przez Remigiusz Okraska | wtorek 13 października 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Czy wróg mojego wroga staje się moim przyjacielem, sojusznikiem? W działalności społeczno-politycznej stajemy wobec takiego dylematu bardzo często. Nierzadko w związku z niekorzystną sytuacją. Ot, choćby obecnie, gdy trwają rządy neoliberałów. Oczywiście na PO można się oburzać o to, że minister obiecał swoim kolegom jakiś intratny zapis w ustawie. Są to jednak sprawy drugorzędne. Jasne, że takie sytuacje należy piętnować, choćby w imię dobrego samopoczucia, które daje status obywatela państwa nie będącego republiką bananową. Jednak „afera hazardowa” to tzw. małe miki w porównaniu z wyprzedażą za śmieszne pieniądze publicznych przedsiębiorstw, tym razem już nie „resztówek” ani „komunistycznego skansenu”, lecz firm nowoczesnych i bardzo dochodowych, jak KGHM. „Afera hazardowa” to również nic ważnego w porównaniu z planami demontażu publicznej służby zdrowia, zwanego jej komercjalizacją. Bo ustawę, na mocy której Rysiek, Zdzisiek czy Heniek zarobią nawet wiele milionów, można zmienić za kilka lat. Nikt natomiast tak łatwo nie odzyska kontroli nad sprzedanym KGHM, nie odbuduje stoczni przekształconych w eldorado deweloperów, nikt na powrót nie stworzy publicznej służby zdrowia, jeśli przehandlowana zostanie sieć budowanych przez wiele dekad placówek medycznych.
Stąd też, w takich sytuacjach pojawia się idea, że sprzymierzyć się można choćby z diabłem, byle tylko wraz z nim powstrzymać negatywne zjawiska. Obecnie mowa na przykład o nieformalnym sojuszu – a być może nawet przyszłej koalicji rządowej – PiS i SLD przeciwko poczynaniom „platformersów”. Taki sojusz nie jest całkowicie nierealny, a na pewno byłby mniejszym złem niż trwający liberalny skok na dobro wspólne. Jednak trudno ów scenariusz traktować poważnie w kategoriach innych niż doraźne. Oba ugrupowania nie tylko są zakładnikami podziałów historycznych, ale także własnych „frakcji”. W przypadku SLD różnej maści kamerdynerów „Gazety Wyborczej” i „salonu”, natomiast w PiS-ie – silnego środowiska konserwatywnych neoliberałów, czyli durnowatych facecików, którzy w kwestii prywatyzacji niczym nie różnią się od PO, a jedynie chcą wolny rynek „wzbogacić” o pomstowanie na gejów, aborcję i wszelkiej maści „bezbożników”. Inna rzecz, że „zdolność koalicyjną” PiS-u już widzieliśmy w praktyce, a zawdzięczamy jej to, że „Polska Solidarna” w wykonaniu liberałki Zyty Gilowskiej i rozmodlonego – też liberalnego gospodarczo – bawidamka Marcinkiewicza, zakończyła się oddaniem Platformie władzy z co najmniej dwuletnim wyprzedzeniem.
Tego rodzaju faktyczne lub urojone przegrupowania w ramach politycznej „bieżączki”, dają asumpt do snucia teorii o potrzebie głębszego, ideowego przełomu. W jego ramach miałoby się dokonać zbliżenie różnych osób i środowisk „prosocjalnych” ponad dotychczasowymi tradycjami ideowymi i afiliacjami organizacyjnymi. Niedawno w różnych środowiskach pewnym echem odbiła się deklaracja europosła PiS, Tadeusza Cymańskiego, który skrytykował dominację liberałów w swoim ugrupowaniu, wezwał do powrotu do haseł „solidarnych”, a podobno nawet zadeklarował, że nie wstydziłby się, gdyby za poglądy prospołeczne został nazwany socjalistą. Domorośli stratedzy zaczęli już nawet obliczenia: Cymański i fatamorganowa „socjalna” frakcja PiS-u + „przaśno-betonowe” skrzydło SLD (Napieralski i spółka) + resztki Samoobrony + Radio Maryja + jakieś lewackie grupki, które niezbyt mocno akcentują postulaty obyczajowe = Wielki Front Obrony Przed Liberałami. Marzenia ściętej głowy, w dodatku raczej pustej.
Niejednokrotnie w „Obywatelu” pokazywaliśmy, że gdy porzuci się polityczne etykietki, to podobne poglądy w wielu ważnych sprawach społeczno-gospodarczych głoszą osoby sytuujące się od Sasa do Lasa. Szczególnie w Polsce, gdzie scena polityczna jest całkowicie zaburzona historią ostatnich 5-6 dekad, trudno o normalność – brak tu zarówno konsekwentnej lewicy, jak i prospołecznej, solidarystycznej prawicy, a nasze „ekstrema” w postaci ugrupowań populistycznych miotają się od lewej do prawej ściany niczym obłąkane (jak Samoobrona czy Polska Partia Pracy). Dlatego też, jeszcze bardziej niż w „normalnych” politycznie krajach, ludzi o poglądach nieliberalnych gospodarczo można spotkać w Polsce niemal w każdy ugrupowaniu. Gdyby nie podziały historyczne oraz oczywiście ambicje personalne, nietrudno wyobrazić sobie porządną socjaldemokrację z Kołodką, Bugajem i Ikonowiczem oraz prospołeczną chadecję z Romaszewskim, Olszewskim i Januszem Wojciechowskim, które wspólnie tworzą prospołeczną koalicję rządową. A z pozycji radykalnie socjalnych krytykują ich, lecz w kluczowych kwestiach po cichu wspierają populiści z partii pod wspólnym kierownictwem Leppera, Ziętka i Gabriela Janowskiego. A Donald Tusk gra w tym czasie w piłkę w Sopocie, wozi kolegom paczki do więzienia i wraz z Jarosławem Kaczyńskim organizuje sympozja pod hasłem „Zaczęło się w Gdańsku, skończyło w Belwederze – blaski i cienie konserwatywnego liberalizmu”.
Taki scenariusz jest jednak zupełnie nierealny. Długo by pisać o przeszkodach personalnych, środowiskowych, historycznych i innych, zresztą oczywistych dla każdej rozgarniętej osoby. Cymański może nie wstydzić się słowa „socjalista”, ale wstydzi się jego elektorat, zaś Radio Maryja czy „Gazeta Polska” nie nagłośnią takiej kandydatury, bo popieranie kogokolwiek z „socjalizmem” na ustach oznaczałoby mentalną wojnę domową wśród słuchaczy i czytelników, nawet jeśli byłby to socjalista „nasz” i „pobożny”. Dlatego nie zaistnieje tego rodzaju sojusz nawet doraźny, mogący dać szansę dużemu elektoratowi socjalnemu na stworzenie siły czy to obronnej wobec obecnej dominacji liberałów, czy w dłuższej perspektywie wręcz ofensywnej, mogącej nie tylko np. uratować KGHM przed prywatyzacją, ale choćby stworzyć silny koncern stoczniowy, zarabiający na produkcji statków tak, jak zarabiają wspierane przez państwo koncerny niemieckie czy japońskie.
A tym bardziej nie zaistnieje podobny sojusz na płaszczyźnie ideowej, nie nastąpi żaden przełom w tej kwestii. Tego rodzaju sojusz nie zaistnieje dlatego, że wspólny wróg i podobnie negatywna ocena jakichś zjawisk to zdecydowanie za mało, aby stworzyć trwałą płaszczyznę współpracy i porozumienia. To banał, ale warto go napisać: potrzebny jest nie wspólny wróg, lecz wspólny pozytywny cel, nie jedność w nienawiści, lecz podobne, choć niekoniecznie identyczne definiowanie lepszej przyszłości i wartości umożliwiających jej stworzenie.
Kiedyś myślałem podobnie, jak dzisiaj czynią to lewicowcy przyklaskujący prawicowemu „socjałowi” Cymańskiemu. Że wróg jest wspólny i że przeciwko niemu warto się zjednoczyć nawet z diabłem. Jesienią roku 1999 współorganizowałem nawet w Wałbrzychu tzw. Kongres Opozycji Antysystemowej, który zgromadził kilkadziesiąt osób z całej Polski, z przeróżnych mikro-środowisk, od anarchistów i trockistów, po neopogan-nacjonalistów i monarchistów-konserwatystów, wszystko to wsparte silną reprezentacją radykalnych ekologów. Na łamach gazetek tych środowisk publikowałem teksty o „sojuszu ekstremów” i o jedności niezbędnej w obliczu wspólnego wroga. Bo oczywiście mieliśmy wspólnego wroga: neoliberalną globalizację, NATO kilka miesięcy wcześniej bombardujące Serbię, planowany akces do Unii Europejskiej, którą w bezbrzeżnej naiwności 23-latka uważałem wówczas za twór znacznie gorszy niż polityczna mafia rodzimego chowu. Oczywiście nic z tego nie wyszło, zarówno dlatego, że zero pomnożone przez zero nadal daje zero, jak i właśnie wskutek tego, że wspólny wróg to za mało.
Po latach uważam, że była to inicjatywa całkowicie chybiona i niepotrzebna. I to bynajmniej nie dlatego, że wskutek udziału w niej stałem się bohaterem kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset donosów (z „Gazetą Wyborczą” na czele), bo przecież „współpracowałem z faszystami”, lecz z uwagi na to, że większość uczestników owego spotkania nie wyciągnęła z niego żadnych sensownych wniosków i jeśli nie stali się zwykłymi apolitycznymi drobnomieszczanami, to zazwyczaj, poza nielicznymi przypadkami, pogrążali się coraz bardziej w swych ideologicznych szajbach, zamiast się z nich choć częściowo wyzwolić. Nie wstydziłem się wówczas spotkać z tymi ludźmi (bo tylko faktyczni mentalni faszyści, nawet jeśli zwący się anarchistami czy wolnomyślicielami, uważają, że z kimś nie należy w ogóle rozmawiać), tak jak nie wstydzę się, że jakiś Domosławski wycierał sobie mną gębę w weekendowym wydaniu organu orędowników „planu Balcerowicza” (wstydziłbym się raczej, gdyby mnie ów organ chwalił za cokolwiek).
Natomiast wstydzę się swojej naiwnej wiary w to, że chciałem cokolwiek zbudować z ludźmi, z którymi niewiele mnie łączyło. Tamten „sojusz” nie miał sensu właśnie dlatego, że rozmawialiśmy o wspólnym wrogu, zamiast zapytać się nawzajem o to, jak wyobrażamy sobie wspólny ład po – oczywiście czysto hipotetycznym, bo aż tak oderwani od rzeczywistości nie byliśmy – owego wroga pokonaniu. Albo chociaż o to, dlaczego nie podobają nam się wspomniane bombardowania Serbii przez NATO – czy dlatego, że to zwykłe barbarzyństwo i militarystyczna hucpa, czy z powodu umiłowania „męża stanu” Miloševicia, czy może z uwagi na to, że operacja na Bałkanach była nie w smak rosyjskiej ambasadzie w Polsce i jej tutejszym podwykonawcom. Kto pyta – nie błądzi. Kto nie pyta – traci czas.
Zrozumienie tej prostej prawdy – że wspólny wróg to za mało – zajęło mi jeszcze kilka lat. W duchu takiego „porozumienia ponad podziałami” utworzyliśmy „Obywatela”, który początkowo był właśnie zbieraniną – tyle że personalną, nie organizacyjną – wszelkich możliwych ekscentryków ideowych, błąkających się po obrzeżach przeróżnych środowisk. Choć tym razem większy nacisk położyliśmy na podobieństwa – czy to ideowe, czy „techniczne” (jak np. różne postulaty ekologiczne) – to nadal dominowało nie to, co chcielibyśmy osiągnąć, lecz krytyka tego, czego nie lubimy. Fikcję „wspólnej sprawy” spod znaku niechęci wobec neoliberalizmu, niszczenia środowiska i oligarchizacji życia publicznego musieliśmy jednak porzucić, gdy okazało się, że kilku naszym ex-kolegom przeszkadza nie tyle dziki kapitalizm, co upadek „starego dobrego” realnego socjalizmu, że lekarstwa na rządy oligarchów upatrują nie w przywróceniu demokracji, lecz w (re)sentymentalnych westchnieniach za „mężami stanu” pokroju Gomułki, Jaruzelskiego i Miloševicia, że zły nie jest współczesny system finansowy, lecz „głupota ludzi, którzy biorą kredyty”. I tak dalej. Kto nie pyta, ten błądzi…
Wróg mojego wroga nie jest moim przyjacielem. Wspólnota wrogości to zdecydowanie za mało, a sojusze „ekstremów” to w najlepszym przypadku sojusze chwilowe, taktyczne, czasem potrzebne dla rozwiązania konkretnego problemu, nic więcej. Takie stanowisko nie oznacza sekciarstwa i wiary w jedyną słuszną drogę. Nadal uważam, że etykietki „lewicy” i „prawicy” więcej zaciemniają niż rozjaśniają, zwłaszcza w polskich realiach, a w przypadku rozmaitych „ideowców” i „ortodoksów” zazwyczaj maskują niejasne interesy i powiązania lub przerośnięte ego, jeśli nie poważniejsze problemy natury psychologicznej. Nadal sądzę, że ważniejsze są faktyczne postawy i poczynania niż slogany i deklaracje. Nadal wydaje mi się, że człowiek pewny swoich przekonań nie powinien bać się ich konfrontować z racjami innych ludzi, a takich konfrontacji boi się jedynie smutny, zakompleksiony tchórz i miernota, nawet jeśli pozujący na rewolucyjnego herosa lub elitarnego twardziela. Nadal podtrzymuję pogląd, że należy rozmawiać ponad podziałami i że ideowo-polityczne „dziewictwo” jest na rękę wyłącznie specjalistom od wcielania w życie zasady „dziel i rządź”. Nadal mam w dupie donosicieli rozliczających mnie z opublikowania tekstu „faszysty” lub „komunisty” – jeśli „faszysta” lub „komunista” mają coś mądrego i inspirującego do powiedzenia, to będę to publikował, wbrew wszelkim paniom Dulskim, szczególnie tym, które wolnością słowa i pluralizmem wycierają sobie usta, lecz trzęsą portkami, aby nie naruszyć jakiegoś tabu własnego środowiska.
Ale dziś pytam przede wszystkim nie o to, przeciwko komu i czemu występuje dana osoba lub grupa. Dziś interesuje mnie, co proponuje w zamian, do jakich wartości się odwołuje. Dlatego moim sojusznikiem będzie raczej umiarkowany chadek, który uznaje, że społeczeństwo ma prawo stanowić o sobie i wybrać do parlamentu zwolenników podwyższenia podatków, niż radykalny socjalista-etatysta, który przekonuje, że w sumie za Lenina i Trockiego nie było tak źle, a demokracja nie jest przecież dla „wrogów ludu”. Dlatego bliższy jest mi taki członek „rozmemłanych” Zielonych 2004, który potrafi odłożyć na bok – jako kwestię drugorzędną – przekonanie o konieczności zagwarantowania gejom prawa do zawierania małżeństw, lecz w umiarkowany sposób promuje rozwiązania ekologiczne, niż radykał, który sugeruje, że problemy ekologiczne rozwiązałaby eugenika. Dlatego wolę kogoś, kto był przez całe życie w PZPR, lecz wspierał samorząd pracowniczy w 1956 r. i „struktury poziome” w 1980 r., niż styropianowego etosiarza, który w podziemiu wydawał broszurki Hayeka i Friedmana a po wyborach 1989 uznał, że robotnicy głosujący na niego to roszczeniowe bydło spod znaku homo sovieticus, bo nie potrafili zostać biznesmenami zanim zlikwidowano ich zakład pracy. I dlatego wolę będącego moim przeciwieństwem prawicowego, ultrakatolickiego i w ogóle „kołtuńskiego” związkowca „Solidarności” z Podkarpacia, który uważa, że prywatne nie musi być lepsze niż państwowe i że rynek nie załatwia wszystkich problemów, niż „lewicowego”, bliskiego mi w sensie gustów kulturowych faceta z warszawki, który kiedyś był w PPS-ie, a dziś na łamach „Wyborczej” czy „Polityki” szydzi z „socjalu”, bo to przecież passé, to nie w stylu Zapatero i Blaira. Dlatego wolę feministkę, która angażuje swój czas i energię w inicjatywy tworzące klimat kulturowy bardziej przyjazny matkom i ich dzieciom, niż prawicowych mędrków, którzy na zmianę „bronią życia poczętego” i chcieliby kobiety wygnać do kuchni, bo tak twierdzi ich guru Korwin-Mikke. Dlatego z dwojga złego wolę karierowiczów z „Krytyki Politycznej”, którzy lansują się w gazecie Michnika, ale przynajmniej werbalnie optują za gospodarczym „modelem skandynawskim”, niż „niezłomnych” radykałów, którzy temuż Michnikowi zarzucają nie wspieranie Balcerowicza, lecz świństwa w wykonaniu przyrodniego brata lub matki, a głosują na PO w nadziei na obniżenie „złodziejskich i socjalistycznych” podatków.
Okazjonalne sojusze różnych, nierzadko znacząco odmiennych środowisk, będą się zdarzały – i bardzo dobrze, bo w rozwiązaniu konkretnego problemu jest to postawa sensowniejsza niż sekciarska „czystość ideologiczna”. Natomiast jeśli miałyby się zdarzyć poważniejsze, bardziej trwałe, ideowe przegrupowania i przełomy, to nie w oparciu o krytykę czegokolwiek, np. liberalizmu gospodarczego, lecz na bazie spójnej i wspólnej wizji alternatywnej. Tadeusz Cymański i jemu podobni nie staną się socjalistami wskutek deklaracji, że państwo powinno zwiększyć wydatki socjalne i mniej prywatyzować, bo to jeszcze nie jest socjalizm. Socjalistą stałby się Cymański, gdyby uznał, że ideałem, do którego należy dążyć m.in. przy pomocy polityki socjalnej, jest egalitaryzm społeczny, a w sferze gospodarczej – uznanie, że prywatna własność środków produkcji nie jest jedyną skuteczną, że to nie doraźny zysk jest miarą rozwoju ekonomicznego, że gospodarka ma służyć potrzebom ogólnospołecznym. Ale nawet gdyby Cymański stał się takim właśnie umiarkowanym socjalistą, to wcale nie znaczy, że wartościowymi dlań partnerami są tacy „socjaliści”, którzy tęsknią za gomułkowskim zamordyzmem lub wielbią Che Guevarę, a papierkiem lakmusowym lewicowości czynią nienawiść wobec Kościoła i drobnych kupców albo uwielbienie dla mniejszości seksualnych i inżynierii społecznej.
Myśląc o sojuszach i przełomach ideowych, powinniśmy na margines debaty odłożyć niechęć wobec liberalizmu, Balcerowicza, prywatyzacji, Michnika itd., itp. Powinniśmy natomiast pytać, co nas łączy i jakie mamy punkty odniesienia. Czy jesteśmy za autentyczną demokracją i samorządnością obywateli, czy też po prostu chcemy odsunąć liberałów od władzy przy użyciu dowolnych środków, nawet za cenę zamordyzmu. Czy jesteśmy za wolnością słowa dla wszystkich, również dla naszych wrogów, czy jedynie domagamy się tej wolności dziś, gdy jesteśmy słabi, a gdybyśmy byli silni, to zamknęlibyśmy cenzurą usta naszym krytykom. Co nam najbardziej przeszkadza w Unii Europejskiej – nadmierna biurokracja dla zwykłych ludzi i liberalizowanie reguł dla wielkich koncernów czy jej „bezbożność” i zmniejszanie zakresu suwerenności państw członkowskich (dzięki czemu w Polsce np. uratowano Dolinę Rospudy przed jakże suwerennym zabetonowaniem). Jak wyobrażamy sobie silne państwo – jak niezależną na arenie międzynarodowej Szwajcarię, która pyta obywateli o zdanie w tysiącach spraw i wciela ich wolę w życie, czy jak Wielką Brytanię z czasów Thatcher, która za pomocą państwowej policji krwawo tłumiła strajki związkowych górniczych „warchołów”, żeby swoim kolesiom z firm naftowych i gazowych zrobić miejsce na rynku energetycznym. Jaki jest nasz ideał sprawiedliwego i egalitarnego społeczeństwa – taki, jak demokratyczna Finlandia i Szwecja, czy w postaci tęsknot za „polską drogą do socjalizmu” spod znaku Gomułki i Moczara. I jeszcze wiele takich pytań powinniśmy zadać sobie i potencjalnym sojusznikom zanim staniemy się faktycznymi sojusznikami.
Oczywiście można tych pytań nie zadawać, łudząc się wspólnotą celu z ludźmi złączonymi z nami krytyką czegoś lub kogoś i wierząc, że droga na skróty zaprowadzi nas w sensowne miejsce. Nie zaprowadzi – w ten sposób trafimy w miejsce, w którym można jedynie szukać straconego czasu.
przez Remigiusz Okraska | piątek 18 września 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Niedawno w obiegu publicznym pojawił się ponownie postulat tzw. parytetów na listach wyborczych do Sejmu i Senatu. Odgórne ustalenie proporcji kandydatów do parlamentu wedle kryterium płci zostało podniesione przez Kongres Kobiet, który zgromadził przedstawicielki wielu środowisk ponad podziałami partyjnymi i ideologicznymi. Postulat ten pozytywnie skomentował prezydent Lech Kaczyński, co na prawicowych forach internetowych zostało przyjęte z dezaprobatą, jako ideologiczna zdrada, bo to wszak postulat „lewacki”.
Fałszywy jest argument, jakoby ewentualne wprowadzenie parytetów na listach wyborczych było zmuszaniem wyborców do czegokolwiek. Parytet nie oznacza przecież obowiązku głosowania na kobiety. Wyborcy spośród zaproponowanych kandydatów mogą wybrać samych mężczyzn, czyniąc tak z jakiegokolwiek powodu (bo bardziej im ufają, bo uważają, że polityka to „męska sprawa”, bo nie wierzą w kompetencje kobiet itd.). Wyborca nadal swobodnie będzie dawał upust swoim wyobrażeniom na temat tego, kto i dlaczego powinien go reprezentować. Kobiety dzięki parytetowi nie otrzymają nawet najmniejszej gwarancji sukcesu w wyborach – dostaną natomiast szansę. I to jest właśnie sedno sprawy.
Przeciwnicy parytetów często używają argumentu, że dlaczego akurat kobiety, a nie na przykład łysi, rudowłosi czy okularnicy. A czy z faktu posiadania łysiny wynikają jakieś konsekwencje ogólnospołeczne? Bo z faktu, iż to kobiety np. rodzą dzieci, takie konsekwencje jak najbardziej wynikają. Inna jest choćby sytuacja kobiet na rynku pracy, w inny sposób niż mężczyźni korzystają one ze służby zdrowia, co innego jest dla nich – z uwagi na dzieci – ważne w funkcjonowaniu instytucji, w przestrzeni publicznej itp. Można zatem uznać, że zwiększenie szans na bardziej liczną reprezentację kobiet w organach władzy sprawi, iż lepiej zostaną wyartykułowane i zaakcentowane problemy typowe dla tej grupy – a jest to grupa, która stanowi ponad połowę społeczeństwa, nie zaś nieliczna, marginalna garstka.
Nie wiem, czy większa reprezentacja kobiet w parlamencie polepszy funkcjonowanie władzy państwowej, czy przyczyni się do poszerzenia spektrum problemów społecznych, które Sejm i Senat raczą dostrzec, czy zmieni kulturę polityczną itd. Nie wiem nawet, czy sprawi, że problemy dotykające głównie kobiet byłyby silniej akcentowane w sferze publicznej. Nie istnieje wszak żadna gwarancja, że „dodatkowe” posłanki i senatorki reprezentowałyby interesy kobiet, nie zaś swoich partii, sponsorów kampanii wyborczych, rozmaitych lobby i grup społecznych, które stanowią ich zaplecze polityczne. Jednak samo prawdopodobieństwo odniesienia sukcesu we wspomnianej kwestii sprawia, że gra jest warta świeczki. Ale przede wszystkim sama idea parytetów, nie tylko w kwestii płci, wydaje się warta rozważenia jako pomysł na stworzenie podobnej pozycji startowej dla różnych grup.
Przeciwnicy parytetów często argumentują, że jest to sztuczna ingerencja, w dodatku szkodliwa, gdyż dyskryminuje lepszych a wspiera gorszych. Przekonują, że gdyby wprowadzić parytety, to z list wyborczych wypadnie iluś tam świetnych kandydatów, których jedyną winą będzie to, że są mężczyznami, zaś ich miejsce zajmą osoby, które są mierne, a ich jedyną zaletą będzie płeć żeńska. Zapewne w jakiejś części przypadków tak się stanie, choć patrząc na realia list wyborczych – nierzadko nie wyczerpujących możliwości wystawienia maksymalnej ilości kandydatów albo bazujących na swoistej łapance – mam wrażenie, że to raczej wydumany problem. Jednak sam ten argument jest zarazem naiwny, jak i wymowny. Przypomina on do złudzenia skrajnie liberalne gawędy o tym, że jeśli państwo nie ingeruje w wolny rynek, wówczas wygrywają na nim najlepsi przedsiębiorcy, na czym korzystają wszyscy klienci.
Jest to oczywista bzdura, bo nie uwzględnia nierównej pozycji startowej. Wielki koncern wcale nie musi oferować produktów lepszych i tańszych niż jego niewielki konkurent. Wystarczy, że ma nieporównanie większe środki na reklamę lub na tzw. wrogie przejęcia, by ten drugi nie mógł dotrzeć do klientów, zaś oni nie będą mieli możliwości dowiedzieć się o tym, że gdzieś czekają na nich dobre i niedrogie wyroby.
Podobnie jest na płaszczyźnie jednostkowej – nawet przeciętnie rozgarnięty potomek zamożnej rodziny ma o wiele większe szanse rozwoju, siłę przebicia i widoki na tzw. karierę niż znacznie zdolniejsze i pracowitsze dziecko, którego ojciec jest bezrobotnym, a matka ekspedientką w spożywczym. Gdyby zostawić ów problem w sytuacji „naturalnej” i nie wyrównywać szans obu tych dzieci, to oczywiście jeden z dziesięciu ubogich, lecz zdolnych uczniów złapie Pana Boga za nogi, czyli zyska prywatne stypendium filantropa lub zostanie dostrzeżony przez fundację prowadzoną przez zamożne przedsiębiorstwo. Ale pozostałych dziewięciu zostanie „straconych”. Zamiast rozwijać swoje pasje, z czego skorzysta też – choćby mimochodem – całe społeczeństwo, jako odbiorcy ich dzieł materialnych lub symbolicznych, będą oni robili coś zupełnie innego, nie mając szans wyrwać się ze swego tzw. naturalnego otoczenia.
Ano właśnie, natura. Przeciwnicy parytetów, tj. ci z nich, którzy wyznają poglądy liberalno-prawicowe, lubią się powoływać na naturę i na to, że odgórne ingerowanie w skład personalno-płciowy list wyborczych jest z ową naturą sprzeczne. To temat na osobne rozważania, ale poglądy tego rodzaju są dość kuriozalne. Sama bowiem natura jest trudna do zdefiniowania, bo nie dość, że człowiek jest istotą cokolwiek „plastyczną” i potrafi się dostosować do wielu warunków (stąd zresztą nasz ewolucyjny sukces), to w dodatku w dziejach ludzkości funkcjonowały z powodzeniem rozmaite style życia i postawy. Oczywiście istnieje pewien zestaw zachowań, które są bardziej perspektywiczne niż inne, ale ich wachlarz jest na tyle szeroki, że nie ma tu jednego i jedynego wzorca. Sukces odnoszą zarówno indywidualistyczno-hedonistyczni Amerykanie, jak i kolektywistyczno-skromni Japończycy, całkiem nieźle mają się katoliccy monogamiści oraz islamscy Arabowie z czterema żonami.
Zresztą, gdyby człowiek chciał być „naturalny”, to cała nasza cywilizacja wyglądałaby zgoła inaczej. Historia ludzkości to raczej historia przezwyciężania natury i jej „wytycznych”. Nie przezwyciężymy ich całkowicie nigdy, nie byłoby to też zapewne wskazane (wszak biologiczny aspekt człowieczeństwa nie wziął się z przypadku i jest równie ważny, jak kultura), ale ludzie mówiący o bazowaniu na naturalnych wzorcach są bardzo krótkowzroczni. Prawicowa część zwolenników owej natury lubi na przykład podkreślać, że sprzeczny z nią jest homoseksualizm, bo nie występuje wcale – lub jedynie rzadko – w przyrodzie, a z racji swej „bezpłodności”, jest skazany na porażkę jako strategia gatunkowa. Jednocześnie te same środowiska nie chcą dostrzec faktu, że gdybyśmy mieli bazować na naturalnych rozwiązaniach, wówczas musielibyśmy zalegalizować eutanazję, bo natura nie zna czegoś takiego, jak sztuczne podtrzymywanie życia. Ba, nie zna nawet specjalnej troski o osobniki stare i nie potrafiące się samodzielnie utrzymać. Podobnie jest z aborcją – niemal nie istnieje u zwierząt mechaniczne przerwanie ciąży (choć zdaje się, zdarza się wśród wilków), ale już czymś całkiem nomen omen naturalnym jest porzucanie czy zabijanie części potomstwa, gdy nie istnieją możliwości porządnego wykarmienia wszystkich młodych. Natura preferuje silnych i sprawnych, reszta się nie liczy. Trudno zatem dosłownie wzorować się na naturze, a ja osobiście jestem wręcz szczęśliwy, że nie muszę żyć w świecie, w którym bez pardonu zabija się „zbyt liczne” potomstwo, starców czy osoby niepełnosprawne.
Notabene, religijni prawicowcy nie chcą dostrzec, że całe chrześcijaństwo jest pierwszym tak radykalnym w dziejach zakwestionowaniem natury i dowartościowaniem kultury, jest pochwałą ideałów przeciwko nagiej biologicznej sile i wynikającym z niej rzekomym „koniecznościom życiowym”. Prawicowcy zresztą miotają się w tej kwestii między sprzecznościami. Z jednej strony, mają skłonność do traktowania człowieka w kategoriach idealistycznych, tak jakby ludzie byli eterycznymi duchami, pozbawionymi biologicznych potrzeb i instynktów. Stąd choćby prawicowe lekceważenie ekologii, pod pretekstem, że chroni ona „jakieś żabki i kwiatki” – tak jakby człowiek nie potrzebował do życia tego samego ekosystemu, dzięki któremu istnieje środowisko naturalne „żabek i kwiatków”. Z drugiej zaś strony ta sama prawica wzywa do przestrzegania „praw naturalnych” i przekonuje, że ingerencje w biologię ludzką są „wbrew naturze” itd. A przecież nieporównanie więcej ludzi umiera wskutek chorób cywilizacyjnych, będących m.in. efektem lekceważenia zasad ochrony środowiska, niż wskutek eutanazji, nawet tam, gdzie jest ona legalna.
Wróćmy jednak do parytetów. Jak wspomniałem, nie jestem pewien, czy parytet na listach wyborczych cokolwiek zmieni na lepsze z punktu widzenia społeczeństwa i samych kobiet. Wiem natomiast, że różne „nierównościowe” formy wsparcia poszczególnych grup rzeczywiście są „wbrew naturze”, ale jednocześnie metodą prób i błędów czynią życie ludzi bardziej znośnym i godnym. Dzięki „parytetowi”, jakim są dotacje z PFRON-u – nie dostają ich wszak ani „normalni” pracownicy, ani łysi, rudowłosi i okularnicy – osoby niepełnosprawne mają szanse na samorealizację, pracę i poczucie akceptacji, zamiast w zapomnieniu, goryczy i frustracji nie opuszczać czterech ścian własnego mieszkania przez kilkadziesiąt lat (chcielibyście tak żyć, zdrowi i sprawni mądrale?). Dzięki „parytetowi” w postaci stypendiów socjalnych, ubożsi studenci mogą w normalnych warunkach zdobyć wykształcenie i wzmocnić szanse rozwojowe całego społeczeństwa. Dzięki „parytetowi” w postaci dodatkowych norm i przepisów, kobiety w ciąży nie dźwigają w pracy dużych ciężarów, co chroni je przed poronieniem. I tak dalej. Tak naprawdę, jesteśmy otoczeni przez setki i tysiące przeróżnych parytetów, czyli form odgórnego wyrównania szans wielu grup społecznych – a wszystko to „wbrew naturze”.
Tam, gdzie nie sięga się po argumenty „naturalne”, często mowa natomiast o „porządku kulturowym”. Skoro kobiety nigdy nie pchały się tłumnie do władzy, skoro w tak wielu kulturach i epokach rządzili mężczyźni, to widocznie „tak powinno być”. Jest w tym argumencie nieco racji. Jednak, po pierwsze, nie bierze on pod uwagę wspomnianych skutków parytetu, który może, lecz nie musi zwiększyć udział kobiet we władzy, a nawet gdy to uczyni, to na określony czas, po jakim decyzja wyborców może być zgoła odmienna. Po drugie zaś, lekceważy kwestię pewnego wzorca publicznego – może kobiety „nie pchały się do władzy” nie dlatego, że nie chciały lub nie potrafiły jej sprawować, lecz z takiego samego względu, z jakiego w społeczności kultywującej od lat i powszechnie kanibalizm trudno o licznych adeptów wegetarianizmu.
Mam sporo sympatii dla takiego konserwatyzmu, który wyraża się nie w ideologicznych formułkach, lecz w tzw. zdrowym rozsądku, w ostrożności wobec pochopnych i nazbyt głębokich zmian. Zwłaszcza po doświadczeniach XX-wiecznych totalitaryzmów i ich inżynierii społecznej, a także w obliczu współczesnych wyzwań (jak manipulacje genetyczne, klonowanie, sprzężenie technologii z biologią człowieka itp.) powinniśmy nieufnie odnosić się do silnych ingerencji w istniejący porządek. Ale zarazem nie należy zapominać, że dzisiejszy świat pozostawia sporo do życzenia. Idea tego konkretnego parytetu – zwiększenia udziału kobiet na listach wyborczych – nie wydaje mi się żadnym istotnym zagrożeniem, bo trudno tu wskazać potencjalne wielkie szkody, które mogłyby wyniknąć z faktu, że liczba posłanek i senatorek wzrośnie np. z 15 do 30% ogółu reprezentantów społeczeństwa.
Nie zawsze parytety są dobrze pomyślane i sensownie wprowadzone w życie, nie zawsze należy forsować „nowinki” na siłę i w błyskawicznym tempie (tworzenie kultury wbrew naturze to proces rozłożony na lata i dekady). Ale warto bronić samej idei wsparcia różnych grup i wyrównania ich szans, wbrew sloganom o „właściwym porządku”, „sprawdzonych zasadach”, „naturze” itp. Nawet jeśli powątpiewamy w społeczne korzyści takich rozwiązań, to warto je docenić z czysto indywidualnego punktu widzenia. Choć wielu z czytających te słowa nie stanie się nigdy kobietami, to żaden z nich nie ma pewności, iż kiedyś nie będzie ubogi, niepełnosprawny, schorowany, stary itp. Oczywiście, jak mówi znane porzekadło, lepiej być pięknym, młodym i bogatym, ale aż tyle szczęścia ma bardzo niewiele osób, a i te – do czasu. W interesie większości leży zatem, żeby idei parytetów nie wyrzucać na śmietnik. Istnieje bowiem ryzyko, że wówczas na jak najbardziej realnym śmietniku znajdziemy się kiedyś my sami.
przez Remigiusz Okraska | piątek 14 sierpnia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Ostatnio w mediach coraz częściej zaczyna się pojawiać temat tzw. kapitału społecznego. Głównie za sprawą tego, że wyraźny staje się problem jego braku. Dotychczas wydawało się – przynajmniej umysłom prostym – że wystarczy, aby Polacy masowo nabywali wyższe wykształcenie (mniejsza o to, w jakiej jakości uczelniach i w jakim celu), „bogacili się” (choćby na kredyt i poprzez nabywanie bzdurnych gadżetów) i ślepo naśladowali zachodnie wzorce (w wersji prawicowej oczywiście z zastrzeżeniem, że bez aborcji, feminizmu i praw gejów), byśmy „dogonili Zachód”. Tymczasem okazuje się, że nie wystarczą dyplomy, forsa, coraz większe telewizory i bardziej „wybajerowane” komórki ani przeszczepione wzorce techniczne i instytucjonalne, abyśmy ów Zachód dogonili naprawdę. Bo na „dobre życie” składa się mnóstwo elementów, w tym sporo takich, które są niematerialne lub przynajmniej niemierzalne, a w dodatku tworzą się przez wiele lat.
Co więcej, te pozornie nieistotne sprawy, które pospołu tworzą klimat kulturowy, niejednokrotnie okazują się niezwykle ważne także dla kwestii jak najbardziej wymiernych. Bo dziś już truizmem na gruncie nauk społecznych jest stwierdzenie, że długofalowy rozwój ekonomiczny zależy w niemałej mierze nie tylko od zasobów finansowych, od substancji przemysłowej czy od innowacji technologicznych, ale także od tego, czy ludzie sobie ufają, czy chętnie współpracują, jak postępują wobec siebie nawzajem, jakie wartości dominują w danej zbiorowości itd.
Problem kapitału społecznego to twardy orzech do zgryzienia dla adeptów myślenia materialistycznego – czy to w liberalno-darwinistycznej, czy też w postmarksowskiej wersji. Bo oto okazuje się, że nie wszystko da się wyliczyć, zapisać w rubrykach ksiąg handlowych i statystyk, że nie wszystko można racjonalnie zaplanować, że nie istnieją takie „obiektywne” mechanizmy, które działają zawsze i wszędzie. Innymi słowy – „mędrca szkiełko i oko” nie załatwia sprawy.
Ale jest to problem również dla sztampowej prawicy konserwatywnej, która przekonuje, że wystarczy podlać wolny rynek sosem tzw. wartości, które społeczeństwu przekażą publicyści „Rzeczpospolitej” lub goście „Warto rozmawiać”, a wyegzekwuje szeryf w typie Rudolpha Giulianiego (oczywiście w jego „wersji” z czasów, gdy prawacy jeszcze nie kojarzyli, że „Rudy” popiera aborcję i prawa gejów). Dlaczego bowiem w „postępowej” Szwecji, o której ze zgrozą mówią polscy konserwatyści jako o współczesnej Sodomie i Gomorze, jest znacznie niższa przestępczość niż w rynkowo-konserwatywnych Stanach Zjednoczonych? Dlaczego w Berlinie, zamieszkanym – znów przywołajmy wizję z prawicowych horrorów – przez rozwydrzonych „socjalem” Niemców i rzesze imigrantów, jest nieporównanie mniej strzeżonych osiedli niż w naszej „białej” Warszawie, zlokalizowanej w ponoć konserwatywnej i katolickiej Polsce? No i wreszcie, co wykazały klasyczne już badania Roberta Putnama nad kapitałem społecznym we Włoszech, dlaczego w tymże kraju ludzie bardziej sobie ufają i chętniej współpracują w północnych, nowoczesnych i zurbanizowanych regionach, za to na prowincjonalnym i „niepostępowym” Południu istnieje deficyt takowych postaw, zaś efektem „tradycyjnego stylu życia” są tam wszechobecne i niemożliwe od lat do wykorzenienia struktury mafijne?
O tym, że w Polsce z kapitałem społecznym jest kiepsko, wiadomo już dość dobrze. Takie wnioski płyną z badań np. w ramach „Diagnozy Społecznej”, której kolejne edycje pokazują, że raczej nędznie wygląda u nas kwestia wzajemnego zaufania i że Polacy niechętnie angażują się w życie wspólnotowe (co gorsza, bardzo niska jest tego rodzaju aktywność ludzi młodych, więc przyszłość rysuje się w niezbyt różowych barwach). Jeśli bywa z tym nieco lepiej, to jedynie na rudymentarnych płaszczyznach, jak niewielkie grupy: rodzina, sąsiedztwa, najbliżsi współpracownicy zawodowi itp. Będziemy o tym szerzej pisali w najbliższym „Obywatelu”, a już dziś pozwolę sobie zacytować krótki fragment tekstu Rafała Bakalarczyka, który omawiając badania porównawcze państw Europy, stwierdza, iż „Polska w 2004 r. plasowała się na ostatnim miejscu pośród krajów, które zostały uwzględnione w badaniu, zarówno pod względem sondaży zaufania, jak i udziału w tym, co określamy mianem społeczeństwa obywatelskiego”.
Zaczyna się również mówić wprost, że taki stan rzeczy może powodować poważne problemy, a dokładniej: stanowić znaczącą barierę w rozwoju Polski. Taką tezę postawił prof. Janusz Czapiński, jeden z „szefów” wspomnianej „Diagnozy Społecznej”, w kwietniowym wywiadzie dla „Polityki”, który odbił się tu i ówdzie pewnym echem. Oczywiście znajdą się tacy – i ja sytuuję się wśród nich – którzy nie do końca ufają „suchym” analizom. O tym jednak, że z kapitałem społecznym jest w Polsce krucho, przekonuje mnie już dość długie, bo kilkunastoletnie zaangażowanie w rozmaite inicjatywy społeczne, organizacje pozarządowe itp. oraz obserwacje z codziennego życia. Trzeba naprawdę wyjątkowej sytuacji, a najczęściej wyjątkowego nieszczęścia, aby nasi rodacy poczuli się wspólnotą i zrobili coś razem, solidarnie.
Ale nawet i to przestaje wystarczać. Niedawno przypadkiem znalazłem wymownego internetowego „njusa”, gdy przez Kotlinę Kłodzką przetaczała się fala powodziowa. Portal Onet.pl donosił: „Mieszkańcy Kłodzka opowiadali, że starają się bez paniki przygotować do kolejnych podtopień. Zabezpieczali workami z piaskiem przerwany wał, swoje domy i sklepy. Z jednej strony twierdzili, że fala, która przeszła przez miasto ma się nijak do tej z 1997 r., kiedy to woda w centrum miasta sięgała 12 metrów. Z drugiej – przyznawali, że wtedy choć było strasznie trudno, ludzie byli ze sobą solidarni, bardzo sobie pomagali. – Teraz moja rodzina napełnia worki z piaskiem i układamy wał, żeby chronić nasz dobytek. Inni patrzą. Nikt nie pomoże. A są i tacy, którzy zachowują się jak turyści. Chodzą i robią zdjęcia – powiedziała rozgoryczona młoda mieszkanka Kłodzka”.
Jeśli mamy problem, to warto zastanowić się, gdzie tkwią jego przyczyny. Standardowe odpowiedzi są dwie. Pierwsza mówi, że to skutek „komuny”. Częściowo się zgodzę. PRL-owski „socjalizm”, który bazował na tłamszeniu autentycznego zaangażowania społecznego za pomocą przejęcia go przez państwo i wpuszczenia w kanały dogodne dla autorytarnej władzy, na pewno zrobił swoje w tej kwestii. Warto porównać bardzo wysoki poziom kapitału społecznego w krajach skandynawskich, gdzie rozwiązaniom socjalnym w gospodarce towarzyszy silny etos demokratyczny z mizernym poziomem tegoż kapitału w postkomunistycznej Polsce.
Ale „komuna” nie tłumaczy wszystkiego, bo wystarczy wspomnieć, że po kilku jej dekadach wydarzyło się to, co Andrzej Gwiazda trafnie nazwał „społeczeństwem nadobywatelskim”, mając na myśli hiperaktywność społeczną w czasach Pierwszej „Solidarności” z lat 1980-81. Inna rzecz, iż „Solidarność” była wyłomem nie tyle w braku kapitału społecznego, ile stanowiła przezwyciężenie jego „brudnej” postaci – bo PRL-owski „etos” kombinatorstwa, „załatwiania” i „znajomości” jest raczej łagodniejszym wydaniem klimatu kulturowego rodem z południa Włoch niż wyrazem pozytywnych więzi społecznych, jakie znamy z północy tamtego kraju i z wielu innych państw europejskich.
Wspomniany wysoki poziom kapitału społecznego w krajach skandynawskich wiąże się bezpośrednio z drugą ze zwyczajowo przywoływanych przyczyn deficytu zaufania i aktywności obywatelskiej w Polsce. Otóż rozmaici doktrynerzy liberalnej prawicy mają zawsze tę samą odpowiedź: winny jest „socjalizm”, czyli rzekomo nadmierna ingerencja państwa w życie społeczne. Po co obywatele mają się starać, skoro urzędnik-biurokrata coś za nich zrobi? Jest to oczywiście bajka, bo każdy z krajów bardziej „socjalistycznych” – Niemcy, Francję, kraje skandynawskie – cechuje znacznie wyższy kapitał społeczny i o wiele lepsze wskaźniki zaangażowania w życie zbiorowe. Tamtejszy „socjalizm” nie tylko nie niszczy aktywności społecznej, lecz wręcz ją wzmacnia, bo w Skandynawii ruch stowarzyszeniowy – owszem, dość silny już wcześniej, głównie dzięki inicjatywom o lewicowym charakterze – nie stracił siły, lecz rozkwitał wraz z rozwojem państwa dobrobytu. Jeśli ludzie mają zapewnioną stabilizację materialną, a w „obiegu” intelektualnym i kulturowym powszechne są wzorce dowartościowujące współpracę i dobro ogólne, to zaangażowanie społeczne jest czymś oczywistym.
Skąd się zatem wzięła polska nieufność oraz obojętność względem działań na rzecz dobra wspólnego, pomijając wspomniane już przyczyny związane ze spuścizną PRL-u? Wydaje mi się, że spory wkład w to zjawisko miała propaganda liberalna, w tym także ta konserwatywno-liberalna, której po roku 1989 nastąpiła prawdziwa erupcja. Paradoksalnie, choć po części była to reakcja – w pewnej mierze uprawniona i zrozumiała – na kilka dekad przymusowego i sztucznego komunistycznego kolektywizmu, to wzmocniła tendencje pozostałe po PRL-u. Wzmogła nieufność i niechęć wobec instytucji publicznych, wpoiła dystans wobec dobra wspólnego, na piedestale postawiła wąsko pojmowany indywidualizm.
Można tu wskazać dwa nurty. Pierwszy to, nazwijmy go tak, UPR-owski. O ile ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego jest na płaszczyźnie stricte politycznej błazenadą i całkowitą porażką, o tyle „korwinizm” odniósł całkiem spory triumf w sferze idei. Zbiegło się to oczywiście ze światową ofensywą liberalnego neokonserwatyzmu, ale on sam, bez „upeerowskiego” wsparcia, nie przeorałby tak mocno myślenia polskiej prawicy. Ten „konserwatyzm” miał w Polsce łatwiej nie tylko z uwagi na zniechęcenie wobec komuny, ale także z tego powodu, że krajowa prawica prezentowała mizerny poziom wiedzy o własnych tradycjach. Dlatego można było jej wmówić, że Thatcher czy Reagan są swoistym prawicowym metrem z Sévres, a niemal każda państwowa ingerencja w gospodarkę czy życie publiczne – to wredny socjalizm.
UPR-owscy pyskacze trafili na podatny grunt w kraju, w którym mało kto z prawicowców posiada świadomość na przykład tego, że zanim w Wielkiej Brytanii na scenę wkroczył thatcheryzm, przez wiele dekad dominował tam o wiele bardziej „socjalny” konserwatyzm. Nie był on w dodatku efektem żadnej zdrady czy rozmiękczania tej doktryny wskutek dominacji wzorców lewicowych, lecz wyrastał z samego rdzenia brytyjskiej doktryny konserwatywnej, której jednym z ojców był Benjamin Disraeli – twórca doktryny One Nation Conservatism, która m.in. promowała interwencjonizm gospodarczy państwa oraz „socjal” w celu łagodzenia napięć i konfliktów klasowych.
Co ciekawe, „korwinizm” wymieszany z neokonserwatyzmem to historia, która sięga korzeniami jeszcze PRL-u. Znakomitej analizy liberalnego „skrętu” opozycji antykomunistycznej pod wpływem właśnie „korwinistów”, dokonał wrocławski działacz opozycji Jan Koziar, w swym niestety mało znanym, bo niskonakładowym opracowaniu „Zerwany sojusz. Świat pracy na bocznych torach”, wydanym już w roku 1992. Autor ten bardzo obrazowo opisuje ideową infiltrację kręgów opozycyjnych przez „korwinistów”. Formułuje przy tym tezę, że w „dziele” zdrady środowisk pracowniczych stali się oni partnerem tzw. lewicy laickiej.
Ano właśnie. Drugim ze środowisk, które odpowiada za dewastację etosu dobra publicznego, a w efekcie za osłabienie kapitału społecznego, jest grupa, którą można by określić mianem środowiska dawnej Unii Wolności i „Gazety Wyborczej”, z ich wszystkimi przybudówkami i odnogami. Są to ludzie, o których wspomniany Andrzej Gwiazda powiedział kiedyś, że na przełomie lat 70. i 80. wydawali pismo „Robotnik”, by dekadę później robotników traktować wyłącznie jako roszczeniową hołotę, przeszkadzającą w robieniu interesów. Bo też o ile „korwiniści” są raczej liberalnymi ideowcami, o tyle „michnikowcy” są liberałami dlatego, iż doktryna ta znakomicie pasowała jako uzasadnienie interesów, które na „transformacji ustrojowej” zrobili oni i ich wspólnicy. Trudno zresztą o wyznawanie spójnego zestawu poglądów podejrzewać środowisko, w którym funkcjonują zarazem konserwatywny liberał Piotr Wierzbicki i ex-działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, Wojciech Orliński. Spoiwem tego środowiska nie jest idea, lecz forsa, wspólnota interesów klasowych. Nawiasem mówiąc, przesądza to o bezpłodności – wbrew rojeniom różnych „strategów” – wszelkich wysiłków na rzecz skierowania „Gazety Wyborczej” w lewo. Oczywiście, gdy wymaga tego interes grupowy czy nastroje społeczne, jest ona w stanie „lewicować” i zatroskać się „nierównościami społecznymi”, ale wszak nie podetnie gałęzi, na której siedzą twórcy i wydawcy, czyli finansowa oligarchia i jej nieźle płatni chłopcy na posyłki.
W każdym razie tam, gdzie konserwatywni liberałowie atakowali dobro wspólne z pobudek ideowych, tam liberałowie indyferentni lub „postępowi” obyczajowo czynili to w imię partykularnego interesu własnej grupy. Obie grupy odniosły w swym dziele sukcesy. „Gazeta Wyborcza” zainfekowała egoistyczno-liberalną propagandą szerokie kręgi społeczne, w tym elity państwowe pierwszych kilkunastu lat III RP. Natomiast „korwiniści” podobny triumf mają na koncie w odniesieniu do prawicy. W efekcie, gdy dominująca pozycja szeroko pojętego środowiska lewicy laickiej została nadszarpnięta wskutek uwikłania w aferę Rywina, kawałek tortu rządu realnego i rządu dusz zyskała liberalna prawica.
Oczywiście korwiniści-ortodoksi, ale też liberalne buldogi z „Gazety Wyborczej”, jak Witold Gadomski, potrafią pomstować na „socjalistów” z PiS lub na „zbyt ostrożnych” liberałów z PO, ale nie zmienia to faktu, że po roku 1989 w zasadzie żadna ekipa rządząca i żadne środowisko – poza może pewnymi działaniami rządu Olszewskiego oraz w okresie „pierwszego Kołodki” – nie prowadziła polityki prospołecznej i mającej na celu dobro wspólne. Nawet gdy czasami posługiwano się hasłami solidaryzmu, jak w czasach „Polski Solidarnej” PiS-u czy w okresie AWS-u, to w praktyce przybierało to postać ministerialnej nominacji dla Zyty Gilowskiej, obniżenia podatków najbogatszym lub, co trafnie przypomniał niedawno Cezary Michalski, liberalnej apoteozy „rodziny na swoim”.
Cała debata publiczna została po roku 1989 zdominowana przez hasła liberalne, przybierające postać nie tylko krytyki interwencjonizmu państwa w gospodarkę czy regulacji podatkowych, ale także zohydzania wszystkiego, co wspólne i publiczne. Ten zapał tyleż neofitów, co i wyrachowanych cwaniaków przybierał postaci tak skrajne i groteskowe, jak np. krytyka pomysłów prywatyzacji za pomocą akcjonariatu pracowniczego. Tego rodzaju uwłaszczenie robotników krytykowano jako rozwiązanie socjalistyczne – a krytykę taką na polskim gruncie prowadzili wyznawcy wspomnianego Reagana, który był… zwolennikiem akcjonariatu pracowniczego.
Wszystko, co nie-prywatne, było wedle takich teorii szkodliwe, ale także moralnie złe i podejrzane. Wszelkie odwołania do idei dobra wspólnego utożsamiano z komunizmem. Artykułowanie interesów dużych grup społecznych – jak pracownicy najemni – przedstawiano jako roszczeniowość i złodziejstwo. Kto sobie nie radził, wrzucony na głęboką rynkową wodę – był nieudacznikiem, leniem i półgłówkiem. Kto sobie radził dobrze – choćby za pomocą metod quasi-bandyckich czy moralnie nagannych – był wzorcem do naśladowania. Nie było słusznych protestów społecznych: gdy strajkowali nauczyciele, media biły na alarm, że okradają lekarzy; gdy strajkowali lekarze, wmawiano nam, że okradają emerytów; gdy emeryci upominali się o wyższe świadczenia, słyszeliśmy, że próbują żerować na młodzieży i pracujących. I tak w kółko.
Ważne było tylko to, co nie wykraczało poza czubek własnego nosa (w wersji prawicowej: poza czubki nosów członków „rodziny na swoim”), wszelkie działania publiczne, które wychodziły poza nieszkodliwe pięknoduchostwo i „charytatywę” (pozwalającą maskować skutki demontażu systemu zabezpieczeń socjalnych), były frajerstwem i naiwniactwem. Jeśli ludzi chwalono za to, że się zrzeszają, to tylko wtedy, gdy mogli razem coś wyrwać. Dlatego na sympatię mediów mogli liczyć lokatorzy walczący z realnymi lub urojonymi patologiami spółdzielczości mieszkaniowej, ale już nie protestujący i oddolnie zrzeszeni lokatorzy dawnych mieszkań zakładowych, które sprzedano za grosze – wraz z ubezwłasnowolnionym „żywym towarem” – prywatnym „biznesmenom”.
Nic dziwnego, że po 20 latach takiego prania mózgów, mamy ogromny deficyt kapitału społecznego. Polska jest krajem mizernego zaangażowania obywatelskiego – jest ono zresztą jeszcze mniejsze niż obrazują to statystyki, bo znaczna część tzw. organizacji pozarządowych to de facto prywatne biznesy i firmy rodzinne. Polska jest krajem powszechnej nieufności wobec siebie wzajem („na pewno chcą mnie wyrolować”) na niemal każdym poziomie życia społecznego i zawodowego. Polska jest krajem, gdzie animowanie jakichkolwiek wysiłków wspólnotowych – choćby na poziomie mieszkańców jednej klatki schodowej – jest o wiele trudniejsze i bardziej czasochłonne niż w większości krajów europejskich, łącznie z tymi, gdzie – jak biadolą nasi konserwatyści – w zaniku są więzi społeczne.
Dziś okazuje się, że to wszystko znacznie ogranicza nasze szanse rozwojowe również na jak najbardziej przyziemnej, ekonomicznej płaszczyźnie. W Republice Egoistów każdy zyska mniej niż zyskałby wtedy, gdyby była to Republika Współpracy. A to, co w ogóle zyska, będzie funkcjonowało w nieprzyjaznym otoczeniu – wśród nieżyczliwych i zawistnych ludzi, w zdewastowanej przestrzeni publicznej, na strzeżonych osiedlach i za zamkniętymi na siedem zamków drzwiami mieszkań „rodzin na swoim”. Cena głupoty i krótkowzroczności jest wysoka. Ale na pewno jest to w tym przypadku cena uczciwie regulowana przez wolny rynek, któremu z taką ochotą postanowiono w Polsce służyć.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 16 lipca 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Histeria wokół niedawnych wyborów szefa Parlamentu Europejskiego nie była niczym szczególnie nadzwyczajnym – naród pozbawiony realnych sukcesów, chwyta się czego się tylko da. Nie ma już Papieża-Polaka, więc pozostają pomniejsze sukcesy. Nie spełnił jednak oczekiwań Bokser-Polak, nie zawojowali Europy Piłkarze-Polacy nawet z pomocą Holendra, Kierowca-Polak i Narciarz-Polak też wypadają słabiej. Ba, Hydraulik-Polak również już nie cieszy się takim powodzeniem jak niedawno, bo mamy kryzys. Nic dziwnego, że narodowa duma znalazła nową nadzieję – jest nią Polityk-Polak.
Żarty żartami, ale mnie wcale nie jest do śmiechu. Wręcz przeciwnie. Popularność Jerzego Buzka to wymowny dowód, że moi rodacy mają silne natężenie ciągot masochistycznych. Wydawałoby się, że nie trzeba wsadzać ręki do ogniska, aby wiedzieć, iż można się sparzyć. Wydawałoby się chociaż, że gdy raz się sparzy, to drugi raz się ręki w ogień nie włoży. Nic z tych rzeczy.
Nie interesuje mnie przy tym rytualny i jałowy spór między zwolennikami PiS a PO, w którym chodzi już wyłącznie o stadne identyfikacje – krytykujący Buzka „pisowcy” wychwalaliby go, gdyby europosłem i szefem PE został jako człowiek tej partii, nie zaś z ramienia konkurencji. Dla mnie to bez znaczenia – Buzek mógłby mieć poparcie Polskiej Partii Wszystkiego Najlepszego, a i tak byłby kimś, kogo popularność sprawia, że mam mdłości i wstydzę się za swój kraj.
Nie ukrywam, mam do tej postaci stosunek emocjonalny. Bo mam dobrą pamięć. I pamiętam ten wielki, ideologiczny przekręt w wykonaniu ekipy nowego szefa PE. Tych cynicznych łotrów, którzy wycierali sobie gęby solidarnością i antykomunizmem, a całą treść ich rządów stanowiły egoizm i rozbijanie wszelkich podstaw solidarności, przy których to wyczynach człowiek zaczynał tęsknić za postkomunistami, choć nigdy wcześniej ich nie popierał. Nie mogę wprost pojąć, że ktoś taki jak Buzek uchodzi za polityka, któremu można zaufać. Bo za dobrze pamiętam, kiedy w Polsce dokonano trzecioświatowej (o przepraszam, wzorowanej na cywilizowanym kraju o nazwie Chile) reformy emerytalnej. Tej samej, o której niedawno pisano, że okazała się – i jeszcze bardziej okaże – fiaskiem. I wszyscy się oburzali zaledwie 2-3 miesiące temu, że „oszukano nas” – oszukano, owszem, a nawet ktoś konkretny oszukał. Jerzy Buzek i jego rząd.
Kojarzy mi się ów „mąż stanu” również z czymś, co jest bardziej namacalne i mniej ulotne niż wyimaginowane zyski z II filara i OFE. Mianowicie z tym, co miałem okazję obserwować na własne oczy. Z zamykaniem śląskich i zagłębiowskich kopalń. Część z nich była rentowna lub na granicy zyskowności, do kilku innych wkrótce, gdy węgiel okazał się nie taki znowu „stratny”, zaczęto za ciężkie pieniądze przebijać chodniki z tych zakładów, które ocalały przed „reformatorską” pasją awuesowskich „fachowców”. Oczywiście, wiem, że „budżet” i „podatnik” na tym oszczędzili w skali kilku lat – mnie jednak bardziej interesuje, ile budżet długofalowo dołoży (albo i nie, bo budżet nie ma sumienia i serca) do śląskich dzielnic nędzy, do takich miast jak choćby Bytom; interesuje mnie nie abstrakcyjny podatnik, lecz żywi ludzie.
Budżet i podatnik to zresztą twory cokolwiek kapryśne i obrotowe. Pamiętam bowiem, że rządowy kumpel Buzka, niejaki Wąsacz, raczył był wówczas sprzedać nierentowne polskie huty – pół roku później, gdy wróciła koniunktura na stal, były już rentowne i przyniosłyby budżetowi zysk, ale tego wszak awuesowscy „fachowcy” nie przewidzieli. Och, tak, wiem, państwo nie jest od tego, żeby produkować stal. Polskie państwo jest wyłącznie od tego, żeby obywateli – tych samych, co to są podatnikami – zmuszać do transferowania pieniędzy do kieszeni OFE. Oczywiście rentownych – kosztem naszych emerytur.
Więc pamiętam „cztery reformy”. Pamiętam, jak w apogeum owego „reformowania” górnictwa organizowaliśmy pikiety na katowickim rynku przeciwko wyczynom „solidarnego” rządu, a „Solidarność”, której śląsko-dąbrowska centrala mieściła się sto metrów stamtąd, po raz drugi w swej historii roztaczała parasol ochronny nad neoliberalnymi działaniami „swoich”. Owa „Solidarność” zapewniła wtedy dostęp do koryta swemu szefowi, niedawnemu kandydatowi z listy ultraliberalnej PO – pokażcie mi drugi taki związek zawodowy na świecie… I pomniejszym jego klonom, jak choćby Marek Kempski – chyba jedyny na świecie „związkowiec”, który bazując na poparciu regionalnej górniczej „bazy” wychwalał „reformy” Thatcher i likwidację brytyjskiego górnictwa w jej wykonaniu. Pamiętam też, jak się skończyło to pasmo fachowych sukcesów rządu AWS – skokiem bezrobocia, a na Śląsku zapaścią całych miasteczek i dzielnic, wzrostem patologii, plagą kradzieży węgla z pociągów itp. Modelowy solidaryzm i konserwatyzm…
Choć dla kogoś o prospołecznych poglądach zabrzmi to jak herezja, wolę już nawet Balcerowicza niż Buzka. Balcerowicz to technokrata maniakalny, ale szczery, jeśli roztaczający jakieś miraże, to raczej z powodu fanatycznej wiary w ich realność, nie zaś z wyrachowania. Natomiast ekipa Buzka zrobiła coś gorszego, o czym już wspomniałem – dokonała wielkiego ideologicznego przekrętu. To miało być solidarne państwo. To miała być polityczna reprezentacja ludzi pracy. Takich, jakimi ludzie pracy w większości w Polsce są – raczej konserwatywni obyczajowo, patriotyczni, bardziej zainteresowani pielgrzymkami czy rodziną niż feministycznymi czy proaborcyjnymi spędami. I właśnie dlatego zostali tak sprawnie – nazwijmy to po imieniu – wydymani przez cynicznych graczy.
Droga AWS-u do władzy i jej sprawowanie to była istna orgia ideologicznej „ściemy”. Intronizacja Chrystusa-Króla na przemian ze związkowymi manifestacjami, odrzucenie „bezbożnej” Konstytucji wymieszane ze sloganami o „rodzinie na swoim”, spoty z patriotyczną symboliką i obrazkami robotników. A gdy już Buzek, Krzaklewski, Wąsacz i reszta dostali władzę, gdy już ta władza okrzepła, wówczas narodowo-katolickie frazesy zostały, ale towarzyszyły im zamykane kopalnie, pałowane pielęgniarki i traktowani gumowymi kulami robotnicy radomskiego „Łucznika”. Był to wręcz „typ idealny” tego samego zabiegu, jakim z powodzeniem posługiwali się przez lata amerykańscy neokonserwatyści. Mobilizowali niższe warstwy społeczne jako ich rzekomi obrońcy przed „zgnilizną moralną”, „wynaturzeniami”, „zagrożeniami tradycyjnych wartości”, by po wygranych wyborach prowadzić politykę szkodliwą właśnie dla plebejuszy – robotników, emerytów, rolników, drobnych firemek – a korzystną dla wielkiego biznesu. W Polsce Chrystus-Król stał się wspólnikiem – ciekawe, co On na to – szefów OFE, a w cieniu walki z „bezbożną Konstytucją” zamykano kopalnie i wyrzucano z nich ponadprzeciętnie zazwyczaj pobożnych górników.
Wydawałoby się, że to jednorazowy numer. Pamiętam, w jakiej niesławie odchodził Buzek i spółka. Tymczasem zaledwie trzy lata później ten sam Buzek został posłem europarlamentu, osiągając najlepszy wynik w całej Polsce – ponad 170 tys. głosów. Myśmy wszystko zapomnieli… – jak pisał poeta. Gdy dziś ten sam Buzek urasta wręcz do rangi bohatera narodowego, to trudno o jakiekolwiek optymistyczne refleksje. Nasuwa się natomiast refleksja bardzo gorzka. Taka mianowicie, że Polacy całkowicie zatracili instynkt klasowy. Bo można oczywiście zrozumieć, że dla obywateli-wyborców ważne są również wartości etyczne i religijne, nie tylko kwestie materialne. Że Polacy są zbiorowością raczej konserwatywną. Że lewica kojarzy im się tylko z komuną i postkomuną, z Jaskiernią i Sekułą. Ale jeśli nie pamiętają po zaledwie kilku latach, jak pod płaszczykiem obrony wartości zostali cynicznie wykorzystani w sferze materialnej przez facetów, których religijność i „solidaryzm” były czystą pokazówką, to oznacza to jedynie tyle, że nie potrafią elementarnie zadbać o własne interesy. Można zrozumieć, że w polskich realiach „plebejusze” popierają prawicę – problem w tym, że nie jest to prawica solidarystyczna i prospołeczna, lecz neoliberalna.
To, że Buzek jest prominentnym kandydatem partii będącej wyrazicielem interesów wielkiego biznesu i finansowych oligarchów, posiada wielki sens w kontekście jego dotychczasowych „dokonań”. To, że otrzymuje on tak wielkie poparcie ze strony wyborców i obywateli, którzy na jego wyczynach sporo stracili, to brak jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego, to nieumiejętność analizy własnych interesów nawet na poziomie przedszkolaka.
Remigiusz Okraska
przez Remigiusz Okraska | czwartek 18 czerwca 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Jest takie powiedzonko, popularne wśród prawicy, że lewica dość często trafnie rozpoznaje problemy, lecz proponuje złe środki zaradcze. Nie będę się w tym miejscu wdawał w ocenę prawdziwości owego bon motu. Zaproponuję inny: współczesna prawica, oddająca hołdy tyleż Panu Bogu, co Panu Dolarowi, nawet jeśli przypadkiem trafnie rozpozna jakiś problem, to pewne jest, że zaproponuje takie jego rozwiązanie, które być może miałoby sens, ale co najmniej 200 lat temu.
Szczególnie zabawne – choć to czarny humor – efekty przynosi to wtedy, gdy tego rodzaju prawica zaczyna „analizować” zjawisko tzw. rozkładu rodziny. Pomijam w tym miejscu sam sens owej diagnozy, bo pogłoski o zapaści życia rodzinnego są mocno przesadzone, podobnie jak mocno przesadzony w swym idealizmie jest obraz rodziny w „starych dobrych czasach”. Ważniejsze od tych opowiastek, śmiesznych dla każdego, kto choć otarł się o nauki społeczne, jest co innego – zdefiniowanie zagrożeń czyhających na życie rodzinne. Otóż wedle prawicy, nic tak nie zagraża rodzinie, jak ingerencja państwa.
Argument żelazny, to oczywiście podatki. Prawica rynkowa jest święcie przekonana, iż gdyby nie obowiązek płacenia podatków, wówczas każde małżeństwo miałoby co najmniej czwórkę dzieci i bez trudu utrzymywało je na odpowiednim poziomie. Że jest to bzdura, można stwierdzić przy pomocy kalkulatora w 3 minuty. Już tu kiedyś pisałem i nie chce mi się powtarzać, że nawet gdyby przeciętni małżonkowie odprowadzali w postaci podatków pośrednich i bezpośrednich po 1500 czy 2000 zł miesięcznie, to w przypadku konieczności sfinansowania z pensji wszystkich usług – od szkolnictwa i opieki medycznej po opłaty za przejście każdym chodnikiem, z którego zechce się skorzystać (wszak gdyby nie były one publiczne, lecz prywatne, to właściciel pobierałby opłatę za użytkowanie!) pochłonęłyby one znacznie większe kwoty.
Mniejsza jednak o ekonomię, choć i tu warto byłoby prawicowców zapytać, dlaczego w „socjalistycznej”, „bezbożnej” i „aborcyjnej” Szwecji jest wyższy przyrost naturalny niż w liberalnej, rozmodlonej i „chroniącej życie” Polsce. I bynajmniej nie jest to kwestia wysokiej rozrodczości imigrantów – jak lubi sobie tłumaczyć problem prawica – bo stanowią oni zaledwie ok. 5% społeczeństwa, a jeszcze mniej ci z krajów o „płodnej” kulturze i stylu życia. Jakim cudem Szwedzi, płacący wysokie podatki, a w dodatku liberalni obyczajowo i dysponujący prawem do legalnej aborcji, w ogóle się jeszcze rozmnażają, w dodatku sprawniej niż Polacy? Przecież gdyby prawicową bajkę potraktować serio, Szwecja powinna być krajem opustoszałym, za to w Polsce średnia ilość potomstwa powinna oscylować w okolicach czworga dzieci na rodzinę, a w USA wynosić co najmniej sześcioro. Oczywiście dodam dla jasności, że przyrost naturalny jest wypadkową bardzo wielu cech, w tym tak nieuchwytnych jak „klimat kulturowy” – w każdym razie sprowadzanie go do wysokości podatków niczego na serio nie wyjaśnia, a na każdy przykład „za” można bez trudu znaleźć taki kraj, który podważy ową rzekomą zależność podatkowo-rozrodczą.
Tym jednak, co szczególnie uderza w prawicowych połajankach, jest sprzeciw wobec „ingerencji państwa w życie rodzinne”. Ingerencje te są straszliwe, bo dotyczą np. objęcia 6-latków obowiązkiem szkolnym (nazywa się to „odrywaniem dzieci od matek”), przymusowych szczepień i innych okrucieństw. U nas i tak nie jest jednak najgorzej, bowiem w takiej właśnie Szwecji, totalitarne państwo obiera potomstwo rodzicom, gdy owi rodzice dzieci biją, należą do jakiejś paranoicznej sekty albo lubują się w narkotykach. A przecież polski prawicowiec wie, że rodzina święta rzecz, państwo zaś to potwór-Lewiatan, który żywi się ciałami małolatów oderwanych od matki-alkoholiczki albo od ojca – adepta sekty „Niebo”.
W tym wszystkim uderzają nie tylko ideologiczne klapki na oczach, ale przede wszystkim niezrozumienie podstawowego problemu czasów nowożytnych. Oczywiście, że państwo czy jego biurokracja popełniają błędy, rozrastają się w sposób niekontrolowany, mają zakusy na kontrolowanie dziedzin, w których są zupełnie niepotrzebne. Piszę to nie pro forma, aby mieć alibi, gdy ktoś skontruje moje wywody jakimś drastycznym przykładem nadużycia biurokracji wobec rodziny, lecz dlatego, że faktycznie tak bywa, a my, obywatele, powinniśmy przeciwdziałać nadmiernym zakusom „urzędasów” na nasze życie. Jednak rozrost państwa, choć czasem przesadny, nie jest dopustem bożym ani efektem tajemniczych knowań „lewaków”. Stanowi on odpowiedź na zniszczenie tradycyjnych form życia nie przez socjalizm, lecz przez kapitalizm.
Gdyby prawica rynkowa czytała coś więcej niż „Najwyższy Czas!”, „Frondę” i dzieła von Misesa, to mogłaby przeżyć szok podczas lektury tego, co o skutkach kapitalizmu pisali 150 lat temu Marks i Engels. Twórcy „socjalizmu naukowego”, choć kapitalizm krytykowali bez pardonu i wieszczyli jego śmierć, wychwalali go właśnie za to, czego rynkowa prawica nie cierpi. Cieszyli się bowiem, że dynamika procesów rynkowych, niehamowanych żadną ingerencją, rozbija w proch i pył „świętą rodzinę” czy „idiotyzm życia wiejskiego”, że – jak głosi słynna sentencja Marksa – „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”.
Gdyby ta sama prawica zechciała czasami myśleć w sposób, który wykracza poza schematy Korwina-Mikkego, być może zastanowiłaby się, dlaczego pierwszy nowoczesny system przymusowych ubezpieczeń społecznych (na wypadek chorób, wypadków przy pracy, inwalidztwa i starości) wprowadzili nie socjalistyczni radykałowie, nie intelektualiści zapatrzeni w utopijne wizje, lecz tak trzeźwy i odległy od rewolucyjnych pomysłów polityk, jak Otto von Bismarck. Oczywiście częściowo można to tłumaczyć naciskiem ruchu robotniczego i chęcią rozładowania radykalnych nastrojów społecznych, ale u podłoża owego pomysłu legła znacznie bardziej poważna i długofalowa refleksja. Kanclerz Niemiec zrozumiał wiele dekad temu to, czego do dziś nie są w stanie pojąć zapalczywi chłopcy-korwinowcy.
Otóż Bismarck dostrzegł, że za sprawą ekspansji kapitalizmu po dawnym ładzie społecznym nie został ślad. To właśnie dynamika tego systemu gospodarczego sprawia, że wspólnoty naturalne tracą siłę i znaczenie, że przestają zapewniać człowiekowi oparcie i schronienie, że dawne mechanizmy obronne już nie wystarczają w społeczeństwie masowym. Dlatego też, aby zapobiec stale rosnącej skali krzywd i wykluczenia, a także aby uchronić społeczeństwo przed rozpadem i chaosem, konieczne jest wkroczenie państwa i przejęcie przez nie ról, które dawniej spełniały rodziny, sąsiedztwa, parafie, cechy itp. Nie ma przy tym znaczenia, czy dawne realia oceniamy jako lepsze, czy jako gorsze – rzecz w tym, że pozostały po nich smętne resztki. Wzdychanie dziś za „starymi dobrymi czasami” wspólnot lokalnych, wielodzietnych rodzin, sąsiedzkich kręgów itp., które obywały się bez pomocy państwa, może być szlachetne, ale w sensie społecznym jest dokładnie tak samo przydatne i twórcze, jak westchnienia za „twardym, prawdziwym życiem” w epoce jaskiniowej.
Wiara w to, że gdyby nie ingerencja państwa, życie rodzinne rozkwitałoby w najlepsze, znamionuje nie tylko myślenie życzeniowe, ale również całkowite oderwanie od rzeczywistości. Widać to zresztą w Polsce jak na dłoni. Gdy prawicowi doktrynerzy narzekają, że wskutek wysokich podatków, libertynizmu oraz spisków gejów i lesbijek rodzi się w Polsce niewiele dzieci, badania socjologiczne wskazują, że potencjalni rodzice narzekają na coś zgoła odmiennego. Na brak przedszkoli tanich i położonych w pobliżu mieszkania lub miejsca zatrudnienia. Na niemożność pogodzenia wymogów rynku pracy z macierzyństwem. Na niedostępność – bez morderczych kredytów spłacanych do emerytury – mieszkań, w których byłoby można kultywować „wartości rodzinne” itp. Innymi słowy, Polacy narzekają na to, na co nie narzekają np. wspomniani Szwedzi, którzy te problemy mają rozwiązane. Ale facetów, którzy w „Rzeczpospolitej” publikują tyrady przeciwko „spiskom wymierzonym w rodzinę”, biorąc za jeden taki płaczliwy tekścik honorarium równe przeciętnej miesięcznej pensji 3/4 „głów rodziny” w Polsce, trudno podejrzewać o jakikolwiek związek z realiami.
O tym, jak w kapitalizmie nieskrępowanym ingerencją straszliwego państwowego Lewiatana wyglądało „życie rodzinne”, świetnie pisał już w roku 1937 Feliks Gross – działacz socjalistyczny i jeden z niewielu polskich humanistów, którzy zyskali światową renomę naukową. W PPS-owskim miesięczniku „Światło” (nr 6/1937), ten znakomity socjolog tak pisał w tekście „Rodzina robotnicza”: Rewolucja przemysłowa XIX stulecia zniszczyła dotychczas panujące systemy wytwórcze, upadł dotychczasowy ustrój gospodarczy. Z powstaniem fabryk zjawia się i proletariat fabryczny. Dotychczas rzemieślnik był właścicielem warsztatu, dzień cały spędzał u siebie w domu oraz z rodziną, gdyż i warsztat w domu się znajdował. Teraz warsztaty zaczynają się gwałtownie wyludniać, zapełniają się hale fabryczne. Przemysł ściąga do pracy wszystkich, zarówno mężczyzn, jak i kobiety czy dzieci. /…/ Przy produkcji koronek w Nottingham w 1860 roku, dzieci 9 i 10-letnie pracowały od 2, 3, 4 rano do 10, 11, 12 w nocy, w przemyśle ceramicznym od 6 rano do 9 wieczorem. /…/ Niskie zarobki zmuszały całą rodzinę do pracy fabrycznej. Pracował więc ojciec, matka, a najczęściej i starsze dzieci. W tym stanie rodzina ulegała automatycznie procesom rozkładowym. Czas pracy dochodził często do 16 godzin na dobę, niskie zarobki zmuszały do zatrudniania rodziców i dzieci. /…/ Jak mogło wyglądać w takich warunkach życie robotnicze? Rodzina stała się tylko zespołem „odświętnym” – w święta i niedziele widywali się za dnia dzieci, mąż i żona. /…/ Stronnictwa reakcyjne zarzucają z reguły natrętnie ruchowi robotniczemu, że „rozbija” rodzinę. /…/ Otóż stwierdzić możemy, że sam rozwój przemysłu i wyzysk przyczynił się do rozluźnienia więzów rodzinnych – a zdobycz praw ochronnych w stosunku do pracy kobiet i młodocianych, o przedłużenie wieku szkolnego itd., a więc zdobycze ruchu robotniczego, wzmocniły jej węzły.
Warto pamiętać o tych słowach, gdy jakiś prawicowo-rynkowy doktryner zacznie dowodzić, że „państwowy moloch” rozbija rodzinę. Warto mu wówczas przypomnieć, że gdyby nie ingerencja państwa w XIX-wieczny kapitalizm – tak bardzo wychwalany przez to towarzystwo – rodzina byłaby dzisiaj mniej więcej tak potężną instytucją, jaką są w XXI wieku cechy rzemieślnicze.