Zreprywatyzowani

Zreprywatyzowani

Na powojenną odbudowę stolicy złożyli się wszyscy pracujący Polacy. Każdy z nich od swojej skromnej pensji miał odciąganą pewną kwotę na ten cel. Ponadto, sami warszawiacy czynnie odbudowywali domy własne i sąsiadów. Po latach, spadkobiercy właścicieli budynków, które spłonęły podczas wojny, nierzadko wedle stanu na wrzesień 1939 zadłużone po same dachy, domagają się ich zwrotu. To, co według nich jest „dziejową sprawiedliwością”, dla mieszkańców reprywatyzowanych budynków stanowi często początek pasma krzywd.

Z wszystkich zakątków Polski dochodzą informacje o kamienicznikach, którzy niczym ich XIX-wieczni poprzednicy decydują o ludzkim „mieszkać albo nie mieszkać”. Warszawa skupia te problemy niczym w soczewce, ponieważ w dość zamożnym mieście dużo jaskrawiej wyglądają problemy ludzi biednych.

Wszystko przez Bieruta

Historia reprywatyzacji rozpoczyna się 26 października 1945 r. Wówczas to Bolesław Bierut wydaje dekret „O własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy”. Zgodnie z nim, wszystkie nieruchomości w stolicy przechodzą na własność państwa. Paradoksalnie, po 45 latach to właśnie na niego powołają się spadkobiercy dawnych właścicieli, dążący do przejęcia placów i budynków.

Prawo to stworzono, by móc szybko odbudować stolicę. Nawet potomkowie byłych właścicieli uważają, że było to wówczas konieczne. – Podobne akty obowiązywały również w Niemczech, dzięki nim można było odbudować miasta. Tyle, że tamtejsze umocowania prawne zakładały czasowy zabór mienia, nieruchomości były zwracane po zapłaceniu przez właścicieli za odbudowę – mówi Mirosław Szypowski, przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Organizacji Rewindykacyjnych (OPOR). – No właśnie, a odzyskujący swe dawne własności w Warszawie nie ponoszą żadnych kosztów odbudowy ani utrzymania tych budynków przez kilkadziesiąt lat – ripostuje Piotr Ciszewski z Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów (WSL).

Kiedy PZPR przechrzciła się na socjaldemokrację, a na scenie politycznej pojawiła się antykomunistyczna prawica, potomkowie właścicieli poczuli, że nadszedł ich czas. Kolejne prawicowe rządy w programach wyborczych obiecywały reprywatyzację i choć do dziś stosowny akt prawny nie został uchwalony, potomkowie przedwojennych kamieniczników stopniowo przejmują mienie – a właściwie, zgodnie z postanowieniem Bieruta, uzyskują wieczystą dzierżawę za symboliczną opłatą. Za jedną z nieruchomości w centrum Warszawy, na której stoi czteropiętrowa kamienica, właściciel płaci… 790 zł rocznie. Wspomniany wyżej dekret zostawił furtkę, dzięki której takie sytuacje są możliwe. Jego art. 7 przyznawał dotychczasowym właścicielom prawo do tego, by w ciągu 6 miesięcy zgłaszali wnioski o wieczystą dzierżawę lub prawo zabudowy za symboliczną opłatą.

W 1950 r. zlikwidowano własność samorządową i nieruchomości przejął Skarb Państwa. Aby odzyskać kamienicę czy plac, należy udowodnić, że było się właścicielem lub spadkobiercą znacjonalizowanego mienia. W tym celu trzeba okazać akt notarialny, potwierdzający prawo do własności, zaświadczenie z księgi hipotecznej lub wieczystej i dokument zakupu działki. Znaczna część tych dokumentów spłonęła w czasie wojny. Wydawałoby się, że zamyka to wielu osobom drogę do odzyskania dawnego majątku. „Cuda” się jednak zdarzają.

Grabież zagrabionego

W środowiskach osób tracących mieszkania w następstwie reprywatyzacji nieoficjalnie mówi się o osobach, które nie mają dokumentów, ale wiedzą, do kogo się udać, by odzyskać majątki. Nierzadko takie, które nigdy nie należały ani do nich, ani do ich krewnych. Trzeba bowiem pamiętać, że powojenne zamieszanie było wymarzoną sytuacją dla wszelkiej maści oszustów.

Na spekulacje i kradzieże szczególnie narażone było mienie pożydowskie. Ciekawego przykładu dostarcza budynek przy Noakowskiego 16. W sierpniu 1945 r. niejaki Leon Kalinowski, funkcjonariusz UB, sfałszował dokumenty przedstawicielskie rodzin Oppenheimów i Regirerów, właścicieli trzech warszawskich kamienic. Następnie odsprzedał wspomniany budynek Romanowi Kępskiemu i Zygmuntowi Szczechowiczowi. Rok później do Warszawy wróciła prawowita właścicielka. Sprawa trafiła do sądu. Po krótkim procesie Kalinowski znalazł się w więzieniu, skąd wyszedł tylko na rok, by ponownie trafić przed oblicze Temidy za podobne przestępstwa. Z więzienia żywy już nie wyszedł.

Pomimo tych wydarzeń, Roman Kępski w 1997 r. wniósł sprawę o odzyskanie kamienicy. Umarł jednak w 1999 r., nie doczekawszy „zwrotu” majątku. Ostatecznie kamienicę przyznano jego spadkobiercom, wśród których jest Andrzej Waltz, mąż… obecnie urzędującej prezydent Warszawy.

Wątpliwe świętości

Niezależnie od przypadków typowo kryminalnych, przy obecnym porządku prawnym władze Warszawy mogłyby niczego nikomu nie oddawać, gdyż „bierutowe prawo” nie jest do końca jednoznaczne, zwłaszcza w zestawieniu z innymi aktami legislacyjnymi. Władze stolicy sprzyjają jednak dawnym właścicielom, a urzędnicy przymykają oczy na „detale”. Spadkobiercy właścicieli korzystają z tych udogodnień, lecz proces odzyskiwania budynków bywa dla nich zbyt długotrwały. Kierują więc skargi do sądu, a że te nie zawsze przynoszą skutek ze względu na niejasności prawne, postanowili złożyć wniosek do Międzynarodowego Komitetu Praw Człowieka w Genewie, przed którym będzie ich reprezentowała szwajcarska kancelaria specjalizująca się w reprywatyzacji. Ewentualna wygrana potomków właścicieli oznaczać będzie konieczność uwzględniania wykładni Komitetu przez polskie sądy.

Platforma Obywatelska w czasie kampanii wyborczej obiecywała, że po dojściu do władzy doprowadzi do uchwalenia ustawy, która w sposób możliwie najmniej dotkliwy dla społeczeństwa ureguluje roszczenia tej grupy. Początkowo myślano o zwrocie mienia w naturze wszędzie tam, gdzie to możliwe. Wycofano się z tego pomysłu, prawdopodobnie pod wpływem koalicjanta, na rzecz odszkodowań, na które miano przeznaczyć 20 mld zł. Wysocy przedstawiciele resortu skarbu nieoficjalnie mówią, że Polski nie stać na takie wydatki w czasie kryzysu.Oceniamy, że 70% majątków można zwrócić w naturze, a to znacząco obniżyłoby koszty funkcjonowania ustawy – przekonuje Mirosław Szypowski.

Interpretacja „świętego prawa własności”, na które tak lubują się powoływać spadkobiercy kamieniczników, nie jest w tym przypadku jednoznaczna. Przez kilkadziesiąt lat zaszły bowiem znaczące zmiany. Podczas odbudowy Warszawy kamienice niejednokrotnie były restaurowane z przesunięciem, wskutek czego dziś znajdują się na innych działkach niż siedemdziesiąt lat temu. – Często są to również zupełnie inne budynki niż te, które stały w danym miejscu przed wojną – podkreśla Ciszewski.

Inny poważny problem polega na wykupieniu części mieszkań przez ich lokatorów. Odebranie im własności byłoby naruszeniem zasady nie działania prawa wstecz, w związku z czym przy reprywatyzacji zwraca się tylko tę część nieruchomości, do której praw nie nabyła w międzyczasie inna osoba. Szypowski zgadza się z takim podejściem do sprawy, jednak zastrzega: Jeśli kolesie Gierka kupowali mieszkania za ówczesną równowartość malucha, świadczy to o zakupie w złej woli. Legalność takich przypadków staramy się podważać w sądzie.

Zdarzają się także tak kuriozalne sytuacje, jak przypadek kamienicy przy Chmielnej 11. Po wyzwoleniu Warszawy budynek był niemal doszczętnie zniszczony. Wprawdzie w 1949 r. właściciel otrzymał prawo dzierżawy i zgodę na odbudowę, jednak jego hipoteka była obciążona stutysięcznym długiem na rzecz państwa. W dodatku już w 1946 r. lokatorzy i kupcy zawiązali spółkę, przy użyciu której własnymi siłami odbudowali kamienicę. Zachowały się dokumenty potwierdzające tę oddolną inicjatywę i jej wykonanie przez mieszkańców, w przeciwieństwie do dokumentów potwierdzających zakup prawa do gruntu przez spółkę lokatorów i właścicieli. To było przyczyną, dla której sądy kolejnych instancji odrzucały pozew spadkobierców o zwrot kamienicy. Wbrew sądowym wyrokom, władze lokalne postanowiły nieruchomość podarować potomkom właściciela.

I odpuść nam nasze długi…

Jeśli spojrzymy w przedwojenne hipoteki, to okaże się, że znaczna część kamienic była zadłużona. Precyzyjnych statystyk nie sposób podać, ponieważ wojenne spustoszenia nie ominęły dokumentów miejskich. – Jeśli dług dotyczył Skarbu Państwa lub Warszawy, to przeliczamy go i oddajemy kamienicę, kiedy odzyskamy pieniądze – mówi Małgorzata Kazimierczak z Biura Gospodarki Nieruchomościami m.st. Warszawy. Długi względem państwa były jedynie niewielkim ułamkiem wszystkich wierzytelności. Szypowski twierdzi, że należności wobec państwa i miast są honorowane i zwracane przez środowiska właścicielskie, jednak nie udało mi się odnaleźć ani jednego takiego przypadku. Co istotne, w większości przypadków nigdy nie spłacony kredyt był zaciągnięty na budowę kamienicy. W tym świetle dość groteskowo brzmią hasła o „zagrabionym majątku”.

Ciekawym przypadkiem jest nieruchomość na Nowym Świecie 64. Obecny budynek stanowi zaledwie 10% starej kamienicy. Reszta została odbudowana w 1949 r. przez państwo (wartość hipoteczna ponad 5 mln zł) oraz Spółdzielnię Komunikacyjno-Budowlaną (kolejne 7,5 mln na hipotece). W odbudowie brali udział także lokatorzy i najemcy pomieszczeń handlowo-usługowych, dodatkowo budynek był potem odnawiany i modernizowany. Z kolei jego przedwojenna hipoteka była obciążona znaczącą pożyczką. Nie przeszkodziło to jednak władzom samorządowym oddać nieruchomości spadkobiercom jako wolnej od obciążeń.

Frajerzy i pokrzywdzeni

Przypadków odbudowy kamienic przez lokatorów, rzemieślników i sklepikarzy jest wiele. Śmiało można powiedzieć, że bez takiej kooperatywy większość budynków nie powstałaby z gruzów. Jednak to, co wydaje się być atutem mieszkańców, w oczach stołecznych urzędników jest frajerstwem.Jeśli byli lokatorzy lub najemcy lokali użytkowych partycypowali w odbudowie domów, to znaczy, że nadbudowywali je na nieruchomościach należących do kogoś innego. Prawo mówi jasno, że to, co zostanie nadbudowane, należy do właściciela nieruchomości. Nieznajomość prawa działa na niekorzyść osób prawo ignorujących – mówił w 2004 r. dla jednego z dzienników Krzysztof Ratowski, kierownik wydziału spraw dekretowych i związków wyznaniowych w Biurze Gospodarki Nieruchomościami, Geodezji i Katastru Miasta Warszawy. I dodawał, że po 1945 r. właściciele nieruchomości ponieśli ogromne straty.– Należy im się wyrównanie krzywd. Przez ponad 40 lat działo się w Polsce bezprawie. My to bezprawie po prostu usuwamy – twierdził. A że kosztem krzywd lokatorów – co za problem…

Rolę mieszkańców w podźwignięciu Warszawy z powojennej ruiny umniejsza również Małgorzata Kazimierczak: Proszę nie brać tej odbudowy stolicy przez mieszkańców tak bardzo serio. Nawet jeśli mieszkańcy sami ją odbudowywali, to Skarb Państwa organizował cegły i wyrażał na to zgodę. Jak widać, cegły i decyzja wystarczą do wzniesienia budynku.

Cuda na ojcowiźnie

Przejmowaniu kamienic często towarzyszą zadziwiające „zbiegi okoliczności”. Przykładowo, w budynku przy Racławickiej 5, na krótko przed przejęciem go przez nowego, prywatnego właściciela, rozpoczął się remont, o który mieszkańcy nie mogli się doprosić od 15 lat! Agnieszka Grabowska-Urbanek, nowa właścicielka, wymieniła już tylko okna na klatce schodowej i ją pomalowała. Warto wspomnieć, że w związku z nowymi przyłączami instalacyjnymi mieszkańcy zainwestowali w wanny, umywalki czy sedesy. Jednocześnie musieli naprawić ściany, które wymiana rur uszkodziła. Dla mało zamożnych lokatorów były to znaczące wydatki, na które musieli wziąć kredyty. Radość z zakończonego remontu nie trwała długo, ponieważ wkrótce okazało się, że są zmuszeni płacić czynsz w wysokości swoich poborów. Podniesienie standardu życia mieszkańców było uzasadnieniem podwyższenia przez nową właścicielkę stawki za metr kwadratowy z 2,5 do… 28,56 zł.

Jednym z koronnych argumentów zwolenników reprywatyzacji jest wieloletni zastój w inwestycjach w kamienice w okresie gospodarowania nimi przez państwo i gminę. To właśnie między innymi fatalny stan kamienic często decydował o umieszczaniu w nich mieszkań socjalnych. – Cała warszawska Praga w 1944 r. była w dobrym stanie, zniszczyły ją powojenne rządy – grzmi Mirosław Szypowski. Potomkowie kamieniczników posiłkują się próbami dowodów, jakoby na kamienicach nie dało się zarobić. Nierzadko deklarują, że zupełnie nie zależy im na pieniądzach, lecz po prostu chcą odzyskać „ojcowiznę”. Jednocześnie, często bezpośrednio po zakończeniu procesu reprywatyzacji, chętnie odsprzedają ową umiłowaną ojcowiznę firmom wyspecjalizowanym w wyciskaniu ostatnich groszy z lokatorów lub ich usuwaniu, by w miejscu mieszkań zorganizować biurowiec.

Brudne chwyty

Sytuacja, w której lokatorzy stają się przedmiotem swoistego handlu żywym towarem oznacza nieraz dopiero początek katorgi. Kamienicznicy nie przebierają w środkach, by się ich pozbyć. Weźmy przypadek kamienicy na Marysińskiej 22, przejętej przez Józefa Piaszczyńskiego, właściciela firmy „Kominiarz”. Kamienicznik, chcąc się pozbyć lokatorów, posunął się m.in. do zmiany adresu budynku. W związku z nią miało nastąpić przemeldowanie mieszkańców, Piaszczyński powiadomił ich jednak o rzekomym obowiązku wymeldowania się, a następnie próbował pozbyć się jednej z rodzin, meldując w jej mieszkaniu swoją córkę, co było o tyle dziwne, że połowa lokali w owym czasie była pusta.

Meldowanie rodziny w zamieszkałym lokalu to częsty sposób na pozbycie się osób, których nie można ot tak po prostu wyeksmitować. Rzekoma potrzeba zapewnienia mieszkania dla rodziny pozwala bowiem dość szybko pozbyć się dotychczasowych lokatorów, nawet jeśli sumiennie płacą czynsz. Są i jeszcze inne metody. Kiedy jednej z rodzin nie udało się pozbyć zawyżonym czynszem, wówczas właściciel sięgnął po „środki ostateczne”: stopniowo odcinał prąd i wodę, następnie zatkał komin (czym o mało nie doprowadził do śmierci starszej kobiety), wreszcie – „nieznani sprawcy” zaczęli podrzucać śmieci i bazgrać po klatce schodowej.

Podobna droga przez mękę stała się udziałem mieszkańców budynku przy Nabielaka 9. Marek Mossakowski poza sprawdzonymi metodami, przedstawionymi wyżej, próbował dostać się do mieszkania lokatorów broniących się przed wysiedleniem (nie mieli wyroku eksmisyjnego) odcinając zawiasy szlifierką kątową; przed wdarciem się do lokalu powstrzymała go policja. Co ciekawe, Mossakowski ani lokatorom, ani sądowi, przed którym toczy się rozprawa eksmisyjna, do dziś nie przedstawił dokumentów potwierdzających jego prawo własności budynku.

Z kolei Robert J., właściciel kamienicy przy Konduktorskiej 18 i firmy Polskie Biura Rachunkowe, uznał za niepotrzebne centralne ogrzewanie w sezonie zimowym oraz zignorował wyrok sądu, który nakazał jego ponowne przyłączenie. W tym towarzystwie właściciel budynku przy Wspólnej 35 to istny baranek. Ograniczył się „zaledwie” do możliwie uciążliwego prowadzenia remontów kamienicy, która zgodnie z jego marzeniami miała się przeistoczyć w luksusowy biurowiec. No i zatrudnienia ochrony, która wpuszczała przychodzących do budynku według właścicielskiego uznania.

Stawki większe niż życie

Na samej Pradze do początku br. oddano prywatnym właścicielom 50 kamienic, a 250 dalszych czeka na urzędnicze decyzje. Tylko w ubiegłym roku zwrócono w całej Warszawie ponad 300 majątków (w tym placów), łącznie – ok. 2,5 tys., zaś w kolejce na rozpatrzenie czeka 4,5 tys. podobnych wniosków. Należy się spodziewać, że reprywatyzacja może dotyczyć kolejnych 25-60 tys. nieruchomości.

Nowi właściciele bez litości podnoszą czynsze, do poziomu nieosiągalnego dla mieszkańców, którzy w większości wprowadzali się do lokali komunalnych. Przykładem może być budynek przy Nowym Świecie 66, gdzie w ciągu trzech lat wzrosły one ponad dwunastokrotnie, osiągając 1 lutego 2006 r. wysokość 43,96 zł za m2. Pierwszego września tegoż roku lokatorom skończył się trzyletni okres wypowiedzenia, w związku z czym właściciel zażądał od nich odszkodowań za bezprawne zajmowanie lokali, w wysokości 51 zł za m2.

Dochodzi do tak kuriozalnych sytuacji, że właściciele życzą sobie samego czynszu 100 zł za metr. Ponieważ na otrzymanie mieszkania komunalnego szans właściwie nie ma, mieszkańcy popadają w spiralę zadłużenia. – W tej sytuacji nawet gdyby komuś udało się nabyć mieszkanie, to na jego hipotekę natychmiast wszedłby komornik, tytułem zadłużenia za odszkodowanie, które może sięgać nawet kilkudziesięciu tys. zł – wyjaśnia Ciszewski. – Takie sytuacje są rzadkością. Właściciele nie mogą sobie dowolnie podnosić czynszu, to reguluje ustawa o ochronie praw lokatora – uważa M. Kazimierczak. I dodaje: Najemcy muszą się liczyć z tym, że trzeba się zrzucić np. na remont dachu. Mieszkam we wspólnocie mieszkaniowej i my sami sobie ustanowiliśmy dość wysoki czynsz właśnie po to, by móc przeprowadzić remonty. To, czy jej opłaty przewyższają dochód rodziny, urzędniczka dyskretnie przemilczała. Mniejszym optymistą jest Jacek Wachowicz z Praskiej Wspólnoty Samorządowej. – Część właścicieli natychmiast po przejęciu budynku podnosi czynsze, i to w znaczący sposób. Robią to pomimo tego, że ludzie np. wodę mają na korytarzu – nie kryje zbulwersowania.

Teoretycznie stawka za metr kwadratowy nie powinna przekroczyć 12 zł, stanowiących wartość odtworzeniową. – Można to jednak ominąć, powołując się na koszty remontu i/lub utrzymania. Lokator może skierować sprawę do sądu, gdzie właściciel powinien udowodnić, że tak wysoki czynsz jest zasadny. Procedura jest jednak długotrwała i nie gwarantuje sukcesu, a przez ten czas trzeba płacić – wyjaśnia mechanizm Piotr Ciszewski.

By przeciwdziałać takim sytuacjom, Praska Wspólnota Samorządowa wyszła z propozycją dopłacania do mieszkań tym, których nie stać na horrendalne czynsze. – Oczywiście to nie może być rozwiązanie ostateczne – docelowo powinniśmy dążyć do budowania mieszkań komunalnych – zaznacza Wachowicz. To nie jedyne działania Wspólnoty w tej materii, ugrupowanie stara się m.in. o tanie kredyty dla mieszkańców Towarzystw Budownictwa Społecznego.

Bez prawa do prawa

Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów w liście otwartym do prezydent Warszawy z 21 kwietnia 2008 r. pisało m.in.: Każdemu z nas odebrana została godność osobista, w majestacie prawa odebrano nam nasze dobra materialne, a także prawo do obrony. W wyniku toczących się procesów administracyjnych oraz sądowych po kolei tracimy dachy nad głowami i meldunki – budynki, w których mieszkamy, są bowiem zwracane właścicielom prywatnym, zainteresowanym wyłącznie maksymalizacją zysków, a więc także opłat czynszowych. /…/ Jeśli ten proces będzie kontynuowany, to już wkrótce, jako osoby bezdomne i bez stałego zameldowania, nie będziemy mieli prawa do udziału w wyborach, nie rozliczymy się z fiskusem, nie będziemy mogli pracować ani założyć konta w banku.

Lokatorzy oddani spadkobiercom wraz z budynkami, a następnie wraz z nimi odsprzedani, są rozgoryczeni obojętnością władz publicznych. Wielu z nas odbudowywało Warszawę, a dziś stoi na skraju bezdomności. Zostaliśmy potraktowani przedmiotowo i przekazywani z rąk do rąk bez informowania nas o tym. Państwo wyraziło zgodę, byśmy byli towarem, a także pozwoliło na haniebny handel nami. Jako przedmioty, w dodatku nikomu niepotrzebne, dla wszystkich władz, urzędów, a nawet administratorów budynków – nie jesteśmy stroną. /…/ My nie istniejemy. Ustawa, która miała nas chronić, odebrała nam nawet prawo wglądu do wydatków, jakie faktycznie ponosimy – czytamy we wspomnianym liście otwartym. Znamienne, że na ten aspekt problemu zwracali uwagę wszyscy moi rozmówcy – z wyjątkiem właścicieli i urzędników.

Oskar Hejka, założyciel portalu www.obywatel24.pl,przedstawia mechanizm „przekazywania lokatora”. – Kodeks cywilny zakłada, że w przypadku zmiany właściciela czy zarządcy budynku, następuje przekazanie umowy najmu. Przed reprywatyzacją każdy miał umowę na lokal komunalny. To pierwsze źródło problemu, drugim zaś jest orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, z którego wynika, że niektóre zapisy ustawy o ochronie praw lokatorów są niekonstytucyjne; m.in. podważył on mechanizmy regulowanej polityki czynszowej. Przypomina to nieco sytuację, w której ktoś wziął w banku kredyt na 30 lat i spłacał go wzorcowo przez dekadę. Po 10 latach bank orzeka, że środki na ów kredyt pochodziły z lokaty Iksa, w związku z czym teraz pieniądze spłacamy jemu, przy czym Iks podnosi oprocentowanie z 5 od 50%. My umowy mieliśmy podpisane z miastem, nie z nowym właścicielem. Nie rozumiem, czemu one przestają nagle obowiązywać, skoro nie złamaliśmy żadnych zapisanych w nich warunków – pyta retorycznie.

Obywatele drugiej kategorii

W obliczu bezprawia, które dotyka lokatorów, policja i sądy wykazują zadziwiającą bierność. Nawet kiedy dochodzi do próby włamania, jak w przypadku Mossakowskiego, funkcjonariusze reagują niezwykle opieszale. W tym konkretnym przypadku nie zatrzymali właściciela, który usiłował się włamać do cudzego mieszkania! Nie reagowali nawet, gdy w ich obecności groził lokatorom. Policjantom zwykle nie udaje się także wykryć sprawców zniszczenia klatki czy podrzucenia śmieci, zaś próby zastraszenia, a nawet pobicia są lekceważone. Zdarza się, że wezwany patrol nawet się nie pojawia.

Niełatwo także zrozumieć działanie sądów. Choćby w przypadku mieszkańców z Konduktorskiej, którzy złożyli pozew w sprawie odcięcia im centralnego ogrzewania. Właściciel złożył wniosek o oddalenie, gdyż był w nim uwzględniony tylko on, podczas gdy drugim właścicielem jest jego żona. Lokatorzy wcześniej próbowali się dowiedzieć, kto jest rzeczywistym właścicielem budynku, jednak Robert J. im to uniemożliwiał. Sprawa toczyła się w grudniu, a więc już w sezonie grzewczym. Sąd przyznał rację właścicielowi i odroczył sprawę celem uzupełnienia pozwu do… maja. Kolejnej zimy sytuacja oczywiście się powtórzyła, skutkiem czego mieszkańcy przez dwa sezony ogrzewali się piecykami elektrycznymi, co znacząco podniosło koszty utrzymania. W tym samym czasie właściciel otwierał okna w pustych lokalach i na klatce schodowej, aby dodatkowo wyziębić budynek…

Podczas procesu reprywatyzacyjnego mieszkańcy nie są dla miasta partnerem. Później – nie są nim dla właściciela. Gdy właściciele kierują sprawy o eksmisję, miasto jest powiadamiane z urzędu i z urzędu ma prawo włączyć się w proces. Sprawa wygląda zawsze tak samo: władze Warszawy korzystają ze swego uprawnienia i wnioskują o nieprzyznanie lokalu komunalnego lub socjalnego. W ten sposób podsądny niemal zawsze jest przegrany, gdyż właściciel ma prawo domagać się eksmisji lokatora, który nie płaci. Miasto wykazuje, że ma zbyt wysokie dochody, aby otrzymać komunalne mieszkanie. Zwykle jest jednak także za biedny, aby otrzymać kredyt na własne cztery kąty, więc ostatecznie kończy na bruku.W Polsce mamy ustawę chroniącą zwierzęta przed złym traktowaniem, tymczasem ludzie z reprywatyzowanych kamienic nie mają żadnych praw, żadnej ochrony– zauważa Jacek Wachowicz. I dodaje: Nierówność właścicieli i lokatorów wynika nie tylko z różnic w majętności. Prezydent Gronkiewicz-Waltz wyznaczyła prawników pracujących w urzędzie do pomocy dla właścicieli. My po latach walki wyszarpaliśmy prawników dla lokatorów. Przeważnie są to jednak ludzie pracujący dla opieki społecznej, a to niestety słabi fachowcy.

Lokatorom biada

Aby wnieść sprawę do sądu, trzeba mieć pieniądze na pokrycie kosztów procesu. Osoby niezamożne mogą być z nich zwolnione, jednak o tym, kto jest wystarczająco biedny, aby ich nie ponieść, każdorazowo arbitralnie orzeka sąd. – Znam rodzinę, w której dochód na głowę wynosił 350 zł, lecz sąd uznał, że są zbyt bogaci, by zwolnić ich z opłat – podaje przykład Hejka. – Sądy są niekonsekwentne. Zarejestrowaliśmy stowarzyszenie i właściciel wytoczył mi i mojej rodzinie proces o eksmisję, ponieważ bez jego zgody… użyczyliśmy skrzynki pocztowej na rzecz stowarzyszenia. Osobny proces miałem ja, a osobno toczył się dla żony i dzieci, choć jego przyczyna była ta sama. Ja dostałem wyrok eksmisyjny, podczas gdy żona – nie. Nie wiadomo, na jakiej podstawie zapadły oba wyroki – relacjonuje Krzysztof Lewandowski ze stowarzyszenia Noakowskiego 16.Nierówności mają swoje źródło także w samym Kodeksie cywilnym. Jeżeli państwo czy gmina sprzedaje budynek, ma obowiązek zapewnić lokatorom inne lokum o podobnym standardzie i kosztach utrzymania. Jeśli jednak zbywa nieruchomość w inny sposób, wspomniany obowiązek nie istnieje.

Zdaniem Oskara Hejki zapis ten jest niekonstytucyjny: Założyliśmy sprawę sądową przeciw ministrowi skarbu państwa. Uważamy, że to rząd jest winien tej sytuacji, ponieważ wypuścił bubel prawny. Obywatel nie może się w prosty sposób zwrócić do Trybunału Konstytucyjnego, więc liczymy na to, że na pierwszej rozprawie sędzia skieruje zapytanie prawne do TK, a ten orzeknie niekonstytucyjność tego zapisu, dzięki czemu przestanie on działać.

Agata Nosal z Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, organizacji zajmującej się m.in. obroną niezamożnych lokatorów przed wyrzuceniem na bruk, opowiada jedną z historii, jaka miała miejsce po sądowym wyroku eksmisyjnym. –Pięćdziesięcioletnie małżeństwo musiało wyprowadzić się z kamienicy. Nie otrzymali żadnego innego lokalu, więc stanęło na tym, że każde z nich musiało zamieszkać ze swoimi rodzicami. Teraz spotykają się w parkach. Wyprowadzając się do ciasnych mieszkań swoich rodziców nie mogli zabrać większości dobytku, na który pracowali całe życie, ponieważ nie byłoby gdzie go wstawić. Znaczną jego część rozdali za darmo, by nie wpadł w ręce kamienicznika – mówi.

Agata Nosal twierdzi, że choć polskie prawo zabrania eksmisji na bruk”, przepisy można ominąć. – Eksmisja może nastąpić do lokalu tymczasowego, którym najczęściej jest hotel robotniczy, opłacony na miesiąc przez kamienicznika. Po miesiącu lokatorzy muszą płacić sami, a jeśli ich na to nie stać, to… do widzenia, hotel nie ma obowiązku nikomu zapewniać dachu nad głową. Są jeszcze prostsze metody. Ostatnio były próby przeniesienia mieszkańców bezpośrednio do noclegowni dla bezdomnych lub placówek MONAR-u – relacjonuje.Podstawą eksmisji może być niepłacenie czynszu przez trzy miesiące. Aby ułatwić sobie zadanie, niektórzy nowi właściciele nie informują o sposobach dokonywania wpłat, np. nie udostępniając, nawet na wyraźną prośbę, numeru konta. Po trzech miesiącach mogą naliczyć karne odsetki i wystąpić o eksmisję.

Efektem wszystkich opisanych działań jest stopniowe opuszczanie reprywatyzowanych budynków przez ich dotychczasowych najemców. Ci, którzy zostają, poza utratą wiary w sprawiedliwość, tracą także zdrowie, a nawet życie. – My to jeszcze jakoś wytrzymujemy, ale starsi ludzie – nie. Ostatnio dwie sąsiadki zaangażowane w nasze działania zmarły na atak serca. Wiadomo, że żaden lekarz nie orzeknie, że to wina kamienicznika i jego metod, ale myślę, iż nie pozostaje to bez związku, tym bardziej, że jedna miała dopiero 40 lat – dzieli się swymi uwagami Lewandowski. Podobny przypadek opisuje Oskar Hejka w przypadku kamienicy na Nowym Świecie 24.

Z czasem zostają tylko ci naprawdę najbardziej zacięci i w najbardziej beznadziejnej sytuacji. Prezes OPOR, który jest jednocześnie prezydentem Polskiej Unii Właścicieli Nieruchomości, mówi o nich w ostrych słowach: To czarne owce. Oni nam, porządnym właścicielom, przyprawiają kłopotów, psują nam opinię. Ich działania są niemoralne i niezgodne z prawem. Równie wymowne są inne jego słowa, przyjęte za swoiste antymotto przez redakcję portalu Lokatorzy.pl: Zamiast biadolić nad rzekomą krzywdą, jaka spadła na lokatorów, to państwo powinno wznieść wszystkim właścicielom nieruchomości w Polsce symboliczny pomnik wdzięczności z napisem na cokole: ,,Tym, co dali współbraciom dach nad głową – wdzięczne Państwo”. Proste, prawda?

Lokatorska samoobrona

Coraz bardziej agresywne postępowanie kamieniczników – oraz obojętność urzędników – sprawiają, że budzi się społeczny opór. Mieszkańcy mający kłopoty z nowymi właścicielami zakładają portale internetowe, blokują ulice, pikietują urząd miasta, wydają swoją prasę („Sprawa Lokatorska”), zrzeszają się w stowarzyszenia, jak Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów.

Ponieważ ludzi z podobnymi kłopotami przybywa bardzo szybko, rośnie zapotrzebowanie na pomoc prawną. Jako że mieszkańców rzadko kiedy stać na adwokata, a sądy sporadycznie przyznają takowego z urzędu (Pani jest bystrą osobą, da pani sobie radę – miała usłyszeć jedna z kobiet, wobec której toczyło się postępowanie o eksmisję; oczywiście właściciel miał pomoc mecenasa), toteż ci, którzy już „coś wiedzą”, dzielą się informacjami z kolejnymi osobami. – Coraz częściej dzwonią do mnie ludzie z różnych stron Polski i pytają, co robić – mówi Hejka. Tam, gdzie wiedza oparta na własnym doświadczeniu nie wystarczy, w miarę możliwości ugrupowania lokatorskie kierują pomoc prawną zawodowych prawników.

Bardzo ciekawą inicjatywą było skierowanie przez WSL listu otwartego do posłów, w którym zadano pytania m.in. o możliwość powstrzymania dowolnego podnoszenia czynszów i eksmisji lokatorów na bruk, o zabezpieczenia dla mieszkańców, którzy tracą dom nad głową, wsparcie państwa dla budowy mieszkań komunalnych i TBS-ów. Odpowiedziała nań zaledwie szóstka parlamentarzystów. Alicja Dąbrowska i Witold Namyślak z klubu Platformy Obywatelskiej niezależnie od siebie wystosowali interpelacje do ministra infrastruktury, w których pytają o problemy trapiące lokatorów i o to, jak rząd ma zamiar je rozwiązać. Podobnie zachowała się Krystyna Łybacka (Lewica, ówcześnie – LiD), z tym, że swoje pismo skierowała do ministerstwa pracy i polityki społecznej. Jednocześnie jej asystent zadeklarował chęć współpracy w celu poprawienia losu lokatorów czynszówek. Antoni Macierewicz (Prawo i Sprawiedliwość) odpowiedział krótkim listem, w którym obiecał zająć się sprawą, jeśli dostanie konkretne propozycje do przedstawienia na sejmowej sali. Równie krótki był list od Jana Widackiego(LiD; obecnie – Stronnictwo Demokratyczne), który odpisał, że jego ugrupowanie popiera budowę mieszkań komunalnych i utworzenie na ten cel specjalnego funduszu. Poseł PO Arkadiusz Litwiński zbagatelizował bolączki lokatorów, nie dostrzegając większych problemów tej grupy.

Środowiska lokatorskie często deklarują, że nie są przeciwne reprywatyzacji, a jedynie obecnemu sposobowi jej przeprowadzania: oddawaniu budynków potomkom dawnych właścicieli wraz z lokatorami, co skutkuje ludzkimi tragediami. – Nie tędy droga, najpierw mieszkańców trzeba wyprowadzić do innego domu – twierdzi Jacek Wachowicz. Podobnego zdania jest Krzysztof Lewandowski: Jeżeli państwo popełniło błąd i teraz chce go naprawić, to chyba nie powinno się to odbywać naszym kosztem. Lokatorzy powinni otrzymywać inne mieszkania, o podobnym standardzie i czynszu.

Musimy to załatwić

Nie jesteśmy pieniaczami, którzy chodzą po sądach, bo lubią. Procesowanie się jest ostatnią rzeczą, jaką chcielibyśmy rozbić. Mnie osobiście stać na czynsz, jaki płacę, ale mam już dość słuchania w telewizji, że znowu kogoś wyrzucono– wyjaśnia Oskar Hejka. Problemy lokatorów reprywatyzowanych budynków komentuje krótko: Ktoś to musi załatwić. Nie oznacza to bynajmniej, że obywatele mają na to biernie czekać. – Jesteśmy na początku budowania demokracji i od nas zależy, czy za 20-40 lat będziemy żyli w państwie prawa, czy w republice bananowej.

Konrad Malec
współpraca Marta Kasprzak

Zdjęcie w tle: Tomasz Chmielewski

 


Tekst pierwotnie ukazał się w Magazynie OBYWATEL nr 3 (47) 2009.

Zmowa oświatowa

Zmowa oświatowa

O sytuacji w szkolnictwie rozmawiamy z Ryszardem Proksą, przewodniczącym Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”.

***

Sekcja oświaty i wychowania NSZZ Solidarność zapowiadała, że jeżeli rząd do 15 września nie zareaguje na propozycje podwyżek przejdzie do organizacji protestów. Jak idą przygotowania?

Ryszard Proksa: Właśnie mamy spotkanie Rady Sekcji Oświaty i Wychowania związku. Na podstawie przeprowadzonych wcześniej ankiet chcemy podjąć decyzję o formach protestu, będącego odpowiedzią na brak waloryzacji płac w oświacie i budżetówce. Co prawda w Polsce budżetówkę traktuje się oddzielnie od oświaty, ale tak naprawdę jedziemy na tym samym wózku. Ministerstwo Edukacji twierdzi, że nie rozumie dlaczego nauczyciele się burzą – przecież otrzymali 40 proc. podwyżki! Ale wystarczy spojrzeć na płace realne nauczycieli, żeby zobaczyć, że w rzeczywistości nasze zarobki spadły poniżej stanu z 2007 r. Zarabiamy dokładnie tyle, co 8 lat temu. Nie tylko w sferze budżetowej, ale w całej gospodarce narodowej średnia płaca wynosi 4000 zł, podczas gdy my zarabiamy wedle standardów z czasów średniej wynoszącej 2500 zł. Rząd i samorządy chcą za wszelką cenę udowodnić, że nauczyciel w polskim systemie płac jest krezusem. W rzeczywistości statystyki pokazują, że jesteśmy na ostatnich miejscach w Europie. W nakładach na oświatę, nakładach na jednego ucznia, płacach nauczycielskich – wszędzie zajmujemy ostatnie miejsce. Czy „gorzej” znaczy dla rządzących „lepiej”? Nauczyciele, jako grupa z wyższym wykształceniem, razem z pracownikami kultury, są na ostatnim miejscu w rankingach wysokości wynagrodzeń. Media wpajają społeczeństwu, że nauczyciele to grupa uprzywilejowana. Mają przecież wakacje, i pracują zaledwie 18 godzin tygodniowo.

A tak nie jest?

R. P.: W zeszłym roku ukazały się badania Instytutu Badań Edukacyjnych, które wykazały, że praca nauczyciela to średnio 46,5 godziny w tygodniu, co stanowi naruszenie przepisów kodeksu pracy. Niestety nikt o tym nie mówi. Samorządy próbują zmuszać nauczycieli do podpisywania oświadczenia wyrażającego zgodę na pracę powyżej 8 godzin dziennie. Badania OECD wskazują, że nasz rok szkolny należy do najdłuższych w Europie. A my słyszymy, że trzeba nam odebrać urlop, programy profilaktyki zdrowotnej, urlopy zdrowotne. Obecny rząd działa na naszą niekorzyść, a wtórują mu niedofinansowane samorządy. Otrzymują one 2,5 proc. PKB na prowadzenie placówek, podczas gdy ogólne wydatki na oświatę wynoszą w Polsce ponad 5,5 proc. Wiadomo, skąd biorą się te pieniądze – to pieniądze rodziców i samorządów. Próbujemy zmobilizować nauczycieli do walki o swoje prawa. Inaczej kłamstwa rządu i mediów zostaną utrwalone w świadomości społecznej.

Wspominał Pan o podobnej sytuacji innych sektorów budżetówki. Czy planujecie wspólne akcje?

R. P.: Komisja Krajowa ma takie plany. Na ten moment zajmujemy się rozsyłaniem naszych stanowisk w sprawie oświaty i budżetu. Listy wysłaliśmy m.in. do wszystkich parlamentarzystów. Synchronizacja działań w poszczególnych branżach jest utrudniona ze względu na specyfikę zawodów i prawne uwarunkowania dotyczące możliwości przeprowadzania akcji protestacyjnych. Warto dodać, że trzy największe centrale związkowe zastanawiają się nad wspólną akcją. Ustalono, że aby utrzymać poziom płac w sferze budżetowej i oświacie należałoby zwaloryzować płace o 9 proc. od stycznia. Mówią o tym wyliczenia ekspertów.

W latach 1996-97 byłem uczniem. Pamiętam, że nauczyciele strajkowali wtedy przez blisko miesiąc. Jaką formę protestu jesteście skłonni przyjąć dzisiaj?

R. P.: Wtedy szkoły stanęły na trzy tygodnie. Zbliżały się matury, więc mieliśmy dylemat dotyczący rozpoczęcia protestu w tym okresie. Obecnie medialny atak na oświatę zrobił swoje. Planujemy więc zacząć od akcji informacyjnej wśród nauczycieli. Radykalność naszego działania może oczywiście narastać. Możliwe, że po akcji informacyjnej przejdziemy do pikiet na szczeblu wojewódzkim, a następnie krajowym. W zależności od rozwoju sytuacji będziemy podejmowali kolejne kroki. Może strajk ostrzegawczy? Zobaczymy.

Wspominał Pan o samorządowcach, którzy dorzucają nauczycielom kolejne obowiązki i starają się uczynić z nich „zwykłych pracowników”. Zaskakujące, że samorządy znajdujące się w złej sytuacji nie zwracają się do rządu o większe pieniądze.

R. P.: Też tak uważamy. Planujemy akcję dotyczącą tego problemu. Samorządy muszą zrozumieć, że powinny razem z nami zawalczyć o te pieniądze. Od 20 lat jestem członkiem wielu komisji sejmowych, w tym komisji uchwalającej budżet oświaty. W tym czasie żaden samorząd nie wystąpił o zwiększenie nakładów finansowych na edukację! Cały czas można usłyszeć, że występują! Ciekawe gdzie! Nie występują z wnioskami o fundusze tam, gdzie powinni je dostać, tylko za wszelką cenę starają się ograniczyć wydatki. Ma to wiadomy wpływ na płace. Daje się nowe obowiązki bez płacenia za ich wykonanie. Co by było, gdyby w innych branżach pracownik po oficjalnym czasie pracy dostawał obowiązki na dwie dodatkowe godziny pracy za darmo? Ale według przekazu mediów wszystko jest w porządku. Można łamać prawo. Rząd nie reaguje. Sądy nie reagują. Instytucje kontroli wyrażają „zastrzeżenia” lub „zdziwienie”. Nie ma woli politycznej do fundamentalnych zmian, a wokół tematu panuje swoista zmowa milczenia i współpracy. Uważamy, że należy uświadomić pracowników oświaty. Musimy zawalczyć o własne miejsca pracy i o nasze pieniądze.

Padły mocne słowa odnośnie samorządów i domniemanej zmowy z rządzącymi. Na czym owa zmowa polega?

R. P.: Jest coś takiego jak Komisja Wspólna Rządu i Samorządu Terytorialnego, na którą nie jesteśmy zapraszani. Zapadają tam zaskakujące decyzje, podczas gdy my dziwimy się, że sytuacja oświaty jest opłakana. Rząd z roku na rok nakłada na samorząd nowe zobowiązania nie wskazując źródła finansowania. Jest to naruszenie konstytucji i ustawy o samorządzie, która wyraźnie mówi, że źródło finansowania musi zostać wskazane. Podczas jednej z awantur na komisji przedstawiciele samorządów usłyszeli, że nie mają prawa protestować, bo zgodzili się na 20 procentowe finansowanie oświaty. Od tamtej pory samorządy nie skarżą się na brak funduszy. Są zapewne ustalenia, o których nie wiemy. Samorządy dostały wolną rękę do łamania prawa oświatowego: mobbing, nepotyzm, zmuszanie nauczycieli do podpisywania oświadczeń o chęci do pracy powyżej 8 godzin dziennie. Nie reagują ani sądy pracy, ani Państwowa Inspekcja Pracy, mimo że jest to ewidentne łamanie prawa. Podejrzewam, że jeśli środowisko oświatowe nie zmobilizuje się na tyle, by wywołać strajk ostrzegawczy, to praktyki te będą uchodziły samorządom na sucho.

Wspominał Pan o możliwej współpracy z innymi centralami. Mam w pamięci miasteczko namiotowe z ubiegłego roku i Związek Nauczycielstwa Polskiego, który wówczas zawiódł. Nie obawiacie się takiego sojusznika?

R. P.: Wówczas ZNP się do nas nie przyłączył. Niestety często jest tak, że nie możemy się dogadać. Ale w żaden sposób nie odrzucamy możliwości współpracy z innymi centralami, zwłaszcza jeśli chodzi o podstawowe sprawy, jak warunki płacy i pracy. W ZNP trwa wewnętrzna kampania wyborcza, więc bardziej koncentrują się na wyborach, ale mimo wszystko koledzy mogliby podjąć pewne kroki w celu wspólnej walki o płace, a nie tylko zwoływać konferencje na temat promocji jabłek. Chciałbym, abyśmy mogli razem stanąć i powiedzieć twardo, że tak dalej być nie może.

Często słyszy się o niżu demograficznym, z którego wynika konieczność zamykania szkół, zwolnień nauczycieli itp.

R. P.: Niż już praktycznie minął, a szkół zlikwidowano 2 razy więcej, niż wynikałoby to z jego skali. Populistyczne stwierdzenia w stylu „ubyło 10 proc. dzieci, więc powinno ubyć 10 proc. nauczycieli” mają się nijak do rzeczywistości. W międzyczasie rząd nałożył nowe obowiązki na samorządy, oczywiście bez dodatkowych środków, a te aby je zrealizować, nie mogły tak bardzo ograniczać zatrudnienia. Pamiętam jak Minister Boni chciał ustalić z nami zmiany w Karcie Nauczyciela. Wielokrotnie powtarzał nam, że w związku z niżem demograficznym poprawią się warunki pracy w szkołach ze względu na zmniejszenie liczebności klas. Niestety szybko o tym zapomniał. Klasy nadal są 30-osobowe. Uważam, że skandalem było namawianie do wysyłania 6-latków do szkoły z zastosowaniem argumentu, że klasy będą 25-osobowe. Teraz wchodzi nowelizacja, która znosi ten wymóg. To obnaża całkowity brak wiarygodności naszych decydentów. Rodzice wysłali dzieci do szkoły, więc można wycofać się z wcześniejszych obietnic! Drugi bardzo ważny element to zaufanie, które zostało wielokrotnie zawiedzione. Trzeba siąść i rozmawiać, wypracować chociaż minimalny stopień zaufania, bo inaczej będzie czekała nas wyniszczająca wojenka.

Dziękuję za rozmowę

Warszawa, 2 października 2014 r.

Rozmawiał Konrad Malec.

Pocztówka ze wsi

Pocztówka ze wsi

„Chłopu zawsze jest źle i chłop zawsze będzie narzekał” – z takim twierdzeniem spotykam się od lat i jest w nim sporo racji. Zresztą nie dotyczy to tylko chłopów. Narzekanie jest po prostu naszym hobby narodowym. Niestety ta cecha czy – jak chcieliby inni – wada, powoduje paradoksalnie, że często nie orientujemy się, jak źle jest naprawdę. Najpoważniejsze problemy rozpływają się nam i nikną w poczuciu ogólnej beznadziei.

Niedawno pojechałem w rodzinne odwiedziny na wieś. Jak to w takich przypadkach bywa, zostałem zapędzony do pracy. Tym razem przyszło mi zbierać wiśnie. Praca nudna i żmudna, do tego w wątpliwym towarzystwie chmar komarów, które tego roku wyjątkowo dopisały (wybaczcie, ale jako Polak i jednostka, którą dzieli „kilka” kroków od zamożności, mam w końcu prawo trochę ponarzekać!). Zaletą wykonywania prostych prac fizycznych jest relaks dla mózgu i możliwość wspominania, rozmyślania, marzenia itp. Uwolniwszy więc głowę od myślenia o deadline’ach, zainspirowany obserwowanymi scenami z życia wiejskiego, zacząłem przypominać sobie „Chłopów” Władysława Reymonta. Przychodziły mi jednak do głowy nie fragmenty o ciężkiej pracy, tylko takie jak poniższe:

– Wy macie gęsi, podpaście trochę, kupię na święta.

– Zaśbym tam sprzedawała, ostawiłam ino tyla, co na chowanie!

– Kupicie na wiosnę młode, mnie potrzeba podpasionych. Chcecie, to możecie brać na bórg wszystko, a zapłacicie gęsiami, policzymy się…

– Nie, gąsków nie przedam.

– Sprzedacie, jak krasulę zjecie, to nawet tanio sprzedacie.

To wyimek z rozmowy zubożałej Hanki z żydowskim karczmarzem. A teraz inny fragment:

Nie w jednej to już chałupie jeno raz w dzień warzyli jadło, a sól za jedyną okrasę mieli – to i coraz częściej ciągnęli do młynarza brać ten jaki korczyk na krwawy odrobek, bo zdzierus był srogi, a nikto gotowego grosza nie miał ni co wywieźć do miasteczka, drudzy zasie to i do Żyda do karczmy szli skamląc, bych ino na bórg dał tę szczyptę soli, jaką kwartę kaszy albo i ten chleba bochenek!

To oczywiście opis przednówka. I ostatni fragment:

– I dworów coraz mniej. Dawniej, kiedy się jeździło po snopkach czy z opłatkami, czy po kolędzie, czy też po spisie – to jak w dym do dworu – nie żałowali i zboża, i pieniędzy, i leguminy. A teraz, Boże zmiłuj się, każdy gospodarz się kurczy i jak ci da snopczynę żyta, to pewnie zjedzoną przez myszy, a jak tę ćwiartczynę owsa dostaniesz, to pewnie plew w nim więcej niźli ziarna. Niech żona powie, jakie mi to jajka dawali latoś za spis wielkanocny – więcej niż połowa była zbuków. Żeby człowiek nie miał tej trochy gruntu, toby jak dziad żebrać musiał – zakończył podsuwając Borynie tabakierkę.

– Juści, juści… – potakiwał Boryna, ale nie jego tumanić, wiedział ci on dobrze, że organista pieniądze ma i na procenta albo i na odrobek komornikom rozpożycza, to ino uśmiechał się na te wyrzekania i znowu spytał o Jasia…

To z kolei fragment rozmowy Macieja Boryny z organistą. A teraz uruchommy wyobraźnię (przy zbieraniu wiśni jest to dość łatwe, jeśli ktoś ma z tym problem, to zapraszam na zbiór owoców albo rąbanie drewna na opał) i stwórzmy scenę, której pisarz w powieści nie zawarł. Idzie biedny gospodarz czy komornik poboczem, gdy nagle drogę zajeżdża mu powóz z, dajmy na to, młynarzem. Chłop przestraszony odskakuje w tył, a młynarz nagabuje go, by przyszedł na odrobek. Chłopina wymawia się jak może, tłumacząc, że robotę ma na swoim polu i dziś nie może. Mam nadzieję że scena ta stanęła Wam przed oczami. A teraz wysilmy wyobraźnię jeszcze ciut bardziej: pobocze drogi zmieńmy na chodnik w średniej wielkości wsi czasów dzisiejszych, młynarza na współczesnego rolnika, który przy okazji ma sklepik, a powóz na samochód. Niemożliwe? Niestety, zupełnie prawdziwe!

Dla wyjaśnienia: zajeżdżający drogę sklepikarz to nie żaden krezus, latyfundysta. Po prostu miał więcej szczęścia, odziedziczył nieco ziemi, we właściwym czasie trochę dokupił, wszystkiego ma może z kilkanaście hektarów. Samochód naszego sklepikarza to także nic specjalnego – używany, kilkuletni, sprowadzony zza Odry. Ale facet ma łeb na karku i swego czasu założył też sklepik. Nic wielkiego, po prostu sklep spożywczy, jaki możemy spotkać w większości średnich i dużych wsi (w mniejszych zwykle nie ma już sklepów stacjonarnych, po prostu o określonej godzinie pojawia się „sklep” objazdowy z najpotrzebniejszymi produktami, na które dzień wcześniej trzeba się zapisać). Jego klientom często brakuje gotówki, a że nasz sklepikarz to człowiek życiowy, to daje im zakupy na zeszyt – czyli na kredyt albo za odrobek.

Dla dopełnienia opisu dodam, że mamy rok wyjątkowo nieudany dla uprawiających owoce. Ceny mocno spadły. O ile na malinach daje się jeszcze jako tako zarobić (na tyle dobrze, że nocami zdarzały się kradzieże z pól), to wiśnia stoi już słabo – na skupie maksymalnie złotówka za kilogram, zwykle mniej. O porzeczkach wspominały już nawet duże media, bo maksymalna cena ich skupu to 40 groszy. W efekcie tego owocu nie sprzedaje się prawie wcale, bo nawet za zbiór by się nie zwróciło, nie wspominając o pracach wykonywanych wcześniej, takich jak opryski, nawożenie itp.

Oczywiście różni „mędrcy” odpowiadają na to, że jednego roku nie zarobią, innego będą do przodu, ale i tak wąska specjalizacja w rolnictwie to przyszłość. Zapewne to racja, ale na pewno nie w przypadku małych gospodarstw. Dla nich brak zarobku w sezonie oznacza „branie na bórg” albo odrobek w kolejnym. Spłata długu (i procentu), to mniej w domowym budżecie i „problemy na przednówku” – albo jeszcze wcześniej. Odrabianie oznacza często brak własnego zbioru, zwłaszcza jeśli na domiar wszystkiego spadnie grad, co tego lata zdarza się dość często. I tym sposobem kraj położony w środku Europy, należący do UE i NATO, wraca do… XIX wieku!

Pora na sakramentalne: „A bo na wsiach to piją! Gdyby nie pili, to by mieli”. Prawda, wielu pije. Ale w tym miejscu pozwolę sobie zacytować Karola Konińskiego, krytyka literackiego, prozaika i myśliciela społecznego:

– Nie dam nic, na pewno na wódkę chcecie.

– Macie ode mnie na wódkę.

– Pan demoralizuje człowieka.

– A czy Pan nigdy wódki nie pije? Ja też piję wódkę, my wszyscy pijemy wódkę, wszyscy, którzy ciepło mieszkamy i dobrze się odżywiamy i tylko biedny, który marznie i głoduje ma się popisywać abstynencją.

Oczywiście środki przeznaczane na alkohol mogłyby pokryć inne potrzeby. Co jednak robić w sytuacji, gdy nie ma żadnej nadziei? Wódka czy wino nie uwolnią od problemów, ale pozwalają choć na chwilę o nich zapomnieć. A nadzieja? Jaką nadzieję mają mieć mieszkańcy wsi, i to takich, które wcale nie są dziurami zabitymi dechami? W miastach pracownikami, a coraz częściej również bezrobotnymi czy ludźmi, którzy w inny sposób znaleźli się na marginesie społeczeństwa, interesują się związki zawodowe, stowarzyszenia i instytucje pomocowe. Na wsi w najlepszym razie jest Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej i Caritas, do których zwykle trzeba dojechać. Organizacje pozarządowe? Czasem się zdarzają, ale często, jak w innej znanej mi miejscowości, są to po prostu sprytne firmy, wyciągające środki publiczne pod przykrywką stowarzyszenia czy fundacji. Mieszkańcy w najlepszym razie wiedzą o ich istnieniu, ale ze świecą szukać śladów ich rzeczywistej społecznej działalności. Dawniej w takich miejscach działał ruch ludowy, np. Związek Młodzieży Wiejskiej „Wici”. Dziś ich miejsce wypełnia społeczna próżnia, a partia nominalnie ludowa nie robi nic, by poprawić byt mieszkańców wsi czy małych miasteczek. Organizacje i akcje społeczne w stylu „Jestem ze wsi”, choć szlachetne i ciekawe programowo, mają niszowy charakter i ograniczony wpływ na rzeczywistość. Zanim (o ile w ogóle) rozwiną się one w masowy ruch, minie wiele lat. Tyle że nie wiadomo, czy wówczas będą jeszcze miały dla kogo działać.

Już dziś w większości wsi można spotkać prawie wyłącznie ludzi starszych. Ostatnio poznałem wieś, gdzie zostało tylko jedno, bardzo wiekowe, małżeństwo, a reszta mieszkańców uciekła. W okolicy, w której zbierałem wiśnie, położna (dorabiająca emerytka) narzeka, że młode kobiety, które nie wyjechały, nie chcą rodzić. Na wspomnianym wcześniej skupie widziałem same niemal osoby w wieku powyżej 60 lat! Wśród nich była tylko jedna rodzina z osobami młodszymi. Mieli mniej więcej tyle wiśni, co ja. Zapewne zbierali je cały dzień (zbierałem w towarzystwie 4 innych osób, z podobnym rezultatem). Za to, co przywieźli, otrzymali ok. 300 zł, i to bynajmniej nie do podziału na owe 5 osób, bo z tej kwoty trzeba opłacić paliwo, środki ochrony roślin, nawozy, podatki gruntowe, składki na KRUS itp.

Oczywiście w „sezonie wiśniowym” przyjadą jeszcze kilka razy, może nawet 10. Daje to jakieś 3 tys. zł w lipcu, może część w sierpniu. Zapewne nie samymi wiśniami żyją, ale przyjdą zimowe miesiące i wówczas przychodów nie będzie. Ktoś powie: niech pracują w pobliskim mieście. Temu komuś odpowiem, by po owych okolicznych miastach się rozejrzał. Tam też panuje społeczna próżnia i bezrobocie. Zapewne zaraz usłyszę, że mogą się przeprowadzić do większego miasta. Wszystko pięknie, tylko za co tam zamieszkają? Czy znajdą pracę też niepewne, wszak w wielu metropoliach też jej brakuje. Czy będą mieli wsparcie rodziny?

Można by mnożyć trudności bez końca, ale najpewniej liberałowie i tak znajdą na nie tysiąc recept, których sami nie będą musieli wcielać w życie.

Jakie i czyje lasy?

Jakie i czyje lasy?

Część opinii publicznej zelektryzowały niedawno informacje o planach rządzącej koalicji w kwestii zmian dotyczących finansów Lasów Państwowych, administrujących ogromną częścią obszarów leśnych w naszym kraju. Na temat planowanych decyzji oraz ich przewidywalnych skutków społecznych, gospodarczych i ekologicznych rozmawiamy z Pawłem Pawlaczykiem z Klubu Przyrodników, obrońcą i badaczem przyrody.

***

Na stronie Ministerstwa Środowiska znalazł się niedawno projekt ustawy o zmianie ustawy o lasach. Jakie propozycje zostały zawarte w tym projekcie?

Paweł Pawlaczyk: Są w nim dwa elementy. Pierwszy zakłada, że Lasy Państwowe od 2014 r. mają dokonywać wpłat do budżetu państwa. Przez pierwsze dwa lata (2014-2015) mają to być ogromne wpłaty, bo w wysokości aż 800 mln zł rocznie, następnie po 100 mln zł każdego kolejnego roku. Jest tam wprawdzie mechanizm, zgodnie z którym w trudnej sytuacji można „zwalniać” Lasy od dokonania tej wpłaty. Ale nowa, zmieniona ustawa ma wyznaczać nową zasadę, że państwowe obszary leśne są jednym ze źródeł dochodów budżetu państwa.

Oprócz tego w projekcie zawarto techniczną zmianę dotyczącą planu urządzenia lasu (PUL). W tej chwili jest tak, że PUL określa maksymalny poziom pozyskania drewna w każdym nadleśnictwie. Plan ma wskazać maksymalną wielkość pozyskania w użytkach rębnych, natomiast ma nie regulować maksymalnej wielkości pozyskania drewna w tzw. użytkach przedrębnych, czyli w cięciach pielęgnacyjnych, trzebieżach. Tutaj ma decydować tylko powierzchnia, na jakiej te zabiegi mają być wykonane.

Rozumiem, że ta druga zmiana sama w sobie nie byłaby niekorzystna, gdyby nie towarzyszyła ustawie, która jednocześnie zwiększa wkład finansowy Lasów Państwowych do budżetu państwa.

P. P.: Można powiedzieć, że ta druga zmiana de facto ma sens i jest uzasadniona merytorycznie. Dobra sztuka leśna oznacza, że tzw. zabiegi pielęgnacyjne wykonuje się w sposób, jaki wynika z potrzeb lasu, a nie po to, aby dopasować się do z góry założonego pozyskania drewna. Jednak drugie oblicze tej zmiany jest takie, że ilość drewna pozyskiwana w cięciach pielęgnacyjnych przestaje mieć górny limit i nadleśnictwo staje się nieodporne na naciski, żeby pozyskiwać więcej drewna, niż byłoby to wskazane z punktu widzenia dobrej kondycji lasu. Myślę wprawdzie, że niekonieczne musi tak być. Uważam, że leśnicy będą się starać nie poddawać tym naciskom. Mimo wszystko sytuacja, w której otwiera się taką teoretyczną możliwość, jest niebezpieczna. Teraz zaistnieje możliwość – pod pozorem dobra lasu – pozyskania większej ilości drewna, niż naprawdę powinno się go wyciąć.

Ministerstwo Środowiska obrało dość niezwykły tryb procedowania tej ustawy, a mianowicie pominęło konsultacje społeczne. Jak to wygląda zazwyczaj? Czy Ministerstwo konsultuje społecznie swoje projekty? Jak to powinno wyglądać i jak wygląda w tym przypadku?

P. P.: Powinno wyglądać tak, że najpierw są założenia do ustawy, które podlegają konsultacjom wewnątrzresortowym, międzyresortowym i społecznym. Potem powstaje projekt ustawy, ponownie podlegający konsultacjom. To wszystko jest transparentne i można obserwować kolejne etapy procesu na stronach Rządowego Centrum Legislacji. Wszystkie projekty ustaw podążają tą ścieżką. Taka jest reguła. W przypadku tej ustawy wszystkie zasady zostały złamane. Projekt nie pojawił się w ogóle na stronach Rządowego Centrum Legislacji. Nie przeprowadzono również żadnych konsultacji społecznych. Jak się wydaje, Ministerstwo Środowiska nie życzy sobie żadnych opinii społecznych na temat tego projektu.

Z czego wynika, że Ministerstwo postanowiło akurat ten jeden projekt zataić?

P. P.: Myślę, że to pytanie raczej do ministra środowiska niż do mnie. Mogę tylko zgadywać.

Czego się Pan zatem domyśla? Jakie są intencje Ministerstwa?

P. P.: Ten projekt to po prostu chamski i niezawoalowany skok na kasę, czyli wyciągnięcie ręki po pieniądze z lasów. Jego twórcy mieli zapewne świadomość, że wyniki konsultacji społecznych raczej nie będą zgodne z ich intencjami. Po drugie wynikało to chyba z pośpiechu, bo podejrzewam, że pieniądze, które chce się wziąć z lasów, rząd ma już ujęte w projekcie budżetu na 2014 r.

Szefowie Lasów Państwowych twierdzą, że 800 mln nie jest dla nich problemem, że są w stanie tyle zapłacić. Skoro leśników ta kwota nie przeraża, to czemu Pan się obawia?

P. P.: Oczywiście, że są w stanie. Tyle że kosztem lasu i ochrony środowiska leśnego. Od teraz na każdy wniosek dotyczący lepszej ochrony przyrody w lesie, wniosek, żeby coś chronić, a nie wycinać, odpowiedzą: „Na zmniejszenie przychodów z drewna to nas nie stać, bo budżet potrzebuje pieniędzy”.

Lasy Państwowe to dość specyficzne przedsiębiorstwo, które nie działa tak jak spółki Skarbu Państwa, nie musi odprowadzać dywidendy, choć zarządzają 1/4 terytorium Polski?

P. P.: Lasy Państwowe w ogóle nie są firmą. Jest to podmiot bardzo specyficzny, powołany, aby zarządzać zasobem środowiskowym, jakim są lasy. Zorganizowano to tak, że lasy rzeczywiście nie przynoszą wielkich dochodów budżetowi. Lasy Państwowe płacą tak zwany podatek leśny od powierzchni, którą administrują – i w zasadzie to tyle. Poza tym to, co Lasy zarobią na sprzedaży drewna, jest przeznaczane na podtrzymanie tego zasobu, czyli na dbanie o obszary leśne.

Czy nie jest jednak tak, że Lasy Państwowe, które zarządzają tak wielkim terenem i majątkiem, powinny odprowadzać do wspólnej kasy jakieś pieniądze? Ministerstwo Środowiska jako jeden z obszarów przeznaczenia spodziewanych dochodów wskazuje na przykład budowę dróg lokalnych.

P. P.: Sądzę, że nie powinny, chociaż uważam, że pieniądze zarobione na pozyskaniu drewna powinny trochę lepiej niż obecnie służyć realizacji pewnych publicznych celów. Moim zdaniem dobrze by jednak było, gdyby pieniądze te były wydawane na realizację funkcji publicznych związanych z lasami i ochroną środowiska, czyli po prostu na to, żeby ten zasób środowiska, jakim są lasy, był lepiej chroniony. Żeby odtworzyć lepszy stan przyrody lasów i skuteczniej ją chronić; żeby lasy mogły skuteczniej niż dzisiaj pełnić funkcje w zakresie tzw. usług środowiskowych, czyli na przykład żeby były dobrym miejscem rekreacji i odpoczynku, chroniły zasoby wodne, wpływały korzystnie na klimat i mikroklimat itd. Wydaje mi się, że system, w którym środki z pozyskania drewna byłyby wydawane na te właśnie ekologiczne funkcje realizowane w lasach, byłby systemem dobrym i mniej więcej ekonomicznie sensownym. Gdy zabierzemy pieniądze z Lasów do budżetu, to Lasy wyciągną rękę po pieniądze z budżetu na realizację funkcji ekologicznych, np. na ochronę przyrody. To się albo skończy tym, że budżet da i wyjdzie na zero, albo nie da – co jest bardziej prawdopodobne – i wtedy te przyrodnicze i środowiskowe funkcje w lasach nie będą dobrze realizowane, a na pewno będą realizowane gorzej niż dziś.

Byłbym za tym, żeby od Lasów wymagać trochę więcej niż obecnie, jeżeli chodzi właśnie o realizację funkcji ekologicznych, środowiskowych i przyrodniczych, i nie zgadzać się na to, by Lasy wyciągały rękę po pieniądze zewnętrzne. Wydaje mi się, że byłoby dobrze, gdyby Lasy naprawdę solidnie chroniły przyrodę i środowisko na tym terenie, którym zarządzają; żeby dokładały się do ochrony przyrody w lasach prywatnych i w lasach innych form własności, choćby w parkach narodowych. Sądzę natomiast, że jest mało sensowne, by z Lasów Państwowych drenować pieniądze na jakieś zupełnie inne, nieśrodowiskowe cele budżetowe. Sprawienie, żeby Lasy mogły lepiej chronić środowisko i przyrodę, nie wymagałoby żadnych zmian ustawowych. Już dziś istnieje mechanizm, w którym Lasy mogą uczestniczyć w ochronie lasów prywatnych i parków narodowych.

Klub Przyrodników stoi na stanowisku, że Lasy Państwowe powinny zarządzać lasami w sposób ekosystemowy. Co to oznacza?

P. P.: Tak zwane podejście ekosystemowe polega na tym, że na las – chociaż oczywiście nie tylko na las, ale także na jezioro, morze itd. – patrzy się nie jak na źródło drewna, ale przede wszystkim jak na ekosystem, który ma funkcjonować stabilnie. Muszę powiedzieć, że to podejście generalnie leśnikom nie jest obce. Wielu leśników właśnie tak las postrzega – jako ekosystem, który dostarcza różnych usług i spełnia różne funkcje. Oczywiście w praktyce każdy leśnik żyje w określonej rzeczywistości i staje przed dylematem, jak bardzo powinien słuchać się tego podejścia ekosystemowego i troszczyć o las jako o ekosystem, a jak bardzo powinien realizować doraźne zapotrzebowanie na przychody i pozyskanie drewna. Proponowana zmiana ustawy doprowadzi do sytuacji, gdzie mniej patrzy się na las jak na ekosystem, a bardziej jak na źródło drewna – ponieważ trzeba będzie zarobić pieniądze dla budżetu.

A czy sami leśnicy chcą tego podejścia ekosystemowego?

P. P.: Pewności mieć nie możemy. Leśnicy oczywiście są różni, mają różne podejście. Podejrzewam jednak, że nie znaleźlibyśmy dziś w Polsce leśnika, który by całkowicie zanegował podejście ekosystemowe do lasu i powiedział, że najważniejsza jest produkcja drewna. Oczywiście nie możemy mieć pewności, że gdy leśnikom zostawimy ich pieniądze, to będzie całkowicie dobrze. Możemy natomiast z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jeśli zabierze się im te pieniądze, to nie będzie dobrze, nie będzie lepiej niż teraz.

To sytuacja dość niezwykła, kiedy organizacja zajmująca się ochroną przyrody broni leśników, podczas gdy na co dzień możemy obserwować raczej różnego typu konflikty między przedstawicielami Lasów Państwowych a organizacjami przyrodniczymi.

P. P.: To wcale nie jest coś niezwykłego. Są różne sytuacje. Czasem jest konflikt, czasem jesteśmy zgodni w tej i wielu innych sprawach. Weźmy na przykład znany konflikt tego rodzaju, dotyczący bardzo cennego przyrodniczo obszaru Puszczy Białowieskiej. Od półtora roku mamy tam obowiązujący plan urządzania lasu, w przypadku którego przyrodnicy dość zgodnie uważają, że całkiem nieźle chroni on przyrodę Puszczy Białowieskiej. W tej chwili sytuacja jest odwrotna niż przed kilkoma latami, gdy mieliśmy do czynienia z protestami ekologów, którzy zarzucali leśnikom, że wycinają Puszczę Białowieską. Obecnie obserwujemy protesty pewnej grupy leśników i lokalnych mieszkańców, przekonujących, że Puszcza Białowieska rzekomo degraduje się z powodu zbyt rygorystycznej ochrony wymuszonej przez ekologów.

Skoro gospodarka leśna jest tam tak dobra, zbliżona do warunków panujących w parku narodowym, to czemu leśnicy nie zgadzają się na powiększenie parku narodowego na obszar całej Puszczy?

P. P.: Myślę, że po pierwsze dlatego, iż jeszcze tej zbieżności nie zauważyli, bo to zaledwie półtora roku – czyli jak na procesy społeczne niezbyt dużo. Po drugie myślę, że sprzeciw wobec powiększenia parku narodowego to postawa miejscowej społeczności wynikająca z alergii na ochronę przyrody i na określenie „park narodowy”. Żadne racjonalne argumenty nie są w tym momencie rozważane. To jest jednak zrozumiałe zjawisko społeczne.

Natomiast w skali kraju tendencje są różne. Polityka leśna może przekształcić się w różne strony. Myślę, że jesteśmy na rozdrożu, jeśli chodzi o przyszłość naszych lasów. Od pewnego czasu Lasy Państwowe ewoluowały w stronę przyjazną dla przyrody oraz w kierunku wysokiego poziomu troski o wartości środowiskowe i przyrodnicze. Kilka ostatnich lat to jednak pewne wycofanie się z tego i przesunięcie na mniej ekologiczne pozycje, zanegowanie pewnych dobrych rozwiązań, które w lasach masowo próbowano wprowadzić. Trudno powiedzieć, jak będzie wyglądał kierunek zmian w przyszłości, ale na pewno pomysł daniny do budżetu państwa jest silnym bodźcem, który wymusi ewolucję w kierunku nieprzyrodniczym.

Według byłego Ministra Środowiska Jana Szyszki, a w ślad za nim kilku innych posłów PiS, w obecnych planach rządu chodzi tylko o to, aby wykazać, że Lasy Państwowe są nierentowne, a następnie je sprywatyzować. Czy podziela Pan te obawy?

A. P.: Mam wrażenie, że ta grupa – cokolwiek by nie robić w sprawie lasów – zawsze z tego wysnuje taki wniosek, że to na pewno ma prowadzić do prywatyzacji. Już tak było, że propozycje włączenia Lasów do budżetu, czyli właściwie ich upaństwowienia, też przedstawiano, zupełnie przewrotnie, jako próbę prywatyzacji.

Jednak w ciągu ostatnich dwóch dekad mieliśmy kilka podejść do prywatyzacji, reprywatyzacji czy komercjalizacji Lasów. Gdyby coś takiego się zdarzyło w Polsce, co mogłoby się stać z naszymi lasami?

A. P.: To zależy od formy prywatyzacji, bo to niekoniecznie znaczy, że natychmiast będzie mnóstwo prywatnych właścicieli terenów leśnych. Prywatyzacja to byłoby też nadanie Lasom Państwowym np. formy spółki akcyjnej, co już jest znacznie bardziej prawdopodobne i wykonalne, jeżeli chodzi o legislację. Myślę, że przede wszystkim oznaczałoby to zmianę zasadniczego podejścia do lasów. Dzisiejszy model ustawowy jest taki, że lasy stanowią zasób środowiskowy, o który należy dbać, a tylko przy okazji tego dbania pozyskuje się drewno. Natomiast gdyby Lasy były przedsiębiorstwem – spółką akcyjną, niekoniecznie nawet prywatną, gdyby te akcje posiadał Skarb Państwa – oznaczałoby to postawienie Lasów w sytuacji przedsiębiorstwa, które ma przynosić zysk. Wymusiłoby to przekształcenie lasów w instytucję przede wszystkim komercyjną, z funkcją ochrony środowiska i przyrody zepchniętą na drugi plan. Niekoniecznie nagle przeciętny człowiek nie mógłby wejść do lasu i zbierać grzybów, jak niektórzy nas straszą. Podejrzewam, że duża prywatna firma, która zarządzałaby lasami, też dbałaby o swój wizerunek społeczny i wcale takich zakazów by nie chciała wprowadzać. Na pewno mielibyśmy jednak w lasach mniej ochrony środowiska i przyrody niż mamy teraz – a powinniśmy dążyć we wprost przeciwnym kierunku, czyli mieć tych funkcji ochronnych w lasach więcej.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 28 stycznia 2014 r.

O własne białko

Choć media często informują o sukcesach eksportu polskich produktów żywnościowych, jesteśmy coraz bardziej zależni od zakupu płodów rolnych za granicą. Szczególnym przypadkiem jest białko paszowe. Jakie mamy szanse na obronę?

Polska ma długie i bogate tradycje rolnicze. Swego czasu byliśmy spichlerzem Europy. Mimo że po II wojnie światowej ostatecznie utraciliśmy żyzne pola Ukrainy, nadal mieliśmy nadwyżki żywności. – Docierała ona zarówno na Zachód, jak i żywiła „demoludy” aż po Władywostok – mówi Jan Krzysztof Ardanowski, poseł PiS, prowadzący własne gospodarstwo. Nasz kraj posiada 16 mln ha gruntów rolnych. – To dużo jak na warunki europejskie – komentuje Ardanowski. – Jednak pozycja polskiego rolnictwa nie odpowiada naszym aspiracjom i potencjałowi. Nasze możliwości są sztucznie ograniczane przez zachęty do zmniejszania produkcji i odłogowania ziemi, uzasadniane względami ochrony środowiska – dodaje. Poseł uważa, że należy przestrzegać norm środowiskowych, ale można to pogodzić z pełniejszym wykorzystaniem potencjału rolniczego.

Po transformacji ustrojowej doszło do szybkiej wyprzedaży sektorów przetwórstwa i produkcji żywności. – Naśladujemy drogę, którą przeszedł Zachód – odcinamy się od rolniczego charakteru naszego kraju i nie korzystamy z posiadanych zasobów – uważa dr Piotr Stankiewicz z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Tymczasem niemal na całym świecie żywność staje się produktem strategicznym. Dlatego wiele państw, np. Szwajcaria czy Japonia, dba o to, aby mieć żywność własnej produkcji, nawet jeśli jest ona droższa niż ta z zagranicy. Tymczasem my kiedyś dostarczaliśmy szynkę do Ameryki czy bekon do Anglii, a dziś sprowadzamy większość wieprzowiny na wyżywienie własnego narodu! – oburza się Ardanowski. Prof. Wojciech Jóźwiak z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ) dodaje: Co roku ubywa nam ponad ćwierć miliona świń. Kiedyś mieliśmy ponad 20 mln tuczników, obecnie mamy kilkanaście mln.

Ten ubytek wynika z upadku małych gospodarstw, a także z zaniku w nich produkcji zwierzęcej, spowodowanego długim cyklem hodowli (od 9 do kilkunastu miesięcy) i dużym zużyciem pasz. W nowoczesnym chowie świnia rośnie pół roku, a to przekłada się na wysoki udział kosztów paszy i pracy w ostatecznej cenie. Na Zachodzie od maciory pozyskuje się 15–18 prosiąt w miocie, u nas takie wyniki osiągają tylko największe fermy. Prawdopodobnie Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi (MRiRW) zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji – w latach 2014–2020 zamierza przeznaczyć istotną pulę środków na wsparcie tego sektora.

Na potrzeby chowu zwierząt, zwłaszcza w przypadku drobiu i świń, do Polski sprowadza się dużą ilość pasz. Co roku trafia do nas m.in. ok. 2 mln ton poekstrakcyjnej śruty sojowej, czyli resztek po produkcji oleju. Stanowią one pełnowartościowy składnik pasz, o bardzo wysokiej zawartości białka. Do całej UE tego rodzaju śruty przypływa rocznie 30 mln ton. Na świecie produkuje się jej 180 mln. Drugą najpowszechniej stosowaną na świecie śrutą poekstrakcyjną jest śruta rzepakowa. W Polsce stosujemy też poekstrakcyjną śrutę słonecznikową, ale ona w ostatnich latach zdrożała, więc jej sprzedaż prawdopodobnie zmaleje.

Prawie 80% zapotrzebowania na białko paszowe w Polsce zaspokaja import. Wartość sprowadzonych do Polski pasz w 2012 r. wynosiła prawie 6 mld zł. W chowie przemysłowym białko stanowi ok. 20% pokarmu zwierząt. Całkowite zapotrzebowanie na pasze w 2012 roku wyniosło 4,2 mln ton i w ciągu najbliższych lat zapewne będzie rosło. – Możliwości krajowe zwiększenia potencjału w zakresie produkcji białka paszowego są ograniczone – uważa Wiesław Dzwonkowski z IERiGŻ, badacz rynku pasz i ziemniaków. Importujemy głównie z USA, Brazylii i Argentyny. Amerykanie uzależnili świat od genetycznie modyfikowanej soi, której u siebie prawie nie stosują – we własnym kraju używają poekstrakcyjnej śruty zbożowej, pochodzącej z produkcji alkoholu wytwarzanego z przeznaczeniem na paliwo – twierdzi poseł Ardanowski. Ustawa o paszach nakłada obowiązek rozwijania przez Polskę krajowej produkcji białka i wprowadza zakaz stosowania pasz z organizmów genetycznie modyfikowanych (GMO). Pod wpływem nacisków hodowców termin wprowadzenia zakazu importu takich pasz, stanowiącego 90–95% całego przywozu, jest przesuwany w czasie za sprawą poczynań PSL. Niemal całość importu śruty sojowej odbywa się za pośrednictwem firm zagranicznych: amerykańskich – Cargill, ADM i Bunge oraz francuskiej Louis Dreyfus, niemieckiej Cefetry i holenderskiej De Heus Koudijs Hima. Cargill i Louis Dreyfus sprowadzają 60% ogółu używanej w Polsce śruty sojowej, a pierwsza z wymienionych firm wraz z De Heus Koudijs Hima kontrolują ponad 30% całego krajowego rynku pasz.

Sprzedaliśmy też znaczną część mieszalni pasz, z których wiele trafiło w ręce importerów śrut paszowych. – To znaczy, że począwszy od produkcji aż do tego, co otrzymuje konsument, jesteśmy zależni od ich postanowień. Decyzyjność Polski w tej sytuacji jest znikoma. Można to porównać do wpływu OPEC na ceny ropy – wyjaśnia dr Joanna Szalacha-Jarmużek z Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu, badająca globalizację gospodarczą. Firmy te nie chcą kupować polskich komponentów, wolą sprowadzać je z USA. Gdy 5 września 2013 r. w Głubczycach spotkali się krajowi producenci soi, wymieniali się doświadczeniami i debatowali, aż wreszcie podsumowali całość wnioskiem, że trudno im sprzedać swój produkt.

Nierówne siły

Rolnikom i niewielkim przetwórniom trudno konkurować z międzynarodowymi potentatami. – Duże firmy mają swoje strategie współpracy, swoich dostawców i podwykonawców, a to prowadzi do eliminacji mniejszych, lokalnych firm – wyjaśnia dr Szalacha-Jarmużek. Wdrażane są też inne rozwiązania, znane z zachodniej półkuli. Dwie firmy zawiązały współpracę z hodowcami z Podlasia. Cargill dostarcza paszę dla rolników, którzy nie mają prawa używać pokarmu własnej produkcji. Świnie „na wyłączność” dostarcza im natomiast Danish Crown, właściciel zakładów w Sokołowie. Taki model uzależniania rolników przez wielkie firmy doprowadził do bankructwa wielu farmerów w USA, np. w ciągu 20 lat w stanie Iowa liczba indywidualnych hodowców świń spadła z 60 do 10 tys., choć pogłowie tuczników nie uległo zmianie. W całych Stanach Zjednoczonych w tym samym czasie bankrutowało rocznie 30 tys. hodowców, którzy dali się wciągnąć w taki układ.

Rolników z rynku eliminuje również skala produkcji. – Na jednym świniaku można zarobić „na czysto” ok. 50 zł – jeżeli ktoś sprzedaje tylko 10 sztuk, to ma 500 zł, a gdy ktoś zbywa 1000 sztuk, to jego zysk wynosi 50 tys. zł. To są kwoty nieporównywalne, a mali producenci nie mogą w oparciu o nie konkurować z dużymi – wyjaśnia prof. Jóźwiak. Jeśli doliczymy większy koszt tradycyjnego chowu, problem ulega pogłębieniu. Prof. Jan Mikołajczak z Uniwersytetu Techniczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy mówi wprost: Jeżeli zamiast importowanej soi nasi producenci mieliby umowy na dostawę białka paszowego ze źródeł krajowych, profity wędrowałyby do polskich rolników, a nasz kraj zyskałby na niezależności.

W genetycznym Matriksie

Abstrahując od ewentualnej szkodliwości masowej produkcji roślin modyfikowanych genetycznie dla środowiska oraz możliwego negatywnego wpływu na zdrowie ludzi i zwierząt, wielkim zagrożeniem jest uzależnienie krajowych rolników od 3–5 międzynarodowych firm, do których należą opatentowane geny. Rolnik przestaje być właścicielem swoich zbiorów, musi je w całości sprzedać przedsiębiorstwu, z którym podpisał kontrakt, a pozostawienie jakichkolwiek nasion na własne potrzeby grozi dotkliwymi karami. Osoby decydujące się na współpracę z producentami GMO są zobligowane także do używania ich „firmowych” środków ochrony roślin, co prowadzi do uzależniania od danej korporacji i maksymalizacji jej zysku kosztem gospodarza. Przykłady z USA i Argentyny pokazują, co grozi polskim rolnikom. W Ameryce takie praktyki doprowadziły do bankructwa wielu farmerów, inni ucierpieli przez zanieczyszczenie genetyczne ich tradycyjnych upraw. W 2011 r. w USA tylko przeciw Monsanto aż 270 tys. rolników złożyło pozwy sądowe. Jednocześnie korporacja oskarża farmerów o kradzież dobra intelektualnego, jakim są fragmenty zmodyfikowanego materiału genetycznego, który przez wiatr lub owady zapylające przedostał się do upraw konwencjonalnych.

Tymczasem istnieją inne możliwości niż GMO. – W Ameryce Południowej spółdzielnie rolnicze produkują soję niemodyfikowaną. Ukraińcy proponowali, że dostarczą nam taką soję, której uprawiają stosunkowo dużo. Rosjanie w obwodzie kaliningradzkim mają wielki terminal do jej przeładunku i przetwórstwa. Jednak firmy, które importują soję, często są jednocześnie producentami odmian modyfikowanych genetycznie i właściwie zmonopolizowały międzynarodowy handel tą rośliną – wyjaśnia Ardanowski. – Zwolennicy GMO posługują się argumentem wolności wyboru, lecz gdy 95% śruty sojowej pochodzi z roślin zmodyfikowanych, to wybór staje się fikcyjny – uważa dr Stankiewicz.

Prof. Jóźwiak ostrzega jednak: Śruta niemodyfikowana jest droga. Jeśli będziemy taką kupować, wówczas tempo zaniku hodowli świń przyspieszy, a mniejsza produkcja oznacza spadek zatrudnienia w rolnictwie, czyli kilkanaście tysięcy miejsc pracy mniej, głównie na wsi. Ale i ta kwestia nie jest oczywista. Producenci mięsa rozpętali kampanię przeciw wprowadzaniu zakazu stosowania soi modyfikowanej genetycznie jako paszy, argumentując, że spowoduje to wzrost cen mięsa. Ten ton podchwyciły media, np. 5 września 2012 r. tygodnik „Polityka” wyśmiał argumenty za ograniczeniem importu, a sam artykuł wyglądał jak skrypt podrzucony przez importerów.

Te same media nie informowały jednak, że Argentyna ograniczyła eksport soi o ok. 20%, uznając, iż przyda się ona na rodzimym rynku. Podobnie nie informują, że w 2012 r. w USA, Ameryce Południowej i Rosji susza ograniczyła zbiory o ok. 20%, zaś tylko ⅓ zbiorów to soja w pełni wartościowa. Nie dowiemy się też, że Chiny kupują 65 mln ton soi rocznie, a liczba ta wzrasta z każdym rokiem, tymczasem areał upraw tej rośliny nie może rosnąć w nieskończoność. To wszystko spowodowało dwuipółkrotny wzrost ceny śruty sojowej w Polsce. W efekcie koszty produkcji i ceny sklepowe mięsa poszybowały w górę mimo niewprowadzenia zakazu stosowania pasz modyfikowanych genetycznie.

W strączkach nadzieja

Czy wszystko już stracone? – Opłacalność upraw soi w Europie zmieniła się na plus – zauważa dr hab. Jerzy Nawracała z Katedry Genetyki i Hodowli Roślin Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Tym bardziej że od dawna znane są odmiany mogące dawać plony w polskich warunkach. – Pierwszą z nich wyhodowaliśmy w 1991 r. – mówi dr hab. Nawracała.

Dr hab. Tadeusz Praczyk z Instytutu Ochrony Roślin – Państwowego Instytutu Badawczego w Poznaniu uważa, że możemy zmniejszyć uzależnienie od importowanego białka i do tego trzeba dążyć – ale całkowita samodzielność nie jest możliwa. Prof. Jerzy Księżak z Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa w Puławach dodaje: Europa nie jest w stanie zaspokoić swoich potrzeb, u nas nie ma odpowiednich warunków do uprawy soi na taką skalę. Zaś prof. Jóźwik zauważa: Jesteśmy natomiast w stanie wyżywić zwierzęta hodowlane paszami węglowodanowymi [mieszanką ziemniaków i śruty zbożowej, stosowaną w tradycyjnym rolnictwie – przyp. K.M.], ale występuje u nas niedostatek białka, szczególnie w żywieniu drobiu, świń i warchlaków. Dr hab. Nawracała wylicza: Aby zastąpić import soi, musielibyśmy obsiać co najmniej 1 mln hektarów tą rośliną.

Według prof. Mikołajczaka nasze możliwości są inne: Rzepak, z którego możemy tłoczyć olej na biopaliwa, a śruta stanowi pełnowartościowy dodatek do pasz. Łubin, prastara polska roślina, która udaje się na słabych ziemiach, a jako roślina strączkowa wzbogaca glebę. Przy czym należy ją poddać ekstrakcji celem wypłukania glikozydów. Odgoryczonym łubinem możemy karmić zwierzęta, zaś ekstrakt wykorzystać np. jako ekologiczny środek ochrony roślin. Kolejną rośliną, również oleistą, jest słonecznik. Moglibyśmy też uprawiać soję w Polsce. Ponadto profesor zwraca uwagę na inne rośliny, które obecnie rzadko uprawia się jako paszowe. Wśród nich wymienia topinambur (słonecznik bulwiasty), sorgo, sylfię przerośniętą, a także stare odmiany zbóż, np. orkisz, płaskurka czy żyto stuletnie.

Tę opinię krytykuje Wiesław Dzwonkowski: W żywieniu drobiu mięsnego śruta rzepakowa może stanowić do 5% składu, w przypadku niosek niewiele więcej, podobnie u prosiąt. Wcześniej w żywieniu zwierząt nie stosowano roślin wysokobiałkowych. Świnie karmiono mieszanką ziemniaków i zbóż, natomiast drób żywiono przede wszystkim zbożem. Gdyby na świecie nadal stosowano tę metodę, rzeczywiście moglibyśmy być samowystarczalni. Zmiany pasz i ras mają jednak swoje następstwa. Mięso „przemysłowe” ma mniej tłuszczu. Znawcy kulinarni twierdzą, że walory smakowe nikną w nim. Pasze białkowe przyspieszają wzrost masy mięśniowej, natomiast tłuszczu w ograniczonym stopniu. Dlatego nawet zwolennicy tradycyjnych metod i ograniczania importu przyznają, że w hodowli przemysłowej soja jest niezbędna i niełatwo będzie znaleźć alternatywę.

W 2006 r. Wielkopolska Izba Rolnicza pod kierownictwem prof. Wojciecha Święcickiego z Instytutu Genetyki Roślin PAN opublikowała opracowanie „Białko w paszy – krajowe rośliny strączkowe czy importowana śruta sojowa?”. Według niego groch zawiera 22% białka, bobik 34%, łubin 36–44%, a poekstrakcyjna śruta rzepakowa 35%. Ziarno soi zawiera ok. 45% białka. – Plon białka z jednego hektara zawsze będzie najwyższy w przypadku soi. Ten gatunek jest fenomenem, żaden inny nie jest w stanie mu dorównać – wyjaśnia prof. Księżak. Opracowanie wskazuje, że zapotrzebowanie na białko dla trzody chlewnej może w całości zostać zaspokojone przez groch ze śrutą rzepakową. Gorzej przedstawia się sytuacja drobiu, który wymaga w swojej diecie większego udziału białka – soja może tylko częściowo zostać zastąpiona bobikiem i łubinem, jednak wówczas jej import mógłby spaść do zaledwie 0,24 mln ton rocznie! Badacze twierdzą, że cena krajowego białka może być nieco niższa od importowanego. Opracowanie to powstało przed skokiem cen śruty sojowej, zatem obecne realia są jeszcze bardziej korzystne dla rozwoju produkcji białka paszowego w kraju.

Dla wdrożenia tych planów konieczne jest zwiększenie areału upraw roślin strączkowych. W okresie powstania wspomnianego raportu wynosił on w Polsce ok. 100 tys. ha, tymczasem powierzchnia uprawy tylko łubinu i grochu musiałaby wynieść po 250 tys. ha. – To wykonalne, takie ilości uprawialiśmy za nieboszczki komuny. W takim wypadku wykorzystując również śrutę rzepakową moglibyśmy zaspokoić 25% naszego zapotrzebowania, co razem z paszami zbożowymi dałoby 50% zapotrzebowania uważa prof. Andrzej Rutkowski z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, prowadzący badania nad rodzimym białkiem paszowym. Możliwe będzie to jedynie wówczas, gdy rolnicy uzyskają dochody porównywalne do tych z obecnych upraw, czyli z pszenicy na ziemiach dobrych oraz żyta na słabszych. Nie jesteśmy bynajmniej prekursorami. Dostrzegając korzyści z pozostawienia pieniędzy w kraju, wiele państw UE, m.in. Niemcy, Austria czy Chorwacja, prowadzi badania nad własnymi źródłami białka paszowego.

Wskazania raportu zostały częściowo wdrożone. – W 2010 r. wprowadzono dotacje do upraw strączkowych – informuje Dariusz Mamiński z Biura Prasowego MRiRW. W latach 2012–13 przeznaczono na ten cel 30 mln euro, z których skorzystało ponad 120 tys. gospodarzy – w 2013 r. otrzymywali 720 zł dopłaty do każdego hektara takich upraw. Wsparcie to będzie utrzymane w 2014 r., jednak przyszłość pozostaje nieznana, gdyż w ministerstwie trwają prace analityczne dotyczące płatności w kolejnych latach. Niestety uprawy strączkowe przeznaczane na białko ujmowane są wspólnie z motylkowymi drobnonasiennymi. Prawdopodobnie dopłaty nie wpłynęły istotnie na wzrost produkcji roślin przeznaczonych na pasze. Powierzchnia obu tych rodzajów upraw w 2010 r. wynosiła ok. 204 tys. ha, zaś w 2013 r. 213 tys. – Z tych upraw pochodzi jedynie 400 tys. ton nasion, używanych głównie we własnych gospodarstwach. Z uwagi na ich rozdrobnienie duże firmy, produkujące po 300 tys. ton pasz, nie są zainteresowane zakupem małych ilości towaru – twierdzi Dzwonkowski. Winę za to ponosi system dopłat. – Rolnik dostaje dopłatę, nawet jeśli wysiewa na zielony nawóz. To dobrze, ale proponuję, by za sam siew było 50% dopłaty, a za zbiór nasion drugie 50% – sugeruje prof. Rutkowski.

Lepiej wygląda realizacja badań zalecanych w raporcie. – Badania nad produkcją roślin paszowych prowadzone są w ramach wieloletniego programu „Ulepszanie krajowych źródeł białka roślinnego, ich produkcji, systemu obrotu i wykorzystania w paszach”, finansowanego z budżetu ministerstwa. Podjęte prace zmierzają do doskonalenia roślin uprawnych w zakresie zwiększenia i stabilizacji plonów oraz poprawy jakości nasion. Celem głównym jest stworzenie warunków dla zmniejszenia importu białka paszowego o ok. 50% w wyniku zwiększenia wartości biologicznej i użytkowej białka roślinnego pochodzącego z rodzimych surowców – wyjaśnia Mamiński. Prof. Księżak ocenia, że osiągnięcie poziomu zaspokojenia 50% potrzeb za pomocą białka rodzimego znajduje się w naszym zasięgu.

Soja made in Poland

Jednocześnie prowadzone są badania dotyczące możliwości uprawy soi w Polsce. W poznańskim Instytucie Ochrony Roślin realizowany jest projekt pt. „Unowocześnienie technologii uprawy konwencjonalnych odmian soi w warunkach Polski”. Zdaniem prof. Księżaka soja jest trudna do uprawy w naszym kraju, ponieważ jest rośliną ciepłolubną, wymaga późnego siewu, a jej cykl wegetacji wynosi ponad 100 dni. Badania dotyczą odmian krajowych, np. Augusta i Aldana, a także ukraińskich – Annushka i Mavka, oraz kilku innych i ewentualnego wprowadzenia nowych. – Celem tych badań są poszukiwania nakierowane na rośliny, które będą dawały wyższy plon oraz wyżej osadzały strąk na łodydze, co ułatwi zbiór oraz ograniczy straty, a ponadto będą miały krótszy okres wegetacji – informuje prof. Księżak. Dr hab. Nawracała nie kryje zadowolenia: W 2012 r. w Polsce soją obsiano 2 tys. ha, gdy w 2010 r. było to zaledwie 300 ha. Szacunki na 2013 r. wskazują na 4–5 tys. ha. Wśród zasiewów dominuje Annushka. Krajowych odmian jest niewiele, ponieważ do niedawna nie było na nie zapotrzebowania. Z okresu prosperity skorzystały firmy ukraińskie, oferując swoje nasiona. W kolejnych latach powinna jednak wzrosnąć ilość polskich odmian na polach.

Uprawy soi próbuje Alfons Suchy, rolnik z Opolszczyzny, który eksperymentalnie siał ją już w latach 90. Co roku stara się obsiać 2 ha. Z jednego ha osiągam plon w granicach 3 ton. Spróbowałem też posiać soję jako poplon po jęczmieniu ozimym, na 5 ha, i nawet wówczas zebrałem 2 tony z ha. Średnie plonowanie tej rośliny wyniosło w 2012 r. w skali świata 2,7 t/ha. – W Polsce udaje się uzyskać 2,5–3 t/ha, a w warunkach badawczych, przy sprzyjającej pogodzie, nawet 4 t/ha. To przyzwoite wyniki ocenia Nawracała. Przy cenie 1,5–1,7 tys. złotych za tonę, jaką soja osiągała w 2013 r., daje to dobre perspektywy dochodów dla rolników.

Soja ma większy potencjał niż groch, łubin i bobik. Jest odporna na choroby i szkodniki, co ogranicza ilość niezbędnych zabiegów agrotechnicznych. Jedynym problemem, z jakim styka się pan Suchy, są chwasty: Nie ma w Polsce żadnego środka do ochrony upraw soi, więc muszę pielić ręcznie. Potwierdza to dr hab. Nawracała: Przy niewielkich areałach firmy chemiczne nie były zainteresowane wprowadzeniem na nasz rynek takiego specyfiku. Jest jednak nadzieja, gdyż związki producentów rolnych mogą wystąpić o rejestrację stosownego środka. Rozmowy na ten temat już się odbyły i dobrze rokują na przyszłość. Alfons Suchy polemizuje z tezą o niekorzystnych warunkach temperaturowych: Kiedy wchodziła do uprawy kukurydza, była wrzawa, że to roślina nie na nasz klimat. Sukces w uprawie soi najlepiej świadczy o tym, że się da – można ją zbierać nawet w październiku. Podobne procesy rozpoczynają się w całej UE. Niedawno zawiązało się Naddunajskie Stowarzyszenie Sojowe, skupiające liczne podmioty, w tym rządy, z 20 państw, a mające na celu promowanie uprawy, badań i rozwiązań dotyczących soi niemodyfikowanej genetycznie w krajach naddunajskich i Europy Środkowej.

– Można odnieść wrażenie, że Polska nie dba o zaspokojenie podstawowego zapotrzebowania na żywność z własnego rolnictwa, co dałoby obszarom wiejskim impuls do rozwoju – uważa Ardanowski. Działania na rzecz bezpieczeństwa żywnościowego wywołują skojarzenia z ideą samowystarczalności gospodarczej. – W zglobalizowanym świecie wydaje się to mrzonką. Nie oznacza to jednak, że nie należy starać się o zabezpieczenie podstawowych źródeł żywności – uważa dr Stankiewicz.

Współpraca Michał Juszczak