Twoje zdrowie!

Niewiele jest tematów, które stanowią aż taki samograj, jeśli chodzi o przekonywanie odbiorców, iż dana kwestia jest ważna. Wielokrotnie w ciągu ponad 20 lat tworzenia pisma sięgaliśmy po tematykę nieoczywistą, niełatwą i przynajmniej w pierwszym odruchu wywołującą pytanie, po co ktoś miałby o tym czytać. Czasami podnosiliśmy jakiś temat jako pierwsi w Polsce, nierzadko jako jedni z nielicznych. Nie zawsze łatwe było przekonanie odbiorców, szczególnie zanim nastały obecne mody, że istotne są na przykład tematyka ekologiczna, kondycja transportu zbiorowego czy promowanie ekonomii innej niż balcerowiczowska. Co innego zdrowie i jego ochrona.

Tej kwestii poświęciliśmy niniejszy numer „Nowego Obywatela”. Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że zdrowie jest ważne. Może jedynie ludzi młodych i w świetnej kondycji, aczkolwiek życie w szybko starzejącym się społeczeństwie sprawia, że nawet dzisiejsi dwudziestolatkowie stykają się w swoim otoczeniu z wyzwaniami i dolegliwościami natury medycznej. To coraz częściej problem numer jeden jednostek, rodzin czy większych zbiorowości. Koszty leczenia, kolejki do gabinetów specjalistów, obcowanie z bólem i cierpieniem bliskich osób, problemy z zapewnieniem odpowiedniej opieki medycznej – to codzienność wielu ludzi w Polsce. Nawet gdybyśmy chcieli o tym zapomnieć, rzeczywistość nie pozwala. A gdyby tego było mało, swoją ponurą cegiełkę dołożyła pandemia koronawirusa.

O tym wszystkim jest bieżący numer. Wieloaspektowo przyglądamy się ochronie zdrowia, kondycji naszych rodaków i innym sprawom z tej działki. Piszemy o zdrowiu fizycznym i psychicznym oraz o tym, co im zagraża. Jak wygląda leczenie w różnych sektorach. Przed jakimi wyzwaniami stoimy w finansowaniu opieki medycznej oraz jakie liberalne mity panują na ten temat. Jakie są bariery w dostępie do porządnej medycyny. Co się dzieje z kadrami tego sektora i jak należy dowartościować tych, którzy walczą na pierwszej linii frontu naszego leczenia. I o wielu innych kwestiach.

Oczywiście jest to temat tak szeroki, że nie wszystkie ważne sprawy udało się opisać. Będziemy do tego wracali w przyszłości. Ale jestem przekonany, że zgromadzona w tym numerze dawka wiedzy jest spora i przydatna, a także zawiera wątki nieoczywiste i rzadko dyskutowane publicznie. W numerze mamy również kilka tekstów na inne tematy, żeby nie przytłoczyć Was zupełnie tematyką zdrowotną.

Zapraszam do lektury całości! Wszyscy byliśmy, jesteśmy lub będziemy pacjentami. Oby w jak najlepszych realiach opieki i wsparcia przy powrocie do zdrowia. Oddajemy w Wasze ręce dawkę informacji o tym, jak, dlaczego i za pomocą jakich działań sprawić, aby te realia były lepsze niż obecne.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.

Jak wyrzucić związkowców z korporacji

Jak wyrzucić związkowców z korporacji

z Karolem Dwornikiem rozmawia Remigiusz Okraska

 

Zanim opowiemy o tym, jak zostaliście wyrzuceni z pracy w korporacji za działalność związkową, opowiedzmy o tym, skąd Was wyrzucono. Co to za firma, czym się zajmuje?

Karol Dwornik: Rzecz dzieje się w Krakowie, nazywanym europejską – już nawet nie polską, lecz europejską, bo tu jest największe zagęszczenie ich siedzib – stolicą korporacji. Cała nasza później zwolniona trójka pracowała dla przedsiębiorstwa, które najpierw nazywało się Accounting Plaza i należało do kapitału holenderskiego. Świadczyło ono usługi księgowe dla największej sieci holenderskich supermarketów, działających w różnych krajach pod marką Albert Heijn. Po kilku latach pracy gruchnęła wiadomość, że przejmują nas Amerykanie z koncernu Genpact. Przejęcie nastąpiło w roku 2012. Po zmianie własnościowej nadal zajmowaliśmy się głównie prowadzeniem księgowości, tyle że dla zwiększonej ilości podmiotów. Wszyscy trzej pracowaliśmy w charakterze przede wszystkim tłumaczy: jeden z nas zna język czeski, a dwóch niderlandzki.

Coś się zmieniło po przejęciu firmy?

Oddanie biznesu w ręce Amerykanów nieuchronnie musiało przynieść za sobą znane całemu światu „subtelne” amerykańskie metody. Toteż trudno się dziwić, że wkrótce rozpoczęły się kłopoty. Zapowiedziano duże zwolnienia. Miały one dotknąć długoletnich pracowników, w zdecydowanej większości kobiety, którym pozostało niewiele do osiągnięcia wieku, gdy prawo gwarantuje ochronę przed zwolnieniem do chwili osiągnięcia wieku emerytalnego. Dotyczyły więc osób, które mają ogromne trudności ze znalezieniem nowego zatrudnienia. Perfidia przewidzianej redukcji polegała na tym, że właśnie takich pracowników Genpact zamierzał pozbyć się w pierwszej kolejności.

Niezgoda na tę niesprawiedliwość i przedmiotowe traktowanie ludzi spowodowała, że Zbigniew Zysek zgłosił pomysł utworzenia związku zawodowego. Było to sześć lat temu, w sierpniu 2015 r.

O jakiej skali zatrudnienia mówimy?

Gdy właścicielem spółki był kapitał holenderski, pracowało u nas około 350 osób. Amerykanie stwierdzili, że liczba pracowników musi być zmniejszona mniej więcej o połowę. Przyczyna planowanych zwolnień – i dodatkowa porcja goryczy – nie wynikała bynajmniej z przerostu zatrudnienia czy malejącej skali zleceń. Z tym dałoby się jeszcze jakoś pogodzić. W naszym przypadku chodziło nie o to, że pracowników było zbyt dużo, ale o maksymalizację zysków amerykańskich miliarderów. Wyłącznie z tego powodu Amerykanie wyrzucili na bruk polskie matki, zupełnie nie przejmując się ich losem. Odebraną im pracę przenieśli do Indii, gdzie wykonuje się ją o wiele taniej, a prawa pracownicze właściwie nie istnieją.

Modelowy brutalny współczesny kapitalizm, jak z lewicowych czytanek: przejęcie firmy, zwolnienia grupowe, outsourcing zadań do biednych krajów, gdzie praca jest znacznie tańsza, czyli rośnie zysk właściciela. Postanawiacie się bronić w naturalnym odruchu. Ale niekoniecznie całkiem naturalna jest formuła takiej samoobrony w polskich realiach. Związki zawodowe nie są w Polsce popularne, nie jest łatwo je zakładać, zostały wielu ludziom zohydzone w ogóle, a co dopiero w korporacji, w sektorze uznawanym za nowoczesny, a co dopiero mówić o korporacji opartej na pracy biurowej, intelektualnej, nie przy produkcji…

Niestety, w naszej ojczyźnie ten rodzaj samoobrony nie jest odruchem naturalnym. Dość powiedzieć, że wedle szacunków w samym tylko Krakowie w korporacjach świadczących usługi w branży biurowej było w owym czasie zatrudnionych około 80 tysięcy osób, a zarazem nie istniał w nich żaden związek zawodowy. Nie wiem, czy w całej Polsce znaleźlibyśmy więcej niż kilka związków w korporacjach z sektora biurowego. W każdym razie w stolicy Małopolski było to zjawisko bezprecedensowe.

Zaczynaliśmy w trzech: wspomniany Zbigniew Zysek, Krisztian Kovacs i ja. Wkład w zawiązanie organizacji wniosła też koleżanka z naszego działu, pełniąca przez pewien czas funkcję w zarządzie. W tym gronie mieliśmy świadomość, czym są związki zawodowe, choć wcześniej nie należeliśmy do żadnego. Dla mnie idea była oczywista, ponieważ od dawna jestem człowiekiem lewicy patriotycznej. Krisztian miał doświadczenie zdobyte w radzie pracowników Genpact, ale tam właśnie poznał słabość tej struktury, jej czysto konsultacyjny charakter. Rozumiał konieczność utworzenia realnego organu obrony interesów pracowników, jakim jest związek zawodowy.

W efekcie stworzyliście komisję zakładową „Solidarności”. Ale trzy osoby to za mało, żeby ją powołać. W świetle prawa potrzeba co najmniej dziesięciu pracowników danej firmy. Jak ze strony współpracowników wyglądała reakcja na pomysł założenia związku? Entuzjazm czy raczej strach?

Entuzjazmu nie zauważyłem w ogóle. Przeważały strach i niewiara w powodzenie sprawy. Pozyskiwanie członków-założycieli przebiegało w całkowitej tajemnicy, wręcz konspiracji. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że jeśli kadra zarządzająca dowie się o inicjatywie na tym etapie, to nastąpią natychmiastowe działania destrukcyjne. W takich okolicznościach znalezienie dziesięciu odważnych było niezwykle trudne. To głównie ja rozmawiałem z koleżankami z biura, szczególnie tymi najbardziej zagrożonymi zwolnieniami. Były to osoby w takim wieku, że pamiętały istnienie związków. Miały świadomość korzyści wynikających ze współdziałania pracowników. Nie były przesiąknięte indywidualizmem, który w korporacjach jest często spotykany i dodatkowo odgórnie stymulowany.

Utkwił mi w pamięci przypadek pewnego chłopaka, który otwarcie deklarował się jako lewicowiec, był też absolwentem politologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Należał do pierwszych, którym Zbigniew i ja zaproponowaliśmy akces. Młody politolog był wystraszony, odrzekł: „Ale przecież to jest nielegalne! Związek zawodowy w korporacji? Nie! Ja się nie zapiszę, to jest nielegalne!”…

Po dwóch tygodniach i dziesiątkach rozmów udało nam się zebrać wymagane 10 osób i mogliśmy zarejestrować związek. Dodam jeszcze, że nikt z założycielskiej trójki nie robił tego dla siebie. Żaden z nas nie był nigdy zagrożony zwolnieniem. Mieliśmy silny atut w postaci dobrej znajomości języków poszukiwanych na rynku pracy, byliśmy pracodawcy bardzo przydatni. Naszemu działowi nie groziła likwidacja, przeniesienie tej pracy do Indii.

W mediach liberalnych i narracji pracodawców często pojawia się „argument”, że związki tworzą „cwaniacy”, „nieroby” itp., którzy chcą bezpiecznie do końca życia siedzieć w firmie i być „nie do ruszenia”.

Utworzyliśmy organizację nie dla własnych korzyści, ale z pobudek natury humanitarnej. Chcieliśmy uchronić koleżanki przed bezrobociem. Nie chcę być gołosłownym: jako władzom komisji zakładowej związku przysługiwały nam tzw. miejsca chronione – oddaliśmy je paniom zagrożonym zwolnieniem. Sami wystawiliśmy się na ewentualne represje pracodawcy.

Jak zareagowały regionalne struktury „Solidarności”, bo, jak rozumiem, w momencie powstania komisji zakładowej zarejestrowaliście się na szczeblu regionalnym?

Reakcję określiłbym jako radość zmieszaną z niedowierzaniem. Mimo naszpikowania Krakowa zagranicznymi korporacjami, dla małopolskiej „Solidarności” jawiły się one jako swego rodzaju terra incognita.

Od członków Zarządu Regionu usłyszeliśmy, że podejmowali próby propagowania idei związkowej na gruncie korporacyjnym, ale z uwagi na specyfikę tego środowiska, jego hermetyczność, dotarcie tam z zewnątrz było utrudnione, przez co wszelkie starania spaliły na panewce. Dużo później koledzy, którzy trafili do Genpact z innych korporacji, opowiadali: „chcieliśmy założyć związek w firmie X, ale udało się namówić tylko trzy czy cztery osoby”. Nasze powodzenie było zatem ewenementem w skali całego regionu.

Faktem jest, że ze związkowego punktu widzenia ponadnarodowe korporacje biurowe to najtrudniejszy teren. Jednakże w dobie globalizacji potencjalnie stanowi on największe pole ekspansji związków. W odróżnieniu od innych, tradycyjnych gałęzi gospodarki (górnictwo, hutnictwo), miejsc pracy w tej branży stale przybywa. Mój kolega obliczył, że w Krakowie generują one niemal 20% ogółu miejsc pracy, co odpowiada ok. 10% ludności miasta. Nawet jeżeli te szacunki są nieco zawyżone, to i tak mówimy o liczbach imponujących.

A reakcja pracodawcy?

Był oszołomiony. Konspiracja była na tyle głęboka, że wiadomość o powstaniu „Solidarności” spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Z przecieków wiemy, że zadawał sobie pytania: „Jak mogło do tego dojść? Dlaczego akurat u nas? Co teraz będzie?”. Bali się o swoje stołki. I chyba nie bez podstaw, bo z ówczesnego składu zarządu nie ostał się w Genpact już nikt.

Główna kadrowa przyjęła od nas pismo informujące o powołaniu związku. Kilka godzin później powiedziała, że jedna z najważniejszych osób w Genpact w skali świata, Polka z kwatery głównej w USA, bardzo się tym zainteresowała. Ton głosu kadrowej dawał do zrozumienia, że jest to zainteresowanie złowrogie…

Czy poszły za tym jakieś działania przeciwko wam?

Początkowo nie. Przez pierwszy rok działalności, może nawet dwa, nie wydarzyło się nic szczególnego. Oczywiście dawano nam odczuć, że nie jesteśmy ulubieńcami zarządu. Dochodziły sygnały, że kierownicy niektórych działów jawnie obrzydzali podwładnym ideę związkową. Mówili: „Na co to potrzebne? Z tego mogą być tylko kłopoty”. Nie mogliśmy temu zaradzić, bo informatorzy każdorazowo prosili o dyskrecję. Z kręgów kierowniczych wychodziły sugestie, że Amerykanie, chcąc ukarać nieposłusznych, rozważają przeniesienie polskiej filii Genpact do Rumunii. Uciążliwy był wprowadzony od razu zakaz informowania załogi o istnieniu związku i propagowania jego działań za pomocą służbowej poczty elektronicznej.

Czyli oczywistego kanału komunikacji w nowoczesnej firmie w XXI wieku…

Osobom postronnym trudno w to uwierzyć. Odebraliśmy wtedy pierwszy wyraźny sygnał mówiący, że nie jesteśmy w Genpact mile widziani, że próbuje się przeciwdziałać popularyzowaniu związku, że chcą nas odizolować. Dostaliśmy natomiast tablice informacyjne. Jest to rozwiązanie pozostawiające wiele do życzenia, bowiem czytelnicy naszych wieści mogli być przez przełożonych zauważeni, obserwowani. Krótko mówiąc – istniały obawy przed korzystaniem z takiej formy komunikacji. Kilku współpracowników otwarcie się do tego przyznało. Kilku innych w sposób pośredni, zadając pytania, na które odpowiedź widniała na tablicach ogłoszeń. Niby nic wielkiego, ale to dość skuteczny sposób zniechęcania do demokracji pracowniczej. Poza tym funkcjonował wówczas duży, 200-osobowy oddział Genpact w Szczecinie, gdzie, gdyby nie powyższe utrudnienia, też moglibyśmy prowadzić werbunek.

Czy po tym okresie startowym nastąpił jakiś rozwój związku? Ludzie zgłaszali się do Was?

To raczej my staraliśmy się docierać do nich. Początkowo szło bardzo opornie. Przez dłuższy czas balansowaliśmy na granicy egzystencji, mając 11, 12, najwyżej 13 członków. Wśród osób zachęcanych do przystąpienia panował strach. W 90 procentach przypadków odpowiedź brzmiała: „Ale ja mam kredyt, ale ja mam dzieci, nie mogę się wychylać, ryzykować. Co zrobię, gdy mnie zwolnią?”.

Pokazuje to strukturalne, systemowe podkopywanie aktywności społecznej. Kredyt jako topór wiszący nad głową, przestroga.

I ciężkie jarzmo nakładane na barki niewolników. Nasza ojczyzna jest kolonią. Kolonią bogatych państw Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych. Od ponad trzech dekad jesteśmy dostarczycielem taniej siły roboczej. Zarówno we własnym kraju, jak i w krajach Zachodu. Kosmopolityczna oligarchia finansowa oraz będąca jej usłużnym lokajem klasa polityczna gorliwie czuwają, by polski pracownik nie mógł rozprostować pleców.

Podkreślam, że mówimy o kredytach hipotecznych, czyli kredytach zaciąganych na zaspokojenie jednej z podstawowych potrzeb człowieka – dachu nad głową. Stawiam tezę, że w ojczyźnie „Solidarności” ludzie boją się wstępować do związku zawodowego. Przede wszystkim z powodu zniewolenia kredytem mieszkaniowym i związanych z tym obaw przed utratą pracy. Stąd bierze się druga z lansowanych przeze mnie tez: niedobór mieszkań jest zagrożeniem dla demokracji.

Na kogo Pan głosował w wyborach parlamentarnych, jeśli można spytać?

Podobnie jak tysiące naszych rodaków głosowałem na Prawo i Sprawiedliwość, wierząc, że położy wreszcie kres narodowej hańbie i wybuduje państwowe mieszkania. Okazuje się, że nic z tego nie będzie. Rząd Zjednoczonej Prawicy skapitulował przed inwestorami budowlanymi. W ramach kolonizacji – tym razem językowej – zwanymi deweloperami.

Mimo wspomnianych problemów z pozyskiwaniem członków próbowaliście działać. Co związek robił w ramach firmy, jakie tematy poruszał?

Głównym przedmiotem naszego zainteresowania stał się Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych.

Czyli jedna z niewielu sfer działalności firm, w której ustawodawca przewidział dla związków zawodowych prawo nie tylko opiniowania, konsultowania decyzji, ale także – gdy związek istnieje w przedsiębiorstwie – prawo do ewentualnego zawetowania działań pracodawcy.

Tak. Dlatego wzięliśmy pod lupę właśnie tę działkę. Pracodawca bez zgody związku nie może z Funduszu wydać ani złotówki.

Dodajmy, że ta pula to pieniądze pracowników, pochodzące z potrąceń z ich pensji. Dopóki związku nie ma, pracodawca może wydawać te pieniądze tak, jak zechce, byle uzasadnił to interesem pracowniczym.

To prawda. Dla mydlenia oczu załodze zarząd niekiedy wybiera tak zwanego reprezentanta pracowników, ale jest to zawsze ich człowiek. Nasz pracodawca używał tych pieniędzy do robienia sobie darmowej reklamy. Wabił przyszłych pracowników tekstami typu: przyjdź do nas, a dostaniesz kartę Multisport, we wszystkie poniedziałki będziesz otrzymywał owoce itp. Cała ta reklama była finansowana ze środków Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych.

Czyli pracownik de facto płacił z własnych pieniędzy za te rzekome prezenty od firmy. Nie płacił za to pracodawca z własnych zysków.

Do tego sam decydował, jak te pieniądze wyda. Rodzaj świadczeń nie był w żaden sposób konsultowany z załogą. A w skali roku chodziło o niebagatelną kwotę, sięgającą 700 tysięcy złotych.

Co próbowaliście zmienić w tych wydatkach?

Odcięliśmy najlepiej zarabiających – około 30 osób – od tzw. bonów świątecznych, czyli pieniędzy, które pracownicy dostawali z Funduszu na święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Pozbawiliśmy elitę finansową – tych, którzy zarabiali powyżej 10 tysięcy miesięcznie – możliwości korzystania z tego świadczenia po to, żeby większą sumę pieniędzy rozdysponować wśród gorzej zarabiających. Tych z dołu drabiny płacowej.

Jak tym razem zareagował pracodawca?

Nieukrywaną złością. Nasza socjalna akcja zabolała ich dotkliwie. Tym, którzy mają najwięcej, zawsze najtrudniej rozstać się z pieniędzmi.

Czyli złościło ich to, że chcecie, jako reprezentacja pracowników, decydować o pieniądzach samych pracowników. Nie o jakiejś dodatkowej puli z zysku firmy.

Oni tego tak nie postrzegali. Często padało sformułowanie: „to są pieniądze pracodawcy!”. Przekonywaliśmy ich, cytowaliśmy odpowiednie akty prawne, wyjaśnialiśmy mechanizm gromadzenia tych środków. Wskazywaliśmy, że ustawa przyznaje związkom zawodowym kompetencje wpływania na sposób ich wydatkowania.

Przy kilku okazjach starali się nas namówić, żebyśmy odstąpili od nowo przyjętych zasad rozdziału pieniędzy. Twierdzili, że do finansowej elity należą również osoby w gorszej sytuacji materialnej. Odpowiadaliśmy, że owszem, rozumiemy, pracownik z wysokimi zarobkami może mieć duże wydatki, np. kilkoro dzieci, kredyt itp., ale że w takim razie zapraszamy do składania wniosków o zapomogę do komisji socjalnej. Do dnia dzisiejszego nikt z przedstawicieli „śmietanki” nie złożył wniosku o takie wsparcie. Szczycimy się, że w naszym zakładzie pracy najgorzej uposażeni otrzymują najwyższe świadczenia. Jest im teraz odrobinę lżej. Także dlatego, że nie wyraziliśmy zgody na dalsze finansowanie kart Multisport i zakup owoców ze środków Funduszu. Dzięki temu posunięciu dysponujemy większą kwotą do podziału na bony i zapomogi.

Oprócz pieniędzy była to też kwestia symboliczna: nie godzimy się na jaśniepański gest wedle widzimisię pracodawcy, lecz sami chcemy decydować o tym, jak są wydawane nasze pieniądze.

W optyce Genpact był to spór o władzę. Korporacja jest niewiarygodnie bogata, stać ją na to, żeby fundować owoce czy karnety na siłownię z własnego zysku, nie z potrąceń pracowników. Tym sposobem naruszyliśmy pozycję kierownictwa. Zawalił im się dawny porządek rzeczy. Związkowcy konsultowali swoje decyzje z pracownikami.

Czy takie działania przekonały pracowników do wstępowania do związku?

Uświadomiły im korzyści z jego funkcjonowania. Wykazały, że działamy dla ich dobra. Kilkoro wypełniło deklaracje członkowskie. Nie ujawniając swojej przynależności przed pracodawcą. Za wyjątkiem osób szczególnie chronionych, wszyscy członkowie organizacji pozostają utajnieni. W małopolskiej „Solidarności” budziło niemałe zdumienie, że składki członkowskie wpłacamy w sposób bezpośredni, z pominięciem działu kadr i potrąceń z pensji.

W kraju demokratycznym, w kraju, którego etos założycielski dotyczący przełomu roku 1989 odwołuje się do związku zawodowego, ludzie boją się jawnie zadeklarować przynależność związkową, czyli akces do legalnej, sformalizowanej organizacji. W dużej, międzynarodowej firmie, nie przy zatrudnieniu na czarno w garażu u jakiegoś cwaniaka. Zachowują się tak, jakby robili coś niecnego i ukrywali się z tym…

Faktycznie się z tym ukrywają. Powiem coś zaskakującego. Pewna część naszych członków nie ujawnia się nawet przed innymi członkami. Znamy ich my jako kierownictwo komisji zakładowej, ale zobowiązali nas do nieujawniania ich przynależności innym ludziom „Solidarności”. Nie biorą udziału w zebraniach i wyborach do władz komisji zakładowej, gdyż wtedy musieliby się odkryć. To chyba najlepiej obrazuje, jaki terror mentalny panuje w Polsce w tej sferze…

To brzmi jak opowieść z czasów okupacji i ruchu oporu – tyle że dotyczy legalnej działalności w demokratycznym państwie…

Przytoczę znamienny przykład. Pewnego razu koleżanka z biura napisała do mnie z prośbą o rozmowę. Ale na osobności, dyskretnie i w miejscu, w którym nikt nie zobaczy nas razem. W czasie przerwy wyszliśmy z biura. Koleżanka powiedziała, że chciałaby się zapisać do związku. Ucieszyłem się, omówiliśmy sprawy formalne. Później zapytałem, dlaczego zdecydowała się dopiero teraz, znamy się od dawna, ona wie o istnieniu związku, co się zatem stało, że tak długo zwlekała. Odrzekła, że powstrzymywało ją nasze „konspiracyjne” działanie, otaczająca nas tajemnicza atmosfera, to, że nie wiadomo, kto poza aktywem należy do „Solidarności”. Formuła naszej rozmowy była dobitnym wyjaśnieniem, czemu inni pracownicy mają podobne obawy przed jawnym przystąpieniem do związku. Skąd się bierze ta nasza konspiracja? Stąd, że, jak właśnie widzisz, jest ona koniecznością. Przecież sama mnie dziś o nią prosiłaś. „No tak”– odpowiedziała i przytaknęła ze zrozumieniem.

Co jeszcze udało się zrobić związkowi?

Wynegocjowaliśmy dodatkowe odprawy dla osób zwalnianych z pracy. Doniosłym w skutki wydarzeniem był natomiast wybór społecznych inspektorów pracy. Istniejący w zakładzie pracy związek posiada kompetencje utworzenia struktury społecznej inspekcji pracy, podziału zakładu na komórki pod tym kątem, przeprowadzenia wyboru inspektorów itp. Wcześniej inspektorów nie było w spółce wcale, gdyż wyłączną kompetencję tworzenia SIP ustawodawcy przewidzieli dla organizacji związkowych. Wyłonieni w wyniku powszechnych wyborów inspektorzy jawnie i oficjalnie sprawują pieczę nad przestrzeganiem przepisów BHP oraz prawa pracy. Ze względu na liczne nieprawidłowości wybraliśmy 13 inspektorów.

Było łatwo ich wybrać?

Ponieważ każdemu inspektorowi SIP przysługuje szczególna ochrona przed zwolnieniem, było nieco łatwiej przekonać ludzi do pełnienia tej funkcji. Jednak wiele osób nie chciało kandydować, nawet nie tyle ze strachu przed reperkusjami, co ze względów pragmatycznych, wychodząc z założenia, że i tak dłużej w Genpact nie zabawią, że w Genpact nie ma przyszłości. Tłumaczyły, że wprawdzie same nie złożą wypowiedzenia – w takim przypadku straciłyby dodatkowe odprawy – ale z niecierpliwością czekają na to, kiedy zrobi to Genpact. Twierdziły, że odejdą z tej firmy bez żalu. Ujawniły się indywidualne strategie przetrwania, szczególnie zauważalne u najmłodszych wiekiem. Nie wolno popełnić błędu uogólnienia, ale doświadczenie wyniesione z ponad dziesięciu lat pracy pozwala mi na wysnucie następującego wniosku: znaczną część korporacyjnej młodzieży cechuje brak przywiązania do kolegów, środowiska pracy i obojętność na wszystko, co nie leży w ich własnym, wąsko pojętym, konsumpcyjnym interesie. Przychodzą do pracy z niezrozumiałym dla starszego pokolenia nastawieniem: popracuję tu rok czy półtora, wzbogacę CV o tę firmę i pójdę gdzie indziej.

W gronie trzynastu wybranych przez załogę inspektorów SIP znajdowało się pięć matek, którym Genpact kilka tygodni wcześniej wręczył wypowiedzenia. Złożyło się tak, że informacja o wyborach dotarła do nich w okresie, gdy biuro zelektryzowała informacja o pozyskaniu nowego zlecenia. Pojawiła się nadzieja, że panie może jednak nie okażą się zbędne. Były mocno rozgoryczone, gdy wyszło na jaw, że nowa praca trafi nie do nich, lecz do całkowicie nowych osób. Niewdzięczność decydentów Genpact (wszystkie te panie były długoletnimi dobrymi pracownicami), jak również świadomość, że nie mają już nic do stracenia, spowodowały, że nabrały odwagi. Zdecydowały się mówić o praktykach notorycznego naruszania prawa w ich działach i kandydować w wyborach na społecznych inspektorów pracy. W ten sposób dowiedzieliśmy się o sprawach, których wcześniej nie byliśmy świadomi: niezgodnym z prawem rozliczaniu nadgodzin, zakazanym planowaniu nadgodzin, zmuszaniu do pracy w dni wolne, świąteczne itp.

Co tym razem powiedziało na to szefostwo?

Włodarze Genpact co prawda uszanowali wynik wyborów, lecz nie cofnęli wypowiedzeń pięciu matkom z listy redukowanych pracowników. Oznaczało to manifestacyjne złamanie prawa. Przypomnijmy: społeczny inspektor pracy od chwili wyboru podlega szczególnej ochronie, a pracownik w okresie wypowiedzenia wciąż zachowuje wszelkie prawa i obowiązki. Jest pełnoprawnym pracownikiem, ma prawo wybierać i zostać wybranym. Zgłosiliśmy ten występek do Państwowej Inspekcji Pracy. Kontrola PIP potwierdziła, że zwolnienie tych osób jest nielegalne. Ale cóż z tego, w polskich warunkach niewiele to zmienia. Należałoby złożyć pozew do sądu pracy, a zwolnione panie tego nie chciały – to oznacza czas, koszty, nerwy.

Do wątku sądu pracy jeszcze będzie okazja wrócić. Ale póki co zapytam Pana, jak radziliście sobie z tymi przepychankami – potrzebna jest do nich wiedza prawnicza itp.

Na wszystkich etapach mieliśmy merytoryczne wsparcie Państwowej Inspekcji Pracy. Z mocy odpowiedniej ustawy PIP ma obowiązek współpracować i pomagać społecznym inspektorom pracy. W ramach tych zobowiązań Inspekcja wydała poradnik dla społecznych inspektorów pracy, który okazał się nam nader pomocny. W pozostałych kwestiach porad prawnych udzielali nam prawnicy i eksperci z małopolskiej „Solidarności”.

Pracodawca wyprowadził brutalne kontruderzenie, zwalniając kilkoro społecznych inspektorów pracy wbrew prawu. A czy wy, ta kierownicza trójka, oficjalni liderzy związku w zakładzie, byliście przedmiotem jakichś negatywnych zabiegów ze strony szefostwa?

Niejednokrotnie. Gdy poinformowaliśmy pracowników drogą elektroniczną – w imieniu komisji socjalnej, nie związku zawodowego – o nieprawidłowościach w Funduszu Świadczeń Socjalnych, Krisztian Kovacs i ja otrzymaliśmy od dyrektor naszego przedsiębiorstwa informację o zamiarze zwolnienia dyscyplinarnego. Wbrew prawu, gdyż obaj byliśmy wtedy członkami rady pracowników. Pisma wystosowane przez Genpact do zarządu związku i rady pracowników zawierały wniosek o wyrażenie zgody na dyscyplinarne zwolnienie nas z pracy. Oczywiście prośba spotkała się ze stanowczą odmową obu organów demokracji pracowniczej. Genpact wtedy ten sprzeciw uszanował. Sprawa nie miała kontynuacji. Ukazała jednak próbę kneblowania nam ust, spacyfikowania niepokornych. Powołani przez nas na świadków koledzy z komisji socjalnej w zeznaniach przedłożonych Sądowi Pracy oświadczyli, że szykanowanie przez Genpact K. Kovacsa i mnie spowodowało, że poczuli się zastraszeni, zaczęli obawiać się o pracę.

Prześladowanie przybierało różnorakie formy. Nie tylko zbiorowe, ale i osobiste. Dwukrotnie próbowano mnie „zmiękczyć” za pomocą odebrania dodatku mieszkaniowego. Pochodzę z Wielkopolski, skąd korporacja przed jedenastu laty sprowadziła mnie do Krakowa. Aby mnie zwerbować, przyznano dopłatę do najmu mieszkania w kwocie 1200 złotych gwarantowaną przez cały okres zatrudnienia.

Paleta nie byłaby pełna, gdyby zabrakło na niej czarnej barwy szantażu. Do rozmów z nami – w różnym przedziale czasu – zostały oddelegowane z Ameryki dwie wysoko postawione osoby. Jedną z nich była wspomniana rodaczka. Posłańcy zaoceanicznego potentata, bez silenia się na zbytnią kurtuazję, postawili nam ustne ultimatum o treści: Jeżeli będziecie „tak nieustępliwi”, to krakowska filia Genpact będzie zlikwidowana. Wasza praca – przeniesiona do Rumunii.

Czyli z biegiem czasu sprawa się zaogniała? Czy były jakieś momenty przełomowe?

Po nieudanej próbie zwolnienia sytuacja się uspokoiła. Punkt zwrotny nastąpił w lutym 2019 r. Dostaliśmy zaproszenie na spotkanie, w którym oprócz nas wzięły udział trzy panie: dyrektor firmy, główna kadrowa oraz kierowniczka działu, w którym pracowaliśmy. Na spotkaniu pani dyrektor oznajmiła nam, że wróciła z Bukaresztu, gdzie dotychczas rozwijano główną strukturę Genpact w Europie. Tam zapadła decyzja, że o wiele większy nacisk będzie od teraz kładziony na Kraków. Zamiast, jak do tej pory, zmniejszania zatrudnienia i wyprowadzania naszych miejsc pracy do Indii czy Rumunii, oddział krakowski ma być rozwijany. Planowane jest zwiększenie w nim zatrudnienia, pozyskiwanie nowych klientów itp. A jednocześnie, jak dodała dyrektor, męczymy się tu razem ze sobą. My, szefostwo firmy, męczymy się z wami, a wy męczycie się z nami. W związku z tym, kontynuowała, chcielibyśmy wam coś zaproponować. Zastanówcie się, czy jest taka kwota, za którą zgodzilibyście się odejść z pracy. Wiemy, że nie możemy was zwolnić, bo jesteście chronieni z racji pełnionych funkcji – ale może będziecie skłonni odejść dobrowolnie. Dała nam kilka dni na przemyślenie i poprosiła, żebyśmy podali satysfakcjonującą nas kwotę. Bezpośrednio po tym spotkaniu – w celu uczynienia mnie bardziej podatnym na przyjęcie oferty korupcyjnej – kadrowa i dyrektor zakomunikowały mi podjętą w Bukareszcie decyzję o odebraniu dodatku mieszkaniowego.

Propozycja korupcyjna jak z amerykańskich filmów sensacyjnych. Wymowny jest też moment jej złożenia: będziemy firmę rozwijali, zatrudniali nowe osoby, ale lepiej, żeby w firmie nie działał związek zawodowy, który zadba o dobre traktowanie pracowników… I co dalej?

Po tygodniu odpowiedzieliśmy odmownie. W imieniu całej trójki oznajmiłem, że nie ma takiej kwoty, za którą bylibyśmy gotowi porzucić towarzyszy broni. Powiedziałem to, choć mieliśmy przekonanie, że skoro zawiodły zastraszanie, przekupstwo i szantaż, metody, które przystoją amerykańskim gangsterom, a nie przedsiębiorstwu przejawiającemu globalne ambicje, to teraz będzie gorąco…

Tak też się stało. Kilka dni później przyszła do mnie koleżanka ze związku i pokazała artykuł opublikowany w dużym regionalnym piśmie, krakowskim „Dzienniku Polskim”. Z artykułu wynika, że w Krakowie pracuje w korporacjach kilkadziesiąt tysięcy osób, ale w żadnej z nich nie ma związku zawodowego, i że nikt nigdy nawet nie słyszał o próbach ich tworzenia. Co zdaniem autora oznacza, iż nie są one potrzebne. Z lektury można by odnieść wrażenie, że realia zatrudnienia w tym sektorze są świetne.

Wykazaliśmy dziennikarzowi, że to nieprawda. Że po pierwsze od kilku lat istnieje związek w krakowskiej korporacji, a po drugie, na własnym przykładzie udowodniliśmy, że warunki pracy w opisywanej branży sprawiają, iż związki są tam potrzebne. Naszym zdaniem bardziej potrzebne niż gdzie indziej.

Zapewne bardziej niż choćby w budżetówce, która działa w innej formule. Korporacje to przecież z definicji biznes dążący do zysków, ich maksymalizacji, siłą rzeczy chcący wycisnąć jak najwięcej profitów z pracowników.

Uświadomiliśmy to dziennikarzowi „Dziennika Polskiego”, który chętnie zgodził się na rozmowę. Naświetliliśmy tajniki pracy w korporacjach biurowych, dole i niedole naszego związku, doświadczenia, które zebraliśmy w trakcie bojów o demokrację pracowniczą. Wtajemniczyliśmy w kulisy nieudanej korupcji. Wywiad posłużył za osnowę rzetelnego tekstu opublikowanego pod tytułem „Związek zawodowy w korporacji? To możliwe!” .

Po ukazaniu się artykułu odnotowaliśmy niespotykany wcześniej przyrost liczby członków. Ludzie dowiedzieli się nie tylko o tym, że ktoś ich broni, ale że można im zaufać, bo nie zdradzili kolegów, nie dali się przekupić pracodawcy. Przed opublikowaniem artykułu związek liczył 25 osób, po publikacji ta liczba szybko wzrosła do 55 z około 400 zatrudnionych. Wśród nowych członków przeważali pracownicy o krótkim stażu w Genpact.

Intrygujący był przypadek jednego z nowych działów. Świadczył on usługi na rzecz Konica Minolta. Te miejsca pracy trafiły do nas z Niemiec, gdzie je zlikwidowano, gdyż dla odmiany tym razem my okazaliśmy się tańsi. Pracowali przy tym ludzie zatrudnieni przed kilkoma miesiącami. Było ich zbyt mało, więc Genpact rozpoczął rekrutację personelu. Rekrutacja zakończyła się fiaskiem, bo za pieniądze oferowane przez Amerykanów nie udało się znaleźć chętnych z odpowiednią znajomością j. niemieckiego. Stawki zostały więc podwyższone. Poddany presji czasu Genpact pogubił się na tyle, że za pośrednictwem listu elektronicznego zaproponował posadę dziewczynie, która… już od pół roku w tym dziale pracowała, przyjęta w ramach wcześniejszej rekrutacji. W wyniku niedopatrzenia koleżanka dostała ofertę podjęcia tej samej pracy – za pensję o tysiąc złotych przewyższającą jej dotychczasowe zarobki. Dysponujemy dowodami, że zamieszczane przez Genpact ogłoszenia zawierały jeszcze wyższe stawki.

Skonsternowana dziewczyna odpowiedziała na ten list elektroniczny: że już tu pracuje i też jest zainteresowana podwyżką o tysiąc złotych, skoro firma za taką samą pracę oferuje innym wyższe płace. Szczegółami niecodziennego zdarzenia podzieliła się z kolegami z działu. W bodajże siedem osób poprosili o spotkanie ze swoim kierownikiem i kimś z kadr. Zapytali, co to ma znaczyć, skąd taka różnica stawek. Początkowo zostali przez kierownika wyśmiani, a po chwili usłyszeli, że nie mają co liczyć na podwyżki. W złożonych do Sądu Pracy pisemnych zeznaniach utrzymują, że byli przez przełożonych zwodzeni i oszukiwani.

Tu pojawia się wątek, który często wybrzmiewa w opowieściach o współczesnych realiach, w tym szczególnie w „nowoczesnych” sektorach. Że po pierwsze każdy zarabia inną kwotę, taką, jaką indywidualnie wynegocjował z pracodawcą, nie zaś wedle jakiegoś znanego, upublicznionego schematu i podobnych stawek za podobną pracę. A po drugie, że ludzie nie rozmawiają między sobą o stawkach, zarobkach, nie wiedząc w efekcie, jak to wygląda i że część z nich jest celowo i świadomie traktowana gorzej.

W Genpact mówi się czy wręcz zapisuje w umowach z pracownikami, że wysokość wynagrodzenia jest tajna i pod groźbą określonych konsekwencji zabrania się informowania o niej innych. Nie wyłączając reprezentujących danego pracownika działaczy związkowych. Jest to wierutną bzdurą. W świetle obowiązującego prawa dokument ten nie ma żadnego znaczenia. Nie wolno nam informować kogokolwiek o zarobkach innych osób. Jako związkowiec nie mogę udzielić informacji, ile zarabia ktoś inny. Podobnie pracodawca nie może bez zgody zainteresowanego poinformować mnie o czyichś zarobkach. Natomiast każdy pracownik ma pełne prawo powiedzieć komukolwiek chce, ile zarabia.

Przemilczanie wysokości wynagrodzenia miewa smutne konsekwencje. W 2010 roku zostałem zatrudniony przez poprzednika Genpact jako Polak z dobrą znajomością j. niderlandzkiego. Wraz ze mną rozpoczął pracę rodowity Holender, który oprócz oczywistej znajomości ojczystego języka posiadał spore doświadczenie pracy w księgowości i, o niebo lepszą od mojej, znajomość potrzebnych programów komputerowych. Wykonywaliśmy tę samą robotę. Szybko się zaprzyjaźniliśmy, więc byłem zmartwiony, kiedy po upływie kilku miesięcy powiedział mi, że zastanawia się nad zmianą pracodawcy, albowiem uzyskiwane tu zarobki nie wystarczają mu na życie. Gdy tak się skarżył, byłem trochę zdziwiony. Ja swoją wypłatę uważałem za naprawdę wysoką. Zaproponowałem mu, że powiem, ile zarabiam, abyśmy porównali nasze pensje, bo nie bardzo rozumiałem, skąd jego kłopoty. Kolega wysunął przed siebie dłonie w geście odpychającym niewidzialne niebezpieczeństwo i z zarysowującym się na twarzy przestrachem oświadczył: „Nie, nie, nie mów mi tego, ja nie chcę tego wiedzieć”. Zdumiewającą reakcję umotywował rzekomą nielegalnością wymiany takich informacji. Wyszło na jaw, że ostrzeżenie przed „nadmiernym gadulstwem” znajdowało się w jego umowie o pracę. Po pewnym czasie, wysłuchawszy kolejnej porcji mocniejszych niż dotychczas narzekań na niepodobieństwo związania końca z końcem, bez pytania o zdanie wyjawiłem mu kwotę moich zarobków. Co się okazało? Otóż kolega z Holandii dostawał za tę samą pracę ponad dwa tysiące złotych (netto) mniej ode mnie. Poruszony do żywego dyskryminacją płacową wystąpił nazajutrz z wnioskiem o podwyżkę, ale jej nie otrzymał. Rozgoryczony wypowiedział umowę i odszedł do konkurencji. Tym sposobem korporacja pozbyła się sumiennego, oddanego pracownika, a ja serdecznego kolegi. Od tamtej pory biorę na bok każdego nowicjusza z mojego działu i informuję o stawce miesięcznej, poniżej jakiej nie powinien schodzić.

Latem roku 2019 pracownicy działu Konica Minolta zbulwersowani skandalem z wynagrodzeniami zaczęli się burzyć. Do kilkuosobowej grupy bez przerwy przyłączali się nowi. Doszli do wniosku, że sami niczego nie zwojują, że natrafili na ścianę złej woli i kłamstw. Przyszli do nas, zainspirowani wzmiankowanym artykułem w „Dzienniku Polskim”. Postanowiliśmy wspierać ich w rozmowach z pracodawcą. Z naszej inicjatywy doszło do spotkania buntowników z przedstawicielami koncernu. Genpact ma teraz dylemat. Podwładnych nie dało się dłużej zwodzić, bo stał za nimi związek i byliśmy uczestnikami rozmów. Znając na wylot machinacje Genpact mieliśmy możliwość utrącania na bieżąco wszelkich manipulacji, obnażania bezczelnych oszustw i łgarstw. Wysiłki podejmowane przez aktyw „Solidarności” sprawiły, że szeregi organizacji szybko rosły. Staliśmy się ewidentnym i coraz większym problemem z perspektywy kręgów kierowniczych Genpact. Nieugięta postawa pracowników i prowadzącego ich związku sprawiła, że Amerykanie musieli dać podwyżki. Byli jednak przebiegli. Dobrze opanowali imperialną zasadę dziel i rządź. Podwyżki przyznali tylko połowie pracowników domagających się tego. Temperatura sporu nie spadła. Stawka była poważna. Strategia Amerykanów czytelna. Grali na rozbicie tak dla nich niebezpiecznej jedności pracowników.

Jaka była wasza reakcja?

Zapowiedź strajku. Sięgnęliśmy po główny oręż ludzi pracy. Konsekwentnie twierdziliśmy, że podwyżki muszą dostać wszyscy. Ogłosiliśmy wstąpienie w spór zbiorowy i przedstawiliśmy pracodawcy nasze żądania. Najważniejsze to podwyżka o 700 złotych dla wszystkich pracowników Genpact. Rozpoczęliśmy formalny proces, który w razie braku porozumienia może zakończyć się strajkiem. Ale Genpact nie chciał nawet wysłuchać postulatów ludzi pracy. Zląkł się prowadzenia z nami sporu. Wolał zniżyć się do przestępstwa. Po dwóch tygodniach od ogłoszenia sporu zostaliśmy – czołowi działacze związku – zwolnieni dyscyplinarnie z pracy.

Za co?

Blagierzy z Genpact, fałszując przedmiot sporu, twierdzili, że powodem zwolnienia jest artykuł z „Dziennika Polskiego”, jakoby zawierający nieprawdziwe i szkalujące ich treści. Podawany przez nich pretekst pozostaje w kolizji ze zdrowym rozsądkiem. Nawet przyjmując, że można byłoby kogoś za takie wypowiedzi zwolnić, to pracodawca ma w świetle prawa miesiąc od powzięcia wiedzy o popełnieniu przez pracownika czynu zabronionego na podjęcie takiej decyzji. Z treścią artykułu Genpact zapoznał się w dniu jego publikacji, na początku czerwca. Nas zwolniono dopiero 9 października. Rażące naruszenie prawa miało też bardziej doniosły wymiar. Zbigniew Zysek był chroniony z tytułu przewodniczenia organizacji związkowej oraz jako społeczny inspektor pracy. Krisztian Kovacs i ja byliśmy w momencie zwolnienia społecznymi inspektorami pracy oraz członkami rady pracowników. Amerykanie wyrzucili nas z pracy pomimo podwójnej ochrony.

Pracodawca miał tego pełną świadomość, a mimo to zwolnił was.

Zrobił to, ignorując sprzeciw związku i rady pracowników. W trybie dyscyplinarnym, czyli z dnia na dzień straciliśmy zatrudnienie i dochody, a także wstęp na teren zakładu pracy, siedziby związku zawodowego.

Akt zwolnienia dokonał się w sposób, który wiele mówi o postawie etycznej koncernu z Nowego Jorku. W dniu 9 października 2019 r. do drzwi mieszkania Krisztiana Kovacsa, podczas ostatniego dnia jego urlopu, rozległo się pukanie. Krisztian przez wizjer zobaczył nieznaną sobie kobietę. Otworzył drzwi, a kobieta – jak się później okazało, prawniczka z sowicie opłacanej kancelarii – oświadczyła, po co przyszła i wręczyła mu postanowienie o dyscyplinarnym zwolnieniu. W tej chwili zza jej pleców wychynęła główna kadrowa Genpact. Krisztian oznajmił, że dokumentu nie podpisze, dopóki nie zabierze z biura osobistych rzeczy. Panie po naradzie zgodziły się na to i zabrały go do siedziby Genpact. Po wejściu do biura dołączyła do nich kierowniczka Krisztiana i w asyście trzyosobowej obstawy Krisztian rozpoczął zabieranie z szafki swoich rzeczy. Wynajęta na tę okoliczność prawniczka poniżała węgierskiego bratanka „Solidarności”, poganiając go słowami: „szybciej! szybciej!”. Powyższe sceny rozgrywały się na oczach kilkudziesięciu współpracowników Krisztiana. Intencją tego przedstawienia było prawdopodobnie upokorzenie działacza związku zawodowego i wywarcie presji psychicznej w celu zastraszenia podwładnych.

Ta prawniczka, która brała udział w procederze, reprezentowała jaki podmiot? Niech jego nazwa wybrzmi, skoro biorą udział w czymś takim.

Prawniczka reprezentowała kancelarię, która nosiła nazwę Raczkowski Paruch. Jakiś czas później zaszły w niej zmiany własnościowe. Obecna nazwa kancelarii to Raczkowski Sp. k.

A jak potraktowano Pana i trzecią zwolnioną osobę?

Zbigniewa i mnie nie było w tym dniu w pracy. Do Zbigniewa wysłali zwolnienie listem elektronicznym. Do mnie – jak do Krisztiana – zamierzali przyjechać, ale nie chcąc oglądać tych ludzi w moim domu powiedziałem, że odbiorę dokument w siedzibie Genpact. Jednak po sprawozdaniu Krisztiana ze sposobu, w jaki został potraktowany, zarzuciłem ten pomysł. Wobec tego pismo włożyli do skrzynki pocztowej oraz przysłali mi wersję elektroniczną.

Co po tym wszystkim zrobiliście w samoobronie?

Przy pomocy prawników z zarządu regionu małopolskiej „Solidarności” złożyliśmy pozew do sądu pracy, a następnie zawiadomienie do prokuratury. Warto o tym wspomnieć, żeby pracownicy wahający się przystąpić do związków z powodów finansowych wiedzieli, że m.in. na to płacą składki – na pomoc w razie kłopotów; pomoc, która na wolnym rynku kosztowałaby sporo.

Straciliście z dnia na dzień pracę, dochody…

W trybie dyscyplinarnym, a więc bez okresu wypowiedzenia, bez prawa do zasiłku, z zapisanym w świadectwie pracy zwolnieniem dyscyplinarnym… A ponieważ zarabialiśmy stosunkowo dużo, to za wniesienie pozwu do sądu pracy musieliśmy słono zapłacić – w moim przypadku 5000 złotych.

A co ze związkiem w Genpact?

Prawo stanowi, że wyrzucenie z pracy nie zmienia nic w sytuacji związkowców. Nadal tworzymy kierownictwo komisji zakładowej. Nikt nas oczywiście nie wpuści do biura Genpact, ale spoza zakładu kontynuujemy aktywność związkową.

Podjęliście też działania na rzecz nagłośnienia sprawy. Chyba jedyne, czego może się obawiać duża firma zwalniająca związkowców, to nie proces w sądzie pracy, który zapewne wkalkulowała sobie w koszty, lecz strat wizerunkowych.

Przekonałem Zbigniewa i Krisztiana, żeby nagłaśnianie afery rozpocząć od środków przekazu będących tubą propagandową neoliberałów. Byłem ciekaw strategii przekazu, jaką obiorą skonfrontowani z twardym, bezdyskusyjnym faktem pogwałcenia Konstytucji, wolności słowa oraz podstawowych praw człowieka – bezcennych dla nich rzekomo wartości – przez swego ideowego sojusznika, ponadnarodową korporację.

Krisztian zna osobiście Monikę Góralewską, wpływową redaktor krakowskiego ośrodka TVN. Trzykrotnie prosił ją o zrobienie materiału i tylekroć nic z tego nie wychodziło. Nie wykluczamy, że pani Góralewska, laureatka nagród za reportaże o tematyce społecznej, chciałaby nam pomóc, ale nie uzyskała zgody centrali.

Z odważnych, propracowniczych tekstów kojarzyłem Adrianę Rozwadowską z „Gazety Wyborczej”. Opisywała między innymi łamanie praw pracowniczych w Amazonie. Staraliśmy się do niej dotrzeć. Trzy razy zadzwoniłem do „Wyborczej”. Nigdy nie połączono mnie z Adrianą. Rozmawiałem z jej kierowniczką. Powiedziała, że nie może mi podać telefonu Adriany, ale przekaże jej, że dzwoniłem i Adriana się do mnie odezwie. Niestety, odzewu nie było. Z kolei Zbigniew kilkakrotnie do niej pisał. Z takim samym rezultatem, czyli żadnym.

Tematu ciekawego, zdawałoby się, z punktu widzenia linii programowej czasopisma, nie podjął również lewicowy tygodnik „Przegląd”. Próbowaliśmy się z nim skontaktować za pośrednictwem pewnej znanej osoby. Uzyskała zapewnienie, że redakcja się do nas odezwie. Jednak jej kilkakrotne monity nie przyniosły efektów.

To media. A instytucje inne niż wymiaru sprawiedliwości?

Zarząd małopolskiej „Solidarności” zwrócił się do Rzecznika Praw Obywatelskich z wnioskiem o obronę związkowców zwolnionych ze szczególnym naruszeniem prawa. Z biura Adama Bodnara nadeszła odpowiedź, że RPO wystąpił do Okręgowego Inspektora Pracy w Krakowie o przeprowadzenie kontroli przestrzegania prawa pracy w spółce Genpact. W piśmie informowano również o możliwości przystąpienia Rzecznika do toczącego się przed wymiarem sprawiedliwości postępowania na prawach prokuratora. W tym celu poproszono o dostarczenie Rzecznikowi niezbędnej dokumentacji. Zrobiliśmy to w lutym 2020 roku. Później nastała cisza. Brak jakiejkolwiek reakcji. Tym większe było moje zdziwienie, gdy ostatnio przeczytałem, że Adam Bodnar zaangażował się w obronę TVN. Tej samej telewizji, która uznała za stosowne zamilczenie afery Genpact. Solidarny ze stacją RPO zrobił to samo, co ona.

A czy udało się kogoś zainteresować?

Tak, partię Razem. Zwróciliśmy się do posłanki Razem z Krakowa, Darii Gosek-Popiołek. Jej reakcja była nader życzliwa. Zaprosiła nas do swego biura, przedstawiliśmy sprawę. Daria Gosek-Popiołek dała nam wiele dowodów przychylności. Zorganizowała konferencję prasową. Przyjechał na nią inny parlamentarzysta Razem, Adrian Zandberg z Warszawy. W swoim wystąpieniu określił naszą sprawę mianem symbolu: „To jest symbol, wokół którego powinni zgromadzić się wszyscy ci, dla których wartości konstytucyjne, wartości demokratyczne w Polsce są ważne. Nie możemy dopuścić do tego, żeby prawo w Polsce nie obowiązywało silniejszych”. Na konferencję przybyła również ekipa TVN-u, ale z tego, co wiemy, nie wyemitowała żadnego sprawozdania. Inne środki masowej informacji, a było ich tam niewiele, ograniczyły się do zamieszczenia niedługiej wzmianki. Ważnej tematyki społecznej nie rozwinęły…

Ukazał się tylko duży wywiad z nami w „Tygodniku Solidarność”, ale to oczywistość, skoro jesteśmy członkami tego związku szykanowanymi za działalność związkową.

Wydawałoby się, że to jest dla mediów ciekawy materiał ze względów czysto komercyjnych, niezależnie od sympatii ideowych. Dobry news: amerykańska wielka korporacja wyrzuca trzech związkowców, facetów z biura, z nowoczesnego miejsca pracy, jeden z nich to Węgier, wcześniej był wątek próby skorumpowania was przez pracodawcę. Można za to zgarnąć wierszówkę czy honorarium bez wielkiego wysiłku…

Ja też tak myślałem. Byłem pewny, że nasza historia to najprawdziwszy samograj. Temat poruszający drażliwą kwestię społeczną, którego nie przepuści żaden rasowy dziennikarz. W całej sprawie pojawia się kilkanaście unikalnych, przebojowych aspektów. Weźmy chociażby ten. Trójka zwolnionych tworzy miniaturową Grupę Wyszehradzką. Każdy jest mieszkańcem innego kraju członkowskiego z tej Grupy: Polski, Węgier i Czech.

Wyjątkową odrazę wywołuje dopuszczenie się przez władze Genpact niespotykanego w cywilizowanym świecie aktu barbarzyństwa. Polegał on na bezlitosnym wyrzuceniu na bruk i pozostawieniu bez środków do życia przewodniczącego związku zawodowego Zbigniewa Zyska – osoby niepełnosprawnej, z amputowaną nogą. Dzieje się tak, choć Genpact wspiera organizowany w Krakowie bieg pod nazwą Business Run. Jest to charytatywna impreza, z której dochody są przeznaczane m.in. na zakup sprzętu dla osób z niepełnosprawnością ruchową. We wrześniu 2019 r. liczna reprezentacja Genpact wzięła udział w zawodach, reklamując swoją obecnością firmę. Nie upłynął nawet miesiąc i ten sam, tak bardzo współczujący pokrzywdzonym Genpact wyrzucił na twardy krakowski bruk Zbigniewa Zyska, który pracował dla nich 12 lat…

Ważnym zleceniodawcą amerykańskiego koncernu jest pewien europejski gigant ubezpieczeniowy. Z racji prowadzonej działalności los osób niepełnosprawnych jest mu szczególnie bliski. Akcjonariuszom obu koncernów nie byłoby do śmiechu, gdyby cierpieniu Zbigniewa udało się nadać światowy rezonans.

A później wybuchła zaraza. Media i społeczeństwo zaczęli żyć czymś innym.

Wasza sprawa jednak toczyła się nadal w sądzie pracy i prokuraturze.

Prokuratura odmówiła wszczęcia dochodzenia i umorzyła sprawę. Mimo oczywistych, bo udokumentowanych przecież dowodów, prokurator w poczynaniach firmy nie dopatrzył się zachowań przestępczych. Napisaliśmy skargę na tę decyzję. Sąd wydał postanowienie, w którym w całej rozciągłości przyznał nam rację.

W tym samym czasie przeczytałem gdzieś o instytucji pisemnej interwencji poselskiej, na którą każdy organ państwa ma obowiązek odpowiedzieć w terminie 14 dni. Bogatsi o tę wiedzę dotarliśmy do słynącej z dużej wrażliwości społecznej posłanki Prawa i Sprawiedliwości, Urszuli Ruseckiej z Wieliczki. Pani poseł zadeklarowała pomoc i dotrzymała słowa. W trybie interwencji poselskiej napisała pismo do ministra Ziobry z wnioskiem o interwencję w prokuraturze. Wstawiennictwo poseł Ruseckiej niewątpliwie pomogło. Krakowska prokuratura mimo początkowej niechęci rozpoczęła śledztwo.

Nawiązaliśmy kontakt także z Maciejem Koniecznym, posłem Razem. Jego również poprosiliśmy o interwencję poselską u ministra Ziobry w przedmiocie absurdalnej decyzji krakowskiej Prokuratury. Poruszyliśmy też inną kwestię. Zapytaliśmy posła Koniecznego, czy byłby skłonny podjąć się koordynowania działań obejmujących zasięgiem całe spektrum polskiego ruchu związkowego. Nasza koncepcja polega na tym, aby, odkładając na bok sympatie polityczne i trzeciorzędne różnice światopoglądowe, rozpocząć rozmowy mające doprowadzić do przyjęcia wspólnego stanowiska związków odnośnie do wprowadzenia zmian legislacyjnych uniemożliwiających zwalnianie z pracy osób szczególnie chronionych do chwili rozstrzygnięcia sprawy przez sąd. Czas skończyć z iluzją zwaną ochroną. Jeżeli szczególna ochrona ma być autentyczna, to objęty nią pracownik musi być zatrudniony tak długo, aż nie wypowie się sąd – odwrotnie niż jest obecnie.

A co z sądem pracy, czyli w zasadzie z kluczową płaszczyzną tej całej sprawy od momentu wyrzucenia was z pracy?

Dotychczas odbyły się dwie rozprawy, trzecia miała być w czerwcu, ale ze względu na usprawiedliwioną nieobecność sędziego została przełożona na październik. Średnio wychodzi jedna rozprawa na rok. A to jeszcze nie koniec. I podkreślmy, że chodzi o sprawę ewidentną, o jasne złamanie prawa chroniącego związkowców. Nikt nam nigdy nie zarzucił złej pracy. Przeciwnie, czasami dostawaliśmy nagrody. Nie mamy na koncie żadnego nadużycia, nic podobnego. Pomyślmy zatem, co musi dziać się w sprawach mniej jednoznacznych? I ile one muszą trwać?

Czyli nie tylko można wyrzucić związkowców z pracy, ale i cała sprawa ich walki z taką decyzją odbywa się później w żółwim tempie. De facto zatem ochrona związkowców nie istnieje, jest fikcyjna.

Jest oczywistą fikcją. Trzeba to powiedzieć wyraźnie: nasze państwo nas oszukało i zostawiło na lodzie.

Warto dodać, że trzy tygodnie później na podstawie dokładnie tego samego scenariusza zwolniono z pracy dziesięciu związkowców z Castoramy. Brała w tym udział ta sama kancelaria prawna, która pomagała Genpact w wyrzucaniu nas na bruk.

Zapytam wprost: z czego żyjecie przez ten kawał czasu? Bo przecież to jest sedno sprawy dla zwykłego człowieka i pracownika – środki do życia.

Po tych bulwersujących sprawach – naszej i kolegów z Castoramy – Komisja Krajowa „Solidarności” uruchomiła Fundusz pomocowy dla represjonowanych i szykanowanych związkowców. Otrzymujemy z niego co miesiąc pożyczkę, którą spłacimy, jeśli zostaniemy przywróceni do pracy i pracodawca wypłaci nam odszkodowanie z tytułu nielegalnego zwolnienia.

Dzięki wsparciu z Funduszu „Solidarności” mamy za co żyć. Gdyby nie te pieniądze, mielibyśmy znikome szanse na kontynuowanie działalności związkowej w korporacji, z której nas wyrzucono. Nagłaśnianie całej sprawy, dopominanie się o swoje prawa, przygotowywanie pism do instancji – wszystko to pochłania wiele energii. W przeciwnym razie musielibyśmy zarabiać na chleb, nie mając czasu i sił na walkę o sprawiedliwość.

Bardzo ciekawa i wartościowa inicjatywa, solidarność przez małe „s”. I zupełne przeciwieństwo liberalnych demagogicznych wywodów, że związki to wygodne posadki dla darmozjadów, biurokratów itp.

Liberałowie niejednokrotnie udowodnili, że w wojnie psychologicznej, jaką toczą przeciwko organizacjom powołanym do obrony interesów ludzi pracy, nie cofną się przed żadną manipulacją. Nie tak dawno adoratorzy Balcerowicza i Sorosa mamili opinię publiczną groźbą fali zwolnień, która miała wznieść się wysoko z powodu ograniczenia handlu w niedzielę. Co się ostało z tych prognoz? Nic. W sklepach widzimy pokaźny kontyngent pracowników z Ukrainy, bo polskich rąk do pracy w handlu już nie wystarcza. Przykłady można by mnożyć. Arsenał dezinformacji liberałów jest nieprzebrany.

Opowiedział Pan o przebiegu całej sprawy, wciąż nierozstrzygniętej, pełnej niezbyt optymistycznych wątków i etapów. Chciałbym na koniec zapytać, w ramach podsumowania, o szersze refleksje po tych latach aktywności związkowej, po założeniu związku w korporacji, czyli na bardzo trudnym terenie, po szykanowaniu was i po długotrwałych i wciąż niezakończonych bojach formalnoprawnych.

Niebawem minie sześć lat od powołania do życia pierwszego związku zawodowego w korporacji biurowej w Krakowie – stolicy europejskich korporacji. Przyszło nam działać w skrajnie niesprzyjających warunkach. I chociaż ze stągwi rozczarowań zaczerpnęliśmy obficie – konsekwentnie dążymy do wytyczonego celu. Na pierwsze miejsce wysuwamy zakaz zwalniania osób szczególnie chronionych. Bez tego nawet nie ma co myśleć o krzewieniu związków w korporacjach i ulżeniu doli proletariatu biurowego.

Rzecz druga – podwyżki wynagrodzeń, dodatkowe świadczenia i wszystkie inne korzyści, jakie wywalczy związek, powinny przysługiwać wyłącznie jego członkom. Tak jak to jest w krajach skandynawskich. Podobne rozwiązanie zachęciłoby do wstępowania do związków i zakończyło bierność. U nas o poprawę sytuacji biją się nieliczni związkowcy. Nieliczni – więc z mniejszą perspektywą powodzenia. Ci odważni społecznicy ryzykują, narażają się, wystawiają na szykany i nieprzyjemności. Oprócz tego opłacają składki członkowskie. A gdy coś wywalczą, profity zbierają wszyscy, także osoby obojętne, niezainteresowane. W tej liczbie również i ci, którzy utrudniają działanie związku, sabotują wysiłki podejmowane przez aktyw.

I wreszcie trzeci – bodaj najważniejszy – obszar do poprawy to społeczna świadomość. Pracownicza Polska musi zrozumieć, że związki wspierają pracowników i walczą z samowolą pracodawców, że razem jesteśmy silniejsi. Po trzydziestu latach zatruwania umysłów neoliberalnym jadem, w postawach społecznych dominuje model indywidualistyczny. W ustroju apoteozy wyzysku zdążyło wyrosnąć całe pokolenie. Pracownicy przeważnie nie znają już innego rozwiązania niż jednostkowa poprawa swojego położenia. Jest to widoczne chociażby w przypadku półrocznych lub rocznych rozmów oceniających funkcjonowanie pracownika. A jeszcze wyraźniej podczas negocjacji z pracodawcą, tak zwanej rozmowy jeden na jeden. Przy czym ta nazwa niekiedy bywa myląca, bo po stronie pracodawcy nierzadko zasiada nie jedna osoba, lecz różnego rodzaju doradcy, prawnicy, fachowcy. Wszyscy ci ludzie mają wprawę w negocjacjach, znają sztuczki erystyczne i emocjonalne, nierzadko korzystają ze specjalnych szkoleń. Po drugiej stronie stołu zasiada osamotniony podwładny. Tu nie ma żadnej równowagi sił, nawet teoretycznej. Zilustrowałem ten fenomen na podstawie przeżyć mojego holenderskiego kolegi. W pojedynkę nie ugrał nic. Jedyną szansą na poprawę bytu okazała się zmiana pracodawcy. Jak często będziemy ich zmieniać?

Ludziom pracy najemnej należy wpoić podstawową prawdę. Zorganizowani w skupieniach demokracji pracowniczej uzyskują zupełnie inną rangę. Stanowią faktyczną przeciwwagę dla sił i interesów pracodawców. Tylko pod tym warunkiem mogą cokolwiek wywalczyć i istotnie polepszyć swój los. W godzinie zwątpienia, w chwilach najtrudniejszych dla walczących o godność i sprawiedliwość towarzyszy z działu obsługującego u nas Konica Minolta, zagrzewałem ich do wytrwania zwięzłym hasłem: zjednoczeni wygramy! Tracących nadzieję przekonywałem, że nie ma pracodawcy będącego w stanie pokonać zjednoczone zastępy ludzi pracy.

Utworzyć jedną pięść! Oto zadanie dla ruchu związkowego.

Dziękuję za rozmowę.

Zawiercie, 11 sierpnia 2021 r.

Gotowi na przyszłość?

Miało być tak pięknie. Więcej. Lepiej. Szybciej. Taniej. Zamożniej. Wygodniej. PKB wyłącznie w górę. Rozwój – cokolwiek to oznacza – też. Zawsze do przodu. Nigdy wstecz. Bez skutków ubocznych. Jak w cudownym perpetuum mobile.

Inaczej uważali tylko szaleńcy, oszołomy, świry, histerycy, czarnowidze, demagodzy – i tak dalej. W głównym nurcie debaty publicznej niemal wszystko przedstawiano w różowych barwach. Żyliśmy w ponoć najdoskonalszej formule gospodarczej – wolnorynkowym kapitalizmie; w rzekomo najlepszym z możliwych systemów politycznych – demokracji liberalnej.

No cóż, jak mawia ludowa mądrość wypowiadana z przekąsem: tak dobrze żarło, ale zdechło. Wielki kryzys finansowy przełomu pierwszej i drugiej dekady nowego tysiąclecia. Narastający kryzys ekologiczny/klimatyczny. Kryzysy migracyjne i destabilizacje całych regionów, tym razem całkiem nieodległych od „cywilizowanego świata”. Pandemia zabiła setki tysięcy, dotknęła setek milionów, wystraszyła miliardy, zatrzymała całe branże, zmiotła wiele dotychczasowych pewników. To tylko kilkanaście lat, a optymistyczna wizja prysła jak bańka mydlana, choć podżyrowały ją podobno najtęższe umysły naszej epoki, doskonali analitycy i znakomici wizjonerzy.

Stało się tak, jak zwykle bywa z reklamami samochodów: na ekranie świetnym, niezawodnym autem mkniesz przez malownicze lasy i góry nowiutką szosą – a w realu stoisz w długim korku, śmierdzi spalinami, za oknem szarobure miasto lub ekran akustyczny, a po wjechaniu w jedną z setek dziur w asfalcie musisz odwiedzić mechanika.

Skończyło się zatem twardym lądowaniem. W szarej rzeczywistości coś się poprawia, ale i coś pogarsza. Są nowe gadżety i nowe choroby. Misje na Marsa i katastrofa klimatyczna na Ziemi. Wielkie apartamenty w teledyskach i 40-letnie kredyty na klitkę w deweloperskim bloku z półtoragodzinnym dojazdem do centrum. I coraz szybsze tempo kumulacji problemów.

Niniejszy numer „Nowego Obywatela” poświęciliśmy pytaniu, czy Polska jest przygotowana na wyzwania przyszłości. Oczywiście nie udało się w jednym numerze opisać wszystkich ważnych kwestii – wiele innych już gościło na tych łamach, a inne zagoszczą wkrótce – ale i tak jest ich sporo. Od zmian klimatycznych i suszy, przez gospodarkę, sytuację pracowników, transport, starzenie się populacji, po bezpieczeństwo militarne i naszą pozycję w świecie. Niekoniecznie są to wizje pokrzepiające. Ale chowanie głowy w piasek nie załatwia niczego. Już to przerabialiśmy.

W numerze mamy także dwa mniejsze bloki tematyczne. Jeden z nich dotyczy kaczyzmu – założeń, roli i przyszłości ideologii, która ma spory wpływ na Polskę. Drugi to obszerne rozmowy o ciemnych stronach największych podmiotów handlowych w Polsce – Żabki i Biedronki. I jeszcze kilka tekstów na inne tematy. Uzbierało się tego wszystkiego sporo – ponad 20 stron więcej niż w dotychczasowych numerach.

Zapraszam do lektury!

Remigiusz Okraska

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – zajrzyjcie proszę tutaj.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Dziwne oblicza antyfaszyzmu

Dziwne oblicza antyfaszyzmu

Jeszcze przed kilkoma laty funkcjonował w zupełnych literackich i politycznych niszach. Całkiem niedawno znalazł sobie specjalizację rezonującą wśród liberalnej opinii publicznej: (anty)faszyzm. „Bada”, „analizuje” i „opisuje” skrajną prawicę i wszystko, co za nią uzna. Opiniuje, poucza, naucza, ocenia, rozlicza, wskazuje, gdzie jest dobro, a gdzie zło oraz kto błądzi. Audytorium ma trochę spod znaku antypisowsko-liberalnej opozycji, a trochę z okolic liberalnej lewicy. Przyjrzyjmy się zatem tej postaci równie wnikliwie jak on sam lubi to robić wobec innych.

Wiemy już z odkrywczych tekstów badacza, że Korwin-Mikke czy Braun mają ponure poglądy, a jakiś marginalny faszol wygadywał bzdury. Mało jednak wiadomo, poza autoreklamą, kim jest, co głosił i porabiał sam badacz. Całkiem niedawno, bo zajmiemy się jego wywodami i zachowaniami nie z odległych czasów, lecz z ostatnich lat, czyli okresu, kiedy bohater tego tekstu, rocznik 1982, przekroczył trzydziestkę i zbliżał się do czterdziestki. Naukowiec, moralista, dziennikarz. Oto Przemysław Witkowski i jego poczynania.

Kilka słów o metodach

Najpierw rzućmy okiem na metody badawcze i dziennikarskie. Bo badacz lubi chwalić się rzetelnością, a tu i ówdzie uchodzi za eksperta.

Gdy na początku roku 2017 zmarł Zygmunt Bauman, na łamach „Vice” Witkowski pożegnał go tekstem pt. „Jak wypaliłem papierosa z Zygmuntem Baumanem”. Opisał tam m.in. swoje relacje z niedawno zmarłym naukowcem. Ex-żona Witkowskiego, poetka Ilona Witkowska, stwierdziła w internecie, że były małżonek przypisał w tym tekście samemu sobie udział w części zdarzeń, w których brał udział nie on, lecz ona, i które znał tylko z jej opowieści.

W marcu 2019 na portalu oko.press Witkowski opublikował tekst poświęcony politycznej przyszłości i sojuszom Agrounii dowodzonej przez Michała Kołodziejczaka. Zastanawiał się, czy Agrounia „skręci w lewo czy w prawo”. Tekst jest w całości poświęcony tematowi bieżącemu. Zawiera wypowiedzi Kołodziejczaka, opatrzone wzmiankami Witkowskiego: „opowiada”, „mówi mi z goryczą w głosie”, „podsumowuje twardo”, „mówi wzburzony”, „odpowiada mi” itd. Niby zwykłe zabiegi dziennikarskie, ale sugerujące, że rozmowa miała miejsce niedawno i została przeprowadzona na potrzeby tego konkretnego tekstu dla oko.press na konkretny temat. Problem w tym, że Witkowski w tym czasie w ogóle nie rozmawiał z Kołodziejczakiem. Odbył z nim rozmowę na potrzeby wywiadu dla „Krytyki Politycznej” znacznie wcześniej, bo w lipcu 2018, czyli dziewięć miesięcy przed powstaniem „bieżącej analizy”. Stamtąd pochodzi część cytatów – bez wzmianki, gdzie były pierwotnie publikowane i jak dawno temu.

Całej sprawie dodaje smaczku fakt, że w tym samym czasie, gdy Witkowski napisał „bieżącą analizę” na podstawie rozmowy sprzed wielu miesięcy, dla oko.press powstał faktycznie bieżący i aktualny wywiad z liderem Agrounii, zamówiony przez redakcję tego portalu. Michał Kołodziejczak udzielił długiego wywiadu dla oko.press innej osobie, po czym ze sporym zdziwieniem zarówno on sam, jak i autorka rozmowy odebrali fakt, że w oko.press nie ukazał się autoryzowany przez niego wywiad, lecz tekst Witkowskiego ze starymi wypowiedziami. Redakcja oko.press, poinformowana o metodach dziennikarskich Witkowskiego, kontynuuje z nim współpracę do dzisiaj, a ówczesny aktualny wywiad z Kołodziejczakiem nie ukazał się nigdy na tamtym portalu (ostatecznie opublikowało go inne medium). Jest to zadziwiające w przypadku redakcji, która publicznie podkreśla swoje standardy dziennikarskie oraz stawianie na fact checking.

Gdy latem roku 2020 ukazała się książka Witkowskiego o Romach, została ona opatrzona rekomendacją autorstwa Lidii Ostałowskiej, znanej reportażystki, autorki tekstów także o tej zbiorowości. Ostałowska zmarła 21 stycznia 2018 roku. Witkowski w rozmowie nagranej z okazji spotkania we Wrocławiu w dniu 22 sierpnia 2018 r., czyli 8 miesięcy po śmierci Ostałowskiej, oznajmiał: „Teraz napisałem książkę […] historię Romów”. Trudno zatem uznać, że autorka rekomendacji miała możliwość przeczytania ostatecznej wersji tego, co rekomenduje. Etyczny wymiar takiego zabiegu oceni każdy samemu.

Na niekompatybilność tych dwóch dat zwróciła uwagę w niedawnej debacie z Witkowskim ekspertka ds. cyganologii dr Emilia Kledzik. Ona oraz prowadząca debatę Katarzyna Czarnota poddały fachowej krytyce wywody Witkowskiego. Poczynając od nieumiejętności sprecyzowania i zdefiniowania tematu, przez dobór przestarzałych, amatorskich i tendencyjnych źródeł oraz pomijanie nowszych, fachowych i demaskujących wiele archaicznych mitów nt. Romów, a także fałszywe informacje („przykro mi to stwierdzić, ale tego typu rzeczowych błędów ta książka jest pełna” – podsumowuje dr Kledzik), a kończąc na tym, że Witkowski w odniesieniu do własnej książki noszącej podtytuł „Polityczna historia Romów” twierdzi, że nie jest to książka romologiczna. Obie uczestniczki debaty wskazują także, iż Witkowski bezkrytycznie operuje archaiczną literaturą pełną mitów, rasistowskich i innych uprzedzeń wobec Romów sporo dekad po wydaniu tych książek i po zdezawuowaniu ich wymowy przez naukowców. Film ten jest w zasadzie miażdżący dla Witkowskiego w roli naukowca. Polecam obejrzeć całość, bo to merytoryczny nokaut.

Alko-agresja

W grudniu 2017 roku, ledwie nieco ponad trzy lata temu, w sobotę nad ranem do pewnego wrocławskiego mieszkania wchodzi pijany osobnik. To Przemysław Witkowski. Od pewnego czasu mieszka w Warszawie. Swoje wrocławskie mieszkanie wynajmuje innym, ale posiada do niego klucze, którymi teraz otwiera lokal. Najemcy to jego kolega Robert z partnerką Karoliną. Są w mieszkaniu, zaskoczeni przybyciem niezapowiadanego gościa, tym bardziej w takim stanie upojenia oraz o takiej porze.

W listopadzie 2019 roku Karolina opisała mi całą historię. Wynajęli mieszkanie od Witkowskiego, oczywiście odpłatnie, ale przez dłuższy czas nie otrzymali umowy najmu. Pomijając ogólny aspekt formalnoprawny tej sprawy (choć przypomnijmy, że Witkowski deklaruje się jako lewicowiec), w pewnym momencie Karolina potrzebowała takiego dokumentu z powodu konieczności udokumentowania kosztów życia w celu ubiegania się o stypendium socjalne na studiach. Zapytała Witkowskiego o umowę. „Potwornie się obruszył i od czasu, kiedy go o tę umowę poprosiłam, zupełnie zmienił swój stosunek do nas – a co ważne, wcześniej się z moim chłopakiem bardzo blisko kumplowali” – relacjonowała mi.

Wspomnianego dnia Witkowski bez zapowiedzi odwiedził lokatorów zupełnie pijany. „Ledwo był w stanie cokolwiek powiedzieć” – wspominała dziewczyna. „Próbowaliśmy go wyprosić, ale też nie chcieliśmy się z nim szarpać przy otwartych drzwiach, żeby nam koty nie pouciekały, on wlazł do środka, położył się w salonie na łóżku i oświadczył, że on tu zostaje i że teraz tak będzie częściej. Znaczy wybełkotał”. Lokatorzy stwierdzili, że wobec tego wrócą do innego pokoju spać, a w międzyczasie Witkowski nieco wytrzeźwieje i zapewne zrozumie niestosowność takich zachowań oraz sobie pójdzie. Po kilku godzinach stwierdzili jednak, że nadal przebywa w mieszkaniu. Po sugestii, iż powinien je opuścić, zaczął, jak relacjonuje Karolina, „robić się agresywny”. Wobec niemożności polubownego załatwienia sprawy najścia, dziewczyna postanowiła wezwać policję: „zadzwoniłam na 112 i jak on usłyszał, że przyjedzie patrol, to natychmiast uciekł”.

Początkowo Witkowski przeprosił lokatorów, więc uznali, że wyciągnął ze swojego zachowania rozsądne wnioski. Szybko okazało się jednak, że niekoniecznie. „Kilka tygodni później od znajomych z Poznania, związanych z Rozbratem [znany skłot i alternatywne centrum kultury Rozbrat – przyp. aut.], słyszę, że Witkowski opowiada o mnie jakieś niestworzone historie – że przyszedł do swojego mieszkania, chciał przenocować, a ja otworzyłam mu drzwi i z miejsca zadzwoniłam po policję, a on musiał uciekać. I Witkowski jeździł po Polsce i opowiadał tę historię, dodając, że jaka ze mnie anarchistka, skoro dzwonię na policję. Poznań nie miał żadnych wątpliwości, które z nas mówi prawdę, a Witkowski zrobił nam niesamowitą awanturę, że jesteśmy wobec niego nielojalni. No i tak się skończyła nasza z nim znajomość” – wspominała w rozmowie ze mną Karolina.

35-letni naukowiec, związany z poważnymi instytucjami dydaktycznymi, mediami i środowiskami politycznymi – m.in. Uniwersytetem Wrocławskim, Collegium Civitas i „Krytyką Polityczną” – bardzo pijany nachodzi lokatorów, urządza awanturę, opuszcza mieszkanie dopiero po wezwaniu policji, a następnie oczernia ofiary najścia w ich środowisku politycznym. I po pewnym czasie blokuje Karolinę na Facebooku.

Do całej sprawy Witkowski przyznał się publicznie pod koniec września 2020 roku, czyli po prawie trzech latach, na swoim profilu facebookowym. W międzyczasie Karolina opisywała pobieżnie całe zdarzenie na kilku lewicowych grupach facebookowych. Rzecz stała się znana w środowiskach niszowej lewicy. Witkowski zabrał głos publicznie po tak długim czasie, stwierdzając o sprawie, że „ostatnio rezonuje ona w komentarzach w internecie i w prywatnych rozmowach”. Na swoim profilu facebookowym przedstawił jednak całość w sposób zupełnie inny. Wedle jego relacji rzeczywiście był pijany, miał problem z nadużywaniem alkoholu, wskutek pijackiej pomyłki nie zapowiedział swojej wizyty w mieszkaniu wynajętym lokatorom. I w zasadzie tyle. Komercyjny wynajem lokalu mieszkalnego deklaratywny lewicowiec nazwał „użyczeniem (za opłatą)”. Nie wspomniał ani słowem o tym, że zachowywał się agresywnie i że właśnie to było przyczyną wezwania policji. Nie wspomniał też ani słowem, że tygodnie po samym wydarzeniu oczerniał lokatorów w ich środowisku politycznym. Że zarzucał im „brak lojalności” po tym, jak odpierali jego fałszywe zarzuty wobec nich.

Cała facebookowa opowieść Witkowskiego o tej sprawie nie tylko była pozbawiona zasadniczych informacji. Szybko także zamieniła się w festiwal masowej publicznej nagonki na Karolinę i Roberta. W mnóstwie komentarzy można było przeczytać wyśmiewające, szydercze lub agresywne opinie, że co to za przyjaciele, którzy zamiast przygarnąć niezapowiedzianego gościa sobotnim wczesnym porankiem do „użyczonego” mieszkania, wezwali bez powodu policję. Witkowski takie komentarze polubiał

lub nie kasował ich (np. takiego o treści: „Ale z nich bufony nadęte”), choć były sprzeczne z prawdą i obraźliwe dla Karoliny i Roberta. Opowieść Witkowskiego stała się okazją do nagonki na ofiary najścia agresywnego pijanego człowieka – nie na jego sprawcę. Zwracała na to uwagę jedna z komentatorek

Po opublikowaniu tamtych wywodów, Karolina napisała na swoim profilu facebookowym o tym, co Witkowski pominął: że był agresywny, że całość trwała kilka godzin, że z powodu jego zachowań „baliśmy się o bezpieczeństwo swoje i naszych zwierząt”. Karolina odnotowała także, iż jest zablokowana i nie może skomentować wersji Witkowskiego, co pod jego wpisem zaczęły podkreślać inne osoby, więc ostatecznie została odblokowana. Napisała wówczas w dyskusji pod postem Witkowskiego: „wezwałam policję, kiedy o piątej rano bez uprzedzenia do mieszkania, w którym mieszkałam od już chyba roku wszedł pijany człowiek. I nie, nie zrobiłam tego dlatego, że tam wszedł i zasnął, tylko dlatego, że po kilku godzinach był wobec mnie i mojego partnera agresywny i zwyczajnie bałam się o swoje bezpieczeństwo. I bardzo chciałabym na tym zakończyć ten ściek, który się tu wylewa pod adresem moim i mojego partnera”.

W zasadzie jedyną osobą rozpoznawalną publicznie, która w dyskusji pod wpisem Witkowskiego zabrała głos krytycznie, była Beata Siemieniako, prawniczka dopominająca się o prawa lokatorów, autorka książki o przekrętach związanych z reprywatyzacją i wynikających stąd ludzkich krzywdach:

Jakie wnioski wyciągnął Witkowski z całej sytuacji? Takie, że pisze per „alkopatola” o ludziach nienadużywających alkoholu lub szydzi z komentatorów z prawicy, którzy jakoby coś napisali pod wpływem alkoholu.

No tak, gdy całkiem niedawno ktoś zupełnie pijany nachodził lokatorów, awanturował się i uciekał dopiero po wezwaniu policji, w sam raz nadaje się do opiniowania tego, że dorośli ludzie sfotografowali się z piwem, a inni napisali coś bełkotliwego na Twitterze.

Mowa nienawiści

Tego typu zachowania i wywody raczej nie zszokują nikogo, kto miał okazję obserwować wypowiedzi Witkowskiego przy różnych okazjach. Wystarczy spojrzeć na przykłady:

Nic dziwnego, że o Witkowskim pierwszy raz zrobiło się publicznie głośniej właśnie z powodu wulgarnego języka. Na początku maja 2018, niespełna trzy lata temu, napisał o „bezmózgu z Anglii”. O kim tak napisał? O podtrzymywanym przy życiu ciężko chorym chłopcu, Alfiem Evansie, którego losy poruszyły miliony ludzi na całym świecie. Napisał to wkrótce po śmierci dziecka. Dołożył do tego spiskowe rojenia o tym, jakoby sprawa głośna i wzbudzająca emocje w wielu krajach miała… „przykryć” jeden z protestów społecznych w Polsce: 

Wypowiedź Witkowskiego odbiła się szerokim echem. Oburzeni komentatorzy domagali się wyciągnięcia konsekwencji m.in. od publicznego pracodawcy Witkowskiego, czyli Uniwersytetu Wrocławskiego. Bo warto pamiętać, że autor tych wszystkich wybryków i wypowiedzi żyje od lat m.in. za nasze, tj. podatników, pieniądze. Po fali krytyki Witkowski ostatecznie przeprosił za swoją wypowiedź i skasował post o zmarłym dziecku.

Bynajmniej nie zaprzestał agresywnych wypowiedzi. Wykładowca uniwersytecki tak oto komunikuje się z odbiorcami swego profilu facebookowego np. w grudniu 2020:

i tak w tym samym czasie pisze o innych

a nawet w podobny sposób opiniuje Slavoja Žižka:

Oczywiście sam jest niezwykle wrażliwy i delikatny w kwestii nieładnych słów pod jego adresem:

Kiedy(ś) szambo wybije?

Pod koniec sierpnia 2020 roku napisał do mnie znajomy lewicowy komentator i naukowiec. Zrobił to à propos jednej z facebookowych dyskusji o innej postaci z tego środowiska – dyskusji na temat niestosownych zachowań wobec kobiet. Stwierdzał: „z kilku źródeł wiem, że na Witkowskiego też są grube kwity. Powstawał już nawet tekst jakiś czas temu. […] o jego wybrykach słyszałem kilkakrotnie we Wrocławiu, tyle że bez szczegółów – wyłącznie, że są to rzeczy »bardzo grube« i mówiły to osoby, które nie są entuzjastkami Me too”.

Mój rozmówca informował, że cała sprawa miała zostać ujawniona przed kilkoma laty, gdy na fali akcji Me too, dokumentującej przemoc seksualną, powstał w listopadzie 2017 głośny tekst opisujący zachowania Jakuba Dymka z „Krytyki Politycznej” oraz Michała Wybieralskiego z „Gazety Wyborczej” (wspomniany Wybieralski regularnie gości na facebookowym profilu Witkowskiego – jak widać, gospodarzowi nie przeszkadzają takie wybryki).

Rozmówca twierdzi, że wówczas zachowania Witkowskiego zamierzała opisać pewna kobieta z Wrocławia. Nie doszło do tego, jak twierdzi mój rozmówca, wskutek niejasnych poczynań osób związanych ze środowiskami feministycznymi. W grę wchodzić miały prywatne znajomości i zależności między tymi osobami a Witkowskim. Mój pierwszy rozmówca zasugerował kontakt z inną osobą, która prawdopodobnie zna sprawę lepiej i z bezpośredniej relacji domniemanej ofiary. To nasz wspólny znajomy, też z kręgów lewicowych i naukowych. Obie te postaci są znane z licznych działań publicznych, długiego stażu na lewicy, nieskłonne do personalnych konfliktów, nagonek, plotkarstwa itp.

Kolejny rozmówca potwierdza, że zna domniemaną ofiarę niewłaściwych zachowań Witkowskiego – kobietę, która chciała na fali Me too opisać całą sprawę, lecz odbiła się od muru obojętności. Zna też jej relację na temat niestosownych zachowań Witkowskiego. Wymieniamy kilka e-maili o tym wszystkim. Dowiaduję się, że od domniemanej ofiary wie on, iż w grę może wchodzić więcej osób doświadczających niestosownych zachowań Witkowskiego: „Jeśli zgodziłaby się z Tobą o tym porozmawiać, to jest szansa, że przekaże kontakt do innych osób, które mają o Witkowskim opowieści – nazwijmy to – nieprowadzące do aż tak ciężkich zarzutów, ale pozostające w temacie. Słyszałem od niej o przynajmniej jednej innej”.

W trakcie wymiany e-maili on także wspomina zablokowanie ujawnienia całości: „już swego czasu miała wszystko opisać, tylko sprawa się gdzieś rozmyła m.in. przez to, że bardzo negatywnie zareagowało środowisko […], któremu zaproponowała tekst o tej sprawie”. W ostatnim tygodniu września 2020, pisze do mnie: „Ta osoba […] nie chce anonimizacji i ponoć dosłownie w ostatnich dniach wreszcie ułożyła sobie oświadczenie w całej sprawie”. Autorka chce przed przesłaniem opisu sprawy porozmawiać. „Jak się z nią widziałem, to ona (bez żadnej presji) powiedziała, że zadzwoni do Ciebie na 100% i na tej podstawie zdecyduje – miała wręcz, na ile to możliwe w takiej sytuacji, trochę entuzjazmu”. Ale domniemana ofiara nie odzywa się nigdy. W krótkim czasie z osoby chętnej publicznie i pod nazwiskiem opisać całość staje się osobą milczącą o całej sprawie i niechętną jej zrelacjonowaniu. Dzieje się to w tych samych dniach, gdy Witkowski nagle po prawie trzech latach opisuje pijackie najście w mieszkaniu, którego „użyczył” Karolinie i Robertowi.

Być może za kolejne lata Witkowski rozliczy się publicznie i z tej kwestii. A może w końcu przemówi domniemana ofiara. A może podzielą się szczegółami ludzie, którzy znają jej opowieść, lecz póki co z szacunku dla jej prywatności nie chcą relacjonować szczegółów publicznie.

Na razie wiemy, że 9 stycznia 2020 r. feministka Maja Staśko opublikowała na Facebooku post o treści: „Wczoraj Joanna Lech opisała seksistowskie zachowanie poety – ale nie wskazała, o kogo chodzi. Po tym poście pisały do niej inne poetki i krytyczki. Okazało się, że wiele z nich rozpoznało go, inne myślały o kimś innym – i w miarę im się zgadzał wzór zachowania i reakcja środowiska. Tylu jest tutaj seksistów, że trudno było rozpoznać. A sposoby ich ochrony i bagatelizacji przemocy są zawsze te same. W komentarzach pojawiło się z kolei oburzenie, że nazwisko seksisty nie zostało ujawnione. Przez całą noc rozmawiałyśmy z dziewczynami z poezji o dyskryminacji i przemocy, której doświadczałyśmy. I postanowiłyśmy postawić POETYCKĄ TABLICĘ SEKSISTÓW. Domagaliście się nazwisk? To macie”. Wśród kilkunastu nazwisk pojawia się Przemysław Witkowski. Kilku mężczyzn wymienionych na tej liście przeprosiło publicznie za swoje niestosowne zachowania. Witkowski nie odniósł się do tego publicznie nigdy.

Forsa z Kremla?

Może chociaż w kwestii ideologicznej jest to człowiek żelaznych zasad i niezwykle konsekwentny? Tak właśnie lubi się prezentować. No to przyjrzyjmy się tej działce w zaledwie ostatnich kilku latach i porównajmy deklaracje z czynami.

Jednym ze stwierdzeń goszczących w wywodach Witkowskiego jest to, jakoby skrajna prawica w Polsce i innych krajach była finansowana przez Kreml, czyli putinowską Rosję, w celach niejasnych, ale niecnych. Wedle tych opinii Kreml ma finansować w Polsce m.in. podsycanie nastrojów antyukraińskich. Być może tak jest faktycznie. Pojawiały się raporty analityków z krajów Zachodu wskazujące na takie właśnie wykorzystanie „kremlowskich pieniędzy”. Tyle że zazwyczaj mówią one także i o tym, że rosyjskie pieniądze trafiają również do antyukraińskiej i prorosyjskiej skrajnej lewicy. Tymczasem Witkowski dziwnym trafem ma na koncie kilkuletnią współpracę z właśnie takimi środowiskami lewicowymi, które swojej opcji prorosyjskiej nie ukrywają.

Portal strajk.eu powstał jesienią 2014. W jego ekipie oprócz kilkorga osób z kręgów postkomunistycznych znaleźć można ludzi z niewielkich środowisk skrajnej lewicy. Już kilkakrotnie pojawiały się wątpliwości, skąd biorą się środki na funkcjonowanie inicjatywy. Niszowy portal produkuje sporo treści, ma stały zespół redakcyjny, zatrudnia kilka osób, inni piszą tam odpłatnie, niczego nie sprzedaje, nie ma komercyjnych reklam, niemal nie zbiera środków od sympatyków, a wszystko to od lat i nie w postaci krótkiego zrywu – jest to zatem ewenement wśród mediów w Polsce. Jego twórcy są powiązani z innymi inicjatywami prorosyjskimi czy wręcz rosyjskimi. Obecny szef portalu Maciej Wiśniowski (wedle oficjalnych deklaracji to pieniądze z jego działalności gospodarczej mają finansować portal) publikuje na polskojęzycznym rosyjskim portalu Sputnik News, mającym główną siedzibę w Moskwie. Zanim powstał strajk.eu, dla kremlowskiego „Głosu Rosji” (to medium zostało rozwiązane po stworzeniu Sputnika i przejęciu przezeń jego funkcji) napisał np. reportaż z okupowanego Krymu, utrzymany w duchu mniej więcej takim, że panuje spokój i porządek, nic się złego nie dzieje. Natomiast na łamach Sputnika ubolewał w 2015, że w Polsce „Raptowny skok rusofobii nie zaczął się od 2014 roku, od Krymu i wojny na Ukrainie. Jej początek można go usytuować w okolicach 2005 r. kiedy wiadomo było, że Rosja rozpoczyna walkę o swoje, przez siebie zdefiniowane interesy. Głównym obiektem ataku stał się Władimir Putin”. Z kolei pierwsza szefowa strajk.eu, Agnieszka Wołk-Łaniewska, dziś bryluje na łamach Sputnik News. Już w 2014 zostali oni opisani przez „Newsweek” jako część środowisk prorosyjskich wpływów w Polsce.

O takim „klimacie” strajk.eu mówiła na początku roku 2016 jedna z liderek partii Razem, a dzisiaj posłanka Lewicy, Marcelina Zawisza, pracująca w strajk.eu w początkach istnienia portalu. Wszystkie te dziwne związki strajk.eu opisał portal ARB Info w obszernym tekście – portal ten powinien być dla Witkowskiego wiarygodny, bo założył go jego znajomy, Tomasz Piątek, a sam Witkowski miał wedle deklaracji twórcy portalu dołączyć do jego współpracowników. Na podobne zjawiska związane ze strajk.eu uczulał także Igor Isajew, regularnie goszczący z komentarzami na facebookowym profilu Witkowskiego.

Tyle osób wie i mówi, tylko sam tropiciel „kremlowskich pieniędzy” niczego nie zauważył. Witkowski regularnie współpracował ze strajk.eu przez długi czas. Jego teksty pojawiły się tam kilka miesięcy po uruchomieniu portalu, pierwszy prawdopodobnie w lipcu 2015. Pisywał tam przez cztery lata.

 

W tym samym czasie na portalu można było regularnie przeczytać m.in. wywody, że na Majdanie być może strzelali do protestujących ich polityczni sojusznicy (opowieści te opublikowano kilka miesięcy po tym, jak Witkowski na strajk.eu zamieścił swój pierwszy tekst), że masakrę urządziły tamże nie siły policyjne prorosyjskich władz, lecz… prozachodnia opozycja (tekst opublikowano rok przed tym, nim Witowski zamieścił tam swój ostatni tekst). I tak dalej. Tego rodzaju wywody na portalu były liczne. Wydawałoby się, że ktoś tak wyczulony na „kremlowskie pieniądze”, knowania Putina i antyukraińskość zauważy to wszystko w miejscu, w którym regularnie publikuje. Ale nie zauważył. Co tak zamgliło wzrok? Przecież chyba nie honoraria? A może chodzi o to, że zanim zaczął być jako tako rozpoznawalny w liberalnym mainstreamie z powodu „antyfaszyzmu”, takie treści wcale mu nie przeszkadzały, a następnie uznał, że mogą jednak przeszkadzać nowym współpracownikom i oferentom honorariów?

Od pewnego czasu jego autorskie teksty nie pojawiają się już na tych łamach, ale regularnie gościł jako ekspert zapraszany przez to medium jeszcze w grudniu 2019.

Rozmawiał wtedy z redaktorką Małgorzatą Kulbaczewską-Figat – zrobiło się o niej głośno latem 2020 roku, gdy wzięła udział w rosyjskiej „konferencji naukowej”, której uczestnicy przyjęli stanowisko, wedle którego ZSRR nie ponosi odpowiedzialności za… mord w Katyniu. Co prawda odcięła się od tego stanowiska, ale sam udział w takim spędzie mówi wiele o powiązaniach i sympatiach. Witkowski, oczywiście, wciąż i wciąż „nie zauważa” w strajk.eu niczego dziwnego w temacie prorosyjskość i antyukraińskość.

„Nie zauważył” też podobnych klimatów u nigdy nie kryjącego sympatii prorosyjskich i takiejże orientacji tygodnika „Przegląd”. Także i tu pisywał, co najmniej w latach 2018-2020.

Produkował tam wywody typu: „Razem to partia z marzeń Jarosława Kaczyńskiego. Jednocześnie antykomunistyczna, patriotyczna, nawiązująca do tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej, pronatowska, antyrosyjska, bez kierownictwa rodem z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej”. Także tym razem „nie zauważył” ani antyukraińskich okładek, ani pogrywania tamże takimi wątkami.

Warto też dodać, że jeden z tekstów Witkowskiego z „Przeglądu” przedrukował za zgodą redakcji pisma wspomniany rosyjsko-kremlowski portal Sputnik News.

Nie mam pojęcia, czy strajk.eu dostaje „kremlowskie pieniądze”, zresztą nawet gdyby dostawał, to przeciętnie rozgarnięty człowiek zrobi to na tyle sprytnie, że nikt go za rękę nie złapie bez pomocy wyspecjalizowanych służb. Nie uważam też, żeby w demokracji nie było miejsca dla poglądów „prorosyjskich” czy „antyukraińskich”, choć sam takich nie podzielam. Groteskowe i dwulicowe są natomiast alarmy „antyfaszysty” w sprawie rzekomych pieniędzy z Kremla i prorosyjskich poglądów w środowiskach prawicowych, skoro on sam latami współpracuje z podobnie zorientowanymi środowiskami lewicowymi.

Fuj i be, chyba że koledzy

Witkowski w ogóle „przeocza” różne sprawy, co musi dziwić w przypadku kogoś, kto reklamuje się jako analityk, tropiciel, drobiazgowy poszukiwacz błędów i wypaczeń, czyli odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego. Tam, gdzie mu wygodniej je „przeoczyć”, robi to.

„Przeoczył” na przykład bardzo ciekawe poczynania swojego kolegi i współpracownika. Chodzi o Piotra Nowaka, związanego z wspomnianym portalem strajk.eu chyba od początku jego istnienia. Obaj regularnie mają kontakt prywatny i zawodowy, sporo „eksperckich” wypowiedzi Witkowskiego dla tego portalu, już po tym, gdy przestał tam pisać, pochodzi właśnie z tekstów Nowaka:

Ten ostatni to postać znana w środowiskach niszowej lewicy od lat z zaawansowanych praktyk tzw. trollingu, czyli produkowania w internecie treści bzdurno-obelżywych. Od pewnego czasu stonował takie zachowania, ale wciąż można się natknąć np. na takie jego przemyślenia i opinie:

Potrafi także postraszyć, gdy ktoś na lewicy ma czelność mieć odmienne zdanie:

Ale jeszcze ciekawsza jest sprawa poczynań Nowaka, który podobnie jak Witkowski reklamuje się jako konsekwentny antyfaszysta, nieskalany żadną prawicowością. Tymczasem Witkowski znowu „przeoczył”, że jego kolega miał, całkiem niedawno, związki ze skrajną prawicą. Po napaści Rosji na Ukrainę środowiska prorosyjskiej skrajnej prawicy w Polsce zorganizowały „manifestację antywojenną” pod… ambasadą Ukrainy w Warszawie. Tak, to nie pomyłka, Ukrainy – nie pod ambasadą Rosji. Akcję opisywał skrajnie prawicowy xportal. Najpierw jednak oddajmy głos samemu Witkowskiemu, który w swoich tekstach pisał: „Bartosz Bekier to prawdziwy obieżyświat. Z biurem podróży »Putin Travel« odwiedził już Syrię, Krym i Donbas. W Rosji był wielokrotnie. Były szef ONR Mazowsze i były wiceprzewodniczący partii Zmiana dziś przewodzi skrajnie prawicowej Falandze. Jego ludzie organizują zamachy terrorystyczne na Ukrainie, podszywając się pod banderowskich nacjonalistów”. Oraz: „Falanga w promocji swoich prorosyjskich stanowisk stawia też na szeroko na działania medialne. Prowadzą Xportal, Xradio, Xportaltv i Wydawnictwo ReVolta. W Xportalu znaleźć można teksty wielu faszystów”. A teraz zacytujmy wspomniany Xportal, który opowie nam o „manifestacji antywojennej” z udziałem Nowaka, kolegi Witkowskiego, w sierpniu 2014:

„23 sierpnia bieżącego roku pod Ambasadą Ukrainy w Warszawie odbyła się manifestacja antywojenna pod hasłem: »Pokój dla Ukrainy«. Punktualnie o godz. 15:00 zebrali się czytelnicy Xportal.pl oraz działacze i sympatycy Samoobrony, żeby zademonstrować swój sprzeciw wobec działań wojennych prowadzonych w ramach tzw. operacji antyterrorystycznej. Obecne też były media z Polski i zza granicy. Nad ponad setką zgromadzonych powiewały flagi Polski, powstańczych republik ludowych, organizacji biorących udział w akcji oraz zakrwawione symbole narodowe Ukrainy. […] Pierwsi głos zabrali uciekinierzy i jednocześnie naoczni świadkowie wojny – krótko opisując tragedię swoich rodzin. Następnym mówcą był dr Mateusz Piskorski, szef międzynarodowej misji obserwacyjnej na Krymie. Dr Piskorski sugerował prawdziwych inspiratorów konfliktu. Wskazał obecnym, że powinni w tym momencie znajdować się pod ambasadą USA, państwa, które jest za obecny chaos odpowiedzialne, które zamiast wysyłać leki i jedzenie, wysyła za pośrednictwem swoich politycznych satelitów kamizelki i hełmy dla ochotników z neobanderowskich organizacji. »Stiepan Bandera – pachołek Hitlera!« – takim okrzykiem rozpoczął swoje przemówienie Bartosz Bekier, redaktor naczelny dziennika »Xportal«, który m.in. przedstawił zgromadzonym relacje ze swego niedawnego wyjazdu do Donbasu oraz opowiedział o panujących tam nastrojach, jednocześnie zaznaczając konieczność zaangażowania Polaków w walkę o prawdę z jednostronnymi przekazami medialnymi. Gdy zgromadzeni zakończyli skandować antykapitalistyczne hasła – m.in. »Na pohybel oligarchom!« – głos zabrał Piotr Nowak, bloger lewica.pl, zwracając uwagę na ekonomiczne i klasowe aspekty oraz skutki tej wojny [podkreślenie moje – R. O.]. W dalszej kolejności Jacek Kamiński odczytał »Manifest Ludowego Frontu Wyzwolenia Ukrainy, Noworosji i Rusi Przykarpackiej«”.

Całość można przeczytać tutaj. Warto dodać, że wspomniany w tekście Jacek Kamiński to były działacz skrajnie prawicowego Narodowego Odrodzenia Polski. Dziś można na jego wywody regularnie natrafić – co za niespodzianka – na portalu strajk.eu.

Witkowski, który w razie potrzeby wypomina innym choćby i po 20 latach jakiekolwiek niewielkie czy taktyczne formy współpracy z prawicą, wybacza to samo swoim kolegom wspaniałomyślnie już po latach zaledwie kilku. Sam zresztą ortodoksem tego typu jest od niedawna. Przy okazji psioczenia na „zmanierowaną i gnuśną” Europę i jej młodzież pisał, powołując się na Mao Tse Tunga: „Nie ma się więc co dziwić, że jak przyszło co do czego i władza razem z kapitałem zamachnęły się na wolność internetu, to musiałem paradować w jednej demonstracji z Robertem Winnickim. Przeciw ACTA stanęli wszyscy młodzi, od skrajnego prawa, po skrajne lewo, tak niewiele zostało rzeczy dla europejskiej młodzieży ważnych. Skręcić lolka, mieć gastro, pozamulać przed serialem czy filmem – to rozrywka naszego pokolenia”.

Wielką wyrozumiałość widać świetnie także wtedy, gdy Witkowski w drobiazgowych „analizach” dziejów skrajnej prawicy w III RP przemilcza współpracę sporej części skrajnej lewicy z ex-sojusznikami skrajnej prawicy. Ponad 13 lat temu opisałem, że liczni ludzie ze środowisk skrajnie lewicowych gremialnie porzucili wybrzydzanie na sojuszników faszystów i w imię kilku miraży i złotówek nagle zapałali miłością do środowiska politycznego, które do Polski zapraszało i podejmowało z honorami zastępcę Le Pena we Froncie Narodowym, zawiązywało koalicje wyborcze z Narodowym Odrodzeniem Polski oraz jednym ze swoich liderów czyniło człowieka bliskiego Radiu Maryja. Odsyłam po szczegóły do tamtego tekstu. Wśród opisanych tam inicjatyw można znaleźć wielu ówczesnych i dzisiejszych kolegów i stronników Witkowskiego. I jego wydawców.

Mój wydawca jest „antysyjonistą”

Wydawcą obu książek Witkowskiego jest oficyna Książka i Prasa (wydała je w 2017 i 2020), środowisko dość specyficzne w swej lewicowości. Kto kliknął w poprzedni link, ten miał okazję poznać m.in. jedną z prominentnych postaci tej ekipy, Zbigniewa Marcina Kowalewskiego – człowieka, który w lewicowych publikacjach bez zbytniego krytycyzmu opisywał takie organizacje, jak… ukraińska nacjonalistyczna formacja UPA czy amerykański Nation of Islam znany m.in. z szalonych teorii antysemickich. Były one wedle niego a to „narodowowyzwoleńcze”, a to pełniły ważne role w dziele politycznego uświadomienia Czarnych w USA. Kowalewski był także jednym z czołowych ideologów wspomnianego wcześniej sojuszu skrajnej lewicy z niedawnymi oficjalnymi współpracownikami skrajnej prawicy.

Ale na tym nie koniec. W publikacjach Książki i Prasy sporo miejsca zajmował „antysyjonizm”. Nie chodzi jednak po prostu o krytykę państwa Izrael i jego polityki, dość częstą w lewicowych publikacjach na całym świecie. Chodzi o tak bzdurne i odrażające wywody i generalizacje na ten temat, że trudno pojąć, co w ogóle robiły one na lewicowych łamach. Gościli tam m.in. autorzy znani ze współpracy z neofaszystami, mający na koncie wywody o „światowej konspiracji syjonistycznej” czy „micie Holocaustu”, publikowani w Polsce także przez skrajną prawicę, głoszący zupełnie odlotowe teorie spiskowe itp. Opisaliśmy to obszernie i z licznymi cytatami już w roku 2008 w tekście „Moczar – reaktywacja?” – zachęcam do jego lektury.

Nie byliśmy wszakże pierwsi – na brednie te zwracali uwagę m.in. naukowcy z Żydowskiego Instytutu Historycznego i zarazem działacze lewicy, a jako bodaj pierwszy pisał o tym Michał Bilewicz w czasopiśmie „Słowo Żydowskie”. Ten ostatni występuje dziś w audycjach radiowych razem z Witkowskim i też zwalcza faszyzm i uprzedzenia, więc wydawałoby się, że Witkowski powinien posłuchać starszego i bardziej doświadczonego kolegi, i trzymać się z dala od Książki i Prasy. No ale znowu dziwnym trafem coś „przeoczył” i znowu akurat wtedy, gdy prywatny interes (publikacja własnych książek) wszedłby w kolizję z czujnością i drobiazgowością „antyfaszystowską”, przejawianymi przy innych okazjach.

Nie tylko zresztą z tymi „antysyjonistami” trzyma się Witkowski. Jednym z bohaterów naszego tekstu z 2008 roku był Paweł Michał Bartolik. Ten z kolei propagował tezę, że Mossad był poinformowany o przygotowaniach do zamachu na World Trade Center, ale nie zapobiegł im. Był także jednym z orędowników wspomnianej współpracy skrajnej lewicy z ex-sojusznikami neofaszystów. Produkował na nieistniejącym już portalu Viva Palestyna wywody typu: „Dlatego właściwym jest całkowicie antysyjonistyczne stanowisko, uznające, że Izrael nie miał prawa powstać, gdyż jego powstania nic nie usprawiedliwia; stanowisko, które uznaje to państwo za niewarte i niegodne przerażającej ceny, jaką przyszło zapłacić regionowi i całemu światu za utrzymywanie tego rasistowskiego reżimu. /…/ gdy David Irving jest /…/ ścigany przez policje dziesiątek krajów i musi mierzyć się z pozwami sądowymi i aresztowaniami, podobni mu w swej istocie negacjoniści syjonistyczni mają co najwyżej problem z tym, że czerwony dywan, który przed nimi rozwinięto na lotnisku, był o zgrozo zakurzony”. Dzisiaj autor tych wywodów gości na facebookowym profilu Witkowskiego:

 

Antyfaszyzm na Bosaka

Od Witkowskiego nie można się doczekać elementarnej spójności nawet w antyfaszyzmie. Przez kilka lat pisze teksty na temat „zwalczania faszyzmu”. Jednym z głównych czarnych charakterów jest w nich nieodmiennie środowisko z okolic dawnego Ruchu Narodowego i inicjatyw Korwin-Mikkego, a następnie, po zjednoczeniu się tychże, Konfederacja. Chyba z połowa antyfaszystowskich wywodów Witkowskiego dotyczy tych środowisk. I co?

Przed drugą turą wyborów prezydenckich w roku 2020 redakcyjny kolega Witkowskiego z „Krytyki Politycznej”, Michał Sutowski, pisze tekst pt. „Prezydencki Paryż wart jest konfederackiej mszy”. Przekonuje w nim, że aby pokonać Dudę, jego kontrkandydat Trzaskowski musi pozyskać wyborców Krzysztofa Bosaka z pierwszej tury, że połowa z nich wedle badań sondażowych może zagłosować „właściwie” i że należy ich do tego zachęcać. Sutowski przekonuje: „Ukłon Trzaskowskiego wobec skrajnej prawicy może pozwolić mu dostawić odważnik 12 lipca i przechylić szalę na korzyść opozycji. A skutki uboczne? Długofalowe? A czy coś szczególnego Trzaskowski skrajnej prawicy obiecał? I komu konkretnie? Bądźmy szczerzy, to naprawdę nie ma nic wspólnego z zapraszaniem sami-wiecie-kogo do rządowej koalicji, żeby pogonił socjalistów i komunistów, jak to kiedyś sobie umyślili nieszczęśni niemieccy konserwatyści”. Wypowiedź ta odbija się szerokim echem w środowiskach lewicowo-postępowo-liberalnych. Takie wywody to zbyt wiele nawet dla sporej liczby osób niecierpiących PiS-u, Dudy itd., to gra zbyt cyniczna, zbyt daleko posunięta i każąca zapytać, jaki ma sens walka z „faszyzmem” pisowskim za pomocą umizgów do konfederatów.

Kto przychodzi Sutowskiemu w sukurs? Otóż Witkowski. Na swoim facebookowym profilu „wyjaśnia” ludziom, którzy wzięli na serio jego antyfaszystowskie wywody o Konfederacji, że tekst Sutowskiego to nic zdrożnego, „zwykła realpolitik”:

Znów pojawia się pytanie, o co chodzi i czy przypadkiem nie o to, że Witkowski zarabia w „Krytyce Politycznej”, a Sutowski jest tam jednych z decydentów redakcyjnych.

W bardzo podobnym czasie Witkowski natomiast gromko potępia. Kogo? Osobę lub ludzi, którzy w Toruniu napisali na kampanijnej furgonetce Bosaka słowo „faszysta”. Witkowski uznał ich/jego za „durnia i sojusznika Konfederacji”:

Brzmi logicznie: Sutowski wzywający do umizgów do elektoratu Konfederacji nie jest jej sojusznikiem, jest to realpolityka, za to ludzie atakujący Bosaka w imię konsekwentnego antyfaszyzmu – są sojusznikami Konfederacji…

Gdy w październiku 2020 kłopoty z wymiarem sprawiedliwości ma Roman Giertych, a część środowisk postępowych reaguje krytycznie na branie go w obronę przez liberalny mainstream, Witkowski zabiera głos. Przyznaje, że Giertych ma ciemne karty w życiorysie, ale zasługuje na „uczciwy proces”. Taki to antyfaszyzm, bardzo czujny na cierpienia ex-lidera skrajnej prawicy, zapewne zupełnie bez związku z jego mocną pozycją w obozie obecnych „demokratów”. Bardzo wiele troski wkłada antyfaszysta w losy obecnych i dawnych skrajnych prawicowców. Oczywiście tylko wybranych. W innych przypadkach za byle bzdurkę jest gotów rozliczać 20 lat wstecz lub przekonywać, że należy wobec takich środowisk trzymać się ortodoksyjnie na ogromny dystans.

We wspomnianym wpisie o ataku na furgonetkę Bosaka, stwierdza Witkowski: „Służby dostają teraz znów pretekst do jeszcze większej inwigilacji lewicy pod pretekstem zagrożenia terrorystycznego i rozwijanie tam siatki agenturalnej”. Chciałoby się zapytać: i kto to mówi? Bowiem to właśnie Witkowski przyznał się do współpracy ze spec-służbami.

Przemysław Wallenrod

11 listopada 2020 Witkowski wprost przyznał się, że należy do „grup eksperckich” współpracujących m.in. z Policją i Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz deklarował chęć dalszej współpracy. Jego wpis facebookowy, pierwotnie publiczny, szybko przestał takim być, ale oto on:

Wcześniej Witkowski chwalił się szkoleniami dla Policji, wspominając przy tym, że interesuje się także „ekstremistami lewicowymi”. Bardzo ciekawe oświadczenie jak na kogoś, kto miał sporo kontaktów w środowiskach radykalnej lewicy.

Współpracę z ABW można oceniać różnie, ale w tym przypadku istotny jest kontekst. Otóż jest to współpraca za rządów PiS. Tymczasem gdyby na serio potraktować wywody Witkowskiego, należałoby uznać, że jakakolwiek współpraca z instytucjami podlegającymi temu rządowi to niespotykana hańba. Regularnie dowiadujemy się z facebookowych wywodów Witkowskiego, że PiS jest fatalny, PiS jest ohydny, PiS odpowiada za wiele strasznych rzeczy. A przecież ABW podlega bezpośrednio premierowi RP. Poczytajmy zatem tylko kilka wybranych spośród wielu podobnych opinii Witkowskiego o tym rządzie i jego okolicach politycznych:

Nie przeszkadza to Witkowskiemu we współpracy z ABW i z policją za rządów PiS. Oczywiście nie przeszkadzało mu też, o czym czytamy w jego oficjalnych biogramach, pobieranie stypendium Ministra Edukacji Narodowej i Sportu w roku 2006, czyli za rządów PiS.

Taka deklaratywna ortodoksja i doskonałość, a tyle od niej odstępstw, przeoczeń, niezauważeń, co za przypadek. Swoją drogą czy Polska to nie jest wspaniały kraj, skoro, jak możemy przeczytać w wywodach Witkowskiego, tyle tu wpływów prawicy, skrajnej prawicy, „faszyzowania”, bezwzględnie rządzi PiS itd., a jednocześnie jak gdyby nigdy nic prominentny antyfaszysta i gromki krytyk PiS-u współpracuje z instytucją bezpośrednio podległą premierowi z PiS.

Antyfaszystowskie teorie spiskowe

Wywody Witkowskiego to wizja niemal wszechobecnego faszyzmu. Terminów typu „faszyzm”, „neofaszyzm”, „postfaszyzm”, „skrajna prawica”, „volkizm” – używa pod adresem mnóstwa osób i środowisk, w tym i takich, które wywodzą się z lewicy czy mają od niego sporo dłuższy staż nieprawicowy. Wystarczy okazjonalna współpraca z prawicą czy wzmianka, że w wybranej dziedzinie – choćby polityce społecznej – PiS wypada lepiej od PO, żeby już być na cenzurowanym u „badacza”, przy czym „badacz” potrafi „przeoczyć” całą niepasującą mu do tej tezy część aktywności danej osoby czy środowiska. Wszystko się u niego łączy, przenika, „kolaboruje”, byle drobiazg wystarczy, aby zostać uznanym częścią „siatki” (krypto)faszystowskiej, w dodatku raz na zawsze. Oczywiście jest to dość zrozumiałe: jeśli chce się robić karierę na antyfaszyzmie, to należy faszyzm odkrywać wszędzie. Pisanie w kółko tekstów o Braunie i Korwinie może na dłuższą metę zanudzić odbiorców. Ale Witkowski ma w ogóle zamiłowanie do teorii spiskowych.

Możemy na jego facebookowym profilu przeczytać np. aprobatę dla wywodów, że ABW (ta sama, z którą Witkowski współpracuje) w głośnej przed laty sprawie zmusiła niejakiego Brunona Kwietnia, ex-działacza Narodowego Odrodzenia Polski, do planowania zamachu na budynek parlamentu za rządów PO:

W tych wywodach wtóruje mu zresztą wspomniany Wybieralski, „bohater” akcji Me too, któremu Witkowski te wywody lajkuje:

Witkowski powtarza tu wywody skrajnej prawicy, która przed laty, po aresztowaniu Kwietnia, ale także później uważała to za prowokację służb i próbę oczernienia środowisk prawicowych. Macierzysta organizacja Kwietnia, NOP, tak napisała po jego śmierci: „Operację przeciwko Kwietniowi, rozpoczętą w roku 2011, od początku inspirowała ABW, poprzez swoich działających pod przykrywka agentów próbując zmusić go wszelkimi sposobami (grożono śmiercią nawet jego najbliższym) do opracowania planów zamachu. Powód był prosty. W tym czasie bowiem krajowe służby specjalne gorączkowo szukały uzasadnienia dla korzystnych dla siebie zmian prawnych, zwiększających ich kompetencje i umożliwiających mocniejsze oplecenie Polski kontrolą bezpieki. Potrzebny był publiczny symbol uzasadniający te zmiany. Padło na Brunona Kwietnia”.

Wedle Witkowskiego spisków jest więcej. Nie tylko Brunon K. ma tajemnicze problemy i umiera w niejasnych okolicznościach. Podobnie dzieje się wedle Witkowskiego z Dawidem „Cyganem” Kosteckim:

Niezależnie od tego, jakie były faktyczne losy Kwietnia czy Kosteckiego oraz ich przyczyny, trudno zrozumieć, czemu ktoś podejrzewający ABW o tak perfidny i podły spisek, nie widzi niczego złego we współpracy z tą samą ABW. I dlaczego człowiek tak krytyczny wobec poczynań rządu współpracuje ze spec-służbami odpowiedzialnymi za ponoć tak straszne rzeczy oraz podległymi premierowi rządu podobno tak koszmarnego.

Co wolno antifa-wojewodzie…

Wszędzie tropi „odchylenie prawicowe”, „kryptofaszyzm”, „przymilanie się” do PiS-u i inne myślozbrodnie, potępia niemal każde odstępstwo od liberalno-mainstreamowego wzorca. Na jego profilu facebookowym notorycznie odbywają się połajanki pod adresem wszelkich takich „heretyków”, np. Rafała Wosia. Co innego sam Witkowski, jemu wolno.

Weźmy fragment o Unii Europejskiej z jednego z tekstów Witkowskiego sprzed kilku lat: „Paradoksalnie na więcej niż polską lewicę krytyki wobec wolnego rynku, Unii Europejskiej czy współczesnego kapitalizmu stać obecnie nacjonalistów. Pod bannerem przedstawiającym »grabarzy Polski« (Jaruzelski, Wałęsa, Balcerowicz, Kwaśniewski, Rostowski, Tusk) sam mógłbym się podpisać. Lewica ciągle boi się być naprawdę krytyczna, boi się problematyzować sfery kapitalistycznych niesprawiedliwości, jakby ciągle tłumaczyła się ze swojego istnienia, ze swojego niesowieckiego charakteru, swojej europejskości, i np. krytyka UE z jej perspektywy, poza mikrogrupą skrajnej lewicy, w zasadzie nie zachodzi. A przecież liberalny charakter tej instytucji zasługuje na krytykę absolutnie – jako skrajnie kapitalistyczna wspólnota oparta przede wszystkim na biznesie i handlu, gdzie inne tematy (gender, walka z rozwarstwieniem, prawa pracownicze, standardy demokratycznych procedur) są jakby poboczną działania tej korporacji, zmienną w czasie, na niezmiennej wolnorynkowej podstawie”.

Albo o disco polo. Po tym, jak politycy i włodarze telewizji publicznej za rządów PiS zaczęli flirtować z częścią wykonawców disco polo, na facebookowym profilu Witkowskiego można znaleźć wywody jego i jego znajomków o tym, jakie to cyniczne, jaka to ludomania, jakie obniżanie standardów itd. Znowu zatem zacytujmy Witkowskiego sprzed kilku lat: „Wprowadzona przez elity hierarchia i porządek ma między innymi na celu łatwą identyfikację, z jakiej grupy społecznej pochodzimy i napiętnowanie słuchaczy o innym, w tym kontinuum, gorszym guście. Guście, który zamiast na kontemplację porządku i harmonii, zamiast zabaw kodami i nawiązaniami ma na celu ukazanie samego nagiego życia: taniec, radość, smutek, miłość i frywolność. Zdjęcie odium z disco polo to zdjęcie odium z klasy plebejskiej; ludu, nie plebsu; to odrzucenie oceny na rzecz badania, pogardy na rzecz wysłuchania, tańca na sali balowej na rzecz wiejskiego wesela. Disco polo to tylko jedna ze ścieżek powstawania nowej muzyki ludowej, o ile taka muzyka może jeszcze powstać, nie będąc tanią podróbką dawnej, protezą. Innymi jej odnogami są płyty Kayah i Goran Bregovića czy popularność Brathanków i braci Golców, choć przecież w ich wypadku mamy do czynienia ze spreparowanym dla współczesnego słuchacza surogatem, nie z żywą kulturą. Zdecydowanie inne jest kreowane oddolnie disco polo, którego fenomen trwa, nie dość, że przy obojętności elit, wytwórni i tzw. opinii publicznej, ale w rzeczy samej jej naprzeciw. Romantyczna rewolucja, która chwilowo wyniosła ludowość na piedestał, musiała być równie szokująca dla ówczesnego establishmentu, jak dziś kilkugodzinna sesja z Disco Polo Live. Niesmak dzisiejszych elit, gdy zmuszone są odnieść się do disco polo, przypomina niesmak klasycystów skonfrontowanych z twórczością romantyków – gdzie inspiracje muzyką ludową były »grzeszne« i »pozbawione dobrego gustu i smaku«, a przemawiać miały instynkt i czucie, zaś sama twórczość nie wymagała od odbiorcy rozległej wiedzy, ale rozwiniętej sfery uczuć. […] Do jakiejkolwiek oceny tej muzyki konieczne jest wyrwanie się na chwilę z narracji »disco polo to kuriozum i żenada« (pod względem ilości kodów, prymitywizmu, wulgarności). Spojrzenie na ten styl jako na twórczość artystyczną to szansa na zrozumienie jego fenomenu. Trzeba wyrwać się z zaklętego kręgu klasistowskiego oraz podszytych wstydem i Selbsthasse potępienia i wzgardy, bo z powyższej wzgardy pozostaje tylko pozycjonowanie tych »partaczy« z założenia skazanych na bycie rozrywką dla »ciemnego ludu«, a nie realizacją szczerej potrzeby kontaktu z muzyką. […] Może warto pogodzić się z Bayer Full i Shazzą, bo to esencja współczesnej polskości – trochę przaśnej, trochę wulgarnej, trochę nieudolnie kopiującej Zachód, ale mimo wszystko to prawda o nasze epoce i jako taka wymaga co najmniej wnikliwego spojrzenia, jeśli nie stać nas na okazanie szacunku. […] Wyklęcie disco polo jako muzyki obciachowej to tylko jeden z wielu wymiarów patologizacji klasy ludowej. Wszystko, co wiąże się z tą grupą, było wulgarne, obciachowe, prymitywne, a biedni w tej narracji to nie tylko grupa roszczeniowa, której realizacja żądań może zagrozić istnieniu wypłacalnego państwa, ale także grupa, której kulturalne potrzeby i gusta mogą zagrozić sztuce wysokiej, jako prymitywne i obniżające standardy. Zamiast traktować disco polo jako to, czym rzeczywiście jest – czyli jako wesołą muzykę do tańca, picia wódki i zabawy na weselu, traktowano ją jak trąd, który dotyka polską muzykę, a słuchających tego gatunku jak zadżumionych, których najlepiej zepchnąć do getta. […] Ten gatunek muzyczny jest dzieckiem swojej epoki, swoich czasów, a Toples, Milano, Boys czy Tomasz Niecik są głosem małych miast i miasteczek, prowincji; prawdziwym. Niezależnie od tego, jak bardzo byśmy chcieli być zachodnioeuropejscy, to tu jest właśnie Polska”.

Aż chciałoby się powiedzieć, że Jacek Kurski byłby zachwycony tymi wywodami. Ale lepiej zapytać, czemu Witkowski porzucił dawne poglądy. Oczywiście tylko krowa nie zmienia zdania i tak dalej, ale tutaj wiele wskazuje, iż dzieje się tak dlatego, ponieważ inne są mody i orientacje w kręgu jego dzisiejszych odbiorców i płatników jego honorariów, więc i trajektoria tych zmian jest dość przewidywalna. Jeszcze ktoś oskarżyłby Witkowskiego za powyższe cytaty o „pisowskość”, „ludomanię”, „populizm” itp. Tak jak Witkowski oskarża bardzo chętnie i bez żadnego umiaru.

Bardzo swój człowiek

Wydawałoby się, że coś takiego powinno być łatwe do zauważenia, tym bardziej że część tych postaw to sprawy znane publicznie lub znane określonym środowiskom. Tymczasem nic z tego. Witkowski jest zatrudniony na Uniwersytecie Wrocławskim oraz w prywatnej uczelni Collegium Civitas, od niedawna wykłada także na Uniwersytecie Warszawskim. Stale współpracuje m.in. z „Krytyką Polityczną”, oko.press, od niedawna pisuje do tygodnika „Polityka”, jest zapraszany do dyskusji w Onecie czy TVN-ie. Wśród jego znajomych można znaleźć liczne osoby z polskiej elity kulturalnej i naukowej.

W świetle powyższego tekstu już nie będą mogli powiedzieć, że nie wiedzieli, z kim i czym mają do czynienia.

Remigiusz Okraska

 

Moi rozmówcy w tekście pozostali anonimowi, natomiast większość ich wypowiedzi w sprawach nieznanych szerszej publiczności ma postać pisemnych relacji pod nazwiskiem, a ich kopie zostały sporządzone i zdeponowane u prawnika współpracującego z naszą redakcją.

Nie jesteś tym, co jesz

Nie jesteś tym, co jesz

Popularny slogan mówi, że jesteś tym, co jesz. Jego użytkownicy często mają dobre zamiary. Chcą zwrócić uwagę, że jakość, rodzaj i dobór pożywienia są ważne. Dla zdrowia, samopoczucia, kondycji, ale także dla innych ludzi, zwierząt, środowiska naturalnego itp. Jednak slogan ten jest często fałszywy. Albo służy jako pałka do okładania najsłabszych.

Liberalna ideologia fałszywie przekonuje, że każdy może wszystko. Że od pucybuta do milionera. Że wystarczy tylko chcieć. Że każdy kowalem swojego losu. Że zmień pracę i weź kredyt. Jednym słowem: jeśli coś jest w twoim życiu nie tak, to odpowiadasz za to wyłącznie samemu. Nie ma miejsca na refleksję, że ludzie startują z przeróżnych pozycji, bardzo nierównych. Nie ma też miejsca na oczekiwania wobec społeczeństwa, instytucji, państwa itd. – radź sobie samemu i tyle.

Wiara w takie mity jest wygodna dla elit. Nikogo poza „samymi swoimi” nie muszą wspierać, za nic nie ponoszą odpowiedzialności, a skoro jej członkowie są na szczytach władzy i pieniądza, to widocznie w pełni zasłużenie i tylko dzięki sobie.

Tak samo jest z jedzeniem. Wmówienie ludziom, że każdy jest kowalem swojej łyżki oraz panem własnego żołądka, pozwala nie zadawać wielu pytań. Jaki ktoś posiada budżet na wyżywienie siebie i rodziny. Jaką ma pracę i realia życia. Jaka żywność jest łatwo dostępna. Co wyprawiają koncerny spożywcze i czego od nich (nie) wymaga władza publiczna. Co robią instytucje. Zamiast tego słyszymy, że ktoś jest „grubasem”, „nie dba o siebie”, „zapuścił się”. Masz pilnować każdej kalorii, każdego opakowania produktu spożywczego, każdego kęsa. Za biznes i władzę wykonać kawał roboty. W nagrodę usłyszeć, że nie dość mocno dbałeś/-aś o swój wygląd, zdrowie, życie, o własne dzieci, rodzinę itp. – i że to właśnie przez ciebie cierpią orangutany na Borneo.

W tym numerze pokazujemy, że często nie masz wyboru, aby jeść dobrze, zdrowo, jakościowo. Bo masz chudy portfel. Bo nie masz czasu. Bo edukacja żywieniowa kuleje. Bo masowy handel oferuje byle co. Bo przemysłowe rolnictwo przedkłada zysk ponad jakość. Bo mimo reklamowego szumu o swojskości, ekologiczności, produktach babuni i dziadunia – coraz trudniej zdobyć żywność zdrową, wartościową, lokalną i wytwarzaną bez niszczenia środowiska. Że w efekcie jesz to, co możesz, a nie to, co chciał(a)byś.

Żywność jest kluczowa nie tylko z punktu widzenia nakarmienia jednostek i społeczeństwa. Także gdy patrzymy na społeczne i ekologiczne skutki jej wytwarzania. Tym bardziej warto o niej rozmawiać na serio. Odrzucić liberalne mity. Zajrzeć pod podszewkę sloganów biznesu. Wypiąć się na moralistów z grubym portfelem i mnóstwem innych zasobów. Tym wszystkim w bieżącym numerze zajmuje się wiele osób – spotkali się w nim rolnicy-praktycy, aktywiści ekologiczni i eko-rolniczy, lider rolniczych protestów, dziennikarze kulinarni, popularna autorka książek kucharskich, kucharka i blogerka, kucharz, naukowcy, literat-rolnik itd.

Remigiusz Okraska

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę tutaj.

Zdjęcie w nagłówku tekstu fot. Magdalena Okraska.