przez Remigiusz Okraska | sobota 26 lipca 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
W starym dowcipie oficer pyta szeregowego, z czym mu się kojarzy kolor biały. – Z d… – odpowiada. Oficer zdziwiony pyta: a czerwony? – Też z d… Dlaczego? – drąży temat przełożony. – Bo mnie się wszystko kojarzy z d… Ideologom i politykom dzisiejszej prawicy i lewicy też się prawie wszystko kojarzy właśnie z tym.
Gdy lewica do postulatów socjalnych dołączyła obyczajowe, jakaś logika w tym tkwiła. Można uznać, że wyzysk i dominacja nie dotyczą wyłącznie sfery ekonomicznej, lecz także kulturowej. Nawet gdy zniesione zostały formalno-prawne zakazy i bariery, dyskryminujące rozmaite postawy kulturowe czy mniejszości seksualne, zapewne w nawykach i obyczajowości pozostały ślady dawnych postaw. Kwestia dyskusyjna, czy to skutek trwałości tradycyjnej kultury, czy np. biologicznych skłonności człowieka, a więc jak z tym problemem sobie radzić, jeśli w ogóle można – ale fakt pozostaje faktem: jakaś forma dystansu, a czasem także aktów nietolerancji, mniej lub bardziej dotkliwych, istnieje mimo zmian przepisów czy treści programów nauczania.
Można zatem uznać, że warto się pochylić nad owym zjawiskiem. Nie mówię wcale o tym, że wszyscy mają się nawzajem uwielbiać. Na paranoję zakrawa mi fakt, gdy w kilku krajach tradycyjny etos chrześcijański zostaje poddany krytyce jako homofobiczny, choć wynika on wprost z przesłania Biblii. Ale nie da się ukryć, że oprócz licznych chrześcijan, którzy uważają homoseksualizm za grzech i odmawiają zgody na zrównywanie postaw homoseksualnych z tradycyjnymi, są też takie środowiska, które zamiast argumentów lubują się w wyzwiskach od „pedałów”, chcą gejów i lesbijki wygnać lub przymusowo leczyć.
Bez trudu można zrozumieć, że czy to religijne (chrześcijaństwo) czy kulturowe dziedzictwo danej zbiorowości nie zawiera wielu „nowomodnych” i „postępowych” wątków i postaw, a osoby kultywujące takie postawy mają prawo żyć w przekonaniu (nawet jeśli fałszywym), że „nowinki” zagrażają wartościom, które są im bliskie. Nie ma zatem nic zaskakującego w tym, że chrześcijanie krytykują choćby śluby homoseksualistów, a rozmaici niereligijni konserwatyści protestują przeciwko adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Na pewno to, co nazywamy moralnością, jest jednym z elementów tożsamości religijnej i etnicznej, a naruszenie kodeksu etycznego zbiorowości skutkuje zmianami w jej łonie lub przynajmniej potencjalną możliwością takich przeobrażeń. Strach czy dystans wobec zmian jest postawą naturalną i nie można od nikogo wymagać, by sprawnie, szybko i bezboleśnie zagłuszył rozmaite wątpliwości.
Można więc uznać, że debata związana z kwestiami seksualnymi jest zjawiskiem całkowicie naturalnym – i w przypadku obrońców tradycyjnej moralności, i wtedy, gdy inni ją krytykują w imię wyartykułowania problemów środowisk, którym owa moralność sprawia jakieś problemy. Jednak skala, jaką osiągnęło to zjawisko, nie wydaje mi się już zjawiskiem naturalnym, a skutki tego dla debaty publicznej i działań społeczno-politycznych są opłakane. Szczególnie w Polsce, gdzie po niemal pół wieku PRL-owskiej „zamrażarki” wszystkie tendencje ideowe z „wolnego świata” są przyjmowane bezrefleksyjnie, zaś ich wyznawcy cechują się bardzo dużym zapałem.
Gdyby potraktować wypowiedzi liderów i ideologów sceny politycznej jako odzwierciedlenie postaw ogółu Polaków, to można by wywnioskować, że mało ważne są dla nas problemy ekonomiczne, wizje rozwoju, kwestie ustrojowe i wiele innych tradycyjnych elementów polityki, zaś nic nas tak nie martwi i nie ekscytuje, jak to, co można nazwać zbiorczo moralnością. I zapewne tak po części jest, jak w samospełniającym się proroctwie – skoro politycy i ideolodzy epatują nas kwestiami związanymi z seksualnością, to w efekcie przeciętnie aktywny politycznie Polak zaczyna postrzegać świat przez ich pryzmat. Stajemy się jak szeregowiec z cytowanego dowcipu – wszystko kojarzy się nam z d…
Zobrazuję to kilkoma przykładami, które skłoniły mnie do niniejszych przemyśleń. Są one chyba wystarczająco wymowne, aby zastanowić się nad tym, czy wszystko jest w porządku z dzisiejszymi sporami ideowymi oraz ze sposobem konstruowania tożsamości poszczególnych opcji politycznych.
Pewnego dnia na konserwatywnym forum dyskusyjnym natrafiłem na wątek, który w tytule miał „bojkot McDonald’sa”. Zmęczony prymitywizmem polskich konserwatystów, którzy debatują głównie o wspomnianej „moralności” oraz o obniżaniu podatków, pomyślałem, że może wreszcie dostrzegli nieco więcej. Bojkot McDonald’sa to, wydawałoby się, temat dla konserwatystów wymarzony – kto jak kto, ale właśnie oni powinni wieszać psy na ekspansji tandetnej oferty, ujednoliconej w skali świata, która wypiera tradycyjne, lokalne nawyki żywieniowe, a wraz z nimi całą kulturę kulinarną. Na to, że skrytykują sieć fast foodów za wyzysk personelu i XIX-wieczne stosunki pracy, nawet nie liczyłem – wśród polskiej prawicy przesłanie katolickiej nauki społecznej jest popularne mniej więcej tak samo, jak capoeira lub origami. Liczyłem natomiast na to, że wreszcie ktoś dostrzegł, iż ekspansja prymitywnej kultury konsumpcyjnej w jej zunifikowanej formie, po prostu szkodzi narodowemu etosowi. Jak myślicie, za co jednak McDonald’s miał być bojkotowany? Za to, że podobno jest czy chce być firmą tzw. gay friendly, czyli przyjazną homoseksualistom.
Innym razem kolega poinformował mnie o losach naszego znajomego. Ten wieloletni lewicowy działacz, uczestnik setek inicjatyw, zapalony społecznik, skazany w procesie sądowym za wspieranie strajku jednej z grup pracowniczych, od dawna zajmujący się pomocą rozmaitym grupom wykluczonych i sponiewieranych Polaków, udał się ni z tego ni z owego na tzw. paradę równości. Nigdy nie zajmował się taką tematyką, a jego lewicowość dotyczyła kwestii socjalnych, nie obyczajowych – zajmowanie się tymi drugimi wręcz krytykował. Co go skłoniło do takiej decyzji? Podobno to, że w swoim środowisku został do tego stopnia zaszczuty jako „homofob”, że dla świętego spokoju postanowił zamienić flagę czerwoną na tęczową i paradować w jednym pochodzi m.in. z tolerancyjnymi ultraliberałami, którzy bez mrugnięcia okiem likwidowali całe zakłady czy wręcz branże, nie troszcząc się ani minuty o ofiary tego procederu, czyli tysiące pracowników.
Rodzima prawica wojowała kiedyś z billboardami reklamowymi. Fajna sprawa, pomyślałem – co wspólnego ma bowiem z konserwatyzmem ten szpetny proceder? Co dobrego z punktu widzenia tożsamości kulturowej wynika z faktu, że zabytkowe starówki wielu polskich miast wprost zaklejone są krzykliwymi billboardami, nierzadko w dodatku powielającymi grafikę i hasła powstałe o tysiące kilometrów stąd? Jaką wartość prezentują wielkie tablice ustawione wzdłuż dróg, szpecąc krajobraz? Co wspólnego z dbałością o pamiątki przeszłości mają takie zjawiska, jak wieszanie wielkich płacht reklamowych na Kościele Mariackim i murach Wawelu? Można by spodziewać się, że konserwatyści będą wrogiem takiego estetycznego śmietnika. Przeciwko czemu jednak protestowali? Przeciwko billboardom reklamującym bieliznę, na których modelka miała odsłonięte jakieś 20% biustu. Bo dzieci patrzą! Jasne, że patrzą – patrzą też na Wawel obwieszony płachtami reklamowymi. Niech się dzieci uczą, po co są zabytki kluczowe z punktu widzenia tożsamości narodowej – po to, żeby prywatne firmy mogły traktować je jako miejsce ekspozycji, napędzającej im klientów. Wawel obwieszony reklamową tandetą to ucieleśnienie ideałów konserwatywno-liberalnych – jest przeszłość i tradycja, jest też rynek i zysk…
Niedawno na jednym z lewicowych portali internetowych dwójka publicystów prowadziła dyskusję o „lewicowej homofobii”. Autorzy przekonywali czytelników, bez żadnych konkretów, że w środowiskach lewicy wręcz roi się od osób niechętnych homoseksualistom i że jest to skandal. W dyskusji pod tekstem kilkanaście osób z przeróżnych środowisk lewicowych i lewicujących napisało niezależnie od siebie, że taka diagnoza jest zupełnie bzdurna, bo nie o żadną homofobię chodzi. Zwracali uwagę, że problem dyskryminacji gejów i lesbijek jest marginalny, choć mocno wyolbrzymiany, a w kraju takim jak Polska istnieje całe mnóstwo problemów pilniejszych, poważniejszych i dotyczących znacznie większych grup społecznych. Wszyscy uczestnicy dyskusji twierdzili, że nie przeszkadza im równe traktowanie osób homoseksualnych, natomiast są przekonani, iż mamy do czynienia z mnóstwem innych, dużo poważniejszych problemów, dotyczących osób, za którymi – inaczej niż za gejami i lesbijkami – nie ujmują się np. duże liberalne media. Jak widać, nie chodzi tu o żadną homofobię, lecz o inny wybór priorytetów. Czy to coś zmieniło w postawie autorów wstępnej diagnozy? A skądże, jeden z dwójki autorów uznał, że takie właśnie stawianie sprawy to kłująca w oczy homofobia, będąca, jak widać, palącym problemem lewicy czy wręcz stawiająca lewicowość owych dyskutantów pod dużym znakiem zapytania.
Tego typu przykładów z lewicy i prawicy mógłbym podać znacznie więcej. Stawianie w centrum dyskusji problematyki związanej z seksualnością – mniejszości seksualne, identyfikacja płciowa (feminizm), postawy wobec seksu (edukacja seksualna, antykoncepcja itp.) – jest powszechne. Jeszcze bardziej niż w polityce – gdzie czasami trzeba zejść na ziemię, tj. zniżyć się do problemów, którymi żyje elektorat, a ten częściej styka się z brakiem łóżek w szpitalach niż np. z gejami i ich rozterkami – widoczne jest to w środowiskach ideotwórczych. Dla głównego nurtu myśli lewicowej „nowoczesna” postawa wobec kwestii okołoseksualnych i stawianie ich w centrum uwagi, stanowi papierek lakmusowy lewicowości. Z kolei główny nurt prawicy ocenia moralną kondycję każdego człowieka i całego społeczeństwa niemal wyłącznie przez pryzmat postaw dotyczących seksualności, bagatelizując wiele innych zjawisk i postaw składających się na to, co można nazwać godnym życiem. Jeśli weźmiemy dwa najbardziej rozpoznawalne czasopisma obu opcji, czyli „Frondę” i „Krytykę Polityczną”, to jak na dłoni widzimy prawicę i lewicę seksualną. „Fronda”, która kiedyś była pismem bardzo szeroko i nieszablonowo omawiającym rozmaite kwestie kulturowe, od jakiegoś czasu koncentruje się na problematyce obyczajowej i okołoseksualnej. Nie proponuje w tej mierze niczego nowego czy świeżego, a jedynie niemal dosłownie skopiowane trendy i opinie amerykańskich neokonserwatystów, powtarzane do znudzenia i przesytu. „Krytyka Polityczna” z kolei od początku reprezentowała „lewicę obyczajową”, a sporadycznie pojawiające się tam wątki socjalno-ekonomiczne giną wśród takich kwestii, jak kino feministyczne czy homoseksualne skłonności literatów. Również tutaj trudno o oryginalność, bo nie sposób za taką uznać kopiowania i nachalnego epatowania pomysłami zachodniej Nowej Lewicy o niemal już półwiekowym rodowodzie. O przepraszam, oryginalnym wkładem w debatę jest ze strony tego środowiska temat prostytucji w obozach zagłady, bo i taka tematyka pojawia się w „KP”…
O czym świadczy natrętne wałkowanie tematyki seksualnej? Można doszukiwać się różnych przyczyn – od obsesji po odwracanie uwagi od dużo ważniejszych kwestii – ale nie w tym rzecz. Ważniejsze jest dostrzeżenie oczywistego, choć w tym kontekście jakby zapomnianego faktu, że jednak nie wszystko kręci się wokół d… Co więcej, kręci się wokół niej coraz mniej. Można uznać, że na Zachodzie w latach powiedzmy 60. nałożyły się na siebie dwie tendencje: rozwój i stabilizacja ekonomiczna oraz wyczerpanie się dotychczasowych wzorców kulturowych. Nie trzeba się było martwić o pracę, poziom życia był wysoki i stale rósł, a jednocześnie zderzyły się oczekiwania młodzieży z postawami pokolenia ich rodziców. W takiej sytuacji na scenę weszły nowe trendy i postawy – nowolewicowy bunt, oparty głównie o kwestie obyczajowo-kulturowe. Wkrótce wywołał on reakcję obronną środowisk konserwatywnych, które też jednak dostosowały się do nowych czasów i ich wyzwań. Ta kulturowa wojna była tyleż uzasadniona, co nieunikniona. Sęk w tym, że obecnie jest ona anachroniczna. Dziś spory zdominowane przez kwestie obyczajowe są dla ich uczestników być może ważne, a zapewne wygodne (pozwalają być w centrum uwagi, bez zajmowania się problemami trudniejszymi i mniej popularnymi), ale nie są one kluczowe z punktu widzenia wyzwań, przed jakimi stajemy.
Dziś, po kilku dekadach neoliberalnej globalizacji, to nie prawa gejów, antykoncepcja czy zapłodnienie in vitro dotykają sedna problemu. W gospodarce nastąpiło niejako cofnięcie się do czasów sprzed epoki stabilizacji gwarantowanej przez politykę państw dobrobytu z lat tzw. złotej trzydziestki (1945-1975). Pojawiły się jednak nie tylko stare problemy społecznych skutków nieskrępowanego kapitalizmu, ale także rozliczne nowe zjawiska – wyczerpywanie się kluczowych surowców, dewastacja środowiska naturalnego i jej skutki, dynamiczny rozwój technologii ingerujących w same granice człowieczeństwa (klonowanie, eksperymenty genetyczne) i w ogóle życia (modyfikacje genetyczne roślin i zwierząt), stale rosnąca i nierzadko wymuszana mobilność społeczna, konflikty religijno-etniczne, destrukcja tradycyjnych struktur władzy i atrofia społeczeństwa obywatelskiego.
To wszystko sprawia, że żyjemy w sytuacji rosnącego chaosu i niepewności, a współczesne lub prognozowane problemy przypominają te, które zapełniały karty najstraszliwszych dystopii. Już dziś mamy do czynienia z ogromnymi możliwościami kontroli i manipulacji ludzkim zachowaniem, technologia przekształca przyrodę na skalę niespotykaną w historii ewolucji, do absurdu doprowadzono kwestię własności prywatnej (za posiadanie „nielegalnych kopii” piosenek czy filmów w domowym komputerze można trafić za kratki), automatyzacja skutkuje malejącym zapotrzebowaniem na pracę człowieka (przynajmniej tę tradycyjnie pojmowaną) i jego coraz większym wyobcowaniem z procesu produkcji, co rodzi coraz większe problemy materialne i psychologiczne. I tak dalej – tych wyzwań jest mnóstwo. Właśnie w takich realiach należałoby oczekiwać od polityków i ideologów pogłębionej debaty, nowych wizji i strategii. A oni mydlą nam oczy gejami i lesbijkami, pigułkami antykoncepcyjnymi, „gołymi babami”, zapładnianiem takim i owakim, „brakiem zgody na dewiacje” i „zwalczaniem heteronormatywności”.
Kwestie moralności i seksualności nie są nieistotne. Ale prawica seksualna i lewica seksualna są jak szeregowy ze starego dowcipu. A może raczej jak Maks z filmu „Seksmisja”, do którego Albercik rzekł w pewnym momencie: „Nasza cywilizacja legła w gruzach, a tobie tylko dupy w głowie”.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 3 lipca 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Prawdę mówiąc, obecna wrzawa wokół Lecha Wałęsy wydaje mi się coraz bardziej niesmaczna. Bynajmniej nie dlatego, żebym wierzył w krystaliczną czystość noblisty. Nie dlatego też, abym miał coś przeciwko badaniu esbeckich archiwów bez taryfy ulgowej. Albo przeciwko ujawnianiu kapusiów. Nie, nie widzę żadnych – ani etycznych, ani politycznych – powodów, żeby funkcjonowała jakakolwiek święta krowa, której przeszłości nie można poddawać analizie. W przypadku Wałęsy jest to tym bardziej konieczne, że w ciągu ostatnich kilku dekad wątek jego domniemanej współpracy z SB pojawiał się w obiegu publicznym wielokrotnie. I to w dodatku – o czym „zapominają” dzisiejsi obrońcy czci ex-prezydenta – nie tylko za sprawą „oszołomów” i „frustratów”. Wątpliwości wobec podejrzanych uwikłań Wałęsy wyrażał podobno już w czasie solidarnościowego „karnawału” choćby Jacek Kuroń. Gdyby chodziło o anonimowe plotki dotyczące, dajmy na to, wiejskiego proboszcza czy małomiasteczkowego biznesmena, można by machnąć ręką. Jeśli jednak tego rodzaju wątpliwości pojawiają się wobec postaci tak istotnej w najnowszych dziejach kraju, to tym bardziej należy się zająć owym problemem.
W całej sprawie TW „Bolka” widzę jednak aspekt, który każe się zastanowić nie nad Wałęsą, lecz nad wieloma jego obecnymi przeciwnikami. Gdy bowiem obserwuje się ilość krytyki czy po prostu obelg padających pod adresem Wałęsy, nie sposób nie zadumać się nad kondycją Polaków – tych samych, którzy Wałęsę przez lata uwielbiali, oklaskiwali, nosili na rękach, a następnie masowo poparli w wyborach prezydenckich. Wałęsa nie spadł z nieba – skrywanie jego prawdopodobnej współpracy z SB nie zmienia faktu, że wszelkie jego inne wady były od dawna widoczne, jawne i znane wszystkim tym, którzy nie mieli na oczach klapek ślepej miłości do „naszego Lecha”. Nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że ci, którzy na niego dziś najgłośniej pomstują, to te same osoby, które najdłużej i najmocniej wierzyły w geniusz Wałęsy.
Rozpatrując problem na płaszczyźnie ogólnej, lider „Solidarności” został nim nie na mocy boskiego werdyktu, lecz ze społecznego nadania. Nawet gdyby przyjąć za prawdziwe najbardziej skrajne i niekorzystne dla Wałęsy wersje wydarzeń, czyli pojawiające się sugestie, że jego współpraca z SB nie zakończyła się wcale w roku 1976, lecz trwała znacznie dłużej, a „służby” promowały „swojego człowieka” jeszcze w trakcie formowania i istnienia „Solidarności”, to nawet ta mało prawdopodobna wersja wydarzeń nie zmienia faktu, że popularność Wałęsy była w znacznej mierze spontaniczna i autentyczna. Nawet biorąc poprawkę na potencjalne – co nie znaczy, że faktycznie zaistniałe! – możliwości manipulacji nastrojami członków i sympatyków „Solidarności”, żaden esbek nie chodził i nie wbijał im pałką do głów kultu „Lecha”.
Wręcz przeciwnie. Polacy wielbili Wałęsę już wtedy, gdy „Solidarność” rozwijała się żywiołowo, a esbeckie próby manipulacji nastrojami społecznymi ponosiły fiasko – co przyznają także przeciwnicy Wałęsy – wskutek niesamowicie rozwiniętej jawności i demokracji wewnątrzzwiązkowej. O ile po wprowadzeniu stanu wojennego owa demokracja zanikła, a „Solidarność” przekształciła się w organizację kadrową, z niejawnym i skomplikowanym procesem decyzyjnym, o tyle w latach 1980-81 to wszystko działo się na oczach i przy udziale setek tysięcy ludzi. Oczywiście reżim komunistyczny mógł próbować rozmaitych manipulacji, mógł w taki czy inny sposób wspierać bardziej wygodną dla siebie grupę działaczy „Solidarności” przeciwko innym jej grupom, ale jeśli odrzucimy wątpliwej jakości teorię o totalnej manipulacji i „reżyserii” zdarzeń na niesamowitą skalę, to nie sposób uznać, że Wałęsę na szczyty wynieśli esbecy, nie zaś działacze, także szeregowi, opozycji antykomunistycznej.
W mojej – czysto intuicyjnej – ocenie, decydującą rolę odegrali nie esbecy, lecz Polacy. A konkretnie dwie przypadłości, których istnienie wydaje mi się faktem niemożliwym do precyzyjnego zbadania, lecz widocznych gołym okiem nie raz i nie dwa. Po pierwsze, Polacy lubią miłe słówka, lubią, gdy ktoś opowiada im to, co chcą usłyszeć. Wałęsa pasował do tej roli znakomicie – z jego postawą wyrażoną po latach formułą „za, a nawet przeciw”, z jego dość prymitywnymi, ale nierzadko celnymi bon motami i frazeologią idealną na wiecowe „podbijanie serc”, z jego brakiem konkretów formułowanym w nader… konkretnym języku. „Lechu” miał talent ludowego polityka i przywódcy tłumów, a w Polsce zostało to zwielokrotnione przez społeczne oczekiwania. Czy to w czasach pierwszej „Solidarności”, czy później, gdy obiecywał każdemu po 100 milionów. Nawet w swoim skrajnym egocentryzmie, wyrażonym najpełniej w przekonywaniu, że „to ja obaliłem komunę”, jest on bardzo polski, przypominając np. wódczane przechwałki wielu naszych rodaków.
Druga zaś kwestia, która w moim odczuciu ułatwiła wyniesienie Wałęsy na wyżyny, to nasza narodowa niezdolność do działań długofalowych. Polacy są idealnym odzwierciedleniem biblijnego wezwania „obyś był zimny lub gorący”. Wielokrotnie pokazaliśmy, że stać nas na wielkie zrywy i bohaterskie czyny. Tyle, że ich dopełnieniem jest marazm i obojętność, gdy już opadnie pierwszy zapał lub minie zagrożenie. Ci sami ludzie, którzy – jestem pewien – w obliczu np. napaści z zewnątrz znów biliby się do ostatniej kropli krwi nawet w sytuacji ogromnej przewagi wroga, są w realiach pokoju niezdolni do tego, żeby odmówić sobie dwóch piw miesięcznie i masowo wpłacać choćby po 5 zł, aby stworzyć trwały niezależny ruch społeczny czy polityczny, bez łaski sponsorów i konieczności dwuznacznych uwikłań. Poza „stanami podwyższonej bojowości”, mizernie wychodzą nam spokojne, stonowane, lecz wytrwałe działania. Oczekujemy natomiast, że jakiś geniusz, jakiś Wódz, dokona cudu, odmieni wszystko bez naszego udziału – kolejne wydania tego swoistego kultu jednostki przetaczają się przez polską ziemię z zadziwiającą nieodmiennością, ponad politycznymi podziałami, od Piłsudskiego, przez Andersa, Gomułkę, Gierka, Jana Pawła II, Wałęsę, Kwaśniewskiego itd. Jaka jest najczęstsza reakcja Polaków na jakikolwiek problem ujawniony w mikro- lub makroskali? „Ktoś powinien coś z tym zrobić!”. Nie my, nie wspólnym wysiłkiem, nie razem – ktoś. Tu także Wałęsa ze swoim wybujałym ego, ale także z wyraziście autorytarnymi poglądami, idealnie trafił w zapotrzebowanie społeczne. Po co mamy starać się my, skoro on oferował nam to swoje nieustanne ja, ja, ja…
Cechy Wałęsy bardzo kontrastują z postawami jego konkurenta o pozycję lidera pierwszej „Solidarności”, Andrzeja Gwiazdy. Myślę, że właśnie dlatego Andrzej ową rywalizację przegrał. Po pierwsze, mówi on ludziom to, co myśli, nie zaś to, co oni chcą usłyszeć – i nierzadko są to rzeczy niemiłe, surowe, biegnące w poprzek utartych schematów. Po drugie, Andrzej jest autentycznym demokratą – uważa, że nie żaden cudotwórca, lecz my sami, wspólną pracą, powinniśmy odmienić Polskę na lepsze, że jak sobie pościelimy, tak się wyśpimy. Wspominam o tym nieprzypadkowo. Dziś bowiem, w ogniu sporu o „Bolka”, można zaobserwować wiele cudownych nawróceń. Gdyby na serio potraktować np. komentarze na forach internetowych, można by uznać, że Wałęsa był od dawien dawna podejrzewany przez ogromną ilość Polaków o różne podłe sprawy, zaś Gwiazda cieszył się przez lat niekwestionowanym szacunkiem i wielkim poparciem społecznym.
Ale przecież wszyscy wiemy, że Wałęsa wysoko wygrał z Gwiazdą w wyborach na stanowisko lidera pierwszej „Solidarności”. Gdy w okolicach „okrągłego stołu” mnóstwo osób fetowało powrót „Lecha” z podziemnego zmarginalizowania, wokół Gwiazdy skupiła się zaledwie garstka osób kwestionujących zarówno sam „okrągły stół”, jak i swoisty „zamach stanu”, jakim było budowanie nowej „Solidarności” przez drużynę zauszników Wałęsy, z pominięciem wielu tych, których przed stanem wojennym delegaci Związku wybrali do Komisji Krajowej. Gdy kilka lat później Wałęsa zasiadał w Belwederze, ciesząc się jeszcze całkiem sporym poparciem społecznym, Gwiazda nie zdołał w wyborach 1993 r. zarejestrować ogólnopolskich list Komitetu Wyborczego „Poza Układem”. Dziś jednak Gwiazda jest wychwalany przez tych, których spora część przynajmniej do połowy lat 90. wielbiła Wałęsę. Wielbiła, bo miał Matkę Boską w klapie, był „za, a nawet przeciw”, obiecywał po 100 milionów, „tymi ręcami obalił komunizm” itd.
Oczywiście można powiedzieć, że gdyby podejrzenia w kwestii TW „Bolka” znano wcześniej, to rozwój sytuacji wyglądałby inaczej. Albo gdyby była lustracja. Albo gdyby „układ” dopuścił Gwiazdę do mediów w roku 1989 na taką samą skalę, na jaką zaoferował to Wałęsie czy Michnikowi. Być może coś by to zmieniło, ale prawdę mówiąc nie sądzę, że w istotnym stopniu. Wystarczy bowiem spojrzeć na to, kim są dzisiejsi krytycy Wałęsy i ile oni zrozumieli z tego wszystkiego. Ich zarzuty wobec domniemanego „Bolka” koncentrują się na współpracy z SB, a z nowszych wydarzeń dotyczą współudziału w odwołaniu rządu Jana Olszewskiego lub „wspierania lewej nogi”, czyli planu wzmocnienia postkomunistów za prezydentury Wałęsy. Wniosek z tego taki, że gdyby Wałęsa nie współpracował z SB, wsparł rząd Olszewskiego i dobił „lewą nogę”, wszystko byłoby OK. Matka Boska w klapie, 100 milionów dla każdego i certyfikat niewinności z IPN-u wystarczyłyby do tego, żeby atakowany „Bolek” mógł być wciąż wielbionym „Lechem”.
Żeby krytykować Wałęsę, nie trzeba oryginałów czy kopii jego domniemanych donosów z lat 70. Nie trzeba też wspierania „lewej nogi”. W zupełności wystarczą te jego poczynania, na które krytycy nie zwracają uwagi. Czyli poparcie dla prywatyzacji w wersji, która nie uwzględniała ani interesów narodowych, ani sytuacji milionów ludzi-pracowników. Czyli lekceważenie społeczeństwa i jego opinii o kształcie nowej Polski. Czyli wspieranie takiego modelu gospodarki i polityki, które musiały poskutkować szybką i głęboką oligarchizacją. Czyli przedkładanie pustosłowia i tanich gestów nad realne i konkretne decyzje mające na celu dbałość o dobro wspólne. O tym, że Wałęsa jest postacią szkodliwą, znacznie bardziej przesądza jego wsparcie dla Balcerowicza niż domniemane pisanie donosów na kolegów ze stoczni, choć oczywiście to drugie jest bardziej obrzydliwe w kategoriach moralnych.
Sęk w tym, że dzisiejszym krytykom Wałęsy przeszkadza właśnie TW „Bolek”, nie zaś wspólnik Balcerowicza. Czyni to krytykę Wałęsy zupełnie jałową, bo w najlepszym razie prowadzi ona do konstatacji, że wyrzucanie ludzi na bruk z mieszkań i masowe bezrobocie nie byłyby złe, gdyby tylko realizowali to „dzieło” ludzie z IPN-owskim świadectwem moralności. Tak zresztą na serio myśli mnóstwo przeciwników Wałęsy – ich zdaniem, cały ten bandycki, latynoski model kapitalizmu, zainstalowany w Polsce po roku 1989, jest zły wyłącznie dlatego, że wcielali go w życie esbecy oraz dawni funkcjonariusze partyjni. Aha, no i ekipa Michnika, która zatrudniła Maleszkę i lekceważyła „ochronę życia poczętego”. Gdyby ten sam syf zafundowali nam „prawdziwi Polacy”, nieskażeni ukąszeniem esbeckim, rozmodleni i zaczytani w farmazonach Michalkiewicza czy innego speca od demaskowania „obcych knowań”, wszystko byłoby w porządku…
Niedawno w „Rzeczpospolitej” Rafał Ziemkiewicz przypomniał mimochodem prostą, lecz nadal jakby nieobecną prawdę. Taką, że bracia Kaczyńscy, dziś przedstawiani jako główni oponenci „Bolka”, nie tylko w kluczowym momencie go wspierali, ale przede wszystkim zwalczali konkurencyjną wizję nowej Polski, którą reprezentował właśnie Gwiazda. Zacytujmy fragment tekstu Ziemkiewicza, bo sam bym tego lepiej nie ujął niż ulubieniec prawicowych czytelników: „w chwili, gdy wśród ludzi »Solidarności« dokonywał się fundamentalny podział na tych, którzy mieli rządzić wolną Polską, i tych, którzy zostali z niej »wyślizgani«, Kaczyńscy nie znajdowali się po stronie Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz i Krzysztofa Wyszkowskiego, o Kornelu Morawieckim nie mówiąc. Przeciwnie, brzemiennej w skutki decyzji Wałęsy, aby nie zwoływać legalnych władz »Solidarności« z roku 1981, ale tworzyć pod historyczną nazwą nowy związek z działaczy mu posłusznych, Jarosław Kaczyński bronił nawet wtedy, gdy od dawna był już z pierwszym prezydentem III RP śmiertelnie pokłócony (co jednak nie dziwi, bo bronił swoich ówczesnych wyborów). Przypominanie tego, co po latach udało się załagodzić orderami Orła Białego, nie jest dziś braciom Kaczyńskim na rękę”.
Nie jest to na rękę nie tylko Kaczyńskim, ale także wielu dzisiejszym krytykom „Bolka” i autorom peanów na cześć Gwiazdy. Bo to właśnie oni w kluczowym momencie wspierali Wałęsę przeciwko Gwieździe – nie dlatego, że nie wiedzieli o agenturalnej przeszłości „Lecha”. Dlatego, że ów „Lechu” oferował im to, czego chcieli: wielkie obietnice, żadnych wymagań, trochę sloganów i Matkę Boską w klapie. Gwiazda oferował im coś wręcz przeciwnego.
Cieszę się, że IPN-owskie akta wydobywane są na światło dzienne, że spadają maski, że skończyło się zamiatanie brudów pod dywan. Ale jeśli jedynym skutkiem ma być to, że ci, którzy dali się nabrać Wałęsie, teraz dadzą się nabrać komuś podobnemu, lecz lepszemu tylko dlatego, że nie donosił na kolegów i nie wspierał „lewej nogi”, to całe to zamieszanie nie ma żadnego sensu. Bo lekcja ze sporu Gwiazda – Wałęsa to nie jest lekcja o wyższości porządnego człowieka nad kapusiem. To lekcja o wyższości samodzielnego myślenia, krytycyzmu i społecznej aktywności nad stadnymi odruchami, lenistwem intelektualnym i wiarą w idola, który zrobi coś za nas. Jeśli z tego wszystkiego zostanie tylko pomstowanie na agentów i zapatrzenie w nowego, tym razem nieuwikłanego Wodza, to wniosek będzie wyłącznie jeden. Taki mianowicie, że na głupotę i naiwność nie ma lekarstwa – nawet w IPN-ie.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 9 czerwca 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Niemal zawsze, gdy mowa o tradycji, w użyciu jest liczba pojedyncza. Gdy zamkniemy oczy i pomyślimy „Polska”, pojawia się pewna ilość symboli, postaci, wizerunków – dla każdego z nas zapewne nieco innych. Gdyby ktoś zwrócił nam uwagę, że tego czy innego wydarzenia lub osoby brakuje w naszej wizji, być może skłonni bylibyśmy dołożyć je do zbioru o nazwie „tradycja”, choćby z zastrzeżeniem, że to jej „złe” oblicze. Jednak poza takimi ustępstwami, nadal uważamy, że istnieje coś takiego, jak jedna główna tradycja i ewentualnie jakieś „mniejszości”, sytuujące się na jej obrzeżach.
Jeszcze bardziej widać to w sferze publicznej. Gdy z płaszczyzny osobistych odczuć i wyobrażeń przeniesiemy się w sferę instytucji, mediów, oświaty, debat publicznych itp., okazuje się, że proces dominacji i uprawomocniania każdej tradycji odbywa się nieodmiennie kosztem innych – czy to przez intensywną promocję tej jednej, a przemilczanie innych, czy wręcz za pomocą zohydzania którejś z nich – a o dokooptowaniu żadnego elementu nie ma mowy, gdyż wszystkie wizje tradycji występują tam jako zbiory zamknięte. Jest to oczywiście pochodną walk o rząd dusz, o wpływy polityczne, o legitymizację poszczególnych opcji.
Na „wielką” tradycję składa się wiele pomniejszych, których dobra kondycja sprzyja dobrej kondycji całości. Tymczasem, w polityczno-medialnych sporach powodzeniu jednej z owych sub-tradycji towarzyszy nadwątlenie innych. W efekcie jakaś część zbiorowego dziedzictwa zatraca się, a jej „wyznawcy”, nie mając żywotnego punktu odniesienia, mimowolnie odsuwają się od polskości. Są to rzeczy dość oczywiste. Ale mam wrażenie, że nie do końca uświadamiamy sobie wymiar zjawiska. W każdym razie do mnie ten problem z całą mocą dotarł dopiero niedawno za sprawą dwóch dość przypadkowych zdarzeń.
Przygotowując tekst o Helenie Radlińskiej, czytałem poświęconą jej książkę Ireny Lepalczyk. Na końcu tej monografii znajduje się wkładka z fotografiami. Jedna z nich przedstawia fragment pokoju bohaterki książki, z portretem jej brata oraz kawałkiem regału. Na owym regale w oczy rzucił mi się od razu grzbiet jednego z leżących tomów. Charakterystyczny napis na nim zwrócił moją uwagę nie przypadkiem. Po prostu na półce stojącej teraz za moimi plecami leży taka sama książka. Nosi tytuł „Ludwik Krzywicki – praca zbiorowa poświęcona jego życiu i twórczości”, wydana została przez warszawski Instytut Gospodarstwa Społecznego w 1938 r. Kupiłem ów egzemplarz pół roku temu – przekreślone pieczątki świadczą, że kiedyś był w zbiorach Gminnej Biblioteki Publicznej Warszawa-Bemowo, a wcześniej lub później w prywatnych rękach, o czym świadczy dedykacja na karcie tytułowej. Brzmi ona: „Z wspomnieniami dawnych planów i marzeń – Wanda, 24 XII ‘53”.
I tak oto książka wydana przed wojną zdołała ją najpierw przetrwać, prawdopodobnie tuż po wojnie jeden z egzemplarzy uwieczniono na zdjęciu pokoju prof. Radlińskiej, kilka lat później jakaś Wanda podarowała komuś inny egzemplarz, następnie książka przeleżała gdzieś ponad pół wieku, aż pod koniec roku 2007 trafiła w moje ręce. Można zatem powiedzieć, że na przestrzeni 70 lat (1938-2008) mieliśmy do czynienia z podtrzymywaniem pewnego wycinka tradycji – książka o Krzywickim była dla kogoś ważna, ktoś co jakiś czas robił z niej użytek itp.
Ale właśnie w roku 2008 aż cisną się na usta pytania: kogo dziś obchodzi Krzywicki, kto poza garstką pasjonatów o nim pamięta, kto próbuje w jego książkach oraz w książkach o nim odnaleźć odpowiedzi, wskazówki, wizje… Ludwik Krzywicki jest co prawda obecny na kartach historii, tych najbardziej specjalistycznych, ale przecież trudno o nim mówić w kategoriach polskiej tradycji – żywej, twórczej, inspirującej. Kiedyś jeden z czołowych myślicieli polskiej lewicy, nieortodoksyjny interpretator Marksa, a jednocześnie wybitny naukowiec, autor niezliczonej ilości prac naukowych, o ogromnych zainteresowaniach i wręcz legendarnej pracowitości. Dziś nieobecny, zapomniany, bo i kto miałby go promować, skoro bliska mu opcja polityczna nie funkcjonuje lub ogranicza się do niszowych grupek, a polski tzw. obieg intelektualny z programową wręcz niechęcią traktuje tutejsze tradycje, ślepo zapatrzony w importowane nowinki z Zachodu. Krzywicki, który swego czasu inspirował spore zastępy Polaków oraz wpływał na ich wizje świata i ojczyzny, w zasadzie „nie istnieje”.
Drugie dające mi do myślenia zdarzenie było w sumie podobne, choć jednocześnie odmienne w pewien dość znaczący sposób. Nieco przypadkowo zabrałem do pociągu i przeczytałem wydaną w podziemiu, powielaczową broszurkę z esejem Adama Michnika „Rozmowa w Cytadeli”, z roku 1983. Powiem to od razu: lektura „Rozmowy…” może przyprawić o palpitacje serca osoby przyzwyczajone do standardów dzisiejszej publicystyki redaktora „Gazety Wyborczej”, przepełnionej pogardą i poczuciem wyższości wobec swych przeciwników, portretowanych w bardzo czarnych barwach. Jest to bowiem esej niezwykle „empatyczny” i to w dodatku wobec tradycji ideowej, która sytuuje się na antypodach „michnikowszczyzny”, mianowicie – endeckiej. Czytelnicy „Gazety Wyborczej”, karmieni dziś czarną legendą polskiego nacjonalizmu, mieliby spore problemy z recepcją tego tekstu sprzed ćwierćwiecza. Ale nie tylko oni – także dzisiejsza prawica, szczególnie ta młoda i zapalczywa, nie zdołałaby zapewne ułożyć w swoich schematycznych, czarno-białych głowach faktu, że Michnik pisze o Dmowskim w znacznej mierze afirmatywnie, a wręcz krytykuje antyendeckie stereotypy swego środowiska.
Znów jednak ciśnie się na usta pytanie: kto z obozu lewicowo-liberalnej inteligencji byłby dziś w stanie napisać, czy choćby bez nadmiernych emocji przeczytać taki tekst. Pamięć o tradycji myśli endeckiej jest w Polsce znacznie bardziej żywa niż o wspomnianym Krzywickim. Jeszcze silniejszą pozycję ma przecież autor „Rozmowy w Cytadeli” – przez sporą część inteligencji darzony wręcz świeckim kultem. Ale ani wyznawcy, ani Mistrz, przywoływany przez nich przy byle okazji jako „młot na Ciemnogród”, nie sięgają dziś po ten tekst, a tym bardziej po podobny sposób analizowania odmiennych niż ich własna idei politycznych.
Nie istnieje zatem kolejny ważny element polskiej tradycji intelektualno-politycznej: krytyczna, lecz w sumie przychylna analiza dorobku endecji, dokonana przez kogoś z zupełnie innego obozu politycznego. Oczywiście sami „narodowcy” też nie sięgają po ten tekst – a sądzę, że jego przypomnieniem wprawiliby Michnika, a zwłaszcza jego zwolenników w dużo większe zakłopotanie niż używając prymitywnych zarzutów o UB-eckiej przeszłości jego brata czy jeszcze bardziej prymitywnie odmawiając jemu samemu „polskości”.
Takich przykładów można by znaleźć więcej, o kilku zresztą wspominałem w poprzednich felietonach. Z polskiej świadomości i debaty intelektualnej wyrugowano takie choćby tradycje, jak lewica patriotyczna, lewicowo-demokratyczna „frakcja” w ruchu ludowym czy lewicowo-syndykalistyczno-patriotyczny nurt w pierwszej „Solidarności”; patrząc z innej strony – z niemałym trudem, ale na niszową skalę odgrzebano spod zwałów zapomnienia nacjonalistyczne środowisko Sztuki i Narodu. Oczywiście wszystkie te tradycje nie zostały całkiem zniwelowane. Istnieją niewielkie grupki ich epigonów, jest trochę naukowców-pasjonatów, którzy w małych wydawnictwach publikują kilkusetstronicowe monografie o Moraczewskim czy emigracyjnym PPS-ie, czasem ktoś – np. taki dziwoląg jak ja – przypomni którąś z tych postaci czy grup w artykule prasowym. Ale poza tym swoistym gettem czy niszą, nie ma dla nich miejsca w debacie publicznej.
Oczywiście tak zapewne było do pewnego stopnia zawsze. Coś zapominano, coś przeoczono, coś zostawało przygniecione pomówieniami i tendencyjnymi ocenami. Tym razem jednak jest znacznie gorzej. Po pierwsze, PRL przerwał ciągłość zarówno ideową (cenzura, białe plamy historii), jak i personalną (zamordowanie, zmuszenie do emigracji lub uniemożliwienie działalności publicznej przedstawicielom kilku opcji politycznych). Po drugie, na zasadzie reakcji na to zjawisko, po 1989 r. mamy do czynienia z neofickim zapałem przypominania jednych, a przemilczania innych opcji ( pisałem tu niedawno, że IPN chętnie propaguje wiedzę o „narodowym podziemiu zbrojnym”, ale już niekoniecznie o tej części ruchu ludowego, która nie zgodziła się na dyktat komunistów). Po trzecie, dziś polityczna debata odbywa się za pośrednictwem masowych (i to bardzo) mediów – opcje obecne w nich ulegają dodatkowemu wzmocnieniu i popularyzacji, zaś nieobecne są jeszcze bardziej marginalizowane i spychane w niepamięć.
To wszystko ma swoje skutki. Przede wszystkim zubaża polskość, bo z jej dostępnej, znanej i popularnej wersji wyklucza ważne elementy. To z kolei ogranicza rozwój intelektualny, bo nie znamy wielu ciekawych wzorców i skazani jesteśmy na wysiłek swoistego odkrywania Ameryki wiele lat po Kolumbie. A wreszcie – skutkuje niemożnością odnalezienia się w „obiegu” politycznym tych osób, które mają pecha nie utożsamiać się z popularnymi opcjami. Co w Polsce ma zrobić osoba o poglądach prospołeczno-lewicowych, lecz zarazem niezainteresowana roztrząsaniem problemów gejów i lesbijek lub zachwytami nad Chavezem? Albo ortodoksyjny katolik, który nie jest wyznawcą „świętej własności prywatnej” i nie wierzy, że niewidzialna ręka rynku rozwiązuje wszelkie problemy? Albo ktoś, kto chciałby dowartościować wieś i „Polskę B”, lecz niekoniecznie w towarzystwie wiecznych „działaczy” z PSL-u, którzy trzęsą gminą nieprzerwanie – choć zmieniając szyldy – od czasów wczesnego Gomułki?
Tak, wiem, to banał – tradycja składa się z wielu tradycji. Banał, niestety, bardzo często zapominany. Wolterowi przypisuje się deklarację, że choć nie zgadza się z czyimiś poglądami, to oddałby życie za możliwość ich głoszenia przez tego kogoś. Z tradycją jest dokładnie tak samo: nie zgadzając się z wieloma jej „odłamami”, warto dbać o to, aby mogły one istnieć, a nawet rozkwitać. Bo zyskuje na tym, nie zaś traci, ta jedna, wspólna tradycja.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 15 maja 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Powyższe slogany słyszymy nieustannie z radia i telewizji, czytamy je w gazetach, książkach i na monitorze komputera. Rynek, prywatna własność, konkurencja – o tak, to podobno zawsze działa świetnie. Reszta wręcz przeciwnie – nie działa wcale. „Żadnych eksperymentów” – wrzeszczą liberalni fanatycy. Wrzeszczą dlatego, aby zagłuszyć fakty, które podważają ich wywody. Aż tu nagle, w samej „Gazecie Wyborczej”, która zapewne po śmierci Balcerowicza zażąda jego beatyfikacji, znalazłem niepozorną notkę. W proch i pył rozbija liberalne wywody.
Notka ukazała się 9 kwietnia w dziale gospodarczym, pod tytułem „Miasta sprzedają tańsze paliwa”. Zacytujmy w całości, bo warto:
W Polsce powstają kolejne stacje benzynowe prowadzone przez spółki komunalne. Przez obniżenie marży na sprzedaży paliw udaje im się zmusić konkurencję do obniżek cen.
Gminne stacje paliw działają już w Rzeszowie, Płocku czy Białymstoku, o podobne właśnie walczą kierowcy z Gorzowa, Opola i Kielc. Zasada działania jest prosta, na miejskiej działce stację buduje spółka komunalna i sprzedaje benzynę z małą marżą, co kompensuje sobie wielkością obrotów. Reakcją na takie rozwiązanie jest często obniżenie cen paliw u konkurencji nawet w całym mieście.
Dwa lata temu w Rzeszowie prezydent miasta Tadeusz Ferenc zabiegał, by ceny za litr benzyny spadły poniżej 4 zł. Obliczono, że tamtejsze Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne stać na obniżenie marży na własnej stacji. Kiedy marża spadła, w ciągu tygodnia obroty stacji się potroiły, a konkurenci zareagowali natychmiast. Teraz paliwo PB 95 można tam kupić nawet za 3,98 zł na kilku małych stacjach i przy hipermarketach, a wielkie koncerny paliwowe obniżyły ceny do 4,14 zł. Miasto planuje budowę kolejnej własnej stacji.
Do podobnej decyzji inne samorządy nakłania też Białystok. – W listopadzie uruchomiliśmy swoją stację i na razie udało nam się ukształtować ceny w najbliższej okolicy. W tym roku będziemy mieli ponadmilionowy zysk. Za te pieniądze kupimy nowe autobusy i zbudujemy dwie kolejne stacje – mówi Dariusz Ciszewski, prezes Komunalnego Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej w Białymstoku.
Mechanizm nie do końca sprawdził się za to w Płocku, gdzie mieści się paliwowy koncern PKN Orlen. Choć miejska stacja pęka w szwach, obniżki cen w całym mieście są minimalne.
Koniec cytatu. Dodajmy, że komunalna stacja w Płocku, choć nie doprowadziła do obniżenia cen w mieście, jest dochodowa (czyli miasto zarabia), a jej klienci – mieszkańcy miasta – płacą mniej za benzynę, czyli oszczędzają.
Co z tego wynika? Przede wszystkim to, że owe stacje podważają rzekomo żelazną regułę, iż własność publiczna jest zawsze gorsza niż prywatna i że musi być nieskuteczna, marnotrawna itd. Oczywiście nietrudno zrozumieć, że w Polsce, po niemal półwiekowej przygodzie z fatalnie działającymi upaństwowionymi punktami handlowymi czy usługowymi, wciąż żywe są obawy przed skutkami eksperymentów. Nietrudno również zrozumieć neoficki zapał w wychwalaniu wolnego rynku i własności prywatnej. Gdybyśmy mieli to od dawna, mniej byłoby zachwytów, więcej natomiast krytycyzmu. Ale niewiedza czy zapalczywość zwolenników rynku nie mają mocy sprawczej w kwestii zmiany rzeczywistości – od ich ględzenia komunalne stacje benzynowe nie przestaną generować zysków, oferować tańszego paliwa i nierzadko zmuszać konkurencję do obniżki cen.
Co ciekawe, tego typu eksperymenty gospodarcze trudno skrytykować z pozycji rozsądnego zwolennika wolnego rynku. Jednym z argumentów najczęściej używanych przez liberałów jest bowiem stwierdzenie, że konkurencja prywatnych podmiotów, nastawionych na zysk, gwarantuje konsumentowi optymalne zaspokojenie potrzeb. W tym przypadku tak właśnie jest mimo nie-prywatnej działalności! Klient otrzymuje niższą cenę za taki sam produkt, nie ponosząc żadnych dodatkowych kosztów, skoro stacje benzynowe są rentowne i nie trzeba do nich dopłacać z miejskiego budżetu.
Łatwo zgadnąć, jaki będzie zarzut wobec takiej formy własności i jej usług. Otóż dowiemy się, że zadaniem władz miejskich nie jest mnożenie sfer działalności i wkraczanie tam, gdzie z powodzeniem poradzi sobie sektor prywatny. Ilu dodatkowych urzędników należałoby zatrudnić, żeby nadzorowali zaangażowanie miasta czy gminy np. w pieczenie chleba, sprzedaż piwa, wyświetlanie filmów i dostarczanie wielu innych produktów? Oczami wyobraźni widzimy zapewne setki biurokratów maszerujących zwartym szeregiem do wciąż rozbudowywanych – trzeba ich pomieścić! – budynków urzędowych.
No dobrze, ale właściwie w czym problem? Po pierwsze, zadaniem władz lokalnych jest tworzenie lepszych warunków życia mieszkańców. Jeśli gminna stacja benzynowa czy piekarnia są w stanie dostarczyć tańsze produkty, to mieszkańcy ewidentnie na tym korzystają. Po drugie – skoro te formy działalności generują zysk, to wypracowują środki zarówno na rozmaite wydatki budżetowe, jak i na pensje dla dodatkowych pracowników, którzy muszą „ogarnąć” całość spraw związanych z takimi inicjatywami. Po trzecie – jeśli, jak w przypadku benzyny, skutkują obniżeniem cen, to obalają tezę, że tylko konkurencja prywatnych podmiotów na wolnym rynku pozwala osiągnąć możliwie najlepszy efekt z punktu widzenia konsumentów. Wygląda wręcz na to, że dopiero ingerencja w ów rynek ze strony podmiotu nie-prywatnego przywróciła faktyczną konkurencję.
Pójdźmy krok dalej. Bez trudu można znaleźć wiele sfer działalności, które dotyczą spraw ważniejszych niż płyn napędzający samochody. Z droższą benzyną da się żyć, natomiast znacznie trudniej funkcjonować w realiach np. drogiej żywności czy lekarstw. Dlaczego nie miałby istnieć komunalny sklep spożywczy, który zamiast wikłać się w układy z hurtowniami, skupowałby płody rolne bezpośrednio od okolicznych rolników, a bardziej zaawansowane produkty – od ich nieodległych wytwórców? Pominięcie kosztów marży hurtowej i dążeń do maksymalizacji zysku pozwoliłoby obniżyć ceny i sprawić, by mieszkańcy wydawali mniej na żywność. Komunalna apteka mogłaby natomiast oferować leki z mniejszą marżą, a w dodatku tylko tańsze produkty zamiast ich odpowiedników, które kosztują dwa razy drożej wyłącznie dlatego, że mają inną nazwę (najlepiej z końcówką „-ex”) i bardziej kolorowe opakowanie oraz słodszą powłoczkę tabletki.
Nie uważam, by wolny rynek czy własność prywatna były złe zawsze i wszędzie. Wręcz przeciwnie – sądzę, że słabość wielu „etatystycznych” koncepcji gospodarczych, a zwłaszcza ich praktycznych form, wynika z fanatyzmu ich twórców, będącego lustrzanym odbiciem tego, który cechuje postawę (neo)liberałów. Rozumiała to zresztą ta część krytyków kapitalizmu, która nie skompromitowała się wcieleniem w życie systemu będącego przeciwieństwem swoich teoretycznych założeń i obietnic. Czy przedwojenna Polska Partia Socjalistyczna opowiadała się za upaństwowieniem ogółu przedsiębiorstw? A skąd – optowała za gospodarką trójsektorową, czyli współistnieniem własności prywatnej, spółdzielczej i państwowej, a właściwie to za czterosektorową, bo podmioty komunalne też były w tych kręgach nierzadko przywoływane jako osobny, niezależny element układanki. Podobnie było z wszystkimi udanymi realizacjami koncepcji socjaldemokratycznych w krajach Zachodu – tam obecność różnych form własności zaowocowała nie tylko niespotykanym w dziejach poziomem, powszechnością i tempem rozwoju społecznego (tzw. złota trzydziestka, czyli 30 powojennych lat), ale również rozszerzeniem swobód jednostek oraz ugruntowaniem demokracji, czyli czymś dokładnie odwrotnym niż komunistyczne dziadostwo i zamordyzm.
To zresztą „realny socjalizm” pospołu z ideologiczną ofensywą neoliberalizmu sprawił, że wszelkie dyskusje o alternatywach gospodarczych traktowane są podejrzliwie, a wyznawcy wolnego rynku mogą do woli wykrzykiwać: „Żadnych eksperymentów”. W Polsce widać to doskonale. Nasz kraj przed wybuchem II wojny światowej daleki był od ideału. Nawet biorąc poprawkę na zaledwie 20-letni staż odrodzonego państwa, można mówić o wielu błędach, zmarnowanych szansach i niepodjętych inicjatywach. Ale okres międzywojnia jest jednocześnie najlepszym przykładem bzdurności hasła „żadnych eksperymentów”. Polska była bowiem wtedy – patrząc z obecnej perspektywy – jednym wielkim eksperymentem! Kilka milionów osób zrzeszały samopomocowe kasy oszczędnościowo-kredytowe. Wiele tysięcy ludzi pracowało w licznych spółdzielniach, jeszcze więcej – korzystało z ich usług. W znacznej ilości miast istniały banki komunalne, które dzięki finansowemu zaangażowaniu władz lokalnych oferowały – tak jak dzisiaj czynią to wspomniane stacje benzynowe – usługi dla sporych grup klientów na zasadach korzystniejszych niż prywatne podmioty komercyjne. Spółdzielczy Instytut Naukowy był powszechnie szanowaną instytucją naukowo-badawczą, a katedry spółdzielczości istniały na kilku państwowych uniwersytetach. Znanych działaczy spółdzielczości, np. Franciszka Stefczyka, powoływano na znaczące państwowe stanowiska w sferze gospodarczej, a wieloletnia działalność w „eksperymentach” spółdzielczych nie przeszkadzała piastować najwyższych godności, jak było w przypadku prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. „Eksperymenty” nie były żadnym dziwactwem, lecz dokonywały się w blasku fleszy i pochwał, jak choćby budowa obiektów Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.
Tego wszystkiego nie zniszczył kapitalizm. Zniszczyła to komuna, która nie tylko rozbiła materialną bazę alternatywnych form własności i nowatorskich sposobów zaspokajania ludzkich potrzeb. Zdewastowała ona także ideologiczną nadbudowę takich działań. To, co wspólne, okazało się niczyje, można było je do woli niszczyć, eksploatować czy lekceważyć. Efekt jest taki, że znacznie więcej pochwał pod adresem własności prywatnej i komercyjnego wolnego rynku słychać w Polsce niż w dowolnym kraju, gdzie owe mechanizmy i idee są znacznie bardziej ugruntowane. A ile osób wie, że przyjaźniejszy klimat dla spółdzielczości jest w liberalnych Stanach Zjednoczonych niż w Polsce, gdzie ponoć pełno mamy homo sovieticus, którzy niechęć wobec kapitalizmu wyssali z mlekiem matki.
Oczywiście swoje zrobiła też postawa polskiej, pożal się Boże, lewicy. Gdy już łaskawie porzuci ona tematykę aborcyjno-gejowsko-feministyczno-antyklerykalną, względnie – dostrzeże, że od czasu XIX-wiecznej mobilizacji proletariatu co nieco się na świecie zmieniło, sięga po tematykę ekonomiczną. Niestety, jest z tym więcej kłopotów niż pożytku. Kilku podstarzałych fanatyków i zapatrzonych w nich studentów chciałoby upaństwowić i kontrolować wszystko, mniej więcej w stylu Lenina z okresu przed wprowadzeniem NEP-u. Inni z kolei uważają, że niezależnie od realiów kulturowych, powinniśmy naśladować pomysły meksykańskich Zapatystów albo którejś z innych aktualnie modnych inicjatyw – im bardziej egzotycznych, tym lepiej. Obrazu dopełniają mózgowcy z „Krytyki Politycznej”, która wzbogaciła merytoryczny poziom polskiej lewicy tak bardzo, że przez ponad 5 lat działania zdołała w kwestiach gospodarczych sformułować „program” brzmiący mniej więcej tak: „ma być jak w Szwecji lub w Finlandii”. Zapewne ta Szwecja i Finlandia spadną Polakom z nieba jako prezent od Ducha Dziejów.
Efekt jest taki, że środowiska, od których należałoby oczekiwać inspiracji w dziedzinie alternatyw gospodarczych, nie mają zielonego pojęcia ani o polskich tradycjach takich inicjatyw, ani o istniejących udanych – co nie znaczy doskonałych – przykładach tego, że oprócz prywatnej własności i kapitalistycznej konkurencji można działać inaczej. Czytam od lat chyba wszystkie polskie periodyki mniej lub bardziej lewicowe i na palcach mógłbym policzyć pochodzące z nich informacje o sprawnych polskich spółkach pracowniczych, spółdzielniach, grupach producenckich, barterze bezgotówkowym itp. A gdy opublikują jakąś teoretyczną rozprawę na ten temat, to koniecznie musi być to coś napisanego na drugim końcu świata, a w swej naiwności i utopijności bijącego na głowę nawet najsłabsze spośród rozpraw klasyków polskiej myśli kooperatywnej: Mielczarskiego, Chmielewskiego, Wojciechowskiego, Thugutta czy Rapackiego. Wszyscy oni są przekonani, że „inny świat jest możliwy” – ale gdy zapytamy ich, jak miałby wyglądać ten inny, niekapitalistyczny porządek, otrzymamy zestaw sloganów na poziomie licealisty.
Komunalne stacje benzynowe pokazują nie tylko to, że nie-prywatne może być skuteczne i sprawne. Uświadamiają one, że możliwe, a nawet potrzebne są rozmaite eksperymenty, które ochronią społeczeństwo przed wadami rynku oraz usprawnią proces optymalnego zaspokajania ludzkich potrzeb. Jak widać na tym konkretnym przykładzie, już sprawdzonym w praktyce, podmioty publiczne, w dodatku nie nastawione na maksymalny zysk, mogą pełnić pozytywną rolę. Między zamordystycznym, niewydolnym komunizmem a wadliwym wolnym rynkiem istnieje miejsce na rozmaite szczeble pośrednie.
„Żadnych eksperymentów”? Naprawdę tak sądzicie, drodzy liberałowie? No to płaćcie więcej za benzynę na prywatnych stacjach – macie przecież wolny wybór.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 21 kwietnia 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Popełnić błąd to ludzka rzecz. Uciekać od odpowiedzialności i kontynuować błędną strategię, to już tylko głupota. Niestety, cechuje ona środowiska lewicowe – także te, które próbują nas przekonać, że reprezentują „nową jakość” i wysokie standardy intelektualne.
Mam na myśli recepcję dwóch książek. Pierwsza to „Klęska »Solidarności«” Davida Osta, druga – „Co z tym Kansas?” Thomasa Franka. Obie mówią właściwie to samo, tyle że jedna o Polsce, druga zaś o sytuacji w USA. Ich główna teza brzmi mniej więcej tak: środowiska prawicowo-konserwatywne dokonały manipulacji w debacie publicznej, przenosząc środek ciężkości sporu z kwestii ekonomicznych na kulturowe („wartości”). Prawica, kierując „gniew ludu” na „odstępstwa od kulturowej normy”, pozyskuje poparcie wyborców wykluczonych ekonomicznie (pracownicy najemni, ubodzy, bezrobotni itd.), lecz zamiast prowadzić politykę zgodną z ich interesami, czyni wręcz przeciwnie – wspiera taki model gospodarki, który wykluczonych jeszcze bardziej wyklucza. Ci zaś, zamiast porzucić prawicę, wspierają ją nadal, gdyż wciąż ulegają wizji „kulturowego zagrożenia”. Obywatele-wyborcy, choć prawica nie oferuje im polepszenia sytuacji bytowej, uważają ją za swoich reprezentantów, gdyż broni przed tym, co postrzegają jako zjawiska wymierzone w ich styl życia i światopogląd. Mówiąc konkretniej: ubodzy co prawda tracą na liberalizacji kodeksu pracy, obniżaniu podatków dla bogaczy, likwidacji wielu świadczeń socjalnych itp., lecz mimo to popierają prawicę, która swoje neoliberalne poglądy przysłania „krucjatą” w obronie moralności: przeciwko prawom gejów, feminizmowi, liberalnej polityce karnej, aborcji itd. W efekcie, za „wierność wartościom” ubodzy płacą cenę „pustej miski”. Prawicowi demagodzy posługują się retoryką dotyczącą „wartości”, aby wyżyłować pracowników najemnych i odwrócić ich uwagę od sedna sprawy. Politykę skoncentrowaną wokół polepszenia sytuacji ekonomicznej społeczeństwa zastąpiły batalie kulturowe, dotyczące „ładu moralnego”.
Thomas Frank mówi o tym na przykładzie amerykańskiego stanu Kansas, który z punktu widzenia standardowych reguł politycznych powinien stanowić wyborcze zaplecze Demokratów, czyli (centro)lewicy. Tymczasem tamtejsi mieszkańcy, głównie niezamożni, w dużej mierze pracownicy najemni, niższe warstwy klasy średniej, bezrobotni, beneficjenci pomocy społecznej itp., od jakiegoś czasu udzielają poparcia neoliberalnej prawicy, czyli Republikanom. Ich faworyci wprowadzają po wygranych wyborach rozwiązania jeszcze bardziej korzystne dla wielkiego biznesu i elit finansowych, a pogarszające sytuację niższych warstw społeczeństwa. Te ostatnie, zamiast w kolejnych wyborach przegnać precz tych, którzy działają na ich szkodę – i to wymierną w dolarach i poziomie życia – popierają ich po raz kolejny, zwabieni hasłami o zwalczaniu „niemoralności”, „chaosu kulturowego” czy „machinacjach liberalnych [obyczajowo] elit”. To samo zdaniem Davida Osta miało miejsce w Polsce, gdy „Solidarność”, wyrastająca z masowego ruchu robotniczo-społecznego, po roku 1989 zamiast zwalczać neoliberalne reformy, wspierała je, odciągając uwagę społeczeństwa „tematami zastępczymi”: potępianiem aborcji, demaskowaniem „wrogów Polski” czy pomstowaniem na postkomunistów. W obu książkach schemat jest ten sam: zła, podstępna i wyrachowana prawica podrzuciła społeczeństwu kwestie moralne jako główny punkt sporu, zaś błędem lewicy jest co najwyżej przyjęcie takiej sytuacji za dobrą monetę (w USA) czy swoiste „zdradzenie” robotników przez lewicowo-liberalne elity, niegdyś związane z nimi (w Polsce).
Na szerszej płaszczyźnie, gdy analizujemy trendy światowe, nie zaś tylko polskie czy amerykańskie, mowa o problemie określanym jako „postpolityczność”. Czyli o zastąpieniu sporu o charakterze społeczno-ekonomicznym (progresja podatkowa, rola i wielkość sfery publicznej, pomoc socjalna, model gospodarki itp.) przez debatę o kwestiach kulturowych (moralność, wartości, styl życia, seksualność etc.). Jest to bez wątpienia słuszna obserwacja, zresztą oczywista, gdy porównamy „zawartość” obecnych debat publicznych z tymi, które miały miejsce np. 50 lat temu. Samo to, że ukazują się książki na ów temat, jest zjawiskiem pozytywnym, gdyż zwracają uwagę na zaburzenie proporcji. Powiedzmy to wprost: niezależnie od tego, jak bardzo jesteśmy uduchowieni i idealistyczni, najpierw musimy się najeść i mieć dach nad głową, abyśmy mogli się modlić, kultywować tradycje narodowe czy uczestniczyć w kulturze.
Jednak na tym kończą się zalety wspomnianych książek i dzisiejszych lewicowych lamentów. Zawarta jest w nich bowiem jedna całkowicie fałszywa teza. To nie prawica zmanipulowała świadomość wyborców i podrzuciła im tematy „lajfstajlowe” czy „seksualne”. Uczyniła to sama lewica, ładnych kilkadziesiąt lat temu, a dziś zbiera gorzkie owoce takiej postawy. Krytykowanie prawicy za to, że reprezentuje interesy raczej społecznych elit niż „dołów” i że broni „wartości” zamiast „pełnej miski”, ma taki sam sens, jak zgłaszanie pod adresem słońca pretensji o to, że świeci. Prawica robi od dziesiątków lat to samo – taka jest jej polityka, taka partyjna tradycja, takie oczekiwania zwolenników tej opcji. Nie musiała ona niczego zmieniać, niczym manipulować – po prostu była konsekwentna. Dokładnie odwrotnie jest natomiast z lewicą. Przez wiele lat reprezentowała klasowy, ekonomiczny interes społeczeństwa i jego niższych warstw, rozumiejąc, że tylko na gruncie materialnej stabilizacji możliwa jest kulturowa emancypacja i że bardziej tolerancyjne są społeczności „najedzone” niż „głodne”. Co więcej, spora część lewicy uważała, że jej zadaniem nie jest „wyzwalanie” nikogo na siłę – dbano o dobrą sytuację materialną robotników, uznając, że po pierwsze ich kultura i styl życia reprezentują pozytywne wartości, a po drugie, że to sami robotnicy powinni decydować, jak będą żyli, w co wierzyli itd.
To właśnie lewica, bez żadnego wkładu prawicy w ten proces, porzuciła swój etos i zamiast kwestii klasowych, na sztandar wciągnęła sprawy obyczajowe. Począwszy od lat 60. i młodzieżowej rewolty tamtej dekady, lewica coraz bardziej lekceważyła tematykę ekonomiczną. Stopniowo środek ciężkości jej zainteresowań przenosił się z praw pracowników najemnych na feminizm, mniejszości seksualne, styl życia i konsumpcji, imigrantów czy mniejszości etniczne („tolerancja”, „różnorodność”) itd. Im dłużej trwał ów proces, tym mniej było miejsca na kwestie socjalne, w wielu przypadkach zupełnie ustępujące tematyce „obyczajowej”. Ba, robotnicy i niższe warstwy społeczeństwa nierzadko byli przez lewicę uznawani za „reakcyjnych”, gdy okazało się, że nie nadążają z akceptowaniem wzorców i postaw podsuwanych przez awangardową elitę. Robotnik okazywał się „ksenofobem”, „drobnomieszczaninem”, „homofobem”, „zwolennikiem patriarchatu”, a przynajmniej nie dość gorliwie przyswajał najnowsze trendy kulturowe.
W najlepszym razie lewica uznała, że pracownicy najemni mogą być zaledwie jednym z wielu podmiotów tworzących zaplecze tego środowiska politycznego, obok rozmaitych grup bazujących na tożsamości nie ekonomicznej, lecz kulturowej czy po prostu seksualnej. W wielu przypadkach lewica poszła jednak znacznie dalej, uznając, że bliższe niż „zastygłe” środowiska robotnicze są jej młodzieżowe subkultury, liberalna obyczajowo część klasy średniej, najróżniejsze „wyluzowane” grupy bazujące raczej na wspólnym modelu konsumpcji niż definiowane wedle stosunku do posiadania środków produkcji czy miejsca w stratyfikacji klasowej.
Oczywiście swoje zrobiło też „samo życie”. W ostatnim półwieczu dokonały się ogromne przeobrażenia kulturowe, technologiczne, komunikacyjne itp., co wpłynęło na dotychczasowe podziały społeczne. Paradoksalnie jednak, lewica znacznie mniej uwagi poświęciła „nowym wykluczonym”, zajmując się głównie „nową elitą”. Nowe rozwiązania technologiczne czy kulturowe dokonały tego, czego bezskutecznie domagały się bojowe ruchy społeczne – to nie sufrażystki „uwolniły” kobiety z domów i „garów”, lecz uczynił to dynamiczny kapitalizm, potrzebujący dodatkowych pracowników i konsumentów. „Kura domowa” po prostu przegrała z „business woman” czy choćby z „wyzwoloną kobietą”. Zamiast przedstawiać gejów jako „zboczeńców” czy „dziwaków”, jak czyniono dawniej, kapitalizmowi bardziej na rękę jest dziś traktowanie ich jako pełnoprawnych konsumentów i stymulowanie ich dążeń do materialistycznego „spełnienia”. Różne kulturowe tabu i ograniczenia hamują rozwój kolejnych sektorów konsumpcji. Jeśli wielki kapitał i elity społeczne odwołują się do konserwatywnych wartości, to bardzo wybiórczo, w ramach reagowania na postawy dysfunkcjonalne z punktu widzenia stabilizacji systemu. Czasem promują np. „szeryfa”, który „rozprawi się z przestępcami”, ale żadnej ponadnarodowej korporacji czy elicie finansowej nie byłaby przecież na rękę reaktywacja surowego etosu rodem z Dzikiego Zachodu, opartego na niewielkiej konsumpcji, skromnym życiu, oszczędności i dbałości o wspólnotę kosztem wielu indywidualnych zachcianek.
Swoje zrobiła też kapitulacja lewicy przed narastającą od lat 70. inwazją neoliberalizmu i tendencji globalizacyjnych. Łatwiej było zajmować się „dyskryminacją gejów”, „równouprawnieniem kobiet” czy „tendencjami rasistowskimi” niż walką z coraz bardziej brutalnym wyzyskiem ekonomicznym i deregulacją rynku pracy. Tym bardziej, że do lamusa odeszły dotychczasowe wyraziste podziały społeczne i sposoby mobilizowania różnych grup. Nie było już jednego „proletariatu”, lecz zróżnicowane „subkultury” w łonie klasy robotniczej. Nie było też stabilnego etosu, lecz dynamiczne zmiany w jego obrębie, sprawiające, że dawną jedność postaw i świadomości pracowników najemnych zastąpiły znaczne różnice choćby pokoleniowe. Sam wyzysk też nie był już tak łatwy do zdefiniowania jak wtedy, gdy w jednym przedsiębiorstwie pracowało kilkadziesiąt tysięcy osób, a szefostwo w imię maksymalizacji zysków dokonywało zwolnień grupowych lub obniżki płac.
Wszystkie te czynniki złożyły się pospołu na to, że lewica z „klasowej” stała się „kulturową”. To ona zapoczątkowała proces dominacji „postpolityki”, wszczynając raczej batalie kulturowe niż ekonomiczne. Prawica nie tylko pozostała wierna sobie i koncentracji na „wartościach”, lecz szybko zrozumiała, że zmiana postawy lewicy jest dla niej niezwykle korzystna. O ile wcześniej lewica, mówiąc kolokwialnie, zwracała się do prawicy tak: „przestańcie gadać o chodzeniu do Kościoła, gdy ludziom nie starcza do pierwszego”, o tyle później ta sama lewica przekonywała już, że „nie ma alternatywy wobec wolnego rynku, więc pogadajmy o tym, dlaczego czepiacie się gejów”. Lewica przestała zagrażać ekonomicznym interesom elit finansowych, przestała mobilizować „gniew ludu”, a w dodatku jej postulaty obyczajowe nierzadko były postrzegane jako wymierzone w „małą stabilizację” niższych warstw społecznych. Te ostatnie zresztą, w efekcie niekorzystnych dla nich przeobrażeń gospodarczych, „usztywniły” swoje postawy – nie od dziś wiadomo, że „jak trwoga to do Boga” i że społeczeństwa mniej stabilne stają się bardziej podatne na postawy nietolerancyjne. To nie żaden spisek czy choćby strategia prawicy sprawiły, że pole bitwy przesunęło się z kwestii ekonomicznych na kulturowe. Próby zrzucenia z siebie odpowiedzialności za ten fakt nie zmienią sytuacji.
Tym bardziej, że lewica mówi „A”, lecz nie potrafi powiedzieć „B”. Jaki bowiem wniosek wyciągnęła z trafnego rozpoznania obecnej sytuacji? Czy postanowiła porzucić tematykę i retorykę „obyczajową” na rzecz „klasowej”? Skądże – ona postanowiła łaskawie sięgnąć po hasła „socjalne”, łącząc je z „moralnymi”. Trudno spodziewać się, że w efekcie takiej reorientacji cokolwiek ulegnie zmianie – jest to bowiem działanie spod znaku „jak zmienić wszystko, by wszystko zostało po staremu”.
Lewica nie rozumie – czy po prostu nie chce przyznać – że dziś gorszej sytuacji pracowników najemnych towarzyszy znacznie lepsza sytuacja różnych środowisk „kulturowych”. Współczesny rynek pracy jest z punktu widzenia robotnika gorszy niż ten z lat 50. czy 60. – o wiele bardziej niestabilny, wymagający ciągłych postaw przystosowawczych (mobilność przestrzenna, dokształcanie, ruchomy czas pracy itp.), dysponujący ogromną gamą środków „miękkiej represji” (rozbicie firmy na mniejsze oddziały, outsourcing czy całkowite przeniesienie produkcji za granicę), a jednocześnie pozbawiony silnego przeciwnika w postaci dawnego państwa narodowego i jego polityki fiskalnej czy celnej. Natomiast współczesna kultura jest w porównaniu z tą sprzed pół wieku o wiele bardziej sprzyjająca środowiskom „obyczajowym”. Dziś mało który polityk nowoczesnego państwa pozwala sobie na wypowiedzi jawnie homofobiczne, antykobiece czy rasistowskie, natomiast całe zastępy członków klasy politycznej nieustannie pouczają i strofują pracowników najemnych, bezrobotnych, beneficjentów pomocy socjalnej itp. Owszem, kolorowi imigranci czy kobiety na ogół są traktowani gorzej na rynku pracy, ale wynika to nie z tego, że bossowie biznesu mają rasistowskie czy patriarchalne poglądy, lecz dlatego, że grupy te, samoidentyfikując się poprzez odwołania do rasy czy płci, wykopują przepaść między sobą a resztą pracowników najemnych, który to podział liberalne elity jeszcze wzmacniają, bo zasada divide et impera jest im na rękę. Ciekawe dlaczego w wielkich mediach promowane są tożsamości płciowe, seksualne czy etniczne, lecz nie ma tam miejsca na popularyzowanie etosu wyrastającego choćby ze wspólnego miejsca pracy czy z zajmowania podobnej pozycji w strukturze klasowej.
Orientacja seksualna czy płeć nie zamykają dziś drogi – przynajmniej oficjalnie – na żadne stanowiska w biznesie, nauce, mediach, kulturze i w sferze publicznej. Natomiast zróżnicowanie dochodów między bogatymi a biednymi jest kilkadziesiąt razy większe niż ćwierć czy pół wieku temu, podobnie jak formalne i nieformalne bariery wynikające z tego. Mówienie o sojuszu i wspólnocie interesów gejów i bezrobotnych jest zupełnie pozbawione sensu. I nie zmienia tego fakt, że wśród homoseksualistów też występuje bezrobocie – bo gej identyfikuje się bardziej ze swoim stylem życia niż z pozycją zawodowo-klasową, dlatego też to nie heteroseksualny bezrobotny jest przezeń postrzegany jako towarzysz wspólnej walki. Mogą zaistnieć takie doraźne sojusze, ale i one raczej podkopują powrót do polityki klasycznie lewicowej niż wspierają ten proces.
Pewien konserwatyzm klasy pracującej jest bowiem faktem. Mówią o nim wszelkie badania socjologiczne. Lewica jednak błędnie interpretuje ów konserwatyzm, bądź to akceptując, bądź krytykując pogląd, jakoby robotnik był rozmodlonym ksenofobem potępiającym aborcję i homoseksualizm. Tymczasem konserwatyzm niższych warstw społecznych rzadko przybiera charakter „ideologiczny”, nie stanowi spójnego, całościowego zestawu poglądów. Częściej przejawia się natomiast w cenieniu stabilizacji kulturowej, niechęci wobec pochopnych zmian, przywiązaniu do środowiskowych postaw i stylu życia. Przeciętny robotnik czy bezrobotny nie spędza pół dnia z różańcem w ręku, ale chrzci dzieci i posyła je do komunii, a jeśli nie przyjmuje księdza po kolędzie, to raczej dlatego, że mierżą go faktyczne czy domniemane „wybryki” kleru niż z tego powodu, że naczytał się ateistycznych broszur. Przeciętny robotnik nie tropi na swoim osiedlu gejów i nie urządza ich pogromów, ale jednocześnie pomysł adoptowania dzieci przez homoseksualistów wydaje mu się co najmniej dziwaczny. Przeciętny bezrobotny nie jest krwiożerczym nacjonalistą, ale wzrusza się, gdy podczas występu reprezentacji odgrywają hymn – i trudno mu zostać sojusznikiem kogoś, kto posługuje się sloganami typu „patriotyzm to idiotyzm” lub uważa celebrowanie pamięci o Powstaniu Warszawskim czy Piłsudskim za przejaw „faszyzmu”. Bezrobotny nie musi uważać, że „baba nadaje się tylko do garów”, ale raczej nie przekonamy go, iż warunkowany płciowo i kulturowo podział ról społecznych jest całkowicie bez sensu.
Lewica jest tymczasem przekonana, że wystarczy do mocno eksploatowanej tematyki obyczajowej dołożyć trochę „ekonomii i socjalu”, aby odzyskać niższe warstwy społeczne z rąk prawicy. Nic z tego. Oczywiście jednostkowe przypadki tego typu są możliwe, a domorośli stratedzy cieszą się, gdy na niszowej feministycznej Manifie pojawi się delegacja górników z równie niszowego związku zawodowego. Ale naiwne jest przekonanie, że w masowej skali polscy górnicy czy hutnicy zbratają się z twórcami „sztuki nowoczesnej”, doktorantami spędzającymi czas na debatach o patriarchacie lub z bywalcami stołecznych gejowskich klubów. To są po prostu zupełnie inne światy, nie tylko w sferze kultury, ale również ekonomii – nawet jeśli doktorant nie zarabia więcej niż robotnik wykwalifikowany, to dalszy ciąg „kariery zawodowej” prawdopodobnie będzie oznaczał niewielkie zmiany lub stagnację u robotnika oraz znaczący rozwój u doktoranta.
Nie wystarczy zatem, że lewica dołoży do postulatów obyczajowych hasła socjalne, „zmiksuje” to i spróbuje przyciągać różne grupy społeczne. Co więcej, gdy na serio zacznie stawiać postulaty ekonomiczne, w sposób zagrażający interesom kapitału, to zniknie z wielkich mediów i salonów, które dziś chętnie ją zapraszają, by epatowała aborcją, egocentrycznymi polemikami czy w najlepszym razie odwołaniami do „modelu skandynawskiego”, pozbawionymi jakichkolwiek konkretów i postulatów dotyczących polskiego „tu i teraz”. Zresztą, wystarczy spojrzeć, jak ta salonowa lewica reagowała choćby na wyborcze sukcesy Samoobrony – pierwszego tak znaczącego ruchu plebejsko-rewindykacyjnego w Polsce – i przypomnieć jej ówczesny jazgot o „populizmie”, niczym nie różniący się od jazgotu neoliberałów z „Wprost” i Business Centre Club, by sprawdzić szczerość „socjalnych” deklaracji tej lewicy, która pyta „co z tym Kansas?”.
Gdyby lewica wyciągnęła wnioski „z Kansas”, powinna nie tyle całkowicie porzucić tematykę kulturową, ile znacząco zmienić zawartość tego katalogu swoich postulatów. Wyrazistemu, czy wręcz bojowemu akcentowaniu postulatów ekonomicznych, stanowiących sedno programu politycznego, powinny towarzyszyć odwołania do tych wartości, które są istotne dla klas niższych i środowisk wykluczonych. Lewica powinna odebrać prawicy monopol na patriotyzm, powinna nie wstydzić się przyznać, że w życiu ludzi istotną rolę odgrywa np. rodzina czy praktyki religijne, że niższe warstwy społeczeństwa pragną raczej stabilizacji niż kolejnych eksperymentów kulturowych. Przede wszystkim lewica powinna zrozumieć, że w sferze światopoglądowej dokonała się olbrzymia zmiana. O ile kiedyś wielki kapitał, burżuazja i elity społeczne były w większości konserwatywne obyczajowo, a w dodatku zainteresowane kultywowaniem zastanego porządku, o tyle dzisiaj jest zupełnie inaczej – stanowią one nierzadko awangardę „postępu” i stymulują rozliczne, głębokie zmiany w sferze kultury. W sytuacji, gdy kobiety były traktowane jako maszyny rozpłodowo-kuchenne, gdy orientacja homoseksualna stanowiła przyczynę poważnych represji, gdy kolor skóry był podstawą napiętnowania człowieka, wówczas lewica miała moralny obowiązek upominać się o równe traktowanie takich grup. Dziś wszelkie podstawowe prawa takich środowisk są już dawno zagwarantowane ustawami i innymi regulacjami, sprzyjają im dominujące trendy kulturowe, a one same mają wpływowych obrońców w postaci współczesnych ugrupowań liberalnych-burżuazyjnych.
Zadaniem lewicy w takich realiach nie jest obrona „mniejszości” (co nie znaczy, że ma popierać ataki na nie), ani polityka skoncentrowana na „tożsamości”. Jest nim natomiast reprezentowanie interesów „wyklętego ludu ziemi”. A to oznacza nie tylko korzystne dlań postulaty ekonomiczne, ale także akceptację światopoglądu i systemu wartości pracowników najemnych, bezrobotnych, wykluczonych itp. W przeciwnym razie lewicy pozostanie wyłącznie biadolenie, że jej potencjalny elektorat jest sprawnie rozgrywany przez prawicowych orędowników „wartości”. Lewica, której „twarzami” są Jacek Żakowski, Kazia Szczuka czy Wilhelm Sasnal jest skazana na to, że będzie pytać „co z tym Kansas?”. Pytać bezradnie i do usr… śmierci.