Bardzo długi marsz?

Wydawałoby się, że najbliższe wybory są mało istotne w porównaniu z np. dwoma ostatnimi wyścigami do polskiego parlamentu – tymi z lat 2005 i 2007. Tymczasem ilość pytań o to, „kogo popieram”, „co zrobi »Obywatel«” itd., jest znacząco większa niż wówczas. Na pewno jest to zrozumiałe ze względu na profil naszego pisma – jego czytelnicy i sympatycy rekrutują się spośród przeciwników gospodarczego liberalizmu, a zatem dominacja rządzących liberałów z PO niepokoi ich znacznie bardziej niż gdyby rządził ktokolwiek bardziej prospołeczny.

Ale mnie z kolei niepokoi ten sposób myślenia, który towarzyszy autentycznej – co do tego nie mam wątpliwości – trosce o to, jak odsunąć owych liberałów od władzy. Coraz bardziej bowiem utwierdzam się w przekonaniu, że ani te, ani kilka najbliższych wyborów niczego istotnego nie zmienią. Owszem, lepiej byłoby odsunąć PO od władzy, gdyż bez wątpienia szykuje ona wiele szkodliwych posunięć. Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie? – jak śpiewał artysta. Ano spieprzą jeszcze zapewne to i owo: skomercjalizują do reszty służbę zdrowia, kto wie, czy podobny los nie spotka szkolnictwa, w ramach tzw. partnerstwa prywatno-publicznego wielkie firmy, w tym zagraniczne koncerny, będą „kręciły lody” za pieniądze budżetowe, w kolejce jest jeszcze liberalizacja kodeksu pracy, pogłębianie przepaści cywilizacyjnej między kilkoma ośrodkami wielkomiejskimi i subregionami a prowincją (gdyby były inne plany, to zamiast budowy „szybkich kolei” i autostrad między aglomeracjami, reanimowano by lokalne linie kolejowe i takież drogi), dalsze urynkowienie systemu emerytalnego itd. Strach się bać – mnie też przeraża taka wizja.

Nie potrafię jednak uznać, że jakimś istotnym zwrotem mogą stać się któreś wybory. Nie podzielam też wiary moich różnych znajomych w bunt społeczny, który radykalnie zmieni wizje, cele i mechanizmy polskich społeczno-gospodarczych. Siła neoliberałów bierze się ze słabości alternatyw wobec nich, a te z kolei są słabe, gdyż słabe jest społeczeństwo. Oczywiście łatwiej byłoby je umocnić, gdyby nie rządzili liberałowie i gdyby nie rozmontowywano kolejnych elementów tkanki społecznej – bo wszak do tego sprowadza się pochód neoliberalizmu – ale oni rządzą dlatego, że już dziś nie sposób stworzyć trwałej bazy społecznego poparcia dla innej polityki.

Być może za jakiś czas będzie ją stworzyć jeszcze trudniej. Ale być może jedynym sposobem, aby ona jednak powstała, jest mozolna, długotrwała praca, pozbawiona emocji związanych z wyborami, oszczędnie gospodarująca niewielkimi zasobami – nie tylko kadrowymi czy finansowymi, ale także zasobami emocji, bo nic tak nie niszczy ludzkiej aktywności, jak obietnice triumfów i następujące po nich spektakularne klęski.

Choć PO i podobne jej ekipy neoliberałów z lewa i prawa – dość wspomnieć SLD czy niesławnej pamięci AWS – są lokalną emanacją ogólnoświatowej tendencji, to jednak polska specyfika ma wpływ na taki rozwój wydarzeń, jaki obserwujemy. Ta specyfika to natomiast nieistnienie w naszym kraju zorganizowanego społeczeństwa. Neoliberalizm wszędzie działa podobnie i prowadzi do jednakich następstw. Jeśli jednak w USA możliwy jest triumf Obamy, jeśli w Wielkiej Brytanii po wieloletnich ekscesach thatcheryzmu (także tego w wykonaniu New Labour) – a pamiętajmy, że jego twórczyni wsławiła się wyjątkowo kretyńskim stwierdzeniem, że „nie ma czegoś takiego, jak społeczeństwo” – nadal istnieją tysiące aktywnych inicjatyw obywatelskich, jeśli we Francji czy w Niemczech demonstracje przeciwko zamachom na dobro wspólne gromadzą nie setki, lecz setki tysięcy ludzi, jeśli w Skandynawii niemal nikt nie traktuje serio bredni o konieczności prywatyzacji i „deregulacji”, to widać jak na dłoni, że reakcje na tenże neoliberalizm są rozmaite. A polska reakcja jest z nich najgłupsza.

To nie jest żaden przypadek. Jedna sprawa to tzw. charakter narodowy. Z górą sto lat temu trafnie opisał go Aleksander Świętochowski w lapidarnym stwierdzeniu, że Polacy są narodem, który dla odzyskania niepodległości rzuci się na komendę tłumnie, aby wypić wodę z Wisły, ale za żadne skarby nie chodziliby w tym samym celu regularnie przez rok, aby codziennie wypijać z niej szklankę. Nie jestem zwolennikiem kurczowego trzymania się „pracy organicznej”, która poza swym logicznym i rozsądnym aspektem bywa mocno podszyta cynizmem, tchórzostwem i lenistwem intelektualnym. Pewne jest jednak, że same wielkie zrywy, wielkie hasła i wielkie ofiary nie wystarczą, gdy nie towarzyszy im – przed i po – wytężona, mozolna, regularna, choć mało widowiskowa praca.

Przede wszystkim wynika to wprost z ludzkiej psychiki, która nie jest w stanie długofalowo funkcjonować na najwyższych obrotach w kwestii zaangażowania w życie publiczne. Na tym „przejechali” się wszyscy rewolucjoniści. Rozmaite buntownicze zrywy były w swej większości romantyczne, piękne i wyzwalały w ludziach ogromne pokłady szlachetnych uczuć, ale po nich następował albo marazm, albo na ich fali wypływały przeróżne kanalie, którym bez większego sprzeciwu pozwalano robić rzeczy daleko odbiegające od haseł wyjściowych. Tylko tam, gdzie grunt był przygotowany i gdzie istniała sieć inicjatyw umożliwiających mniej spektakularną kontynuację owych buntów – lub gdy buntownicy zadbali o jej szybkie stworzenie – owe rewolucje nie zamieniały się w swoje przeciwieństwo lub nie kończyły nostalgicznymi wspominkami o bardzo krótkim okresie „burzy i naporu”.

W Polsce tego wszystkiego brak. Rozumieli to także krytycy Świętochowskiego, którzy w swej większości uważali, że jakkolwiek „praca organiczna” nie wystarczy, to jednak te wszystkie pozornie niewielkie sprawy – spółdzielnie, kółka rolnicze, kursy kształceniowe, niszowe wydawnictwa, kółka dyskusyjne itp. – nie są przeciwieństwem, lecz dopełnieniem Wielkich Rzeczy. Jeśli rewolucja ma nie stać się nieudolną błazenadą lub – co gorsza – szkodliwą i zbrodniczą jatką pogarszającą sytuację, powinna wyrastać z setek małych „ewolucji”. Jeśli spojrzymy na to, kto w Polsce przed I wojną światową lub w II RP tworzył zręby różnych mikroinicjatyw społecznych, to zobaczymy tam wielu radykalnych wizjonerów, którzy o lata świetlne odlegli byli od drobnomieszczańskiej ideologii „pracy organicznej”.

Być może udałoby się przeorać „zrywową”, niechętną wobec systematycznej pracy mentalność Polaków, gdyby nie PRL. Nie mam ochoty na znęcanie się nad truposzem, ani nad jego coraz mniej licznymi nekrofilskimi zwolennikami, ale jeśli dziś nurtuje nas problem mizernej aktywności społeczeństwa, to nie sposób uniknąć krytyki powojennego 45-lecia, nawet gdybyśmy uznali, że tylko to obciąża komunistyczne władze. Centralizm polityczny, zamordyzm, faktyczne upaństwowienie wszelkich form aktywności, fasadowość wielu instytucji – musiały oduczyć ludzi autentycznego zaangażowania w życie publiczne, zwłaszcza, że reżim nie ulegał stałej liberalizacji, lecz okresowo „zaostrzał kurs” wobec inicjatyw choć trochę niezależnych i samodzielnych. Żeby nie było tak antykomunistycznie sztampowo, dodam, że pewne negatywne zjawiska w tej kwestii miały miejsce również wraz z rosnącym autorytaryzmem sanacyjnej ekipy w międzywojniu.

PRL zrobił jednak coś więcej niż tylko stłumił rozwój autentycznego społeczeństwa obywatelskiego. Izolacja od świata i zachodzących w nim przeobrażeń sprawiła, że to, co na Zachodzie trwało lata i było rozłożone w czasie, nam spadło na głowę nagle i w wielkim stężeniu. Pozytywnych rozwiązań i mechanizmów nie mieliśmy czasu się nauczyć, zaś wobec negatywnych zjawisk nie wypracowaliśmy mechanizmów obronnych. Efektem jest dzisiejszy stan życia publicznego, cechującego się mizernym poziomem kapitału społecznego (niemal nikt nikomu nie ufa), ucieczką w konsumpcyjną prywatność, ogromną podatnością na najgłupsze trendy popkultury, ostentacyjnym wręcz „olewactwem” wszystkiego, co wykracza poza czubek nosa i próg „własnego M”. Oczywiście na taki stan rzeczy złożyło się wiele zjawisk, nie tylko spuścizna PRL-u. Swoje zrobiła „zdrada elit” opozycyjnych, które wypięły się na masy popierające je swego czasu. Ale nie bądźmy dziećmi – w krajach Zachodu elity też nie raz i nie dwa zdradzały masy, a mimo to nie są one do tego stopnia zdemobilizowane, jak w Polsce. Ktoś inny powie z kolei, że przyczyną mizernej aktywności Polaków jest niezamożność, konieczność walki przede wszystkim o przetrwanie. Bądźmy jednak poważni – stokroć silniejsze ruchy i inicjatywy społeczne niż w Polsce istnieją choćby w Brazylii czy Argentynie, przy których my jesteśmy może nie rajem finansowym, ale na pewno znajdujemy się kilka pięter wyżej pod względem stabilizacji społecznej i tej zwykłej, życiowej. Poza tym, gdy słyszę, że większości Polaków nie stać na 5 złotych miesięcznej składki, na niezależny kwartalnik za 7 czy 10 złotych albo na bilet autobusowy lub litr benzyny, by dojechać na demonstrację, to pukam się w czoło, bo na moim niezamożnym osiedlu w jeszcze bardziej niezamożnym mieście natrafiam niemal za każdym razem, gdy wynoszę śmieci, na kolejne pudło po nowym wielkim telewizorze.

Czy emigranci z przedmieść Paryża są o wiele bogatsi od Polaków, by mieć środki na udział w życiu politycznym? Czy niemiecki urzędnik pracuje znacząco krócej od polskich „budżetowców” i dlatego ma czas na aktywność społeczną? Czy na polskich studentach ktoś wymusza zainteresowanie niemal wyłącznie alkoholem, muzyką i podróżami, więc dlatego nie mogą się zdobyć na choćby takie inicjatywy, jakie podejmują ich rówieśnicy ze Szwecji, Hiszpanii czy USA? Czy nad Polską ciąży jakieś fatum, które sprawia, że ludzie po zawarciu małżeństwa i dorobieniu się dzieci ograniczają swoją aktywność do grillowania z podobnymi małżeństwami? Czy jakiś zły duch sprawił, że akurat Polakom tyłki przyrosły do krzeseł i za szczyt aktywności społecznej uchodzą tutaj jałowe pyskówki w Internecie?

Nie chodzi o to, by obwiniać kogoś personalnie i rozliczać z tego, co robi lub czego zaniechał. Nie ma też sensu pojawiająca się czasem u różnych „weteranów” aktywności społecznej nuta cynizmu połączonego z rozczarowaniem, która prowadzi ich do wniosków, że „mają to, na co zasłużyli”, „chcą być kopani w tyłek, to proszę bardzo”, „wybrali liberałów, to niech teraz płaczą, gdy są wywalani z pracy” itd. Problem tkwi w czymś innym. W tym mianowicie, że dopóki nie odtworzymy tkanki publicznego zaangażowania, dopóty nie ma co marzyć o istotnych zmianach, a już na pewno nie o tym, że wykroczą one poza chwilowy triumf. Społeczeństwo, które nie jest zorganizowane, nie dysponuje własnymi kanałami komunikacji i forami debaty, nie ma nawyków brania przynajmniej części spraw we własne ręce, nie obawia się podnieść głowy – zawsze padnie łupem inwazji kolorowych billboardów, kampanii tandetnych obietnic, zagrywek spin-doktorów itp. I będzie święcie przekonane, że miły, wygadany facet w fachowo dobranym krawacie chce dobrze właśnie dlatego, że dobrze wygląda. Nawet jeśli tacy ludzie zagłosują czasem na „partię protestu”, to ich sympatia potrwa tylko do czasu, aż oligarchiczne media nie przypuszczą na nią zmasowanego ataku pod byle pretekstem. A wymyślić pretekst, który trafi w gusta bezkrytycznej, tabloidowo-telewizyjnej publiczności, jest doprawdy nietrudno.

Nie ma drogi na skróty. Dziś i jutro najważniejsze nie są wybory do któregoś z ciał przedstawicielskich, nie mają większego znaczenia doraźne polityczne pyskówki, nie ma żadnego sensu emocjonowanie się kolejnymi Inicjatywami Zbawczymi Dla Polski. Nie pomogą nam żadni Oni, żaden Wódz, Geniusz i Wybawiciel. Jeśli nie nauczymy się pomagać sobie sami, krok po kroku, dzień za dniem, ziarnko do ziarnka – to nie pomoże nam nikt.

Na barykady, ludu konsumencki

Przez wiele dekad w środowiskach, które można nazwać postępowymi, lewicowymi czy emancypacyjnymi, panowała zgodność w pewnej kwestii. Krytycy istniejących porządków upatrywali nadziei na ich zmianę w poparciu danej „Sprawy” przez masy społeczne – masy definiowane poprzez swoją pozycję zawodowo-klasową. Żeby coś zmienić, stopniowo lub nagle, trzeba było mieć oparcie w robotnikach, czy szerzej – w pracownikach najemnych.

Niektórzy dołączali do tej grupy chłopstwo lub bezrobotnych, ale zawsze to „człowiek pracy” stał w centrum zainteresowania. Chłop co prawda był posiadaczem gospodarstwa, więc ortodoksyjna część lewicy traktowała go podejrzliwie, ale pozostali uznawali, że drobny rolnik pracuje „na własnym”, nikogo nie wyzyskuje, a trud i znój nie są mu obce. Bezrobotnych z kolei traktowano jako zarazem ex-pracowników, jak i potencjalnych zatrudnionych, więc też mieścili się w owym zbiorze – nieprzypadkowo nazwano ich „rezerwową armią pracy”. Jeśli ktoś miał odmienić zły świat, to właśnie pracownicy.

Na pewno postrzeganie zorganizowanych mas pracowniczych jako potężnej siły nacisku miało niegdyś wiele sensu. Czy to marksizm, czy XIX-wieczny anarchizm, czy ujmując rzecz zbiorczo – różne odmiany myśli „socjalizującej”, wszystkie one odwoływały się do robotników lub pracowników najemnych. Spierano się o metody (rewolucja czy stopniowe reformy parlamentarne), o cele (silne państwo w służbie społeczeństwa lub zniesienie państwa) itp., natomiast archimedesowy „punkt oparcia” był wciąż ten sam.

Po pierwsze, pracownicy najemni, jako pozbawieni możliwości dyktowania warunków zatrudnienia (muszą sprzedać pracę temu, kto posiada środki produkcji), są zawsze w gorszym położeniu niż warstwy posiadające. Nawet jeśli ich położenie ekonomiczne nie zawsze jest złe – bo wyzysk zelżał wskutek oporu, niedoboru rąk do pracy czy ingerencji państwa – to pozostaje jeszcze aspekt psychofizyczny, jakim jest brak możliwości decydowania o sobie, swoiste mentalne niewolnictwo wobec tych, którzy zatrudniają. Po drugie, bunt tych grup jest nie tylko możliwy, ale i groźny dla istniejącego porządku. Na przykład masowa odmowa pracy – strajk – sprawia, że nie powstają jakieś produkty lub nie są dostarczane do sprzedaży, więc właściciele fabryk nie osiągają zysków. Gdy strajki są odpowiednio masowe lub przynajmniej skoncentrowane w szczególnie newralgicznych branżach (np. energetyka czy transport kolejowy), sparaliżowany zostaje nie ten czy inny zakład, lecz region lub kraj, a spore kłopoty ma już nie tylko fabrykant, ale cała warstwa posiadająca i klasa rządząca. Gdy na ulice wyjdzie demonstracja pracowników znaczącej branży, liczy ona dziesiątki lub setki tysięcy – to już jest masa groźna dla nawet najsilniejszej władzy, dysponującej sprawnym aparatem represji. Gdy pracownicy najemni pójdą gremialnie do urn i zgodnie wybiorą swoich reprezentantów, w parlamencie pojawia się siła walcząca o interesy tej właśnie warstwy, która za pomocą nowych ustaw może naruszyć porządek korzystny dla innych grup interesów.

Po stronie atutów tego ruchu widniały trzy kwestie – masowość, koncentracja i jednorodność. W epoce przemysłowej do pewnego momentu stale przybywało robotników. Skoncentrowano ich w dużych ośrodkach przemysłowych, które najczęściej były też znaczącymi punktami systemu ekonomicznego oraz siedzibami struktur władzy. A sami robotnicy przemysłowi byli do siebie podobni – czy to producent samolotów, czy producent mebli, wszyscy żyli w podobny sposób, mieli podobne wartości, a także podobną tożsamość, bo postrzegali samych siebie właśnie przez pryzmat tego, iż są robotnikami.

Myśliciele i działacze polityczni odwołujący się do pracowników najemnych bez wątpienia dobrze zdiagnozowali realia tamtej epoki. Do tego stopnia, że nawet w ustroju mającym być antytezą kapitalizmu, czyli w realnym socjalizmie, gros „zaburzeń” wymierzonych w system polityczny związany był albo z buntami pracowników najemnych, albo powstawał na styku działalności inteligenckich dysydentów z pozyskaniem poparcia mas robotniczych. Dopóki w Polsce krytyka real-socjalizmu przybierała takie formy, jak „List Otwarty do Partii” Kuronia i Modzelewskiego, włodarze systemu wsadzali do więzienia kilku niepokornych i problem był rozwiązany. Gdy jednak ten sam Kuroń i Modzelewski stali się częścią 10-milionowej „Solidarności”, bazującej na masach robotników i zakładach pracy, decydenci otrzymali znacznie twardszy orzech do zgryzienia.

Czy jednak dziś taki model oporu i dążenia do przemian społecznych zachował aktualność? Obawiam się, że nie, a jedną z przyczyn słabości lewicy (czy szerzej: środowisk prospołecznych) w świecie zachodnim jest właśnie zanik jej zaplecza społecznego. Pracowników najemnych mamy dziś co prawda więcej niż w czasach Marksa – bo koncentracja własności w miarę rozwoju kapitalizmu sprawia, że coraz mniej jest właścicieli środków produkcji (zwłaszcza drobnych właścicieli), a coraz więcej tych, których jedynym „kapitałem” jest własna praca na sprzedaż – jednak nie tworzą już oni żadnego „ruchu robotniczego”. I prawdopodobnie nie stworzą. Przemiany ekonomiczne, technologiczne i kulturowe sprawiły, że zbiorowość dawniej masowa i jednorodna, poszła w rozsypkę.

Globalizacja gospodarcza nie jest niczym nowym, ale niegdyś nie dotyczyła ona tak wielu produktów i ich składników. Obecnie nawet wyroby banalnie proste – jak choćby jogurty – są nierzadko stopniowo wytwarzane w oddziałach danej firmy oddalonych o setki kilometrów. Skutkuje to dekoncentracją klasy robotniczej – nawet jeśli w danym mieście istnieje wiele zakładów, to są one na ogół niewielkie i „nieprzystawalne” do siebie branżowo; coraz mniej regionów, które można określić mianem centrów przemysłu ciężkiego, spożywczego, elektronicznego itp. Z kolei te, które wciąż istnieją lub są tworzone od podstaw, z racji przemian technologicznych zatrudniają nieporównanie mniej osób niż dawniej – przy podobnej wielkości produkcji potrzeba od kilku do kilkudziesięciu razy mniej pracowników niż 20, a zwłaszcza 100 lat temu. Do tego dochodzą przeobrażenia form zatrudnienia – zamiast samych „etatowców”, istnieje wiele rodzajów stosunków pracy: etaty, pół- i ćwierćetaty, rozmaite umowy czasowe, praca zadaniowa, podwykonawstwo, świadczenie pracy na rzecz kilku podmiotów na raz itp. Zmiany te są nie tylko efektem – jak chcą „obrońcy robotników” – celowej strategii przedsiębiorców, pragnących zdezintegrować masy pracownicze, lecz również skutkiem wymuszonej realiami rynku i technologii większej elastyczności i „płynności” różnych rodzajów produkcji. Za tym idzie z kolei niestabilność zawodowa – o ile kiedyś większość pracowników była przez całe życie hutnikami, ślusarzami czy kierowcami, o tyle dziś czymś całkiem naturalnym są kilkakrotne zmiany fachu w okresie między pierwszym zatrudnieniem a emeryturą.

Nie rozstrzygniemy, czy pierwsze było jajko, czy kura, ale owe zmiany współgrają także z przemianami sfery kulturowej i stylu życia. Coraz mniej ludzi dokonuje autoidentyfikacji poprzez odniesienie do wykonywanej pracy. Zamiast tego postrzegają samych siebie przez pryzmat przeróżnych ról społecznych i postaw kulturowych. Wśród moich rówieśników znacznie rzadziej niż w pokoleniu naszych rodziców można usłyszeć definiowanie siebie w odniesieniu do wykonywanego zawodu – ludzie są raczej słuchaczami jakiejś muzyki niż hutnikami, albo adeptami jakiegoś hobby niż urzędnikami.

A przecież w Polsce mamy dopiero przedsmak tego, co się zapewne stanie. Z fazy industrialnej wychodzimy ze znacznym opóźnieniem w stosunku do krajów Zachodu, znacznie mniejsze znaczenie ma u nas konsumpcja symboliczna (i związane z nią nowatorskie sektory produkcji), nieporównanie mniejsza jest mobilność społeczna. Zacofana struktura ekonomiczna (układy oparte na „znajomościach” zamiast merytokracji) blokuje wiele ścieżek nie tyle awansu, co zmiany statusu. Do tego dochodzi znaczna skala szarej strefy itd. Prawie wszyscy jesteśmy pracownikami najemnymi – i coraz mniej z tego wynika.

Czy robotnicy/pracownicy ruszą z posad bryłę świata? Nie sądzę. Czy zatem nikt jej nie ruszy? Niekoniecznie.

Idee i wizje ruchu robotniczego były odpowiednie dla epoki industrialnej i słusznie uznano wówczas ich polityczną przydatność. Paradoksalnie, tej samej epoce zawdzięczamy jednak ideę, która wówczas była przedwczesna i niedopasowana do realiów, za to wydaje się mieć pewien potencjał na czasy obecne. Owa idea dopatruje się tych, którzy ruszą z posad bryłę świata nie w twórcach (pracownikach, którzy wytwarzają), lecz w konsumentach. Bo tak, jak wielu z nas jest pracownikami najemnymi, tak wszyscy jesteśmy konsumentami – mamy do dyspozycji ruch potencjalnie jeszcze bardziej masowy niż tamten.

Powiedzmy od razu, że nie chodzi o zwykły ruch konsumencki. W epoce industrialnej różni wizjonerzy zmiany społecznej dostrzegali interesy konsumentów. O ile jednak dbałość o interesy pracowników postrzegano w kategoriach zarazem etycznych (zniesienie lub ograniczenie wyzysku, jaki ich dotykał), jak i pragmatycznych (to oni są siłą zdolną obalić istniejący system), o tyle konsumentów traktowano wyłącznie w kategoriach etycznych. Uważano, że ponieważ ich prawa są w różny sposób naruszane, należy wspierać ich organizacje i żądania, ale nie można wiązać z nimi nadziei na fundamentalne zmiany. Ruch konsumencki postrzegano jako inicjatywę o charakterze samoobrony, np. gdy protestował przeciwko pogorszeniu jakości produktów spożywczych. Nieco później uznano go za partnera w dążeniu do zmian o szerszym charakterze, ale wciąż o ograniczonych możliwościach oddziaływania. Od kilkudziesięciu lat istnieją inicjatywy, które dbają o „etyczną” konsumpcję – np. bojkotują producentów zatruwających środowisko czy wykorzystujących pracę w warunkach „trzecioświatowych” – lecz nie naruszają w ten sposób samego porządku ekonomicznego. Owszem, to miłe i szlachetne jeść jajka od kur żyjących „po ludzku” zamiast od stłoczonych w gigantycznych fermach hodowlanych. Owszem, lepszy jest pracodawca, który szanuje i zatrudnia również niepełnosprawnych niż taki, który bez pardonu wyciska siódme poty z osób stuprocentowo zdrowych. Owszem, lepsze są meble z drewna pozyskanego z lasów gospodarczych, niż wytworzone w efekcie wycinki bezcennych obszarów przyrodniczych. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że wciąż jesteśmy jako konsumenci pozbawieni większego wpływu na całokształt systemu.

A gdyby tak odwrócić optykę? Gdyby uznać, że o pracowników należy dbać wyłącznie ze względów etycznych (bo są ludźmi mającymi prawo żyć godnie, natomiast nie są potencjalnym rdzeniem reform społecznych), natomiast dbałość o konsumentów można uzasadnić zarówno etycznie, jak i strategicznie, bo tylko oni są dziś zdolni zmienić system całkowicie lub choć trochę go ulepszyć?

W roku 1928 Oskar Lange napisał rozprawę „Socjologia i idee społeczne Edwarda Abramowskiego”. Czytamy w niej: Abramowski przypisuje największą wagę kooperatywom spożywczym. Idea jego polega na zaatakowaniu kapitalizmu nie od strony produkcji /…/, ale od strony konsumpcji, przez zorganizowanie rynku. Zdaniem jego jest to najczulsza strona kapitalizmu. Przerwa pracy spowodowana strajkiem nie jest dla kapitalistów bardzo groźna, nieraz nawet podczas kryzysu może im być na rękę. Jeżeli jednak „przedsiębiorca widzi się zaatakowanym nie w produkcji, lecz w sprzedaży swoich towarów”, może to spowodować skutki o wiele poważniejsze. Zaatakowanie kapitalizmu od tej strony jest właśnie zadaniem kooperatyzmu. Zasadą kooperatywy spożywczej jest „oszczędzanie przez wydatki”. Chodzi o to, że kooperatywa usuwa pośrednictwo sklepikarzy, zakupując towary wprost u hurtowników. /…/ Zazwyczaj kooperatywy sprzedają swe towary jednak po tej samej cenie, co prywatny handel detaliczny, osiągając przy tym zysk równy różnicy między ceną detaliczną a ceną hurtową. Znaczy to, że kooperatywa zgarnia zyski, które w razie jej nieistnienia przypadłyby sklepikarzom. /…/ Ale na tym kooperatywy nie poprzestają. Dążą one do całkowitego usunięcia skomplikowanego i kosztownego kapitalistycznego aparatu dystrybucyjnego i do zakupywania wprost u wytwórców. W tym celu organizują się w związki zakupów hurtowych. Związki te przyjmują zamówienia od należących do nich kooperatyw i kierują je wprost do wytwórców z pominięciem kupców hurtowych. W ten sposób kooperatywy zagarniają nie tylko zyski kupców detalicznych, ale także zyski wielkiego handlu. Nagromadzają wskutek tego znaczne kapitały, będące wspólną własnością członków. W tym kierunku według Abramowskiego następuje rozwój kooperatyzmu. Zrzeszeni konsumenci stają się potęgą coraz większą, z którą produkcja kapitalistyczna już dzisiaj musi poważnie się liczyć, a z biegiem czasu opanują całkowicie kapitalistyczny rynek zbytu. /…/ Przypuśćmy, że kooperatywy spożywcze zdołają zorganizować w swoich szeregach znaczną większość ludności /…/ Pociągnęłoby to za sobą bardzo daleko idące skutki. Cały system dystrybucji kapitalistycznej, tak bardzo kosztowny i nieproduktywny, zostałby usunięty, a miejsce jego zajęłaby dystrybucja planowa, przeprowadzana i kontrolowana przez zorganizowanych konsumentów. „Przede wszystkim zanika cała klasa kupiecka, od największych hurtowników do najmniejszych sklepikarzy; olbrzymi i pasożytniczy dla społeczeństwa zastęp tych pośredników handlowych musiałby zwinąć swoje interesy i pracować w kooperatywach. Kapitalizm poniósłby tutaj swą pierwszą śmiertelną porażkę, skurczyłby się o całą połowę swego dzisiejszego królestwa”. /…/ Potęga rynku zorganizowanego idzie jednak dalej, dosięga również produkcji. Producenci nie mają już więcej przed sobą wielkiej, nie zorganizowanej masy klientów, ale tylko jednego klienta: związek kooperatyw, do którego wymagań muszą się stosować. /…/ Przedsiębiorstwa kooperatywne są punktem wyjścia dla przyszłej produkcji socjalistycznej. Konkurencja z przedsiębiorstwami kapitalistycznymi jest łatwa, ponieważ mają zapewniony z góry rynek zbytu, dla którego pracują. /…/ Produkcja kooperatywna będzie stanowiła dla produkcji kapitalistycznej niezwalczonego konkurenta, ponieważ kooperatywy będą zaopatrywały się w potrzebne towary przede wszystkim w fabrykach własnych, a do producentów kapitalistycznych będą się zwracały tylko wówczas, jeżeli produkcja kooperatywna nie zdoła pokryć całkowitego zapotrzebowania. Dlatego coraz to większy rozwój produkcji kooperatywnej będzie szedł w parze z kurczeniem się produkcji kapitalistycznej. Bankrutujące wskutek tego procesu przedsiębiorstwa kapitalistyczne będą wykupywane przez kooperatywy i zamieniane na przedsiębiorstwa kooperatywne.

Abramowski zaczerpnął tę teorię od myślicieli i liderów światowego ruchu spółdzielczego. Jeden z jego nestorów, Charles Gide, przekonywał, że tym, co łączy interesy wielu ludzi ponad podziałami klasowymi czy zawodowymi, jest rola spożywcy, czyli konsumenta. Wszyscy jesteśmy spożywcami, a ogół spożywców, poza garstką tych, którzy jednocześnie są właścicielami wielkich środków produkcji, ma podobne interesy. Chcemy konsumować jak najlepiej, lecz aby to osiągnąć nie wystarczy nacisk na indywidualnych producentów, nie wystarczy typowy ruch konsumencki. Aby mieć jak najlepsze warunki konsumpcji i jak najlepsze warunki bytowania, należy opanować sektor handlu, uspółdzielczyć go, przejąć w zbiorowe władanie, a w ten sposób oddziaływać także na sferę produkcji/zatrudnienia.

Gide pisał: Położy się siłą rzeczy kres temu wiekuistemu zatargowi pomiędzy sprzedającym a kupującym, właścicielem domu a lokatorem, wierzycielem a dłużnikiem w dniu, w którym w wyniku rozpowszechnionej spółdzielczości my, spożywcy, będziemy swoimi własnymi kupcami, własnymi bankierami, własnymi przedsiębiorcami /…/ Dopóki robotnik może się zjawiać na rynku tylko jako najemnik oddający swoje ręce na licytację, jego wielka liczebność czyni go słabym, gdyż los jego zależy od uznania przedsiębiorcy; ale w dniu, w którym stanie on tam jako spożywca, liczebność będzie jego siłą i zapewni mu zwycięstwo. /…/ kooperatyzm, posunięty do swych granic ostatecznych, skończyłby na organizacji społecznej, mającej wielkie analogie z ideałem kolektywistycznym. /…/ Uspokaja mnie /…/ to, że nie oczekujemy realizacji naszego ustroju społecznego /…/ ani od interwencji państwa, ani od jakiejkolwiek władzy przymusowej, tylko od swobodnej inicjatywy indywidualnej, działającej przez dobrowolne stowarzyszenia i występującej na rynku według zasad prawa powszechnego. /…/ Jest /…/ zasadnicza różnica między [liberalnymi] ekonomistami a nami, spółdzielcami: oni uczą, że laisser-faire, wolna gra konkurencji wystarcza do zagwarantowania interesów spożywców, podczas gdy my oświadczamy, że jeżeli spółdzielcy nie zorganizują się i nie zbuntują, staną się ofiarą. /…/ Ekonomiści ze szkoły liberalnej stawiają zarzut, że ta forma kolektywizmu spółdzielczego zniszczy wszelką inicjatywę indywidualną /…/. Jest to twierdzenie bardzo pesymistyczne, zwłaszcza w ustach ekonomistów, którzy za każdym razem, kiedy państwo /…/ zamierza interweniować w obronie spożywcy /…/, protestują przeciwko tej opiece i oświadczają, że „spożywca jest najlepszym sędzią swych interesów”. A więc, skoro jest najlepszym sędzią swych interesów, dlaczego nie oddać ich kierownictwa w jego ręce?

Jeszcze jedną ważną rzecz dodawał „ojciec” pan-kooperatyzmu, bo tak zwano wówczas ten nurt: Stowarzyszenia spółdzielcze są odpowiednikiem w ustroju gospodarczym głosowania powszechnego w ustroju politycznym, ponieważ wszyscy są spożywcami tak samo, jak każdy jest obywatelem.

Tak pomyślany ustrój, w którym kluczową rolę odgrywają konsumenci-spożywcy, zrzeszeni w spółdzielczości, miałby zatem zalety liberalizmu i socjalizmu – wolny wybór oraz wyeliminowanie prywatnego (wy)zysku. Romuald Mielczarski, twórca polskiej spółdzielczości spożywców o nazwie „Społem” (nie mylić z jej wersją wypaczoną i upaństwowioną przez komunistów po II wojnie światowej) pisał w roku 1923: Kooperacja twierdzi, że jakkolwiek to może się wydawać na pierwszy rzut oka bardzo dziwne, istnienie kapitalizmu jest całkowicie w ręku spożywców /…/ całe to bogactwo, jakim rozporządza kapitał, nie jest niczym innym, jak nagromadzonym zyskiem. Niech tylko spożywcy, organizując się we własne stowarzyszenia, krok za krokiem pozbawiają kapitał zysku i niech tylko zysk ten zamienią na kapitał wspólny, a stosunek sił zmieniać się będzie /…/ na korzyść spożywców. /…/ u krańca tej drogi ujrzymy Rzeczpospolitą Spółdzielczą, nowy ustrój, w którym cała działalność gospodarcza zamiast na zysk będzie obliczona na zaspokojenie potrzeb społecznych. Sześć lat wcześniej przekonywał: Zorganizować spożywców, aby ująć w swe ręce wymianę i produkcję i tym sposobem interes prywatny podporządkować interesom publicznym /…/ – „Spożywcy łączcie się, aby stać się własnymi kupcami i fabrykantami” – oto nasze hasło. Kooperacja nie odkłada przebudowy społecznej do czasów przyszłych i nie uzależnia jej od jakiegoś przewrotu, który ma rozsypać w proch kapitalizm. Kooperatyści nie śpiewają „my nowe życie stworzym sami”, lecz tworzą to nowe życie dziś, zaraz.

Jedna niezbędna prywatyzacja

Od kilku miesięcy trwają przymiarki do sprzedaży państwowych udziałów w dzienniku „Rzeczpospolita”, a właściwie w Przedsiębiorstwie Wydawniczym Rzeczpospolita, które jako mniejszościowy udziałowiec spółki Presspublica wydaje oprócz tego czasopisma jeszcze dzienniki „Parkiet” i „Życie Warszawy” oraz zajmuje się pomniejszą działalnością wydawniczo-handlową. Dziś Skarb Państwa posiada 49% udziałów w PWR. W chwili obecnej zaawansowane są prace nad ich sprzedażą prywatnemu podmiotowi – wstępnie zaakceptowano oferty dwóch chętnych na zakup mniejszościowego pakietu, z którego państwo chce się pozbyć 85% udziałów.

Jestem zwolennikiem tej prywatyzacji, mimo iż zazwyczaj sceptycznie lub wręcz negatywnie oceniam sprzedaż mienia publicznego i pozbywanie się przez państwo kontroli nad kolejnymi podmiotami, które dotychczas stanowiły narzędzie jego polityki w jakiejś istotnej dziedzinie życia. Są takie sytuacje, gdy nawet „etatysta” i przeciwnik urynkowienia czego się da, uważa, że sprywatyzowanie jakiegoś podmiotu będzie lepszym rozwiązaniem.

Obecna sytuacja związana z „Rzepą” jest bowiem absurdalna. Państwo posiada niemal połowę udziałów w tej gazecie, a w dodatku „zapewnia” jej znaczną część czytelników i dochodów. Formuła gazety „państwowej”, przez lata zamieszczającej jako jedyna istotne informacje formalno-prawno-instytucjonalne, przekłada się wprost na sprzedaż czasopisma. Przy sprzedaży na poziomie 130-150 tys. egz. każdego numeru, około 95-100 tysięcy nabywców gazety stanowią instytucje i firmy. Czyli na „naprawdę” wolnym rynku po „Rzepę” sięga jakieś 30-50 tysięcy osób (co oznacza, że chyba tylko „Trybuna” ma wśród dzienników niższą sprzedaż). A mimo to spośród dużych ogólnopolskich dzienników właśnie ten najmocniej promuje wolny rynek. Poza sporadycznymi artykułami autorów „z zewnątrz”, gros komentatorów i publicystów „Rzepy” forsuje liberalne, nierzadko skrajnie, poglądy w kwestiach gospodarczych. Równie dobrze państwo mogłoby zatem zostać udziałowcem i „promotorem” czasopisma anarchistycznego, które wzywa do likwidacji owego państwa.

Oczywiście sprawa prywatyzacji „Rzeczpospolitej” ma, jak wszystko w Polsce, wymiar skrajnie upolityczniony. Po objęciu stanowiska redaktora naczelnego przez Pawła Lisickiego, dziennik ten coraz bardziej ewoluował w kierunku konserwatywno-liberalnym, tzn. konserwatywnym w sferze kulturowej i liberalnym w kwestiach gospodarczych. Nic dziwnego, że z takim profilem i doborem autorów, „Rzepa” postrzegana jest jako pismo „pisowskie” – jeśli nie wprost wspierające Prawo i Sprawiedliwość, to przynajmniej spośród dzienników najbardziej przychylne temu ugrupowaniu. Dlatego też prywatyzacja PWR traktowana jest przez wiele środowisk – „pisowskich” i „antypisowskich” – jako posunięcie, które sprawi, iż rząd PO wytrąci swemu konkurentowi prasowy oręż z ręki. To z kolei u sympatyków PiS-u skutkuje protestami przeciwko „zamachowi” na „niezależną prasę”. Oczywiście daleko posuniętą naiwnością byłoby nie branie pod uwagę scenariusza polityczno-pragmatycznego, wedle którego ekipa Tuska faktycznie zamyka usta czasopismu przychylnemu swemu najgroźniejszemu przeciwnikowi. Ale nie to stanowi sedno problemu. „Rzepę” należy sprzedać – obojętnie, czy zrobi to obecny rząd, czy któryś z kolejnych.

Nie wiem, czy flagowy okręt firmy PWR jest „pisowski”. Czytam „Rzepę” regularnie i oczywiście postrzegam ją jako bliską ideowo PiS-owi, aczkolwiek nie posunąłbym się do twierdzenia, że stanowi ona nieformalny organ partyjny. Co więcej, uważam, że jest to dziennik dobry. Jego linię konserwatywno-liberalną „skonstruowano” na przyzwoitym poziomie, a liczne „pozapolityczne” teksty i działy sprawiają, że sięgam po to pismo bez poczucia odrazy, mimo że moje poglądy są niemal przeciwieństwem opcji konserwatywno-liberalnej. Nie zmienia to faktu, że obecna „Rzeczpospolita” – wyraźnie sprofilowana ideowo – nie powinna być w żadnej mierze powiązana własnościowo z państwem.

Po pierwsze, liberalne „przegięcie” w kwestii poglądów na tematy gospodarcze nie powinno odbywać się w oparciu o państwowe mienie. Dlatego choćby, że jeśli ktoś wielbi wolny rynek i ograniczoną rolę państwa w gospodarce, to w imię elementarnej zgodności poglądów z postępowaniem, powinien taką gazetę wydawać całkowicie prywatnie. Ale także dlatego, że ideologia neoliberalna ma niewiele wspólnego z troską o państwo i jego kondycję. Nie miejsce tu na rozważania o różnych aspektach liberalizmu gospodarczego – nawet gdyby przyjąć, że jest on, w co bardzo wątpię, optymalny z punktu widzenia interesów społecznych, to jednocześnie ideologia ta wprost godzi w etos państwowy. Neoliberałowie zajmują się głównie krytyką rozmaitych funkcji państwa – nie tylko faktycznych błędów tego, co Amerykanie nazywają „wielkim rządem”, ale podważaniem sensu samej aktywności państwa i jego agend. Państwo jest złe, państwo się wtrąca, państwo jest niesprawne, państwo jest niepotrzebne – to neoliberalna mantra. Doprawdy, trudno o większy absurd niż taki właśnie profil ideowy gazety postrzeganej jako „państwowa”.

Po drugie, o ile trudno od prywatnych gazet domagać się owego sloganowego „pluralizmu opinii” albo zarzucać im „wybiórczość” (w „Obywatelu” nie promujemy neoliberałów czy lewicy feministyczno-gejowskiej i jest to nasze dobre prawo) – bo niby czemu ktoś miałby za własne pieniądze prezentować poglądy, których nie podziela – o tyle od gazety „państwowej” mamy pełne prawo oczekiwać, że będzie na równych zasadach przedstawiała poglądy, wizje i pomysły jak najszerszego spektrum ideowo-politycznego. Z tego też względu wyżej ceniłem „Rzepę” sprzed „epoki Lisickiego” – była wówczas bowiem znacznie bardziej różnorodna ideowo i środowiskowo niż np. „Gazeta Wyborcza”. Gdyby ewoluowała ona jeszcze bardziej w takim kierunku, byłbym przeciwny prywatyzacji czasopisma. Jeśli natomiast „państwowy” dziennik ma forsować linię konserwatywno-liberalną, a pluralizm rozumieć tak, że na każdych dziesięć komentarzy Ziemkiewicza przypada jeden autorstwa dyżurnego lewicowca Sierakowskiego, a na pięć artykułów Wildsteina – jeden równie dyżurnej Magdaleny Środy, to taka farsa nie powinna być w żaden sposób kojarzona z państwem i wspierana przez nie.

Taką „Rzepę” trzeba sprzedać – i to całość państwowych udziałów. Niech prywatny właściciel decyduje, czy utrzymać obecną ekipę redaktorów i dziennikarzy oraz profil pisma, czy też dokonać personalnego i ideowego zwrotu, choćby o 180 stopni. Na własną odpowiedzialność i ryzyko. Niech sprywatyzowana „Rzepa” głosi dowolne poglądy, choćby najbardziej skrajnie liberalne gospodarczo. Ale niech nie kojarzy się ani trochę z państwem. Bo państwo to my, wszyscy obywatele, z lewa, prawa i z centrum, skrajni i umiarkowani, filo- i antykomunistyczni, socjaliści i libertarianie, „aborterzy” i „obrońcy życia”, tradycyjni katolicy i żydowscy postmoderniści, geje i ojcowie wielodzietnych rodzin, sympatycy Michnika i Macierewicza, itd., itp.

Sprzedaż „Rzepy” to jedyny realny dziś scenariusz. Ale jest jeszcze scenariusz inny, idealny, czyli zapewne niemożliwy do realizacji. Alternatywą wobec prywatyzacji byłoby utrzymanie kontroli państwa nad dziennikiem, wykupienie z rąk prywatnego udziałowca większościowego jego aktywów, a następnie taka zmiana profilu pisma, aby służyło ono interesowi państwa i obywateli. Taka „Rzepa”, zamiast ścigać się z innymi dziennikami o to, kto pierwszy ujawni tajnego współpracownika SB albo zaprezentuje dekolt kochanki ex-premiera, mogłaby stać się forum debaty o państwie. Mogłaby zarówno rządowi, jak i opozycji umożliwiać rzeczową dyskusję o konkretnych problemach – rzeczową, czyli pozbawioną tabloidowych pyskówek i PR-owych zagrywek. Mogłaby rzetelnie przedstawiać realia tej Polski – Polski prowincjonalnej – która w mediach nie gości wcale lub jedynie jako migawkowa ciekawostka na kształt relacji z egzotycznej krainy. Mogłaby tłumaczyć czytelnikom-obywatelom, jak są wydawane budżetowe środki i ile jest prawdy w liberalnej propagandzie o marnotrawstwie np. ZUS-u, który „pożera” na własne koszty mniejszą część naszych składek niż czynią to prywatne OFE. Mogłaby prezentować masowemu czytelnikowi mało znane ciekawe inicjatywy i idee, nie zaś – jak dzisiaj – po znajomości recenzować niszowe prawicowe periodyki. Mogłaby umożliwić debatę nie zawodowym politykom, medialnym „ekspertom” i „spin-doktorom”, lecz np. działaczom społecznym, ludziom kultury (niekoniecznie tym z „warszawki”) czy faktycznym fachowcom z istotnych dziedzin życia, dziś zepchniętym na forum niszowych konferencji, na łamy niewielkich czasopism lub w najlepszym razie do 10-sekundowych migawek telewizyjnych czy radiowych „debat”, podczas których wszyscy się przekrzykują. Mogłaby też taka nowa, państwowa „Rzepa” służyć debacie ideowej – ale takiej, w której biorą udział przeróżne środowiska i ich odłamy: jeśli prawica, to nie tylko konserwatywny liberał Ziemkiewicz, ale także zwolennik katolickiej nauki społecznej czy krytyk kapitalizmu z pozycji podobnych do Chestertona; jeśli lewica, to nie tylko Sierakowski, ale także radykał-marksista Ikonowicz czy ktoś spod znaku antykomunistycznego etosu emigracyjnego PPS-u.

Taka „Rzepa” miałaby sens jako pismo „państwowe”. Obecna sensu nie ma, niech więc zostanie sprzedana. Niech wolny rynek nas wyzwoli – chociaż raz skutecznie i sensownie.

Lewica moich marzeń (szkic do portretu)

Truizmem jest stwierdzenie, że lewica znajduje się dziś w stanie głębokiego kryzysu. Sytuację tę określa kilka czynników. Demontaż socjalnych funkcji państwa oraz myślenia w kategoriach prospołecznych nie jest efektem tajemniczego spisku. Liberalne lobby wypracowało spójną strategię polityczną oraz język ideologiczny, dostosowane do przeobrażeń kulturowych i technologicznych, a także do tych błędów popełnionych przez lewicę, które złożyły się na negatywne – bo i takie były – aspekty państwa opiekuńczego. Rozrost biurokracji, pewnego rodzaju „sztywność” i omnipotencja struktur władzy i redystrybucji kapitału, zostały celnie wypunktowane przez przeciwników polityki prospołecznej. Oczywiście, zjawiska te zostały znacznie wyolbrzymione i demonizowane na potrzeby propagandy liberalnej.

Ofensywie neoliberalizmu sprzyjały przemiany kulturowe i technologiczne. Te pierwsze podminowały etos wspólnotowy – zarówno „organiczny”, jak i oparty na wtórnych więziach społecznych – i sprawiły, że popularna stała się opcja indywidualistyczna. Myślenie o słabszych i przegranych nie tyle odeszło do lamusa, ile przybrało postać typową dla dawnych form liberalizmu, tj. ckliwej troski i filantropii zamiast rozwiązań systemowych. Indywidualizm wyrodził się w kiepską imitację wzorca self-made mana – poleganiu na sobie i eskalacji praw jednostkowych nie towarzyszy poczucie odpowiedzialności za otoczenie społeczne. Jeśli ktoś przegrywa w tym wyścigu, to zarówno w oczach innych, jak i własnych, jest odpowiedzialny za ów fakt, bez zwracania uwagi na warunki, w jakich przyszło mu działać. Taki etos kulturowy nie skłania ani do rozwiązań systemowych, obejmujących na równych zasadach całą populację lub jej istotną część, ani też do zorganizowanych form oporu i wspólnych wysiłków na rzecz zmiany status quo.

Przeobrażenia technologiczne z kolei zaowocowały błyskawicznym rozwojem sił wytwórczych, a co za tym idzie – obfitością dóbr użytkowych. Dzisiejsze średnio-młode pokolenie funkcjonuje w takim otoczeniu materialnym, o jakim poprzedniemu nawet się nie śniło, o naszych dziadkach nie wspominając. Nierówności społeczne istnieją nadal, a nawet uległy pogłębieniu, lecz są maskowane obfitością technologicznych gadżetów i łagodzone łatwą dostępnością wielu produktów niegdyś elitarnych. Oczywiście odwrotną stroną tego medalu są takie choćby zjawiska, jak nabywanie wielu dóbr na kredyt (powszechne zadłużenie społeczeństwa), malejąca jakość i „tandetyzacja”, wysokie koszty zewnętrzne produkcji (np. zanieczyszczenie środowiska czy likwidacja miejsc pracy przenoszonych do krajów o tańszej sile roboczej), a także nowe, niekiedy znacznie bardziej dotkliwe, formy i reguły stratyfikacji społecznej, wyznaczane choćby przez szybko zmieniające się mody kulturowe. Obfitość dóbr materialnych sprawia jednak, że wszystko wydaje się być w zasięgu ręki każdego chcącego, znów stymulując myślenie w kategoriach skrajnie indywidualistycznych. Naturalna w takich warunkach i silnie wspierana komercyjnymi przekazami postawa hedonistyczna również podkopuje myślenie w kategoriach dobra wspólnego i troski o słabszych – dziś w wyjątkowym w dziejach stopniu wypada być lepszym i silniejszym, tzn. mieć szybciej i w większej ilości dostęp do nowych dóbr materialnych.

Powyższe przeobrażenia systemu kapitalistycznego wsparte zostały ideową ewolucją środowisk lewicowych, które niegdyś skutecznie zajmowały się ograniczaniem jego niedogodności. Również one porzuciły etos wspólnotowy na rzecz postawy indywidualistycznej. Dzisiejsza lewica operuje kategoriami de facto liberalnymi – broni indywidualnej swobody, akcentuje wolność w sferze „stylu życia”, antagonizuje różne grupy społeczne wedle kryteriów kulturowych. Dawna socjaldemokracja, zwłaszcza w okresie powojennym, doceniała znaczenie „pokoju społecznego” i poszanowania wspólnego etosu, a w spór z elitami politycznymi i ekonomicznymi wchodziła w celu stworzenia lepszych warunków do realizacji ideałów egalitarnych.

Dziś lewica robi coś zgoła innego: podkopuje zbiorowy etos, a w kwestii praw domaga się nie tyle równości dla wszystkich, ile formalnych lub symbolicznych przywilejów dla dość dowolnie wybranych środowisk mniejszościowych. Dobrze ilustruje ten proces popularność wśród „nowej lewicy” (czyli dominującego współcześnie nurtu całej lewicy) radykalnych postulatów ruchu mniejszości seksualnych oraz feministycznego. Dawna lewica broniła homoseksualistów przed prześladowaniami fizycznymi oraz nierównością wobec prawa. Obecna lewica traktuje „kulturę gejowską” jako niemalże wzorzec do naśladowania, rzekomo lepszy niż „homofobiczny” etos większości społeczeństwa. Kiedyś lewica uważała, że kobiety jako obywatelki czy pracownice powinny mieć takie same prawa, jak mężczyźni. Dziś lewica natomiast zdaje się stawiać na konflikt między żeńskimi a męskimi postawami, rzekomemu „patriarchatowi” przeciwstawiając postulaty „władzy kobiet” czy ich „wyzwolenia”.

Na takim gruncie dokonuje się erozja dobra wspólnego, pewnego minimum konsensualnego oraz samej demokracji. Z jednej strony, podkopywane są one przez dominację myślenia liberalnego, które w praktyce oznacza, że „duży (czyli na ogół potężniejszy finansowo) może więcej” i że jest to jakoby stan naturalny. Z drugiej strony, eskalacja wzorców indywidualistycznych owocuje niemożnością określenia interesów społecznych, zwłaszcza długofalowych, a tym bardziej zorganizowanego, zbiorowego działania na ich rzecz. Efektem jest wychodząca z dwóch przeciwstawnych pozycji, lecz zbiegająca się u celu krytyka czy wręcz pogarda wobec „motłochu”, „plebsu”, „biernych mas”. Dla liberałów nie są one podmiotem godnym zaistnienia jako czynnik sprawczy procesów politycznych – raczej robi się wszystko, aby takie próby zneutralizować czy wyśmiać. Dla „nowej lewicy” natomiast nie są dość nowoczesne i „postępowe”, a każda próba artykulacji ich przekonań wydaje się doktrynerom tej formacji potencjalnie niebezpieczna, gdyż odwołująca się częstokroć do zgoła odmiennego systemu wartości oraz do postaw, które nie mieszczą się w „racjonalnym” kanonie.

„Nowa lewica” oczywiście próbuje dokonać dość ekwilibrystycznych prób dowodzenia, że np. wyzyskiwani robotnicy oraz geje są towarzyszami tej samej walki. Jednak takie sojusze ani nie są realne (w najlepszym razie będąc krótkotrwałymi porozumieniami), ani też nie mają silnego wspólnego mianownika, gdyż problemy obu grup dotyczą całkiem różnych sfer życia i innych mają przeciwników. Pierwsza zmaga się z elitami władzy i/lub pieniądza oraz z wadliwymi, niekorzystnymi dla nich mechanizmami systemowymi, druga natomiast głównie z „milczącą większością” (bowiem gros elit politycznych i kulturowych już od dawna całkowicie aprobuje etos mniejszości seksualnych jako w pełni uprawniony). „Nowa lewica” (a także liberałowie) działa dziś na rzecz uprzywilejowanych mniejszości lub nie tyle realnych, co wyobrażonych grup większościowych (np. zakładając, że ogół kobiet utożsamia się z postulatami feministycznymi). Realna większość społeczeństwa jest dla niej w najlepszym razie „obcym ciałem”, w najgorszym zaś przeszkodą w realizacji swoich zamiarów.

O ile w liberalizmie taka postawa dziwi mniej – choć i on w przeszłości nacechowany bywał dążeniami do upodmiotowienia kolejnych, szerszych warstw społeczeństwa – o tyle w przypadku lewicy można wręcz mówić o zarzuceniu całego etosu określającego historycznie tę formację. Wystarczy porównać, jak wiele uwagi „nowa lewica” poświęca mniejszościom seksualnym, „patriarchatowi” czy „postawom represyjnym”, a ile np. humanizacji pracy, wzmacnianiu i rozszerzaniu procesu demokratyzacji czy równym szansom.

Aby obraz był pełny, konieczne jest dopełnienie go o postawę środowisk konserwatywnych. Eskalacji uległy takie wątki myśli konserwatywnej, jak jednostkowa odpowiedzialność za własne czyny. Zminimalizowano natomiast faktyczną, nie deklaratywną, troskę o wspólnotę. W sferze gospodarczej główny nurt konserwatyzmu idzie dziś ramię w ramię z liberałami. W sferze kulturowej konserwatyzm z kolei stanowi coś w rodzaju psów Pawłowa. Problemy, które w stopniu przesadnie wielkim zaprzątają główny nurt konserwatywnej prawicy to kwestie mniejszości seksualnych, życia płciowego, moralności itp., postrzegane w opozycji do postaw „nowej lewicy” – jeśli ona coś popiera, konserwatyści automatycznie są przeciw. Zniknęło natomiast z horyzontu tych środowisk to, co było istotne dla – zwłaszcza powojennej – „prawicy społecznej” (chadecy, ordoliberałowie, zwolennicy nauki społecznej Kościoła czy choćby „klasyczni” konserwatyści, jak przedthatcherowscy Torysi), czyli tworzenie systemowych podstaw stabilności społecznej, godnego życia i dobra wspólnego.

To właśnie (neo)konserwatyści są największymi beneficjentami status quo. Z jednej strony, podniesienie przez „nową lewicę” do rangi czołowych problemów spraw obyczajowych pozwala prawicy na demagogiczną mobilizację elektoratu wokół tych kwestii, bez konieczności oferowania rozwiązań programowych w wielu innych, daleko istotniejszych sferach życia. Z drugiej, destabilizacja społeczna, będąca efektem neoliberalnych reform, rodzi zapotrzebowanie na różne „szalupy ratunkowe” – w myśl zasady „jak trwoga to do Boga” – którymi są w tej rzeczywistości postawy religijne, rozmaite fundamentalizmy, kreowanie wrogów („na zewnątrz” lub w łonie naszego kręgu kulturowego) etc. Pozwala to współczesnej prawicy nie tylko prowadzić politykę neoliberalną, ale i zarazem, w przewrotny sposób, kreować się na obrońców przed jej skutkami (urojone „uzdrowienie moralne” ma być lekiem na faktyczny chaos kulturowy i społeczny, będący efektem liberalizacji gospodarki), zapewniając sobie wpływy i poparcie społeczne.

W obliczu porzucenia przez „nową lewicę” i część konserwatystów postaw prospołecznych, nie istnieje w zasadzie żadna poważna siła intelektualna i polityczna, która przeciwstawiłaby się skrajnie nieegalitarnej polityce gospodarczej i społecznej. O ile w krajach Zachodu można mówić o pewnych „zaworach bezpieczeństwa” i „przeciwciałach”, jak obrona utrwalonych przez lata zdobyczy socjalnych w Niemczech czy Francji, a przede wszystkim stosunkowo udane próby godzenia wyzwań liberalizacji gospodarki i globalizacji z postawą prospołeczną, znane z krajów skandynawskich, o tyle w Polsce i całym byłym bloku sowieckim sytuacja jest o wiele gorsza. Nie ukształtowały się u nas bowiem żadne trwałe i silne ugrupowania prospołeczne ani lewicowa, egalitarna „tkanka kulturowa” (nic bardziej nie dowodzi pseudolewicowości PRL-u niż dzisiejsza hegemonia liberałów i prawicy). Dominująca część lewicy to de facto związek zawodowy dawnych członków i sympatyków partii komunistycznej, odległy nie tylko od konsekwentnej obrony ideałów egalitarnych, ale często wręcz nie znający i nie rozumiejący ich, traktując uznaniowość i niedobory materialne realnego socjalizmu jako „normalny” odpowiednik zachodnich demokratycznych państw opiekuńczych. Prawica w Polsce jeszcze bardziej niż jej zachodni odpowiednicy jest skażona ultraliberalizmem gospodarczym, w obecnej zaś formie wsparta przez bezradne ideowo i miotające się między sprzecznościami w sferze gospodarczej środowiska populizmu religijnego, sięgającego do anachronicznych wzorców w definiowaniu wspólnoty narodowej i ustroju gospodarczego. „Nowa lewica” nie jest u nas formacją znaczącą politycznie, ale dość wpływową w sferze ideowej, a przy tym bezrefleksyjnie naśladowczą wobec wzorców zachodnich, usiłując niejako na siłę dokonać modernizacji społeczeństwa. Brakuje wyrazistej siły prospołecznej – zarówno na prawicy, jak i na lewicy. Takiej, która byłaby wierna ideałom egalitarnym i etosowi obywatelskiemu (państwo jako wspólnota równych obywateli, nie zaś „silna, zwarta i gotowa” struktura etniczna), a jednocześnie rozumiejąca lokalną specyfikę kulturową, gospodarczą i polityczną.

Ten brak jest dotkliwy, ale daje szansę na przywrócenie do politycznego krwiobiegu formacji, którą można by nazwać „odnowioną socjaldemokracją”. Wobec powyższego opisu sytuacji, powinna ona rozważyć takie postawy i zjawiska:

1. Konsekwentna opcja prospołeczna i egalitarna, jako silna opozycja wobec neoliberalnego systemu wartości. Powinna ona dokonać krytyki i wypracować metody rozwiązania problemu „starych” form nierówności społecznej – ze względu na dochody, pochodzenie społeczne, podział terytorialny itp. Koniecznie musi jednak także rozpoznać i zaproponować alternatywę wobec wielu różnych nowych, nierzadko mniej widocznych, choć dotkliwych form nierówności i dyskryminacji. Dziś nierówności społeczne dotyczą nie tylko rosnącej rozpiętości dochodów, ale również nie zawsze wprost skorelowanej z nimi różnicy w dostępie do wiedzy i informacji, korzystania z infrastruktury (np. rozwój transportu indywidualnego kosztem ograniczania nakładów na transport publiczny), jakości produktów i usług (np. tańsze, ale bezwartościowe wyroby spożywcze z hipermarketów), warunków egzystencji (np. przebywanie w zanieczyszczonym środowisku czy zdewastowanym krajobrazie).

Działania na rzecz realizacji ideałów egalitarnych nie mogą zatem być oparte wyłącznie na dawnych metodach socjaldemokracji, w których czołową pozycję odgrywała redystrybucja dochodów. Muszą one zostać wsparte szeroko rozwiniętymi działaniami edukacyjnymi, zredefiniowaniem paradygmatu kulturowego, mniej materialistycznym ujęciem kwestii, które składają się na „godne życie”.

Polityka redystrybucji i jej formy muszą też uwzględnić nowe wyzwania i wnioski z analiz współczesnych trendów. Jednym z kluczowych problemów jest proces automatyzacji pracy, czyli długofalowe zmniejszanie się ogólnego zapotrzebowania na pracę w krajach rozwiniętych – w tej kwestii należy przemyśleć np. koncepcję skrócenia ustawowego czasu pracy, a także powszechnego dochodu gwarantowanego, który zabezpieczałby materialne podstawy bytu wszystkich członków społeczeństwa. Z kolei w sferze wspierania pożądanych i wartościowych postaw, a także jako forma przeciwdziałania marginalizacji znacznej części społeczeństwa, warta uwagi wydaje się koncepcja docenienia i wynagradzania pracy domowej kobiet czy wymierna ocena pożądanej społecznie, lecz często nieodpłatnej pracy w sektorze pozarządowym.

Aby uniknąć przerostów biurokracji oraz drenażu finansów publicznych, polityka taka w mniejszym stopniu musi opierać się na „rozdawnictwie”, bardziej zaś na tworzeniu infrastruktury i instytucji, które stanowiły będą naturalny fundament polityki egalitarnej. Główną miarą skuteczności polityki prospołecznej nie powinna być wysokość nakładów budżetowych czy stawek podatkowych, lecz faktyczna poprawa jakości i poziomu życia ogółu społeczeństwa, zadowolenie z funkcjonowania instytucji publicznych oraz wskaźniki obrazujące postawy egalitarne.

2. Obrona sektora publicznego oraz krytyka modelu „urynkowienia” wszelkich sfer życia. Instytucje publiczne nie tylko są ważnym narzędziem prowadzenia przez państwo polityki prospołecznej i egalitarnej, ale częstokroć oferują one – wbrew liberalnej propagandzie – usługi lepszej jakości. W kilku krajach negatywnie zakończyły się eksperymenty z prywatyzacją kolei czy służby zdrowia. Podobnym problemem jest rzadziej dostrzegana, lecz równie dotkliwa kwestia prywatyzacji usług komunalnych czy postępujący proces patentowania wiedzy i aspektów kultury (zwłaszcza w nowych dziedzinach i formach, jak media cyfrowe czy biotechnologia). Nie tylko ograniczają one dostęp części społeczeństwa do różnych dóbr i usług, ale także pozbawiają państwo i społeczności lokalne możliwości prowadzenia samodzielnej polityki na rzecz realizacji ideałów egalitarnych.

Jednak także w tej kwestii należy dokonać krytycznego oglądu dotychczasowych doświadczeń. W sferze publicznej zdarzają się patologie, których ukrywanie czy lekceważenie jest szkodliwe, bowiem podważa zaufanie do tego sektora oraz ułatwia neoliberałom całościową krytykę takich rozwiązań. Instytucje publiczne powinny się cechować jawnością działania i podejmowania decyzji, poddaniem się kontroli społecznej, wysoką jakością usług i etosu, przejrzystością finansową i oszczędnością w wydatkowaniu środków budżetowych, merytokratycznym doborem personelu etc. Zadaniem lewicy nie jest eskalowanie wydatków na rzecz swoistego worka bez dna, jakim bywają wadliwie skonstruowane lub źle zarządzane instytucje publiczne. Nie istnieją takie kwoty, których nie można zmarnować.

3. Obrona państwa narodowego. Z dotychczas znanych form organizacji bytu zbiorowego, to właśnie państwo narodowe wydaje się najbardziej sprawdzoną i skuteczną płaszczyzną realizacji ideałów prospołecznych. W dzisiejszych czasach, aczkolwiek jego możliwości zmalały w efekcie procesów globalizacyjnych, pozostaje ono nadal znaczącą siłą decyzyjną, posiadającą narzędzia umożliwiające trwałą korektę poczynań wielkiego, ponadnarodowego kapitału (tej siły nie posiadają ani społeczności lokalne, ani oddolne inicjatywy społeczne). Jednocześnie państwo narodowe umożliwia wpływ obywateli na decyzje ich dotyczące, którego brak cechuje całkowicie lub w znacznie większym stopniu instytucje ponadnarodowe.

Należy jednak wystrzegać się postaw izolacjonistycznych. Tradycją lewicy jest – w nieskompromitowanym znaczeniu tego słowa – internacjonalizm. Dziś oznacza on po pierwsze konieczność współpracy ponadnarodowej, gdyż wskutek procesów globalizacyjnych los mieszkańców różnych krajów jest podobny w stopniu znacznie większym niż niegdyś. Po drugie, internacjonalizm podyktowany jest rozsądkiem, gdyż w wielu kwestiach pojedyncze państwa są zbyt słabe – konieczne jest wypracowanie form sojuszy, np. współpracy regionalnej czy tworzenia bloków państw o podobnych problemach i zbliżonym potencjale. Po trzecie, internacjonalizm oznacza moralną odpowiedzialność za losy mieszkańców innych krajów czy kontynentów, co jest szczególnie istotne w obliczu „umiędzynarodowienia” wielu problemów (głód, ubóstwo, skażenie środowiska, likwidacja miejsc pracy, terroryzm, hegemonistyczna polityka militarna itp.).

Udział w strukturach ponadnarodowych nie powinien być oparty na wyzbywaniu się prerogatyw i narzędzi suwerenności, nie może również dokonywać się w oparciu o arbitralne decyzje podejmowane bez wyraźnego przyzwolenia obywateli. Powinien mieć postać dobrowolnych, dwustronnych układów, z możliwością wycofania się z nich i zachowania prawa weta.

Siła i suwerenność państwa narodowego muszą mieć także – oprócz symbolicznych – realne podstawy o charakterze finansowym/gospodarczym. Oznacza to konieczność zachowania przez państwo kontroli nad strategicznymi sektorami gospodarki oraz zasadami udziału w ponadnarodowych strukturach (np. polityka celna). To właśnie państwo powinno mieć decydujący głos w takich kwestiach, jak przepływ towarów czy ludzi. Kontrola ta jednakże powinna opierać się na rozwiązaniach nowoczesnych i pozbawionych wad dawnego typu ingerencji w owe sfery życia społecznego.

Suwerenność państwa narodowego musi być wsparta także solidnym przemyśleniem problematyki udziału w globalnej gospodarce i tzw. wolnym handlu. Konieczny jest rzetelny bilans zysków i strat otwarcia granic na swobodny przepływ towarów i pracowników, oszacowanie, czy faktycznie zawsze korzystne są tzw. zagraniczne inwestycje lub produkcja eksportowa zamiast rozwoju w oparciu o własne siły i wedle priorytetów rynku wewnętrznego i potrzeb społeczeństwa.

4. Odnowienie demokracji. Państwo jest dla obywateli i to oni powinni być głównym zbiorowym podmiotem decyzyjnym. Jest to szczególnie istotne wyzwanie w świecie, w którym oprócz oligarchizacji gospodarki dokonuje się także podobny proces w sferze polityki („demokracja medialna”) oraz trwa alienacja struktur władzy i instytucji publicznych. Wciąż istotnym, a może nawet bardziej aktualnym niż dawniej elementem myśli socjaldemokratycznej powinno być zwiększanie i utrwalanie wpływu społeczeństwa na decyzje dotyczące jego problemów. Nie powinien on ograniczać się tylko do sfery ogólnopolitycznej (wybory władzy przedstawicielskiej), lecz obejmować różne szczeble i sfery porządku społecznego – np. samorząd terytorialny (aż do szczebla osiedlowego), stosunki pracy („demokracja przemysłowa”), społeczną kontrolę nad instytucjami publicznymi, a przede wszystkim kwestie własnościowe (np. wsparcie spółdzielczości czy akcjonariatu pracowniczego).

Państwo nie powinno być odgórnym „regulatorem” tych zjawisk ani ustanawiać jakiegoś „właściwego” porządku, lecz tworzyć formalno-prawne i instytucjonalne ramy oraz system zachęt (np. na poziomie edukacji) do zaangażowania się obywateli w życie publiczne. Socjaldemokracja powinna twórczo i aktywnie odnieść się do takich kwestii i metod, jak referenda, „demokracja elektroniczna”, tzw. budżet partycypacyjny i innych form zaangażowania społeczeństwa w podejmowanie decyzji i kształtowanie własnego losu.

5. „Rewitalizacja” tkanki społecznej. Aby demokracja i udział w życiu publicznym mogły się umocnić i rozwijać, potrzebna jest gęsta sieć formalnych i zwyczajowych mechanizmów i instytucji, przy pomocy których obywatele będą mogli partycypować we współtworzeniu porządku społecznego. Państwo powinno dbać o to, aby istniały silne i wielorakie ośrodki takiej aktywności społecznej.

Nie powinno jednak dokonywać zbyt silnej ingerencji w to, jak społeczeństwo dokonuje samoorganizacji – znów chodzi raczej o tworzenie dogodnego gruntu do rozwoju inicjatyw obywatelskich niż o ich odgórne kreowanie. Takie ośrodki powinny być dla państwa partnerem zachowującym możliwie dużą autonomię i samodzielność – czy będą to organizacje tzw. trzeciego sektora, czy media lokalne, czy struktury związków wyznaniowych. Państwo silne nie może oznaczać państwa omnipotentnego. Ideałem powinna być synteza państwa opiekuńczego oraz „społeczeństwa opiekuńczego”, które wspiera struktury odgórne w ich celach i zadaniach, ale jednocześnie kontroluje je i zabezpiecza swobody obywatelskie.

6. „Jakość życia”. Odnowiona socjaldemokracja powinna krytycznie spojrzeć na tę część głównego nurtu ekonomii i własnej tradycji, którą można umownie określić jako „produktywistyczną”. Dotychczasowe wskaźniki dobrobytu należy zrewidować lub poszerzyć o takie kwestie, które znalazły uznanie w oczach wielu członków społeczeństwa, a także są coraz częściej wskazywane przez naukowców jako istotne składniki „dobrego życia”. Rewizji należy poddać perspektywę „ilościową” i wzbogacić ją o docenienie aspektu jakościowego.

Dotychczas mierniki kondycji społecznej obejmowały głównie sferę materialną. Są one jednak poddawane coraz powszechniejszej krytyce. Po pierwsze dlatego, że często zafałszowywały rzeczywistość, obejmując zarówno zjawiska pozytywne, jak i negatywne. PKB rósł zarówno wtedy, gdy zapewniano kolejnym członkom społeczeństwa dach nad głową, jak i wówczas, gdy „oszczędny” – w sensie dbałości o ochronę środowiska – właściciel nowej fabryki emitował zanieczyszczenia i podwyższał wskaźniki chorób cywilizacyjnych. Dziś te ilościowe mierniki są coraz bardziej problematyczne – choćby dlatego, że również w zamożnych społeczeństwach nie rośnie liczba osób zadowolonych z życia, a obfite żniwo zbierają tam różnorakie patologie (narkomania, choroby psychiczne czy przemoc), które częstokroć nie mają nic wspólnego z ubóstwem. Nawet w sferze stricte gospodarczej często to, co jest korzystne z punktu widzenia wskaźników makroekonomicznych, jednocześnie oznacza zjawiska negatywne w mikroskali (np. potanienie wielu produktów, ale przy jednoczesnej likwidacji miejsc pracy i przeniesieniu produkcji do uboższego kraju lub regionu). Oznacza to konieczność ostrożnego podejścia do standardowych wskaźników oraz zerwanie z rozpatrywaniem zjawisk ekonomicznych w oderwaniu od pozostałych uwarunkowań.

Osobnym aspektem tego zjawiska jest szeroko pojęta ekologia. Rozumiana nie tylko jako standardowa „oszczędność surowców” czy „dbałość o przyszłe pokolenia”, lecz w kontekście tego, że życie w zdrowym, czystym, pozbawionym hałasu środowisku oraz możliwość obcowania z dobrze zachowaną przyrodą i krajobrazem są jedną z elementarnych potrzeb społecznych oraz składników dobrego życia jednostek, częstokroć nie mniej istotnymi niż wysokość zarobków czy dostęp do innych dóbr i usług, jak edukacja czy służba zdrowia. Podobnym problemem jest także kwestia konsumpcjonizmu – psychologowie coraz częściej wskazują na zjawisko swoistej symbolicznej przemocy związanej z presją posiadania wciąż większej ilości produktów. Odnowiona socjaldemokracja nie może takich zjawisk postrzegać wyłącznie przez pryzmat ilościowy, lecz uznać, że niekoniecznie „więcej znaczy lepiej”.

7. Prymat życia nad ideologią oraz poszanowanie autentycznych tradycji. Aby społeczeństwo było demokratyczne i samorządne, państwo i jego agendy nie powinny nazbyt mocno ingerować nie tylko w rozwiązania formalne, lecz także ostrożnie postępować wobec nieformalnego kodeksu zachowań i etosu zbiorowego. Muszą wystrzegać się pokus odgórnego tworzenia i forsowania rzekomo jedynie słusznych rozwiązań wbrew woli społeczeństwa i jego podgrup. Wszelkie zmiany powinny być wyważone, ostrożne oraz odwołujące się do zbiorowego common sense. Nie oznacza to stagnacji i braku inicjatyw twórczych ani też ugruntowywania istniejących postaw patologicznych, lecz oparcie wszelkich zmian na powszechnym systemie wartości oraz lokalnych tradycjach kulturowych, gdyż tylko wówczas zmiany owe będą autentyczne i trwałe. Socjaldemokracja powinna wystrzegać się siłowego „importu” rozmaitych wzorców i trendów, a także być wyczulona na pokusy inżynierii społecznej.

8. Zmiana i stabilizacja. Ten swoisty „konserwatyzm” nie może oznaczać udawania, że świat stoi w miejscu. Krytycznie należy odnieść się do propagowanych przez prawicę wielu tzw. naturalnych praw i postaw. Pewne stosunkowo stałe zachowania i preferencje jednostek i zbiorowości nie powinny być obiektem ataku i zmasowanej krytyki, lecz jednocześnie nie należy roztaczać miraży „starych dobrych czasów” ani utrwalać postaw patologicznych. Rozsądnemu czerpaniu z doświadczeń przeszłości nie powinno towarzyszyć „obrażanie” się na nowe trendy i bezrefleksyjne dezawuowanie ich.

Należy twórczo przemyśleć takie choćby zjawiska, jak nowe modele życia rodzinno-partnerskiego, przemiany sfery seksualnej, trendy kulturowo-rozrywkowe, starając się dostrzec ich zalety oraz delikatnie korygować te tendencje, które mogą stanowić zagrożenie dla ładu społecznego.

9. Konsensus, prawa i obowiązki. Dominującej dziś kulturze egoizmu i eskalacji żądań z jednej strony oraz renesansowi wizji spod znaku „nadzorować i karać” z drugiej, należy przeciwstawić próbę wypracowania konsensusu satysfakcjonującego jak najszersze kręgi społeczeństwa, przy zachowaniu możliwie dużej swobody dla opcji mniejszościowych, jeśli tylko nie są w rażący sposób destrukcyjne i sprzeczne z ładem społecznym. Należy minimalizować udział w wyniszczającej społeczeństwo „wojnie kulturowej”, w której lubują się zarówno środowiska konserwatywnej prawicy, jak i „nowa lewica”. Polityka w kwestiach spornych powinna się opierać raczej na wsparciu i ochronie, zamiast na nakazach i zakazach.

Przykładowo, budzący wiele kontrowersji problem aborcji nie powinien być przez socjaldemokrację rozwiązywany ani przez zaostrzanie regulacji antyaborcyjnych, ani też przez ułatwianie tzw. wolnego wyboru kobiety w kwestii tak delikatnej biologicznie i etycznie, jak pewna forma życia ludzkiego. Istniejące ograniczenia prawa do przerywania ciąży należy wzbogacić o działania na rzecz faktycznego rozwiązania problemu (edukacja seksualna i powszechnie dostępna antykoncepcja, realne finansowe i instytucjonalne wsparcie rodzin i matek, ułatwienia w systemie adopcyjnym, zmiana wzorców kulturowych i postaw wobec samotnych matek i urodzeń pozamałżeńskich etc.). Z kolei różnego rodzaju postawy mniejszościowe (np. seksualne czy kulturowe) powinny mieć zagwarantowane równe prawa obywatelskie i realne wsparcie w rozwiązywaniu ich specyficznych problemów, ale jednocześnie nie mogą być traktowane jak uprzywilejowane „święte krowy”. Większość musi szanować postawy mniejszościowe (poza destrukcyjnymi lub rażąco sprzecznymi z powszechnym etosem kulturowym), a państwo – ochraniać je przed presją ogółu. Natomiast mniejszości powinny uszanować większościowe odczucia i postawy. W sferze publicznej należy natomiast minimalizować znaczenie osobistych preferencji. Zarówno np. gej jak i „homofob” powinni być na tej płaszczyźnie oceniani nie przez pryzmat indywidualnych zachowań i preferencji, lecz z punktu widzenia ich postaw wobec dobra wspólnego, a w instytucjach publicznych „lewak” i „faszysta” muszą być rozliczani nie ze swych poglądów, lecz z fachowości.

Remigiusz Okraska

P. S. Powyższy tekst powstał pierwotnie wiosną 2007 r. na potrzeby dyskusji programowej. Miała się ona toczyć w środowisku skupionym wokół prospołecznego think tanku, którego powołanie planowała wspólnie redakcja „Obywatela” i Ryszard Bugaj. Ostatecznie inicjatywa nie rozwinęła skrzydeł z tzw. przyczyn obiektywnych. Niedawno odnalazłem powyższy tekst w swoim archiwum i po drobnych zmianach postanowiłem go zaprezentować czytelnikom.

Polityka z ludzkim policzkiem

Niedawna medialna burza wokół śmierci Eluany Englaro, Włoszki, którą po 17 latach śpiączki przestano dokarmiać i uśmiercono biologicznie, pokazuje jak dwuznaczne są dzisiaj wybory ideologiczne i światopoglądowe. A także jak niebezpieczne jest poruszanie się po minowym polu o nazwie „wartości”.

Całe biblioteki można zapełnić traktatami etycznymi, które zrodziła ludzka myśl w ciągu wieków, świeckich i motywowanych religijnie, powstałych na Zachodzie i w wielu innych kulturach i cywilizacjach. Dla mnie natomiast fundamentalne jest w tej kwestii jedno jedyne zdanie autorstwa znakomitego francuskiego chirurga, René Leriche’a. Brzmi ono tak: „Tylko jeden ból łatwo znieść: ból innych”.

Przypomina mi się ono zawsze, gdy przetacza się kolejny front wojny etyczno-kulturowej – a to w sprawie eutanazji, a to aborcji, a to właśnie w obliczu takich wyzwań, jakie niesie ze sobą sprawa Eluany Englaro. Cytowane zdanie Leriche’a, które wszak nie dotyczy tylko bólu czysto fizycznego i bezpośrednio odczuwanego, popycha mnie w kwestiach etycznych w stronę tego, co określa się mianem prawicy. Lewica, jakby wbrew swemu pierwotnemu etosowi, obecnie nazbyt pochopnie szafuje lekceważeniem bólu, rzecz jasna bólu innych. Do tych „prawicowych” pozycji w rzeczonej kwestii doszedłem, paradoksalnie, z lewicowego punktu wyjścia. Nie miało to nic wspólnego z chrześcijaństwem, z cywilizacją zachodnią, z prawem naturalnym itp. Znam osobiście jeszcze przynajmniej kilkanaście osób, które zajęły „prawicowe” pozycje w kwestii aborcji czy eutanazji właśnie taką okrężną drogą. Chyba najtrafniej wyraził to mój kolega, wieloletni wegetarianin i działacz na rzecz praw zwierząt, który powiedział kiedyś: wystrzegam się jak tylko mogę wszelkich praktyk związanych z cierpieniem żywych istot, a miałbym godzić się na aborcję, czyli niszczenie formy życia osobników mego własnego gatunku?

Można w nieskończoność przerzucać się argumentami, czy aborcja to „zabójstwo”, czy „usunięcie zlepka komórek”, czy dotyczy „dziecka”, czy „zygoty”, przytaczać opinie naukowców spod znaku „pro-life” i „pro-choice”. Ale w ostatecznym rozrachunku chodzi o zalążkową formę życia – w dodatku taką, którą każdy z nas kiedyś był. Nie mam wątpliwości, że bardzo problematyczne, a wręcz upokarzające jest urodzenie dziecka niechcianego, a jeszcze bardziej – wychowywanie go w stanie biedy i materialnych „braków”. Nie ma w tym nic godnego pochwały i żadne moralizowanie tego nie zmieni. Ale to za słaby argument, aby zezwalać na aborcję „na życzenie” lub „ze względów socjalnych”.

Tyle, że same zakazy niczego nie rozwiązują – z tego też powodu odmawiam zgody na dominację prawicowych poglądów w kwestii antykoncepcji i polityki socjalnej. Jeśli nie chcemy aborcji motywowanych uznaniowo lub finansowo, to powinniśmy zakazowi przerywania ciąży dać wsparcie w postaci taniej i łatwo dostępnej antykoncepcji, a rodzicom – realną pomoc finansową i instytucjonalną, aby wychowanie dziecka nie uczyniło z ich życia koszmaru. To właśnie mógłby być program lewicy, gdyby odeszła od nonszalanckiego traktowania zalążkowych form życia – zamiast „społeczeństwa skrobankowego”, byłoby to „społeczeństwo wspierające” świadome macierzyństwo i wychowanie dzieci. Byłby to również program uczciwej prawicy, która powinna uznać, że po pierwsze nie wszystkich obywateli obowiązuje katolicka wykładnia moralności, a po drugie – że jeśli chcemy „chronić życie”, to wypada to robić czynem, nie zaś przy pomocy nic nie kosztującego moralizowania i umywania rąk od cudzych problemów. Znacznie lepiej „chroni życie” – czyli ogranicza skalę aborcji – używanie prezerwatyw i pigułek antykoncepcyjnych, realna pomoc socjalna dla rodzin (nie zaś jej karykatura w postaci becikowego) czy gęsta sieć tanich żłobków i przedszkoli, niż ustawowy zakaz, w którego cieniu bez przeszkód funkcjonuje podziemie aborcyjne i „turystyka skrobankowa” do nieodległych Czech.

Dzisiejsza lewica porzuciła wszelką empatię, a w kwestiach etycznych zachowuje się tak, jakby chodziło co najwyżej o hodowlę jedwabników. Jednak prawica jest wrażliwa o wiele zbyt wybiórczo, aby jej „wartości” traktować serio. Sprawa śmierci Eluany Englaro pokazuje ten problem dobitnie. Trafnie zauważył Cezary Michalski, że sprawa śmierci Włoszki stała się kolejną okazją do politycznej mobilizacji środowisk, które wycierają sobie gębę „wartościami”, lecz nierzadko składają się z osób będących w wielu innych kwestiach antytezą jakichkolwiek wartości godnych pochwały. Jeśli czołowym moralistą staje się taka kanalia, jak Silvio Berlusconi, to mamy do czynienia z obrzydliwą tragifarsą i z niczym więcej.

Michalski jednak idzie w moim przekonaniu o krok za daleko. To prawda, że „wartości” i wymachiwanie sztandarem z nimi stanowią obecnie poręczny, dziecinnie prosty sposób mobilizacji politycznej. Nic tak nie emocjonuje hufców zwolenników dzisiejszej prawicy jak wizje „cywilizacji śmierci”, „upadku obyczajów”, „zagłady cywilizacji” i w ogóle Sodomy i Gomory, która jakoby miała się czaić tuż za rogiem. Całe mnóstwo łajdaków wychodzi z politycznego niebytu lub utrzymuje się na powierzchni tylko dlatego, że „konsekwentnie bronią życia” lub „troskliwie kultywują zagrożone tradycje”. Ale nie sposób uznać, że wśród tychże hufców nie ma – również na poziomie przywódców – ludzi szczerze przejętych takimi ideałami. Z Berlusconim należy się nie zgadzać i nie należy go szanować, natomiast z Markiem Jurkiem można się nie zgadzać, ale należy go szanować.

Sedno problemu tkwi gdzie indziej. Otóż nawet ta część prawicy, która autentycznie broni wartości niezależnie od tego, czy czerpie z owego faktu korzyści polityczne, jest ślepa na jedno oko, a zamiast ludzkiej twarzy posiada ludzki zaledwie jeden policzek. Ci sami, którzy współczują niszczonym zarodkowym formom człowieka lub protestują przeciwko odłączeniu chorych od aparatury podtrzymującej życie, bądź też są bardzo sceptyczni wobec eutanazji, jednocześnie na innych płaszczyznach popierają rozwiązania sprzeczne z ochroną życia. Sztandarowym przykładem takiej krótkowzroczności jest stosunek „wartościowej”, czyli neokonserwatywnej prawicy wobec ochrony środowiska. Grupy te przekonują, że najważniejszy jest człowiek i że nie można poświęcać jego dobrej kondycji na rzecz „jakichś roślinek”. Po pierwsze jednak, trudno znaleźć przykład faktycznego i dotkliwego prześladowania ludzi w imię „ochrony roślinek”. Po drugie zaś, człowiek jest w sensie biologicznym dokładnie taką samą częścią przyrody jak owe roślinki, a spustoszenia w ekosystemie odbijają się również na nas – prędzej czy później, ale zawsze. Wystarczy wiedzieć, jak ogromne i przeraźliwie bolesne żniwo zbierają tzw. choroby cywilizacyjne.

Ci sami „obrońcy życia”, którzy gotowi są publicznie ronić łzy nad Eluaną Englaro, zajadle zwalczają np. pomysły odwrotu w transporcie od nieograniczonego spalania ropy naftowej – tak jakby tysiące ludzi nie umierały z tego powodu w ogromnych boleściach na raka czy białaczkę. Ci sami ludzie, którzy uważają, że „ochrona życia” jest najwyższą wartością, przeciwstawną bezdusznej, materialistycznej koncepcji „prawa kobiet do własnego brzucha”, jednocześnie gotowi są rozerwać na strzępy każdego, kto proponowałby właśnie niematerialistyczne ujęcie problemu dewastacji środowiska, gdyby PKB miało od tego zmaleć o choćby 0,01%. Ci sami, którzy uważają transplantację organów za moralnie podejrzaną i sprzeczną z naturą, bez mrugnięcia okiem popierają o wiele większą i wciąż nieodgadnioną w kwestii skutków ingerencję w naturę, jaką stanowią manipulacje genetyczne czy klonowanie zwierząt – a przeciwników takich praktyk określają, dokładnie tak, jak sami są zwani przez oponentów: zacofańcami i ciemniakami.

Ale problem ten ma jeszcze szerszy wymiar, mianowicie gospodarczy. Nawet gdyby uznać, że taki wolny rynek, jaki wychwala neokonserwatywna prawica, jest najlepszy z punktu widzenia wskaźników makroekonomicznych i gwarantuje najszybszy globalny wzrost zamożności (co oczywiście jest dyskusyjne), to od kilku dekad wiadomo, że szeroko pojętą lepszą jakość życia – a więc nie tylko wysokie wskaźniki PKB, lecz także zaspokojenie wielu nieekonomicznych potrzeb czy dbałość o nie do końca materialistyczne aspekty ludzkiego bytowania – zapewniają te rozwiązania, które umownie można nazwać „społeczną gospodarką rynkową”. Owa jakość życia obejmuje nie tylko przyrost bogactwa, ale także jego w miarę równomierną dystrybucję w społeczeństwie, niski poziom przestępczości, łatwo dostępne i niedrogie usługi publiczne, dobrze zachowane środowisko, poczucie bezpieczeństwa egzystencjalnego (np. w obliczu starości) itp. Nie musi ona wcale iść w parze z zacofaniem, a wręcz przeciwnie – nierzadko nowoczesność i innowacyjność rozkwita prężnie na takim właśnie podłożu, jak choćby w Finlandii.

Gdyby trzymać się czysto materialistycznych i indywidualistycznych wskaźników, to być może np. system emerytalny, który opiera się na rozwiązaniach kapitałowych – każdy odkłada na swoją emeryturę i dostaje tyle, ile uskładał – jest wedle nich optymalny i sprawiedliwy. Ale czy ma on coś wspólnego z wartościami wspólnotowymi i z troską o słabszych? Czy emeryt, który otrzyma mizerne ochłapy z OFE, nie zasługuje na ochronę i wsparcie i czy jest on mniej bezbronny niż „życie poczęte”, skoro przyczyną niskich świadczeń niekoniecznie jest lenistwo i niechęć do pracy, lecz np. zamieszkiwanie w regionie, w którym dominują niskie płace? Być może z indywidualistycznego i materialistycznego punktu widzenia optymalna i sprawiedliwa forma gospodarki to taka, w której zakazano związków zawodowych, a pan i władca – pracodawca – wyciska z zatrudnionych ile się da. Ale czy pomiatanie pracownikami i wypłacanie im groszowych pensji przy braku realnych alternatyw – np. w regionie wysokiego bezrobocia – ma cokolwiek wspólnego z wartościami? I czy owi pracownicy na pewno są mniej bezbronni niż ci, których presja społeczna (rodziny, lekarzy itp.) skłoni do eutanazji?

„Cywilizacja śmierci” ma różne oblicza. Czasem jest to śmierć na ginekologicznym fotelu, innym razem w „klinice eutanazyjnej”. Czasem śmierć z głodu lub z przepracowania. Zawsze jest to jednak cywilizacja, w której łatwo znosimy ból – ból innych.