przez Remigiusz Okraska | niedziela 16 października 2022 | edytorial, Jesień 2022, Kwartalnik
Dzisiaj ekologia jest modna. I pilna. Mamy bowiem katastrofę klimatyczną. Już coraz trudniej udawać, że nic się nie dzieje, że to błahostka, że „nie panikujmy”. Rośnie średnia globalna temperatura, co chwilę są „upały stulecia”, towarzyszą temu susze, kataklizmy i deszcze nie nawadniające, lecz ulewne, podtapiające i dewastujące dorobek lat i pokoleń. Już nie da się chować głowy w piasek.
Obrodziło zatem ekologami. W redakcjach, które jeszcze dekadę temu kpiły z ochrony przyrody, że to zajmowanie się „żabkami i kwiatkami”. W partiach, które uważały, że beton, asfalt, wycinanie lasów i regulowanie rzek to dobry sposób na wzrost PKB. W mediach, które zarabiały miliony na reklamach samochodów i deweloperskiej zabudowy ostatnich terenów zielonych. W biznesie, który bez umiaru spalał węgiel i ropę, stymulował zużycie energii, wytwarzał tysiące ton jednorazowej tandety. Wszyscy oni są teraz „ekologicznie wrażliwi”. Trochę późno.
Niby lepiej późno, niż wcale. Ale warto spojrzeć, jaka to ekologia. Taka w interesie bogatych. I kosztem biednych. Okazuje się, że dewastacja przyrody to nie wina wielkich koncernów, że to nie miliarderzy latają bez umiaru prywatnymi samolotami, że to nie klasy wyższa i średnia konsumują ponad stan. Winni mają być biedni czy zwykli ludzie. To pod ich adresem moralizuje się, że palą węglem (może dlatego, że dotacje na solary są dla dość zamożnych), jeżdżą dieslami (mają inną możliwość w kraju zdewastowanego transportu zbiorowego?) i w ogóle „niszczą planetę”.
A przede wszystkim nie chcą na pstryknięcie palcem porzucić zarobkowania w kopalniach, hutach i resztkach innego przemysłu. Bo są „ciemniakami”? Po prostu boją się o podstawy swojego przetrwania. Boją się w kraju i w świecie, w których każda „reforma” i każda „transformacja” polegały w ostatnich dekadach na pogarszaniu sytuacji zwykłych ludzi. A w pakiecie był jeszcze bonus w postaci opluwania ich wywodami o homo sovieticus, roszczeniowcach itd.
To nie oni są przeciwko ekologii. To wielki biznes był przez dekady i wieki antyekologiczny – i zarobił na tym miliardy. To nie górnicy wydobywają węgiel na złość całemu świat – to węgiel zapewniał przez dekady komfort i konsumpcję klasom średniej i wyższej. To nie ludzie wytwarzają śmieci – to firmy dla własnego zysku produkują tandetę i opakowują produkty bez umiaru. I tak dalej.
Musimy dokonać transformacji energetycznej. Odejść od spalania paliw kopalnych i emisji gazów cieplarnianych. Ale nie kosztem setek tysięcy słabych i niewinnych ludzi, nie za cenę ich biedy i marginalizacji, nie strofując tych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Czas zakończyć brudne biznesy i brudne zyski. I marnotrawny styl życia elit. A zwykłym ludziom pomóc przejść suchą stopą przez transformację energetyczną. Niech płacą współwinni – nie zaś niewinni.
O tym jest obecny numer „Nowego Obywatela”. Tematyka ekologiczna jest na naszych łamach obecna od początku edycji pisma. Zanim to było modne. To także swego rodzaju powrót do korzeni. Gdy w roku 2000 zakładaliśmy pismo „Obywatel”, poprzednika „Nowego Obywatela”, czyniła to grupka ludzi związanych z ruchem ekologicznym, ale przeciwna dominującym w nim sympatiom do liberałów proponujących ekologię antyspołeczną.
Dziś zastanawiamy się nad tym, jak dokonać transformacji energetycznej w sposób niekrzywdzący słabych i niezamożnych. To nie tylko wyzwanie natury etycznej. To także rozsądek: nie da się zrobić tak wielkiej operacji w systemie demokratycznym bez brania pod uwagę możliwości i potrzeb milionów ludzi. Ekologia oparta na wyzysku, lekceważeniu słabych i moralizowaniu bogatych – będzie nieskuteczna. I podła.
Zróbmy to lepiej i mądrze. Dla planety i dla nas samych. Jak? Wskazujemy kilka kierunków, pytamy fachowców, punktujemy słabości i zagrożenia dotychczasowych wizji. Zapraszam do lektury!
PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – zajrzyjcie proszę tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/pomoc/
przez Remigiusz Okraska | środa 8 czerwca 2022 | opinie
W 15. rocznicę śmierci Richarda Rorty’ego przypominamy recenzję jego świetnej książki o lewicy.
***
Gdy współczesny lewicowiec usłyszy cokolwiek o dumie narodowej, zazwyczaj reaguje niczym pies Pawłowa i krzyczy „Precz z faszyzmem!”. Słowo „patriotyzm” przyjmuje spokojniej, bo jedynie dostaje wysypki. Wzmianki o tradycji i historii traktuje w najlepszym razie jako temat zastępczy, podsuwany przez prawicę, by odwrócić uwagę elektoratu od kwestii „naprawdę istotnych”. I w znacznej mierze dlatego lewica znajduje się na równi pochyłej. Tak rzecz widzi Richard Rorty w książce „Spełnianie obietnicy naszego kraju” z roku 1999, niedawno wydanej w Polsce.
Esej Rorty’ego, sam w sobie znakomity i wart uwagi, nabiera dodatkowego wydźwięku za sprawą osoby autora – filozofa liberalnego, optującego za daleko posuniętym pluralizmem, krytycznego wobec „twardych” tożsamości. Tym bardziej wymowne jest zatem, że właśnie on dokonuje krytyki takiej lewicy, która odcina się od wszelkich skojarzeń z przeszłością swojego kraju, z tradycjami, z poczuciem wspólnoty narodowej. W ten sposób nie osiąga ona absolutnie nic – oddaje wiele atutów prawicy, a sama traci zakorzenienie w masach, stając się plemieniem bytującym na wyizolowanych wysepkach. Coraz bardziej namiętnym manifestom skierowanym przeciwko „temu krajowi”, towarzyszy brak jakiegokolwiek oddźwięku społecznego, a lewica z działającej i zmieniającej przeobraża się w krytykującą – zajadle, lecz bezpłodnie.
„Emocjonalne zaangażowanie w sprawy kraju – uczucie palącego wstydu czy zapierającej dech w piersiach dumy z pewnych fragmentów historii bądź z obecnej polityki narodu – to warunek konieczny twórczej i produktywnej dyskusji politycznej. Nie doszłoby do takiej dyskusji, gdyby uczucie wstydu przeważyło nad uczuciem dumy. /…/ Potrzeba zaangażowania występuje u tych, którzy mają nadzieję, że nakłonią naród do podjęcia wysiłku przypomnienia swojemu krajowi, z czego może być dumny, oraz tego, czego powinien się wstydzić. Muszą oni opowiadać inspirujące historie o tych fragmentach czy też postaciach z przeszłości swego narodu, którym państwo winno pozostać wierne” – tak zaczyna się książka. Jej autor zarzuca amerykańskiej lewicy, że całkowicie wykrzywiła perspektywę oglądu przeszłości Stanów Zjednoczonych. Tamtejsi lewicowi intelektualiści postrzegają własny kraj jako swoiste piekło na ziemi, stanowiące nieprzerwane pasmo zbrodni, występków, opresji, wykluczenia i wyzysku.
Oczywiście nie należy udawać, iż w USA nie miało miejsca wiele haniebnych zjawisk ani rezygnować z krytyki ich współczesnych odpowiedników. Kluczową kwestią są jednak proporcje – lewica dzisiejsza wyzbyta jest wiary w możliwość poprawy sytuacji (wspomniane piekło na ziemi zaludnione jest wszak niemal samymi diabłami), pomijając, o czym będzie jeszcze mowa, jakąś wyimaginowaną rewolucję, która przyniesie katharsis. Fundamentem dawnej lewicy była zaś wiara, że można uczynić swój kraj znacznie lepszym, przy czym zależy to od nas samych – zorganizowanego społeczeństwa. Tamta lewica składała się głównie z działaczy – ludzi aktywnych, choćby była to aktywność w sprawach małych i niezbyt widowiskowych. Rdzeń lewicy współczesnej składa się zaś z obserwatorów, którzy z dystansem, a nierzadko wręcz obrzydzeniem, komentują rzeczywistość, bez nadziei na pozytywne przeobrażenia.
Rorty przekonuje, że opoką szeroko pojętych środowisk postępowych była kiedyś tożsamość zbiorowa, ufundowana właśnie na wierze w możliwość reform. Perspektywie indywidualistycznej, towarzyszącej kapitalizmowi i powszechnemu etosowi od zarania USA, lewica przeciwstawiła przekonanie, że można wspólnymi siłami poprawić swój los. Co ciekawe, jak przekonuje Rorty, choć ówczesny progresywizm nierzadko wyrastał z inspiracji chrześcijańskich, to przybrał postać swoistej „obywatelskiej religii”, naznaczonej przekonaniem, iż postawy, procesy i instytucje są „otwarte” na pozytywne zmiany, stanowiąc pewnego rodzaju narzędzia, którymi można się posłużyć znacznie lepiej, niż dotychczas. Z tej układanki znikło pojęcie grzechu, a więc nieusuwalnego błędu, który skazuje dany system polityczny, ekonomiczny i kulturowy na to, by zawsze „służył złu”.
Tego rodzaju „areligijność” zaowocowała także położeniem nacisku na konkretne działania – zdobycze, choćby niewielkie i rozłożone w czasie, polepszały położenie zbiorowości, i to już w perspektywie doczesnej. Tymczasem lewica późniejsza, choć zazwyczaj otwarcie antyreligijna, zdaje się tkwić w przekonaniu, iż Ameryka, kapitalizm, „system” itp., skażone są niemożliwym do wykorzenienia zepsuciem. Nie ma tu miejsca na ewolucję i reformy, co najwyżej na apokaliptyczną rewolucję. Ona zaś jest tak odległym, niemal zaświatowym widmem, że nie staje się obietnicą, dla której warto by pracować już teraz. Pozostaje zgorzkniałe komentowanie rzeczywistości.
Idąc śladem romantyzmu Walta Whitmana i pragmatyzmu Johna Deweya, optymistycznie interpretujących Hegla, Rorty afirmuje wynikającą z tego nadzieję na państwo, które można stale czynić lepszym miejscem do życia; przyszłość jest w tej wizji otwarta, więc jeśli nie wszystko, to wiele jest możliwe. Przeciwstawia się w ten sposób marksowskiej interpretacji Hegla, znacznie bardziej „zamkniętej”, rzekomo wyrażającej wiedzę o tym, „jak będzie” na pewno. Amerykańska myśl postępowa była „realistycznym marzeniem”, które nie kazało na nic czekać, lecz inspirowało do poszukiwań twórczych i działań odważnych, a zarazem silnie zakorzenionych w teraźniejszości. Zamiast wielkich teorii, dominowała wiara w wiele eksperymentów, które metodą prób i błędów pomogą stworzyć lepszy świat. Jest paradoksem, zauważa autor „Spełniania obietnicy…”, że lewica marksowska, która z namaszczeniem powtarzała XI tezę o Feuerbachu, iż dość już było interpretowania świata, a teraz należy go zmienić, tak wiele energii poświęca teoretyzowaniu i pustosłowiu, podczas gdy amerykańska lewica „obywatelska” zajmowała się właśnie wielopłaszczyznową konkretną zmianą społeczną.
Taki sposób myślenia pozwalał jej żądać dużo i wierzyć w jeszcze więcej, a jednocześnie cieszyć się z nawet drobnych osiągnięć i nimi stymulować nadzieję na dalsze zmiany. A także wzmacniać dumę z tego, jacy jesteśmy i jacy być możemy. Natomiast dzisiejsza lewica uważa, że „Ameryce nie da się przebaczyć /…/ oraz że nie da się jej zrealizować /…/. W rezultacie odwracają się plecami do własnego państwa /…/ oraz /…/ [dokonują] wykpienia samej idei tego, że to demokratyczne instytucje mogłyby raz jeszcze zostać zmuszone do służenia sprawie sprawiedliwości społecznej. /…/ Poczucie beznadziejności stało się wśród lewicy modne – pryncypialne, przeteoretyzowane, filozoficzne poczucie beznadziejności. Obecnie /…/ nadzieję, która uwznioślała serca amerykańskiej lewicy przed okresem lat sześćdziesiątych, traktuje się jako symptom naiwnego »humanizmu«”.
Co to była ta dawna lewica? To związkowcy i uczestnicy strajków walczący o poprawę warunków pracy. To urzędnicy państwowi, starający się maksymalnie wykorzystać sensowne przepisy, a blokować stosowanie tych szkodliwych. To politycy różnych szczebli, wytrwale dobijający się o choćby niewielkie przeobrażenia na lepsze. To dziennikarze i intelektualiści, którzy zamiast tego, co „ekscytujące” czy „oryginalne” – brali na warsztat ważne kwestie społeczne i ekonomiczne. Spora część z nich nie tylko nie określała się jako lewicowcy, ale przede wszystkim nie są tak traktowani przez dzisiejsze lewicowe wyrocznie, decydujące o tym, kto jest godny tego miana. Nierzadko byli to prominentni politycy Partii Demokratycznej (z prezydentem F. D. Rooseveltem na czele), innym razem pozornie aideologiczni technokraci, kiedy indziej naukowcy nie odwołujący się do etykietek politycznych; bywali też wśród nich populistyczni patrioci czy osoby określające się jako liberałowie. Wszyscy oni wytrwale pracowali na rzecz takiej Ameryki, której obywatele mogliby rozwijać swój potencjał i realizować marzenia bez względu na wyznanie, rasę, dochody, przynależność klasową itp.
Łączyła ich wspomniana wiara w to, że Amerykę można zmienić na lepsze oraz w skuteczność stopniowych reform. Tak, to była właśnie lewica reformistyczna, jednak Rorty używa tego przymiotnika z aprobatą, jako synonimu zarazem rozsądku, jak i efektywności, czyli dokładnie odwrotnie niż rozmaici krzykliwi doktrynerzy, dla których stanowi on obelgę, symbol zdrady i rejterady. „Powinniśmy odrzucić marksistowskie sugestie, że za lewicowców można uznać tylko tych, którzy są przekonani, że kapitalizm trzeba obalić oraz że wszyscy inni to jacyś mięczakowaci liberałowie, samooszukujący się burżuazyjni reformatorzy” – pisze Rorty. Marksizm jest wedle niego przejawem manichejskiego myślenia w kategoriach „grzechu” i „czystości”, które nie uznaje ani zdobyczy połowicznych i kompromisów, ani odstępstw od „linii politycznej”, a w dodatku podejrzliwie traktuje środowiska, które osiągały swoje zamiary metodą małych kroków, albo w ich działaniach mieszały się postawy godne pochwały z tymi moralnie wątpliwymi.
Tymczasem, pisze Rorty, „jeśli będziemy szukać ludzi, którzy nigdy nie popełnili żadnych błędów, którzy zawsze byli po słusznej stronie, którzy nigdy nie przepraszali za tyranów czy niesprawiedliwe wojny, to znajdziemy niewielu takich bohaterów”. I podaje przykłady: Franklina Delano Roosevelta – prezydenta, który „stworzył podstawy państwa opiekuńczego oraz zachęcał robotników do przyłączenia się do związków zawodowych i w tym samym czasie uparcie odwracał się od Afroamerykanów”, a także Lyndona B. Johnsona, który „pozwolił na rzeź setek tysięcy wietnamskich dzieci, ale równocześnie zrobił więcej dla ubogich dzieci w Stanach Zjednoczonych niż jakikolwiek inny poprzedni prezydent”.
Amerykańska lewica reformistyczna osiągała liczne sukcesy do roku 1964. Data ta jest wedle Rorty’ego momentem przełomowym, który zapoczątkował upadek lewicy w USA. Wówczas to nastąpiła, za sprawą decyzji wspomnianego prezydenta Johnsona, intensyfikacja amerykańskiego zaangażowania militarnego w Wietnamie. Wojna i jej przebieg wywołały, jak wiemy, silny opór znacznej części obywateli, a także „wyłonienie się pokolenia Amerykanów, którzy podejrzewali, że z naszym krajem nie da się nic zrobić – że wojna ta nie tylko nigdy nie będzie mogła zostać wybaczona, ale że dodatkowo uzmysłowiła nam, iż jesteśmy narodem poczętym w grzechu nie do odkupienia”.
To zaś oznaczało na lewicy początek końca wiary w możność stałego ulepszania swojego kraju, a także porzucenie wszelkiej dumy narodowej. W konsekwencji natomiast – rozpad lewicy na „kulturową”, skoncentrowaną na kwestiach obyczajowych, która zdobyła silną pozycję w mediach i na uniwersytetach, oraz stale słabnącą lewicę społeczno-ekonomiczną, która nie tylko musiała stawiać czoła prawicy, ale także zmagać się z obojętnością, niegdyś stanowiącej dla niej wsparcie, lewicy akademicko-medialnej. Ten rozbrat, dokonany w najgorszym momencie – w przeddzień ofensywy neoliberalizmu – zaowocował niemal zupełnym upadkiem lewicy w USA.
Sprawiło to, że młode pokolenie lewicy nie tylko zaczęło wprost nienawidzić własnego kraju i wszystkiego, co kojarzyło się z tradycjami amerykańskimi – nawet jeśli były to tradycje emancypacyjne – ale i rozpoczęło flirt czy to z reżimami „realnego socjalizmu”, czy przynajmniej z myślą komunistyczną. Te fragmenty książki Rorty’ego mogą prawomyślnych czytelników-lewaków przyprawić o zawał serca. Nie tylko bowiem wyraża on nadzieję, że postać Lenina będzie kiedyś lewicy równie obca jak np. Mussolini, lecz także – odwołując się do własnej biografii (m.in. rodzice, którzy sympatyzowali z komunizmem, by po procesach moskiewskich przejść na pozycje lewicy stanowczo krytycznej wobec ZSRR) – składa swoistą deklarację antykomunizmu. Konsekwentnego i pozbawionego różnych „ale” – owszem, potępia wojnę w Wietnamie i uważa, że rządy USA popełniały błędy czy zbrodnie, jednak stanowczo odcina się od demonizowania swojego kraju.
Uważa, że Amerykanie stali po stronie dobra, przeciwko sowieckiej despotii i jej satelitom. Rorty bez hamletyzowania typowego dla wielu tzw. dobrych ludzi z „sercem po lewej stronie” pisze wprost, że „nie widzi większej różnicy między walką z Hitlerem a walką ze Stalinem”, nie uważa też za rzecz naganną, iż różne lewicowe inicjatywy antysowieckie współpracowały z CIA. Dla amerykańskiej lewicy demokratycznej antykomunizm, czyli krytyka zamordystycznych reżimów, był bowiem postawą równie oczywistą, jak walka z niesprawiedliwymi stosunkami władzy i podziałami społecznymi we własnym kraju. „W tym kręgu – pisze Rorty – amerykański patriotyzm, ekonomia redystrybucji, antykomunizm i Deweyowski pragmatyzm naturalnie i bezproblemowo ze sobą współgrały”.
Nie chodzi bynajmniej o to, że Rorty zajmuje pozycję zimnowojennego „jastrzębia”. Przeciwnie – nie odmawiając Ameryce racji moralnych w konflikcie z Blokiem Wschodnim, uznaje, że towarzysząca temu atmosfera oraz błędy popełnione w trakcie zmagań, z Wietnamem na czele, pozwalają zrozumieć reakcję młodego pokolenia lewicy. Uważa wręcz, że „nowa lewica” odegrała istotną rolę w „humanizacji” tego konfliktu, że zapobiegła stałemu podkręcaniu niebezpiecznych nastrojów militarystycznych i totalistycznych w USA. Problem stanowi natomiast to, że słuszna reakcja moralna przekształciła się w aberrację polityczną.
Krytyka poszczególnych działań władz USA przybrała bowiem postać nieomal obsesyjnej niechęci do wszystkiego, co łączy się ze Stanami Zjednoczonymi, ich przeszłością i kulturą. W dziedzinie „emocjonalnej” oznaczało to odrzucenie wszelkiej dumy narodowej i wyrastającej z niej wiary w możność zmiany własnego kraju na lepszy. W dziedzinie idei i strategii zaowocowało natomiast odwróceniem się od kwestii społeczno-ekonomicznych i kontestowaniem posunięć instytucjonalnych (wszak instytucje amerykańskie są nieuleczalnie skażone grzechem).
Dawna lewica była lewicą ekonomiczną, nowa – kulturową. Dawna walczyła, jak znakomicie hasłowo streszcza to Rorty, z egoizmem, nowa – z sadyzmem kulturowym (takimi formami opresji i poniżenia, które nie pozostają w prostej zależności z wyzyskiem ekonomicznym). Dawna chciała ulepszyć cały kraj i objąć skutkami reform ogół obywateli, nowa zajęła się wybranymi grupami, uznanymi za szczególnie pokrzywdzone (mniejszości seksualne i etniczne, kobiety). Dawna wierzyła, że ogólne zmiany systemowe stopniowo poprawią zarówno los grup dotkniętych wykluczeniem ekonomicznym, jak i kulturowym (czyli zniwelują zarazem egoizm, jak i sadyzm), nowa natomiast uważa, że cały system i jego instytucje są na wskroś złe, zatem aby zachować „czystość” można jedynie działać na rzecz wybranych grup na płaszczyźnie wzorców kulturowych i postaw.
Autor „Spełniania obietnicy…” bynajmniej nie twierdzi, że wszystkie cele czy działania „nowej lewicy” są niewłaściwe. Tak jak podkreśla jej zasługi w walce z „przegięciami” władz USA z okresu zimnej wojny, tak też uważa, że w sferze kulturowej dokonała ona wielu pozytywnych zmian. Ogólnie biorąc, Ameryka czasów „politycznej poprawności” jest krajem, w którym żyje się lepiej, krajem, w którym w sferze kultury i obyczajów znacznie sprawniej chroniona jest ludzka godność. Jest krajem, w którym czarnoskórzy są ludźmi, nie zaś „czarnuchami”; w którym ktoś nie jest z założenia gorszy tylko dlatego, że urodził się gejem; krajem, gdzie kobieta jest normalnym pracownikiem, nie zaś obiektem chamskich dowcipów i natrętnych propozycji ze strony pracodawcy czy przełożonego.
Rorty nie zarzuca „nowej lewicy”, że zajęła się kwestiami kulturowymi – wręcz przeciwnie, podkreśla, iż wykonała ona dobrą robotę, uwrażliwiając Amerykanów na taki rodzaj wykluczenia. Ma jej natomiast za złe, że skupia się niemal wyłącznie na tych kwestiach, że zajmowanie się „różnorodnością” i „mniejszościami” stało się swoistym kolekcjonerskim hobby, że zachowuje – w najlepszym razie – dystans wobec problemów socjalnych i ekonomicznych „zwykłych ludzi”, że odrzuca identyfikację z Ameryką i Amerykanami jako takimi, co potęguje wzajemną izolację różnych „elektoratów” lewicy i niemożność zbiorowego działania. I wreszcie, że kultywuje wizję USA jako kraju „szatańskiego”, wskutek czego odrzuca wszelkie konkretne zdobycze, na rzecz mrzonek o zniszczeniu czy upadku „systemu”.
To wszystko owocuje zmniejszaniem sadyzmu kulturowego, przy jednoczesnym znacznym nasileniu – w porównaniu do sytuacji sprzed wojny w Wietnamie – egoizmu ekonomicznego. W sytuacji, gdy wskutek neoliberalizmu i globalizacji wciąż rosną zastępy marginalizowanych Amerykanów, oznacza to, że poparcie wyborcze czy potencjalna populistyczna rewolta zostaną przejęte przez prawicę i jej „szeryfów”. W takiej sytuacji nie tylko nie będzie mowy o reformach socjalnych, lecz pod znakiem zapytania stanie trwałość zdobyczy kulturowych. Wówczas to „postęp, który się dokonał w ciągu ostatnich czterdziestu lat w polepszaniu sytuacji czarnych i śniadych Amerykanów oraz homoseksualistów, zostanie unieważniony. Zadowolona z siebie pogarda dla kobiet ponownie stanie się modna. /…/ Cały ten sadyzm, co do którego lewica akademicka próbowała przekonać swoich studentów, że jest nieakceptowany, powróci. /…/ Jednakże taki powrót sadyzmu nie odwróci skutków egoizmu, albowiem gdy tylko mocny człowiek przejmie władzę, szybko dojdzie do porozumienia z międzynarodówką bogaczy – tak jak Hitler doszedł do porozumienia z niemieckimi przemysłowcami. /…/ Ludzie będą się dziwić, dlaczego było tak mało oporu wobec jego pojawienia się. Będą pytać, gdzie była amerykańska lewica? Dlaczego to tylko prawicowcy tacy jak Buchanan mówili robotnikom o konsekwencjach globalizacji?”.
Autor „Spełniania obietnicy…” kreśli ciekawą analogię z „Rokiem 1984”. Jego zdaniem, utrzymanie obecnych tendencji ekonomicznych doprowadzi do koncentracji majątku w rękach nielicznej kasty „międzynarodowych, kosmopolitycznych bogaczy” – odpowiednika orwellowskiej Partii Wewnętrznej. Na jej usługach będzie Partia Zewnętrzna, składająca się z dobrze sytuowanych „kosmopolitycznych profesjonalistów”. Cała reszta to „robole”, czyli orwellowscy „prole”, zepchnięci na sam dół, bez szans na wydostanie się z tej matni, sprawnie rozgrywani przeciwko sobie i kontrolowani. Ponieważ, pisze Rorty o wspomnianych superbogaczach, „ich prerogatywą są decyzje ekonomiczne, będą oni zachęcać polityków, z lewicy i prawicy, aby zajmowali się sprawami kultury. Celem będzie odwrócenie uwagi roboli, sprawienie, aby 75 procent Amerykanów i dolne 95 procent światowej populacji zajmowało się wrogością etniczną i religijną oraz dyskusją na temat norm seksualnych. Jeśli będzie się trzymało roboli z dala od ich własnej rozpaczy za pomocą kreowanych przez media pseudowydarzeń, włączając w to krótkie i krwawe wojny, superbogacze nie będą mieli się czego bać”.
Zdaniem Rorty’ego, wyjściem z tej sytuacji jest odrodzenie amerykańskiej lewicy. Dokonać tego można podejmując dwa kroki. Po pierwsze, lewica powinna ogłosić moratorium na teorię. Rorty uważa, że lewicowi intelektualiści niepotrzebnie zajmują się coraz bardziej abstrakcyjnymi i hermetycznymi analizami, natomiast umyka im bieżąca rzeczywistość, a przede wszystkim nie potrafią się z nią zmierzyć za pomocą zestawu praktycznych propozycji działań. Radzi on „lewicy kulturowej” z kąśliwą ironią, „aby zapomniała o Baudrillarda teorii Ameryki jako Disneylandu, jako kraju simulacrów, i zaczęła proponować zmiany w prawach rzeczywistego kraju zamieszkanego przez rzeczywistych ludzi znoszących niekonieczne cierpienia, z których spora część może zostać usunięta przez działanie rządu. Nic nie przyczyni się bardziej do zmartwychwstania amerykańskiej lewicy niż zgoda co do konkretnej platformy politycznej, jakiegoś Planu dla Ludu /…/, listy namacalnych reform. Istnienie takiej listy – bez końca powielanej i dyskutowanej, równie znanej profesorom jak robotnikom, pozostającej w pamięci zarówno profesjonalistów, jak i tych, którzy myją im toalety – mogłoby rewitalizować politykę lewicową”.
Rorty nie łudzi czytelników, że zna recepty na wszystkie współczesne problemy – przykładowo, wskazuje na tak trudną kwestię, jak otwartość amerykańskiego rynku pracy dla imigrantów, co zarazem daje nadzieję ludności z biednych krajów, jak i skutecznie podkopuje pozycję „tubylczych” pracowników najemnych. Uważa natomiast, że – co znów zapewne zszokuje czytelników-lewaków – głównym aktorem i zarazem punktem odniesienia polityki prospołecznej powinno być państwo narodowe, nie zaś mrzonki o „globalnej sprawiedliwości”, gdyż „rząd naszego państwa narodowego będzie w przewidywalnej przyszłości jedynym podmiotem zdolnym do zmiany zakresu egoizmu i sadyzmu, które dotykają Amerykanów”.
Uważa także, iż lewica powinna skupić się na wykorzystaniu istniejących instrumentów działania, jak np. instytucje państwowe, mniejszą wagę przykładać natomiast do rozwiązań istniejących głównie w teorii lub na niewielką skalę, typu „demokracja partycypacyjna” czy „samorządność pracownicza”. Nie dlatego, że jest ich wrogiem, lecz z tego względu, iż czas ucieka, a Amerykanom trzeba namacalnych konkretów, nie zaś intelektualnych fajerwerków i „świetnych pomysłów” – w przeciwnym razie na dobre i na wiele lat wpadną w objęcia populistycznej prawicy. Zamiast obietnic „obalenia kapitalizmu” czy „zniszczenia systemu”, zarazem buńczucznych, jak i znamionujących bezsilność, „lewica powinna powrócić do idei stopniowych reform w warunkach gospodarki rynkowej”.
Drugi krok, chyba ważniejszy, bo dotykający fundamentów, polega na tym, że „lewica powinna próbować zmobilizować to, co pozostało z naszej dumy bycia Amerykanami. Powinna poprosić ludzi o to, aby zastanowili się, jak można by osiągnąć kraj na miarę Lincolna i Whitmana”. Bowiem „tylko w ten sposób będzie ona mogła zacząć zawierać sojusze z ludźmi spoza akademii, a szczególnie ze związkami zawodowymi. Amerykanie znajdujący się poza murami świata akademickiego chcą wciąż być patriotami, chcą czuć się cząstką narodu, który może panować nad swym losem i który może uczynić siebie lepszym”.
Czytając książkę Rorty’ego miałem poczucie satysfakcji. Choć dotyczy ona USA, to podobieństwa z Polską są niemal bliźniacze. Również u nas lewica akademicka jest lewicą kulturową, która kwestiami społeczno-ekonomicznymi interesuje się od wielkiego dzwonu, a i wtedy poprzestaje zazwyczaj na ogólnikach o „sprawiedliwości społecznej”, „równych szansach” czy „naśladowaniu krajów skandynawskich”. Zamiast tego drobiazgowo analizuje problemy macierzyńskie lesbijek, „ekonomię feministyczną” i namiętnie dyskutuje o dokonanej przez Žižka interpretacji filmów Hitchcocka. W kwestii stosunku do patriotyzmu jest wręcz żywcem wyjęta z powyższych cytatów ze „Spełniania obietnicy…” – nie ufa ludowym „uniesieniom”, boi się ich jako zaczynu wybuchu ciemnych sił, a narracji, która mogłaby porwać serca, przeciwstawia chłodny, technokratyczny bełkot o zbawieniu przez brukselskich biurokratów. Sięganie ku dorobkowi przeszłości traktuje jako domenę prawicy, oddając jej bez walki tego rodzaju atuty, co jest tym bardziej absurdalne, że lewica w Polsce może się pochwalić znacznie bardziej prestiżowymi antenatami, niż np. konserwatywni liberałowie. Podobnie jest w kwestii nadziei i dumy – jeśli ktoś odwołuje się dziś np. do heroicznego mitu powstania warszawskiego (którego istotną część oddziałów bojowych stanowili działacze podziemnej lewicy), jak czynili to przez wiele lat emigracyjni polscy socjaliści, to jest to PiS i okolice. Zaś lewica zarówno postkomunistyczna („Przegląd”), jak i „nowa” („Krytyka Polityczna”) powtarza najbardziej wyświechtane slogany ze szkoły Dmowskiego o „wykrwawianiu się w szaleńczym zrywie, z góry skazanym na niepowodzenie”.
A później całe to towarzystwo jest szczerze zdziwione, że w Polsce de facto nie ma lewicy. I że dla biednych i wykluczonych bardziej wiarygodni okazywali się przez lata Wrzodak, Rydzyk i Kaczyński niż chłopcy w t-shirtach z Che Guevarą i dziewczęta po gender studies, zaczytani w Lacanie, zachwycający się „wyważonym realizmem” prof. Łagowskiego i niezbyt cierpliwie tłumaczący „prostaczkom”, że od patriotyzmu do mordowania Żydów jest tylko malutki krok, więc lepiej tego dżina nie wypuszczać z butelki.
Richard Rorty zmarł w czerwcu roku 2007, nie miał zatem możliwości ujrzenia późniejszej o kilkanaście miesięcy zwycięskiej kampanii prezydenckiej Baracka Obamy. Kampanii, która odwołała się do nadziei i dumy, do najlepszych amerykańskich tradycji postępowych, ale także do ekonomicznych konkretów i stopniowych reform (już częściowo zrealizowanych, jak w przypadku dostępu do służby zdrowia), czyniąc to w sposób prosty i zrozumiały, umiejętnie mobilizując sympatyków wezwaniami do przebudowy kraju wedle własnych marzeń. Można jednak powiedzieć, że doczekał przynajmniej częściowego spełnienia scenariusza ze swojej książki. Obyśmy i my, w Polsce, mieli choć tyle szczęścia.
Remigiusz Okraska
Richard Rorty, Spełnianie obietnicy naszego kraju. Myśl lewicowa w dwudziestowiecznej Ameryce, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2010, przekład Andrzej Karalus i Andrzej Szahaj.
Powyższa recenzja pierwotnie ukazała się w piśmie „Obywatel” nr 51, jesienią 2010 roku.
przez Remigiusz Okraska | niedziela 29 maja 2022 | Kwartalnik, Wiosna-Lato 2022
Spis treści numeru 89:
Media bez klasy – Kacper Leśniewicz
Jedyną klasą, o której mówiło się w polskich mediach otwarcie (nazywając klasą właśnie), była nowa „klasa średnia”. Mówiono i wciąż mówi się o niej dobrze albo wcale. Negatywnym punktem odniesienia dla przedstawianej w zideologizowany sposób klasy średniej jest zwulgaryzowana klasa niższa, która znalazła się na przeciwstawnym biegunie w kontekście społecznej „przydatności”. Jeśli pojawia się ona w mediach, to przeważnie jako negatywny punkt odniesienia.
Medialne oblicza biedy – z dr hab. Małgorzatą Lisowską-Magdziarz rozmawia Magdalena Okraska
Prawo do szacunku i zainteresowania otrzymują przede wszystkim osoby, które osiągnęły tak zwany sukces, czyli mają odpowiednio wysoki poziom konsumpcji, a jednocześnie konsumują umiejętnie i widowiskowo. Brak dostępu do konsumpcji oraz wiedzy, jak i do czego jej używać, oznacza marginalizację. W mediach biedni automatycznie trafiają na ten margines.
Chamofobia na ekranie. Mieszkańcy wsi jako ofiary swojego stylu życia – dr Michał Rydlewski
To dyskurs zbudowany przez klasę dominującą, która dzięki hegemonii kulturowej utrzymuje władzę, zarządzając po części umysłami i wyobrażeniami samych ofiar, a kiedy te domagają się zwrócenia uwagi na ich problemy, zostają upokorzone. Dotyczy to sporej części ludzi, dla których transformacja ustrojowa nie okazała się bezproblemowym dobrem, w tym mieszkańców wsi, którzy czekają na sprawiedliwy opis swoich praktyk społecznych konfrontowanych z kapitalizmem.
Kogo zabolało disco polo – z Moniką Borys rozmawia Szymon Majewski
Inteligencja pod postacią komentatorów, publicystów, akademików, badaczy, zaczęła obawiać się „nadwidzialności” klas ludowych. W publicystyce z tamtego okresu często pojawia się figura inteligenta, który mówi, że kultura masowa, Polsat, disco polo znajdują się za blisko wytworów „naszej”, ponoć lepszej kultury. Disco polo to kultura pozbawiona kompleksów, czyli czegoś, czego inteligencja wręcz oczekiwała od ludu.
Od underclass do Homo sovieticusa: Czynnik ludzki hamulcem modernizacji – dr Wojciech Woźniak
Cierpienie i deprywacja znacznej części społeczeństwa polskiego były w tej wizji spowodowane rzekomo nie czynnikami strukturalnymi, lecz specyficznym stanem ich umysłów i dusz. Tego rodzaju diagnoza, formułowana przez wybitnych uczonych w pracach naukowych i tysiące razy powielana w mediach, przenika postawy społeczne i nasyca je pewnymi frazesami, użytecznymi i łatwymi w obsłudze, nie tylko uzasadniającymi pewien stan rzeczy, ale także dającymi pewność siebie i satysfakcję z powodu przynależności do „lepszej” części społeczeństwa.
Kibicowski „proletariat” w starciu z systemem – dr hab. Radosław Kossakowski
W opiniach wyrażanych na temat kibiców pojawiały się takie określenia, jak „bandyci”, „łobuzeria”, „dzicz”, „stadionowi bandyci”, „agresywne wyrostki w dresach”, „hordy stadionowe”, „faszyści”, a nawet „terroryści”. W kontekście stygmatyzowania grupy pojawiają się określenia takie, jak „obywatele drugiej kategorii” lub „wyjęci spod prawa”.
Jak programy typu talent show uczą nas akceptacji (wy)zysku – Julia Ledwoch, dr Michał Rydlewski, Zuzanna Sroka
Trzeba się godzić na upokorzenie, bo życie to wojna wszystkich ze wszystkimi, a jedni, mający władzę, mają prawo do poniżania innych – do ich symbolicznej degradacji, która jest przecież realnie odczuwana i przeżywana.
Jak nam wkładano neoliberalizm do głów – dr Tomasz Markiewka
Największym problemem Polski jest wymazywanie z debaty publicznej całych klas. Można się spierać, ile ich jest i jak je nazywać: ludową, niższą, niższą średnią, średnią. Nie zmienia to faktu, że łapie się do nich mnóstwo ludzi – pracujących w handlu, edukacji czy pielęgniarstwie i ratownictwie medycznym – a ich perspektywa jest w debacie publicznej nieobecna.
Okupas: bez dachu nad głową w krzywym zwierciadle mediów – Jan Świątek
Wykorzystuje się półprawdy czy część historii, przekłamuje fakty lub nimi manipuluje, a potem w mediach mówi o ogromnym problemie z okupas. Oczywiście istnieją strony fact-checkingowe, które wyjaśniają drugie dno tych zazwyczaj skomplikowanych historii, ale sprawdzają je tylko ci, którzy chcą dotrzeć do prawdy lub nie wierzą w prostą bajeczkę o dzikich hordach zajmujących mieszkania.
Media, lewica i brak dialogu – z Rafałem Wosiem rozmawia Remigiusz Okraska
Ci sami, którzy najchętniej operują hasłem wolnych mediów, stosują najwięcej sposobów na uciszanie i najwięcej kar za inne myślenie. Przekroczyłem pewne linie, których nie wolno przekraczać. Inteligencja jest skora do ostrego dyscyplinowania swoich ludzi, bo trwa walka o rząd dusz i to właśnie ta walka jest przez nich uważana za dużo większe wyzwanie niż interesy ekonomiczne. Ci, których ja na swojej drodze spotykałem i którzy byli najbardziej skorzy do rozprawiania się z wolnomyślicielami, to byli właśnie przedstawiciele elit opiniotwórczych.
Godność wrzucona do niszczarki – z Kamilem Różalskim rozmawia Magdalena Okraska
Hasło „koniec grzecznej telewizji” nabrało nowego znaczenia. Łamanie prawa pracy, mobbing, wykluczenie zawodowe i inne patologie, których ja, moje koleżanki i koledzy jesteśmy ofiarami – stało się chlebem powszednim w TVN.
Dziennikarska szara rzeczywistość – z Bartoszem Józefiakiem rozmawia Szymon Majewski
To wszystko podkopuje pozycję dziennikarstwa. Dodałbym do tego jeszcze jedną chorobę mediów, którą widziałem w dwóch polskich firmach – Polska Press z kapitałem zagranicznym, ale zarządzanej przez polski management, i w „Wyborczej”. To jest polski model prowadzenia biznesu – zróbmy wszystko jak najtaniej, bo koniec końców to się nam opłaci.
Z Polski rodem: Królestwo Boże na ziemi. Idee społeczno-polityczne mariawityzmu – dr Andrzej Dwojnych, dr hab. Rafał Łętocha
Począwszy od solidaryzmu, mariawiccy teoretycy płynnie przechodzili do zgłaszania kolejnych postulatów. A zatem rozwój gospodarczy oparty na zasadach etyki chrześcijańskiej w miejsce drapieżnego kapitalizmu. Sprzeciw wobec bezmyślnego konsumpcjonizmu. Dbałość o ludzi niezaradnych i biednych. Szacunek dla przyrody. „Demokratyzacja życia kościelnego, czyli przyznanie praw ludowi do udziału w tym życiu”. Zwiększenie roli kobiety w życiu społecznym.
Umysł karmiący. O poezji Kacpra Bartczaka – Paweł Kaczmarski
Rzadko mamy tu do czynienia z emocjami bardzo intensywnymi – tak jak w zestawie prezentowanym w tym numerze „Nowego Obywatela”, gdzie dominują podskórne niepokoje i wrażenie ogólnego przytłoczenia czy zagrożenia, poczucie ciągłego kontaktu z nieznanym i obcym, wrażenie heterogeniczności i nieoczywistości codziennego świata.
Wiersze – Kacper Bartczak
grafik blaszaka
hamburger pad thai
małe astronomie
pożarte o g
olejowej grawitacji
przez Remigiusz Okraska | niedziela 29 maja 2022 | edytorial, Kwartalnik, Wiosna-Lato 2022
W III RP mieliśmy do czynienia z procesem kształtowania nowego języka i myślenia. Mówiono, że pewne słowa są dotkliwe dla innych. Że naruszają wrażliwość grup i jednostek. Że „na Zachodzie” tak nie myśli i nie mówi już prawie nikt, bo nie wypada. Że przeprośmy za takie nawyki i pozbądźmy się ich, a dołączymy do grona nowoczesnych.
Byli i tacy, którzy opowiadali się przeciwko. Alarmowali, że tresura, terror, polityczna poprawność itd. Niespecjalnie zgadzam się z nimi. Przez długie lata wiele grup traktowano pogardliwie i nazywano nieelegancko, choć niczego złego nie zrobiły. Nikomu nie zaszkodzi, gdy przestanie powielać bzdurne stereotypy, użyje żeńskiej końcówki wyrazu czy zamiast „pedał” lub „Cygan” powie „gej” lub „Rom”. Może śmieszyć czy irytować nadgorliwość w tym zakresie. Może oburzać to, że rozmaite cwaniaki z ekipy zawodowych „antyfaszystów” kręcą lody na pouczaniu, pohukiwaniu i rozliczaniu. Ale lepiej żyć w społeczeństwie wzajemnej wrażliwości, niż zwykłą bucowatość i arogancję nazywać „polityczną niepoprawnością”.
Problem tkwi gdzie indziej. Uczulaniu na jedne formy dyskryminacji i obelżywych wywodów towarzyszyła obojętność na inne formy. A wręcz ich rozkwit. Niemal wszystkie stereotypy były niemile widziane. Oprócz tych wobec ludzi pozbawionych aktywów finansowych, sukcesów rynkowych, nienadążających za modami itp. Mieliśmy kampanie przeciw homofobii. Nie mieliśmy przeciw „chamofobii”: pogardzie wobec zwykłych ludzi.
Homo sovieticus, roszczeniowcy, warchoły, rozdawnictwo, nieroby, nieudacznicy, patologia, pięćsetplusy, ciemnogród itd. To był niemal oficjalny język wyzyskowo-neoliberalnej elity. Trzeba było uważać na coraz więcej słów – tylko biednych, skrzywdzonych ekonomicznie i wykluczonych socjalnie można było lżyć bezkarnie, a wręcz przy aplauzie opiniotwórczych kręgów. Nie było tak bzdurnego i podłego stereotypu, którego na temat ludu nie powielałyby liberalne media i ich gwiazdy. Elita zawsze wiedziała lepiej, jak i co ma robić rzekomo zapóźniony lud. Co myśleć, jak głosować, a nawet co jeść i jak się ubierać.
Wystarczyło nie mieć dość pieniędzy, nie konsumować odpowiednio „nowocześnie”, mieć „nierozwojowy” zawód, a nawet niewłaściwe hobby typu kibicowanie, albo mieszkać i bywać poza modnymi centrami kariery i sukcesu, a tym bardziej posiadać wątpliwości wobec tego, czy wyzyskowo-neoliberalny model gospodarki jest faktycznie najlepszy – a trafiało się na listę opluwanych i pouczanych.
Tej właśnie kwestii poświęciliśmy niniejszy numer „Nowego Obywatela”. Piszemy o jedynej dziś dozwolonej, a w wielu miejscach dobrze widzianej fobii. O trendzie, a nawet całym przemyśle wyszydzania i upokarzania słabszych. O nienawistnym, niesprawiedliwym i nierzetelnym portretowaniu klasy ludowej. O tym, jak taka narracja nie tylko dodatkowo krzywdziła już i tak ekonomicznie skrzywdzonych, ale i pozwalała zepchnąć ich krzywdy na margines zainteresowania. Problem nie dotyczy tylko Polski – opisujemy przykład tego samego mechanizmu w Hiszpanii.
A ponieważ rozsadnikiem takich postaw były w znacznej mierze media, to osobny blok tekstów w tym numerze poświęciliśmy sytuacji w nich. Widzianej od środka – przez osoby zwalniane za niewygodne poglądy, pozbawiane praw pracowniczych, kiepsko traktowane jako szeregowi dziennikarze. Zapraszam do lektury!
PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.