przez Tomasz S. Markiewka | środa 8 maja 2019 | opinie
W każdej dyskusji na temat Ubera prędzej czy później pojawia się opozycja między postępem a rozpaczliwym trzymaniem się starych rozwiązań. Najczęściej zostaje ona wprowadzona za pomocą metafory o dorożkach. Los taksówek jest podobno przesądzony tak, jak kiedyś był los dorożek. A ludzie, którzy tego nie rozumieją, wstrzymują postęp. Dobrym przykładem takiego podejścia jest felieton Jolanty Ojczyk dla „Rzeczpospolitej” zatytułowany „Spór o Ubera jest konfliktem starego świata z nowoczesnością”.
Na czym właściwie polega ta nowoczesność i postępowość Ubera? Ojczyk opisuje ją tak: „Mam w smartfonie aplikację Uber i jednym kliknięciem zamawiam przejazd. Mogę wybrać auto i kierowcę. Uber ściąga pieniądze z mojej karty płatniczej podpiętej do aplikacji. Nie muszę dzwonić po taksówkę, tłumaczyć, gdzie dokładnie ma podjechać, nie muszę mieć przy sobie gotówki, a przede wszystkim płacę mniej. Podstawą opłaty nie jest wskazanie taksometru, lecz długość trasy i czas przejazdu ustalane za pomocą GPS”.
Z perspektywy klienta postępowość Ubera polega zatem na wygodzie i poczuciu, że korzystamy z rozwiązań postrzeganych jako nowoczesne – jak GPS czy aplikacja na komórkę. Ale drobne udogodnienia dla konsumentów nie wyczerpują przecież tematu, istnieje jeszcze perspektywa pracownicza i społeczna.
Jak więc wygląda Uber, gdy spojrzymy na niego okiem pracowników i obywateli zatroskanych o dobro wspólne, a nie okiem klientów cieszących się z apki na telefon? Już nie tak różowo. Istnieją nawet solidne podstawy do stwierdzenia, że Uber pod względem pracowniczo-społecznym jest nie tyle postępem, co cofnięciem się w rozwoju.
Trafnie ujmuje to Filip Konopczyński w swoim tekście dla „Przekroju” pod tytułem „Osobliwa przyszłość pracy”: „Póki co innowacyjność Ubera sprowadza się do kreatywnej księgowości, optymalizacji podatkowej i udawania, że nie jest firmą transportową. Dzięki temu odpowiedzialność prawna i finansowa spada na kierowców oraz podróżnych, a firma nie jest kontrolowana równie starannie jak tradycyjne taksówki”.
W podobnym duchu pisze Jan J. Zygmuntowski w książce „Technologie 4.0”. Uber konsekwentnie upiera się, że jest platformą świadczącą usługi informatyczne, a nie firmą przewozową, przez co „mimo jawnego zarządzania ceną, trasą i płatnością przejazdów, jest w świetle prawa zwolniona z zasad chroniących rynek przez zepsuciem, ustalających np. ceny minimalne, maksymalną podaż kierowców, obowiązkowe ubezpieczenie czy wymagania stawiane kierowcom”. Z tej perspektywy Uber stanowi krok w stronę świata, w którym pracownicy mają niewiele do powiedzenia, a korporacje mogą unikać zobowiązań społecznych.
Drobne udogodnienia dla klientów, dużo bajeru promocyjnego, popularność, lekceważenie praw pracowniczych i omijanie zobowiązań podatkowych oraz regulacji państwowych – czy to naprawdę wystarcza, aby potraktować Ubera jako symbol nowoczesności i postępu? Niestety tak, bo jak piszą Carl Rhodes i Peter Bloom w książce „CEO Society”, nasze myślenie o postępie jest silnie uzależnione od korporacyjnych interesów. Kiedy spytamy jakiegoś polityka, jaki ma długofalowy pomysł na rozwój gospodarczy, to najpewniej odpowie, że jest nim wzrost PKB. A gdy zaczniemy dopytywać, jak ten wzrost ma zostać osiągnięty, to okaże się, że pomysły większości polityków sprawdzają się do pomagania korporacjom w osiągnięciu sukcesu. Czyli na przykład do podpisywania umów międzynarodowych, których najbardziej namacalnym skutkiem jest znoszenie kolejnych regulacji dla korporacji i przyznawanie im coraz większej władzy.
Wziąwszy to pod uwagę, nie powinno nas aż tak bardzo dziwić, że Uber – ze swoimi sprytnymi pomysłami na omijanie zobowiązań wobec pracowników i społeczeństwa – uchodzi za symbol nowoczesności. W społeczeństwie, które patrzy na świat oczami wielkich korporacji, to całkiem oczywiste podejście.
Warto zdać sobie jednak sprawę z tego, do czego prowadzi taka postawa. Arlie Russell Hochschild w książce „Obcy we własnym kraju” opisuje Boba Hardeya, burmistrza Westlake, miasteczka w stanie Luizjana. Okazuje się, że właściwie jedynym pomysłem Hardeya na rozwój miasta jest namawianie wielkiej korporacji petrochemicznej, aby otworzyła tam swoją siedzibę i zapewniła miejsca pracy. Jak przyciąga się potężną korporację? Trzeba zapewnić korporacyjnych bossów, że ich firma będzie płaciła tak niskie podatki i będzie podlegała tak ograniczonym regulacjom jak to tylko możliwe.
W przypadku Luizjany szczególnie zgubne jest ograniczanie regulacji, bo rozmawiamy o jednym z najbardziej zanieczyszczonych stanów w USA, naznaczonym wieloma katastrofami ekologicznymi, których przyczyną były często właśnie niedostateczne regulacje i zbyt mały nadzór nad działaniami korporacji paliwowych. Ale ludzie tacy jak burmistrz Wastelake nie bardzo wiedzą jak inaczej rozwijać miasto. Tym bardziej, że Luizjana nie słynie ani z inwestycji w edukację, ani z finansowania publicznych projektów.
Sytuacja, którą opisuje w swojej książce Hochschild, przypomina błędne koło. Władze Luizjany pod wpływem doktryny wolnorynkowej systematycznie obniżały budżet publiczny i cięły wydatki na instytucje publiczne. Im bardziej to robiły, tym bardziej jedyną perspektywą na rozwój tamtejszym miast było przyciąganie wielkich korporacji. Ale ponieważ korporacje wiedzą, że ludzie tacy jak burmistrz Hardey nie bardzo mają inne wyjście, to dyktują twarde warunki, co często prowadzi do dalszego kurczenia się sektora publicznego kosztem sektora prywatnego, bo firmy paliwowe nie lubią, gdy rząd zbyt bacznie przygląda się ich poczynaniom albo gdy muszą płacić zbyt wysokie podatki.
Tak wygląda nowy wspaniały świat, w którym korporacyjny punkt widzenia dominuje nad wszystkimi innymi perspektywami. W którym miarą innowacyjności i postępu jest to, jak bardzo z danych rozwiązań są zadowolone poszczególne korporacje. Konopczyński we wspomnianym już tekście opisuje, jak daleko były skłonne posunąć się władze Chicago, aby zachęcić Amazona do otwarcia w ich mieście swojej siedziby. Oprócz zwolnień podatkowych zaoferowano Amazonowi możliwość pobierania od pracowników danin, które ci przekazywali wcześniej do kasy publicznej. Konopczyński słusznie zauważa, że to rozwiązanie znane ze średniowiecza, gdzie lokalne władze lub Kościół mogły upoważnić lennika do pobierania podatków lub egzekwowania innych obowiązków.
To jest właśnie ten postęp, którym tak się zachwycamy. Cieszymy się z apki, która automatycznie wykona za nas opłatę, a nie zauważamy, że na naszych oczach powstają molochy zdolne dyktować coraz bardziej absurdalne warunki i podlegające coraz mniejszej kontroli demokratycznej. Rozwój dostępnych możliwości konsumowania towarów i usług oznacza często regres demokracji i naszych praw. Ceną za niewielką poprawę wygody konsumenckiej jest ograniczenie naszych możliwości wpływania na kształt społeczeństw, które zamieszkujemy.
dr Tomasz Markiewka
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 10 marca 2019 | opinie
Nie ufamy sobie. Brakuje nam poczucia solidarności społecznej. Jesteśmy głęboko podzieleni. Rządzi nami egoizm. Zapewne nie raz i nie dwa słyszeliście tego rodzaju tezy na temat polskiego społeczeństwa. Za każdym razem, gdy rozmawiamy o Polsce, prędzej czy później ktoś rzuci jedno z takich zdań, a reszta przytaknie. Jeśli zgadzamy się w jakiejkolwiek sprawie, to właśnie w tej. Polska może być krajem „Solidarności”, lecz nie jest krajem solidarności – przynajmniej nie na co dzień. Nie jeśli chodzi o tak przyziemne kwestie jak płacenie podatków, pomoc socjalna, dbałość o dobro wspólne czy zrozumienie dla ludzi wywodzących się z innych środowisk niż nasze.
Istnieje wiele możliwych wyjaśnień tego stanu rzeczy. Może to wina dziedzictwa sarmatyzmu? Albo katolicyzmu? Albo nigdy nieprzepracowanego feudalizmu? A może winna jest nasza szkaradna, wschodnia dusza, która raz po raz wyłazi na wierzch i uniemożliwia nam przeistoczenie się w człowieka cywilizowanego? To ostatnie wyjaśnienie lansuje część prominentnych dziennikarzy i komentatorów politycznych, dla których starcie Zachodu ze Wschodem jest odpowiednikiem manichejskiego konfliktu Dobra i Zła.
Czasem jednak wyjaśnienie jest o wiele prostsze. Nie trzeba cofać się w odmęty historii ani sięgać po kategorie religijne. Wystarczy rozejrzeć się wokół, aby zobaczyć, dlaczego brakuje nam solidarności i myślenia w kategoriach „my, społeczeństwo”, a nie „ja, samowystarczalna jednostka”.
Doskonałym przykładem była reakcja części mediów i liderów opozycji na ostatnią konwencję PiS-u i propozycje polityki socjalnej partii Kaczyńskiego. Wyjaśnijmy sobie na wstępie jedną rzecz. Propozycje PiS-u nie są poza krytyką. Nie tylko dlatego, że możliwość krytykowania rządzących jest w demokracji świętym prawem opozycji i mediów. Chodzi też o to, że te propozycje mają oczywiste ograniczenia. Wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego – szefa Gabinetu Prezydenta RP – który zaproponował nauczycielom, aby skromne zarobki zrekompensowali sobie większą rozrodczością, mającą im zapewnić pieniądze z programu 500+, bardzo dobrze pokazuje, na czym te ograniczenia polegają. Konserwatywna polityka socjalna promuje konserwatywny model społeczeństwa i nie obejmuje tych, którzy się w tym modelu nie odnajdują.
Niezależnie jednak od naszego stosunku do rządów PiS-u, jak i do konkretnych rozwiązań proponowanych przez tę partię, trzeba sobie powiedzieć jedno: język, za pomocą którego część dziennikarzy oraz komentatorów krytykuje wizję polityki socjalnej partii Kaczyńskiego, jest niefortunny i na dłuższą metę szkodliwy społecznie.
„PiS kupuje wyborców za nasze pieniądze” – tak można podsumować przekaz, który popłynął ze strony opozycji skupionej wokół Platformy Obywatelskiej. Trafił on między innymi na pierwszą stronę „Gazety Wyborczej”. Zdegustowało to nawet część jej dziennikarzy, ponieważ do grona „kupowanych” zostali zaliczeni także nauczyciele i pielęgniarki. Dlatego „Wyborcza” jeszcze tego samego dnia zamieściła w internecie sprostowanie, tłumacząc się pokrętnie „błędnie opisaną grafiką” i deklarując, że całym sercem popiera starania pracowników budżetówki o godne płace.
Nikt rozsądny nie jest w stanie uwierzyć w to tłumaczenie. Nie tylko dlatego, że problem z okładką „Wyborczej” daleko wykraczał poza „błędny opis grafiki” (cokolwiek miałoby to oznaczać w tym kontekście). Prawda jest taka, że mamy do czynienia z symptomem szerszego zjawiska, które jest związane z tym, jak myśli się w Polsce o polityce socjalnej i jej odbiorcach. Zresztą nawet w swoich przeprosinach „Wyborcza” dalej używała frazy o „kupowaniu wyborców” – po prostu uznała, że nie odnosi się ona do podwyżek dla budżetówki, lecz do takich propozycji jak przywrócenie lokalnych połączeń autobusowych czy rozszerzenie programu 500 plus.
Część osób stara się bronić tej frazy, mówiąc, że nie odnosi się ona do polityki socjalnej jako takiej, lecz do nietrafionych, nieszczerych, podyktowanych czystą kalkulacją wyborczą propozycji PiS-u. Raz jeszcze trudno w to uwierzyć, ponieważ budowanie skojarzeń na zasadzie „polityka socjalna to rozdawnictwo”, „polityka socjalna to przekupstwo polityczne”, „polityka socjalna to oddawania NASZYCH pieniędzy nierobom” jest stałym elementem polskiej debaty politycznej, pojawiającym się zawsze, gdy ktoś odchodzi od dogmatów fundamentalizmu rynkowego. Celem takich sformułowań nie jest krytykowanie trybu, w jakim są zgłaszane konkretne propozycje, lecz polityki socjalnej jako takiej. Zresztą już dzień później w tej samej „Wyborczej” Magdalena Środa znowu uderzyła w podobne tony. Politykę socjalną nazwała „lizakami”, a jej odbiorców „dziećmi”.
Co ciekawe, ci sami dziennikarze, którzy rzekomo tak bardzo troszczą się o odpowiedzialność budżetową, nie wysuwali podobnych zastrzeżeń, gdy partie takie jak PO czy Nowoczesna proponowały podatek liniowy i obniżkę stawek podatkowych dla najbogatszych. Nie było słychać głosów o „kupowaniu wyborców” kosztem budżetu państwa. Nie było dumania nad tym, na ile te propozycje są szczere i korzystne dla państwa, a na ile wynikając z czystej kalkulacji wyborczej. Obawy wzbudziła dopiero propozycja walki z wykluczeniem komunikacyjnym.
Smutna prawda jest taka, że część środowiska polityczno-medialnego po prostu dała upust swojemu wewnętrznemu Balcerowiczowi. Konwencja PiS-u okazała się doskonałą okazją do wykrzyczenia większości dogmatów fundamentalizmu rynkowego i klasowych przesądów. Po stronie opozycji skupionej wokół Platformy Obywatelskiej już od dawna widać poirytowanie wynikające z tego, że debata publiczna przesunęła się ociupinkę na lewo. Całe to gadanie o nierównościach społecznych, o braku reprezentacji politycznej, o zaniedbaniach III RP – jest dla niej zbyt przekombinowane i „zbyt socjalistyczne”. Przecież ostatecznie to jest tak, że my od dawna jesteśmy mądrzy, europejscy, nowocześni, a tamci to ciemnota i patologia, czyż nie? Rynek zaś sprawiedliwie oddziela ludzi zaradnych od miernot. Niektórzy fani PO, jak Andrzej Saramonowicz czy Przemysław Szubartowicz, mówią to w zasadzie wprost. Pozostali starają się zachowywać pozory, co jest męczące, a konwencja PiS dała okazję, żeby się trochę wyżyć. W internecie nagle odżyły memy z wypowiedziami Miltona Friedmana i Margaret Thatcher. Jeden z nich pojawił się nawet na stronie facebookowej Krystyny Jandy i cieszył się ogromnym uznaniem na tle pozostałych postów.
Niestety społeczne skutki takiej postawy są fatalne. Ostatecznie całe to przesłanie o „rozdawaniu NASZYCH pieniędzy” jest tak naprawdę szczuciem jednej części społeczeństwa na inną. Jest dalszym dzieleniem i tak już rozbitego kraju. Efekty widać choćby w komentarzach zostawianych przez czytelników „Wyborczej” pod różnymi tekstami, które są wariacjami na temat zgubnych wpływów rozdawnictwa. „Jaka ulga, że przestaliśmy się certolić z elektoratem specjalnej troski” – pisze jeden czytelnik. „Mieszkańcy wsi chcieliby wprowadzić pańszczyznę à rebours. Chcą zmusić mieszkańców miast, żeby płacili im ze swoich podatków emerytury, zasiłki, zapewniali bezpłatne leczenie” – dodaje inny. „Od złodzieja brać lizaki? To jest paserstwo. Mamy około 1/3 społeczeństwa o mentalności pasera” – stwierdza kolejny.
Można powątpiewać, czy rozkręcanie histerii wokół rozdawnictwa przyniesie skutek wyborczy w postaci wygrania z PiS-em. O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że przyczyni się do utrwalenia przesądów klasowych i dalszego osłabiania społecznej solidarności. Takie dziedzictwo zostawiają nam po sobie ludzie święcie przekonani, że są ostatnią nadzieją demokracji i nowoczesnej Polski.
dr Tomasz Markiewka
przez Tomasz S. Markiewka | sobota 26 stycznia 2019 | opinie
Nie warto zwiększać podatków najbogatszym, bo i tak uciekną do rajów podatkowych. Cieszę się, gdy słyszę tego rodzaju argumenty. Bo one stawiają sprawę wprost. Nie ma żadnej ściemy o prawach rynku, teorii skapywania czy koncepcji podażowej. Nie ma chowania się za obiektywnymi procesami ekonomicznymi. Jest nazwanie rzeczy po imieniu: bogaci nie będą płacili podatków, bo mają władzę. Mają niedostępne dla większości ludzi możliwości unikania zobowiązań podatkowych. Na różne bardziej lub mniej legalne sposoby.
Rzadko tak rozmawiamy. Najczęściej relacje władzy są chowane za ekonomicznym żargonem i tabelkami. Za prawami popytu i podaży, za różnymi wykresami i mądrymi terminami. Żeby było jasne, nie twierdzę, że to niepotrzebne – że ekonomia to bujda. W żadnym razie. Mądrze wykorzystywana ekonomia mówi wiele ważnych rzeczy o systemie gospodarczym. Rzecz w tym, że stanowi tylko częściowy opis świata.
W ekonomicznym żargonie łatwo zamazać stosunki władzy. Łatwo przeoczyć, że liberalizacja i wprowadzanie rozwiązań wolnorynkowych oznacza czasem napaść na obce państwo, opłacanie tysięcy lobbystów albo umiejętne sztuczki prawnicze. W tabelkach nie widać tego, że zniesienie antyrynkowych regulacji w Iraku było konsekwencją napaści wojskowej, w której zginęły setki tysięcy cywili. Teksty skupiające się na prawach popytu i podaży zazwyczaj nie wspominają o zbrodniach kolonializmu, na których bogaciły się zachodnie gospodarki. Z wykresów na temat wzrostu PKB nie wyczytamy, ile zamachów stanu zorganizowało CIA w interesie elit ekonomicznych USA.
Warto zwrócić uwagę na ten aspekt języka ekonomicznego, ponieważ przenika on do każdej dziedziny życia. Wyborcy są klientami, nauka jest inwestycją, a idee rywalizują na rynku. Jak pisze ironicznie Ha Joon-Chang, autor „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie”, „w ekonomii chodzi (prawie) o życie, wszechświat i całą resztę”. Wraz z rozprzestrzenianiem się języka ekonomicznego zapominamy o prostych rzeczach. Na przykład garstka najbogatszych ludzi na świecie ma tyle majątku co biedniejsza połowa ludzkości nie dlatego, że tak zdecydowały obiektywne prawa rynku, lecz z powodu stosunków władzy. Określonej polityki, na którą wpływali konkretni ludzie.
Co ciekawe, gdy w grę wchodzą interesy ludzi uboższych, to nie mamy problemu z dostrzeganiem wymiaru politycznego ich działań. Kiedy ludzie wyszli na ulicę w ramach protestu „żółtych kamizelek”, aby wyrazić swój sprzeciw wobec nakładania kolejnych ciężarów na biedniejszą część społeczeństwa, komentatorzy od razu dostrzegli w tym gest polityczny. Niektórzy zaczęli nawet skrupulatnie badać związki protestujących z Putinem albo ugrupowaniami ksenofobicznymi. Nie było słuchać o twardych prawach ekonomii, które w ten czy inny sposób powinny determinować prawo podatkowe. Cała złożoność, niejednoznaczność, cały „brud” polityczności – nagle stały się przejrzyste i były dokładnie analizowane.
Zachowania uboższych warstw społecznych mają charakter negocjowalny. Wszyscy wiedzą, że chodzi o działanie polityczne i że można na nie odpowiedzieć za pomocą politycznego repertuaru środków. Niezależnie od tego, czy będzie to cofnięcie się o krok, czy próba zdeprecjonowania protestów przez powiązanie ich z czymś, co kojarzy się jednoznacznie źle. Natomiast zachowania miliarderów, takie jak unikanie podatków, przyjmują zazwyczaj cechy twardej rzeczywistości. Nawet jeśli ktoś dostrzeże już, że wykraczają one poza czyste prawa ekonomiczne, to często i tak kończy się na pełnym rezygnacji wzruszeniu ramion. „Tak to już jest”, „tak działa świat”, „uciekną do rajów podatkowych”. Łatwo nam sobie wyobrazić, że stłamsimy protesty dziesiątek, a nawet setek milionów ludzi, ale zajęcie się garstką najbogatszych wykracza poza nasze wyobrażenia.
Gdybyśmy byli ze sobą szczerzy, to przynajmniej nazwalibyśmy problem po imieniu. Mówilibyśmy wprost, że miliarderzy mają ogromne wpływy polityczne. Że prawicowe think tanki – sowicie opłacane przez ludzi pokroju braci Koch – kształtują nasze społeczeństwa. Że Bank Światowy nie jest bezstronną placówką naukową, lecz instytucją polityczną sterowaną przez takie kraje jak Stany Zjednoczone. Zamiast tego wolimy chować się za prawami ekonomii i robić ludziom wodę z mózgu. Ględzimy o wartości pracy i o tym, że każdy, kto się postara, ma szansę dostać się na szczyt.
Pierwszym krokiem do zmiany rzeczywistości jest jej szczery opis. Żyjemy w świecie, w którym władza polityczna ma ogromne znaczenie. Nie dają jej tylko zwycięstwa w wyborach, ale także pieniądze. To drugie rozwiązanie jest nawet korzystniejsze dla osób u sterów, ponieważ władza dana w wyborach zazwyczaj podlega przynajmniej minimalnej kontroli społecznej. Władza, którą zapewniają pieniądze, jest często zakryta przed opinią publiczną. Jednym ze sposobów na jej ukrywanie jest bezrefleksyjne posługiwanie się językiem ekonomii tam, gdzie potrzeba również języka czułego na relacje władzy. Uważajmy na nasze słowa, bo mają one moc ukrywania ludzi i instytucji rządzących naszym światem.
dr Tomasz S. Markiewka
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 16 grudnia 2018 | opinie
W 1989 roku Polska dokonała wielkiego aktu politycznego. Zdecydowała się dołączyć do krajów demokratycznych oraz do systemu kapitalistycznego. I… wielka polityka się skończyła. Oczywiście nadal dokonywały się zmiany będące pochodną tej pierwszej decyzji, poczynając od planu Balcerowicza, po wejście do Unii Europejskiej, ale generalnie królowało przekonanie, że historia dobiegła końca, a na pytanie o to, jak ma wyglądać Polska, istnieje prosta odpowiedź: jak Zachód.
Ten mit Zachodu – a był to mit, bo przecież nigdy nie chodziło o dokładne przyglądanie się skomplikowaniu i różnorodności państw zachodnich – natrafiał stopniowo na swój kontr-mit. Opowieści o Zachodzie-wzorcu przeciwstawiono prawicową opowieść o Zachodzie-zgrozie. Na pragnienie „bycia jak Zachód” odpowiedziano pragnieniem „bycia wszystkim, byle nie Zachodem”.
Wydaje się, że oba te mity powinny ulec rozkładowi około 2008 roku, czyli w okolicach kryzysu finansowego. Wtedy to bowiem jasne stało się, że historia nadal trwa, a Zachód nie wynalazł patentu na dobrą politykę. Trudno było też zamykać oczy na to, że Zachód nie jest jednorodny i istnieją poważne różnice między Francją a USA, Wielką Brytania a Islandią, Niemcami a Hiszpanią.
Nic z tego. Mit i anty-mit Zachodu nadal są żywe. Drobnym, acz bardzo pouczającym, przejawem tego pierwszego mitu jest postawa Tomasza Lisa. Warto na przykład zapoznać się z rozmową, którą przeprowadził pół roku temu w swoim programie z Timothym Gartonem Ashem. Lis pyta brytyjskiego historyka i sugeruje zarazem, że ta Polska to chyba nie jest taka do końca zachodnia. Wiadomo: PiS, populizm, upadek demokracji i tak dalej. Na co Ash zauważa przytomnie, że z tego typu problemami zmagają się też tzw. państwa zachodnie. Lis niby się zgadza, ale dopytuje, że jednak jest tu jakaś zasadnicza różnica. W sensie: nasz upadek demokracji jest większym upadkiem, nasz populizm większym populizmem, nasza prawica gorszą prawicą niż jej odpowiedniki na Zachodzie. I dopiero gdy Ash mówi coś, co można zinterpretować jako aprobatę dla tej tezy, redaktor czuje się spełniony.
W tej krótkiej wymianie zdań dzieje się kilka ciekawych rzeczy jednocześnie. Najlepsze jest to, że wszystkie najważniejsze kategorie potrzebne do jej analizy opisał już Piotr Stankiewicz w „21 polskich grzechach głównych”. Mamy tu na przykład do czynienia z autorasizmem, czyli dyskryminacją Polaków przez Polaków, z uznaniem nas samych za niższą rasę. To właśnie Lis, polski dziennikarz, a nie sam Ash domaga się powiedzenia na głos, że Polska jest w istotny sposób gorsza od krajów zachodnich. Ciekawe, że jest to autorasizm niejako podwójny. Nie dość, że Lis uważa Polskę za gorszą od mitycznego Zachodu, to jeszcze odczuwa potrzebę, aby tę diagnozę potwierdził ktoś z Zachodu właśnie. Tak jakby nawet on sam, światły Tomasz Lis, był zbyt skażony polskością, żeby jego krytyka Polski mogła być pełną krytyką bez aprobaty ze strony przybysza z lepszego świata.
Po prawej stronie bywa jeszcze głupiej. Najlepszym przykładem jest zestaw filmików prawicowej grupy, której nazwy nie chcę nawet reklamować, dopominającej się o ogólnoświatowy szacunek do Polski. Filmiki opierają się na założeniu, że Polska jest poniżana i niedoceniana przez świat zachodni pomimo tego, że to ona jest pierwsza wśród narodów. Nikt nie cierpiał tak, jak my cierpieliśmy. Nikt nie walczył tak, jak my walczyliśmy. Nikt nie jest obrażany tak, jak my jesteśmy. Wszystko w nieznośnie kiczowatym i patetycznym stylu właściwym dla naszej prawicy. Gdyby wziąć te filmiki na wiarę, można by dojść do wniosku, że Amerykanie, Brytyjczycy czy Francuzi nie myślą na co dzień o niczym innym, tylko o tym, jak by tu po raz kolejny poniżyć Polskę.
Absurd tych dwóch sposób myślenia wypłynął ostatnio przy okazji dyskusji o Obamie ściskającym dłoń Wałęsy. Reprezentujący prawicę Rafał Ziemkiewicz starał się za wszelką cenę zdeprecjonować jednego z najpopularniejszych prezydentów USA. Robił to w sposób wyjątkowo nierozsądny, opowiadając bajki o tym, że jest to polityk ze wszech miar przegrany. Zwolennicy Wałęsy z kolei zachwycali się tym uściskiem, jakby za jego sprawą Obama miał powiedzieć „Ja, przedstawiciel lepszego i wyższego świata, zatwierdzam mocą mojego autorytetu Lecha Wałęsę i wszystkich, którzy stoją po jego stronie”. Komiczny strach przed Zachodem zderzył się z równie komicznych zachwytem nad nim.
Nie chodzi o to, żeby popadać ze skrajności w skrajność. Żeby na kompleks niższości i wyidealizowaną wizję Zachodu odpowiadać nadymaniem się z powodu własnej polskości. Na mit Zachodu trzeba odpowiedzieć zdroworozsądkowym: Zachód nie istnieje. Nie istnieje jednolita kraina, którą można stawiać za wzór i cel wszelkich dążeń politycznych. To, co nazywamy Zachodem, jest tak naprawdę złożeniem wielu sprzecznych tendencji: dobrych i złych. Sam nie mam problemów z przyznaniem, że chciałbym, aby na polskich drogach było tak bezpiecznie jak na drogach brytyjskich czy hiszpańskich. Żeby polski system podatkowy był jak duński. Żeby polskie związki zawodowe były na poziomie fińskich lub francuskich. Żeby prawa kobiet i mniejszości seksualnych były przestrzegane przynajmniej tak jak w Szwecji. Z drugiej strony nie chciałbym ani takich nierówności społecznych, ani takiego prezydenta jak w USA. Nie chciałbym wychodzić z Unii Europejskiej, jak to zrobili Brytyjczycy. Nie chciałbym mieć takiej kolonialnej przeszłości jak Francuzi. Nie chciałbym, aby latami na politycznym szczycie utrzymywał się taki polityk jak Berlusconi we Włoszech. Słowem, czym innym jest przyznanie, że konkretne kraje zachodnie w konkretnych sprawach są lepsze od Polski, a czym innym przeprowadzanie mocnego, istotowego rozróżnienia między złą Polską i wspaniałym Zachodem. I na odwrót, bywamy lepsi w pewnych aspektach niż wybrane kraje zachodnie, ale nie mamy najmniejszych powodów, aby popadać w samozadowolenie bądź tworzyć mit złego Zachodu. Świat jest skomplikowany i byłoby dobrze, abyśmy częściej w polskiej polityce pamiętali o tej prostej prawdzie.
dr Tomasz S. Markiewka
Grafika: pixabay.com
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 16 września 2018 | Felietony, gospodarka społeczna, opinie
Życie bezkrytycznych miłośników wolnego rynku było kiedyś proste. Wystarczyło rzucać na przemian kilkoma hasłami. Przypływ podnosi wszystkie łodzie! Więcej rynku to więcej demokracji! Znieśmy regulacje rynkowe i uwolnijmy energię oraz przedsiębiorczość ludzi sukcesu! Jednak rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te opowieści. Im bardziej państwa rozwinięte podążały za wolnorynkową ortodoksją, tym gorzej się w nich działo. Realne płace klasy średniej stanęły w miejscu. Nierówności społeczne wzrosły do poziomu nieznanego od czasów sprzed II wojny światowej. Demokracja zaczęła ustępować rządom finansjery. Na to wszystko nałożył się potężny kryzys gospodarczy, wywołany między innymi deregulacją sektora finansowego.
Fundamentalistom rynkowym pozostał ostatni mit. „Popieram neoliberalizm, bo w ostatnich kilkudziesięciu latach wyciągnął setki milionów ludzi z ubóstwa” – napisał mi kiedyś jeden ze znajomych. To jedno zdanie dobrze podsumowuje ten mit. Może najubożsi i klasa średnia w krajach rozwiniętych nie mają tak dobrze, jak chcieliby, ale zobaczcie za to, ilu ludziom w krajach peryferyjnych pomógł ten rzekomo wstrętny neoliberalizm. Ta opowieść opiera się między innymi na danych Banku Światowego, wedle których skrajne ubóstwo w skali globalnej zmniejsza się systematycznie z roku na rok.
Jason Hickel, brytyjski antropolog, zauważa jednak, że gdy tylko przyjrzymy się bliżej problemowi światowego ubóstwa, to dostrzeżemy mniej optymistyczny obraz. Jak to często bywa, Bank Światowy okazuje się skuteczniejszy w reklamowaniu rzekomych sukcesów niż w rzeczywistej walce z biedą.
Na pozór wszystko się zgadza. Jeśli przyjmiemy granicę ubóstwa wyznaczoną przez Bank Światowy – kiedyś dochody w wysokości 1,02 dolara dziennie, potem 1,25, teraz 1,90 – to rzeczywiście okazuje się, że od kilkudziesięciu lat skrajne ubóstwo maleje. Jest jednak kilka „ale”. Duża część redukcji ubóstwa dokonuje się dzięki Chinom, które nie bardzo pasują do opowieści o wspaniałym neoliberalizmie zwalczającym biedę. Choć wprowadzają elementy gospodarki wolnorynkowej i są zdecydowanie bardziej krajem kapitalistycznym niż socjalistycznym, to robią to na własnych warunkach i przy uważnym nadzorze państwa.
Istnieją też poważne wątpliwości, czy linia ubóstwa wybrana prze Bank Światowy nie jest zbyt niska. O ile rzeczywiście można się utrzymać za 1,90 dolara w najbiedniejszych miejscach na świecie, to w krajach zamożniejszych potrzeba już więcej pieniędzy, aby nie popaść w skrajne ubóstwo. Zdaniem Hickela linia ubóstwa powinna być ustawiona na poziomie przynajmniej 5 dolarów dziennie. Co oczywiście znacząco wpłynęłoby na pogorszenie statystyk walki ze skrajną biedą.
Takie jest właśnie przesłanie Hickela. Historia skutecznej walki z biedą to w dużej mierze historia umiejętnego dobierania danych. Jeszcze w 2000 roku Bank Światowy był zmuszony przyznać, że liczba ubogich wzrasta. W 2001 prezes Banku Światowego, James Wolfensohn, ogłosił, że walka z ubóstwem jest skuteczna i jego skala ulega znacznemu zmniejszeniu. Jak to możliwe, że przez rok doszło do tak znacznych zmian? Po prostu zmieniono granicę ubóstwa – odpowiada Hickel. Na pozór podniesiono ją odrobinę, ale tak naprawdę niewystarczająco, aby uwzględnić zmniejszającą się siłę nabywczą dolara. I w ten sposób w ciągu jednej chwili liczba ubogich zmalała.
Zdaniem Hickela wszystkie te sztuczki przesłaniają niewygodną prawdę. Nasz sposób walki ze światową biedą opiera się na lichych przesłankach. Nie nadąża za przyrostem naturalnym i nie wykorzystuje potencjału dotychczasowego wzrostu gospodarczego. Jak pisze Hickel w książce „The Divide”: „W tej chwili naszą główną strategią likwidowania ubóstwa jest zwiększanie wzrostu globalnego PKB. Za tym pomysłem kryje się założenie, że owoce wzrastającego PKB trafią stopniowo także do najuboższych, poprawiając ich życie. Wszystkie dostępne nam dane pokazują jednak wyraźnie, że wzrost PKB nie przynosi tak naprawdę korzyści najbiedniejszym. Choć globalne PKB per capita wzrosło o 45% od 1990 roku, to liczba ludzi żyjących za mniej niż 5 dolarów dzienne zwiększyła się o 370 milionów. Dlaczego wzrost nie pomaga zredukować biedy? Ponieważ jego owoce są nierówno dzielone. Najbiedniejsze 60% ludzkości otrzymuje jedynie 5% dochodu wypracowanego dzięki globalnemu wzrostowi. Pozostałe 95% trafia do najbogatszych 40%. I mówimy tu o najlepszym możliwym scenariuszu. Biorąc pod uwagę wspomniany wskaźnik dystrybucji, Woodward oblicza, że zlikwidowanie skrajnego ubóstwa na poziomie 1,25 dolara dziennie zajmie ponad 100 lat. Jeśli granicę ustawimy na bardziej miarodajnym poziomie 5 dolarów dziennie, walka z ubóstwem zajmie 207 lat”.
Sprawę pogarsza to, że – jak słusznie zauważa Hickel – nie da się obecnie mówić o wzroście naturalnym bez uwzględnienia zagrożeń związanych z katastrofą środowiskową: „Nie dość, że te epokowe przedziały czasowe są wystarczająco rozczarowujące, to okazuje się, że jest jeszcze gorzej. W celu zlikwidowania biedy na poziomie 5 dolarów dziennie globalne PKB musiałoby zwiększyć się o 175 razy. Innymi słowy, musimy uzyskiwać, produkować i konsumować 175 razy więcej towarów niż dziś. Warto się nad tym przez chwilę zastanowić. Nawet gdyby tak niesamowity wzrost był możliwy, skutki okazałyby się tragiczne. Szybko doprowadzilibyśmy do katastrofy ekosystemu naszej planety, zniszczylibyśmy lasy i glebę, a co najważniejsze klimat” – zauważa Hickel.
Jeśli jest tak źle, to co możemy zrobić, żeby poprawić sytuację? Hickel zaczyna od skromnego postulatu: biedne kraje nie potrzebują pomocy krajów bogatych, na początek wystarczy po prostu, że te drugie przestaną je wykorzystywać. Popiera ją różnymi danymi statystycznymi. Podaje na przykład, jak horrendalnie wysokie odsetki muszą płacić biedne państwa od zaciągniętych pożyczek. „Pomoc” biednym krajom okazuje się świetnym interesem. Być może jednak problem najlepiej ilustruje krótka historia przytaczana przez Hickela w „The Divide”. Warto przeczytać ją w całości: „Kilka lat temu miałem okazję odwiedzić Zachodni Brzeg w Palestynie. Pewnego, szczególnie upalnego popołudnia mój gospodarz wiózł mnie w stronę Rowu Jodanu, gdzie miałem przepytać kilku rolników na temat problemów z wodą. Przebijając się przez żwirową trasę, natrafiliśmy na ogromny biały znak, sterczący pośród pustynnych kamieni. Widniało na nim ogłoszenie inicjatywy US AID, »aby pomóc w zmniejszeniu powracających kłopotów z dostępnością wody« przez utworzenie nowej studni. Na ogłoszeniu znajdowała się amerykańska flaga i dumne słowa: »Ten projekt jest darem obywateli Ameryki dla obywateli Palestyny«.
Postronny obserwator byłby zapewne pod wrażeniem. Pieniądze amerykańskich podatników zostały szczodrze podarowane, w zgodzie z duchem humanitaryzmu, biednym Palestyńczykom walczącym o przetrwanie na pustyni. Tylko że Palestyna nie cierpi na niedobór wody. Kiedy Izrael dokonał inwazji i zaczął okupywać Zachodni Brzeg w 1967 roku, ze wsparciem armii USA, przejął całkowitą kontrolę nad warstwami wodonośnymi. Izrael wydobywa większość tej wody – blisko 90 procent – dla swoich osiedli oraz w celu nawadniania wielkich przemysłowych gospodarstw rolnych. Gdy poziom wód podziemnych opada, studnie Palestyńczyków wysychają. Palestyńczycy nie mogą pogłębiać studni ani budować nowych bez zgody Izraela, której prawie nigdy nie otrzymują. Jeśli wybudują studnię bez zezwolenia, a często to robią, szybko zjawiają się izraelskie buldożery. Tak więc Palestyńczycy są zmuszeni kupować od Izraela własną wodę po arbitralnie wysokich cenach.
To nie jest żadna tajemnica. Wszystko dzieje się otwarcie, a rolnicy, z którymi rozmawiałem, wiedzą o tym aż za dobrze. Z ich punktu widzenia znak US AID jest tylko kolejnym policzkiem. Wbrew temu, co sugeruje, Palestyńczykom nie brakuje wody, po prostu zabrano im ją. Z pomocą USA. W 2012 roku, kilka miesięcy przed moją wizytą, Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych przyjęło rezolucję 66/225, wzywającą do przywrócenia Palestyńczykom praw do ich własnej wody. 167 krajów głosowało za rezolucją. USA i Izrael głosowały przeciwko”.
Opowieść Hickela wskazuje tylko na drobny element układanki składającej się ze złożonych relacji politycznych i ekonomicznych. Puenta, która z niej płynie, jest jednak uniwersalna. Chcemy na serio walczyć z biedą? To zacznijmy od szczerej oceny sytuacji. Zachód ponosi odpowiedzialność za kłopoty państw peryferyjnych. Nie chodzi tylko o dawne zbrodnie kolonializmu. Dzisiaj także wykorzystujemy biedniejsze kraje. Kiedyś Zachód napędzał swój postęp za pomocą niewolnictwa i podbojów, współcześnie robi to dzięki stronniczym traktatom handlowym, wysokoprocentowym pożyczkom czy zagarnianiu bogactw naturalnych. Istnieje na ten temat cała literatura: od „Globalizacji” Josepha Stiglitza, po „Złych Samarytan” Ha Joon-Changa. Te rzeczy dzieją się czasem przy jawnym użyciu siły. Kiedy wojska USA podbiły Irak, jedna z pierwszych decyzji dotyczyła zadbania o interesy amerykańskich firm i pomocy w przejęciu irackich przedsiębiorstw przez amerykański kapitał. Takie były początki „wprowadzania demokracji”.
Aczkolwiek mówienie o tym, że Zachód korzysta na wyzysku krajów peryferyjnych też jest zawodnicze. Przypominam: realne płace większości Amerykanów i Amerykanek stoją w miejscu od lat. O usługach publicznych często zaś nie można powiedzieć nawet tego, że stoją w miejscu – często ulegają stopniowej degradacji. Nie pomaga wsparcie udzielane przez rząd amerykańskim korporacjom. Nie pomaga wyzysk krajów peryferyjnych. Nie pomaga „wolny” rynek. Ostatecznie na wszystkim korzysta garstka ludzi. I trudno liczyć na to, że podejmiemy skuteczną walkę z globalnym ubóstwem bez rzucenia wyzwania porządkowi, w którym nieliczni żyją na koszt całej reszty.
dr Tomasz S. Markiewka