że kontrola, chociażby najlepiej zorganizowana, zdoła wprawdzie sprzeniewierzenie wykryć, ale nie zdoła przed nim uchronić spółdzielni. /…/ Powodzenie, rozwój, zaufanie do spółdzielczości podnosi się i upada w miarę poziomu moralnego członków spółdzielni i jej pracowników. Sama forma spółdzielni nie obroni nas przed krzywdą i oszustwem, jeżeli zdrowe zasady moralności i sumienności członków i pracowników nie zapewnią nam bezpieczeństwa gospodarczego10.

W związku z tym ubolewał bardzo mocno nad kryzysem spółdzielczości w pierwszych latach II Rzeczypospolitej, opiniami jakoby była przestarzałą formą gospodarczą, która swoje zadania już wypełniła w czasach zaborów i może oraz powinna zostać zastąpiona przez inne modele organizacyjne. W następnych latach jednak z satysfakcją zauważał, iż wszystkie te ponure proroctwa nie sprawdziły się, lecz doszło do ożywienia i rozkwitu spółdzielczości zamiast jej zmierzchu. Okazało się bowiem, jak stwierdzał ks. Adamski, że spółdzielczość jest i pozostanie tak ważnym narzędziem w rękach ekonomicznie odradzających się społeczeństw, tak wyłącznym środkiem gospodarczego podniesienia się najszerszych warstw zarobkujących i drobnych warsztatów pracy, tak niezastąpioną studnią wielkich zasobów finansowych, tworzących się z okruchów rozproszonych i rozsianych w rękach tysięcy ludzi, tak dogodnym źródłem pożyczek dla tych, którym trudno dotrzeć do wielkich źródeł kredytu, tak znakomitym środkiem regulowania cen na rynku towarowym i tak dobrym sposobem zbiorowego władania tymi środkami produkcji, które dla jednostek biednych są nie do owładnięcia, że zastąpić spółdzielczości ani pod względem jej wszechstronności, ani pod względem jej użyteczności nie można żadną inną formą organizacji, jakąkolwiek dotąd stosowano w dziejach świata w dziedzinie spraw ekonomicznych11. Rzeczywiście, wedle danych Państwowej Rady Spółdzielczej, którymi posiłkował się ks. Adamski, w 1924 r. udzielono spółdzielczych pożyczek na sumę 253 milionów złotych, natomiast 3 lata później już na 787 milionów złotych, wkłady oszczędnościowe zaś w analogicznym okresie wzrosły z 18,6 miliona do 225 milionów złotych. Liczby te wskazują na znaczny i systematyczny wzrost znaczenia spółdzielczości, która bez wątpienia stanowiła jeden z najistotniejszych czynników gospodarczych w skali całego kraju.

***

Państwo, jak podkreślał to z całą mocą ks. Adamski, winno troszczyć się o spółdzielczość, pielęgnować ją i wspierać, ponieważ przynosi to wymierne korzyści ogółowi społeczeństwa. Odnosząc się do skarg kupiectwa niezadowolonego z udzielania spółdzielczości ulg podatkowych i argumentującego, iż wszystkie podmioty gospodarcze należy traktować jednakowo, stwierdzał, iż wcale tak nie powinno być: Spółdzielczość bowiem jest organizacją samopomocy zainteresowanych, załatwiających zbiorowo pewne gospodarcze czynności. Spółdzielnia jest zrzeszeniem jednostek, zmierzających ku wspólnemu celowi, i załatwia pewne sprawy gospodarcze w ich imieniu i na ich korzyść, a nie na korzyść spółdzielni jako takiej. Ani Państwo, ani spółdzielczość nie wykluczają żadnej warstwy ludności ani żadnego stanu od udziału w korzyściach spółdzielczej organizacji samopomocy. Przeciwnie, czynią wszelkie ułatwienia, ażeby każdy stan mógł się posługiwać organizacją spółdzielczą celem ułatwienia sobie zbiorowej pracy.

Władze publiczne powinny popierać spółdzielczość poprzez ustawodawstwo choćby z tego powodu, iż podnosi ona zdolność zarobkową obywateli, a tym samym wpływa na zwiększenie ich siły podatkowej. Stanowi w życiu gospodarczym państwa zbiornik „najdrobniejszych okruchów sił finansowych i ekonomicznych”, tworząc z nich istotną siłę gospodarczą, która nigdy by nie powstała, gdyby nie te działania. Ułatwia też spółdzielczość bankowi emisyjnemu i rządowi politykę gospodarczą, wprowadzając do obiegu „drzemiące zasoby pieniężne”. Stanowi wreszcie szkołę ekonomiczną dla szerokich warstw ludności, które właśnie za jej sprawą poznają podstawowe zasady handlowe, znaczenie oszczędności itp., czyli pełni po prostu rolę edukacyjno-wychowawczą. Z tego powodu jest ona jednym z najpoważniejszych państwowo-twórczych czynników samopomocy ekonomicznej swoich obywateli12.

Co więcej, spółdzielczość niezmiernie pozytywnie wpływa również na rzeczywistą konkurencyjność w handlu czy produkcji, jest jednym z gwarantów i stymulatorów prawdziwie wolnego rynku. Korzystają z tego wszyscy – nawet ci, co towary zakupują nie w naszych spółdzielniach, lecz u firm nam obcych i konkurencyjnych. Nie rozumieją oni, że jeżeli w tych firmach uzyskują ceny dogodne i towar dobry, w wielkiej części jest to zasługą ruchu spółdzielczego. Wystarczy sobie przypomnieć pierwsze czasy zakładania „Rolników”. Zakładaliśmy „Rolnika” w Nakle. Istniała tam potężna firma Baerwalda. Rolnictwo skarżyło się, że jedyny ten na miejscu kupiec płacił ceny [skupu] o wiele niższe od wszelkich notowań. Zaledwie spisano protokół zakładający „Rolnika”, jeszcze „Rolnik” nie był zarejestrowany, a tym mniej nie zaczął działać, a już p. Baerwald z obawy przed przyszłą konkurencją zaczął podnosić ceny i dostosowywał je do rynku ogólnego13.

***

W latach międzywojennych ks. Adamski brał również czynny udział w życiu politycznym, pełniąc zarówno mandat posła, jak i senatora. W 1919 r. stworzył w Sejmie Narodowo-Chrześcijański Klub Robotniczy, następnie zaś powołał do życia partię pod nazwą Chrześcijańsko-Narodowe Stronnictwo Robotnicze, która następnie przekształciła się w Chrześcijańsko-Narodowe Stronnictwo Pracy, aby ostatecznie przyjąć nazwę Polskiego Stronnictwa Chrześcijańskiej Demokracji. Pełnił wówczas nie tylko rolę przywódcy polskiej chadecji, lecz także był twórcą jej podwalin ideowo-programowych14. Na zaproszenie premiera Władysława Grabskiego brał czynny udział w przygotowywaniu reformy walutowej, kierował Drukarnią i Księgarnią św. Wojciecha w Poznaniu, a na Uniwersytecie Poznańskim prowadził wykłady z zakresu spółdzielczości.

Po zamachu majowym wycofał się z działalności politycznej i gospodarczej, oddając się przede wszystkim pracy duszpasterskiej. Poświęcił wówczas wiele uwagi powołaniu Akcji Katolickiej, opracowując statuty i zostając pierwszym dyrektorem jej Naczelnego Instytutu z siedzibą w Poznaniu. Ideę Akcji Katolickiej propagował bardzo mocno papież Pius XI, miała ona być w założeniu organizacją koordynującą i kontrolującą działania wszystkich organizacji i stowarzyszeń katolickich w poszczególnych krajach, za pomocą której usiłowano skuteczniej oddziaływać na sferę społeczną i doprowadzić do chrystianizacji czy też rechrystianizacji wszystkich dziedzin życia. Oczywiście tego rodzaju cele, które zostały przedstawione przez Piusa XI w encyklice Ubi arcano Dei, bliskie były zapatrywaniom ks. Adamskiego, który podkreślał niejednokrotnie potrzebę „odnowienia wszystkiego w Chrystusie”, konstatując, iż główną przyczyną problemów, z którymi boryka się współczesny świat, jest fakt, iż opuścił on drogę przez Chrystusa wskazaną, zerwał łączność z Bogiem i podeptał wolę Bożą. /…/ Do czasu zachowuje pozory życia pokąd w nim działają ostatki soków i sił, swego czasu zaczerpniętych z pnia Chrystusowego. Ale gałąź oderwana od pnia nie ma dopływu nowych sił i chociaż może jeszcze zrodzi liść nowy, chociaż zakwitnie pozorami rozwoju, owocu nie przyniesie a końcem jej być musi rozkład i zgnilizna. /…/ Świat ten więc jest skazany na to: albo marnie zginąć w rozbiciu duchowym i anarchii życia zbiorowego, albo ocalić się, wracając do Chrystusa. Innej nie ma drogi, innego nie ma sposobu ocalenia15.

W 1930 r. został mianowany przez Piusa XI biskupem katowickim. Diecezją tą kierował do końca życia, choć nie bez poważnych perturbacji związanych ze zmuszeniem go do jej opuszczenia w czasach okupacji przez władze niemieckie w 1941 r., a później z wydanym przez władze PRL w 1952 r. zakazem pobytu na jej terenie przez okres pięciu lat za rzekomą działalność godzącą w interesy społeczne Państwa Polskiego.

Zmarł 12 listopada 1967 r. w Katowicach, będąc wówczas najstarszym polskim biskupem. Mszę pogrzebową odprawił ówczesny metropolita krakowski, kard. Karol Wojtyła, natomiast mowę pożegnalną wygłosił prymas Polski kard. Stefan Wyszyński.

Uczeń i następca ks. Szamarzewskiego, ks. Wawrzyniaka, ks. Stychla, abp. Stablewskiego, zwolennik pracy organicznej, pozostawił po sobie ogromny wkład w różnych dziedzinach życia, był bowiem człowiekiem niesłychanej energii i pracowitości, skupiającym jednocześnie w swoich rękach wiele funkcji, poświęcającym uwagę równocześnie i z analogicznym zaangażowaniem różnorakim kwestiom. W szkicu pośmiertnym ks. Stanisław Szymecki pisał, iż jego cechą charakterystyczną było to, że: Ufał Bogu i ludziom. Wierzył człowiekowi. Wierzył w dobroć i uczciwość drugiego człowieka. Nie chodził w obawie, że go ktoś może nabrać albo wykorzystać. Nie posługiwał się nigdy ironią i nie kpił z człowieka. Miał wielki szacunek dla ludzi. /…/ Ks. Biskup, który nie bawił się w spekulację, widział zawsze konkretnych ludzi. Tak było w ciągu całego życia, kiedy poświęcał swój wolny czas i swoje siły organizując różne związki i fundusze dla człowieka, który potrzebował pomocy materialnej i moralnej16.

Przypisy:

1 S. Adamski, Pogląd na rozwój sprawy narodowościowej w wojew.[ództwie] śląskim w czasie okupacji niemieckiej, Katowice 1948.

2 X. St. Adamski, Kasy oszczędności w obrębie towarzystw, Poznań 1904.

3 Abp S. Szymecki, ks. inf. R. Rak, Biskup Stanisław Adamski jakiego nie znamy, Katowice 2003, s. 30.

4 Z życia i publicznej działalności biskupa Stanisława Adamskiego, do druku przygotował, wstępem i przypisami opatrzył A. Gulczyński, Poznań 2000, ss. 50-51.

5 Ibid., s. 53.

6 Ibid., ss. 63-64.

7 Tym mianem określa się spółdzielnie rolnicze i kasy pożyczkowe, których założycielem był niemiecki działacz społeczny Friedrich Wilhelm Raiffeisen (1818-1888). Różniły się od wcześniejszych organizacji pomocowych tym, że ich działalność koncentrowała się jedynie na gwarantowaniu pożyczek, a pożyczkobiorcy musieli być członkami związku. W Polsce na wzór kas Raiffeisena powstały w Galicji „Kasy Stefczyka”.

8 Z życia… op. cit., ss. 68-69.

9 Ks. S. Adamski, Najbliższe zadania spółdzielczości zorganizowanej w Związku Spółdzielni Zarobkowych i Gospodarczych. Przemowa wstępna na Sejmiku Spółdzielni wygłoszona dnia 25 września 1923 roku, Poznań 1924, s. 11.

10 Ibid., ss. 14-15.

11Tenże, Unia Związków Spółdzielczych w Polsce, Poznań 1929, s. 7.

12 Ibid., ss. 21-22.

13 Tenże, Przeszłość i przyszłość „Rolników”. Spółdzielni Rolniczo-Handlowych, Poznań 1924, s. 11.

14 Zob. Tenże, Zasady i dążenia Chrześcijańsko-Narodowego Stronnictwa Pracy, Poznań 1921; Tenże, Zadania Chrześcijańskiej Demokracji w Polsce, Poznań 1922.

15 Tenże, W służbie wielkiej idei, Warszawa b.d.w., ss. 12-13.

16 Ks. S. Szymecki, Kwitnąca jesień. Wspomnienie o zmarłym Biskupie Adamskim, „Gość Niedzielny” nr 3/1968.

Moc woli

Krzyczeli, żeśmy stumanieni, / Nie wierząc nam, że chcieć – to móc! – My, Pierwsza Brygada” (autor nieznany)

W kraju, gdzie postać Józefa Piłsudskiego stanowi jedną z najważniejszych „ikon” politycznych, mało kto pamięta o czołowym ideologu jego środowiska. W kraju, w którym niedawno rządziła partia nawołująca do „rewolucji moralnej”, niemal nikt nie wie, że już wiele lat temu ktoś posługiwał się tym hasłem.

Jeśli mówić o ruchu umysłowym obozu rządowego po maju 1926, to stworzył go właśnie Adam Skwarczyński – pisał Andrzej Micewski. Ale postać ta zasługuje na pamięć nie tylko, ani nawet nie przede wszystkim jako „mózg” sanacji. Skwarczyński to wielki nauczyciel, który nieustannie przypominał, że życie publiczne to przede wszystkim problem moralny. Nauczyciel, który uczył jednocześnie patrzyć i w niebo, i na ziemię. Cel musi być wysoki, realizacja prawdziwa, przyziemna, niefałszowana pięknym słówkiem – tak wspominał go uczeń i współpracownik, Jan Hoppe.

***

Urodził się 3 grudnia 1886 r. w Wierzchni Polnej w Małopolsce Wschodniej, w zubożałej rodzinie ziemiańskiej. Jego ojciec, Wincenty, to uczestnik powstania styczniowego, zaś matka Maria była córką powstańca listopadowego. Po śmierci ojca, gdy chłopiec miał zaledwie dwa lata, rodzina przeniosła się do Lwowa.

Tu w roku 1898 rozpoczął naukę w gimnazjum. Należał do tajnych kółek samokształceniowych polskiej młodzieży. Do raczej standardowych, lecz głęboko przeżywanych lektur Mickiewicza, Słowackiego i Norwida wkrótce doszło zainteresowanie dorobkiem Żeromskiego i Wyspiańskiego, a także ideami Edwarda Abramowskiego i Stanisława Brzozowskiego. Tym właśnie inspiracjom pozostanie wierny całe życie. Wkrótce dołączyła do nich kolejna, tyleż ideowa, co personalna fascynacja – 17-letni Skwarczyński jesienią 1903 r. wziął udział w tajnym lwowskim odczycie dla młodzieży, poświęconym powstaniu styczniowemu. Prelegentem był Józef Piłsudski. Jemu też pozostanie wierny aż do śmierci.

Zaowocowało to politycznym zaangażowaniem. Ze szkolnym kolegą Tadeuszem Dąbrowskim założył organizację Polska Młodzież Narodowa Bezpartyjna. Łączyła hasła powstańczo-niepodległościowe z programem radykalnych reform socjalnych, bliska była „prawemu” skrzydłu Polskiej Partii Socjalistycznej. Grupą liczącą kilkaset osób kierował zakonspirowany, wzorowany na masonerii zespół „Świt”, w skład którego wchodził m.in. Skwarczyński. Chłopak sformułował wówczas tezę, że większość starszego pokolenia jest stracona dla sprawy niepodległości. Było to zbieżne z koncepcją Piłsudskiego, wedle której – jak zauważył Bohdan Urbankowski – proletariat zastąpiono młodzieżą jako grupą, która stanie się motorem napędowym przeobrażeń społecznych. Skwarczyński współredaguje międzyszkolne pisemko, pisze broszurę o metodach walki o „spolszczenie” galicyjskich szkół zaborczych, prowadzi prelekcje dla młodych robotników. Rozpoczyna studia polonistyczne na lwowskim Uniwersytecie Jana Kazimierza. Chce zostać nauczycielem, aby móc kształtować umysły młodego pokolenia.

Wkrótce, w 1908 r., następuje intensyfikacja jego działań. Regionalna sekcja PPS – Frakcja Rewolucyjna tworzy we Lwowie Związek Walki Czynnej, kuźnię kadr przyszłych oddziałów zbrojnych. W powołanej przy ZWC Niższej Szkole Wojskowej ukończył Skwarczyński kursy podoficerski i oficerski. W tym samym okresie w owym środowisku powstaje młodzieżowa, ponadpartyjna organizacja „Życie”, o programie socjalno-niepodległościowym – Skwarczyński zostaje sekretarzem jej władz, później przez rok jest przewodniczącym. Na początku 1909 r. wstępuje zaś do PPS-FR, będąc czołowym działaczem partii w lokalnym środowisku studenckim. Innym elementem tego ruchu jest młodzieżowe pismo „Promień”, w którym publikuje swe pierwsze teksty, a następnie wchodzi w skład redakcji. Wykłada również na kursach wojskowych ZWC. Gdy w 1910 r. Piłsudski we Lwowie tworzy Związek Strzelecki, Skwarczyński zostaje jego aktywistą. Rozpoczyna wówczas, po skończeniu studiów, pracę zawodową – najpierw w Rohatynie, a od 1912 r. we lwowskich gimnazjach. Jest także publicystą partyjnego pisma „Przedświt”.

W obliczu narastającego prawdopodobieństwa wybuchu wojny, Związek Strzelecki intensyfikuje prace szkoleniowe – Skwarczyńskiego mianowano najpierw komendantem grup młodzieżowych, a następnie Oddziału Żeńskiego, którego uczestniczki szkoli w pracy kurierskiej i wywiadowczej.

***

W pierwszym swym poważniejszym tekście, „Zagadnienia patriotyzmu polskiego”, Skwarczyński krytykował w „Promieniu” wiosną 1910 r. przeciwstawianie dążeń do niepodległości oraz postulatów socjalnych: Postępowe, rewolucyjne, socjalistyczne uzasadnienie patriotyzmu polega na uznaniu narodu za podstawę jedyną dla realizacji wartości ogólnoludzkich, stworzenia jak najdogodniejszych warunków pracy, twórczości i rozwoju. Koniecznym postulatem, wynikającym z takiego poglądu, jest niepodległość narodu. Prawdziwie owocna i prawdziwie odpowiedzialna praca odbywać się może tylko w obrębie samodzielnego organizmu państwowego, którym sam naród włada, a który nie jest zawisły od decyzji obcego rządu ani od obcego układu sił społecznych, na który nie możemy wysiłkami naszymi wpływać.

Ważny temat jego ówczesnych rozważań to krytyka „pracy organicznej” jako rzekomo jedynej właściwej metody działania w istniejących realiach politycznych. Czymże jest /…/ owa ideologia pokojowej, za wszelką cenę, pracy organicznej? Nie jest to nic innego jak propagowanie, z obywatelskim gestem, idei bezpiecznego kącika. Posada, warsztacik, sklepik dla mego gniazdka, mojej „rodziny Połanieckich”. Poza nią może się dziać, co chce – w ostrych słowach chłostał „organiczników” na łamach „Przedświtu” w 1914 r. Skwarczyński uważał, że gdyby nie potępiane przez „realistów” zrywy zbrojne, nie zaistniałyby warunki do pracy pokojowej. Jego zdaniem, to właśnie powstania i inne formy czynnego oporu sprawiły, że zaborcy zmuszeni zostali do poluzowania więzów krępujących polską aktywność – zaowocowały one reformą stosunków w rolnictwie i przyspieszeniem rozwoju przemysłu. Wyrzekanie się walki zbrojnej przez pozytywistów i endecję jest zatem nie tylko moralnie naganne (jako quasi-kolaboracja z wrogiem), ale i krótkowzroczne z punktu widzenia rozwoju cywilizacyjnego ziem polskich. Nie znaczy to, że odrzucał „małe” formy działania – przeciwnie, uważał, że wartościowe są wszelkie pozytywne inicjatywy społeczne, przynoszące konkretne zdobycze materialne i przemiany świadomości. Nie należy jednak traktować ich jako celu samego w sobie – jest nim bowiem niepodległość, którą należy wywalczyć jak najszybciej – ani przeciwstawiać rzekomo szaleńczym inicjatywom spod znaku bojowego oporu wobec zaborców.

Bardziej oryginalnym, a w przyszłości kluczowym, aspektem jego młodzieńczego światopoglądu, była apoteoza czynu, przekształcania rzeczywistości wedle własnej woli. Skwarczyński sytuuje się tu w opozycji zarówno wobec „realizmu” środowisk konserwatywnych (robimy tyle, na ile warunki pozwalają), jak i nierzadko towarzyszącej postawom religijnym wiary w „cud” (realia odmienią się na lepsze za sprawą boskiej interwencji lub zbiegu okoliczności), ale także w kontrze do marksowskiego przekonania o deterministycznym charakterze procesów dziejowych. Nie uważał oczywiście, że „wszystko jest możliwe”, jednak wychodził z założenia, że kluczowy czynnik to swoiste „natężenie” woli ludzkiej, nadające moc sprawczą wysiłkowi zbiorowemu. Pisał w tygodniku „Życie” w tekście „Fetysze ideologiczne”: …chodzi nam o patriotyzm działania. Z tego, że jesteśmy Polakami, zgoła nic jeszcze nie wynika. Czyn nasz jest określony tym, czym być mamy i czym być chcemy… /…/ urojonym jest wszystko to, co nie jest przedmiotem samowiednego czynu naszego – fetyszem jest wszelki „żywioł”, który nas w działaniu ma wyręczać – a w rezultacie jest tylko formułką, która sankcjonuje nasz bezczyn.

***

W sierpniu 1914 r. jako oficer sztabu I Brygady Legionów wyruszył na front u boku Piłsudskiego. Wziął udział w walkach w okolicach Kielc. Wkrótce został zastępcą szefa Oddziału Wywiadowczego brygady, ponadto koordynował działania kurierskie i szpiegowskie grupy kobiecej. Następnie w stopniu podporucznika skierowano go jako przedstawiciela I Brygady do Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego. Zajmował się m.in. nielegalnym werbunkiem ochotników do polskich oddziałów. Od marca do sierpnia 1916 r. ponownie brał bezpośredni udział – jako dowódca kompanii – w walkach frontowych, tym razem na Wołyniu.

Później został oddelegowany do Warszawy – Piłsudski powierzył mu reprezentowanie swego środowiska w Komendzie Naczelnej Polskiej Organizacji Wojskowej. Jesienią 1916 r. wraz ze Stanisławem Thuguttem i Tadeuszem Hołówką rozpoczął Skwarczyński edycję nielegalnego pisma wyrażającego poglądy piłsudczyków – „Rząd i Wojsko”; w styczniu 1917 r. został redaktorem naczelnym. Tworzy wokół czasopisma ugrupowanie polityczne Związek Dobra Publicznego, jednak nie odegra ono większej roli. Warto jednak zacytować jego pisane po latach wspomnienia nt. owej organizacji: Związek Dobra Publicznego miał być organizacją o charakterze społeczno-moralnym, /…/ wypracowującą nowe metody skupienia się zespołu na podstawach bezwzględnego zaufania i bezwzględnej odpowiedzialności jednostki przed zespołem za wzięte na siebie obowiązki społeczne i za praktykowanie wyznawanych zasad.

20 czerwca 1917 r. Skwarczyński został aresztowany przez niemiecką policję w nielegalnej drukarni „Rządu i Wojska”. Uwolniony w październiku, wszedł w skład tajnej piłsudczykowskiej grupy Konwent, do jej centrum kierowniczego – Organizacji A. Wkrótce ponownie aresztowany, trafił do twierdzy w Modlinie, gdzie w więziennych warunkach podupadł na zdrowiu, rozwinęła się dotychczas lekka gruźlica. Wraz z kolegami przygotowuje ucieczkę za pomocą podkopu, jednak nie zdążyli z niego skorzystać. 12 listopada 1918 r. wyszedł na wolność już w niepodległym kraju.

Dwa dni później w „Nowej Gazecie” opublikował tekst „Straszak bolszewizmu”, wymierzony w tych, którzy blokują przeobrażenia społeczne. Skwarczyński, wierny swemu światopoglądowi, przekonuje, że po osiągnięciu pierwszego celu – odzyskaniu niepodległości, należy sięgnąć po drugi, reformy socjalne: Niesprawiedliwy porządek, hamujący rozwój narodu ku słońcu /…/, nazywają świętością nietykalną. /…/ Widzą tylko ciasny interes: To samo bożyszcze, o którym już pisał Mickiewicz w „Księgach narodu”, że jest najszkaradniejsze.

Wkrótce został redaktorem naczelnym wspomnianej „Nowej Gazety”. W styczniu 1919 r. dziennik przekształcono w „Gazetę Polską”, która pod wodzą Skwarczyńskiego ukazywała się do końca listopada tego roku. Wznowił też edycję tygodnika „Rząd i Wojsko”. W kwietniu 1920 r. inicjuje kolejne pismo – dziennik „Naród”. Wszystkie te gazety były organami nieformalnego środowiska piłsudczykowskiego, na ich łamach formułowano oceny sytuacji bieżącej, wykuwała się także doktryna grupy w nowej sytuacji – w wolnej Polsce. Skwarczyński był czołowym publicystą wspomnianych periodyków, wyrósł też na jednego z głównych ideologów swego obozu. Zasadniczy temat jego ówczesnych rozważań to sytuacja geopolityczna – wojna z sowiecką Rosją, zabezpieczenie granicy wschodniej oraz powołanie federacji krajów „międzymorza”, aby wytworzyć przeciwwagę dla wpływów rosyjskich. Sam zresztą w obliczu najazdu sowieckiego zgłosił się na ochotnika do wojska, nie brał jednak bezpośredniego udziału w walkach – ze względu na stan zdrowia objął stanowisko w Wydziale Oświaty i Kultury MSW.

Stosunek wobec „sprawy wschodniej” sprawił, że ostrze jego krytyki kieruje się wówczas głównie przeciwko endecji, tradycyjnie „filorosyjskiej” i niechętnej wobec „agresywnej” polityki Piłsudskiego na wschodnich rubieżach państwa. Jednak spór Skwarczyńskiego z endecją dotyczy również, a może nawet głównie stosunku wobec reform socjalnych. Uważa, że stronnictwo Romana Dmowskiego, choć mówi o interesach narodowych, jest de facto głosem warstw posiadających. Stąd też wynika niechęć narodowców wobec przeobrażeń socjalnych i ustrojowych oraz próby kanalizowania radykalnych nastrojów mas za pomocą kreowania mniejszości narodowych na kozła ofiarnego. Na łamach „Rządu i Wojska” w styczniu 1920 r. pisze: Ani sprawy konstytucji, ani reformy agrarnej, ani ochronnego ustawodawstwa robotniczego, ani sprawy waluty, przemysłu i aprowizacji kraju /…/ – nie rozstrzygnie się podniosłym okrzykiem „Bóg i Ojczyzna” lub mniej podniosłymi hasłami antysemickimi.

Wierny jest młodzieńczym postulatom socjalistycznym, ale gra toczy się o coś więcej – o cywilizacyjny rozwój Polski. Polska przywileju szlacheckiego /…/ nie różni się od Zachodu wielkością ucisku społecznego, bywał on tam nawet jeszcze większy niż u nas. Ale gdy na Zachodzie na gnojnym ugorze tej ujarzmionej pracy wyrastała potęga państw i dorobki kultury, to u nas jej owocem była swawola bezpłodnej kulturalnie i państwowo klasy wiecznie niedojrzałych starych dzieci, bądź bezgranicznie krótkowzrocznych sybarytów. Z podobnych względów podjął także krytykę Kościoła – choć nie bez znaczenia było poparcie kleru właśnie dla endecji oraz ataki na piłsudczyków jako „bezbożników” i „bolszewików”. W 1920 r. propagował tzw. kościół narodowy (dość silny wśród Polonii amerykańskiej, zdobywający pewne przyczółki także w kraju) i ograniczenie autonomii struktury organizacyjnej Kościoła katolickiego. Wątek ów został jednak szybko wyciszony ze względów taktycznych, bowiem piłsudczycy nie chcieli eskalować tego konfliktu.

Doktryna narodowej demokracji to wedle niego obcy „przeszczep”, naśladownictwo analogicznych tendencji z krajów Zachodu, niezakorzenione w miejscowym etosie. Jeśli stronnictwo Dmowskiego odrzuca tak ważne elementy rodzimej tradycji, jak dorobek epoki romantyzmu, jeśli potępia powstańcze zrywy narodowowyzwoleńcze, to jego zdaniem ponad tradycję narodową przedkłada zagraniczne doktryny, obce „duszy polskiej”. W szkicu „Rozwój idei narodowej a Narodowa Demokracja” pisał o dwóch programowych manifestach endecji – „Myślach nowoczesnego Polaka” Dmowskiego i „Egoizmie narodowym” Zygmunta Balickiego, iż charakterystyczną cechą obu tych książek jest to, że nie wyłaniają się one z żadnej tradycji ideowej polskiej; choć słowa „tradycja” używają na każdej niemal stronicy /…/. /…/ są zlepkiem utartych „trzeźwych prawd” moralnych oraz /…/ spopularyzowaniem wzorów angielskich, niemieckich, japońskich – wypowiedzianym za pomocą /…/ modnej wówczas terminologii pozytywistycznej i ewolucjonistycznej /…/.

***

Skwarczyński bronił dziedzictwa romantyzmu przed endekami, gdyż było ono dlań rdzeniem polskości, najwyższym wykwitem geniuszu narodowego. To nie tylko literatura, nie trend poetycki – przeciwko takiemu rozumieniu romantyzmu protestował, nie godząc się na przykrawanie go do szkolnych formułek. Wedle Skwarczyńskiego, polscy romantycy stworzyli samoistny, niezwykle oryginalny nurt filozoficzny i kulturowy, nie mający wiele wspólnego – wbrew obiegowej opinii – z analogicznymi trendami w innych krajach.

Sięgał tu po analizę Brzozowskiego, którego rozprawę „Filozofia romantyzmu polskiego” uznawał za najlepsze odczytanie ducha tamtej epoki. W ślad za nim przekonywał, że romantyzm polski jako jedyny trafnie rozpoznał pełnię nauki chrystusowej (ale także innych wielkich tradycji religijnych), jako wezwania do wzniesienia ludzkiego ducha na wyżyny. Człowiecza wolność, geniusz twórczy, czyn, miały być swoistym moralnym obowiązkiem, świat konieczności zaprzeczyć i świat swobody porodzić z siebie, jak pisał w recenzji pracy Brzozowskiego. To ludzka wolność tworzenia, ale wysoce moralna, skierowana zawsze ku górze, nie dołowi, będąca drogą ku samostwarzaniu i samowładztwu, stanowiła wedle niego kwintesencję bożego Słowa.

Jako taki stał się więc romantyzm polski także przesłaniem dla całej ludzkości. Szczególnie ważny jest jednak na gruncie narodowym, bowiem tu zespoliły się jego mistyczne i etyczne aspekty z realiami zaborów. Literatura stała się w Polsce, mocno jak nigdzie indziej, natchnieniem do zmagań z uciskiem narodowym. I nie tylko narodowym, gdyż Skwarczyński podkreślał, jak bardzo splątane są idee romantyzmu z postawami i projektami emancypacyjnymi, z polskim radykalizmem społecznym, z nową moralnością, która odrzuca poddaństwo również wewnętrzne, klasowe.

Jednak w tym właśnie aspekcie odchodził od romantyzmu. Uważał, że ze względu na realia epoki, czyli brak własnego państwa, nurt ten rozwinął się jednostronnie – pozbawiony możliwości konkretnej pracy społecznej, nieproporcjonalnie wiele oczekiwań pokładał w przeobrażeniach dokonujących się dzięki bożej łasce czy duchowi dziejów. Choć jako poetów najbardziej cenił Mickiewicza i Słowackiego, ideowo bliższy był mu Norwid, akcentujący znaczenie pracy jako instrumentu przekształcania ducha indywidualnego i zbiorowego. Za najbardziej „udanego” adepta dziedzictwa romantyzmu uważał Stanisława Szczepanowskiego, który wizje i wskazania moralne wieszczów potrafił przekuć – nie spłycając ich – w dokonania na niwie gospodarczej, organizacyjnej itp. Paradoksalnie, Skwarczyński ideowe dziedzictwo romantyzmu zalecał uzupełnić praktyką niemal pozytywistyczną. My żyjemy w innej epoce /…/ Nasz czyn musi więc być „dopełnieniem w życiu własnym i sercu” – ale równie silnie musi być dopełnieniem w rzeczywistości nas otaczającej: w rzeczywistości materialnej i społecznej. /…/ musi naród polski przemienić misję swą na zadania konkretne, domagające się wykonania dziś i jutro – pisał w recenzji pracy Brzozowskiego.

***

Choć głównym przeciwnikiem politycznym i ideowym była dlań prawica, wkrótce skierował polemiczne ostrze również w stronę lewicy. Początkowo w PPS-ie i lewicujących stronnictwach chłopskich widział sojusznika, co miało wszak silne uzasadnienie w niedawnej przeszłości. Nie porzucił postulatów prospołecznych, popierał lewicowe rozwiązania ustrojowe, jak wybór prezydenta w wyborach powszechnych, był przeciwny instytucji Senatu. Uważał, że to lewica byłaby najlepszym gospodarzem kraju. Posiada ona ku temu racje moralne, jako ci, którzy popierali „insurekcjonistyczną” politykę wobec zaborców zamiast endecko-konserwatywnego lojalizmu, a także sformułowała wizję modernizacji państwa i społeczeństwa, dającą możliwość przezwyciężenia dystansu cywilizacyjnego wobec krajów, które rozwijały się bez jarzma niewoli.

Jednak tak, jak endecji zarzucał reprezentowanie interesów posiadaczy, tak i lewicę spotkała krytyka za to, że przedkłada interesy klasowe ponad dobro państwa. Naród dzieli się na klasy i interesy klas dotąd upośledzonych są tymi potężnymi dźwigniami, które podnoszą ku górze sprawę doskonalenia się społecznego narodu. Ale chodzi o to, by klasa, dochodząc do znaczenia i do władzy, umiała myśleć kategoriami obejmującymi całość sprawy narodu i państwa /…/. Żeby ciasno i egoistycznie pojęty interes klasy nie przysłaniał tego zadania naczelnego /…/ – pisał w 1920 r. Tymczasem, jego zdaniem, stronnictwa lewicowe przesadnie akcentowały interesy klasowe.

Na ów konflikt wpływ miały niewątpliwie względy przyziemne – socjaliści i lewica chłopska radzili sobie w niepodległej Polsce bez sojuszu z obozem Marszałka, w dodatku byli sceptyczni wobec militarystycznej „polityki wschodniej”. Natomiast piłsudczyków coraz bardziej marginalizowano – nie potrafili stworzyć reprezentacji parlamentarnej, tracili stanowiska w instytucjach państwowych, a sam Piłsudski był stopniowo odsuwany od wpływu na siły zbrojne.

Ale nie tylko w tym tkwiły przyczyny sporu. Jego sednem stała się walka z „partyjniactwem”, czyli z partykularnymi postawami oraz z przedkładaniem sloganów ponad konkretną pracę. W 1922 r. Skwarczyński pisał: Śmiało można rzucić dziś pytanie: czy np. dzięki frazesom „programowym” i /…/ stronnictwom politycznym /…/ choć jedna z dziedzin życia narodowego: polityka zewnętrzna, przemysł, szkolnictwo, armia, administracja, nauka, zyskała coś więcej oprócz kamieni na drodze; czy dzięki programom partii politycznych /…/ Polska zyskała choć jedną szkołę, jednego żołnierza czy armatę, jedną maszynę czy fabrykę. Takie stanowisko otwierało Skwarczyńskiemu drogę do stworzenia nowej jakości na gruncie polskiej myśli ideowo-politycznej.

***

Na początku 1922 r. powołał do życia kolejne pismo – dwutygodnik (później miesięcznik) „Droga”. Stało się ono teoretycznym organem obozu piłsudczykowskiego oraz miejscem kształtowania jego ideologii. Główne zręby linii programowej to oprócz oczywistego w tych kręgach kultu Piłsudskiego oraz afirmacji tradycji romantycznej, również znacznie bardziej nieszablonowe koncepcje. W sferze etycznej to przede wszystkim apoteoza Czynu i Pracy, przeciwstawionych determinizmowi i teoretyzowaniu. W sferze politycznej było to przedkładanie państwa i dobra publicznego nad partykularne interesy oraz – w wymiarze praktycznym – przeciwstawienie „partyjniactwu” i demokracji parlamentarnej silnej władzy, wspartej jednakże o mobilizację mas w organizacjach społecznych. W sferze ekonomii – radykalizm społeczny, jednakże w wersji „nieklasowej”, przybierający postać koncepcji etatystycznych w gospodarce oraz wątków syndykalistycznych w dziedzinie organizacji świata pracy.

W artykule programowym w pierwszym numerze „Drogi” zawarł Skwarczyński znamienne przesłanie. Życie dawne /…/ każe nam dziś /…/ nie sięgać wysiłkiem w jutro, /…/ ograniczyć się do Polski streszczonej w programach i ideałach sytego chama i sklepikarza, w myśli zapatrzonego w prawo do lenistwa proletariusza, w duchu dewotki i stróża porządku, chcących uzyskać prawo do świata bez wysiłku, bez trudu, raju niemocy /…/. Prawdę nowego życia ludzie ci /…/ chcą nagiąć do swoich wygód i spokoju. Ale ich czas już mija: Muszą wyrosnąć czynniki, które oczyszczą życie państwowe Polski z tego wszystkiego, co żeruje na rzeczywistym wysiłku kraju /…/. Musi powstać człowiek i warstwy, które /…/ rozsadzą /…/ zakrzepłe, zatęchłe z czasów jezuityzmu i racjonalizmu formy /…/ Przeciwstawią one produkowaniu nieudolnych moralnie i fachowo do czynu ludzi wychowanie wszystkich zdolności, sił fizycznych, moralnych i intelektualnych, wychowanie człowieka woli i czynu, człowieka pracy i myśli zbiorowej. /…/ Ilekroć w nowym wysiłku rozrosną się formy nowego życia, o ile mocniej odetchnie człowiek wolny i szerzej obejmie władzę nad światem – głośniej zahuczy maszyna, mocniej uderzy młot i dalej zagłębi się pług w ziemię oraną; o ile naród nasz, nie lękając się przemocy obcych, silniej wykuwać będzie organa życia i potęgi; o ile wyżej sięgnie uczucie i westchnienie człowieka ku Bogu; o ile głębiej wniknie myśl w tajnie żywota; pewni bądźmy: i pień twardy wieczysty drzewa, tradycja – i liść i kwiat doroczny, bunt – będą służyły Życiu wiecznemu, prawdzie.

Znamienna była też atmosfera w redakcji „Drogi”. Z okazji 10-lecia edycji pisma, Skwarczyński pisał: „Psychologia awangardy” – tak można by streścić postawę duchową „Drogi”; psychologia małej garści, wdzierającej się w nowe dziedziny, ale nie dla samej tylko rozkoszy nowych doznań i myśli, lecz w poczuciu, że za nią idzie z zamiarami trwałej budowy „siła główna”. Owa siła główna to oczywiście obóz piłsudczykowski.

***

Należał Skwarczyński do tej części swego pokolenia, której rozczarowanie odrodzoną Polską opisał w „Przedwiośniu” Stefan Żeromski. Wierzył, że niepodległa ojczyzna nie tylko wespnie się na wyżyny rozwoju, ale w dodatku dokona tego zgodną, wytężoną pracą ogółu obywateli. Zamiast tego przyszła szara rzeczywistość. Po latach pisał: Walka o władzę… pozorna: bo w niej o zaszczyty, o wpływy, o zyski, o satysfakcję wreszcie chodziło, a nie o odpowiedzialność. Wyścig demagogiczny partii – poniżający człowieka, bo ogłupiający go fantastycznymi hasłami i obietnicami w celu wyłudzenia dla siebie poklasku, popularności, mandatów. Wyścig do tanich zysków, karier, zaszczytów.

A na dodatek dezawuowanie znaczenia i marginalizowanie roli publicznej tych, którzy położyli podwaliny pod niepodległość. Obóz piłsudczykowski to dlań nie tylko bohaterowie wygranej batalii o wolną Polskę. Ich czyn zbrojny i postawa znamionowały coś znacznie większego – przezwyciężanie zastanych realiów, zdolność wyrośnięcia aktem własnej woli ponad siebie samego. Manifestem ideowym Skwarczyńskiego z owego okresu stał się artykuł z „Drogi” o znamiennym tytule „Historia posłuszna woli ludzkiej” – i równie znamiennym podtytule „W dziesięciolecie Legionów”. Autor kreśli w nim obraz legionistów jako grupy, która wbrew atmosferze epoki – „zatęchłej rupieciarni” – oraz uwarunkowaniom politycznym, osiągnęła wielki cel. Sami siebie zaczęli przetwarzać, kształcić, przerabiać na inną, nową miarę, na miarę wielkich zadań, wedle wymagań nowych, przyszłych czasów. /…/ poczuli się kadrami armii ujarzmionego narodu. Zmienili sposób życia, zmienili zamiłowania swe i zawody, zmienili obyczaje. /…/ Oto żywa i czynna wiara tych ludzi, wola i wytężona praca uczyniła ten cud, że ich dorobek wrósł korzeniami w rzeczywistość, zdołał uczynić sobie posłuszną historię, zdołał zapanować nad przyszłością. Praca ich ofiarna i jej rzetelne wyniki stały się sprawcami tego bardzo rzadkiego zjawiska: posłuszeństwa historii wobec woli ludzkiej /…/. /…/ uwierzywszy w swoją sprawę, natężywszy w jej kierunku swą wolę, /…/ szli na podbój jutra, by uczynić je takim, jakim ujrzeli je w swym „marzeniu” – a raczej w swym postanowieniu i planie.

Ten etos i ci ludzie powinni zatem „opanować” Polskę, jeśli wspiąć ma się ona na wyżyny, wbrew niekorzystnym, zdawałoby się, uwarunkowaniom. Jest to bowiem naturalna elita, o której pisał wręcz, że pod zaborami stanowiła jakby osobny, nieliczny, szlachetny naród. Już w 1921 r. na łamach „Rządu i Wojska”, Skwarczyński przeciwstawiał ich czyn ogółowi: Zbyt znikomo mała część narodu włożyła w sprawę niepodległości pracę i ponosiła dla niej ofiary. /…/ Ogół narodu odczuł uzyskanie niepodległości jako dar, a przeto nie doceniał jej wagi, nie mógł traktować jej jako rzeczy z własnej krwi i kości zrodzonej. /…/ Tę zatem lukę w psychice naszej /…/ zapełnić musi ów okres nowy /…/ systematycznej, budującej pracy. /…/ Do tej pracy trzeba nie mniejszej mocy moralnej, nie mniejszego rozpędu i nie mniejszej odwagi niż do walki orężnej. Muszą do niej /…/ stanąć ci ludzie, którzy najwięcej okazali dojrzałości narodowej, najwięcej zrozumienia istoty i potrzeby samodzielnego bytu i najwięcej wartości moralnych. Dźwignęli oni wśród pożogi miecz Polski, narzucili światu i narodowi swemu, zgnuśniałemu w niewoli, prawo jego bytu. Teraz w dumnym jego cieniu rozpocząć muszą orkę i zasiew, bo to tylko druga postać tej samej pracy. Innymi słowy: dowódcy z lat wojny powinni zostać liderami w czasie pokoju.

***

W 1924 r. Skwarczyński przewodził próbie powołania politycznej reprezentacji tego środowiska – Konfederacji Ludzi Pracy. Nie wyszła ona jednak poza stadium organizacyjne i programowe. Realia były niekorzystne – piłsudczycy coraz bardziej tracili wpływ na politykę państwa, głównie na rzecz znienawidzonej endecji. Punktem zwrotnym stał się przewrót majowy.

Redaktor „Drogi” należał do ścisłego grona doradców Marszałka, którzy zostali wtajemniczeni w plany zamachu. Tydzień po przejęciu władzy przez piłsudczyków zaczął Skwarczyński wydawać pismo „Nakazy Chwili”, które opatrzył podtytułem „Sprawie Rewolucji Moralnej w Polsce”. W ostrych słowach chłoszcze w nim prawicę, wychwala nową władzę, zapowiada daleko idące przemiany społeczne. Żywot pisma nie trwa długo. Piłsudski jest pragmatykiem, ogłasza, że zrobił „rewolucję bez rewolucyjnych konsekwencji”, nie podejmuje wielkich reform, a w pierwszym szeregu jego ekipy stają raczej technokraci i organizatorzy niż ideowcy. Skwarczyński usuwa się w cień, jednak nie żywi urazy – przekonany o geniuszu Piłsudskiego, uważa też, że to dopiero początek zmian, które potrwają lata i stopniowo obejmą wszelkie dziedziny życia. Chce służyć „nowej Polsce” bez ambicji wysuwania się na czoło i z ufnością, że jego wizje będą realizowane prędzej czy później.

Przewrót majowy to dla niego punkt zwrotny w dziejach kraju. Oczywiście nie bez znaczenia jest sam triumfalny powrót obozu piłsudczykowskiego do władzy, jednak „rewolucja majowa” to dla Skwarczyńskiego coś o wiele bardziej istotnego. Przede wszystkim postrzega powodzenie akcji Marszałka jako potwierdzenie teorii o znaczeniu siły woli w kształtowaniu rzeczywistości. To niejako powtórka czynu legionowego, gdy zdeterminowana garstka wbrew, zdawałoby się, zdrowemu rozsądkowi i niekorzystnym okolicznościom, osiągnęła swój cel.

Przewrót majowy zajmuje miejsce w jego wizji dziejów Polski jako kraju, gdzie rozwój dokonuje się w sposób skokowy, dzięki natężeniu siły sprawczej, przeciwko ograniczeniom sytuacyjnym i determinizmowi. W programowym tekście „Prawda jedyna o czynie ludzkim” głosi: Gdzież więc – jeśli nie tu prawda czynu, ta prawda, która u nas już tyle razy w świetnych blaskach zorzy „romantycznej” świeciła, gdzież więc, jeśli nie tu ta prawda objawiona człowiekowi być powinna? Gdzież jeśli nie tu. Tu były puste i szare epoki, tu był leniwy i bierny ogół. A na tym tle heroizm ludzki zmagał się z szarzyzną i biernotą – samotny tak, jak samotny jest człowiek we wszechświecie i tak zuchwale dumny, jak dumnym stanie się człowiek, gdy pojmie, że prawda jest tylko w jego czynie.

Warto wspomnieć, jak Skwarczyński postrzegał swoje środowisko. W liście otwartym do Tadeusza Hołówki pisał: Tymi odpowiedzialnymi pionierami nowej przyszłości – możemy /…/ być tylko my. Co znaczy to „my” – wiesz dobrze. Nie jest to partia żadna, ani organizacja, jawna czy tajna. /…/ Są to ludzie Nowej Polski, ci, którzy niepodległymi /…/ byli już przed wojną, bo ich dusz niewola ani nie spodliła, ani nie wyjałowiła, ludzie, którzy /…/ mają w sobie niepohamowany pęd naprzód i głęboką pogardę dla wszelkiego „interesu” /…/.

Jak pisał Leszek Kamiński, wedle Skwarczyńskiego Mandat do władzy w Polsce daje piłsudczykom właśnie to, że są oni spadkobiercami romantyków /…/. Moralne prawo do „rządu dusz” daje Piłsudskiemu i legionistom fakt, że oni właśnie urzeczywistnili swoją walką Mickiewiczowskie hasło „mierz siły na zamiary”, że stanęli jak opisani przez poetę „ludzie szaleni”, wbrew „ludziom rozsądnym” /…/. Dorobku moralnego Legionów nie można zaprzepaścić, trzeba go w narodzie upowszechnić. Stąd właśnie wzięła się Skwarczyńskiego koncepcja „rewolucji moralnej”. Przewrót majowy miał wyzwolić nowe siły etyczne w narodzie, podciągnąć go w górę, ku wyżynom, na których znajdowali się wedle niego dawni legioniści, a w ten sposób na nowe tory pchnąć całą Polskę.

Wyszedłszy od wspomnianej tezy o „dwóch narodach”, tj. bojowej i szlachetnej garstce, która wywalczyła niepodległość, oraz biernej większości, której wolna Polska „spadła z nieba”, przekonywał Skwarczyński, iż: Rewolucji moralnej naród, opętany biernością, nie podjął. Podjął ją Piłsudski, ale dokończyć i utrwalić musi ją naród, bo inaczej nie byłaby ona rewolucją moralną. /…/ w tej chwili hasłem być musi: „Wszystko dla Polski i jej odrodzenia – nic dla Polaków”. Polacy zbyt długo gnuśnieli w bierności, by w tej chwili jedynym dla nich nakazem nie było tylko to jedno: ofiara. Ofiara z dóbr osobistych, z pragnień i aspiracji najsłuszniejszych na rzecz państwa, które zbiorowym wysiłkiem uczynić musimy przybytkiem najwyższego podniesienia duchowego i twórczego wszystkich obywateli i narzędziem walki o najszczytniejszą przyszłość narodu i ludzkości. W 1933 r. przekonywał, że Sprawa kształtowania duszy nowego człowieka, będąc najtrudniejszą, jednocześnie jest najbardziej zasadniczą, podstawową. Wiara, że fakty materialne, przemiany ekonomiczne kształtują automatycznie nowy typ człowieka, zbankrutowała. /…/ Trwałą podstawą pomyślnej przyszłości w rozwoju materialnym i organizacyjnym, oraz pięknych zdobyczy w dziedzinie ideowej i kulturalnej będą tylko charaktery ludzi.

Jan Hoppe pisał: Dla Skwarczyńskiego nade wszystko jasnym było to, że zły człowiek nie zdoła tworzyć rzeczy dobrych i pięknych, że żądni zysków i pragnący dobrych interesów ludzie, nie stworzą tej innej, nowej, tak patetycznie zapowiadanej i idealistycznie pojmowanej przyszłości.

***

Polem i zarazem narzędziem rewolucji moralnej miał stać się czyn, który w epoce niepodległości powinien przybrać postać pracy – nad sobą oraz dla dobra ojczyzny, wzajemnie się dopełniając. Mamy zbudować nową Polskę i nowego w Polsce człowieka. Tej budowy nie zaczniemy wznosić samym umysłem, samym myśleniem, samymi ideami, programami. /…/ Budowa ta bowiem odbywa się przez wyrabianie charakterów i moralności, a te wartości można tylko wypraktykować. Skwarczyński uważał, że w czasie pokoju należy krzewić wzorce „małego heroizmu”. Typy sportowców-lotników Żwirki i Skarżyńskiego, konstruktora Wigury /…/ są typami niepodległymi przyszłości, a rodzić się mogą i rodzą się coraz częściej w każdym zawodzie. Typ tego bezrobotnego, który na pożyczkę narodową przyniósł przechowane od lat złote monety, bo chciał wzmocnić /…/ państwo, jest typem moralnym tej samej rasy – przekonywał.

Pracę rozumiał dwojako. Nie tylko o wysiłek każdego Polaka z osobna mu chodziło, nie tylko o zespolenie owych wysiłków w dzieło zbiorowe. Polska miała stać się „państwem pracy” (taki tytuł przybrał nb. organ prasowy Legionu Młodych, którego „guru” był – o czym później – Skwarczyński). W 1923 r. z goryczą pisał w „Drodze”, iż wbrew wszelkim szumnym hasłom, głoszonym wszędzie i przez wszystkich, praca, w żadnej swej postaci, nie daje dziś w Polsce ani siły, ani znaczenia, ani honoru, nie zapewnia nawet możności życia i utrzymania. Panuje natomiast kapitał i to nawet nie kapitał produkcyjny, ale kapitał spekulacyjny i pasożytniczy. Tymczasem, jak streszczał jego poglądy Hoppe, Praca musi wyznaczać miejsce w życiu, a nawet w hierarchii społecznej.

Polska miała stać się krajem, w którym zaznaczy się przewaga Pracy nad Kapitałem – nie na darmo przewrót majowy określał Skwarczyński mianem „rewolucji żołnierskiej i robotniczej”. Choć on sam nie formułował szczegółowych wskazówek w tej dziedzinie – tym zajmowali się jego współpracownicy, jak ideolog polskiego etatyzmu, Stefan Starzyński, a cały zespół „Drogi” inicjował takie wydarzenia, jak np. monumentalne wydawnictwo „Na froncie gospodarczym” – to rozproszone wzmianki nie pozostawiają wątpliwości w kwestii jego poglądów. W 1928 r. stwierdzał: Linia postępowania obozu „piłsudczyków” w tych sprawach jest ustalona; /…/ a streszcza się w roli państwa nie tylko jako regulatora życia ekonomicznego, lecz jako czynnika inwestującego i kierującego nim – w imię interesów ogółu, a mimo lub nawet wbrew interesom partykularnym prywatno-kapitalistycznym.

Nie znaczy to, że Skwarczyński zajmował stanowisko klasowe, bliskie socjalistom. Był to raczej swoisty solidaryzm narodowy – swoisty, bo zakładający prymat świata Pracy, jednak mającego na uwadze dobro wspólne, stan państwa. Reforma społeczna oprzeć się u nas będzie mogła nie na zwycięstwie siłą jednej klasy nad innymi /…/, chociażby to nawet było zwycięstwo „klas pracujących”. Oprze się ona na gruntownej zmianie stosunku człowieka do zawodu swego i warsztatu, jako nie do środka zarabiania na życie, ale do instrumentu wybranej z powołania twórczości – pisał tuż po przewrocie majowym we wspomnianym liście do Hołówki.

Właśnie w tej kwestii zaciągnął największy dług ideowy u Brzozowskiego, który postulował „przetworzenie pracy z musu w przedmiot miłości i swobody”. W całej logice dzisiejszego porządku społecznego i /…/ panującej ideologii – tak mieszczańskiej, jak i robotniczej – praca nie jest połączona wewnętrznymi węzłami ze swym przedmiotem, z produktem – jest odeń moralnie oderwana, jest on dla niej obojętny – pisał Skwarczyński w artykule „Rola inteligencji w ruchu zawodowym świata pracy”. Zmiana tego stanu rzeczy nie zależy jednak tylko od reform socjalnych, przeobrażenia stosunków własnościowych czy od polepszenia warunków pracy. Musi ona stać się także przedmiotem wytężonych wysiłków samych pracowników najemnych i ich organizacji zawodowych. Relacja człowiek – praca, musi objąć aspekt etyczny, duchowy, nie tylko materialny. Pracownik powinien doskonalić się w wykonywaniu swych obowiązków, wkładać w nie serce, zaś związki zawodowe mają za zadanie nie tylko dbałość o warunki zatrudnienia, lecz także działalność edukacyjną i wychowawczą, by ułatwić zawodowe doskonalenie siebie oraz metod i warsztatów swej pracy i w ten sposób przetworzyć ludzi pracy z najemników na twórców.

***

Piłsudczycy, a wśród nich Skwarczyński, byli przekonani, iż dobrem najwyższym jest państwo. Ta „świętość” to zarówno efekt odzyskania niepodległości oraz odczuwanego zagrożenia ze wschodu i zachodu, ale także skutek przekonania, że państwo i jego wysiłki są kluczową płaszczyzną organizacji życia narodu. Obóz ten krytycznie traktował wszelkie pomysły spod znaku „państwa-minimum”, motywowane czy to gospodarczo, czy z punktu widzenia swobód obywatelskich. Uważano, że tylko silne i sprawne państwo zapewni właściwy rozwój Polsce i jej mieszkańcom. Ponieważ jednak państwo było w ich odczuciu słabe – zarówno z instytucjonalnego, jak i mentalnego (skutek dziedzictwa zaborów) punktu widzenia – uważali, że konieczne są wzmożone wysiłki na rzecz jego wzmocnienia.

Skwarczyński u schyłku lat 20. krytykował stanowisko, zgodnie z którym Mówi się ciągle obywatelowi o obowiązkach, jakie wobec niego ma rząd i państwo, ale przemilcza się systematycznie obowiązki obywatela /…/. Kwintesencję jego poglądów na to zagadnienie stanowi podsumowanie pracy zbiorowej „Pod znakiem odpowiedzialności i pracy”, będącej zapisem dyskusji organizowanych pod kierunkiem Skwarczyńskiego. Pisał tam następująco: Zawsze mówmy ludziom w pierwszym rzędzie o ich obowiązkach, a nie o uprawnieniach. /…/ Wykreślić z naszego słownika słowa „Protestujemy” i „Żądamy” – i zastąpić je słowami: „Dążymy”, „Pracujemy”. Wykreślić słowo „Interes”, nawet w znaczeniu „interes zbiorowy” – a zastąpić je słowem „Służba”.

Nie oznacza to, że redaktor „Drogi” uważał, iż „jednostka niczym”, że państwo powinno być „totalne”, a obywatele posłusznym stadem owiec. Stworzył koncepcję, która stanowiła „trzecią drogę” między liberalną demokracją parlamentarną a totalitarnymi reżimami faszystowskimi i komunistycznymi. Nazwał ją „uspołecznieniem państwa”. Termin ten zaczerpnął od jednego z prominentów obozu piłsudczykowskiego, Walerego Sławka, jednak znacznie rozwinął i pogłębił jego koncepcję. Uważał, że państwo jest silne nie wtedy, gdy odbierze obywatelom ich inicjatywę, lecz gdy potrafi powiązać ją z celami ponadpartykularnymi. Chodziło o stopniowe rozkładanie odpowiedzialności za państwo na szerokie sfery zorganizowanego społeczeństwa /…/ na barki związków społecznych: gospodarczych /…/, zawodowych /…/, oświatowo-kulturalnych, wychowawczo-wojskowych itd. W tekście „O podstawy demokracji” przekonywał, że /…/ wciągnąć musimy do współpracy wszystkich ludzi, posiadających dobrą wolę i ambicję twórczą, których niejednokrotnie dzielą dzisiaj różne hasła i przekonania, a których złączą dyscyplina moralna zaufania, poszanowanie człowieka i kult „wielkiego zbiorowego obowiązku”.

Jak wspomniałem, redaktor „Drogi” negatywnie oceniał „rozdrapywanie” Polski przez grupy interesu skupione w stronnictwach politycznych. Zapewne część tej niechęci wynikała z fiaska piłsudczykowskich projektów partyjnych, jednak towarzyszyła jej bardziej wnikliwa diagnoza. Zgrupowani wokół „Drogi” autorzy – w tym czołowy polski ideolog syndykalizmu, Kazimierz Zakrzewski, autor książki „Kryzys demokracji” – uważali, że wyczerpała się dotychczasowa formuła polityczna. Kryzys demokracji jest faktem przede wszystkim w znaczeniu przeżycia się obowiązującej w niej ideologii oraz zbankrutowania form organizacyjnych – pisał Skwarczyński w 1926 r. Uważał, że zdobycz rewolucji francuskiej, jaką było wyrwanie człowieka z ograniczeń ancien régime’u, została w demokracji parlamentarnej zatracona wskutek „masowego” postrzegania obywateli-wyborców. Zwycięstwo takiego czy innego programu miało być osiągnięte drogą liczby: takim czy innym głosowaniem. Większość miała być tym, co załatwi sprawę. /…/ Liberalizm zmarnował zdobycz Wielkiej Rewolucji: wyzwolenie człowieka; nie wciągnął tego człowieka w ustrój społeczny, tylko jego surogat: abstrakcyjną jednostkę. Toteż zadaniem /…/ jest wcielić pełnego, odpowiedzialnego człowieka w pracę zespołową – przekonywał w 1932 r. w piśmie „Jutro Pracy”.

Już 10 lat wcześniej konstatował, że coraz powszechniejsze jest znienawidzenie partii i ich polityki sejmowej natomiast coraz wyraźniejsze – obejmowanie życia publicznego przez organizacje społeczne /…/. Rozwijają się świetnie i koncentrują związki samorządów wiejskich i miejskich, zamiast „stronnictw” ludowych coraz silniej do głosu dochodzą chłopskie zrzeszenia gospodarcze i kulturalne, zamiast partii robotniczych analogiczne organizacje robotnicze /…/. To właśnie miało stać się podstawą nowego ustroju. Skwarczyński parlamentarnej demokracji frazesu, demokracji niwelującej, demokracji poniżającej człowieka przeciwstawiał demokrację realizacji, rozciągającą się nie tylko na uprawnienia polityczne, ale również na życie zarówno w samorządach lokalnych, jak i gospodarczych, na życie kulturalne, gospodarcze, zawodowe, oświatę, wciągając najszersze warstwy jako świadomego, odpowiedzialnego współtwórcę /…/.

W artykule programowym „Uspołecznienie państwa” pisał: Przewrót majowy odsunął /…/ demokrację starego typu: /…/ partii, werbalnych „programów”, nieobowiązujących haseł /…/. Otworzył natomiast możliwości dla nowej formy współpracy społecznej – tej, która gardząc werbalizmem pisanych programów, organizuje zespoły konkretnej pracy; tworzy dobra rzeczywiste, materialne i kulturalne – i ma ambicję demokratyzować społeczeństwo nie tylko politycznie, lecz również i gospodarczo i kulturalnie /…/.

***

Dziwnie brzmi dzisiaj apoteoza demokracji – choćby nieparlamentarnej – w wykonaniu ideologa obozu sanacyjnego. Skwarczyński odrzucał jednak tezę, że porządek polityczny ustanowiony w efekcie przewrotu majowego, jest dyktaturą. Był przekonany, iż rządy piłsudczyków są odległe od tego modelu, stanowiąc typowo polską, nową jakość. /…/ rządy nasze mają na ogół o wiele mniej „silną rękę”, niż gdzie indziej rządy najbardziej demokratyczne czy liberalne.

W tekście „Myśl wychowawcza Piłsudskiego” przekonywał, iż /…/ jego ideał wychowawczy zmierza do urobienia człowieka własnowolnego i własnowolnego społeczeństwa, do wydobywania z ludzi i ze społeczeństwa czynu. Nie nakazywania /…/, ale /…/ stawiania człowieka i społeczeństwa w takim położeniu, w którym rodzi się decyzja, poczucie odpowiedzialności i czyn. Na łamach „Jutra Pracy” dodawał: Zaledwie znajdzie się w sytuacji dyktatora (listopad 1918, maj 1926, „Brześć”), natychmiast z sytuacji tej wyciąga konsekwencje wprost przeciwne: demokratyczne, liberalne, konstytucyjne. Zaledwie konsekwencje te ujawniać zaczynają swe sprzeczne z postulatem odpowiedzialności oblicze, rzuca im pod nogi „dyktatorskie” gesty. Bo w gruncie rzeczy przez cały czas chodzi mu o tę rzecz /…/, która nie mieści się ani w liberalnej demokracji, ani w dyktaturze. Chodzi mu właśnie o odpowiedzialność ludzi /…/.

Jego zdaniem, „władczość” Piłsudskiego ma specyficzny rys, wynikający z polskiej tradycji. Kluczowe były tu doświadczenia powstania styczniowego, które Marszałek wnikliwie studiował. Wówczas władza obywała się bez przymusu, którego organów Rząd ów nie posiadał, tylko przez nacisk i autorytet moralny /…/. Wedle niego, Piłsudski wcielił tę ideę w życie w czasach Legionów i POW, które również nie posiadały żadnych uprawnień administracyjno-decyzyjnych, a cały posłuch wynikał z moralnego autorytetu inicjatyw i ich twórców. Rok 1863, Legiony, a zwłaszcza POW /…/ – we wszystkich tych momentach /…/ objawia się zbiorowa inspiracja, polegająca /…/ na tym, że zbiorowością natchnioną rządzi nakaz nie formalno-prawnej, lecz moralnej natury, nakaz, który przyjmowany jest przez „podwładnych” bez przymusu, w sposób zupełnie dobrowolny – pisał w „Prawdzie jedynej…”. Oczywiście w warunkach odzyskanej niepodległości i istniejącego aparatu państwowego, nie jest ani możliwa, ani pożądana sytuacja całkowitej dobrowolności postaw i poczynań obywateli, jednak wedle Skwarczyńskiego obóz piłsudczykowski i jego lider nie dążą do typowej dyktatury. Ich ideałem jest władza silna, a na dobrej woli oparta.

Z takich właśnie pozycji – minimalizowania przymusu instytucjonalnego oraz kładzenia nacisku na wychowanie, dobrowolną przemianę moralności obywateli – krytykował ustroje totalitarne: faszyzm i komunizm: Odrzućmy sztywność i „zasadniczość” obu tych eksperymentów, wyzwólmy się z lenistwa umysłowego, które stwarza u nas co chwila modę to na sowiety, to na faszyzm, modę szkodliwą i głupią.

***

W styczniu 1927 r. Adam Skwarczyński objął kierownictwo referatu społecznego w Kancelarii Cywilnej Prezydenta RP. Jego służbowe mieszkanie na Zamku Królewskim stało się placówką organizacyjną propiłsudczykowskich inicjatyw. Wieś, ruch zawodowy, młodzież robotnicza, szkolna i akademicka, instytucje oświatowo-kulturalne, wydawnictwa, konferencje porozumiewawcze tu znajdują swe ognisko, ducha i plan działania – pisał Bolesław Wasylewski.

Już w 1922 r. Skwarczyński współtworzył Powszechny Uniwersytet Korespondencyjny, pomagający poszerzać wiedzę osobom z prowincji oraz pracującym mieszkańcom dużych miast. Po przewrocie majowym inicjował lub czynnie wspierał kolejne organizacje społeczne, m.in. Związek byłych Więźniów Ideowych, Organizację Młodzieży Pracującej, Instytut Oświaty i Kultury, Unię Związków Pracowników Umysłowych. Pod jego kierownictwem powstał „Atlas organizacji społecznych”.

Kluczowe były dlań jednak organizacje młodzieżowo-wychowawcze. Uważał, że „rewolucja żołniersko-robotnicza” w pełni dokona się wtedy, gdy dominującą rolę w Polsce zacznie odgrywać generacja „ludzi pomajowych”, nie obarczona nawykami i wzorcami pokolenia swoich rodziców. Dlatego też gros wysiłku poświęcił pracy formacyjnej w środowiskach młodzieżowych. Na początku 1930 r. inspirował utworzenie Legionu Młodych – Akademickiego Związku Pracy dla Państwa. Organizacja ta, o charakterze elitarnym, była w zamierzeniu placówką formacyjną w środowisku studenckim, a od 1932 r., po zmianie nazwy na Związek Pracy dla Państwa – Legion Młodych, również wśród młodzieży robotniczej i urzędniczej. Legion Młodych głosił – jak pisze Zbigniew Osiński – hasła antynacjonalistyczne, antykapitalistyczne, antyklerykalne i antyniemieckie, opowiadał się za ograniczeniem własności prywatnej, ustanowieniem silnej kontroli państwa nad gospodarką, planowaniem gospodarczym, uniezależnieniem się od kapitału zagranicznego, a także /…/ potrzebę reform społecznych. Skwarczyński wchodził w skład tzw. Senioratu, czyli grupy wspierająco-doradczej LM. Innym środowiskiem tego typu, z którym współpracował, była grupa związana z tygodnikiem „Jutro Pracy” o orientacji piłsudczykowsko-nacjonalistyczno-syndykalistycznej, wywodząca się ze związków zawodowych pracowników umysłowych.

W 1932 r. rozpoczęła działalność Straż Przednia – Organizacja Pracy Obywatelskiej, również powołana z inicjatywy Skwarczyńskiego. Była przeznaczona dla osób w wieku 15-21 lat i miała za zadanie wychowywać w duchu wskazań redaktora „Drogi” uczniów szkół średnich. Ważną rolę w jej działaniach pełniły zajęcia samokształceniowe oraz praktyczne – wychowanie poprzez pracę i czyn. Skwarczyński był trzy lata prezesem organizacji, redagował także jej organ – miesięcznik „Kuźnia Młodych”. SP i redakcja „KM” były inicjatywami, w które włożył mnóstwo energii i wysiłku. Nieco mniej, lecz także sporo zaangażowania poświęcił Centralnemu Komitetowi ds. Młodzieży Wiejskiej, którego był przewodniczącym. W 1934 r. powołał Towarzystwo Wiejskich Uniwersytetów Regionalnych.

Nie zaniedbał też pracy formacyjnej wśród osób bardziej dojrzałych. Wieczory dyskusyjne organizowane pod jego kierownictwem gromadziły intelektualną elitę obozu piłsudczykowskiego. Na początku lat 30. formułował wizje nowej elity państwowej, wyłonionej w oparciu o dorobek w pracy na rzecz państwa, nie zaś wedle pochodzenia społecznego czy zamożności. Inspirowany tyleż elitaryzmem dawnych legionistów, co projektem Abramowskiego „Związek Rycerzy Polski”, powołał w 1930 r. niejawny Zakon Dobra i Honoru Polski. Aleksander Ivánka pisał o tej organizacji, iż stawiała sobie za cel wypracowanie zasad nowego ustroju, przede wszystkim opierając się na zasadach moralnych i podporządkowując interesy osobiste interesom państwa.

***

Pod koniec lat 20. odnowiły się u niego powikłania związane z gruźlicą. Szybki rozwój choroby sprawił, że w 1929 r. musiał poddać się amputacji obu nóg. Przykuty do wózka inwalidzkiego, nie zaprzestał intensywnej pracy, a wręcz można odnieść wrażenie, iż podwoił dotychczasowe wysiłki. Po kilku latach nastąpił jednak kolejny silny nawrót choroby. Adam Skwarczyński zmarł 2 kwietnia 1934 r. Do już posiadanych Krzyża Virtuti Militari, Krzyża Walecznych i Krzyża Niepodległości pośmiertnie dodano Wielką Wstęgę Orderu Polonia Restituta.

Na jego dorobek ideowy kładzie się dwuznaczny cień w postaci silnych powiązań z obozem władzy, któremu zdarzało się podejmować decyzje zasługujące na krytykę czy wręcz – jak np. sprawa procesów „brzeskich” – haniebne. Na pewno idealizm Skwarczyńskiego zderzał się z twardymi realiami oraz z niedoskonałościami personalnymi członków elity władzy. Gdy on widział w piłsudczykach niemalże zakon świętych mężów, zdarzali się tam również cynicy, karierowicze, osoby nieudolne czy czerpiące splendor z dawno minionej legionowej szlachetności. Gdy uzasadniał ograniczanie „partyjniactwa” dobrem państwa, jego towarzysze widzieli w tym poręczny instrument eliminowania politycznej konkurencji, a w obozie rządzącym odtwarzały się wszelkie cechy systemu partyjnego, tyle że w postaci frakcji i nieformalnych klik. Gdy Skwarczyński wprowadzał dychotomię piłsudczyków i reszty, przypisując im biegunowo przeciwne kwantyfikatory, z całym dobrodziejstwem inwentarza akceptował również osoby miernej kondycji intelektualnej i moralnej, a odrzucał wiele szlachetnych postaci – w tym własnych dawnych towarzyszy i współpracowników – które również chciały i potrafiły służyć Polsce, tyle że niekoniecznie w „jedynie słusznych” szeregach.

Na rzecz Skwarczyńskiego przemawiają jednak nie tylko cenne i wciąż aktualne elementy dorobku intelektualnego, ale również cechy osobowościowe i postawa, które przekreślają sporą część zasygnalizowanych wątpliwości. Cieszył się szacunkiem nawet wśród przeciwników politycznych, mając opinię człowieka krystalicznie uczciwego i ideowego. Przykładowo, Karol Popiel, lider przedwojennej chadecji, który sanacji „zawdzięczał” m.in. proces polityczny i więzienie, pisał o Skwarczyńskim, że był jednym z tych bardzo nielicznych „starych piłsudczyków”, którzy rozumieli, iż nie wystarczy zdobyć zbrojnie władzę w państwie, by rządzić narodem, ale trzeba mu dać wizję lepszej przyszłości i wychować odpowiedni zespół ideowych pracowników, którzy by ją wcielali w życie. Daria Nałęcz, oceniając jego życie po latach i z dystansem badacza, stwierdziła, że wyróżniał się /…/ wyjątkową wręcz bezinteresownością osobistą. Nie wzbudzały jego pożądania żadne dobra materialne. Nie przejawiał ambicji zrobienia kariery. Nie ciągnęły go wielkie gabinety, lśniące limuzyny i kłębiące się tłumy petentów. W przeciwieństwie do wielu swych kolegów wiódł życie niezwykle skromne, wręcz ascetyczne. Sprawiał wrażenie człowieka, który w pełni oddał się wielkim sprawom ideowym. Na łamach „Państwa Pracy” wychowankowie z Legionu Młodych żegnali go tak: Był dla nas tym większym autorytetem, że zasadzie Czynu, Odpowiedzialności i Honoru podporządkował przede wszystkim i bez reszty całe swoje życie osobiste i całą swą publiczną działalność.

Bibliografia (ważniejsze pozycje):

  • Andrzej Chojnowski, Piłsudczycy u władzy. Dzieje Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1986.
  • Jacek Czajkowski, Jacek M. Majchrowski, Adam Skwarczyński (3 XII 1886 – 2 IV 1934) /w:/ tychże, Sylwetki polityków Drugiej Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Znak, Kraków 1987.
  • Andrzej Garlicki, Od maja do Brześcia, Czytelnik, Warszawa 1981.
  • Jerzy Holzer, Mozaika polityczna Drugiej Rzeczypospolitej, Książka i Wiedza, Warszawa 1974.
  • Jan Hoppe, Adam Skwarczyński /w:/ tegoż, Wierzyłem… (artykuły), Nakładem Wydawnictwa „Jutra Pracy”, Warszawa 1938.
  • Jan Hoppe, Adam Skwarczyński. Myśli o związkach zawodowych, Organizacja Młodzieży Pracującej, Warszawa 1934.
  • Jan Hoppe, Wspomnienia, przyczynki, refleksje, Odnowa, Londyn 1972.
  • Aleksander Ivánka, Żołnierz Dobra i Honoru Polski /w:/ Wspomnienia o Stefanie Starzyńskim, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1982.
  • Leszek Kamiński, Romantyzm a ideologia. Główne ugrupowania polityczne Drugiej Rzeczypospolitej wobec tradycji romantycznej, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wydawnictwo Polskiej Akademii Nauk, Wrocław 1980.
  • Kazimierz Koźniewski, Zamknięte koła. Wspomnienia z lat 1929-1945, tom I, wydanie II przejrzane i uzupełnione, Wydawnictwo Literackie, Kraków – Wrocław 1984.
  • Władysław T. Kulesza, Koncepcje ideowo-polityczne obozu rządzącego w Polsce w latach 1926-1935, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1985.
  • Teodor Ładyka, Polska Partia Socjalistyczna (Frakcja Rewolucyjna) w latach 1906-1914, Książka i Wiedza, Warszawa 1972.
  • Andrzej Micewski, W cieniu marszałka Piłsudskiego. Szkice z dziejów myśli politycznej II Rzeczypospolitej, Czytelnik, Warszawa 1968.
  • Daria Nałęcz, Sen o władzy. Inteligencja wobec niepodległości, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1994.
  • Daria Nałęcz, Wstęp do: Adam Skwarczyński, Od demokracji do autorytaryzmu, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1998.
  • Tomasz Nałęcz, Polska Organizacja Wojskowa 1914-1918, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Polska Akademia Nauk – Wydział I Nauk Społecznych, Wrocław 1984.
  • Zbigniew Osiński, Janusz Jędrzejewicz – piłsudczyk i reformator edukacji (1885-1951), Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2007.
  • Karol Popiel, Droga ideowego piłsudczyka /w:/ Jerzy Braun, Karol Popiel, Konrad Sieniewicz, Człowiek ze spiżu, Odnowa, Londyn 1981.
  • Marian Stępień, Spór o spuściznę po Stanisławie Brzozowskim w latach 1918-1939, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976.
  • Adam Skwarczyński, Od demokracji do autorytaryzmu, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1998.
  • Adam Skwarczyński, Myśli o nowej Polsce, Biblioteka Drogi, prawdopodobnie Warszawa 1930.
  • Adam Skwarczyński, Wskazania, Nakładem Straży Przedniej, Warszawa 1934.
  • Bolesław Wasylewski, Adam Skwarczyński – życiorys /w:/ A. Skwarczyński, Wskazania, Nakładem Straży Przedniej, Warszawa 1934.
  • Bohdan Urbankowski, Filozofia czynu. Światopogląd Józefa Piłsudskiego, Wydawnictwo Pelikan, Warszawa 1988.
  • Iwo Werschler, Tadeusz Hołówko. Życie i działalność, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1984.
  • W. Z. (Wacław Zagórski), Autorytet moralny, „Państwo Pracy” nr 13/1934 (8 kwietnia).