Wspólna sprawa

„Tolerancja”, zachwyty nad „różnorodnością”, „poznawanie innych kultur” – to dzisiaj postawy bardzo modne. Można dzięki nim zdobyć lepszą posadę, zrobić karierę medialną, zasłużyć na pochwały, w najgorszym razie spędzić czas na niezobowiązującym kolekcjonowaniu wrażeń. Niewiele ma to jednak zazwyczaj wspólnego z faktyczną troską o owych „Innych”, a jeszcze mniej z dbałością o wspólną przestrzeń, w której żyjemy zarówno „my”, jak i „oni”.

We współczesnym świecie nie ma mowy o izolacjonizmie. Sprawny transport, masowe media, globalizacja gospodarki, ponadnarodowe struktury polityczne – wszystko to skutkuje przenikaniem się kultur na ogromną skalę, ale także migracjami ludności. Czy będzie to „drenaż mózgów” przez zachodnie firmy, czy próba wyrwania się z biedy poprzez ucieczkę do lepszego świata, jest to proces, który w takich realiach będzie trwał niezależnie od woli jednostek.

Dotyczy on niemal wszystkich. Gdy 10 czy 15 lat temu ksenofobowie lub prawicowi doktrynerzy alarmowali, że „starą Europę” „zalewają” przybysze z krajów arabskich czy w ogóle z Trzeciego Świata, nie przewidzieli, że już wkrótce w tym samym kierunku ruszą za chlebem i euro setki tysięcy ich rodaków. Tak działa ten mechanizm, niezależnie od ideologicznych zaklęć. Częściowo – ale tylko częściowo – mogłaby go ograniczyć zmiana samych fundamentów obecnego systemu gospodarczego, bazującego na tanich surowcach, taniej produkcji i taniej sile roboczej, wędrujących nieodmiennie w jednym kierunku, z krajów biedniejszych do bogatszych. Wówczas imigrantów byłoby w krajach zamożnych nieco mniej – mniej byłoby tam również tzw. dobrobytu.

Nawet jednak w przypadku realizacji takiego, mało wszak prawdopodobnego scenariusza, proces „mieszania się” ras, narodów, stylów życia i wartości będzie postępował w zglobalizowanej gospodarce i w kulturze bazującej na masowych mediach. Musimy się nauczyć żyć obok siebie, a raczej – żyć razem. Tym bardziej, że na przestrzeni zaledwie 200 lat populacja globu wzrosła niemal siedmiokrotnie, a rozmaite „ziemie niczyje” zostały zasiedlone i zagospodarowane.

Co jednak znaczy „razem”? Dotychczasowa polityka wobec imigrantów i ich zbiorowości cechuje się swoistą schizofrenią. Z jednej strony nierzadko wręcz zachęcano obcokrajowców do przybywania – gdy brakowało rąk do pracy, zwłaszcza do pracy „brudnej” i gorzej płatnej – natomiast z drugiej mnoży się zakazy i nakazy, wciąż traktując ich jak obywateli drugiej kategorii. Swoje zrobiły też rozmaite obawy i tabu kulturowe. Imigrantów „rozpieszczano”, obawiając się oskarżeń o rasizm i kultywując – całkiem słuszne – poczucie winy za czasy kolonializmu, a jednocześnie, mimo deklaratywnej afirmacji ich postaw i kultury traktowano jak duże dzieci, które nie obejdą się bez paternalistycznej opieki. Skutkowało to nierzadko brakiem choćby minimalnej integracji ze społeczeństwem, do którego przybyli, a ze strony „tubylców” podskórnym brakiem wiary w to, że przybysze naprawdę mogą „być tacy jak my”.

W przypadku środowisk szeroko pojętej liberalnej lewicy przybrało to postać coraz bardziej tandetnych zachwytów nad wszystkim, co zrobi „Inny”, przy rezygnacji wobec owego „Innego” z wymagań nawet w tych kwestiach, które stanowiły sedno tradycji emancypacyjnej. Gdy „odwieczny” lub „większościowy” mieszkaniec wspomni o ojczyźnie lub odmienności kobiet i mężczyzn, wówczas oskarża się go o ciągoty wręcz faszystowskie lub o karygodny seksizm i zacofanie. Wychwala się natomiast „ekspresję kulturową” murzyńskich wykonawców hip-hopu wykrzykujących jawnie rasistowskie plugastwa pod adresem białych. Albo imigrantów z krajów arabskich, którzy ideę równości kobiet wybijają swoim małżonkom i córkom z głowy, nierzadko dosłownie. Tego rodzaju liberalizm i lewicowość oznaczają wywrócenie do góry nogami – o czym będzie jeszcze mowa – całej tradycji owych obozów.

Na takim podłożu bujnie krzewi się rasizm i dawno, zdawałoby się, skompromitowane postawy ksenofobiczne. Obsesyjnie kultywowane prawo do odmienności i „życia po swojemu” skutkuje tym, że na jednej ziemi żyją ludzie kompletnie sobie obcy, nie mający kulturowego wspólnego mianownika. Co gorsza, mniejszości oraz imigranci, jako zazwyczaj znajdujący się w gorszej sytuacji ekonomicznej (której zresztą brak integracji jest jedną z przyczyn), częściej szukają ratunku i wsparcia w tożsamości etnicznej czy religijnej, jeszcze bardziej okopując się na pozycjach swojej „inności”. I tak oto przepaść stale rośnie. Gdy w dodatku sytuacja ekonomiczna pogarsza się dla jednych i drugich – dla większości i mniejszości – wówczas jeszcze trudniej o wzajemne zrozumienie, współpracę i faktyczną tolerancję. „Inność”, która w czasach dobrobytu mogła być sympatyczną egzotyką, zaczyna być piętnem i źródłem obustronnych obaw.

Żerują na tym różne siły. Ksenofobiczna prawica roztacza wizje, wedle których gdyby nie „obcy”, wszystko byłoby piękne jak w „starych, dobrych czasach”. Oczywiście ani słowem nie wspominając, że „stare, dobre czasy” zostały rozmontowane nie przez samorzutny napływ „imigranckich hord”, lecz przez splot różnych czynników, z których jednym z głównych były poczynania wielkiego kapitału. A tym bardziej o tym, że „stare, dobre czasy” były czasami niesprawiedliwymi – skoro Zachód chce mieć tanią arabską ropę naftową, to dlaczego nie miałby w pakiecie dostać muzułmańskiej społeczności religijnej, z meczetem i muezinem, którzy tak drażnią „statecznych mieszczan” z pełnymi bakami?

Z kolei współczesna lewica jedyne, co potrafi robić, to miotać oskarżenia o rasizm i nienawiść etniczną. Tyle że takie zaklęcia nie zmniejszają rosnącego poparcia dla haseł antyimigranckich czy antymniejszościowych, okazując się wobec nich bezradnymi. A przede wszystkim nie rozwiązują istniejących problemów – „Inny” nadal pozostaje „Innym”, którym można się czasem zachwycić, np. w „etnicznej” restauracji czy na folklorystycznym festynie, ale na co dzień pozostaje on na ogół w swoim getcie, będąc łatwym do wskazania kozłem ofiarnym.

Wszystko to zmierza w coraz gorszym kierunku. Na garstkę imigrantów, która potwierdza prawicowe stereotypy i sprawnie żeruje na „socjalu”, przypada ogromna większość tej zbiorowości, zasilająca szeregi najuboższych mimo ciężkiej pracy. Zamiast integracji, mamy erupcję frustracji w postaci zamieszek i palonych samochodów z jednej, a jawnie rasistowskie ustawodawstwo z drugiej strony. Głośna niedawno była sprawa deportacji Romów z Francji, mimo teoretycznego istnienia „otwartych granic” w ramach Europy. W Szwajcarii demokratyczne referenda – czyli coś zgoła innego niż decyzja urzędnika lub polityka – przesądziły o zakazie budowy minaretów, a następnie o tym, że osoby nie posiadające obywatelstwa, nawet mieszkające w tym kraju od dawna, będą zeń wydalane po odbyciu kary więzienia nie tylko w przypadku ciężkich przestępstw, ale i drobnych wykroczeń, np. nieuprawnionego pobierania świadczeń socjalnych. Typowa kwadratura koła – im więcej utyskiwań na rasizm i ksenofobię, zastępujących wysiłki na rzecz integracji mniejszości z większością, tym więcej faktycznego rasizmu i ksenofobii.

W takiej sytuacji chcemy przypomnieć perspektywę zupełnie inną, perspektywę zarazem „starej” lewicy, jak i propaństwowo-obywatelską. Jak wspomniałem, dzisiejsza lewica wobec mniejszości i imigrantów prezentuje stanowisko mające niewiele wspólnego ze swoimi odpowiednikami sprzed lat. Zachwyca się i pochyla ona nad takimi środowiskami ze względu na ich „inność”, akcentując odmienność kulturową, domagając się specjalnych uprawnień i odmiennego traktowania, tym samym utwierdzając ów „innościowy” status. Dawniej natomiast lewica widziała w mniejszościach nie „Innych”, lecz przede wszystkim „takich samych”. Owszem, dostrzegała i brała pod uwagę swoiste cechy kulturowe czy religijne danej zbiorowości, ale akcentowała nie różnice, lecz podobieństwa. „Inny” był taki jak my: tak samo wyzyskiwany jako robotnik, tak samo głodny jako bezrobotny, tak samo stłoczony w małych izbach i suterenach, mający podobne człowiecze marzenia, analogiczne powody do niepokoju, a także identyczny status obywatelski. Nie chodziło o to, że wszyscy są dokładnie tacy sami lub być takimi powinni, lecz o to, aby umieć wznieść się ponad różnice i dostrzec klasowe czy ogólnoludzkie podobieństwa, a także nauczyć się żyć razem na tym samym terytorium.

Z takiej postawy wynikały dwie zasady. Pierwsza to traktowanie mniejszości jako prawdziwego partnera, zdolnego do sprostania tym samym wyzwaniom i zadaniom, co większość, nie zaś jak dziecko, które trzeba traktować ulgowo i nie pozwalać na zbytnią samodzielność. Po drugie, mniejszościom należy przyznać równe prawa, ale jednocześnie można od nich wymagać tego wszystkiego, czego wymaga się od pozostałych obywateli. Równość – nie „inność”, podobieństwo – nie eskalowanie różnic w imię „różnorodności”, wspólna sprawa – nie „tolerancja” i nie „getto”.

Pierwszy tekst jest autorstwa Stanisława Thugutta (1873-1941) – wybitnego działacza i teoretyka spółdzielczego, żołnierza Legionów i wojny polsko-bolszewickiej, lidera lewego skrzydła ruchu ludowego, ministra trzech rządów w II RP. W jego przemówieniu sejmowym mamy modelowy przykład, jak umiejętnie dokonać syntezy troski o ochronę praw mniejszości narodowych z dbałością o interes państwa jako wspólnej przestrzeni, w której bytuje większość i mniejszości. Zamiast przeciągania liny, co grozi jej rozerwaniem, wskazuje Thugutt na konieczność powściągania wzajemnych roszczeń jako niezbędny warunek jeśli nie harmonijnego, to przynajmniej stosunkowo mało konfliktowego współistnienia.

Kolejny tekst wyszedł spod pióra Leona Wasilewskiego (1870-1936). Autor to wieloletni działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, jeden z bliskich współpracowników Józefa Piłsudskiego, minister spraw zagranicznych, uczestnik polskiej delegacji w rokowaniach pokojowych po I wojnie światowej. Choć specjalizował się w polityce wschodniej i sytuacji słowiańskich mniejszości narodowych, przypominamy jego tekst poświęcony polskim Żydom. Wasilewski w powstałej jeszcze pod zaborami broszurze, której prezentujemy tylko niewielkie fragmenty, pisze o relacjach polsko-żydowskich zarówno bez fobii, jak i bez tabu. Stojąc na stanowisku tolerancji i pełnych praw obywatelskich dla Żydów, nie przemilcza pól konfliktu z „etnicznymi” Polakami. Obala rozmaite antysemickie stereotypy, wskazuje na rolę władz carskich w podsycaniu wzajemnej niechęci obu zbiorowości, ale także analizuje negatywne zjawiska w łonie społeczności żydowskiej. I przekonuje, że waśnie niczego nie rozwiążą – poprawę nie najlepszej sytuacji przyniosą procesy ekonomiczne, swobodny rozwój polityczny we własnym państwie oraz asymilacja Żydów. Asymilacja nie tyle kulturowa, tutaj bowiem istnieje sporo głębokich różnic, ile państwowa, uznanie niepodległego państwa polskiego za fundament współpracy i wzajemnego „ucierania się” obu grup.

Ostatni z tekstów napisał Tadeusz Hołówko (1889-1931). Działacz niepodległościowy i socjalistyczny, piłsudczyk, współtwórca BBWR, zwolennik daleko posuniętej współpracy ze „wschodnimi” mniejszościami narodowymi, zamordowany w zamachu zorganizowanym przez nacjonalistów ukraińskich. Fragmenty jego obszernego artykułu wskazują konkretne rozwiązania w relacjach z mniejszościami na terenach „niełatwych”, bowiem takich, gdzie to „rdzenni” Polacy znajdują się w mniejszości. Wizja Hołówki zawiera wiele propozycji ustępstw na rzecz grup mniejszościowych, a zarazem wskazuje granice takich postaw, wyznaczane interesem państwa i dbałością o większość. Jakże odmienne jest to stanowisko od dzisiejszych enuncjacji, w których teoretycznej bezgranicznej tolerancji towarzyszy umacnianie podrzędnego położenia mniejszości. Ważnym elementem tych rozważań są szeroko zakrojone inicjatywy o charakterze gospodarczym, mające na celu ogólną poprawę kondycji regionów zamieszkiwanych przez mniejszości, aby w taki sposób związać je z państwem polskim i unaocznić troskę o grupy nierzadko marginalizowane.

Oczywiście publikowane rozważania nie stanowią programu działania „tutaj i teraz”. Powstały one w sytuacji zupełnie odmiennej niż obecna, a ówczesnych realiów nie ma sensu porównywać ani z dzisiejszą Polską, ani tym bardziej z sytuacją mniejszości w którymkolwiek z pozostałych współczesnych krajów europejskich. To nie recepta – to inspiracja. To wskazanie takich dróg działania, które wykraczają poza jałowy spór „tolerancji” i „multikulturalizmu” z „rasizmem” i „ksenofobią”. Zamiast epatowania prostymi, a raczej prostackimi rozwiązaniami, mówią one, że trudne problemy można rozwiązać tylko niełatwą, lecz niezbędną wspólną pracą na rzecz wspólnego dobra.

Ekologia – stara polska tradycja

Są tacy, dla których ochrona środowiska oznacza przede wszystkim worek z unijną forsą. Dla innych jest ona „lewactwem”, winnym wszelkiemu złu tego świata. Dla niektórych – sposobem zaistnienia w polityce.

Do pierwszej kategorii należy zaliczyć urzędników różnego szczebla i organizacje pozarządowe. Ich podejście ma również zalety, bowiem z rodzimego budżetu gotówka na „zielone” cele płynie bardzo cienkim strumieniem. Do drugiej grupy należą prawicowi politycy i publicyści, lubujący się w pomstowaniu na ekologów, którzy zawiązali spisek w celu sabotowania rozwoju Polski. Ostatnią grupę tworzą liderzy kanapowych partyjek, z których najpopularniejsza dokonała syntezy ochrony przyrody oraz wspierania gejów i lesbijek.

Dla wszystkich tych grup ekologia jest pewną nowością, która przyszła z Zachodu wraz z obaleniem komuny lub wręcz akcesją do UE. Tymczasem ma ona u nas bardzo długą tradycję – niestety, niemal zapomnianą. Bywało w dziejach tak, że Polska pod względem ochrony przyrody była światowym prekursorem lub liderem.

Pierwszy na świecie akt świadomej ochrony ginącego gatunku wyszedł spod ręki Zygmunta III Wazy w 1597 r.! Polski król wprowadził ochronę tura, którego ostatnie osobniki żyły w dzisiejszej Puszczy Bolimowskiej, by turowie […] mieli swe dawne stanowiska. Władysław Taczanowski w 1860 r. opublikował „O ptakach drapieżnych w Królestwie Polskim pod względem wpływu jaki wywierają na gospodarstwo w ogóle”, gdzie jako jeden z pierwszych na świecie wykazał, że ptaki drapieżne, dotąd uznawane za szkodniki, czynią szkody nieznaczne w porównaniu z działalnością człowieka, a zarazem spełniają w ekosystemie bardzo pożyteczną rolę; książka wywołała duże poruszenie. Po raz kolejny pierwsi byliśmy w działaniu, które dziś nazywamy ochroną gatunkową zwierząt: w 1869 r. Sejm Krajowy Galicji uchwalił ustawę zakazująca zabijania i łapania kozic i świstaków. Jako pierwsi objęliśmy ochroną gatunkową grzyby (1983 r.). „Oskalpowana Ziemia” Antoniny Leńkowej, wydana w 1961 r., w przystępny sposób ukazała zniszczenia, które człowiek czyni w środowisku naturalnym. Jej fenomen polegał na wyprzedzeniu o 8 lat tez zawartych w słynnym „Raporcie U Thanta”, który wstrząsnął „światowym sumieniem ekologicznym”. Książka Leńkowej doczekała się przekładów na kilkanaście języków.

Gdy wybuchła I wojna światowa, polscy patrioci zaczęli układać plany… ochrony przyrody w niepodległej ojczyźnie. U progu odzyskaniu wolności Rada Regencyjna wydała dekret „O opiece nad zabytkami sztuki i kultury”, w którym pojawiły się zapisy chroniące dziedzictwo naturalne. Rada włączyła również ochronę przyrody w kompetencje Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. W kolejnym roku, pomimo walk zbrojnych na niemal wszystkich granicach, uchwalono pierwsze ustawy poświęcone stricte tej problematyce oraz powołano Tymczasową Państwową Radę Ochrony Przyrody. Przyrodnicy, z wielkim zapałem i przy wsparciu władz państwowych, przystąpili do tworzenia rezerwatów i parków narodowych. W tym samym czasie z inicjatywy Jana Sztolcmana rozpoczął się pierwszy proces restytucji gatunku, który całkowicie wyginął na wolności. Dzięki temu w ogrodach zoologicznych całego świata informują, że żubra uratowali Polacy. W międzywojniu Polska zabiegała o utworzenie międzynarodowej organizacji chroniącej przyrodę. Została ona powołana dopiero w 1948 r., gdy utworzono Światową Unię Ochrony Przyrody; oczywiście uczestniczyła w tym dziele delegacja naszego kraju.

Pierwszą polską ustawę o ochronie przyrody uchwalono w 1934 r. Należała do najnowocześniejszych na świecie. Wybuch II wojny światowej przyniósł kres staraniom na tym polu. Jednak wraz z umilknięciem dział, naukowcy i działacze, którzy uniknęli śmierci, przystąpili do pracy. Prof. Władysław Szafer odtworzył PROP i już we wrześniu 1945 r. odbyło się jej pierwsze od 8 lat posiedzenie. W tym czasie dzięki staraniom polskich przyrodników udało się zapobiec wywiezieniu ocalałych żubrów do ZSRR (ostatecznie Sowieci zadowolili się połową populacji).

W PRL tworzono nowe formy ochrony przyrody, nawet zanim pojawiły się stosowne możliwości prawne. Suwalski Park Krajobrazowy powstał w 1976 r., choć formalnie tę kategorię ochronną wprowadziła dopiero ustawa z 1991 r. Pomimo odrzucenia zapisu mówiącego o „interesie publicznym ochrony przyrody” (określenie wprowadzone przez Jana Gwalberta Pawlikowskiego, przedwojennego działacza endecji – posłom strony „solidarnościowej” kojarzyło się z… PRL), po raz kolejny mieliśmy wówczas do czynienia z bardzo nowoczesnym aktem prawnym. Podobnie jak po poprzednich „wyzwoleniach”, tak i tym razem pomyślny wiatr uwolnił wiele energii wśród miłośników przyrody. W szkołach wszelkich szczebli pojawiły się elementy ochrony środowiska, przyspieszył proces tworzenia parków narodowych i krajobrazowych, rezerwatów i innych form ochrony.

Niestety, od połowy lat 90. klimat się zmienił, czego efektem było m.in. zatrzymanie procesu powstawania nowych obszarów chronionych. Co gorsza, wskutek manipulacji przy ustawie o planowaniu przestrzennym zlikwidowano większość tzw. małych form ochrony przyrody. Zmian dokonano pod hasłami zniesienia przeszkód dla przedsiębiorców i uwolnienia od „ekotyranii”. Pomstowanie na ochronę przyrody łączy zazwyczaj wszelkie opcje polityczne (w głośnej sprawie obrony Doliny Rospudy PiS popierał projekt forsowany uprzednio przez SLD), a podawane jest w sosie sugestii, że ekologia to nowoczesny, dziwaczny wymysł, narzucony przez Zachód i sprzeczny z interesami Polski.

Postawa liberałów, którzy dążą do celu po trupie przyrody, nie zaskakuje. Jeszcze przed powrotem Polski na mapy, obrońcy przyrody piętnowali ich za usuwanie wszelkich przeszkód dla bogacenia się. Zdumiewa natomiast postawa ugrupowań deklarujących konserwatyzm lub lewicowość, które to opcje ideowe tradycyjnie stały w Polsce po stronie ochrony przyrody. Najlepszymi przykładami są endek Pawlikowski oraz lewicujący Stefan Żeromski, m.in. propagator powołania Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Niezależnie od różnic politycznych, łączyło ich hasło „Chrońmy przyrodę ojczystą!”. To zawołanie chyba najlepiej wskazuje na patriotyczne korzenie ruchu ochrony przyrody. Jego uczestnicy już w czasach zaborów łączyli konieczność ochrony rodzimej natury z dążeniami narodowowyzwoleńczymi. Działaniom na rzecz utworzenia parku narodowego w Tatrach, podejmowanym od połowy XIX w., towarzyszyło przekonanie o czynieniu tego dla Polski i rodaków. Ono też towarzyszyło pracom po odzyskaniu niepodległości. Zupełnie inaczej wygląda początek XXI w., z jednym z ministrów apelującym do organizacji przyrodniczych, by o nieprawidłowościach przy tworzeniu sieci obszarów chronionych Natura 2000 nie powiadamiać Brukseli. Odwoływał się przy tym do… uczuć patriotycznych i powinności wobec własnego kraju.

Jeśli zestawimy dawne organizacje z dzisiejszym stanem ruchu ekologicznego, to otrzymamy obraz nadzwyczaj smutny. Wówczas o sprawę walczyła armia ochotników, wsparta przez nielicznych „zawodowców”, za to zazwyczaj popierała ich opinia publiczna. Dziś mamy rzeszę urzędników, pracowników nauki i organizacji pozarządowych, przy minimalnej liczbie społeczników-wolontariuszy. Jeszcze nigdy na ochronę przyrody nie mieliśmy tak olbrzymich środków – a jednocześnie dyskusja na ten temat nigdy nie była tak „milcząca”, nawet w PRL-u. Duże, pokazowe akcje, prowadzone w ostatnich latach przez niektóre organizacje, są zauważalne w popkulturze, ale nie przekładają się na autentyczną debatę publiczną wokół istotnych kwestii dotyczących środowiska naturalnego. Jeszcze nigdy tak wielu, za tak wiele, nie znaczyło tak niewiele.

Prezentowane obok teksty to niewielka cząstka olbrzymiego dorobku polskiej myśli ochrony przyrody. Autorem pierwszego jest Jan Gwalbert Pawlikowski (1860-1939), swoisty człowiek-instytucja: działacz niepodległościowy, jeden z liderów Narodowej Demokracji, naukowiec, ekonomista, pionier nowoczesnego taternictwa, animator kultury, badacz twórczości Juliusza Słowackiego. A przede wszystkim – jeden z rodzimych prekursorów ochrony przyrody, bardzo zasłużony w tej dziedzinie, autor pierwszej w Polsce i oryginalnej w skali świata rozprawy filozoficzno-etycznej, poświęconej ochronie dziedzictwa przyrodniczego „Kultura a natura” (pierwsze wydanie w roku 1913, niedawno wznowione przez „Obywatela”). Tekst Pawlikowskiego, mimo upływu niemal 90 lat, niewiele stracił na aktualności, a i to głównie w sferze aktów prawnych, nie zaś samych problemów i rozwiązań. Jego autor szczególną wagę przywiązywał do popularyzowania idei, wskazywał na powody, dla których ochrona przyrody jest celem i zadaniem szerokich rzesz.

Pawlikowski, choć był aktywnym działaczem, przeszedł do historii głównie jako ideolog ochrony przyrody. Jako człowiek zaś, który ową myśl przekuł na konkretne dzieło, tworząc system ochrony przyrody, zapisał się w dziejach prof. Władysław Szafer (1886-1970). Był on m.in. żołnierzem Legionów, a później wybitnym naukowcem, dyrektorem krakowskiego Ogrodu Botanicznego, twórcą polskiej szkoły paleobotanicznej, rektorem Uniw. Jagielońskiego (także jego tajnych struktur w czasie okupacji hitlerowskiej), współtwórcą wielu parków narodowych i rezerwatów. On też spełnił zamysł „ojca-założyciela” – Pawlikowskiego, sygnalizowany we wspomnianym tekście. To dzięki jego zabiegom w 1926 r. powstała Liga Ochrony Przyrody, pierwsza w Polsce masowa organizacja o takich celach. W publikowanym tutaj tekście prof. Szafer wyłuszcza motywy ochrony przyrody i przypomina pokrótce historię działań w jej obronie.

Ostatni z prezentowanych artykułów powstał tuż po zakończeniu II wojny światowej, kiedy przystępowano do odbudowy kraju. Jego autor, prof. Jerzy Hryniewiecki (1908-1989), był grafikiem, inżynierem, pracownikiem Politechniki Warszawskiej, wykładał architekturę w wielu krajach, od Chin po USA. Przed wojną kierował jednym z oddziałów Biura Planowania Miasta Warszawy, walczył w kampanii wrześniowej, został odznaczony Krzyżem Walecznych za obronę stolicy, po wojnie był współtwórcą odbudowy zakładów Cegielskiego, budowy FSO na Żeraniu i Stadionu Dziesięciolecia. W 1928 r. zaprojektował logo Ligi Ochrony Przyrody, używane przez tę organizację do dziś. Zawodowo niewiele mający wspólnego z ochroną przyrody – wedle dzisiejszych trendów powinien raczej ją lekceważyć – postulował harmonizację terenów zabudowanych z otaczającym je krajobrazem. Wskazywał też, jak ingerencja techniki w świat naturalny może prowadzić do jego oszpecenia. Warto o tym pamiętać także dziś, gdy kolejne „ułatwienia dla inwestycji” nie ominęły gospodarki przestrzennej; zniesiono niemal wszystkie miejscowe plany zagospodarowania, dając tym samym zielone światło dla budowania według widzimisię inwestora. Tymczasem mądre planowanie może zarazem podnieść jakość życia ludzi i służyć ochronie przyrody.

Obecnie ochrona środowiska to jedno z kluczowych zagadnień polityki państw wysokorozwiniętych. Tymczasem nasz kraj coraz bardziej zaczyna przypominać w tej dziedzinie trzeci świat. Używamy nawet podobnej retoryki: „Wy u siebie zniszczyliście przyrodę, a nam każecie żyć w zacofaniu, by ją chronić”. W tej sytuacji przypominamy korzenie myśli ekologicznej w Polsce – aby pokazać, że ochrona przyrody ojczystej to długa i piękna tradycja, że to nasz patriotyczny i społeczny obowiązek.

Państwo to my

Co stanowi wspólny mianownik niemal wszystkich opcji i obozów politycznych w Polsce, ponad podziałami ideowymi, historycznymi, personalnymi itp.? Lekceważenie i niechęć wobec aktywnej roli państwa w gospodarce. Między innymi dlatego znajdujemy się w gronie państw w najlepszym razie drugoligowych. Jeśli doganiamy jakąś Amerykę, to wyłącznie Łacińską, z tym oczywistym zastrzeżeniem, że nie mam na myśli „regionalnego imperium”, czyli Brazylii, lecz raczej Paragwaj.

Żarty żartami, ale wszystkie kolejne rządy po roku 1989 panicznie bały się uznać, że państwo może odegrać istotną pozytywną rolę w gospodarce. Czy byli to ministrowie wywodzący się z kasty, która jeszcze całkiem niedawno ręcznie sterowała wszystkim, co w gospodarce wykraczało ponad poziom „prywaciarskiej” budki z warzywami, czy też „etosiarze” ze związku zawodowego, bazującego głównie na państwowych przedsiębiorstwach – jedni i drudzy przekonywali nas, że „rynek wie lepiej”. Tak bardzo wielbili ów rynek, że aż sprzedali wielką państwową firmę telekomunikacyjną wielkiej państwowej firmie telekomunikacyjnej – tyle że francuskiej. Jeśli z uznaniem wypowiadali się o przedsiębiorstwach państwowych, to jedynie wówczas, gdy ich koledzy lub krewni mogli otrzymać posady w radach nadzorczych tychże – wówczas zdarzało się nawet, że firmy takie określano mianem strategicznych…

Jeśli spojrzymy na jakikolwiek nowoczesny kraj, to nie znajdziemy wśród nich żadnego, w którego rozwoju obeszłoby się bez interwencjonizmu państwowego. Czy to bezpośredniego, jak sfinansowanie całych fabryk, a nawet gałęzi przemysłu, czy to na poły bezpośredniego, jak duże rządowe zamówienia w prywatnych przedsiębiorstwach, czy pośredniego, jak gigantyczne nakłady na infrastrukturę transportową, dzięki której łatwo i tanio można przewozić surowce do produkcji i ekspediować gotowy produkt do konsumenta. Nie jest przy tym wcale tak, że interwencjonizm państwowy był potrzebny jedynie kiedyś, w epoce wielkiego przemysłu i w ogóle „wielkich budów”, zaś dzisiaj wszystko załatwia rynek i inicjatywa prywatna. Dość wspomnieć, że w inwestycjach i przedsięwzięciach państwowych ma swoje korzenie np. Internet (powstał na styku sektora wojskowego i dotowanych z budżetu wyższych uczelni) czy łączność satelitarna (pochodna rządowych programów „podboju kosmosu”), a więc takie technologie, które stanowią o „być albo nie być” mnóstwa hipernowoczesnych usług i produktów.

Mimo to, w obliczu liberalnego doktrynerstwa mówi się o roli państwa w gospodarce zazwyczaj półgębkiem i nieco wstydliwie. Jakkolwiek doprowadzony do przesady – czy raczej do absurdu – interwencjonizm państwowy przyniósł więcej szkody niż pożytku, jak w państwach bloku sowieckiego, to jednak tam, gdzie stosowano go niedogmatycznie i z umiarem, jest „ojcem” ogromnych zdobyczy cywilizacyjnych: samego ich powstania, ale również, co nie mniej ważne, upowszechnienia. Nie ma potrzeby umniejszać znaczenia czynnika prywatnego w gospodarce, jednak gdyby poprzestać tylko na nim, to znaczna część liberałów do dzisiaj pasałaby gęsi, nie zaś pouczała nas o czymkolwiek.

Owi liberałowie często wyszydzają rolę państwa, pytając, czy produkuje ono np. zapałki. Nie produkuje – stwierdzają z triumfem – a jednak są one dostępne co krok, w każdym kiosku i sklepiku. Czyli „da się”. Problem w tym, że zapałki stanowią produkt prosty, tani w wytwarzaniu i dystrybucji. Zamiast zapałek, zapytajmy np. o Internet.

Jeśli mieszkamy na „okablowanym” blokowisku w centrum wielkiego miasta, zazwyczaj możemy w dostawcach Sieci przebierać jak w ulęgałkach. Gdy jednak jesteśmy mieszkańcami miasta średniej wielkości, do wyboru pozostaje już tylko jeden dostawca telewizji kablowej i Neostrada. W miasteczku małym – już tylko ta ostatnia, nie licząc tzw. Internetu mobilnego, drogiego i zawodnego. W wielu wioskach nie ma nawet tej ostatniej możliwości, bądź też możliwa do uzyskania prędkość transferu danych pozwala jedynie na korzystanie z podstawowych funkcji. Wiem oczywiście, że liberałowie niezbyt przejmują się mieszkańcami prowincji, ale nie trzeba wielkiej wyobraźni, by uświadomić sobie, że funkcjonują tam także liczne firmy prywatne. W jaki sposób mają one konkurować z tymi z dużych ośrodków w epoce, w której coraz większa część operacji okołobiznesowych odbywa się właśnie w „wirtualu”?

Ktoś powie, że jeśli na prowincji faktycznie zaistnieje popyt na taką czy inną usługę, wówczas prywatne firmy będą się prześcigać, by na nią odpowiedzieć swoją ofertą. Jest to oczywista bzdura, bo całkiem sporo usług wymaga poniesienia wielkich nakładów np. właśnie na infrastrukturę. Stąd też opłaca się „okablować” osiedle, gdzie na niewielkiej przestrzeni mieszkają tysiące osób, natomiast nie opłaca się prowadzić wielu kilometrów kabla do prowincjonalnych, rozproszonych domostw. W tym pierwszym przypadku zwrot nakładów na inwestycję jest szybki, w drugim – bardzo wolny. Zamiast inwestować w cokolwiek, co odpowiadałoby na popyt „wieśniaków”, wygodniej i równie zyskownie jest zainwestować te same pieniądze w obligacje, lokaty itp.

Interwencjonizm państwowy oznacza jednak coś więcej niż samo umożliwienie obywatelom korzystania z jakichś dóbr czy usług. O wiele ważniejsze jest to, że ingerencja w procesy gospodarcze pozwala realizować cele ponadjednostkowe i wykraczające poza perspektywę kilku miesięcy czy lat. Państwo jest tego rodzaju wspólnotą, której szczególnie mocno potrzebujemy jako zbiorowość duża i rozpatrywana w kategoriach długofalowych. Wraz z rodziną czy przyjaciółmi poradzimy sobie z większością małych, codziennych spraw, jednak myśląc o procesach dotyczących narodu i pokoleń, wkraczamy na płaszczyznę zadań trudnych do zrealizowania przez choćby najlepiej zorganizowane i prężne inicjatywy oddolne i spontaniczne. Państwo funkcjonujące celowo, nie zaś tylko siłą historycznego rozpędu, państwo faktycznie służące obywatelom i próbujące im stworzyć optymalne warunki bytowania – jest właśnie państwem szeroko pojętego interwencjonizmu gospodarczego. Realizowanego różnorakimi metodami, z większym lub mniejszym natężeniem wysiłków, w zależności od potrzeb i woli społecznej, jednak zawsze tak czy owak obecnego.

Rozumiano to doskonale w okresie, w którym byliśmy państwem na serio własnym, państwem upodmiotowionym, choć oczywiście dalekim od doskonałości, mianowicie w okresie międzywojnia. Wówczas, podobnie jak dziś, różni „eksperci”, zrzeszeni w Lewiatanach i sponsorowanych przez biznes „stowarzyszeniach”, perorowali, że wszystko, co państwowe, jest złe i nieefektywne, że etatyzm to rak toczący Polskę, że gdyby nie podatki i budżetowe wydatki, kraj nasz spływałby mlekiem i miodem. Jednak gdy tak gadali i gadali na konwentyklach i kursokonferencjach, mało kto się tym – inaczej niż dzisiaj – przejmował. Państwo ówczesne, suwerenne, świadome swoich powinności, robiło to, co uprzednio i później czyniły wszystkie kraje mające na celu długofalowy rozwój cywilizacyjny czy nadganianie zapóźnień wobec światowej czołówki. Po prostu aktywnie uczestniczyło w życiu gospodarczym. Nie czekało aż „niewidzialna ręka rynku” zainteresuje się – albo i nie – budową nowoczesnego portu morskiego, lecz stworzyło takowy w Gdyni dosłownie od zera. Zamiast w nieskończoność oczekiwać, aż na całych połaciach kraju powstaną prywatne zakładziki w ilości jeden na powiat, stworzyło w zapyziałych i zapomnianych okolicach Centralny Okręg Przemysłowy, dzieło znakomicie zaplanowane i rozpisane na sporo dużych, wzajemnie dopełniających się inwestycji. Pomniejszych tego rodzaju dokonań było wiele, a tych zaplanowanych i niezrealizowanych wskutek wybuchu II wojny światowej – jeszcze więcej. Nie miejsce tu na dokładne omawianie roli państwa w gospodarce w tamtych czasach, należy natomiast podkreślić, że owa rola była znaczna i fakt ten uznawano w łonie elit politycznych za oczywisty i pozytywny, o tym ostatnim świadczyły zaś efekty w postaci udanych inwestycji, rozwoju całych regionów itp.

Dziś przypominamy trzy teksty poświęcone tej tematyce. Pierwszy z nich, autorstwa Stefana Starzyńskiego (1893-1943), to swoisty manifest środowiska piłsudczykowskich etatystów, zamieszczony w głośnej wówczas, monumentalnej pracy zbiorowej „Na froncie gospodarczym”, która była jednym z przejawów krystalizacji owego środowiska, nazwanego „Pierwszą Brygadą Gospodarczą”. Jego autor, działacz niepodległościowy, żołnierz Legionów, później urzędnik państwowy wysokiego szczebla i wiceprezes Banku Gospodarstwa Krajowego, a także prezydent Warszawy od roku 1934, był jednym z najwybitniejszych teoretyków i praktyków interwencjonizmu gospodarczego. Bliski lewicy piłsudczykowskiej, uważał, że państwo nowoczesne, o rozwiniętym przemyśle i innych sektorach, a jednocześnie prospołeczne, realnie ulepszające sytuację bytową szerokich rzesz, musi być aktywne w gospodarce, pełnić rolę inicjatora i stymulatora takich inwestycji i przeobrażeń, które są zgodne z jego wizją Polski. Począwszy od „Programu Rządu Pracy”, który opublikował tuż po przewrocie majowym, rozwijał teorię polskiego etatyzmu. Jako wicedyrektor BGK promował udzielanie kredytów na rozmaite przedsięwzięcia publiczne, ważne ze społecznego punktu widzenia. Będąc prezydentem Warszawy, doprowadził do realizacji wielu inwestycji komunalnych i państwowych, m.in. budowy gmachów publicznych (starał się je lokować w pierwszym rzędzie w uboższych i bardziej zaniedbanych dzielnicach), kilkudziesięciu szkół, przy wsparciu z budżetu miasta powstało kilkadziesiąt tysięcy mieszkań, dokonano także przebudowy układu komunikacyjnego, planował również kolejne inicjatywy, m.in. metro oraz organizację olimpiady (w 1956 r.), w czym przeszkodziła wojna.

Drugi z prezentowanych materiałów ma nieco inny charakter, jest to bowiem przemówienie wygłoszone w Sejmie, dotyczące konkretnych zadań i celów polityki gospodarczej rządu, planowanej na ówczesny okres. Jego autorem jest Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974), bez wątpienia jeden z najwybitniejszych polskich polityków i działaczy państwowych. Znakomity praktyk i teoretyk – wykładowca Politechniki Warszawskiej, ale także dyrektor techniczny państwowych „Azotów” w Chorzowie; minister handlu i przemysłu, jak również „główny budowniczy” portu w Gdyni oraz współtwórca polskiej floty handlowej i dalekomorskiej floty rybackiej; wicepremier, minister skarbu, jeden z „mózgów” budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego; autor ważnej i głośnej w owym czasie książki „Dysproporcje”, opisującej przyczyny zacofania społeczno-gospodarczego Polski oraz drogi wyjścia z tej sytuacji.

Ostatni z tekstów to, mówiąc żartobliwie, laurka autorstwa Józefa Radzimińskiego. Popularna historia i zarazem reklama Centralnego Okręgu Przemysłowego, pochodzi z opublikowanego niemal w przededniu II wojny światowej albumu „Budujemy Polskę”. Wydany w celach propagandowych, czy raczej – jak wówczas mawiano – ku pokrzepieniu serc, prezentował materialny i organizacyjny dorobek II RP. Oczywiście zawiera lukrowany opis rzeczywistości, jednak dla nas interesujące jest to, iż wydany z poparciem władz (przedmowa E. Kwiatkowskiego, edycja środkami Wojska Polskiego) bez wahania opowiada się za interwencjonizmem gospodarczym, traktując go jako potężne i sprawne narzędzie rozwojowe państwa i społeczeństwa. Wszystkie publikowane tu materiały mają dwie kluczowe zalety. Optują za silną rolą państwa w gospodarce oraz nie czynią z tego faktu powodu do wstydu, a wręcz przeciwnie. Zważywszy, że ich autorami były m.in. czołowe osoby w Polsce, znane z wielu wybitnych dokonań, pozwala to spojrzeć na problem w świetle zupełnie odmiennym niż czynią to dziś liberalni propagandyści. Państwo to my, jego obywatele. Państwo powinno służyć naszym interesom, nie zaś oligarchicznym kacykom i „zagranicznym inwestorom”. Służyć długofalowo, nie bać się wielkich wyzwań i wielkich czynów. Nie domagamy się niczego ekscentrycznego ani utopijnego – wystarczy nam współczesny COP i ludzie pokroju Kwiatkowskiego i Starzyńskiego na rządowych stanowiskach.

Polska wola mocy

Gdy w przestrzeni publicznej ktoś formułuje opinie mówiące o potędze i sile, może liczyć jedynie na napiętnowanie jako nacjonalista o krwiożerczych zamiarach. Oczywiście dotyczy to tylko „nacjonalistów” z krajów zastraszonych, bo nikt tego rodzaju bzdurnych zarzutów nie formułuje, gdy „wielkość” swoich państw postulują przywódcy lub politycy np. Stanów Zjednoczonych, Francji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii.

Nic dziwnego zatem, że władze krajów słabych nie potrafią formułować swoich zamierzeń i wizji w takich kategoriach, jak dążenie do rozwoju, potęgi, umocnienia własnej pozycji. Nie chodzi wcale o plany ekspansji zewnętrznej – owszem, skłaniające do ostrożności, bo wszelkich konfliktów narodowościowych było w historii aż nadto i już ich wystarczy – lecz o cele i zamiary dotyczące polityki wewnętrznej. Elity władzy takich krajów jak Polska nie prezentują obywatelom żadnych pomysłów, które zawierałyby obietnice „wielkości” – nie żadnej „Wielkiej Polski”, lecz sukcesów i znaczącego dorobku w sferze kultury, w nauce, gospodarce, rozwoju technologii itp. Przestraszeni własnego cienia, mają na ustach jedynie „mały realizm”. Zbudujemy 78,7 km nowych dróg, stopniowo zmodernizujemy to czy tamto, stworzymy warunki do rozpoczęcia siedmiu lub dwunastu inwestycji, wszystko to etapami, do roku 2050, wedle rozpiski ze 148 załącznika do rządowej strategii w sprawie XYZ. Kto chce mało, otrzymuje jeszcze mniej, tyle co nic.

Nie ma przy tym nic do rzeczy obiektywnie kiepska sytuacja wyjściowa. Oczywiście Polska rozpoczynała start z pozycji nienajlepszej, dysponując ograniczonymi zasobami aktywów zarówno materialnych, jak i ludzkich czy kulturowo-symbolicznych. Byliśmy jednak – i jesteśmy nadal – w sytuacji o niebo lepszej niż nasi przodkowie, którzy po ponad stuletniej epoce zaborów stworzyli zręby nowoczesnego państwa, zbudowali port w Gdyni i Centralny Okręg Przemysłowy itp. A my dzisiaj nie jesteśmy w stanie wymienić rozlatującego się taboru państwowych kolei czy sfinansować małomiasteczkowych oczyszczalni ścieków bez żebraniny, zwanej aplikowaniem o brukselskie dotacje.

Różnica między nami a nimi jest taka, że wówczas istniała zupełnie inna atmosfera zbiorowych wysiłków. Owszem, czasem naznaczona megalomanią, innym razem propagandowymi sztuczkami, jeszcze kiedy indziej składanymi na wyrost obietnicami „szklanych domów”, ale potrafiąca zogniskować społeczną energię i wysiłek w konkretnych, wielkich czynach. Była to atmosfera twórczego mitu budowy Polski potężnej i lepszej. Dziś natomiast dominuje atmosfera przepraszania za to, że w ogóle żyjemy.

Obecne realia nie wytrzymują porównania nie tylko z II RP, ale nawet – przy wszelkich obiekcjach wobec tamtych czasów i ich głównych aktorów – z powojenną odbudową kraju przez komunistów. Czego byśmy nie powiedzieli o słabościach punktu wyjścia w roku 1989, bilans minionych dwóch dekad wypada nędznie również w zestawieniu z tym, co dokonało się w krajach o wiele słabszych lub mniejszych na różnych etapach ich dziejów. Sto lat temu Szwecja była postrzegana jako zapyziały kraj pijaków, leni i bezmyślnych awanturników, by po kilku dekadach dołączyć do światowej czołówki. Ten sam dystans przebyła Finlandia, jeszcze w połowie XX wieku zupełnie marginalne państewko drwali i mleczarek, dziś jeden z najbardziej rozwiniętych regionów świata i liderów w dziedzinie nowoczesnych technologii. A czym była Turcja, gdy Mustafa Kemal Pasza rozpoczynał tam proces modernizacji i tworzenia regionalnej potęgi? Ba, przecież współczesne polskie dokonania dwóch dekad wypadają blado nawet na tle operetkowego reżimu pułkownika Kaddafiego w Libii, który w ciągu 20-30 lat odmienił nie do poznania afrykański kraik beduinów, przekształcając go w państwo nowoczesne – zwłaszcza na tle realiów kontynentu. Że Libia miała ropę naftową? A czy Polska nie ma w porównaniu z Libią żadnych atutów, jeśli nie surowcowych, to innych, jak potencjał demograficzny, poziom wykształcenia ludności, położenie geograficzne itd.?

A przecież obywatele i elity żadnego ze wspomnianych krajów nie składali się z samych idealnych herosów – o ich „wadach narodowych” można by napisać litanię nie krótszą niż te, w których wylewane są żale pod adresem Polaków, nierzadko jak najbardziej słusznie. Wszystkie te projekty – i wiele innych, wszak to nieliczne przykłady – zawdzięczają sukces różnym metodom i strategiom, ale wspólne jest to, że bazowały na ideologiach i wizjach silnie nacechowanych poczuciem własnej godności i wiarą w to, że „my możemy, my potrafimy, my damy radę”. Czy Polacy – których wielu wad mam aż nazbyt dużą świadomość – są jakoś „genetycznie” znacząco gorsi? Jak to się dzieje, że wielu z nas, potrafiąc w kraju tylko narzekać i utwierdzać się w przekonaniu, że „nic się nie da zrobić”, okazuje się na emigracji solidnymi pracownikami, znakomitymi naukowcami, ludźmi porywającymi się na znacznie więcej, niż odważyliby się dokonać tutaj? Oczywiście wielkie znaczenie mają zagraniczne realia instytucjonalne, ale także atmosfera, w jakiej zachodzą działania zbiorowe i jednostkowe. Gdy tam dominuje przekaz „możemy wiele”, u nas powszechny jest „nie uda się na pewno”. No i się nie udaje.

To przetrącenie skrzydeł, zanim ktoś w ogóle spróbuje się poderwać do lotu, widać w przeróżnych sferach. To smętny, płaczliwy ton liderów politycznych. To kompleksy i skierowana ku obcym wzorcom czołobitność twórców kultury czy myślicieli. To paraliżujące narzekania „zwykłych ludzi” przy wódce. To nawet język politycznych, wedle własnych deklaracji, radykałów – dziś pogrobowcy orędowników „Wielkiej Polski” potrafią jedynie stękać i kwękać, że prześladuje ich Rusek, Niemiec i Żyd, zaś pogrobowcy tych, którzy śpiewali „Dziś niczym, jutro wszystkim my”, pojękują z cicha i wstydliwie, że są dyskryminowani, że zasłużyli na równe prawa i że proszą o litość, gdyż uginają się pod ciężarem wyzysku. Dziś niczym, jutro niczym wy.?.?.

Przypominamy trzy archiwalne teksty spod znaku „polskiej woli mocy” – takie, które odrzucają płaczliwe biadolenie i wzywają do wielkich czynów w wymiarze zbiorowym i jednostkowym. Celowo wybraliśmy takie, których nie da się obłożyć wspomnianymi na wstępie klątwami oskarżeń o nacjonalizm. Wielkość Polski i wielkość Polaków były postulatami myślicieli nie tylko odległych od nacjonalizmu o lata świetlne, ale i znanych jako zaciekli krytycy polskich środowisk nacjonalistycznych, a nawet sztampowo pojmowanej „tradycji narodowej”.

Pierwszy z prezentowanych tekstów to swoista deklaracja ideowa autorstwa Adama Skwarczyńskiego (1886-1934), początkowo działacza Polskiej Partii Socjalistycznej, później Legionisty, w niepodległej Polsce związanego ze środowiskami lewicującej inteligencji, a następnie jednego z czołowych ideologów obozu sanacji (obszernie prezentowałem postać Skwarczyńskiego w „Obywatelu” nr 47). Napisany w roku 1924, w dziesięciolecie powstania Legionów, jest chyba najbardziej dobitnym manifestem tego, co określa się jako polską „filozofię czynu”. Wskazuje, jak wielką rolę w dziejach mogą odegrać wola, determinacja i zapał – i choć bez wątpienia jest to nieco zmitologizowany obraz zjawiska, znakomicie oddaje on atmosferę, w której takie mity powstają, stając się następnie jej ważnym, wzmacniającym elementem.

Kolejny z prezentowanych tekstów to fragmenty słynnej „Legendy Młodej Polski” (ukończonej w roku 1909) autorstwa Stanisława Brzozowskiego (1878-1911). Autor, całe życie związany z lewicą, przeszedł drogę od stosunkowo ortodoksyjnego marksizmu do własnej „filo­zofii pracy”. Zsyntetyzował w niej – mówiąc w uproszczeniu – przekonanie, że praca ludzka jest wartością najwyższą, stwarzając świat kulturowy i wyzwalając ze świata przyrody, z wpływami syndykalizmu (klasa robotnicza jako główny czynnik sprawczy procesów dziejowych, w dodatku nieskażony burżuazyjną „zniewieściałością”) i akcentowaniem interesów wspólnoty narodowej. Zaowocowało to dogłębną, bezpardonową krytyką zastanej kultury polskiej („Polska zdziecinniała”), ale zarazem wezwaniem do wytężonych, pozbawionych zapatrzenia w obce wzorce wysiłków na rzecz stworzenia jej nowej, wyższej, znakomitej formy. Brzozowski mocno jak chyba nikt inny wzywał Polaków do czynu, do pracy, do przezwyciężenia uwarunkowanej historycznie gnuśności i apatii.

Ostatni z przypominanych tekstów wyszedł spod pióra wybitnego naukowca, znakomitego działacza społecznego, nazywanego „papieżem polskiego marksizmu” – Ludwika Krzywickiego (1859-1941). Pisany w okolicach rewolucji 1905, w ramach cyklu skierowanego do młodzieży o poglądach prospołecznych, różni się od dwóch przypomnianych tu tekstów tym, że odwołuje się nie do zbiorowości i jej wspólnych poczynań, lecz do jednostek. Na tej właśnie płaszczyźnie akcentuje Krzywicki „moc” człowieczą, potrzebę jej kształtowania, nieulegania bierności i minimalizmowi. Tekst ów, stanowiący część cyklu, razem z innymi składał się na swoisty elementarz moralny przyszłych bojowników spraw wielkich i szlachetnych, wzywał młodzież do pracy nad sobą, przekonywał, że należy śmiało zmierzać ku wielkim celom, wbrew rozmaitym rodzajom malkontenctwa i „realizmu”.

Wszystkie prezentowane materiały – wybrane ze znacznie większych zasobów tego rodzaju – mają mimo różnic cechujących autorów, a nawet sam moment i intencje powstania, ten wspólny element, że akcentują czynnik wolnej woli oraz wartość jej swoistej koncentracji. Pisane w czasach trudniejszych niż dzisiejsze, w czasach, gdy można było wskazać wiele czynników usprawiedliwiających przekonanie, iż „tak być musi” czy „nic zrobić się nie da”, nie poddawały się takim nastrojom. Wręcz przeciwnie – dobitnie podkreślały, że to człowiek stwarza swój świat oraz świat społeczny, że mimo różnych ograniczeń bardzo wiele zależy od nas samych, od tego, w jakim stopniu będziemy potrafili świadomie oddziaływać na realia jako jednostki i członkowie wspólnot.

Dziś niczym, jutro wszystkim my?

To nie tak musiało być

„Głupi ludzie wierzą w głupie bzdury, mądrzy ludzie wierzą w mądre bzdury” – śpiewał przed laty zespół Dezerter. Jedną z bzdur, w które wierzą ludzie nierzadko mądrzy i porządni, jest fatalistyczne przekonanie, że po zakończeniu II wojny światowej alternatywą wobec komunizmu było w Polsce wyłącznie odtworzenie przedwojennych porządków.

Tego rodzaju pogląd jest wyrażany nierzadko przez osoby dalekie od sympatii wobec komunizmu, a posiadające poglądy prospołeczne. W ich mniemaniu, PRL był niedoskonałą, lecz jakąś w ogóle realizacją ideałów socjalnych i emancypacyjnych, które w przeciwnym razie nie zostałyby nawet podjęte. Alternatywą wobec tej ułomnej modernizacji Polski – przekonują oni – byłoby odtworzenie realiów II RP, z jej biedą, zacofaniem, masowym wykluczeniem, elitaryzmem. Innymi słowy, z niepodzielną władzą pana, wójta i plebana w ich najgorszych wersjach. Nie szczędzą zatem słów krytyki wobec „komuny”, zwłaszcza tej z okresu „stalinizmu”, lecz twierdzą z pewną rezygnacją, że tak być musiało, że tę cenę warto było zapłacić. Polska gomułkowskich bloków ze ślepymi kuchniami i gierkowskich „mrówkowców” z wielkiej płyty nie jest Polską czworaków i wiejskich chałup, pozbawionych nawet podłóg.

Nie miejsce tu, by rozważać inne aspekty problemu, jak choćby realia geopolityczne i militarne, które zaowocowały tym, że PRL stał się faktem dokonanym. Nie miejsce też na ocenę II RP w kontekście epoki i krajowych realiów. Zamiast tego, spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, czy po wojnie faktycznie nastąpiłby powrót do stosunków społecznych sprzed września 1939 r., gdyby nie międzynarodowy układ sił i wcielenie Polski do sowieckiej strefy wpływów.

Wielu historyków wskazuje, że podczas wojny dokonał się znaczny zwrot nastrojów społecznych „na lewo”. Niekoniecznie w sensie poparcia dla formacji wprost lewicowych, ale jako uznanie dla rozwiązań o charakterze egalitarnym. Natomiast klęska wrześniowa sprawiła, że uświadomiono sobie słabość państwa – nie tylko militarną, ale również ekonomiczną, infrastrukturalną itp. W połączeniu z narastającym wskutek kryzysu gospodarczego już w latach 30. przekonaniem o fiasku liberalizmu gospodarczego – w kierunku „etatyzmu” ewoluowały pod koniec II RP niemal wszystkie istotne siły polityczne – tworzyło to dobry grunt pod dokonanie przeobrażeń prospołecznych. Nie przypadkiem w czasie wojny Polska Partia Socjalistyczna – Wolność, Równość, Niepodległość była jednym z najsilniejszych podziemnych ugrupowań politycznych. Nie przypadkiem drugą pod względem liczebności – 160 tysięcy żołnierzy! – formacją militarną ruchu oporu były Bataliony Chłopskie (związane z ruchem ludowym, wówczas już mocno lewicującym). Nie przypadkiem tyle kłopotów komunistom sprawiło po wojnie Polskie Stronnictwo Ludowe z jego programem dalekim od liberalnego kapitalizmu – o którym to programie zresztą wolą nie pamiętać dzisiejsi centroprawicowi budowniczowie kapliczek ku czci Mikołajczyka.

Osobną sprawą są trendy ponadnarodowe. Te zaś po II wojnie światowej były przez kilka dekad takie, że w szeroko pojętym świecie zachodnim wszystkie kraje przeszły forsowną modernizację. Zjawisko to miało tak wielki zasięg, że objęło nawet państwa niedemokratyczne i rządzone przez siły bardzo konserwatywne obyczajowo oraz liberalne lub „nielewicowe” w sferze gospodarki. Gdy wychwalamy gierkowskie blokowiska w zestawieniu z sytuacją mieszkaniową II RP, to warto pamiętać, że nawet Grecja – przed wojną uboga, po niej zaś wiele lat rządzona przez prawicową juntę – była w latach 70. krajem o wiele bardziej nowoczesnymi i z mniejszym rozwarstwieniem społecznym niż 40 lat wcześniej.

A co dopiero powiedzieć o demokratycznych państwach Europy Zachodniej czy o jakimkolwiek kraju skandynawskim! Oczywiście Polski nie byłoby stać na taki „socjal”, na jaki mogła sobie pozwolić Francja czy Niemcy, ale trudno zrozumieć logikę, wedle której nie byłoby jej stać na taki, jaki oferował marnotrawny i przaśny „socjalizm” gomułkowski czy gierkowski. A jeśli wiemy, z jakiego poziomu startowała np. Finlandia w okresie zbliżonym do początków PRL-u – kraj mały, peryferyjny, z niekorzystnym klimatem, wówczas biedny, chłopski, pozbawiony przemysłu – to całkowitą groteską stają się stwierdzenia, że dzięki ubekom i „mężom stanu” pokroju Gomułki i Jaruzelskiego nasza ojczyzna cokolwiek zmodernizowała, nadgoniła czy przeskoczyła.

Oczywiście PRL był faktem, którego nie można odmienić dziś, a zapewne nie było można odmienić nawet w połowie lat 40., jeśli weźmiemy pod uwagę potęgę sowiecką i potraktowanie Polski przez zachodnich „sojuszników”. Nawet jednak gdyby uznać, że PRL był rzeczywiście okresem realizacji ideałów egalitarnych, postępowych i modernizacyjnych – co nie jest wcale pewne nawet w wymiarze stricte ekonomicznym, zostawiając na boku kwestię swobód obywatelskich – to niewiele wspólnego z faktami ma opinia, iż gdyby go nie było, mielibyśmy do czynienia z rzeczywistością znacznie gorszą.

Wszelkie rozważania spod znaku „co by było, gdyby”, obarczone są oczywiście znacznym ryzykiem pomyłki. Sprawdźmy jednak, czego chciały i co deklarowały dwie siły polityczne, które w czasach okupacji miały duże poparcie społeczne. Jak wyobrażały sobie one Polskę po zrzuceniu hitlerowskiego jarzma? Przypominamy dziś dwa dokumenty z lat okupacji, sygnowane przez ruch socjalistyczny i ludowy.

Przede wszystkim jest to „Program Polski Ludowej”, manifest polityczny, poświęcony wizjom kraju po zakończeniu wojny.

Zaledwie kilka miesięcy po rozpoczęciu okupacji hitlerowskiej, Zygmunt Zaremba, znany przed wojną socjalista, działacz bliski lewemu skrzydłu PPS, nawiązał jako przedstawiciel konspiracyjnego PPS-WRN kontakty ze Stanisławem Miłkowskim. Ten ostatni był czołowym teoretykiem ruchu ludowego, przed wojną ideologiem i działaczem Związku Młodzieży Wiejskiej RP i Stronnictwa Ludowego, podczas okupacji zaangażował się w prace konspiracyjnego Stronnictwa Ludowego „Roch” (przewodniczący okręgowego kierownictwa w woj. warszawskim), był też przewodniczącym Komisji Programowej Centralnego Kierownictwa Ruchu Ludowego (o Miłkowskim pisałem obszernie w „Obywatelu” nr 45). Z upoważnienia władz obu ugrupowań, Zaremba i Miłkowski postanowili przygotować wspólny program polityczny, umożliwiający stworzenie płaszczyzny porozumienia tych znaczących ugrupowań, reprezentujących klasę robotniczą i chłopów. Wkrótce do współpracy pozyskali również przedstawicieli politycznych inteligencji zawodowej, czyli Stronnictwo Demokratyczne.

Uważali, że wojna i okupacja nie powinny być okresem zawieszenia pracy ideowo-programowej, a wręcz przeciwnie – Polacy powinni nie tylko walczyć o niepodległość, lecz także posiadać wizję przyszłej, nowej Polski. Zaremba w swych wspomnieniach „Wojna i okupacja” pisał: Myśl przewodnia „Programu Polski Ludowej” polegała na związaniu sprawy walki z okupantem o odzyskanie niepodległości z przebudową polityczną i gospodarczą państwa.

Głównym autorem manifestu był Miłkowski, a kolejne spotkania dyskusyjne odbywały się w drugiej połowie roku 1940. Ostateczną wersję dokumentu przygotował zespół w składzie Miłkowski, Zaremba i Teofil Wojeński z SD (podczas okupacji jeden z liderów i twórców struktur podziemnego szkolnictwa), a wedle niektórych także Tadeusz Szturm de Sztrem (wybitny naukowiec – ekonomista i statystyk, związany z Instytutem Gospodarstwa Społecznego, w czasie wojny działacz PPS-WRN, członek Komendy Głównej Gwardii Ludowej, odpowiedzialny za akcje dywersyjne). Całość była gotowa późną jesienią 1940, zaś na początku roku 1941 władze ludowców i socjalistów zatwierdziły ów dokument jako swój oficjalny manifest programowy.

„Program Polski Ludowej” nigdy nie został jednak ogłoszony jako wspólny dla PPS-WRN i SL „Roch”. Z niejasnych do dziś przyczyn taktycznych i/lub personalnych część ludowców doprowadziła do zerwania współpracy z socjalistami (sam Miłkowski był przeciwny tej decyzji). Ci ostatni postanowili jednak opublikować dokument, który – jak stwierdzał Zaremba – został uznany za wyraz dążeń aktualnych PPS. Napisał on wstęp wyjaśniający, iż jest to stanowisko powstałe wspólnym wysiłkiem trzech środowisk, reprezentujących robotników, pracowników umysłowych i chłopów. W sierpniu 1941 r. wydano broszurę w Polsce.

Manifest spotkał się z dużym odzewem. Oddajmy głos Zarembie: Bezpośrednio po ukazaniu się „Programu” w kraju został on w mikrofilmach przesłany do Londynu i ogłoszony w „Robotniku Polskim”. Tuż potem ukazał się w wydaniu broszurowym po polsku i po angielsku z przedmowami Artura Greenwooda, jednego z przywódców Labour Party, i Jana Kwapińskiego. Inne jeszcze wydanie po angielsku ukazało się w Stanach Zjednoczonych. Opublikowanie „Programu Polski Ludowej” w języku angielskim zrobiło ogromne wrażenie w świecie politycznym Zachodu. Miarą tego może służyć wielka ilość odgłosów prasowych, wielokrotne cytowanie i komentowanie „Programu” w różnojęzycznych audycjach radiowych BBC, a może najbardziej fakt rozesłania broszury przy oficjalnym biuletynie prasowym Partii Pracy […] z komentarzem, w którym czytamy: „Siła, wytrwałość i skuteczność walki polskiego podziemnego ruchu z niemieckim najeźdźcą znane są nam i podziwiamy je od dłuższego czasu. Nie wiedzieliśmy jednak, że nie bacząc na rządy terroru […] polskie masy pracujące wsi i miast jednocześnie ze stawianiem oporu Niemcom zastanawiały się nad przyszłością spraw kraju i kreśliły plany Polski, która powstanie po zwycięstwie narodów zjednoczonych. »Program Polski Ludowej« i plan jego wykonania powinny być czytane przez wszystkich członków Partii Pracy”. […] w listopadzie 1942 na posiedzeniu Rady Narodowej w Londynie dwunastu przedstawicieli socjalistów, ludowców i demokratów złożyło wniosek, zalecający rządowi opracowanie projektu ustroju państwa polskiego na zasadzie tekstu „Programu Polski Ludowej”. […] Zapotrzebowanie czytelników na broszurę […] było tak ogromne, że nie wystarczył nawet drugi 10-tysięczny nakład. Trzeba było wypuścić trzecie wydanie, które również rozeszło się w oka mgnieniu po wszystkich zakątkach kraju. PPS-WRN poszła za ciosem, publikując kilka kolejnych broszur z „Materiałami do Programu Polski Ludowej”, szerzej omawiających wybrane kwestie ustrojowe.

Choć ludowcy zawiesili współpracę z socjalistami, nie oznacza to, że porzucili poglądy wyrażone w „PPL”. Wręcz przeciwnie, ich kluczowe deklaracje ideowe zawierały w zasadzie identyczne postulaty. Dokumentuje to przypomniana przez nas czwarta część manifestu „O formę i treść przyszłej Polski”, zatytułowana „O nową treść i formę”. Tekst ten został przygotowany przez Komisję Programową Centralnego Kierownictwa Ruchu Ludowego, a sygnowany był przez Stronnictwo Ludowe „Roch” i kolportowany przez jego podziemną siatkę współpracowników. Prawdopodobnie głównym autorem dokumentu był właśnie wspomniany Stanisław Miłkowski. Manifest „O formę i treść przyszłej Polski” ukazał się w czterech częściach, z których pierwszą opublikowano już w sierpniu 1940 r., drugą miesiąc później, trzecią – w kwietniu 1941, zaś ostatnią, przypominaną przez nas, w lipcu 1941 r. (wedle niektórych badaczy, jeden z dokumentów traktuje się jako część piątą, opublikowaną we wrześniu 1941 r.) Publikujemy czwartą część z tego względu, że poprzednie w znacznej mierze poświęcone są rozważaniom natury historycznej i ideowej, ta zaś wypełniona jest społeczno-gospodarczymi „konkretami”, pokazując, jak ruch ludowy wyobrażał sobie Polskę po odzyskaniu niepodległości.

Jak wspomniałem, „gdybanie” bywa jałowe i naraża na ryzyko śmieszności. Przedstawione dokumenty mówią jednak sam za siebie i pokazują taką wizję przeobrażeń społecznych i gospodarczych – autorstwa dwóch znaczących ugrupowań politycznych – która nie ma nic wspólnego z chęcią odtworzenia realiów II RP. A jednocześnie nie ma nic wspólnego z tym, czym okupiona została władza komunistów. Socjaliści i ludowcy rozumieli, że chleb i wolność są jednako ważnymi wartościami i celami.

Historia potoczyła się tak, jak się potoczyła. Dzisiejsi „realiści”, którzy twierdzą, że tak być musiało, nie rozumieją jednak, iż na każdy fakt dokonany przypada inny fakt dokonany. Skoro PRL „musiał być”, to „musiał być” również jego demontaż czy „plan Balcerowicza”; wszystko to było „realne”, „nie miało alternatywy” itd. Jeśli ktoś uznaje, że warte uwagi jest tylko to, co się wydarzyło, bez zwracania uwagi na koszty takiego rozwoju wypadków i na jego wymiar moralny, to nie tylko broni PRL-u, ale też pozbawia się intelektualnego i etycznego oręża, aby obronić go skutecznie.

Pokora wobec faktów i realiów nie powinna usprawiedliwiać tworzenia mitów. W tym takiego, który mówi, że komuniści byli „mniejszym złem” wobec mało realnego powrotu realiów II RP.

Chleb nasz powszedni

Kościół jest instytucją, której cele nie koncentrują się wokół spraw, nazwijmy to, ziemskich. W sensie „technicznym” jest strukturą organizacyjną, w sensie zaś metafizycznym dbać ma o zbawienie obecnych i potencjalnych wiernych. I to właśnie temu zadaniu podporządkowane jest sedno jego aktywności.

Z tego względu próby przykrojenia misji, działań, dogmatyki i przesłania Kościoła do ram programów politycznych, projektów społecznych, a tym bardziej bieżących problemów, są w sferze praktyki chybione, gdyż ich adresat nie tym się zajmuje. Są również nieuczciwe etycznie, gdyż bazują na instrumentalnym, czysto pragmatycznym podejściu, które oznacza po prostu brak szacunku wobec podmiotu takich starań. Niezależnie, czy sojusznikiem Kościoła pragnie zostać prawica, czy do swych celów usiłuje go wykorzystać lewica, są to zazwyczaj próby przejęcia czy podczepienia się pod strukturę stworzoną i przeznaczoną do celów zgoła innych.

Nie sposób jednak abstrahować od dwóch kwestii. Chrześcijaństwo, którego wyrazicielem i głosicielem jest m.in. instytucjonalny Kościół, wpłynęło swoim przesłaniem, zasadami wiary i wskazaniami moralnymi na znaczącą część światowego „etosu” zarówno indywidualnego, jak i publicznego, a w naszym kręgu kulturowym jest jedną z głównych „idei” – nawet w krajach, które dziś są silnie zsekularyzowane, a katolicyzm stanowi w nich religię mniejszościową. Zresztą, samo pojęcie sekularyzacji jest dość zwodnicze, bowiem w skali globu – nie zaś Europy Zachodniej – liczba wiernych wcale nie maleje znacząco. W dodatku, Kościół jest istotnym i czynnym podmiotem życia publicznego, a jego głos w kwestiach wykraczających poza wąsko i dosłownie pojmowaną sferę wiary pozostaje wciąż duży – w krajach takich jak Polska nierzadko wręcz kluczowy. Nie jest zatem obojętne – niezależnie, czy spoglądamy na problem z pozycji ludzi wierzących i związanych z Kościołem, czy też jako adepci innego wyznania, ateiści (bądź agnostycy) lub wręcz krytycy owej instytucji – to, jakie stanowisko w sprawach „przyziemnych” zajmuje hierarchia lub szeregowi wierni.

Jak wspomniałem, nieuczciwa bywa często postawa nacechowana próbami przeciągania Kościoła na swoją stronę, podpierania się nim w kwestiach „ziemskich” czy uprawomocniania własnych idei za pomocą udawania, iż jest się osobistym przyjacielem i powiernikiem Pana Boga. Jest to również nieco jałowe, gdyż o ile w kwestii wiary czy w bezpośrednio związanej z nią i dającej się jasno ująć sferze moralności Kościół zajmuje wyraźne stanowisko (przykładowo, bezwarunkowo potępia zdradę małżonka), o tyle w sprawach społecznych czy politycznych nie sposób precyzyjnie powiedzieć, jakie ono jest. Jeśli papież czy pomniejsi hierarchowie zalecają dbać o godność każdego człowieka, to jednak istnieje całe mnóstwo dylematów, w przypadku których owo wezwanie nie przekłada się na jasno zdefiniowany konkret.

Nie wiemy zatem na przykład, czy Kościół sądzi, iż kobieta powracająca do pracy po urlopie macierzyńskim powinna być w każdym kraju, ustroju politycznym i rodzaju działalności gospodarczej przyjęta na wcześniej zajmowane stanowisko, czy też pracodawca może z jakiegoś powodu odmówić jej tego prawa i wysłać na bezrobocie. To, co nosi nazwę „katolickiej nauki społecznej” zawiera wiele wskazań i opinii, ale niekoniecznie precyzyjnych na poziomie szczegółowych rozwiązań. Nie ma powodu, by formułować z tego tytułu jakieś pretensje. Skoro nie oczekujemy od związków zawodowych, że będą dbały o zbawienie naszych dusz, tak samo nie powinniśmy zakładać, iż papież prześle każdemu z krajów mniej lub bardziej katolickich drobiazgowe uwagi do projektu Kodeksu Pracy.

Co więcej, ukierunkowanie aktywności Kościoła na kwestie „nieziemskie”, sprawia, iż jest on instytucją funkcjonującą poza, a raczej ponad wieloma podziałami związanymi ze społeczną aktywnością człowieka. Skutkuje to istnieniem w łonie Kościoła przeróżnych środowisk ideowych – o ile katolicy mają moralny obowiązek sprzeciwiać się np. aborcji, o tyle ich duchowi przywódcy nie wymagają od nich popierania podatku progresywnego czy liniowego. A zatem pełnoprawnymi wiernymi są zarówno katoliccy liberałowie, jak i osoby przekonane, że zamożni powinni płacić wyższe podatki, aby państwo mogło sfinansować choćby egalitarny dostęp do edukacji czy lecznictwa. Z tego to powodu nie sposób w wielu przypadkach powiedzieć, czy Kościół jest naszym sojusznikiem, czy też przeciwnikiem na płaszczyźnie projektów i inicjatyw społecznych. Nie wiemy tego także my, prezentując na łamach „Obywatela” różne pomysły, inicjatywy, opinie i stanowiska.

Mamy natomiast coraz częściej do czynienia z próbami uprawomocnienia autorytetem Kościoła takich przedsięwzięć ze sfery idei i praktyki, które w naszym przekonaniu są społecznie szkodliwe. Mam na myśli aktywność środowisk opowiadających się za daleko idącym liberalizmem gospodarczym. Dawniej, na przykład w XIX wieku, ideologia liberalizmu gospodarczego była podpierana głównie argumentami rzekomo naukowymi (jakoby taki system był „obiektywnie słuszny” i najkorzystniejszy społecznie) lub bazowała na etyce „zdroworozsądkowej” (każdy ma prawo np. tak rozporządzać swoją własnością, jak mu się podoba, gdyż to przecież właśnie jego własność, nie zaś cudza). Natomiast dziś znacząca część środowisk wolnorynkowych, ze szczególnym uwzględnieniem tych najbardziej skrajnych, odwołuje się właśnie do chrześcijaństwa i katolicyzmu, twierdząc, iż Biblia, Ojcowie Kościoła, papieże itd., uznawali gospodarkę rynkową w jej jak najmniej regulowanej postaci za optymalną, sprawiedliwą, godną i jedynie słuszną.

Ten mariaż wartości katolickich (lub tylko chrześcijańskich) z agresywną promocją liberalizmu gospodarczego widać szczególnie mocno w anglosaskim neokonserwatyzmie, który w ostatnich dekadach w wielu częściach świata przetoczył się jak walec po innych ideologiach społeczno-gospodarczych. W Polsce zdobył wielkie wpływy intelektualne w środowiskach prawicy i w mediach katolickich, jak również w polityce gospodarczej. Liberałom „bezbożnym”, czyli laickim, jak Leszek Balcerowicz czy środowisko „Gazety Wyborczej”, sekundują liberałowie „pobożni”, jak posłowie AWS-u i PiS-u lub związani wprost z Kościołem, np. publicyści poczytnego katolickiego tygodnika „Gość Niedzielny”.

Nie odmawiamy komukolwiek, a więc i katolikom, prawa do posiadania poglądów liberalnych w sferze gospodarczej. Natomiast sprzeciwiamy się fałszywej wykładni czy choćby próbie stworzenia wrażenia, iż stanowisko takie jest jedynym uprawnionym na gruncie katolicyzmu. To po pierwsze nieuczciwe, bo jak wspomniałem – nie istnieje żadne szczegółowe stanowisko Kościoła w sferze rozwiązań gospodarczych. Po drugie – jest to oczywisty fałsz, gdyż równie uprawnione i często spotykane na gruncie katolicyzmu są postawy znacznie bardziej „socjalne”, krytyczne wobec przekonania, iż nieskrępowany wolny rynek to system optymalny i sprawiedliwy, że etyka kapitalizmu idealnie współgra z etyką katolicyzmu.

Dlatego w niniejszej odsłonie „Naszych Tradycji” prezentujemy trzy teksty, które prezentują stanowisko odmienne. Tym razem zresztą nagłówek „nasze tradycje” należy wziąć w cudzysłów i nie traktować go dosłownie, gdyż zamieszczone obok teksty odwołują się w 2/3 nie tyle do tradycji „obywatelskich”, ile do takich, które na płaszczyźnie pozagospodarczej bliższe są właśnie wielu wolnorynkowym katolikom. Autorzy dwóch z nich – Stefan Wyszyński i Wojciech Zaleski – są z punktu widzenia linii programowej „Obywatela” raczej sojusznikiem incydentalnym niż bliskim całokształtowi tych tradycji, do których zazwyczaj się odwołujemy. W przypadku pierwszego pozostajemy bowiem sceptyczni m.in. w kwestii jego ostrożnej i dwuznacznej postawy wobec „Solidarności” z lat 1980-81. Drugi z kolei nie wpisuje się w „obywatelski” etos ze względu na swoją przedwojenną przynależność polityczną.

Pierwszego z autorów nie trzeba właściwie przedstawiać, bo postać „Prymasa Tysiąclecia” jest dobrze znana. Może z tym drobnym, a znaczącym w kontekście prezentowanego tekstu wyjątkiem, że mało kto pamięta, iż kardynał Wyszyński był w młodości nie tylko pasjonatem tzw. katolicyzmu społecznego, ale także liderem Chrześcijańskiego Uniwersytetu Robotniczego we Włocławku oraz duszpasterzem Chrześcijańskich Związków Zawodowych. Ciekawe są też losy prezentowanego tekstu. Choć ze względu na PRL-owską cenzurę ukazał się on dopiero w III RP, to powstał w okresie II wojny światowej, prawdopodobnie w roku 1942. Na tak gruntowną krytykę kapitalizmu ks. Wyszyński zdobył się zatem w sytuacji, gdy Polska była okupowana przez totalitarny hitleryzm, a od Wschodu zagrażał jej totalizm komunistyczny, a więc „normalne” realia kapitalistyczne nie stanowiły wówczas ani bieżącego problemu, ani też kluczowego zagrożenia. Tekstu kardynała Wyszyńskiego nie trzeba komentować, gdyż jego wymowa jest jasna, a zawarte w nim sformułowania wprost wymierzone w wiele poglądów, czy raczej dogmatów liberalizmu gospodarczego.

Drugi z autorów jest znacznie mniej znany, a właściwie niemal zupełnie zapomniany. Wojciech Zaleski (1906-61) był przed wojną działaczem nacjonalistycznym, jednym z ekspertów ekonomicznych Stronnictwa Narodowego. Później należał do założycieli Obozu Narodowo-Radykalnego, wiążąc się z mniej totalistyczną jego „frakcją”, ONR-ABC. Napisał wówczas głośną w ruchu narodowym książkę „Polska bez proletariatu”, w której koncepcjom kapitalistycznym i komunistycznym przeciwstawiał „trzecią drogę” w postaci ustroju bazującego na rozpowszechnionej drobnej własności środków produkcji, tak aby każdy był nie wyzyskiwaczem innych lub nie wyzyskiwanym przez kogoś, lecz właścicielem lub współwłaścicielem swego warsztatu pracy. W czasie wojny Zaleski związał się z podziemną Konfederacją Narodu, zaś po wkroczeniu Sowietów uciekł za granicę. Przebywał m.in. we Francji, pracując jako ekspert instytucji zajmujących się wdrażaniem Planu Marshalla. Na emigracji współpracował z polskimi środowiskami chadeckimi.

Prezentowany tekst pochodzi właśnie z okresu powojennego. Jest ciekawy nie tylko dlatego, że prezentuje antyliberalne oblicze katolicyzmu i chrześcijańskiej myśli społecznej, ale także z uwagi na konkretne zawarte tam wizje i postulaty. Zaleski po pierwsze broni związków zawodowych, lecz nie tylko w roli obrońcy świata pracy. Idzie krok dalej i postuluje ich rolę jako czynnika współzarządzającego w imieniu pracowników zakładem pracy oraz dążącego do upowszechnienia współwłasności pracowniczej zamiast indywidualnej własności kapitalistycznej. Po drugie zaś, ten prawicowy ekonomista pozytywnie wypowiada się o czymś, co dla wszelkiej maści liberałów stanowi dowód sympatii komunistycznych, mianowicie o planowaniu gospodarczym. Oczywiście Zaleski nie wychwala „centralnego planowania” w stylu sowieckim – nb. warto pamiętać, że ekonomiczne absurdy „realnego socjalizmu” skutecznie na wiele lat skompromitowały samą ideę planowania gospodarczego, podobnie jak wiele innych godnych uwagi – lecz aktywną, szeroko zakrojoną politykę inwestycyjną państwa i instytucji publicznych. Byłoby to zapewne – sam autor nie podaje konkretów – planowanie znane w Polsce choćby z okresu międzywojnia, gdy sanacyjny etatyzm gospodarczy doprowadził do powstania Centralnego Okręgu Przemysłowego, a więc inwestycji, dzięki której ubogie i zacofane regiony kraju przeżyły prawdziwy skok cywilizacyjny (gdy efektem dotychczasowej gospodarki wolnorynkowej był tamże jedynie przydomowy wypas gęsi). Ten właśnie aspekt jest szczególnie wart uwagi w artykule osoby, której tyleż poglądy, co i biografia nie pozwalają podejrzewać o najmniejsze sympatie komunistyczne.

Trzeci z prezentowanych tekstów jest autorstwa księdza Jana Zieji, znanego, wręcz legendarnego kapłana-społecznika (jego sylwetkę obszernie prezentowaliśmy w nr 45). Choć z dorobku tego właśnie autora spośród całej trójki najłatwiej byłoby wybrać tyrady przeciwko liberalnym koncepcjom gospodarczym i kapitalizmowi, to celowo sięgnęliśmy po tekst odnoszący się do owego problemu z nieco innego stanowiska, mianowicie ewangeliczno-moralnego. Środowiska liberalno-katolickie chętnie sięgają po argumentację, jakoby wolny rynek był ekonomicznie sprawiedliwy oraz moralnie jeśli nie idealny, to przynajmniej neutralny. Przekonują oni, że ci, którzy na owym rynku sobie nie radzą, zazwyczaj „sami są winni”, gdyż brakuje im chęci, woli, pracowitości itp. Za wzniosłymi hasłami religijnymi skrywany jest tu nierzadko – i nie zawsze starannie – egoizm typowy dla ideologii liberalnej. Egoizm przejawiający się brakiem zainteresowania nie tylko społecznymi skutkami operacji gospodarczych, ale także przyczynami indywidualnych niepowodzeń. Ksiądz Zieja tymczasem wskazuje, że moralnym obowiązkiem katolika – ponad podziałami tyczącymi się poglądów na różne kwestie, w tym i gospodarcze – jest dogłębne zainteresowanie losem bliźniego, przyczynami jego problemów czy wręcz upadku. Warto tego rodzaju „kurację” polecić wolnorynkowym katolikom, którzy potrafią się niemal do łez rozczulać nad „ciemiężonymi” milionerami – płatnikami „horrendalnych” podatków, natomiast dla ludzi z dołu drabiny społecznej mają nierzadko w najlepszym razie obojętność i lekceważenie, w najgorszym zaś – z trudem skrywaną pogardę.