Moc woli

Krzyczeli, żeśmy stumanieni, / Nie wierząc nam, że chcieć – to móc! – My, Pierwsza Brygada” (autor nieznany)

W kraju, gdzie postać Józefa Piłsudskiego stanowi jedną z najważniejszych „ikon” politycznych, mało kto pamięta o czołowym ideologu jego środowiska. W kraju, w którym niedawno rządziła partia nawołująca do „rewolucji moralnej”, niemal nikt nie wie, że już wiele lat temu ktoś posługiwał się tym hasłem.

Jeśli mówić o ruchu umysłowym obozu rządowego po maju 1926, to stworzył go właśnie Adam Skwarczyński – pisał Andrzej Micewski. Ale postać ta zasługuje na pamięć nie tylko, ani nawet nie przede wszystkim jako „mózg” sanacji. Skwarczyński to wielki nauczyciel, który nieustannie przypominał, że życie publiczne to przede wszystkim problem moralny. Nauczyciel, który uczył jednocześnie patrzyć i w niebo, i na ziemię. Cel musi być wysoki, realizacja prawdziwa, przyziemna, niefałszowana pięknym słówkiem – tak wspominał go uczeń i współpracownik, Jan Hoppe.

***

Urodził się 3 grudnia 1886 r. w Wierzchni Polnej w Małopolsce Wschodniej, w zubożałej rodzinie ziemiańskiej. Jego ojciec, Wincenty, to uczestnik powstania styczniowego, zaś matka Maria była córką powstańca listopadowego. Po śmierci ojca, gdy chłopiec miał zaledwie dwa lata, rodzina przeniosła się do Lwowa.

Tu w roku 1898 rozpoczął naukę w gimnazjum. Należał do tajnych kółek samokształceniowych polskiej młodzieży. Do raczej standardowych, lecz głęboko przeżywanych lektur Mickiewicza, Słowackiego i Norwida wkrótce doszło zainteresowanie dorobkiem Żeromskiego i Wyspiańskiego, a także ideami Edwarda Abramowskiego i Stanisława Brzozowskiego. Tym właśnie inspiracjom pozostanie wierny całe życie. Wkrótce dołączyła do nich kolejna, tyleż ideowa, co personalna fascynacja – 17-letni Skwarczyński jesienią 1903 r. wziął udział w tajnym lwowskim odczycie dla młodzieży, poświęconym powstaniu styczniowemu. Prelegentem był Józef Piłsudski. Jemu też pozostanie wierny aż do śmierci.

Zaowocowało to politycznym zaangażowaniem. Ze szkolnym kolegą Tadeuszem Dąbrowskim założył organizację Polska Młodzież Narodowa Bezpartyjna. Łączyła hasła powstańczo-niepodległościowe z programem radykalnych reform socjalnych, bliska była „prawemu” skrzydłu Polskiej Partii Socjalistycznej. Grupą liczącą kilkaset osób kierował zakonspirowany, wzorowany na masonerii zespół „Świt”, w skład którego wchodził m.in. Skwarczyński. Chłopak sformułował wówczas tezę, że większość starszego pokolenia jest stracona dla sprawy niepodległości. Było to zbieżne z koncepcją Piłsudskiego, wedle której – jak zauważył Bohdan Urbankowski – proletariat zastąpiono młodzieżą jako grupą, która stanie się motorem napędowym przeobrażeń społecznych. Skwarczyński współredaguje międzyszkolne pisemko, pisze broszurę o metodach walki o „spolszczenie” galicyjskich szkół zaborczych, prowadzi prelekcje dla młodych robotników. Rozpoczyna studia polonistyczne na lwowskim Uniwersytecie Jana Kazimierza. Chce zostać nauczycielem, aby móc kształtować umysły młodego pokolenia.

Wkrótce, w 1908 r., następuje intensyfikacja jego działań. Regionalna sekcja PPS – Frakcja Rewolucyjna tworzy we Lwowie Związek Walki Czynnej, kuźnię kadr przyszłych oddziałów zbrojnych. W powołanej przy ZWC Niższej Szkole Wojskowej ukończył Skwarczyński kursy podoficerski i oficerski. W tym samym okresie w owym środowisku powstaje młodzieżowa, ponadpartyjna organizacja „Życie”, o programie socjalno-niepodległościowym – Skwarczyński zostaje sekretarzem jej władz, później przez rok jest przewodniczącym. Na początku 1909 r. wstępuje zaś do PPS-FR, będąc czołowym działaczem partii w lokalnym środowisku studenckim. Innym elementem tego ruchu jest młodzieżowe pismo „Promień”, w którym publikuje swe pierwsze teksty, a następnie wchodzi w skład redakcji. Wykłada również na kursach wojskowych ZWC. Gdy w 1910 r. Piłsudski we Lwowie tworzy Związek Strzelecki, Skwarczyński zostaje jego aktywistą. Rozpoczyna wówczas, po skończeniu studiów, pracę zawodową – najpierw w Rohatynie, a od 1912 r. we lwowskich gimnazjach. Jest także publicystą partyjnego pisma „Przedświt”.

W obliczu narastającego prawdopodobieństwa wybuchu wojny, Związek Strzelecki intensyfikuje prace szkoleniowe – Skwarczyńskiego mianowano najpierw komendantem grup młodzieżowych, a następnie Oddziału Żeńskiego, którego uczestniczki szkoli w pracy kurierskiej i wywiadowczej.

***

W pierwszym swym poważniejszym tekście, „Zagadnienia patriotyzmu polskiego”, Skwarczyński krytykował w „Promieniu” wiosną 1910 r. przeciwstawianie dążeń do niepodległości oraz postulatów socjalnych: Postępowe, rewolucyjne, socjalistyczne uzasadnienie patriotyzmu polega na uznaniu narodu za podstawę jedyną dla realizacji wartości ogólnoludzkich, stworzenia jak najdogodniejszych warunków pracy, twórczości i rozwoju. Koniecznym postulatem, wynikającym z takiego poglądu, jest niepodległość narodu. Prawdziwie owocna i prawdziwie odpowiedzialna praca odbywać się może tylko w obrębie samodzielnego organizmu państwowego, którym sam naród włada, a który nie jest zawisły od decyzji obcego rządu ani od obcego układu sił społecznych, na który nie możemy wysiłkami naszymi wpływać.

Ważny temat jego ówczesnych rozważań to krytyka „pracy organicznej” jako rzekomo jedynej właściwej metody działania w istniejących realiach politycznych. Czymże jest /…/ owa ideologia pokojowej, za wszelką cenę, pracy organicznej? Nie jest to nic innego jak propagowanie, z obywatelskim gestem, idei bezpiecznego kącika. Posada, warsztacik, sklepik dla mego gniazdka, mojej „rodziny Połanieckich”. Poza nią może się dziać, co chce – w ostrych słowach chłostał „organiczników” na łamach „Przedświtu” w 1914 r. Skwarczyński uważał, że gdyby nie potępiane przez „realistów” zrywy zbrojne, nie zaistniałyby warunki do pracy pokojowej. Jego zdaniem, to właśnie powstania i inne formy czynnego oporu sprawiły, że zaborcy zmuszeni zostali do poluzowania więzów krępujących polską aktywność – zaowocowały one reformą stosunków w rolnictwie i przyspieszeniem rozwoju przemysłu. Wyrzekanie się walki zbrojnej przez pozytywistów i endecję jest zatem nie tylko moralnie naganne (jako quasi-kolaboracja z wrogiem), ale i krótkowzroczne z punktu widzenia rozwoju cywilizacyjnego ziem polskich. Nie znaczy to, że odrzucał „małe” formy działania – przeciwnie, uważał, że wartościowe są wszelkie pozytywne inicjatywy społeczne, przynoszące konkretne zdobycze materialne i przemiany świadomości. Nie należy jednak traktować ich jako celu samego w sobie – jest nim bowiem niepodległość, którą należy wywalczyć jak najszybciej – ani przeciwstawiać rzekomo szaleńczym inicjatywom spod znaku bojowego oporu wobec zaborców.

Bardziej oryginalnym, a w przyszłości kluczowym, aspektem jego młodzieńczego światopoglądu, była apoteoza czynu, przekształcania rzeczywistości wedle własnej woli. Skwarczyński sytuuje się tu w opozycji zarówno wobec „realizmu” środowisk konserwatywnych (robimy tyle, na ile warunki pozwalają), jak i nierzadko towarzyszącej postawom religijnym wiary w „cud” (realia odmienią się na lepsze za sprawą boskiej interwencji lub zbiegu okoliczności), ale także w kontrze do marksowskiego przekonania o deterministycznym charakterze procesów dziejowych. Nie uważał oczywiście, że „wszystko jest możliwe”, jednak wychodził z założenia, że kluczowy czynnik to swoiste „natężenie” woli ludzkiej, nadające moc sprawczą wysiłkowi zbiorowemu. Pisał w tygodniku „Życie” w tekście „Fetysze ideologiczne”: …chodzi nam o patriotyzm działania. Z tego, że jesteśmy Polakami, zgoła nic jeszcze nie wynika. Czyn nasz jest określony tym, czym być mamy i czym być chcemy… /…/ urojonym jest wszystko to, co nie jest przedmiotem samowiednego czynu naszego – fetyszem jest wszelki „żywioł”, który nas w działaniu ma wyręczać – a w rezultacie jest tylko formułką, która sankcjonuje nasz bezczyn.

***

W sierpniu 1914 r. jako oficer sztabu I Brygady Legionów wyruszył na front u boku Piłsudskiego. Wziął udział w walkach w okolicach Kielc. Wkrótce został zastępcą szefa Oddziału Wywiadowczego brygady, ponadto koordynował działania kurierskie i szpiegowskie grupy kobiecej. Następnie w stopniu podporucznika skierowano go jako przedstawiciela I Brygady do Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego. Zajmował się m.in. nielegalnym werbunkiem ochotników do polskich oddziałów. Od marca do sierpnia 1916 r. ponownie brał bezpośredni udział – jako dowódca kompanii – w walkach frontowych, tym razem na Wołyniu.

Później został oddelegowany do Warszawy – Piłsudski powierzył mu reprezentowanie swego środowiska w Komendzie Naczelnej Polskiej Organizacji Wojskowej. Jesienią 1916 r. wraz ze Stanisławem Thuguttem i Tadeuszem Hołówką rozpoczął Skwarczyński edycję nielegalnego pisma wyrażającego poglądy piłsudczyków – „Rząd i Wojsko”; w styczniu 1917 r. został redaktorem naczelnym. Tworzy wokół czasopisma ugrupowanie polityczne Związek Dobra Publicznego, jednak nie odegra ono większej roli. Warto jednak zacytować jego pisane po latach wspomnienia nt. owej organizacji: Związek Dobra Publicznego miał być organizacją o charakterze społeczno-moralnym, /…/ wypracowującą nowe metody skupienia się zespołu na podstawach bezwzględnego zaufania i bezwzględnej odpowiedzialności jednostki przed zespołem za wzięte na siebie obowiązki społeczne i za praktykowanie wyznawanych zasad.

20 czerwca 1917 r. Skwarczyński został aresztowany przez niemiecką policję w nielegalnej drukarni „Rządu i Wojska”. Uwolniony w październiku, wszedł w skład tajnej piłsudczykowskiej grupy Konwent, do jej centrum kierowniczego – Organizacji A. Wkrótce ponownie aresztowany, trafił do twierdzy w Modlinie, gdzie w więziennych warunkach podupadł na zdrowiu, rozwinęła się dotychczas lekka gruźlica. Wraz z kolegami przygotowuje ucieczkę za pomocą podkopu, jednak nie zdążyli z niego skorzystać. 12 listopada 1918 r. wyszedł na wolność już w niepodległym kraju.

Dwa dni później w „Nowej Gazecie” opublikował tekst „Straszak bolszewizmu”, wymierzony w tych, którzy blokują przeobrażenia społeczne. Skwarczyński, wierny swemu światopoglądowi, przekonuje, że po osiągnięciu pierwszego celu – odzyskaniu niepodległości, należy sięgnąć po drugi, reformy socjalne: Niesprawiedliwy porządek, hamujący rozwój narodu ku słońcu /…/, nazywają świętością nietykalną. /…/ Widzą tylko ciasny interes: To samo bożyszcze, o którym już pisał Mickiewicz w „Księgach narodu”, że jest najszkaradniejsze.

Wkrótce został redaktorem naczelnym wspomnianej „Nowej Gazety”. W styczniu 1919 r. dziennik przekształcono w „Gazetę Polską”, która pod wodzą Skwarczyńskiego ukazywała się do końca listopada tego roku. Wznowił też edycję tygodnika „Rząd i Wojsko”. W kwietniu 1920 r. inicjuje kolejne pismo – dziennik „Naród”. Wszystkie te gazety były organami nieformalnego środowiska piłsudczykowskiego, na ich łamach formułowano oceny sytuacji bieżącej, wykuwała się także doktryna grupy w nowej sytuacji – w wolnej Polsce. Skwarczyński był czołowym publicystą wspomnianych periodyków, wyrósł też na jednego z głównych ideologów swego obozu. Zasadniczy temat jego ówczesnych rozważań to sytuacja geopolityczna – wojna z sowiecką Rosją, zabezpieczenie granicy wschodniej oraz powołanie federacji krajów „międzymorza”, aby wytworzyć przeciwwagę dla wpływów rosyjskich. Sam zresztą w obliczu najazdu sowieckiego zgłosił się na ochotnika do wojska, nie brał jednak bezpośredniego udziału w walkach – ze względu na stan zdrowia objął stanowisko w Wydziale Oświaty i Kultury MSW.

Stosunek wobec „sprawy wschodniej” sprawił, że ostrze jego krytyki kieruje się wówczas głównie przeciwko endecji, tradycyjnie „filorosyjskiej” i niechętnej wobec „agresywnej” polityki Piłsudskiego na wschodnich rubieżach państwa. Jednak spór Skwarczyńskiego z endecją dotyczy również, a może nawet głównie stosunku wobec reform socjalnych. Uważa, że stronnictwo Romana Dmowskiego, choć mówi o interesach narodowych, jest de facto głosem warstw posiadających. Stąd też wynika niechęć narodowców wobec przeobrażeń socjalnych i ustrojowych oraz próby kanalizowania radykalnych nastrojów mas za pomocą kreowania mniejszości narodowych na kozła ofiarnego. Na łamach „Rządu i Wojska” w styczniu 1920 r. pisze: Ani sprawy konstytucji, ani reformy agrarnej, ani ochronnego ustawodawstwa robotniczego, ani sprawy waluty, przemysłu i aprowizacji kraju /…/ – nie rozstrzygnie się podniosłym okrzykiem „Bóg i Ojczyzna” lub mniej podniosłymi hasłami antysemickimi.

Wierny jest młodzieńczym postulatom socjalistycznym, ale gra toczy się o coś więcej – o cywilizacyjny rozwój Polski. Polska przywileju szlacheckiego /…/ nie różni się od Zachodu wielkością ucisku społecznego, bywał on tam nawet jeszcze większy niż u nas. Ale gdy na Zachodzie na gnojnym ugorze tej ujarzmionej pracy wyrastała potęga państw i dorobki kultury, to u nas jej owocem była swawola bezpłodnej kulturalnie i państwowo klasy wiecznie niedojrzałych starych dzieci, bądź bezgranicznie krótkowzrocznych sybarytów. Z podobnych względów podjął także krytykę Kościoła – choć nie bez znaczenia było poparcie kleru właśnie dla endecji oraz ataki na piłsudczyków jako „bezbożników” i „bolszewików”. W 1920 r. propagował tzw. kościół narodowy (dość silny wśród Polonii amerykańskiej, zdobywający pewne przyczółki także w kraju) i ograniczenie autonomii struktury organizacyjnej Kościoła katolickiego. Wątek ów został jednak szybko wyciszony ze względów taktycznych, bowiem piłsudczycy nie chcieli eskalować tego konfliktu.

Doktryna narodowej demokracji to wedle niego obcy „przeszczep”, naśladownictwo analogicznych tendencji z krajów Zachodu, niezakorzenione w miejscowym etosie. Jeśli stronnictwo Dmowskiego odrzuca tak ważne elementy rodzimej tradycji, jak dorobek epoki romantyzmu, jeśli potępia powstańcze zrywy narodowowyzwoleńcze, to jego zdaniem ponad tradycję narodową przedkłada zagraniczne doktryny, obce „duszy polskiej”. W szkicu „Rozwój idei narodowej a Narodowa Demokracja” pisał o dwóch programowych manifestach endecji – „Myślach nowoczesnego Polaka” Dmowskiego i „Egoizmie narodowym” Zygmunta Balickiego, iż charakterystyczną cechą obu tych książek jest to, że nie wyłaniają się one z żadnej tradycji ideowej polskiej; choć słowa „tradycja” używają na każdej niemal stronicy /…/. /…/ są zlepkiem utartych „trzeźwych prawd” moralnych oraz /…/ spopularyzowaniem wzorów angielskich, niemieckich, japońskich – wypowiedzianym za pomocą /…/ modnej wówczas terminologii pozytywistycznej i ewolucjonistycznej /…/.

***

Skwarczyński bronił dziedzictwa romantyzmu przed endekami, gdyż było ono dlań rdzeniem polskości, najwyższym wykwitem geniuszu narodowego. To nie tylko literatura, nie trend poetycki – przeciwko takiemu rozumieniu romantyzmu protestował, nie godząc się na przykrawanie go do szkolnych formułek. Wedle Skwarczyńskiego, polscy romantycy stworzyli samoistny, niezwykle oryginalny nurt filozoficzny i kulturowy, nie mający wiele wspólnego – wbrew obiegowej opinii – z analogicznymi trendami w innych krajach.

Sięgał tu po analizę Brzozowskiego, którego rozprawę „Filozofia romantyzmu polskiego” uznawał za najlepsze odczytanie ducha tamtej epoki. W ślad za nim przekonywał, że romantyzm polski jako jedyny trafnie rozpoznał pełnię nauki chrystusowej (ale także innych wielkich tradycji religijnych), jako wezwania do wzniesienia ludzkiego ducha na wyżyny. Człowiecza wolność, geniusz twórczy, czyn, miały być swoistym moralnym obowiązkiem, świat konieczności zaprzeczyć i świat swobody porodzić z siebie, jak pisał w recenzji pracy Brzozowskiego. To ludzka wolność tworzenia, ale wysoce moralna, skierowana zawsze ku górze, nie dołowi, będąca drogą ku samostwarzaniu i samowładztwu, stanowiła wedle niego kwintesencję bożego Słowa.

Jako taki stał się więc romantyzm polski także przesłaniem dla całej ludzkości. Szczególnie ważny jest jednak na gruncie narodowym, bowiem tu zespoliły się jego mistyczne i etyczne aspekty z realiami zaborów. Literatura stała się w Polsce, mocno jak nigdzie indziej, natchnieniem do zmagań z uciskiem narodowym. I nie tylko narodowym, gdyż Skwarczyński podkreślał, jak bardzo splątane są idee romantyzmu z postawami i projektami emancypacyjnymi, z polskim radykalizmem społecznym, z nową moralnością, która odrzuca poddaństwo również wewnętrzne, klasowe.

Jednak w tym właśnie aspekcie odchodził od romantyzmu. Uważał, że ze względu na realia epoki, czyli brak własnego państwa, nurt ten rozwinął się jednostronnie – pozbawiony możliwości konkretnej pracy społecznej, nieproporcjonalnie wiele oczekiwań pokładał w przeobrażeniach dokonujących się dzięki bożej łasce czy duchowi dziejów. Choć jako poetów najbardziej cenił Mickiewicza i Słowackiego, ideowo bliższy był mu Norwid, akcentujący znaczenie pracy jako instrumentu przekształcania ducha indywidualnego i zbiorowego. Za najbardziej „udanego” adepta dziedzictwa romantyzmu uważał Stanisława Szczepanowskiego, który wizje i wskazania moralne wieszczów potrafił przekuć – nie spłycając ich – w dokonania na niwie gospodarczej, organizacyjnej itp. Paradoksalnie, Skwarczyński ideowe dziedzictwo romantyzmu zalecał uzupełnić praktyką niemal pozytywistyczną. My żyjemy w innej epoce /…/ Nasz czyn musi więc być „dopełnieniem w życiu własnym i sercu” – ale równie silnie musi być dopełnieniem w rzeczywistości nas otaczającej: w rzeczywistości materialnej i społecznej. /…/ musi naród polski przemienić misję swą na zadania konkretne, domagające się wykonania dziś i jutro – pisał w recenzji pracy Brzozowskiego.

***

Choć głównym przeciwnikiem politycznym i ideowym była dlań prawica, wkrótce skierował polemiczne ostrze również w stronę lewicy. Początkowo w PPS-ie i lewicujących stronnictwach chłopskich widział sojusznika, co miało wszak silne uzasadnienie w niedawnej przeszłości. Nie porzucił postulatów prospołecznych, popierał lewicowe rozwiązania ustrojowe, jak wybór prezydenta w wyborach powszechnych, był przeciwny instytucji Senatu. Uważał, że to lewica byłaby najlepszym gospodarzem kraju. Posiada ona ku temu racje moralne, jako ci, którzy popierali „insurekcjonistyczną” politykę wobec zaborców zamiast endecko-konserwatywnego lojalizmu, a także sformułowała wizję modernizacji państwa i społeczeństwa, dającą możliwość przezwyciężenia dystansu cywilizacyjnego wobec krajów, które rozwijały się bez jarzma niewoli.

Jednak tak, jak endecji zarzucał reprezentowanie interesów posiadaczy, tak i lewicę spotkała krytyka za to, że przedkłada interesy klasowe ponad dobro państwa. Naród dzieli się na klasy i interesy klas dotąd upośledzonych są tymi potężnymi dźwigniami, które podnoszą ku górze sprawę doskonalenia się społecznego narodu. Ale chodzi o to, by klasa, dochodząc do znaczenia i do władzy, umiała myśleć kategoriami obejmującymi całość sprawy narodu i państwa /…/. Żeby ciasno i egoistycznie pojęty interes klasy nie przysłaniał tego zadania naczelnego /…/ – pisał w 1920 r. Tymczasem, jego zdaniem, stronnictwa lewicowe przesadnie akcentowały interesy klasowe.

Na ów konflikt wpływ miały niewątpliwie względy przyziemne – socjaliści i lewica chłopska radzili sobie w niepodległej Polsce bez sojuszu z obozem Marszałka, w dodatku byli sceptyczni wobec militarystycznej „polityki wschodniej”. Natomiast piłsudczyków coraz bardziej marginalizowano – nie potrafili stworzyć reprezentacji parlamentarnej, tracili stanowiska w instytucjach państwowych, a sam Piłsudski był stopniowo odsuwany od wpływu na siły zbrojne.

Ale nie tylko w tym tkwiły przyczyny sporu. Jego sednem stała się walka z „partyjniactwem”, czyli z partykularnymi postawami oraz z przedkładaniem sloganów ponad konkretną pracę. W 1922 r. Skwarczyński pisał: Śmiało można rzucić dziś pytanie: czy np. dzięki frazesom „programowym” i /…/ stronnictwom politycznym /…/ choć jedna z dziedzin życia narodowego: polityka zewnętrzna, przemysł, szkolnictwo, armia, administracja, nauka, zyskała coś więcej oprócz kamieni na drodze; czy dzięki programom partii politycznych /…/ Polska zyskała choć jedną szkołę, jednego żołnierza czy armatę, jedną maszynę czy fabrykę. Takie stanowisko otwierało Skwarczyńskiemu drogę do stworzenia nowej jakości na gruncie polskiej myśli ideowo-politycznej.

***

Na początku 1922 r. powołał do życia kolejne pismo – dwutygodnik (później miesięcznik) „Droga”. Stało się ono teoretycznym organem obozu piłsudczykowskiego oraz miejscem kształtowania jego ideologii. Główne zręby linii programowej to oprócz oczywistego w tych kręgach kultu Piłsudskiego oraz afirmacji tradycji romantycznej, również znacznie bardziej nieszablonowe koncepcje. W sferze etycznej to przede wszystkim apoteoza Czynu i Pracy, przeciwstawionych determinizmowi i teoretyzowaniu. W sferze politycznej było to przedkładanie państwa i dobra publicznego nad partykularne interesy oraz – w wymiarze praktycznym – przeciwstawienie „partyjniactwu” i demokracji parlamentarnej silnej władzy, wspartej jednakże o mobilizację mas w organizacjach społecznych. W sferze ekonomii – radykalizm społeczny, jednakże w wersji „nieklasowej”, przybierający postać koncepcji etatystycznych w gospodarce oraz wątków syndykalistycznych w dziedzinie organizacji świata pracy.

W artykule programowym w pierwszym numerze „Drogi” zawarł Skwarczyński znamienne przesłanie. Życie dawne /…/ każe nam dziś /…/ nie sięgać wysiłkiem w jutro, /…/ ograniczyć się do Polski streszczonej w programach i ideałach sytego chama i sklepikarza, w myśli zapatrzonego w prawo do lenistwa proletariusza, w duchu dewotki i stróża porządku, chcących uzyskać prawo do świata bez wysiłku, bez trudu, raju niemocy /…/. Prawdę nowego życia ludzie ci /…/ chcą nagiąć do swoich wygód i spokoju. Ale ich czas już mija: Muszą wyrosnąć czynniki, które oczyszczą życie państwowe Polski z tego wszystkiego, co żeruje na rzeczywistym wysiłku kraju /…/. Musi powstać człowiek i warstwy, które /…/ rozsadzą /…/ zakrzepłe, zatęchłe z czasów jezuityzmu i racjonalizmu formy /…/ Przeciwstawią one produkowaniu nieudolnych moralnie i fachowo do czynu ludzi wychowanie wszystkich zdolności, sił fizycznych, moralnych i intelektualnych, wychowanie człowieka woli i czynu, człowieka pracy i myśli zbiorowej. /…/ Ilekroć w nowym wysiłku rozrosną się formy nowego życia, o ile mocniej odetchnie człowiek wolny i szerzej obejmie władzę nad światem – głośniej zahuczy maszyna, mocniej uderzy młot i dalej zagłębi się pług w ziemię oraną; o ile naród nasz, nie lękając się przemocy obcych, silniej wykuwać będzie organa życia i potęgi; o ile wyżej sięgnie uczucie i westchnienie człowieka ku Bogu; o ile głębiej wniknie myśl w tajnie żywota; pewni bądźmy: i pień twardy wieczysty drzewa, tradycja – i liść i kwiat doroczny, bunt – będą służyły Życiu wiecznemu, prawdzie.

Znamienna była też atmosfera w redakcji „Drogi”. Z okazji 10-lecia edycji pisma, Skwarczyński pisał: „Psychologia awangardy” – tak można by streścić postawę duchową „Drogi”; psychologia małej garści, wdzierającej się w nowe dziedziny, ale nie dla samej tylko rozkoszy nowych doznań i myśli, lecz w poczuciu, że za nią idzie z zamiarami trwałej budowy „siła główna”. Owa siła główna to oczywiście obóz piłsudczykowski.

***

Należał Skwarczyński do tej części swego pokolenia, której rozczarowanie odrodzoną Polską opisał w „Przedwiośniu” Stefan Żeromski. Wierzył, że niepodległa ojczyzna nie tylko wespnie się na wyżyny rozwoju, ale w dodatku dokona tego zgodną, wytężoną pracą ogółu obywateli. Zamiast tego przyszła szara rzeczywistość. Po latach pisał: Walka o władzę… pozorna: bo w niej o zaszczyty, o wpływy, o zyski, o satysfakcję wreszcie chodziło, a nie o odpowiedzialność. Wyścig demagogiczny partii – poniżający człowieka, bo ogłupiający go fantastycznymi hasłami i obietnicami w celu wyłudzenia dla siebie poklasku, popularności, mandatów. Wyścig do tanich zysków, karier, zaszczytów.

A na dodatek dezawuowanie znaczenia i marginalizowanie roli publicznej tych, którzy położyli podwaliny pod niepodległość. Obóz piłsudczykowski to dlań nie tylko bohaterowie wygranej batalii o wolną Polskę. Ich czyn zbrojny i postawa znamionowały coś znacznie większego – przezwyciężanie zastanych realiów, zdolność wyrośnięcia aktem własnej woli ponad siebie samego. Manifestem ideowym Skwarczyńskiego z owego okresu stał się artykuł z „Drogi” o znamiennym tytule „Historia posłuszna woli ludzkiej” – i równie znamiennym podtytule „W dziesięciolecie Legionów”. Autor kreśli w nim obraz legionistów jako grupy, która wbrew atmosferze epoki – „zatęchłej rupieciarni” – oraz uwarunkowaniom politycznym, osiągnęła wielki cel. Sami siebie zaczęli przetwarzać, kształcić, przerabiać na inną, nową miarę, na miarę wielkich zadań, wedle wymagań nowych, przyszłych czasów. /…/ poczuli się kadrami armii ujarzmionego narodu. Zmienili sposób życia, zmienili zamiłowania swe i zawody, zmienili obyczaje. /…/ Oto żywa i czynna wiara tych ludzi, wola i wytężona praca uczyniła ten cud, że ich dorobek wrósł korzeniami w rzeczywistość, zdołał uczynić sobie posłuszną historię, zdołał zapanować nad przyszłością. Praca ich ofiarna i jej rzetelne wyniki stały się sprawcami tego bardzo rzadkiego zjawiska: posłuszeństwa historii wobec woli ludzkiej /…/. /…/ uwierzywszy w swoją sprawę, natężywszy w jej kierunku swą wolę, /…/ szli na podbój jutra, by uczynić je takim, jakim ujrzeli je w swym „marzeniu” – a raczej w swym postanowieniu i planie.

Ten etos i ci ludzie powinni zatem „opanować” Polskę, jeśli wspiąć ma się ona na wyżyny, wbrew niekorzystnym, zdawałoby się, uwarunkowaniom. Jest to bowiem naturalna elita, o której pisał wręcz, że pod zaborami stanowiła jakby osobny, nieliczny, szlachetny naród. Już w 1921 r. na łamach „Rządu i Wojska”, Skwarczyński przeciwstawiał ich czyn ogółowi: Zbyt znikomo mała część narodu włożyła w sprawę niepodległości pracę i ponosiła dla niej ofiary. /…/ Ogół narodu odczuł uzyskanie niepodległości jako dar, a przeto nie doceniał jej wagi, nie mógł traktować jej jako rzeczy z własnej krwi i kości zrodzonej. /…/ Tę zatem lukę w psychice naszej /…/ zapełnić musi ów okres nowy /…/ systematycznej, budującej pracy. /…/ Do tej pracy trzeba nie mniejszej mocy moralnej, nie mniejszego rozpędu i nie mniejszej odwagi niż do walki orężnej. Muszą do niej /…/ stanąć ci ludzie, którzy najwięcej okazali dojrzałości narodowej, najwięcej zrozumienia istoty i potrzeby samodzielnego bytu i najwięcej wartości moralnych. Dźwignęli oni wśród pożogi miecz Polski, narzucili światu i narodowi swemu, zgnuśniałemu w niewoli, prawo jego bytu. Teraz w dumnym jego cieniu rozpocząć muszą orkę i zasiew, bo to tylko druga postać tej samej pracy. Innymi słowy: dowódcy z lat wojny powinni zostać liderami w czasie pokoju.

***

W 1924 r. Skwarczyński przewodził próbie powołania politycznej reprezentacji tego środowiska – Konfederacji Ludzi Pracy. Nie wyszła ona jednak poza stadium organizacyjne i programowe. Realia były niekorzystne – piłsudczycy coraz bardziej tracili wpływ na politykę państwa, głównie na rzecz znienawidzonej endecji. Punktem zwrotnym stał się przewrót majowy.

Redaktor „Drogi” należał do ścisłego grona doradców Marszałka, którzy zostali wtajemniczeni w plany zamachu. Tydzień po przejęciu władzy przez piłsudczyków zaczął Skwarczyński wydawać pismo „Nakazy Chwili”, które opatrzył podtytułem „Sprawie Rewolucji Moralnej w Polsce”. W ostrych słowach chłoszcze w nim prawicę, wychwala nową władzę, zapowiada daleko idące przemiany społeczne. Żywot pisma nie trwa długo. Piłsudski jest pragmatykiem, ogłasza, że zrobił „rewolucję bez rewolucyjnych konsekwencji”, nie podejmuje wielkich reform, a w pierwszym szeregu jego ekipy stają raczej technokraci i organizatorzy niż ideowcy. Skwarczyński usuwa się w cień, jednak nie żywi urazy – przekonany o geniuszu Piłsudskiego, uważa też, że to dopiero początek zmian, które potrwają lata i stopniowo obejmą wszelkie dziedziny życia. Chce służyć „nowej Polsce” bez ambicji wysuwania się na czoło i z ufnością, że jego wizje będą realizowane prędzej czy później.

Przewrót majowy to dla niego punkt zwrotny w dziejach kraju. Oczywiście nie bez znaczenia jest sam triumfalny powrót obozu piłsudczykowskiego do władzy, jednak „rewolucja majowa” to dla Skwarczyńskiego coś o wiele bardziej istotnego. Przede wszystkim postrzega powodzenie akcji Marszałka jako potwierdzenie teorii o znaczeniu siły woli w kształtowaniu rzeczywistości. To niejako powtórka czynu legionowego, gdy zdeterminowana garstka wbrew, zdawałoby się, zdrowemu rozsądkowi i niekorzystnym okolicznościom, osiągnęła swój cel.

Przewrót majowy zajmuje miejsce w jego wizji dziejów Polski jako kraju, gdzie rozwój dokonuje się w sposób skokowy, dzięki natężeniu siły sprawczej, przeciwko ograniczeniom sytuacyjnym i determinizmowi. W programowym tekście „Prawda jedyna o czynie ludzkim” głosi: Gdzież więc – jeśli nie tu prawda czynu, ta prawda, która u nas już tyle razy w świetnych blaskach zorzy „romantycznej” świeciła, gdzież więc, jeśli nie tu ta prawda objawiona człowiekowi być powinna? Gdzież jeśli nie tu. Tu były puste i szare epoki, tu był leniwy i bierny ogół. A na tym tle heroizm ludzki zmagał się z szarzyzną i biernotą – samotny tak, jak samotny jest człowiek we wszechświecie i tak zuchwale dumny, jak dumnym stanie się człowiek, gdy pojmie, że prawda jest tylko w jego czynie.

Warto wspomnieć, jak Skwarczyński postrzegał swoje środowisko. W liście otwartym do Tadeusza Hołówki pisał: Tymi odpowiedzialnymi pionierami nowej przyszłości – możemy /…/ być tylko my. Co znaczy to „my” – wiesz dobrze. Nie jest to partia żadna, ani organizacja, jawna czy tajna. /…/ Są to ludzie Nowej Polski, ci, którzy niepodległymi /…/ byli już przed wojną, bo ich dusz niewola ani nie spodliła, ani nie wyjałowiła, ludzie, którzy /…/ mają w sobie niepohamowany pęd naprzód i głęboką pogardę dla wszelkiego „interesu” /…/.

Jak pisał Leszek Kamiński, wedle Skwarczyńskiego Mandat do władzy w Polsce daje piłsudczykom właśnie to, że są oni spadkobiercami romantyków /…/. Moralne prawo do „rządu dusz” daje Piłsudskiemu i legionistom fakt, że oni właśnie urzeczywistnili swoją walką Mickiewiczowskie hasło „mierz siły na zamiary”, że stanęli jak opisani przez poetę „ludzie szaleni”, wbrew „ludziom rozsądnym” /…/. Dorobku moralnego Legionów nie można zaprzepaścić, trzeba go w narodzie upowszechnić. Stąd właśnie wzięła się Skwarczyńskiego koncepcja „rewolucji moralnej”. Przewrót majowy miał wyzwolić nowe siły etyczne w narodzie, podciągnąć go w górę, ku wyżynom, na których znajdowali się wedle niego dawni legioniści, a w ten sposób na nowe tory pchnąć całą Polskę.

Wyszedłszy od wspomnianej tezy o „dwóch narodach”, tj. bojowej i szlachetnej garstce, która wywalczyła niepodległość, oraz biernej większości, której wolna Polska „spadła z nieba”, przekonywał Skwarczyński, iż: Rewolucji moralnej naród, opętany biernością, nie podjął. Podjął ją Piłsudski, ale dokończyć i utrwalić musi ją naród, bo inaczej nie byłaby ona rewolucją moralną. /…/ w tej chwili hasłem być musi: „Wszystko dla Polski i jej odrodzenia – nic dla Polaków”. Polacy zbyt długo gnuśnieli w bierności, by w tej chwili jedynym dla nich nakazem nie było tylko to jedno: ofiara. Ofiara z dóbr osobistych, z pragnień i aspiracji najsłuszniejszych na rzecz państwa, które zbiorowym wysiłkiem uczynić musimy przybytkiem najwyższego podniesienia duchowego i twórczego wszystkich obywateli i narzędziem walki o najszczytniejszą przyszłość narodu i ludzkości. W 1933 r. przekonywał, że Sprawa kształtowania duszy nowego człowieka, będąc najtrudniejszą, jednocześnie jest najbardziej zasadniczą, podstawową. Wiara, że fakty materialne, przemiany ekonomiczne kształtują automatycznie nowy typ człowieka, zbankrutowała. /…/ Trwałą podstawą pomyślnej przyszłości w rozwoju materialnym i organizacyjnym, oraz pięknych zdobyczy w dziedzinie ideowej i kulturalnej będą tylko charaktery ludzi.

Jan Hoppe pisał: Dla Skwarczyńskiego nade wszystko jasnym było to, że zły człowiek nie zdoła tworzyć rzeczy dobrych i pięknych, że żądni zysków i pragnący dobrych interesów ludzie, nie stworzą tej innej, nowej, tak patetycznie zapowiadanej i idealistycznie pojmowanej przyszłości.

***

Polem i zarazem narzędziem rewolucji moralnej miał stać się czyn, który w epoce niepodległości powinien przybrać postać pracy – nad sobą oraz dla dobra ojczyzny, wzajemnie się dopełniając. Mamy zbudować nową Polskę i nowego w Polsce człowieka. Tej budowy nie zaczniemy wznosić samym umysłem, samym myśleniem, samymi ideami, programami. /…/ Budowa ta bowiem odbywa się przez wyrabianie charakterów i moralności, a te wartości można tylko wypraktykować. Skwarczyński uważał, że w czasie pokoju należy krzewić wzorce „małego heroizmu”. Typy sportowców-lotników Żwirki i Skarżyńskiego, konstruktora Wigury /…/ są typami niepodległymi przyszłości, a rodzić się mogą i rodzą się coraz częściej w każdym zawodzie. Typ tego bezrobotnego, który na pożyczkę narodową przyniósł przechowane od lat złote monety, bo chciał wzmocnić /…/ państwo, jest typem moralnym tej samej rasy – przekonywał.

Pracę rozumiał dwojako. Nie tylko o wysiłek każdego Polaka z osobna mu chodziło, nie tylko o zespolenie owych wysiłków w dzieło zbiorowe. Polska miała stać się „państwem pracy” (taki tytuł przybrał nb. organ prasowy Legionu Młodych, którego „guru” był – o czym później – Skwarczyński). W 1923 r. z goryczą pisał w „Drodze”, iż wbrew wszelkim szumnym hasłom, głoszonym wszędzie i przez wszystkich, praca, w żadnej swej postaci, nie daje dziś w Polsce ani siły, ani znaczenia, ani honoru, nie zapewnia nawet możności życia i utrzymania. Panuje natomiast kapitał i to nawet nie kapitał produkcyjny, ale kapitał spekulacyjny i pasożytniczy. Tymczasem, jak streszczał jego poglądy Hoppe, Praca musi wyznaczać miejsce w życiu, a nawet w hierarchii społecznej.

Polska miała stać się krajem, w którym zaznaczy się przewaga Pracy nad Kapitałem – nie na darmo przewrót majowy określał Skwarczyński mianem „rewolucji żołnierskiej i robotniczej”. Choć on sam nie formułował szczegółowych wskazówek w tej dziedzinie – tym zajmowali się jego współpracownicy, jak ideolog polskiego etatyzmu, Stefan Starzyński, a cały zespół „Drogi” inicjował takie wydarzenia, jak np. monumentalne wydawnictwo „Na froncie gospodarczym” – to rozproszone wzmianki nie pozostawiają wątpliwości w kwestii jego poglądów. W 1928 r. stwierdzał: Linia postępowania obozu „piłsudczyków” w tych sprawach jest ustalona; /…/ a streszcza się w roli państwa nie tylko jako regulatora życia ekonomicznego, lecz jako czynnika inwestującego i kierującego nim – w imię interesów ogółu, a mimo lub nawet wbrew interesom partykularnym prywatno-kapitalistycznym.

Nie znaczy to, że Skwarczyński zajmował stanowisko klasowe, bliskie socjalistom. Był to raczej swoisty solidaryzm narodowy – swoisty, bo zakładający prymat świata Pracy, jednak mającego na uwadze dobro wspólne, stan państwa. Reforma społeczna oprzeć się u nas będzie mogła nie na zwycięstwie siłą jednej klasy nad innymi /…/, chociażby to nawet było zwycięstwo „klas pracujących”. Oprze się ona na gruntownej zmianie stosunku człowieka do zawodu swego i warsztatu, jako nie do środka zarabiania na życie, ale do instrumentu wybranej z powołania twórczości – pisał tuż po przewrocie majowym we wspomnianym liście do Hołówki.

Właśnie w tej kwestii zaciągnął największy dług ideowy u Brzozowskiego, który postulował „przetworzenie pracy z musu w przedmiot miłości i swobody”. W całej logice dzisiejszego porządku społecznego i /…/ panującej ideologii – tak mieszczańskiej, jak i robotniczej – praca nie jest połączona wewnętrznymi węzłami ze swym przedmiotem, z produktem – jest odeń moralnie oderwana, jest on dla niej obojętny – pisał Skwarczyński w artykule „Rola inteligencji w ruchu zawodowym świata pracy”. Zmiana tego stanu rzeczy nie zależy jednak tylko od reform socjalnych, przeobrażenia stosunków własnościowych czy od polepszenia warunków pracy. Musi ona stać się także przedmiotem wytężonych wysiłków samych pracowników najemnych i ich organizacji zawodowych. Relacja człowiek – praca, musi objąć aspekt etyczny, duchowy, nie tylko materialny. Pracownik powinien doskonalić się w wykonywaniu swych obowiązków, wkładać w nie serce, zaś związki zawodowe mają za zadanie nie tylko dbałość o warunki zatrudnienia, lecz także działalność edukacyjną i wychowawczą, by ułatwić zawodowe doskonalenie siebie oraz metod i warsztatów swej pracy i w ten sposób przetworzyć ludzi pracy z najemników na twórców.

***

Piłsudczycy, a wśród nich Skwarczyński, byli przekonani, iż dobrem najwyższym jest państwo. Ta „świętość” to zarówno efekt odzyskania niepodległości oraz odczuwanego zagrożenia ze wschodu i zachodu, ale także skutek przekonania, że państwo i jego wysiłki są kluczową płaszczyzną organizacji życia narodu. Obóz ten krytycznie traktował wszelkie pomysły spod znaku „państwa-minimum”, motywowane czy to gospodarczo, czy z punktu widzenia swobód obywatelskich. Uważano, że tylko silne i sprawne państwo zapewni właściwy rozwój Polsce i jej mieszkańcom. Ponieważ jednak państwo było w ich odczuciu słabe – zarówno z instytucjonalnego, jak i mentalnego (skutek dziedzictwa zaborów) punktu widzenia – uważali, że konieczne są wzmożone wysiłki na rzecz jego wzmocnienia.

Skwarczyński u schyłku lat 20. krytykował stanowisko, zgodnie z którym Mówi się ciągle obywatelowi o obowiązkach, jakie wobec niego ma rząd i państwo, ale przemilcza się systematycznie obowiązki obywatela /…/. Kwintesencję jego poglądów na to zagadnienie stanowi podsumowanie pracy zbiorowej „Pod znakiem odpowiedzialności i pracy”, będącej zapisem dyskusji organizowanych pod kierunkiem Skwarczyńskiego. Pisał tam następująco: Zawsze mówmy ludziom w pierwszym rzędzie o ich obowiązkach, a nie o uprawnieniach. /…/ Wykreślić z naszego słownika słowa „Protestujemy” i „Żądamy” – i zastąpić je słowami: „Dążymy”, „Pracujemy”. Wykreślić słowo „Interes”, nawet w znaczeniu „interes zbiorowy” – a zastąpić je słowem „Służba”.

Nie oznacza to, że redaktor „Drogi” uważał, iż „jednostka niczym”, że państwo powinno być „totalne”, a obywatele posłusznym stadem owiec. Stworzył koncepcję, która stanowiła „trzecią drogę” między liberalną demokracją parlamentarną a totalitarnymi reżimami faszystowskimi i komunistycznymi. Nazwał ją „uspołecznieniem państwa”. Termin ten zaczerpnął od jednego z prominentów obozu piłsudczykowskiego, Walerego Sławka, jednak znacznie rozwinął i pogłębił jego koncepcję. Uważał, że państwo jest silne nie wtedy, gdy odbierze obywatelom ich inicjatywę, lecz gdy potrafi powiązać ją z celami ponadpartykularnymi. Chodziło o stopniowe rozkładanie odpowiedzialności za państwo na szerokie sfery zorganizowanego społeczeństwa /…/ na barki związków społecznych: gospodarczych /…/, zawodowych /…/, oświatowo-kulturalnych, wychowawczo-wojskowych itd. W tekście „O podstawy demokracji” przekonywał, że /…/ wciągnąć musimy do współpracy wszystkich ludzi, posiadających dobrą wolę i ambicję twórczą, których niejednokrotnie dzielą dzisiaj różne hasła i przekonania, a których złączą dyscyplina moralna zaufania, poszanowanie człowieka i kult „wielkiego zbiorowego obowiązku”.

Jak wspomniałem, redaktor „Drogi” negatywnie oceniał „rozdrapywanie” Polski przez grupy interesu skupione w stronnictwach politycznych. Zapewne część tej niechęci wynikała z fiaska piłsudczykowskich projektów partyjnych, jednak towarzyszyła jej bardziej wnikliwa diagnoza. Zgrupowani wokół „Drogi” autorzy – w tym czołowy polski ideolog syndykalizmu, Kazimierz Zakrzewski, autor książki „Kryzys demokracji” – uważali, że wyczerpała się dotychczasowa formuła polityczna. Kryzys demokracji jest faktem przede wszystkim w znaczeniu przeżycia się obowiązującej w niej ideologii oraz zbankrutowania form organizacyjnych – pisał Skwarczyński w 1926 r. Uważał, że zdobycz rewolucji francuskiej, jaką było wyrwanie człowieka z ograniczeń ancien régime’u, została w demokracji parlamentarnej zatracona wskutek „masowego” postrzegania obywateli-wyborców. Zwycięstwo takiego czy innego programu miało być osiągnięte drogą liczby: takim czy innym głosowaniem. Większość miała być tym, co załatwi sprawę. /…/ Liberalizm zmarnował zdobycz Wielkiej Rewolucji: wyzwolenie człowieka; nie wciągnął tego człowieka w ustrój społeczny, tylko jego surogat: abstrakcyjną jednostkę. Toteż zadaniem /…/ jest wcielić pełnego, odpowiedzialnego człowieka w pracę zespołową – przekonywał w 1932 r. w piśmie „Jutro Pracy”.

Już 10 lat wcześniej konstatował, że coraz powszechniejsze jest znienawidzenie partii i ich polityki sejmowej natomiast coraz wyraźniejsze – obejmowanie życia publicznego przez organizacje społeczne /…/. Rozwijają się świetnie i koncentrują związki samorządów wiejskich i miejskich, zamiast „stronnictw” ludowych coraz silniej do głosu dochodzą chłopskie zrzeszenia gospodarcze i kulturalne, zamiast partii robotniczych analogiczne organizacje robotnicze /…/. To właśnie miało stać się podstawą nowego ustroju. Skwarczyński parlamentarnej demokracji frazesu, demokracji niwelującej, demokracji poniżającej człowieka przeciwstawiał demokrację realizacji, rozciągającą się nie tylko na uprawnienia polityczne, ale również na życie zarówno w samorządach lokalnych, jak i gospodarczych, na życie kulturalne, gospodarcze, zawodowe, oświatę, wciągając najszersze warstwy jako świadomego, odpowiedzialnego współtwórcę /…/.

W artykule programowym „Uspołecznienie państwa” pisał: Przewrót majowy odsunął /…/ demokrację starego typu: /…/ partii, werbalnych „programów”, nieobowiązujących haseł /…/. Otworzył natomiast możliwości dla nowej formy współpracy społecznej – tej, która gardząc werbalizmem pisanych programów, organizuje zespoły konkretnej pracy; tworzy dobra rzeczywiste, materialne i kulturalne – i ma ambicję demokratyzować społeczeństwo nie tylko politycznie, lecz również i gospodarczo i kulturalnie /…/.

***

Dziwnie brzmi dzisiaj apoteoza demokracji – choćby nieparlamentarnej – w wykonaniu ideologa obozu sanacyjnego. Skwarczyński odrzucał jednak tezę, że porządek polityczny ustanowiony w efekcie przewrotu majowego, jest dyktaturą. Był przekonany, iż rządy piłsudczyków są odległe od tego modelu, stanowiąc typowo polską, nową jakość. /…/ rządy nasze mają na ogół o wiele mniej „silną rękę”, niż gdzie indziej rządy najbardziej demokratyczne czy liberalne.

W tekście „Myśl wychowawcza Piłsudskiego” przekonywał, iż /…/ jego ideał wychowawczy zmierza do urobienia człowieka własnowolnego i własnowolnego społeczeństwa, do wydobywania z ludzi i ze społeczeństwa czynu. Nie nakazywania /…/, ale /…/ stawiania człowieka i społeczeństwa w takim położeniu, w którym rodzi się decyzja, poczucie odpowiedzialności i czyn. Na łamach „Jutra Pracy” dodawał: Zaledwie znajdzie się w sytuacji dyktatora (listopad 1918, maj 1926, „Brześć”), natychmiast z sytuacji tej wyciąga konsekwencje wprost przeciwne: demokratyczne, liberalne, konstytucyjne. Zaledwie konsekwencje te ujawniać zaczynają swe sprzeczne z postulatem odpowiedzialności oblicze, rzuca im pod nogi „dyktatorskie” gesty. Bo w gruncie rzeczy przez cały czas chodzi mu o tę rzecz /…/, która nie mieści się ani w liberalnej demokracji, ani w dyktaturze. Chodzi mu właśnie o odpowiedzialność ludzi /…/.

Jego zdaniem, „władczość” Piłsudskiego ma specyficzny rys, wynikający z polskiej tradycji. Kluczowe były tu doświadczenia powstania styczniowego, które Marszałek wnikliwie studiował. Wówczas władza obywała się bez przymusu, którego organów Rząd ów nie posiadał, tylko przez nacisk i autorytet moralny /…/. Wedle niego, Piłsudski wcielił tę ideę w życie w czasach Legionów i POW, które również nie posiadały żadnych uprawnień administracyjno-decyzyjnych, a cały posłuch wynikał z moralnego autorytetu inicjatyw i ich twórców. Rok 1863, Legiony, a zwłaszcza POW /…/ – we wszystkich tych momentach /…/ objawia się zbiorowa inspiracja, polegająca /…/ na tym, że zbiorowością natchnioną rządzi nakaz nie formalno-prawnej, lecz moralnej natury, nakaz, który przyjmowany jest przez „podwładnych” bez przymusu, w sposób zupełnie dobrowolny – pisał w „Prawdzie jedynej…”. Oczywiście w warunkach odzyskanej niepodległości i istniejącego aparatu państwowego, nie jest ani możliwa, ani pożądana sytuacja całkowitej dobrowolności postaw i poczynań obywateli, jednak wedle Skwarczyńskiego obóz piłsudczykowski i jego lider nie dążą do typowej dyktatury. Ich ideałem jest władza silna, a na dobrej woli oparta.

Z takich właśnie pozycji – minimalizowania przymusu instytucjonalnego oraz kładzenia nacisku na wychowanie, dobrowolną przemianę moralności obywateli – krytykował ustroje totalitarne: faszyzm i komunizm: Odrzućmy sztywność i „zasadniczość” obu tych eksperymentów, wyzwólmy się z lenistwa umysłowego, które stwarza u nas co chwila modę to na sowiety, to na faszyzm, modę szkodliwą i głupią.

***

W styczniu 1927 r. Adam Skwarczyński objął kierownictwo referatu społecznego w Kancelarii Cywilnej Prezydenta RP. Jego służbowe mieszkanie na Zamku Królewskim stało się placówką organizacyjną propiłsudczykowskich inicjatyw. Wieś, ruch zawodowy, młodzież robotnicza, szkolna i akademicka, instytucje oświatowo-kulturalne, wydawnictwa, konferencje porozumiewawcze tu znajdują swe ognisko, ducha i plan działania – pisał Bolesław Wasylewski.

Już w 1922 r. Skwarczyński współtworzył Powszechny Uniwersytet Korespondencyjny, pomagający poszerzać wiedzę osobom z prowincji oraz pracującym mieszkańcom dużych miast. Po przewrocie majowym inicjował lub czynnie wspierał kolejne organizacje społeczne, m.in. Związek byłych Więźniów Ideowych, Organizację Młodzieży Pracującej, Instytut Oświaty i Kultury, Unię Związków Pracowników Umysłowych. Pod jego kierownictwem powstał „Atlas organizacji społecznych”.

Kluczowe były dlań jednak organizacje młodzieżowo-wychowawcze. Uważał, że „rewolucja żołniersko-robotnicza” w pełni dokona się wtedy, gdy dominującą rolę w Polsce zacznie odgrywać generacja „ludzi pomajowych”, nie obarczona nawykami i wzorcami pokolenia swoich rodziców. Dlatego też gros wysiłku poświęcił pracy formacyjnej w środowiskach młodzieżowych. Na początku 1930 r. inspirował utworzenie Legionu Młodych – Akademickiego Związku Pracy dla Państwa. Organizacja ta, o charakterze elitarnym, była w zamierzeniu placówką formacyjną w środowisku studenckim, a od 1932 r., po zmianie nazwy na Związek Pracy dla Państwa – Legion Młodych, również wśród młodzieży robotniczej i urzędniczej. Legion Młodych głosił – jak pisze Zbigniew Osiński – hasła antynacjonalistyczne, antykapitalistyczne, antyklerykalne i antyniemieckie, opowiadał się za ograniczeniem własności prywatnej, ustanowieniem silnej kontroli państwa nad gospodarką, planowaniem gospodarczym, uniezależnieniem się od kapitału zagranicznego, a także /…/ potrzebę reform społecznych. Skwarczyński wchodził w skład tzw. Senioratu, czyli grupy wspierająco-doradczej LM. Innym środowiskiem tego typu, z którym współpracował, była grupa związana z tygodnikiem „Jutro Pracy” o orientacji piłsudczykowsko-nacjonalistyczno-syndykalistycznej, wywodząca się ze związków zawodowych pracowników umysłowych.

W 1932 r. rozpoczęła działalność Straż Przednia – Organizacja Pracy Obywatelskiej, również powołana z inicjatywy Skwarczyńskiego. Była przeznaczona dla osób w wieku 15-21 lat i miała za zadanie wychowywać w duchu wskazań redaktora „Drogi” uczniów szkół średnich. Ważną rolę w jej działaniach pełniły zajęcia samokształceniowe oraz praktyczne – wychowanie poprzez pracę i czyn. Skwarczyński był trzy lata prezesem organizacji, redagował także jej organ – miesięcznik „Kuźnia Młodych”. SP i redakcja „KM” były inicjatywami, w które włożył mnóstwo energii i wysiłku. Nieco mniej, lecz także sporo zaangażowania poświęcił Centralnemu Komitetowi ds. Młodzieży Wiejskiej, którego był przewodniczącym. W 1934 r. powołał Towarzystwo Wiejskich Uniwersytetów Regionalnych.

Nie zaniedbał też pracy formacyjnej wśród osób bardziej dojrzałych. Wieczory dyskusyjne organizowane pod jego kierownictwem gromadziły intelektualną elitę obozu piłsudczykowskiego. Na początku lat 30. formułował wizje nowej elity państwowej, wyłonionej w oparciu o dorobek w pracy na rzecz państwa, nie zaś wedle pochodzenia społecznego czy zamożności. Inspirowany tyleż elitaryzmem dawnych legionistów, co projektem Abramowskiego „Związek Rycerzy Polski”, powołał w 1930 r. niejawny Zakon Dobra i Honoru Polski. Aleksander Ivánka pisał o tej organizacji, iż stawiała sobie za cel wypracowanie zasad nowego ustroju, przede wszystkim opierając się na zasadach moralnych i podporządkowując interesy osobiste interesom państwa.

***

Pod koniec lat 20. odnowiły się u niego powikłania związane z gruźlicą. Szybki rozwój choroby sprawił, że w 1929 r. musiał poddać się amputacji obu nóg. Przykuty do wózka inwalidzkiego, nie zaprzestał intensywnej pracy, a wręcz można odnieść wrażenie, iż podwoił dotychczasowe wysiłki. Po kilku latach nastąpił jednak kolejny silny nawrót choroby. Adam Skwarczyński zmarł 2 kwietnia 1934 r. Do już posiadanych Krzyża Virtuti Militari, Krzyża Walecznych i Krzyża Niepodległości pośmiertnie dodano Wielką Wstęgę Orderu Polonia Restituta.

Na jego dorobek ideowy kładzie się dwuznaczny cień w postaci silnych powiązań z obozem władzy, któremu zdarzało się podejmować decyzje zasługujące na krytykę czy wręcz – jak np. sprawa procesów „brzeskich” – haniebne. Na pewno idealizm Skwarczyńskiego zderzał się z twardymi realiami oraz z niedoskonałościami personalnymi członków elity władzy. Gdy on widział w piłsudczykach niemalże zakon świętych mężów, zdarzali się tam również cynicy, karierowicze, osoby nieudolne czy czerpiące splendor z dawno minionej legionowej szlachetności. Gdy uzasadniał ograniczanie „partyjniactwa” dobrem państwa, jego towarzysze widzieli w tym poręczny instrument eliminowania politycznej konkurencji, a w obozie rządzącym odtwarzały się wszelkie cechy systemu partyjnego, tyle że w postaci frakcji i nieformalnych klik. Gdy Skwarczyński wprowadzał dychotomię piłsudczyków i reszty, przypisując im biegunowo przeciwne kwantyfikatory, z całym dobrodziejstwem inwentarza akceptował również osoby miernej kondycji intelektualnej i moralnej, a odrzucał wiele szlachetnych postaci – w tym własnych dawnych towarzyszy i współpracowników – które również chciały i potrafiły służyć Polsce, tyle że niekoniecznie w „jedynie słusznych” szeregach.

Na rzecz Skwarczyńskiego przemawiają jednak nie tylko cenne i wciąż aktualne elementy dorobku intelektualnego, ale również cechy osobowościowe i postawa, które przekreślają sporą część zasygnalizowanych wątpliwości. Cieszył się szacunkiem nawet wśród przeciwników politycznych, mając opinię człowieka krystalicznie uczciwego i ideowego. Przykładowo, Karol Popiel, lider przedwojennej chadecji, który sanacji „zawdzięczał” m.in. proces polityczny i więzienie, pisał o Skwarczyńskim, że był jednym z tych bardzo nielicznych „starych piłsudczyków”, którzy rozumieli, iż nie wystarczy zdobyć zbrojnie władzę w państwie, by rządzić narodem, ale trzeba mu dać wizję lepszej przyszłości i wychować odpowiedni zespół ideowych pracowników, którzy by ją wcielali w życie. Daria Nałęcz, oceniając jego życie po latach i z dystansem badacza, stwierdziła, że wyróżniał się /…/ wyjątkową wręcz bezinteresownością osobistą. Nie wzbudzały jego pożądania żadne dobra materialne. Nie przejawiał ambicji zrobienia kariery. Nie ciągnęły go wielkie gabinety, lśniące limuzyny i kłębiące się tłumy petentów. W przeciwieństwie do wielu swych kolegów wiódł życie niezwykle skromne, wręcz ascetyczne. Sprawiał wrażenie człowieka, który w pełni oddał się wielkim sprawom ideowym. Na łamach „Państwa Pracy” wychowankowie z Legionu Młodych żegnali go tak: Był dla nas tym większym autorytetem, że zasadzie Czynu, Odpowiedzialności i Honoru podporządkował przede wszystkim i bez reszty całe swoje życie osobiste i całą swą publiczną działalność.

Bibliografia (ważniejsze pozycje):

  • Andrzej Chojnowski, Piłsudczycy u władzy. Dzieje Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1986.
  • Jacek Czajkowski, Jacek M. Majchrowski, Adam Skwarczyński (3 XII 1886 – 2 IV 1934) /w:/ tychże, Sylwetki polityków Drugiej Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Znak, Kraków 1987.
  • Andrzej Garlicki, Od maja do Brześcia, Czytelnik, Warszawa 1981.
  • Jerzy Holzer, Mozaika polityczna Drugiej Rzeczypospolitej, Książka i Wiedza, Warszawa 1974.
  • Jan Hoppe, Adam Skwarczyński /w:/ tegoż, Wierzyłem… (artykuły), Nakładem Wydawnictwa „Jutra Pracy”, Warszawa 1938.
  • Jan Hoppe, Adam Skwarczyński. Myśli o związkach zawodowych, Organizacja Młodzieży Pracującej, Warszawa 1934.
  • Jan Hoppe, Wspomnienia, przyczynki, refleksje, Odnowa, Londyn 1972.
  • Aleksander Ivánka, Żołnierz Dobra i Honoru Polski /w:/ Wspomnienia o Stefanie Starzyńskim, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1982.
  • Leszek Kamiński, Romantyzm a ideologia. Główne ugrupowania polityczne Drugiej Rzeczypospolitej wobec tradycji romantycznej, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wydawnictwo Polskiej Akademii Nauk, Wrocław 1980.
  • Kazimierz Koźniewski, Zamknięte koła. Wspomnienia z lat 1929-1945, tom I, wydanie II przejrzane i uzupełnione, Wydawnictwo Literackie, Kraków – Wrocław 1984.
  • Władysław T. Kulesza, Koncepcje ideowo-polityczne obozu rządzącego w Polsce w latach 1926-1935, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1985.
  • Teodor Ładyka, Polska Partia Socjalistyczna (Frakcja Rewolucyjna) w latach 1906-1914, Książka i Wiedza, Warszawa 1972.
  • Andrzej Micewski, W cieniu marszałka Piłsudskiego. Szkice z dziejów myśli politycznej II Rzeczypospolitej, Czytelnik, Warszawa 1968.
  • Daria Nałęcz, Sen o władzy. Inteligencja wobec niepodległości, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1994.
  • Daria Nałęcz, Wstęp do: Adam Skwarczyński, Od demokracji do autorytaryzmu, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1998.
  • Tomasz Nałęcz, Polska Organizacja Wojskowa 1914-1918, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Polska Akademia Nauk – Wydział I Nauk Społecznych, Wrocław 1984.
  • Zbigniew Osiński, Janusz Jędrzejewicz – piłsudczyk i reformator edukacji (1885-1951), Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2007.
  • Karol Popiel, Droga ideowego piłsudczyka /w:/ Jerzy Braun, Karol Popiel, Konrad Sieniewicz, Człowiek ze spiżu, Odnowa, Londyn 1981.
  • Marian Stępień, Spór o spuściznę po Stanisławie Brzozowskim w latach 1918-1939, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976.
  • Adam Skwarczyński, Od demokracji do autorytaryzmu, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1998.
  • Adam Skwarczyński, Myśli o nowej Polsce, Biblioteka Drogi, prawdopodobnie Warszawa 1930.
  • Adam Skwarczyński, Wskazania, Nakładem Straży Przedniej, Warszawa 1934.
  • Bolesław Wasylewski, Adam Skwarczyński – życiorys /w:/ A. Skwarczyński, Wskazania, Nakładem Straży Przedniej, Warszawa 1934.
  • Bohdan Urbankowski, Filozofia czynu. Światopogląd Józefa Piłsudskiego, Wydawnictwo Pelikan, Warszawa 1988.
  • Iwo Werschler, Tadeusz Hołówko. Życie i działalność, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1984.
  • W. Z. (Wacław Zagórski), Autorytet moralny, „Państwo Pracy” nr 13/1934 (8 kwietnia).

W imię dobra wspólnego. Leopold Caro – teoretyk solidaryzmu chrześcijańskiego

Jeden drugiego brzemiona noście…”

(Ga 6,2)

Droga, jaką przed wielu laty obrał prof. Caro, nie była łatwą ani wdzięczną. Walka z ówczesnym kapitalizmem to walka z silnymi. Pod tym względem Caro poszedł w ślady prof. Schmollera, reprezentanta szkoły historyczno-etycznej, przedstawiającej ekonomikę jako naukę związaną z etyką i głoszącą w miejsce liberalizmu i socjalizmu hasło dobra ogółu /…/ Ukochał on prawdę i walczył o jej supremację, nie zważając ani na nienawiść możnych, ani wzruszenie ramion obojętnych, ani na niezrozumienie ze strony tych, którym przede wszystkim pragnął służyć i w obronie których od najwcześniejszej swej młodości staczał boje. Wrażliwy i czujny na wszelką krzywdę ludzką, wprzągł swój twórczy intelekt w obronę słabszych od pierwszej chwili swej pisarskiej działalności, pełnej młodzieńczego entuzjazmu i uczuciowości – tak pisał w księdze pamiątkowej wydanej po śmierci Leopolda Caro jego uczeń, Jan Karol Sondel1.

Natomiast późniejszy Prymas, ks. Stefan Wyszyński, na łamach „Ateneum Kapłańskiego” w ten sposób przedstawiał lwowskiego ekonomistę: Myślą przewodnią wielkiej ilości dzieł, rozpraw i artykułów prof. Caro jest walka o moralność życia gospodarczego. Walka o prymat etyki w życiu gospodarczym, to bodaj największa zasługa prof. Caro i dla nauki i dla polskiego życia społeczno-gospodarczego. Prof. Caro widział dobrze bliski związek spraw społeczno-gospodarczych z naukami moralnymi; różne zagadnienia gospodarcze usiłował oświetlać i rozwiązywać według zasad religijno-moralnych i w nich szukał światła dla dziś coraz to trudniejszych rozwiązań w złożonym życiu gospodarczym. Już w swej pierwszej i znanej ekonomistom zagranicznym pracy, ujmującej głęboko zagadnienia lichwy: „Der Wucher, eine socialpolitische Studie” (Lipsk, 1893, s. 311, XV.) przyznał w życiu gospodarczym etyce pierwszeństwo przed wolnością2.

***

Leopold Caro urodził się 27 maja 1864 r. we Lwowie w rodzinie o tradycjach patriotycznych – jego ojciec Henryk był powstańcem z 1863 r. Po ukończeniu szkoły powszechnej oraz gimnazjum, rozpoczął we Lwowie studia na wydziale prawa, a później także filozofii, uzyskując w 1887 r. tytuł doktora praw oraz absolutorium z filozofii. W latach 1885-1887 podjął też studia ekonomiczne w Lipsku pod kierunkiem prof. Miaskowskiego.

Już w czasie studiów dużo publikował, głównie na tematy społeczno-ekonomiczne. W krakowskim „Czasie” ogłaszał cykliczne „Pogadanki ekonomiczne”. W tamtym czasie powstały jego pierwsze większe rozprawy; w 1892 r. w Lipsku ukazała się poświęcona problematyce żydowskiej praca „Die Judenfrage eine ethische Frage”, którą rok później przetłumaczono na polski i wydano w kraju. W drukarni „Czasu” opublikował natomiast rozprawę poświęconą Augustowi Cieszkowskiemu, w której nazywa dzieło autora „Ojcze nasz” rękawicą rzuconą całemu materialistycznemu światu i protestem przeciw uciskowi, niewoli i ślepej nienawiści jednych a zaskorupiałemu egoizmowi i bezczynności a rozpuście drugich…3.

W tym samym roku ujrzały światło dzienne kolejne jego prace w języku polskim i niemieckim, które przyniosły mu już pewien rozgłos – stanowiły one podsumowanie badań dotyczących zagadnienia lichwy4. W pracach tych Caro zdecydowanie i ostro wystąpił przeciwko lichwiarstwu, żądając surowego karania osób parających się tym procederem. W związku z tym oczywiście musiał pokusić się o definicję lichwy. Duża część wzmiankowanych rozpraw to właśnie rozważania teoretyczne dotyczące tego zagadnienia, wszystko to Caro ilustruje konkretnymi przykładami z Galicji, pokazującymi mechanizmy, omijanie prawa, różnego rodzaju machinacje osób trudniących się lichwą. Książka „Der Wucher” spotkała się z bardzo przychylnym przyjęciem najwybitniejszych wówczas ekonomistów, obszerne recenzje ukazały się m.in. w prestiżowych pismach „Jahrbücher für Nationalökonomie” i „Political Science Quarterly”.

Po zdaniu egzaminu adwokackiego, na trzy lata osiadł Caro we Lwowie. Do pracy habilitacyjnej usiłował go pozyskać jego lwowski profesor, Roman Pilat, do czego jednak nie doszło, podobnie zresztą jak w przypadku późniejszej propozycji z Uniwersytetu Lipskiego. W 1897 r. po ślubie z Salomeą Chelińską przeniósł swą kancelarię prawną do Krakowa. Mając zapewnione znaczne wpływy z praktyki adwokackiej, coraz więcej uwagi poświęcał sprawom naukowym.

Przede wszystkim zainteresowała go kwestia emigracyjna, poświęcił wiele czasu i środków na zbadanie położenia polskich emigrantów zarówno stałych, jak i sezonowych. Jak pisze Jan K. Sondel: Emigranta traktowano wtedy na równi z towarem jako ładunek okrętowy; o obowiązkach społeczeństwa i państwa wobec wychodźców nikt nie myślał /…/ [Caro] pierwszy i jedyny w Europie, z wielkim nakładem własnych funduszów objeżdżając porty europejskie, z których wyjeżdżali nasi wychodźcy, badając urządzenia w portach, stan okrętów, opiekę duchowną, badając bezpośrednio wyjeżdżających i przyjeżdżających do kraju wychodźców, wypytując się o ich los, korespondując z konsulami w Ameryce, studiując prasę zamorską /…/ zebrał w ciągu lat czterech (1905-1909) ogromny materiał i zdobył tak gruntowną znajomość zagadnień emigracyjnych, że miewał w tej dziedzinie odczyty w Wiedniu, Berlinie, Budapeszcie, Pradze, Brukseli, Dreźnie, Warszawie, Lwowie i Krakowie. Został też delegowany przez Austriackie Towarzystwo Ekonomiczne /…/ na kongresy w Berlinie 1909 i w Budapeszcie 1910, gdzie udało mu się przeprowadzić szereg rezolucji, zawierających program nowoczesnej polityki emigracyjnej i wyjednać znaczne ulgi dla polskich robotników sezonowych w Niemczech5. Zaowocowało to wszystko tym, iż wybitny niemiecki ekonomista Gustaw von Schmoller, prezes Towarzystwa Polityki Społecznej (Verein für Sozialpolitik), zaprosił go do napisania książki poświęconej polityce emigracyjnej. Efektem tego stała się praca „Auswanderung und Auswanderungspolitik in Österreich”, wydana w 1909 r. w Lipsku w prestiżowej serii „Schriften des Vereins für Socialpolitik”.

W czasie pobytu w Krakowie, Caro wraz z ks. Włodzimierzem Ledóchowskim, późniejszym generałem jezuitów, założył Towarzystwo św. Antoniego opiekujące się szwaczkami, Towarzystwo św. Zyty, zajmujące się losem służby domowej oraz Towarzystwo św. Józefa, opiekujące się robotnicami z krakowskiej fabryki cygar. Prowadził również darmowe biuro porad prawnych.

W 1914 r. został powołany do armii austriackiej, w której służył do końca wojny, kiedy to zgłosił się jako ochotnik do wojska polskiego. Pełniąc służbę we Lwowie jako oficer korpusu sądowego, otrzymał z Politechniki Lwowskiej propozycję objęcia katedry ekonomii społecznej. Przyjął ją i wkrótce został mianowany profesorem ekonomiki społecznej i nauk prawniczych. W latach 1922-1923 wykładał również na Uniwersytecie Jana Kazimierza w zastępstwie, sprawującego wówczas urząd ministra, Stanisława Grabskiego. W 1927 r. został wybrany prezesem Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, które przez 12 lat, kiedy sprawował tę funkcję, rozwinęło działalność na szeroką skalę. W tym samym roku został również powołany przez ówczesnego premiera, Kazimierza Bartla, na członka Komisji opiniodawczej przy Komitecie Ekonomicznym Rady Ministrów. W 1934 r. na życzenie papieża Piusa XI została powołana przez Prymasa Polski, kardynała Augusta Hlonda, Rada Społeczna, która za główny cel stawiała sobie popularyzowanie programu społecznego, zawartego w encyklice Quadragesimo anno. Prezesem Rady został ks. Antoni Szymański, natomiast funkcję wiceprezesa do 1938 r., kiedy to zrezygnował ze względu na stan zdrowia, pełnił właśnie Leopold Caro.

Okres II Rzeczypospolitej to czas, w którym powstały najważniejsze jego prace. Przedstawił w nich swoją wersję solidaryzmu chrześcijańskiego. Zagadnienie to przewija się we wszystkich jego pracach, począwszy od najwcześniejszych, początkowo jednak taka problematyka obecna była naskórkowo. We w pełni dojrzałej i wykrystalizowanej formie podjął ją właśnie w latach międzywojennych, w takich pracach jak: „Zasady nauki ekonomii społecznej”, „Solidaryzm”, „Współczesne prądy gospodarcze a spółdzielczość”, „Zmierzch kapitalizmu”, „Problem społeczny w katolickim oświetleniu”, „Prawa ekonomiczne i socjologiczne”, „Liberalizm i kapitalizm” czy „Kapitalismus und Solidarismus”. Zmarł 8 lutego 1939 r., został pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie.

***

Należy zgodzić się z jego uczniem, iż niemożliwym jest wyodrębnienie w pracach Caro poszczególnych zagadnień, że próba oddzielenia od siebie problematyki etycznej, społecznej, ekonomicznej, filozoficznej czy socjologicznej jest z góry skazana na niepowodzenie i musi razić sztucznością. Caro bowiem traktował wszystko to łącznie, kwestie te przeplatały się w jego pracach, zachodziły na siebie, daleki był od „kawałkowania” życia ludzkiego czy społecznego, wyodrębniania z niego rzekomo izolowanych obszarów. Stojąc na stanowisku uniwersalistycznym, widział dokładnie zazębianie się zjawisk gospodarczych z rozmaitymi przejawami życia. Z tego względu obcą i nieżyciową była dla Niego koncepcja „człowieka ekonomicznego”, wyjałowionego ze wszystkich uczuć, którą posługiwała się szkoła liberalna przy formułowaniu swych praw ekonomicznych6. Sam Caro zresztą podkreślał, iż solidaryzm traktuje ekonomikę jako naukę opartą na etyce, rozumie, że człowiek myślący, działający i gospodarujący, nie dadzą się od siebie odłączyć i że każdy człowiek, mający samoistny, wyższy cel w życiu, działa i gospodaruje zarazem z tych wyższych pobudek, w których tkwi rękojmia przyszłego rozwoju i spełnienia posłannictwa całej ludzkości7.

Czym jest ów solidaryzm? Pojęcie to jest dość powszechnie używane, w ciągu kilku ostatnich lat było odmieniane przez wszystkie przypadki, jednakże niewielu tak naprawdę potrafi coś na jego temat powiedzieć. Traktowane jest przez tych, którzy nim szermują, raczej jako swoisty wytrych, słowo-klucz czy pałka na przeciwników politycznych. Tymczasem jest to rozbudowana doktryna, mającą solidne podstawy teoretyczne, swoją historię, odmiany i wybitnych przedstawicieli.

Co gorsza, widoczna jest aż nadto tendencja, o której pisał już Caro, polegająca na sprowadzaniu całokształtu spraw ekonomiczno-społecznych do walki między liberalizmem a socjalizmem. Wszelkie inne rozwiązania, „trzecie drogi”, miałyby być jedynie zakamuflowaną, służącą zmyleniu przeciwnika wersją jednej z tych koncepcji lub idee fixe niepoprawnych marzycieli-teoretyków. Są ludzie wmawiający w ogół – pisał Caro – że dwa tylko kierunki, dwa światopoglądy istnieją w nauce ekonomii społecznej, liberalny, czyli indywidualistyczny i socjalistyczny. Dla prawowiernych liberałów każdy, kto żąda od kapitału ruchomego uwzględniania interesu publicznego także i wówczas, gdy wchodzi on w kolizję z interesem majątkowym jednostek, otrzymuje w najlepszym razie przydomek marzyciela lub człowieka przy zielonym stoiku, nie rozumiejącego praktycznego życia. Najchętniej przedstawiono by go jako prostego ignoranta lub ukrytego socjalistę i nawet czyni się tak, póki tylko to jest możliwym. /…/ Podobną jest sytuacja i po drugiej stronie. W oczach socjalistów /…/ każdy, kto nie przysięga na Marksa i nie jest zwolennikiem jego teorii materializmu dziejowego, jest tym samym „drobnomieszczaninem”, zwyczajnym „burżujem”, z którym i mówić nie warto. W tej sytuacji, atakowani z dwóch stron, znaleźli się w Europie powojennej w chwili renesansu myśli liberalnej, dawni zwolennicy szkoły historyczno-etycznej niemieckiej, solidarystycznej francuskiej i szkoły samopomocy spółdzielczej z Nimes, demokraci chrześcijańscy i solidaryści. Leon Bourgeois i Gustaw Schmoller, Leon XIII i Walter Rathenau, Henryk Pesch, Karol Diehl i Othmar Spann, Henryk Ford i Benito Mussolini, słowem wszyscy, ludzie różnych wyznań i obozów politycznych, którzy widzą jasno zarówno bezdroża liberalizmu, jak i nieuniknione przepaści socjalizmu8.

Wróćmy jednak do solidaryzmu. Sam termin jest stosunkowo młody, jako jeden z pierwszych użył go francuski saintsimonista Pierre Leroux (ten sam, który przypisywał sobie również ukucie pojęcia socjalizm) w 1839 r. na łamach lewicowego „L’Humanité Socialiste”. Przez długi czas określenie to charakteryzowało poglądy niemarksistowskiej lewicy, która odrzucając kapitalizm dystansowała się równocześnie od ideologii walki klasowej. Caro jednak podkreśla, że korzenie solidaryzmu są o wiele starsze, jego przewodnie idee odnajduje on w Mahabharacie, myśli Lao-Tse, Państwie Platona, Polityce Arystotelesa, w Starym i Nowym Testamencie, filozofii stoików, pismach Ojców Kościoła czy św. Tomasza z Akwinu, a nawet wskazuje takowe w „Badaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów” Adama Smitha. Następnie zaś przywołuje jako bezpośrednich prekursorów kierunku solidarystycznego nazwiska tak wydawałoby się odległych ideowo myślicieli, jak Adam Müller, Jean Charles Sismonde de Sismondi, Henri Saint-Simon, Philippe Buchez, August Comte, Charles Fourier, Louis Blanc, Pierre-Joseph Proudhon, Charles Kingsley, Thomas Carlyle, John Ruskin, Benjamin Disraeli, William Godwin, Piotr Kropotkin, Frédéric Le Play, Albert de Mun, René de La Tour du Pin, ks. Franz Hitze, bp Wilhelm von Ketteler, Karl von Vogelsang, Leon XIII.

Za właściwego twórcę solidaryzmu, już jako określonej szkoły czy kierunku myślowego, uznaje natomiast Charlesa Gide’a (lidera szkoły z Nimes, jednego z czołowych teoretyków spółdzielczości), który wskazał na trzy główne zasady solidaryzmu. Po pierwsze, jak podkreśla Gide, nawet egoista, rozumiejący jednak istnienie solidarności międzyludzkiej, winien dobrze życzyć bliźnim, wiedząc, iż wszystko dobre i złe co się im przydarzy, wpływa również na jego losy. Po drugie, musi sam wobec innych dobrze postępować, w związku z wpływem ich położenia na swoje własne. Wreszcie, każdy pod wpływem tego kierunku musi stać się wyrozumialszy dla błędów innych, a bardziej wymagający wobec siebie samego9.

Kolejny twórca solidaryzmu par excellence to Leon Bourgeois, autor pracy „La solidarité”, w której wskazywał, iż jedni zyskują przewagę nad innymi często bez własnej zasługi, z czego wynika konieczność zmian w imię sprawiedliwości. Dopiero gdy uznamy jednych za dłużników drugich, kiedy zrozumiemy, iż niektórzy wzbogacają się kosztem innych, przywłaszczając sobie korzyści, na które nie zapracowali, może nastąpić wyrównanie. Powstaje w ten sposób rodzaj quasi-kontraktu pomiędzy ludźmi, który rodzi określone zobowiązania – to, co dotychczas uznawane było za zwykły akt hojności, staje się w świetle tych ustaleń aktem sprawiedliwości, spłaceniem długu i niczym więcej10.

Solidaryzm przeciwstawia się zarówno zasadom leseferyzmu, jak i marksizmu, jednakże siłą rzeczy, w związku z dominacją w ówczesnym świecie liberalizmu ekonomicznego, Caro gros uwagi poświęca krytyce „prawd objawionych” przedstawicieli tego ostatniego. Jak podkreśla, naczelna teza liberalizmu głosi, że każdy winien dbać o własny interes, o dobro własne, a „całość sama się złoży”, suma dóbr jednostkowych składa się bowiem na dobro wspólne. Egoizm jest czymś pożądanym i dobrym, gdyż przynosi korzyść ogółowi, można więc mówić o sacro egoismo, czy nawet za Ayn Rand o cnocie egoizmu. Liberalizm w tym podobny jest do gąsienicy, siedzącej na liściu a nie wiedzącej i nie troszczącej się o drzewo, którego integralną częścią jest gałąź, a jej znów cząstką liść ów zjadany przez to żarłoczne a ograniczone stworzenie, podczas gdy solidaryzm widzi w społeczeństwie samoistny organizm, żyjący własnym życiem i naginający jednostki, acz nie pozbawione, jak w kolektywizmie, gospodarczej samodzielności, do działania gwoli dobru publicznemu11. Solidaryzm bowiem odrzuca zdecydowanie traktowanie człowieka jako środka służącego osiągnięciu określonego celu – nieważne, czy tym celem jest zysk jednostki, kapitalisty, czy korzyść ogółu, na którą powołuje się komunizm.

Caro krytykuje również hipokryzję liberałów, którzy powołując się na wyższość idei miłości nad zasadą sprawiedliwości, domagają się wyłącznie dobrowolnych świadczeń na rzecz bliźnich, wskazując, iż przymusowość pozbawia je jakiejkolwiek wartości moralnej, a dobroczyńców jakiejkolwiek zasługi. W życiu społecznym, jak pisze Caro, idzie jednak nie o pobudki czynów dobrych, rozstrzygające w dziedzinie religii i etyki. Idzie przede wszystkim o same czyny. Nie o danie sposobności temu lub owemu, by sam wzniósł się na wyższy szczebel moralny lub zyskał pochwałę współobywateli, ale o to, aby każdego współmieszkańca danego państwa zabezpieczyć przed ostateczną nędzą niezależnie od stopnia uświadomienia społecznego i poczucia obowiązku poszczególnych jednostek i każdemu ze swego nadmiaru przyjść w razie potrzeby z pomocą. Pole dobroczynności i miłości bliźniego pozostaje obok tego jeszcze bardzo szeroko otwarte12.

Kapitalizm, mając jako ideę przewodnią zysk, deifikując go, traktując jako bożka, któremu wszystko musi być podporządkowane, implikuje liczne patologie. Caro daje liczne przykłady takich zachowań wypływających właśnie z kapitalistycznego oddawania czci Mammonowi. I tak w Brazylii – pisze on – w roku 1930 zniszczono 4 miliony krzaków kawowych. Ogromnych ilości kawy użyto jako nawozów lub je spalono. W Santos zatopiono w morzu 5000 worków dobrej kawy brazylijskiej. Pełne ładunki okrętowe cukru oraz wiele tysięcy cetnarów korzeni zatopiono w morzu. W Argentynie zużywa się ogromne masy kukurydzy na karmę dla bydła lub się je spala. Od kilku lat pali się bawełnę w Ameryce, Egipcie, Indiach, a farmerzy bawełny popadli w nędzę wskutek niemożności jej zbytu. /…/ Na Cejlonie zrywa się z roślin herbacianych tylko po dwa listki zamiast trzech w celu obniżenia zbiorów o 75-100 milionów funtów angielskich. A równocześnie tyle milionów ludzi łaknie herbaty, kawy, cukru i ciepłych ubrań, a tylko nie jest w stanie za nie zapłacić13.

Dążenie do jak największego zysku indywidualnego spowodowało więc zupełne nieliczenie się z dobrem czy interesem powszechnym. Zysk jest wartością najwyższą i jedyną, której wszystko inne zostało podporządkowane. Wychodzący z tego założenia „człowiek ekonomiczny” czyni tylko to, co przynosi mu korzyść, co jest zgodne z jego indywidualnymi interesami, nie zważając przy tym na inne wartości czy dobro społeczne. Dostarcza broni dla Burów podczas wojny z nimi, chociaż jest Anglikiem, uważa bowiem, że wojnę prowadzi państwo, a jego interes indywidualny nie może z tego powodu ponieść uszczerbku. Jeśli rząd chiński zabrania dowozu do Chin opium, w interesie zdrowia i życia własnych obywateli, w imię wolności handlu wymusza na rządzie brytyjskim wojnę z Chinami, z powodu tak zacofanego zakazu: wszak jeśli opium szkodzi zdrowiu Chińczyków, sami będą mieli ten rozum, że nie będą go kupowali. Jego sumienie kapitalistyczne nic mu nie mówi, że sprzedając towar szkodliwy dla ludzkiego zdrowia i życia popełnia zbrodnię, tudzież że nie wszyscy ludzie wiedzą równie dobrze, co wychodzi na ich szkodę14.

Odrzuca również Caro ideę wolnej konkurencji w wersji propagowanej przez teoretyków liberalizmu. Poddaje krytyce przekonanie, że mamy tutaj do czynienia z samoregulującym się mechanizmem, który powoduje, iż np. ceny układają się na optymalnym poziomie. Ceny tworzone przez wolną konkurencję – pisze Caro – mają być najlepsze, najodpowiedniejsze, „naturalne”. Ale wszak poszczególni kupujący i sprzedający nie mają przecie poglądu na całość rynku i skoro każdy z nich – wiedząc w najlepszym razie wszystko, co zaszło przedtem i nie wiedząc z natury rzeczy tego, co robią równocześnie inni konkurenci, to bowiem osłonięte jest tajemnicą interesu – powiększa lub odnawia swoją produkcję, musi w następstwie powstać chaos i nadmiar. Co więcej, każde nowe cło, nowy traktat handlowy, nowa taryfa frachtowa, nowy wynalazek, odkrycie nieznanego dotąd miejsca istnienia surowca lub otwarcie nowego terenu zbytu zmienić mogą /…/ zasadnicze warunki wymiany międzynarodowej. /…/ Czy rolnik czeka może na automatyczne pokonanie chwastów przez pszenicę, czy też czynnym współdziałaniem, w danym wypadku bezwzględnym tępieniem chwastów „miesza się” do produkcji? I czy nie zwymyślano by go od idiotów, gdyby postępował wedle pierwszego szablonu? W Polsce moc jest ludzi, mających starsze tradycje gospodarcze, większą wprawę i zdolności handlowe od rdzennych Polaków. Ludzie ci nie są lub jeszcze nie są Polakami i sami się do tego przyznają. Sympatiami swymi ciążą często ku krajom leżącym poza Polską. Dlaczegoż ich zwycięstwo miałoby być koniecznością gospodarczą i dlaczego rządowi polskiemu nie miałoby być wolno pomagać Polakom, aby byli panami we własnym domu15.

Wolny rynek to dla Caro tak naprawdę mit, który został stworzony przez oligopole i monopole, aby zabezpieczyć ich interesy. Wolnej konkurencji we właściwym tego słowa znaczeniu nie ma we współczesnym świecie, ponieważ doskonale dbają o to kartele. Wolną konkurencję porzucili ostatecznie właśnie jej wyznawcy w kartelach. Zachowała ona żywot tylko w podręcznikach szkół akademickich16. Podstawowa zasada ekonomiczna liberałów – tanio kupować, drogo sprzedawać – również zostaje przez Caro całkowicie zdyskredytowana, jako nie mająca większego sensu, efektowna, acz pozbawiona treści. Przecież aby ktoś tanio kupił, ktoś inny musi mu daną rzecz tanio sprzedać, i odwrotnie: aby drogo sprzedać, musi się znaleźć osoba, która pod wpływem nagłej potrzeby dany towar przepłaci. Na połowę ludzi robiących dobre interesy, wypadałaby w ten sposób druga połowa kroczących prostą drogą ku ruinie. Okazuje się stąd, że ta idea przewodnia liberalizmu gospodarczego już w założeniu swym obliczona jest nie na przyniesienie pożytku całemu ogółowi ludzi, ale że jest hasłem pasożytniczym, wymagającym dla własnej egzystencji i rozwoju utrzymania połowy ludzkości na poziomie zupełnego analfabetyzmu gospodarczego17.

Spiżowe prawa ekonomii, na które częstokroć powołują się liberałowie, to zdaniem lwowskiego naukowca kolejny wybieg. Nie ma bowiem żadnych „niezłomnych” czy „żelaznych” praw gospodarczych, których wyszukiwaniem trudnią się myśliciele liberalni, uznający, iż rolą nauki i rozumu jest ich wykrywanie, a następnie implementacja. Podkreślają oni całkowitą autonomię tej dziedziny życia, odrzucając wszelką ingerencję „pozagospodarczych” czynników, takich jak moralność czy państwo. Tajemnicze prawa gospodarcze – pisze z ironią Caro – wydają się więc silniejszymi, niż siła elektryczna pioruna, ujarzmionego wszak przez piorunochrony; siła przyciągania ziemi, zniwelowana przez aeroplany; niż wszelka odległość, unicestwiona przy pomocy telegrafu czy telefonu; niż przeszkody gór i oceanów, usunięte w drodze budowy tuneli, statków i łodzi podwodnych. Tu wola ludzka zwyciężyła, tam tylko żadnej nie odgrywa roli. Niezwykła to istotnie potęga praw gospodarczych!18 Kapitalizm wedle Caro przyczynia się do erozji więzi międzyludzkich, atrofii komunikacji społecznej, niszczy naturalne wspólnoty, których istnienia nie potrzebuje i nie zauważa, widząc jedynie jednostkę, wyalienowanego homo oeconomicusa. Jedyny związek, który pozostaje, to – mówiąc słowami Thomasa Carlyle’a – cash nexus, wszystko staje się przedmiotem handlu, kontraktu, oceniane jest przez pryzmat zysku, jaki może przynieść. Rockefeller – podkreśla autor „Solidaryzmu” – na widok gołębi, myśli o ich cenie na targu, jak sam przyznaje się do tego w swoich pamiętnikach. Nie przychodzi mu na myśl ich piękność, wzajemne przywiązanie do siebie, ani fakt, że były one od tysięcy lat symbolem pokoju i miłości. /…/ Przyroda, to dla niego surowce, które można odszukać w głębi ziemi, to dochody z gleby i hodowli, nic więcej. Drugi człowiek, to bądź siła kapitałowa, bądź też ręce robocze19.

W ten sposób system ów prowadzi do dehumanizacji i reifikacji człowieka, przyczynia się też do zalewu bylejakości i tandety, przyjęcie tych zasad implikuje bowiem uniformizację, pośpiech, oparcie produkcji na zasadzie „jak najwięcej i jak najszybciej”. Caro wskazuje na spółdzielczość jako model, który wart jest propagowania, gdyż sprzyja tworzeniu więzi międzyludzkich, solidarności, uczy współpracy i samopomocy. Spółdzielczość, jego zdaniem, przynosi niezwykle doniosłe i pozytywne zmiany gospodarcze, ale, co nawet bardziej istotne, także mentalne, zmieniając gruntownie myślenie ludzi; wszystko to dobrze służy sprawie solidaryzmu, przybliża jego ustanowienie, stąd z całą mocą należy ją wspierać20. Żadna ustawa sama przez się, choćby najlepsza, żaden przymus etatyzmu i socjalizmu nie zda się na nic, gdy materiał ludzki będzie lichy i tępy. Przerabianie ludzi na lepszych i dojrzalszych to szczytne zadanie spółdzielczości21. Warto nadmienić, iż w twórczości Caro pobrzmiewają wyraźnie pewne wątki mesjanistyczne, jego zdaniem bowiem Polska ma szczególne predyspozycje, by wprowadzić idee solidarności i sprawiedliwości, nie tylko w stosunki gospodarcze, ale i narodowe.

Ksiądz Józef Tischner pisał w książce „Etyka solidarności”, iż solidarność wyrasta na fundamencie poczucia wspólnoty między ludźmi. Gdy człowiek zrozumie, że nie jest samotną monadą, iż nigdy nie jest sam, wtedy dopiero może rozkwitnąć solidarność, stanowiąca spontanicznie powstałą wspólnotę ludzi dobrej woli. Solidarność to przede wszystkim budowanie i tworzenie, a nie walka czy niszczenie; działa ona dla dobra ogółu, a nie przeciw komukolwiek22. Uczeń prof. Caro w swoich wspomnieniach natomiast słusznie podkreślał, iż: Nie ulega wątpliwości, że solidaryzm wymaga przemiany dusz i dlatego trudno liczyć na wprowadzenie go w życie z dnia na dzień. Prof. Caro jednak głęboko wierzył, że przemiana taka jest możliwą i całe życie poświęcił pracy nad jej przygotowaniem i urzeczywistnieniem. Wierzył w potęgę woli ludzkiej, która zdołała ujarzmić potężne siły przyrody i zaprząc je do pracy dla swego dobra. Wierzył, że za postępem technicznym pójdzie i postęp moralny ludzkości, który dopiero umożliwi korzystanie wszystkim ze zdobyczy geniuszu ludzkiego23.

Na zarzuty, iż solidaryzm jest jedynie konstruktem myślowym, niedostatecznie rozwiniętym, nie mającym żadnego potwierdzenia w rzeczywistości, Caro odpowiadał zaś, iż krytycy solidaryzmu zachowują się w tym przypadku tak samo, jak ów systematyk niemiecki, który wzbraniał się wejść do wody, póki nie nauczy się pływać. Innymi słowy, postanowiono zażądać od reprezentantów solidaryzmu i kierunków pokrewnych opracowania we wszystkich szczegółach planów przyszłego gospodarstwa społecznego, by w ten sposób przenieść teren dyskusji z krytyki kapitalizmu na krytykę nowych pomysłów. Życie jednak nie czeka i zanim ten program zostanie w sposób zadowalający wielki kapitał opracowany we wszystkich szczegółach, może nastąpić potop. Pływać bowiem nauczyć się można tylko w wodzie24.

Przypisy:

1 Dr J. K. Sondel, Życiorys i prace śp. prof. dra Leopolda Caro /w:/ Księga pamiątkowa ku czci śp. dra Leopolda Caro, prezesa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego i profesora ekonomii Politechniki Lwowskiej, pod. red. E. Hauswalda, Lwów 1939, ss. 11, 13.

2 ks. S. Wyszyński, Śp. Prof. Leopold Caro, „Ateneum Kapłańskie” 1939, t. 43.

3 Dr L. Caro, August Cieszkowski, Kraków 1893, s. 15.

4 L. Caro, Lichwa na wsi w Galicji w latach 1875-1891. Pogląd na zebrany dotąd materiał statystyczny wraz z projektem nowego badania w tym przedmiocie, Lwów 1893; Idem, Der Wucher. Eine socialpolitische Studie, Leipzig 1893.

5 Dr J. K. Sondel, op. cit., s. 21.

6 W. Romanów, Wspomnienie /w:/ Księga pamiątkowa…, s. 175.

7 L. Caro, Solidaryzm. Jego zasady, dzieje i zastosowania, Lwów 1931, ss. 5-6.

8Ibid., ss. 5-6.

9 Ibid., s. 87.

10 Ibid., s. 77.

11 Ibid., s. 7.

12 Ibid., ss. 10-11.

13Idem, Zmierzch kapitalizmu, Poznań 1934, s. 12.

14 Idem, Zasady nauki ekonomii społecznej, Lwów 1926, ss. 164-166.

15 Idem, Zmierzch…, ss. 14-15.

16 Idem, Liberalizm i kapitalizm, Włocławek 1937, s. 30.

17 Idem, Zmierzch…, s. 23; Idem, Liberalizm…, s. 34.

18 Idem, Solidaryzm…, s. 206.

19 Idem, Liberalizm…, ss. 91-92.

20 Idem, Współczesne prądy gospodarcze a spółdzielczość, Lwów 1932, ss. 13-14. Zob. też rozdział Przez spółdzielczość do solidaryzmu /w:/ Idem, Solidaryzm…, s. 229.

21 Idem, Solidaryzm…, s. 249.

22 J. Tischner, Etyka solidarności, Kraków 1981.

23 W. Romanów, op. cit., s. 177.

24 L. Caro, Współczesne prądy…, s. 11.

Przez lud do narodu. Patriotyczne wizje Jana Ludwika Popławskiego

Roman Dmowski w mowie pożegnalnej na pogrzebie Popławskiego stwierdził, iż to, co jest najlepsze w zakresie polskiej myśli politycznej, wyrosło z ziaren przez Popławskiego zasianych1. Pisząc o początkach ruchu narodowego, podkreślał, że Te młode koła były dziećmi epoki względnie trzeźwej, społeczeństwa przekształcającego się w kierunku nowożytnym, miały zaczątki rozumienia rzeczywistości polskiej i miały wśród siebie człowieka o dziesiątek lat od swych współpracowników starszego, który tę rzeczywistość ogromnie jasno widział i o Polsce szerszą, niż ktokolwiek wówczas, wiedzę posiadał. /…/ Był to duchowy ojciec nowoczesnej polityki polskiej2.

***

Jan Ludwik Popławski urodził się 17 stycznia 1854 r. w Bystrzejowicach pod Lublinem, w rodzinie ziemiańskiej, jako trzecie dziecko Wiktora i Ludwiki z Ponikowskich3. W Lublinie uczęszczał do gimnazjum, jednak został usunięty za awanturę z kolegą szkolnym, którego podejrzewał o szpiegostwo i donosicielstwo. W związku z tym wydarzeniem maturę zdał eksternistycznie w 1872 r. W 1873 r. rozpoczął studia na Wydziale Prawa Carskiego Uniwersytetu Warszawskiego i wkrótce włączył się tam w konspiracyjną działalność studencką.

W 1877 r. założył z Adamem Szymańskim organizację, która funkcjonuje w literaturze przedmiotu pod nazwą Związek Synów Ojczyzny. Powiązana była ona prawdopodobnie z galicyjską Konfederacją Narodu Polskiego. Organizacja Popławskiego stawiała sobie za cel przygotowanie w Królestwie struktur organizacyjnych przyszłego antyrosyjskiego powstania, które planowano wywołać w przypadku wojny pomiędzy zaborcami. W 1878 r. grupa została rozbita przez carską Ochranę, a Popławskiego osadzono w X Pawilonie warszawskiej Cytadeli, gdzie spędził rok. W styczniu 1879 r. został skazany na ośmioletnie zesłanie w głąb Rosji, z którego wrócił jednak już w 1882 r. dzięki usilnym staraniom rodziny i w związku z chwilową liberalizacją w Rosji za rządów Michała Loris-Mielikowa.

W rok po powrocie do kraju Popławski podjął pracę w tygodniku „Prawda”, wydawanym przez „papieża pozytywizmu”, Aleksandra Świętochowskiego. Dość szybko zyskał w piśmie ważną pozycję wraz ze swoim przyszłym szwagrem, Janem Karolem Potockim. W tym samym roku został ponownie aresztowany i odsiedział trzy miesiące w warszawskiej Cytadeli, oskarżony o działalność propagandową w duchu rewolucyjnym i utrzymywanie kontaktów z członkami „Proletariatu”. Rok później Popławski i Potocki odchodzą z „Prawdy”, argumentując to polityką pisma, które nie dość konsekwentnie miało eksponować „kwestię ludową” (w szerokim rozumieniu tego słowa) – przedstawiało co prawda nędzę i wyzysk robotników, nie wskazując jednak palcem sprawców tego stanu rzeczy.

***

Po zerwaniu z „Prawdą”, Popławski i Potocki zakładają tygodnik „Głos”. W Prospekcie, poprzedzającym wydanie pierwszego numeru pisma, deklarowano: W naszym „Głosie” znajdą swój wyraz i poparcie przekonania i dążenia ludzi, którzy potrafią swe interesy oraz sympatie społeczne, polityczne i narodowe skojarzyć z wymaganiami rzetelnych potrzeb ludu4. Wśród członków zespołu redakcyjnego i stałych współpracowników znajdujemy postacie reprezentujące różnorodne kierunki ideowe: marksistów, patriotycznych socjalistów, ludowców – m.in. Ludwika Krzywickiego, Wacława Nałkowskiego, Aleksandra Łętowskiego, Mieczysława Brzezińskiego, Teodora Tomasza Jeża (Zygmunta Miłkowskiego) czy Edwarda Paszkowskiego. Ten ostatni to autor powieści opisującej zespół głosowiczów, w której Popławski (powieściowy Pacławski) przedstawiony został jako idealista i altruista, heroicznie walczący o realizację wyznawanych przez siebie ideałów oraz niekwestionowany przywódca całego środowiska, górujący nad nim intelektualnie5. W „Głosie” debiutowali m.in. Stefan Żeromski, Jan Kasprowicz, Władysław Reymont czy Kazimierz Przerwa-Tetmajer.

Decydujący wpływ na kształt pisma miał właśnie Popławski. Objął on funkcję redaktora politycznego i sekretarza redakcji, jego autorstwa była większość artykułów wstępnych z działu społeczno-politycznego i ekonomiczno-społecznego, stały felieton pt. „Z kraju” oraz poważna ilość recenzji, omówień, krytyk, polemik itp. W swej publicystyce Popławski kontynuuje tematykę ludowo-narodową, której wiele uwagi poświęcał już wcześniej, jego poglądy na te sprawy wyraźnie krystalizują się w tym okresie. Przede wszystkim samo pojęcie ludu zostaje wyraźnie poszerzone – w ujęciu Popławskiego obejmuje ono nie tylko ludność chłopską, ale także robotników i warstwy pośrednie. Coraz więcej miejsca w jego pisarstwie zaczyna wówczas zajmować tematyka znaczenia zachodnich terenów kraju – można go wręcz uznać za twórcę polskiej myśli zachodniej.

W 1887 r. „Głos” staje się de facto ekspozyturą nowoutworzonej organizacji Liga Polska (LP), natomiast Popławski jej komisarzem w Królestwie Polskim. Z kolei w 1890 r. poznaje debiutującego wówczas na łamach „Głosu” Dmowskiego, z którym pozostanie w przyjaźni do końca życia. Rok później wspólnie zorganizują w Warszawie obchody stulecia Konstytucji 3 Maja, a w następnym roku wespół jeszcze z trzecim „ojcem założycielem” obozu narodowego, Zygmuntem Balickim, doprowadzą do przekształcenia LP w Ligę Narodową (LN). „Głos” zostaje zamknięty przez władze carskie w 1894 r., po aresztowaniu – w trakcie manifestacji w stulecie insurekcji kościuszkowskiej – współpracowników pisma. Po reaktywacji periodyku w 1895 r., Popławski współpracuje z nim już tylko przez niespełna rok, do czerwca 1896 r.

***

Wkrótce po opuszczeniu więzienia przedostaje się nielegalnie do Lwowa. Początkowo współpracował tam z wydawanym przez Bolesława Wysłoucha i Karola Lewakowskiego „Kurierem Lwowskim”, następnie przejął kierownictwo nad świeżo pozyskanym przez Ligę Narodową „Przeglądem Wszechpolskim”, który będzie redagował do 1902. W tym głównym organie teoretycznym LN Popławski jest autorem artykułów wstępnych, a także stałych felietonów pt. „Z całej Polski”, które podpisuje pseudonimem J. L. Jastrzębiec lub po prostu Jastrzębiec, od swojego rodowego godła. Słynne były również jego „korespondencje” z zaboru pruskiego, które preparował na podstawie doniesień prasowych z tamtych ziem – jak wspominał Dmowski, samym Poznaniakom wydawały się one tak autentyczne, że ich autora doszukiwano się wśród dziennikarzy ze stolicy Wielkopolski6.

W październiku 1896 r. rozpoczął wydawanie miesięcznika dla ludu pod tytułem „Polak”. Formalnie redaktorem pisma był Kasper Wojnar, faktycznie zaś kierował nim Popławski, przynajmniej do roku 1901. Pismo było przeznaczone dla ludności wiejskiej wszystkich zaborów. Nie bez słuszności „Polak” uważany jest za najwybitniejsze osiągnięcie publicystyczne Popławskiego, spośród pism obozu narodowego cieszył się on też największą popularnością. Popławski prowadził w nim regularnie, aż do 1907 r., stałą rubrykę „Sprawy polskie”, w której przybliżał dzieje Polski, eksponując zwłaszcza tradycję wojen obronnych i powstań narodowych, a szczególnie udział w nich przedstawicieli ludu (Bartosz Głowacki, Jan Kiliński), oraz omawiał zagadnienia z zakresu polskiej geografii, kultury, obyczajów i języka. Wszystko to oczywiście służyć miało rozbudzeniu świadomości narodowej wśród ludności wiejskiej, przetworzeniu tej biernej masy w Polaków rozumiejących swą ponadzaborową jedność oraz w obywateli zdających sobie sprawę z obowiązków, jakie nakłada przynależność do jednego narodu.

Zasługą Popławskiego był również cały szereg inicjatyw powołanych do życia we Lwowie w celu popularyzacji idei wszechpolskiej oraz dających „kolonii emigrantów” z Królestwa Polskiego stałą pracę i dochód. Można tutaj wymienić: Kasę Pożyczkową, prowadzoną przez Ernesta Adama, przetworzoną później w Kredytowy Bank Ziemski; fabrykę wyrobów chemicznych i kosmetyków „Tlen”, założoną przez Bronisława Koskowskiego; powołane w 1897 r. Towarzystwo Wydawnicze, nakładem którego ukazały się m.in. „Syzyfowe prace” Żeromskiego; Związek Naukowo-Literacki, którego prezesem został Jan Gwalbert Pawlikowski, będący ośrodkiem spotkań i forum wymiany myśli lwowskich sfer naukowych, artystycznych i dziennikarskich; Szkołę Nauk Politycznych. W 1902 r. Liga Narodowa nabyła we Lwowie drugi dziennik – założone jeszcze przez Stanisława Szczepanowskiego „Słowo Polskie”. Popławski wchodzi do redakcji pisma, w którym zaczyna odgrywać coraz ważniejszą rolę, w styczniu następnego roku bierze zaś udział w powołaniu tygodnika „Ojczyzna”, przeznaczonego dla ludności wiejskiej w zaborze austriackim.

W 1906 r. powrócił do Warszawy, aby przejąć po Dmowskim redakcję „Gazety Polskiej”. W dzienniku tym pracował jednak tylko do jesieni 1907 r., bowiem stan jego zdrowia gwałtownie się pogorszył. Od tego momentu odsunął się od działalności politycznej, zaprzestał pracy zawodowej. Dodatkowo, jak się wydaje, był w tym okresie dość krytycznie nastawiony do polityki realizowanej przez Ligę, wyrażał swoje wątpliwości wobec angażowania jej w bieżącą politykę poprzez udział w Dumie oraz wobec uczestnictwa w ruchu neosłowiańskim. Zmarł 12 marca 1908 r. w Warszawie, bezpośrednią przyczyną był rak gardła. Pochowany został trzy dni później na warszawskich Powązkach.

***

Dwa tematy zdominowały publicystykę Popławskiego: kwestia ludowa i zachodnia. Były one ściśle powiązane ze sprawą odzyskania przez Polskę niepodległości. Popławski poszukiwał środków, które ową niepodległość mogą przynieść, zastanawiał się, co należy uczynić, aby jej osiągnięcie stało się realne. Usiłował też wskazywać, jak ta niepodległa Polska winna wyglądać. Rozumiejąc, iż niepodległość nie jest czymś danym raz na zawsze, niemało uwagi poświęcił ziemiom zachodnim i kwestii granic, uznając, że ich odpowiednia konstrukcja jest równie ważna jak samo odbudowanie państwa. Jeśli przyszła Polska nie ma być tworem efemerycznym czy też zależnym od krajów ościennych, konieczna jest, jak podkreślał, jej rekonstrukcja w odpowiednim kształcie terytorialnym.

Oceniając szanse na odzyskanie niepodległości, Popławski uznawał, iż jest ono możliwe jedynie w przypadku wojny – albo pomiędzy mocarstwami zaborczymi, albo któregoś z nich z innym państwem – i połączonego z nią powstania narodowego. Nie twierdził jednak bynajmniej, iż do tego momentu należy czekać z założonymi rękami, wyglądając z utęsknieniem sprzyjającego Polsce rozwoju wypadków. Wręcz przeciwnie – należy ten czas wykorzystywać w sposób optymalny, uruchamiając procesy, które w odpowiedniej chwili umożliwią powodzenie zrywu niepodległościowego. Wytężona praca na różnych polach jest bowiem najlepszym gwarantem tego, iż w sprzyjającym momencie Polacy będą w stanie odbudować swoje państwo.

W artykule z 1900 r. pisał, iż kwestia odzyskania niepodległości politycznej Polski przedstawiać się musi każdemu, kto się nad nią zastanawia, jako rezultat współdziałania dwóch czynników: zbiegu pomyślnych okoliczności zewnętrznych, w bardzo małym stopniu od nas zależnych lub niezależnych wcale i od naszej wewnętrznej siły narodowej i społecznej. Nasza polityka narodowa przed 1863 r. zwracała szczególną uwagę na okoliczności zewnętrzne – kombinacje dyplomatyczne i zatargi międzynarodowe lub ruchy rewolucyjne. Nie lekceważyła ona bynajmniej siły wewnętrznej społeczeństwa, jak to niektórzy publicyści dziś twierdzą, sądziła jednak, że ta siła istnieje w stanie utajonym…7. Popławski, jak się wydaje, nie wierzył w te czekające na sygnał ukryte siły, które zostaną zbudzone w odpowiednim momencie. Uważał, iż na tym polu również konieczna jest wielka praca, że doraźna propaganda i agitacja nie są w stanie ad hoc zorganizować i poruszyć tej drzemiącej rzekomo potencji. Stąd też zainteresowanie Popławskiego i waga, jaką przykładał do tzw. kwestii ludowej.

***

Termin „lud” oznaczał dla niego początkowo przede wszystkim ludność wiejską, której instynktownie narodową postawę, wyrażającą się choćby w obronie swej ziemi przed zakusami Komisji Kolonizacyjnej w zaborze pruskim, przeciwstawiał wątpliwej jakości patriotyzmowi szlachty („Głos” drukował np. nazwiska Polaków sprzedających Niemcom swe majątki w Wielkopolsce i na Pomorzu). Lud stanowił więc dla niego naród in statu nascendi, swego rodzaju potencjał narodowy, który należało zaktualizować i wykorzystać. Popławski uznał nawet, iż w Polsce istnieją dwie odrębne cywilizacje – chłopska i pańska, będące względem siebie przeciwstawne. Po jednej stronie /…/ stoi cała warstwa uprzywilejowana w jakikolwiek sposób, cała inteligencja narodu – po drugiej zwarta masa ludowa, związana tylko nieświadomym poczuciem wspólności plemiennej – naród pański i naród chłopski. /…/ Interesy ludu nie tkwiły dotychczas w interesach narodu. Doprowadzenie dwóch tych liczb do wspólnego mianownika – to zadanie przyszłości, ale zadanie nie tak łatwe, jak się na pozór zdaje8.

Chłopi uosabiali dla Popławskiego przywiązanie do tradycji, obyczajów, ziemi, języka oraz tzw. poczucie gromadzkie, stojące w opozycji wobec liberalnego indywidualizmu. Tak mocne akcentowanie kwestii ludowej było zresztą powodem wysuwanych pod jego adresem zarzutów o powielanie na gruncie polskim wzorców rosyjskiego narodnictwa. Paralele takie wydają się jednak zupełnie nietrafione. Podstawowa różnica pomiędzy narodnikami a Popławskim jest tego rodzaju, że ci pierwsi idealizowali lud, wyposażając go we wszystkie możliwe przymioty, postrzegali go jako nosiciela prawdy oraz usiłowali niejako „uludowić” cały naród, przeciwstawiając sobie te dwa pojęcia. U Popławskiego nie ma natomiast jakiejś naiwnej „ludomanii”, kultu „swojszczyzny”, programu uczenia się od ludu czy postulatów uludowienia narodu.

Wręcz przeciwnie – chodziło mu o unarodowienie ludu. Jego antyszlacheckość, jak i widoczny czasami antyklerykalizm, również nie miały charakteru programowego. Krytyka tych warstw wynikała z przeświadczenia, że zbyt mało uwagi poświęcały one sprawom ludu, co niekorzystnie wpływało na kwestię narodową. Z biegiem czasu Popławski rozszerzył zakres semantyczny tego pojęcia, obejmując nim całość tzw. warstw pracujących, a więc włączając również robotników, inteligencję i mieszczaństwo. Już w artykule z 1887 r. pisał: Osobiście sam należę do ludu, bo lud stanowią nie tylko ci, którzy ziemię orzą lub w fabryce mają robotę, ale i ci wszyscy, którzy żyją wyłącznie z rezultatów swojej pracy osobistej. Lud to po prostu zbiorowość wszystkich klas pracujących9.

***

Nowe społeczeństwo polskie, którego stworzenie postulował Popławski, wymagało, aby – jak pisał Norwid w „Promethidionie” – została zasypana przepaść pomiędzy „słowem ludu, a słowem pisanym i uczonym”. Lekarstwem na to rozdarcie miała być demokratyzacja, stopniowe zlewanie się tych warstw w jedną całość. Proces ten jednak oczywiście sam z siebie nie jest w stanie zajść, potrzebny jest więc ogromny wysiłek warstw wyższych, inteligencji w kierunku podnoszenia ludu, włączenia warstw ludowych w krwioobieg narodowy, stworzenia z nich Polaków świadomych, a można byłoby rzec – wręcz nowoczesnych, przekształcenia biernej narodowo masy etnograficznej w aktywną siłę polityczną. Gdyby polityka Poznańczyków – pisał Popławski w 1888 r. – od dawna weszła na tory demokratyczne, gdyby z pominięciem interesów warstw innych wszystkie usiłowania skierowano ku podniesieniu moralnego i materialnego stanu ludu, stworzono silną ekonomicznie drobną własność, tanie instytucje kredytowe, szkoły rękodzielnicze, stowarzyszenia wytwórcze itp., kolonizacja niemiecka i próby germanizacji byłyby raz na zawsze pozbawione podstaw działania10.

Bez współpracy wszystkich warstw społecznych, marzenia o niepodległości pozostaną zdaniem Popławskiego jedynie mrzonkami, nie mającymi żadnego pokrycia w rzeczywistości. Szlachta posiadała bowiem tradycje politycznego działania, lud natomiast mógł zapewnić jej polityczną siłę. Tak też należy chyba rozumieć głoszoną przez Popławskiego formułę podporządkowania interesom ludu interesów warstw odrębnych, jego przekonanie, iż sprawa ludowa bynajmniej nie zawiera się w sprawie narodowej jak część w całości oraz hasło „nie przez naród do ludu, lecz przez lud do narodu”11. Popławski stwierdza bowiem, iż w danym momencie historycznym podporządkowanie interesów wszystkich klas interesom ludu w pełni odpowiada interesom całego narodu, przybliżając niepodległość12.

***

Wydawałoby się, że postulaty Popławskiego bliskie były tym, które w owym czasie lansowali pozytywiści. Jednak bliskość ta jest pozorna. Owszem, zarówno Popławski, jak i pozytywiści kładli nacisk na coś, co możemy określić mianem „pracy organicznej”, jednak ten pierwszy wcale nie miał zamiaru w związku z tym spychać na drugi plan kwestii niepodległości. Niepodległość bowiem to dla Popławskiego „wielka idea”, która winna towarzyszyć wszelkim poczynaniom Polaków.

Program pozytywistyczny, oznaczający rezygnację z dążeń niepodległościowych w imię spokoju, rozwoju gospodarczego oraz możliwości indywidualnego bogacenia się, to dla niego obniżenie ideałów społecznych. W związku z tym stwierdzał wręcz, iż teza, że w polityce nie wolno rządzić się uczuciem, a tylko rozsądkiem, jest tyleż efektowna, co fałszywa. Nie można bowiem jego zdaniem zaprzeczać doniosłości udziału uczuć w sprawach społecznych, należy owszem liczyć się z nimi i na nich politykę swoją opierać, inaczej bowiem najkunsztowniej zbudowane jej rusztowanie runie przy pierwszej próbie jak domek z kart13.

Tak więc Popławski mówił nam ni mniej ni więcej to, że właśnie prawdziwy realizm polityczny wymaga liczenia się z uczuciami, brania pod uwagę również tego czynnika. Praca organiczna, codzienna, praktyczna – jak najbardziej tak, ale w jej imię nie można zapominać o celu zasadniczym, ponieważ jedynie wówczas ma ona wartość, sens i znaczenie, gdy ją ogrzewa i oświeca płomienne słońce jakiejś wielkiej idei14. Bez tej wielkiej idei nie uda się nawet skutecznie wypełniać owych drobnych, codziennych obowiązków, ona bowiem stanowi najlepszy katalizator działań, nadaje im „ruch i spójnię” i jest dla nich „magazynem zapasowym siły”.

Złudzeniem jest również wedle Popławskiego pogląd, iż poprzez działania zmierzające do rozwoju gospodarczego, żmudną, codzienną pracą można powoli, stopniowo osiągając coraz większą autonomię, doprowadzić do odzyskania przez Polskę niepodległości. Przekonywał on, iż państwa ościenne nigdy z własnej woli do tego nie dopuszczą, że jeśli własnym wysiłkiem zbrojnym i przelaną krwią Polacy do tego nie doprowadzą, to nie ma co liczyć na jej urzeczywistnienie. Praca organiczna, codzienna to środek wspomagający, pomocniczy jedynie, natomiast sama niepodległość musi wiązać się ze zrywem powstańczym, który jednak poprzez tę mozolną pracę zostanie właściwie przygotowany.

***

Wspomniana druga sfera aktywności Popławskiego, to kształt przyszłego niepodległego państwa polskiego. Zasługi Popławskiego na tym polu to przede wszystkim zwrócenie uwagi na znaczenie ziem zachodnich. Można śmiało powiedzieć, iż to właśnie za jego sprawą doszło do przeorientowania polityki w kwestii etnicznie polskich ziem zachodnich. Roman Dmowski pisał wprost o doniosłej roli współtwórcy Ligi Narodowej na tym polu, podkreślając, iż Człowiekiem, który otworzył oczy naszemu pokoleniu na znaczenie ziem zaboru pruskiego dla przyszłości Polski, który jasno widział, że bez tych ziem możemy być tylko słabym, uzależnionym od sąsiadów, stopniowo topniejącym narodkiem, w którego nieocenionych i po dziś dzień niedocenionych pismach politycznych ta myśl przewija się nieustannie – był Popławski15. Tenże bowiem już w 1887 r. podkreślał: Wolny dostęp do morza, posiadanie całkowite głównej arterii wodnej kraju – Wisły, to warunki konieczne prawie istnienia naszego. /…/ Nasi politycy marzą jeszcze o Wilnie i Kijowie, ale o Poznań mniej dbają, o Gdańsku zapomnieli prawie zupełnie, a o Królewcu i Opolu nie myślą zgoła16.

W związku z takimi konstatacjami pilnie śledził i analizował Popławski dane statystyczne dotyczące areału ziemi i liczby gospodarstw polskich czy też zmian struktury narodowościowej w zaborze pruskim. Akcentował negatywne dla Polaków tendencje jeżeli chodzi o stan posiadania, natomiast pozytywne w sferze przyrostu demograficznego na tych terenach17. Ranga ziem zachodnich była wedle Popławskiego tak duża, iż dopuszczał nawet możliwość zrzeczenia się Litwy, Białorusi i Ukrainy w przypadku, jeśli wymagałyby tego interesy pozyskania terenów zaboru pruskiego. Walka toczona na kresach zachodnich była jego zdaniem problemem o fundamentalnym znaczeniu dla całego narodu.

Przywołując ukute po Kongresie Wiedeńskim hasło „głupia Polska bez Poznania”, Popławski pisał, że marna byłaby ta przyszła Polska, dla której żyjemy i działamy, ta Polska, której nie doczekamy zapewne, ale którą oglądać będą dzieci i wnuki nasze – nie tylko bez Poznania, ale i bez Śląska, bez dostępu do morza, a więc bez Gdańska i Królewca. Te prowincje, które dziś do Prus należą, są koniecznym warunkiem istnienia państwa polskiego, już dziś są warunkiem utrzymania potęgi prusko-niemieckiej. Dla nas tym bardziej nie może być w tej sprawie kompromisu. /…/ bez tych ziem Polska nie może istnieć, że choćby w innych granicach powstała, do opanowania tych ziem dążyć musi. Niemcy już to rozumieją – my nie wszyscy jeszcze18. Konflikt polsko-niemiecki w zaborze pruskim w związku z tym postrzegał on jako coś nieuchronnego ze względu na strategiczne znaczenie tych ziem nie tylko dla Polski, ale i dla Niemiec.

***

Popławski niewątpliwie był człowiekiem, który stworzył podwaliny ideowe obozu narodowego, mimo iż nie pozostawił po sobie żadnego zwartego dzieła. Jego ogromna spuścizna (rozsiane w prasie artykuły zdaniem wydawcy jego „Pism politycznych” złożyłyby się na około 40 tomów po 300 stron każdy!19), nie odeszła w zapomnienie. W latach międzywojennych mieliśmy nawet do czynienia ze swego rodzaju sporem o nią między Stronnictwem Narodowym a ugrupowaniami dysydenckimi, które zdecydowały się na współpracę z rządami sanacyjnymi, argumentując ten krok trzymaniem się właśnie wskazań politycznych Popławskiego.

Nieżyjący już wówczas „mistrz” zawsze podkreślał, iż trudno przewidzieć, w jakich okolicznościach Polacy zyskają możliwość odbudowy państwa i w związku z tym nie można opracować szczegółowego planu działania oraz dokonać wyboru środków potrzebnych do urzeczywistnienia tego zasadniczego celu. Mimo to jednak, kierunek wszelkich działań powinien mieć charakter stały. Należy przede wszystkim skupić się na dążeniu do wytworzenia takiego zasobu siły narodowej, do takiego jej wyćwiczenia i uruchomienia, żebyśmy zawsze mogli w chwili sposobnej skorzystać z pomyślnych okoliczności i odpowiednio je wyzyskać dla osiągnięcia ostatecznego celu polityki narodowej – niepodległości państwowej Polski20.

W związku ze 150. rocznicą jego urodzin podjęto inicjatywę, aby uchwałą Sejmu RP ogłosić rok 2004 „Rokiem Jana Ludwika Popławskiego”. Niestety, projekt ten został odrzucony głosami postkomunistów.

Przypisy:

1 T. Kulak, Wstęp /w:/ J. L. Popławski, Wybór pism, wybór, wstęp i opracowanie T. Kulak, Wrocław 1998, s. 16.

2 Roman Dmowski, Polityka polska i odbudowanie państwa t. I, Warszawa 1988, ss. 51-52.

3 Biografia Popławskiego głównie na podstawie książek: T. Kulak, Jan Ludwik Popławski 1854-1908. Biografia polityczna t. 1 i 2, Wrocław 1989; E. Maj, Jan Ludwik Popławski. Poglądy i działalność polityczna, Lublin 1991.

4 J. Żurawicka, Zespół redakcji „Głosu” (1886-1894), „Roczniki Historii Czasopiśmiennictwa Polskiego” 1962, t. 1.

5 E. Paszkowski, Podniebie. Z kroniki czwartego piętra, Lwów 1901.

6 Roman Dmowski, Popławski i młodzież jego czasów, „Akademik” nr 8-9, 1923.

7 J. L. Popławski, Podwójna polityka /w:/ Tenże, Wybór…, s. 142.

8 Tenże, Demokratyzacja zasad /w:/ Tenże, Wybór…, ss. 19-21.

9 Tenże, Z kraju, „Głos” nr 23, 1887.

10 Tenże, Łamańce oportunistyczne, „Głos” nr 33, 1888.

11 Tenże, Lud i naród /w:/ Tenże, Wybór…, s. 50.

12 Tenże, Interesy ludu i polityka narodowa /w:/ Tenże, Wybór…, s. 74.

13 Tenże, Obniżenie ideałów /w:/ Tenże, Wybór…, s. 28.

14 Tenże, Wielkie i małe idee /w:/ Tenże, Wybór…, s. 31.

15 R. Dmowski, Polityka…, s. 64.

16 J. L. Popławski, Środki obrony /w:/ Tenże, Wybór…, s. 45.

17 Ibid., ss. 33-42.

18 Tenże, Polityka polska w zaborze pruskim /w:/ Tenże, Wybór…, s. 86.

19 Z. Wasilewski, Na widowni, „Myśl Narodowa” nr 15, 1933.

20 J. L. Popławski, Organizacja sił narodowych /w:/ Tenże, Wybór…, s. 117.

Folklor i awangarda

Choć traktowana na ogół z nutką sympatii, kultura ludowa kojarzy się ze skansenem, „cepeliadą”, czymś archaicznym i konserwatywnym. Istniał jednak w Polsce nurt kulturowo-polityczny, który traktował dziedzictwo wsi i prowincji jako punkt wyjścia do śmiałych, wręcz awangardowych projektów artystycznych, które z kolei miały stanowić siłę sprawczą emancypacji niższych warstw społecznych. Spiritus movens takich koncepcji i inicjatyw był Jędrzej Cierniak.

***

Urodził się 15 października 1886 r. we wsi Zaborów w powiecie Brzesko w Małopolsce. Jego dzieciństwo upłynęło pod znakiem typowej „nędzy galicyjskiej”. Gdy jednak okazało się, że chłopiec jest bardzo zdolny, rodzina – kosztem wielu wyrzeczeń – zapewniła mu możliwość edukacji. Po maturze podjął na Uniwersytecie Jagiellońskim studia filologii klasycznej i polonistyki, które ukończył w 1913 r., zaś rok później zdał egzamin nauczycielski. Przejawiał również zdolności muzyczne, literackie i malarskie, jednak ze względów materialnych nie miał możności ich profesjonalnego rozwijania.

Zajął się natomiast działalnością społeczną. W wakacje 1905 r. zaborowska młodzież za jego namową wystawiła amatorską sztukę „Dziesiąty pawilon” o tematyce patriotycznej. W 1908 r. założył wiejski zespół teatralny; próby odbywały się w domu rodzinnym. Wraz z kolegami z gimnazjum powołał też tajne kółko samokształceniowe, na cmentarzu w Bochni ślubowali wytrwałość w walce o odzyskanie niepodległości. Podczas studiów działał w akademickim kole Towarzystwa Szkoły Ludowej, brał także udział w szkoleniach wojskowych Związku Strzeleckiego.

Gdy wybuchła wojna, wstąpił do Legionów. Brał udział w walkach na terenie dzisiejszej Ukrainy, na froncie spędził niemal trzy lata. Po tzw. kryzysie przysięgowym sierżant Cierniak zagrożony był wcieleniem do armii austro-węgierskiej, więc latem 1917 r. wyjechał z fałszywym paszportem do Warszawy. Tam podjął pracę jako nauczyciel polskiego i łaciny w renomowanym gimnazjum Wojciecha Górskiego. Jego talent pedagogiczny i zaangażowanie w życie szkoły szybko zaowocowały awansem na stanowisko wicedyrektora (tzw. inspektor) placówki.

***

Szkoła Górskiego, w której chętnie sięgano po niestandardowe metody wychowawcze, była dogodnym miejscem dla amatorskiej działalności teatralnej z udziałem uczniów. Z inicjatywy Cierniaka zorganizowano około 25 pokazów „Szopki krakowskiej”, a następnie, wedle autorskiego scenariusza, wystawiono widowisko „Wesele krakowskie”, które zyskało znakomite recenzje.

Wkrótce ten rodzaj aktywności wykroczył poza szkolne mury. Cierniak w 1923 r. podjął się społecznie funkcji redaktora pisma „Teatr Ludowy”, któremu z braku funduszy groził upadek. Szybko pozyskał do współpracy w finansowaniu i kolportażu organizacje społeczne – pismo okresowo ukazywało się, oprócz standardowego wydania, m.in. w formie wkładki do różnych gazet trafiających do liderów społeczności wiejskich, osiągając nawet 10 tys. egz. nakładu.

Jako jego redaktor, wszedł do Komitetu Wykonawczego Związku Teatrów Ludowych. W 1924 r. został członkiem komisji kulturalnej Centralnego Związku Młodzieży Wiejskiej, co pozwoliło wpływać pod względem organizacyjnym i ideowym na zespoły teatralne związane z tą prężną i masową inicjatywą. W roku 1927 w ramach ZTL zainicjował Cierniak wraz z Adamem Bieniem szeroko zakrojone badania amatorskiego ruchu teatralnego. Ich wyniki, omówione następnie w książce „Teatry ludowe w Polsce”, nie tylko dały pierwszy całościowy obraz zjawiska, ale przede wszystkim pomogły autorom sformułować wnioski dotyczące pożądanych kierunków rozwoju.

***

Amatorski teatr ludowy był jednym z prężnych fenomenów kulturowych międzywojnia. Szacuje się, że działało wówczas na wsi 5-7 tysięcy stałych zespołów teatralnych, które dawały rocznie 20-30 tys. przedstawień. Do tego dochodzą amatorskie zespoły w miastach, a także znaczna liczba inicjatyw okazjonalnych, co w sumie oznacza ok. 10 tys. oddolnych, niezawodowych przedsięwzięć teatralnych. Była to zatem ogromna rzesza ludzi – aktywnych twórców, a zwłaszcza odbiorców ich wysiłku można liczyć w setkach tysięcy.

Teatr ludowy nierzadko był na prowincji jedynym przejawem zbiorowych działań artystycznych, a w wielu przypadkach jedną z nielicznych form jakiejkolwiek aktywności społecznej. Na wsi w owym okresie zamieszkiwało zaś 75% obywateli Polski. Gdy do tego dodamy małe miasta oraz amatorskie wysiłki teatralne w łonie środowisk robotniczych, młodzieżowych, w różnych grupach zawodowych, wówczas widzimy, że było to zjawisko o niemałym zasięgu i znaczeniu.

Jędrzej Cierniak zdawał sobie doskonale sprawę, że to, jaki repertuar i metody pracy przyjmie ów ruch artystyczny, stanowić będzie o rozwoju kulturowym mas społecznych. Natomiast to, jaki będzie udział owych mas w życiu kraju, wpłynie znacząco na oblicze kultury narodowej. I wreszcie – to, co i jak będą w swych inicjatywach kulturalnych czyniły masy, nie pozostanie bez wpływu na ich pozycję społeczną, siłę polityczną i udział w życiu publicznym.

***

Na początku lat 20. nawiązał współpracę z warszawskimi twórcami teatru zawodowego. Byli to m.in. Leon Schiller, Juliusz Osterwa i Mieczysław Limanowski. Związani z eksperymentalnym teatrem „Reduta”, propagowali nowe trendy w tej dziedzinie sztuki. Schiller stworzył koncepcję teatru monumentalnego – takiego, którego odbiorcami są masy ludowe, a same spektakle przybierają rodzaj uroczystości, swoistego obrzędu. Zespół „Reduty” opierał działalność i program ideowy na pracy zespołowej (swoistym uspołecznieniu pracy aktorów), a także na faktycznym przeżywaniu treści widowiska przez jego twórców (aktor „jest” daną postacią, nie zaś ją „gra”).

Sojusz wielkomiejskich eksperymentatorów z chłopskim społecznikiem wynikał z podobnych dążeń, choć nieco inaczej akcentowanych. Oni chcieli, by „teatr narodowy” zwrócił się do mas ludowych (nie tylko chłopskich), by stał się teatrem bazującym na zbiorowych emocjach i czerpał z autentycznych tradycji ludowych (Schiller już w 1919 r. wystawił „Szopkę staropolską”, która w „Reducie” przybrała postać „Pastorałki”). Cierniak zaś dostrzegał w kulturze ludowej inspirujący „materiał” artystyczny, wśród mieszkańców wsi twórców i odbiorców monumentalnych widowisk, zaś w amatorskim teatrze – potencjał „obywatelski”.

Jerzy Zawieyski, wieloletni i bodaj najbliższy współpracownik Cierniaka, pisał, że był twórcą teatru ludowego. Twórcą prawdziwym, to znaczy, że odrzucił wszystko, co w tej dziedzinie zastał i urzeczywistnił własną wizję o tym, jaki powinien być teatr ludowy, nowoczesny, zgodny z dążeniami współczesnej wsi. Przede wszystkim postawił odważną, a dla wielu obrazoburczą tezę, że choć amatorski ruch teatralny rozwija się prężnie, to jednak jego znaczną, jeśli nie dominującą część stanowią inicjatywy pozbawione większej wartości. Dotychczasowy rozwój teatru ludowego bazował bowiem na kilku negatywnych trendach.

Po pierwsze, służyć miał głównie rozrywce. W praktyce oznaczało to, że sięgano po utwory łatwe w przygotowaniu, lecz pozbawione wartościowego wpływu na odtwórców oraz widzów. W dodatku teksty te w niewielkim stopniu odzwierciedlały realia i problemy niższych warstw społecznych. Były to tandetne „sztuczki”, które pisali zazwyczaj miejscy literaci niskiej klasy, a ich edycją zajmowały się wydawnictwa zainteresowane zyskiem, nie zaś rozwojem artystycznym ludu.

Po drugie, nawet jeśli takim inicjatywom przypisywano funkcje wychowawcze, to bardzo wąsko rozumiane – ot, wiejska młodzież zamiast się nudzić, miała „zająć się teatrem”, zaś widzowie otrzymać „coś patriotycznego lub religijnego”. Po trzecie, teatr taki nieudolnie kopiował wzorce z zawodowego teatru miejskiego, od scenografii poczynając („pudełkowa” scena), poprzez podział pracy (reżyser, który „tresował” aktorów) i granie przedstawień w celach zarobkowych (z tą różnicą, że dochód przeznaczano zwykle na cele społeczne), a kończąc na pozbawionej refleksji nauce ról na pamięć i beznamiętnym ich odgrywaniu. Teatr taki polega – pisał Cierniak – na niewolniczym naśladowaniu w treści i formach teatru zawodowego, /…/ z pominięciem prawdziwego artyzmu sceny zawodowej.

Ani repertuar, ani sposób przygotowywania przedstawień i ich odgrywania oraz społeczna i kulturowa rola takich inicjatyw, nie pozwalały mówić o właściwym teatrze ludowym. W żaden sposób taki teatr nie odwoływał się do specyfiki społecznej ludu, ani nie czerpał z jego dorobku kulturowego. W książce Cierniaka i Bienia czytamy: my właściwie w obecnej Polsce /…/ nie mamy teatru ludowego w istotnym tego słowa znaczeniu. Trzeba go zatem dopiero tworzyć. A któż go ma stworzyć, jeżeli właśnie nie masy ludowe, skoro to ma być ich teatr /…/. uważamy, że 1) teatr ludowy będzie o tyle ludowym, o ile jak najwięcej będzie w nim samorodnej twórczości samego ludu /…/ 2) organizacje winny wspomagać, wyzwalać uzdolnienia artystyczne w masach, a nie musztrować, nie tresować ich w bezmyślnym naśladownictwie.

Teatr ludowy to nie tylko teatr wiejski czy chłopski, aczkolwiek wieś i chłopstwo ze względów demograficznych stanowiły wówczas główny punkt odniesienia. Bień i Cierniak pisali: Nasz teatr jest przede wszystkim teatrem /…/ gromad ludzkich, a gromady te mogą być rozmaite, jak np. mieszkańcy wsi lub miasteczka, członkowie jakiegoś stowarzyszenia, młodzież w szkole, żołnierze w oddziale wojskowym, robotnicy w fabryce itd. Każda taka gromada żyje w skupieniu, jakby szersza rodzina, wszyscy się znają wzajemnie, a teatralne przedstawienia urządzają rzadko, od święta, sami dla siebie. I właśnie dlatego ten teatr ma dla danej społeczności osobliwy urok, jest przecie wyrazem jej uczuć, myśli i marzeń, daje całej zbiorowości chwile zespołowych przeżyć i doznań estetycznych.

Teatr ludowy to zatem teatr oddolny, będący efektem pasji członków społeczności, zrośnięty z życiem i kulturą danej zbiorowości. /…/ zasadą organizacji winna być jak największa jej prostota i przystosowanie do warunków miejscowych, zasadniczo bezinteresowny – społeczny – stosunek /…/ do tej pracy, oparcie wzajemnych stosunków członków na zasadach demokratycznych – pisali autorzy „Teatrów ludowych w Polsce”.

***

Być może dlatego, że pochodził z chłopskiej rodziny, nie idealizował ludu. Przekonaniu o samoistnych wartościach kultury plebejskiej, ze szczególnym uwzględnieniem wiejskiej, towarzyszyła wyważona ocena faktycznych możliwości tych warstw. Dostrzegał wady chłopstwa, będące skutkiem m.in. wieków poddaństwa, a także wciąż trwającej marginalizacji. Stąd też postawy chłopów, oprócz cech wartościowych, charakteryzują się nadmiernym, bezrefleksyjnym konserwatyzmem, wąskimi horyzontami, nieumiejętnością odróżnienia tandety.

Z tego względu przekonany był, że konieczny jest długotrwały, mozolny wysiłek formacyjny w kwestii repertuaru, metod pracy teatralnej, doboru technik scenicznych itp. Dostrzegał potrzebę istnienia „przewodników” w dziele zmiany negatywnych tendencji, powinny to jednak być osoby „z ludu” lub potrafiące z nim znaleźć wspólny język i uszanować tę warstwę. Dziś nie czas na dawanie łaskawego chleba za korny ukłon i ucałowanie pańskiej ręki, dziś chcemy być równi /…/ dziś nie czas, by narzucać ludowi gotowe recepty /…/. Ludowi polskiemu trzeba służyć braterską pomocą, by dojrzał i sam sobą pokierował. Bo gdybyśmy masom ludowym narzucili wszystko w gotowiźnie, nie pozwolili rozwinąć się samodzielnie, to byśmy zabili w nich nie tylko zdolności, ale samą potrzebę własnej samorzutnej twórczości. /…/ praca artystyczna wśród /…/ mas ludowych powinna polegać tylko na wytwarzaniu dla tych gromad warunków, w których by taki czy inny, drzemiący w człowieku talent lub zdolność mogły się wyzwolić, odezwać i uzewnętrznić, ale możliwie samodzielnie, tak jak myśli, czuje i wierzy. To będzie twórczość jego własna – pisał w roku 1927 w programowym tekście „Nasz cel i nasze drogi”.

Cierniak zresztą przy każdej sposobności akcentował potrzebę samodzielności i demokratyczności w pracach teatralnych. W 1926 r. w przedmowie do edycji „Wesela krakowskiego”, pisał: Reżyser teatru ludowego na takich samych prawach, co każdy członek zespołu. On tylko z woli wszystkich czuwa nad ładem w pracy, rozpala indywidualną inicjatywę, ale liczy się z każdym głosem, z każdym samorodnym pomysłem. Bo teatr stwarzamy wszyscy razem.

Nie uważał też, że należy dokonywać separacji teatru ludowego i kultury wiejskiej od wpływów „miastowych”. Wręcz przeciwnie – kultura ludowa powinna być punktem wyjścia, tyleż z uwagi na jej wartości, ile z racji tego, że stanowi istotną część etosu warstw plebejskich, jednak należy ją wykorzystać w sposób krytyczny oraz czerpać ze wsparcia innych środowisk. Stąd nie tylko związki Cierniaka z awangardową „Redutą” i zainteresowanie jej eksperymentami repertuarowymi, scenograficznymi czy dotyczącymi metod pracy w zespole, ale także inne jego pomysły. Przykładowo, poszukując wartościowego repertuaru dla teatrów ludowych, z uznaniem wypowiadał się np. o komunizującym poecie, reżyserze i dramaturgu Witoldzie Wandurskim i dokonanej przez niego nowoczesnej adaptacji ludowej legendy o madejowym łożu. Gdy natomiast postulował odrodzenie w teatrze ludowym nurtu religijnego, jako że chrześcijańska wiara i obrzędowość odgrywały niebagatelną rolę w życiu polskich plebejuszy, to jako potencjalnego twórcę scenariuszów o takiej tematyce wskazywał… mocno lewicującego i awangardowego Emila Zegadłowicza. Teatr ludowy nie miał być teatrem konserwatywnym i czołobitnym wobec tradycji.

Miał jednakże być silnie zakorzeniony w życiu ludu i jego dorobku kulturalnym. Jak pisał prof. Stanisław Pigoń, Cierniak zerwał stanowczo z mniemaniem, że teatr ludowy to jest teatr amatorski, odgrywający po wsiach popularne sztuczki komiczne lub patriotyczne. Nie włączał doń nawet sztuk pisanych po wsiach przez samorodnych autorów-chłopów. Wszystko to miał za czczą zabawkę. Jego koncepcja teatru ludowego była o wiele głębsza. Wychodził z założenia, że pierwotne życie gromadzkie wsi wytworzyło i utrwaliło pewną ilość obrzędów – widowisk o charakterze właśnie dramatycznym, ześrodkowujących w sobie momenty jakichś donioślejszych zespoleń duchowych. /…/ Remanenty takich prastarych, w sakralny porządek dramatyczny ujętych obrzędów są wcale częste po wsiach, związane z porą roku (gaiki czy maje, sobótki), z czynnościami gospodarskimi (żniwne, kosiarskie, zakładziny domostwa), z biegiem życia i śmierci (pogrzeby, zaduszki). Jednym słowem, właściwe widowisko dramatyczne dla chłopa – to nie zabawa, nie „kumedyje”, to obrzęd społeczny o charakterze sakralnym /…/ za główne zadanie teatru ludowego uznał /…/ przywrócenie widowiskom obrzędowym ich charakteru i dostojeństwa i uczynienie ich ogniskiem życia artystycznego /…/.

Oprócz wymienionych „składników” postulowanego teatru ludowego, Cierniak interesował się pomniejszymi elementami kultury plebejskiej, jak pieśni, które zazwyczaj opowiadają fabułę z wątkiem dramatycznym, a także podania, legendy, rozmaite „gadki”. Podkreślał w tej kwestii wagę regionalnego zróżnicowania kultury ludowej i wynikające stąd dodatkowe możliwości w kwestii urozmaicenia repertuaru.

Chodziło mu jednak o twórcze inspiracje, nie zaś o naśladownictwo przeszłości. W 1934 r. pisał, iż Folklor ma być z jednej strony materiałem na ów teatr o charakterze odświętnym (i nie może być nadużywany!); ale z drugiej strony ma także stać się jakby punktem wyjścia dla przyszłych autorów i inscenizatorów /…/. Dlatego repertuar teatru ludowego planował wzbogacić o całkiem nowe formy, jak np. inscenizacje z okazji „Święta Wolności”, czyli w rocznice „cudu nad Wisłą” czy o te elementy dorobku kultury wysokiej i narodowej, które współgrają z „duchem” ludu. W jego środowisku sięgano także po nowatorskie, czy wręcz tzw. kontrowersyjne formy wyrazu – jednym z ciekawszych eksperymentów była inscenizacja II części „Dziadów”, zorganizowana na Wołyniu w scenerii prawdziwego cmentarza, dokonana z aprobatą Cierniaka przez pozostającego pod jego dużym wpływem Stanisława Iłowskiego.

***

Rok 1927 przyniósł wydarzenie, które umożliwiło Cierniakowi promowanie swoich wizji na skalę znacznie większą niż dotychczas. Zaproponowano mu w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego posadę wizytatora ds. oświaty dorosłych, uniwersytetów ludowych i teatru ludowego. Choć praca ta wiązała się z pensją znacznie mniejszą niż wicedyrektora prywatnego gimnazjum, przyjął propozycję.

Piastując stanowisko, wiele przebywał w terenie, wizytując placówki związane z amatorskimi inicjatywami teatralnymi. Cierniak oprócz zaangażowania ideowego dysponował też innym atutem. Wszyscy wspominają go jako człowieka łatwo zjednującego sobie sympatię, podbijającego szczególnie serca młodzieży pasją, ale także sposobem bycia oraz wrażliwością na rozmaite problemy i zaangażowaniem w ich rozwiązywanie. Niezliczone wyjazdy, podczas których propagował swoje wizje w sposób daleki od standardu – do legendy przeszły jego gawędy przeplatane grą na gęślikach, czyli miniaturowych skrzypcach – przysparzały mu zwolenników, zaszczepiały idee, przekonywały młodzież i jej opiekunów do zerwania z teatralną sztampą, do sięgnięcia po nowy repertuar i metody pracy.

Wiosną 1929 r. utworzono w Warszawie Instytut Teatrów Ludowych. Prezesem Instytutu wybrano jego pomysłodawcę, czyli Cierniaka, a zastępcą został Schiller. Organizacja ta miała w sposób systematyczny i całościowy propagować oraz wcielać w życie Cierniakową ideę teatru ludowego. W 1931 r. jego twórca pisał: Instytut /…/ chciałby wypracować wzorowy w treści i formach teatr naprawdę ludowy, teatr samoistny, niezależny od zawodowego, o ile możności w typie oryginalny, nasz rdzennie polski. W ramach Instytutu prowadzono prace badawcze (dokumentowano „teatralne” aspekty kultury ludowej), archiwizacyjne (zbiór publikacji o teatrze amatorskim oraz rekwizytów), wydawnicze (przejęto edycję „Teatru Ludowego”, opublikowano kilka książkowych edycji dramatów scenicznych, m.in. „Pastorałkę” Schillera i „Powsinogi beskidzkie” Zegadłowicza), a przede wszystkim formacyjne. Mimo iż Instytut dysponował niezwykle skromnymi środkami – zazwyczaj pozwalającymi opłacić jeden stały etat; Cierniak pracował całkowicie społecznie – zasięg jego działalności był znaczny.

Jedną z głównych form aktywności były kursy i konferencje szkoleniowe. Pomniejszych spotkań tego rodzaju odbywało się nawet kilkadziesiąt w roku, zaś corocznie urządzano jedną dłuższą konferencję programową, gdzie oprócz formułowania koncepcji i wymiany myśli, wspólnie opracowywano jedno „wzorcowe” przedstawienie, które następnie liderzy ruchu propagowali w swoich regionach, także w postaci swoistych wariacji na temat.

W kręgu bezpośredniego oddziaływania Związku Teatrów Ludowych oraz Instytutu Teatrów Ludowych znajdowało się w latach 30. od 1000 do 1400 zespołów dość ściśle współpracujących oraz ponad drugie tyle o luźniejszych więzach z tym środowiskiem.

***

Cytowany już Pigoń napisał o Cierniaku, że był on jednym z najpiękniejszych przykładów inteligenta, który się nie dał wykorzenić z gruntu rodzinnego. Choć od lat mieszkał w Warszawie, nigdy nie zapomniał o maleńkim Zaborowie. W nawale pracy zawodowej i społecznikowskiej, znajdował czas na różnorakie formy wspierania społeczności lokalnej.

To dzięki jego wieloletnim zabiegom sfinalizowano w niedużej wiosce budowę okazałego Domu Ludowego, w którym siedzibę znalazły wszelkie miejscowe inicjatywy społeczne. Sporą część środków na ten cel wyjednał u emigrantów, którzy za chlebem wyjechali do Stanów Zjednoczonych. Był jednym z głównych fundatorów księgozbioru zaborowskiej biblioteki, a także pomysłodawcą badań socjologicznych lokalnej zbiorowości, realizowanych przez Instytut Gospodarstwa Społecznego. W 1936 r. ukończył i wydał w znacznej mierze własnym sumptem książkę „Wieś Zaborów i zaborowski Dom Ludowy” – była to pierwsza, a przy tym fachowa monografia rodzinnych stron autora.

Wynikało to nie tylko z przywiązania do „ojcowizny”, lecz także ze swoistej filozofii życiowej Cierniaka. Jak pisał po latach Franciszek Mleczko, lubił podkreślać potrzebę dwóch krzyżujących się spojrzeń na ojczysty kraj. Jedno – to spojrzenie ze stanowiska stolicy, drugie – spojrzenie ze stanowiska prowincji dalekiej od stolicy. Prawdę według niego zdobywa się dopiero w punkcie przecięcia tych dwóch spojrzeń.

***

Jędrzej Cierniak zasłużył się dla popularyzacji teatru ludowego (oprócz „TL”, okresowo redagował także „Teatr w Szkole” i „Pracę Oświatową”), dla nadania mu form organizacyjnych i polepszenia jakości repertuaru. Był również autorem kilku dobrze ocenionych przez krytykę utworów dramatycznych dla teatrów ludowych – „Franusiowa dola”, „W słonecznym kręgu”, „Wesele krakowskie”. Jednak na pamięć zasługuje przede wszystkim jako twórca nowatorskiej koncepcji teatru, daleko wykraczającej poza sztukę czy nawet działalność kulturalną.

Jak pisał Zawieyski, który po latach nazwał wizję Cierniaka „wiejskim teatrem monumentalnym”, widział /…/ teatr inaczej, niż go dotąd widziano. Nie jako budę z pudełkową sceną, lecz raczej jako przestrzeń sceniczną, którą może być na wsi polana, uroczysko leśne, fragment architektury. Marzyła mu się ta nowa, wiejska scena na podobieństwo sceny antycznej greckiej /…/. Pieśń zespołowa – mówił nieraz – lub zespołowa recytacja w widowisku wiejskim, wpleciona do akcji, może być czymś jak chór w tragedii Sofoklesa. /…/ Miał to być teatr prawdziwie ogromny, wielkie święto dla wszystkich ludzi ze wsi, którzy uczestniczą w widowisku nie jako bierni widzowie, lecz współdziałający aktorzy. Nade wszystko chodziło Cierniakowi o zbiorowe, gromadzkie przeżycie artystyczne, silne, podnoszące i budujące. Teatr wedle Cierniaka miał być „uroczysty” w sensie budzenia wzniosłych uczuć, kreowania atmosfery święta, poczucia uczestnictwa w czymś istotnym, niecodziennym. W ten sposób miał nie tylko oddziaływać na indywidualne zmysły, lecz także stanowić zbiorowe przeżycie, cementujące wspólnotę, nadające jej swoistą moc.

Tak rozumiany teatr był z jednej strony silnie zanurzony w przeszłości – nie w „folklorze” i „zwyczajach”, lecz w najgłębszych, wręcz uniwersalnych aspektach kultury ludu, jakimi są wiejskie „święta”, czy to o charakterze religijnym, czy świeckim, związane z rytmem przyrody, pracą na roli i innymi ważkimi wydarzeniami w życiu wspólnoty. Z drugiej zaś strony był to teatr na wskroś nowoczesny. Wielkie widowiska, z masowym udziałem widzów-aktorów, oznaczały nie tylko odrzucenie naśladownictwa schematycznych ram teatru zawodowego. Przede wszystkim wyrażały idee emancypacyjne i demokratyczne – lud przestawał być biernym odbiorcą, a stawał się równouprawnionym współtwórcą. Prezentując swą wizję, stwierdzał Cierniak w roku 1930: To już nie będzie teatr dla ludu, ograniczającego się do biernego odbierania wrażeń, ale teatr ludu, odprawiany zbiorowym wysiłkiem wszystkich danego widowiska uczestników. Masy ludowe w teatrze Cierniaka wchodziły na scenę nie tylko dosłownie, lecz także w wymiarze symbolicznym, wkraczały w życie publiczne, zrzucając jarzmo wielowiekowej pańszczyzny i późniejszego traktowania jako obywateli drugiej kategorii. Tak pomyślany teatr nadawał ludowi poczucie siły i własnej wartości. Folklor nie miał tu nic wspólnego z sentymentalnym wzdychaniem za „starymi dobrymi czasami”, z kurczowym trzymaniem się tradycji, lecz służył jako budulec tożsamości mas ludowych. Nawet jeśli nie był doskonały – i należało go rozwijać, ulepszać, co Cierniak podkreślał wielokrotnie – to był własny, pozwalał chłopom czuć się samodzielnymi twórcami, nie zaś zaledwie konsumentami tego, co przygotowały dla nich stare elity społeczno-kulturalne.

Redaktor „Teatru Ludowego” uważał, że nowy repertuar i sposoby uczestnictwa w widowiskach są zarazem odpowiedzią na zachodzące tendencje społeczne, jak i przyspieszają ich rozwój. W programowym tekście „O treść teatru chłopskiego” pisał w 1937 r., że nowości w teatrze ludowym pozostają w ścisłym związku /…/ z ogólną atmosferą /…/ w Polsce, w której /…/ musiał się obudzić w najszerszych warstwach, a więc i na wsi, pęd do światła, do nauki, w ogóle do kultury. /…/ życie na wsi i jej szybki rozwój organizacyjno-społeczny przyniosły nowe treści, nowe niepokoje, konflikty, marzenia i tęsknoty, które domagają się właściwej wypowiedzi w teatrze. Wieś się budzi do nowego życia, pręży się, z uporem idzie ku nowej historii i właśnie chciałaby się zobaczyć na scenie w tej nowej, tworzącej swoje chłopskie i ogólnonarodowe jutro, postawie. Chciałaby zobaczyć to, co już wyrażać zaczyna w wierszu, w pismach młodzieży, w dyskusjach i zjazdach, /…/ w uniwersytetach ludowych, na zebraniach kół młodzieży wiejskiej, spółdzielni, kół Stronnictwa Ludowego. W tym samym roku na łamach „Pracy Oświatowej” stwierdzał: /…/ tęsknimy przecież – jak zawsze – ku nowej, lepszej przyszłości, stąd tyle marzeń o wielkich przemianach. /…/ Dzisiejsze czasy, zwłaszcza w życiu wsi polskiej, są czasami naprawdę epokowymi, bo właśnie teraz rozpoczął się ów historyczny pochód chłopa ku państwu i jego sprawom, ku dojrzewaniu do podjęcia pełnej odpowiedzialności za losy tego państwa /…/.

***

W dorobku Cierniaka oprócz szeroko pojętego „artyzmu”, wyraźnie widzimy – jak ujęła to Kazimiera Zawistowicz-Adamska: drugi nurt – to „sprawa chłopska”, to ideologiczna walka o pozycję chłopa, o wydźwignięcie go z upośledzenia gospodarczego i kulturalnego, o zapewnienie pełnoprawnego uczestnictwa w kulturze narodowej. Zawieyski zaś dodaje, że należał całym sercem do radykalnego ruchu chłopskiego i był w ostatnich latach przed wojną członkiem opozycyjnego Stronnictwa Ludowego. Pragnął tego, czego pragnęli wówczas wszyscy radykalni działacze polityczni i chłopskie partie /…/.

Sympatie ideowe i organizacyjne Cierniaka nie pozostawiają wątpliwości, że o lata świetlne odległy był od kultury ludowej w pojęciu „skansenu” czy kurczowego trzymania się „tradycji”. Dodajmy, że tego rodzaju jawne afiliacje stanowiły dowód znacznej odwagi cywilnej, wszak Cierniak pozostawał urzędnikiem państwowym na etacie w sanacyjnym ministerstwie. Tylko szacunek dla jego autorytetu i uznanie dla wielkiej pracy społecznej sprawiły, że redaktor „Teatru Ludowego” nie popadł w niełaskę w obozie rządzącym. A Cierniak, choć dobroduszny i serdeczny, nie cofał się przed ostrą krytyką ówczesnej rzeczywistości. We wspomnieniach uczestnika Ogólnopolskiej Konferencji Teatralnej w Katowicach w maju 1934 r. zachował się taki incydent: /…/ przedstawiciel Komendy Głównej Związku Strzeleckiego zaatakował działalność Instytutu Teatrów Ludowych /…/, że „nie uwzględniają w repertuarze teatru ludowego dzisiejszej rzeczywistości”. Na to porwał się Cierniak /…/: „Owszem, możemy uwzględnić waszą propozycję i inscenizować /…/ dzisiejszą rzeczywistość, ale mam wątpliwości, czy nam władze pozwolą inscenizować sprawę Brześcia i Berezy Kartuskiej”.

Nie należy jednak wiązać tego z polityką pojmowaną jako walka o interesy partyjne. On sam określał się mianem „ludowca”, jednak odcinał od zbyt silnych identyfikacji partyjnych; sojuszników potrafił dostrzec w środowiskach nierzadko odległych od swego „zaplecza”. Bywałem z nim na uroczystościach otwarcia domów ludowych i świetlic. /…/ Cieszył się z każdej świetlicy – Wiciowej [radykalna młodzież ludowa], TUR-owej [PPS] czy Siewowej [sanacja] lub Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży [bliskie endecji]. /…/ zawsze podkreślał te momenty w działaniu, które wieś łączą, scalają jej wysiłki w kierunku pozytywnych przeobrażeń – wspominał Marian Trendota.

Młodzi radykałowie z ruchu ludowego zarzucali mu czasem pozostawanie „na służbie” obozu władzy. Ale Cierniak też był radykałem, tyle że na głębszym poziomie. Przemawiając w 1936 r. na konferencji zorganizowanej przez Prezydium Rady Ministrów, mówił do sanacyjnych urzędników: Nie cofajmy się, gdy zajdzie wyższa potrzeba, przed poświęceniem /…/ nie tylko interesów grupowych, ale także dziś obowiązujących zarządzeń ustrojowych, jeżeli wejdzie w grę Salus Republicae [Dobro Rzeczypospolitej].

***

Po niemieckiej napaści na Polskę, pozbawiony pracy, znalazł się w bardzo trudnej sytuacji materialnej – miał na utrzymaniu żonę i córki. Gdy udało mu się otrzymać posadę nauczyciela w szkole na warszawskim Targówku, zaczął tę pracę od pomocy dla najbiedniejszych uczniów. W liście do Pigonia pisał: /…/ już temu zaradziłem zorganizowawszy wewnątrz klasy samopomoc śniadaniową: dzieci zamożniejsze przynoszą po kromce chleba dla niezamożnych i dzielimy się tym tak, że przynajmniej te dzieci, co nie jedzą w domu, zawsze w szkole na pauzie coś przetrącą /…/. Zbieram po znajomych i innych szkołach rzeczy ubraniowe, bieliznę, obuwie, przybory szkolne, książki i obdzielam tych biedaków.

Włączył się też w działalność konspiracyjną w Stronnictwie Ludowym „Roch”, wkrótce został członkiem Komisji Oświaty tegoż ugrupowania. W 1940 r. utworzył podziemny Ludowy Instytut Oświaty i Kultury, pełnił rolę jego lidera. Brał czynny udział w redagowaniu i kolportażu prasy podziemnej. Prawdopodobnie zadenuncjowany za tę działalność, został aresztowany przez Gestapo 22 kwietnia 1941 r. i osadzony na Pawiaku. Ciężko chory, spędził kilka miesięcy w więziennym szpitalu.

2 marca 1942 r., w odwecie za zastrzelenie kilku gestapowców przez ruch oporu, hitlerowcy w zbiorowej egzekucji w nieznanym do dziś miejscu rozstrzelali 100 więźniów Pawiaka, między nimi Jędrzeja Cierniaka. Jego symboliczny grób znajduje się w Palmirach. Tuż po zakończeniu wojny, znany pisarz chłopski, Jan Wiktor, napisał: Zginął w bezimiennym dole, a mógłby być jutro dumą Polski, najpracowitszym cieślą przy wznoszeniu zrębu dla przyszłych pokoleń.

Bibliografia (ważniejsze pozycje):

  • Edward Chudziński, W kręgu kultury i literatury chłopskiej 1918-1939. Z dziejów chłopskiej prasy literackiej, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1985.
  • Jędrzej Cierniak, W słonecznym kręgu. Widowisko cykliczne, oparte na zwyczajach i obrzędach z żywobyciem wiejskiego człeka w dorocznym obiegu słońca związanych, Instytut Wydawniczy „Sztuka”, Warszawa 1948.
  • Jędrzej Cierniak, Zaborowska nuta, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1956.
  • Jędrzej Cierniak, Źródła i nurty polskiego teatru ludowego. Wybór pism, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1963.
  • Mirosława Drozd-Piasecka, Wanda Paprocka, W kręgu tradycji i sztuki ludowej, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1985.
  • Henryk Tymon Jakubowski, Amatorski ruch teatralny. Zarys historii do roku 1939, Centralny Ośrodek Metodyki Upowszechniania Kultury, Warszawa 1975.
  • Arkadiusz Jędraszczyk, Adam Bień 1899-1998. Działalność społeczna i polityczna, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Warszawa 2005.
  • Antoni Olcha, Jędrzej Cierniak /w:/ tegoż, Żywe ogniwa. Szkice i sylwetki, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1965.
  • Stefan Józef Pastuszka, Amatorski ruch artystyczny na wsi polskiej 1918-1939, Kieleckie Towarzystwo Naukowe, Kielce 1994.
  • Teatry ludowe w Polsce. Dotychczasowy rozwój ruchu, możliwości ideowe i organizacyjne na przyszłość, opracowali Adam Bień i Jędrzej Cierniak, Wydawnictwo Związku Teatrów Ludowych, Warszawa 1928.
  • Wiejskie uniwersytety ludowe w Polsce. Biuletyn konferencji oświatowej poświęconej sprawie uniwersytetów ludowych, Krzemieniec 6-8 października 1938, Towarzystwo Wiejskich Uniwersytetów Ludowych, Warszawa 1939.
  • Wspomnienia o Jędrzeju Cierniaku, wybór i opracowanie Zofia Mazurowa i Leonilda Wyszomirska, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1982.
  • Jerzy Zawieyski, O Jędrzeju Cierniaku /w:/ tegoż, Dobrze, że byli, Biblioteka „Więzi”, Znak, Warszawa – Kraków 1974.
  • Kazimiera Zawistowicz-Adamska, Społeczność wiejska. Doświadczenia i rozważania z badań terenowych w Zaborowie, Polski Instytut Służby Społecznej, Łódź 1948.
  • Józef Zięba, Ruch teatralny na wsi 1918-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1976.

PRO SOCIETAS. Jan Hoppe – polityk, społecznik, człowiek idei

Konrad Sieniewicz w swoich wspomnieniach dotyczących Jana Hoppego pisał, iż był on przede wszystkim patriotą i całe swe życie, swą pracę i swe myśli oddał służbie Polsce /…/. Był żarliwym wyznawcą zasad chrześcijaństwa. Swym prywatnym i organizacyjnym czy politycznym życiem świadczył o niezmienności i jedności chrześcijańskiej etyki. Był gorącym demokratą, który szanował poglądy i opinie innych i który nigdy swego zdania nie narzucając umiał przekonywać. W każdym człowieku widział towarzysza pracy lub towarzysza dyskusji, dyskusji zorganizowanej, wiodącej do uzgodnień, a potem do realizacji. /…/ Był niezrównanym nauczycielem i wychowawcą politycznym, promieniując szeroko swym umysłem i sercem. Dawał przykład swoją postawą, zapalając do pracy i do czynu entuzjazmem i porywającym słowem. Był przyjacielem oddanym i wiernym, gotowym do ofiar i samowyrzeczenia, gdy zachodziła potrzeba był surowy w krytyce, ale zawsze pełny taktu i serdeczności; można było na nim bezwzględnie polegać1.

***

Jan Władysław Hoppe urodził się 27 grudnia 1902 r. w Skierniewicach. W czasach szkolnych angażował się mocno w działalność harcerską. W latach I wojny światowej został ewakuowany do Rosji, wrócił do kraju w 1918 r. i rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. W 1920 r. wziął udział jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej.

Po wojnie mocno zaangażował się w działalność związków zawodowych. Pełnił funkcję wiceprzewodniczącego Rady Okręgowej Związku Zawodowego Pracowników Umysłowych, a następnie sekretarza centrali tej organizacji. W 1928 r. został redaktorem naczelnym pisma „Pracownik”. W tych właśnie środowiskach tworzą się zalążki grupy „Jutro Pracy”, tam poznaje jej późniejszych znaczących członków.

W 1930 r. powstał tygodnik „Jutro Pracy”, wokół którego narodziło się wkrótce środowisko polityczne – jego czołowymi postaciami byli Wacław Budzyński, Julian Dudziński, Zbigniew Madeyski czy Brunon Sikorski. Pismo początkowo zajmowało się przede wszystkim tematyką pracowniczą i związkową, będąc organem Unii Związków Zawodowych Pracowników Umysłowych. Stopniowo jednak rozszerzało zakres tematyczny, podejmując problemy z zakresu polityki państwowej, kultury i życia narodowego.

W 1932 r. Hoppe został sekretarzem Rady Naczelnej Organizacji Pracy Obywatelskiej Młodzieży „Straż Przednia”, powołanej z inicjatywy Adama Skwarczyńskiego. Jej celem było powstrzymanie rosnących wpływów ruchu narodowego wśród młodzieży szkół średnich, jej konsolidacja w duchu „wychowania państwowego” oraz przygotowanie do udziału w akademickiej organizacji „Legion Młodych”2. Idee głoszone przez „Jutro Pracy” znalazły uznanie jednej z czołowych postaci obozu sanacyjnego – Walerego Sławka, pełniącego funkcję prezesa Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem (BBWR). Hoppe został nawet osobistym sekretarzem pułkownika oraz kierownikiem referatu społecznego BBWR. Dzięki jego poparciu, w wyborach z 1935 r. grupa „Jutro Pracy” wprowadziła do Sejmu 16 posłów. W latach 1935-38 Hoppe pełnił mandat poselski, sprawując przy tym eksponowane funkcje sekretarza Prezydium Sejmu oraz Komisji Prawniczej. Jak wspominał Karol Popiel, wśród sześciu okręgów wyborczych, na które podzielono Warszawę /…/ w okręgu najbardziej robotniczym, obejmującym Wolę z przyległymi dzielnicami, liczba głosujących była nieporównanie wyższa niż w innych okręgach, w których przeważali wyborcy z kół inteligencji i mieszczaństwa. Po bliższym zbadaniu tego bądź co bądź niezwykłego zjawiska okazało się, że ta rekordowa frekwencja była rezultatem kampanii wyborczej, prowadzonej przez kandydata, którym był… Jan Hoppe3.

W 1937 r. na zaproszenie płk. Adama Koca, Hoppe podjął rozmowy w sprawie wejścia grupy „Jutra Pracy” do nowo powstałego Obozu Zjednoczenia Narodowego (Ozon). Jak pisał: Po długich rozważaniach „za i przeciw” postanowiono całej grupy formalnie nie angażować, a mnie zlecono podjąć próbę współpracy. Może w ten sposób uda się choć w pewnym stopniu hamować nadmierne apetyty wielu rozpolitykowanych wojskowych, wyznawców metod twardej ręki4. Hoppe został sekretarzem Sektora Miejskiego oraz członkiem Rady Naczelnej Ozonu – jak pisał, aby całkowicie się nie zaprzedać i nie uzależnić, zrezygnował z proponowanego wynagrodzenia. Przynależność do Obozu nie była jednak zbyt długa i owocna, od początku Hoppego cechował duży krytycyzm wobec tego tworu. Przekonanie to gwałtownie pogłębiło się wraz z czynionymi obserwacjami dotyczącymi jego ewolucji ideowej i organizacyjnej.

W związku z tym w 1938 r. wystąpił z Ozonu, co rozpoczęło represje i szykany wobec tygodnika i środowiska skupionego wokół niego. Obejmowało to m.in. częstą konfiskatę numerów pisma, utrudnianie kolportażu, wyrzucenie starego legionisty dr. Zbigniewa Madeyskiego ze Związku Legionistów, a nawet planowano czynną napaść na Hoppego, która została udaremniona na skutek ostrzeżenia ze strony gen. Jana Jur-Gorzechowskiego, męża Zofii Nałkowskiej5.

Politykę Ozonu nazwał później Hoppe mianem kiczu politycznego, pisząc: Kicz lubi operować świętościami. Twórcy kiczów umieją grać na wielkich uczuciach, wiedzą na przykład, że miłość ojczyzny to samograj niezawodny /…/ Pójdziesz z nami – wołano – zdobędziesz tanim kosztem patent na patriotyzm. Ociągasz się, ważysz – nie kochasz Polski i wodza! /…/ Tu już zaczęła się gra symboli i grzmiących haseł. Buława /…/, „byczo jest” i „ani guzika” – to akcenty tamtych dni, a gorliwi dziennikarze do każdego z nich dorabiali kadzidlane głosy6.

Po rozstaniu z Ozonem, grupa „Jutra Pracy” zaczęła nawiązywać coraz ściślejsze kontakty z opozycją. Prowadzono rozmowy i podejmowano współpracę z różnymi środowiskami politycznymi: ludowcami, Stronnictwem Pracy czy ONR „ABC”. Hoppe propagował w tym okresie swoisty ekumenizm polityczny, wzywając do pojednania wszystkich sił, którym dobro Polski leży na sercu. Nic mi to nie przeszkadza – pisał – że byłeś endekiem czy pepeesowcem. Jeszcze parę lat temu /…/ nie mógłbym z Tobą gadać – zapewne odwróciłbym się plecami i odszedł. Dziś, jeżeli ożywia nas dobra wola zespalania wysiłku i chęć wspólnego poszukiwania rozwiązań – wyciągam dłoń. /…/ Czym byłeś wczoraj? Endekiem? Pepesowcem? Nic mnie to nie obchodzi. Wiem tylko to, że wczoraj byliśmy słabi, a dziś musimy być mocni7.

***

Grupę „Jutra Pracy” i jej lidera trudno jednoznacznie zakwalifikować do którejś ze stron sceny politycznej. Jedni widzą w niej prawicę obozu piłsudczykowskiego, ze względu na deklarowany przez jej członków nacjonalizm oraz mocne akcenty antymasońskie czy krytykę wpływów Żydów w sferze gospodarczej. Inni skłonni są wskazywać na lewicowe komponenty w ich programie, walkę o polepszenie bytu robotników, projekty syndykalistyczne itp. Adam Skwarczyński, będący niekwestionowanym autorytetem dla Hoppego, trafnie, jak się wydaje, podsumował swoiste zawieszenie tego środowiska pomiędzy różnymi obozami politycznymi: …dla marksistów za dużo w was śladów romantyzmu, za dużo chrześcijańskiej miłości bliźniego. Myślę, że kolor krwi nie jest waszą ulubioną barwą. Dla bezkompromisowych klasowców za dużo macie w sobie wyniesionych z harcerstwa, a zaczerpniętych z dawnego arsenału, pojęć. Takie słowa jak służba, honor, obowiązek, niesienie pomocy słabym, to mieszanina słownictwa dawnych formacji społecznych. /…/ wy macie duże skłonności do kompromisów społecznych. Rewolucjoniści nie lubią tych tendencji. Przejęliście od Brzozowskiego, a zwłaszcza od Sorela wiarę w moc legend i mitów, ale sorelowski mit strajku generalnego, jako końcowy akcent działań rewolucyjnych, nie należy do waszego programu. Szukacie półśrodków8.

Najbardziej charakterystycznym jednak elementem programu tego środowiska jest idea „uspołecznienia państwa”, aktywizacji społeczeństwa, które śmiało winno wejść w życie publiczne, przejmując część uprawnień od państwa. Hoppe sam przyznawał, iż z dorobku myślowego piłsudczyków najwięcej interesowała go wciąż nieskrystalizowana, ale zaprzątająca umysły wielu ludzi, koncepcja czy idea uspołecznienia państwa9. Odrzucał on koncepcję państwa jako „stróża nocnego” nie tylko jako szkodliwą, ale przebrzmiałą, nie przystającą do warunków aktualnych10. Z drugiej jednak strony obawiał się nadmiernego rozrostu jego prerogatyw, zbyt dużej etatyzacji wszystkich dziedzin życia, przesadnej jego ingerencji w życie obywateli, wiedząc, że więcej władzy oznacza automatycznie mniej społeczności i wewnętrznego życia.

Zdawał sobie sprawę, że jeśli wspólnota będzie nakładać na swych członków stale rosnące zobowiązania, wówczas zacznie obumierać ich autonomia, a wspólnotowe więzi osłabną, bowiem powinności społeczne zamienią się w przykre, narzucane z zewnątrz obowiązki. I odwrotnie: nadmierny wzrost sił odśrodkowych powoduje poważny uszczerbek wspólnoty, ale i zmniejszenie autonomii pojedynczych osób, zależnych od tejże wspólnoty w sferze zaspokojenia podstawowych potrzeb. Jak pisał Hoppe, „stróż nocny” rozrósł się, zbogacił i zagospodarował. Widzimy dalej, że ten „stróż” coraz silniej zaczyna wkraczać w ramy życia zbiorowego. Zaczyna wychowywać i pouczać, zaczyna sam gospodarować, regulować przez swe organa stosunki na rynku pracy, kontrolować życie gospodarcze, budować porty, okręty, drogi i fabryki. /…/ Masy ludzkie – obywatele, też zmieniają swój charakter. Na miejsce dawnych, niezależnych przedsiębiorców, kupców i rzemieślników widzimy coraz liczniejsze szeregi pracowników najemnych, robotników i urzędników. /…/ Dotychczasowa zasada nieograniczonej wolnej konkurencji zaczyna być rewidowana i poddawana krytyce, gdyż życie gospodarcze doszło do takiego stanu komplikacji, gdzie kryterium interesu jednostki nie daje gwarancji rozwiązania nagromadzonych trudności. Na pytanie: obywatele czy poddani? – odpowiadał zdecydowanie – obywatele11. Już po wojnie pisał, iż obywatelskość i samorządność – to podstawowe cechy naszej społecznej kultury. Prawo na pewno musi zawierać elementy przymusu, ale polski model współżycia – to dobrowolność plus przymus12.

Zauważał Hoppe, iż społeczeństwo staje się coraz bardziej znaczącym czynnikiem w życiu publicznym i pragnął, aby ten proces nabrał jeszcze większej dynamiki. Stojąc na gruncie zasady subsydiarności państwa, podkreślał, iż społeczeństwo domaga się coraz mocniej oficjalnego miejsca w konstrukcji państwa, chce być jego organiczną i uznaną częścią składową, spełniającą szereg przekazanych mu funkcji. Tak, jak kiedyś jednostka chciała ograniczać uprawnienia państwa, tak teraz organizujące się społeczeństwo walczy o nowe zadania i prace, pragnie przejmować szereg uprawnień, dąży do wyodrębnienia pewnych dziedzin życia, na których zamierza pod nadzorem władz państwowych samodzielnie gospodarować13.

Warto wspomnieć, iż Hoppe nie stworzył żadnego całościowego i szczegółowego programu reform społeczno-gospodarczych. Pisał, iż nie ma zamiaru wskazywać nowych form ustroju gospodarczego, nie chcąc naśladować tych wszystkich, którzy w kawiarniach, salonach i na wiecach lekkomyślnie konstruują formy przyszłości i wypisują recepty na dzisiejsze choroby życia publicznego14. Cechowała go mająca wręcz konserwatywny rys wstrzemięźliwość, jeśli chodzi o budowanie sztucznych, gotowych koncepcji czy programów. Nie wierzył w możliwość ich mechanicznego wdrożenia bez przemian na płaszczyźnie psychicznej, bez zmian oddolnych i spontanicznych.

Pozbawiony był też złudzeń co do tego, że społeczeństwo obywatelskie można stworzyć ad hoc za pomocą odgórnego dekretu. W jednej z jego prac czytamy: to musi być rezultat ciężkiej i systematycznej pracy zwartych gromad i zespołów, pracy zharmonizowanej z głoszonymi hasłami, pracy i trybu życia, opartego o przymus praktykowania zasad, pracy, w której pełne nastawienie woli i energii będzie zwrócone w kierunku realizacji idei. Drogi do istotnego uzdrowienia są proste: redukcja blagi – więcej prostoty – podobnie jak w sztuce, jak w architekturze, jak w obyczajach więcej prawdy, ale blagi nie niszczy się suchą formą przepisu – dekretem, dlatego nie przywiązujmy tak wielkiej wagi do spraw formalnych, do form ustrojowych, do programów. Pracę tę należy rozpoczynać z innego końca, od dołu, od podstaw15. Uspołecznienie państwa to – jak podkreślał – ciężka praca, przejęcie niektórych funkcji od państwa wiąże się z nowymi zadaniami i obowiązkami. Ten zatem, kto głosi tego rodzaju ideały, niech na pierwszym miejscu stawia twardą szkołę nowych obowiązków, pracy i odpowiedzialności, a w drugim rzędzie dopiero niech myśli o rozbudowie uprawnień16.

***

Główna idea, jaka mu przyświecała zwłaszcza w drugiej połowie lat 30., to Polska i jej dobro. Przeczuwając zbliżającą się katastrofę, wzywał wszystkie patriotycznie nastawione siły polityczne do zdecydowanego działania na rzecz wzmocnienia kraju. Stąd też jego coraz mocniej deklarowany nacjonalizm. Zdawał sobie sprawę z geopolitycznego położenia Polski i rozumiał, że jeśli chcemy mieć jakiekolwiek szanse przeciwstawienia się sąsiadującym z nami państwom totalnym, to musimy wypracować własną doktrynę, która zdołałaby wzmocnić potęgę narodową, uwolnić drzemiącą energię, zogniskować wszystkie siły społeczne na wspólnych zadaniach i celach. Wzdragał się jednak przed kopiowaniem wzorów obcych, zwłaszcza tych totalitarnych. Z pesymizmem konstatował co prawda, iż zapewne i nas moda na totalizm nie ominie, gdyż „prawa wojny są totalne”, jednak apelował aby odrzucić to słowo, będące dobrą glebą dla przeróżnych hitlerkowatych pomysłów o zamachach, przewrotach, wstrząsach, a zastąpić je terminem „polska myśl żołnierska”17.

W pracy z 1937 r. Hoppe, sam przecież będący admiratorem Sorela, pisał: Towarzysze soreliści i socjaldemokraci, jesteście we mgle, w takich razach znacznie praktyczniej jest patrzyć na ziemię, aniżeli w słońce. Bardzo to niebezpieczna i zwodnicza metoda ulokować cały kapitał swego entuzjazmu i umiłowań w jakiejś, choćby najbardziej czcigodnej, ale do warunków własnej ojczyzny niedopasowanej teorii. Jest to metoda studencka – dobra dla peleryniarzy, ale nie dla odrodzonych Polaków, których los postawił w roli strażników kraju z natury bezbronnego. Jeżeli słowo naród jest dla was czymś żywym, jeżeli okrzyk „proletariusze wszystkich krajów łączcie się!” nie zamroczył was doszczętnie, to zostawcie w spokoju mit strajku generalnego, weźcie się lepiej do studiów nad historią Sparty – to pewno będzie dla Polski pożyteczniejsze18. Wzywał: Zróbmy wielkie święto palenia. Na oczach narodu spalmy kukły sanacji, endecji, PPS, Partii Pracy itp. i wprowadźmy na tron symbol zjednoczenia. Rozpuśćmy na kraj wici – niech popłynie gromkie wołanie o wspólny wielki, nowy front narodu polskiego. /…/ Własność, praca, drobny warsztat, rodzina, bez marksizmów, bez materializmów. Kultura musi być polską kulturą. Wyprzedaż starych zabawek – antykwariusze smutnej przeszłości do dymisji19.

***

Okres okupacji to dla Hoppego przede wszystkim czas ożywionej działalności w konspiracyjnej organizacji Unia. Do jej narodzin doszło w wyniku połączenia kilku mniejszych inicjatyw wiosną 1940 r. Główny trzon ugrupowania stanowiły trzy podziemne grupy: Warszawianka, Grunwald i Nowa Polska. Pierwsza z nich założona została już 6 października 1939 r. w środowisku związanym z osobą prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego. Inicjatorami jej powołania były właśnie osoby wywodzące się z przedwojennego „Jutra Pracy”: Jan Hoppe, Cyprian Odorkiewicz, Henryk Pawłowicz i Bronisław Chajęcki. Hoppe obok Jerzego Brauna, Kazimierza Studentowicza czy Stanisława Bukowskiego należał do czołowych postaci tej organizacji. W czasach, gdy hitlerowskie hordy okupowały Polskę, a hordy bolszewickie szykowały się by nas „wyzwolić”, kiedy – jak pisze Hoppe – na ulicach płynęła krew, a niestety i alkohol, w melinach „Unii” kipiała i burzyła się myśl20, tworzono fantastyczne projekty uniwersalnej reformy moralno-politycznej świata poprzez odnowienie wszystkiego w Chrystusie, stosując się do maksymy Norwida, iż „równocześnie do powstania mieczem, trzeba powstania siłą myśli”.

13 lutego 1943 r. doszło do połączenia Unii ze Stronnictwem Pracy. Jak podkreślał Hoppe: Unioniści weszli do Stronnictwa Pracy, ale nie zmienili swej postawy myślowej i nadal pozostawali unionistami, bo formy nie mogą zmieniać tego, co jest znacznie silniejsze, co się narodziło w innym duchowym laboratorium21. Co więcej, unioniści nie tylko nie zrezygnowali z wypracowanych przez siebie koncepcji, lecz potrafili je zaszczepić Stronnictwu, a tym samym zdominować je ideologicznie. Hoppe pełnił również od 1943 r. funkcję redaktora naczelnego oficjalnego organu prasowego Stronnictwa Pracy, jakim było pismo „Reforma”, był także przewodniczącym komisji koordynującej działalność wydawniczą ugrupowania22.

W marcu 1945 r. został aresztowany przez NKWD podczas spotkania w Brwinowie z przewodniczącym krajowego Stronnictwa Narodowego, Aleksandrem Zwierzyńskim, na którym próbowano uzgodnić wspólną taktykę w zaistniałej sytuacji. Zaopatrzony w sfałszowane dokumenty na nazwisko Jan Chmielewski, został wywieziony na początku kwietnia do Swierdłowska23. W ZSRR przebywał do 1947 r., wrócił schorowany, jednak władza komunistyczna nie zapomniała o nim. W lutym 1949 r. został aresztowany, a następnie skazany w procesie działaczy Stronnictwa Pracy na karę dożywotniego więzienia. Jerzy Braun, który zetknął się w jednej celi z Hoppem w 1953 r., pisał, że cechą tego już poważnie schorowanego po pobycie na Syberii człowieka był niczym nie zmącony spokój i stoicyzm w znoszeniu przeciwności losu. U ludzi małego wzrostu – a Hoppe miał wzrost i wygląd niemal chłopięcy – zaznacza się nieraz dążność do rekompensaty i górowania nad otoczeniem władzą, wolą, samokontrolą, niezłomnością charakteru. W Hoppem wyczuwało się ciągłą dbałość o „zachowanie twarzy”, o powagę postawy i decyzji, odpowiedzialność za słowa i czyny, by żaden jego postępek, żadna wypowiedź nie kolidowała z wypracowanym w sobie ideałem człowieka, przywódcy i działacza społecznego. /…/ W więzieniu, w ciągłym obcowaniu wzajemnym, w warunkach niezmiernie uciążliwych, wymagających opanowania i wielu wyrzeczeń, wychodzą na jaw wszystkie ujemne i pozytywne cechy charakterów. /…/ Nic nie da się ukryć i zakamuflować. Odebrane są wszystkie akcesoria władzy, posiadania, stanowiska, piastowanego urzędu. /…/ W takim klimacie duchowym i scenerii „zachować twarz” i zdobyć autorytet jest niesłychanie trudno. Autorytet ten zdobywał Hoppe gdziekolwiek się zjawił, zarówno wśród ludzi wybitnych, olśnionych jego logiką, jasnością ocen, etyczną nieskazitelnością, jak i wśród maluczkich, nawet prawdziwych bandytów i złodziei. Był nie tylko podziwiany i szanowany, lecz i kochany. Jego talent wychowawcy, kierownika dusz ludzkich, wypróbowany już w harcerstwie, zjednywał mu szczególnie młodych, którzy jeszcze po wyjściu z więzienia lgnęli do niego jak do ojca, uważali go za swój drogowskaz i wzór życiowy24.

W 1956 r. opuścił więzienie. Lekarze zalecili mu zmianę klimatu na łagodniejszy w miesiącach zimowych. Starania o zezwolenie na wyjazd do Włoch w celu podreperowania zdrowia zakończyły się sukcesem. Obserwując z bliska na Zachodzie politykę prowadzoną przez niektóre środowiska emigracyjne wobec kraju, a w zasadzie społeczeństwa polskiego, stawał się wobec niej coraz bardziej krytyczny. Karol Popiel pisał, iż odgradzanie się, bojkotowanie zwykłych ludzkich stosunków między emigracją a społeczeństwem w kraju, wszystkie te przejawy emigracyjnej niezłomności były dla niego /…/ świadomym kopaniem przepaści pomiędzy synami jednej ojczyzny i budowaniem pomiędzy nimi jakiegoś niesamowitego „chińskiego muru”. I to w sytuacji, gdy tylko zacieśnienie stosunków między społecznością emigracyjną a macierzą mogło skutecznie hamować proces utraty dla polskości młodych pokoleń25.

Władze jednak postanowiły nie dać mu o sobie zapomnieć. Jesienią 1967 r. zażądano od niego wysłania do trzech wybranych osobistości w Rzymie listu, w którym poddałby krytyce postawę Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Hoppe nie przystał na to, co zaowocowało wstrzymaniem paszportu. Odmowę tę powtórzono w roku następnym, co prawda po odwołaniach uzyskał w końcu zgodę na wyjazd, ale było już za późno. Wiadomość o tym przyszła do niego bowiem 17 lutego 1969 r., w przeddzień śmierci26.

Ciężka praca, a nie blaga czy gra; służba zamiast interesu; czyn, a nie hasła; świadomy obywatel w miejsce poddanego; konkret zamiast frazesu – to idee, które przez całe życie przyświecały Hoppemu w pracy społecznej, politycznej czy pisarskiej. Jego zdaniem, stanowiły one kluczowe elementy życia publicznego, od których zależeć miało powstanie, jak dziś zwykło się mówić, „społeczeństwa obywatelskiego”.

Przypisy:

1 K. Sieniewicz, Jan – pragmatyk /w:/ J. Braun, K. Popiel, K. Sieniewicz, Człowiek ze spiżu, Wrocław 1987, ss. 71-72.

2 M. Grzybowska, Adam Skwarczyński jako ideolog obozu sanacji. Koncepcje publiczno-ustrojowe, Kraków-Kielce 1997, ss. 168-169.

3 K. Popiel, Droga ideowego piłsudczyka /w:/ J. Braun, K. Popiel, K. Sieniewicz, op. cit., s. 12.

4 J. Hoppe, Wspomnienia, przyczynki, refleksje, Londyn 1972, s. 190.

5 Ibid., s. 223.

6 Ibid., ss. 227-228.

7 J. Hoppe, Wierzyłem (Artykuły), Warszawa 1938, ss. 12, 14.

8 Idem, Wspomnienia…, ss. 32-33.

9 Ibid., s. 136.

10 Myśl społeczna. Gawędy i wykłady, oprac. J. Hoppe, Warszawa 1933, ss. 30-32.

11 Ibid., s. 36.

12 Idem, Wspomnienia…, s. 260.

13 Myśl społeczna…, ss. 41-42.

14 Ibid., s. 32.

15 Ibid., s. 59.

16 J. Hoppe, Adam Skwarczyński. Myśli o związkach zawodowych, Warszawa 1934, s. 30.

17 J. Hoppe, Wierzyłem…, s. 11.

18 Idem, Mozaika robotnicza (Artykuły), Warszawa 1937, ss. 42-43.

19 Idem, Wierzyłem…, ss. 51, 53.

20 Idem, Wspomnienia…, s. 289.

21 Ibid., s. 341.

22 K. Sieniewicz, op. cit., ss. 86-87.

23 Ibid., s. 104.

24 J. Braun, Jan Hoppe – polityk w służbie idei /w:/ J. Braun, K. Popiel, K. Sieniewicz, op. cit., ss. 213-214.

25 K. Popiel, op. cit., s. 34.

26 Ibid., s. 31.

Chrześcijański socjalizm Karola Ludwika Konińskiego

Chrześcijański socjalizm Karola Ludwika Konińskiego

Nigdy nie uwierzę, żeby rozdawnictwo ciepłej zupy zmarzniętym, kula w łeb tyranowi, kolonie wakacyjne dla dzieci, jasne mieszkanie dla biednych, organizacja minimum utrzymania dla każdego, kto się w społeczeństwie urodził i chce w nim żyć, nawet opieka nad zwierzętami, żeby to były rzeczy w oczach Pana Boga mniej ważne i mniej warte niż uniesienie św. Teresy i jej ucznia św. Jana – deklarował Karol Ludwik Koniński1.

O nim samym natomiast, ponad czterdzieści lat temu, Bronisław Mamoń, niestrudzony popularyzator spuścizny Konińskiego, pisał: …to pisarz niezwykły, nie mający swoich poprzedników oraz następców w literaturze polskiej, z rodziny wielkich gwałtowników chrześcijańskich: Pawłów i Orygenesów, Pascalów i Newmanów, Kierkegaardów i Mounierów. W dwudziestoleciu międzywojennym zajmujący ważną i bardzo własną pozycję w życiu intelektualnym – Irzykowski zaliczał go do pierwszej dziesiątki publicystów – dziś prawie nieznany przez szerokie kręgi czytelników, wyłączony z żywego obiegu kulturowego, czekający wciąż na odkrycie i „zaszeregowanie” w historii myśli polskiej, odpowiednie jego randze2. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o recepcję jego niezwykle bogatej twórczości. Nawet gdy mamy do czynienia z pewnymi symptomami świadczącymi o odkrywaniu Konińskiego w ostatnich latach, to przede wszystkim jako krytyka literackiego, popularyzatora kultury ludowej oraz pisarza religijnego3, mniej natomiast znany jest jako myśliciel społeczny i polityczny4.

***

W jednym ze swoich niedokończonych pamiętników Koniński zanotował: Urodziłem się 1. XI [1]891 we Lwowie; musiało to być w nocy, gdyż matka moja mówiła mi z naiwną dumą żem od razu patrzył na lampę: chętnie bym stwierdził mój horoskop, choć astrologia wydaje mi się nonsensem: nieraz myślę o tym, że dzień umarłych, w którym przyszedłem na świat, położył się cieniem swoim na całym moim życiu5.

CC BY-NC-SA Rob Ireton, http://www.flickr.com/photos/aoisakana/483863069/

Szkołę elementarną Karol wraz z rodzeństwem przerabiał w domu. Gdy jego rodzina przeprowadziła się do Krakowa, tamże ukończył szkołę średnią i rozpoczął w 1911 r. studia. Uczęszczał głównie na zajęcia z historii i literatury. W owym czasie zwrócił się w kierunku nacjonalizmu, czytał pisma Dmowskiego, Balickiego, Popławskiego.

Odkrył jednak wówczas także twórczość Stanisława Brzozowskiego i Karola Irzykowskiego, dwóch osób, które kto wie, czy nie w największym stopniu odcisnęły piętno na jego twórczości.

Jeszcze jako student podjął pracę w krakowskim magistracie, a jesienią 1916 r. został wcielony do 16. pułku strzelców. Służba wojskowa zaważyła na jego całym późniejszym życiu – wiosną 1917 r. zachorował na zapalenie płuc, złe warunki w wojsku i nieprawidłowe leczenie powodują w późniejszym czasie nawroty choroby oraz kilkumiesięczny pobyt w szpitalu, a wreszcie gruźlicę kręgosłupa. W 1918 r. polska komisja zwalnia go z wojska jako osobę o stuprocentowej niezdolności zawodowej, od 1919 r. przechodzi zaś na rentę inwalidzką.

W tamtym czasie Koniński coraz śmielej włącza się w życie intelektualne Krakowa, nawiązuje kontakt z „Głosem Narodu”, na łamach którego publikuje swoje teksty, wkrótce podejmuje współpracę z kolejnymi periodykami, jak „Przegląd Warszawski”, „Przegląd Współczesny”, „Przegląd Wszechpolski”, „Myśl Narodowa” czy „Trybuna Narodu”. Na ich łamach zaczynają się krystalizować zręby jego publicystyki, ześrodkowanej wokół zagadnień narodowych, literackich i religijnych. W 1929 r. ze względu na stan zdrowia przeprowadza się z Krakowa do Zakopanego, gdzie nawiązuje kontakty m.in. z Marią Kasprowiczową i Stanisławem Ignacym Witkiewiczem, które przerodzą się w trwałe przyjaźnie.

W latach 30. jego związki z obozem narodowym rozluźniają się, Koniński coraz bardziej zniesmaczony jest nasilaniem się antysemickich akcentów w publicystyce narodowców. Jego zdaniem, tego typu działalność powoduje, że uwaga społeczeństwa skierowana zostaje na Żydów, zamiast na poczynania Niemców, będących rzeczywistym, ogromnym zagrożeniem. Postrzegał to nawet jako zakamuflowaną formę dywersji, mającej na celu moralne rozbrojenie polskiego narodu. Wyrazem niechęci do tego rodzaju postaw i działań był chociażby artykuł, w którym bezpardonowo zaatakował Adolfa Nowaczyńskiego6. W związku z tym coraz mniej publikuje w pismach endecji, nawiązuje natomiast kontakt z „Gazetą Literacką”, a następnie pismem „Zet” Jerzego Brauna, „Prosto z mostu” i „Marchołtem” Stefana Kołaczkowskiego, a wreszcie pod koniec lat 30. ze związanymi z Frontem Morges, a później Stronnictwem Pracy periodykami „Polonia”, „Odnowa” czy „Zwrot”. W 1938 r. wstępuje w szeregi Stronnictwa Pracy.

Mimo poważnej choroby realizuje się również jako działacz społeczny. W 1937 r. razem Jerzym Płomieńskim oraz S. I. Witkiewiczem organizują letnie kursy naukowo-literackie w Zakopanem, które w zamierzeniu miały się przerodzić w uniwersytet wakacyjny. W 1938 r. program kursów obejmował 40 odczytów wygłaszanych pomiędzy 11 VII a 1 VIII w sali hotelu „Morskie Oko”, w gronie prelegentów obok Konińskiego i Witkiewicza znajdowali się m.in. Roman Ingarden, Karol Irzykowski i Leon Chwistek. Wkrótce zaś wraz z Marią Kasprowiczową podejmuje działania mające na celu utworzenie Uniwersytetu Wiejskiego im. Jana Kasprowicza na Harendzie, prace nad wdrożeniem tego pomysłu przerwała jednak wojna. W 1938 r. wydaje natomiast dwutomową antologię pt. „Pisarze ludowi. Wybór pism i studium o literaturze ludowej”, której poświęcił wiele lat życia. Zawierała ona fragmenty pamiętników nie tylko chłopów, ale także bezrobotnych oraz amatorską poezję, prozę, dramaty i publicystykę.

W lutym 1939 r. Koniński wyjeżdża do sanatorium w Lanckoronie, gdzie zastaje go wojna. Tam powstaje dziennik „Wojna” oraz jego najdojrzalsze, obok późniejszego „Nox atra”, dzieła z gatunku medytacji religijnych – „Ex labiryntho” i „Uwagi”. Prace te, jak pisał Konrad Górski, to …rodzaj intymnego dziennika, odtwarzającego różne etapy zmagań wewnętrznych o zdobycie pewności prawd religijno-moralnych i filozoficznych, które by uregulowały wewnętrzny stosunek autora do Boga i świata7. Bieda, postępująca choroba, poczucie bezsensu, oderwanie od rzeczywistości, brak książek, towarzystwa i miejsca do pracy dają mu się mocno we znaki, pogrążając go w coraz większej rozpaczy: Gdybym mógł ludziom pomagać, pomagałbym, gdybym mógł pracować i walczyć, pracowałbym i walczył; ale ani ludziom pomagać, ani pracować i walczyć nie mam sposobności ani możliwości […]. Po co właściwie żyć? Na co czekać? Jaki obowiązek mnie łączy z tą ziemią smutku? Nie pomogę nikomu, nikomu nie kupię mleka i chleba, kto głoduje8.

Pod koniec 1940 r. Konińscy przenoszą się rodzinnego domu żony w Rudawie k. Krakowa. Tam powstają m.in. dwie rozprawy dotyczące tematów społecznych – „Gospodyn” i „Humanizacja własności”. Umiera 23 marca 1943 r. w związku ze zwyrodnieniem nerek na tle gruźliczym.

***

Bronisław Mamoń dzieli publicystykę polityczną Konińskiego na dwa okresy. Pierwszy obejmuje lata 1926-1935 i wiąże się z oddziaływaniem ideologii endecji, drugi natomiast lata 1937-1939 i związany jest ze zbliżeniem do Frontu Morges i Stronnictwa Pracy. Oczywiście podział tego rodzaju jest umowny, trudno bowiem dostrzec jakąś radykalną woltę w myśli samego Konińskiego. Co najwyżej mamy do czynienia z narastającym krytycyzmem pod adresem obozu narodowego i zmianą zainteresowań, jednak ta następowała bardziej ewolucyjnie. Poza tym trochę na wyrost Koniński bywa niekiedy klasyfikowany jako przedstawiciel nacjonalizmu integralnego spod znaku obozu narodowego. Owszem, współpracował z pismami narodowymi, określał się mianem nacjonalisty, jednak ciężko go zaliczyć w poczet teoretyków endeckich. Jego wersja nacjonalizmu zawsze różniła się od propagowanej w obozie narodowym, np. brak było w niej choćby śladów antysemityzmu; zajmował tam niewątpliwie własne, odrębne miejsce9. Jak pisał już w późniejszym okresie, odnosząc się do swego skomplikowanego i bogatego drzewa genealogicznego, obfitującego w przodków różnych stanów i narodowości: Czuję się Polakiem zrośniętym fanatycznie z tą ziemią i tym narodem. Tylko jak widzę czasami polskie niedołęstwo, myślę o sobie, że jestem trochę kalwinem szwajcarskim, trochę Niemiaszkiem, trochę arystokratą francuskim10.

Stałym punktem publicystyki politycznej Konińskiego jest duży krytycyzm wobec sanacji i wprowadzonych przez nią metod rządzenia, obniżenia standardów moralnych w polityce, nepotyzmu i serwilizmu; przewrotu majowego (który oceniał jako zbrodnię), cenzury, Brześcia i Berezy. W 1938 r. na łamach „Zwrotu” pisał, iż patrząc na …tę obojętność, bezsilność, martwotę, na ten przy tym nasz polski blichtr i polor, beztroskę, dobry humor, parady, ambasady, biesiady, luksusy, limuzyny, fraki, ordery, bubki, zgrzybiałość, elegancję, dystynkcję, mocarstwowość, pawiość, papużenie się, słowem całe to polskie pozoróbstwo, to nam się zmarszczki robią na czole, zdaje się nam niekiedy, że jesteśmy Naród-Jesień, i że skrawe kolory to jest załgana purpura i zgniłe złoto uwiądu…11 Konsekwentnie przez lata uważał, że największe niebezpieczeństwo dla Polski stanowią Niemcy i zarzucał sanacji nie tylko niezrozumienie tego, ale wręcz umizgi wobec Hitlera. Wyrażał przekonanie, że nazizm stanowi nową niemiecką wiarę, opartą na „micie krwi”, przeciwstawiał się postrzeganiu go jako kierunku ideowego narzuconego od góry narodowi niemieckiemu przez garstkę ideologów – zwracał uwagę na jego mocne zakorzenienie w społeczeństwie, masowy charakter i niebezpieczeństwa stąd płynące. Wreszcie zaś konstatował, nie bez pewnej dozy profetyzmu, iż nazizm może niejako utorować drogę komunizmowi, gdyż dla narodów podporządkowanych przez Niemcy w pewnym momencie „marzeniem stałby się komunizm”. Stąd akcentował doniosłą cywilizacyjną rolę Polski: W naszej pozycji pomiędzy bolszewizmem a gotującym się do skoku neohakatyzmem niemieckim, dźwigamy na sobie los kultury chrześcijańskiej i humanitarnej12.
Szukając możliwości jakiegoś wyjścia z tej rozpaczliwej sytuacji wysuwał fantastyczne koncepcje Cesarstwa Polskiego pod panowaniem Habsburgów, jednoczącego kraje położone w międzymorzu B.P.A. (Balticus – Pontus – Adria). Koniński uważał, iż jedynie unia dynastyczna pomiędzy Węgrami i Austrią, a następnie Polską, jest w stanie doprowadzić do stworzenia organizmu skupiającego kraje Międzymorza oraz trwałego ośrodka personalnego i dyspozycyjnego, będącego warunkiem funkcjonowania takiego tworu; iż tylko w ten sposób można odciągnąć Austrię, a być może i południową, katolicką niemczyznę, od Niemiec hitlerowskich13. Odrzucał jednak przy tym zdecydowanie ideę europejskiego narodu wysuniętą przez Juliena Bendę. Nie wierzył w jej urzeczywistnienie, ponadto pokusy rozpuszczenia narodów w jednym paneuropejskim tworze, wizje ich niwelacji, uważał za niebezpieczne. Jedna Europa miała się urzeczywistniać nie poprzez destrukcję narodów, ale federacje, bloki państw tworzone z potrzeb geopolitycznych. Nie ma bowiem, jego zdaniem, …wyrzeczenia się narodowego bez nadpsucia się już nie jakiejś specjalnie narodowej, ale ogólnoludzkiej moralności. Tej samej moralności, bez której nie zakwitnie żaden w ogóle ideał14.

***

Pod koniec życia, w latach wojny, Koniński mocniej zainteresował się kwestiami społeczno-gospodarczymi, problemem sprawiedliwego ustroju. Zagadnienia te pojawiały się w jego publicystyce już wcześniej, jednak zazwyczaj marginalnie, natomiast w czasach okupacji pokusił się wręcz o wypracowanie spójnego, przemyślanego programu, który określił mianem socjalizmu chrześcijańskiego, uznając, iż jedynym socjalizmem w pełni humanistycznym, mogącym zagrodzić drogę socjalizmowi materialistycznemu, ustrzec przed przemocą, walką klas, terrorem – może być socjalizm religijny, rozwinięty pod dewizą …Boga, który jest Miłość i który jest Światło15. Pisał o tym, iż szerzy się coraz bardziej przekonanie, że po wojnie będzie musiała zostać ustanowiona jakaś forma socjalizmu, …przez co ja rozumiem, że będzie musiała przyjść sprawiedliwość od władcy, ktokolwiek nim będzie, sprawiedliwość rozdzielcza: nikt za mało, nikt za wiele; nędzarz bezrobotny, robotnik nędzny – próżniaczy bogacz ze swoją kurtyzaną wykwintną, ślubną czy nieślubną – te typy muszą zaniknąć i to nie tylko na skutek kaznodziejstwa i moralistyki, ale na skutek interwencji władzy w życie gospodarcze16.

Koniński zawsze wykazywał dużą wrażliwość na krzywdę społeczną. Już w 1929 r. pisał: Przenieśmy się myślą do któregoś z krajów, gdzie w wieku XIX nastąpił intensywny rozwój wielkiego przemysłu; uprzytomnijmy sobie dolę ówczesnego robotnika; uprzytomnijmy sobie zarazem sytuację moralną w ówczesnych warunkach człowieka na serio chrześcijańskiego. W latach czterdziestych ub. w. rząd angielski przeprowadził po kopalniach ankietę, z której wynika, że dzieci pracowały pod ziemią po 11, 12, 13, 14 godzin na dobę, że pracowały dzieci częstokroć poniżej 5 lat życia, a nawet zdarzało się, że dziecko 3-letnie, cały dzień siedząc pod ziemią, otwierało drzwi i zamykało je za przejeżdżającymi wózkami. I któż wobec takich faktów będzie śmiał jeszcze twierdzić, że nastroje i ruchy rewolucyjne w. XIX są do przypisania wyłącznie spiskom ludzi zaprzysiężonych przeciwko chrześcijaństwu?!17

Od tego czasu, jak konstatuje, wiele zmieniło się na lepsze, jednak ciągle dużo jest do zrobienia. Winą za taki stan rzeczy obarczał w dużej mierze liberalizm, który stworzył współczesnego homo oeconomicusa, kierującego się wyłącznie egoizmem. Nie podzielał też liberalnego optymizmu, że likwidacja ubóstwa i niesprawiedliwości w stosunkach społecznych dokona się automatycznie, za sprawą działania samych mechanizmów rynkowych. Efekty, które przynosi gospodarka liberalna, są bowiem wręcz odwrotne. Są nimi nie tylko powszechne zglajszachtowanie i standaryzacja, co drażniło konserwatywną naturę Konińskiego, ale i coś, co poruszało jego wrażliwość społeczną, czyli olbrzymie kontrasty i rozwarstwienie. We wspomnianym systemie masy, jak pisze, giną …w nędzy ostatniej, gdy tymczasem liberalna gospodarka światowa daje oczom przerażonym zdumiewające widowisko milionów ton owoców, kaszy, zboża, tłuszczu, palonych i niszczonych, aby uniknęły spadku cen, doczekaliśmy się paradoksalnej i bluźnierczej „klęski” gospodarczej, klęski nadprodukcji.

Liberalna teoria mówiąca o samoregulującym się mechanizmie rynkowym, jak konstatował, do pewnego momentu jest prawdziwa, jednak nie uwzględnia …jednego momentu tej naturalnej równowagi, którym jest czas. Zawsze jakiś czas mija, zanim nastąpi automatyczne wyrównanie między konsumpcją a produkcją, jakiś czas, kiedy zawsze jest czegoś gdzieś za dużo, a czegoś za mało; wobec czego, zawsze jest gdzieś jakiś zastój w produkcji i gdzieś jakieś niedomaganie po stronie konsumpcji. Zawsze więc gdzieś jacyś robotnicy są niepotrzebni, a zwłaszcza, gdy maszyna zastępuje człowieka, gdy zarazem podział dochodu społecznego nie jest taki, aby przy wzroście produkcji, ona znalazła w czas odpowiednią sobie konsumpcję; zawsze leżą jakieś nieskonsumowane zapasy a bezrobocie utajone trwa ciągle, od czasu do czasu, nieomal regularnie wybuchając klęską żywiołową. Dodajmy, że znaczna część kapitału produkcyjnego obracana jest na produkcję zbędną, luksusową i pseudoluksusową, nieraz wprost szkodliwą. I dodajmy, że znaczna część kapitałów, która by mogła być pożytecznie produkcyjnie użyta, jest trawiona konsumpcyjnie, często głupio i niezdrowo18.

W związku z tym nawoływał do podjęcia wysiłku w celu ustanowienia ustroju społecznej sprawiedliwości, wskazywał, iż miłosierdzie indywidualne (jałmużna), jak i miłosierdzie indywidualno-społeczne (dobroczynność, fundowanie czy wspieranie przez osoby prywatne instytucji użyteczności publicznej) nie wystarczą, nie są w stanie rozwiązać kwestii społecznej. Oczywiście są potrzebne jako swoiste dopełnienie, ale nie można wszystkiego składać na ich barki, z natury rzeczy nie są one bowiem zdolne poradzić sobie z poważnymi problemami społecznymi. Indywidualna działalność charytatywna, jak podkreślał, im bardziej żarliwa, …tym prędzej uczuje się beznadziejną: kropla w pustyni. Lecz i miłosierdzie indywidualno-społeczne jest niedostatecznym do wyplenienia nędzy, w której tylu się marnuje; np. nie jest w stanie rozwiązać kwestii mieszkaniowej, podjąć się przebudowy miast; lecz przede wszystkim nie jest w stanie zlikwidować głównej plagi społecznej naszych czasów, chronicznego bezrobocia. Nawet heroiczne miłosierdzie indywidualno-społeczne chorobę społeczną, którą nazywa się nędzą mas, leczy objawowo a nie przyczynowo; nie przykłada siekiery do samego korzenia zła. A zatem: Jałmużny? Tak. Fundacje dobroczynne i składki na te fundacje? Tak. Ale obok tego i ponad to polityczny instytucjonalizm w duchu sprawiedliwości społecznej19.

Liczenie jedynie na dobrą wolę i wyrzekanie się przymusowego zinstytucjonalizowania walki z biedą, to dla niego wyraz moralizatorskiego utopizmu, bujanie w obłokach i manifestowanie niewiary w możliwość lepszego urządzenia stosunków w tej sferze. Jałmużna to rzecz dobra, ale – jak podkreśla Koniński – nie po to istnieje nędza, aby służyła bogatym jako okazja do dobrych uczynków. Lepszy od jałmużny jest sprawiedliwy ustrój społeczny, w którym jeśli nawet nie dojdzie do zaniku jej potrzeby, to będziemy mieli do czynienia ze znacznym ograniczeniem konieczności uciekania się do takich form. Wizję tego nowego ustroju Koniński zarysowywał już w latach dwudziestych. W jednym z artykułów odniósł się do niektórych pomysłów Othmara Spanna – łatwo można w nim zauważyć konstatacje i recepty, które później zostaną niejako usystematyzowane w koncepcji socjalizmu chrześcijańskiego. Ideałem indywidualisty jest wolność, uniwersalisty – sprawiedliwość – pisał Koniński – […] Idzie bowiem o to, żeby znieść owo głębokie osamotnienie, w jakim żyjemy, owo nowożytne, atomistyczne rozproszenie społeczne – osamotnienie i rozproszenie w grozie całej występujące zawsze wtedy, gdy człowiek został przez los zwyciężony – osamotnienie i rozproszenie tym potworniejsze, że za tło służy mu cywilizacja, która się zowie „chrześcijańską”. Należy więc wytworzyć naokoło człowieka znacznie gęstszą, tęższą i trwalszą niż obecnie tkań społeczną, która by podtrzymywała go fizycznie i moralnie20.

Chodzi więc w pierwszym rzędzie o ponowne „zakorzenienie” liberalnego człowieka-indywiduum w różnorakich wspólnotach, odwrócenie postępującego procesu erozji więzi międzyludzkich. Ustrój sprawiedliwości społecznej, jak podkreślał, musi też zerwać z liberalną wiarą w zbawienną moc niewidzialnej ręki rynku, nie może obejść się bez pewnej dozy planowania. Koniński pisał wprost o potrzebie gospodarki planowej, choć z jego pism wyłania się raczej obraz czegoś, co moglibyśmy określić, za Czesławem Strzeszewskim, „gospodarką z planem”21. Chodzi bowiem nie o centralne sterowanie i regulowanie całokształtu sfery społeczno-gospodarczej przez państwo, ale o działanie w imię jakiegoś planu, umiarkowany interwencjonizm, powodujący, iż niknie pojęcie własności absolutnej, właściciel traci nieograniczoną swobodę dysponowania nią, następuje lepsza redystrybucja dóbr, zostaje zlikwidowane zjawisko lichwy.

Koniński kładł wyjątkowo mocny nacisk na kwestie związane ze sprawiedliwością rozdzielczą, podziałem dochodu społecznego. Wskazywał na zbyt wielkie skupienie gospodarki liberalnej na produkcji, na przesadną wiarę w to, że wzrost PKB musi się przekładać na poprawę położenia szerokich mas społeczeństwa. Tymczasem nie ma tutaj prostej zależności, a jeśli redystrybucja dochodu społecznego jest wadliwa, to o niczym takim nie można mówić. Równocześnie jednak jawił się jako obrońca instytucji własności, wszelkie próby jej likwidacji, zastąpienia tzw. wspólnym posiadaniem, stanowiły dla niego zamach na ludzką godność. Nieodłącznym składnikiem godności jest bowiem wolność od cudzej ingerencji; nie może być zatem, jak pisał, …wolności bez własności. Albowiem wolność bezczynna jest czczym słowem; każdy zaś czyn w świecie rzeczywistym […] polega czy to na jakimś zmienianiu tych rzeczy, czy przynajmniej na przenoszeniu ich z miejsca na miejsce; czyn więc, a przeto wolność niekłamana, domaga się, abym miał jakieś privatum dominium nad jakimiś rzeczami. Bardziej po prostu powiedziawszy, kto nic nie ma, ten jest niewolnikiem, a kto jest niewolnikiem, ten nie może zachować godności22.

Rodzi się więc problem, w jaki sposób pogodzić postulowaną przez niego potrzebę ograniczania tego prawa własności w niektórych wypadkach, z traktowaniem jej jako warunku zachowania ludzkiej godności. Koniński stwierdza, iż syntezą stanowiska altruistyczno-socjalnego i liberalno-indywidualistycznego jest podejście personalistyczne, wskazujące na prymat osoby nad społecznością, ale jednocześnie podkreślające, że człowiek jest istotą społeczną i w związku z tym winien mieć na uwadze również dobro wspólne, które nie jest tylko liberalną sumą dóbr jednostkowych. W argumentacji w obronie prywatnego posiadania ujawnia się też konserwatywny wymiar sposobu myślenia Konińskiego o rzeczywistości, swoista ostrożność i szacunek dla zastanych instytucji. Jego zdaniem, …wszystko co już istnieje, ma prawo istnieć nadal, o ile jawnym i oczywistym nie jest, że nie powinno istnieć […] na reformatorze spoczywa obowiązek ścisłego i słusznego dowodu, że dany stan bycia nie zasługuje na dalsze trwanie. Niech trwa wszystko, co nie jest jawnie szkodliwe, i niech trwa wszystko co po uleczeniu jeszcze zdolne będzie do życia23.

Przedstawiając wizję ustroju sprawiedliwości społecznej, Koniński zwracał uwagę na konieczność zmian także na innych płaszczyznach, przemian, które stanowią kluczowy warunek powodzenia całego przedsięwzięcia. Poddając krytyce katolicyzm społeczny za pewien pasywizm, stawianie kwestii społecznej na gruncie cnoty miłosierdzia, a nie sprawiedliwości, stwierdzał, iż dalszy rozwój chrześcijańskiego dynamizmu socjalnego, walczącego o zmiany instytucjonalne, wymaga również pewnych przeakcentowań metafizyczno-teologicznych. Im bardziej dynamiczna wizja Boga – pisał – tym żarliwsza i niecierpliwsza religia24. Wołał o teologię twórczości, czynu, która miała zastąpić tę dominującą dotychczas, kontemplatywną; o teologię …akcentującą Boga jako działacza, jako tego, który „dotąd pracuje” […] przy tej akcentuacji teologicznej, praca przestaje być dopustem Bożym, a staje się radosną sprawą człowieka; jego nie tyle obowiązkiem cierpliwej pokory, ile motywem religijno-metafizycznej dumy […] praca jako rodzaj modlitwy – lecz i modlitwa jako rodzaj pracy…25.

Postulował również powstanie i rozwój w Polsce typu człowieka, który określał mianem Gospodyna. Wszelkie reformy i zmiany techniczne na nic się bowiem jego zdaniem nie zdadzą, jeżeli nie dojdzie do przemian mentalnych i jak najszerszego upowszechnienia takiego wzorca osobowego: Gospodyn czyli władca, ale władca dobry, nie typu najezdniczego, lecz typu ojcowskiego […] We władcy typu ojcowskiego koncentrują się i kondensują wartości typu civis, obywatel; każdy czujący się obywatelem Rzeczpospolitej, tę żywiący ambicję, aby być obywatelem rzeczywiście wartościowym, jest zarazem jednym z patres patriae, jednym z dobrych władców, potencjalnym Gospodynem. Demokratyczny ustrój państwa powołuje wszystkich dojrzałych uczestników społeczeństwa do obywatelstwa: a przeto i do władztwa26. Jest to ideał silnego, zdecydowanego człowieka, obywatela działającego na rzecz dobra wspólnego, rozumiejącego i śmiało podejmującego obowiązki, które nań ciążą, mocnego a dobrego, mocnego mimo dobroci, dobrego, mającego do dyspozycji rozkazodawczą siłę woli27.

Nie bał się przy tym głosić niepopularnych opinii, grzmieć, krytykować, prowokować i zmuszać do myślenia jednocześnie. Przykładem mogą być mocne słowa, wskazujące na bezwarunkowość udzielania jałmużny: Wasza gościnność: im kto biedniejszy, tym mniej z nim gościnnie; im kto więcej ma, tym lepiej go przyjmować. Ktoś, kto by biednych przyjmował lepiej niż bogatych, ten byłby wariatem i dziwakiem. Chrystus skandalizuje, dziwaczy, przewraca szablony do góry nogami. Chrystianizm ekscentryczny, oryginalny, paradoksalny, antyfilisterski, mistyczna bohema, profetyzm; walka z faryzeuszami, to nie walka z jakimiś niegodziwcami, ale z wami właśnie porządni, pobożni, sformalizowani, oschli ludzie. […] pamiętam, jak ks. pastor przyjmował biednego włóczęgę z takimi samymi szykanami, na jakie by sobie pozwolił każdy rzymskokatolicki ks. Bezduszek. Filisteria jest międzywyznaniowa.
„Nie dam nic, na pewno na wódkę chcecie”.
„Macie ode mnie na wódkę”.
„Pan demoralizuje człowieka”.
„A czy Pan nigdy wódki nie pije? Ja też piję wódkę, my wszyscy pijemy wódkę, wszyscy, którzy ciepło mieszkamy i dobrze się odżywiamy i tylko biedny, który marznie i głoduje ma się popisywać abstynencją”28.

***

Bronisław Mamoń pisał o Konińskim, iż każdy objaw niesprawiedliwości pogrążał go w cierpieniu, szarpiącym nim nieustannie; że próbował każdej możliwości, aby pomagać drugim, odbierać im część bólu. Świadomość, że nie może zaradzić pewnym rzeczom, pogrążała go w rozpaczy. Koniński, jego zdaniem, nigdy nie chciał zamykać się w kręgu własnego bezpieczeństwa, przeciwnie – żył wiecznymi, niezawinionymi wyrzutami sumienia, że ma co jeść i gdzie mieszkać, podczas gdy inni są głodni, brudni, bez pracy. To pragnienie sprawiedliwości stanowiło główny wektor jego życia i podłoże etyczne dla filozofii przezeń głoszonej29.

Taka charakterystyka przywodzi na myśl Simone Weil. Wydaje się, że można dostrzec wiele podobieństw między tymi dwoma postaciami: zbliżone wyczulenie na krzywdę społeczną, wrażliwość, a nawet nadwrażliwość wynikająca może z uwarunkowań fizycznych, doświadczenia choroby i cierpień z nią związanych, troska o najuboższych, najbardziej poniewieranych, najsłabszych. Pragnienie zmiany, przebudowy świata na bardziej sprawiedliwych zasadach, swoiste zmaganie się z Bogiem, zainteresowanie problematyką teodycealną, stawianie pytań dotyczących sensu cierpienia i zła. Wreszcie zaś specyficzna religijność, mistycyzująca, heterodoksalna, zdaniem niektórych wręcz gnostycka, w każdym razie z pewnością wymykająca się ciągle z bezpiecznych terenów ortodoksji.

Koniński jednak wierzył, iż świat można zmienić, przetworzyć, zbudować ustrój sprawiedliwości; u Weil tej wiary jakby mniej, większa zaś fascynacja pracą i ubóstwem oraz silniejsze położenie akcentu na empatię. Mimo tego ona również pisała, że Ludzie, których jedyną troską jest dobro powszechne, mogą być zdolni – albo niezdolni – zapewnić je swoim współobywatelom. Jest za to absolutnie pewne, że tam, gdzie nikt nie skupia uwagi na dobru ogółu, nie dokona się nic, co by służyło dobru powszechnemu30.

Przypisy:

1 K. L. Koniński, Uwagi 1940-1942, Poznań 1987, s. 55.
2 B. Mamoń, Karol Ludwik Koniński, Kraków 1969, s. 5.
3 Zob. A. Kalbarczyk, U podstaw krytyki. O aksjologii literackiej Karola Ludwika Konińskiego, Lublin 2001; A. Fitas, Głos z labiryntu. O pismach Karola Ludwika Konińskiego, Wrocław 2003.
4 Oprócz wspominanej pracy Mamonia, zagadnieniom tym poświęcono więcej miejsca jedynie w artykule T. Sikorskiego, „Nacjonalizm humanistyczny”, czyli patriotyzm wolny od uprzedzeń w pisarstwie politycznym i krytyce literackiej Karola Ludwika Konińskiego (1891-1943), „Templum Novum” nr 7, 2007/2008.
5 K. L. Koniński, Mój pamiętnik [w:] Idem, Kartki z brulionów, Kraków 2007, s. 28.
6 Idem, O panu Nowaczyńskim i jego frankofobii, „Zwrot” nr 28, 1938.
7 K. Górski, O pismach religijno-filozoficznych Karola Ludwika Konińskiego [w:] K. L. Koniński, Ex labiryntho, Warszawa 1962, s. 5.
8 K. L. Koniński, Wojna [w:] Idem, Kartki…, s. 273.
9 Zob. T. Sikorski, op.cit.
10 K. L. Koniński, Pamiętnik [w:] Idem, Kartki…, s. 26.
11 Idem, Moment, „Zwrot” nr 32, 1938.
12 Idem, Logika swastyki, „Przegląd Powszechny” t. 197, 1933.
13 Idem, Cesarstwo polskie, „Zet” nr 1-2, 1936; Idem, Cesarski pomysł, „Zet” nr 5, 1936. Zob. też Idem, Dyskusja o „Bloku Trzech Mórz”, „Prosto z mostu” nr 32/1939.
14 Idem, Idea narodu europejskiego, „Gazeta Literacka” nr 4, 1934.
15 Idem, Humanizacja własności (chrystianizm, socjalizm, liberalizm) [w:] Idem, Kartki…, s. 107
16 Idem, Uwagi…, s. 82.
17 Idem, Z tęsknot i myśli kryzysu, „Przegląd Współczesny” nr 80, 1928.
18 Idem, Humanizacja własności…, ss. 114-115.
19 Ibid., ss. 110-111.19.
20 Idem, Z tęsknot…, zob. też: Idem, Uniwersalizm całości, „Myśl Narodowa” nr 29, 1934; Idem, Uniwersalizm „dziejowości”, „Myśl Narodowa” nr 31-32, 1934.
21 Zob. Cz. Strzeszewski, Gospodarka planowa czy z planem, „Kultura” nr 13, 1939.
22 K. L. Koniński, Humanizacja własności…, s. 118.
23 Ibid., s. 119.
24 Ibid., s. 101.
25 Ibid., s. 112.
26 Idem, Gospodyn czyli władca. Uwagi o typie przodowniczym trzeciej Polski [w:] Idem, Kartki…, s. 67.
27 Ibid., s. 83.
28 Idem, Uwagi…, s. 81.
29 B. Mamoń, op. cit., s. 41.
30 S. Weil, Myśli, Warszawa 1985, s. 11.