Populizm i nowa walka klas

Po latach histerii, pouczeń i analiz poświęconych populizmowi nie widać, aby ten znajdował się choć trochę w odwrocie. Wręcz przeciwnie – poza punktowymi triumfami liberałów, zwykle okupionymi coraz większym wysiłkiem, brak oznak odwrotu tej fali.

Wydawałoby się, że powinno być inaczej. Na zwalczanie populizmu wydano miliony, jeśli nie miliardy. Zmobilizowano potężne siły polityczne i medialne. „Antypopuliści” mają za sobą wielki, gigantyczny biznes. Nieustannie trwa kampania potępień pod adresem populistów oraz pouczeń wobec ich wyborców. I niewiele z tego wynika. Nic w tym dziwnego. Żaden skutek nie ustępuje bez eliminacji przyczyn.

Przyczyną jest natomiast oligarchiczno-wyzyskowy model gospodarczy, przy którym środowiska liberałów i „demokratów” trwają niewzruszenie, a coraz częściej w stronę sojuszu z nimi dryfuje także lewica.

Niedawno odbyły się wybory parlamentarne na Węgrzech i prezydenckie we Francji. Jedne i drugie stanowiły starcie obozu liberalnego z postaciami wręcz emblematycznymi dla lęków tego obozu. Na Węgrzech partia Viktora Orbána wygrała czwarty raz z rzędu, co oznacza prawdopodobieństwo nieprzerwanych rządów przez 16 lat, czyli całą długą epokę. Fidesz wygrał nie tylko z wielką przewagą nad oponentami – o prawie 20 punktów procentowych. Wygrał także w sytuacji, gdy przeciwko sobie miała koalicyjny blok obejmujący ugrupowania od Sasa do Lasa, czyli od środowisk liberalno-postępowo-lewicujących po Jobbik, do niedawna skrajnie prawicowy, a obecnie cudownie nawrócony na „zwykły” konserwatyzm. Wygrał w sytuacji, w której sondaże jeszcze kwartał przed starciem przy urnach wskazywały na możliwość zwycięstwa opozycji. Wygrał przede wszystkim w czasach, gdy rządowi mało co sprzyja – od sytuacji międzynarodowej, przez pandemię, po znaczący wzrost cen i kosztów życia. A jest to rząd kraju niewielkiego i niezamożnego, zatem posiadający niezbyt wielkie możliwości i pole manewru.

Z kolei we Francji przedstawiciel obozu liberalnego wprawdzie pokonał Marine Le Pen, jednak ta ostatnia osiągnęła najwyższe poparcie w dziejach wyborczych zmagań nie tylko swoich, ale i własnego obozu politycznego. W porównaniu z poprzednimi wyborami Macron stracił 8 punktów procentowych poparcia (i otrzymał 2 miliony głosów mniej niż wtedy), a jego rywalka tyle samo zyskała. Wszystko to w kraju, w którym całokształt życia publicznego – od mediów, przez twórców kultury, po politykę – robi od lat co może, aby zniechęcić wyborców do środowiska politycznego Le Pen. Tu zresztą dotykamy ciekawego i szerszego zjawiska, które pokazuje, jak niewiele wspólnego z faktami mają wywody polityczno-medialnego mainstreamu, portretujące wyborców populistów (szczególnie polityków tego nurtu wywodzących się z prawicy) jako ksenofobiczno-zacofanych „ciemniaków”. Otóż według jednego z badań sondażowych ponad 40% osób, które głosowały na szefową Zjednoczenia Narodowego, zrobiło tak tylko po to, aby zablokować zwycięstwo Macrona. Prawie połowę elektoratu tej kandydatki stanowili zatem ludzie gotowi głosować na nią jedynie dlatego, że aż tak bardzo nie chcą władzy Macrona.

W USA Joe Biden ma wiosną 2022 najniższe poparcie i poziom aprobaty dla swoich rządów odkąd wygrał wybory, a poparcie to jest obecnie tak niskie, jak uzyskiwane przez Trumpa pod samego koniec rządów poprzedniego prezydenta. W realiach znacznie nam bliższych, czyli w Czechach, ugrupowanie populisty Andreja Babiša, które przegrało zeszłoroczne wybory, wciąż utrzymuje wysokie poparcie w sondażach, mając je na poziomie prawie 30% i tylko nieznacznie ustępując partii rządzącej. W Słowacji, gdzie populiści z partii Smer utracili władzę w okolicznościach naznaczonych skandalem (zabójstwo dziennikarza) i wydawało się, że jest to kres tej formacji, sondaże wskazują, że rozłamowe ugrupowanie z tego Smeru już od ponad roku przewodzi w wyścigu, a sam osłabiony Smer tyle samo czasu zajmuje pozycję wicelidera.

Można oczywiście znaleźć pojedyncze przykłady zwycięstw ugrupowań liberalno-establishmentowych, ale nie ma ich wiele, są okupione coraz większymi wysiłkami i cechują się malejącą przewagą, albo stanowią nieliczne wyjątki od reguły. Nic nie wskazuje na to, żeby zjawisko określane mianem populizmu było w całościowym odwrocie. Choć wydawałoby się, że powinno. Trudno znaleźć w ostatnich dekadach nurt polityczny, który spotkałby się z podobną falą krytyki. Czy to wielkie media, czy polityczny establishment, czy fundacje powiązane z miliarderami, czy elity kulturalno-intelektualne – wszystkie te środowiska nie zostawiają suchej nitki na populistach. Ci ostatni są krytykowani za wszystko: postulaty polityczne i język ich wyrażania, politykę gospodarczą czy pomysły z tej dziedziny, praktykę sprawowania władzy i bycia w opozycji, życie prywatne itd. Wiadomo, że są głupi, źli, odrażający, a nawet wyrywają staruszkom torebki i portmonetki oraz nie myją zębów. Obojętnie, czy wywodzą się z prawicy, jak Le Pen, czy z lewicy, jak populiści słowaccy, czy przekraczają te podziały, jak Babiš – są traktowani jak najgorsze zło. I portretowani tak, jak dawniej, w czasach swoich największych wpływów jeśli nie politycznych, to społecznych, byli przez kapitalistyczne elity traktowani socjaliści.

Bo też ich rola jest podobna. Oczywiście takie porównanie oburzy deklaratywnych współczesnych lewicowców oraz akademickich specjalistów ds. doktryn politycznych. Nie jest to jednak porównanie dotyczące identycznych postulatów i programów, lecz właśnie roli politycznej. Tę rolę stanowi ostra kontra wobec liberalnego establishmentu i wszechwładzy klas posiadających.

Ale także to, jakie środowiska stanowią elektorat populistów. Świetnie widać to na przykładzie Le Pen i jej formacji. W ostatnich wyborach wygrała ona ze sporą przewagą wśród robotników przemysłowych (wedle różnych badań, poparło ją od 60 do niemal 70% osób głosujących w tej grupie) i z mniejszą, ale wyraźną wśród pracowników najemnych spoza przemysłu, z wyjątkiem najlepiej opłacanych w najbogatszych ośrodkach. Macron wygrał wśród biznesmenów i menedżerów (~70% poparcia wśród nich) i dobrze opłacanych wielkomiejskich profesjonalistów. Wśród wyborców zadowolonych ze swojego życia aż 69% głosowało na Macrona, a aż 79% niezadowolonych – na Le Pen. Ponadprzeciętnie dobre wyniki szefowa Zjednoczenia Narodowego uzyskała w regionach z wyższym bezrobociem oraz w uboższych. W grupach dochodowych Le Pen wygrała w najniższej oraz prawie zrównała się z rywalem w drugiej od końca, natomiast największy triumf urzędujący prezydent odniósł wśród osób o najwyższych dochodach. Le Pen wygrała na wsi i w niewielkich miastach, co tylko ktoś bardzo niemądry może złożyć na karb „prowincjonalnej ciemnoty”, nie zaś nierówności regionalnych sprzężonych z wykluczeniem społecznym (nie tylko wprost dochodowym, ale także w dostępie do infrastruktury, możliwości kariery i awansu, usług publicznych itp.).

To nie przypadek ani francuska specyfika. To szeroki, ponadkrajowy trend. Populiści niezależnie od kraju mają elektorat uboższy, plebejsko-robotniczy, wykluczony, prowincjonalny, pozbawiony perspektyw, z zawodami mniej prestiżowymi, z tych części kraju, które w przypadku naszego państwa określa się mianem Polski B. Oczywiście część z nich, głównie Trump, przyciągało też wyborców zamożnych, ale akurat ex-prezydent USA jest przykładem nie tyle populizmu (choć przeciwnicy wkładają go do tego worka), ile raczej populistycznej formy bez populistycznej treści. Nie zmienia to faktu, że w ostatnich latach populiści wyrośli na reprezentację słabszych grup i regionów. Czy będą to amerykańscy rednecks, czy Francuzi z regionów zdewastowanych zniszczeniem przemysłu, czy polskie „Podkarpacie” i „ciemnogród”, czy czescy „bywalcy hospody” (przeciwstawiani w tamtejszym dyskursie bywalcom kawiarń), czy słowaccy východňári, czy węgierscy mieszkańcy prowincji, głównie ubogiej północno-wschodniej – wszyscy oni stanowią wyborcze zaplecza populistów.

Reprezentanci tego nurtu przejęli w różnych krajach rolę, którą historycznie pełniła lewica: głosu uboższych, zmarginalizowanych, sponiewieranych, ale także zrozpaczonych i wkurzonych. Oraz, co nie mniej ważne, traktowanych z pogardą i będących obiektem nieustannych krytyk i pouczeń.

Odpowiedź lewicy brzmi zazwyczaj, że to nie jest „prawdziwa” reprezentacja ludu i nie jest to „prawdziwa” polityka prospołeczna. Oprócz tego, że lewica rozlicza populistów z nie dość ponoć lewicowych, a de facto nie dość liberalno-indywidualistycznych postaw w sprawie imigracji czy mniejszości seksualnych, jej przedstawiciele mówią, że także w kwestiach socjalnych populiści wiodą „lud” na manowce i oszukują go.

Takie stanowisko ma kilka słabości. Po pierwsze, pomija kontekst sytuacyjny. Rzeczywistość nie jest podręcznikiem politologii poświęconym porównaniu programów i tradycji politycznych. Rzeczywistość ma za punkt odniesienia to, co działo się niedawno i co przeciwnicy populistów robią i głoszą obecnie. Czyli kilka dekad polityki neoliberalnej: cięcie wydatków socjalnych, dryf ku państwu-minimum, zwijanie instytucji i usług publicznych, duży wzrost nierówności społecznych, ostentacyjne lekceważenie uboższych grup i regionów itd. Zarzut, że populiści np. nie wybudowali milionów tanich mieszkań, trafia w pustkę, bo żyjemy w czasach, w których od kilku dekad w niemal żadnym kraju nie buduje się masowo tanich mieszkań. A polityka neoliberalna polegała na prywatyzacji lokali publicznych, w najlepszym razie na uczynieniu z nich gett socjalnych. To na takim tle należy oceniać populistów.

Ich oferta socjalna jest zazwyczaj ograniczona, a jej postać bywa daleka od lewicowej ortodoksji. Jednak w krajach takich jak Polska czy Węgry to właśnie populiści wprowadzili pierwsze od lat decyzje i transfery korzystne dla niezamożnych. Że przy okazji mieli dla nich ofertę „godnościową”, to druga sprawa. (Neo)liberałowie mieli dla nich cięcia socjalne i wyzysk – oraz pouczenia i pogardę. Nie jest też żadnym przypadkiem, że w Słowacji odsunięcie populistów od władzy równało się likwidacji darmowych posiłków w szkołach, w Czechach – znacznemu zmniejszeniu ulg na przejazdy komunikacją zbiorową, a Macron już zapowiada podniesienie wieku emerytalnego. Nawet tam, gdzie populiści są bardzo umiarkowanie socjalni, jak Orbán, wciąż oferują oni więcej niż liberalni przeciwnicy, gdy tamci rządzili (kto jeszcze pamięta, że rząd Orbána np. zniósł czesne za studia, wprowadzone przez nominalnych socjalistów, a de facto neoliberałów), a nawet niż zapowiadają z okazji powrotu do władzy. Wystarczy spojrzeć na Polskę – liberalna opozycja nie obiecuje (z wyjątkiem części lewicy, która ma jednak niemal zerową moc sprawczą i niewielką wiarygodność w klasie ludowej), że da słabszym grupom społecznym więcej i lepiej niż PiS. Ona krytykuje PiS za „rozdawnictwo”, które zamierza ukrócić. To „rozdawnictwo” to szczątkowy i ograniczony socjal, pierwszy zauważalny w całych dziejach III RP.

Po drugie, krytyka ze strony lewicy pomija fakt, że umiarkowanie socjalny program populistów, szczególnie tych wywodzących się z prawicy, jest i tak większy niż kiedyś. Wiele tych środowisk ewoluowało w stronę polityki bardziej „ludowej” niż oni sami czy ich ideowi pobratymcy oferowali dawniej. Partia Le Pen jest tu świetnym przykładem. Powstała ona jako populizm prawicowy, czyli drobnomieszczański, biorąc na sztandary interesy i troskę o drobnych posiadaczy (niewielkie firmy, rzemiosło, drobny handel, indywidualni rolnicy itp.), a gdy na czele tego środowiska stał ojciec obecnej szefowej, to za niemal cały program, a szczególnie jego mocno akcentowaną część wystarczała przez lata obrona drobnej burżuazji połączona z retoryką antyimigrancką (to „obcy”, nie zaś kapitaliści i ofensywa neoliberalizmu mieli wedle niej „zabierać” „naszym ludziom” miejsca pracy, zasiłki, usługi opiekuńcze itd.). Z czasem Le Pen senior ewoluował pod tym względem, dostrzegając, że w kraju dość zamożnym to nie niższe warstwy klasy średniej są najbardziej wyrzucane za burtę, lecz ofiary neoliberalizmu i globalizacji ze środowisk robotniczych. Front Narodowy już od 15-20 lat jest partią mającą największe poparcie wśród robotników przemysłowych – w tej roli zastąpił francuskich… komunistów. Dziś to samo środowisko znacznie mocniej odwołuje się do pracowników najemnych i ich trosk o pracę, dochody, zabezpieczenie emerytalne itp., wskazując przy tym jako głównych winnych nie imigrantów, lecz liberalną elitę władzy i pieniądza.

Podobnie jest w Polsce z PiS-em. Choć wątki socjalno-solidarnościowe występowały w ugrupowaniach braci Kaczyńskich od zawsze, to kiedyś były o wiele bardziej stonowane czy nierealizowane niż obecnie, a za większość przekazu odpowiadały antykomunizm, antykorupcjonizm, patriotyzm itp. Dzisiaj to ugrupowanie ma na koncie szereg decyzji korzystnych dla słabszych grup: 500+, dodatkowe emerytury, niższy wiek emerytalny, program wyprawka szkolna, znaczący wzrost pensji minimalnych, ustanowienie godnych stawek minimalnych na umowach śmieciowych, podwyższenie zasiłków dla bezrobotnych, a także, choć w stopniu mniejszym, mniej liberalną politykę usługowo-instytucjonalną (wyższe nakłady na przedszkola, znaczne zwiększenie wskaźnika użłobkowienia, przywracanie połączeń kolejowych, o wiele większy budżet NFZ itp.).

Tak, to wszystko jest ledwie wstępem do „prawdziwego” programu socjalnego z czasów, gdy w krajach – zresztą znacznie zamożniejszych – Zachodu silne były ugrupowania socjalistyczne i socjaldemokratyczne, mocno zakorzenione w myśli lewicowej, świecie pracy i związkach zawodowych. I co z tego? Taki punkt odniesienia jest ważny tylko dla doktrynerów, historyków czy politologów. Dla osób z klasy ludowej w Polsce w XXI wieku punktem odniesienia są niedawne rządy innych formacji. A na ich tle PiS prowadzi politykę korzystniejszą dla słabszych – dotyczy to nie tylko liberałów, lecz także lewicy, która dzisiaj ustraja się w socjalny frazes, a u władzy koledzy Czarzastego oferowali wyzysk i łajdactwo.

Bo, po trzecie, krytykę populistów z lewej cechuje zasadnicza słabość. Polega ona na tym, że lewica niemal zrejterowała z pola walk klasowych, wspierania środowisk pracowniczych oraz reprezentowania słabszych grup i regionów. Lewica w krajach Zachodu zabrnęła w ślepe zaułki neoliberalnej „trzeciej drogi”, a w państwach naszego regionu w postkomunistyczne przekręty połączone ze ślepym zapatrzeniem w zachodnią politykę neoliberalną. To wszystko zazwyczaj jest połączone z sojuszami lewicy z liberalno-wyzyskowym establishmentem. A także z ofensywą kulturową, której treść, a jeszcze częściej forma są odrzucane przez środowiska ludowe, nierzadko bardziej konserwatywne, a przynajmniej nie uważające mniejszościowych postaw za kluczowy problem sfery publicznej. Oraz z retoryką „modernizacyjną”, która bezrefleksyjnie odwołuje się do kosmopolityzmu, „europejskości”, „nowoczesności” i wielkomiejsko-klasośrednich wzorców życia i sukcesu. Podczas gdy dla słabszych grup społecznych ważne jest zakorzenienie, często wymuszone brakiem mobilności lub taką jej formą, która nierzadko wzmacnia u nich poczucie bycia słabszymi. Gdy zamożna elita podróżuje po świecie i „poznaje inne kultury”, ludzie ubożsi wędrują za pracą i chlebem, harując tam na zamożniejszych tubylców, zajmując pozycję pariasów, a w dodatku odczuwając zerwanie więzi z bliskimi ludźmi i miejscami wskutek migracji wymuszonych sytuacją bytową. Nietrudno zauważyć, że wśród migrantów z klasy ludowej wzrasta poziom nie kosmopolityzmu, lecz patriotyzmu, utożsamienia z polskością, tęsknoty za krajem itp.

Lewica niczym istotnym nie odróżnia się w całej tej sferze od liberalnego establishmentu. Zazwyczaj zresztą z przyczyn naturalnych. Rekrutuje się ona obecnie głównie ze środowisk stosunkowo zamożnych, wielkomiejskich, eksperckich, z zawodów „kreatywnych” i prestiżowych – akademicy, IT, kadry sektora kultury (i bynajmniej nie są to małomiasteczkowe bibliotekarki) – oraz z adeptów rozmaitych nowoczesnych postaw i mód kulturowych. Nie posiada prawie żadnych punktów wspólnych z „ciemnogrodem” – czy to na gruncie sytuacji ekonomicznej, czy, w jeszcze większym stopniu, postaw kulturowych, aspiracji, perspektyw, stylu życia itp.

W zasadzie najbardziej trafny argument co mądrzejszej lewicy przeciwko populistom zwraca uwagę, że ci ostatni mają do niższych warstw społecznych stosunek opiekuńczo-paternalistyczno-dyscyplinujący zamiast optować za ich emancypacją. Dają mniejszy lub większy socjal, ale zawsze jest to gest „dobrego pana”, który ów gest uzależnia od tego, czy „lud” będzie taki, jak definiuje go populistyczna wizja ludu/narodu/suwerena. Stąd socjal populistów bywa nakierowany na „zdrową” czy „produktywną” część „ludu”, a wyklucza rozmaite grupy „najsłabszych pośród słabych”, nie bierze pod uwagę społecznych oczekiwań względem priorytetów, lecz sam je ustala, albo mimo socjalnej retoryki staje w kontrze np. do części rewindykacyjnych działań związków zawodowych. Problem w tym, że jeszcze mniej emancypacja „ludu” interesuje liberalny i frazesowo demokratyczny establishment, który nie oferuje nawet „pańskiego gestu” na rzecz słabszych.

A i lewica, coraz bardziej ekspercko-technokratyczna i klasośrednia, ma problem z uznaniem samostanowienia niższych warstw. Czy to na gruncie socjalu, gdzie akcentuje się „usługi publiczne” zamiast czy jako priorytet wobec transferów gotówkowych (z ledwo skrywaną narracją, że zapewne te pieniądze ludzie wydadzą „niewłaściwie” lub po prostu wedle swoich, a nie cudzych priorytetów). Czy, jeszcze bardziej, na gruncie kulturowym, gdzie lewica coraz częściej jawi się jako surowa, wymagająca nauczycielka mówiąca dzieciarni, co ma myśleć i jak powinna żyć. Stąd nieufność wobec „ludu” i rozczarowanie, że nie jest on wystarczająco chętny na otwierane granic na imigrację czy na wciąż nowe trendy mniejszościowo-seksualne. Dzisiejsza lewica zupełnie bez związku z postawami czy oczekiwaniami uboższych warstw raczej obawia się ich emancypacji, a nawet porzuca dawną rolę formacyjno-wychowawczą, zastępując to grymasami i pohukiwaniami. Przypomina w tym sytuację ze znanego utworu komunistycznego poety Bertolta Brechta, który konserwatywnym moralistom z klas posiadających rzucał w twarz: „jeść dajcie najpierw wszystkim bez żebrania, / a potem róbcie ewidencję ciąż”. Ta sama lewica dzisiaj chce najpierw rozliczać ludzi z tego, czy posiadają „odpowiednie” postawy i poglądy w przeróżnych kwestiach, poczynając od mniejszości seksualnych, przez imigrantów, a na ekologii czy spożyciu mięsa lub alkoholu kończąc, a dopiero wtedy nakarmić ich, choć jej niemała część niezbyt w ogóle interesuje się tym nakarmieniem.

Z tych względów opinia, że populiści nie są „naprawdę socjalni” czy „naprawdę lewicowi” (tak jakby oni kiedykolwiek to drugie deklarowali) trafia w próżnię. Lewica sama zazwyczaj nie jest dzisiaj „naprawdę socjalna”, a w dodatku jej oferta pozasocjalna mija się z postawami i odczuciami klasy ludowej. Dotyczy to także elektoratów. Wystarczy spojrzeć na badania cech wyborców poszczególnych ugrupowań, by po stronie PiS czy Andrzeja Dudy widzieć duże odsetki robotników, pracowników najemnych, bezrobotnych, drobnych rolników, osób z uboższych środowisk itp., a za poparcie lewicy odpowiadają w tym samym czasie klasa średnia, „arystokracja pracownicza” (dobrze opłacane profesje z dużych zamożnych miast), średnia warstwa urzędnicza, emerytowani wojskowi i esbecy oraz wielkomiejscy freakowie. Powtarzane co pewien czas badania CBOS dotyczące postaw elektoratów w różnych sprawach pokazują, że wyborcy lewicy są w kwestiach socjalno-gospodarczych mocno na prawo od wyborców PiS, a bywa, że są bardziej liberalno-egoistyczni i w większej skali optują za darwinizmem społecznym i ograniczeniem polityki socjalnej niż nawet elektorat PO.

No właśnie, elektorat. Cała lewicowa opowieść opiera się na tym, że populiści „oszukują” czy „zwodzą” klasę ludową. Oczywiście w istotę demokracji wpisane są takie zjawiska, jak obietnice bez pokrycia, niezrealizowane postulaty, nadużyte zaufanie wyborców itp. W czasach obecnych dochodzi do tego jeszcze bezprecedensowy w dziejach arsenał medialnych sztuczek, manipulacji itp. Trudno jednak uznać, że wyborcy są tak głupi, aby dać się zwodzić przez lata. Że osoby z klasy ludowej głosują na kogoś mimo braku jakichkolwiek decyzji korzystnych dla siebie.

W dodatku założenie to bazuje na wizji, wedle której elektorat w żaden sposób nie oddziałuje na polityków. Stanowisko takie zakłada zupełną bierność i brak sprawczości „ludu”. Tymczasem masy zmobilizowane politycznie mogą nie tylko czekać na łaskawy pański gest paternalistycznych populistów, ale także wymusić na nich zmiany i ustępstwa. Populiści oczywiście mogą – gdy zajrzymy za kotarę i dowiemy się, co naprawdę myślą – mieć w nosie klasę ludową, socjal, wspieranie słabszych itp. A mimo to musieć podejmować decyzje korzystne dla tych grup i warstw społecznych, aby pozyskać i utrzymać ich poparcie. Zresztą wywodom o tym, że populiści oszukują lud towarzyszy mantra o tym, iż oni ów lud przekupują, że ta czy tamta decyzja jest podyktowana politycznym wyrachowaniem. Zapewne nierzadko jest. I co z tego? Czy ktoś jest mniej najedzony, gdy najadł się z powodu „przekupywania” go przez polityka niż gdyby najadł się po nakarmieniu w imię wzniosłej idei? Cała demokratyczna polityka jest de facto „kupowaniem głosów”, czyli podejmowaniem decyzji korzystnych dla wyborców w zamian za ich poparcie.

Zresztą zarzut, że populiści „tak naprawdę” nie chcą robić nic dla klasy ludowej i mają w nosie jej bolączki, jest obusieczny. To samo można powiedzieć np. o lewicy rekrutującej się z klasy średniej czy wręcz wyższej. Choć ta lewica, jak wspomniałem, już coraz rzadziej nawet udaje, że interesuje ją elektorat ludowy – wpisuje jego interesy gdzieś tam w obszernym programie, między ścieżkami rowerowymi, mniejszościami seksualnymi, federalizacją Europy i ulżeniem ratalnym cierpieniom wyższej warstwy klasy średniej o zdolności kredytowej na mieszkania warte milion czy dom warty trzy. „Wyklęty lud ziemi” już dawno przestał być choćby tylko sloganowym głównym punktem odniesienia dla lewicy, a co dopiero gdy mowa o jej praktycznych poczynaniach i priorytetach.

Z kolei argument, że liderami populistów bywają ludzie zamożni, a więc siłą rzeczy niezbyt zainteresowani wspieraniem niezamożnych, rzeczywiście wskazuje na istotny problem. Po pierwsze jednak to samo można powiedzieć o wielu liderach współczesnej lewicy, a jeszcze bardziej o fortunach liberalnych antypopulistów. Po drugie natomiast powstaje pytanie, czy dzisiaj „wielką politykę” można w ogóle uprawiać bez wielkich pieniędzy i bez innych aktywów, np. dostępu do masowych mediów. To swoją drogą ciekawe, że pod adresem populistów są kierowane zarzuty o korupcję czy „zawłaszczanie” majątku publicznego i mediów, a zarazem mało kto mówi o tym, że antypopulistyczne liberalne środowiska mają do dyspozycji ogromne pieniądze, więc niczego nie muszą „zawłaszczać”, a jeszcze stać je na kupowanie sobie przychylności mediów czy think tanków za cenę akcji lub reklam czy za dotacje. A mimo to co jakiś czas natrafiamy na nazwiska ludzi z tego kręgu w dokumentach typu Panama Papers, tyle że wtedy mało kto się oburza na skorumpowanie i lewe interesy liberalnej elity.

Rozdźwięk między ludem a liberalno-lewicową elitą będzie postępował nie tylko z wspomnianych przyczyn. Kolejnym czynnikiem jest okopanie się świata przywileju na swoich pozycjach. Jakkolwiek po wielkim kryzysie gospodarczym sprzed ponad dekady, a w Polsce po dojściu PiS do władzy nastąpiła pewna zmiana „oficjalnego” języka na bardziej socjalny i wrażliwy, to niewiele zmienia to w praktyce. Nawet bezprecedensowa pandemia wywołała tylko niewielką korektę polityki gospodarczej i socjalnej na bardziej korzystną dla szerokich rzesz. Jeśli coś się w tej kwestii poprawia, to raczej z powodu zjawisk niezależnych od decydentów, jak demografia (niższe bezrobocie i lepsza pozycja negocjacyjna świata pracy) czy wskutek wyższej konieczności typu zaburzenia spowodowane pandemią, gdy w interesie biznesu i wyzyskowej elity trzeba ocalić elementarną stabilność społeczną. Jakiekolwiek większe programy redystrybucyjne, socjalne czy interwencjonistyczne są krytykowane przez liberalny elektorat.

W odpowiedzi na kryzys finansowy, epidemię koronawirusa czy wyzwania ekologiczne czasami pojawiają się wizje wielkich reform, ale nie wynika z tego nic lub są realizowane szczątkowo. W tym samym czasie wciąż trwa ofensywa wielkiego kapitału, ograniczane jest wsparcie dla słabszych, a wyzysk i kapitalizowanie kolejnych ludzkich aktywności wchodzą na poziomy do niedawna nieznane i niewyobrażalne, przy bierności lub ślamazarnych i niewielkich korektach ze strony rządzących. Nawet tak kluczowe wyzwanie, jak kryzys klimatyczny, próbuje się załatwiać starą i zużytą logiką wolnorynkową i antyspołeczną, oferując prywatyzację problemu (przesiądźcie się do elektrycznych samochodów i przejdźcie na OZE, ale za własne pieniądze), przerzucenie kosztów na obywateli/konsumentów. Wszystko to podlane elitarnym moralizowaniem pod adresem „ciemniaków”, którzy jakoby dla frajdy i lekkomyślnie, a nie z konieczności życiowej jeżdżą „starymi dieslami” czy „trują piecami na węgiel”.

Jest jeszcze jeden ważny czynnik. Na naszych oczach rozpada się miraż globalizacji. Ostatnie lata pokazały, że „otwarte granice”, „wolny handel”, „swobodny przepływ towarów”, „integracja gospodarcza” itp. zjawiska nie tylko wywołują nagłe problemy, jak pandemia. Są one także, mimo powierzchownego wzbogacenia się, a raczej iluzji tegoż (mamy nowe gadżety, ale ludzi coraz mniej stać np. na dach nad głową), obarczone wysokimi kosztami, jak upadek przemysłu w krajach zachodnich, utrata stabilnych miejsc pracy i zapaść całych społeczności związanych z fabrykami, presja konkurencyjna na pozostałe segmenty gospodarek (zmuszone konkurować z tańszymi produktami z daleka), rosnące nierówności dochodowe na poziomie jednostek, klas społecznych i regionów, pauperyzacja i niepewność klasy średniej, zastopowanie pokoleniowego awansu społecznego, komercjalizacja kolejnych sfer życia, inwazja drapieżnego kapitału inwestycyjnego hulającego po całym świecie, pogorszenie realiów zatrudnienia i pozycji negocjacyjnej części osób z klasy pracującej wskutek napływu pracowników migrujących itp. Globalizacja, wbrew neoliberalnej obietnicy o przypływie podnoszącym wszystkie łodzie, pozostawia coraz więcej osób za burtą. Coraz bardziej jesteśmy nimi, choć mamy nowe modele smartfonów.

Właśnie dla takich ludzi mają ofertę populiści. Choć wywodzą się oni z przeróżnych nurtów i tradycji, od lewa do prawa, łączy ich m.in. krytyczne spojrzenie na globalizację i „internacjonalizację”. To w tych kręgach znajdziemy krytykę takiego modelu świata i gospodarki, w której ludy, narody i społeczności mają niewiele do gadania wobec rosnącej władzy coraz większych i silniejszych wielkich podmiotów i organizacji politycznych, gospodarczych i finansowych. Nie każdy ich pomysł czy sposób argumentacji są sensowne, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że odpowiadają na taką potrzebę słabszych, jaką jest ochrona w obrębie czegoś znanego, zrozumiałego i możliwego do kontrolowania. Czymś takim jest państwo narodowe i samostanowienie w ramach wspólnoty obywatelsko-kulturowej. Gdy dodamy do tego obecne czy nadchodzące wielkoskalowe wyzwania wojenno-militarne, kryzys klimatyczny, kryzys uchodźczy – nietrudno przewidzieć, że jeszcze wzrośnie lęk słabszych i niepewnych swojej sytuacji wobec „otwartości”.

Tymczasem liberalna elita jest globalistyczna oraz entuzjastycznie nastawiona do wszelkich projektów wzmacniających takie procesy. Takie stanowisko zajmuje również ogromna część lewicy „niepopulistycznej”. Teoretycznym zastrzeżeniom pod adresem wielkich korporacji czy pustosłowiu wezwań do budowy „Europy socjalnej” towarzyszy naiwna afirmacja zwiększania władzy politycznej i regulacyjnej podmiotów ponadnarodowych przy ograniczaniu decyzyjności i suwerenności państw narodowych. Ewidentnie nie wyciągnięto żadnych wniosków choćby z losów dewastacji Grecji czy ze zbrodniczego w skutkach blamażu niemiecko-unijnej polityki energetycznej na uwięzi Gazpromu. Bez trudu można znaleźć sensowne rozwiązania ponadkrajowe czy zalety współpracy europejskiej, podobnie jak łatwo wyśmiać niektóre wizje izolacyjno-nacjonalistyczne w XXI wieku. Ale gdy słabsi obywatele reagują pozytywnie na wizje większego „ulokalnienia”, gdy mamy renesans patriotyzmu i tożsamości narodowej (przez głupców zwany neofaszyzmem), a populiści to dyskontują, lewica brnie w turbodoładowanie „integracji” krajów nierzadko słabszych i niewielkich z gigantami biznesu czy potężnymi państwami. Sojusz Polski, Grecji czy Słowacji z np. Niemcami to sojusz dupy z batem, a nie partnerstwo.

To zresztą część szerszego zjawiska mielizn doktrynerstwa współczesnej lewicy. Przeoczyła ona fakt, że gdy niegdyś wizje współpracy międzynarodowej, ale też np. postępu technologicznego czy rozwoju nauki służyły obiektywnemu polepszeniu warunków bytowania szerokich rzesz oraz wyrywały je z upodlenia socjalnobytowego i pułapek etnocentryzmów, tak dzisiaj wiele z tego, co teoretycznie jest postępowe, służy zwiększaniu wyzysku słabych oraz akumulacji kapitału przez najsilniejszych. Dziś nierzadko „postęp” dokonuje się przeciwko masom, a nie na ich rzecz. Co więcej, lewicy umknęło to, że o ile niegdyś elity władzy i pieniądza były zazwyczaj konserwatywne i chciały umocnienia ancien regime’ów, o tyle dzisiaj liberalno-indywidualistyczna wizja postępu stanowi oficjalną ideologię tychże elit. Dziś wielkie koncerny mają sztaby ds. równości płci i innej niedyskryminacji oraz sponsorują parady równości. Nie przeszkadza im to brutalnie eksploatować ludzi i przyrodę w imię gigantycznych zysków. W dodatku tempo współczesnych wszelakich zmian jest takie, że milionom osób usuwa spod nóg grunt jakiejkolwiek stabilizacji, każe nieustannie nadążać i gonić, i tak w kółko, i tak przez całe życie. To właśnie dlatego, a nie wskutek „ciemnoty”, wiele osób reaguje swoistym nieideologicznym konserwatyzmem – gdy elity chcą zmian, cieszą się nimi i beztrosko surfują na ich falach, lud domaga się mniej zmian, a więcej stabilizacji. Świata spokojniejszego, mniej chaotycznego, bardziej oswojonego.

To wszystko sprawia, że populizm wyrósł na czołowego, a coraz częściej jedynego reprezentanta „ludu”: słabszych, sponiewieranych, marginalizowanych, wykluczanych. Czy oferta populizmu zawsze jest sensowna? Nie. Czy oferuje faktyczne rozwiązania każdego z problemów dręczących warstwy plebejskie? Nie. Tyle że podobnie było z dawnym ruchem socjalistycznym czy ludowcami. Do wielu sensownych postaw czy praktycznych rozwiązań, a tym bardziej do realnych zdobyczy dla klasy ludowej dochodzono latami. Faktem pozostaje, że populiści zyskują zaufanie wśród „ludu”. Że poszerzają ofertę socjalną. Że jest ona większa i bardziej korzystna dla słabszych niż oferta liberalnego establishmentu, a nierzadko nawet niż to, co realnie oferuje lewica u władzy, a nie w obiecankach. Jeśli lewicy gdzieniegdzie udaje się odzyskiwać wiarygodność wśród niższych warstw społecznych, to zwykle wtedy, gdy potrafi choć trochę uderzyć w tony populistyczne i antyelitarne oraz zrobić to wiarygodnie – ale wtedy dostaje się jej od elity równie mocno,  co populistom, vide wrabianie Corbyna w antysemityzm. Tam, gdzie lewica jest partnerem (zazwyczaj słabszym) liberalnych elit, zazwyczaj jest przez klasę ludową odrzucana. W zamożniejszych krajach udaje się jej czasami pozyskać elektorat zastępczy czy doraźnie zlepić warstwy niższe z elektoratem wielkomiejsko-klasośrednim, ale zwykle jedynie czasowo osłabia to populistów, a w realiach naszej części Europy jest o takie zlepianie jeszcze trudniej.

Stare etykietki zresztą coraz bardziej tracą na znaczeniu i niewiele mówią w obliczu ekspansji populizmu. Trudno odmawiać lewicowości np. słowackiemu Smerowi i uważać, że jest on mniej lewicowy niż neoliberałowie z SLD i Wiosny sklejeni w Nową Lewicę, a robić tak tylko dlatego, że słowaccy populiści dobrze wyczuwają nastroje w klasie ludowej i ostrożnie podchodzą do pomysłów typu masowa migracja, bez pytania o koszty tego dla pracowników i ich siły przetargowej. Tutaj kulą w płot okazuje się nawet całościowy zarzut konserwatyzmu kulturowego, bowiem słowacki paradoks polega na tym, że populiści niczego nie zmieniali w kwestii dostępu do aborcji, a próby majstrowania przy ograniczeniu tego prawa – póki co nieskuteczne – pojawiły się z inicjatywy części środowisk wchodzących w skład rządzącej koalicji „antypopulistycznej”. Oczywiście spora część populistów wywodzi się z prawicy. Nierzadko zresztą tracą oni na kurczowym trzymaniu się niektórych prawicowych pomysłów. Świetnym przykładem jest tu PiS, który na żadnym z licznych wznieconych konfliktów nie stracił tak dużo i tak trwale, ile na zaostrzaniu prawa antyaborcyjnego w imię doktrynerskiej wierności pryncypiom katolicyzmu. Ale, po pierwsze, prawicowość, jeśli obejdzie się bez doktrynalnych przegięć, nie będzie przeszkadzać klasie ludowej w obliczu nowoczesno-liberalnej ideologii wyzyskowych elit i portretowania ich przeciwników jako „ciemnogrodu”. A, po drugie, prawdopodobna jest dalsza ewolucja wielu (post)prawicowych populistów w kierunku bardziej socjalnym, a mniej wprost prawicowym, bo tylko taka postawa polityków pozwala na zdobycie szerszego poparcia (klasa ludowa może nie być zbyt liberalno-nowoczesna, ale nie jest przecież kółkiem różańcowym) i na ustawienie podziału na osi lud kontra elity.

Bo też taki podział jest sednem polityki i osią antagonizmu klasowego. Tego, który populiści „zabrali” lewicy. Nie oznacza on całkowitego porzucenia innych podziałów, jak liberalizm vs konserwatyzm czy globalizacja vs „lokalizm”. Dziś jednak widać wyraźnie, iż wyklęty lud ziemi został opuszczony przez liberalną lewicę, a coraz lepiej jego bolączki, oczekiwania i nadzieje wyraża populizm. To on lepiej niż lewica sklejona z liberalnym establishmentem wyraża słowa starej socjalistycznej pieśni wymierzonej w elity władzy, pieniądza i wyzysku:

Choć stare łotry, nocy dzieci

Nawiązać chcą starganą nić

Co złe, to w gruzy się rozleci

Co dobre – wiecznie będzie żyć.

To właśnie populiści, mimo swych rozmaitych wad, słabości i omyłek programowo-ideowych mogą dziś zasadnie powiedzieć, że ich „sztandar płynie ponad trony”. Niech płynie. Jak głosiła inna socjalistyczna pieśń: „w krwi zatopmy nadgniłe trony / spurpurowione we krwi ludowej”. Zatopmy czym prędzej. Oby, jak rzekł świętej pamięci Andrzej Lepper, „Wersal się skończył” wobec wyzyskowej liberalnej oligarchii skrytej za dętymi gadkami o demokracji.

Demokracja to lud, nie elity.

Remigiusz Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerd Altmann, Pixabay.

O Ukrainie – 10 tez na gorąco

O Ukrainie – 10 tez na gorąco

Nie jest łatwo pisać, gdy na sąsiedni kraj trwa bandycka napaść zbrojna. Mam też poczucie pewnej niestosowności takich zajęć, gdy niedaleko giną ludzie mordowani przez rosyjskich najeźdźców. Oni alarmy przeciwlotnicze, my klepanie w klawiaturkę. Ale milczeć nie wypada.

1. Rosja jest krajem bandyckim. Po prostu. Tu nie ma czego niuansować. Mamy w Europie pierwszy od czasów napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę przypadek pełnoskalowej, jawnej agresji jednego kraju na inny. Kraju większego i znacznie silniejszego na niewielki i słaby. Nie wojny domowej, nie konfliktu częściowego, nawet nie „operacji pokojowych”, w ramach których bombardowano z powietrza. Nie jest to nic nowego w rosyjskiej historii. Jest ona historią napaści, ekspansji, bandytyzmu i terroru. Traktowanych jako naturalne i oczywiste metody rządzenia czy osiągania celów politycznych lub gospodarczych. Przez wieki i aż do czasów współczesnych. W Polsce wiemy o tym dobrze, ale inni wolą nie wiedzieć i lubią zapominać. Rosja poza krótkimi okresami znaczącego osłabienia niemal zawsze stosowała właśnie takie metody. Czasami w nieco mniej zakrwawionych rękawiczkach, jak wtedy, gdy inspirowała separatyzmy w rodzaju tego w Naddniestrzu. Ale zwykle robiła to jawnie i bez pardonu. Jeśli dzisiaj ktokolwiek twierdzi, że Putin go oszukał, że nie można się było tego spodziewać itp., to musi mieć niezwykle krótką pamięć lub pustą głowę – po napaści na Gruzję, po bandyckiej pacyfikacji Czeczenii itp.

2. W Polsce to (nieendecka) prawica była jedynym środowiskiem, które nieprzerwanie, mocno i bez naiwnych nadziei podkreślało taki charakter Rosji. Wyśmiewani przez lata jako oszołomy, paranoicy, miłośnicy teorii spiskowych, pogrążeni w przeszłości itp. Tak portretowano tych ludzi. Jednak to właśnie oni mieli rację. Bracia Kaczyńscy, Jan Olszewski i inne postaci tego obozu politycznego. Nie liberałowie, nie autorzy opowiastek mówiących, iż żyjemy już w innym świecie, że „wybierzmy przyszłość”, że Rosja się zmieniła, że szkoda czasu na wyciąganie wniosków z historii, że nie są potrzebne wzmacnianie obronności czy decyzje infrastrukturalne wymierzone w uzależnienie od Rosji i jej pożytecznych idiotów w rodzaju tych z Berlina. To nie ci, którzy robili w Polsce za autorytety intelektualne i najtęższe mózgi, lecz ci uważani za świrów czy maniaków – okazali się mieć rację. Dziś, gdy wielu nagle trzeźwieje, warto przypominać o tym niewygodnym fakcie.

3. Modne niegdyś wywody o końcu historii i nastaniu wiecznego porządku liberalnej demokracji, wyglądające jak okładki pisemek Świadków Jehowy, zostały już wielokrotnie sfalsyfikowane i wyśmiane. Dziś jednak w naszej części świata zadano im ostateczny cios. Historia nie skończyła się, historia przyspieszyła. Historia to bomby na Kijów. Wszystko jest takie, jak było. Wojny, napastnicy, konieczność gotowości do obrony, agresja silnych wobec słabych, pokój trwający tylko tak długo, jak przeciwnik czuje respekt przed twoimi zdolnościami do odparcia napaści. Nie zmieniły tego pełne sklepy, konsumpcyjny nadmiar, obfitość wszystkiego na wyciągnięcie ręki, grubsze portfele, komfort. Nie nastąpiła też żadna wielka zmiana kulturowa. Naczytaliśmy się o globalizacji i uniformizacji kulturowej. Ale Rosja nadal jest Rosją, nie istnieje żaden globalny etos kulturowy spod znaku liberalizmu, bycia miłym i załatwiania sporów w biurze rozjemczym usytuowanym w galerii handlowej. Globalizacja polega na tym, że rosyjscy oligarchowie bawią się w Londynie, a zwykli Rosjanie mają smartfony, ale nie na tym, że Rosja rezygnuje ze swoich odwiecznych zamiarów, pomysłów i metod. Można było śmiać się z grubo ciosanych wywodów Huntingtona o zderzeniach cywilizacji i samych wiecznotrwałych cywilizacjach, ale jeszcze śmieszniejsze i całkiem durne okazały się wizje, wedle których nacje, kraje i kręgi kulturowe właściwie się nie różnią, może tylko cechami pozytywnymi z punktu widzenia zwiększania oferty konsumenckiej, więc wszyscy w ramach jednej globalnej rodziny będziemy robić spokojnie interesy. Dopiero od kilku lat te dziecinne wizje odchodzą do lamusa, ale organizowały one debatę i wyobraźnię zbiorową przez kawał czasu.

4. To Europa, głównie Niemcy, „wyhodowali” Putina. I w sensie robienia z nim interesów i normalizowania wizerunku Rosji, i w kwestii uzależnienia od rosyjskich surowców, i w sferze wydawania ogromnych pieniędzy na rosyjskie produkty, i w temacie partnerskiego traktowania Putina i niereagowania na kolejne jego łajdackie poczynania. Można i należy wskazywać na szeroką prorosyjską siatkę polityczną w Europie, głównie w postaci ugrupowań skrajnej prawicy, ale kluczowymi sojusznikami Putina okazał się mainstream polityczny krajów zachodu Europy. Co najmniej tolerujący, a często ułatwiający wieloaspektową ekspansję Rosji na każdym polu: politycznym, gospodarczym, a także nie mniej dzisiaj ważnym kulturowo-wizerunkowym (organizacja ważnych imprez, sponsorowanie znanych klubów itp.). Merkel powinna siedzieć za współudział.

5. Zachód jest słaby i dupowaty. Słaby nie dosłownie, bo jego potencjał militarny i gospodarczy pozwoliłby rzucić Rosję na kolana w ciągu kwartału, wysłać ją na samo dno piekła. Słaby w sferze reakcji, chęci i jedności. Gdy stolica europejskiego kraju jest bombardowana i ostrzeliwana, elita potężnych i bogatych krajów zastanawia się nad reakcją i podejmuje nieśmiałe kroki. Nie sięga po te choć ciut bardziej dotkliwe, jak odłączenie Rosji od systemu SWIFT, w ogromnej większości przypadków nie dostarcza Ukrainie broni. Nawet nie mówi jednym głosem. Zwyczajowo prorosyjskie szmaciarskie zachowania Orbána bledną na tle tego, że kraj NATO, Turcja, odmawia blokady cieśnin morskich wobec rosyjskich okrętów wojennych. Samo NATO też nie robi niczego poważnego. Dotkliwymi sankcjami byłyby bombowce nad Rosją (i jej białoruskim przyczółkiem), a nie to bezjajeczne ugładzone słodkie pierdzenie, że może coś tam, a może jednak nie, że może zaraz, a może kiedyś. Putin i jego koledzy z rosyjskiej elity władzy śmieją się z tego wszystkiego. I z niewielkiej reakcji, i z jej mizernej dotkliwości, na którą zapewne od dawna byli przygotowani. A będzie zapewne tylko gorzej, gdy wraz z upływem czasu wszystko zacznie się rozmywać. Za pół roku Rosjanie będą pełnoprawnymi uczestnikami „spotkań na szczycie”, a za rok czy dwa wróci temat powierzania im prestiżowych imprez sportowych czy kulturalnych. To samo, może nawet szybciej, w kwestii robienia z nimi interesów.

6. Naród ukraiński i jego liderzy zapisują kartę wielkiej chwały. Nie ma słów, by wyrazić podziw dla narodu ukraińskiego, jego armii, zachowań mnóstwa cywilów, a także dla liderów politycznych. Szczególnie prezydenta Zełeńskiego, który jako pierwszy przywódca państwa od wielu lat zasługuje na zgrany i wyświechtany termin męża stanu. Merkel nie powinna mu nawet czyścić butów, nie zasługuje ona na to. Przedstawiany przez polskich „znawców” jako komik, swego czasu jako „człowiek znikąd”, a nawet „człowiek Putina”, pokazuje, na czym polega przywództwo polityczne w godzinie najwyższej próby. Być może to historia uczyniła go kimś takim, ale historia inne charaktery łamie w takich okolicznościach jak zapałki. Zełeński ma też absolutną rację, gdy w słowach pełnych goryczy mówi, że Ukraina została sama, że Zachód robi dla niej niewiele, że nikt nie chce u jej boku walczyć z rosyjskim najeźdźcą. To są słowa prawdy rzucone w twarze moralnych zer. W twarze ludzi, którzy są liliputami na tle tych mieszkańców Ukrainy, których reporterzy pytają, do kiedy będą się bronić, a oni odpowiadają: do końca.

7. Zachodnia lewica zapisuje kartę wielkiej hańby. Ogromna część środowisk zachodniej lewicy, w tym jej najtęższe umysły, staje po stronie Rosji. Bez wiedzy o realiach regionu, z niemal wprost rasistowskim lekceważeniem praw narodów Europy Wschodniej, ich wolności i samostanowienia, reprodukują antyzachodnie, antynatowskie, antyimperialistyczne i w efekcie prorosyjskie klisze. Tworzą ekwilibrystyczne konstrukcje, wedle których to Ukraina zagraża Rosji, a NATO, w znacznej mierze olewające Ukrainę, ma jakoby wchodzić w „sferę wpływów” Rosji. Nie ma czegoś takiego jak sfery wpływów, nie jesteśmy poddanymi Rosji tak samo, jak Meksykanie, Wenezuelczycy, Kubańczycy czy Boliwijczycy nie są w „sferze wpływów” USA. Rosja jest dla krajów naszego regionu tym, czym dla „boliwarystów” Ameryki Południowej i Środkowej jest USA. Można i należy mieć wiele zastrzeżeń do poczynań USA i NATO – sam je wielokrotnie miałem i wyrażałem, łącznie ze sprzeciwem wobec napaści na Serbię, Irak czy Libię – ale to żaden powód, aby usprawiedliwiać i pokrętnie wyjaśniać czy wspierać imperializm rosyjski. Konsekwentny antyimperializm dotyczy wszystkich imperiów i ich napaści. Także takich poczynań Rosji. Liderzy zachodniej lewicy okazują się łajdakami i kretynami, gdy w imię „antyamerykanizmu”, krytyki NATO, idealizowania Rosji itp., wspierają imperializm kremlowski. Takie nazwiska jak Corbyn, Warufakis, Mazzucato, redaktorzy „Jacobina” itp. – są dziś nazwiskami idiotów w ogóle i nazwiskami pożytecznych idiotów Putina. Są oni idiotami na wielu poziomach. Nie potrafią dotrzymać wierności nawet swojej doktrynie. Lenin głosił zasadę samostanowienia narodów. Leniniści uważają, że niech imperium robi co chce z Ukrainą i odmawia jej praw. Lenin stworzył rozróżnienie na zły nacjonalizm narodów uciskających i zrozumiały nacjonalizm narodów uciskanych. Leniniści twierdzą, że niech silna, mocarstwowa Rosja robi „denazyfikację” słabej Ukrainy. Po drugie, to idealizowanie Rosji jest po prostu dziecinne, niegodne przytomnego człowieka. Zapatrzenie sporej części zachodniej lewicy w ZSRR było naiwne, a z punktu widzenia narodów naszej części świata ohydne, ale wiązało się z jakąś obietnicą alternatywy systemowej. Dzisiejsza Rosja nie ma nic wspólnego nawet z tamtym projektem. Jest krajem wielkich nierówności społecznych, wyzysku, neoliberalizmu, mizernego socjalu, potężnych fortun oligarchów, brutalnej akumulacji kapitału przez uprzywilejowaną i bezwzględną garstkę, podatku liniowego, podwyższanego wieku emerytalnego itp. Nie trzeba być „prozachodnim”, żeby nie mieć za grosz sympatii wobec Rosji z lewicowego punktu widzenia. Nie trzeba wielbić „ładu amerykańskiego”, aby na Rosji położyć lagę – nie ma ona nic wspólnego nawet z takimi niedoskonałymi projektami antyzachodnio-socjalnymi, jak Wenezuela czy Libia za rządów Kaddafiego. Jest neoliberalnym reżimem ograniczonej demokracji, bliżej jej do prawicowych rządów w typie Pinocheta niż do jakiegokolwiek projektu lewicowego, a jej „antyzachodniość” ma taki sam sens, jak „antyzachodniość” Mussoliniego. W dodatku typowe dla zachodniej lewicy doszukiwanie się postaw prawicowych w łonie społeczeństwa ukraińskiego jest odkrywaniem Ameryki setki lat po Kolumbie – tak, w obliczu presji i zagrożenia dla własnej tożsamości, niepodległości i bytu państwowego Ukraińcy gromadzą się m.in. wokół nacjonalistów, a ich tożsamość narodowa bywa „bojowa”. To Putin produkuje takie postawy swoją polityką. Ten sam Putin, którego wychwala wiele środowisk skrajnej prawicy z Zachodu, co zachodnim „antyfaszystom” jakoś nie przeszkadza w wielbieniu czy idealizowaniu obecnej Rosji. Tradycje polskiej lewicy – jej niegdyś głównego nurtu, symbolizowanego przez PPS – są zupełnie inne: przeciwko Rosji i jej imperializmowi, za niepodległością ludów naszej części świata i za ich pokojową koegzystencją. Gdy jakiś pajac wzdycha do knuta i nahajki z poziomu próżniaczego życia w Nowym Jorku, to należy życzyć, aby doczekał i zaznał tego na własnym tyłku.

8. Uważam, że docelowo Rosja powinna zostać zniszczona. Zdruzgotana militarnie i gospodarczo. Rozparcelowana. Wszystkie ludy, które tłamsiła, mordowała i terroryzowała, powinny same stanowić o sobie, być niepodległe, dysponować suwerennymi niepodległymi państwami. Tylko Rosja słaba i niewielka to Rosja, która nie zagraża innym na poważniejszą skalę. Jak to zrobić, to inna rzecz, ale nie ma innej alternatywy dla pokoju w tej części świata.

9. Putin chujło.

10. Chwała wolnej, niepodległej, suwerennej Ukrainie. Kij w oko wszelkim postawom i środowiskom prorosyjskim. Z lewa, z prawa, skądkolwiek. Bliższy jest mi pierwotniak pantofelek, niż wy, skurwysyny.

Remigiusz Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. SaveUkraine z Pixabay.

„Zmarksizujmy” pandemię!

A gdyby tak zmarksizować pandemię? To znaczy spojrzeć na nią z perspektywy, którą promował marksizm? Odejść od mieszczańskiego idealizmu, od technokratycznych ciągotek, od odgórnych uzurpacji ekspertów – i postawić na materializm? Lewicowość jest teraz podobno modna, ale ja tego nie widzę. Bo nie widzę myślenia w lewicowych kategoriach.

Byli tacy faceci, jeden to Karol, drugi to Fryderyk, obaj mieli brody, wielu ich nie lubiło. W Polsce do dzisiaj nie lubią. Czasami krytycy Marksa i Engelsa mówią, że lewica powinna być jak dawny, przedwojenny PPS. Biedactwa nie wiedzą, że dawny, przedwojenny PPS często i afirmatywnie odwoływał się do Marksa i Engelsa. Ale zostawmy ignorantów i wróćmy do Marksa i Engelsa. Głosili oni – upraszczam, ale nieprzesadnie – że analiza rzeczywistości powinna być zakorzeniona w materii. Że warunki bytowania wpływają w sposób niebagatelny na świadomość. Że środki produkcji danej epoki wpływają na to, jak myślimy, co robimy, jak wyglądają życie społeczne i refleksje jednostek. I tak dalej. To nie była jedna cudowna odpowiedź na wszystko, nie byli oni tak głupi jak wielu ich późniejszych wyznawców i nie uważali, że absolutnie wszystko da się tą materią wyjaśnić. Ale sporo można.

No to spróbujmy. Ludzie w Polsce nie szczepią się chętnie? Tak, nie szczepią się chętnie. Są zatem „szurami”, „idiotami”, „bezmózgami”, „debilami”? Niekoniecznie. To znaczy jacyś na pewno tacy są. Ale skoro nie zaszczepiło się ~45% bliźnich i współobywateli, to jeśli nie jesteśmy jakimiś nadętymi elitarystami, unikałbym takich diagnoz. Bo to mało realne, a poza tym może trafić na czyjąś mamusię, tatusia, siostrę, brata, dzieci, dziadków, mężów, żony, partnerów, kumpli itd. No i okaże się, że ci wszyscy tak brzydko nazywani są dość bliscy tym, którzy ich tak nazywają. Wiem, wiem, pohukujący i moralizujący analitycy mają same doskonałe rodziny i kumpli. I nie znają nikogo, kto głosowałby na PiS. Doskonały świat doskonałych ludzi, ale na nich rzeczywistość się nie kończy.

A materia? Wiemy już na przykład, że najwięcej odmów szczepień jest w tych regionach, w których realia socjoekonomiczne były w III RP najgorsze. W regionach, dla których elity miały przez długie lata głównie kij, a prawie żadnej marchewki. Dla nadętego liberała będzie to dowodem na to, że głupi są głupi i dlatego są biedni. Dla kogoś bardziej refleksyjnego będzie to okazja do zastanowienia się nad głębokimi korzeniami i przyczynami społecznej dezintegracji i nieufności. A nawet – odwagi! – nad wskazaniem sprawców tegoż zjawiska.

Lewica mówi: przymus szczepień. Ja na płaszczyźnie gabinetowego rozumowania myślę podobnie. Bo trzeba przerwać łańcuch nie tylko zakażeń, ale i poważnego przebiegu choroby, zgonów, powikłań, obciążenia systemu ochrony zdrowia itd. Bo dobro wspólne jest ważniejsze niż jednostkowe decyzje, a państwo na serio istnieje m.in. wtedy, gdy w imię wyższej zbiorowej konieczności może zastosować przymus. Bez tego są burdel, anarchia, chaos i niewidzialna ręka nie wiadomo czego, może rynku, może klik, może sitw, może jednostkowych zachcianek realizowanych bez oglądania się na cokolwiek. W każdym razie brak społeczeństwa, są tylko jednostki i rodziny, jak chciała Thatcher.

Ale gdy moje myśli opuszczają gabinet (czyli klitkę w starym bloku na prowincji), to już nie jest tak prosto. Bo to dotyczy ~45% społeczeństwa. Czy to wszystko są szury, debile, spiskowi maniacy, pomyleńcy, bezmózgowcy? Jakoś nie jestem przekonany do takiej tezy. Nie jestem elitarystą, więc prosta arytmetyka mi tu szwankuje. Już prędzej obstawiałbym, że to żaden ciemnogród, lecz mentalne dzieci Balcerowicza: egoiści, indywidualiści, znający tylko własne zachcianki i mający czubek nosa za najwyższe prawo. Tak ich przecież wychowała III RP, to im sączono z „wolnych mediów”. Ale to nadal nie jest realna arytmetyka. Chyba że bardzo nie lubisz bliźnich, ale wtedy zalecam terapię.

A co jeśli to są ludzie całkiem racjonalni? Także i ci, którzy na podparcie racjonalnych lęków sięgają po bzdurne teorie i preteksty? Że oprócz tych, którzy nie ufają elitom, bo elity nic dobrego dla nich nie miały, są to na przykład ludzie, którzy po szczepieniu nie chcą mieć absencji w pracy, bo ich praca jest byle jaka, niepewna, a w dodatku za dłuższe chorobowe pensja spada o ustawowe potrącenia? A jeśli to są ci zatrudnieni na śmieciówkach, którzy w pracy i w gotowości muszą być cały czas, bo każda nieobecność równa się mniejszym dochodom? A jeśli to są te grube tysiące „samozatrudnionych”, czyli ludzi de facto będących w sytuacji pracowników najemnych, czyli na każde zawołanie szefów, ale zmuszonych do „założenia firmy”, a więc pozbawionych zalet etatu, a tacy też się boją każdej absencji i każdego braku gotowości? A jeśli to są liczni „biznesmeni” z gatunku tych, którzy w czasach masowego bezrobocia i masowego braku nadziei musieli „zakładać firmy” jako jedyną szansę, żeby nie umrzeć z głodu, a w tych „firmach” nie ma ich teraz kto nawet na moment zastąpić w przypadku niedyspozycji, więc muszą być ciągle zwarci i gotowi, pod telefonem, mejlem, mesendżerem itd., bo klient, bo zlecenie, bo termin, bo płatność, bo faktura itd.? To razem wzięte są miliony osób.

Oczywiście ludzie racjonalni powiedzą, żebym dał spokój, że to przecież idealizowanie, ludomania i tak dalej. Że przecież gdyby tak było, to właśnie wspomniane osoby szczepiłyby się na potęgę, aby mieć ochronę przed zarażeniem czy ciężkim przebiegiem choroby. Ale to jest racjonalność sytego i żyjącego stabilnie. Ci mniej syci i żyjący niestabilnie myślą w inny sposób. Kto miał jako tako zróżnicowane doświadczenia życiowe i choć czasami bywał nie na wozie, lecz pod wozem (nie polecam), ten wie, że nawet ta sama jednostka potrafi inaczej myśleć i zachowywać się w zależności od tego, w jakiej sytuacji się znajduje. Ludowe porzekadło mówi, że syty nie zrozumie głodnego. Powiem więcej: syty nie zrozumie nawet samego siebie z czasów, gdy był czy bywał głodny – teraz sądzi, że nie zachowałby się jak wtedy.

Zamożni ludzie dziwią się, że bezrobotna samotna matka kupiła chipsy czy papierosy z niewielkiego zasiłku. Że chłopak z osiedla z marną pensją wydał kilka stów na markowe buty. Że ktoś ubogi „roztrwonił” kilka dych na losy na loterii. W tym czasie człowiek zamożny i o swą zamożność spokojny odkładał ziarnko do ziarnka, inwestował i pomnażał kapitalik, wysłał dziecko na prestiżową uczelnię, a siebie na botoks czy przeszczep włosów, gdyż styl to człowiek, jak to mówią. A biedny żył z dnia na dzień, zachowywał się niekoniecznie racjonalnie wedle tej samej racjonalności. Bo jego racjonalność jest inna. Jego racjonalnością jest przetrwanie w takim labiryncie, jaki zna. Więc myśli, że się uda, że nie zarazi się, że ukryje zarażenie, że przebieg będzie łagodny, że z dnia na dzień nic się nie zmieni. Czy to mądre? Z perspektywy społecznej wcale. Z perspektywy przetrwania kogoś w niezbyt dobrej sytuacji – można to zrozumieć, choć nie ma potrzeby pochwalać.

Oczywiście wiem, że wśród odmawiających szczepień są też osobnicy po prostu niemądrzy, mający skłonność do bzdurnych teorii niezależnie od sytuacji, wiem też, że część tej grupy to klasa średnia ze śmietnikiem w głowach, a nawet jacyś zamożni pomyleńcy. No ale to znowu nie wystarcza do ~45% społeczeństwa. Nie tylko zresztą w Polsce. Rzut oka na wskaźniki zaszczepienia pokazuje wprost, że między bogatym zachodem Europy a uboższym wschodem kontynentu mają miejsce spore różnice, a między przewodnikami a maruderami wręcz przepaść. W tej drugiej grupie krajów z kolei spore różnice między państwami o jako takich realiach rynku pracy, zamożności itp., a słabszymi pod tym względem. Wyjątków jest garstka, a wskaźniki szczepionek na każde sto osób między krajami zamożnymi i „socjalnymi” a tymi z szarego końca takich realiów potrafią być dwu-, trzykrotnie wyższe. Można oczywiście uznać, że kraje wschodu zamieszkuje ciemnota i barbaria, jednak mnie takie wizje kojarzą się z kliszami rasistowsko-kolonizatorskimi.

Język potępiania i wyśmiewania nie zdziała tu moim zdaniem wiele, chyba że na zasadzie reakcji zwrotnej, czyli na niekorzyść trendów proszczepionkowych i prosanitarnych. Nie twierdzę, że inny język na pewno coś zdziała – być może język troski i zrozumienia jest tu na wyrost. Być może trzeba przymusu szczepień. Ale moim zdaniem trzeba też powszechności porządnych zabezpieczeń socjalnych jako lęku na niepewność i obawy. Mamy już prawie dwa lata pandemii, czyli notorycznego zagrożenia i wysokich liczb chorych. Może to już czas, żeby na chorobowym dostawać pełną pensję. Żeby zlikwidować umowy śmieciowe. Skończyć z wymuszonym samozatrudnieniem. Zamiast wspierania ogólnikowych „przedsiębiorców”, przestać się cackać z firmami zamożnymi i z ludźmi bogatymi, a zapewnić na wypadek choroby czy innego kryzysu miękkie lądowanie tym, których „firma” to naprawa laptopów czy druk ulotek na prowincji z czystym zyskiem typu 3000 netto miesięcznie.

A może to czas na przynajmniej przejściowy powszechny dochód gwarantowany? Na wprowadzenie gwarancji zatrudnienia? Pomysły leżą na stole, czas skończyć z durną wiarą, że w obliczu masowej światowej sytuacji zagrożenia zdrowotnego można robić business as usual. Że nie da się inaczej niż dotychczas? Przed kilkoma laty ponoć nie dało się wprowadzić świadczeń za samo „tylko” posiadanie dzieci. Kwartał temu ponoć nie był możliwy zerowy VAT na żywność. „Nie da się” wyłącznie w pustych głowach doktrynerów pokroju Balcerowicza. I w propagandzie klas posiadających, które do krwi ostatniej będą broniły swoich przywilejów. Utoczmy im jej trochę. Zróbmy z nich honorowych krwiodawców na rzecz krwiobiegu zdrowia publicznego.

Nie wiem dokładnie, co jest możliwe tu i teraz w ogóle, a co na gruncie woli politycznej i oporu tych, którzy mieliby stracić na takich zmianach. Wiem natomiast, że potrzebujemy w tym wszystkim kategorii pojęciowych i języka odwołujących się do materii, aby zrozumieć, co się dzieje. Bo język traktowania tak wielu obywateli kraju naszego i krajów podobnych jako szurów i paranoików to język prowadzący na poznawcze manowce. I na manowce etyczne. Choć, owszem, taki język bywa kuszący w ramach przekonania, że ja jestem nosicielem światła i rozumu, a otaczają mnie ciemność i tępota. Częściowo zapewne otaczają, ale one prawdopodobnie mają inne przyczyny niż sądzimy w ramach robienia dobrze swojemu ego.

Remigiusz Okraska

Trzeba myśleć o przemyśle!

Często przejeżdżam obok ruin fabryki, w której poznali się moi rodzice. Stoją jeszcze resztki kilku hal i innych budynków, coraz bardziej ginąc w gąszczu roślinności; reszta już zburzona, zapadnięta, rozszabrowana przez potrzebujących każdego grosika. Ta fabryka przetrwała dwie wojny światowe i rozmaite zawirowania dziejowe. Nie przetrwała inwazji liberalizmu po roku 1989.

Nie była duża jak na realia epoki przemysłowej. Na trzy zmiany pracowało w niej w szczytowym momencie 400 osób. To wystarczyło, żeby pół dzielnicy miało pracę na miejscu. Bez konieczności dojeżdżania do innych dzielnic, do innych miast, a co dopiero mówić o innych regionach czy krajach, gdzie dzisiaj wędrują za chlebem młodzi ludzie z tej samej dzielnicy.

Produkowała to, czego używa się do dzisiaj. Tyle że dzisiaj przyjeżdża to z Chin. Może i taniej, ale zwykle gorszej jakości. Jednak nawet to „taniej” oznacza tylko tyle, że nikt nie policzył, ile traci się bez tylko tej jednej fabryki. Na braku pracy na miejscu. Na braku podatków lokalnych i centralnych. Na tym, że w epoce kryzysu ekologicznego wozimy proste produkty przez pół świata, czyli zużywamy surowce i energię na transport, a emitujemy zanieczyszczenia. Na tym, że nie ma już przy zakładzie kina, przychodni, biblioteki, imprez sportowych, życia społecznego. Na tym, że lokalne sklepy nie zarabiają na wydawaniu pracowniczych pensji. Na tym, że młodzi nie widzą przyszłości na miejscu, więc uciekają. Zostają niemal sami starsi ludzie.

Nie liczy się w tym równaniu jeszcze i tego, że w duszach odkłada się czarny, smolisty osad beznadziei, braku perspektyw, frustracji. Albo i wkurzenia. Którego z kolei nie rozumieją syci, świetnie ustawieni, delikatni i wrażliwi ludzie z odległych stolic i bogatych miast. Zasmuceni i zdegustowani tym, jacy tutaj w interiorze jesteśmy nieprzyjemni, jak nieładnie mówimy i myślimy, na kogo głosujemy i kogo nienawidzimy. Albo zszokowani tym, ile zarabiamy: „to za takie pieniądze da się żyć?”.

Takie refleksje nie były mile widziane w III RP. Traktowane jak „oszołomstwo”, zbywane złotymi myślami w rodzaju „świat idzie do przodu”, portretowane jako nieżyciowy sentymentalizm itp. Ewentualnie kwitowane opowieściami, że jedno upada i odchodzi, ale inne powstaje. Cóż, w wielu miejscach nie powstało nic w zamian – lub tylko niewiele. A i to „niewiele” oznaczało zazwyczaj enklawy harówki i wyzysku.

Opowieść o przemyśle to nie tylko wspomnienia o „starych dobrych czasach”. To także temat teraźniejszości i przyszłości. Czy jest praca i czy jest nie tylko w metropoliach. Czy jest ona w przyzwoitych warunkach i dobrze płatna. Czy są perspektywy i czy jest stabilizacja. Czy są porządne podatki lokalne i krajowe od porządnych zysków. Czy mamy szanse na rozwój. Czy potrafimy zaspokoić własne potrzeby – pandemia pokazała, że w Polsce i Europie zaczyna brakować wielu ważnych rzeczy, bo już nie produkuje się ich tutaj. Przemysł to przyszłość i temat nie z dawnych lat, lecz z nadchodzących czasów.

Tej kwestii poświęciliśmy niniejszy numer „Nowego Obywatela”. Piszemy o przemyśle dawnym i o jego zniszczeniu. O tym, kto, dlaczego i w imię czego to zrobił. Czym to poskutkowało. O przemyśle obecnym i o kierunkach jego rozwoju. O pracownikach tego sektora. O tym, co powinniśmy zrobić, żeby nie być krajem montowni, dyskontów, centrów logistycznych, call centers i stacji serwisowania TIR-ów wożących produkty ze wschodu na zachód lub odwrotnie.

Wiele jest tematów ważnych. Ten jest jednym z najważniejszych. Zapraszam do lektury!

Tusk i stary świat

Przeczytałem ten wywiad Sierakowskiego z Tuskiem i Applebaum i jest tam jeden dobry moment. Który zresztą pokazuje, że w Polsce, a może i nie tylko w Polsce język przestaje być narzędziem komunikacji. Nie chodzi o to, że ja jestem mądry, ktoś jest głupi, ja rozumiem, ktoś nic nie rozumie itd. Chodzi o to, że te same słowa znaczą co innego w zależności od tego, jakie mamy poglądy.

Otóż Tusk w pewnym momencie mówi, że za triumfy „prawicowych populizmów” odpowiada „przyspieszona i nieadekwatna do rzeczywistości społecznej rewolucja obyczajowa”. Dla liberalnej lewicy jest to kamień obrazy i dowód na głupotę Tuska oraz krach wszelkich, licznych przecież w tym gronie, choć skrywanych, nadziei na sojusz z Tuskiem jako bardziej progresywnym niż PiS (a wszyscy wiemy, że dzisiejszą lewicę interesuje głównie progresja obyczajowa i niewiele więcej, na pewno nie jakiś socjal). Twierdzą oni, bo to dla nich oznaczają „obyczaje”, jakoby Tusk przekonywał do takiej wizji dziejów, w której szło to mniej więcej jakoś tak, że „przyszli geje i feministki, zaczęli być widoczni, ludziom się to nie spodobało, wręcz wystraszyli się, a w reakcji poszli głosować na prawicę”. Gdyby Tusk coś takiego powiedział, rzeczywiście byłby idiotą. Ale Tusk czegoś takiego wcale, wbrew interpretacjom, nie mówi. On nie rozwija w ogóle wątku płciowo-seksualnego, za to przechodzi od razu do wątku rozpadu świata, jaki znamy.

Bo tak jest w istocie. Popularność populizmów ma dwie przyczyny. Pierwsza, której Tusk zupełnie nie rozumie, bo jest balcerowiczowskim matołkiem, to sprawa socjalna i krytyczna reakcja na neoliberalizm. Tusk i podobni są zaćpani wskaźnikami PKB, dochodu per capita i tak dalej, a umyka im mnóstwo rzeczy: wzrost nierówności, niepewność ekonomiczna, zablokowane kanały awansu, „uśmieciowienie” całości zatrudnienia (nie tylko form umów, ale i tego, że trzeba się ciągle przebranżawiać, doszkalać, zmieniać pracę, miejsce pobytu itp, aby utrzymać się na ekonomicznej powierzchni) i tak dalej. Jedną z reakcji na neoliberalizm jest zwrócenie się ludzi w stronę populizmu; dzisiejsza prawica jest znacznie częściej niż dawniej prawicą socjalną, „ludową”, a przynajmniej na tle swoich konkurentów (to świetnie widać na Węgrzech, gdzie Orban jest zasadniczo gospodarczym liberałem, ale kilka benefitów dla rodzin, klasy średniej, małych firemek itd., uczyniło go kimś, kto „daje więcej” niż opozycja).

Ale drugą z przyczyn krachu neoliberalizmu jest jego wymiar społeczno-kulturowy. Właśnie zmiana obyczajowa. Ale nie w takim wąskim sensie, jaki pod terminem „obyczaje” rozumieją lewaccy fiksaci. Obyczaje to nie są geje i feministki. Obyczaje to jest to, jak żyjemy. A dawny świat, stabilny i oswojony, rozpadł się. Nie przez gejów i feministki, Tusk niczego takiego nie mówi. On się rozpadł przez inwazję neoliberalizmu. Tusk mówi tu, choć nieświadomie, niemalże Marksem, że „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”. I tak się rzeczywiście dzieje. Ludzie chcą mieć pracę, więc muszą wyjeżdżać setki i tysiące kilometrów od rodziny i przyjaciół, od krainy swego dzieciństwa. Chcą mieć karierę, ale ona koliduje z posiadaniem dzieci. Chcą mieć dzieci, ale nie mają czasu ich wychowywać. Chcą mieć stabilne życie, ale ciągle jest jakiś chaos. Chcą mieć w czymś oparcie, ale nawet dach nad głową mają na kredyt i jeszcze 30 lat wysokich rat do spłacania. Co chwilę jest kryzys finansowy, migracyjny, ekologiczny, nowe technologie, nowe systemy organizacji pracy, nowe formy życia, konsumpcji itd. To jest właśnie ta „rewolucja obyczajowa”. Stąd popularność, jako reakcja, rozmaitych mrzonek spod znaku „tradycji”, poczynając od „dżemu babuni” jako nurtu konsumpcji, a kończąc na odrzuceniu szczepionek „bo nie wiadomo, czego oni tam używają”.

W Polsce to wszystko jest wzmocnione jeszcze i tym, że oprócz ofensywy neoliberalizmu miała miejsce ofensywa „europeizmu”. Na nachalne trendy tego typu ludzie odpowiedzieli bardzo szybko i bardzo wyraźnie ofensywą patriotyzmu, nacjonalizmu, tożsamości, wyklętyzmem itp., wszystkim tym, co w narracji wyjaśniającej triumf PiS-u nosi nazwę „godności”. PiS dał ludziom nie tylko chleb – powiedział im także, że nie musicie się wstydzić i wypierać tego, że jesteście jacy jesteście, skąd jesteście i dlaczego.
Wybór „prawicowego populizmu” to część tej reakcji. „Populiści” mówią, że ocalą przynajmniej część dawnego świata – obronią stare fabryki i miejsca pracy, zamkną granice na towary i innych ludzi, będą porządek, ład, „po staremu”. I ludzie to kupują nie dlatego, że boją się geja i feministki, w każdym razie nie wszyscy się boją. Za to mnóstwo ludzi chce mieć wreszcie spokój z ciągłymi zmianami, chce ich mniej, chce wolniej, chce rzadziej. Bo już się nazmieniali. Gdyż kapitalizm jest dynamiczny w ogóle, a neoliberalizm był, jak ładnie to określił pewien angielski myśliciel, „leninizmem rynkowym”. Niszczył, burzył, wywracał do góry nogami, przekształcał co się da i kiedy zechciał, nie pytając nikogo o zdanie. Dla zysku garstki robił „rewolucję obyczajową”. „Szary człowiek” musiał ciągle nadążać, musiał wciąż więcej i więcej biec, żeby pozostać w choć tym samym miejscu, a nie daleko w tyle.

Tusk to intuicyjnie rozumie, choć oczywiście nie ma żadnego pomysłu i lekarstwa, co z tym zrobić, bo proponując neoliberalny kapitalizm, proponuje zarazem kolejne turbodoładowanie zmian. Im więcej neoliberalizmu, tym większa będzie reakcja „antynowoczesna”. Prawicowa, jak PiS, Le Pen czy Orban, albo lewicowo-„konserwatywna”, jak słowacki Smer. Albo jeszcze jakaś inna, w każdym razie napędzana strachem „szarych ludzi” przed kolejnymi zmianami.

Nie, Tusk nie jest idiotą, gdy mówi o „rewolucji obyczajowej” jako jednej z przyczyn wyboru „populistów”, on nie straszy was gejami i feministkami, on wcale nie jest konserwatystą, który chciałby stąd przegnać „nowinki obyczajowe”. Wręcz przeciwnie, on jest „Europejczykiem” pełną gębą, chciałby modernizacji polskiego społeczeństwa, ale zarazem nie potrafi rozwikłać sprzeczności, która polega na tym, że neoliberalna doktryna i rzeczywistość rozwalają zastany świat. Nie tylko generują problemy socjalne, ale nawet jeśli oferują miraż czy sporadycznie rzeczywistość wyższego poziomu życia, to za cenę ciągłej destabilizacji społeczno-kulturowej związanej z „dynamicznymi” formami gospodarki i ekspansji kapitału. I wtedy ludzie masowo odrzucają taki system. I przestali się wstydzić głosowania na „populistów” i „faszystów”, gdy tamci oferują choć spowolnienie owej dynamiki wywracającej do góry nogami wszystko to, co znamy.

Zatem uspokajam liberalną lewicę: pan Donald nie chce dokuczać gejom i feministkom, jest waszym sojusznikiem w dziedzinie postępu, tak jak i cała niesocjalna lewica wierzy on w moc hiperkapitalizmu, który burzy stary świat. Tyle że widzi on to, czego wy ze swoich nisz nie dostrzegacie: że akcji towarzyszy reakcja i że odpowiedzią społeczną na więcej dynamiki jest żądanie mniejszej dynamiki. I znowu nie dlatego, że „szarzy ludzie” chcą prześladować gejów i feministki. Chcą spokoju w chaotycznym świecie.

Gdyby lewica nie porzuciła agendy socjalnej, znałaby wyjście z tego labiryntu: stabilne realia gospodarcze pozwoliłyby się ludziom bardziej otworzyć bez lęków na zmiany stylu życia. No ale to by trzeba znowu na serio być lewicą i robić lewicę w „bazie”, nie w „nadbudowie”, np. ***** podatkami wolne media, czyli wielkie koncerny, zamiast tropić „transfobię” w niszowych partiach i grupkach. A ponieważ tego nie robi, to fangę w nadęte gęby Tuska i liberalnego lewactwa wypłacą „szarzy ludzie” – głosem na „populistów”.

Remigiusz Okraska

Komentarz pierwotnie ukazał się na facebookowym profilu autora.