W panoptykonie pozytywności

W panoptykonie pozytywności

Byung-Chul Han w zbiorze esejów „Społeczeństwo zmęczenia i inne eseje” stawia społeczeństwu późnej nowoczesności przejmującą diagnozę: jesteśmy zbyt martwi, by żyć oraz zbyt żywi, by umrzeć. Chorzy, cierpiący na szereg zaburzeń i fobii, wypaleni, zmęczeni, pozbawieni życia i sensu – oto nasz społeczny obraz.

Jak to się stało, że doprowadzono nas do takiego stanu?

Han wskazuje na neoliberalny kapitalizm, który uprzedmiatawia człowieka, czyniąc z niego towar, przy czym owe utowarowienie nie jest przez niego odczuwane jako zagrożenie dla tożsamości, lecz możliwość jej stworzenia. To właśnie poprzez nową formę utowarowienia neoliberalne Ja stwarza swoją tożsamość. naiwnie wierząc, iż jest ona autentyczna i oryginalna. Samotny, wylękniony, cierpiący i zdezorientowany człowiek, upatruje ratunku w tym, co go zabija: pozytywności.

Han opisuje społeczeństwo poprzez dodawanie przymiotników, a pozytywność jest jednym z kluczowych. I to na nim się skupię.

Społeczeństwo pozytywności jest odwrotnością oraz jednoczesnym zastąpieniem społeczeństwa dyscyplinarnego w Foucaultowskim rozumieniu. To już nie tyle szpitale, więzienia, koszary czy fabryki są jego widomym znakiem, gdyż miejsce dyscypliny zajmuje społeczeństwo osiągnięć, przejawiające się w fitness klubach, biurowcach, bankach, lotniskach, centrach handlowych i laboratoriach genetycznych. Mieszkańców tego segmentu społeczeństwa nie nazwiemy już podmiotami posłuszeństwa, lecz podmiotami osiągnięć lub podmiotami sukcesu. To neoliberalny człowiek-przedsiębiorstwo, menedżer samego siebie.

Różnica pomiędzy społeczeństwem dyscyplinarnym a społeczeństwem osiągnięć polega na tym, że to pierwsze określa negatywność zakazu, gdzie dominuje fraza „nie wolno”, związana z przymusem. Społeczeństwo osiągnięć coraz bardziej wyzbywa się negatywności, gdyż znosi ją postępująca deregulacja. Pozytywną frazą społeczeństwa osiągnięć jest nieograniczone mogę. Yes, we can. W miejsce zakazu, nakazu czy reguły wchodzą projekt, inicjatywa, motywacja.

Mogłoby się wydawać, i zapewne większości społeczeństwa tak się wydaje, iż przejście od społeczeństwa dyscyplinarnego do społeczeństwa osiągnięć, od społeczeństwa negatywnego do społeczeństwa pozytywnego, emancypuje z dotychczasowych ograniczeń kulturowych: symbolicznej sfery kultury (Jerzy Kmita) czy sfery publicznej (Richard Sennett), których – właśnie – należy przestrzegać. Negatywność jest opresyjna, zniewala moje Ja, jest gorsetem, który krępuje, słowem: kultura jest przemocą. W imię obrony przed nią należy stworzyć nową jego formę: formę pozytywną, w której każdy może wszystko, samemu (jakoby) wybierając przedmiot swego pożądania.

Społeczeństwo pozytywności to społeczeństwo transformacyjne/metamorficzne, gdyż mogę związane jest ze zmianą siebie samego: wszak na siłowni mogę zmienić ciało, w laboratorium genetycznym mogę zmienić biologiczną przyszłość, a dzięki innym, niewymienionym przez Hana praktykom, mogę zmieniać swoją duszę (psychoterapia, coaching, mindfulness etc.).

Zdaniem Hana fałszywe jest stwierdzenie, że emancypacja z dotychczasowych, faktycznie w pewien sposób opresyjnych wzorów kulturowych (wszak kultura jest gorsetem, lecz gorsetem koniecznym, nie mówiąc już o tym, że nie ma kultury bez pewnej dawki przemocy), przyniesie jednostce więcej wolności. Han w wielu miejscach swoich esejów wskazuje, iż wcale nie jesteśmy bardziej wolni, wręcz przeciwnie, mamy jeszcze mniej wolności. Dlaczego tak jest?

Zdaniem Hana dlatego, że pomimo różnicy pomiędzy społeczeństwem dyscyplinarnym a społeczeństwem pozytywności, można dostrzec pewne podobieństwo: otóż społeczną nieświadomość cechuje dążenie do maksymalizacji produkcji i wydajności podmiotu, choć w odmiennej skali. W społeczeństwie dyscyplinarnym negatywne schematy zakazu szybko docierają do swoich granic i uniemożliwiają dalszy wzrost. Nie jest to funkcjonalne wobec kapitalizmu i nieskończonej konsumpcji. Zdaniem Hana pozytywność możności jest dużo bardziej wydajna niż negatywność powinności. Przełączenie z nie mogę na mogę i uwewnętrznienie tej możności jest ujarzmieniem jeszcze bardziej wyzyskującym siły jednostki w służbie neoliberalnego kapitalizmu. Nowo ujarzmiany podmiot nie jest karany, chory ani nie potrzebuje edukacji. Panoptykon jest wszędzie: nie ma wyjścia ani wejścia, ścian i murów. To obóz bez drutów, bo i tak nie ma gdzie uciekać.

Podmiot funkcjonuje w panoptykonie, gdyż nie tylko musi, albowiem nie ma dokąd uciec, ale także chce, np. chce się rozwijać i osiągać, uczyć się szybciej, więcej, nieustannie, wyeliminować wszystko, co wyklucza nie-rozwój: jest kwintesencją ideologii postępu, którego światopoglądowe zaplecze stanowi transhumanizm (i niektóre postaci posthumanizmu), zamieniający człowieka w maszynę. Zdaniem Hana to nie postęp, lecz regres, gdyż wypala podmiot, nie tylko duchowo, umysłowo, psychicznie, lecz także cieleśnie/somatycznie, czego przykładem zabieranie snu koniecznego dla zdrowia: życia 24/7.

Jeśli neoliberalny kapitalizm zabiera nam sen i wszystko to, co nie wydaje się ujarzmionej jednostce produktywne, i z czego powinna się ona tłumaczyć i czego wstydzić, także przed samą sobą, nie może dziwić, że takie pojęcia, jak nuda, brak aktywności, bezinteresowna kontemplacja – są podejrzane i należy je piętnować.

To moim zdaniem kolejna logiczna ciągłość pomiędzy jednym a drugim społeczeństwem: piętnuje ona wszelkie niebieskie ptaki, leni i bumelantów oraz dezerterów ze społecznej rzeczywistości, którzy nie chcą się dostosować do norm produktywności i rozwoju. Należy piętnować każdego, kto nie działa. Działanie jest fetyszem, a jego brak krępujący jednostkę, która nie wie, co ze sobą począć, najlepszym przykładem uwewnętrznionego strażnika z wszechobecnego panoptykonu. We współczesnym „obozie pracy” i produktywności, w jakim wszyscy się znajdujemy, każdy z nas jest więźniem i strażnikiem jednocześnie. Kto nie jest zdolny do pracy, musi umrzeć. Wszyscy zamieniamy się w żywe trupy, aby nie zostać „przegrywem”.

W eseju „Głęboka nuda” Han stwierdza, iż nadmiar pozytywności objawia się także jako nadmiar podniet, informacji i impulsów, zmieniając radykalnie strukturę i ekonomię uwagi. W efekcie tej zmiany postrzeganie staje się fragmentaryczne i rozproszone, co jest doskonale widoczne na przykładzie multitaskingu, czyli umiejętności zarządzania czasem i uwagą. Zdaniem Hana multitasking nie jest umiejętnością, którą posiada wyłącznie człowiek żyjący w społeczeństwie informacji i pracy epoki późnej nowoczesności, gdyż jest ona szeroko rozpowszechniona u dziko żyjących zwierząt. W tym sensie to technika uwagi, która jest niezbędna do przeżycia w dziczy. Zajęte jedzeniem zwierzę musi jednocześnie poświęcać uwagę innym zadaniom: trzymać na dystans konkurentów do zdobyczy, stale uważać, żeby podczas jedzenia samemu nie zostać zjedzonym, strzec swego potomstwa i mieć na oku ewentualnych partnerów. W naturze zwierzę jest zmuszone do tego, by dzielić uwagę pomiędzy różne czynności. Z tego względu nie może sobie pozwolić na kontemplacyjną zadumę, ani przy jedzeniu, ani podczas kopulacji. Nie może kontemplacyjnie zgłębiać tego, co przed nim, gdyż równocześnie musi obserwować teren w tle. Zdaniem Hana najnowsze zmiany struktury postrzegania coraz bardziej przybliżają ludzkie społeczności do życia w stanie naturalnym. W tym sensie są one regresem, a nie postępem cywilizacyjnym. Jest tak dlatego, gdyż podmiot zatraca umiejętność doświadczania świata. Musi się go ponownie nauczyć dzięki technikom typu mindfulness, za które rzecz jasna musi zapłacić. Kapitalizm kradnie nam życie, a następnie, aby je przeżywać, każe za to płacić.

Reanimując vita contemplativa, Han podkreśla, że kulturowe osiągnięcia ludzkości, do których należy także filozofia, zawdzięczamy głębokiej kontemplacyjnej uwadze. Aby być twórczymi, musimy funkcjonować w środowisku, w którym możliwa jest głęboka uwaga, a ta w coraz większym stopniu wypierana jest przez nadpobudliwość. Szybka zmiana koncentracji, przenoszenie skupienia pomiędzy różnymi zadaniami, źródłami informacji i procesami to przykładowe objawy rozparcelowanej uwagi.

Faktycznie żyjemy w dziczy, w której kapitalistyczną władzę i technologiczny nadzór utożsamiono z wolnością.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Alex Barcley z Pixabay

Rzeczywistość na granicy

Rzeczywistość na granicy

Małgorzata Tomczak, socjolożka i dziennikarka zajmująca się od dwóch lat sytuacją na granicy polsko-białoruskiej, narobiła niemałego zamieszania wśród zajmujących się tą problematyką – i nie tylko ich.

W połowie listopada ubiegłego roku, a zatem już po wyborach parlamentarnych, opublikowała ona w „Gazecie Wyborczej” artykuł „Szara granica” (GW, 18-19 listopada 2023). Z wielowątkowej opowieści autorki (bardzo zresztą ciekawej, gdyż dotyczącej całej gamy problemów związanych z migracją) jeden okazał się kluczowy dla powstania wspomnianego zamieszania, które należy potraktować szerzej. I to w kilku wymiarach, m.in. ideologiczno-politycznym oraz dziennikarskim. Otóż w artykule autorka pisze wprost, że od dwóch lat w dyskusji o migracji przekłamujemy rzeczywistość, „tworzymy fałszywą wiedzę”, czyli po prostu: kłamiemy. Kto kłamie? Strona „humanitarna”, lewicowo-liberalna.

Po kolei jednak.

Tomczak słusznie zauważa, że kryzys na granicy jest przedstawiany w dwóch narracjach: antyimigranckiej i mającej na celu bezpieczeństwo oraz humanitarnej. Pierwsza przynależy stronie prawicowo-konserwatywnej, druga zaś liberalno-lewicowej. Ta druga jest reprezentowana m.in. przez książki (Mikołaja Grynberga „Jezus umarł w Polsce”), media głównego nurtu, jak choćby „Gazeta Wyborcza”. Typ tekstów tam się pojawiających ma charakter „interwencyjnej publicystyki”. Ponadto, co szczególnie ważne, przez działalność aktywistów, ale także i sztukę. Przykładem tej drugiej jest film Agnieszki Holland „Zielona granica”, który trafił do kin przed wyborami parlamentarnymi. W debacie o sytuacji na granicy polsko-białoruskiej funkcjonuje on niemal jako dokument. W rzeczywistości jednak, twierdzi Tomczak, narracja ta pokazuje tylko niewielki, przefiltrowany wycinek rzeczywistości.

W pierwszej narracji, prawicowo-konserwatywnej, dominują młodzi, silni i agresywni mężczyźni forsujący granicę. W drugiej – samotne kobiety z dziećmi. Pierwsi to niebezpieczna masa ludzi nieznających naszej kultury, idących „po socjal”, a będących w istocie elementem wojny hybrydowej Putina z Zachodem. W drugiej, wykształcone osoby takie jak my: ich kulturowa inność to element jedynie ubarwiający, nieszkodliwy, sprowadzony do odmienności kulinarnej.

Autorka mówi wprost: narracja pierwsza jest bliższa rzeczywistości, przynajmniej statystycznej, gdyż kobiety na szlakach migracyjnych stanowią 10% ogółu ludzi. Większość migrantów to wcale nie uchodźcy z krajów ogarniętych wojną.

W czym i jak kłamiemy?

W tworzeniu fałszywego obrazu. Chodzi nie tylko o skierowanie kamery aparatu w odpowiednią stronę, opis tego, a nie tamtego: zamiast grupy mężczyzn, pokazujemy dziecko. Chodzi o coś więcej: o wytwarzanie fake newsów i nieprawdziwych historii, o „liczne przeinaczenia na poziomie faktów”. Prawicowa narracja, mówi autorka, także tę rzeczywistość jakoś przekłamuje (wyolbrzymiając pewne obrazy), ale my ją przekłamujemy jeszcze bardziej.

Każda narracja przedstawia jakiś obraz rzeczywistości, w tym sensie jest konstrukcją społeczną. Obraz rzeczywistości, który ona tworzy, coś naświetla, a coś ukrywa, coś uwypukla, a coś przemilcza. To trochę jak działanie latarni morskiej: światło padając w dane miejsce sprawia, że inne są zakryte. I tak, moim zdaniem, być musi, nie ma od tego ucieczki, bo nie ma ucieczki od konstruowania. Chodzi jednak o to, aby mieć tego świadomość, a nie brać obrazu za całą rzeczywistość. To po pierwsze. A po drugie, jest coś, czego w tym konstruowaniu robić nie wolno: kłamać, zmyślać historii danych postaci, ubarwiać, bo wtedy wkraczamy już w obszar fikcji charakterystyczny dla literatury.

Dlaczego kłamiemy? – pyta Tomczak. Dlaczego to robimy? Dla „dobra sprawy”. W imię walki z narracją prawicową, gdyż nie ma nic gorszego niż ich „rasizm” i „faszyzm”, skutkujący graniczną Zagładą. Ideologia anty-PiS pozwala na wiele, w tym na kłamstwo, oderwanie się od rzeczywistości na granicy.

Autorka sama siebie zapytuje, dlaczego napisała tyle tekstów utrzymanych w „duchu aktywizmu”. Dlaczego okazała się jedną spośród wielu dziennikarzy/dziennikarek poddających się narracji aktywistów i nie weryfikujących informacji, tworząc w efekcie narrację nieprawdziwą?

Zastanawiając się nad mechanizmem, któremu uległa, Tomczak przywołuje teorię poznawczego przechwycenia. Teoria ta opisuje, jak ludzie mający kontrolować innych ludzi ulegają tym drugim poprzez przejmowanie ich poglądów na skutek m.in. lobbingu, ale często także nieświadomie czy podskórnie. Autorka bardzo trafnie opisuje działanie tego mechanizmu w splocie trzech czynników: tożsamości, relacji i statusu. Mówi np. o tym, że aktywistów i dziennikarzy łączy przynależność do jednego świata lewicowo-liberalnego i z tego względu dziennikarze nie robili tego, czego powinni, czyli weryfikowania narracji aktywistów. Odważnie przyznaje, że pokonały ją „miękkie mechanizmy wpływu”, takie choćby jak przyjaźnie. W związku z tym uważa swoje teksty za nieprawdziwe.

Czy to jednak wystarczy, aby ją usprawiedliwić? Czy opisanie mechanizmu, któremu się uległo, może zadość uczynić kłamstwu? Czy efektowny popis wiedzą ją tłumaczy?

Podejrzewam, że Tomczak znała tę teorię wcześniej (wszak jest z wykształcenia socjolożką), nie dowiedziała się o niej po tym, jak zaczęła mieć wątpliwości, odczuwać dysonans poznawczy. Autorka na pierwszy rzut oka przekonująco wyjaśnia swoje zagubienie, pozwalając powiedzieć coś w stylu: „Dałam się nabrać, ale to przecież uniwersalny mechanizm”. Problem w tym, że – tak uważam – znacznie wcześniej dobrze rozpoznała mechanizmy, o których pisze, lecz po prostu im uległa. Wystarczy przeczytać znakomite książki i artykuły toruńskich socjologów zajmujących się mechanizmami wytwarzania wiedzy i niewiedzy (np. Radosława Sojaka, Daniela Wincentego „Zagubiona rzeczywistość. O społecznym konstruowaniu niewiedzy” czy z pracami Andrzeja Zybertowicza), zapoznać się z podstawowymi pojęciami socjologii działań zakulisowych, aby wiedzieć to, co mówi Tomczak. Więcej nawet, wystarczy przejść podstawowy kurs socjologii, gdzie mówi się sile socjalizacji, sieci relacji społecznych, autorytecie etc.

Jest to próba naukowego z ducha zamaskowania prostej kwestii wyboru, i to śmiem twierdzić, znacznie bardziej świadomego: albo jesteś odważny, albo nie. Albo mówisz prawdę, albo nie. Tomczak nie jest naiwnym dzieciątkiem, ale kimś, kto widzi i rozpoznaje te naciski, o czym sama pisze w swoim tekście oraz mówi w rozmowie z Magdaleną Okraską („Imigracja bez różowych okularów”, „Nowy Obywatel”, nr 43, 2024).

Moim zdaniem chodzi dokładnie o te dwa „albo – albo”. I nie, nie czuję się lepszy moralnie niż Tomczak, bo świat akademicki, w którym funkcjonuję, jest dokładnie taki sam. Różnimy się o tyle, że nie jestem dziennikarzem.

Szczególnie kategoria prawdy, jedno z tego „albo-albo”, domaga się pewnego doprecyzowania. Kiedyś byłem świadkiem, jak na konferencji medioznawczej pewien profesor powiedział, że „ideą regulatywną dziennikarstwa jest prawda”, a drugi powiedział „a co to jest prawda?”. To drugie podejście było stricte relatywistyczne – i tego (nie ma prawdy) zresztą uczył swoich studentów dziennikarstwa. Każdy, kto przeszedł podstawowy kurs filozofii, wie, że istnieją różne koncepcje prawdy, np. korespondencyjna (zdanie jest prawdziwe wtedy, kiedy tak jest w rzeczywistości) czy koherencyjno-koncesualna (zdanie jest prawdziwe wtedy, kiedy co do niego się zgadzamy i potrafimy uzgodnić z naszymi innymi przekonaniami).

Choć uważam, że nie mamy poznawczego (w sensie pozakulturowego) dostępu do tego, jaka jest rzeczywistość w ogóle czy jej prawdziwy opis, nie oznacza to – na miły Bóg – że nie mogę wypowiedzieć prawdziwych zdań względem sytuacji na granicy. Nie da się ustalić, ile jest na granicy kobiet, a ilu mężczyzn? I skąd w większości pochodzą? Jest tak dlatego, że uznajemy wartość statystyki i wiemy co oznacza „więcej”, a co „mniej” i jak to mierzyć. Można sobie wyobrazić inne kategorie liczenia, gdzie istotniejsza jest wartość, a nie ilość, i takie etnograficzne świadectwa mamy. Ale jesteśmy tutaj, a nie u jakiegoś plemienia, które taki system liczenia posiada (choć jak zaraz pokażę, chyba nie wszyscy).

Słowem: poplątano wszystko ze wszystkim, w tym filozofię z dziennikarstwem, i zrobiono wielu studentom dziennikarstwa, choć nie tylko im, bałagan w głowach, w efekcie fakty i prawda przestały być dla nich istotne. A prawda ma znaczenie, gdyż bez niej nie można funkcjonować: muszę wiedzieć pod groźbą przetrwania, czy zielone światło na pasach oznacza „idź” czy „stój” (możemy kolorom przydać inne znaczenia, ale muszę w tej konkretnej chwili wiedzieć, jakie obowiązuje znaczenie). Ponadto dana narracja i jej prawdziwość rozbija się w końcu o rzeczywistość społeczną. Mieszkańcy wielu zachodnich miast wiedzą, że wzrost przemocy nie jest związany z wykształconymi Afgankami z dziećmi. I dlatego głosują na partie anty-emigranckie. Wcześniej tym, którzy mówili o problemach z migrantami (realnie istniejącymi) przypinano łatki islamofobów i rasistów, w czym przodowała lewica.

A jeśli to nie prawda jest ideałem regulatywnym, o którym wspomniał jeden z profesorów, to co? Zaangażowanie i emocje o charakterze ideologiczno-politycznym. Świetnym tego przykładem jest artykuł Pawła Knuta „Opowieść zaangażowana, nie fałszywa” („Dwutygodnik”, 12/2023). To próba „uratowania” narracji humanitarnej, oswojenie swojego dysonansu poznawczego, tekst z zakresu tzw. zwrotu afektywnego. Autor mówi w zasadzie wprost: coraz mniej interesują mnie fakty i liczby, a liczą się emocje, jakie powinny towarzyszyć mówieniu o granicy. Autor uzasadnia powstanie „narracji humanitarnej” jako odpowiedź na coraz „brutalniejszą narrację antyuchodźczą, dystrybuowaną za pomocą wszelkich kanałów pozostających do dyspozycji decydentów. W tych warunkach odpowiedź musiała być mocna i wyrazista, krążyć wokół jasnych, binarnych podziałów na dobro i zło, bohaterów i złoczyńców”.

Nie miejsce tutaj na polemikę z autorem. Chcę jedynie wskazać na fakt, że jeśli chodzi o to, co na granicy się dzieje dzisiaj, już za nowej władzy, to dzieje się w zasadzie to samo, co za starej (czy może być inaczej?). Dalej istnieją push-backi. O ile jednak poprzednia władza była z tego względu na cenzurowanym, to nie dostrzegam takiej samej skali w ocenie obecnej. Przykładem jest Janina Ochojska. Dlaczego nie potępia Donalda Tuska tak, jak potępiała Mateusza Morawieckiego? Jedyne, co zrobiła to napisała petycję. Rzecz jasna nie może uczynić wiele więcej, gdyż obecnej władzy zawdzięcza miejsce w Europarlamencie. To jest właśnie kadr z układu będącego siecią nieformalnych powiązań, które nie są wcale takie trudne do uchwycenia.

Richard Rorty, amerykański filozof, napisał, że antropolodzy, powieściopisarze oraz dziennikarze są „agentami miłości”, co oznacza, że mają poszerzać naszą wyobraźnię moralną. Pełna zgoda. Ale trzeba odróżnić jednych od drugich i trzecich, bo gdy dziennikarz czy antropolog (czego przykładem choćby Carlos Castaneda) zacznie kłamać, to mamy do czynienia z literaturą, w której wolno wszystko. Trzeba poszerzać wyobraźnię moralną naszego społeczeństwa, ale nie może być to usprawiedliwienie dla jawnego kłamstwa, które służy celom ideologiczno-politycznym.

Dobre emocje, np. empatia względem potrzebujących pomocy, mogą być – i są – cynicznie wykorzystywane, wręcz pozwalają na zarządzanie całymi narracjami, które rzutują na wybory polityczne. Ratunkiem jest tak potępiane przez wspomnianego Knuta „analityczne” podejście Tomczak. I za nie autorkę bardzo cenię.

Jesteśmy na granicy. Polsko-białoruskiej. Ale także na granicy utraty kontaktu z rzeczywistością społeczną. Przodują w tym niestety dziennikarze oraz osoby piszące jako element polityczno-biznesowo-medialnego układu lewicowo-liberalnego. W pewnej mierze rozumiem podejście, w którym prawda przestaje być najwyższą wartością w hierarchii, a zaczyna być nią empatia. Skutkuje to jednak rozpadem komunikacji, gdyż każdy będzie miał swoje narracje, swoje afekty/emocje i zaczniemy żyć w różnych rzeczywistościach. Nie będziemy umieli się komunikować, gdyż nie będzie tych samych obiektów, względem których się komunikujemy (tutaj: element wojny hybrydowej, tutaj człowiek). Oczekuję od dziennikarzy więcej analizy, a mniej emocji. I choćby z tego względu tekst Małgorzaty Tomczak jest wart namysłu.

dr Michał Rydlewski

Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann z Pixabay

Ćwierćinteligent na brzegu

Ćwierćinteligent na brzegu

Pod koniec października, tuż po wyborach, ukazał się w „Gazecie Wyborczej” artykuł Jarosława Bratkiewicza pt. „Załoga statku PiS to sieroty po PRL-u i ćwierćinteligenci” (30.10.2023). Nie trzeba szczególnej przenikliwości, żeby wykazać, iż wpisuje się on w dyskurs „Gazety Wyborczej”, który jest kulturowo rasistowski, klasistowski i chamofobiczny. Nawet student czy studentka, wykorzystując podstawową dla medioznawstwa metodę, jaką jest analiza zawartości mediów czy analiza tekstu w dyskursie medialnym, potrafi z łatwością wykazać, iż jest on wykluczający i stygmatyzujący słabsze ekonomicznie i symbolicznie grupy społeczne (Natalia Piwek – „Katole, mohery, ciemnota. Stereotyp typowego Polaka w dyskursie medialnym Gazety Wyborczej”; praca licencjacka napisana w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego pod moim kierunkiem).

Pomimo posiadanej wiedzy, że tak się sprawy mają, i po samym już tytule, moim zdaniem artykuł ten, zresztą z serii „Adam Michnik poleca” przekroczył pewną granicę. Ukazał bowiem wyborców Prawa i Sprawiedliwości nie tylko jako roszczeniowe oraz życiowo nastawione i kupione za programy socjalne sieroty po PRL-u, które niczego nie rozumieją i niczego nie potrafią na wolnym rynku ceniącym przedsiębiorczość. Wszak do tej neoliberalnej nowomowy czytelnik tej gazety jest przyzwyczajony. Mamy tu jednak także „ludzi prymitywnych” w antropologicznym tego słowa znaczeniu.

W tym kontekście Bratkiewicz hasłowo przywołuje koncepcję myślenia prelogicznego, autorstwa francuskiego etnologa Luciena Lévy-Bruhla, a także sposób pojmowania świata przez społeczności mityczne opisany przez rumuńsko-francuskiego religioznawcę Mirceę Eliadego. Chciałbym przyjrzeć się artykułowi Bratkiewicza z punktu widzenia koncepcji „umysłowości prymitywnej” oraz cech społeczeństwa tradycyjnego, których używa, aby wykazać błędy poznawcze w tej wizji „ludu pisowskiego” posiadającego – jego zdaniem – taką właśnie umysłowość.

Z antropologicznego punktu widzenia, mówiąc najkrócej, chodzi o to, że w myśleniu określanym mianem prelogicznego nie widzi się potrzeby, ani w pewnym sensie nie jest się zdolnym, ze względu na brak pisma, do myślenia dyskursywnego, rozumowego, logicznego. Racjonalność jest zastępowana myśleniem obrazowym, pamięciowym oraz tzw. partycypacją mistyczną. Tym, co „wyciąga” z tej oryginalnej koncepcji Bratkiewicz, rzecz jasna w celu zdezawuowania i ośmieszenia „ludu pisowskiego”, jest fakt, że owe myślenie nie jest racjonalne, oświeceniowe, nowoczesne. „Lud pisowski” jest prelogiczny i z tego względu nic nie rozumie z rzeczywistości. Z kolei w opozycji do myślenia prelogicznego, myślenie racjonalne reprezentuje – a jakże – Bratkiewicz.

Ale czy na pewno tak jest? Otóż moja teza jest następująca: to Bratkiewicz reprezentuje ową umysłowość, co skutkuje tym, że nie rozpoznaje podstawowych koordynatów opisywanej oraz, co szczególnie ważne, pożądanej przez siebie rzeczywistości. Mamy zatem do czynienia z „umysłowością prelogiczną” à rebours.

Oczywiście z antropologicznego punktu widzenia nie wartościuje się „umysłowości pierwotnej”. Zgodnie z zasadą relatywizmu kulturowego nie mówi się, iż jest ona gorsza od myślenia racjonalnego. Jest po prostu inna. Bratkiewicz może sobie pozwolić na wartościowanie w swoim celu, czyli wskazania na gorszość „ludu pisowskiego” – wszak nie jest on antropologiem (choć popełnia antropologiczny błąd). Jeśli zatem Bratkiewicz zrównuje „umysłowość pierwotną” z „ludem pisowskim” i wartościuje ową umysłowość negatywnie, to jeśli sam ową umysłowością pierwotną dysponuje, co chce wykazać, należy go uznać, zgodnie z jego logiką, za ćwierćinteligenta. Słowem Bratkiewicz jest zatem „dziki” dużo bardziej niż mu się wydaje.

W artykule Bratkiewicza pojawia się cytat z Mircei Eliadego, który oddaje jedną z cech pojmowania rzeczywistości przez członków społeczności mitycznych, nazywanych przez autora tradycyjnymi. Ma to być argument, iż „lud pisowski” jako tradycyjny, jest ciemny i zacofany, gdyż taka właśnie jest tradycyjność, o czym świadczy cytat z Eliadego: „[…] rzeczą znamienną dla społeczeństw tradycyjnych jest […] przeciwstawienie swego zasiedlonego terytorium obszarowi nieznanemu i nieokreślonemu, który je otacza: ich okolica to »świat«, kosmos; reszta to już nie kosmos, to coś w rodzaju »zaświatu«, obszar obcy, bezładny, zamieszkany przez poczwary, demony, obcych”. To taka percepcja rzeczywistości ma odpowiadać, za, jak pisze Bratkiewicz, dopatrywanie się przez „lud pisowski” zła, które czai się w naszym bliskim otoczeniu: „[…] w Niemczech, Unii Europejskiej, Rosji, wśród transnarodowych »lewaków« i »pedałów«”.

Przecierałem oczy ze zdumienia: on to naprawdę napisał. Przejawem błędnej, bo tradycyjnej percepcji rzeczywistości, jest ponoć doszukiwanie się zła w Rosji. Skandal! To pisze człowiek, który nie tylko wspierał reset z Rosją (Sławomir Cenckiewicz, „Jarosław Bratkiewicz, ojciec resetu z Rosją. Cichy urzędnik, podwładny Sikorskiego”, portal i.pl, 28.10.2022), lecz pisze to w chwili wojny na Ukrainie. I kto tutaj widzi wyraźniej?

Od razu trzeba zaznaczyć kilka kwestii, które choć związane z etnologią, są równie istotne, gdyż pokazują, iż Bratkiewicz jest nieukiem, by użyć jego określenia względem „ludu pisowskiego”.

Po pierwsze, Bratkiewicz błędnie utożsamia „umysłowość pierwotną” w ujęciu Lévy-Bruhla ze społeczeństwem mitycznym w rozumieniu Eliadego. W tym pierwszym, czyli w świecie myślenia magicznego, nie ma podziału na sacrum i profanum, nie ma transcendencji, nie ma także świata pozazmysłowego, gdyż ten dopiero rodzi się wraz z symbolem. A to właśnie symbole odgrywają kluczową rolę w fenomenologicznym ujęciu Eliadego. Zestawiając tych dwóch autorów, którzy jakoby mieliby mówić to samo o specyfice „umysłowości pierwotnej”, Bratkiewicz popełnia błąd, który wytknąłby mu dobrze wyedukowany student etnologii. Bratkiewicz niewiele z tych autorów rozumie poza przywołaniem nazwiska Lévy-Bruhla i pojęcia mentalité primitive (błędnie zresztą interpretowanego jako „magiczna nieobliczalność transcendencji”, jak i błędnie nazywanego „syndromem”) oraz zacytowaniem Eliadego.

Ponadto Bratkiewicz pisze: „Antropolog Lucien Lévy-Bruhl w »La mentalité primitive« dowodzi, że przewód poznawczy »ludzi prymitywnych«, inaczej niż logiczne myślenie człowieka Zachodu, przedziera się przez labirynty magii i okultyzmu”. Lévy-Bruhl w ogóle nie pisze o okultyzmie, gdyż jest to późniejszy historycznie fenomen kulturowy, nieistniejący w społeczeństwach pierwotnych. Widać, że Bratkiewicz nie czytał „La Mentalité primitive”.

Po drugie, Eliade z pewnością nie uznawał cech społeczności mitycznych za negatywne. Jeśli już, to raczej jako nieuchronne – jego zdaniem były one częścią uniwersalnego ludzkiego sposobu doświadczania i percypowania świata. Z tego przecież uniwersalistycznego względu wykorzystywane są one i dzisiaj w fenomenologicznych analizach kultury współczesnej (vide Zbigniew Benedyktowicz), w tym także dzieł kultury wysokiej. Czy wielcy twórcy współczesnej sztuki filmowej, percypujący świat poprzez opozycję świat – zaświat, też płyną w „statku PiS-u”?

I tak oto „inteligent-szpaner-zobaczcie-jakim-oczytany” rozbija się o rudymentarną wiedzę o autorach kogoś, kto po prostu dobrze zna ich koncepcje. Nie te kwestie są jednak najistotniejsze.

Otóż nic bardziej nie potwierdza uniwersalistycznej racji Eliadego, jak sam artykuł Bratkiewicza, która właśnie w ów schemat, zarysowany w cytacie, się wpisuje: my-inteligencja, PO, „Gazeta Wyborcza”, wykształceni, obyci w świecie, eleganccy, przedsiębiorczy, piękni – to świat-kosmos. Natomiast tam, poza naszym czujnym okiem i kontrolą, roztacza się świat demonów: ciemnego, głupiego, złego, gnuśnego, zapitego, zabobonnego, katolickiego, brzydkiego, bo z „nalanymi sadłem facjatami”, „ludu pisowskiego”. Sposób oglądu świata Bratkiewicza jest kalką z postaw opisanych przez Eliadego. Robi dokładnie to samo, co krytykuje – jest zatem reprezentantem przywołanej przez siebie „umysłowości pierwotnej”, mitycznego sposobu oglądu świata.

W logikę „odwróconego świata”, w którym to innym przypisujemy cechy, których sami nie możemy posiadać (a udowodniłem, że posiadamy: nieuctwo), wpisuje się także neokolonialna retoryka o podłożu kulturowo-rasistowskim, dotycząca pisowskiego „ludu małpiego”, „małpioludziej czeredy” czy „rozjuszonych koczkodanów”. Zaświat zamieszkują nie tylko demony czy zmarli, ale także zwierzęta. Słowem, percepcja mityczna wedle Eliadego animalizuje obcego, co czyni Bratkiewicz dając świadectwo swojemu „pierwotnemu” umysłowi, patrzącemu na, jak sam pisze, „połowę Polski”.

Podsumowując, gdyby Bratkiewicz był naprawdę inteligentem, tak, jak o sobie myśli, czyli człowiekiem, którego znamionuje „umysłowość krytyczna i racjonalny dystans”, dostrzegłby z łatwością, jak jego myślenie uwikłane jest w myślenie prelogiczne. Dwukrotnie przywołuje także gnostycki pierwiastek w pisowskiej teorii i praktyce, która sprowadza różnorodność świata do konwulsyjnych starć dobra i zła. Ów pierwiastek ma być, a jakże, związany z „umysłowością tradycjonalną”. Jakoś nie dostrzegłem w tekście Bratkiewicza „różnorodności świata”, tak pożądanego, lecz właśnie starcie dobra i zła, tyle że à rebours. Na początku swojego tekstu pisze, iż „Polska PiS-u 15 października cofnęła się o krok, o dwa. Ale trwa. Szczerzy kły, parska, i furczy ze złości”. Owa złość towarzyszy jednak przede wszystkim Bratkiewiczowi, który w swoim „strumieniu świadomości”, jak w dobrej magii, wszystko łączy z wszystkim: kto mnie „obraził” w internecie, Lévy-Bruhl, Kipling, wiarygodność sojusznicza Polski, układ etc.

Przykładem podstawowego braku logiki u Bratkiewicza jest krótki opis pożądanego przez niego modelu patriotyzmu, którego przedstawicielem ma być Lech Wałęsa. Pomijam nawet dobrze znane fakty z życia Wałęsy, które są biegunowo odległe od wartości patriotycznych (suwerenność, niepodległość), ale to on przecież jest znakomitym przykładem tego, co Bratkiewicz krytykuje. Wałęsa jest nieukiem, niewykształconym anty-inteligentem, tradycjonalistą, ultrakatolikiem wszędzie dostrzegającym interwencję sił nadprzyrodzonych (Matka Boska), ma „nalaną sadłem twarz”, bredzi o kosmitach, jest narcystyczny (to cecha przaśnego narcyzmu szlachty, której odpowiednikiem ma być „lud pisowski”), a gejów w Sejmie chciałby umieścić w ostatnich ławach. Bratkiewicz za bohatera bierze kogoś, kto jak ulał pasuje do krytykowanego przez niego modelu. Gdzie tutaj logika? Brak, chyba że uznamy, że skoro Wałęsa jest „nasz”, to już może być jaki chce i kim chce, gdyż opresja i nasze wymagania go nie dotyczą: akceptujemy cię takim, jakim jesteś, byle z nami, nigdy przeciw. To nie tylko kryterium „swojacko-plemienne”, ale zwykła hipokryzja, szczególna cecha polskiego „inteligenta”, będąca wynikiem jego „umysłowości pierwotnej”, którą widzi wszędzie, tylko nie u siebie.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Obraz Singha Bohrer (-Bender) z Pixabay