przez Konrad Malec | piątek 18 marca 2011 | nasze rozmowy
25 lutego sejm przyjął ustawę o zniesieniu barier administracyjnych dla obywateli i przedsiębiorców, która umożliwi przekształcanie spółdzielni pracy w spółki prawa handlowego. Alfred Domagalski, prezes Krajowej Rady Spółdzielczej, wyjaśnia, co to oznacza oraz zarysowuje tło funkcjonowania spółdzielni w ostatnim dwudziestoleciu.
***
Jeśli ustawa zyska akceptację senatorów i prezydenta, umożliwi przekształcanie spółdzielni pracy w spółki prawa handlowego. Co to oznacza dla polskiej spółdzielczości?
Alfred Domagalski: Problem należy rozważać na tle całej polityki państwa wobec spółdzielczości po roku 1989. W reformowaniu polskiej spółdzielczości na początku lat 90. minionego stulecia popełniono niestety wiele błędów. Ich praprzyczyną było uznanie spółdzielczości za formę niewłaściwą dla systemu gospodarki rynkowej, brak dostatecznego zrozumienia spółdzielczej specyfiki oraz potrzeba otwarcia szerokiego pola dla tworzącego się sektora prywatnego.
Skutki tamtych decyzji okazały się bardzo dotkliwe dla ludzi związanych ze spółdzielczością. Wystarczy powiedzieć, że pracę w podmiotach spółdzielczych straciło aż 900 tys. osób, a udział spółdzielczości w tworzeniu PKB zmniejszył się z 9,5% do ok. 0,8%. Trzeba dodać, że także 900 tys. osób przestało być współwłaścicielami spółdzielczego majątku. Jeśli nawet przyjmiemy, że w czasie PRL spółdzielczość była w pewnym sensie nadwartościowana, to i tak czas po transformacji był najczarniejszym okresem w 150-letniej historii tego ruchu, pięknego i użytecznego dla ludzi i państwa. Dla porównania przypomnę, że spółdzielczość w krajach Unii Europejskiej tworzy niemal 5 milionów miejsc pracy, zrzesza 145 milionów członków i wytwarza ok. 6% PKB, w istotny sposób przyczyniając się do budowy społeczeństwa obywatelskiego, wzbogacenia rynku oraz poprawy jakości życia wielu ludzi.
Niepowetowane straty, jakie poniosła spółdzielczość, nie są stratami abstrakcyjnymi. Są to straty konkretnych ludzi, którzy pozostali bezsilni wobec obowiązującego prawa i cwaniactwa wąskich grup interesów. Są to określone straty społeczne, o których oszacowanie nikt się nie pokusił. Ludzie stracili nie tylko najbardziej bezpieczne miejsca pracy i wsparcie na trudnym komercyjnym rynku, ale przede wszystkim współwłasność i poczucie współgospodarzenia we własnym kraju. Zamiast polityki upowszechniania własności, państwo wspiera jej koncentrację. Zamiast dywersyfikacji systemu społeczno-gospodarczego, państwo buduje monolityczny rynek. Zamiast tworzenia warunków dla szerokiej aktywności społecznej i zawodowej obywateli, promuje się indywidualizm i bierność. Przez niemal 20 minionych lat żaden z rządów nie wykazywał zainteresowania problemami spółdzielczości i nie wyraził woli naprawienia popełnionych błędów.
Czy obecny rząd i jego działania to wyjątek?
A.D.: Wydaje się, że obecny rząd, nie chcąc być gorszym, idzie śladem poprzedników. Rząd Prawa i Sprawiedliwości rozdał spółdzielcze mieszkania, które i tak należały do członków spółdzielni mieszkaniowych, a rząd Platformy Obywatelskiej rozdaje majątek, który i tak należy do członków spółdzielni. To nic nie kosztuje, ale robi wrażenie. Być może pozwoli to też pozyskać jakąś grupę wyborców.
Paradoksalnie, wraz z powołaniem obecnego rządu PO-PSL pojawiła się nadzieja. Dzięki decyzji premiera Donalda Tuska i zaangażowaniu ministra Eugeniusza Grzeszczaka przygotowany został Raport o spółdzielczości polskiej, odbyła się, w ramach informacji bieżącej rządu, debata parlamentarna, a Prezes Rady Ministrów powołał międzyresortowy zespół do spraw przygotowania projektu założeń nowej ustawy Prawo spółdzielcze. Wszystko to pozwalało sądzić, że następuje długo oczekiwany zwrot w postrzeganiu spółdzielczości przez władze publiczne.
Niestety, powraca pomysł przekształcania spółdzielni pracy w spółki prawa handlowego, a posłowie PO składają w Sejmie własny projekt ustawy o spółdzielniach. Pogarsza on warunki funkcjonowania spółdzielni – i tak już znacznie trudniejsze niż firm prywatnych. Wszystko to dzieje się w czasie pracy zespołu międzyresortowego nad projektem założeń nowej ustawy Prawo spółdzielcze i tym samym każe się zastanowić nad rzeczywistymi intencjami rządu.
Jakie mogą być konsekwencje planowanych zmian?
A.D.: Trudniejsze warunki funkcjonowania spółdzielni niż spółek kapitałowych i odejście od międzynarodowych zasad spółdzielczych spowodowały wzmożoną ucieczkę z systemu spółdzielczego poprzez procesy likwidacyjne i silną presję na wprowadzenie prawnych możliwości przekształcania spółdzielni w spółki. Procesy te ułatwiło odejście ze spółdzielni dużej części członków.
Trzeba także zwrócić uwagę, że projekt ustawy, wbrew pozorom, nie dotyczy tylko spółdzielni pracy, lecz także spółdzielni inwalidów i niewidomych, spółdzielni rękodzieła artystycznego „Cepelia” oraz spółdzielni socjalnych. W tej sytuacji wprowadzenie prawnej możliwości przekształcania spółdzielni pracy w spółki wydaje się być jednym z ostatnich kroków na rzecz wygaszenia systemu spółdzielczego w Polsce.
Pragnę jednak podkreślić, że nie jesteśmy w sposób doktrynalny przeciwni wprowadzeniu prawnych możliwości zmiany formuły prawnej funkcjonowania spółdzielni. Możliwość ta poprzedzona jednak powinna być odpowiednimi zmianami prawa spółdzielczego, sankcjonującymi odmienność spółdzielni od spółek kapitałowych, tak aby członkowie mogli dokonywać realnego, a nie pozornego wyboru. Brak takich rozwiązań będzie skutkować destrukcją całego systemu spółdzielczego i określonymi konsekwencjami społecznymi. W ciągu kilku lat znikną nie tylko spółdzielnie pracy, ale także większość spółdzielni „Samopomoc Chłopska”, spółdzielni spożywców „Społem” oraz spółdzielni inwalidów i niewidomych. Nasili się proces wychodzenia z systemu spółdzielczego w pozostałych branżach. Za kilka lat trzeba będzie realizować kosztowne programy rządowe, mające na celu odbudowę tego systemu.
Pomimo negatywnej opinii większości środowiska spółdzielczego, niektóre spółdzielnie poparły zmiany, czemu?
A.D.: Jest kilka czynników składających się na poparcie przez część środowiska takich rozwiązań. Dwa są zasadnicze. Pierwszy to trudniejsze warunki prawne funkcjonowania spółdzielni w stosunku do spółek prawa handlowego. Wskutek braku dostatecznego rozumienia spółdzielczej istoty i specyfiki, ciągła manipulacja prawem spowodowała, że spółdzielnie stały się gorszej jakości spółkami. Jeśli ktoś ma do wyboru funkcjonowanie w gorszych i lepszych warunkach, to jest rzeczą naturalną, że wybierze te lepsze.
Po drugie, istnieje silna pokusa sięgnięcia, w sposób znacznie prostszy, po spółdzielczy majątek. Zerwanie więzi ekonomicznych członka ze spółdzielnią spowodowało brak zainteresowania członków swoimi spółdzielniami i odejście z nich wielu, często większości, członków. W sytuacji, gdy pozostało niewielu członków, a majątek jest duży, można sporo zyskać. Niektórzy chcą więc z tej możliwości skorzystać. Poparcie płynie przede wszystkim ze spółdzielni o niewielkiej liczbie członków i znaczącym majątku.
Czy projekt był konsultowany z KRS, jako samorządem spółdzielczym?
A.D.: Projekt formalnie był konsultowany ze środowiskiem spółdzielczym. Krajowa Rada Spółdzielcza jako naczelny organ samorządu spółdzielczego zajęła w tej sprawie stanowisko w piśmie do Marszałka Sejmu oraz Przewodniczącego Komisji „Przyjazne Państwo”, która rozpatrywała ten projekt. W pracach Komisji uczestniczył także przedstawiciel KRS. Wcześniej przedłożyliśmy swoją opinię Ministerstwu Gospodarki, gdzie projekt został przygotowany. Niestety zarówno rząd, jak i ustawodawca za bardziej wiarygodne uznali opinie wąskiego grona zainteresowanych osobiście wprowadzeniem takich przepisów, niż stanowiskiem Krajowej Rady Spółdzielczej, której żadnych interesów osobistych przypisać nie można. To zastanawiające. Odrzucono także wszystkie propozycje KRS, mające zasadnicze znaczenie dla osłabienia destrukcyjnego charakteru ustawy.
Nie jest tajemnicą, że część środowiska politycznego kieruje się ideową niechęcią i politycznymi uprzedzeniami do spółdzielczego systemu gospodarowania.
Nowe zapisy idą w kierunku odwrotnym, niż zalecenia ONZ, MOP czy UE, których Polska jest aktywnym członkiem. Czemu rząd postępuje wbrew tym zaleceniom?
A.D.: To dobre pytanie, ale właściwym adresatem powinien być rząd. Nie potrafię znaleźć na to racjonalnej odpowiedzi, tym bardziej, że jak wspomniałem, po raz pierwszy po 20 latach udało się nawiązać obiecujący dialog z rządem i przygotować bardzo dobry, w moim przekonaniu, Raport o spółdzielczości polskiej.
Wydawało się, że zmianie polityki rządu w stosunku do spółdzielczości sprzyjają nowe okoliczności. Kryzys ekonomiczny z roku 2008 uświadomił wszystkim, że opieranie strategii rozwoju wyłącznie na globalnych komercyjnych rynkach przynosi bardzo poważne zagrożenia. Oczy wielu intelektualistów zwróciły się w kierunku innych form prawnych aktywności społecznej i zawodowej obywateli, w tym ku systemowi spółdzielczemu, jako wspólnotowej zaradności ludzi. Walory tego systemu i jego znaczenie dla trwałego rozwoju społeczno-gospodarczego i budowania bezpieczeństwa społecznego zostały niejako odkryte na nowo.
Uczeni dali temu bardzo znaczący wyraz, przyznając nagrodę Nobla z dziedziny ekonomii za 2009 rok amerykańskiej uczonej, Elinor Ostrom, za badania nad wspólnotami i spółdzielczością. Dowiodła ona, że w dłuższym okresie wspólnotowe gospodarowanie może być bardziej efektywne, bowiem prowadzi do optymalizacji ludzkich decyzji. Również Organizacja Narodów Zjednoczonych dla podkreślenie roli i znaczenia spółdzielczości oraz zwrócenia uwagi szerokiej opinii społecznej na tę problematykę, proklamowała rok 2012 Międzynarodowym Rokiem Spółdzielczości. ONZ zwróciła się do rządów krajów członkowskich o dokonanie przeglądu ustawodawstwa spółdzielczego pod kątem dostosowania go do międzynarodowych zasad spółdzielczych.
Nie potrafię więc odpowiedzieć, dlaczego rząd staje w poprzek nie tylko zaleceniom międzynarodowych organizacji, których Polska jest członkiem, ale także współczesnym tendencjom cywilizacyjnym.
Jak Pan wspomniał, udział spółdzielczości w polskim PKB spadł poniżej 1%, wobec średniej unijnej na poziomie 6%. Nowa ustawa nie poprawi tego bilansu. Jakich zmian w prawie potrzebujemy, by spółdzielczość mogła dynamiczniej działać i się rozwijać?
A.D.: Niestety, ten syntetyczny wskaźnik, obrazujący wkład spółdzielczości w rozwój społeczno-gospodarczy naszego państwa, jest smutnym bilansem dwudziestoletniej polityki rządów w stosunku do tego sektora. Śmiem twierdzić, że polityka ta prowadzona jest wbrew obowiązującym programom rozwoju naszego państwa, tj. Narodowej Strategii Spójności oraz Strategii Rozwoju Kraju, gdzie mocno podkreślana jest potrzeba budowy społeczeństwa obywatelskiego. Trudno sobie wyobrazić budowę takiego społeczeństwa bez spółdzielczości. Daje ona bowiem szansę dla wielu ludzi na aktywność społeczną i zawodową, stanowiącą podstawę społeczeństwa obywatelskiego.
Aby spółdzielczość mogła się właściwie rozwijać, trzeba zachować jej odmienność od sektora komercyjnego. Wystarczy powrócić do dobrych rozwiązań z przedwojennej Polski i do wzorców funkcjonujących współcześnie w wielu demokratycznych państwach, m.in. w państwach członkowskich Unii Europejskiej.
Do niezbędnych zmian prawnych, uwzględniających spółdzielczą specyfikę, zaliczyć należy, wzorem wielu innych krajów, przywrócenie więzi ekonomicznych członka ze spółdzielnią oraz wypracowanie i wdrożenie mechanizmów wsparcia akumulacji kapitału. Niestety wśród polityków i wysokich urzędników państwowych nie tylko brakuje zrozumienia tej kwestii, ale także woli rozmowy o tych problemach. W tym przypadku obowiązuje jedynie słuszna doktryna, prowadząca do zbudowania dwubiegunowego państwa. Na jednym biegunie podmioty komercyjne, na drugim zaś wolontariat. Takie państwo to państwo ułomne, pozbawione spójności i więzi społecznych, narażone na konflikty i kryzysy. Znaczna część jego obywateli będzie się czuła wyobcowana i pozbawiona motywacji do obywatelskiej aktywności.
Widzi Pan szanse na odrzucenie ustawy przez Senat lub niepodpisanie jej przez prezydenta?
A.D.: Przykro mi to mówić, ale nic nie wskazuje na to, aby taka refleksja miała nastąpić obecnie na którymkolwiek etapie legislacyjnym.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 14 marca 2011 r.
Warto przeczytać także nasz archiwalny wywiad z Alfredem Domagalskim: „Spółdzielczość to szkoła demokracji i solidarności”
przez Konrad Malec | sobota 29 stycznia 2011 | opinie
Wymiar sprawiedliwości przykłada różne miary do zabijających dla zysku.
Ktoś zabija dla pieniędzy. Przed sądem wykazuje skruchę, zarzeka się, że nie chciał odebrać życia. Dowody wskazują, że oskarżony rzeczywiście liczył się jedynie z pomniejszymi obrażeniami u swojej ofiary. Sąd wydaje wyrok skazujący: dwa i pół roku więzienia, w zawieszeniu na pięć lat – za czyjąś śmierć. Czy tak powinna wyglądać sprawiedliwość?
Załóżmy, że sprawcą jest kieszonkowiec ze złej dzielnicy. Usiłował wyciągnąć portfel z kieszeni „klienta”. Ten się zorientował, doszło do szamotaniny, ofiara niefortunnie upadła. Po wyroku w zawieszeniu moglibyśmy się spodziewać społecznego oburzenia. A jeśli człowiek zostanie zabity przy użyciu maszyny, którą obsługuje – na skutek niesprawnego systemu zabezpieczeń? System nie działał, bo był rozłączony, a sytuacja została wymuszona przez szefów fabryki, którym zależało na jak najszybszej produkcji.
W obu przypadkach zysk jest motywacją do łamania prawa, w obu doszło do śmierci człowieka. Złodziej nigdy wcześniej nikogo nawet nie pobił, tymczasem w fabryce już wcześniej dochodziło do groźnych wypadków.
W czwartek ogłoszono wyrok w sprawie śmierci Tomasza Jochana, młodego robotnika z łódzkiej fabryki koncernu Indesit (o tym wypadku obszernie pisałem w „Obywatelu” 6/2006 (32)). Po pięciu latach dochodzenia i sprawy sądowej, dyrektorzy i kierownicy usłyszeli wyroki od roku do dwóch i pół roku więzienia w zawieszeniu. W uzasadnieniu stwierdzono, że śmiertelny wypadek był efektem zaniedbań w dziedzinie bezpieczeństwa i higieny pracy. Sędzia podkreśliła, że młodzi oskarżeni ponieśli już wystarczającą karę w postaci zasiadania na ławie oskarżonych. Wyraziła też przekonanie, że więcej nie dopuszczą się podobnych czynów.
Odpuszczenie win jest piękne i szlachetne, resocjalizacja działa lepiej niż więzienie. Po drodze powinien się jednak pojawić rzeczywisty żal za zbrodnię i podjęcie próby naprawy wyrządzonego zła. Tymczasem po śmierci Tomka jeszcze długo w fabryce wszystko działało tak, jak wcześniej. Zabezpieczenia były odłączone, a pracowników zmuszano do przebywania w miejscach, gdzie groziła im utrata życia. Drogi przeciwpożarowe zastawione wyprodukowanym sprzętem. Dla lepszej precyzji, kobiety zmuszano do pracy bez rękawiczek, przez co ostre elementy kaleczyły im dłonie.
Sytuacja uległa zmianie dopiero wówczas, gdy stało się jasne, że winni staną przed sądem. Zapewne w tym momencie pojawiły się również „wyrzuty sumienia”. Czy rzezimieszek wykazujący prawdziwą skruchę za nieumyślną zbrodnię mógłby liczyć na podobnie łagodne potraktowanie przez sąd?
Konrad Malec
przez Konrad Malec | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. To przysłowie dobrze oddaje realia polskiego rolnictwa. Producenci zboża, warzyw czy mięsa nie potrafią współpracować. Korzystają na tym firmy nie związane z wsią i prowincją, przechwytując znaczną część zysków. Widać już jednak pierwsze jaskółki zmiany. Zamiast się bić, dwóch zaczyna współdziałać, zaś trzeci traci możliwość żerowania na ich pracy. Owe jaskółki nazywają się grupami producentów rolnych.
W rozsypce
Jedna z firm działających na północy Polski zrezygnowała ze skupu gęsi i zaczęła zaopatrywać się na południu kraju. Dlaczego? Hodowcy na północy zaczęli się zrzeszać, natomiast na południu są niezorganizowani i nie mają w związku z tym żadnej siły negocjacyjnej. Nie jest to bynajmniej odosobniony przypadek. Firmy zajmujące się skupem i przetwórstwem zastraszają rolników, by ci nie organizowali się w grupy producentów rolnych (GPR), grożąc im w takim przypadku odmową kupna towaru. Panicznie boją się siły, która tkwi w jedności.
– W Polsce mamy 5-6% zorganizowanych rolników, tymczasem średnia dla „starej” Unii wynosi 65%. Rolnicy-producenci zrzeszają się tam głównie w spółdzielnie, które są na Zachodzie bardzo silne – wyjaśnia Marcin Martynowski z Krajowej Rady Spółdzielczej (KRS). – Podobny procent przetwórstwa i kanałów dystrybucji należy tam do spółdzielczości, tymczasem u nas przetwórstwo jest zorganizowane, ale nie należy do rolników.
W kraju istnieje ok. 1,5 mln gospodarstw rolnych o powierzchni powyżej 1 ha. Wśród nich już tylko ok. 800 tys. ma ponad 5 ha, a w tej grupie ledwie połowa przekracza powierzchnię 10 ha. Taka struktura, choć stanowi podstawę bytu znacznej części społeczeństwa, była anachroniczna już w połowie ubiegłego wieku. Jedyną szansą na dalsze utrzymywanie się z rolnictwa tej rzeszy ludzi jest konsolidacja wysiłków. Tym bardziej, że to nie zbyt mała powierzchnia gospodarstw jest najsłabszą stroną naszego rolnictwa, lecz właśnie brak współpracy drobnych producentów.
Polscy właściciele niewielkich i średnich gospodarstw działają w pojedynkę. Osobno kupują maszyny, nawozy i środki ochrony roślin, więc płacą drogo. Gdy sprzedają płody rolne, również są rozproszeni i słabi, czyli skazani na niskie ceny i mało korzystne zasady. Tymczasem łączenie się w zrzeszenia pozwoliłoby rolnikom taniej nabywać środki produkcji, z drugiej zaś strony – przejąć znaczną część marży pośredników w handlu płodami rolnymi. Razem dałoby to poważne wzmocnienie ekonomiczne polskiej wsi.
Raport „Organizowanie się gospodarcze polskich rolników po 1990 roku”, wydany przez KRS, konkluduje: Polski rynek produktów rolnych jest coraz bardziej zagospodarowywany przez prywatne firmy handlowe, a tworzące się organizacje gospodarcze rolników muszą o to miejsce, już obecnie, toczyć często nierówną walkę. W związku z tym należy podejmować wszelkie możliwe działania pozwalające, w perspektywie 5-10 lat, zwiększyć udział zorganizowanych producentów w rynku do minimum 20-25%, a w niektórych regionach i branżach do około 50%.
W grupie raźniej
Samoorganizacja wsi stała się o tyle prostsza, że Unia Europejska wspiera – także finansowo – powstawanie grup producentów. Dobrym przykładem zalet tego rozwiązania są sprawnie funkcjonujące zrzeszenia producentów tytoniu. Aż 90% rolników uprawiających tę roślinę jest skupionych w grupach, liczących od 300 do 2,5 tys. osób.
W związku z koniecznością dostosowania polskich przepisów do unijnych norm, zostali oni zmuszeni do zrzeszenia się jeszcze przed akcesją. Choć odbiło się to negatywnie na możliwościach wykorzystania dopłat – wyłącznie na samoorganizację i koszty administracji (po akcesji do UE zmieniono interpretację przepisów i zrzeszający się rolnicy mogą uzyskać środki także na inwestycje) – to jednak wiele zyskali. Głównie dzięki zsumowaniu siły przetargowej podczas zakupów maszyn i środków ochrony roślin oraz negocjacji cen z koncernami tytoniowymi.
Współdziałanie chwalą sobie też producenci owoców i warzyw, których zrzeszyło się już niemal 2 tys. Niestety, tylko te dwie kategorie grup producenckich mają się w Polsce nieźle. W ponad 20 branżach rolno-spożywczych w ogóle nie zaistniały, w innych są słabe lub nieliczne. Dotychczas powstało niemal 600 grup producentów rolnych oraz prawie 200 grup sadowników i warzywników. Najwięcej wśród producentów zbóż i roślin oleistych (119 grup), trzody (97) i drobiu (81). Siły połączyło natomiast niewielu np. producentów buraków cukrowych, jaj czy szyszek chmielowych. Najsłabiej zrzeszają się pszczelarze, kwiaciarze i hodowcy koni (po jednej grupie). Blisko 80% grup powstało w ostatnich czterech latach, dzięki projektom realizowanym przez KRS.
Pod względem współpracy przodują woj. wielkopolskie (90), dolnośląskie (74) i kujawsko-pomorskie (68). Najsłabiej prezentuje się świętokrzyskie (6), łódzkie (9, przy czym skupiają najmniej osób – 83) i małopolskie (10). Zaraz za nimi plasują się województwa wschodnie. Raport KRS stwierdza, że w tych województwach nie ma szans na powstawanie GPR na dotychczasowych zasadach. „Ogon” charakteryzuje się drobnymi gospodarstwami o różnorodnej produkcji, w znacznej mierze na własne potrzeby.
Współpraca przy produkcji i zbycie to nie wszystko. Największy dochód kryje się bowiem w przetwórstwie. – Musimy utworzyć silne grupy, które wejdą w ten segment. To trudne zadanie, ale nie niemożliwe do zrealizowania – mówi Martynowski. I wyjaśnia: Póki co, nasze grupy są jeszcze słabe ekonomicznie, a np. wspólna ubojnia, w której można by wstępnie rozbierać mięso, to duże koszta. Widzimy jednak pierwsze jaskółki, np. w Wielkopolsce powstała spółdzielnia grup, mająca uruchomić wspólne przetwórstwo.
Trend ten popiera Krystyna Ziejewska, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Rolnych – Izba Gospodarcza (KZGPR-IG), a ponadto prezes lub wiceprezes trzech GPR i społecznik popularyzujący współdziałanie. Ma jednocześnie pewne zastrzeżenia. – Kto poprowadzi taką przetwórnię? Hodowcy nie mają stosownych kompetencji. Zastanawiałam się, czy nie podjąć tego wyzwania, ale doszłam do wniosku, że najlepiej znam się na hodowli i to właśnie chcę robić. Oczywiście można pozyskać kogoś do zarządzania, ale dobrych menedżerów jest w naszej branży niewielu, a ich pracodawcy dbają o to, by nie odeszli – mówi.
Tu są pieniądze
Grupy producenckie mogą się starać o pięcioletnie dofinansowanie. Aby je otrzymać, w ciągu pół roku od zarejestrowania grupy przez marszałka województwa należy złożyć wniosek do Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Następnie dyrektor regionalnego oddziału Agencji ma dwa miesiące na jego rozpatrzenie. Wypłata pierwszych środków następuje po roku, na podstawie wniosku o płatność, przy czym dyrektor ma trzy miesiące na jego rozpatrzenie, a potem potrzeba jeszcze dwóch kolejnych, by pieniądze znalazły się na koncie grupy.
Żeby uzyskać dofinansowanie, grupa musi ułożyć pięcioletni plan działania; wypłata kolejnych transz zależy od jego efektywnej realizacji. – Jeśli się robi wszystko zgodnie z wytycznymi, to spełnienie warunków nie jest trudne – zapewnia Tadeusz Zelek z Sadowniczej Spółdzielni Handlowej „Łososina” z Łososiny Dolnej (powiat nowosądecki). Od dobrego zaplanowania celów i działań zależy zatem pomyślność grupy.
W pierwszych dwóch latach wsparcie wynosi równowartość 5% przychodów ze sprzedaży, 4% w trzecim, 3% w czwartym i 2% w ostatnim, jeśli wspomniane wpływy nie przekraczają miliona euro. Jeżeli grupa przekracza ten pułap, w kolejnych latach otrzymuje odpowiednio 2,5%, 2,5%, 2%, 1,5% i 1,5%. Dla grup sadowniczych i warzywniczych wsparcie jest przewidziane na poziomie dwukrotnie wyższym. Na taką pięcioletnią pomoc grupa producencka może liczyć tylko raz w ciągu istnienia. Przy wsparciu ARiMR grupy mogą się ubiegać także o preferencyjne kredyty inwestycyjne, których część oprocentowania spłaca Agencja. Pozyskane w ten sposób pieniądze można przeznaczyć na zakup budynków, silosów, elewatorów czy maszyn.
System wsparcia dla GPR nie kończy się jednak na dotacjach i dogodnych kredytach. Są one zwolnione z podatku dochodowego od sprzedaży wytwarzanych produktów, jeśli uzyskane kwoty zostaną wykorzystane na zakup środków produkcji lub szkolenia. Grupy nie płacą również podatków od nieruchomości wykorzystywanych do wytwarzania i sprzedaży produktów. Inna sprawa, że wspomniane ulgi są póki co teoretyczne, ponieważ niewiele grup posiada własne budynki, a niemal żadna nie wypracowuje nadwyżki przychodów nad kosztami, która podlegałaby opodatkowaniu. Na pewno jednak takie przepisy pozwalają bardziej optymistycznie patrzeć w przyszłość i planować rozwój działalności.
Są też inne możliwości, z których grupy mogą skorzystać. – Można otrzymać dotacje na tworzenie lub rozwój mikroprzedsiębiorstw, którymi przecież są także grupy. To środki na zwiększanie zatrudnienia, w zależności od liczby zatrudnionych osób można uzyskać nawet do 300 tys. zł – wyjaśnia Martynowski.
Równie ważne są możliwości wynikające nie z systemowego wsparcia, lecz z samej natury spółdzielczości. – Wyobraźmy sobie, że grupa producentów zbóż kupuje kombajn. Dziś rolnicy muszą mieć swój lub płacić za wynajem, a przecież jednym można obsłużyć nawet 50 gospodarzy, rozkładając wydatek na wszystkich – zauważa Martynowski. Jak już wspomniano, duże grupy mogą też negocjować ceny i warunki płatności, osiągając dzięki temu lepsze efekty niż rozproszeni rolnicy. Jeżeli grupa ma własne magazyny, to często odbiorcy sami przyjeżdżają po towar, odpadają więc koszty transportu. Jest jeszcze ważniejsza zaleta rolniczej spółdzielczości. – Grupy często podpisują kontrakty długoterminowe, a to zapewnia rolnikom stabilność dochodów – podkreśla p. Marcin.
O podjęciu współpracy często przesądzają jednak dotacje. – O powołaniu grupy zadecydowały, co tu kryć, pieniądze. Chcieliśmy uzyskać dopłaty – mówi Stanisław Wicha, prezes Grupy Producentów „Rolnik” sp. z o.o. z Kostomłotów na Dolnym Śląsku. Z kolei Piotr Witkowski, młody mazurski rolnik, mówiąc o grupie, którą chce założyć, jako główny powód podaje „dobre pieniądze ze sprzedaży”. Tadeusz Zelek wśród głównych korzyści wymienia wspólne zaopatrzenie i wspólny zbyt. – Po prostu finansowo jest to wszystko opłacalne, ale to nie jedyne korzyści. Dzięki wzajemnemu wsparciu, powiększamy swoją wiedzę – dodaje.
Tam, gdzie są pieniądze, często pojawiają się konflikty. Wielu rolników, obawiając się poróżnienia z sąsiadami „o traktor”, decyduje się nie powoływać grup lub nie wstępuje do istniejących. – To złe nastawienie. Teraz w ogóle nie mają żadnego „traktora”. Jeśli go nabędą z dotacji, nie będą mieli się czym przejmować, w końcu te pieniądze pochodzą z zewnątrz. Obecnie nie mają się o co kłócić, a jeśli później mają się pokłócić, to i tak to zrobią, nawet bez „traktora” – wyjaśnia p. Krystyna.
Razem, czyli z kim?
Powołując grupę producencką, jej członkowie muszą wybrać formę działalności. Grupa może zaistnieć jako spółdzielnia (136 na koniec 2009 r.), sp. z o.o. (315), zrzeszenie (48) lub stowarzyszenie (10). Każdy, kto chce założyć grupę producentów rolnych, może liczyć na wsparcie KRS, KZGPRIG oraz wojewódzkich ośrodków doradztwa rolniczego. Ze strony www.krs.org.pl można pobrać dobrze przygotowaną instrukcję zakładania grupy spółdzielczej oraz znaleźć szereg informacji o grupach producenckich i ich funkcjonowaniu. Rada prowadzi także punkt konsultacyjny, w którym chętni uzyskają wszelkie informacje niezbędne przy zakładaniu grupy.
– Kontakt z nowymi osobami, chcącymi założyć GPR, zaczynam od pytania, czy jest ich co najmniej pięcioro – wyjaśnia Magdalena Kleitz-Osmańska z Warmińsko-Mazurskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego. – Kiedy mam już przedstawicieli chętnych do zawiązania grupy, pytam, czy mogą zorganizować u siebie spotkanie. Łatwiej nam pojechać do rolników, niż w drugą stronę – relacjonuje Czesław Elzanowski z Pomorskiego ODR. – Po jednym z takich szkoleń założyliśmy grupę – przyznaje p. Zelek. – To nie jest tak, że ludzie nie chcą się zrzeszać, to bardzo płytkie stwierdzenie. Po prostu często nie mają świadomości, że można i warto to zrobić. Właśnie podczas takiego szkolenia rozmawiałem z Grzegorzem Sedleckim, młodym rolnikiem. – Wydaje mi się to przyszłościowe, razem z kolegami chcę założyć grupę producentów trzody – podzielił się planami.
Podczas wyboru formuły często decyduje sytuacja majątkowa członków grupy inicjatywnej. Przykładowo, dla powołania spółki założyciele muszą zgromadzić 100 tys. zł kapitału zakładowego. W przypadku spółdzielni wystarczy 5 tys., co przy dziesięciu członkach daje 500 zł na osobę, czyli kwotę bardziej dostosowaną do możliwości większości rolników. Zróżnicowane wymogi finansowe przekładają się na elitarność lub egalitarność grupy. Wprawdzie spółek jest więcej niż spółdzielni, jednak 80% liczy zaledwie 5-6 osób, często spokrewnionych. Wśród spółdzielni organizacje tak nieliczne stanowią zaledwie 2%. Różnice w poziomie egalitaryzmu widać też przy przyjmowaniu nowych członków. W okolicy Grójca funkcjonują dwie, dość zamożne, grupy producenckie: jedna jest spółką, druga spółdzielnią. Pierwsza w ogóle nie przyjmuje nowych członków, do drugiej można przystąpić dosłownie w każdej chwili.
Ustawa o grupach producentów rolnych i ich związkach, z 2000 r., określa, że żaden członek nie może mieć więcej niż 20% udziałów, toteż najmniejsze z nich liczą 5 członków. W przypadku zrzeszenia musi się zebrać 10, natomiast stowarzyszenia – 15 osób, co wynika z ich charakteru, określonego w odrębnych aktach prawnych. Podstawowym celem działania spółki jest zysk, natomiast dla spółdzielni liczą się również cele społeczne. Zrzeszenie łączy oba te cele, mając przy tym charakter zawodowy, zaś stowarzyszenia powinny być nastawione na cele społeczne. Te dwie ostatnie formy są jednak coraz rzadziej rejestrowane jako GPR, ich formuła nie sprawdza się w działalności gospodarczej. Wiele GPR funkcjonowało wcześniej jako stowarzyszenia, zresztą do dziś wiele stowarzyszeń funkcjonuje równolegle do grup, zrzeszając często większą liczbę osób i będąc m.in. „poczekalnią” dla chętnych do wstąpienia do grupy.
– Spółki zakłada zwykle niewielka grupa, której łatwiej inwestować, a w razie podziału – uzyskać więcej dla siebie. Tymczasem spółdzielnia jest lepsza, gdy mamy większą liczbę osób – wyjaśnia p. Czesław. Potwierdza jego słowa p. Tadeusz: W sąsiedniej wsi jest mniejsza grupa, która zawiązała spółkę. Ma powiązania rodzinno-kapitałowe i inwestuje więcej niż my. Podobnie widzi to p. Magda: Spółdzielnie działają bardziej po bratersku, w spółkach zdarzają się licytacje między członkami, kto jest ważniejszy. Martynowski dodaje: Im bardziej masowy charakter, tym większa trwałość. Małe grupy łatwo zlikwidować po zakończeniu dotowania.
Aby lepiej wykorzystać swój potencjał, grupy powołały wspomnianą Izbę Gospodarczą. – Działamy w dość nowatorski sposób, nie mamy biura, za to mamy dobrze działającą stronę internetową www.kzgpr.pl, na której ma się znaleźć wszystko, co najważniejsze. Każda grupa posiada na niej swój profil – taki Facebook dla producentów – mówi p. Ziejewska. Statutowymi celami KZGPR-IG jest reprezentowanie grup wobec administracji, tworzenie warunków dogodnych dla ich rozwoju, powołanie platformy wymiany doświadczeń, pomoc w prowadzeniu grup i rozwój współpracy między nimi oraz popularyzowanie i wsparcie tworzenia GPR.
Wiele do zrobienia
– Niemcy w ogóle sobie nie wyobrażają, że można nie należeć do grupy. Tam jeśli ktoś funkcjonuje samopas, to albo coś poważnego przeskrobał i go usunięto, albo jest skrajnym indywidualistą, nie potrafiącym współdziałać z innymi – wyjaśnia pani Krystyna.
Stosunkowo niewielka liczba grup w Polsce znajduje odbicie w stopniu wykorzystania środków przewidzianych na ich wsparcie. Z 17 mld euro przeznaczonych na lata 2007-2013 na tworzenie GPR w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich, wykorzystaliśmy jak dotąd… niecały 1%. Udało się co prawda osiągnąć założenia PROW w kwestii liczby grup na koniec 2009 r., tyle że zamiast planowanych 12 tys. rolników zrzeszyło się w nich zaledwie 4,5 tys., głównie o dużych potencjałach produkcyjnych, przy niemal zerowym udziale małych i średnich gospodarstw.
Wpływ na taki stan rzeczy ma m.in. brak kapitału niezbędnego do rozpoczęcia wspólnej działalności przez małych i większość średnich gospodarzy. Raport KRS stwierdza: Tak mały stopień zorganizowania rolników wynika przede wszystkim z braku wdrożenia równolegle z uchwaleniem ustawy kompleksowego programu wsparcia procesu gospodarczego organizowania się producentów rolnych. Tworzenie grup wiąże się z rozpoczęciem działalności gospodarczej – utworzeniem firmy, z czym rolnicy nie byli w stanie sobie poradzić. Nie były również w stanie pomóc im instytucje otoczenia rolnictwa. […] Poza tym brak jest liderów, którzy na początku chcieliby zająć się społecznie organizowaniem grupy.
Być może grup byłoby więcej, gdyby wraz z ustawą wprowadzono możliwość rejestracji w tej formule już istniejących spółdzielni (po odpowiedniej modyfikacji statutu) i spółek. Niestety, stało się to dopiero w grudniu 2006 r.; od tamtej pory powstało 7 grup wyodrębnionych z istniejących spółdzielni. Ich niewielka liczba wiąże się z tym, że członkami resztek spółdzielni rolniczych są najczęściej właściciele drobnych gospodarstw, którzy samodzielnie nie są w stanie podołać wyzwaniom związanym z prowadzeniem własnej firmy.
Dodatkową barierą dla powstawania GPR jest istnienie minimów produkcyjnych, jakie muszą one osiągnąć, by móc skorzystać z dotacji. W kolejnych latach limity te były obniżane, jednak nadal niewystarczająco. W warunkach dużego rozproszenia polskiego rolnictwa trudno znaleźć wytwórców tego samego produktu, którzy by się znali i wzajemnie ufali, a jednocześnie dysponowali wystarczającym łącznym potencjałem produkcyjnym.
Z pewnością na niechęć rolników do współdziałania innego niż pomoc sąsiedzka wpływają też złe doświadczenia z przeszłości. – Spotykając się z rolnikami, zaczynam od wyjaśnienia, że grupy producentów to nie to samo, co w czasach PRL, kiedy „spółdzielczość” wiązała się z przymusowością, komasacją gruntów i idącą za tym ich utratą – wyjaśnia Ziejewska.
Ważnym problemem jest niewystarczająca liczba doradców, głównie ekonomistów i prawników, którzy byliby w stanie dotrzeć do rolników. Magdalena Kleitz-Osmańska wypracowała ciekawą formułę: Na spotkania zapraszam przedstawicieli istniejących grup, bo są żywym przykładem, że „się da”. Co ważne, prezesi grup na ogół chętnie przystają na społeczny udział w takich szkoleniach.
Po prostu razem
Aby silniej związać ze sobą uczestników grupy, ich liderzy starają się o dodatkowe atrakcje. – Wyjazdy szkoleniowe i wycieczki znakomicie integrują – mówi p. Zelek. Pani Krystyna co roku stara się zorganizować wyjazd za granicę, by uczyć się od bardziej doświadczonych kolegów. Organizuje też konferencje i wyjazdy integracyjne dla członków „swoich” grup.
Najdłuższe doświadczenia wspólnej pracy w ramach GPR posiadają plantatorzy tytoniu. Ich przykład potwierdza, że duże grupy są trwałe i wydatnie ułatwiają rolnikom funkcjonowanie. – Nawet jeśli założyciele myśleli o 5-letnim okresie działalności, zwykle zżywają się ze sobą, odnotowują korzyści i dalej współpracują – zauważa p. Elzanowski. Zaznacza jednak, że o rzeczywistej trwałości będziemy mogli mówić za kilka lat, ponieważ skok w kwestii powstawania nowych grup notujemy od 2-3 lat. – Przede wszystkim przetrwają te, które mają mądrych liderów – uważa p. Magda.
Chłopi są jedną z grup, które najbardziej straciły podczas transformacji ustrojowej. Również nadzieje na poprawę jakości ich życia po wejściu do UE nie do końca zostały spełnione. Jeżeli nie chcemy, by drobni rolnicy w szybkim tempie zasilili grono wykluczonych społecznie, Polska – i w równym stopniu oni sami – musi podjąć niezbędne działania. Dobrym pomysłem byłoby powołanie „Narodowego programu tworzenia i rozwoju struktur gospodarczych rolników – ze szczególnym uwzględnieniem formy spółdzielczej”, postulowanego przez KRS, a więc instytucję o największym dorobku we wspieraniu grup. W jego ramach warto wprowadzić np. powiązanie wysokości świadczeń wypłacanych w ramach innych programów, jak „Modernizacja gospodarstw rolnych” czy „Ułatwienie startu młodym rolnikom”, z udziałem beneficjentów w grupach. Rząd powinien także zabezpieczyć w Brukseli niewykorzystane środki na tworzenie GPR, w budżecie na lata 2013-2020. Ważne, by zmiany wdrożyć jak najszybciej.
Konrad Malec
Współpraca Ilona Pietrzak
przez Konrad Malec | czwartek 27 stycznia 2011 | nasze rozmowy
Aby zachęcić Polaków do oszczędzania na emerytury, rząd planuje wprowadzenie ulgi podatkowej dla wpłacających do specjalnych programów prowadzonych przez OFE, fundusze inwestycyjne, ubezpieczycieli i banki. Kto ma szanse skorzystać z tych programów? Odpowiada dr Krzysztof Hagemejer z Międzynarodowego Biura Pracy w Genewie.
***
Ile osób może skorzystać z rządowego programu?
Dr Krzysztof Hagemejer:
Nie potrafię powiedzieć, ile osób skorzysta z podatkowych zachęt do
dobrowolnych, dodatkowych składek do otwartych funduszy emerytalnych.
Przypuszczam, że niewiele. Zależy to od wielu czynników, np. czy ulga
będzie procentowa, czy kwotowa w stosunku do wielkości podatku. Ta
pierwsza jest potencjalnie korzystniejsza dla osób o niższych dochodach. Jednak taki mechanizm będzie działał skutecznie w stosunku do tych, których dochody są na tyle wysokie, że mogą cokolwiek odkładać.
W stosunku do nich w pewnych warunkach ulga podatkowa będzie zachętą do
wybrania takiej formy oszczędzania, ale trzeba pamiętać, że nie
zwiększy to zbytnio całkowitych oszczędności tych ludzi, zmieni się
tylko ich forma. Ustalenie potencjalnej liczby osób wymagałoby
spojrzenia na dane dotyczące struktury dochodów i oszczędności
gospodarstw domowych, w połączeniu ze strukturą opodatkowania oraz
przeprowadzenia mikrosymulacji pozwalającej oszacować efekty. Nie
słyszałem, żeby ktoś obecnie robił takie analizy, choć są w Polsce
specjaliści, dane i modele symulacyjne niezbędne do tego.
Czy osoby korzystające z tej metody oszczędzania rzeczywiście odczują
finansowo dodatkowe źródło dochodu „na stare lata”?
K.H.: Zmniejszą swoje inne oszczędności, a więc efekt nie będzie wielki.
Poza tym, te parę punktów procentowych składki nie daje dużych kwot w
prywatnym systemie o zdefiniowanej składce – wszystko jedno,
czy odbywa się to dobrowolnie, czy nie.
Problem moim zdaniem jest zupełnie inny. Po pierwsze, duża część osób
zamożniejszych, wobec których ma być skierowana ulga, jest zwolniona
z płacenia składki obowiązkowej od dochodów powyżej 2,5 przeciętnych
wynagrodzeń rocznie. To nielogiczne: jeśli tak troszczymy się o ich
przyszłe emerytury, to dlaczego nie mają – obowiązkowo lub
dobrowolnie – płacić składek od całego dochodu?
Po drugie, nowy system emerytalny daje każdemu, kto pracuje tyle samo
lat i przechodzi w takim samym wieku na emeryturę, tę samą stopę
zastąpienia. Czyli emerytura stanowi taki sam odsetek dochodów z
pracy osiągniętych w ciągu całego życia, niezależnie od tego, czy ten
dochód był w przeszłości niski, czy wysoki. Stopy zastąpienia będą
generalnie niskie. W porównaniu z poprzednim systemem będą dużo
niższe niż obecnie dla ludzi o niższych dochodach, a wyższe niż
obecnie dla tych z wysokim dochodami. Taka jest logika tej reformy.
Niskie stopy zastąpienia dla ludzi z wysokimi dochodami nie są aż takim
problem, bo mają oni oszczędności w innej formie, które pozwolą
uzupełnić emeryturę. Natomiast osoby o niskich dochodach otrzymają
emerytury nie wystarczające, by utrzymać się powyżej granicy ubóstwa.
Dlaczego więc mechanizm podatkowy ma wspierać tych o wyższych
dochodach (ulgi), kosztem mniej zamożnych?
Ze względu na ulgi może nie być dość pieniędzy na minimalne emerytury i
pomoc społeczną dla tych, których emerytury są niewystarczające.
Dobrze jest stymulować oszczędzanie na starość, ale nie poprzez
system podatkowy. Jego należałoby użyć raczej do skorygowania reformy
z punktu widzenia zdolności systemu do skutecznego przeciwdziałania
ubóstwu na starość. Najlepiej to uczynić wprowadzając bazową
emeryturę „obywatelską” dla wszystkich powyżej 65. roku
życia, wypłacaną w tej samej kwocie wszystkim mieszkańcom kraju i
finansowaną z podatków. A przynajmniej zagwarantować większe środki
na pomoc społeczną dla osób starszych.
W jaki sposób należy zmienić system podatkowy, aby takie „obywatelskie”
emerytury bazowe mogły zaistnieć?
K.H.: Jedyna zmiana w systemie podatkowym, która zresztą powinna być
wprowadzona niezależnie od tego, czy wprowadza się emerytury
obywatelskie, czy nie, to zwiększenie kwoty wolnej od podatku. W
porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej, w Polsce niskie
dochody są wysoko opodatkowane, gdyż kwota wolna od podatku jest
bardzo niska. System podatkowy powinien być skonstruowany tak, by
świadczenia społeczne na poziomie minimalnym, włączając w to
najniższą emeryturę czy zasiłek dla bezrobotnych, były opodatkowane
zdecydowanie niżej niż obecnie lub w ogóle zwolnione z podatku, jeśli
są jedynym dochodem.
Środki na bazową emeryturę powszechną czy „obywatelską” będą
pochodziły po pierwsze ze zmniejszających się w przyszłości
(relatywnie – w stosunku do PKB) wydatków na emerytury z ZUS-u,
ze względu na obniżające się stopniowo świadczenia. Po drugie stąd,
że wprowadzenie bazowej powszechnej emerytury wyeliminuje dopłaty z
budżetu państwa do emerytury minimalnej, jak i część świadczeń z
pomocy społecznej dla osób starszych. Po trzecie wreszcie, emerytura
bazowa obejmie automatycznie też rolników, a więc nie będzie już
potrzeby dotowania KRUS.
Emerytura bazowa powinna być wprowadzana stopniowo, w miarę jak obniżają się
świadczenia wypłacane z systemu składkowego. Wiek uprawniający w
przyszłości do takiej emerytury bazowej powinien być też znacznie
wyższy od obecnego wieku emerytalnego. Dla sfinansowania w 2035 roku
emerytury bazowej, wypłacanej wszystkim mieszkańcom w wieku 70. lat i
więcej, w wysokości odpowiadającej (w proporcji do przeciętnych
dochodów) ekwiwalentowi obecnej minimalnej emerytury, należałoby
sfinansować wydatki w wysokości nieco ponad 4% PKB.
Tymczasem prognozy Komisji Europejskiej, opublikowane w 2009 roku, przewidują,
że wydatki na obecny składkowy system emerytalny będą wówczas niższe
niż obecnie o 2,3% PKB. Nawet zakładając, że uda się skutecznie
zwiększyć aktywność zawodową wśród osób starszych i podwyższyć wiek
przechodzenia na emeryturę, to trudno zaakceptować, abyśmy za 25 lat
wydawali na emerytury mniej niż obecnie, jeśli udział osób starszych
w społeczeństwie będzie wówczas większy o 70%.
Dodatkowo, według moich szacunków, nieuwzględniony w tych prognozach koszt
obniżania świadczeń w postaci dopłat z budżetu do minimalnej
emerytury oraz pomocy społecznej dla osób starszych, to kolejne 2%
PKB. Dotacja do KRUS to kolejny 1% PKB. W sumie więc po wprowadzeniu
powszechnej bazowej emerytury przyszły całkowity koszt publicznego
systemu emerytalnego nie byłby o wiele wyższy niż obecny i
prognozowany na przyszłość. Natomiast skuteczność zreformowanego
systemu w przeciwdziałaniu ubóstwu wśród osób starszych znacznie by
wzrosła.
Na jakich rozwiązaniach, istniejących w innych państwach, moglibyśmy
wzorować reformę naszego systemu emerytalnego?
K.H.: Dobry system emerytalny jest zawsze wynikiem pewnej umowy społecznej
w ramach danego społeczeństwa. Określa ona wiek przechodzenia na
emeryturę, gwarantowany przez państwo poziom życia przyszłych
emerytów, stopień redystrybucji wewnątrzpokoleniowej (tzn. do jakiego
stopnia gwarantujemy ową stopę zastąpienia wyższą dla osób o niższych
dochodach), zakres solidarności międzypokoleniowej w finansowaniu
emerytur. Nie można tego „zaimportować” z innego kraju.
W Polsce dawna umowa społeczna została zanegowana. Zmniejszyło się
społeczne poparcie dla redystrybucji wewnątrzpokoleniowej i
solidarności międzypokoleniowej. Reforma z 1999 r. odzwierciedla tę
zmianę nastawienia. Problem w tym, że choć reforma z 1999 r. wychodzi
naprzeciw niechęci do redystrybucji i solidarności
międzypokoleniowej, to zawiera inne istotne zmiany, których ludzie
albo nie byli świadomi (dużo niższe świadczenia), albo nigdy ich nie
zaakceptowali (dużo wyższy wiek przechodzenia na emeryturę, żeby
otrzymać w miarę przyzwoite uposażenie). Potrzebna jest prawdziwa
debata, nie wśród ekspertów, ale z udziałem przedstawicieli różnych
grup społecznych – tylko tą drogą może powstać system cieszący
się powszechną akceptacją.
Oczywiście nie przeszkadza to w uczeniu się rozwiązań organizacyjnych w innych
krajach. Na przykład, niezależnie od wyników obecnej dyskusji o
zmianie proporcji pomiędzy składką wędrującą do ZUS i do OFE, z ZUS
będzie pochodzić większość naszej emerytury. System nie będzie nigdy
funkcjonował prawidłowo, jeśli ZUS nie stanie się instytucją zaufania
publicznego. Niewiele w tej sprawie zrobiono, a zrobić można wiele. I
to nie sam ZUS jest za to odpowiedzialny, lecz rząd i partnerzy
społeczni, czyli przedstawiciele tych, którzy finansują system. Tutaj
na przykład przyjrzałbym się uważnie, jak funkcjonuje szwedzki
odpowiednik ZUS-u. System zbliżony do polskiego, ale sposób, w jaki
funkcjonuje, jest jakościowo bardzo różny.
Czy widzi Pan szansę, by w najbliższych latach przeprowadzono reformę
emerytalną w duchu prospołecznym?
K.H.: Problem polega na tym, że w debacie nie uczestniczą wszyscy, o
których interesy chodzi. Bardzo silnie reprezentowane są w niej
interesy sektora usług finansowych, dla którego czym większa prywatna
część systemu, tym lepiej. Zadziwiające jest to, że organizacje
pracodawców popierają wąskie interesy tego sektora, zapominając, że
ich głównym zmartwieniem powinno być to, czy płacone przez
pracodawców składki są wykorzystane jak najlepiej, tzn. skutkują jak
najwyższymi i bezpiecznymi emeryturami.
Ostatnio doszły też do głosu krotko- i średnioterminowe interesy państwa. W
imię obniżenia deficytu i długu publicznego w krótkim okresie oraz
sprostania kryteriom przystąpienia do strefy euro, rząd popiera
radykalne obniżenie części składki płynącej do OFE. Ciekawe, bo w
latach 1997-98, gdy dyskutowana była reforma skali przyszłego
deficytu, wynikającego z reformy, wśród jej zwolenników dominowało
przekonanie, że są to koszty zmiany systemu, warte poniesienia,
zwłaszcza że przyniosą obniżenie wydatków państwa i deficytu w
dłuższym horyzoncie czasowym. Ekonomiści nazywają to zjawisko
„niespójnością decyzji w czasie” – time inconsistency.
Związki zawodowe w tej dyskusji prawie nie istnieją i niewiele mają do
powiedzenia. Podobnie ugrupowania, które nazywają się lewicowymi, czy
też takie, które chciały tworzyć społeczną gospodarkę rynkową albo
deklarowały ambicje kształtowania polityki społecznej. Dopóki to się
nie zmieni, nie przewiduję, by to, co ukształtowano w 1999 roku,
uległo zasadniczej zmianie. Choć z pewnością muszą prędzej czy
później przyjść decyzje dotyczące podwyższenia wieku emerytalnego, bo
tego wymaga logika nowego systemu niezależnie od tego, jak wiele w
nim z ZUS, a jak wiele z OFE.
Po wprowadzeniu reformy w 1999 r., opublikowałem artykuł „Reforma
dla naszych dzieci”. Kończył się konkluzją, że dopiero nasze
wnuki ten system zmienią, gdy przejdzie na emeryturę pokolenie,
którego świadczenia pochodzić będą w większości z nowego systemu (a wiec ci, którzy zaczynali pracę i płacenie składek w latach 90.). Okaże się że następne pokolenie musi w tej czy innej formie wesprzeć swoich rodziców, by wyciągnąć ich z ubóstwa. To może zmienić nastawienie do redystrybucji wewnątrzpokoleniowej i solidarności międzypokoleniowej. Lepiej jednak dla wszystkich byłoby, gdyby nastąpiło to wcześniej.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 25 stycznia 2011 r.
przez Konrad Malec | czwartek 20 stycznia 2011 | opinie
Reakcje
na propozycję podniesienia płacy minimalnej pokazują, że rodzimy
biznes chciałby w Polsce nie drugiej Japonii, lecz Chin.
NSZZ
„Solidarność” przygotowuje obywatelski projekt ustawy
podnoszącej płacę minimalną. Pomysł związkowców polega na stałym
powiązaniu najniższych zarobków ze średnim wynagrodzeniem: miałyby
one wynosić połowę tej wartości. Rząd powinien się ucieszyć, w końcu
chce ograniczyć liczbę urzędników, a takie rozwiązanie pozwoli
zaoszczędzić na etatach osób odpowiedzialnych za coroczne negocjacje,
kończące się zawsze tym samym – jękami pracodawców, zmuszonych
podnieść robotnikom pensje o kilkadziesiąt złotych. Pracodawcy
oczywiście są przeciw.
Przekonują,
że na takiej zmianie stracą… najsłabiej uposażeni, jako że jej
konsekwencją będą podwyżki cen produktów i usług: „Będziemy
musieli więcej zapłacić robotnikom przy taśmie, więc wy więcej
zapłacicie za chleb i salceson”. Podobne argumenty najczęściej
wysuwają szefowie firm spożywczych, którzy chyba wiedzą, co mówią.
Ceny żywności już teraz są wysokie, dlatego ich ewentualne podwyżki
faktycznie najbardziej odbiją się na najmniej zarabiających, w tym na
pracownikach branży spożywczej. Jedynie przez przeoczenie nie
wspomniano, jaki udział mają pensje piekarzy czy mleczarzy w
finalnych cenach produktów, jakie natomiast ma w nich zysk
przedsiębiorców.
Pracodawcy
występują też w obronie trwale bezrobotnych, w końcu wyższe koszty
pracy oznaczają koniec ich marzeń o zatrudnieniu. Wreszcie, powoduje
nimi poczucie odpowiedzialności za kruche finanse państwa, na które
związki zawodowe chcą dokonać zamachu. Wszak wysokość wielu świadczeń
płynących z budżetu jest powiązana z płacą minimalną. Po tym
argumencie zapewne rząd, wzywający do zaciskania pasa, jeszcze raz
porachuje stosowne słupki i zdecyduje się podnieść VAT o kolejny
procent, aby ratować społeczeństwo.
Żeby
pokazać, jak bardzo nierozważne jest ustawowe podnoszenie najniższych
pensji, sięga się po autorytety ekonomiczne. Dr Zbigniew Markowski z
Gdańskiego Klubu Biznesu zauważa, że wzrost płacy minimalnej to
czysty populizm, a w gospodarce nie wydarzyło się nic, co by
wymuszało tak drastyczne kroki. Niewątpliwie ma rację! Więcej:
sytuacja aż się prosi, by niewykwalifikowanym robolom, co to do
szkoły mieli pod górkę, dokręcić śrubę – bezrobocie rośnie,
dlatego ci, którzy jeszcze mają gdzie tyrać, powinni okazywać
bezgraniczną wdzięczność, że pracodawca-biedaczek przymiera głodem,
aby ich utrzymać.
Ilekroć
słucham takich uczonych wywodów, ogarnia mnie pokusa przeprowadzenia
eksperymentu socjologicznego, polegającego na przeniesieniu
ekonomisty z wygodnego fotela za biurkiem np. do zamiatania ulic, za
najniższe wynagrodzenie. Ponieważ to eksperyment naukowy, stawiam
hipotezę: nastąpiłaby zasadnicza zmiana w myśleniu badanego naukowca.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że za chwilę zostanę oskarżony o
stalinowskie zapędy. Uprzedzając atak odpowiem, iż obiekt
eksperymentu zostałby przydzielony do średnio ciężkiej pracy
fizycznej (bądź co bądź nie mówimy o przerzucaniu łopatą węgla na
furmankę), którą wykonywałby w standardowym, zgodnym z przepisami
wymiarze (podczas gdy wielu pracowników fizycznych pracuje po 10-12
godzin dziennie, 6 dni w tygodniu). Nie dokonalibyśmy konfiskaty
majątku (jedynie zablokowali na czas eksperymentu konto
oszczędnościowe, by możliwie dokładnie oddać warunki funkcjonowania
fizoli),
nie odebralibyśmy rodziny ani przyjaciół, nie zakazali bywania w
modnych klubach czy wypadów do kina.
Koszty
pracy w Polsce należą do najniższych w UE, ale dla większości
ekonomistów i biznesmenów ciągle są za wysokie. Cóż, by móc dogonić
azjatyckie potęgi, sugeruję obniżenie pensji polskich pracowników do
równowartości kilku rupii czy juanów, zniesienie powszechnego
obowiązku edukacyjnego, systemu emerytalnego, ubezpieczeń zdrowotnych
i kilku innych komunistycznych fanaberii. Logika ekonomiczna jest
bowiem nieubłagana: to, że przyjęcie propozycji „Solidarności”
doprowadzi do podwyżek, bezrobocia i nędzy jest równie oczywiste jak
to, że Szwecja, Niemcy czy Francja są w istocie wyspami nędzy pośród
luksusów, w które opływa przeciętny mieszkaniec Indii czy Chin.
Konrad
Malec