przez Tomasz S. Markiewka | czwartek 9 sierpnia 2018 | Felietony, opinie
Polska jak mało który kraj wie, co to znaczyć żyć pod jarzmem dyktatury. Nie minęło jeszcze 30 lat od czasu, gdy demokracja była dla nas ledwie marzeniem. Teraz w pocie czoła musimy stać na straży wolności, którą z takim trudem wywalczyliśmy. Tym bardziej dziwi fakt, że „Gazeta Wyborcza” regularnie publikuje teksty ludzi odwołujących się do antydemokratycznych wartości. Ludzi, którzy za pięknymi i utopijnymi ideami, skrywają zamiłowanie do dyktatorskich rozwiązań. Mam na myśli Witolda Gadomskiego i Wojciecha Maziarskiego, zwolenników idei Friedricha Hayeka i Miltona Friedmana.
Większość kojarzy Friedmana i Hayeka jako niewinnych myślicieli dwudziestowiecznych. W rzeczywistości stoją oni za jednym z najgorszych reżimów powstałych w drugiej połowie XX wieku. Chodzi o Chile pod rządami dyktatora Augusto Pinocheta, który jest odpowiedzialny za tortury i morderstwa tysięcy ludzi. Friedman i Hayek z sympatią spoglądali na kraj Pinocheta, ponieważ chilijski dyktator wiernie wprowadzał zalecania fundamentalizmu rynkowego. Gdy Zachód budował państwa dobrobytu za pomocą zdobyczy socjalnych, totalitarne reżimy były jedynymi miejscami, gdzie Hayek i Friedman mogli testować na ludziach swoją ideologię. Zresztą zdaniem uznanych ekonomistów, jak Amartya Sen i Joseph Stiglitz, eksperymenty te nie tylko zniszczyły demokrację, ale doprowadziły też do zapaści ekonomicznej Chile.
Fundamentalizm rynkowy był dla Friedmana oraz Hayeka ważniejszy od demokracji, praw człowieka i powszechnego dobrobytu. Podobne skrajnie kapitalistyczne idee stały zresztą za wieloma innymi dyktaturami – od Brazylii po Argentynę, a także za wyzyskiem i zapaścią gospodarczą krajów trzeciego świata. Nie wspominając o milionach ofiar rozwoju kapitalizmu na jego wcześniejszych etapach, kiedy to ideały wyznawane przez Gadomskiego i Maziarskiego wprowadzano za pomocą niewolnictwa, wojen i grabieży.
Gadomski i Maziarski idą śladami swoich mistrzów. Pokrewieństwo ideowe ze zwolennikami dyktatur sprawia, że gdy polska demokracja drży w posadach, publicyści „Wyborczej” konsekwentnie zalecają rozwiązania, które doprowadzą do jej dalszego osłabienia. Są zwolennikami przywilejów dla bogaczy pod postacią niższych podatków, choć dane jasno pokazują, że demokracja ma się najlepiej tam, gdzie bogaci płacą wysokie podatki – w Norwegii, Danii, Szwecji czy na Islandii. Mimo że wszyscy rozsądni specjaliści i instytucje, włączywszy w to Międzynarodowy Fundusz Walutowy, biją na alarm w związku z narastającymi nierównościami społecznymi, Gadomski i Maziarski chcą je powiększać. Wyciągają z lamusa fundamentalizmu rynkowego zbutwiałe koncepcje. Powołują się na skompromitowaną teorię skapywania. Są zwolennikami ekonomicznej przemocy i władzy wielkich korporacji.
Co gorsza, szczują na współobywateli i współobywatelki. Stereotypy, które wygłaszają na temat najbiedniejszych członków naszych społeczeństw, przywodzą najgorsze skojarzenia związane z faszystowską propagandą. Zresztą, czemu się dziwić, skoro ich ulubieniec, Bronisław Komorowski, w drugiej turze ostatnich wyborów prezydenckich przymilał się do Pawła Kukiza, lidera partii sprzymierzonej ze skrajną prawicą.
Odbierają ludziom godność, przedstawiając ich jako głupi, zapijaczony motłoch. Tak jak Pinochet, i wielu dyktatorów przed nim, szczerze nienawidzą lewicy. Wznosząc się na wyżyny symetryzmu, porównują lewicowe działaczki walczące o prawa kobiet, prawa osób LGBT, prawa ludzi ubogich – do organizacji skrajnie prawicowych. Raz jeszcze, nie powinno to dziwić. Ich idol, Friedman, porównywał programy antydyskryminacyjne wprowadzone przez Amerykanów w 1941 roku do… Ustaw Norymberskich. Symetryzm jest nieodłączną częścią ich tradycji.
Nawiasem mówiąc, to oni przed ostatnimi wyborami doprowadzili do rozbicia obozu liberalnego. Gdy PO wyłamała się z ich fundamentalistycznych założeń w sprawie OFE, Gadomski wzywał do powstania nowej partii propagującej jego ideologię. Tak powstała Nowoczesna, która podzieliła liberalny elektorat i ułatwiła zwycięstwo PiS-owi.
Zdumiewający jest upór, z jakim twardogłowi fundamentaliści rynkowi próbują wmówić sobie i światu, że możemy poświęcić demokrację na ołtarzu dzikiego kapitalizmu. Zdumiewające jest również to, że „Gazeta Wyborcza” publikuje teksty miłośników ideologii stojącej za dyktaturą Pinocheta. Pozostaje mieć nadzieję, że polska demokracja przetrwa i to zagrożenie.
dr Tomasz S. Markiewka
PS. Tekst powstał z inspiracji twórczością Witolda Gadomskiego i Wojciecha Maziarskiego – ich bezkompromisową walką o demokrację, która uchodzi w niektórych sferach za oznakę rozsądku i umiarkowania. Zawiera przeróbki fragmentów ich felietonów.
przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 26 czerwca 2018 | Felietony, opinie
Majątek przeciętnej czarnoskórej rodziny w USA zmniejszył się o 31 procent między 2007 a 2010 rokiem. Dla porównania w przypadku białych rodzin mieliśmy do czynienia ze spadkiem o 11 procent. Takie informacje możemy znaleźć w najnowszej książce Naomi Klein „Nie to za mało”. Kanadyjska dziennikarka zwraca na to uwagę, ponieważ proces pogłębiania nierówności między białymi a czarnymi rodzinami pokrył się w duże mierze z początkiem kadencji Baracka Obamy.
Nie chodzi oczywiście o to, że pierwszy czarny prezydent Stanów Zjednoczonych ponosi osobistą odpowiedzialność za wspomniane zjawisko. Klein zauważa, że przyczyną procesu zwiększania nierówności był najprawdopodobniej kryzys finansowy. Banki oferowały tanie kredyty mieszkaniowe głównie rodzinom afroamerykańskim, więc gdy przyszło załamanie, to właśnie te rodziny ucierpiały najbardziej. Idzie więc o dokonanie, w gruncie rzeczy banalnego, spostrzeżenia: wybór czarnoskórego prezydenta USA nie oznacza automatycznie poprawy losu Afroamerykanów ani nawet utrzymania ich dotychczasowego poziomu życia. Za tym oczywistym wnioskiem kryje się jednak powszechne i niebezpieczne zjawisko, które pozwolę sobie nazwać „polityką symptomów”.

Nie ma wątpliwości, że brak czarnoskórego prezydenta był efektem wielowiekowego rasizmu panującego w Stanach Zjednoczonych. Stanowił jego symptom. Zaczęło się od niewolnictwa, potem była segregacja rasowa, współcześnie zaś mamy do czynienia z sytuacją, gdy Afroamerykanom trudniej znaleźć dobrze płatną pracę niż białej części społeczności USA, łatwiej za to trafić do więzienia. Gdy dana wspólnota tak konsekwentnie dyskryminuje jakąś grupę, to przedstawicielom tej uciskanej mniejszości trudniej wdrapać się na najwyższe pozycje w państwie. Obamie się to udało. I z pewnością jego sukces stanowił powód do dumy i inspirację dla wielu osób.
Nie rozwiązał jednak systemowych problemów, z jakimi zmagają się czarne rodziny. Tak samo jak nie zrobił tego Michael Jordan, który swego czasu był najpopularniejszych sportowcem na świecie, uwielbianym przez miliony kibiców. Zwalczenie symptomu choroby nie wystarcza do jej uleczenia. Niby oczywiste, ale współczesna polityka jest wręcz obsesyjnie nastawiona na analizowanie i ewentualne radzenie sobie z symptomami właśnie – przy jednoczesnym lekceważeniu ich przyczyn. Bardzo dobrze widać to na przykładzie Trumpa. Jego zwycięstwo powinno prowadzić do głębokiej zadumy nad działaniem mediów w USA, nad obecnymi tam podziałami społecznymi, nad zadziwiającą i niepokojącą popularnością biznesmenów, od Elona Muska, przez Marka Zuckerberga, po Trumpa właśnie. Takie analizy powstają, ale na marginesie głównego nurtu debaty publicznej, w której dominuje skupianie się na charakterze obecnego prezydenta USA oraz na gwiezdnych wojnach: Trump vs Robert de Niro, Trump vs Oprah Winfrey, Trump vs Meryl Streep…
Ten problem dotyczy także naszego kraju. Jakiś czas temu w „Gazecie Wyborczej” ukazał się interesujący wywiad z Rafałem Matyją. Autor „Wyjścia awaryjnego” starał się spojrzeć na polskie perypetie polityczne z szerszej perspektywy. Próbował wyjść poza tragiczne pytanie: „Jesteś z tych, co nienawidzą Kaczora, czy z tych, którzy uważają Tuska za zdrajcę?”. Wskazywał przy tym na wiele bolączek państwa polskiego. Pod tekstem pojawiły się równie interesujące, choć z innego względu, komentarze czytelników. Najpopularniejszy z nich zawierał następującą tezę: „Ten katastrofalny, głęboki podział w społeczeństwie jest dziełem jednego człowieka. Jarosława Kaczyńskiego. To cechy jego charakteru odciskają się fatalnym piętnem na całym życiu kraju”.
Weźmy na chwilę w nawias kwestię oceny PiS-u i jego lidera. W przytoczonym komentarzu mamy do czynienia z idealnym przykładem „polityki symptomów”. Zamiast myślenia w kategoriach systemowych przyczyn, mamy myślenie w kategoriach indywidualnych objawów. W wielu miejscach świata można dostrzec, że politycy centrowi, utożsamiani z establishmentem – przegrywają. Tak było nie tylko w Polsce czy na Węgrzech, ale też w USA, a nawet we Francji. W tym sensie, że dotychczasowe francuskie partie centrolewicowe i centroprawicowe dostały łomot w wyborach. We wszystkich tych krajach partie i politycy utożsamiani z prawicą odnieśli niespodziewanie duży sukces, choć nie wszędzie skończył się on wygraną w wyborach (przykładem Francja). Oskarżenia pod adresem establishmentu o porzucenie zwykłych ludzi, o nieudaczność, o brak wizji i odwagi, połączone z ksenofobią, szowinizmem i autorytarnymi zapędami – to cechy wspólne Trumpa, Kaczyńskiego, Orbana czy Le Pen.
We wszystkich tych krajach istnieją próby wskrzeszenia lewicy. Lewica również ma wiele złego do powiedzenia na temat partii centrowych lub establishmentu, ale łączy tę krytykę z otwartością, polityką równościową i próbą demokratyzacji naszych społeczeństw. Dzieje się to w kontekście problemów o globalnych zasięgu: świata po kryzysie finansowym, postępującej katastrofy klimatycznej, wzrastających nierówności społecznych i kłopotów migracyjnych.
Oczywiście, każdy z tych krajów ma swoją specyfikę. PiS wprowadził 500 plus, a Trump chce rozmontować namiastki publicznej służby zdrowia. To istotne różnice. Ale podobieństwa nie są przypadkowe. I już one powinny skłaniać do namysłu, że to, co dzieje się w Polsce, to nie jest kwestia charakteru jednego człowieka. Z Kaczyńskim czy bez, kraj, w którym postępują nierówności społeczne i kwitną umowy śmieciowe, kraj ze słabo rozwiniętymi instytucjami demokratycznymi, kraj z takimi, a nie innymi hierarchami kościelnymi, kraj będący częścią przeżywającej kryzys Unii Europejskiej – musi być podzielony. Zresztą w samym podziale, w sporze, nie ma niczego złego. Problemem może być jedynie to, na jakich zasadach się toczy i kto odgrywa w nim główne role.
Niestety myślenie systemowe i globalne słabo przebija się do opinii publicznej. Część winy spoczywa na mediach: na publicystach i tak zwanych ekspertach. Niekończące się analizy psychiki Kaczyńskiego zbyt często wygrywają z próbami spojrzenia na polską politykę z perspektywy ogólnoświatowych procesów. Właśnie stąd bierze się przekonanie, że gdyby tylko prezes PiS-u odszedł z polityki, wszystko wróciłoby do normy. To złudzenie, opierające się zresztą na micie genialnego Kaczyńskiego, a pomijające systemowe powody, które prędzej czy później musiały doprowadzić do zwycięstwa prawicy. Tak, oczywiście, bez przywódcy PiS-u polityka prawicowa wyglądałaby trochę inaczej. Zresztą niekoniecznie lepiej. Kto ma wątpliwości, niech przyjrzy się poglądom Krzysztofa Bosaka, ulubieńca TVN-u, „sympatycznego” nacjonalisty, który uważa, że PiS prowadzi zbyt życzliwą politykę wobec obcych. Nie zmieniłoby to jednak tego, że jakaś radykalna prawica, testująca wytrzymałość praw demokratycznych i folgująca standardowemu zestawowi prawicowych obsesji, zajmowałaby mocną pozycję na polskiej scenie politycznej.
Niestety wszystkie te subtelności umykają gdzieś między kolejną diagnozą stanu Kaczyńskiego, poszukiwaniem nowego lidera opozycji i gorączkowym dodawaniem procentów poparcia partii opozycyjnych. Jakie społeczeństwo budujemy poddając się tej obsesji na punkcie Kaczyńskiego – na punkcie złych czarnoksiężników i rycerzy na białych koniach? Patrząc na komentarze w „Gazecie Wyborczej”, śmiem twierdzić, że nie najlepsze.
dr Tomasz S. Markiewka
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 20 maja 2018 | Felietony, opinie
Chcecie wiedzieć, przez jaką ideologię zostało opanowane wasze społeczeństwo? Zobaczcie, co jest uważane przez ludzi – szczególnie tak zwane autorytety – za możliwe i normalne, a co za niemożliwe i nienormalne. Na przykład w Polsce wiele osób uważa za niemożliwe wprowadzenie 35-godzinnego tygodnia pracy. To się nie uda, ucierpi gospodarka, nie jesteśmy gotowi – mówią. Od razu pada setka powodów, dlaczego więcej czasu dla rodziny, na rozrywkę czy samokształcenie jest ponoć szalonym postulatem. Jednocześnie za jak najbardziej możliwe i normalne uważamy, że ośmiu najbogatszych ludzi ma tyle samo majątku, co biedniejsza połowa ludzkości. Zawsze było tak, że jedni mieli więcej niż inni – brzmi uzasadnienie.

Jako niemożliwe, śmieszne, idiotyczne traktowane są próby walki z nierównościami społecznymi. Za to wielkiemu gronu „znawców” za jak najbardziej możliwe wydaje się to, że wbrew tysiącom badań i ostrzeżeń naukowców możemy utrzymać dotychczasowy model kapitalizmu bez doprowadzania do katastrofy środowiskowej. Niemożliwa jest polityka sprzyjająca większości ludzi. Możliwa jest za to podobno taka, w której garstka najbogatszych urządza świat po swojemu.
Ekonomia, głupcze! Tak zawołał Borys Budka, poseł Platformy Obywatelskiej, na propozycję Razem, aby walczyć o 35-godzinny tydzień pracy. Ten postulat najwyraźniej tak bardzo zaprzecza wszelkich prawom ekonomii i przyrody, że Budka nie kwapił się nawet, aby uzasadnić swoją opinię. Wybrał śmieszkowanie. „Proponuję 7 godzin pracy w tygodniu. Albo nie – w miesiącu!”. Hahaha, pośmiejmy się, przecież mówimy tylko o prawach milionów Polek i Polaków. Zastanawialiście się kiedyś, jak to się ciekawie składa, że twarde prawa ekonomii i niewzruszona logika dziejów zawsze sprzyjają najbogatszym? Cóż za niesamowity zbieg okoliczności! Tak to już jakoś jest, że obrona pracowników jest zdaniem naszych nadwiślańskich ekspertów zawsze niezgodna z obiektywnymi faktami i procesami gospodarczymi. Platforma, za której kadencji kwitły umowy śmieciowe, coś o tym wie. Za to decyzje sprawiające, że bogaci stają się jeszcze bogaci, jak najbardziej tym faktom i procesom odpowiadają. Są wręcz tak faktyczne, tak rzeczywiste, tak prawdziwe, że musi przed nimi ustępować nawet katastrofa klimatyczna. Gdyby Borys Budka potrafił rozmawiać z klimatem, kazałby mu uczyć się niewzruszonych praw ekonomii z podręczników Miltona Friedmana.
Niektórzy lubują się we wszelkiego rodzaju teoriach spiskowych. Wierzą w ukryte grupy interesu rządzące światem. Najśmieszniejsze jest to, że tutaj nie trzeba żadnej teorii spiskowej. Wystarczy czytać najświeższe doniesienia dziennikarzy, ekonomistów, socjologów czy klimatologów. Wszystko jest podane na tacy. Najbogatsi ludzie mają nieporównywalnie większy wpływ na politykę niż przeciętna obywatelka. To fakt. Panująca przez ostanie kilkadziesiąt lat ideologia ekonomiczna sprawiła, że obrzydliwie bogaci stali się jeszcze bogatsi, podczas gdy w krajach rozwiniętych klasa średnia i niższa stoją w miejscu albo wręcz biednieją. To kolejny fakt. Niszczymy klimat, gleby, całe środowisko i jest to bezpośrednią konsekwencją kapitalistycznego nakazu nieustannego wzrostu, a także braku regulacji dotyczących działania wielkich korporacji. To też fakt. Uparte trwanie przy tym modelu kapitalizmu sprzyja prawicowym fanatykom, którzy wszędzie na świecie wzrastają w siłę i są zagrożeniem dla podstawowych praw człowieka, np. praw kobiet. Jeszcze jeden fakt.
Mimo to jakakolwiek próba uratowania tego świata przed katastrofą jest niemożliwa, głupia, dziecinna. Możliwe, odpowiedzialne i mądre jest za to liczenie na to, że jeśli jedna centroprawicowa partia połączy się z inną, wesprze ich kilka neoliberalnych autorytetów i może jakaś centrolewica na dokładkę, najlepiej taka, która od lat przedkłada pragmatykę ponad idee, to PiS przegra wybory. I wtedy, hej ho, wszystkie nasze problemy nagle magicznie znikną.
Kiedyś jakaś przyszła, mądrzejsza cywilizacja zajmie się badaniem historii XXI wieku, żeby sprawdzić, w jaki sposób zgładziliśmy samych siebie. Nasze podejście do tego, co jest możliwe, a co niemożliwe, będzie stanowiło dla nich niemałą zagadkę.
dr Tomasz Markiewka
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 15 kwietnia 2018 | opinie
Jest grupa polityków, dziennikarzy oraz intelektualistów, która mnie szczególnie irytuje. Nazywam ich złośliwie „lewicowymi przyjaciółmi neoliberalizmu”. To ludzie, którzy na pozór wygłaszają poglądy lewicowe, ale tak naprawdę wspierają współczesny, nieuregulowany i nierównościowy kapitalizm. Po raz pierwszy zwróciłem uwagę na to zjawisko, gdy parę lat temu przeczytałem kilka wywiadów z Magdaleną Środą. Z jednej strony składała ona deklaracje, że neoliberalizm jest – jakże by inaczej – zły, Balcerowicz musi odejść, trzeba walczyć z nierównościami itd. Z drugiej twierdziła, że związki zawodowe i praca na etat to rzeczy, które nie pasują do współczesnego świata. W jednym zdaniu sugerowała, że potrzeba nam lewicy w stylu skandynawskim, w innym twierdziła, że gdy styka się z partią Razem, to przypominają się jej czasy komunizmu.
Środa z pewnością nie jest ani jedyną, ani najgorszą przedstawicielką tej postawy. Gwoli sprawiedliwości, trzeba powiedzieć, że polska filozofka przedstawia samą siebie jako liberałkę, więc jest pod tym względem fair. Gorzej, że najzwyczajniej w świecie wprowadza w błąd, kiedy mówi, że neoliberalizm jest zły. Sugeruje, że jest krytyczką neoliberalnych rozwiązań, a tak naprawdę odrzuca realne pomysły ich zastąpienia i utrwala szkodliwe przesądy, na przykład te dotyczące związków zawodowych. Prowadzi to do niebezpiecznego zjawiska, gdy neoliberalizm i jego symbole, takie jak Balcerowicz, wydają się z jednej strony kwestią przeszłości („Bo nikt już nie traktuje ich poważnie”), a z drugiej trwają niewzruszenie na swoich miejscach (bo wciąż powtarzane są neoliberalne dogmaty).
Dokładnie ten sam problem jest z Robertem Biedroniem i jego zaproszeniem dla Leszka Balcerowicza, aby ten przyjrzał się finansom Słupska. Pamiętajmy, że to nie jest skorzystanie z usług takiego sobie zwykłego ekonomisty. Trudno nawet nazwać Balcerowicza typowym reprezentantem ekonomii neoliberalnej. Guru polskiej ekonomii nie ogranicza się do wolnorynkowego dogmatyzmu. Robi też wiele, aby wyrzucić myśl lewicową poza nawias dyskusji publicznej. Porównuje przedstawicieli lewicy do „ludzi o sowieckiej mentalności”, faszystów, bolszewików czy też Lenina. Innymi słowy, stara się wytworzyć w społeczeństwie skojarzenie, że lewica równa się totalitaryzm. Biedroń zapraszając go do Słupska, chcąc nie chcąc, przyczynia się do normalizowania takich postaw.
Lewicowi przyjaciele neoliberalizmu zachowują się tak, jakby nauczyli się, że po 2008 roku wypada krytykować neoliberalizm, ale nie bardzo mieli pojęcie, o co w tym wszystkim chodzi. W teorii są gotowi poprzeć różne lewicowe pomysły, ale gdy tylko ktoś chce je wprowadzać w praktyce, zaraz zaczynają sobie przypominać o komunizmie i innych strasznych rzeczach. Mogą krytykować neoliberalizm, ale nie przeszkadza im to przymilać się do jego przedstawicieli. Oczywiście ich akceptacja dla polityki neoliberalnej jest zawsze usprawiedliwiana ważnymi powodami. To nie jest tak, że popieramy neoliberalizację rynku pracy – mówią – lecz po prostu stare, lewicowe rozwiązania się nie sprawdzają, a nowych, lepszych jeszcze nikt nie wymyślił. Albo: tak, tak, trzeba nam reform prospołecznych, ale teraz ważne jest, żeby nie dopuścić Kaczyńskiego do władzy/odebrać Kaczyńskiemu władzę (niepotrzebne skreślić).
Lewicowe postulaty zawsze muszą ustąpić przed potrzebą historyczną. W przeciwieństwie do postulatów neoliberalnych, które zawsze są na czasie. Bez względu na to, co mówią fakty. W 2016 roku McKinsey Global Institute opublikował badania na temat państw należących do 25. najsilniejszych gospodarek świat. Statystyki obejmują lata 2005-2014 i wyłania się z nich ponury obraz. W przypadku 65-70% gospodarstw domowych realne dochody albo zmalały, albo pozostały na tym samym poziomie (mimo wzrostu produktywności poszczególnych państw). Zgadnijcie, w jakich krajach ten negatywny trend był najsłabszy. Ano w tych, gdzie najwięcej osób należało do związków zawodowych. Tak, te stare, niedzisiejsze organizacje, wyśmiewane przez nowoczesnych postępowców, nadal wydają się jedną z najlepszych broni przeciwko rosnącym nierównościom społecznym. No ale jak pouczają nas lewicowi przyjaciele neoliberalizmu, ich czas przeminął. Takie są obiektywne prawa przyrody, więc cóż zrobić?
Jeśli już mówimy o starych i nowych rozwiązaniach, to wymówki „lewicowych neoliberałów” też nie są pierwszej świeżości. Przecież to nic innego jak TINA (There is no alternative). „Nie ma żadnej alternatywy”, więc w praktyce musimy być chwilowo neoliberałami. Taka strategia jest wykorzystywana od kilkudziesięciu lat. To ona doprowadziła do marginalizacji lewicy. Po co bowiem głosować na neoliberalną lewicę, skoro można wprost poprzeć neoliberałów albo prawicę, która od czasu do czasu wyskoczy z prospołecznymi postulatami w sferze gospodarczej? Lewicowi przyjaciel neoliberalizmu są pod pewnymi względami niebezpieczniejsi niż otwarci neoliberałowie, bo przekleństwem lewicy ostatnich kilkudziesięciu lat było właśnie to, że pod jej szyldem ukrywali się ludzie w rodzaju Tony’ego Blaira czy Billa Clintona. Ludzie firmujący swoją rzekomą lewicowością świat wzrastających nierówności społecznych i pogarszających się warunków pracy.
Zastanawiam się, ile jeszcze razy nabierzemy się na ten trik? Ile razy stwierdzimy, że lewicowe postulaty można oddłużyć na jutro? Ile razy dojdziemy do wniosku, że ogólna sympatyczność jest ważniejsza od wierności ideałom? Ile razy będziemy nalegać, że zmarginalizowana lewica powinna być wspaniałomyślna wobec ludzi, którzy latami byli u władzy i pletli bzdury? W świecie polityki nie ma żadnych konieczności. Nie ma żadnej fizycznej blokady uniemożliwiającej wybór ludzi, którzy sprzyjają większości społeczeństwa, a nie tylko uprzywilejowanej garstce. Wystarczy nie dać robić się w konia.
dr Tomasz S. Markiewka
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 18 marca 2018 | opinie
Przyznam, że wzdrygam się, gdy ktoś wywołuje temat nowych technologii w kontekście wyzwań społecznych. Budzą się wtedy we mnie najgorsze stereotypowe wyobrażenia. Od razu myślę o niebezpiecznym zachwycie nad pomysłami miliardera Elona Muska lub o nadmiernie optymistycznej wierze w rewolucyjny potencjał drukarek 3D. Uważam, że ludzie podejmujący taką tematykę pokładają zbyt duże nadzieje w tym, że sam rozwój techniczny rozwiąże problemy, z którymi borykają się społeczeństwa kapitalistyczne.
Na szczęście nie jest tak źle i wśród osób interesujących się nowymi technologiami są ludzie, którzy patrzą na ich rozwój nie tylko z zainteresowaniem i nadzieją, ale też z odpowiednią dozą dystansu i sceptycyzmu. Na przykład autorzy i autorski książki „#FutureInsights. Technologie 4.0 a przemiany społeczno-gospodarcze” pod redakcją Krzysztofa Kozłowskiego i Jana J. Zygmuntowskiego.
Czym są tytułowe technologie 4.0? Zygmuntowski i Kozłowski piszą we wstępie o czterech rewolucjach: neolitycznej, przemysłowej, cyfrowej i wreszcie o zmianach pozwalających za pomocą zaawansowanych technik sztucznej inteligencji lepiej zbierać i wykorzystywać informacje. Mówiąc zatem najprościej, technologie 4.0 to narzędzia i rozwiązania związane z rozwojem internetu oraz dalszym postępem w dziedzinie komputeryzacji. Książka stanowi analizę szans oraz, głównie, ryzyka, jakie się z nimi wiążą.
Na przykład Zygmuntowski pisze o platformach wielostronnych, takich jak Uber czy Airbnb. Często określa się je za pomocą sformułowania „ekonomia współdzielenia”, które wywołuje jak najlepsze skojarzenia. Czy współdzielenie nie jest wspaniałą rzeczą. Czy to właśnie nie czegoś takiego potrzebujemy w naszym cynicznym świecie? Zarówno Uber, jak i Airbnb są reklamowane jako wspaniałe przykłady rozwiązań technologicznych pomagających w swobodny sposób łączyć usługodawców z klientami. Rzeczywistość, jak zauważa Zygmuntowski, jest jednak o wiele bardziej skomplikowana. Na przykład właściciele Ubera przedstawiają go jako usługę informatyczną, choć tak naprawdę wszyscy wiedzą, że oferuje on przewozy osobowe. Ten trik pomaga ominąć Uberowi konieczności podporządkowania się regulacjom nakładanym choćby na taksówki. Nie dość, że takie rozwiązanie daje firmie przewagę konkurencyjną, to jeszcze – a raczej przede wszystkim – pomaga jej omijać obowiązki związane z prawami pracowniczymi.
Spotkałem się z memami sugerującymi, że ludzie walczący z Uberem przypominają naszych przodków, którzy próbowali ocalić konie jako główny środek transportu. Sugestia jest jasna – przeciwnicy Ubera są z innej epoki i hamują postęp. Rzecz w tym, że ta nowa, uberowska epoka bardzo przypomina starą kapitalistyczną historię o wzbogacaniu się kapitalistów kosztem klasy pracowniczej za pomocą cwaniackiego omijania reguł gry.
O Uberze wspomina także Zuzanna Kowalik w tekście na temat gig economy. Ten anglojęzyczny termin nie doczekał się jeszcze ustalonego przekładu na język polski. Niektórzy proponują tłumaczyć go jako „ekonomia na żądanie”. Jak pisze sama Kowalik, gig economy obejmuje pracowników, „których życie zawodowe oparte jest na wykonywaniu zadań dla różnych osób lub organizacji. Może to być zaprojektowanie logo firmy, lecz również przewozy osób lub sprzątanie”. Autorka słusznie zauważa, że działalność Ubera należałoby określać za pomocą właśnie tego terminu, a nie szlachetnie i myląco brzmiącego sformułowania „ekonomia współdzielenia”.
Popularność gig economy jest związana z rozwojem Internetu. Ułatwia on bowiem szybkie wyszukiwanie pracowników i, mówiąc brutalnie, pozbywanie się ich, gdy przestają być potrzebni. Kowalik przywołuje w tym kontekście słowa prezesa CrowdFlower: „Przed pojawieniem się internetu byłoby naprawdę ciężko znaleźć kogoś, kazać mu usiąść na 10 minut, by wykonał swoje zadanie, a potem go zwolnić – a właśnie to robisz dzięki technologii. Znajdujesz ich, dajesz jakieś małe zadanie, a potem, gdy ich już nie potrzebujesz, po prostu się ich pozbywasz”.
Autorka tekstu słusznie zauważa, że choć tego typu stosunki pracy próbuje się reklamować za pomocą atrakcyjnych słów w rodzaju „elastyczność” czy „samozatrudnienie”, to w rzeczywistości zazwyczaj prowadzą one do pogorszenia sytuacji pracownika na rynku. Ludziom zatrudnionym w taki sposób trudniej bowiem zakładać związki zawodowe i dopominać się zbiorowo o lepsze warunki pracy. Co gorsza, zdarzają się takie sytuacje, gdy wykonywane przez nich zadania w ogóle nie są rozpoznawane i traktowane jako pracownicze. Małe, dziesięciominutowe zlecenia łatwo przecież reklamować jako „staż”, „wolontariat” czy – mój ulubiony argument – „sposób na zdobycie doświadczenia”. Trudno w związku z tym nie zgodzić się z puentą Kowalik: „postęp technologiczny może znacznie przyczynić się do poprawy jakości społeczeństw, ale w jego imię nie można zgodzić się na oddanie praw pracowniczych, za które związkowcy ginęli niegdyś na ulicach miast. Dziś świat gig economy to świat sprzed Rooseveltowskiego Nowego Ładu, gdzie nie ma mowy o balansie sił aktorów społecznych, a kolektywny głos pracowników nie istnieje”.
Podobnie krytyczny ton pojawia się w innych tekstach zgromadzonych w książce. Konrad Grabowicz używa nawet mocnego sformułowania „feudalizm technologiczny”, aby opisać zagrożenia związane z rozwojem technicznym w świecie wielkich korporacji i nierówności społecznych. „Coraz więcej przesłanek świadczy o tym, że społeczeństwa państw wysoko rozwiniętych wracają do takiego stanu własności (w tym wypadku główną rolę będzie odgrywała własność niematerialna), który wytwarza własną hierarchię i relacje dostępu/pracy za dostęp” – pisze Grabowicz. Kamil Gapiński dodaje do tego ponurego obrazu niebezpieczeństwa związane z cyberprzestępczością, a Filip Lubiński z bezrobociem technologicznym. Choć ten drugi stara się dodać do swoich rozważań trochę optymizmu, pisząc o bezwarunkowym dochodzie podstawowym jako potencjalnym sposobie na zawarcie nowej umowy społecznej gwarantującej ochronę klasie średniej i niższej w nowym otoczeniu społecznym.
Pierwiastek optymizmu jest jeszcze mocniej obecny w tekstach Karoliny Porębnej o nordyckim modelu rozwoju, Tomasza Janasza i Michała Hetmańskiego o samochodach bezzałogowych oraz Grażyny Meller o energii elektrycznej w Afryce Subsaharyjskiej. Cała wymieniona czwórka stara się znaleźć albo dobre strony rozwoju technicznego, albo sposoby na radzenie sobie z nim. Dobrze, że takie teksty też znalazły się w książce, bo sugerowanie, że nowe technologie są czymś z natury złym, byłoby rzecz jasna przesadą i przejawem lekkomyślności. Każda z osób czytających ten tekst korzysta w jakiś sposób z jej zalet. Rzecz w tym, aby nie popadać w nadmierny zachwyt z powodu pojawiania się nowych technologii, ponieważ same w sobie nie rozwiązują one jeszcze najważniejszych problemów ludzkości. Z czego zresztą nawet ci optymistyczniejsi autorzy i autorki zdają sobie doskonale sprawę.
W ogólnym rozrachunku wydźwięk książki pozostaje jednak zdecydowanie krytyczny. To dobrze. Nie dlatego, że technologia jest czymś z gruntu złym – przeciwnie, ma wiele zalet – albo że sceptycyzm jest najwyższą z cnót. Po prostu w przestrzeni publicznej naprawdę nie brakuje entuzjastów nowych rozwiązań technicznych. Dobrze, że dla przeciwwagi pojawiają się też uzasadnione głosy krytyczne. Jeszcze lepiej, że skupiają się one na sytuacji pracowników, czyli większości z nas. W tej kwestii nic się nie zmienia od wieków. Rozwój techniczny musi być związany z określonymi działaniami politycznymi, aby poprawić sytuację klasy pracującej. W przeciwnym wypadku staje się kolejnym narzędziem wyzysku.
dr Tomasz S. Markiewka
