Misja przeciwko misji

Prywatne koncerny medialne nie mogą ścierpieć istnienia swoich
publicznych konkurentów – zwłaszcza wtedy, gdy oferują oni cokolwiek za
darmo, w ramach społecznej misji, do której zostali powołani.

Belgijski państwowy nadawca radiowo-telewizyjny zamierza umieścić w Internecie szeroką ofertę wartościowych programów; jak przystało na medium publiczne, dostęp do nich będzie bezpłatny. Ekspansję w Sieci planuje także Polskie Radio, które na przypadające we wrześniu 85. urodziny postanowiło uruchomić 80 internetowych stacji, które dołączą do 5 już funkcjonujących programów. – Internet to przyszłość radia. Chcemy (…) zaproponować zupełnie nową ofertę, na miarę XXI wieku – wyjaśnia prezes rozgłośni, Jarosław Hasiński.

Część bogatej oferty szykowanej przez Polskie Radio będzie miała charakter komercyjny, jednak powstaną także kanały ze słuchowiskami, książkami czytanymi przez lektora, programy skierowane do najmłodszych, pasma reportażowe oraz dziesięć stacji poświęconych muzyce poważnej, w tym jedna wyłącznie Fryderykowi Chopinowi, którego rok właśnie obchodzimy. W planach są też kanały informacyjne i publicystyczne. Z kolei belgijskie media publiczne zamierzają na swoich stronach udostępnić m.in. wiadomości, programy edukacyjne i filmy dokumentalne. Zarówno belgijski, jak i polski nadawca chce w ten sposób dotrzeć do młodszych słuchaczy, bowiem w obu krajach większość odbiorców pasm publicznych ma 30 i więcej lat. Ponadto, Polskie Radio boryka się z poważnymi problemami finansowymi. Szacunki mówią, że w tym roku wpływy z abonamentu mogą spaść nawet o 2/3. Szefowie spółki liczą, że uruchomienie kanałów tematycznych zwiększy atrakcyjność publicznej rozgłośni dla reklamodawców. Co ważne, „nowości” nie wpłyną znacząco na koszty funkcjonowania radia, bowiem cała operacja niemal w całości będzie oparta o istniejącą infrastrukturę, pracowników, archiwa.

Komercyjne media nie zasypiają gruszek w popiele i organizują kontrofensywę, mającą powstrzymać publicznych nadawców przed poszerzaniem ich darmowej oferty w Sieci. Prywaciarze z Beneluksu podnoszą larum, że publiczne programy mogą sobie pozwolić na taką „hojność”, gdyż otrzymują środki zarówno z reklam, jak i pochodzące z podatków. Zwłaszcza teraz, w czasie kryzysu, gdy środki prywatnych stacji na promocję uległy uszczupleniu, tak nad Mozą, jak i nad Wisłą wytaczane są kolejne działa przeciwko „nierównej konkurencji”. Mają miejsce rozmaite próby wywierania wpływu na program i źródła finansowania publicznych konkurentów.

Ataki na publiczne środki masowego przekazu są w Polsce prowadzone przez wielkie koncerny medialne już od wielu lat (co ciekawe, pomimo negatywnego stosunku do tego, co wspólne, domagają się one jednocześnie… darmowego dostępu do archiwów Polskiego Radia oraz TVP, będących własnością społeczną). Wtóruje im wielu politykierów, zwłaszcza tych występujący w ultraliberalnych barwach. Sprzymierzeńcy w dziele niszczenia dobra wspólnego najchętniej doprowadziliby do całkowitej likwidacji publicznych nadawców. Wiele wskazuje na to, że mogą osiągnąć swój cel – poprzez zniesienie abonamentu. O ile główne programy telewizji czy radiowa Trójka mogą to jakoś przetrwać, za cenę dalszego dostosowywania ramówki do potrzeb reklamodawców, o tyle programy określane jako misyjne z pewnością będą miały trudności. Jaki będzie los np. radiowej Dwójki, Radia Parlament, TVP Kultura czy TVP Historia, gdy zabraknie środków z abonamentu? Już teraz płaci go mniej niż 40% odbiorców usług oferowanych przez publicznych nadawców, w czym swój udział ma niewątpliwie nachalna propaganda nakłaniająca do unikania tej opłaty.

Tymczasem w UE abonament zlikwidowano tylko w Luksemburgu, a średnia jego ściągalność dla Unii wynosi 90%. Polska znajduje się na samym dnie tego rankingu, co sprawia, że aż 75% budżetu naszych mediów publicznych stanowią środki ze sprzedaży reklam. Zbliżamy się zatem do stanu postulowanego przez komercyjne firmy medialne. Przestrogą przed tym, co znajduje się na końcu tej drogi, niech będą efekty wprowadzania w życie skrajnie neoliberalnego modelu nowozelandzkiego. Środki publiczne na realizację misji może w owym kraju otrzymać każdy nadawca, który spełni określone warunki, np. zobowiąże się nie przerywać takich programów reklamami. Od wprowadzenia systemu, środki te nigdy nie zostały w pełni wykorzystane – od brania dotacji bardziej opłacalne jest wypełnianie ramówki po brzegi komercyjnym chłamem, przyciągającym reklamodawców.

Prywatne koncerny zarzucają mediom publicznym czerpanie zysków z emisji „sieczki”, takiej samej, jaka gości na ich antenach, jednak finansowanej z pieniędzy podatników. Oczywiście warto dyskutować nad ograniczeniem jej ilości, ale najpierw zapewnijmy Polskiemu Radiu i TVP stabilne i obfite źródło finansowania. Kolejnym krokiem powinna być demokratyzacja społecznych nadawców: skoro mają opierać swoje funkcjonowanie o portfel „Kowalskiego”, powinien on mieć wpływ na to, co i kiedy emitują. Kto wie, jakie niespodzianki przyniosłyby konsultacje społeczne, w których widzowie i słuchacze określiliby, ile życzą sobie reklam, w jakich godzinach poszczególne programy i filmy powinny być nadawane itp. Jedno jest pewne: na ich ramówkę nie powinny mieć wpływu media komercyjne, w przypadku których jedyną misją pozostaje: zarobić.

Przedszkole dla (nie) każdego!

Przedszkole dla (nie) każdego!

Komisja Europejska chce, by do 2020 r. 95% dzieci między 3. a 5. rokiem życia chodziło do przedszkoli. Ministerstwo Edukacji szacuje, że aby tego dokonać, trzeba będzie w nich stworzyć dodatkowe 250 tys. miejsc oraz wygospodarować kwoty rzędu 3 mld zł rocznie. Sytuację dla „Obywatela” komentuje dr hab. Marta Zahorska z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, badająca m.in. zjawisko nierówności edukacyjnych.

Według danych resortu edukacji, w Polsce nauką przedszkolną objętych jest zaledwie 60% potencjalnych przedszkolaków.

Marta Zahorska: Rzeczywistość jest jeszcze mniej optymistyczna: do przedszkola chodzą głównie dzieci starsze, powyżej 4. roku życia, natomiast spośród czterolatków – zaledwie 40% i to w większości w miastach. Średnia dla Unii Europejskiej wynosi powyżej 60%, w niektórych krajach do przedszkoli chodzi nawet 100% dzieci. Także jesteśmy daleko z tyłu.

Jakie mamy szanse, by osiągnąć owe 95%?

M.Z.: Kluczowa jest odpowiedź na inne pytanie: jakie dzieci nie chodzą obecnie do przedszkola?

Są w Polsce dzieci w wieku przedszkolnym określane mianem „niewidocznych”. Część dzieci, zwłaszcza mieszkających na wsiach czy w biedniejszych dzielnicach, rzadko poddawana jest opiece lekarskiej. Ponieważ wiele z nich jednocześnie nie chodzi do przedszkola, ich diagnozowanie zaczyna się dopiero, kiedy trafią do zerówki lub szkoły, a wtedy jest dużo za późno z punktu widzenia wyrównywania różnych dysfunkcji. Bo jak mamy je wyrównywać, kiedy żąda się od dziecka, żeby już pisało czy też rysowało? Pojawia się szok szkolny, czy zerówkowy. Brak instytucjonalnej opieki skutkuje tego rodzaju zaniedbaniem małych dzieci, a rozwój młodego człowieka silnie zależy od tego, co się z nim dzieje od momentu urodzenia do chwili ukończenia 5 lat. Mamy więc w Polsce bardzo przykrą i złą sytuację.
Wniosek z tego taki, że wbrew powszechnemu przekonaniu nie jest wcale najważniejsze, by objąć wszystkie dzieci wychowaniem przedszkolnym. Dużo ważniejsze jest uruchamianie programów wyrównujących szanse dzieci żyjących w złych warunkach. Gdybym rządziła, to przede wszystkim włożyłabym moc środków w dzieci wychowujące się w najgorszych warunkach kulturowych i materialnych. Dzieci rodziców z klas średnich, nawet te nie uczęszczające do przedszkola, chodzą na różnego rodzaju zajęcia, mają kontakt z rodzicami, którzy jako tako sobie radzą z ich wychowaniem. Tyle, że rodzice z klas średnich to silna grupa nacisku, która zabiega o dostępność przedszkoli. Rodzice wiejskich dzieci takiej grupy nie stanowią.

Stworzenie możliwości rozwoju rodzinom żyjącym w gorszych warunkach, o niskim kapitale kulturowym, to wyzwanie numer jeden. Należy inaczej rozłożyć akcenty, bo objęcie wszystkich dzieci opieką przedszkolną może skutkować „równą nierównością”. Dlatego mnie nie interesuje, czy wypełnimy zalecenia Unii i osiągniemy te 95%, co swoją drogą byłoby dobre. Przy ograniczonych środkach raczej bym stosowała inną taktykę, o której już powiedziałam. Niestety boję się, że program obejmie głównie te dzieci, których rodzice potrafią wywrzeć presję na to, żeby tę opiekę im zafundować.

Przedszkola są częściowo odpłatne. Dla uboższych, o których Pani mówi, stanowią luksus.

M.Z.: Dlatego stawiałabym na bezpłatną opiekę. Zgodnie z ideologią powtarzaną przez władze i Kościół, mamy dbać o dziecko od poczęcia, natomiast nie mamy programów opieki nad kobietami w ciąży (lub są one odpłatne), a opieka nad świeżo urodzonym dzieckiem jest często iluzoryczna. Paradoks polega na tym, że właśnie wśród ubogich rodzi się najwięcej dzieci. Jeśli się nimi nie zaopiekujemy, niedługo będziemy mieli połowę społeczeństwa bardzo źle przygotowaną rozwojowo, edukacyjnie i zdrowotnie. Nasz „kapitał ludzki” będzie kiepskiej jakości.

Są regiony Polski o bardzo niskim zagęszczeniu mieszkańców oraz niekorzystnych warunkach komunikacyjnych, jak Bieszczady czy Suwalszczyzna. W ich przypadku dochodzi problem z dostarczaniem dzieci do placówek edukacyjnych.

M.Z.: Tam zwykłe przedszkola się nie sprawdzą. Muszą tam powstawać tzw. ruchome przedszkola – takie, które same docierają do dzieci. Na podobnych zasadach powinna tam funkcjonować instytucja opiekunki, która powinna się zajmować i wspomagać rodziny z dużą ilością dzieci: to ona musi się co jakiś czas pojawiać w domach i edukować matki. Taki rodzaj wędrujących przedszkoli i żłobków próbuje się tworzyć zwłaszcza w krajach o nierównomiernym zaludnieniu, szansą są także małe przedszkola, swego czasu nazywane alternatywnymi. Są one organizowane w dalej położonych wsiach, chodzi do nich tych kilkoro dzieciaków z danej miejscowości. Obecnie koszty funkcjonowania takich placówek w większości pokrywają granty zdobywane przez różne fundacje, a tylko część wydatków pokrywa samorząd. Niestety, często z chwilą zakończenia realizacji grantów, likwiduje się te placówki. Dlatego powinny istnieć specjalne subwencje dla gmin na edukację przedszkolną. Warto pamiętać, że wydatki na edukację maluchów to nie koszty, a inwestycja. Amerykanie szacują, że zwrot z jednego dolara wydanego w tym wczesnym okresie życia na przedszkola jest siedmiokrotny.

Rozmawiał Konrad Malec, 20 stycznia 2010 r.