Słaby puls biznesu

Ponad połowa spośród 12 marek wskazanych przez czytelników „Pulsu Biznesu” jako powód do narodowej dumy należy do ponadnarodowych korporacji.

Sześciu laureatów plebiscytu to napoje alkoholowe, wiodące marki na rynku krajowym i/lub eksportowym; wszystkie przejęte przez międzynarodowe podmioty gospodarcze (jeden wytwarza swój produkt także w zakładach poza Polską). Dużym uznaniem cieszy się również marka E. Wedel, obecnie w posiadaniu… japońsko-koreańskim. Pierwsza firma, która szczyci się wyłącznie rodzimym (i rodzinnym) kapitałem, to producent autobusów z Bolechowa, Solaris, który zajął w rankingu 4. miejsce. Na pozycji 8. znalazł się Ludwik, płyn do mycia naczyń, którego wytwórca na swojej stronie internetowej również chwali się w pełni polskim właścicielstwem. Na liście znalazły się ponadto koszule Vistuli i Wólczanki, należące do polskiej grupy kapitałowej, i dwie firmy o własności rodzinnej (Melex i Dr Irena Eris).

Wyniki internetowej zabawy dziennika pozwalają uchwycić powszechny sposób postrzegania rzeczywistości: coś, co zawsze było wytwarzane w kraju – jest polskie, nawet jeśli producentem jest obcy podmiot, wyprowadzający wypracowany zysk za granicę (w dwudziestoleciu międzywojennym Austriacy stosowali podobne metody produkując na nasz rynek kosy „Kosynier”). Wielu rodaków kupując produkty opatrzone tradycyjnymi polskimi znakami towarowymi nawet nie wie, że przyczynia się do drenażu ekonomicznego własnego kraju. Inna rzecz, że często niełatwo o alternatywę, np. rynek napojów alkoholowych czy słodyczy zostały niemal w całości zdominowane przez obcy kapitał.

Jeśli spojrzymy na ranking z szerszej perspektywy, uderza fakt, że wśród marek, które wygrały „casting”, tylko trzy reprezentują innowacyjne, a więc perspektywiczne dziedziny przemysłu. Jak określił to na łamach „Obywatela” dr hab. Andrzej Karpiński, dominuje u nas przemysł „dymiący”, ustępujący z państw rozwiniętych, natomiast produkcja w branżach nowoczesnych stanowi 0,1-1,7% produkcji „starej” Unii, podczas gdy ludność Polski stanowi ponad 10% ludności Piętnastki. Sytuacja pod tym względem znacznie pogorszyła się w ciągu dwudziestu lat transformacji, zwłaszcza że powyższe, nikłe procenty w ogromnej części dotyczą montowni. To spuścizna przyjętego modelu prywatyzacji, ale i braku aktywnej polityki przemysłowej państwa. Wysokorozwinięte kraje zachodnie aktywnie wspierają swoje przemysły, pompując duże ilości pieniędzy w badania naukowe istotne dla rozwoju poszczególnych branż, podczas gdy u nas zdarzają się co najwyżej nakłady na „twardą” infrastrukturę. Skutki najlepiej obrazuje przykład przemysłu okrętowego. Niedozwolona pomoc publiczna okazała się gwoździem do trumny dla części naszych stoczni (choć rząd miał szersze pole manewru – pisaliśmy o tym w nr 46), podczas gdy Niemcy na swoje okrętownictwo przeznaczali znacznie większe kwoty, podnosząc jednocześnie jego konkurencyjność.

Dominujące w strukturze naszego przemysłu dziedziny opierają się o proste przetwórstwo i zaspokajają najbardziej podstawowe potrzeby. To samo dotyczy naszego eksportu, w którym królują produkty rolne i półfabrykaty. W medialnym szumie o rzekomej mocy polskiej gospodarki („odpornej na kryzys”) ginie alarmująca informacja, że udział importu w sprzedaży krajowej sięga 54%, podczas gdy udział produkcji wytworzonej w kraju (łącznie z firmami zagranicznymi) tylko 46%. Co gorsza, dominuje tendencja, by w ramach branż schyłkowych walczyć z zagraniczną konkurencją za pomocą niskich cen. Problem w tym, że wschodniej taniochy i tak nie przebijemy, a zbijanie kosztów przez obniżanie płac pomniejsza siłę nabywczą pracowników, będącą siłą napędową gospodarki, przez co wpadamy w błędne koło niedorozwoju.

Jeśli zrobimy solidny gospodarczy rachunek sumienia, okaże się, że de facto jesteśmy krajem półkolonialnym: sprzedajemy surowce i półprodukty, natomiast dobra wysokoprzetworzone i luksusowe sprowadzamy z zagranicy. Bezpośrednio po odzyskaniu niepodległości, choć kraj był w totalnej ruinie, inwestowano w rozwój rodzimej wytwórczości – początkowo na zagranicznych licencjach, a następnie we własne konstrukcje, co najlepiej widać na przykładzie przemysłu zbrojeniowego. Ostatnie przedwojenne polskie czołgi, samoloty czy karabiny były nowoczesne, bardzo dobrej jakości, a przy tym zaprojektowane i wykonane w kraju. Dziś, w bez porównania bardziej sprzyjających warunkach historycznych, gdy mowa o rozwoju przemysłu, najczęściej chodzi o żebraninę u zagranicznych inwestorów o wybudowanie u nas ich montowni. „Stymulowanie rozwoju gospodarki” ogranicza się do kolejnych zwolnień podatkowych dla najlepiej sytuowanych, liberalizacji prawa pracy i utrzymywania niskiej płacy minimalnej, natomiast rozwój nauki sprowadzono do zwiększania „produkcji” studentów, opuszczających akademickie mury z coraz mniejszą wiedzą.

Na „polską Nokię” będziemy musieli poczekać – na razie pozostaje nam prawie-piwo.

Konrad Malec

Bezrobocie nie istnieje!

Przekonują o tym już nie tylko neoliberałowie, ale także niektórzy „społecznicy”, specjalizujący się w pomocy… bezrobotnym.

Byłem w totalnym szoku, gdy od dziewczyny zajmującej się w jednej z organizacji społecznych m.in. prowadzeniem szkoleń dla osób od dłuższego czasu pozbawionych pracy, usłyszałem, że nie wierzy ona w istnienie w Polsce bezrobocia. Dowodziła, że problem ogranicza się do tzw. postawy: wyuczonej bezradności, niewiary we własne siły, braku gotowości do podnoszenia kwalifikacji. Na wszystkie te bolączki odpowiedzią miałyby być „profesjonalnie prowadzone szkolenia”.

Przykład ten pokazuje, jaki słaby kontakt z rzeczywistością mają niektórzy z tych, którzy próbują ją zmieniać. Kto mając do wyboru specjalistę z praktyką zatrudni kogoś po krótkim kursie? Tym bardziej, że często są one wątpliwej jakości. Jednak nawet nie w tym rzecz. W niewielkich, ale i całkiem dużych miejscowościach często w ogóle nie ma pracy. Kiedy człowiek, choćby po najlepszym kursie, z nowymi nadziejami zaczyna pukać do drzwi firm i firemek, spotyka go gorzkie rozczarowanie. Osobiście zetknąłem się z niejednym specjalistą, nieraz po dobrych studiach, zamiatającym łódzkie ulice czy myjącym klatki w ogrodzie zoologicznym, z braku innych ofert. Pewna kobieta, która za państwowe pieniądze zawodowo pomaga szukać pracy, w następujący sposób skomentowała podobne przypadki: robotnik nie może być lekarzem, ale lekarz może być robotnikiem. Nie da się ukryć, pytanie tylko – po co ci ludzie pokończyli uniwersytety, notabene utrzymywane z publicznych środków, skoro teraz wykonują najprostsze możliwe prace? Piewcy samodoskonalenia z wydawałoby się przeciwstawnych obozów, społecznego i neoliberalnego, solidarnie wzywają do nieustannego „inwestowania w siebie”, podnoszenia kwalifikacji, co ma stanowić najlepsze zabezpieczenie przed bezrobociem. Zapewne można w ten sposób w końcu zostać trenerem dla bezrobotnych, lub uzyskać dofinansowanie na własną budę z tanimi przekąskami czy kiosk z gazetami – bo mniej więcej na tyle starczają standardowe dotacje na podjęcie działalności gospodarczej, przyznawane przez pośredniaki.

O braku rzeczywistego bezrobocia mają świadczyć ogłoszenia o pracę. Długimi tygodniami można znaleźć na sklepowych witrynach informacje o poszukiwaniu sprzedawców, argumentował inny „społecznik”. Sęk w tym, że ów człowiek nigdy osobiście nie sprawdził, jak wygląda próba podjęcia pracy w sklepie. Niestety dla mego rozmówcy, próbowałem swoich sił w handlu. Po pierwsze, zaraz na wstępie potencjalny kandydat jest oceniany od stóp do głów, czy jest wystarczająco młody, zgrabny i błyskotliwy; niestety, niewielka część bezrobotnych spełnia wszystkie te warunki. Po drugie, praca w handlu bywa tak  nisko płatna, że nie opłaca się jej podejmować. Uwzględniając bowiem koszt dojazdów, konieczność zapewnienia opieki nad dzieckiem czy ilość zdrowia utraconego w nadgodzinach – de facto trzeba do niej dopłacać…

Również dla znajomego właściciela niedużej firmy o braku bezrobocia miały świadczyć ciągle widywane przez niego ogłoszenia: „zatrudnię szwaczki”. Ba! Sami właściciele szwalni pomstowali w prasie na brak rąk do pracy. Rzeczywiście, w owym czasie w Łodzi poszukiwano kobiet do prac w szeroko rozumianej branży tekstylnej. Problem leżał jednak gdzie indziej: w powszechnym braku rejestracji oferowanego zatrudnienia, a co za tym idzie – braku ubezpieczenia emerytalnego, na okoliczność choroby lub wypadku. Szefowie oczekiwali od pracowników przynajmniej 10-godzinnej pracy, zdarzały się przypadki wymiany „czarnego” personelu bez wypłaty obiecanych pieniędzy… Czy w tych warunkach można wymagać od ludzi „podjęcia jakiejkolwiek pracy”, zwłaszcza jeśli mają równolegle dużo obowiązków domowych? Warto w tym miejscu dodać, że jeśli szukająca pracy bezrobotna jest jednocześnie matką, nie ma zbyt dużych szans na przedszkole dla swojej pociechy. W ramach polityki (a)społecznej uznano, że skoro ktoś i tak siedzi w domu, to może zająć się dzieckiem, dlatego „z automatu” przesuwa się go na koniec kolejki oczekujących na przedszkole.

Jeśli mimo odbycia szkoleń i gotowości do zaakceptowania głodowej pensji nie udaje się znaleźć zatrudnienia we własnej miejscowości, sprawa jest oczywista: czas zmienić miejsce zamieszkania, np. przenosząc się do dużego miasta. Do tego, że takie tezy wygłaszają neoliberałowie, przywykłem już dawno, jednak ostatnio spotkałem się z taką opinią również u osoby, którą miałem za społecznie wrażliwą. Wyjazd! To brzmi fajnie, ale tylko dla kogoś, kto wyjeżdżał jedynie na wakacje. O wiele mniej przyjemne jest to dla opuszczającego ukochane strony, pozostawiającego rodzinę i przyjaciół (a więc i całą sieć nieformalnego wsparcia), zmuszonego w nowym miejscu wynająć mieszkanie (zwykle dużo droższe niż na prowincji)… W dzisiejszych czasach trudy rozłąki można niwelować Internetem i częstymi odwiedzinami – mają gotową odpowiedź zwolennicy przesiedleń za chlebem i pracą. Tylko że nawet najszybsze łącze internetowe nie zastąpi osobistego spotkania, a dojazd, nawet między dużymi miejscowościami, zajmuje dużo czasu, pozostawiając go niewiele na spotkania z bliskimi. Pomijam już koszty takich odwiedzin oraz fakt, że po ciężkim tygodniu pracy podróż w drugi koniec kraju bywa zwyczajnie męcząca. Cały czas wychodzimy tu przy tym z optymistycznego założenia, że pracę w innym mieście udało się zdobyć i utrzymać. Tymczasem dworce wielkich miast są okupowane przez tych, którym się nie powiodło, i to wcale nie z powodu wrodzonego nieudacznictwa czy „braku wystarczającej motywacji”, jak tłumaczą to sobie neoliberałowie i „społecznicy”.

Obawiam się, że część organizacji pozarządowych, które zawiązane zostały w jak najszlachetniejszych celach, przez osoby, którym dobro ogółu jak najbardziej leży na sercu, uległa degrengoladzie. Jak to się stało? Zapewne sięgnięcie po łatwe, unijne pieniądze sprawiło, że przyłączyło się do nich wiele osób, które zwyczajnie chciały się gdzieś „zaczepić”. Inna sprawa, że coś niedobrego stało się ze starymi „ideowcami”; coś, czego nie potrafię wyjaśnić. Może to przejście na dość wygodne, pozarządowe etaty, w połączeniu z oderwaniem od „normalnego” rynku pracy (na którym zresztą wielu z nich nigdy nie było)? A może brak osobistych kontaktów z ludźmi „niskiego stanu” i ich doświadczeniami? Może warto, by ludzie wrażliwi chociaż trochę pożyli wśród biedoty, jak Orwell, który swoje doświadczenia zebrał w „Na dnie w Paryżu i w Londynie”? W każdym razie wszystkim „społecznikom” i społecznikom polecam posmakowania życia i pracy w naprawdę trudnych warunkach. Choćby przez wakacje.

Pochwała różnorodności

Obecne wybory mogą ugruntować dominację dwóch największych partii. Tymczasem w polityce głowa boli nie tylko od przybytku, ale i od niedoboru.

Z tym największy jest ambaras, żeby czworo chciało naraz – zdają się mówić krytycy obecnej, wielopartyjnej rzeczywistości. Wskazują oni na trudności w porozumieniu się poszczególnych ugrupowań (a zwłaszcza ich liderów), np. przy okazji tworzenia koalicji. Według nich system dwupartyjny, w którym jedna formacja wygrywa i bierze wszystko, druga zaś mniej lub bardziej uprzykrza życie zwycięzcy, czekając na kolejny obrót koła wyborczej fortuny, przynosi same korzyści. Przykładowo, gdy znika konieczność „dowartościowania” koalicjanta, rząd może ograniczyć liczbę ministerialnych etatów, zmniejszając biurokrację i wydatki (w praktyce takie nadzieje bywają złudne, bowiem obowiązki likwidowanych resortów czy departamentów przejmują te, które przetrwają). Wszyscy są szczęśliwi, oczywiście z wyjątkiem partii spoza „Wielkiej Dwójki”, które nie mają udziału w rządzeniu, lub wręcz reprezentacji w parlamencie.

Wizja systemu dwupartyjnego znajduje w mediach coraz większy oddźwięk. O ile nietrudno zrozumieć tytuły ściśle powiązane z dominującymi formacjami, o tyle dziwi akceptacja tego modelu wśród wydawców mniej powiązanych z nimi ideą, czy partykularnym interesem. Powinni oni bronić pluralizmu choćby tylko dlatego, że więcej partii, to więcej wydarzeń, które można relacjonować i komentować. W końcu nie samym Palikotem czytelnik żyje…

Tymczasem spójrzmy na ostatnie wybory. W środkach masowego przekazu od samego początku liczyli się tylko dwaj kandydaci na najwyższy urząd w państwie; pozostali, zwłaszcza z ugrupowań pozaparlamentarnych, traktowani byli jako ciekawostka. Nic więc dziwnego, że od tak wielu osób słyszałem, że w pierwszej turze nie głosowali na ulubionego kandydata, lecz wybierali spośród dwóch, którzy „mieli realne szanse”, by „nie zmarnować głosu”. Co prawda w pewnym momencie Grzegorz Napieralski wykazał się brakiem taktu, zdobywając wyższe poparcie, niż dla niego przewidziano, ale ostatecznie i tak odpadł w półfinałach, z brązowym medalem na pocieszenie. W badaniach opinii publicznej od dłuższego czasu poparcie dla „planktonu” w wirtualnych wyborach parlamentarnych wykazuje tendencję spadkową. Wrażenie faktycznej dwupartyjności pogłębiają komentatorzy liczących się gazet i audycji, ustawiający mniejsze ugrupowania w charakterze „przystawek”. Wiara ta udziela się nawet przywódcom tych ostatnich, którzy pielęgnują swoisty minimalizm. Szczególnie dobrze było to widać w wypowiedzi Waldemara Pawlaka po podliczeniu przez Państwową Komisję Wyborczą wyników i wyroku: „PSL prześlizgnęło się tuż nad poprzeczką”. Szef partii z wyraźną ulgą oświadczył, że jak widać w małych miasteczkach i na wsiach jego partia jest jeszcze potrzebna. Samozadowolenie lidera ludowców budzi zdumienie, nie mniejsze niż zawarta następnie koalicja, czyli… zgoda na pozycję przystawki do skonsumowania.

Czy dwupartyjność na wzór amerykański jest synonimem dojrzałej demokracji, w co zdaje się wierzyć duża część zarówno polskiej „ulicy”, jak i elit? Przykłady z innych krajów o ugruntowanej „władzy ludu” raczej tego nie potwierdzają. W niedużej Szwajcarii do parlamentu tradycyjnie wchodzą cztery ugrupowania, które wspólnie formują rząd – Helweci mówią nieraz z dumą, że swoje władze wybrali 90 lat temu. Oczywiście Szwajcaria to dość szczególny przypadek, innym przykładem może być jednak Belgia, również nieduża, a mamy tam zwykle do czynienia z aż ośmioma ugrupowaniami w parlamencie, z których wyłaniane są rządy koalicyjne. Także w innych państwach europejskich zachowały się systemy wielopartyjne, np. we francuskim Zgromadzeniu Narodowym zasiada 13 ugrupowań, a w niemieckim Bundestagu, węgierskim Zgromadzeniu Narodowym czy słowackiej Radzie Narodowej – po 6.

Istnienie w głównym nurcie polityki większej liczby partii stanowi wartość samą w sobie. Pomijając nawet wyjątkową jałowość sporów czy debat toczonych między dwoma tylko siłami – zwłaszcza, gdy niewiele się one różnią w wielu kluczowych sprawach, jak ma to miejsce choćby w Polsce – zwyczajnie zmniejsza się wtedy stopień reprezentacji obywateli we władzy ustawodawczej, a to już poważna strata. Ponadto, nawet ugrupowania „niszowe”, liczące po kilku posłów, mogą mieć potencjalnie coś ciekawego do zaoferowania, rzucić z sejmowej mównicy inne światło na istotne sprawy publiczne. Tu ciekawym przykładem służą Czesi. U naszych południowych sąsiadów zawsze jest kilku „zielonych” parlamentarzystów, którym jednakowo daleko/blisko zarówno do prawicy, jak i lewicy. Stanowią więc języczek u wagi w kolejnych bataliach wyborczych, co jak się zdaje – wychodzi Czechom na zdrowie.

Zresztą sam „wynalazek” koalicji, tak niekiedy krytykowany, także może potencjalnie przynosić pożyteczne rezultaty, zwłaszcza kiedy między koalicjantami występują znaczące różnice. Zmuszeni do szukania kompromisu mają wtedy możliwość wypracowania rozwiązań, które choć nikogo nie zadowolą w pełni – będą w równej mierze satysfakcjonujące dla obu grup wyborców.

A że obecnie na naszej scenie politycznej interesów wielu grup społecznych nie reprezentuje nawet „plankton”, to już temat na inny komentarz.

Cieć na własnym

Zgodnie z duchem czasu, najwyższą formą gospodarowania oraz szczytem rozwoju osobistego zarazem, jest własna firma. Tylko ona da nam możliwość decydowania o sobie, poczucie stabilizacji, szczęście w życiu doczesnym i ewentualnym następnym.

Słuchając propagandystów z radiowych audycji ekonomicznych można dojść do wniosku, że czas rzucić pracę i przejść na samozatrudnienie, a tym samym podnieść swoją stopę życiową. Podejrzewam, że części osób naprawdę dobrze „na własnym”, niestety przykłady z życia wzięte bezlitośnie obnażają złudność powyższej generalizacji.

Przykład pierwszy: mój niezbyt bliski znajomy jest przedstawicielem handlowym dużej firmy w jednym z większych miast wojewódzkich. Chcąc zredukować koszty (choć kryzys w oczy jej nie spogląda), zaproponowała mu ona przejście na własny rachunek. Ponieważ nie była to propozycja z serii „usiądźmy, jakoś się dogadamy”, znajomy ją przyjął. Szczegółów jego sytuacji nie znam, ale daje mi do myślenia, że szuka obecnie pracy w miejscach, gdzie płacą o wiele mniej, niż wynosi obecny napływ gotówki świeżo upieczonego szefa własnej firmy.

Powyższy przykład być może nie jest aż tak przekonujący, lećmy więc dalej. Niedawno przez przypadek usłyszałem rozmowę dwóch dziewczyn na przystanku autobusowym. Pierwsza z nich zwierzała się przyjaciółce, że zaproponowano jej przejście z etatu na własny rachunek. Jak sobie ta młoda kobieta wyliczyła, miałaby o 1/3 większą pensję, jednak obawiała się, co będzie, jeśli zajdzie w ciążę…

Historia chwyta za serce, choć kiedy pomyślę o kwotach, jakie wspomniane dziewczyny wymieniały, to mnie jakaś zazdrość ogarnia… Może więc przejdźmy do przykładu trzeciego, chyba najbardziej wymownego. Znajomy, dozorca obsługujący trzy kamienice na ul. Piotrkowskiej w Łodzi, też jest biznesmenem. Administracja złożyła mu propozycję nie do odrzucenia. Dochód mu się podniósł (choć niezbyt widowiskowo), jednak przybyło także pracy, bowiem jako zewnętrzna firma nie ma obecnie prawa do urlopu. Nie ma również prawa do „fanaberii”, takich jak choroba. Nadgodziny? Przecież właścicieli firm nie obowiązuje 40-godzinny tydzień pracy…

Zapewne większość czytelników nie wie, jak wygląda lista obowiązków dozorcy. Otóż każdego dnia musi stawić się w pracy o 5:00 i posprzątać. No dobra, w niedzielę nie musi zamiatać wszystkich kątów, ale musi choć „z grubsza” uprzątnąć teren (a po sobocie na reprezentacyjnej ulicy jest co robić…); w święta również. Zimą, jeśli spadnie śnieg, do godziny 22.00 musi wszystko odśnieżać. Podczas śnieżycy musi tę czynność powtarzać praktycznie non stop, jeśli nie – grozi mu mandat. Jeśli ktoś się „połamie”, a powierzchnia nie była należycie odśnieżona, dozorcy grozi pozew o odszkodowanie, a w skrajnych przypadkach nawet proces karny.

Opierając się o dobrą, osobistą znajomość tej grupy społecznej, powiem wprost: większość osób dbających o czystość naszej okolicy, to bardzo porządni ludzie. Wspomniany znajomek lubił od czasu do czasu wypić lampkę dobrego alkoholu, jednak z uwagi na dochody o takim luksusie mógł sobie jedynie pomarzyć. Wbrew stereotypowi, nigdy go pijanego nie widziałem, za to powierzone mu tereny zwykle należały do najbardziej zadbanych. Efekty „zmiany pozycji społecznej” były następujące: kiedy ostatni raz go widziałem, już siódmy rok nie był na żadnym urlopie, ani zwolnieniu chorobowym (czytaj: od siedmiu lat pracował każdego dnia!). Zimą zdarzało mu się nie mieć sił, by wrócić do domu; spał w w puchowej kurtce w schowku na narzędzia. W pierwszej chwili dochód wyższy o niemal pół tysiąca go ucieszył, pobiegł do sklepu muzycznego zainwestować w kilka płyt ulubionych jazzmanów. Radość szybko minęła, a zmęczenie spowodowało, że nie był w stanie sam rozliczać podatków, ZUS-u itp. (choć jest inteligentną osobą) i musiał zacząć korzystać z pomocy fachowca. A ponieważ został krezusem, sąd podniósł mu wysokość płaconych alimentów.

Niewątpliwie „samozatrudniony” pracownik jest dla firmy wygodny, gdyż przestaje ona właściwie mieć wobec niego jakiekolwiek obowiązki. Niestety, realne korzyści z tej formy współpracy zwykle odnosi wyłącznie ona.

Za biedni na kasę

Często spotykam się ze zdziwieniem, że biedni nie kupują przyzwoitych produktów – droższych, ale trwalszych; wszak to czysta oszczędność. Czysta oszczędność i czysta prawda, tyle że dla osób, które na to stać.

Przez długi czas pracowałem w zawodach, bez których współczesne miasto by sobie nie poradziło, a które są dość powszechnie pogardzane i bardzo skromnie wynagradzane. Wbrew równie powszechnej opinii, jak ta zawarta w zdaniu wstępnym, nie trafiają do takich prac wyłącznie skończeni degeneraci. Spotkałem tam ludzi o bardzo różnym poziomie wykształcenia, kultury osobistej i przejściach życiowych. Większość została przeżuta, a następnie wypluta przez transformację, toteż obok siebie, ramię w ramię, ulice pucowali majstrzy z łódzkich fabryk i chłopcy, którzy mieli bliższe kontakty z systemem penitencjarnym; abstynenci i alkoholicy, drobne złodziejaszki i gorliwi chrześcijanie. W większości – bardzo porządni ludzie, a z pewnością bardzo porządni koledzy. Pracą tą usiłowałem zarobić na życie i studia (swoją drogą ze strony przyszłej tzw. inteligencji często spotykały mnie drwiny z powodu wykonywanego zawodu, podczas gdy ze strony kolegów z pracy mogłem liczyć na wsparcie w nauce, za co do dziś jestem im niezmiernie wdzięczny). Pięcioletnia praca w zakładzie komunalnym nauczyła mnie nie tylko oceniania ludzi po charakterze, nie zaś dyplomie, lecz także pozwoliła przyjrzeć się pewnym mechanizmom biedy i degradacji społecznej.
Wszyscy musieliśmy sobie radzić z niskimi dochodami. Wracamy w tym miejscu do pytania, czemu ludzie o tak niskich zarobkach nie kupowali np. porządnych spodni, które wytrzymają cztery lata? W owym czasie porządne spodnie „zaczynały się” od 200 zł, nasze pensje zaś wynosiły niewiele ponad 700, z czego należało dokonać wszelkich niezbędnych opłat i zakupić jedzenie (nie pytajcie nawet, jak to się udawało). W tej sytuacji pozostawały zakupy albo na najtańszych bazarach, albo w sklepach z odzieżą używaną. Sumarycznie przez cztery lata zapewne każdy wydał więcej niż 200 zł, by mieć co, za przeproszeniem, na tyłek włożyć. Dlaczego więc nikt się nie wstrzymał z zakupem i swoich pieniędzy nie wrzucił do skarbonki? Zdaję sobie sprawę, że niektórym mędrkom z zamkniętych osiedli nie mieści się to w głowie, ale zwyczajnie dlatego, że musielibyśmy chodzić nago. Paradoksalnie, ludzie wydają więcej właśnie z biedy.
Tak, wiem, sami są sobie winni: mogli się uczyć, pójść na kurs, wcześniej się jakoś zabezpieczyć. Powiedziała mi to w tamtym czasie pani doktor od ekonomii, z którą miałem zajęcia. Dla porządku dodam, że w moim mieście szalało wówczas niemal 20-procentowe bezrobocie, a że działo się to jeszcze przed wejściem do Unii, darmowych kursów czy innych sposobów dokształcania się nie było, a w każdym razie nie było o nie tak łatwo, jak dziś. Kiedy rozmawiałem o tym z inną panią doktor, powiedziała wprost: W obecnym systemie gospodarczym ci ludzie właściwie nie mają szans, by się wyrwać ze swego położenia.
Podobne mechanizmy działają na poziomie samorządów. Bogate gminy nie mają problemów z pozyskiwaniem unijnych środków na „wyrównanie szans”, w przeciwieństwie do swoich biedniejszych pobratymców. Pomijając braki kadrowe, które uniemożliwiają napisanie dobrego wniosku, a następnie realizację i rozliczenie projektu, ubodzy krewni zwyczajnie nie mają środków na wymagany tzw. wkład własny. Oto przykład z mojego podwórka. W aglomeracji łódzkiej powstał pomysł Łódzkiego Tramwaju Regionalnego. W projekcie miały wziąć udział cztery gminy, przy czym żadna z nich nie należy do najbiedniejszych w Polsce. Gratka nie lada, o ile dobrze pamiętam Unia Europejska sponsorowała niemal 80% wartości inwestycji. Dla pełnego obrazu dodam, że w gminie Ksawerów jest zaledwie pięć przystanków, a długość torowiska nie przekracza 2 km. Wymiana torów na tym odcinku to koszt wysokości rocznego budżetu tej gminy, dlatego zredukowanie go do 1/5 wydaje się niepowtarzalną okazją, Ksawerów nie był jednak specjalnie zainteresowany zainwestowaniem 20% swego budżetu w linię tramwajową, biegnącą zresztą po obrzeżu gminy. Regionalny przewoźnik zadeklarował, że na własny koszt wyremontowałby ten odcinek, bo i tak by mu się to opłacało, ale przepisy na to nie zezwalają. Po północnej stronie gmina Zgierz, która początkowo dość ciepło odnosiła się do koncepcji, również się wycofała, z powodu… braku środków na wkład własny. W efekcie końcowym tramwaj regionalny nie wyjeżdża poza granice Łodzi.
Warto zauważyć, że w Polsce jest wiele gmin w znacznie gorszym położeniu, podobnie jak wielu ludzi ma przychody niższe niż moi koledzy z zakładu komunalnego. Jeśli nie chcemy Polski trwale podzielonej na obszary bogate i nowoczesne oraz biedne i zacofane, a jej obywateli na mieszkańców zamkniętych osiedli i „wiecznych nieudaczników”, to musimy niezwłocznie wypracować system bardziej sprawiedliwego podziału dóbr.

Konrad Malec