przez Remigiusz Okraska | środa 21 stycznia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Kryzys gospodarczy ma, a raczej mógłby mieć, oprócz kosztów społecznych, także pozytywne skutki. W przypadku obecnego załamania ekonomicznego nie będzie jednak zapewne tak dobrze, jak mogłoby być. Widać już, że jedyne, na co możemy liczyć, to eskalacja zjawiska, które Noam Chomsky już kilkanaście lat temu nazwał „prywatyzacją zysków i uspołecznieniem kosztów”. Na takim mechanizmie bazuje cała praktyka neoliberalizmu – coraz mniejsza garstka zgarnia coraz większe zyski, natomiast społeczne koszty jej działalności spadają na państwo, a wręcz – wskutek jego demontażu – na nas samych. Bogaci płacą coraz niższe podatki, duże firmy otrzymują wieloletnie ulgi fiskalne, zmniejsza się ich partycypacja w finansowaniu usług publicznych. Samo państwo czyni oszczędności nie na zbrojeniach (ktoś musi przecież dokonywać „misji stabilizacyjnych”, czyli zapewniać koncernom dostęp do tanich surowców w zapalnych regionach świata i gwarantować nowe rynki zbytu), nie na „wspieraniu prywatnej przedsiębiorczości”, lecz na publicznej służbie zdrowia, edukacji, systemie emerytalno-rentowym czy tej części infrastruktury, która służy zwykłym obywatelom, nie zaś globalnym komiwojażerom. Dlaczego gros nakładów na budowę i remonty dróg dotyczy autostrad, tras szybkiego ruchu czy transgranicznych „korytarzy transportowych” itp., nie zaś rozsypujących się i dziurawych dróg na prowincji? Ano dlatego.
To budżet, czyli my wszyscy ponosimy skutki – również finansowe – działań wielkiego biznesu: opłacamy leczenie chorób dróg oddechowych osób zamieszkałych przy trasach, którymi pędzą tiry wypchane towarami albo płacimy za wysiedlenia mieszkańców okolic, które ktoś upatrzył sobie na lokalizację centrum handlowego. Coraz częściej zresztą odmawia się nam prawa do sfinansowania tego z budżetu – płacić mamy i podatki, i dodatkowe haracze. A to przymusowe, jak opłaty za służbę zdrowia czy edukację, a to takie, które wymuszane są szantażami moralnymi: jeśli nie dacie grosza Owsiakowi, to więcej osób umrze w szpitalach wyposażonych ostatnio w latach 60.; jeśli nie kupicie świeczki Caritasu, to bezrobotni nie dostaną zupy; jeśli nie klikniecie w „Pajacyka”, to dzieci z bieszczadzkich wsi nie otrzymają szkolnej wyprawki.
Nawiasem mówiąc, śmiech pusty mnie ogarnia, gdy słyszę wywody, że powrócił XIX-wieczny kapitalizm. W moim rodzinnym mieście XIX-wieczny kapitalista, właściciel potężnych wówczas zakładów bawełnianych, za część swego zysku wybudował z własnej nieprzymuszonej woli nowoczesne wtedy robotnicze osiedle, zajmujące 1/3 obszaru ówczesnego miasta, z łaźnią, domem ludowym, szkołą, parkiem i tanią jadłodajnią, stadionem i siedzibą klubu sportowego, a w środku tegoż osiedla sam zamieszkał w „pałacyku” wielkości dzisiejszej willi kogoś, kto produkuje uszczelki lub plastikowe wiaderka. A teraz pokażcie mi w Polsce robotnicze osiedle wybudowane w ostatnich dwóch dekadach przez Procter & Gamble, Dell, General Motors czy Auchan. Albo menedżera, który mieszka wśród szeregowych pracowników swojej firmy.
Dzisiejszy kryzys gospodarczy jest taki, jak zwykle. Państwo, czyli budżet, czyli my – finansujemy miękkie lądowanie wielkiego biznesu. Tak było zawsze i nie ma nad czym rozdzierać szat. Tzw. wolny rynek w postaci, którą wychwalają dziarscy chłopcy z UPR-u i podobnych sekt, istniał ostatnio na większą skalę we wczesnym średniowieczu – później były już tylko rozmaite formy interwencjonizmu państwowego, bez których prywatny biznes nigdy nie rozwinąłby skrzydeł. Nie musiał to być interwencjonizm typowo gospodarczy – bo wspomniany przykład przemysłowca z mego miasta pokazuje, że i bez niego można na krótką metę robić wielkie pieniądze – jednak jakiś być musiał. Wystarczyło, że zamiast dotacji do przemysłu rząd Jej Królewskiej Mości finansował sprawne kanonierki, które zapewniały brytyjskiej burżuazji „wolny handel” w połowie świata. Bez państwowych armat koszty produkcji i sprzedaży prywatnego masła nie pozwoliłyby zbilansować działalności gospodarczej tak, by wyjść na swoje – i mowa właśnie o dużym biznesie, bo ten działający w skali miasta czy regionu poradziłby sobie jeśli nie bez taniego policjanta, to na pewno bez drogich kanonierek.
Dlatego też nie ma sensu ronić łez nad tym, że państwo w okresie kryzysu jeszcze bardziej wspiera biznes i ratuje mu skórę. Dziś nie tylko nieliczni uczciwi liberałowie, ale także rozmaite środowiska prospołeczne lamentują, że miliony złotych, funtów i dolarów trafiają do na poły zbankrutowanych mędrków, którzy do niedawna uważali, że dzień bez pomstowania na wydatki publiczne jest dniem straconym. Rozumiem, że to musi budzić krytykę, żal czy wręcz wściekłość – gdy „obrońcy podatników” przed „rozdętym państwem” bezczelnie żądają od tegoż państwa i podatników ogromnych dotacji na ratowanie swoich nierentownych biznesów. Niestety, problem ten przypomina kwadraturę koła. Oczywiście niemoralne jest wspieranie takich przedsięwzięć i ich pyszałkowatych właścicieli, ale jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że z ich losami powiązane są losy milionów „szarych ludzi”. Wszelki radykalizm – także ten spod znaku wezwań „ani grosza dla wielkiej finansjery” – ma to do siebie, że świetnie wygląda na papierze, ale w tych wszystkich obrzydliwych wielkich koncernach pracują nasi koledzy, rodziny, znajomi czy wręcz my sami. Problemem nie jest to, że wielki biznes otrzymuje w obliczu kryzysu koło ratunkowe sfinansowane z budżetu. Problem tkwi w tym, że podczas obecnego kryzysu dotacjom nie towarzyszy zmiana filozofii dotyczącej roli państwa.
O ile wielki kryzys przełomu lat 20. i 30. zaowocował zmianą całego paradygmatu gospodarczego i pociągnął za sobą przeobrażenia w polityce państwa, o tyle dziś budżet jest ogołacany przez pogrążone w zapaści prywatne koncerny, które nadal są prywatnymi koncernami, a ich szefowie i finansowani przez nich propagandyści z rozmaitych neoliberalnych think tanków wciąż nadymają policzki i bez umiaru raczą nas swymi mądrościami. Nie dziwię się więc głosom tych, którzy uważają, że kilku facetów z Wall Street i City oraz ich kamerdynerów ze szkoły Miltona Friedmana należałoby raczej dożywotnio zamknąć w ciasnej celi niż wspierać z budżetu. Dzisiejszy kryzys ma bowiem niestety to do siebie, że nie skutkuje żadnymi przemianami ideowymi i systemowymi. Owszem, ktoś tam ponarzeka na niestabilny i ryzykogenny „światowy system finansów”, ktoś zażąda, aby dotowane koncerny raczej ograniczyły zarobki menedżerów niż wyrzuciły na bruk tysiące pracowników, ale poziom refleksji nad zbankrutowanym liberalnym kapitalizmem to popłuczyny po krytyce, jakiej poddano go na przełomie drugiej i trzeciej dekady XX wieku. I to nie tej ze strony „ekstremistów”, „populistów” i „nieodpowiedzialnych krzykaczy”, lecz padającej z ust czołowych przywódców i autorytetów naukowych ówczesnego świata.
Mógłbym tu zacytować nie pozostawiające suchej nitki na liberalnym kapitalizmie wypowiedzi Franklina Delano Roosevelta czy Eugeniusza Kwiatkowskiego, ale zostawię je sobie na inną okazję. Bardziej wymowne, bo odnoszące się do sfery praktyki, wydają mi się dwa przykłady polityki państwa w reakcji na kryzys gospodarczy i nieodpowiedzialne poczynania wielkiego kapitału. Dobrych wzorców nigdy dość.
Pierwszym ciekawym przykładem jest tzw. afera żyrardowska. W Żyrardowie wybudowano w XIX w. wielkie zakłady tkackie, rozwijane przez kolejne dekady do tego stopnia, że tuż przed wybuchem I wojny światowej były największym przedsiębiorstwem tekstylnym na ziemiach zaboru rosyjskiego oraz największym w Europie producentem wyrobów lnianych, cenionym i renomowanym w wielu krajach. Po wojnie szybko odbudowano potencjał produkcyjny fabryki. W 1923 r. zakłady sprzedano francuskiemu konsorcjum. „Inwestor zagraniczny” skorzystał ze sposobności – zaczął prowadzić rabunkową gospodarkę, znacząco zmniejszył zatrudnienie, wykazywał fikcyjne straty, aby uniknąć płacenia podatków, zyski transferował zagranicę, a renomowaną marką sygnował tandetę wyprodukowaną diabli wiedzą gdzie. Zapaść przeżyła nie tylko fabryka, ale także całe miasto, którego dotychczas była sercem. Doszło do konfliktu władz lokalnych z przedsiębiorcą, sprawa stała się głośna w całej Polsce, do Sejmu i władz państwa wpływały odezwy zwracające uwagę na ten problem. Gdy do skutków polityki Francuzów doszły efekty kryzysu gospodarczego, opinia publiczna naciskała na decydentów coraz mocniej. W 1934 r. państwo polskie angażuje się w rozwiązanie problemu – dzieje się to na szczeblu międzynarodowym i owocuje nadwerężeniem stosunków z Francją, nie obywa się bez procesów sądowych, ale po dwóch latach przynosi efekt w postaci de facto nacjonalizacji fabryki, której właścicielem zostaje Państwowy Bank Rolny. Od 1936 r. zakłady dźwigają się z upadku, rośnie produkcja i zatrudnienie, miasto ożywa.
Jeszcze bardziej ciekawy, bo nie mający podłoża prokuratorsko-aferalnego, jest przypadek przejęcia przez państwo łódzkich zakładów włókienniczych Scheiblera-Grohmana. Była to nie tylko ogromna fabryka znana w całej Polsce i Europie, ale niemalże symbol przemysłowej Łodzi, miasta, które powstało właśnie wokół tej i kilku podobnych inwestycji – o imperium Scheiblera mawiano, że to „miasto w mieście”, bo zajmowało 50 hektarów, 1/7 powierzchni drugiego pod względem wielkości ośrodka municypalnego ówczesnej Polski. Socjalista Władysław Broniewski w wierszu o Mieście Włókniarzy, pisał: „Tuczą się Łodzią tłuste Scheiblery…”. Gdy jednak fabryka podupadła wskutek kryzysu gospodarczego, utraciła zdolność kredytową, a zadłużenie wobec skarbu państwa sprawiło, że zarząd nad firmą przejął w 1934 r. państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego. Stefan Bratkowski określił „reanimację” tych zakładów pod państwową kontrolą „najbardziej pouczającym polskim doświadczeniem” tego typu.
Takich przykładów było w okresie pokryzysowym lat 30. znacznie więcej – z bardziej znanych można wspomnieć jeszcze objęcie przez państwo większościowych udziałów w śląskiej Hucie „Pokój” (6 tys. pracowników) czy koncernie „Wspólnota Interesów Górniczo-Hutniczych” (łącznie 27 tys. zatrudnionych). Bez trudu znajdziemy wiele podobnych przykładów z owej epoki w większości rozwiniętych krajów świata. Pokazują one, jak ogromna różnica dzieli dzisiejsze finansowanie lekką rączką upadłych aniołów liberalnego kapitalizmu od ówczesnego przejmowania przez państwo odpowiedzialności za losy obywateli i substancję przemysłową.
Dziś państwo powinno jedną ręką wesprzeć przedsiębiorstwa znajdujące się w kryzysie, a drugą rękę zacisnąć na gardle tych, którzy doprowadzili je do takiego stanu. Bo jeśli ręce z gotówką nie będzie towarzyszyła zaciśnięta pięść, wówczas gdy tylko wielki biznes za nasze pieniądze znów stanie na nogach, zaciśnie na nas swoją neoliberalną pięść. A słabe i bezbronne państwo będzie musiało ponownie „stwarzać przyjazne otoczenie dla inwestorów” – aż do kolejnego kryzysu.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 23 grudnia 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Był taki czas, całkiem niedawno, gdy „Gazeta Wyborcza” była świętością, a wyroki ferowane na jej łamach oznaczały dla wielu poważne kłopoty. Osobiście znam kilka osób, które zaprezentowane tamże jako szwarccharaktery, miały spore problemy, z utratą pracy włącznie. Był to czas, gdy krytykowanie tejże gazety i jej twórców stanowiło akt odwagi, ograniczony zazwyczaj do mediów tak niszowych, że na ich tle sceptyczne wobec Michnika publikacje „Tygodnika Solidarność” czy nieistniejącego już dziennika „Życie”, jawiły się jako opinia magnatów medialnych.
Krytyka ta, dodajmy, miała niemal wyłącznie prawicową proweniencję. Miłość prawie całej lewicy wobec Agora S.A. była tak wielka i tak groteskowa, że jeszcze teraz śmieję się na wspomnienie znalezionego niegdyś w Internecie tekstu jednego z młodych gniewnych, krytycznych i radykalnych publicystów, funkcjonującego w środowiskach „Krytyki Politycznej” i „Ha-Artu”. Oznajmił on, że do „Gazety” stracił zaufanie, gdy nachalnie poparła inwazję na Irak w roku 2002. Doprawdy, wielka jest lewicowa wrażliwość społeczna i jeszcze większy krytycyzm środowisk – bowiem nie była to postawa odosobniona – które w tejże samej gazecie przez ponad dekadę nie dostrzegały promowania chamskiego, antyspołecznego liberalizmu gospodarczego…
Od tamtej pory sporo się zmieniło. Dziś krytyka „Wyborczej” jest nie tylko powszechna i masowa – wystarczy wspomnieć „Rzeczpospolitą”, „Dziennik”, „Wprost”, a momentami nawet TVN – ale i znacznie bardziej ostra, bezpardonowa, pozbawiona wielu hamulców, które niegdyś wynikały ze zwyczajnego strachu o własną skórę i o skutki publicznej infamii. Odważnych „antymichnikowców” mamy obecnie tylu, że przypominają się słowa marszałka Piłsudskiego, który podczas defilady weteranów Legionów z okazji obchodów 10-lecia odzyskania niepodległości miał ponoć powiedzieć: „Żebym ja was, kurwa, tylu miał, kiedyśmy z Oleandrów wychodzili”. Ano właśnie – aż dziw bierze, że w kraju zamieszkiwanym przez tylu krytyków Michnika, jego gazeta osiągnęła tak ogromną sprzedaż i jeszcze większy wpływ na świadomość społeczną.
Mniejsza o większość. Mnie po drodze nigdy nie było z tymi, którzy „Wyborczą” krytykowali z pozycji, jak je nazywam, idiot-prawicowych – mam na myśli tych, którzy środowisko „Gazety” oskarżają o „brak patriotyzmu” (tak jakby monopol na patriotyzm mieli klerykalni nacjonaliści) oraz specjalistów od tropienia strasznych rzeczy, które Umęczonemu Narodowi Polskiemu uczyniła matka Michnika i jego brat. Dziś jednak nawet ta forma krytyki środowiska „Wyborczej”, która od dawna była mi bliska, przedostała się do głównego nurtu debaty publicznej. Choćby w postaci zbyt naiwnej i idealistycznej, lecz wartościowej książki Davida Osta „Klęska »Solidarności«”, oskarżającej „lewicę laicką”, że po roku 1989, mówiąc wprost, wypięła się na dawne ideały i na tych, którzy wynieśli ją na szczyty. Obecnie pomstowanie na „Gazetę Wybiórczą” nie jest już ani potrzebne, ani ciekawe, ani twórcze – koń, jaki jest, każdy widzi.
Z wrodzonej przekory, a także z niechęci wobec coraz niższego poziomu owej krytyki, chciałbym się Adamem Michnikiem zachwycić. Zresztą, trafnie kiedyś zauważył jeden z autorów „Obywatela”, że kto wie, czy za autorem „Kościoła, lewicy i dialogu” jeszcze nie zatęsknimy. Bo z Michnikiem można się nie zgadzać, ale Michnik to jest ktoś. Gdy nas opuści, to z kim się nie zgadzać będziemy? Z Lisem Tomaszem? Wolne żarty. Równie dobrze mógłbym się nie zgadzać z jamnikiem sąsiadki – tyle samo ma on poglądów i argumentów wartych przemyślenia i odparcia.
No więc chciałbym się Michnikiem zachwycić, lecz nie mogę. Przeczytałem właśnie w „Polityce” wywiad, którego J. Żakowskiemu udzielił redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. To nie moja wina, lecz obu rozmówców, że leitmotivem wywiadu uczynili porównanie realiów po roku 1989 z tymi, które towarzyszyły odzyskaniu przez Polskę niepodległości 90 lat temu. Właśnie na tym tle szczególnie wyrazista jest nędza Michnika i jego środowiska.
W rozmowie z Żakowskim dominują dwa tony. Ogromne zadowolenie z kształtu Polski po roku 1989, nawet jeśli czasem łaskawie przyznające, że niekoniecznie wszystko poszło idealnie (och, tego chyba nikt nie wymagał). Oraz równie wielkie oburzenie, że są tacy, którzy III RP wtykają szpilki, gdyż to nie ludzie – to wilki. Gdyby chodziło o, dajmy na to, Balcerowicza Leszka, machnąłbym ręką – niechże technokrata rozpływa się w zadowoleniu i sarka na krytykę. Ale Michnik, do ciężkiej cholery, jest intelektualistą! Mamy prawo wymagać odeń czegoś więcej niż banałów, że jest super, jest super, więc o co ci chodzi.
Nie ma sensu rozważać, czy Polacy po 1918 r. lepiej poradzili sobie z nową Polską niż my po 1989. To sprawy nieporównywalne i kto jak kto, ale Michnik – erudyta i historyk – powinien sobie z tego doskonale zdawać sprawę, nawet gdy chodzi o wywiad dla „tygodnika opinii”, czyli mówiąc po ludzku i nazywając rzecz po imieniu, dla gazety o treściach lekkich, łatwych i przyjemnych. Nawet jednak, gdyby uznać, że „transformacja ustrojowa” wypadła o niebo lepiej niż „odbudowa państwa”, to w tym wywodzie pojawia się coś, co budzi we mnie dezaprobatę.
Otóż intelektualista powinien być krytyczny i niezadowolony. Nie krytykancki i nie malkontencki, ale przenikliwie sceptyczny. Bo międzywojnie też miało oczywiste osiągnięcia, a wręcz nikt o zdrowych zmysłach, nawet jeśli jest liberałem, nie powie, że Władysław Grabski czy Eugeniusz Kwiatkowski posiadali mniej powodów do satysfakcji niż Leszek Balcerowicz. Ale nie zmienia to faktu, że ówcześni intelektualiści – a to z nimi, nie zaś z ministrami finansów czy gospodarki należy porównywać Michnika – byli do głębi niezadowoleni i krytyczni. Nie jako urodzeni malkontenci, bo przecież potrafili wychwalać realne osiągnięcia, lecz jako intelektualiści właśnie. Intelektualista powinien wiedzieć więcej, myśleć ostrzej, wybiegać w dalszą dal niż reszta, wzorem Wieszcza sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga.
Intelektualista był w międzywojniu rozczarowany. Nie tym, że nie zrobiono niczego dobrego. Tym, że zrobiono za mało – bo intelektualiście zawsze jest za mało. Kogokolwiek byśmy nie wzięli spośród ówczesnych „intelektualistów zaangażowanych”, jakiej drogi politycznej by on nie obrał, wszyscy byli niezadowoleni. Czy związali się z ludowcami, czy z PPS-em, czy wiernie trwali przy Piłsudskim, czy zajęli się mrówczą pracą w apolitycznych instytucjach społecznych, czy wycofali z życia publicznego w przekonaniu, że już zrobili swoje, „reaktywowali Polskę” – mieli oni przekonanie, że można było więcej, lepiej, szybciej. Popularność „Przedwiośnia” Żeromskiego wzięła się właśnie stąd, że trącił on najważniejszą strunę serc „zaangażowanych intelektualistów”, niezależnie od ich politycznych afiliacji – strunę niezadowolenia z Polski. Gdy poznajemy biografie ówczesnych odpowiedników Michnika, właśnie ta kwestia stanowi wspólny mianownik pokolenia, które śniło i marzyło o nowej Polsce i ją ujrzało.
Powie ktoś, że byt określa świadomość, a zatem Michnik jest zadowolony, gdyż jemu osobiście się powiodło po roku 1989. Znam teorie, wedle których pan Adam dał się w 1968 roku wsadzić do pudła, ponieważ wiedział, że 30 lat później będzie mógł przeliczać judaszowe srebrniki płynące szerokim strumieniem w ślad za akcjami Agora S.A. Autorów takich wywodów pozwolę sobie odesłać do Tworek, bo tam jest ich miejsce. Trop ten, rozpatrywany poważnie, tj. bez personalno-finansowych wyliczeń, jest zresztą błędny. To przecież nie jest tak, że w roku 1925 czy dekadę później realia II RP krytykowali wyłącznie ci, którzy zajadali czerstwy chleb z margaryną i marmoladą. Żeromski, aczkolwiek biedujący przez sporą część życia, w momencie pisania „Przedwiośnia” był już człowiekiem jeśli nie zamożnym, to na pewno pozbawionym trosk materialnych. Podobnie jak wielu jemu podobnych, którzy wskutek zasobów rodzinnych, piastowanych stanowisk czy indywidualnych talentów byli wówczas całkiem nieźle urządzeni. A mimo to chcieli Polski innej – lepszej.
U Michnika tego wszystkiego natomiast nie ma ani śladu. Nie ma krytycyzmu, nie ma nawet cienia idealizmu, nie ma autorefleksji. Jest tylko gnuśne samozadowolenie i przeraźliwie egocentryczne (w tej manierze Michnika zdystansował tylko Wałęsa) analizowanie głosów krytycznych wobec status quo. Owszem, mamy tu polemiczną pasję, która co i rusz przejawia się w postaci gromów na nacjonalizm, populizm, antydemokratyzm itd. Jest tylko jeden problem. Różnica między II a III RP polega m.in. na tym, że to, co kiedyś było radykalne i postępowe, obecnie jest drobnomieszczańskie. To za sprawą m.in. „Gazety Wyborczej”, ideologią gospodyń domowych i szkolnych lizusów jest pomstowanie na Kaczorów, Giertycha, IPN, populizm i faszyzm.
Dzisiejsze Panie Dulskie są zwolenniczkami podatku liniowego, są przeciwne „utrzymywaniu roszczeniowych darmozjadów”, są entuzjastkami otwarcia granic dla światowego kapitału i kolejnych sieci hipermarketów, wierzą w nowoczesną wersję socjaldarwinizmu, wedle której biedny jest z definicji głupi i leniwy, to one przodują w wyśmiewaniu szkolnych mundurków, nie lubią „grzebania w teczkach” i „kampanii nienawiści”, z zainteresowaniem śledzą nowoczesne, billboardowe kampanie wyborcze i czytają „tygodniki opinii”. A ich guru upadł tak nisko, że z zadowoleniem stoi na czele tej Rodziny Gazety Michnika.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 17 listopada 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Toczący się właśnie spór o tzw. emerytury pomostowe to dobra okazja, by zastanowić się nad tym, jak powinna wyglądać polityka na serio prospołeczna i czym się ona różni od może efektownego, lecz nieefektywnego szastania finansami publicznymi, które koniec końców skutecznie obrzydzi wszelki „socjalizm”. A wręcz zaowocuje skrajnie liberalną reakcją, jak to miało miejsce w latach 70., gdy neoliberalni propagandyści celnie wypunktowali błędy popełnione przez apologetów państw opiekuńczych.
Wyjaśnię od razu, że jestem zwolennikiem – i to wielkim – emerytur pomostowych, choć z nieco innych powodów niż te, które legły u podstaw tego rozwiązania. Przyczyną wprowadzenia takich emerytur były w krajach rozwiniętych głównie względy medyczne. Istnieje całkiem sporo zawodów, które wiążą się ze znacznie szybszymi ubytkami zdrowotnymi niż u osób wykonujących inne prace. To zresztą „oczywista oczywistość” – wystarczy odrobina wyobraźni, aby pojąć, że wysiłek górnika nie jest podobny do siedzenia na biurowym fotelu. Podobnie jest nie tylko z pracami w ciężkich, szkodliwych, nienaturalnych warunkach, ale także w sytuacjach, w których narażeni jesteśmy na ponadprzeciętny stres: inna jest praca kierowcy samochodu dostawczego, inna zaś szofera karetki pogotowia. A ludzie nie tylko żołądki, ale też systemy nerwowe mają statystycznie równe.
Sęk w tym, że o ile istnieją zawody, w których przypadku nie ma wątpliwości, że wcześniejsza emerytura nie jest żadnym przywilejem, lecz powinna stanowić elementarne prawo, o tyle przyznanie go innym grupom zawodowym stanowi dobry argument przeciwko emeryturom pomostowym. Bo między bajki można włożyć opowieści, że praca nauczyciela, mającego około 2 miesięcy odpoczynku w skali roku, jest szczególnie uciążliwa w porównaniu choćby z osobą prowadzącą po całych dniach, niemal bez wyjeżdżania na urlop, punkt handlowy czy usługowy. Do tego dochodzi nie mniej ważny, lecz rzadko dyskutowany problem zróżnicowania w obrębie danej branży. Skala stresu i ryzyka jest odmienna w przypadku policjanta z wydziału przestępczości zorganizowanej czy choćby z tzw. prewencji, niż u brzuchatych panów z drogówki czy umundurowanej sekretarki na komendzie. Inna jest praca górnika dołowego, a inna też formalnego górnika, który jednak pod ziemię zjeżdża na godzinę w ciągu zmiany, prowadzić pomiary czy kontrolować stan robót. Jeśli dziś emerytura pomostowa przysługuje również temu drugiemu „górnikowi”, a na emeryturę przejść może każdy policjant z 15-letnim stażem pracy, to rozwiązanie takie nie ma nic wspólnego z troską o słabszych i poszkodowanych, lecz stanowi kreowanie uprzywilejowanej warstwy, która niczym sobie na takie traktowanie nie zasłużyła.
Gdyby mieć na uwadze jedynie te aspekty problemu, byłbym skłonny poprzeć odebranie uprawnień do wcześniejszych emerytur znacznej części zawodów dziś posiadających takową możliwość, a w wielu pozostałych uzależnić ich przyznawanie od orzeczeń lekarskich. I nie byłoby w tym niczego liberalnego – wręcz przeciwnie, wyłącznie chęć eliminacji drastycznych nierówności w traktowaniu różnych grup pracowników najemnych. Ale szczególnie w polskich realiach istnieje czynnik, który sprawia, że być może należałoby się zastanowić nad rozciągnięciem prawa do emerytur pomostowych na wiele kolejnych zawodów, znacznie więcej niż obecnie.
Mam na myśli charakter naszego rynku pracy. To prawda, że w zamożnych krajach pracuje się statystycznie dłużej niż w Polsce. I że myśli się tam o podniesieniu wieku emerytalnego. Ale, po pierwsze, w tych krajach bezrobocie wynosi 3 czy 6 procent, co oznacza, że zwolnieni z pracy w okolicach 50-tki nie są w sytuacji beznadziejnej, zwłaszcza, iż bezrobocie znacznie rzadziej niż u nas dotyka całe rodziny czy regiony. Działa tam także sprawna, państwowa opieka nie tyle socjalna, co aktywizacyjno-zawodowa, wsparta w dodatku rozmaitymi oddolnymi strukturami integracyjnymi, samopomocowymi, kształceniowymi itp. Tamtejszy nowoczesny rynek pracy jest na różne sposoby okiełznany instytucjonalnie oraz oswojony za pośrednictwem różnych podmiotów społecznych. Tymczasem w Polsce jest dokładnie odwrotnie – u nas utrata pracy już po 40-tce oznacza w bardzo wielu zawodach oraz w nie-metropolitalnych regionach po prostu wypadnięcie za burtę podczas sztormu. Tacy ludzie przegrywają konkurencję z młodymi, dynamicznymi, bardziej sprawnymi i wytrzymałymi. Nie istnieje też żaden sensowny system wsparcia zawodowego (przekwalifikowanie) i – co nie mniej ważne – psychologicznego. W sytuacji, gdy bezrobocie wynosi wciąż ok. 10%, a w wielu regionach jest dwukrotnie wyższe, redukcje zatrudnienia wśród osób w wieku średnio-starszym oznaczają prawdziwy dramat społeczny i osobisty. Ale nie tylko redukcje – na dzikim rynku pracy, w gospodarce szybkich przeobrażeń, którym nie towarzyszy dynamiczna zmiana sposobów wsparcia od państwa, samo nadążanie osób mających pracę za nowymi wymogami nie jest łatwe w przypadku 40-50-latków. W takich sytuacjach emerytury pomostowe dla ogółu pracujących mogłyby funkcjonować jako swego rodzaju szalupa ratunkowa, korzystniejsza z punktu widzenia kondycji społeczeństwa niż bezrobocie i towarzyszące mu patologie. Ale właśnie jako szalupa ratunkowa, chroniąca przed zatonięciem, nie zaś jako wygodny przywilej dla wybrańców, niedostępny innym, choćby znajdowali się w gorszej sytuacji – i właśnie tak należałoby skonstruować ów system.
Oczywiście wiem, że byłoby to kosztowne, nie sądzę jednak, że aż tak bardzo. Po pierwsze, ludzie niekoniecznie rezygnują z pracy, gdy mogą to uczynić – pracują nadal choćby dlatego, że zarabiają więcej niż otrzymają emerytury albo dlatego, że lubią pracować, czy też z przyzwyczajenia i chęci utrzymywania kontaktów międzyludzkich. Po drugie, bo bezrobocie też jest z punktu widzenia państwa kosztowne, podobnie jak z punktu widzenia prywatnego biznesu (więcej osób bez dochodów to mniej klientów).
Przy okazji emerytur pomostowych pojawia się jednak problem znacznie szerszy. Gdy myślę o ideałach lewicowych czy prospołecznych, mam przed oczami obraz takiego społeczeństwa, w którym troszczymy się o równe szanse i warunki bytowania dla wszystkich, a pomoc kierujemy do naprawdę słabszych, aby podciągnąć ich w górę. Tymczasem obserwując rozmaite środowiska wymachujące symbolicznym „czerwonym sztandarem”, mam wrażenie, że chodzi im o coś zupełnie innego – o to, by każda grupa, która określi się jako słabsza i pokrzywdzona (bez konieczności uzasadnienia tegoż), mogła bez pardonu wyrwać z budżetu dowolne środki, bez oglądania się na inne grupy. Każdy strajk, każda „eskalacja żądań”, zasługują w oczach takich środowisk na wsparcie. W moich nie zasługują.
Znam grupy zawodowe pracujące w trudniejszych i mniej stabilnych warunkach niż nauczyciele, którzy oprócz zagospodarowania dwóch miesięcy wakacji i przepracowania 18 godzin pensum (tak, wiem, zdarza się, że pracują nie 18, lecz 35 godzin – tylko co z tego?) muszą sprawdzić klasówki w domu czy przygotować się do zajęć. Z drugiej wszakże strony, wiem, że ci sami nauczyciele zarabiają przeciętnie mniej niż słabiej wykształcone pielęgniarki, które w nieskończoność „eskalują protesty płacowe”, a przede wszystkim znacznie gorzej niż lekarze zatrudnieni na trzech „etatach” (każdy po 2-3 godziny) w placówkach państwowych i prywatnych, regularnie „odchodzący od łóżek pacjentów”, bo pensja rzędu 8-15 tysięcy złotych nie pozwala im „żyć godnie”. Wiem też i to, że wśród nauczycieli są stale dokształcający się poloniści i historyczki, muszący zapanować nad „trudną młodzieżą”, ale są też wuefiści, którzy od lat prowadzą zajęcia wedle znanego systemu „mata” – przychodzi taki facet, rzuca piłkę i mówi: mata i grajta, ale się nie pozabijajta. Wiem też, że w nocy pracują nie tylko niektórzy hutnicy i kolejarze, ale także np. część sprzedawców, dziennikarzy i taksówkarzy. Ponadprzeciętny stres towarzyszy nie tylko pracy policjanta, ale także niektórym działaniom pracowników prywatnych agencji ochroniarskich. I tak dalej. Tym niemniej, bardzo krytycznie oceniam stosowanie zasady „dziel i rządź” i napuszczanie jednych grup zawodowych na inne, aby przypadkiem nie powiedziały jednym, silnym głosem, że domagają się tego i tego, i potrafiły wspólnie to wywalczyć. Dlatego poza wyjątkowymi przypadkami nie odmawiam prawa do strajku pielęgniarkom, zaś skargi nauczycieli na swą ciężką pracę staram się zrozumieć mimo wspomnianych wątpliwości.
Coraz częściej jednak nachodzi mnie myśl, że w systemie, który istnieje w Polsce, najsłabsi i najbardziej potrzebujący pomocy nie tylko jej nie otrzymują, ale nawet nie stają się przedmiotem zainteresowania rozmaitych środowisk, które teoretycznie zajmują się ich wspieraniem. Nie mówię nawet o grupkach, które na „wywalczaniu” tego i owego budują własną popularność i próbują ugrać swoje trzy grosze – sztandarowym przykładem może tu być znany z niedawnej bezcelowej okupacji biura poselskiego Tuska związek zawodowy „Sierpień ‘80”, coraz bardziej wyspecjalizowany w żerowaniu na różnych problemach społecznych i robieniu sobie autoreklamy ich kosztem. Niestety, na tę grę pozorów dają się nabierać także grupy i osoby, których szczerość poglądów prospołecznych nie ulega wątpliwości. Gdyby na serio potraktować ich deklaracje, okazałoby się, że w Polsce 80% społeczeństwa, analizowanego wedle dowolnego kryterium (branże, regiony czy wysokość dochodów), wymaga natychmiastowego wsparcia z budżetu.
Skala biedy i marginalizacji jest w naszym kraju znaczna, ale jeśli ktoś uważa, że pomóc należy niemal wszystkim, to w efekcie nie pomoże nikomu. Nie tylko dlatego, że nie udźwignie tego żaden budżet, nawet bardziej zasobny niż polski i nawet wtedy, gdy wszystkich „burżujów” obłożymy podatkiem dochodowym w wysokości 99%. Przede wszystkim nie uda się to dlatego, że wsparcie bazujące na ideałach równości i sprawiedliwości ma sens wyłącznie wtedy, gdy trafia do naprawdę potrzebujących. W przeciwnym razie zamiast wcielenia w życie tychże ideałów, mamy nowe przywileje i promowanie cwaniactwa. Tymczasem słabość, ale także wygodnictwo różnych środowisk prospołecznych w Polsce polega na tym, że nikt nie zastanawia się, komu i jakiego wsparcia należałoby udzielić.
Polscy lewicowcy uwielbiają powoływać się na skandynawski system socjalny. Ja też go cenię, bo zapewnia najwyższy poziom życia na świecie i stabilizację społeczną. Ale ten system działa sprawnie bynajmniej nie dlatego, że na prawo i lewo rozdaje zasiłki. Owszem, zdarzają się tam patologie i nadużycia, ale jednocześnie całość bazuje na uczciwości beneficjentów pomocy, rzetelnych analizach ich sytuacji, a także na sprawnej kontroli. Tymczasem każdy, kto zetknął się z polską tzw. pomocą społeczną lub wie, co kryje się za oficjalnymi wskaźnikami bezrobocia i biedy, wie, że u nas spora część zapomóg trafia w kieszenie nie biedaków, lecz cwaniaków, a znaczna ilość formalnie bezrobotnych ma pracę na czarno i zarabia nierzadko lepiej niż „etatowcy”. Efekt jest taki, że ci, którzy naprawdę potrzebują wsparcia, otrzymują ochłapy, bo tyle zostaje po „równym” rozdzieleniu dostępnej puli.
Taki system to nie socjalizm – to idiotyzm. Zamiast umożliwić przezwyciężenie biedy, on tę biedę konserwuje – wsparcie jest o wiele za małe i niedostosowane do tego, żeby wyrwać kogokolwiek z zaklętego kręgu wykluczenia i wegetacji. W najbliższym numerze „Obywatela” będziemy pisali o tym, jak w Polsce wygląda kwestia mieszkań komunalnych. W teorii miały one zapewniać ubogim dach nad głową i stabilizację bytową, twardy grunt pod nogami. W praktyce jednak raz przyznany lokal jest zajmowany przez daną osobę do końca życia, nawet jeśli w międzyczasie wzbogaciła się ona znacznie. Albo kupuje go ona za 3% wartości rynkowej, bo władze miejskie tylko taki pomysł – sprzedaż za grosze – mają na zagospodarowanie tych zasobów. W tym czasie setki rodzin czekają na jakikolwiek kąt, bo nie stać ich na zakup żadnego, a inni, trochę zamożniejsi, zadłużają się na 40-letni lichwiarski kredyt, by kupić 35 metrów kwadratowych własnego „em”. To ma być wsparcie potrzebujących i sprawiedliwość? Nie, to absurd do kwadratu i rażąca niesprawiedliwość.
Gdy lewica na całym świecie dokonuje analiz, prowadzi badania, tworzy projekty, pyta fachowców – u nas nie odczuwa takiej potrzeby. Zamiast tego prześciga się w wykrzykiwaniu żądań i przebieraniu nóżkami, kto pierwszy poprze kolejny „bojowy protest”. Zamiast solidnej, merytorycznej pracy nad określeniem źródeł biedy i wykluczenia, mamy buńczuczne oświadczenia i „solidaryzowanie się ze słusznymi postulatami”, jakie by one nie były. Nie jest ważne, kto najbardziej potrzebuje pomocy i w jakiej formie – serca wszelkiej maści „wrażliwców społecznych” najłatwiej, wręcz automatycznie, można podbić głośnym i emocjonalnym wrzeszczeniem. Jest tylko jeden problem – ci naprawdę słabi, biedni i wykluczeni, rzadko kiedy mają siłę, by głośno wrzeszczeć…
„Radykalizm” tych, którzy popierają każdy protest bez analizowania jego sensu, przyczyn i skutków, przypomina małego, słabego psa, który zza ogrodzenia szczeka ile sił, ale po wypuszczeniu za furtkę podkula pod siebie ogon i zmyka przed własnym cieniem. Prawdziwi radykałowie nie muszą się licytować w wydawaniu bojowych oświadczeń i w ultra-rewolucyjnej propagandzie. Wystarczy im, że robią rzeczy sięgające sedna problemów. Niedawno odwiedziła Polskę obywatelka Argentyny, Rosa, pracownica fabryki ceramicznej Zanon, w której robotnicy przejęli władzę i sami prowadzą produkcję, osiągając lepsze wyniki (wielkość produkcji i wysokość zysków) niż w czasach, gdy zakładem zarządzał „pan i władca” prywatny właściciel, inwestor zagraniczny. Zacytuję fragment wywiadu, którego Rosa udzieliła „Obywatelowi” (ukaże się on w nr 44), a który znakomicie kontrastuje z mentalnością polskich radykalnych pyskaczy. Na pytanie Piotrka Bielskiego, jak ocenia rządy centrolewicowego prezydenta Argentyny, Rosa odpowiedziała tak: „Kirchner osłabił silny w Argentynie ruch bezrobotnych. Wprowadził zasiłki, dzięki czemu »kupił« sobie część z nich. Jesteśmy przeciwni wypłacie zasiłków i bierności – jesteśmy za tym, żeby dążyć do stworzenia możliwości pracy dla każdego”. Rosa opowiada też, że bez pardonu wyrzucono z fabryki tych, którzy kradli wspólne mienie lub bumelowali.
Jeśli polskie środowiska prospołeczne zaczną kiedyś mówić takim właśnie głosem, jak Rosa – nie zaś głosem napuszonych „bojowych deklaracji”, to może nie tylko zmierzą się z sednem problemów, ale nawet i zdobędą poparcie pozwalające się z nimi zmierzyć skutecznie.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 23 października 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Moim prywatnym – przyznaję – perwersyjnym hobby stało się kolekcjonowanie we własnej głowie absurdów polityczno-ideowych. Czytając gazety, słuchając wypowiedzi, przeglądając strony internetowe i fora dyskusyjne, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jakaś złośliwa siła wyższa postanowiła tak wymieszać różne pomysły, postawy i stanowiska, by przypominały groch z kapustą. A w polskich warunkach postanowiła w owym garncu namieszać wyjątkowo mocno.
Weźmy kilka kwestii.
Lustracja – jej zwolennik jest automatycznie określany jako prawicowiec, nierzadko skrajny. Dlaczego jednak osoba o poglądach lewicowych miałaby popierać zdrajców donoszących na własnych kolegów oraz umundurowanych bandziorów, którzy owe donosy wykorzystywali do niszczenia niezależnych inicjatyw społecznych? Lewica w perspektywie historycznej była za jawnością, za demokracją, za niezależnymi, oddolnymi działaniami społeczeństwa. Była po stronie słabych, krzywdzonych, przeciwko zamordystycznym watażkom i ich pomagierom. To raczej prawica lubowała się w elitaryzmie, zakulisowych zagrywkach, w polityce opartej na intrygach, nie miała zaufania wobec demokracji i spontanicznych inicjatyw społecznych.
Antykomunizm – znów jest to postawa postrzegana jako prawicowa. Co ma zrobić zwolennik takiej lewicy, która zawsze była antykomunistyczna, krytycznie oceniała bolszewików, rewolucję październikową, ZSRR, PRL, a nierzadko za takie poglądy zapłaciła wysoką cenę – śmierci w komunistycznym więzieniu, jak Kazimierz Pużak, lub wieloletniej emigracji, jak Adam Ciołkosz? Co wspólnego komunistyczny zamordyzm, oparty na odebraniu wszelkich swobód obywatelskich oraz na wszechwładzy partyjnych „samych swoich”, ma wspólnego z lewicowymi ideałami wolności, demokracji, równości?
Ekologia – ta dla odmiany jest przedstawiana jako lewacka oraz oparta na „lekceważeniu życia ludzkiego kosztem jakichś żyjątek”. Doprawdy, nie wiem, co ochrona środowiska, w którym żyją wszak także ludzie, ma wspólnego z lekceważeniem interesów człowieka. A co ochrona cennych obszarów przyrodniczych czy krajobrazu ma wspólnego z materialistyczną lewicowością? I dlaczego obrona tej części dziedzictwa – wszak w tych konkretnych realiach przyrodniczych żyje i kształtuje się wspólnota narodowa – jest sprzeczna z wartościami deklarowanymi przez prawicę?
Wolny rynek – ideologia typowo liberalna, uwielbiana jednak przez prawicę, nierzadko tę „twardą”. Co jednak wspólnego ma z etosem wspólnotowym wychwalanie indywidualizmu, który nader często przybiera postać egoizmu i wojny wszystkich ze wszystkimi (konkurentami)? Czy wydajność ekonomiczna jest ważniejsza niż inne aspekty „zdrowego” bytowania wspólnoty, których kosztem nierzadko się ona zwiększa? Czy wolnorynkowi konserwatyści wiedzą, że mało kto tak wielbił kapitalizm, jak Karol Marks? Oczywiście chciał on jego obalenia, ale jednocześnie uważał, że kapitalizm jest potężnym taranem, który znakomicie rozbija dawne społeczeństwo i niszczy „zacofane” struktury, wszystko przekształcając w materialną wymianę.
Swobody obyczajowe – postulat typowo liberalny, stawiający w centrum uwagi indywidualne preferencje i zachcianki, bez oglądania się na wolę i postawę większości. Tymczasem dziś nikt bardziej nie przejmuje się jednostkową ekspresją i prawami różnych małych grupek niż lewica – ta sama lewica, która dawniej miała na uwadze interes większości, problemy dotyczące mas, a np. homoseksualizm uważała w najlepszym razie za nieistotną ekstrawagancję.
Można wyliczankę ciągnąć długo, ale po co? Oczywiście bez trudu można wyjaśnić część przyczyn tego pomieszania z poplątaniem. Choćby zjawiskami historycznymi – pojawienie się i ekspansja komunizmu sprawiły np., że lewica zaczęła być kojarzona z zamordyzmem zamiast z demokracją, a w sytuacji całkowitego braku swobód gospodarczych prawica uznała, że lepszy nadmiar rynku niż nadmiar państwa w gospodarce. Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że dziś najpopularniejsze są takie „zestawy” poglądów i postaw, które trudno zrozumieć nie tylko na gruncie polityki, ale także logiki.
Nie wystarczy krytykować Jaruzelskiego i stan wojenny – trzeba jeszcze wychwalać Pinocheta i zamordyzm jego junty. Nie wystarczy uznać masakry w kopalni „Wujek” za godną najwyższego potępienia – trzeba też popierać Margaret Thatcher i jej rozprawę z angielskimi górnikami, której efektem było kilkadziesiąt tysięcy bezrobotnych i zapaść całych regionów. Nie wystarczy poprzeć ujawnienia i rozliczenia agentów SB – należy jeszcze dopatrywać się ich podstępnych działań w każdym współczesnym zjawisku społecznym. Nie wystarczy uznać, że zależność, a raczej poddaństwo Polski względem ZSRR było haniebne i szkodliwe – trzeba jeszcze wielbić USA, przyklaskiwać wszelkim ich działaniom a niedostatecznie gorliwych nazywać wyłącznie „ruskimi agentami”. Nie wystarczy krytyka PRL-owskich absurdów gospodarczych – konieczny jest jeszcze bałwochwalczy kult wolnego rynku, popieranie prywatyzacji wszystkiego i wiara w to, że pracowici i odpowiedzialni sobie świetnie radzą, a reszta to lenie, swoiści „podludzie”, którymi nie warto się przejmować lub w najlepszym razie zostawić na łasce Caritasu i datków Romana Kluski. Nie wystarczy krytykować prześladowań Kościoła w PRL-u – trzeba jeszcze być dewotą i uznawać, że Kościół ma rację zawsze i wszędzie, zaś wszelkie jego postulaty są korzystne dla Polaków. Nie wystarczy uznać, że pewna doza konserwatyzmu zabezpiecza społeczeństwo przed szkodliwym chaosem – trzeba jeszcze uznawać prezerwatywy za wynalazek samego Szatana, a wprowadzenie obowiązkowych zerówek traktować jak przejaw wielkiego spisku przeciwko rodzinie. Nie wystarczy traktowanie z przymrużeniem oka niektórych dziwactw środowisk ekologicznych – trzeba jeszcze popierać wylewanie betonu gdzie się da. Nie wystarczy dystans wobec „Gazety Wyborczej” i krytyka jej roli na polskim rynku mediów – trzeba jeszcze z wypiekami na twarzy śledzić neokonserwatywne łgarstwa „Rzeczpospolitej” i zachwycać się najgłupszą nawet opinią, jeśli tylko jest krytyczna wobec Michnika i spółki. Nie wystarczy uznanie wartości państwa narodowego i obrona jego prerogatyw – trzeba jeszcze średnio co półtora roku rozdzierać szaty z okazji kolejnego domniemanego rozbioru Polski przez „eurosodomę” lub „Unię Jewropejską”.
Z drugiej strony: nie wystarczy negatywnie oceniać dyskryminację obywateli ze względu na preferencje seksualne – należy jeszcze zachwycać się „kulturą gejowską”, a prześladowania tej grupy, choćby były urojone, uznawać za kluczowy problem ludzkości. Nie wystarczy krytykować kapitalizm i domagać się solidarności społecznej – trzeba jeszcze czcić Jacka Kuronia (partyjny wspólnik Balcerowicza) i uznawać Kazię Szczukę za modelowy przykład lewicowej wrażliwości. Nie wystarczy uznać, że wolny rynek generuje nierówności społeczne – trzeba zachwycać się gomułkowskim czy PRON-owskim zamordyzmem, bo wtedy „każdy miał pracę i mieszkania dawali”. Nie wystarczy być przeciwnikiem polityki USA – trzeba jeszcze wychwalać najbardziej wariackie i antypatyczne inicjatywy, jeśli tylko są przeciwne „imperializmowi amerykańskiemu” oraz wierzyć, że zamachu na WTC dokonał Bush do spółki z Mossadem. Nie wystarczy uważać, że ochrona środowiska to istotne wyzwanie – trzeba jeszcze jako nieodłączną część proekologicznych inicjatyw traktować promowanie wojowniczego feminizmu oraz wierzyć w to, że nikt tak nie służy „zielonym” ideom, jak „Gazeta Wyborcza”, bo przecież między reklamami samochodów zamieściła tekst Wajraka, że to niefajnie, gdy owe samochody z reklam pojadą akurat przez Dolinę Rospudy. Nie wystarczy nie być klerykałem – trzeba jeszcze wygłaszać opinie o współczesnej wszechmocnej Inkwizycji, wierzyć, że każdy ksiądz to złodziej lub pedofil, no i postrzegać o. Rydzyka jako demiurga polskiej rzeczywistości. Nie wystarczy niechęć wobec wojowniczego nacjonalizmu i grzebania w etnicznych życiorysach – trzeba jeszcze węszyć wszędobylskie spiski skrajnej prawicy, wzmianki o narodzie traktować jako zapowiedź powtórki z Auschwitz oraz z zapałem przekonywać, że „patriotyzm to idiotyzm”. Nie wystarczy dystans wobec „silnego państwa” i „odnowy moralnej” – trzeba jeszcze wisieć u brukselskiej klamki i uważać, że dobry pan komisarz ucywilizuje tutejszy ludek za pomocą głaskania po główce i prawienia morałów. Nie wystarczy krytyczne spojrzenie na „tradycyjne wartości”, a zwłaszcza na ich prawicową karykaturę – trzeba jeszcze wierzyć, że rodzina to przeżytek, że nic tak nie poszerza horyzontów jak palenie marihuany, a zakazy są po to, aby je łamać. Nie należy też wierzyć w ani jedno zdanie z „Gazety Polskiej”, a szczególnie z książek Cenckiewicza, za to Żakowskiego i Kingę Dunin trzeba traktować jako źródło prawdy objawionej i krynicę mądrości.
Ten kraj jest nasz i wasz. Głupota, dogmatyzm i pomieszanie pojęć plują nam w twarz.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 25 września 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Dyskusje na temat celowości polskich powstań ożywają ostatnio szczególnie intensywnie, bo i sama celebracja rocznic zrywów niepodległościowych jest bardziej huczna i uroczysta niż niegdyś. Akcja rodzi reakcję – im więcej szumu wokół powstania warszawskiego, tym więcej komentarzy o „bezsensownym szafowaniu życiem Polaków”, „szaleńcach, którzy posłali kwiat młodzieży na pewną śmierć”, „samobójczej polityce” itd. Jest to tym bardziej zrozumiałe, gdy historię zaprzęga się do bieżących interesów i politycznych gierek. Nie trzeba być ani przeciwnikiem powstań, ani zwolennikiem „realizmu politycznego”, by odczuwać niestosowność sytuacji, w której w pierwszym szeregu składających hołd powstańcom widzimy posłów i senatorów kiepskiej konduity. Na myśl przychodzi wówczas znany aforyzm Bernarda z Chartres – „Jesteśmy karłami na ramionach olbrzymów”, tyle że nabiera on zupełnie odmiennej wymowy niż w oryginale.
Tym, co zwraca uwagę, jest nasilenie krytyki powstań ze strony środowisk, które dotychczas raczej nie przejawiały takich skłonności. Wywody spod znaku „politycznego realizmu”, niechętne wobec tradycji powstańczej, były przez długie lata domeną grup i myślicieli konserwatywnych, a zwłaszcza endeckich. Stanowiły wręcz żelazny punkt tych doktryn. Endekom nie podobała się w zasadzie żadna „gwałtowna” akcja polityczno-militarna, od powstania kościuszkowskiego, przez listopadowe i styczniowe, rewolucję 1905 r., Legiony, po powstanie warszawskie. Wedle tej koncepcji, zagrożenia można przeczekać przycupniętym niczym zając pod miedzą, a wolność wymodlić lub wyżebrać gabinetowymi intrygami. Nawet gdyby było to realne, pozostaje jeszcze styl.
Nie miejsce tu na pastwienie się nad endecką wizją historii. Ważniejsze jest natomiast to, że dziś krytyką „szaleńczych” i „romantycznych” zrywów powstańczych coraz częściej zajmują się ludzie nie mający nigdy do czynienia z endeckimi koncepcjami, a nawet wrodzy im. Wątpię jednak, aby oznaczało to triumf logiki zawartej w „realnej polityce”. Mamy raczej do czynienia z triumfem drobnomieszczaństwa, z kolejnym wydaniem „małej stabilizacji”, a także z komfortową sytuacją, w której o nic nie trzeba się bić, bo nie dość, że wszystko mamy podane na tacy, to w dodatku zapomnieliśmy, na czym miałaby polegać ryzykowna walka.
Przeciw tradycji powstańczej można znaleźć wiele argumentów, które noszą znamiona sensu. Fakty mówią zresztą same za siebie – klęski, represje, zniszczenia materialne, a przede wszystkim strata tysięcy ludzkich istnień, nierzadko rzeczywiście najlepszych z najlepszych w danym okresie dziejowym. Zapewne podczas każdego z powstań popełniono liczne błędy – od samej decyzji o rozpoczęciu walki, przez wybór jej momentu, przeszacowanie atutów własnych i niedoszacowanie tych przeciwnika, a na sposobie prowadzenia działań kończąc. Analizowane chłodnym okiem, po upływie czasu, spora część powstańczych działań wydaje się pozbawiona sensu. Sądzę jednak, że tradycja powstańcza nie tylko jest warta ocalenia i możliwa do obrony. Jest ona także wartościowa. Z dwóch powodów.
Pierwszy jest mniej ważny. Przede wszystkim, nieuczciwe jest przedstawianie historii Polski jako pasma klęsk militarnych. To nie tylko powstanie wielkopolskie, z ironią i zarazem wyższością nazywane „jedynym zwycięskim”, przełamuje ten schemat. To także powstania śląskie, które trudno uznać w ostatecznym rozrachunku za klęskę. Wręcz przeciwnie – mając na uwadze sytuację wyjściową, układ sił w regionie, a także mizerne wsparcie ze strony władz polskich, należy uznać II i III Powstanie za znaczny sukces. Nie inaczej było z równie „szaleńczym” i „lekkomyślnym” stworzeniem Legionów, których siła militarna i znaczenie wojskowe nie należały do oszałamiających, jednak zupełnie inaczej należy ocenić wymiar propagandowy „na zewnątrz”, a także z punktu widzenia kształtowania świadomości Polaków żyjących od ponad wieku w trzech oddzielonych organizmach państwowych. Do równie „romantycznych” zrywów, choć nie zbrojnych, które przyniosły przynajmniej połowiczne zdobycze należy też zaliczyć rok 1956, wskutek czego nacisk zamordyzmu zelżał. Jeszcze bardziej widać to w przypadku Sierpnia ’80, bo jego pozytywnego wymiaru nie kwestionuje nawet większość endeków, pomijając komunistycznych kolaborantów z okolic „Grunwaldu”, PAX-u itp.
W tym aspekcie ważną rolę odgrywa również moment formułowania ocen i przestróg. Łatwo dziś, znając całokształt wydarzeń i ich przebieg, wskazywać błędy i wytykać potknięcia popełnione 150 czy 50 lat temu. Uzbrojeni w drobiazgowe analizy historyków, chłodno rozważający różne „za” i „przeciw”, zapewne jesteśmy w stanie formułować lepsze diagnozy niż te, które dominowały, gdy podejmowano decyzje odnośnie do interesujących nas wydarzeń. Mało który ze zwolenników-uczestników przegranych powstań miał tak wielką wiedzę i możliwość równie zdystansowanej analizy, jak te, którymi dziś dysponuje ktoś, kto choć trochę interesuje się przebiegiem i realiami ówczesnych wydarzeń. Z tego rodzaju ocen, a zwłaszcza moralizowania, wynika niestety równie niewiele, co z refleksji starca, który u schyłku życia już wie, że popełnił w młodości wiele błędów, które zaważyły na jego późniejszych losach.
Jednak znacznie ważniejszym argumentem jest w moim odczuciu nie to, co mieści się w sferze faktów, logiki i analiz, lecz w wymiarze moralnym czy wręcz emocjonalnym. Zdaję sobie sprawę, że to sfera śliska, bowiem „realiści” poddają krytyce właśnie nadmiar emocji, a niedostatek chłodnego spojrzenia podczas podejmowania decyzji o rozpoczęciu powstań. Mnie interesuje jednak nie to, co już było i czego nikt nie jest władny zmienić. Interesuje natomiast to, co z przeszłością można zrobić dzisiaj.
Gdy Piłsudski pisał w liście do Feliksa Perla w 1908 r., że nie potrafi żyć w panującej wedle niego w Polsce „wychodkowej atmosferze”, trafnie wskazywał na kluczowy problem związany z wartością „myśli powstańczej”. Powstania wybuchały w Polsce być może w momencie najmniej odpowiednim z militarnego punktu widzenia. Wybuchały jednak nieprzypadkowo wtedy, gdy z jednej strony rozmaicie pojmowany i uwarunkowany realizm opanowywał umysły większości, z drugiej zaś aktualny wróg czerpał korzyści z takiego stanu rzeczy. Wówczas garstka, która nie mogła znieść „wychodkowej atmosfery”, jałowego czekania, dzielenia włosa na czworo, nieustannego rozważania „za” i „przeciw”, robiła coś faktycznie „szaleńczego”. Owszem, nierzadko przegrywali z kretesem, kosztem wielkich ofiar. Ale uchylali okno i wpuszczali nieco świeżego powietrza.
Gdy dziś głosy potępienia pod adresem powstań dobiegają ze środowisk innych niż te tradycyjnie sceptyczne wobec takich postaw, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dawno nikt nie uchylił okna. Widać to wszędzie. Badania socjologiczne pokazują, że Polaków nie interesuje nic poza czubkiem własnego nosa, co w sytuacji, gdy jesteśmy społeczeństwem „zacofanym” oznacza nie egoistyczny indywidualizm, lecz apoteozę „życia rodzinnego”. Nie angażują się w życie publiczne, znajdując tysiące wymówek. Nie robią nic dla dobra wspólnego, za to mnóstwo energii trawią na wymyślanie karkołomnych teorii, z których wynika, że „nikomu nie warto ufać, bo wszyscy chcą mnie wydymać”. Mają pełne gęby frazesów podczas internetowych pyskówek, ale w sferze publicznej nie potrafią zareagować na nawet najbardziej dotkliwe przykłady chamstwa. Owszem, przy wódce każdy Polak jest odważny – nienawidzi polityków i szefa z pracy, ale to przecież on wybrał tych pierwszych i to on pokornie przytakuje temu drugiemu. I oczywiście nie odmówi sobie ani jednej butelki, aby sfinansować niezależną partię czy związek zawodowy, który nauczyłby szefa moresu. Gdy od takich ludzi słyszę, że powstania to „szaleństwo”, myślę sobie, że faktycznie jest to realizm – żywego trupa.
Jeszcze jedna przyczyna wydaje mi się tkwić u podstaw „nie-endeckiego” krytycyzmu wobec powstań. Dziś, przy wszystkich swoich wadach i niedogodnościach, przy istniejących obszarach biedy i patologii, Polska stanowi na tle poprzednich epok niemal eldorado. Pokolenie dzisiejszych dwudziesto-, czterdziesto-, a nawet sześćdziesięciolatków nie jest sobie w stanie wyobrazić, czym jest wojna, zagrożenie bytu jednostkowego i zbiorowego przez wrogie, obce państwo, czym jest powszechna i nieustanna świadomość potencjalnej utraty życia. Dziś nawet prawicowi fani Ernsta Jüngera i lewicowi miłośnicy „Che” Guevary to na ogół ciepłe kluchy, które co najwyżej na internetowych forach „walczą” ze „zgnilizną moralną” lub z „faszystowskim zagrożeniem” aż leje się krew, o przepraszam – kilobajty.
Bez wątpienia część decyzji o wybuchu powstań była pozbawiona sensu, a jeszcze więcej błędów popełniono w ich trakcie. Ale nawet wielka ilość przelanej krwi nie skłania mnie do potępienia powstań. Ich przeciwnicy zawsze przywołują argument, który mówi, co by było, gdyby – gdyby przeżyli, gdyby nie zginęli, gdyby nie zburzono tego czy tamtego. Ale to pytanie można odwrócić – po co mieliby przeżyć? Po to, żeby zażywali atmosfery wychodka? Żeby wraz z innymi respondentami CBOS-u czy OBOP-u najbardziej cenili „życie rodzinne” i kredyty na zakupy w Castoramie i Ikei? Żeby obserwowali, jak historyczne obiekty, których nie zburzyły wojny, zamieniane są w banki i autosalony, bo taka ponoć jest „konieczność ekonomiczna”? Po to, żeby klepali po całych dniach na klawiaturze wezwania do obrony demokracji przed „Kaczorami” lub do obrony „Kaczorów” przed krwiożerczym Tuskiem? Żeby emocjonowali się tym, iż Krasowski i Michalski napisali coś brzydkiego o Lisickim i Ziemkiewiczu lub odwrotnie, a oni wszyscy napisali o Michniku, który z kolei dał im odpór piórami Żakowskiego i Andermana? Żeby w każdych kolejnych wyborach głosowali na „mniejsze zło”? Żeby „wywieszali flagę i kibicowali naszym” pod dyktando globalnego koncernu piwowarskiego? Żeby…?
Zawsze, gdy słyszę antypowstańcze slogany, utrzymane w duchu tzw. realizmu, przypominają mi się słowa dwóch piosenek. Pierwszą wykonywał punkowy zespół Ulica, który w piosence „Romantyczność”, inspirowanej tak samo zatytułowanym wierszem Mickiewicza, śpiewał: „Głos namiętności wyżej cenię / Niż mędrców milczenie / Bo beznamiętni nigdy / Nie zmieniają historii”. Ale jeszcze bardziej celny wydaje się fragment piosenki Staśka Wielanka, poświęconej lwowskim i warszawskim nieletnim łobuzom, którzy w godzinie próby równie „szaleńczo” i „krótkowzrocznie” zrobili to, co każdy porządny człowiek zrobić wówczas powinien, choć akurat po nich niekoniecznie się tego spodziewano. „Na Łyczakowskim i Powązkach / Leżą pamięcią otulone / Strącone kulą w pierwszych lotach / Orlęta ledwie opierzone. / Najpierw w wojenkę się bawili / A potem spadła groza święta / Baciary, antki w jednej chwili / Pozamieniali się w Orlęta”. I jeśli ktoś zapyta o sens powstań – „po co nam to było?”, odpowiem: właśnie po to.