przez Tomasz S. Markiewka | środa 17 stycznia 2018 | opinie
Na początku stycznia mogliśmy przeczytać dwa teksty, które, potraktowane łącznie, doskonale streszczają sytuację polityczną w kraju. Pierwszy to wywiad z Agnieszką Holland opublikowany na stronie „Kultury Liberalnej”. Znana reżyserka uważa, że Polska znajduje się w stanie wyjątkowym – demokracja upada, PiS niszczy kraj, faszyzm stoi u bram. Sposobem na rozwiązanie tych problemów jest zdaniem Holland mówienie o nich najgłośniej, jak tylko się da. Kto tego nie robi, ten nie rozumie skali zagrożenia i szkodzi Polsce. Na uwagę, że ta strategia nie działa, Holland odpowiada: „Problemem nie jest to, iż ludzie obojętnieją, ale że od początku nie chcieli słuchać ostrzeżeń. A jeśli ludzie zatykają uszy, musisz krzyczeć coraz głośniej”.
Drugi tekst to krótkie omówienie sondażu CBOS, opublikowane na stronach „Gazety Wyborczej” pod wymownym tytułem „2017 był dla Polaków najlepszym rokiem od 1989”. 65% badanych rodaków stwierdziło, że poprzedni rok był dobry dla nich i ich rodzin. 49% oceniło, że 2017 był rokiem dobrym także dla Polski, co mogłoby się wydawać nieszczególnym wynikiem, gdyby nie to, że to najlepszy rezultat od 1989 roku. Polacy i Polki optymistycznie patrzą także w przyszłość – aż 46% uważa, że kolejny rok będzie lepszy, a tylko 6% sądzi, że czeka nas gorszy. Pozostałe osoby albo nie mają zdania, albo lokują się pośrodku.

Takie wyniki oczywiście zupełnie nie pasują do alarmistycznego tonu Agnieszki Holland. Forumowicze na stronie „Wyborczej”, najwyraźniej stojący po stronie polskiej reżyserki, próbowali sobie tłumaczyć ten stan rzeczy na różne sposoby: a to niewiarygodnością CBOS-u, a to rządową propagandą, a to głupotą swoich rodaków. Prawda jest jednak taka, że większość ludzi, co zauważa sam CBOS, ocenia dany rok przez pryzmat swojej sytuacji materialnej, a ta w porównaniu z poprzednim latami dla sporej części Polaków była całkiem niezła, choć oczywiście daleka od doskonałości.
Większość ludzi nie interesuje się sprawami związanymi z sądami czy Trybunałem Konstytucyjnym tak bardzo, jak czyni to grupka polityków, dziennikarzy i intelektualistów. Zazwyczaj to jest ten moment, gdy jakiś zwolennik totalnej opozycji unosi się oburzony i zaczyna tłumaczyć, jak wielkie znacznie dla rządów prawa i demokracji ma to, co wyprawia PiS z Konstytucją oraz sądami. Jak można to lekceważyć? Jak można to usprawiedliwiać? Jak można to relatywizować? Ale tu nie chodzi o to, że działania PiS-u w tych obszarach są usprawiedliwione (bo nie są), lecz o proste zauważanie, że dla dużej części Polaków nie jest to aż tak istotne. Żaden krzyk ani szantaż moralny nie zmienią letniego nastawienia rodaków w odniesieniu do tych spraw. Każdy, kto mieni się obrońcą demokracji, musi to zrozumieć i wziąć pod uwagę. Ostatecznie w demokracji chodzi też o ludzi, prawda? O ich odczucia, dobrobyt i poglądy.
Brutalne fakty są więc takie, że mamy potężny rozdźwięk między elitami a społeczeństwem. Te pierwsze krzyczą, że Polska się wali i jest tak strasznie, że trzeba się zacząć zastanawiać, czy istnieje jakieś słowo gorsze niż „faszyzm”, bo nazwanie PiS-u faszystami to już za mało. Społeczeństwo z kolei odpowiada: wiele rzeczy nas denerwuje, ale w porównaniu z poprzednimi latami jest w sumie całkiem dobrze. Agnieszka Holland próbuje za ten stan rzeczy winić środowiska takie jak „Kultura Liberalna”, które niedostatecznie mocno biją na alarm. Ale nikt rozsądny nie może uwierzyć, że „Kultura Liberalna”, „Nowy Obywatel”, Rafał Woś czy partia Razem, które wspólnie mają mniejszy wpływ na opinię publiczną niż pojedyncze autorytety liberalne, są w stanie otumanić Polaków i Polki. Prawda jest banalniejsza: ludzie nigdy nie walczyli o abstrakcje i piękne idee, za to zawsze – o życiowe konkrety. Gdy Dominika Wielowieyska narzekała, czemu lekarze, domagając się lepszych warunków płacy, sięgają po tak drastyczne środki jak głodówka, słusznie przypomniano jej, że wiele słynnych protestów, w tym te najbardziej uświęcane w polskiej tradycji, brało się właśnie z takich „błahych” spraw. I właśnie dlatego do dziś jedną z najskuteczniejszych akcji przeciwko PiS-owi pozostaje „czarny protest”. Wiele kobiet zrozumiało, że oto istnieje bliskie, namacalne zagrożenie dla ich praw. Nie potrzebowały do tego pouczeń ze strony Tomasza Lisa o wartości demokracji.
Tak właśnie powinna wyglądać walka tych, którym rzeczywiście na sercu leży dobro kraju. Mniej naburmuszonych haseł o końcu demokracji, Polsce poza Europą i PiS-owskim totalitaryzmie, a więcej wskazywania na konkretne bolączki poszczególnych grup społecznych, którym partia Kaczyńskiego albo nie pomaga, albo wręcz przeszkadza w prowadzeniu godnego życia. Więcej mówienia o ludziach do ludzi, a mniej podniecania się własną elitarnością. To oczywiście bardzo nie spodoba się części opozycji. Wywiad z Holland dobitnie pokazuje, że wiele osób wciąż jest na etapie „im głośniej, tym lepiej i skuteczniej”. Nie bardzo potrafią zrozumieć, że rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana, a najgroźniejszym przeciwnikiem danego polityka niekoniecznie jest ten, który najgłośniej go krytykuje. Czego jednak spodziewać się po środowisku, w którym wciąż pokutuje naiwna wiara w to, że za władzę PiS-u odpowiedzialność ponosi dobry występ Zandberga w studiu TVP, co rzekomo doprowadziło do wyeliminowania Zjednoczonej Lewicy z sejmu (a gdyby tylko ludzie Millera i Palikota znaleźli się w sejmie to ho ho, demokracja kwitłaby w najlepsze!). Nie ogólnoświatowy bunt przeciwko neoliberałom, nie błędy poprzedniego rządu, nie fatalna kampania wyborcza Bronisława Komorowskiego, ale przedstawiciel partii, która uzyskała 3% w wyborach, ukształtował naszą scenę polityczną…
Zaciekli liberałowie nie pomogą w najbliższym czasie w budowaniu lepszej Polski. Zbytnio są zajęci własnymi fantazjami. Ale zawsze są ludzie „pomiędzy”, do których warto i trzeba mówić. Ludzie, którzy czują, że liberalna opowieść o naszym kraju uległa wyczerpaniu, ale PiS od czasu do czasu przeraża ich na tyle, że odczuwają słabość wobec haseł o potrzebie stworzenia totalnej opozycji pod przywództwem Petru czy innego Kijowskiego. Im warto nieustannie przypominać kilka prostych prawd. Wielkie słowa sprzeciwu, którymi tak lubią szafować liberalne elity, od dwóch lat jedynie umacniają władzę Kaczyńskiego. Mówienie o tragicznej sytuacji Polski jest wyrazem pogardy dla ludzi, którym, np. z powodu 500 plus, dopiero od niedawna zaczęło się w tej Polsce znośnie żyć. Wszystkie pomysły jednoczenia się w obronie demokracji okazują się po czasie pomysłami na zebranie się wokół kilku facetów z rozbuchanym ego. W naszym kraju jest wiele rzeczy do poprawy. Nikt nie potrafi zagwarantować, że PiS nie pójdzie w stronę faszyzacji Polski. Nieporadność rządu na arenie europejskiej może w końcu skończyć się bardzo źle. Ale rozwiązaniem tych bolączek nie jest obrażanie się na rzeczywistość wokół nas, lecz próba uwzględnienia jej w naszych działaniach politycznych.
dr Tomasz S. Markiewka
przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 2 stycznia 2018 | Kwartalnik, Zima 2017
W 2004 roku magazyn „Foreign Policy” sporządził mini-ankietę na temat idei najniebezpieczniejszych dla świata. O odpowiedź poproszono ośmioro sławnych intelektualistów i intelektualistek. Wśród propozycji znalazły się między innymi „brak tolerancji religijnej” oraz „próba siłowego wprowadzania zachodnioeuropejskich zasad demokracji w innych rejonach świata”. Bez trudu można by dodać kolejne kandydatury, np. „negowanie wpływu człowieka na globalne ocieplenie” lub „wiarę w samoregulujące się rynki”. Mark Blyth w swojej książce „Austerity. The History of a Dangerous Idea” podsuwa jeszcze jedną propozycję, istotną szczególnie z perspektywy europejskiej: przekonanie, że najlepszym sposobem na kryzys gospodarczy jest austerity – polityka oszczędności, która polega na obcinaniu wydatków publicznych.
Zaraz po wybuchu kryzysu finansowego w latach 2007-2008 wydawało się, pisze Blyth, że nastąpił wielki powrót do keynesizmu: do idei, że państwo musi aktywnie wspomagać gospodarkę, szczególnie w czasach kryzysu, kiedy to rząd jest jedynym aktorem zdolnym napędzać popyt, a tym samym zapobiegać pogłębianiu się recesji. Gdy jednak lobby finansowe i wyznawcy wolnego rynku otrząsnęli się z pierwszego szoku, szybko przystąpili do kontrataku. To prawda, nie udało im się w pełni przywrócić świata sprzed kryzysu. Klimat intelektualny przesunął się na lewo, o czym świadczy choćby to, że największymi gwiazdami ekonomii są obecnie Stiglitz, Chang, Piketty i Krugman, czyli myśliciele, których trudno nazwać wolnorynkowymi ortodoksami. Ponadto niektóre z rozwiązań zastosowanych przez rząd USA w celu uporania się z kryzysem można potraktować jako praktyczne wykorzystanie zaleceń keynesizmu. Jednak wspomniany kontratak był na tyle skuteczny, że powstrzymał jakiekolwiek głębsze reformy systemu ufundowanego na wolnorynkowych dogmatach i rządach finansjery.
Jak słusznie zauważa Blyth, krótki renesans idei Keynesa został z największą brutalnością stłamszony w Europie. Gdy kryzys finansowy, zapoczątkowany w USA, uderzył w państwa członkowskie Unii Europejskiej, odpowiedź instytucji unijnych oraz zawiadujących wszystkim Niemiec przyszła pod postacią austerity. Oficjalną przyczyną zastosowania polityki oszczędności były wysokie długi publiczne m.in. Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Irlandii i kilku innych krajów. Według Blytha trudno takie uzasadnienie potraktować poważnie. Ze wszystkich tych państwa tylko Grecja miała poważny kłopot ze zbilansowaniem wydatków i przychodów publicznych. W pozostałych krajach problemem były długi prywatne oraz fatalna sytuacja banków, a nie „rozrzutne państwo” – zresztą w przypadku Greków historia też jest o wiele bardziej skomplikowana i obejmuje zarówno nieodpowiedzialnych kredytorów, jak i greckich polityków nie kwapiących się do walki z unikaniem podatków. Na przykład w 2007 roku dług Irlandii wynosił tylko 12% PKB, a Hiszpanii 26%. Dla porównania, w stawianych za wzór Niemczech było to 50%. Przyczyną tarapatów tych krajów stał się zderegulowany i niezwykle podatny na kryzysy sektor finansowy. Irlandia zaczęła mieć problem z długiem publicznym dopiero wtedy, gdy wydała 70 miliardów euro na ratowanie własnego systemu bankowego. Historia Hiszpanii różni się w szczegółach, ale puenta zdaniem Blytha jest taka sama: kłopoty mające swe źródło w sektorze prywatnym zostają przeniesione na sektor publiczny. Podobnie było w innych przypadkach, w których państwo ponosiło ciężar walki z kryzysem. „W Stanach Zjednoczonych, Unii Europejskiej i Europie Wschodniej kryzys został wywołany przez sektor prywatny, ale płaci za niego sektor publiczny, to znaczy ty i ja” – podsumowuje amerykański ekonomista.
Jest nawet gorzej, niż wynikałoby to z powyższego cytatu. Kiedy mówimy, że za problemy płaci sektor publiczny, można odnieść wrażenie, że wszyscy ponosimy solidarny ciężar naprawiania błędów powstałych po stronie instytucji prywatnych. Blyth podkreśla jednak przytomnie, że trudno w tej sytuacji mówić o równym rozłożeniu poziomu wyrzeczeń wśród obywateli i obywatelek państw zachodnich. Polityka oszczędności nie uderza bowiem w taki sam sposób w bogatych i biednych. „Najmniej zarabiający członkowie społeczeństwa tracą więcej niż najzamożniejsi, z tego prostego powodu, że ci drudzy w mniejszym stopniu polegają na usługach zapewnianych przez państwo oraz mają więcej bogactw, więc strata nie jest odczuwa przez nich tak bardzo”.
Prawdę mówiąc, jest jeszcze gorzej. Ciągle bowiem nie dotknęliśmy największego problemu związanego z polityką oszczędności: ona najzwyczajniej w świecie nie działa. Najlepiej widać to na przykładzie Grecji. Gdy okazało się, że greckie państwo jest poważnie zadłużone, jego mieszkańcy bez wątpienia znaleźli się w sytuacji, z której nie dało się wydostać w bezbolesny sposób. Jednak po latach „kuracji” prowadzonej za pomocą polityki zaciskania pasa – jest jeszcze gorzej. Ogromne bezrobocie (szczególnie wśród młodych), zapaść gospodarcza, bieda, nadal niespłacalny dług – to efekty działalności Unii Europejskiej. Janis Warufakis, były minister finansów Grecji, w swojej najnowszej książce „Adults in the Room” pisze, że nawet wielu przedstawicieli instytucji unijnych przyznawało w prywatnych rozmowach, iż austerity to droga donikąd. Zgadzał się z tym także Larry Summers, przez wielu uznawany za uosobienie grzechów neoliberalizmu. To trochę tak, jakby Leszek Balcerowicz przyznał, że niskie podatki się nie sprawdzają…
Blyth uważa, że nieskuteczność austerity widać również na przykładzie państw REBLL (Rumunia, Estonia, Bułgaria, Łotwa, Litwa), czyli krajów, w których, zdaniem przedstawicieli Unii Europejskiej, zaciskanie pasa sprawdziło się. Prawdą jest, że gdy państwa REBLL zastosowały austerity w latach 2008-2009, wróciły na ścieżkę wysokiego wzrostu PKB. Sytuacja przedstawia się jednak znacznie gorzej, gdy spojrzymy na inne dane. Na przykład 4% obywateli Łotwy opuściło kraj w latach 2008-2011. W 2011 roku 91% ankietowanych Łotyszy postrzegało sytuację gospodarczą kraju jako złą. Ponad trzykrotnie wzrosło bezrobocie. Polityka oszczędności nie pomogła też krajom REBLL w zmniejszeniu długu, choć osiągniecie tego celu było podawane jako jeden z głównych powodów zastosowania austerity.
Skoro ten schemat nie działa, to dlaczego jest forsowany przez ludzi mających władzę? Blyth twierdzi, że jednym z powodów jest ich obsesja na punkcie inflacji. Gwałtowna obniżka wartości pieniądza jest oczywiście zjawiskiem negatywnym, mogącym prowadzić do poważnych tarapatów, gdy wymknie się spod kontroli. Jednak zdaniem Blytha jesteśmy za bardzo przewrażliwieni na jej punkcie, co prowadzi do faworyzowania rozwiązań takich jak austerity, zwalczających inflację i prowadzących do deflacji. Skąd jednak bierze się to przewrażliwienie? Częściowo z powód historycznych: Niemcy, po negatywnych doświadczeniach z hiperinflacją na początku lat dwudziestych XX wieku, wciąż traktują politykę antyinflacyjną jako priorytet. Częściowo zaś przyczyną jest to, że inflacja sprzyja raczej biednym (czytaj: ludziom bez wielkiego wpływu na władzę), a szkodzi bogatym (czytaj: ludziom ze sporym wpływem na władzę). Gdy obniża się siła nabywcza pieniądza, tracą na tym pożyczkodawcy, a zyskują dłużnicy. Euro pożyczone przed inflacją jest więcej warte niż euro oddane po inflacji. Jak zaś słusznie zauważa Blyth, „pożyczkodawca to z definicji osoba mająca pieniądze, które może pożyczyć” – innymi słowy, osoba raczej zamożna.
Jednak najważniejszą przyczyną forsowania polityki oszczędności jest wadliwa konstrukcja Unii Europejskiej, a przede wszystkim strefy euro. Blyth, podobnie jak wielu innych ekonomistów (np. Piketty i Stiglitz), zauważa, że kryzys gospodarczy obnażył wszystkie wady wspólnej waluty i zbudowanych wokół niej instytucji. Poważne zmierzenie się z kryzysem wymagałoby więc, po pierwsze, przyznania, że Unia pod tym względem nie działa, po drugie – przeprowadzenia kilku zasadniczych reform. Nikt jednak nie kwapi się, aby ponieść polityczny ciężar takiej decyzji.
Co jest nie tak z Unią Europejską? Przede wszystkim stworzono w jej ramach unię walutową składającą się z jednego kraju ze stabilnymi nadwyżkami w obrotach bieżących (Niemcy) i całej reszty, która nie dotrzymywała mu tempa. Jak zauważa Blyth, po powstaniu strefy euro te różnice nie tylko nie zmalały, ale wręcz się pogłębiły. Nikt bowiem nie podjął się wypracowania sensownego mechanizmu równomiernego rozprowadzania nadwyżek w ramach państw strefy. To problem, który zauważono ostatnio nawet w „The Economist”, czasopiśmie raczej niesłynącym z lewicowych poglądów. „Duża gospodarka, niemająca problemów z bezrobociem, utrzymując nadwyżki w obrotach bieżących powyżej 8% PKB, niepotrzebnie obciąża globalny system handlowy” – czytamy w „Economist” na temat Niemiec. – „Aby zrównoważyć sytuację i utrzymać łączny popyt na poziomie zapewniającym ludziom pracę, reszta świata musi pożyczać i wydawać na tym samym poziomie. W niektórych krajach, szczególnie Włoszech, Grecji i Hiszpanii, stałe deficyty doprowadziły w końcu do kryzysu”.
Sytuację pogorszyło jeszcze to, że po wejściu do strefy euro spadło oprocentowanie obligacji państw takich jak Grecja czy Włochy. Mówiąc inaczej, uznano, że pożyczanie pieniędzy krajom Południa jest niemal tak samo bezpieczne, jak pożyczanie Niemcom. Skoro oprocentowanie ich długu jest na podobnym poziomie co Niemiec, a wszyscy należą do jednej unii walutowej, to przecież nie ma żadnego ryzyka, że Grecy czy Włosi nie spłacą pożyczek, prawda? Oczywiście mało kto wierzył w to, że kraje Południa są rzeczywiście tak mocne gospodarczo jak Niemcy, ale francuskie i niemieckie banki robiły świetny interes na udzielanych im kredytach, więc mało kto zadawał niewygodne pytania. Aż przyszedł kryzys. I okazało się, że banki najbogatszych krajów strefy euro mają mnóstwo niespłacalnych długów krajów najbiedniejszych. To zaś stanowiło ogromny problem nie tylko dla Niemców i Francuzów, których banki były w opałach, ale dla całej Unii, bo zapaść gospodarcza w tych państwach oznaczała zapaść w całej Europie.
Trzeba więc było rozpocząć „akcję ratunkową” wobec Greków i im podobnych „rozrzutników”, czytaj: trzeba było ratować francuskie i niemieckie banki. Zazwyczaj w takich sytuacjach najlepiej sprawdza się bank centralny, ale jego odpowiednik dla strefy euro nadaje się tak naprawdę do jednej rzeczy – walki z inflacją. Rozwiązania, które zalecało wielu ekonomistów, jak uwspólnotowienie długów w ramach wszystkich krajów mających walutę euro, umorzenie części z nich lub pobudzanie popytu przez Europejski Bank Centralny – nie wchodziły w grę. Nagle okazało się, że w ramach strefy euro istnieją banki mogące działać na skalę ogólnoświatową, nie ma natomiast instytucji gospodarczych zdolnych rozwiązywać ogólnoeuropejskie problemy. Jedynym rozwiązaniem było austerity.
Opowieść, którą proponuje Blyth, zawiera z konieczności wiele uproszczeń – nie da się w kilku akapitach uwzględnić wszystkich przyczyn kryzysu finansowego Unii Europejskiej. Ma ona jednak podstawową zaletę. Pokazuje, że problem jest systemowy i nie można go sprowadzić do haseł o tym, iż „państwa nie powinny się nadmiernie zadłużać”, a „długi należy spłacać”. Polityka oszczędności jest próbą taniego ominięcia tego problemu. „Taniego” rzecz jasna dla decydentów, bo z pewnością nie dla młodych Greków czy Hiszpanów zmagających się z bezrobociem i gospodarką bez perspektyw. Blyth przestrzega jednak, że istnieje ograniczona liczba rund, w których można zastosować trik z austerity. Ludzie w końcu powiedzą: „dość!”. Sprzeciw może przybrać dwie formy. W wersji optymistycznej doprowadzi do umocnienia ruchów postępowo-lewicowych, które zreformują Unię Europejską. W wersji pesymistycznej – przyczyni się do nasilenia nastrojów nacjonalistycznych, których konsekwencją będzie rozbicie wspólnoty europejskiej. Ideologia austerity w wielu krajach już wyrządziła poważne szkody. Jest zatem wielce prawdopodobne, że jedyne, co pozostało ludziom mającym wpływ na przyszłość Europy, to zdecydować, którą z tych możliwości wolą. Nawet jeśli oni sami łudzą się, że wszystko może pozostać po staremu.
Mark Blyth, Austerity. The History of a Dangerous Idea, Oxford University Press, 2015.
przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 12 grudnia 2017 | opinie
24 listopada przegłosowano w Sejmie uchwałę potępiającą „lewackie rewolty”, ponieważ „zawsze prowadzą do zbrodni i terroru”. Początkowo celem było oficjalne wystąpienie przeciwko zbrodniom bolszewickim, ale przedstawiciele partii Kukiza oraz PiS-u uznali najwyraźniej, że to za mało, więc potępili „lewactwo” jako takie. Musi to budzić niepokój, ponieważ polska prawica ma tak pojemną definicję „lewactwa”, że podpada pod nią każdy, kto jest uznawany po prawej stronie za wroga.
Nawet Platforma Obywatelska i Nowoczesna stwierdziły, że uchwała w takim kształcie stanowi krok za daleko i nie chciały zgodzić się na jej przegłosowanie. Niemniej jednak nie ma co się oszukiwać – PiS i Kukiz nie są przejawem totalnej dewiacji na polskiej scenie politycznej, gdy idzie o stosunek do lewicy i jej tradycji. Należałoby raczej powiedzieć, że obie partie stanowią skrajne rozwinięcie logiki obecnej w naszej polityce od czasów transformacji ustrojowej.

Logika ta przejawia się w tym, że stworzono w Polsce dwa wielkie ciągi skojarzeniowe. Jeden z etykietką „samo zło”, drugi – „samo dobro”. Do tego pierwszego zaliczają się PRL, Marks, komunizm, progresywne podatki, równość społeczna, Wenezuela, interwencjonizm państwowy, Stalin, socjalizm i wiele innych rzeczy mających bardziej lub mniej uzasadniony związek z lewicą. Do drugiego należą między innymi kapitalizm, wolność, niskie podatki, wolny rynek, Reagan, deregulacja gospodarki, liberalizm oraz prywatyzacja. Właśnie dlatego liberalni politycy mogą z taką łatwością przedstawiać podpisywanie międzynarodowych traktatów handlowych jako drogę do postępu i powiększenia zakresu naszej wolności, choć tak naprawdę przyczyniają się one przede wszystkim do rozszerzenia władzy korporacyjnej. Z kolei każda propozycja walki o równość spotyka się ze złośliwymi komentarzami w rodzaju „Socjalizm to myśmy już mieli w PRL-u”.
Problem polega na tym, że w obu przypadkach wrzuca się do jednego worka bardzo różne rzeczy. Tak jak wysokie podatki dla bogaczy nie mają wiele wspólnego ze Stalinem, tak też system kapitalistyczny nie jest tożsamy z systemem wolnościowym. Jest rzeczą jasną, że debata publiczna zawsze będzie pełna uproszczeń i każda formacja ideowa musi się z tym pogodzić. Nie ma co liczyć na to, że znacząca liczba osób zainteresuje się różnicami między odłamami socjalizmu albo że w najbliżej perspektywie czasowej większość Polaków będzie kojarzyło słowo „komunizm” z czymś innym niż zbrodniczym systemem firmowanym nazwiskami Lenina i Stalina. Niektóre rzeczy są niemożliwe do odwojowania i szkoda na nie czasu, ale o inne warto walczyć. Tym bardziej, że wspomniane ciągi skojarzeniowe nie tylko fałszują historię, ale wyraźnie faworyzują liberałów i prawicę. Dlatego lewica powinna robić wiele, aby chociaż częściowo je rozmontować. Na przykład do znudzenia powtarzać, że sprawiedliwsze podatki i równość społeczna to nie są idee, które nawiązują się do dziedzictwa PRL-u ani tym bardziej do Stalina. W obecnym kontekście odsyłają one przede wszystkim do co lepszych wzorców z państw zachodnich, a także do argumentacji ekonomistów w rodzaju Josepha Stiglitza, Ha-Joon Changa czy Tadeusza Kowalika. Z kolei socjalista to dziś bardziej ktoś w rodzaju Berniego Sandersa niż aparatczyka z PRL.
Jak to robić? Przy pomocy strategii, które przewrotnie moglibyśmy nazwać „nowoczesnością”, „światowością” i „polskością”. Piszę „przewrotnie”, ponieważ żyjemy w kraju, gdzie słowo „nowoczesność” odsyła do partii proponującej rozwiązania gospodarcze sprzed trzech dekad, „światowość” to nierzadko bezkrytyczne powtarzanie wszystkiego, co głoszą neoliberalne media i politycy z Zachodu, a „polskość” przejawia się w zakładaniu kiczowatych koszulek z husarią.
Nowoczesność w proponowanym tutaj sensie oznacza po prostu zwracanie uwagi na to, że używanie „radykalnego lewactwa” jako straszaka jest we współczesnych warunkach bezsensowne. Równie dobrze można by straszyć powrotem monarchii absolutnej. Obecnie na świecie funkcjonują dwie dominujące formacje ideowe. Nazwijmy je w uproszczeniu „korporacyjnym kapitalizmem” oraz „ksenofobiczno-homofobiczno-mizogynistycznym konserwatyzmem”. Obydwie są, delikatnie mówiąc, niezbyt fajne. Często też łączą się ze sobą, co świetnie obrazuje prezydentura Donalda Trumpa. Dlatego na pytanie „Czy nie byłoby straszne, gdyby szlachetne lewicowe idee znowu doprowadziły do powstania czegoś takiego jak Związek Radziecki?”, należy odpowiadać tak samo jak na pytanie „Czy nie byłoby straszne, gdyby nastąpiło gwałtowne i globalne oziębienie klimatu prowadzące do kolejnej epoki lodowcowej?”. Tak, bez wątpienia byłby to niefortunny obrót zdarzeń, ale w obecnej sytuacji mamy zupełnie inny problem, więc lepiej zajmijmy się nim, a nie dywagacjami, co by było, gdyby…
Innymi słowy, należy pokazywać, że choć historia Polski po 1945 roku ma wiele tragicznych elementów, to stanowi marny punkt odniesienia dla wyzwań, przed którymi staną nasz kraj oraz świat w roku 2018 i latach późniejszych. W jaki sposób „lewackie rewolty”, PRL, Stalin bądź Gomułka wiążą się z tym, że niebawem nasza planeta może zmienić się w miejsce całkowicie nieprzyjazne dla rodzaju ludzkiego? Albo z największym poziomem nierówności społecznych w historii naszego gatunku? Albo z tym, że wiele osób z powodu najprzeróżniejszych przesądów lub wykluczania materialnego wciąż nie może w pełni korzystać z praw człowieka? Straszenie lewicowymi wypaczeniami i odwoływanie się do zasobu skojarzeniowego, który ma w tym pomagać, jest zupełnie nie na czasie. Zarówno wtedy, gdy skrajna prawica chce tępić „lewactwo”, jak i wtedy, gdy Agata Bielik-Robson wraz z częścią pozostałych liberałów domaga się odnowienia popularnego w czasach transformacji podziału na zwolenników PRL-u i zwolenników wolności.
Z kolei światowość to tyle, co umiejętność spojrzenia na świat z innej perspektywy niż historia Polski. Taki postulat należałoby skierować nie tylko do polskiej prawicy, którą zazwyczaj oskarża się o zaściankowość, ale także do naszych centroliberalnych elit. Jednym i drugim wydaje się, że polskie zmagania ze Związkiem Radzieckim są uniwersalną perspektywą pozwalającą na obiektywne oddzielenie dobra od zła. Dobrze ten problem opisał Artur Domosławski w swojej książce o Ameryce Łacińskiej. Historia krajów takich, jak Chile, Argentyna czy Brazylia była w drugiej połowie XX wieku nie mniej tragiczna niż Polski. A pod wieloma względami okazała się nawet gorsza, gdyż skala morderstw i tortur politycznych, jakich dopuszczały się tamtejsze władze, znacząco przekroczyła to, co działo się w naszym kraju. Stały za tym dyktatury prawicowe, a nie lewicowe. W dodatku bardziej lub mniej oficjalnie wspierane przez Stany Zjednoczone i otwarte na prokapitalistyczne reformy. Te dwie rzeczy, wsparcie USA i kapitalizm, ściśle się ze sobą wiążą. Amerykanie przymykali oko na to, co wyczyniał na przykład Augusto Pinochet przede wszystkim dlatego, że ten posłusznie liberalizował chilijską gospodarkę i odcinał się od państw komunistycznych.
Domosławski opisuje dzieje jednego z chilijskich wygnańców, Mario Galdameza, który zbiegł przed dyktaturą Pinocheta i zamieszkał w Polsce. Wspomina on, że przedstawiciele „Solidarności” odnosili się do sytuacji jego rodaków z wyraźnym brakiem zrozumienia. O ile pojmowali, jakim złem jest dyktatura, to w większości nie bardzo chcieli przyjąć do wiadomości, że w chilijskim przypadku wiąże się ona z USA i kapitalizmem. Z jakichś względów równanie łączące ze sobą Marksa, komunizm, Związek Radziecki i dyktaturę wydawało się im o wiele realniejsze niż powiązanie dyktatur południowoamerykańskich, Stanów Zjednoczonych, kapitalizmu i wolnego rynku. Dziś niewiele się zmieniło. Choć liberalne media i politycy nieustannie pouczają Polaków, że powinni stać się bardziej europejscy i światowi, to za tymi wezwaniami nie idzie rzetelna próba skonfrontowania się z tym, jak naprawdę wygląda świat. A światu temu daleko do bajkowej opowieści o złym socjalizmie i dobrym kapitalizmie.
Wreszcie polskość. Aczkolwiek powojenna historia Polski – szczególnie polityczne podziały, metafory i skojarzenia związane z tym okresem – nie powinna stanowić dziś głównego punktu odniesienia (patrz: punkt o nowoczesności), to oczywiście nie da się o niej zupełnie zapomnieć. Problem polega raz jeszcze na tym, w jaki sposób tę historię opowiadamy. Czy według mitologizującego schematu o wolnej i szczęśliwej Polsce, którą po wojnie spotyka tragedia, jaką było dostanie się w obręb wpływów Związku Radzieckiego, a następnie wielkie wyzwolenie i powszechna radość po roku 1989, czy też może z odrobinę większym wysublimowaniem? Jeśli przyjmiemy tę drugą perspektywę, to koniecznym punktem wyjścia jest stwierdzenie, że Polska międzywojenna była krajem nieprzyjaznym dla sporej części swoich obywateli i obywatelek. Nie chodzi tylko o antysemityzm, ale o fatalne położenie materialne szerokich rzeszy rodaków. Bezdomność, mieszkanie po 10 osób w jednej izbie, konieczność sprzedawania ciała za bochenek chleba, powszechny analfabetyzm, potężne nierówności społeczne – taka była rzeczywistość II RP, o której zbyt łatwo zapominamy w trakcie tysięcznej dyskusji o wielkości lub skazach Józefa Piłsudskiego.
Można się spierać o przyczyny takiego stanu rzeczy, ale nie zmienia to faktu, że dla sporego grona osób powstanie PRL-u wcale nie oznaczało zastąpienia wspaniałej Polski jej złym odpowiednikiem. Los części z nich uległ nawet poprawie. Co oczywiście nie znaczy, że należy traktować PRL jako pozytywny punkt odniesienia. System ten miał niezliczone wady, nad którymi żaden przyzwoity człowiek nie może przejść do porządku dziennego. Niemniej jednak, mówiąc o przeskoku z II RP do PRL-u, trzeba pamiętać, że „ludowa historia Polski” wygląda zupełnie inaczej niż historia narodowa, inteligencka czy bogacka. Podobnie jest z przełomem 1989 roku. Przypomniał ostatnio o tym Rafał Woś w książce „To nie jest kraj dla pracowników”: „W całym 1990 roku wyhamowanie produkcji okazało się pięciokrotnie wyższe od zapowiadanego, a spadek PKB zamiast 3,4 wyniósł aż 11 procent. Nastąpiło też dramatyczne pikowanie stopy życiowej: ceny w 1990 roku wzrosły sześć-siedem razy, a przeciętne pensje realne spadły o blisko 24 procent. Do tego doszło widmo bezrobocia”.
Przypominanie o tym, że stare spory w większości nie stanowią dobrej busoli politycznej, gdy rozmawiamy o współczesnych problemach. Upominanie się o patrzenie na Polskę w kontekście prawdziwie globalnym, a nie traktowanie światowości jako pozy służącej do bezkrytycznego wychwalania wybiórczych, najczęściej neoliberalnych aspektów państw zachodnich. Walka o szczerą historię Polski, opowiadaną z wielu perspektyw. Oto, co należy robić, aby odwojować wyobraźnię społeczną, która ułatwia prawicy i liberałom prowadzenie polityki, a lewej stronie ideowej utrudnia to zadanie. Oczywiście, środowisko, które tak jak obecna lewica ma marny wpływ na media, polską popkulturę, politykę parlamentarną czy edukację, jest w niezwykle trudnej sytuacji i ma ograniczone możliwości działania. Ale alternatywą jest nierobienie niczego albo pogrążanie się w wewnętrznych sporach. Wybór, w całej swojej beznadziejności, wydaje się jasny.
dr Tomasz S. Markiewka
przez Tomasz S. Markiewka | poniedziałek 30 października 2017 | opinie
Ostatnimi czasy przez media przetoczyła się dyskusja na temat niedziel wolnych od handlu. Nie pierwszy raz. Podobna debata odbyła się choćby kilka lat temu. Tak wtedy, jak i teraz neoliberałowie stali w pierwszym szeregu ludzi przerażonych pomysłem pracowników mających prawo do dnia wolnego. Przyjrzyjmy się argumentacji jednego z najzagorzalszych dziennikarskich zwolenników doktryny neoliberalnej – Wojciecha Maziarskiego. Zobaczmy dzięki temu, w jaki sposób Maziarski wykorzystuje słowo „wolność” do przedstawienia swojego stanowiska jako zdroworozsądkowego oraz dlaczego jego wizja wolności jest problematyczna. Warto to zrobić, ponieważ „wolność” wciąż pozostaje jednym z najpotężniejszych narzędzi retorycznych wykorzystywanych przez neoliberałów.
Temat wprowadzenia ustawowego zakazu handlu w niedzielę felietonista „Gazety Wyborczej” poruszył w czerwcu 2013 roku. Bezpośrednim punktem odniesienia był dla niego tekst Konrada Sawickiego, również opublikowany w „Wyborczej”, a także opinia Jacka Żakowskiego wyrażona w Radiu TOK FM. Zarówno Sawicki, jak i Żakowski opowiadali się za niedzielami wolnymi od handlu, czyli za podjęciem określonej decyzji politycznej związanej z funkcjonowaniem naszej gospodarki, a także – albo nawet przede wszystkim – z prawami pracowniczymi.
Maziarskiemu ten pomysł się nie spodobał. I choć zaczyna on swoje rozważania od anegdoty wspominkowej, to bardzo szybko wchodzi na pole filozoficznych rozważań, aczkolwiek nonszalancki ton, w jakim wypowiada swoje sądy, sprawia, że łatwo tę filozoficzność przeoczyć. Publicysta „Wyborczej” pisze w pewnym momencie tak: „Czy jako wolny obywatel żyjący w ideologicznie neutralnym państwie prawa mogę wybrać taki model życia i spędzania wolnego czasu, który nie podoba się ideologom lewicy, teologom katolicyzmu i działaczom związkowym?”.
consumption
Jak łatwo zauważyć, Maziarski wprowadza ostry podział na tych, którzy są za wolnością obywateli (w tej roli obsadza siebie), oraz tych, którzy są przeciwko tej wolności (w tej roli ideolodzy lewicy, teolodzy katoliccy i działacze związkowi). Wolność jest traktowana jako wartość centralna, a stosunek do niej pozwala odróżnić „tych dobrych” od „tych złych”. Dwa akapity dalej Maziarski raz jeszcze uderza w podobny ton: „Więc pytam: wolno mi czy mi nie wolno? Czy redaktorzy Sawicki i Żakowski pozwolą mojej rodzinie spędzać czas tak, jak lubimy i jak sami sobie wybraliśmy, czy będą nas uszczęśliwiać na siłę, wyłączając w niedzielę »świątynie konsumpcji«?”.
Na pozór cały spór o handel w niedzielę, szczególnie w wersji, w jakiej przedstawia go Maziarski, nie kryje w sobie żadnych filozoficznych założeń. Jest grupa ludzi takich jak dziennikarz „Wyborczej”, którzy chcą mieć swobodę robienia niedzielnych zakupów w centrach handlowych, oraz są ci, którzy pragną tego zakazać. Można dyskutować, kto ma rację w tym sporze, ale czy występują w nim jakieś głębsze problemy związane z naszym stosunkiem do wolności? Czy nie jest raczej tak, że mamy do czynienia z prostym przypadkiem, gdy z jednej strony są zwolennicy wolności, a z drugiej ludzie chcący poświęcić jej część w imię innych wartości? Na to ostatnie pytanie można by udzielić odpowiedzi twierdzącej tylko wtedy, gdybyśmy do dwóch aktorów występujących w przytoczonych fragmentach tekstu Maziarskiego – wolnych obywateli dokonujących zakupów, kiedy tylko chcą (czyli de facto wolnych konsumentów) i ludzi, którzy pragną im tę wolność zabrać – nie dodali trzeciego aktora: pracowników i pracowniczek.
Jednym z podstawowych argumentów za zakazem handlu w niedzielę jest to, że pracownicy nie byliby już zmuszani do pracy w ten właśnie dzień. Maziarski odnosi się do niego, gdy pisze: „[…] nie ma obowiązku bycia sprzedawczynią, a po doświadczeniach pracy w prasie niedziele sprzedawczyń nie wydają mi się jakąś szczególną torturą”. Rzecz w tym, że większość osób zatrudnionych w marketach robi to, ponieważ nie jest w stanie znaleźć lepszej pracy – z różnych powodów, między innymi z braku odpowiednich ofert w ich miejscu zamieszkania, ale też często dlatego, że z tego czy innego względu ludzie ci nie posiadają formalnych kwalifikacji do wykonywania innych prac. Choć więc teoretycznie Maziarski ma rację, gdy pisze, że bycie sprzedawczynią nie jest obowiązkiem, to w praktyce wiele osób stoi przed wyborem: praca w markecie albo bezrobocie. Kiedy zaś wybierają pierwsze wyjście, są stroną o wiele słabszą niż pracodawca, ponieważ ten może zawsze zagrozić, że jeśli pracownik nie spełni jego wymagań (na przykład nie będzie pracował w niedzielę), to go po prostu zwolni, ponieważ ma wielu chętnych na jego miejsce. Zresztą, nie musi nawet dochodzić do bezpośredniego szantażu. Pracownicy doskonale orientują się w podstawowych zasadach konkurencji na rynku pracy. Jak piszą ekonomiści Robert Frank i Philip Cook: „[…] kiedy wynagrodzenia zależą od dokonań względnych, żadna osoba nie może pracować mniej bez uszczerbku dla swoich szans na odniesienie sukcesu”. Przy czym „sukcesem” w omawianym przypadku jest często po prostu zachowanie pracy.
Frank i Cook przytaczają obserwacje Thomasa Schellinga dotyczące hokeistów. Gdy zawodnicy stoją przed dylematem „grać w kasku bądź bez”, wybierają zazwyczaj tę drugą możliwość. W anonimowych ankietach większość opowiada się jednak za regulaminem zabraniającym gry bez kasku, a tym samym zapewniającym większe bezpieczeństwo. Jak to wyjaśnić? Zdaniem Franka i Cooka każdy hokeista wie, że w sytuacji, gdy inni mogą grać bez kasków, samemu też najlepiej wybrać takie rozwiązanie, ponieważ w przeciwnym wypadku rywale uzyskają przewagę. Kiedy jednak rozmawiamy nie o pojedynczych wyborach, lecz o ogólnej zasadzie, większość hokeistów wolałaby, aby kaski były obowiązkowe. Formalny nakaz ich noszenia chroniłby zawodników przed presją skłaniającą do wyboru mniej bezpiecznego rozwiązania. Podobnie może być ze sprzedawczyniami i sprzedawcami. Nawet ci pracownicy, którzy „dobrowolnie” pracują w niedziele, mogliby pragnąć wprowadzenia ustawowego zakazu handlu w ten dzień.
Czy zatem osoby pracujące w marketach mogą cieszyć się pełną wolnością? Wszystko zależy od idei wolności, jaką przyjmiemy za punkt odniesienia. Jeśli uważamy, jak neoliberałowie, że wolność traci się przede wszystkim w wyniku ingerencji państwa, które coś zakazuje albo nakazuje, wtedy odpowiedź jest prosta i brzmi: ludzie pracujący nie tracą wolności, ponieważ nie ma państwowego nakazu „bycia sprzedawczynią”. Wolność stracą natomiast konsumenci, jeśli państwo utrudni im dokonywania zakupów w niedzielę. Mamy do czynienia z obrazowym przedstawieniem działania neoliberalnej hierarchii wartości w praktyce.
Jednakże podejście neoliberalne nie jest jedynym możliwym. Z łatwością da się argumentować, że sprzedawczyni stojąca przed wyborem: albo godzę się pracować w niedzielę, albo jestem zwolniona i z powrotem ląduję na bezrobociu bez większych szans na znalezienie lepszej pracy, za to ze sporym prawdopodobieństwem popadnięcia w poważne tarapaty finansowe – nie jest w pełni wolna. Dochodzi do tego presja społeczna. Nie-neoliberalne idee wolności zakładają zazwyczaj wizję człowieka jako jednostki zakorzenionej w określonym kontekście społecznym i przez niego warunkowanym. Stąd sprzedawczyni może czuć się zmuszona do pracy w niedzielę także z powodu obawy, że jej niechęć do takiego rozwiązania zostanie odczytana przez otoczenie jako oznaka lenistwa. Dla kogoś, kto wyznaje skrajnie indywidualistyczne stanowisko, taki dylemat nie istnieje, ponieważ niezależnie od czynników zewnętrznych wszystko sprowadza się do tego, że sprzedawczyni może powiedzieć „Nie, nie będę pracowała w ten dzień”, a w związku z tym nikt nie pozbawia jej wolności. Z perspektywy osoby przyjmującej bardziej społeczno-wspólnotową koncepcję człowieka sprawa nie jest tak prosta.
Warto też pamiętać o teoriach wolności, którą wskazują na problemy związane z relacjami władzy i podporządkowania. Zdaniem Quentina Skinnera, brytyjskiego filozofa, już samo bycie podporządkowanym komuś, nawet jeśli ten ktoś tego nie wykorzystuje, ogranicza naszą wolność. W omawianym przypadku możliwość zwolnienia przez szefa ogranicza pole działania ludzi zastanawiających się, czy prosić o wolne niedziele. Jeszcze inaczej podszedłby do tego problemu zwolennik wolności pozytywnej. Mógłby on na przykład zauważyć, że dzięki wolnej niedzieli pracownicy marketów dostają większe możliwości realizacji własnych potrzeb czy też wewnętrznego doskonalenia, a tym samym ułatwia się im zrealizowania wolności w sensie pozytywnym.
Dla jasności: nie chcę podejmować w tym miejscu socjologiczno-psychologicznych dociekań, dlaczego osoby pracujące w niedziele w marketach, to robią. Z pewnością nie ma na to jednej odpowiedzi. Nie chcę także rozstrzygać, na ile zakaz handlu w ten dzień byłby dobrym rozwiązaniem pod względem gospodarczym. Chodzi tylko o to, że istnieje grupa osób – o czym często mówią przedstawiciele związków zawodowych – która czuje się zmuszana do pracy w niedzielę, czy to w wyniku bezpośredniej presji, a w zasadzie szantażu ze strony pracodawców, czy też z powodu pośrednich czynników kulturowo-społecznych. Jak duża jest ta grupa osób, pozostaje problemem do rozstrzygnięcia dla socjologów. Niezależnie od jej rozmiarów ustawowy zakaz handlu w niedzielę mógłby zwrócić tym ludziom cząstkę wolności – w tym sensie, że nie byliby już zmuszeni pracować w ten dzień.
Przy takim postawieniu sprawy zamiast konfliktu „wolność kontra jej przeciwnicy” otrzymujemy raczej konflikt „wolność konsumentów kontra wolność pracowników”. Maziarski nie rozważa jednak takiej możliwości. I bynajmniej nie dlatego, że ma jakieś dane naukowe wskazujące na brak istnienia ludzi, dla których obecne rozwiązania oznaczają ograniczenie wolności. Dlaczego zatem? Powodem jest przyjęta przez niego, świadomie bądź nie, neoliberalna idea wolności. Jej zarysy można dostrzec już w przywołanym tekście. Zarówno to, że Maziarski w tak jednoznaczny sposób potępia pomysł ingerencji państwa (wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę), jak i to, że w ogóle nie bierze pod uwagę ewentualności, iż możemy mieć do czynienia z konfliktem różnych wolności, podpowiada, jakie rozumienie tej wartości przyjmuje. Inne jego teksty dostarczają kolejnych wskazówek.
W kwietniu 2016 roku Maziarski wrócił do tematu handlu w niedzielę w tekście „Jak nam zakazami wolność odbierają”, tym razem przy okazji inicjatywy jednego z posłów partii rządzącej domagającego się zamknięcia marketów w ten dzień. Publicysta „Wyborczej” zaczyna od mini-rekonstrukcji historycznej: „Od upadku komunizmu Polska, z większymi lub mniejszymi zahamowaniami, luzowała nadzór władzy nad obywatelem i budowała system oparty na wolności, w którym każdy ma prawo sam dokonywać wyborów i decydować o swoim życiu”. Raz jeszcze widać, że dla Maziarskiego wolność to przede wszystkim brak ingerencji i to ingerencji ze strony konkretnego podmiotu: państwa/władzy. Ponownie możemy też zobaczyć, że nie interesują go ani materialne uwarunkowania wolności, ani sytuacja pracowników. O krzywdzie tych ostatnich wypowiada się ironicznie, nazywając ją „rzekomą”: „Niby-prawica znalazła sojusznika w związkowej lewicy, która włączyła się w kampanię ograniczania wolności w imię obrony rzekomo krzywdzonych mas pracowniczych”. Dochodzi do tego ponowna sugestia, że przecież ktoś, komu nie odpowiadają warunki danej pracy, może ją po prostu zmienić: „Gdyby wolne niedziele były dla mnie strasznie ważne, po prostu zmieniłbym miejsce pracy”. Żadne strukturalne uwarunkowania (dostępna liczba miejsc pracy w określonych regionach Polski, okoliczności związane z kapitałem społecznym, wykształceniem, niemożnością pozwolenia sobie na choćby miesiąc bez pracy ze względu na potrzebę utrzymywania rodziny) nie pojawiają się w tekście Maziarskiego nawet na chwilę.
W przeciwieństwie do poprzedniego felietonu poświęconego temu tematowi Maziarski zdaje się jednak zauważać, że pracownicy są pełnoprawnym aktorem w opisywanej sprawie. Wprawdzie nie idzie tak daleko, aby uznać, że w sporze o handel ich wolność także wchodzi w grę, ale dostrzega konflikt dwóch „chceń” – tego, czego chcą pracownicy, i tego, czego chcą klienci. Przy czym zdecydowanie opowiada się za „chceniem” tych drugich. Świadczy o tym nie tylko to, że Maziarski rezerwuje słowo „wolność” wyłącznie dla opisania praw klientów, lecz także następujący fragment, w którym dziennikarz wprost daje do zrozumienia, po czyjej stronie stoi: „Jakoś panu przewodniczącemu nie przychodzi do głowy, że sklepy mają być otwarte wtedy, gdy klienci chcą do nich przychodzić, a nie wtedy, gdy pracownicy mają ochotę pracować”.
Prawo klienta i konsumenta zostaje przedstawione przez Maziarskiego jako naczelna zasada, jako najwyższa wartość organizująca zasady handlowe. Felietonista „Wyborczej” nie dostrzega zarówno tego, że stawianie na piedestale wolności konsumpcyjnej jest wynikiem przyjęcia określonych założeń filozoficznych związanych z tą wartością i odbywa się kosztem pracowników, jak i tego, że nawet po stronie konsumentów ta wolność jest cokolwiek problematyczna. Po pierwsze, nie każdy cieszy się nią w równym stopniu (co oczywiście z perspektywy neoliberalnej, w której równość nie jest priorytetem, nie stanowi problemu). Wiele osób może pozwolić sobie na konsumpcję tylko za cenę życia na kredyt. Jak słusznie zauważa Paul Mason, uzależnienie od kredytów nie jest zaś wynikiem indywidualnych decyzji, lecz konsekwencją finansjalizacji gospodarki – uważanej przez niego za jedną z podstawowych cech charakterystycznych neoliberalizmu – która przejawia się między innymi w tym, że realny wzrost wysokości pensji został zastąpiony różnymi możliwościami zadłużania się. To z kolei prowadzi do sytuacji, w której liczni ludzie są zniewoleni koniecznością niestannego spłacania długów. Innymi słowy, ich wolność dokonywania zakupów w dowolny dzień jest niczym więcej jak tylko substytutem wolności, którą daje niezależność finansowa.
Po drugie, podejście Maziarskiego zawęża pojmowanie wolności, nawet jeśli ograniczamy się tylko do jej neoliberalnego rozumienia. Pisał o tym między innymi Zygmunt Bauman: „W praktyce ponowoczesnej wolność sprowadza się głównie do wyboru konsumpcyjnego. Aby z niej skorzystać, trzeba być wpierw spożywcą – im bardziej pełnokrwistym (zasobnym), tym lepiej. To wstępne wymaganie eliminuje miliony, których na wybór konsumpcyjny godny tego miana nie stać. […] Wolność w jej nowym, rynkowo zorientowanym wydaniu jest nadal przywilejem. Ale stwarza ona też nowe, przedtem nieznane problemy. Gdy potrzeby zbiorowe tłumaczy się na język jednostkowych aktów kupna, wspomniana redukcja wolności nie może nie odbić się boleśnie na wszystkich – bogatych czy biednych, pełnosprawnych czy kulejących – spożywcach; są przecież potrzeby, których nie da się zaspokoić za pomocą obojętnie ilu nabytych na rynku towarów. Nie można wykupić się prywatnie od nasyconego spalinami powietrza miejskiego, nie ma na rynku środków na zapełnienie dziury w ochronnej warstwie ozonu, lub na obniżenie poziomu promieniowania”.
Cały wywód Maziarskiego zostaje ponownie zwieńczony mocnym podziałem na zwolenników wolności i jej przeciwników: „W ostatecznym rozrachunku pisowsko-związkowo-socjalistyczny sojusz na rzecz pozbawienia obywateli prawa wyboru, czyli wolności, musi przegrać. Z prostego powodu – ludzie lubią być wolni i chcą mieć prawo do decydowania o swoim życiu”. Ani to, co pisze Bauman o niebezpieczeństwach związanych z uświęcaniem wolności konsumenckiej, ani to, co piszą ludzie tacy jak Skinner o odmiennych koncepcjach wolności, ani to, co mają do powiedzenia o sytuacji pracowników na konkurencyjnym rynku ekonomiści w rodzaju Cooka oraz Franka, nie stanowi dla publicysty żadnego punktu odniesienia. Maziarski w ogóle nie jest zainteresowany czymkolwiek, co skomplikowałoby jego prosty obraz świata. W opisywanej przez niego rzeczywistości istnieją tylko samotne jednostki, które czegoś chcą albo nie chcą i mogą się na coś godzić bądź nie. Nie ma w tym świecie zjawisk w rodzaju strukturalnego bezrobocia, systemowych nierówności, presji społecznej, niedostatecznej liczby dobrych miejsc pracy i tym podobnych rzeczy. W pewnym sensie jest to piękny świat. Problem polega na tym, że ma on niewiele wspólnego z rzeczywistością, w której poruszamy się na co dzień. Dlatego też rozumienie wolności Maziarskiego bardziej pasuje do jakiejś bajkowej krainy, najpewniej tej samej, w której egoistyczni piekarze i inni przedsiębiorczy ludzie pracują na dobrobyt wszystkich obywateli, a nie do Polski czy jakiegokolwiek innego kraju z XXI wieku.
dr Tomasz S. Markiewka
Poniższy tekst jest lekko zmodyfikowanym fragmentem książki „Język neoliberalizmu”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Naukowego UMK.

przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 3 października 2017 | opinie
Sumeryjski wyraz „amargi” jest uznawany za najstarszy znany nam odpowiednik słowa „wolność”. Używany był najczęściej do opisania sytuacji osoby, która uwolniła się od długów. Zdaniem Davida Graebera, słynnego amerykańskiego antropologa, podobny związek między wolnością a długiem istniał w języku hebrajskim. W Biblii „bycie wolnym” oznacza często „bycie wolnym od długów”. W starożytnym Rzymie wolność była początkowo powiązana przede wszystkim z instytucją niewolnictwa: człowiek wolny to po prostu człowiek, który nie był niewolnikiem. Jak zauważa Graeber, takie podejście również wpisuje się w historię relacji między wolnością a długami, gdyż w świecie starożytnym niemożność spłacenia należności często prowadziła do popadnięcia w stan niewoli.
W badaniach CBOS-u z 2015 roku 41% Polaków i Polek deklarowało, że ich gospodarstwo domowe ma długi. Z kolei według raportu BIG InfoMonitor w marcu 2016 roku ponad dwa miliony rodaków nie radziło sobie z terminowym regulowaniem zobowiązań finansowych. Dla nikogo nie powinno to być zaskoczeniem. Badacze kapitalizmu od dłuższego czasu podkreślają, że współczesne społeczeństwa to „społeczeństwa życia na kredyt”. W znaczącej części państw zachodnich realne płace przedstawicieli klasy średniej i niższej stoją w miejscu od lat 80. XX wieku, więc dla większości ludzi jedynym sposobem zaspakajania potrzeb takich jak posiadanie mieszkania jest wzięcie kredytu. Nie słychać jednak, aby media ostrzegały, że tracimy cząstkę swojej wolności z powodu konieczności życia na kredyt. Nie wynika to bynajmniej z braku zainteresowania tematem wolności. Żadna inna wartość nie cieszy się współcześnie tak dużym poważaniem jak wolność. Wielu dziennikarzy i intelektualistów prześciga się w deklaracjach, kto jest jej większym obrońcą.
Dlaczego zatem mało kto staje w obronie wolności dłużników? Dlaczego nie słyszymy głosów oburzenia, że system oparty na kredytach jest systemem, który z definicji musi ograniczać wolność? Dlaczego autorytety medialne nie biją na alarm, że konstrukcja współczesnych społeczeństw jest głęboko wadliwa pod tym względem? Powód jest prosty. Pojęcie wolności zostało zawłaszczone przez neoliberałów, dla których zniewolenie objawia się przede wszystkim w postaci interwencjonizmu państwowego, a nie w formie ograniczeń wynikających z nierówności społecznych. Dlatego o wiele łatwiej natrafić w mediach na narzekania, że wolność odbierają nam podatki, niż na głosy upominające się o swobody ludzi zmuszonych żyć na kredyt.
Żeby było jasne – nie chodzi o to, że „wolność od długów” jest tą prawdziwą wolnością, a wszystkie inne są fałszywe. Szukanie jedynego właściwego znaczenia słów jest zazwyczaj ryzykowne, szczególnie w przypadku wyrazów o długiej i skomplikowanej historii. Bezsensowne byłoby też stwierdzenie, że wolność wiąże się wyłącznie z naszą sytuacją materialną. Przedstawiciele wielu grup społecznych, na przykład kobiet oraz mniejszości seksualnych, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że swobodę działania można ograniczać na wiele sposobów. Jednak rozpatrywanie wolności w perspektywie zjawisk takich, jak dług czy nierówności społeczne, jest w pełni uzasadnione – zarówno historycznie, jak i filozoficznie.
Nie trzeba być marksistą, żeby dojść do takiego wniosku. O tym, że bieda lub niestabilność finansowa mogą wpływać na nasz poziom wolności pisali znani myśliciele liberalni: Isaiah Berlin i John Rawls. Niestety cechą charakterystyczną polskiego liberalizmu – a przynajmniej tej jego postaci, która dominuje w przekazie publicznym – jest to, że pozycję autorytetów zajmują Milton Friedman i Leszek Balcerowicz, a nie jakiś tam Rawls. Rację ma Andrzej Szahaj, gdy złośliwie nazywa ten światopogląd „sarmackim popliberalizmem”.
W tej układance, z oczywistych względów, prawie w ogóle nie ma miejsca dla myśli lewicowej. Widać to choćby po tym, że przedstawiciele lewicy często starają się nie tyle zaproponować własne rozumienie wolności, co raczej mówić, że oprócz wolności liczy się także równość czy sprawiedliwość. Takie podejście jest rzecz jasna zrozumiałe – gdy lewica dobije się już do swojego 30-sekundowego okienka w mediach, to nie bardzo ma czas, aby tłumaczyć zawiłości związane z tym, czym jest wolność. Co nie zmienia faktu, że w społeczeństwie z silną lewicą, to neoliberałowie mieliby językowy problem z wolnością. Musieliby głowić się nad tym, jak mówić o niej w oderwaniu od równości, ponieważ zależność jednej od drugiej byłaby uznawana za punkt wyjścia.
Wolność to nie jedyny przykład tego, jak dalece język polityczny jest podporządkowany neoliberalnemu światopoglądowi. Weźmy popularne ostatnio słowo „symetryzm”. Media oraz neoliberalni politycy przez lata robili wiele, aby zacierać różnice między lewicą a prawicą. Wszystko, co wyłamywało się z neoliberalnego konsensusu, było populizmem. Zresztą ta strategia obowiązuje do dzisiaj. Witold Gadomski, Wojciech Maziarski czy Cezary Michalski dokładają wszelkich starań, aby wdrukować w głowy swoich czytelników przekonanie, że „PiS i Razem w jednym stoją domku”. Choć każda uczciwa osoba – niezależnie od stosunku do PiS-u oraz Razem – musi przyznać, że różnice między tymi partiami w sprawach takich, jak Unia Europejska, demokracja, prawa kobiet, mniejszości seksualnych czy imigrantów, są olbrzymie. W mediach głównego nurtu nie toczy się jednak burzliwa debata na temat symetryzmu neoliberałów. Naczelni „Gazety Wyborczej” i „Newsweeka” nie besztają swoich dziennikarzy za szerzenie relatywizmu. Tłumaczyć muszą się tylko ludzie, którzy na pytanie „PiS czy Platforma Obywatelska?”, odpowiadają „ani to, ani to”. Mówiąc inaczej, tłumaczyć musi się tylko lewica. Czasami przed ludźmi, którzy lubią się przedstawiać jako jej sympatycy.
Słowo „populizm” jest kolejnym przykładem udanego spychania lewicy do defensywy. W ostatnich latach „szerzenie się populizmu” zostało uznane za największe zagrożenie cywilizacyjne. Jednak, o czym pisałem w jednym z wcześniejszych felietonów dla „Nowego Obywatela”, w oczach neoliberałów populistyczny jest zarówno szczujący na imigrantów Donald Trump, jak i walczący z nierównościami społecznymi hiszpański Podemos.
Stworzenie z populizmu głównego wroga demokracji stawia lewicę w trudnym położeniu. Rodzi bowiem pokusę, aby pogodzić się z tym, że słowo „populizm” stało się synonimem zła wszelkiego, a wszystko, co można zrobić, to spróbować je przedefiniować. Na przykład zacząć mówić o „populizmie prawicowym” albo „liberalnym”. Gdy owo przedefiniowanie jest wystarczająco mocne, na przykład polega na zupełnym odwróceniu ról i nazywaniu „populistami” ludzi, którzy najchętniej sięgają po to słowo, wtedy możemy mówić o ciekawym i względnie skutecznym rozwiązaniu. Gdy jednak przedstawiciele lewicy przyjmują zbyt wiele elementów liberalnego rozumienia słowa „populizm”, popełniają wtedy strategiczny błąd, przed którym przestrzegają badacze zajmujący się analizą retoryki politycznej. Najgorsze, co możesz zrobić, to zacząć mówić językiem swojego przeciwnika – twierdzi George Lakoff, amerykański kognitywista, która napisał książkę o tym, dlaczego przez lata Demokraci przegrywali w amerykańskich wyborach z Republikanami. To trochę tak jakby zgodzić się na rozgrywanie meczu na boisku rywala.
Łatwo zbyć tego typu rozważania jako dotyczące w gruncie rzeczy spraw nieistotnych. Co tam język – czy rzecz nie w tym, aby mieć odpowiedni program i organizować się w celu jego realizacji? Oczywiście, zarówno program, jak i organizowanie się są niezwykle potrzebne, ale to naprawdę nie jest przypadek, że w trakcie wyborów partie nie ograniczają się do opublikowania zestawu własnych propozycji. Język jest ważny, bo to za jego pomocą myślimy i kształtujemy nasze poglądy na świat. Jakakolwiek formacja polityczna, która chce odnieść sukces, musi wprząść własne wartości do języka, którym rozmawiają ze sobą na co dzień Polki i Polacy. Chyba każda przedstawicielka lewicy przynajmniej raz spotkała się z sytuacją, gdy uzbrojona w wiedzę i odpowiednie dane przemawiające na rzecz jej poglądów, rozbijała się ostatecznie o to, że jej dyskutant miał neoliberalne wyobrażenia na temat tego, czym jest wolność.
Lewica walkę o język przegrała w większości krajów rozwiniętych. W Polsce ta klęska jest jednak szczególnie dotkliwa. Złożyło się na nią kilka czynników. Jednym z nich była nasza specyficzna sytuacja historyczna. Uwolnienie się od wpływów rosyjskich było w polskim przypadku równoznaczne z wejściem do świata kapitalizmu w jego najdzikszej – neoliberalnej – postaci. Język neoliberalnego kapitalizmu został więc u nas utożsamiony z językiem demokracji i wolności. Co odbija się nam czkawką do dzisiaj, gdy na manifestacjach w obronie demokracji ludzie uchodzący za autorytety nawołują do dokończenia prywatyzacji Polski albo wygadują bzdury na temat 500 plus. Nie pomogło również to, że przez lata za przedstawicieli lewicy uważano w Polsce ludzi gotowych pójść na każdy kompromis z neoliberałami. I tak oto dorobiliśmy się „lewicy”, która uważa, że związki zawodowe są przestarzałe (Magdalena Środa), otwarcie gardzi „ludem” (Jan Hartman), rzuca na prawo i lewo oskarżeniami o populizm (Andrzej Celiński) i stara się być bardziej neoliberalna niż partie liberalne (SLD za rządów Leszka Millera).
Jakie wnioski wynikają z tej smutnej opowieści? Nade wszystko należy mieć świadomość, że odbudowa lewicy w Polsce nie odbędzie się z dnia na dzień. I żaden lider ani żadne zjednoczenie nie przyspieszą gwałtownie tego procesu. Na mrzonki o istnieniu cudownej recepty na odrodzenie lewicy mogą sobie pozwolić publicyści w rodzaju Wiesława Władyki i Mariusza Janickiego. Dla nich wymarzonym ugrupowaniem lewicowym byłoby takie, które przyjmuje neoliberalne warunki gry, a jedynie od czasu do czasu wspomina nieśmiało o sprawiedliwości i solidarności. Czyli coś na wzór lewego skrzydła Platformy, nic więcej. To jest ten sposób myślenia, który zepchnął lewicę do defensywy i stanowi receptę na jej dalszą marginalizację.
Lewica musi przede wszystkim pokazać, że istnieje inny wybór niż ten między neoliberalizmem a prawicą – między PO i Nowoczesną z jednej strony a PiS-em z drugiej. Aby to zrobić, musi mówić konsekwentnie swoim językiem. Językiem, w którym wolność oznacza możliwość godnego życia dla wszystkich obywatelek i obywateli, a nie kolejne przywileje dla korporacji i bogaczy. Językiem, w którym demokracja to nie tylko zapisy prawne, ale także możliwość realnego uczestnictwa w procesach kształtujących nasze społeczeństwo. Językiem, w którym solidarność jest jedną z najważniejszych wartości współczesnego świata, a nie wspomnieniem mitologizowanej przeszłości. Musi mówić o tym przy każdej okazji. Do każdego, kto chce słuchać, i każdego, kto słuchać nie chce.
To jest niewdzięczna robota. Bo jedynym efektem widocznym na pierwszy rzut oka są wyzwiska ze strony przeciwników: „symetryści”, „komuchy”, „neobolszewicy”, „głupcy” itd. Ale innej drogi nie ma. Nie da się zbudować silnej lewicy w kraju, w którym ludzie potrafią używać słowa „wolność” do upominania się o niższe podatki, a nie potrafią po nie sięgnąć, gdy mowa o społeczeństwie zmuszającym dużą część z nas do życia w stanie zadłużenia.
dr Tomasz S. Markiewka