przez Remigiusz Okraska | środa 24 lipca 2013 | inspiracje, nasze tradycje
Od lat istnieje teza – znana głównie osobom ponadprzeciętnie zainteresowanym dziejami tej opcji politycznej – która mówi, że nikt nie wyrządził lewicy tyle zła, co nominalnie przecież lewicowy komunizm. Komunistyczne zbrodnie, brutalne deptanie nawet podstawowych praw obywatelskich, niewydolność gospodarcza – wszystko to poszło na konto lewicy. Każdej lewicy.
Oczywiście sporo osób wie, że nie każda lewica to komuniści, że komunizm był tylko jedną z kilku „odnóg” myśli lewicowej, że lewica niekomunistyczna była przez realny komunizm zwalczana. Ale tylko garstka dokonuje tego rodzaju dokładnych rozróżnień. Dla pozostałych natomiast nierzadko „coś jest na rzeczy”, to znaczy uważają, iż granice między komunizmem a resztą lewicy są umowne i niejasne, a od socjalizmu czy socjaldemokracji nie jest wcale daleko do bolszewizmu i sowietyzmu. Jeszcze gorzej wygląda wszak sprawa ze „zwykłymi ludźmi” w krajach takich jak Polska, które mają za sobą kilkadziesiąt lat zamordyzmu przyobleczonego w czerwone sztandary.
Tutaj kojarzenie lewicy z komunizmem jest powszechne. Przede wszystkim dlatego, że poczynając od Bieruta i Bermana, przez Gomułkę i Kliszkę, a na Jaruzelskim i Rakowskim kończąc, włodarze PRL-u przedstawiali się jako lewica najprawdziwsza i najbardziej lewicowa ze wszystkich lewic. A bywało wręcz, że jako lewica jedyna, wszystko inne bowiem było wedle komunistycznej propagandy mniej lub bardziej reakcyjne czy „oportunistyczne” (zarzut w ustach partyjnych kacyków i biurokratów-karierowiczów doprawdy komiczny).
W dodatku te środowiska, które w PRL-u były opozycją wobec reżimu, a zarazem odwoływały się do demokratycznego socjalizmu czy do antykomunistycznych i antytotalitarnych wątków myśli lewicowej, po roku 1989 niemal gremialnie porzuciły takie identyfikacje. Znakomita większość tej formacji, z „Gazetą Wyborczą” na czele, ma dziś dla wszelkiej lewicowości – pomijając pomstowanie na „ciemnogród” oraz wspominanie „etosowej” młodości z czasów KOR-u – jedynie pogardę, streszczającą się w etykietowaniu niemal każdej postawy prospołecznej lekceważącym terminem homo sovieticus. Tym sposobem, a także namaszczając postkomunistów na „demokratyczną lewicę”, dawni opozycjoniści przykładają rękę do skojarzeń, że komunizm i lewica to w zasadzie „coś w podobnym stylu”.
Rozmaici nostalgicy PRL-u lubią się pocieszać sondażami, które wskazują na stosunkowo niezłą ocenę realiów sprzed roku 1989. Nie potrafią jednak odróżnić wspominania wyidealizowanej przeszłości (któż pomyśli źle o czasach, gdy był młody, zdrowy i wcześniej niż sąsiad dostał talon na „malucha”?) od chęci realnego powrotu do niej. Ta ostatnia postawa jest niszowa. Z tego też względu prawicy jest na rękę utożsamienie wszelkiej lewicowości z PRL-em. Wówczas można przedstawiać lewicowe pomysły jako chęć przywrócenia dawnych rozwiązań, za którymi mało kto tęskni, a dodatkowo nieustannie obarczać lewicę odpowiedzialnością za przeróżne „błędy i wypaczenia” czy po prostu zbrodnie komunizmu. Ileż to razy w „dyskusjach” o polityce prospołecznej, choćby jej zwolennicy proponowali rozwiązania nowoczesne i znane z najbogatszych krajów Zachodu, w odpowiedzi wysyłano ich na Kubę i do Korei Płn. oraz posądzano o chęć przywrócenia sklepów pełnych jedynie octu.
Polska prawica co prawda czasem wspomni, że zamiast postkomunistów chciałaby silnej lewicy „prawdziwej – takiej jak Bugaj albo dawny PPS”, ale gdy ktokolwiek formułuje postulaty właśnie w stylu dawnego PPS-u czy zachodnich socjaldemokracji, to i tak w odpowiedzi słyszy o gułagach, gierkowskich długach, kartkach na żywność, wielkim głodzie na Ukrainie, ubekach i Katyniu.
Jednak niezależnie od bieżących sporów, pomówień i tandetnej propagandypolitycznej, sprawa ta ma wymiar znacznie ważniejszy. Prawica lubi powtarzać za jednym ze swoich guru, że „tylko prawda jest ciekawa”. Tymczasem prawda mówi coś dokładnie przeciwnego niż prawicowa agitacja i skojarzenia większości opinii publicznej. Ta ciekawa prawda mówi mianowicie, że jednymi z pierwszych i najbardziej dobitnych krytyków komunizmu byli właśnie socjaliści. W dodatku, inaczej niż większość prawicy, nie krytykowali komunistów w sposób dla nich nieszkodliwy, czyli za pomocą gorzkich żalów, iż nie przejmują się „świętą własnością” burżujów lub samopoczuciem wrażliwych właścicielek ziemiańskich dworków.
Socjaliści natomiast krytykowali komunistów za to, że ich poczynania stanowią zaprzeczenie samego sedna idei lewicowych, marksizmu nie wyłączając. Pozbawiają społeczeństwo nawet tych swobód obywatelskich, które oferowała „demokracja burżuazyjna”, zamiast robotniczej kontroli nad środkami produkcji tworzą klasę nowych posiadaczy – biurokratów partyjnych, równość i braterstwo pod rządami komunistów okazują się systemem wodzowskim i terrorem policyjnej pałki, a wydanie gospodarki na łup „biernych, miernych, ale wiernych” prędzej czy później prowadzi do jej zapaści.
Historia lewicowej krytyki komunizmu jest bardzo długa. Już anarchista Bakunin punktował takie założenia teoretyczne marksizmu i taktyki jego zwolenników, które niosły ryzyko, że „lepszy świat” okaże się „większą tyranią”. Polski teoretyk „socjalizmu wolnościowego”, Edward Abramowski, już pod koniec XIX w. wskazywał z niemal proroczą przenikliwością, iż socjalizm „odgórny” czy „państwowy” może się przerodzić w ustrój jeszcze gorszy niż kapitalizm, bowiem uczyni ludzi niewolnikami kasty biurokratów, panującej nad nimi w każdej sferze życia. Przykłady takie można mnożyć.
Dziś przypominamy trzy takie głosy. Celowo pominęliśmy rozważania teoretyczne sprzed bolszewickiego przewrotu. Chcemy bowiem pokazać, iż lewica dokonała szybkiej i dogłębnej krytyki właśnie tego, co przeszło do historii jako „pierwsze państwo robotników i chłopów”. Nie był to, jak w przypadku choćby Bakuninowskiej krytyki marksizmu, spór na gruncie idei, wizji czy po prostu personaliów i temperamentów, lecz analiza zaistniałych faktów. Analiza pozbawiona złudzeń, niemal natychmiast celnie wskazująca, że sowiecka Rosja ma niewiele wspólnego z realizacją ideałów lewicowych. Pominęliśmy także teksty autorstwa polskich myślicieli i działaczy lewicowych, którzy bolszewizm i Związek Radziecki atakowali wielokrotnie i bez pardonu. Pojawiają się czasem opinie, że lewicowi Polacy krytykowali ZSRR jako kontynuację Rosji – doświadczenia z epoki zaborów miały rzutować na umiejętności „właściwej” oceny Kraju Rad, nasycając ją uprzedzeniami i fobiami. Z tego też względu oddajemy głos autorom z Zachodu i z… samej Rosji.
Pierwszym z nich jest Karl Kautsky (1854-1938), jeden z najwybitniejszych działaczy i myślicieli w dziejach lewicy, czołowy popularyzator marksizmu (szczególnie ekonomicznych aspektów tej doktryny) i teoretyk rozwijający jego rozmaite wątki, jeden z liderów niemieckiej socjaldemokracji, organizator wielu inicjatyw lewicowych. Kautsky to swoista ikona lewicy w ogóle, a szczególnie lewicy zarazem konsekwentnej w swych przekonaniach, jak i demokratycznej, nie godzącej się na zamordystyczne rzekome „drogi na skróty” do socjalizmu, bo jak trafnie oceniał, drogi takie wiodą nieodmienne na manowce. Wydana na początku lat 20. książka Kautsky’ego, której fragment zamieszczamy, nie była jego pierwszą krytyczną publikacją o bolszewizmie i państwie sowieckim, co oznacza, że lewica wierna swoim pryncypiom dostrzegła w zasadzie od razu, iż nic dobrego z tego nie będzie. Warte uwagi jest to, że Kautsky poddał system sowiecki krytyce w książce stanowiącej polemikę z Trockim. Ten ostatni w środowiskach ludzi naiwnych uchodzi do dziś za szlachetnego dysydenta, który chciał uchronić ZSRR przed błędami Stalina, za co zapłacił najwyższą cenę, zamordowany na jego polecenie. W rzeczywistości był to jedynie spór w rodzinie, bowiem jak wykazuje Kautsky, Trocki był żarliwym apologetą tych cech systemu sowieckiego, na bazie których wręcz musiał wyrosnąć „stalinizm”. Jeśli Trocki przedwcześnie spoczął w grobie, to tylko dlatego, iż sam go sobie wykopał.
Drugi z publikowanych tekstów wyszedł spod pióra Otto Bauera (1881-1938). Znów jest to postać wybitna i bardzo zasłużona dla lewicy, wieloletni lider socjaldemokracji austriackiej, ekonomista i filozof, jeden z głównych przedstawicieli austromarksizmu, akcentującego etyczne aspekty socjalizmu. Przedrukowane tu fragmenty jego książki, wcześniejszej jeszcze niż rozważania Kautsky’ego, bowiem napisanej na początku roku 1920, poświęcone są kwestii niezwykle ważnej, a stosunkowo rzadko poruszanej w analizach reżimu sowieckiego. Bauer wskazuje, że u zarania ZSRR nastąpiło odejście nie tylko od takich podstawowych zasad socjalizmu, jak swoboda przekonań i wolność organizowania się, co bolszewicy tłumaczyli „wojną prowadzoną z reakcją”. Już niemal na starcie porzucili oni również swoisty dogmat myśli lewicowej, tj. przekonanie, iż socjalizm oznacza społeczną własność środków produkcji, zarządzanie zakładami pracy przez robotników oraz egalitaryzm ekonomiczny. Austriacki myśliciel i polityk opisuje, jak w ciągu zaledwie dwóch lat istnienia nowego systemu zasady te zostały brutalnie złamane. Zamiast robotników – fabrykami rządzą biurokraci z partyjnej elity, wyzysk pracowników najemnych dokonuje się wedle reguł znanych z brutalnego kapitalizmu, a wręcz wprowadzany jest przymus pracy, co oznacza de facto powrót niemal do niewolnictwa. Zamiast wyzwolenia ludzi pracy jest ich zniewolenie pod butem garstki komunistów, posiadających władzę iście tyrańską.
Ostatni z prezentowanych tekstów to rozdział książki Victora Serge’a (Wiktora Kibalczicza, 1890-1947). Postać to niezwykle barwna – urodzony w Belgii w rodzinie rosyjskich emigrantów politycznych, najpierw anarchista, we Francji uwięziony za rzekomy udział w działaniach grupy polityczno-rabunkowej, w 1919 r. przybył do Rosji, gdzie wstąpił do partii bolszewickiej. Był wysokiego szczebla działaczem Kominternu, w połowie lat 20. związał się ze skupionym wokół Trockiego środowiskiem opozycyjnym wobec Stalina. Wyrzucony z partii, kilkakrotnie więziony, w 1936 r. uwolniony po protestach zachodnich lewicowych intelektualistów. Wyemigrował do Belgii, a następnie do Francji, zaś po zajęciu jej przez Niemcy – do Meksyku. Początkowo pozostał sympatykiem Trockiego, jednak zerwał z nim wskutek niezgody na niemal bezkrytyczną ocenę przez tego ostatniego „przedstalinowskiej” fazy w dziejach ZSRR. Serge po opuszczeniu Rosji sowieckiej opublikował kilka obszernych analiz degeneracji tamtejszego ustroju. Publikowany tutaj rozdział jednej z tych prac uderza w sam rdzeń wszelkich postaw filosowieckich. Nawet pośród lewicowców krytycznych wobec ZSRR spotyka się opinie, że owszem, bolszewicy bezpardonowo pogwałcili liczne zasady i wartości socjalistyczne, jednak przynajmniej zapewnili ludności Rosji awans materialny, byli więc mniejszym złem wobec carskiego feudalizmo-kapitalizmu. Victor Serge, który realia porewolucyjnej Rosji znał z autopsji, pozostał odporny na tego rodzaju wywody, zazwyczaj będące pochodną sowieckiej propagandy. W roku 1937, a więc dwie dekady po triumfie rewolucji październikowej, opisuje on szarą, a raczej czarną rzeczywistość radzieckich ludzi pracy: ich wyzysk, biedę, zażartą walkę o byt oraz ogromną rozpiętość dochodów między robotnikami a partyjnymi karierowiczami.
Cóż jeszcze można dodać oprócz tego, że lewica autentyczna, wierna swoim przekonaniom i zasadom, stała w pierwszym szeregu krytyków komunizmu? Wszystko jest jasne.
przez Remigiusz Okraska | środa 24 lipca 2013 | inspiracje, nasze tradycje
Niemal cała myśl polityczna oraz intuicja potoczna bazują na przekonaniu, że państwo jest obywatelom potrzebne po to, aby ich wspierało, ulepszało kondycję życia zbiorowego oraz pomagało dokonać tego, co przekracza możliwości oddolnych wysiłków, a co jest korzystne dla społeczeństwa. Jeśli państwo nie podejmuje takich działań, można postawić pytanie, po co ono w ogóle istnieje. Pytanie takie stawiają dziś Polacy przy wielu okazjach.
Przekaz, który płynie do nich od państwa, brzmi mniej więcej tak: „mam was gdzieś, sami martwcie się o siebie”. Państwo „nie ma” na benzynę do policyjnych radiowozów, państwo nie buduje dróg, państwo zamyka urzędy pocztowe i placówki sądowe w mniejszych miastach. Władze mówią nam, że nie stać ich właściwie na nic – czy będzie to wizyta obywatela u lekarza-specjalisty, czy zaopatrzenie biblioteki w nowe książki, czy nawet położenie chodnika. Za komuny pewien kabareciarz żartował, że nie ma nic prostszego niż praca w sklepie – wystarczy przez 8 godzin dziennie mówić „nie ma”. Dziś równie mało wymagająca jest praca włodarzy gminnych, powiatowych, wojewódzkich i ministerialnych: „nie mamy”.
Nic dziwnego, że w XXI w. nawet inwestycje w tak „nowatorską” i „luksusową” sferę, jak budowa sieci kanalizacyjnej, muszą być oznakowane tablicami informującymi, że 3 środków na ten cel pochodzi z programu operacyjnego numer milion sto dwadzieścia tysięcy dwieście szesnaście, łamane przez duże C, finansowanego przez najwyższy urząd ds. wykopów ziemnych, z siedzibą w lewym skrzydle gmachu Komisji Europejskiej. W Polsce na takie cuda, jak oczyszczanie ścieków – „nie mamy”.
Na domiar złego państwo kpi z obywateli. Choćby wtedy, gdy za pomocą reklamowych spotów zachęca ich do płodzenia dzieci, a zarazem likwiduje żłobki, przedszkola i szkoły. Lub gdy poucza bezrobotnych, że są roszczeniowymi cwaniakami i leniami, jednocześnie obcinając kwoty na programy aktywizowania osób pozostających bez pracy. Albo wtedy, gdy przekonuje obywateli, że powinni być „mobilni”, a w tym samym czasie masowo likwidowane są połączenia kolejowe i autobusowe oraz niszczeje cała towarzysząca im infrastruktura.
W kraju, w którym do aktów prawnych – od Konstytucji poczynając – oraz do wszelkich deklaracji czynników oficjalnych wpisywana jest równość szans, sprawiedliwość społeczna, ochrona życia itd., można przy odrobinie pecha umrzeć podczas transportu między wymigującymi się od odpowiedzialności placówkami służby zdrowia. Można zostać odciętym od elementarnych zdobyczy cywilizacyjnych i instytucji. Można po wypadku skutkującym utratą ręki lub nogi stawać co roku przed komisją orzekającą niezdolność do pracy („nie odrosło wam przypadkiem, obywatelu?”)…
To wszystko nie dzieje się przypadkiem. Choć zdarza się indolencja, brak wyobraźni, lenistwo czy wieloletnie zapóźnienia cywilizacyjne, większość tego rodzaju problemów ma przyczyny w przyjętej ideologii i wynikających z niej sposobach działania. Ideologia ta jest jawnie antyspołeczna, a na imię jej neoliberalizm. Mówiąc w dużym skrócie, zasadza się ona na przekonaniu, że państwo nie jest dla ogółu obywateli, lecz dla wybranych, choć nikt tego nie mówi wprost. To samo państwo, które „nie ma” na połączenia kolejowe dla obywateli, wykłada ogromne kwoty na rozwój infrastruktury mającej ułatwić zagranicznym koncernom wożenie towarów przez Polskę ze wschodu na zachód lub odwrotnie. Państwo, któremu „nie starcza” na przedszkola, jest zawsze gotowe obniżać podatki Kulczykowi i telewizyjnym celebrytom. Państwo, które za palenie papierosa lub picie piwa w niedozwolonym miejscu wręcza kilkusetzłotowy mandat bezrobotnemu lub emerytowi, podobnej wysokości kary nakłada na operującą w skali globu firmę handlową, której zyski bazują na zorganizowanym systemie wyzysku tysięcy pracowników. Innymi słowy, neoliberalizm jest socjalizmem dla bogatych.
W Polsce mamy do czynienia ze skrajną odmianą tej ideologii i towarzyszących jej rozwiązań. Wystarczy wspomnieć, że nawet w krajach symbolizujących liberalizm społeczno-gospodarczy istnieją systemy wsparcia obywateli na skalę, o której Polacy mogą tylko pomarzyć. W Stanach Zjednoczonych ponad czterdzieści milionów osób (!) otrzymuje od państwa talony na produkty żywnościowe, bo nawet liberałom nie mieści się w głowie, że w cywilizowanym kraju można być w dzisiejszych czasach głodnym. W Wielkiej Brytanii, przez którą przetoczyło się liberalne tsunami autorstwa Thatcher i jej następców, system wspierania rodzin i rodzicielstwa wygląda tak, że wśród polskich emigrantów zarobkowych w Londynie czy Glasgow – nie będących wszak nawet obywatelami owego kraju! – mówi się o prawdziwym baby boomie.
Jak wspomniałem, nie jest to dziełem przypadku, lecz efektem decyzji podjętych świadomie na progu tworzenia nowego ładu instytucjonalnego. Autorzy polskiej transformacji, niezależnie, czy mieli zawziętą twarz Leszka Balcerowicza, czy dobroduszne oblicze Jacka Kuronia, po prostu wypięli się na społeczeństwo, nie poczuwając się do jakichkolwiek obowiązków wobec niego. Żadnym usprawiedliwieniem nie jest przy tym fakt, że w nowe realia wchodziliśmy z garbem dziedzictwa 45 lat niewydolnego, marnotrawnego i rozsypującego się w oczach „realnego socjalizmu”. Nikt o zdrowych zmysłach nie oczekiwał przecież, że po chwili i bez wysiłku będzie nad Wisłą tak, jak nad Łabą, Sekwaną czy Tamizą. Problem polega jednak na tym, że decydenci celowo wybrali zupełnie inną drogę – drogę antyspołeczną.
Porównania z innymi krajami są zawsze obarczone ryzykiem błędu, czyli nieuwzględnienia tamtejszej historii, kultury i mentalności z jednej strony, z drugiej zaś położenia, naturalnych atutów lub takowych przeszkód. Dlatego też w niniejszym wydaniu działu „Nasze tradycje” przypominamy polską myśl prospołeczną sprzed lat. Ten sam kraj, podobne realia naturalne, podobne momenty historyczne – w ostatnich dekadach wychodzenie z komunizmu, w II RP zaś zmaganie się z dziedzictwem zaborów. Za to dwa zupełnie różne sposoby myślenia o społeczeństwie, roli państwa i jego powinnościach.
Publikujemy teksty obrazujące, że nawet w trudnych warunkach władze publiczne i wspierający je specjaliści mogą dla obywateli wiele dokonać i jeszcze więcej planować. Zacofanie gospodarcze, niedobory budżetowe czy brak struktur instytucjonalnych ograniczają pole manewru, jednak nie stanowią nieprzezwyciężalnej bariery. Dla chcącego nic niemożliwego – zdają się mówić autorzy publikowanych rozważań.
Melania Bornstein-Łychowska, radca przedwojennego Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, opisuje ogół wysiłków dopiero odtwarzanego państwa na rzecz pomocy swoim obywatelom. Z jej obszernej publikacji mogliśmy wybrać stosunkowo krótkie fragmenty, jednak nawet one pokazują, iż kraj biedny, pozbawiony właściwie wszystkich atrybutów nowoczesnego i stabilnego państwa, podjął na wielką skalę wysiłki zarówno praktyczne, jak i ustawodawczo-instytucjonalne, aby chronić słabszych. Nie oferował im oczywiście manny z nieba, dawał tyle, ile mógł, a zapewne mniej niż mógłby, jednak za oczywisty obowiązek uznawał nie tylko podejmowanie takich wysiłków, ale także ich intensyfikację i rozwój. Nawet jeśli ówczesna pomoc socjalna była z konieczności „dzieleniem biedy”, to była właśnie dzieleniem, solidarnym wobec współobywateli, nie zaś lekceważeniem ich i odwracaniem się plecami.
W kolejnym tekście dr Władysław Landau, naukowiec o poglądach prospołecznych, opisuje nie tylko dokonania. Jego rozważania w równej mierze poświęcone są temu, co dopiero można i należy zrobić. Nie ma w tym żadnego minimalizmu i spoczywania na laurach po „odfajkowaniu” pewnego zestawu zadań – jest odwaga wizji, chęć ulepszania rozwiązań i zmiany realiów w duchu ochrony słabszych i potrzebujących. Ba, sporo tu wyrażanego wprost niezadowolenia ze status quo, czyli niedostatecznych – wedle autora – wysiłków i efektów. Inaczej niż dzisiejsi mędrkowie na stabilnych, rządowych posadach, którzy zalecają społeczeństwu zaciskanie pasa, bycie konkurencyjnym (czytaj: mniej wymagającym) i równanie w dół, formułuje on zalecenia, abyśmy na drodze rozwoju gospodarczego nie zapominali o rozwoju społecznym, bo tylko wówczas będzie w ogóle można mówić o rozwoju jako takim. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, gdy przypomnimy sobie, że „prospołeczny” i „wrażliwy” Jacek Kuroń miał w analogicznej sytuacji do zaoferowania kocioł z lichą zupą i odkładanie faktycznej troski o społeczeństwo do momentu „aż się wzbogacimy”, czyli w modelu neoliberalnym de facto na święty nigdy.
Ostatni z przypomnianych tekstów, autorstwa nie znanego nam nawet z pełnego imienia R. Siennickiego, to ciekawe studium przypadku, dotyczące bardzo konkretnych zagadnień, mianowicie dbałości o pracowników najemnych. Dbałości nie byle gdzie, bo w państwowym przedsiębiorstwie. Tym, co uderza dzisiejszego czytelnika, jest nie tylko afirmatywny opis dokonań, ale przede wszystkim wyrażane przez autora przekonanie, że do zakończenia wysiłków droga jeszcze daleka. Znów mamy zatem myślenie o rozwiązaniach prospołecznych nie w kategoriach przykrej powinności, której najlepiej byłoby się pozbyć pod byle pretekstem, lecz pozytywnie postrzeganego zobowiązania wobec słabszych członków wspólnoty.
Oczywiście czasy opisywane przez trójkę autorów były dalekie od ideału i nie ma sensu tworzenie fałszywego przeciwstawienia rzekomo cudownej II RP oraz koszmarnej Polski współczesnej. Tym, co warte podkreślenia, jest nie tyle odmienność realiów, lecz różnice w sferze mentalności. Celowo wybraliśmy teksty autorów, którzy niewiele mieli wspólnego z radykalizmem politycznym. Choć ich poglądy były niewątpliwie prospołeczne, były to zarazem poglądy głównego nurtu, a przynajmniej jednej z opcji ścierających się w jego ramach. Nietrudno byłoby znaleźć z tego samego okresu teksty znacznie bardziej radykalne, czy nawet krytykujące prezentowane tu stanowiska jako nazbyt zachowawcze. Nas jednak interesuje tym razem pokazanie, że takie opinie były pełnoprawnym elementem dyskursu publicznego.
Broszura Bornstein-Łychowskiej to oficjalna publikacja jednego z ministerstw. Tekst Landaua ukazał się w pracy zbiorowej, stanowiącej manifest ideowy lewego skrzydła rządzącego wówczas obozu sanacyjnego. Artykuł Siennickiego zamieszczono w pracy zbiorowej Instytutu Spraw Społecznych – instytucji utworzonej przy pomocy poważnych placówek publicznych, tj. zakładów powszechnych ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych.
Trudno sobie nawet wyobrazić, żeby dzisiaj teksty o takim przesłaniu i utrzymane w takim tonie stanowiły coś zwyczajnego w wywodach decydentów i osób z ich otoczenia, a tak właśnie było wówczas. Ówczesne państwo bowiem, mimo licznych wad i niedoskonałości, było państwem dla obywateli. Dzisiejsze jest państwem lekceważącym obywateli. Może już czas to zmienić?
przez Remigiusz Okraska | środa 24 lipca 2013 | inspiracje, nasze tradycje
„Tolerancja”, zachwyty nad „różnorodnością”, „poznawanie innych kultur” – to dzisiaj postawy bardzo modne. Można dzięki nim zdobyć lepszą posadę, zrobić karierę medialną, zasłużyć na pochwały, w najgorszym razie spędzić czas na niezobowiązującym kolekcjonowaniu wrażeń. Niewiele ma to jednak zazwyczaj wspólnego z faktyczną troską o owych „Innych”, a jeszcze mniej z dbałością o wspólną przestrzeń, w której żyjemy zarówno „my”, jak i „oni”.
We współczesnym świecie nie ma mowy o izolacjonizmie. Sprawny transport, masowe media, globalizacja gospodarki, ponadnarodowe struktury polityczne – wszystko to skutkuje przenikaniem się kultur na ogromną skalę, ale także migracjami ludności. Czy będzie to „drenaż mózgów” przez zachodnie firmy, czy próba wyrwania się z biedy poprzez ucieczkę do lepszego świata, jest to proces, który w takich realiach będzie trwał niezależnie od woli jednostek.
Dotyczy on niemal wszystkich. Gdy 10 czy 15 lat temu ksenofobowie lub prawicowi doktrynerzy alarmowali, że „starą Europę” „zalewają” przybysze z krajów arabskich czy w ogóle z Trzeciego Świata, nie przewidzieli, że już wkrótce w tym samym kierunku ruszą za chlebem i euro setki tysięcy ich rodaków. Tak działa ten mechanizm, niezależnie od ideologicznych zaklęć. Częściowo – ale tylko częściowo – mogłaby go ograniczyć zmiana samych fundamentów obecnego systemu gospodarczego, bazującego na tanich surowcach, taniej produkcji i taniej sile roboczej, wędrujących nieodmiennie w jednym kierunku, z krajów biedniejszych do bogatszych. Wówczas imigrantów byłoby w krajach zamożnych nieco mniej – mniej byłoby tam również tzw. dobrobytu.
Nawet jednak w przypadku realizacji takiego, mało wszak prawdopodobnego scenariusza, proces „mieszania się” ras, narodów, stylów życia i wartości będzie postępował w zglobalizowanej gospodarce i w kulturze bazującej na masowych mediach. Musimy się nauczyć żyć obok siebie, a raczej – żyć razem. Tym bardziej, że na przestrzeni zaledwie 200 lat populacja globu wzrosła niemal siedmiokrotnie, a rozmaite „ziemie niczyje” zostały zasiedlone i zagospodarowane.
Co jednak znaczy „razem”? Dotychczasowa polityka wobec imigrantów i ich zbiorowości cechuje się swoistą schizofrenią. Z jednej strony nierzadko wręcz zachęcano obcokrajowców do przybywania – gdy brakowało rąk do pracy, zwłaszcza do pracy „brudnej” i gorzej płatnej – natomiast z drugiej mnoży się zakazy i nakazy, wciąż traktując ich jak obywateli drugiej kategorii. Swoje zrobiły też rozmaite obawy i tabu kulturowe. Imigrantów „rozpieszczano”, obawiając się oskarżeń o rasizm i kultywując – całkiem słuszne – poczucie winy za czasy kolonializmu, a jednocześnie, mimo deklaratywnej afirmacji ich postaw i kultury traktowano jak duże dzieci, które nie obejdą się bez paternalistycznej opieki. Skutkowało to nierzadko brakiem choćby minimalnej integracji ze społeczeństwem, do którego przybyli, a ze strony „tubylców” podskórnym brakiem wiary w to, że przybysze naprawdę mogą „być tacy jak my”.
W przypadku środowisk szeroko pojętej liberalnej lewicy przybrało to postać coraz bardziej tandetnych zachwytów nad wszystkim, co zrobi „Inny”, przy rezygnacji wobec owego „Innego” z wymagań nawet w tych kwestiach, które stanowiły sedno tradycji emancypacyjnej. Gdy „odwieczny” lub „większościowy” mieszkaniec wspomni o ojczyźnie lub odmienności kobiet i mężczyzn, wówczas oskarża się go o ciągoty wręcz faszystowskie lub o karygodny seksizm i zacofanie. Wychwala się natomiast „ekspresję kulturową” murzyńskich wykonawców hip-hopu wykrzykujących jawnie rasistowskie plugastwa pod adresem białych. Albo imigrantów z krajów arabskich, którzy ideę równości kobiet wybijają swoim małżonkom i córkom z głowy, nierzadko dosłownie. Tego rodzaju liberalizm i lewicowość oznaczają wywrócenie do góry nogami – o czym będzie jeszcze mowa – całej tradycji owych obozów.
Na takim podłożu bujnie krzewi się rasizm i dawno, zdawałoby się, skompromitowane postawy ksenofobiczne. Obsesyjnie kultywowane prawo do odmienności i „życia po swojemu” skutkuje tym, że na jednej ziemi żyją ludzie kompletnie sobie obcy, nie mający kulturowego wspólnego mianownika. Co gorsza, mniejszości oraz imigranci, jako zazwyczaj znajdujący się w gorszej sytuacji ekonomicznej (której zresztą brak integracji jest jedną z przyczyn), częściej szukają ratunku i wsparcia w tożsamości etnicznej czy religijnej, jeszcze bardziej okopując się na pozycjach swojej „inności”. I tak oto przepaść stale rośnie. Gdy w dodatku sytuacja ekonomiczna pogarsza się dla jednych i drugich – dla większości i mniejszości – wówczas jeszcze trudniej o wzajemne zrozumienie, współpracę i faktyczną tolerancję. „Inność”, która w czasach dobrobytu mogła być sympatyczną egzotyką, zaczyna być piętnem i źródłem obustronnych obaw.
Żerują na tym różne siły. Ksenofobiczna prawica roztacza wizje, wedle których gdyby nie „obcy”, wszystko byłoby piękne jak w „starych, dobrych czasach”. Oczywiście ani słowem nie wspominając, że „stare, dobre czasy” zostały rozmontowane nie przez samorzutny napływ „imigranckich hord”, lecz przez splot różnych czynników, z których jednym z głównych były poczynania wielkiego kapitału. A tym bardziej o tym, że „stare, dobre czasy” były czasami niesprawiedliwymi – skoro Zachód chce mieć tanią arabską ropę naftową, to dlaczego nie miałby w pakiecie dostać muzułmańskiej społeczności religijnej, z meczetem i muezinem, którzy tak drażnią „statecznych mieszczan” z pełnymi bakami?
Z kolei współczesna lewica jedyne, co potrafi robić, to miotać oskarżenia o rasizm i nienawiść etniczną. Tyle że takie zaklęcia nie zmniejszają rosnącego poparcia dla haseł antyimigranckich czy antymniejszościowych, okazując się wobec nich bezradnymi. A przede wszystkim nie rozwiązują istniejących problemów – „Inny” nadal pozostaje „Innym”, którym można się czasem zachwycić, np. w „etnicznej” restauracji czy na folklorystycznym festynie, ale na co dzień pozostaje on na ogół w swoim getcie, będąc łatwym do wskazania kozłem ofiarnym.
Wszystko to zmierza w coraz gorszym kierunku. Na garstkę imigrantów, która potwierdza prawicowe stereotypy i sprawnie żeruje na „socjalu”, przypada ogromna większość tej zbiorowości, zasilająca szeregi najuboższych mimo ciężkiej pracy. Zamiast integracji, mamy erupcję frustracji w postaci zamieszek i palonych samochodów z jednej, a jawnie rasistowskie ustawodawstwo z drugiej strony. Głośna niedawno była sprawa deportacji Romów z Francji, mimo teoretycznego istnienia „otwartych granic” w ramach Europy. W Szwajcarii demokratyczne referenda – czyli coś zgoła innego niż decyzja urzędnika lub polityka – przesądziły o zakazie budowy minaretów, a następnie o tym, że osoby nie posiadające obywatelstwa, nawet mieszkające w tym kraju od dawna, będą zeń wydalane po odbyciu kary więzienia nie tylko w przypadku ciężkich przestępstw, ale i drobnych wykroczeń, np. nieuprawnionego pobierania świadczeń socjalnych. Typowa kwadratura koła – im więcej utyskiwań na rasizm i ksenofobię, zastępujących wysiłki na rzecz integracji mniejszości z większością, tym więcej faktycznego rasizmu i ksenofobii.
W takiej sytuacji chcemy przypomnieć perspektywę zupełnie inną, perspektywę zarazem „starej” lewicy, jak i propaństwowo-obywatelską. Jak wspomniałem, dzisiejsza lewica wobec mniejszości i imigrantów prezentuje stanowisko mające niewiele wspólnego ze swoimi odpowiednikami sprzed lat. Zachwyca się i pochyla ona nad takimi środowiskami ze względu na ich „inność”, akcentując odmienność kulturową, domagając się specjalnych uprawnień i odmiennego traktowania, tym samym utwierdzając ów „innościowy” status. Dawniej natomiast lewica widziała w mniejszościach nie „Innych”, lecz przede wszystkim „takich samych”. Owszem, dostrzegała i brała pod uwagę swoiste cechy kulturowe czy religijne danej zbiorowości, ale akcentowała nie różnice, lecz podobieństwa. „Inny” był taki jak my: tak samo wyzyskiwany jako robotnik, tak samo głodny jako bezrobotny, tak samo stłoczony w małych izbach i suterenach, mający podobne człowiecze marzenia, analogiczne powody do niepokoju, a także identyczny status obywatelski. Nie chodziło o to, że wszyscy są dokładnie tacy sami lub być takimi powinni, lecz o to, aby umieć wznieść się ponad różnice i dostrzec klasowe czy ogólnoludzkie podobieństwa, a także nauczyć się żyć razem na tym samym terytorium.
Z takiej postawy wynikały dwie zasady. Pierwsza to traktowanie mniejszości jako prawdziwego partnera, zdolnego do sprostania tym samym wyzwaniom i zadaniom, co większość, nie zaś jak dziecko, które trzeba traktować ulgowo i nie pozwalać na zbytnią samodzielność. Po drugie, mniejszościom należy przyznać równe prawa, ale jednocześnie można od nich wymagać tego wszystkiego, czego wymaga się od pozostałych obywateli. Równość – nie „inność”, podobieństwo – nie eskalowanie różnic w imię „różnorodności”, wspólna sprawa – nie „tolerancja” i nie „getto”.
Pierwszy tekst jest autorstwa Stanisława Thugutta (1873-1941) – wybitnego działacza i teoretyka spółdzielczego, żołnierza Legionów i wojny polsko-bolszewickiej, lidera lewego skrzydła ruchu ludowego, ministra trzech rządów w II RP. W jego przemówieniu sejmowym mamy modelowy przykład, jak umiejętnie dokonać syntezy troski o ochronę praw mniejszości narodowych z dbałością o interes państwa jako wspólnej przestrzeni, w której bytuje większość i mniejszości. Zamiast przeciągania liny, co grozi jej rozerwaniem, wskazuje Thugutt na konieczność powściągania wzajemnych roszczeń jako niezbędny warunek jeśli nie harmonijnego, to przynajmniej stosunkowo mało konfliktowego współistnienia.
Kolejny tekst wyszedł spod pióra Leona Wasilewskiego (1870-1936). Autor to wieloletni działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, jeden z bliskich współpracowników Józefa Piłsudskiego, minister spraw zagranicznych, uczestnik polskiej delegacji w rokowaniach pokojowych po I wojnie światowej. Choć specjalizował się w polityce wschodniej i sytuacji słowiańskich mniejszości narodowych, przypominamy jego tekst poświęcony polskim Żydom. Wasilewski w powstałej jeszcze pod zaborami broszurze, której prezentujemy tylko niewielkie fragmenty, pisze o relacjach polsko-żydowskich zarówno bez fobii, jak i bez tabu. Stojąc na stanowisku tolerancji i pełnych praw obywatelskich dla Żydów, nie przemilcza pól konfliktu z „etnicznymi” Polakami. Obala rozmaite antysemickie stereotypy, wskazuje na rolę władz carskich w podsycaniu wzajemnej niechęci obu zbiorowości, ale także analizuje negatywne zjawiska w łonie społeczności żydowskiej. I przekonuje, że waśnie niczego nie rozwiążą – poprawę nie najlepszej sytuacji przyniosą procesy ekonomiczne, swobodny rozwój polityczny we własnym państwie oraz asymilacja Żydów. Asymilacja nie tyle kulturowa, tutaj bowiem istnieje sporo głębokich różnic, ile państwowa, uznanie niepodległego państwa polskiego za fundament współpracy i wzajemnego „ucierania się” obu grup.
Ostatni z tekstów napisał Tadeusz Hołówko (1889-1931). Działacz niepodległościowy i socjalistyczny, piłsudczyk, współtwórca BBWR, zwolennik daleko posuniętej współpracy ze „wschodnimi” mniejszościami narodowymi, zamordowany w zamachu zorganizowanym przez nacjonalistów ukraińskich. Fragmenty jego obszernego artykułu wskazują konkretne rozwiązania w relacjach z mniejszościami na terenach „niełatwych”, bowiem takich, gdzie to „rdzenni” Polacy znajdują się w mniejszości. Wizja Hołówki zawiera wiele propozycji ustępstw na rzecz grup mniejszościowych, a zarazem wskazuje granice takich postaw, wyznaczane interesem państwa i dbałością o większość. Jakże odmienne jest to stanowisko od dzisiejszych enuncjacji, w których teoretycznej bezgranicznej tolerancji towarzyszy umacnianie podrzędnego położenia mniejszości. Ważnym elementem tych rozważań są szeroko zakrojone inicjatywy o charakterze gospodarczym, mające na celu ogólną poprawę kondycji regionów zamieszkiwanych przez mniejszości, aby w taki sposób związać je z państwem polskim i unaocznić troskę o grupy nierzadko marginalizowane.
Oczywiście publikowane rozważania nie stanowią programu działania „tutaj i teraz”. Powstały one w sytuacji zupełnie odmiennej niż obecna, a ówczesnych realiów nie ma sensu porównywać ani z dzisiejszą Polską, ani tym bardziej z sytuacją mniejszości w którymkolwiek z pozostałych współczesnych krajów europejskich. To nie recepta – to inspiracja. To wskazanie takich dróg działania, które wykraczają poza jałowy spór „tolerancji” i „multikulturalizmu” z „rasizmem” i „ksenofobią”. Zamiast epatowania prostymi, a raczej prostackimi rozwiązaniami, mówią one, że trudne problemy można rozwiązać tylko niełatwą, lecz niezbędną wspólną pracą na rzecz wspólnego dobra.
przez Konrad Malec | środa 24 lipca 2013 | inspiracje, nasze tradycje
Są tacy, dla których ochrona środowiska oznacza przede wszystkim worek z unijną forsą. Dla innych jest ona „lewactwem”, winnym wszelkiemu złu tego świata. Dla niektórych – sposobem zaistnienia w polityce.
Do pierwszej kategorii należy zaliczyć urzędników różnego szczebla i organizacje pozarządowe. Ich podejście ma również zalety, bowiem z rodzimego budżetu gotówka na „zielone” cele płynie bardzo cienkim strumieniem. Do drugiej grupy należą prawicowi politycy i publicyści, lubujący się w pomstowaniu na ekologów, którzy zawiązali spisek w celu sabotowania rozwoju Polski. Ostatnią grupę tworzą liderzy kanapowych partyjek, z których najpopularniejsza dokonała syntezy ochrony przyrody oraz wspierania gejów i lesbijek.
Dla wszystkich tych grup ekologia jest pewną nowością, która przyszła z Zachodu wraz z obaleniem komuny lub wręcz akcesją do UE. Tymczasem ma ona u nas bardzo długą tradycję – niestety, niemal zapomnianą. Bywało w dziejach tak, że Polska pod względem ochrony przyrody była światowym prekursorem lub liderem.
Pierwszy na świecie akt świadomej ochrony ginącego gatunku wyszedł spod ręki Zygmunta III Wazy w 1597 r.! Polski król wprowadził ochronę tura, którego ostatnie osobniki żyły w dzisiejszej Puszczy Bolimowskiej, by turowie […] mieli swe dawne stanowiska. Władysław Taczanowski w 1860 r. opublikował „O ptakach drapieżnych w Królestwie Polskim pod względem wpływu jaki wywierają na gospodarstwo w ogóle”, gdzie jako jeden z pierwszych na świecie wykazał, że ptaki drapieżne, dotąd uznawane za szkodniki, czynią szkody nieznaczne w porównaniu z działalnością człowieka, a zarazem spełniają w ekosystemie bardzo pożyteczną rolę; książka wywołała duże poruszenie. Po raz kolejny pierwsi byliśmy w działaniu, które dziś nazywamy ochroną gatunkową zwierząt: w 1869 r. Sejm Krajowy Galicji uchwalił ustawę zakazująca zabijania i łapania kozic i świstaków. Jako pierwsi objęliśmy ochroną gatunkową grzyby (1983 r.). „Oskalpowana Ziemia” Antoniny Leńkowej, wydana w 1961 r., w przystępny sposób ukazała zniszczenia, które człowiek czyni w środowisku naturalnym. Jej fenomen polegał na wyprzedzeniu o 8 lat tez zawartych w słynnym „Raporcie U Thanta”, który wstrząsnął „światowym sumieniem ekologicznym”. Książka Leńkowej doczekała się przekładów na kilkanaście języków.
Gdy wybuchła I wojna światowa, polscy patrioci zaczęli układać plany… ochrony przyrody w niepodległej ojczyźnie. U progu odzyskaniu wolności Rada Regencyjna wydała dekret „O opiece nad zabytkami sztuki i kultury”, w którym pojawiły się zapisy chroniące dziedzictwo naturalne. Rada włączyła również ochronę przyrody w kompetencje Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. W kolejnym roku, pomimo walk zbrojnych na niemal wszystkich granicach, uchwalono pierwsze ustawy poświęcone stricte tej problematyce oraz powołano Tymczasową Państwową Radę Ochrony Przyrody. Przyrodnicy, z wielkim zapałem i przy wsparciu władz państwowych, przystąpili do tworzenia rezerwatów i parków narodowych. W tym samym czasie z inicjatywy Jana Sztolcmana rozpoczął się pierwszy proces restytucji gatunku, który całkowicie wyginął na wolności. Dzięki temu w ogrodach zoologicznych całego świata informują, że żubra uratowali Polacy. W międzywojniu Polska zabiegała o utworzenie międzynarodowej organizacji chroniącej przyrodę. Została ona powołana dopiero w 1948 r., gdy utworzono Światową Unię Ochrony Przyrody; oczywiście uczestniczyła w tym dziele delegacja naszego kraju.
Pierwszą polską ustawę o ochronie przyrody uchwalono w 1934 r. Należała do najnowocześniejszych na świecie. Wybuch II wojny światowej przyniósł kres staraniom na tym polu. Jednak wraz z umilknięciem dział, naukowcy i działacze, którzy uniknęli śmierci, przystąpili do pracy. Prof. Władysław Szafer odtworzył PROP i już we wrześniu 1945 r. odbyło się jej pierwsze od 8 lat posiedzenie. W tym czasie dzięki staraniom polskich przyrodników udało się zapobiec wywiezieniu ocalałych żubrów do ZSRR (ostatecznie Sowieci zadowolili się połową populacji).
W PRL tworzono nowe formy ochrony przyrody, nawet zanim pojawiły się stosowne możliwości prawne. Suwalski Park Krajobrazowy powstał w 1976 r., choć formalnie tę kategorię ochronną wprowadziła dopiero ustawa z 1991 r. Pomimo odrzucenia zapisu mówiącego o „interesie publicznym ochrony przyrody” (określenie wprowadzone przez Jana Gwalberta Pawlikowskiego, przedwojennego działacza endecji – posłom strony „solidarnościowej” kojarzyło się z… PRL), po raz kolejny mieliśmy wówczas do czynienia z bardzo nowoczesnym aktem prawnym. Podobnie jak po poprzednich „wyzwoleniach”, tak i tym razem pomyślny wiatr uwolnił wiele energii wśród miłośników przyrody. W szkołach wszelkich szczebli pojawiły się elementy ochrony środowiska, przyspieszył proces tworzenia parków narodowych i krajobrazowych, rezerwatów i innych form ochrony.
Niestety, od połowy lat 90. klimat się zmienił, czego efektem było m.in. zatrzymanie procesu powstawania nowych obszarów chronionych. Co gorsza, wskutek manipulacji przy ustawie o planowaniu przestrzennym zlikwidowano większość tzw. małych form ochrony przyrody. Zmian dokonano pod hasłami zniesienia przeszkód dla przedsiębiorców i uwolnienia od „ekotyranii”. Pomstowanie na ochronę przyrody łączy zazwyczaj wszelkie opcje polityczne (w głośnej sprawie obrony Doliny Rospudy PiS popierał projekt forsowany uprzednio przez SLD), a podawane jest w sosie sugestii, że ekologia to nowoczesny, dziwaczny wymysł, narzucony przez Zachód i sprzeczny z interesami Polski.
Postawa liberałów, którzy dążą do celu po trupie przyrody, nie zaskakuje. Jeszcze przed powrotem Polski na mapy, obrońcy przyrody piętnowali ich za usuwanie wszelkich przeszkód dla bogacenia się. Zdumiewa natomiast postawa ugrupowań deklarujących konserwatyzm lub lewicowość, które to opcje ideowe tradycyjnie stały w Polsce po stronie ochrony przyrody. Najlepszymi przykładami są endek Pawlikowski oraz lewicujący Stefan Żeromski, m.in. propagator powołania Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Niezależnie od różnic politycznych, łączyło ich hasło „Chrońmy przyrodę ojczystą!”. To zawołanie chyba najlepiej wskazuje na patriotyczne korzenie ruchu ochrony przyrody. Jego uczestnicy już w czasach zaborów łączyli konieczność ochrony rodzimej natury z dążeniami narodowowyzwoleńczymi. Działaniom na rzecz utworzenia parku narodowego w Tatrach, podejmowanym od połowy XIX w., towarzyszyło przekonanie o czynieniu tego dla Polski i rodaków. Ono też towarzyszyło pracom po odzyskaniu niepodległości. Zupełnie inaczej wygląda początek XXI w., z jednym z ministrów apelującym do organizacji przyrodniczych, by o nieprawidłowościach przy tworzeniu sieci obszarów chronionych Natura 2000 nie powiadamiać Brukseli. Odwoływał się przy tym do… uczuć patriotycznych i powinności wobec własnego kraju.
Jeśli zestawimy dawne organizacje z dzisiejszym stanem ruchu ekologicznego, to otrzymamy obraz nadzwyczaj smutny. Wówczas o sprawę walczyła armia ochotników, wsparta przez nielicznych „zawodowców”, za to zazwyczaj popierała ich opinia publiczna. Dziś mamy rzeszę urzędników, pracowników nauki i organizacji pozarządowych, przy minimalnej liczbie społeczników-wolontariuszy. Jeszcze nigdy na ochronę przyrody nie mieliśmy tak olbrzymich środków – a jednocześnie dyskusja na ten temat nigdy nie była tak „milcząca”, nawet w PRL-u. Duże, pokazowe akcje, prowadzone w ostatnich latach przez niektóre organizacje, są zauważalne w popkulturze, ale nie przekładają się na autentyczną debatę publiczną wokół istotnych kwestii dotyczących środowiska naturalnego. Jeszcze nigdy tak wielu, za tak wiele, nie znaczyło tak niewiele.
Prezentowane obok teksty to niewielka cząstka olbrzymiego dorobku polskiej myśli ochrony przyrody. Autorem pierwszego jest Jan Gwalbert Pawlikowski (1860-1939), swoisty człowiek-instytucja: działacz niepodległościowy, jeden z liderów Narodowej Demokracji, naukowiec, ekonomista, pionier nowoczesnego taternictwa, animator kultury, badacz twórczości Juliusza Słowackiego. A przede wszystkim – jeden z rodzimych prekursorów ochrony przyrody, bardzo zasłużony w tej dziedzinie, autor pierwszej w Polsce i oryginalnej w skali świata rozprawy filozoficzno-etycznej, poświęconej ochronie dziedzictwa przyrodniczego „Kultura a natura” (pierwsze wydanie w roku 1913, niedawno wznowione przez „Obywatela”). Tekst Pawlikowskiego, mimo upływu niemal 90 lat, niewiele stracił na aktualności, a i to głównie w sferze aktów prawnych, nie zaś samych problemów i rozwiązań. Jego autor szczególną wagę przywiązywał do popularyzowania idei, wskazywał na powody, dla których ochrona przyrody jest celem i zadaniem szerokich rzesz.
Pawlikowski, choć był aktywnym działaczem, przeszedł do historii głównie jako ideolog ochrony przyrody. Jako człowiek zaś, który ową myśl przekuł na konkretne dzieło, tworząc system ochrony przyrody, zapisał się w dziejach prof. Władysław Szafer (1886-1970). Był on m.in. żołnierzem Legionów, a później wybitnym naukowcem, dyrektorem krakowskiego Ogrodu Botanicznego, twórcą polskiej szkoły paleobotanicznej, rektorem Uniw. Jagielońskiego (także jego tajnych struktur w czasie okupacji hitlerowskiej), współtwórcą wielu parków narodowych i rezerwatów. On też spełnił zamysł „ojca-założyciela” – Pawlikowskiego, sygnalizowany we wspomnianym tekście. To dzięki jego zabiegom w 1926 r. powstała Liga Ochrony Przyrody, pierwsza w Polsce masowa organizacja o takich celach. W publikowanym tutaj tekście prof. Szafer wyłuszcza motywy ochrony przyrody i przypomina pokrótce historię działań w jej obronie.
Ostatni z prezentowanych artykułów powstał tuż po zakończeniu II wojny światowej, kiedy przystępowano do odbudowy kraju. Jego autor, prof. Jerzy Hryniewiecki (1908-1989), był grafikiem, inżynierem, pracownikiem Politechniki Warszawskiej, wykładał architekturę w wielu krajach, od Chin po USA. Przed wojną kierował jednym z oddziałów Biura Planowania Miasta Warszawy, walczył w kampanii wrześniowej, został odznaczony Krzyżem Walecznych za obronę stolicy, po wojnie był współtwórcą odbudowy zakładów Cegielskiego, budowy FSO na Żeraniu i Stadionu Dziesięciolecia. W 1928 r. zaprojektował logo Ligi Ochrony Przyrody, używane przez tę organizację do dziś. Zawodowo niewiele mający wspólnego z ochroną przyrody – wedle dzisiejszych trendów powinien raczej ją lekceważyć – postulował harmonizację terenów zabudowanych z otaczającym je krajobrazem. Wskazywał też, jak ingerencja techniki w świat naturalny może prowadzić do jego oszpecenia. Warto o tym pamiętać także dziś, gdy kolejne „ułatwienia dla inwestycji” nie ominęły gospodarki przestrzennej; zniesiono niemal wszystkie miejscowe plany zagospodarowania, dając tym samym zielone światło dla budowania według widzimisię inwestora. Tymczasem mądre planowanie może zarazem podnieść jakość życia ludzi i służyć ochronie przyrody.
Obecnie ochrona środowiska to jedno z kluczowych zagadnień polityki państw wysokorozwiniętych. Tymczasem nasz kraj coraz bardziej zaczyna przypominać w tej dziedzinie trzeci świat. Używamy nawet podobnej retoryki: „Wy u siebie zniszczyliście przyrodę, a nam każecie żyć w zacofaniu, by ją chronić”. W tej sytuacji przypominamy korzenie myśli ekologicznej w Polsce – aby pokazać, że ochrona przyrody ojczystej to długa i piękna tradycja, że to nasz patriotyczny i społeczny obowiązek.
przez Remigiusz Okraska | środa 24 lipca 2013 | inspiracje, nasze tradycje
Co stanowi wspólny mianownik niemal wszystkich opcji i obozów politycznych w Polsce, ponad podziałami ideowymi, historycznymi, personalnymi itp.? Lekceważenie i niechęć wobec aktywnej roli państwa w gospodarce. Między innymi dlatego znajdujemy się w gronie państw w najlepszym razie drugoligowych. Jeśli doganiamy jakąś Amerykę, to wyłącznie Łacińską, z tym oczywistym zastrzeżeniem, że nie mam na myśli „regionalnego imperium”, czyli Brazylii, lecz raczej Paragwaj.
Żarty żartami, ale wszystkie kolejne rządy po roku 1989 panicznie bały się uznać, że państwo może odegrać istotną pozytywną rolę w gospodarce. Czy byli to ministrowie wywodzący się z kasty, która jeszcze całkiem niedawno ręcznie sterowała wszystkim, co w gospodarce wykraczało ponad poziom „prywaciarskiej” budki z warzywami, czy też „etosiarze” ze związku zawodowego, bazującego głównie na państwowych przedsiębiorstwach – jedni i drudzy przekonywali nas, że „rynek wie lepiej”. Tak bardzo wielbili ów rynek, że aż sprzedali wielką państwową firmę telekomunikacyjną wielkiej państwowej firmie telekomunikacyjnej – tyle że francuskiej. Jeśli z uznaniem wypowiadali się o przedsiębiorstwach państwowych, to jedynie wówczas, gdy ich koledzy lub krewni mogli otrzymać posady w radach nadzorczych tychże – wówczas zdarzało się nawet, że firmy takie określano mianem strategicznych…
Jeśli spojrzymy na jakikolwiek nowoczesny kraj, to nie znajdziemy wśród nich żadnego, w którego rozwoju obeszłoby się bez interwencjonizmu państwowego. Czy to bezpośredniego, jak sfinansowanie całych fabryk, a nawet gałęzi przemysłu, czy to na poły bezpośredniego, jak duże rządowe zamówienia w prywatnych przedsiębiorstwach, czy pośredniego, jak gigantyczne nakłady na infrastrukturę transportową, dzięki której łatwo i tanio można przewozić surowce do produkcji i ekspediować gotowy produkt do konsumenta. Nie jest przy tym wcale tak, że interwencjonizm państwowy był potrzebny jedynie kiedyś, w epoce wielkiego przemysłu i w ogóle „wielkich budów”, zaś dzisiaj wszystko załatwia rynek i inicjatywa prywatna. Dość wspomnieć, że w inwestycjach i przedsięwzięciach państwowych ma swoje korzenie np. Internet (powstał na styku sektora wojskowego i dotowanych z budżetu wyższych uczelni) czy łączność satelitarna (pochodna rządowych programów „podboju kosmosu”), a więc takie technologie, które stanowią o „być albo nie być” mnóstwa hipernowoczesnych usług i produktów.
Mimo to, w obliczu liberalnego doktrynerstwa mówi się o roli państwa w gospodarce zazwyczaj półgębkiem i nieco wstydliwie. Jakkolwiek doprowadzony do przesady – czy raczej do absurdu – interwencjonizm państwowy przyniósł więcej szkody niż pożytku, jak w państwach bloku sowieckiego, to jednak tam, gdzie stosowano go niedogmatycznie i z umiarem, jest „ojcem” ogromnych zdobyczy cywilizacyjnych: samego ich powstania, ale również, co nie mniej ważne, upowszechnienia. Nie ma potrzeby umniejszać znaczenia czynnika prywatnego w gospodarce, jednak gdyby poprzestać tylko na nim, to znaczna część liberałów do dzisiaj pasałaby gęsi, nie zaś pouczała nas o czymkolwiek.
Owi liberałowie często wyszydzają rolę państwa, pytając, czy produkuje ono np. zapałki. Nie produkuje – stwierdzają z triumfem – a jednak są one dostępne co krok, w każdym kiosku i sklepiku. Czyli „da się”. Problem w tym, że zapałki stanowią produkt prosty, tani w wytwarzaniu i dystrybucji. Zamiast zapałek, zapytajmy np. o Internet.
Jeśli mieszkamy na „okablowanym” blokowisku w centrum wielkiego miasta, zazwyczaj możemy w dostawcach Sieci przebierać jak w ulęgałkach. Gdy jednak jesteśmy mieszkańcami miasta średniej wielkości, do wyboru pozostaje już tylko jeden dostawca telewizji kablowej i Neostrada. W miasteczku małym – już tylko ta ostatnia, nie licząc tzw. Internetu mobilnego, drogiego i zawodnego. W wielu wioskach nie ma nawet tej ostatniej możliwości, bądź też możliwa do uzyskania prędkość transferu danych pozwala jedynie na korzystanie z podstawowych funkcji. Wiem oczywiście, że liberałowie niezbyt przejmują się mieszkańcami prowincji, ale nie trzeba wielkiej wyobraźni, by uświadomić sobie, że funkcjonują tam także liczne firmy prywatne. W jaki sposób mają one konkurować z tymi z dużych ośrodków w epoce, w której coraz większa część operacji okołobiznesowych odbywa się właśnie w „wirtualu”?
Ktoś powie, że jeśli na prowincji faktycznie zaistnieje popyt na taką czy inną usługę, wówczas prywatne firmy będą się prześcigać, by na nią odpowiedzieć swoją ofertą. Jest to oczywista bzdura, bo całkiem sporo usług wymaga poniesienia wielkich nakładów np. właśnie na infrastrukturę. Stąd też opłaca się „okablować” osiedle, gdzie na niewielkiej przestrzeni mieszkają tysiące osób, natomiast nie opłaca się prowadzić wielu kilometrów kabla do prowincjonalnych, rozproszonych domostw. W tym pierwszym przypadku zwrot nakładów na inwestycję jest szybki, w drugim – bardzo wolny. Zamiast inwestować w cokolwiek, co odpowiadałoby na popyt „wieśniaków”, wygodniej i równie zyskownie jest zainwestować te same pieniądze w obligacje, lokaty itp.
Interwencjonizm państwowy oznacza jednak coś więcej niż samo umożliwienie obywatelom korzystania z jakichś dóbr czy usług. O wiele ważniejsze jest to, że ingerencja w procesy gospodarcze pozwala realizować cele ponadjednostkowe i wykraczające poza perspektywę kilku miesięcy czy lat. Państwo jest tego rodzaju wspólnotą, której szczególnie mocno potrzebujemy jako zbiorowość duża i rozpatrywana w kategoriach długofalowych. Wraz z rodziną czy przyjaciółmi poradzimy sobie z większością małych, codziennych spraw, jednak myśląc o procesach dotyczących narodu i pokoleń, wkraczamy na płaszczyznę zadań trudnych do zrealizowania przez choćby najlepiej zorganizowane i prężne inicjatywy oddolne i spontaniczne. Państwo funkcjonujące celowo, nie zaś tylko siłą historycznego rozpędu, państwo faktycznie służące obywatelom i próbujące im stworzyć optymalne warunki bytowania – jest właśnie państwem szeroko pojętego interwencjonizmu gospodarczego. Realizowanego różnorakimi metodami, z większym lub mniejszym natężeniem wysiłków, w zależności od potrzeb i woli społecznej, jednak zawsze tak czy owak obecnego.
Rozumiano to doskonale w okresie, w którym byliśmy państwem na serio własnym, państwem upodmiotowionym, choć oczywiście dalekim od doskonałości, mianowicie w okresie międzywojnia. Wówczas, podobnie jak dziś, różni „eksperci”, zrzeszeni w Lewiatanach i sponsorowanych przez biznes „stowarzyszeniach”, perorowali, że wszystko, co państwowe, jest złe i nieefektywne, że etatyzm to rak toczący Polskę, że gdyby nie podatki i budżetowe wydatki, kraj nasz spływałby mlekiem i miodem. Jednak gdy tak gadali i gadali na konwentyklach i kursokonferencjach, mało kto się tym – inaczej niż dzisiaj – przejmował. Państwo ówczesne, suwerenne, świadome swoich powinności, robiło to, co uprzednio i później czyniły wszystkie kraje mające na celu długofalowy rozwój cywilizacyjny czy nadganianie zapóźnień wobec światowej czołówki. Po prostu aktywnie uczestniczyło w życiu gospodarczym. Nie czekało aż „niewidzialna ręka rynku” zainteresuje się – albo i nie – budową nowoczesnego portu morskiego, lecz stworzyło takowy w Gdyni dosłownie od zera. Zamiast w nieskończoność oczekiwać, aż na całych połaciach kraju powstaną prywatne zakładziki w ilości jeden na powiat, stworzyło w zapyziałych i zapomnianych okolicach Centralny Okręg Przemysłowy, dzieło znakomicie zaplanowane i rozpisane na sporo dużych, wzajemnie dopełniających się inwestycji. Pomniejszych tego rodzaju dokonań było wiele, a tych zaplanowanych i niezrealizowanych wskutek wybuchu II wojny światowej – jeszcze więcej. Nie miejsce tu na dokładne omawianie roli państwa w gospodarce w tamtych czasach, należy natomiast podkreślić, że owa rola była znaczna i fakt ten uznawano w łonie elit politycznych za oczywisty i pozytywny, o tym ostatnim świadczyły zaś efekty w postaci udanych inwestycji, rozwoju całych regionów itp.
Dziś przypominamy trzy teksty poświęcone tej tematyce. Pierwszy z nich, autorstwa Stefana Starzyńskiego (1893-1943), to swoisty manifest środowiska piłsudczykowskich etatystów, zamieszczony w głośnej wówczas, monumentalnej pracy zbiorowej „Na froncie gospodarczym”, która była jednym z przejawów krystalizacji owego środowiska, nazwanego „Pierwszą Brygadą Gospodarczą”. Jego autor, działacz niepodległościowy, żołnierz Legionów, później urzędnik państwowy wysokiego szczebla i wiceprezes Banku Gospodarstwa Krajowego, a także prezydent Warszawy od roku 1934, był jednym z najwybitniejszych teoretyków i praktyków interwencjonizmu gospodarczego. Bliski lewicy piłsudczykowskiej, uważał, że państwo nowoczesne, o rozwiniętym przemyśle i innych sektorach, a jednocześnie prospołeczne, realnie ulepszające sytuację bytową szerokich rzesz, musi być aktywne w gospodarce, pełnić rolę inicjatora i stymulatora takich inwestycji i przeobrażeń, które są zgodne z jego wizją Polski. Począwszy od „Programu Rządu Pracy”, który opublikował tuż po przewrocie majowym, rozwijał teorię polskiego etatyzmu. Jako wicedyrektor BGK promował udzielanie kredytów na rozmaite przedsięwzięcia publiczne, ważne ze społecznego punktu widzenia. Będąc prezydentem Warszawy, doprowadził do realizacji wielu inwestycji komunalnych i państwowych, m.in. budowy gmachów publicznych (starał się je lokować w pierwszym rzędzie w uboższych i bardziej zaniedbanych dzielnicach), kilkudziesięciu szkół, przy wsparciu z budżetu miasta powstało kilkadziesiąt tysięcy mieszkań, dokonano także przebudowy układu komunikacyjnego, planował również kolejne inicjatywy, m.in. metro oraz organizację olimpiady (w 1956 r.), w czym przeszkodziła wojna.
Drugi z prezentowanych materiałów ma nieco inny charakter, jest to bowiem przemówienie wygłoszone w Sejmie, dotyczące konkretnych zadań i celów polityki gospodarczej rządu, planowanej na ówczesny okres. Jego autorem jest Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974), bez wątpienia jeden z najwybitniejszych polskich polityków i działaczy państwowych. Znakomity praktyk i teoretyk – wykładowca Politechniki Warszawskiej, ale także dyrektor techniczny państwowych „Azotów” w Chorzowie; minister handlu i przemysłu, jak również „główny budowniczy” portu w Gdyni oraz współtwórca polskiej floty handlowej i dalekomorskiej floty rybackiej; wicepremier, minister skarbu, jeden z „mózgów” budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego; autor ważnej i głośnej w owym czasie książki „Dysproporcje”, opisującej przyczyny zacofania społeczno-gospodarczego Polski oraz drogi wyjścia z tej sytuacji.
Ostatni z tekstów to, mówiąc żartobliwie, laurka autorstwa Józefa Radzimińskiego. Popularna historia i zarazem reklama Centralnego Okręgu Przemysłowego, pochodzi z opublikowanego niemal w przededniu II wojny światowej albumu „Budujemy Polskę”. Wydany w celach propagandowych, czy raczej – jak wówczas mawiano – ku pokrzepieniu serc, prezentował materialny i organizacyjny dorobek II RP. Oczywiście zawiera lukrowany opis rzeczywistości, jednak dla nas interesujące jest to, iż wydany z poparciem władz (przedmowa E. Kwiatkowskiego, edycja środkami Wojska Polskiego) bez wahania opowiada się za interwencjonizmem gospodarczym, traktując go jako potężne i sprawne narzędzie rozwojowe państwa i społeczeństwa. Wszystkie publikowane tu materiały mają dwie kluczowe zalety. Optują za silną rolą państwa w gospodarce oraz nie czynią z tego faktu powodu do wstydu, a wręcz przeciwnie. Zważywszy, że ich autorami były m.in. czołowe osoby w Polsce, znane z wielu wybitnych dokonań, pozwala to spojrzeć na problem w świetle zupełnie odmiennym niż czynią to dziś liberalni propagandyści. Państwo to my, jego obywatele. Państwo powinno służyć naszym interesom, nie zaś oligarchicznym kacykom i „zagranicznym inwestorom”. Służyć długofalowo, nie bać się wielkich wyzwań i wielkich czynów. Nie domagamy się niczego ekscentrycznego ani utopijnego – wystarczy nam współczesny COP i ludzie pokroju Kwiatkowskiego i Starzyńskiego na rządowych stanowiskach.
przez Remigiusz Okraska | środa 24 lipca 2013 | inspiracje, nasze tradycje
Gdy w przestrzeni publicznej ktoś formułuje opinie mówiące o potędze i sile, może liczyć jedynie na napiętnowanie jako nacjonalista o krwiożerczych zamiarach. Oczywiście dotyczy to tylko „nacjonalistów” z krajów zastraszonych, bo nikt tego rodzaju bzdurnych zarzutów nie formułuje, gdy „wielkość” swoich państw postulują przywódcy lub politycy np. Stanów Zjednoczonych, Francji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii.
Nic dziwnego zatem, że władze krajów słabych nie potrafią formułować swoich zamierzeń i wizji w takich kategoriach, jak dążenie do rozwoju, potęgi, umocnienia własnej pozycji. Nie chodzi wcale o plany ekspansji zewnętrznej – owszem, skłaniające do ostrożności, bo wszelkich konfliktów narodowościowych było w historii aż nadto i już ich wystarczy – lecz o cele i zamiary dotyczące polityki wewnętrznej. Elity władzy takich krajów jak Polska nie prezentują obywatelom żadnych pomysłów, które zawierałyby obietnice „wielkości” – nie żadnej „Wielkiej Polski”, lecz sukcesów i znaczącego dorobku w sferze kultury, w nauce, gospodarce, rozwoju technologii itp. Przestraszeni własnego cienia, mają na ustach jedynie „mały realizm”. Zbudujemy 78,7 km nowych dróg, stopniowo zmodernizujemy to czy tamto, stworzymy warunki do rozpoczęcia siedmiu lub dwunastu inwestycji, wszystko to etapami, do roku 2050, wedle rozpiski ze 148 załącznika do rządowej strategii w sprawie XYZ. Kto chce mało, otrzymuje jeszcze mniej, tyle co nic.
Nie ma przy tym nic do rzeczy obiektywnie kiepska sytuacja wyjściowa. Oczywiście Polska rozpoczynała start z pozycji nienajlepszej, dysponując ograniczonymi zasobami aktywów zarówno materialnych, jak i ludzkich czy kulturowo-symbolicznych. Byliśmy jednak – i jesteśmy nadal – w sytuacji o niebo lepszej niż nasi przodkowie, którzy po ponad stuletniej epoce zaborów stworzyli zręby nowoczesnego państwa, zbudowali port w Gdyni i Centralny Okręg Przemysłowy itp. A my dzisiaj nie jesteśmy w stanie wymienić rozlatującego się taboru państwowych kolei czy sfinansować małomiasteczkowych oczyszczalni ścieków bez żebraniny, zwanej aplikowaniem o brukselskie dotacje.
Różnica między nami a nimi jest taka, że wówczas istniała zupełnie inna atmosfera zbiorowych wysiłków. Owszem, czasem naznaczona megalomanią, innym razem propagandowymi sztuczkami, jeszcze kiedy indziej składanymi na wyrost obietnicami „szklanych domów”, ale potrafiąca zogniskować społeczną energię i wysiłek w konkretnych, wielkich czynach. Była to atmosfera twórczego mitu budowy Polski potężnej i lepszej. Dziś natomiast dominuje atmosfera przepraszania za to, że w ogóle żyjemy.
Obecne realia nie wytrzymują porównania nie tylko z II RP, ale nawet – przy wszelkich obiekcjach wobec tamtych czasów i ich głównych aktorów – z powojenną odbudową kraju przez komunistów. Czego byśmy nie powiedzieli o słabościach punktu wyjścia w roku 1989, bilans minionych dwóch dekad wypada nędznie również w zestawieniu z tym, co dokonało się w krajach o wiele słabszych lub mniejszych na różnych etapach ich dziejów. Sto lat temu Szwecja była postrzegana jako zapyziały kraj pijaków, leni i bezmyślnych awanturników, by po kilku dekadach dołączyć do światowej czołówki. Ten sam dystans przebyła Finlandia, jeszcze w połowie XX wieku zupełnie marginalne państewko drwali i mleczarek, dziś jeden z najbardziej rozwiniętych regionów świata i liderów w dziedzinie nowoczesnych technologii. A czym była Turcja, gdy Mustafa Kemal Pasza rozpoczynał tam proces modernizacji i tworzenia regionalnej potęgi? Ba, przecież współczesne polskie dokonania dwóch dekad wypadają blado nawet na tle operetkowego reżimu pułkownika Kaddafiego w Libii, który w ciągu 20-30 lat odmienił nie do poznania afrykański kraik beduinów, przekształcając go w państwo nowoczesne – zwłaszcza na tle realiów kontynentu. Że Libia miała ropę naftową? A czy Polska nie ma w porównaniu z Libią żadnych atutów, jeśli nie surowcowych, to innych, jak potencjał demograficzny, poziom wykształcenia ludności, położenie geograficzne itd.?
A przecież obywatele i elity żadnego ze wspomnianych krajów nie składali się z samych idealnych herosów – o ich „wadach narodowych” można by napisać litanię nie krótszą niż te, w których wylewane są żale pod adresem Polaków, nierzadko jak najbardziej słusznie. Wszystkie te projekty – i wiele innych, wszak to nieliczne przykłady – zawdzięczają sukces różnym metodom i strategiom, ale wspólne jest to, że bazowały na ideologiach i wizjach silnie nacechowanych poczuciem własnej godności i wiarą w to, że „my możemy, my potrafimy, my damy radę”. Czy Polacy – których wielu wad mam aż nazbyt dużą świadomość – są jakoś „genetycznie” znacząco gorsi? Jak to się dzieje, że wielu z nas, potrafiąc w kraju tylko narzekać i utwierdzać się w przekonaniu, że „nic się nie da zrobić”, okazuje się na emigracji solidnymi pracownikami, znakomitymi naukowcami, ludźmi porywającymi się na znacznie więcej, niż odważyliby się dokonać tutaj? Oczywiście wielkie znaczenie mają zagraniczne realia instytucjonalne, ale także atmosfera, w jakiej zachodzą działania zbiorowe i jednostkowe. Gdy tam dominuje przekaz „możemy wiele”, u nas powszechny jest „nie uda się na pewno”. No i się nie udaje.
To przetrącenie skrzydeł, zanim ktoś w ogóle spróbuje się poderwać do lotu, widać w przeróżnych sferach. To smętny, płaczliwy ton liderów politycznych. To kompleksy i skierowana ku obcym wzorcom czołobitność twórców kultury czy myślicieli. To paraliżujące narzekania „zwykłych ludzi” przy wódce. To nawet język politycznych, wedle własnych deklaracji, radykałów – dziś pogrobowcy orędowników „Wielkiej Polski” potrafią jedynie stękać i kwękać, że prześladuje ich Rusek, Niemiec i Żyd, zaś pogrobowcy tych, którzy śpiewali „Dziś niczym, jutro wszystkim my”, pojękują z cicha i wstydliwie, że są dyskryminowani, że zasłużyli na równe prawa i że proszą o litość, gdyż uginają się pod ciężarem wyzysku. Dziś niczym, jutro niczym wy.?.?.
Przypominamy trzy archiwalne teksty spod znaku „polskiej woli mocy” – takie, które odrzucają płaczliwe biadolenie i wzywają do wielkich czynów w wymiarze zbiorowym i jednostkowym. Celowo wybraliśmy takie, których nie da się obłożyć wspomnianymi na wstępie klątwami oskarżeń o nacjonalizm. Wielkość Polski i wielkość Polaków były postulatami myślicieli nie tylko odległych od nacjonalizmu o lata świetlne, ale i znanych jako zaciekli krytycy polskich środowisk nacjonalistycznych, a nawet sztampowo pojmowanej „tradycji narodowej”.
Pierwszy z prezentowanych tekstów to swoista deklaracja ideowa autorstwa Adama Skwarczyńskiego (1886-1934), początkowo działacza Polskiej Partii Socjalistycznej, później Legionisty, w niepodległej Polsce związanego ze środowiskami lewicującej inteligencji, a następnie jednego z czołowych ideologów obozu sanacji (obszernie prezentowałem postać Skwarczyńskiego w „Obywatelu” nr 47). Napisany w roku 1924, w dziesięciolecie powstania Legionów, jest chyba najbardziej dobitnym manifestem tego, co określa się jako polską „filozofię czynu”. Wskazuje, jak wielką rolę w dziejach mogą odegrać wola, determinacja i zapał – i choć bez wątpienia jest to nieco zmitologizowany obraz zjawiska, znakomicie oddaje on atmosferę, w której takie mity powstają, stając się następnie jej ważnym, wzmacniającym elementem.
Kolejny z prezentowanych tekstów to fragmenty słynnej „Legendy Młodej Polski” (ukończonej w roku 1909) autorstwa Stanisława Brzozowskiego (1878-1911). Autor, całe życie związany z lewicą, przeszedł drogę od stosunkowo ortodoksyjnego marksizmu do własnej „filozofii pracy”. Zsyntetyzował w niej – mówiąc w uproszczeniu – przekonanie, że praca ludzka jest wartością najwyższą, stwarzając świat kulturowy i wyzwalając ze świata przyrody, z wpływami syndykalizmu (klasa robotnicza jako główny czynnik sprawczy procesów dziejowych, w dodatku nieskażony burżuazyjną „zniewieściałością”) i akcentowaniem interesów wspólnoty narodowej. Zaowocowało to dogłębną, bezpardonową krytyką zastanej kultury polskiej („Polska zdziecinniała”), ale zarazem wezwaniem do wytężonych, pozbawionych zapatrzenia w obce wzorce wysiłków na rzecz stworzenia jej nowej, wyższej, znakomitej formy. Brzozowski mocno jak chyba nikt inny wzywał Polaków do czynu, do pracy, do przezwyciężenia uwarunkowanej historycznie gnuśności i apatii.
Ostatni z przypominanych tekstów wyszedł spod pióra wybitnego naukowca, znakomitego działacza społecznego, nazywanego „papieżem polskiego marksizmu” – Ludwika Krzywickiego (1859-1941). Pisany w okolicach rewolucji 1905, w ramach cyklu skierowanego do młodzieży o poglądach prospołecznych, różni się od dwóch przypomnianych tu tekstów tym, że odwołuje się nie do zbiorowości i jej wspólnych poczynań, lecz do jednostek. Na tej właśnie płaszczyźnie akcentuje Krzywicki „moc” człowieczą, potrzebę jej kształtowania, nieulegania bierności i minimalizmowi. Tekst ów, stanowiący część cyklu, razem z innymi składał się na swoisty elementarz moralny przyszłych bojowników spraw wielkich i szlachetnych, wzywał młodzież do pracy nad sobą, przekonywał, że należy śmiało zmierzać ku wielkim celom, wbrew rozmaitym rodzajom malkontenctwa i „realizmu”.
Wszystkie prezentowane materiały – wybrane ze znacznie większych zasobów tego rodzaju – mają mimo różnic cechujących autorów, a nawet sam moment i intencje powstania, ten wspólny element, że akcentują czynnik wolnej woli oraz wartość jej swoistej koncentracji. Pisane w czasach trudniejszych niż dzisiejsze, w czasach, gdy można było wskazać wiele czynników usprawiedliwiających przekonanie, iż „tak być musi” czy „nic zrobić się nie da”, nie poddawały się takim nastrojom. Wręcz przeciwnie – dobitnie podkreślały, że to człowiek stwarza swój świat oraz świat społeczny, że mimo różnych ograniczeń bardzo wiele zależy od nas samych, od tego, w jakim stopniu będziemy potrafili świadomie oddziaływać na realia jako jednostki i członkowie wspólnot.
Dziś niczym, jutro wszystkim my?