Ty też jesteś tabloidowy!

Ty też jesteś tabloidowy!

Umberto Eco w zbiorze esejów „Jak podróżować z łososiem” pytał, jak rozpoznać film porno, jak odróżnić porno od nie-porno, dając tym samym pewne wskazówki, np. bohaterowie muszą dotrzeć z punktu A do punktu B.

A jak rozpoznać tabloid? Jest kolorowy, wręcz krzyczący kolorami, obrazy przeważają nad słowem, a słowa jedynie wyrażają to, co i tak widać, i niekoniecznie trzeba je nawet czytać. A jeśli już, to można je przeczytać jednym spojrzeniem, gdyż są tak krótkie i specyficznie ułożone, aby można było je objąć właśnie jednym rzutem oka, a nie wodzić wzrokiem jak przy lekturze książki. W pewnym sensie można go czytać spojrzeniem.

To na pozór dziwne stwierdzenie chciałbym uczynić punktem wyjścia dla swoich refleksji, choć prowokacyjny wniosek może być zaskakujący. Mają one na celu pokazać, iż tabloid, przy przyjęciu pewnego nastawienia, jest piękną, barwną, nadzwyczajną, przeciekawą opowieścią pochodzącą z dawnego komunikacyjnie świata. Choć oczywiście wszyscy czytamy za pomocą zmysłu wzroku (stąd m.in. nasz kulturowo-europejski wzrokocentryzm), to w przypadku tabloidu czytamy inaczej, gdyż jest to medium obrazkowo-oralne. Historie opowiadane za pomocą zdjęć i słów są tak naprawdę obrazami. Kierowanymi przez tabloid do czytelnika tak, jak gdyby tabloid był żywym człowiekiem opowiadającym historię.

Tabloidy nie mają dobrej prasy, choć właśnie z punktu widzenia historii prasy są genetycznie pierwsze i wyprzedzają inne gatunki, gdyż pochodzą ze spisywanych plotek. Tak, tak, to nie inteligenci zaczęli pierwsi trzymać gazety w dłoniach, choć ich forma było nieco inna niż dzisiejsza. Dzisiejszy tabloid opowiada tobie historię jak przyjaciel, który wrócił z dalekiej podróży, spoza naszego oswojonego świata, np. wsi czy miasteczka. Opowiada dziwy, które widział, abyś rozdziawił gębę i zadziwił się światem. Czysto informacyjny charakter nie jest dominujący. Z tego m.in. względu medioznawcy tak lubią poznęcać się nad tym medium. Ale czy w życiu chodzi tylko o informacje?

Tabloid jako medium obrazkowo-oralne cechuje się językiem emocjonalnym, mniej informacyjnym. Informacja jest tylko pretekstem do opowieści. Pociąga to za sobą fakt, iż mamy w nim do czynienia z wartościującą opinią (ktoś robi dobrze lub źle), a nie z analizą czy wyjaśnieniem. Etykietuje, generalizuje i stereotypizuje. Język jest hiperboliczny, kolokwialny, potoczny, mówiony, zwięzły, jasny, konkretny. Addytywny, czyli dodający do siebie kolejne elementy, ale ich nie analizujący. Używa metafor, aby zobrazować to, o czym mówi, a co i tak jest pokazane – jest obrazowy (np. Anna Powierza niczym nimfa wchodzi do jeziora). Zwraca się wprost do czytelnika, używając często figury apostrofy. „Wyobraź sobie”, „Czy wiedziałeś?”, „Co byś zrobił?”, „Kto to słyszał, żeby…”. Tym samym komunikuje: jesteś dla mnie ważny, jesteś kimś wartym wysłuchania tej historii.

O czym najczęściej opowiada tabloid?

O ekscesach i skandalach najbardziej uprzywilejowanych grup społecznych lub posiadających najwyższy kapitał w postaci widzialności: aktorów, celebrytów, sportowców, dziennikarzy. Słowem: osób spoza świata zwykłych ludzi. Często zdradza ich tajemnice, o których wie tylko tabloid, ukazuje zatem kulisy życia klasy szampańskiej, przy czym nierzadko są to plotki. Tylko z tabloidu dowiemy się, ile emerytury ma Krzysztof Cugowski czy jaki był sekret piękna Marylin Monroe.

Na drugim biegunie znajdują się losy zwykłych ludzi. Co ciekawe, ci z medialnego Olimpu przedstawiani są jak zwykli ludzie, często ze swoimi słabościami (pijany Andrzej Chyra oddaje mocz w bramie), a zwykli ludzie jako niezwykli, nierzadko bohaterowie (ochroniarz z Biedronki uratował dziecko). Zabieg ten pokazuje, że nie jesteśmy aż tak różni, że oni („niezwykli”) są tacy jak my („zwykli”), a my także możemy być, i jesteśmy, w jakiś sposób wyjątkowi. Patrząc na takiego jak my normalsa, który dokonał wielkich czynów, myślimy od razu, czy nas byłoby na to stać. Tabloid jako „chanson de geste dla ubogich”.

Co z politykami i polityką? Tabloid to jedyne medium niepolityczne! Oddech od tego świata. Nie interesują go programy polityczne, partie, bieżące wydarzenia polityczne. Politycy, i to wszystkich ugrupowań, są pokazywani jako zwykli ludzie, ewentualnie przedstawiani analogicznie jak celebryci. Trudno byłoby udowodnić tezę, że tabloid jest np. prawicowy bądź liberalny, analogicznie, czy jest prokościelny (na serio pisze o cudach) czy antykościelny (często pisze o grzechach kleru).

Istotnym faktem jest to, iż zwykli ludzie czasami są przedstawiani w zderzeniu z potężnymi instytucjami, jak ZUS, które ich skrzywdziły. W tym sensie tabloid to medium stające po stronie zwykłych ludzi, wpisując się w ludową tradycję lamentu i skargi.

W tabloidzie obecne są treści krwawe, dramatyczne i tragiczne oraz sensacyjne. To wersja „true crime dla ubogich”. Nierzadko opisywane są elementy fantastyczne i nadprzyrodzone czy wprost ingerencje sił nadprzyrodzonych. To antropologicznie bardzo ciekawe nawiązanie do tradycji gabinetów osobliwości, curiosów, ludzkiego zoo, bytów fantastycznych i monstrualnych, ciał nienormatywnych. Bardzo dobrze obrazuje tę kwestię choćby film pt. „Człowiek słoń” Davida Lyncha. Trzeba dodać, że tabloid jest w tym aspekcie demokratyczny, gdyż znajdziemy nawiązania do chrześcijaństwa, mocy tajemnych, ale i do UFO.

Warto też wspomnieć o szeregu praktycznych porad dotyczących życia codziennego, np. jak dbać o zdrowie, nie dać się oszukać „metodą na…”, o wejściu w obieg nowych banknotów itp. Tabloid informuje także o sprawach istotnych, jak np. waloryzacja rent i emerytur, przy czym zawsze jest to konkretna informacja w formie tabelki: masz tyle, będziesz miał tyle, co też po części pokazuje, do kogo jest skierowany tabloid.

Obraz świata, jaki wyłania się z tabloidu, jest dualistyczny: my – oni, biedni – bogaci, zwykli ludzie – potężne organizacje, tutaj – tam, ale i manichejski: dobro – zło. Jednocześnie świat jawi się jako przednowoczesny, tj. niezwykły, nieprzewidywalny, zaczarowany, gdzie wszystko może się zdarzyć. Jeśli wziąć pod uwagę typologię kultur biegnących od wczesnotradycyjnych, poprzez religijne, po nowoczesne, to jest on mutacją pierwszej i drugiej z elementami trzeciej, gdyż mówi się także o nauce, przy czym często jest to dostosowane do wizji nauki przednowoczesnej.

Z tego względu komunikacja obrazowo-oralna świetnie współbrzmi z tabloidem, gdyż ten typ komunikacji jest właśnie przednowoczesny. Przy czym, co warto dodać, jest on dostosowany do naszej polskiej tradycji, gdyż zawiera moralne pouczenia, napomnienia, morały jak z bajki ludowej. Posiada także cechy przypowieści, kazania, pieśni dziadowskiej, opowieści z karczmy, opowieści weteranów wojennych. Słowem, jeśli spojrzy się na tabloid z punktu widzenia antropologii komunikacji, jawi się on jako medium fascynujące i świetnie dostosowane do mniej wykształconych odbiorców, którzy nie mają swojego papierowego medium.

Jakie funkcje spełnia tabloid?

Po pierwsze, daje jakiejś rozumienie świata i ułatwia poruszanie się w nim. Być może inne niż to nowoczesne, ale czy gorsze? Na pewno ciekawsze! Po drugie, umożliwia podejrzenie świata, do którego nie ma się dostępu, byłby zatem „voyeuryzmem dla ubogich”. Po trzecie, daje poczucie godności tym, którzy go potrzebują. Jako medium o opisanym typie komunikacji świetnie nadaje się jako pretekst do rozmowy („A słyszała pani?”). Któż z nas nie plotkuje? To po czwarte. Po piąte, daje pewną wizję moralności, mówi jasno i bez filozoficznego zadęcia, co jest dobre, a co złe (np. zbrodnia nie popłaca).

Lubię czytać tabloidy choćby z tego względu, że zajmując się mediami, uważam, iż przedstawiają świat, patrząc z punktu widzenia tabloidu właśnie, w straszliwie nudny sposób. Czytając codzienne gazety czy oglądając telewizyjną publicystykę często godzinami jest o tym samym i ciągle tak samo. A w tabloidzie jest zaklęta baśń, mit, cud, niezwykłość – trzeba tylko umieć to dostrzec. Leszek Kołakowski napisał kiedyś, że w echu rzygającego pijaka można usłyszeć metafizykę. Tabloid nie pomija zwykłych ludzi, można nawet mówić o mini-micie bohaterskim, nawet jeśli trochę podkoloryzowanym. A czy baśnie nie czyniły tego samego? I czy zawsze o samą prawdę idzie?

Tabloid jest obiektem drwin przede wszystkim ze względów klasowych. Wiadomo: jest dla Januszy i ciemnogrodu. Ale czy naprawdę jest aż tak odległy od tego, co często robimy? Na przykład skrolowania Facebooka mieszającego treści różne gatunkowo? Od oglądania 15-sekundowych filmików na Tik-toku, które co chwila dostarczają nowych i różnych emocji, analogicznie jak w tabloidzie, gdzie na jednej stronie śmierć sąsiaduje z karnawałem? Tik-toka czytamy za pomocą rąk (kciuka) i oczu, tak jak tabloid, tylko kciuk zostaje zamieniony na ośliniony palec do przewracania stron. Oto cielesna historia mediów.

Tematycznie również jest podobnie, tyle że (po)nowocześni słuchają truecrimowych podcastów i podglądają życie gadających do nich influencerów, naiwnie wierząc, że ci są ich przyjaciółmi. I choć nie lubią tabloidowych cudów chrześcijaństwa i medalików z papieżem, jakoś nie śmieszą ich jednak na poważnie brane manifestacje i afirmacje, „internetowe estetyki”, astrologia i moc kamieni, „mówiące rzeki” i ich opiekunowie.

Strukturalnie, w sensie komunikacyjnym, nie jesteśmy odlegli aż tak bardzo, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. To paradoksalne i nawet zabawne, że (po)nowocześni chcą być dzisiaj przednowocześni (wracają do mitu) i jednocześnie wyśmiewają prawdziwie przednowoczesnych – czytelników tabloidów. Obie przednowoczesności muszą się oczywiście różnić, głównie ze względów klasowych dystynkcji, przy czym pierwsza jest realnie przeżywana i szczera, druga zaś jest wtórna i związana z kapitalistycznymi modami, których celem jest jakieś odnalezienie się w świecie i usensownienie go, poprzez rzecz jasna zakup rzeczy związanych z daną „estetyką”. Wszyscy potrzebujemy trochę magii, mitu oraz baśni, tyle że każda grupa różnych. Wolę tę pierwszą.

Nie warto zatem poznawczo znęcać się nad tabloidami i ich czytelnikami, albowiem różni ludzie mają swoje media, a to, że ktoś nie rozumie innego (i to w pewnym sensie bardzo podobnego), nie znaczy, że powinno się nim pogardzać, gdyż pogardza się wtedy samym sobą – bo Ty też jesteś tabloidowy.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Иван z Pixabay

Czasami warto posłuchać człowieka

Czasami warto posłuchać człowieka

„Ćma” to polski film z 1980 roku, w reżyserii Tomasza Zygadły. Główny bohater, Jan, grany przez Romana Wilhelmiego, prowadzi nocną audycję „Radiotelefon”, przeznaczoną dla osób cierpiących na bezsenność oraz tych wszystkich, którzy czują się samotni i zagubieni, poszukują sensu życia, szczególnie w nocy odczuwając egzystencjalne lęki i niepokoje. Zamknięty w dusznym studiu radiowym, paląc papierosy, wsłuchuje się w zwierzenia dzwoniących do niego ludzi. Nierzadko bardzo intymne i dramatyczne. Traktują go oni jak kogoś bliskiego, przyjaciela, człowieka, któremu można powiedzieć to, czego nie chce się lub nie wypada mówić innym, nawet bliskim.

Telefon kolejnego słuchacza sygnalizowany jest zapalającą się lampką. To ważny symbol w filmie. „Majaczą gdzieś w oddali światła – ludzie słowa” – słyszymy w filmie słowa, fragment wiersza jego kolegi-poety, które Jan wyśpiewuje w kulminacyjnej scenie, gdy ociera się o szaleństwo.

Dlaczego do tego dochodzi?

Jan to tytułowa ćma (choć nie tylko on nią jest). Jak wiadomo, owad ten leci do światła i czasami, nie widząc granicy pomiędzy sobą a światłem, spala się, ginie. Podobnie nasz bohater: nie widzi granicy pomiędzy sobą a innymi, tak głęboko współodczuwa ich dylematy i lęki, że spala się nie tylko zawodowo (wypala, jak dzisiaj byśmy powiedzieli), ale także jako człowiek. Jego życie prywatne nie należy do udanych (trudno o takie, gdy przesypia się całe dnie), choć trudno wywnioskować, czy jest takie ze względu na pracę, czy to praca jest ucieczką od takiego życia. Faktem jest jednak, że Jan poświęca w pracy siebie, wręcz składa na ołtarzu medium radia oraz dziennikarstwa, w którym liczy się drugi człowiek, będący zawsze celem, nigdy środkiem, by przywołać maksymę Kanta wybrzmiewającą w wierszu kolegi-poety.

Nie jest moim zdaniem prawdą to, co możemy przeczytać w opisie tego filmu: że Jan popada w obłęd, gdyż ma nieudane życie rodzinne. Jest tak z innego względu. Mianowicie prowadzenie nocnej audycji daje mu wgląd w sferę życia ludzi, która pozostaje w mroku nocy, gdyż za dnia zastępuje ją „uśmiechnięta gęba poranka”. Symbolika jasności i ciemności jest bardzo mocno obecna w filmie: dzień, jasność, to pozory, w których musimy się uśmiechać, być miłym. W nocy, w ciemności, gdy świat zamiera, zaczynamy być sam na sam z sobą, do głosu dochodzą nasze niepokoje, z którymi nie mamy się z kim podzielić, jeśli nie ma wokół nas bliskich osób.

Ale jest Jan i jego „Radiotelefon”. On, dosłownie i metaforycznie, ratuje ludzi. Zatapia się w ciemności, zagląda pod spód, zyskując dużą porcję wiedzy o własnym społeczeństwie i jego uśmiechniętym spektaklu (skojarzenie ze „Społeczeństwem spektaklu” Guy Deborda jest jak najbardziej zasadne). Uśmiech jest tutaj metaforą, która maskuje wcale niewesołą rzeczywistość wnętrza, czymś widzialnym, maską przysłaniającą lęk i ból samotności i wyalienowania. Słowem, Jan zaczyna mieć za dużo wiedzy, przekracza próg krytyczny refleksji, po którym nic już nie jest takie samo. Wręcz ma efekt paraliżujący, jak w przypadku przywołanego przez niego Atosa, jednego z muszkieterów, który zaczął za dużo myśleć – i w efekcie zginął. Oto koszty zaglądania pod spód.

W jednej ze scen Jan przygląda się za dnia ludziom, którzy wydają się toczyć normalne życie. Wie jednak, że to oni dzwonią w nocy, że to, co widzi, jest iluzją, gdyż ludzie udają – w przeciwnym razie kto by do niego dzwonił? Kamera pokazuje dwójkę osób rozmawiających za pomocą języka migowego. Migają, za pomocą znaków, osoby niesłyszące, czyli pozbawione zmysłu słuchu: to znaki mają zastąpić bardziej intymny zmysł, jakim jest słuch. Radio jest medium na tym zmyśle ufundowanym. Z tego względu, jak pisał Walter J. Ong, jest medium wtórnej oralności. Scena ta pokazuje, iż za dnia jesteśmy w jakiś sposób upośledzeni, nasza komunikacja jest upośledzona, a dzięki medium radia oraz człowieka zdolnego do słuchania, możemy pobyć z kimś naprawdę blisko, wsłuchać się w jego słowa, czego nie daje nawet medium telewizji, gdyż dołącza obraz, likwidując intymność i jednokierunkowe skupienie się na słowie.

W takim ujęciu audycja Jana jest dla dzwoniących wentylem bezpieczeństwa nie tylko przed samotnością, ale i popadnięciem w szaleństwo. On jednak nie ma swojego światła, które mogłoby go wysłuchać, gdyż to on jest światłem dla innych. W tym sensie jest postacią tragiczną i jednocześnie bohaterem romantycznym, wszak ćma u romantyków to symbol zbłąkanej duszy, a Jan błądzi od jasności do ciemności. Jest kimś, kto nie może, i nie chce, być innym niż jest, bo wie, że nikt go w tej roli nie zastąpi; roli, co warto podkreślić, radiowca i jednocześnie człowieka. On jednak sam nie potrafi być dla siebie wentylem, a ciśnienie rozsadza ścianki jego osoby, która przeżywa wszystkie ludzkie dramaty.

W pewnym momencie Jan, rozpoznając u siebie niepokojące objawy utraty kontaktu z rzeczywistością, co znakomicie obrazują oniryczne sceny filmu, postanawia udać się do psychiatry. Grany przez Piotra Fronczewskiego lekarz mówi, że i on słucha jego audycji i kilka razy miał ochotę zadzwonić. Stwierdza, iż Jan robi to samo, co on, ale zapewne z lepszym skutkiem. Radzi Janowi, aby sprofesjonalizował swoją audycję, zachował, jak dzisiaj byśmy powiedzieli, równowagę pomiędzy życiem a pracą. Żeby był raczej aktorem odgrywającym rolę, niż autentycznie zaangażowanym człowiekiem. Żeby jego audycja stała się spektaklem, lecz tylko pozornie przeżywanym. Jeśli nie znajdzie tej granicy, grozi mu rozdwojenie jaźni i w konsekwencji obłęd. Forma musi ulec konwencjonalizacji. Na to Jan nie może przystać, gdyż oznaczałoby to jego całkowitą przemianę: ze słuchającego zwierzeń w udającego słuchającego. Aby wybrnąć z niemożności metamorfozy, zaprasza psychiatrę do audycji, która kończy się całkowitą klęską, gdyż słuchacze nie chcą diagnoz, medykalizowania ich problemów, lecz chcą być wysłuchani jako ludzie. Lekarz tak naprawdę ich nie słucha, albo słucha o tyle, aby to, co mówią, sklasyfikować jako objaw danej jednostki chorobowej wyrażanej w absolutnie niezrozumiałym języku. A nie tego oczekują ludzie, którzy potrzebują bliskiego człowieka, a nie lekarza: chcą innej komunikacji, opartej na zrozumieniu, a nie na tłumaczeniu, iż „przerywanie metabolizmu informacyjnego prowadzi do zjawiska projekcji”.

W kulminacyjnej scenie filmu Jan wyśpiewuje, na góralską melodię, wiersz kolegi-poety. Audycja zostaje przerwana. Wersy: „Za ciasno nam pod gwiazdami, tłumią i więzią ramy / prawo moralne w sercu, niebo gwiaździste nad nami / i w każdym miejscu na ziemi, ktoś swoje dziwi otworzy, zawsze ktoś wokół twarzy / W milczeniu i w cierpieniu rodzi się świat od nowa” – zostają zagłuszone muzyką. Kolejnej audycji nie jest już w stanie dokończyć: wypowiada słowa modlitwy „Chryste Panie, zmiłuj się nad nami”. Wie, że jako jednostka nie jest w stanie uczynić ludzi mniej samotnymi (to może odbyć się tylko drogą zmian społecznych, na co wskazuje psychiatra), a nie ma już na to siły. Zrobił już wszystko, co mógł, poświęcając przy tym siebie: był wentylem-medium, przez który wydobywało się to wszystko, co utajone, i co budowało wspólnotę cierpiących słuchaczy.

Po kuracji w sanatorium czy szpitalu psychiatrycznym (widzimy jak bohater odpoczywa na słońcu i przyjmuje leki) wraca pociągiem, w którym dosiada się do niego obcy mężczyzna opowiadający mu o UFO. Uśmiechnięty, wyleczony już Jan, mówi, że nie chce o tym słuchać. „Czasami warto posłuchać człowieka” – odpowiada urażony odmową komunikacji mężczyzna. Wyleczenie jest tożsame z utratą zmysłu słuchu.

Ostatnia scena filmu jest rodem z Felliniego: wszyscy, tj. Jan, jego dwie żony, kochanka, syn z dziewczyną i przyjaciel, siedzą w jasnym świetle i uśmiechają się do siebie. Oto metafora nowego świata: uśmiech, spektakl, jasność. Nic, co naruszałoby komfort i przyjemność, iluzja szczęścia. Stłumienie lęku i niepokoju, zepchnięcie w mrok niewygodnej prawdy, że jesteśmy samotni, wyalienowani, skazani na sen: uśpienie samych siebie.

O czym jest ten film?

„Ćma” to film o medium, a dokładniej mówiąc o medium radia, które oparte jest na zmyśle słuchu. Zgodnie z determinizmem technologicznym w ujęciu Marshalla McLuhana treść medium jest nieistotna, gdyż liczy się sama jego materialna forma, która determinuje charakter komunikatu (medium is a massage). W takim ujęciu radio to medium intymne, oparte na bliskości słowa. „Ćma” jednak zadaje kłam temu determinizmowi, albowiem wcale nie jest nieważne to, co się mówi i czy ktoś potrafi słuchać. W filmie mamy dwie sceny, w których słuchamy audycji radiowej oprócz tej prowadzonej przez Jana. Na początku filmu spikerka podaje nam temperaturę i inne liczby, których, jak sama przyznaje, nie rozumie i nie wie, po co je mówi. To zwykła gadanina. Nic ważnego. Nic bliskiego. Radio gra także u psychiatry, a audycja dotyczy krów i ich odchodów, co jasno wskazuje, że audycje radiowe stają się gówniane. Mamy zatem do czynienia z ukazaniem, czym może być radio, jeśli jest człowiek, który potrafi wykorzystać jego potencjał, a czym staje się, gdy tego człowieka brakuje. Medium nie jest z istoty jakieś, ale swój potencjał rozwija w określonym splocie relacji społecznych oraz praktyk kulturowych. W tym sensie umiejętność słuchania jest konieczna, analogicznie jak posiadanie czegoś ważnego do powiedzenia.

„Ćma” to film o komunikacji. O tym, jak degradują się nasze zmysły, szczególnie słuch. Przestaliśmy siebie słuchać, wręcz odmawiamy słuchania, a jeśli już słuchamy, to nie słyszymy tego, co mówi do nas drugi człowiek. Słuchając, już odpowiednio klasyfikujemy słowa, a klasyfikacja jest przedustawna wobec sensu nadawanego im przez mówiącego.

Przykładem może być ukazana w filmie medykalizacja, w postaci psychiatryzacji życia (i języka), będącego m.in. efektem wymknięcia się dyskursu psychologicznego i psychoterapeutycznego z gabinetów. Nie chodzi rzecz jasna o to, aby nie stawiać diagnoz, ale o to, żeby, po pierwsze, umieć słuchać drugiego człowieka, a nie stawiać mu od razu diagnozy, szczególnie jeśli nie jest się psychiatrą. Po drugie, słyszeć człowieka, a nie tylko doszukiwać się w tym, co ktoś mówi, problemów, objawów, dysfunkcji, zaburzeń.

Medykalizacja w postaci psychiatryzacji oraz psychologizacji skutkuje, czy może skutkować, nieustannym diagnozowaniem siebie, mogącym prowadzić do nadmiernego spsychoterapeutyzowania skutkującym koniecznością poddania się terapii. Być może w pewnych wypadkach pomogłaby rozmowa z kimś bliskim, o ile w ogóle kogoś bliskiego obok siebie mamy (bliskiego nie w sensie fizycznym, ale duchowym). Można by zasadnie pytać, na ile epidemia depresji wynika z samotności (to, że coraz bardziej stajemy się samotni, jest faktem) i z tego, że straciliśmy medialne wentyle bezpieczeństwa oraz słuch nakierowany nie na swoje wnętrze (a tego nauczyła nas psychoanaliza i psychologia, jak twierdzi np. Richard Sennett), lecz na drugiego człowieka. Film pokazuje, że tylko prawdziwe i głębokie bycie z innymi ludźmi sprawia, że cierpienia i lęki stają się możliwe do oswojenia. Jak wielu problemów psychicznych dałoby się uniknąć, gdybyśmy umieli słuchać innych ludzi, a nie od razu ich diagnozować?

„Ćma” to także film o granicy. O granicy pomiędzy Ja a Innym. Bez niej – giniemy w Innym, spalamy się w jego świetle. Gdy wyznaczymy ją równo ze swoją skórą – tracimy zmysły, nie tylko metaforycznie, bo być może także dosłownie. To także film o tym, jak tworząc te granice tworzymy nasz społeczny świat i jaka w nim rola przypada choćby dziennikarzowi, czy szerzej, mediom. W niektórych mitologiach ćma w jest tricksterem mediującym pomiędzy światami. Czyż nie takie zadanie może przyświecać dziennikarzowi?

„Wyleczenie” Jana sprawiło, że pewna ludzka sfera rzeczywistości pozostała w mroku: cierpimy, ale już w samotności, gdyż nie ma nikogo, kto chciałby nas wysłuchać: tak po ludzku, albowiem nasze problemy nie zawsze są tożsame z zaburzeniem. Tym, którzy będą chcieli nas słuchać, trzeba będzie zapłacić lub zapłacić sobą w medialnym spektaklu, dla którego jesteśmy tylko narzędziem do zarabiania.

Ćma to także symbol śmierci. Być może umarło coś więcej niż tylko audycja „Radiotelefon”?

Czasami warto posłuchać człowieka.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Jin Kim z Pixabay

Twój gust jest lepszy niż mój?

Twój gust jest lepszy niż mój?

Natalia Przybysz została w programie Łukasza Jakóbiaka „20m2” zapytana, co jej się nie podoba w Polakach. Odpowiedziała, że ich fascynacja średniowieczem oraz ich mentalne utkwienie w tej epoce. Ma o tym świadczyć fakt, iż będąc w Rynie na wakacjach mogła zaobserwować swoich rodaków zwiedzających znajdujący się tam zamek. Z kolei średniowieczna mentalność „ludu” polskiego, jak mówi artystka, została odnotowana podczas spływu kajakowego. To z jego perspektywy, bezpiecznej odległości, mogła poprzyglądać się „mięsożernej masie Polaków”, którzy na brzegu rzeki, o zgrozo, kąpali się i grillowali. „I te dźwięki, które wydają ludzie zmasowani, Polacy, z grillem, kiełbasą, z brzuchem, z czerwoną taką głową opaloną, taką spaloną, to jest coś średniowiecznego” – mówi.

Pismo nie odda jednak wyższości i pogardy, z jaką Przybysz wypowiada te słowa. Obecne w jej wypowiedzi chamofobia oraz klasizm to nic dziwnego, wszak to cechy dystynktywne polskiej „klasy szampańskiej”. Nie dziwi nawet stygmatyzująca ocena czyjejś cielesności, gdyż „oni” są zawsze brzydcy, a „my” piękni. Aż strach pomyśleć, na jakie zarzuty można by się narazić, gdyby ocenić wygląd samej Przybysz (jeśli ona może, dlaczego nie mogę ja?), która wypowiadając słowa względem ludu, jako że jest bardzo szczupła, wręcz chuda, i krótko ostrzyżona, przypomina zagłodzone dziecko lub przybysza z innej planety. Podejrzewam, że spora część tego męskiego „ludu” jest na szczęście ciałopozytywna: kto jak nie „typowy Janusz”, by użyć tej figury, akceptuje siebie takim, jakim jest? Można się tylko od niego w tym względzie uczyć!

Ale nie o stygmatyzację ciała tutaj idzie, lecz o jedzenie: kiełbasę i grilla. Kilka lat temu Maciej Stuhr namawiał, aby nie wyśmiewać Polaków za disco polo i grilla, lecz edukować ich, aby kiełbasę zastąpili bakłażanem. Kiełbasa stała się zatem, jak schabowy i rosół w niedzielę, elementem dystynkcji klasowej. „My” mamy gust, nie tylko muzyczny, ale i kulinarny, „oni” są go pozbawieni.

Jedzenie jako czynność jest uwarunkowane zarówno biologicznie oraz kulturowo. Jako organizmy żywe, ssaki, musimy jeść, by przetrwać (chyba, że żywimy się słońcem, jak gwiazdy Hollywoodu), lecz to, co, jak, kiedy, z kim, dlaczego i co nam smakuje – jest już zależne od kultury. Przykładowo, nic w ludzkiej biologii nie przesądza, czym powinniśmy jeść: rękoma, nożem i widelcem czy pałeczkami. Gdy biologia człowieka coś przesądzała w tej kwestii, to nie byłoby różnorodnych sposobów jedzenia. Jedzenie jako zbiór czynności kulturowych jest także uwarunkowane klasowo w ramach jednego społeczeństwa (przypomnę, że jedzeniu był poświęcony cały numer „Nowego Obywatela”). Klasy wyższa oraz średnia, które jedzenie traktują jako wyraz prestiżu społecznego oraz wyraz swojego gustu, najczęściej z niesmakiem krzywią się na jedzenie klasy ludowej.

Widać to w szeregu programów telewizyjnych, by wymienić tylko najbardziej wymowne pod kątem konstruowania obcości i inności klasy ludowej, czyli „Damy i wieśniaczki” oraz „Biedny dom, bogaty dom”. „Dama”, rzecz jasna, nie zje smażonej kapusty, bo ta śmierdzi – jeśli kapusta, to tylko w postaci kimchi. Zresztą ona i tak nie gotuje, lecz je w restauracjach. Wszak ten program, i sama postać „damy” to ideologiczny konstrukt, do którego trzeba dążyć pozbywając się znaków swojej klasowości: od wyglądu, przez zapach, po jedzenie. „Bogaci” nie wiedzą, co kupić na obiad za kwotę, którą średnio wydają na pół chleba. To, co jemy, świadczy o naszym klasowym pochodzeniu. To, co potrafimy ugotować i z jakich składników – także.

Ta ostatnia kwestia jest dobrze widoczna w programach kulinarnych przeznaczonych dla dzieci, typu „Master Chef Junior”. Rzadko kiedy dzieci są skonfundowane jakimś ekskluzywnym produktem, z którego mają przygotować danie, jak np. homar, co świadczy, że są z nim zaznajomione. To z kolei pokazuje, że ich rodziców stać na taki produkt. Dziecko z biednej rodziny, w której nie przygotowywano danej potrawy, miałoby znacznie utrudnione możliwości rywalizacji z dziećmi z rodzin bogatych, bo oczywistym jest, że wygra ten, kto więcej ćwiczył i nabył doświadczenia w obchodzeniu się z danym produktem.

Nawiasem mówiąc nie mogę się pozbyć wrażenia, obserwując ten program, że gotowanie i marzenie o byciu kucharzem to raczej zachcianka i fanaberia bogatego dziecka, któremu rodzice pozwalają na takie ekskluzywne hobby, ale w pewnym momencie życia dziecka powiedzą coś w stylu: „No dobrze, fajnie, że umiesz gotować i masz swoje wysublimowane podniebienie, możesz się tym zawsze pochwalić, ale teraz idź na studia prawnicze, żeby potem przejąć kancelarię rodziców”. Kucharz to nie jest zawód dla bogatych dzieci.

Klasowość jedzenia świetnie widać w programie „Ugotowani”. Polega on na tym, że cztery osoby wzajemnie zapraszają się na kolację. Opis programu mówi, iż uczestnicy to „zwykli ludzie z niezwykłymi umiejętnościami kulinarnymi”, ludzie różnych zawodów czy pasji. Z punktu widzenia klasowego są oni stosunkowo podobni: najczęściej mają zawody związane z klasą kreatywną lub związane z pracą umysłową, są dobrze wykształceni, bardzo dobrze zarabiają, co widać po wystroju mieszkania lub domu, mają oryginalne pasje, bardzo dużo podróżują w celu gromadzenia licznych doświadczeń, w tym kulinarnych. Jedzenie jest przedłużeniem ich osobowości, wyrazem ich pasji, chęci poznawania świata. Przygotowywane przez nich jedzenie jest wysublimowane i ekskluzywne. Nieumiejętność obchodzenia się z jakimś produktem lub nieodtworzenie oryginalnego smaku danej potrawy czy też przygotowanie jej z produktów zastępczych, naraża uczestnika na przegraną. Jest oczywistym, że jeśli przygotowujesz curry, to musisz użyć przypraw prosto z Indii, najlepiej stamtąd przywiezionych, a mówiąc pół żartem, pół serio: samodzielnie uprawianych. Jeśli dodasz przyprawy z Lidla, a nawet te kupione w wielkomiejskich sklepach z kuchniami świata, to i tak narazisz się na sadystyczno-szczerą ocenę (wygłaszaną przy okazji wystawiania noty za kolację), gdyż wytrawne podniebienie uczestnika poinformuje, iż „Byłem tam i to tak nie smakuje”.

Ocena jest tutaj kluczowa, gdyż program na charakter konkursowy. Potrawy są przygotowywane w kuchni przez uczestnika, który często się stresuje, co przypomina pracę na szybkich obrotach w restauracji. W tym czasie trójka gości komentuje wystrój mieszkania, dochodzące zapachy, dźwięki lub zbyt długi czas oczekiwania na potrawy. Uczestnicy nie wiedzą, co zostanie im zaserwowane, lecz mogą domyślać się dzięki rozszyfrowaniu nazwy potrawy, która zazwyczaj brzmi egzotycznie, np. „Błękitna laguna” lub „Zielone Indie”.

Na drugim biegunie tego ponowoczesnego stylu życia, którego częścią jest jedzenie, znajduje się mniej lub bardziej tradycyjny styl życia ze swoją specyfiką znajdującą wyraz w potrawach. Nie ma on jakiejś wyraźnej reprezentacji w telewizji, a jeśli już jest pokazywany, to raczej jako coś wstydliwego, co musi zostać szybko przekształcone w formę bardziej odpowiadającą pożądanemu wyobrażeniu o guście kulinarnym. Ma za to, a raczej miał (o czym za chwilę) odzwierciedlenie w popularnej prasie w postaci „Przyślij przepis!”.

Przepisy do niej wysyłali właśnie „zwykli ludzie”, najczęściej z małych miasteczek lub wsi, niekiedy tylko z miast średniej wielkości, rzadko z większych. Potrawy są typową kuchnią domową, choć zawsze urozmaiconą jakimś rodzinnym smakiem lub zabiegiem gospodyni. Naczelne zasada to: tanio, smacznie, szybko, zdrowo. To zazwyczaj ludzie ciężko pracujący, głównie fizycznie, nie mający czasu na potrawy zajmujące dużo wysiłku, o czym piszą w opisach. Przytoczę kilka z nich: „Od wielu lat zajmuję się domem, od niedawna jestem szczęśliwą babcią. Te roladki przygotowuję dla córki, która je uwielbia”. „Danie jest bardzo smaczne i szybko się je robi. Ma wyrazisty słodko-ostry smak. Mój maż, choć nie przepada za drobiem, bardzo je lubi”. „Mąż oraz córka bardzo chwalą moją kuchnię. Brokułowe babeczki to bardzo zdrowe danie na ciepło”. „Od czterech lat jestem mężatką i matką 2,5-letniego synka. Obecnie zajmuję się jego wychowaniem. Koreczki to świetna przegryzka”. „Nie pracuję zawodowo. Na co dzień zajmuję się wychowaniem dwójki dzieci. Lubię gotować, a wielu potraw nauczyła mnie babcia. Zaglądam często do jej zeszytu z przepisami. Boczek zapiekany to jeden ze specjałów, które polecam” (podaję za „Przyślij przepis!”, nr 1/2010).

Ponadto każdy numer zawierał opis obiadu u jakiejś rodziny, do którego pismo zachęcało następująco: „Pochwal się swoją rodziną i potrawą, którą wspólnie gotujecie”.

Gazetka ta przeszła jednak ewolucję: od przepisów prostych, domowych i tanich (ludzi tych nie stać na homara), choć zawsze zrobionych i przyozdobionych zgodnie ze swoim gustem, do coraz bardziej wyszukanych, zdrowych. Zastępuje się kostkę rosołową, unika „biedniejszych” produktów, np. parówek. Pewnie te najnowsze, których już nie kupuję, bo wolę stare, niewiele się różnią od przepisów dla bogatszych kobiet, które i tak często nie gotują. Być może to efekt naśladowania kuchni bardziej elitarnej i światowej, potrzeby spróbowania czegoś nowego i eksperymentowania, choć na swoich warunkach, a może nawet chęci przynależenia do klasy wyższej. Czy oznacza to, że proces unowocześnienia kuchni klasy ludowej się powiódł? A może już inni ludzie wysyłają przepisy? Kwestia do zbadania.

Wyobraźmy sobie jednak spotkanie „ugotowanego” i starego „przyślijprzepisowca”. Załóżmy, że ten drugi zaprasza pierwszego na obiad. Co by estetycznie i smakowo raziło, wręcz obrzydzało, „ugotowanego”? Co naraziłoby na śmieszność i krytykę „przyślijprzepisowca”? Co byłoby kiczem kulinarnym, wyznaczanym rzecz jasna z wyższościowej pozycji „ugotowanego”?

Po pierwsze: nazwy potraw, takie, jak: „Szalone pierogi”, „Kieszonki teściowej”, „Placek Tadzika”, „Sałatka prościutko”. Są rodzinne, swojskie, zwykłe: dla „ugotowanego” za mało tajemnicze i „tutejsze”. Po drugie: ozdoby i dekoracje, których naczelną zasadą estetyczną jest kolorowość. W dobrej „przyślijprzepisowej” dekoracji nic do siebie nie pasuje: naleśniki są z mięsem i pieczarkami, ale podane na sałacie, z papryką i kwiatkiem wyciętym z pomarańczy. Im więcej kolorów tym lepiej! Minimalizm? Wykluczone! Po trzecie: naśladowanie potraw droższych z tanim zamiennikiem, np. Boeuf Stroganow z parówek. Po czwarte: łączenie produktów do siebie niepasujących, np. owsianka zrobiona na kostce rosołowej z dodatkiem rozpuszczonego serka topionego z pokrojoną w plasterki parówką (dodam, że potrawa ozdobiona jest listkiem bazylii). Albo inny przykład: pożywna zupa warzywna z tostami (z serem i szynką). Po piąte: kiepska jakość produktów (np. parówki, kostka rosołowa, paluszki krabowe). Po szóste: zdjęcia jedzenia. Jako że fotografują to amatorzy, zdjęcia nie zawsze wychodzą „apetycznie”, gdyż fotografia kulinarna to trudna sztuka. Po siódme: tania i niekompletna zastawa, w której wszystko jest z innej parafii. Elementy można by mnożyć.

Łatwo z wyżyn kulinarnego, ekskluzywnego gustu pośmiać się i zawstydzić w ten sposób gotujących ludzi. Powiedzieć, że „mój gust jest lepszy niż twój”.

Tylko coś się traci. Traci się to, czego zawsze brakowało mi w „Ugotowanych”. Wspólnej przyjemności gotowania (u „przyślijprzepisowców” każdy ma swoją rolę i widać, że nie jest to na pokaz), sprawiania radości tym, których się kocha, a nie narcystycznego popisu swoich umiejętności, w którym zadowolenie podniebienia innych jest nagrodą dla twojego ego. Czasami uśmiech z keczupu na omlecie jest więcej warty niż jajka, z których został zrobiony. Bywa i tak, że jedzenie tego, co jadły nasze babcie i mamy, daje poczucie łączności z nimi, bo korzenie, także te kulinarne, są ważne. Może czasami warto wrócić do potraw robionych przez nasze babcie i mamy? Do dawnych smaków dzieciństwa i okresu nastoletniego, kiedy nie mądrzyliśmy się jeszcze o klasowym wymiarze jedzenia, tylko ze smakiem jedliśmy mokry chleb z cukrem albo mieszaliśmy słone paluszki z czekoladą? Lubię myśleć, że te smaki z nami zostają. Szkoda, że wielu z nich nigdy już nie spróbujemy. Nikt nigdy nie zrobi takich pierogów jak nasze Mamy.

Badacze społeczno-klasowych gustów mówią o pojęciu „wszystkożerności”. Oznacza ono, że gust tzw. klasy wyższej wcale nie jest ograniczony wyłącznie do kultury wysokiej. Nie wiem, czy tak jest w przypadku jedzenia (intuicja mi podpowiada, ze nie). Myślę, że część z nas, spoza klasy wyższej, pomieszkuje w różnych kuchniach, w tym sensie jesteśmy, już dosłownie, wszystkożerni. I chyba dobrze. Oby tylko zapatrzenie w wysmakowaną kuchnię nie pożarło czegoś więcej.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

House of kicz

House of kicz

Zapewne sporej części z nas zajmuje sporo czasu wybór filmu czy serialu, który chcemy obejrzeć. Trzeba przecież sprawdzić notowania filmu: rankingi i polecenia, gwiazdki, oceny, komentarze. Podjęcie ryzyka obejrzenia czegoś nie wynikającego z tego rachującego, w pełni racjonalnego oglądu, wydaje się dzisiaj nie do pomyślenia. Zły wybór równa się stracie czasu, czyli najgorszemu, co może wydarzyć się w życiu regulowanym ideologią kapitalistyczną. Czasu nie można marnować: jest zbyt cenny, a my jesteśmy zbyt ważni.

Nasze społeczne praktyki dotyczące wybierania i konsumowania danych tekstów kultury, np. filmów, seriali czy książek, uwzględniające rolę kwantyfikacji, mówiąc prościej, liczenia, zostały trafnie rozpoznane i dobrze opisane przez socjologów.

Michał Wróblewski w artykule „Netflix, Rotten Tomatoes i wszystkożercy kulturowi” („Kultura Współczesna”, nr 1/2019) poddaje ciekawej analizie wpływ postępującej kwantyfikacji na uczestniczenie w kulturze, polegający na sprowadzaniu jakości różnych tworów kultury do łatwo mierzalnych wartości. W takiej perspektywie toruński socjolog mówi o kulturze algorytmicznej, albowiem to właśnie one umożliwiają mierzenie i liczenie ogromnych baz danych, które jako użytkownicy serwisów dajemy im zupełnie za darmo, klikając w dane produkty/towary.

Kultura algorytmiczna, w węższym ujęciu, to taka kultura, w której różnego rodzaju treści kulturowe tworzone są na bazie algorytmów, przyczyniając się do ich produkcji, bądź służą one wyznaczaniu jakości danej treści. Przykładowo algorytmy serwisów streamingowych wykorzystują dane, których im dostarczamy i na tej podstawie podpowiadają, co jest godne obejrzenia, jednocześnie zamykając nas w bańkach. Przy czym chodzi o to, co jest godne obejrzenia dla nas, albowiem trafi w nasz gust, który serwis zna być może nawet lepiej niż my sami.

Toruński socjolog zwraca uwagę, i to jest dla moich refleksji najistotniejsze, iż algorytmy są wykorzystywane także do produkowania treści kulturowych.

Przykładem opisywanym przez Wróblewskiego jest serial „House of Cards”. Netflix, bazując na brytyjskim formacie, postanowił wyprodukować serial na podstawie zgromadzonych danych o swoich użytkownikach i ich preferencjach. Dały one wiedzę, jakie są gusta odbiorców, a zatem podpowiedziały, jak zrobić serial, żeby podobał się publiczności, a Netflixowi przyniósł ekonomiczny zysk. A zatem, jak pokazały algorytmy, spora liczba użytkowników lubi filmy Davida Finchera, aktorstwo Kevina Spaceya i thrillery polityczne, stąd wynikało duże prawdopodobieństwo, że widzowie polubią thriller polityczny reżyserowany przez Finchera ze Spaceyem w roli głównej. I udało się: produkcja Netflixa odniosła sukces.

Przykład ten skłonił mnie do kilku refleksji, przy czym kluczowa jest następująca: czy w pewnym sensie nie zostałem oszukany? Czy ktoś się mną, sprytnie, ale i perfidnie, nie zabawił, schlebiając mojemu gustowi (choć nie miałem wiedzy, że go zna)?

Przyjmijmy na potrzebę moich rozważań, że obejrzałem ten serial bez wiedzy na temat sposobu jego wyprodukowania, co prawdopodobnie dotyczy większości widzów. Jest tak dlatego, że po pierwsze, Netflix nie jest skory do dzielenia się informacjami na temat swoich produkcji, w tym kulisów produkcji i decyzji o ich tworzeniu. Po drugie był to czas początku popularności Netlixa i brakowało wiedzy, którą mamy dzisiaj.

Czy „House of Cards” mi się podobał? Oczywiście, że tak! Kłopot w tym, że nie mogło być inaczej, bo przecież jak mogłoby mi się nie podobać coś, co zostało zrobione dla takich jak ja.

Kluczowe pytania brzmią następująco: co zmienia wiedza o kulisach algorytmicznej produkcji? I czy w ogóle coś zmienia? Mam na myśli nawet nie tyle stosunek do samego serialu, ile zmiany w moim sposobie podejścia do rzeczywistości kulturalnej, w tym konsumowaniu filmów i seriali, ale i sztuki, która także coraz bardziej poddaje się temu algorytmicznemu dyktatowi. Czy nie mamy tutaj przypadkiem do czynienia z praktyką odbierania wolności pod płaszczykiem jakże szlachetnego niemarnowania czasu oraz odczuwania przyjemności, która urasta do naczelnej wartości w hierarchii dyktowanej przez kapitalizm? Nawiasem mówiąc, zapewne Zygmunt Freud, mówiący o zasadzie przyjemności, miałby tutaj wiele do powiedzenia. Czy kapitalizm nie zhakował nam podświadomości?

Można nawet zapytać o tę kwestię w szerszej antropologicznej perspektywie: czy nie zmienia to w jakiś sposób sposobu partycypacji w kulturze? Czy kultura algorytmów nie tworzy wzorów kultury w ogóle?

Żeby dobrze zobrazować, co mam na myśli, wyobraźmy sobie sytuację, w której jesteśmy mężczyznami i spotykamy dziewczynę spełniającą wszystkie nasze oczekiwania i podzielającą nasze sympatie: od kulinarnych, przez filmowe, po polityczne. „Co najbardziej lubisz na obiad? – Leczo. – Ja też! Jaki jest Twój ulubiony film? – „Ćma”. – Mój też! Jak bardzo nie cierpisz Tuska? – Nie ma takiej skali”. I tak cały czas! Trudno uwierzyć w swoje szczęście. Oto znaleźliśmy kogoś podobnego do nas. Potem jednak dowiadujemy się, iż dziewczyna wypytała wszystkich naszych bliskich przyjaciół o nasze preferencje i gusta. Ewentualnie mogła przeszukać wyszukiwarkę naszego komputera, żeby dobrze określić nasz profil osobowościowy i się w niego „wstrzelić”. Czy nie poczulibyśmy się oszukani? Nabrani? Nasze spotkanie nagle stałoby się zupełnie nieautentyczne, albowiem nie mogło mieć innego przebiegu.

Co ciekawe, kiedy rozmawiałem z kilkoma grupami studentów na temat swojego dylematu, nikt z nich nie widział w tym problemu. Nie przeszkadzało im to, że film czy serial jest zrobiony „pod nich” (im „dedykowany”, jak się dzisiaj mówi). Wręcz przeciwnie, uznawali to za pożądane, świadczące o trosce o widza. „Co w tym złego”? – pytali, tym samym zdradzając, iż fundamentalne jest ich zadowolenie. Jeśli czuję, że serial jest dobry, podobał mi się, to jest dobry, a sposób jego produkcji nie ma tutaj nic do rzeczy. To raczej postęp niż regres.

Czy aby na pewno?

Rozumiem, i w pewnym zakresie nawet akceptuję takie podeście, szczególnie gdy dotyczy rozrywki mniej ambitnej, czyli nie z górnej półki, np. klasyki kina. Netflix proponuje kino klasy N: coś pomiędzy lekko-refleksyjno rozrywką, lecz nie tak intelektualnie płytką, jak seriale telewizyjne (przynajmniej w opinii moich studentów). Faktycznie staliśmy się wszystkożerni: niekiedy konsumujemy dzieła sztuki wysokiej, by innym razem „odmóżdżyć” się przy paradokumencie, a niekiedy rzucić w objęcia kina klasy N, kiedy nie chce się jednego ani drugiego. Algorytmy, zgodnie z opisem Michała Wróblewskiego, są funkcjonalne wobec wszystkożerności. I tutaj pełna zgoda.

Jednak moim zdaniem jest w tym podejściu coś niepokojącego, albowiem autentyczność, ten fetysz kultury ponowoczesnej, wydaje się przygrywać z przyjemnością. Kultura ponowoczesna to kultura na wielu polach paradoksalna: z jednej strony oryginalność, wyjątkowość, wolność wyboru, prawdziwe emocje, autentyczność właśnie. Z drugiej zaś wytwarzanie treści/towarów takimi nie będącymi. Sformułowanie „Oryginalna produkcja Netflixa” tyle samo odsłania, co zasłania – skrywa swoją nieoryginalność jednocześnie ją ujawniając. Kapitalistyczna ideologia staje się przezroczysta.

I tutaj widzę różnicę pomiędzy studentami a mną, albowiem ja chcę czuć przyjemność, jeśli wiem, że to ja decyduję, a nie ktoś inny za mnie. Chcę emocji opartych na prawdzie i autentyczności, a nie na schlebianiu mojemu gustowi, gdyż nie prowadzi to do niczego więcej poza przyjemnością. Być może nie ma w tym nic złego, o ile nie patrzymy w ten sposób na dzieła sztuki oraz treści mające kształtować nasze postrzeganie świata w jego bardziej intelektualnym wymiarze.

Funkcją sztuki jest testowanie rzeczywistości, produkcja nowych metafor, tworzenie nowych sposobów widzenia pozwalających dostrzec coś, czego nie widziało się wcześniej. Nie jest to zatem praktyka bezpieczna, bo możemy stać się kimś innym. Przy okazji kina klasy N nic się nie wydarzy: będzie to samo kosztem innego. Ponadto artysta to ktoś, kto mówi od siebie swoim własnym głosem, bez rachowania, ilu osobom się to spodoba. Nierzadko pisarz czy poeta, może być nim reżyser, a nawet filozof, wyprzedza o dekady swoje czasy i zostaje doceniony po upływie czasu. Tutaj nic takiego nie będzie miało miejsca.

Jeśli przyjmiemy definicję kiczu jako rozrywki dla mas, schlebiającej jej prostemu, by nie powiedzieć, prostackiemu gustowi, to czy Netflix, nie jest, lub nie stał się, właśnie, o paradoksie, estetycznym, dobrze zrobionym i wcale nie tandetnym, ale jednak, kiczem dla mas? Nie chodzi mi o to, żeby batożyć pod pręgierzem przyjemność widza, ale o zwrócenie uwagi na konsekwencje, jakie może nam przynieść netflixowy sposób produkowania oraz uczestniczenia w kulturze. Oznaczałby on koniec sztuki, wolności i skazanie na wieczne „to samo”, a ostatecznie znudzenie nawet własną przyjemnością. Aż chciałoby się zanucić: Welcome to the Netflix, such lovely place, such a lovely place…

Pisząc o Netflixie nie chodzi mi jedynie o tę platformę. To zaledwie jeden w wielu przykładów, który można by poddać analizie. Nie idzie nawet o kwestię strukturalnego kiczu jako schlebiania gustowi odbiorcy czy „sztuki szczęścia” (Abraham Moles). Chodzi o coś, czego on jest przykładem, a mianowicie opisywanego przez różnych badaczy kapitalizm platform (Nick Srnicek) oraz kapitalizm inwigilacji (Shoshana Zuboff). Nick Srnicek w swojej książce „Kapitalizm platform” twierdzi, że wciąż rozwijający się i mutujący kapitalizm korzysta ze szczególnego rodzaju surowca – danych. Są one takim samym surowcem jak ropa. Różnica polega na tym, że tego surowca dostarczamy sami, wchodząc na poszczególne platformy i z nich korzystając. Kapitalizm pozyskuje je od nas dobrowolnie i wykorzystuje, aby lepiej dostosować się do naszych potrzeb. Przynajmniej tak nas zapewnia. Trzeba jednak być naiwnym, aby sądzić, że kapitalizm nie będzie robił tego, co świetnie potrafi, czyli zamieniać wszystkiego w towar, i to coraz lepszy, bardziej do nas dostosowany. Przed którego zniewalającą mocą przyjemności będzie coraz trudniej się obronić.

dr Michał Rydlewski

PS. Dziękuję Pawłowi Bohuszewiczowi za cenne uwagi, które wykorzystałem w tekście.

Blanka kontra Rusinek – pojedynek na solo

Blanka kontra Rusinek – pojedynek na solo

Przyglądając się budowie anatomicznej sporej części polskich inteligentów można dojść do wniosku, mówiąc pół żartem, pół serio, że składa się on z Rozumu oraz kija utrzymującego go w pozycji pionowej (nie mylić z kręgosłupem). Pozbawiony jest zmysłowo-mięsnego ciała, którym tak ochoczo zajmuje się naukowo. Jako przedmiot badania ciało jest obiektem intelektualnego pożądania, lecz nie jest już nim, gdy może sprawiać jego posiadaczowi, czy wywoływać – o zgrozo – u kogoś innego, pożądanie i przyjemność. Jeśli jest ono pozbawione aspektu kontemplacyjnego, wymiaru nie refleksyjnego, lecz opierającego się po prostu na czystej cielesności „konsumowanej” zmysłami, choćby wzroku, dając tym samym radość z udziału w zmysłowym świecie, to musi przez inteligenta zostać zdeprecjonowane, poniżone, wyśmiane i określone, a jakże, kiczem.

W świecie wielu polskich inteligentów nieomal każde, niepoprzedzone wyznaniem w trybie intelektualno-poznawczym oraz moralnym zabezpieczeniem mówiącego, wypowiedzenie się o ciele i zmysłowości, jest, czy może być, uznane (różnica pomiędzy jednym a drugim dzisiaj zanika) za seksizm, uprzedmiotowienie, dyktaturę patriarchatu w społeczeństwie zdominowanym przez samców alfa oraz w ostateczności „kulturę gwałtu” – słowem, wszystkie zbrodnie, nierzadko wyimaginowane.

Z tego między innymi względu polski inteligent nienawidzi wszystkiego, co nierefleksyjnie cielesne i zmysłowe, gdyż sprowadzające kobietę do (jakoby) seksualnego obiektu dla męskiego drapieżnika. Jednym z obszarów, w którym się to szczególnie przejawia, jest stosunek do disco polo. Ten gatunek muzyczny jest nie tylko przez inteligentów znienawidzony i pogardzany (wiadomo: to kicz i tandeta przeznaczona dla wiejskiego ciemnogrodu), ale i krytykowany za seksizm.

Moim zdaniem to dosyć jednostronne ujęcie. Oczywiście, można zarzucić disco polo, że epatuje roznegliżowaną, kobiecą cielesnością, że w wielu teledyskach kobiety tańczą wyzywająco, ukazując swoje erotyczne atuty, że są widokiem dla męskiego spojrzenia (pojęcie J. Bergera). Zgoda.

Jednak, po pierwsze, nie jest to seksualizacja tak wulgarna jak w innych gatunkach muzycznych, np. hip-hopie. Po drugie, disco polo nierefleksyjnie cieszy się ową cielesnością, pokazując coś, o czym inteligent zdaje się zapominać, jakby zupełnie zapomniał o ciele i zmysłowym wymiarze zauroczenia czy miłości – że może mieć to właśnie nieuprzedmiotawiający wymiar.

Wiele tekstów piosenek tego gatunku, szczególnie tych z lat 90. ubiegłego wieku, jest nastawione na cielesność i zmysłowość. Pojawia się w nich ciało, ale przede wszystkim takie jego elementy jak usta, oczy, włosy, a nie piersi czy pośladki. Bohater niejednego utworu jest oczarowany urodą dziewczyny, której nierzadko jeszcze bliżej nie poznał, a nawet jeśli poznał i tworzą parę, docenia jej urodę. Czy to zbrodnia? Seksizm? Te piosenki opowiadają najczęściej o miłości, która, uwaga, jest cielesna i zmysłowa (to motyw wzięty z literatury ludowej). Co więcej, nie znam bardziej optymistycznych piosenek niż disco polo (spora część z nich taka właśnie jest), choć są i bardziej refleksyjne (prostym językiem wyrażające to, o czym piszą uznani za wielkich), a czasami dotyczące miłości niespełnionej i nieszczęśliwej, w których mężczyzna wcale nie jest samcem alfa, lecz jawi się raczej jako delikatny i kruchy. Są optymistyczne, radosne, dają nadzieję w trudnych chwilach, pozwalają się zwyczajnie wyluzować i cieszyć życiem. Wystarczy na chwilę pozbyć się wspominanego kija, wziąć w nawias swoje inteligencie dąsy i posłuchać takich piosenek jak np. „Ciało do ciała”, „Promienie”, „Przekorny los”, „Przez twe oczy zielone”, „O Ela, Ela”, „Ona tańczy dla mnie”.

Życie nie składa się tylko z czytania mądrych książek, oglądania ambitnego kina, kontemplacji wielkich dzieł sztuki, co dobrze oddają liczne komentarze pod tymi piosenkami w serwisie YouTube. Byłby to koszmar, nie mówiąc już o tym, że byłoby to wręcz psychicznie niebezpieczne, albowiem chwile skupienia muszą współistnieć z chwilami nie myślenia, lecz przeżywania wolnego od intelektualnego wysiłku.

Moim zdaniem to właśnie ta prosta, cielesna i zmysłowa miłość tak irytuje inteligenta. Gdyż aby być uznaną za pełnoprawną miłość, musiałaby być ona poprzedzona wielogodzinnym seminarium o tekstach wielkich filozofów, pisarzy, reżyserów i malarzy. Intelektualne porozumienie jest ważne, to oczywiste, ale nie dobieramy się w pary czy zakochujemy w sobie wyłącznie dlatego, że połączyła nas taka sama interpretacja dzieł Derridy czy Heideggera.

Ale nie tylko disco polo jest obiektem inteligenckiej krytyki. Jest nią w ogóle to, co staje się popularne, np. w muzyce, a nie niesie ze sobą jakiegoś szczególnie istotnego, z punktu widzenia wyżyn akademickiego dyskursu, egzystencjalnego przesłania.

Przykładem może być ironiczne wyśmianie przez Michała Rusinka słów piosenki Blanki pt. „Solo”, która stała się hitem. Została obejrzana 23 miliony razy, miała 10 milionów odtworzeń na Spotify, reprezentowała nas na Eurowizji. Na nagraniu, dostępnym w serwisie YouTube, krakowski literaturoznawca i tłumacz, doktor habilitowany Uniwersytetu Jagiellońskiego, przekłada z angielskiego na polski słowa tejże piosenki. „Zobaczcie, jakie to głupie” – zdaje się mówić, „W tych słowach nie ma żadnego sensu”. Spuszczę zasłonę milczenia na tłumaczenie przez Rusinka słowa „Bejbe” (a właściwie: „Bejba”) jako „dziecko”, które należałoby przetłumaczyć raczej jako „Kochanie”, bo nie o samo tłumaczenie tutaj idzie. Piosenka jest po prostu o tym, że czasami lepiej jest być samemu, czyli solo, niż z kimś, z kim jest nam źle. Blanka w teledysku pokazuje, jak cieszy się z tego, że w końcu jest wolna po tym, jak zakończyła nieudany związek. Znam to uczucie i dlatego lubię tę piosenkę i teledysk – nie muszę go rozkładać na czynniki pierwsze i nie bardzo wiem, po co miałbym to robić. Muzyka wpada w ucho, jak dobre disco polo, dziewczyna jest ładna, zgrabna, a w miejscu, gdzie kręcony był teledysk, chętnie spędziłbym kilka dni wakacji, jeżdżąc takim samochodem jak ona. To jakaś zbrodnia nagrać taki teledysk? Zdaniem Rusinka piosenka powinna być chyba pogłębionym portretem psychologicznym, a tutaj mamy do czynienia z emocjami, a nie z analizą. I dobrze, bo ta piosenka wyraża radość, szczęście i optymizm. Czy to źle? Krakowski uczony chciałby chyba, analogicznie jak Zbigniew Mikołejko względem disco polo, aby te rozpraszało jego lęki egzystencjalne, było ambitne, należało do sztuki wysokiej. Ani disco polo, ani piosenka Blanki, nie mają takich ambicji, bo to tak, jakby oczekiwać od samochodu, żeby latał albo pływał, jeśli został skonstruowany do zupełnie innych celów. Polski inteligent, czego przykładem jest Michał Rusinek, chciałby żeby świat był Misiem Uszatkiem z jego wyobrażeń i owo wyobrażenie chce uczynić powszechnym, psując przy tym całą zabawę. „To, co przeżywasz, jest takie płytkie, a zatem i ty jesteś płytki” – zdaje się mówić pohukujący czy ironizujący inteligent. Czasami potrzebujemy różnych głębokości „przeżyć”.

Rozumiem i podzielam krytykę mitu piękna, wręcz dyktatury ludzi pięknych. Nie podoba mi się chore dążenie do nieosiągalnego ideału piękna, który nie jest możliwy do realizowania, jeśli nie ma się wystarczających zasobów w postaci pieniędzy (na skalpel i dietę) oraz czasu (na ćwiczenia). To wszystko wiemy, napisano na ten temat setki książek trafnie krytykujących „przemysł piękna” w służbie kapitalizmu. Nie mylmy jednak tej krytyki z niesprawiającym nikomu przykrości i niewyrządzającym zła poczuciem szczęścia (oprócz tych, czujących się urażonymi nieomal wszystkim), beztroskiej radości i przyjemności płynącej z cielesności i zmysłów. W przeciwnym razie grozi nam popadnięcie w absurd, którego przykładem może być Kantowska ocena seksu jako ruchów niegodnych filozofa.

Problem inteligenta z disco polo oraz muzyką popularną, jak wspomniana piosenka Blanki, polega na tym, że oba nie tabuizują seksualności, lecz ją afirmują. Blanka jest po prostu sexy, co niekiedy wręcz uruchamia u inteligenta (płci obojga) jakiś resentyment, a w ostateczności chęć pokazania swojej wyższości intelektualnej. Tomasz Szlendak, opisując przed laty klasowe tło sporu o białe kozaczki, które były synonimem złego gustu charakterystycznego dla „ludu”, stwierdził, że „Elita ucieka od seksualnej dosłowności, nieelita wręcz przeciwnie. U elity seksualność skrywana jest pod subtelniejszą powierzchnią, u nieelity jest ostentacyjna. […] Mężczyźni z elity także lubują się w białych kozaczkach, tak jak lubują się w jadowicie różowych stringach i ostentacyjnie erotycznych pończochach. Tyle tylko, że lubują się w tym wszystkim w zaciszu własnej, domowej sypialni” (Tomasz Szlendak, „Demokratyczna moda kontra białe kozaczki”, Dziennik, 2 czerwca 2006). Nie chodzi nawet o obłudę inteligenta, jeśli uznać, że toruński socjolog ma rację, ale o fakt, że nie da się, i nawet nie wiem, czy byłoby to możliwe oraz pożądane, sprowadzić ciało, zmysły, seksualność i erotyzm do sfery prywatnej. Kto był na włoskiej plaży, wie, o czym mówię: nie dajmy sobie odebrać miłosnej gry pomiędzy kobietą a mężczyzną także w wymiarze cielesnym.

Trawestując słynne stwierdzenie z filmu „Chłopaki nie płaczą”, można powiedzieć, że „Polski inteligent nie ma luzu”.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: kadr z teledysku do piosenki „Solo” Blanki.