przez Remigiusz Okraska | środa 17 lutego 2010 | Felietony - Remigiusz Okraska
Kara więzienia, orzeczona dla Andrzeja Leppera w procesie poświęconym tzw. seksaferze, wydaje się być gwoździem do trumny Samoobrony – partii, związku zawodowego, a przede wszystkim ruchu społecznego. Nawet jeśli sam wyrok jest „naciągany”, a skazanemu uda się podważyć go w kolejnych instancjach, nie zmieni to prawdopodobnie sytuacji na tyle, by Lepper ponownie wszedł do pierwszej czy choćby drugiej ligi politycznej. A już bardzo wątpliwe, by wszedł do niej w dawnym charakterze – jako trybun ludowy, mający oparcie w społecznych „dołach”. To se nevrátí.
Polska scena polityczna nie jest ani stabilna, ani logiczna. Jasne, od lat „obsługują” ją te same twarze i gęby, a system finansowania partii politycznych i struktura własnościowa mediów stanowią potężną blokadę na drodze sił całkiem nowych i spoza układu. Jednak w obrębie zastanego stanu możliwe są przeróżne, daleko posunięte przetasowania. 10 lat temu Jerzy Buzek wydawał się człowiekiem powszechnie znienawidzonym i na zawsze skompromitowanym, dziś zdobywa ogromne poparcie w wyborach, a mnóstwo Polaków trzymało kciuki za jego powodzenie w zmaganiach o najwyższe stanowiska w Parlamencie Europejskim. Elektorat mamy kapryśny i zapewne jeszcze nieraz zatrzęsie on sceną wielkiej polityki. Jest to jednak elektorat już zupełnie inny niż choćby dekadę temu.
Politykę robi się dziś w telewizji, nie na ulicach. Odspołecznienie Polaków stale postępuje, nie sposób spodziewać się w rozsądnej perspektywie czasowej – chyba że zdarzy się jakaś sytuacja naprawdę kryzysowa – masowej, silnej i wpływowej inicjatywy politycznej spoza obecnego układu sił. Takiej sytuacji sprzyja kilka trendów. Badania socjologiczne pokazują, że jedną z najbardziej konformistycznych grup jest młodzież, czyli naturalny „dostarczyciel” fermentu ideowego i politycznego. Swoje robi też emigracja, która jak zwykle w takich przypadkach wysysa z kraju ludzi zarazem niezadowolonych, jak i stosunkowo aktywnych i zaradnych. Przede wszystkim jednak wydaje się, że okrzepła struktura społeczna. Bogaci i „ustawieni” będą reprodukowali się pokoleniowo w swoim gronie rodzinno-towarzyskim, zaś biedni, wykluczeni i zmarginalizowani, czy to socjalnie, czy ze względów ideowych, albo pogodzili się ze swoim losem, albo też jego poprawy upatrują w indywidualnych strategiach, w najlepszym razie w doraźnych inicjatywach branżowych czy środowiskowych. Minie zapewne wiele lat i wiele nieudanych prób, zanim inicjatywy tego ostatniego rodzaju nauczą się współpracować i tworzyć sojusze, których cele wykroczą poza wąsko pojęty interes grupowy. „Porządek panuje w Warszawie”…
Mnie jest Samoobrony żal. Wiem, że taka deklaracja wywołuje zdziwienie lub uśmiech politowania – i to bynajmniej nie tylko u ludzi, których mózgi wyprała „Gazeta Wyborcza” pospołu z „Gazetą Polską” i TVN do spółki z braćmi Kaczyńskimi. Samoobrona jest porażką i „obciachem” na wielu płaszczyznach, to pewne. Lepper nie potrafił wykroczyć poza model partii ściśle wodzowskiej, co zaowocowało tym, że w momencie problemów wodza – w kłopoty wpadła całość ugrupowania, a efekty wielu lat pracy rozpadły się jak domek z kart. Co gorsza, lider „partii protestu” nie zbudował nawet elementarnego zaplecza personalnego, swoistej drugiej linii w ugrupowaniu. Dosłownie ręce opadają, gdy patrzymy, jakimi osobami się otaczał – i nic dziwnego, że większość z nich zwiała, gdy tylko zaczęły się porażki. Wokół Samoobrony nie powstało też żadne zaplecze instytucjonalne, nie zdołano nawet zwasalizować mniejszych, lecz poszerzających „bazę” ugrupowania, inicjatyw i środowisk.
Nie mam też żadnych złudzeń co do samego „wodza”. Lepper, gdy tylko znalazł się w przedpokoju „salonów”, stał się politykiem pozbawionym kręgosłupa, drobnym cwaniaczkiem, który każdemu opowiada to, co tamten chce usłyszeć – bezrobotnym jedno, przedsiębiorcom co innego, nostalgikom PRL-u to, a czytelnikom „Najwyższego Czasu!” tamto, w remizie w Pcimiu coś takiego, a Tomaszowi Lisowi coś zgoła przeciwnego. Ci, którzy z Samoobroną mieli styczność większą niż telewidzowie, wiedzą też, że ugrupowanie to ma na koncie różne niejasne, lecz dość śmierdzące sprawy – pół biedy, gdy była to jedynie bierność we wcielaniu w życie różnych postulatów, gorzej natomiast, gdy głoszono jedno, a robiono co innego.
Lepper, który pretendował do miana obrońcy polskiej wsi i rodzimych rolników, w dziwnych okolicznościach zaprzestał działań przeciwko wielkoprzemysłowym fermom hodowlanym, głównie amerykańskiego koncernu Smithfield, które rujnują tysiące drobnych producentów i przetwórców mięsa, a przy tym na wiele dekad dewastują środowisko naturalne, jeden z kluczowych atutów polskiej żywności w konkurencji na światowym rynku. To również Samoobrona przeforsowała monopol na polskim rynku koncernu Cargill, który wytwarzając izoglukozę, stosowaną w przemyśle żywnościowym jako zamiennik cukru, wyeliminował z rynku wielu producentów buraków cukrowych i de facto zlikwidował kilka cukrowni. Nawet te sfery, w których ekipa Leppera „coś robiła”, jak próby powstrzymania ekspansji hipermarketów, okazywały się w praktyce podyktowane nie dbałością o drobny rodzimy handel, lecz interesami powiązanych z Samoobroną właścicieli polskich sieci supermarketów. Nie jestem już tak młody i tak naiwny, żeby oczekiwać od polityków nieskazitelnego radykalizmu i „wierności ideałom” oraz wymagać, by mieli krystalicznie czyste ręce – ale zakrywanie oczu dłońmi nie sprawi, że dookoła zapanuje ciemność.
A mimo to jest mi Samoobrony żal. W pierwszej – i mniejszej – mierze za „Balcerowicz musi odejść”. To właśnie Lepper był tym, który konsekwentnie, przez wiele lat, wbrew „całemu światu” i „wszystkim rozsądnym ludziom” piętnował neoliberalny kurs polskiej polityki społeczno-gospodarczej. Mówił głośno to, co myślało lub choćby intuicyjnie czuło mnóstwo osób, czy to takich, które znalazły się wskutek tejże polityki na dnie, czy tych, które w owych realiach osobiście się jako tako odnalazły, lecz uważały ten model za szkodliwy dla kraju i bliźnich. Co więcej, mimo „prostactwa” owego przekazu, Lepper był w głoszeniu takich haseł stosunkowo skuteczny – dokonał „zmiany liberalnego dyskursu” o wiele, wiele bardziej niż elitarni gęgacze z „Krytyki Politycznej” i personalnie szlachetni, lecz uwikłani w środowiskowe układy krytycy neoliberalizmu w rodzaju Karola Modzelewskiego czy Tadeusza Kowalika.
Można ze wzgardzą potępiać czy krzywić się z niesmakiem na „populizm” Samoobrony, lecz jeśli kiedyś uczciwy i rzetelny historyk opisze społeczny wymiar krytyki dzikiego kapitalizmu w Polsce, to Andrzejowi Lepperowi poświęci w swej dysertacji obszerny rozdział, zaś wspomnianym środowiskom i personom – jedynie kilka przypisów. Nie zmienia tego wspomniane kunktatorstwo lidera Samoobrony, bo czymże są przywołane fakty wobec takich idiotyzmów, jak kreowanie na krytyka neoliberalizmu typków pokroju Żakowskiego czy piętnowanie „nadmiernych nierówności społecznych” na łamach „Gazety Wyborczej”.
Ale Samoobrona warta jest zapamiętania, a nawet opłakiwania ze względu znacznie ważniejszego. Był to bowiem jedyny tak udany wyłom w sztampowości i bezpłodności polskiej krytyki neoliberalizmu. Lepper, choć uważany za przygłupa i prostaka, znakomicie wyczuł, na czym polegają największe słabości takich inicjatyw i środowisk. Lider Samoobrony intuicyjnie zrozumiał, że jeśli w Polsce chce się stworzyć masowy ruch protestu przeciwko liberalnym „reformom”, należy na bok odłożyć to, co dzieli Polaków o poglądach prospołecznych, a co na swoje sztandary uporczywie od lat wyciągają przygłupie i prostackie – radykalna lewica i radykalna prawica. Lepper uczynił fundamentem swojego przekazu politycznego właśnie kwestie socjalno-gospodarcze, akcentując je bardzo mocno, zmarginalizował i „ucentrowił” natomiast wątki obyczajowo-kulturowe. W ten sposób zapewnił sobie umiarkowany sukces, którego nie osiągną tacy krytycy liberalizmu, którzy ową krytykę „muszą” podawać w zestawie bądź to z wezwaniami do aborcji na życzenie, zoologicznym antyklerykalizmem i zachwytami nad homoseksualizmem, bądź też z fanatyczną „obroną życia poczętego”, czapkowaniem biskupom i tropieniem urojonych spisków żydowskich.
Lepper uniknął tej pułapki. Mimo sporadycznych sojuszów ze skrajną prawicą i skrajną lewicą, rdzeń jego przekazu politycznego nie zawierał kulturowo-obyczajowych skrajności. Powoływaniu się na patriotyzm i nauczanie Jana Pawła II oraz dystansowi wobec obyczajowych „nowinek” towarzyszył tu brak nacjonalistycznego tropienia „obcych” i czołobitności wobec klerykalnych zamiarów. Samoobrona była właśnie taka, jacy są w swej masie Polacy, czyli dalecy od nowolewicowych mrzonek i krytyczni wobec „postępowej” inżynierii społecznej, a jednocześnie niechętni – czy po prostu niepraktykujący – ideologicznemu „tradycjonalizmowi” i narodowo-katolickim pomysłom na urządzenie życia zbiorowego. Był w tym swoisty „chłopski rozsądek”, odzwierciedlający realne życie, pełne szarości i półtonów, nie zaś czarno-białe slogany, których nie wcielają zazwyczaj nawet ci, którzy deklamują je najgłośniej.
Gdy przyglądam się praktyce i ideom różnych środowisk krytycznych wobec liberalnego status quo, to zachodzę w głowę, jaki diabeł każe im niemal każdorazowo podlewać sensowne postulaty społeczno-ekonomiczne sosem piramidalnych bzdur, odstręczających na dzień dobry ogromną większość potencjalnych zwolenników. Dlaczego niemal każda taka inicjatywa musi serwować polskiemu społeczeństwu pochwały „miękkich” narkotyków, Che Guevarę, gender studies i potępianie patriotyzmu – albo, dla odmiany, pomstować na prezerwatywy, namawiać do intronizacji Chrystusa-Króla i sprawdzać pochodzenie etniczne dziadków. Ba, wręcz czynić z tych spraw papierek lakmusowy „czystości” poglądów i zamiarów, a heretyków wykluczać lub przynajmniej lekceważyć. Nie lubię teorii spiskowych, ale zawsze w takich sytuacjach przypominam sobie opowieści starszych znajomych. Wspominają oni, że gdy tylko w „solidarnościowym” podziemiu kształtowały się zalążki sensownych inicjatyw (najpierw przeciwko komunie, później również przeciwko wszechwładzy Wałęsy i „doradców”), to zaraz wyskakiwał jakiś facet, który wniebogłosy wydzierał się, że trzeba walczyć z aborcją lub z jej przeciwnikami – i sensowna inicjatywa błyskawicznie zamieniała się w bezsensowne pyskówki i niezasypywalne podziały.
Nie chodzi oczywiście o to, że problemy, nazwijmy to, obyczajowe, są nieistotne i że można je całkowicie odłożyć na bok. Problem tkwi w tym, że zazwyczaj są one znacznie trudniejsze do kompromisowego rozwiązania i o wiele bardziej nacechowane emocjami. O ile w kwestiach społeczno-gospodarczych można wypracować konsens korzystny i akceptowalny dla stosunkowo szerokich środowisk – na przykład wyższe zasiłki dla naprawdę bezrobotnych przy jednoczesnej lepszej kontroli pobierania ich przez pracujących na czarno; utrzymanie KRUS-u dla faktycznych drobnych rolników i pozbawienie tej formy ubezpieczenia latyfundystów; wzmocnienie ochrony pracowników najemnych i ulgi podatkowe dla mikro-biznesu – o tyle w sferze moralności czy w aspektach kulturowych tego rodzaju kompromisy nie są zazwyczaj możliwe, a przynajmniej znacznie trudniejsze. Z tego też względu nie tylko rozbijają one jedność niezbędną do skutecznej działalności politycznej, ale także już na starcie zrażają do danej inicjatywy szerokie rzesze.
Widać to zresztą znakomicie, gdy przyjrzymy się sposobom zohydzania wszelkich alternatywnych inicjatyw przez liberalną oligarchię polityczno-medialną. Jej główna broń to oskarżenia o „faszyzm” lub „komunizm” nawet wtedy, gdy przesłanki ku temu są bardzo wątpliwe. Leppera też próbowano wrobić a to w zapędy wręcz bolszewickie, a to w pochwały hitleryzmu. Pułapki tej w dużej mierze udało mu się uniknąć, co było jedną z przyczyn sukcesu Samoobrony. Podobnie jak było nią uniknięcie wtłoczenia w schemat lewicy i prawicy, które to etykietki również skutecznie paraliżują w Polsce sensowną debatę i sojusze.
Właśnie ominięcie tych pułapek było wielką zasługą Samoobrony, tym bardziej godną uznania, że dokonaną przez ludzi pozbawionych szerszych horyzontów i politycznego wyrobienia. I dlatego żal mi końca politycznej kariery Andrzeja Leppera. Żal tym większy, że – jak wspomniałem – prawdopodobnie na długie lata znikły warunki obiektywne, czyli sytuacja społeczna, które umożliwiały powodzenie takiego przedsięwzięcia. „Porządek panuje w Warszawie”…
przez Remigiusz Okraska | piątek 12 lutego 2010 | opinie
Czy propagowanie haseł wolnorynkowych powinno być karalne? Nie wiem, ale zobaczcie, do czego prowadzi.
Istnieją pożytki nawet z „Gazety Wyborczej” – we wrocławskim wydaniu można znaleźć ciekawy tekst. Czytamy w nim, że podczas jednej z cyklicznych debat o różnych problemach społecznych, aż około 20% uczniów spośród 400-osobowej delegacji wrocławskich liceów zajęło wobec żebractwa wymowne stanowisko.
Jak wspomniana 1/5 licealistów chciałaby rozwiązać problem żebractwa w swoim mieście? Po pierwsze, wprowadzić „zakaz wjazdu do miasta dla wszelkich osób podejrzanych o brak środków do życia”. Po drugie, „deportować” tych, którzy zdążyli już do nas wjechać, „zatrudnić ekipę, która ich sprzątnie” i „eksmitować ich do miejsc urodzenia”. /…/ Proponowano rozwiązania długofalowe: „ograniczenie przyrostu naturalnego”, „darmową antykoncepcję”, „odbieranie żebrakom praw rodzicielskich” i „obowiązkowe szczepienia”. Były też rozwiązania ekspresowe: „powsadzać za kraty”, „wywieźć na Madagaskar”, „wystrzelać”, stworzyć w mieście specjalne „dzielnice dla ubogich” albo „kolonie karne”. Pojawiły się także głosy, że należy karać tych, co dają żebrakom pieniądze, a w szkołach wprowadzić specjalny przedmiot „nauka znieczulicy”.
Jeśli chodzi o ten ostatni pomysł, to szkoda budżetowych środków na dodatkowe zajęcia szkolne z umiejętności, którą młodzież tak znakomicie opanowała; równie dobrze można owym licealistom zafundować naukę chodzenia. Ale nie znieczulica jest tu ciekawa. O wiele bardziej warte uwagi są jej przyczyny. Po przeanalizowaniu blisko 400 pomysłów, jakie zgłosiła młodzież, widać wyraźnie, co im najbardziej w żebrakach przeszkadza: niczego nie wytwarzają, nie płacą podatków, nie przyczyniają się do wzrostu PKB, a jedynie biorą, biorą, biorą. Młodzi ludzie, wychowani w kulturze sukcesu, kulcie pracy i pieniądza uznali, że to wystarczający powód, by uznać ich za gorszą kategorię człowieka.
Bez wątpienia dziennikarka „Gazety” ma rację, z jednym wszakże wyjątkiem. Licealiści na pewno nie są wychowywani w „kulcie pracy”. Szczególnie jakiejkolwiek pracy intelektualnej nie sposób się u nich doszukać, gdy weźmiemy pod uwagę brednie, które wygadują – i nawet młody wiek nie stanowi usprawiedliwienia. Nie mówiąc o tym, że akurat praca żebraka – jak byśmy nie ocenili jej społecznych skutków – do lekkich i przyjemnych nie należy. Chętnie bym wysłał tych nastoletnich mądralińskich na kilkanaście godzin na ulice Wrocławia, by w sprzyjającym zimowym klimacie dreptali po prośbie zamiast wyciągać rączki po kieszonkowe do mamusi i tatusia.
Nie w tym jednak rzecz. Nawet jeśli ktoś uważa, iż żebractwo stanowi problem indywidualny, a nie społeczny, oraz że żebrakiem zostaje się na mocy widzimisię i fanaberii (co brzmi groteskowo w kraju, w którym zaledwie kilka lat temu bezrobocie osiągało poziom 20%, a dziś nadal obejmuje więcej niż co dziesiątą osobę zdolną do pracy), to zarówno proponowane, wręcz barbarzyńskie rozwiązania, jak i przesłanki stojące za potępieniem tego zjawiska (zerowy wkład żebraków w PKB…), muszą budzić grozę. Tym większą, że chodzi o uczniów liceów, czyli w większości o przyszłych absolwentów wyższych uczelni. Czyli o przyszłą… elitę kraju. Strach pomyśleć, jak będzie wyglądała Polska, gdy tacy ludzie wejdą w dorosłe życie i będą tworzyć instytucje, opinię publiczną, elektorat itd.
Kto wie, czy jedynym wyjściem dla podobnych do mnie – sam nie wiem: naiwnych frajerów czy ludzi o elementarnym rozsądku – nie stanie się emigracja. Nie za chlebem, lecz w poszukiwaniu podstawowych norm społecznych. Choć nie mam skłonności do histerii, to na serio obawiam się coraz bardziej, czy tutaj będzie się dało za jakiś czas żyć. Zwłaszcza gdy ktoś nie może lub nie chce przebywać wyłącznie w strzeżonych osiedlach, dobrych dzielnicach, „jaśniepańskich” knajpach itp. Bo Polska wcale nie dogania Europy, coraz bardziej staje się natomiast drugą Ameryką. Łacińską.
Nie dzieje się to bez przyczyny. W przywołanych wnioskach wrocławskich licealistów znajdziemy odzwierciedlenie liberalnej propagandy ostatnich dwóch dekad – warto, a wręcz należy przypomnieć, że przodowała w niej właśnie „Gazeta Wyborcza”. Jesteś tyle wart, ile posiadasz. Jesteś kowalem własnego losu, więc jeśli żebrzesz, to wyłącznie z własnej winy i z własnego wyboru. A my, „ludzie sukcesu”, nie tolerujemy takich jak ty – deportujemy, wysterylizujemy, zamkniemy w gettach te bezproduktywne śmieci, nie wnoszące nic do Świętego PKB. No, ewentualnie, gdy nas ruszy sumienie – resztki sumienia… – wrzucimy coś do puszki WOŚP. Albo całym sercem – resztkami serca… – poprzemy kampanię społeczną „Rodzić po ludzku”. Wysterylizowani żebracy nie urodzą wszak nikogo, a w ich gettach nie ma szpitali ze sprzętem z WOŚP, więc nic nie ryzykujemy.
Jestem zwolennikiem całkowitej wolności słowa, nie chciałbym nikomu niczego w tej kwestii zakazywać, poza jakimiś skrajnymi wywodami, jak np. wezwania do przemocy. Ale gdy słyszę, jak różni zatroskani liberałowie bezbożni zastanawiają się, czy przypadkiem nie powinno się ograniczyć ilości drastycznych scen przemocy w filmach kryminalnych i horrorach (bo to ponoć skłania do destrukcyjnych zachowań), albo gdy liberałowie pobożni chcą penalizować pornografię (bo ponoć skłania do rozwiązłości i zdradzania małżonków), to myślę sobie, że należałoby raczej zacząć od zakazu propagandy wychwalającej tzw. sukces, produktywność, indywidualizm i temu podobne postawy i wartości.
A przynajmniej wprowadzić do szkół nie „naukę znieczulicy”, lecz naukę empatii i solidarności. Bo w przeciwnym razie, gdy licealiści podrosną, obudzimy się w piekle na ziemi.
Remigiusz Okraska
P.S. Jeśli kogoś razi „populistyczny” ton powyższego tekstu, to odsyłam do innych moich rozważań na podobny temat – tutaj piszę, że nawet ze względów czysto gospodarczych nie opłaca się nam taki egoizm, chamstwo i krótkowzroczność, jakie promują liberałowie.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 19 stycznia 2010 | Felietony - Remigiusz Okraska
Jest taki wyświechtany argument, którym różni mądrale walą niczym cepem w środowiska krytykujące realia liberalizmu gospodarczego. Przekonują oni, iż jeśli negatywnie oceniasz nierówności społeczne i to, że część ludzi trafia na margines, to powinieneś zakasać rękawy i rozdawać im zupę lub ziemniaki, najlepiej w upadłym PGR-ze, „złej dzielnicy” albo pipidówce, gdzie diabeł mówi dobranoc. A jeśli owej zupy nie rozdajesz, to jesteś niewiarygodny – jesteś salonowym paniczem, który werbalną troską o biednych podbudowuje swoje ego, kreuje się tanim kosztem na osobę szlachetną lub po prostu wykorzystuje czyjeś złe położenie do polepszenia położenia własnego.
Warto się zająć tego rodzaju opowiastkami. Dobrą okazją ku temu jest tekst, który Rafał Ziemkiewicz poświęcił niedawno „Krytyce Politycznej”. Okazja jest dobra dlatego, że ów tekst stanowi modelowy wręcz przykład takiego moralizatorstwa, a jednocześnie obiektem krytyki stało się w nim środowisko, dla którego nie mam za grosz sympatii. Ziemkiewicz ma oczywiście rację – choć doprawdy długo dochodził do tak oczywistych wniosków – że KP to grupka karierowiczów, wylansowana przez establishment i z nim tożsama (ja bym dodał: klasowo), nieszkodliwa w żadnej mierze dla oligarchii biznesowo-polityczno-medialnej i dlatego tak chętnie przez nią promowana.
Gdzie jak gdzie, ale w Polsce, czyli kraju, w którym „lewica laicka” w kluczowym momencie wypięła się na „lud” i gładko przeszła od Komitetu Obrony Robotników do Komitetu Poparcia Balcerowicza, tego rodzaju towarzystwo należy traktować skrajnie podejrzliwie. Zwłaszcza gdy za swojego mistrza uznaje ono Kuronia – czyli swoisty metr z Sèvres w kwestii tego, jak zdradzić prospołeczne ideały – i bierze honoraria m.in. z Agora S.A.
Nie trzeba też szczególnej przenikliwości, żeby lewicowość czy choćby prospołeczność KP traktować co najmniej z dystansem. Ogólnikowe i rzadkie działania, analizy i stanowiska w sprawach socjalno-ekonomicznych giną w przypadku tego środowiska w morzu wywodów o feminizmie, sztuce nowoczesnej, legalizacji narkotyków, seksualności itp. Zresztą nawet i te kwestie kulturowe traktowane są z pozycji bliższych liberalnemu standardowi niż refleksji stricte lewicowej, o czym wie każdy, kto zetknął się z fachowymi feministycznymi analizami sytuacji zawodowej kobiet czy z opisami problemu nieopłacanej pracy w gospodarstwach domowych.
Również metody tego środowiska, oparte na próbach „zmiany dyskursu” (za pomocą udziału w tzw. debacie publicznej, czyli podlizywania się wielkim mediom) i „marszu przez instytucje”, nie mają wiele wspólnego – nawet gdyby były na krótką metę skuteczne – z ideałami lewicowymi. Bardzo przypominają natomiast, jak kiedyś trafnie zauważył Andrzej Smosarski, poczynania Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego i konserwatywną wizję, w ramach której oświecone elity odgórnie „zmieniają świat na plus”, a lud może sobie co najwyżej posłuchać gadających głów.
Nie zmienia to faktu, że krytyka autorstwa Ziemkiewicza jest niewiele warta. Mniejsza już o kwestie oczywiste, czyli groteskowość sytuacji, w której osoba o poglądach skrajnie liberalnych gospodarczo zarzuca Sierakowskiemu i spółce, że za słabo krytykują Balcerowicza. Kluczowe w tekście Ziemkiewicza są zarzuty zupełnie innego rodzaju – i są to zarzuty, które pod adresem KP formułują nierzadko, choć w nie tak skrajnej formie, również niektóre środowiska lewicowe czy prospołeczne. Ziemkiewicz pisze: Nowa lewica, choć bierze sobie za patrona Jacka Kuronia, jakoś nie próbuje robić tego, na czym Kuroń strawił życie − zbierać sygnały o krzywdach wyrządzanych prostym ludziom przez lokalnych kacyków, amoralny w swej chciwości biznes czy innych wielmożów, zwykle zawdzięczających siłę i bezkarność zblatowaniu z władzą, i interweniować, a choćby wspierać pokrzywdzonych moralnie. /…/ Ludzie, z których żaden nie umiałby odróżnić młotka od hebla, wyżywają się w wielogodzinnych dyskusjach o problemach klasy robotniczej /…/.
Oczywiście jest w tym opisie sporo racji w odniesieniu do konkretnego środowiska. Aczkolwiek jest też fałsz, bo KP można zarzucić wiele, ale nie to, że kiedykolwiek pozowała na lewicę „proletariacką” – stąd też wywody o „młotku i heblu” są chybione. Ale w całej sprawie jest coś ważniejszego. Otóż „ulubioną lewicą prawicy” byłaby taka, która „strawiłaby życie” na „zbieraniu sygnałów o krzywdach”, „interweniowaniu” czy udzielaniu „wsparcia moralnego”. Myślę, że szczególnie to ostatnie ucieszyłoby liberalną prawicę – wszak od moralnego wspierania nie zmienia się absolutnie nic w wymiarze ponadjednostkowym. Lewica miałaby w tym scenariuszu pełnić rolę stanowiącą syntezę postaw księdza-spowiednika, filantropa i psychologa. Wysłuchać, pocieszyć, czasem nakarmić lub kupić dziecku wyprawkę do szkoły, w najlepszym razie napisać skargę do urzędnika gminnego. W ten sposób byłaby ponoć nie tylko skuteczna, ale także moralnie „czysta”, no i po wizytach w kilku PGR-ach czy robotniczych dzielnicach potrafiłaby już odróżnić młotek od hebla. A młotkiem, jak wiemy, skutecznie rozwiązuje się problemy socjalne.
Jest w tych „dobrych radach” Ziemkiewicza oczywisty fałsz dotyczący nie tylko tego, jak działać. Gdyby ich autor i podobni krytykanci „kawiorowej lewicowości” rzeczywiście cenili lewicę zajmującą się konkretnymi inicjatywami, to zamiast promować Sierakowskiego i spółkę oraz zaliczać kolejne „debaty” z nimi, doceniliby środowiska zajmujące się właśnie czymś takim. A byłoby o czym pisać nawet w kraju tak mizernej aktywności społecznej, jak Polska. W 5 minut można w erze Internetu znaleźć informacje i namiary na Lewicową Alternatywę i jej sprawne działania w obronie lokatorów reprywatyzowanych kamienic. Albo związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, którego członkowie notorycznie tracą zatrudnienie za nieustępliwą walkę o prawa pracowników najemnych. Albo Kancelarię Sprawiedliwości Społecznej, która skutecznie blokuje eksmisje biedaków na bruk.
Starczyłoby tego na sporo reportaży, felietonów, wywiadów i tekstów interwencyjnych. A jednak ci sami prawicowo-liberalni publicyści, którzy KP zarzucają „oderwanie od rzeczywistości”, nie tylko przemilczają, ale nierzadko wściekle atakują lewicę „prawdziwą”, traktując ją jako „demagogów”, „populistów”, „zadymiarzy” itd. Ile razy „Rzeczpospolita” użyczyła swoich łamów Sierakowskiemu czy Gduli, żeby mogli „zmieniać dyskurs”, czyli ględzić o niczym, a ile razy na jej łamach pojawili się Agata Nosal, Jarosław Urbański czy Piotr Ciszewski, żeby fachowo i konkretnie zaprezentować problemy pracowników, lokatorów, bezdomnych, bezrobotnych itd.?
Nie to jest jednak sednem sprawy. Otóż lewica powinna „być z ludem”, powinna organizować społeczeństwo do obrony swoich praw, powinna wspierać tych, którzy walczą z niesprawiedliwością i wyzyskiem. Ale powinna też pamiętać, że choć pomoc Iksińskiemu jest szlachetna i ważna, to Iksińskich jest zbyt dużo, aby można było im wszystkim pomóc samymi działaniami oddolnymi i interwencyjnymi. Zresztą lewica – ale nie tylko ona, również zachodnia chadecja czy „prawica socjalna” – to zazwyczaj doskonale wie, natomiast niekoniecznie wiedzą czytelnicy wywodów Ziemkiewicza. Im właśnie trzeba tłumaczyć, że skuteczna polityka prospołeczna nie polega na naśladowaniu Caritasu i Owsiaka. Wręcz przeciwnie – polega na tym, że w skali państwa podjęte zostaną decyzje i wdrożone mechanizmy, które sprawią, iż Caritas będzie potrzebny nie do zbiórki środków na dożywianie ubogich, lecz co najwyżej do zafundowania im jakiejś atrakcji, zaś od działań Owsiaka nie będą zależały szanse na przeżycie w szpitalu, lecz dostawy słodyczy czy maskotek dla chorych maluchów.
Oczywiście liberalna prawica chętnie widziałaby lewicę w roli frajerów, którzy swoim wysiłkiem łatają dziury powstałe wskutek demontażu funkcji państwa – i nie robią nic więcej, bo nie starcza im czasu i sił. W ten kanał dały się już wpuścić organizacje pozarządowe. Państwo nie prowadzi polityki mieszkaniowej, za to fundacje prowadzą schroniska dla bezdomnych. Państwo nie egzekwuje zapisów Kodeksu pracy – kary za jego łamanie są żenująco niskie – za to rzuca ochłapy na różnego rodzaju „doradztwa” i „telefony zaufania”. Państwo tnie wydatki na oświatę na prowincji, ale łaskawie przyznaje dotacje stowarzyszeniom prowadzącym tamże szkoły uratowane przed likwidacją. Państwo oferuje skrajnie niskie i uznaniowe zasiłki rodzinne, za to w swej dobroci użyczy czasu antenowego w publicznej telewizji, żeby przeprowadzić esemesową zbiórkę na zakup podręczników dla ubogich dzieci.
Część lewicy daje się różnym „Wujkom Dobra Rada” wkręcić w schemat „albo – albo”. Wedle tej wizji, „prawdziwym lewicowcem” jest tylko ktoś, kto nie dosypia, nie dojada, nie myśli i nie posiada życia prywatnego, natomiast nieustannie „działa” i „walczy”. Bez wątpienia personalne zaangażowanie jest ważne w wymiarze społecznym, stanowi też swego rodzaju sprawdzian moralny. Jednak nadużywanie takich argumentów jest – jak każda przesada – niemądre. Po pierwsze, należy nie tylko działać, ale i myśleć. Wyśmiewane „kawiarniane rozmowy”, gdy zachowa się w nich umiar, nie tylko nie szkodzą, lecz pomagają. Bez nich działa się na oślep, co skutkuje brakiem efektów, a to z kolei – frustracją i wypaleniem. Po drugie, nie każdy nadaje się do roli działacza i nie samo działanie tworzy rzeczywistość. Śmieszne byłyby zarzuty pod adresem np. Edwarda Abramowskiego, że raczej „gadał” i pisał niż poniewierał się po fabrykach i dzielnicach robotniczych, skoro jego teksty propagujące socjalizm czy spółdzielczość dały efekty znacznie większe niż niejedno „praktyczne zaangażowanie”. Po trzecie, jakkolwiek dla lewicy praxis zawsze było sednem sprawy, należy się mocno zastanowić, o jakiego rodzaju aktywność chodzi. Czy bardziej ulepszymy rzeczywistość – zwłaszcza dysponując niewielkimi siłami i środkami – działając jak straż pożarna, czy może próbując stworzyć zręby powszechnych ubezpieczeń od zaprószenia ognia?
Po czwarte i najważniejsze, trwałe przemiany społeczne zachodzą wtedy, gdy dokonują się jednocześnie na wielu frontach. Potrzeba nam oddolnych działaczy, ale również popularyzatorów, artystów i myślicieli. Potrzeba nam lokalnych stowarzyszeń, instytucji samopomocowych, związków zawodowych, lecz także porządnych czasopism i seminariów naukowych. Musimy umieć zorganizować pracowników w związek zawodowy i obronić lokatorów przed eksmisją, ale także napisać dobrą książkę o przemianach tzw. rynku pracy i jeszcze lepszą ustawę o ochronie lokatorów.
Krytykować powinniśmy nie „brak działania” czy „gadaninę”, lecz taki rodzaj teorii i krytyki, które ślizgają się po powierzchni problemu, nie łączą z dystansem wobec krytykowanych zjawisk i środowisk lub kierują nasze zainteresowanie na kwestie marginalne. „Krytyka Polityczna” nie dlatego jest lewicą wątpliwą, że debatuje, wydaje książki i prowadzi knajpę zamiast „interweniować” i „wspierać moralnie”. Jest takową, bo kultowi Kuronia, honorariom z Agora S.A., indywidualnym karierom i fiksacji na punkcie „mniejszości” towarzyszy w jej działaniach rzadka, ogólnikowa i strachliwa krytyka współczesnego kapitalizmu i generowanych przezeń problemów. O projektach zmian nie wspominając, bo środowisko, które podobno jest „nadzieją lewicy” i „trustem mózgów”, nie zaproponowało nawet takich analiz systemowych, jakie można znaleźć w dorobku wielu znacznie mniejszych, uboższych i słabszych intelektualnie grup szeroko pojętej polskiej lewicy.
Potrzebujemy zmian całościowych – sprawnego systemu polityki społecznej, porządnej ustawowej ochrony pracowników, prospołecznego systemu podatkowego, interwencjonizmu gospodarczego, egalitarnych instytucji i szeroko zakrojonego programu wyrównywania szans. Nie potrzeba nam ani naśladowania Armii Zbawienia, ani modnej i niezobowiązującej zabawy w salonową „wrażliwość społeczną”. No i oczywiście doradców w rodzaju Ziemkiewicza też nie. Nawet z młotkiem w dłoni.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 21 grudnia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Kiedyś było palenie książek, później urząd z ulicy Mysiej. Obecnie natomiast, jak doszły mnie niezbyt konkretne słuchy – podróżowałem akurat po kraju – jakiś facet na targach książki straszył prokuratorem wydawnictwo, które wznowiło „Manifest komunistyczny”. Wiadomo, propagowanie ustroju totalitarnego podpada w Polsce pod paragraf. Wszak po to walczono z PRL-owską cenzurą i wyśmiewano tępotę jej funkcjonariuszy, żeby teraz ścigać za edycję Marksa.
W moim odczuciu zakaz edycji „Manifestu komunistycznego” jest całkowitą bzdurą. Przede wszystkim dlatego, że oskarżanie Marksa o odpowiedzialność za zbrodnie komunizmu, w dodatku w wydaniu PRL-owskim, ma taki sam sens, jak oskarżanie Darwina, Nietzschego i Heleny Bławatskiej o odpowiedzialność za krematoria III Rzeszy. Tego rodzaju wnioskowanie – że za gułagi i czystki odpowiedzialny jest ktoś, kto 50 czy 100 lat wcześniej napisał jakąś książkę czy próbował stworzyć ruch polityczny – to absurd socjologiczny. Natomiast cała sprawa ma kilka ciekawych aspektów, którym warto się przyjrzeć.
Przede wszystkim pamiętam, że lewicowi obrońcy wolności słowa – tj. swobody publikowania „Manifestu komunistycznego” – niejednokrotnie domagali się jej odebrania swoim przeciwnikom, czyli wszelkiej maści „faszystom”. Przy czym ów „zakaz propagowania” miał obejmować nie tylko publikację „Mein Kampf” i temu podobnych, stricte hitlerowskich wywodów, co od biedy mógłbym zrozumieć. Antyfaszystowskie płaczki załamywały w „Gazecie Wyborczej” ręce nad polskimi edycjami książek Carla Schmitta czy Ernsta Jüngera. Do prokuratury z tym co prawda nie biegały – zapewne nie wierząc, że zatrudnia ona kogoś tak bezmyślnego, aby choć spróbował wydać zakaz podobnych publikacji – co nie zmienia faktu, że w ciągu 20 lat wolnej Polski wyprodukowały kilkaset, a może i kilka tysięcy „apeli”, czyli donosów na treści „niesłuszne” i potencjalnie zbrodnicze. Kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada.
Niestety, sposoby obrony prawa do wznowienia „Manifestu komunistycznego” są zazwyczaj kiepskie. Tak jak nie lubię USA, tak cenię formalno-prawny zdrowy rozsądek amerykański, który blokuje ograniczanie wolności słowa pod urojonymi i naciąganymi pretekstami. W efekcie, w Stanach Zjednoczonych można publikować wszystko, czego dusza zapragnie. Ale jakoś – cóż za dziwny traf! – edycja dzieł Stalina nie zaowocowała gułagami nad Potomakiem, a rozpowszechnianie broszurek z „kłamstwem oświęcimskim” nie sprawiło, że po Chicago i Detroit przechadzają się faceci w czapkach z trupimi główkami, wyłapujący Żydów. I to w zupełności wystarczy na odparcie „argumentów”, że dziś ktoś przeczyta to czy tamto, a jutro nowe Gestapo lub NKWD przyjdzie, zamknie, rozstrzela i zakopie w lesie. Amerykanie, mimo przypisywanego im – delikatnie mówiąc – niewielkiego rozgarnięcia, są w tej kwestii zdecydowanie mądrzejsi od europejskich histeryków i wiedzą, że faszyzm czy komunizm nie wzięły się z czytania książek, lecz ze splotu wielu czynników politycznych, społecznych, gospodarczych i kulturowych, których pogrobowcy obu idei nie są w stanie odtworzyć w realiach zgoła odmiennych.
Lewicowi obrońcy wolnego słowa argumentują jednak nie „po amerykańsku”. Przekonują na przykład, że myśl Marksa a realny socjalizm/komunizm to dwie zupełnie różne sprawy, gdyż autor „Kapitału” daleki był od wszelkich ciągot totalitarnych. Akurat to nie jest prawdą. Na niebezpieczne aspekty myśli marksowskiej wskazywali – na długo przed tym, nim jakakolwiek forma socjalizmu stała się realną – tacy zadeklarowani, a przy tym dalekowzroczni lewicowcy, jak Michał Bakunin i Edward Abramowski. Przewidzieli, że wprowadzanie w życie koncepcji dyktatury proletariatu, scentralizowanej władzy porewolucyjnej, nacjonalizacji środków produkcji – w nieunikniony sposób doprowadzi do zamordyzmu. Abramowski w „Socjalizmie a państwie” wyprorokował już w roku 1904, że socjalizm „odgórny”, oparty na przymusie, okaże się tyranią – czytając tę książkę, trudno uwierzyć, że powstała przed narodzinami ZSRR. Nie zmienia to oczywiście faktu, że stawianie znaku równości między rozprawą polityczno-filozoficzną, czy nawet działalnością partyjną z drugiej połowy XIX wieku, a zbrodniami popełnionymi o kilka tysięcy kilometrów dalej 30 czy 60 lat później, jest pozbawione sensu.
Zwolennicy wznawiania dzieł Marksa powołują się też na przykład innych krajów – tam „Manifest komunistyczny” jest co i rusz publikowany, czytają go studenci i intelektualiści itp., nikomu zaś nie przyjdzie do głowy zakazywać czegokolwiek z dorobku tego myśliciela. To oczywiście zarówno prawda, jak i postępowanie ze wszech miar rozsądne. Skoro nikt w krajach Zachodu nie domaga się „delegalizacji” dzieł Heideggera, bądź co bądź członka NSDAP, a więc wedle tej „logiki” współodpowiedzialnego za zbrodnie nazizmu znacznie bardziej niż Marks za „dokonania” komunizmu, to nie będzie się też domagał blokady publikacji rozważań autora „18 brumaire’a Ludwika Bonaparte”. Zresztą, czy to się komuś podoba, czy nie, wkład Marksa w nowoczesną myśl polityczną, ekonomiczną i socjologiczną jest tak znaczny, że zakaz edycji jego książek byłby nonsensem z czysto naukowego punktu widzenia. Tyle tylko, że argument „na Zachodzie tak robią” to kij o dwóch końcach – w wielu krajach Zachodu legalne jest wydawanie „Mein Kampf”, a prace autorów, którzy tak oburzają polskich tropicieli faszyzmu – jak Jünger czy Schmitt – ukazują się nierzadko w renomowanych wydawnictwach.
Oczywiście argument „o Zachodzie” pomija kwestię niebłahą – nasz kontekst lokalny. To problem, z którym muszą się zmierzyć obie strony sporu, lewa i prawa. Polska bowiem miała nieszczęście stać się ofiarą totalitaryzmów brunatnego i czerwonego. W wymiarze moralnym czym innym jest edycja „Mein Kampf” lub wspomnień prohitlerowca Leona Degrelle’a w USA, a czymś zupełnie innym w Polsce, gdzie z rąk sił symbolizowanych przez te postacie zginęło kilka milionów ludzi, a pozostali byli traktowani jak zwierzęta na usługach „rasy panów”. Na tej samej zasadzie ktoś, kto paraduje w koszulce z sierpem i młotem np. w Anglii, może budzić uśmiech politowania, ale w kraju, gdzie UB i NKWD wykonywały „mokrą robotę”, a sowieckie czołgi wjechały akurat wtedy, gdy polski żołnierz zmagał się z napaścią hitlerowców, nie jest to ani trochę śmieszne. Godne zaś nie politowania, lecz spoliczkowania.
Paradoksalnie jednak, właśnie z tego powodu uważam, że w Polsce nie powinno być jakichkolwiek zakazów publikacji o charakterze nazistowskim i komunistycznym. Państwo i instytucje pozarządowe powinni dbać o to, żeby obywatele mieli wiele możliwości zapoznania się z wiedzą na temat skutków obu totalitaryzmów. Wówczas ktoś paradujący z „Mein Kampf” pod pachą lub w koszulce z sierpem i młotem, będzie podobny do kogoś, kto wytatuowałby sobie na czole napis: „Jestem niebezpiecznym szaleńcem – moi idole zamordowali i torturowali twojego dziadka lub matkę”.
Wszelkie tego rodzaju zakazy są pozbawione sensu także z uwagi na fakt, iż dotyczą kwestii nieostrych, nie dających się precyzyjnie zdefiniować. Faszyzm i komunizm – kiedy ich zakazać? Wbrew prawicowym doktrynerom, sto razy chętniej wybrałbym życie w PRL-u, nawet w czasach stalinizmu, niż w Generalnej Guberni. Wbrew lewicowym doktrynerom, wolałbym żyć we frankistowskiej Hiszpanii niż w ZSRR. Co i kogo konkretnie „zdekomunizować”? Marksa, który zmarł wiele lat przed tym nim powstał jakikolwiek realny komunizm? A może Bolesława Piaseckiego, który w ramach faktycznego systemu komunistycznego wydawał w PAX-ie, za zgodą państwowych cenzorów, m.in. wiele pozycji z klasyki światowej myśli chrześcijańskiej? Co jest bardziej godne antyfaszystowskiego potępienia – reżim Salazara czy w niczym mu nie ustępujący pod względem brutalności gomułkizm-moczaryzm, który w dodatku w ramach „kampanii antysyjonistycznej” wygnał kilkanaście tysięcy Żydów?
Obie strony sporu są nieuczciwe, nie potrafiąc się rzetelnie zmierzyć z czarnymi kartami swojego dziedzictwa. Szczególnie jaskrawo widać to na przykładzie polskich sporów, w których prawica wychwala juntę Pinocheta a potępia juntę Jaruzelskiego, zaś główny nurt lewicy robi odwrotnie. Obie te strony konfliktu są jednak także krótkowzroczne. Jeśli dziś zakazujemy publikowania takiego czy innego autora, jutro ktoś zakaże nam publikowania innego. Wczorajsi specjaliści od „zwalczania faszyzmu”, dziś lamentują nad „szalejącym antykomunizmem”, który chce zakazywać wznowień prac Marksa. Dzisiejsi zwolennicy zakazu noszenia koszulek z Guevarą i edycji „Manifestu komunistycznego”, jutro będą lamentować, że „rozwydrzone lewactwo” i „terror politycznej poprawności” chcą im odebrać możność czytania Degrelle’a oraz wywieszania na stadionach flag z symbolem miecza-szczerbca.
Podobnych zakazów nie potrzebujemy jednak przede wszystkim z tego względu, że obie skrajności są politycznie bezpłodne w dzisiejszych realiach. Doprawdy, trzeba być bardzo oderwanym od rzeczywistości, aby wyobrażać sobie, że w obecnej konsumpcyjnej kulturze może zaistnieć totalitaryzm w starym stylu, totalitaryzm siermiężnej kontroli i reglamentacji, przaśnej cenzury i dyscyplinowania społeczeństwa za pomocą policyjnej pałki. Dziś „pogrobowcy komunizmu” i „neonaziści” służą co najwyżej do odwracania uwagi od poważnych problemów. Najczęściej zaś są albo kołem ratunkowym dla tabloidów w sezonie ogórkowym, albo hobbystyczną subkulturą, swoistą odmianą filatelistyki i wędkarstwa dla ludzi o silniejszych nerwach i większym zapotrzebowaniu na mocne przeżycia, takim hard porno dla onanistów nie erotycznych, lecz politycznych. Wraz z rozwojem Internetu, nawet pod względem technicznym tego rodzaju „aktywność polityczna” przestaje się różnić od konsumpcji pornografii – przybiera głównie postać pyskówek na forach dyskusyjnych i tworzenia coraz bardziej radykalnych stron WWW, maleje zaś, czy wręcz zanika działalność w „realu”. Faszysta-gawędziarz, komunista-gawędziarz, erotoman-gawędziarz – co za różnica, ani to straszne, ani śmieszne, jedynie żałosne.
90% uczestników obu tych nisz politycznych porzuca zresztą swoje zabawy co najwyżej po skończeniu studiów, a ci nieliczni, którzy nie zostają bojaźliwymi drobnomieszczanami, zazwyczaj tłumaczą się później z „błędów młodości” i odcinają od nich tym bardziej zapalczywie, im bardziej może to zaszkodzić w dorosłym życiu i tzw. karierze. Obie te nisze w coraz większym stopniu ulegają też wpływowi kultury konsumpcyjnej – to już nie jest polityka, choćby marginalna, to zwykła podróż przez centrum handlowe. Skrajna lewica ma skrajnie lewicowe gadżety i kult swoich idoli, skrajna prawica zaś gadżety skrajnie prawicowe i takich też idoli, a z niszowego biznesu obsługującego ten popyt żyją ci nieliczni starzy wyjadacze, którzy „nie wyrośli z ideałów młodości”.
Nie ma żadnego zagrożenia recydywą komunizmu lub faszyzmu. Zapewne nawet większość „bojowników” z tymi ponurymi cieniami przeszłości robi to z wyrachowania. Młodzi posłowie PiS czy działacze LPR próbują przelicytować starszych kolegów w swym werbalnym antykomunizmie, bo tylko w ten sposób mogą wskoczyć na wyższy stopień w partyjnej hierarchii lub medialnej popularności. Zawodowi antyfaszyści z „Nigdy Więcej” muszą natomiast straszyć czającym się jakoby dokoła faszyzmem, bo na „zwalczanie” tychże zjawisk, czy raczej urojeń, otrzymują dotacje, a niczego innego robić wszak nie potrafią.
Dziś nie istnieje potrzeba zakazu propagowania faszyzmu i komunizmu, gdyż obie te ideologie wylądowały na śmietniku historii. Zresztą w pełni zasłużenie, gdyż w praktyce niczego dobrego nie oferowały społeczeństwu nawet w porównaniu z niedoskonałymi, standardowymi odmianami liberalnej demokracji i kapitalizmu. Są na szczęście martwe i nic ich nie wskrzesi, żaden Marks i żaden Schmitt.
Natomiast rzeczywistym problemem jest to, że współczesna technokratyczna oligarchia, mimo operowania antyfaszystowskimi i antykomunistycznymi hasłami, upodabnia się – choć oczywiście przy ogromnej różnicy w sferze metod i światopoglądu – właśnie do tego kluczowego aspektu skompromitowanych totalitaryzmów, jakim jest odebranie społeczeństwu podmiotowości, ograniczanie możliwości decydowania o sobie i zanik faktycznej demokracji. I analogicznie – dziś ideologiami radykalnymi nie są faszyzm i komunizm, chyba że w sensie radykalnej jałowości odpowiedzi, jakich udzielają na pytania dotyczące współczesnych wyzwań. Radykalna jest dziś natomiast walka o samorządność, o odzyskanie kontroli nad własnym życiem, o to, abyśmy na powrót stali się obywatelami. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.
przez Remigiusz Okraska | środa 25 listopada 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Transformację ustrojową wedle recept z dorobku Chicago Boys, Thatcher i Reagana przeprowadziły u nas dzieci komunistów, zaczytane przez lata w Trockim, Abramowskim i Berlinguerze. Wspierał ich z Belwederu facet, który popularność zawdzięczał masowemu, głównie robotniczemu ruchowi o egalitarnych hasłach i dążeniach. Aby gniew ludu nie przeszkodził w całej operacji, zupki bezrobotnym rozdawał – niczym rasowy XIX-wieczny filantrop – wieloletni partyjny kumpel Balcerowicza, czyli człowiek, który do dziś uchodzi za ikonę konsekwentnej lewicowości.
Po kilku latach zastąpili ich w tym mało zbożnym dziele inni. Niedawni członkowie partii odwołującej się do Lenina i Marksa, teraz przodowali w prywatyzacji – sprzedaży byle komu, za byle jakie pieniądze – państwowych przedsiębiorstw, bo przecież „rynek wie lepiej”, a „klasa średnia to przyszłość Polski”. Oczywiście wiedzieli, że wolny rynek wymaga ofiar – dlatego do dziś opłakują nieodżałowanego pioniera biznesu, Ireneusza Sekułę.
W drugiej połowie dziewiątej dekady minionego już stulecia, pałeczkę przejęło ugrupowanie z „solidarnością” w nazwie, zbudowane na bazie związku zawodowego. I wprowadziło „reformy” o charakterze stricte liberalnym, nie mające nic wspólnego z solidaryzmem czy to społecznym, czy narodowym. Bez pardonu likwidowało należące do państwa przedsiębiorstwa, także te, które stanowiły bastiony kurczących się w błyskawicznym tempie związków zawodowych. Nawiasem mówiąc, wbrew namolnej propagandzie „obiektywnych” mediów oraz liderów związku zawodowego biznesmenów (o wymownej nazwie „Lewiatan”), do „wszechpotężnych” związków zawodowych należy mniej więcej co dziesiąty pracownik w Polsce, zaś one same nie istnieją w znakomitej większości firm. Co zresztą nie zmienia faktu, że polscy biznesmeni nie potrafią zazwyczaj wypracować zysków wyższych niż osiągane przez ich odpowiedników z Niemiec czy Skandynawii, gdzie związki mają do powiedzenia o wiele więcej niż u nas.
Za wspomniane działania rząd AWS był krytykowany przez lidera postkomunistów, którego bardzo oburzał widok emerytów szukających jedzenia w śmietnikach. Lider ten jednak, już jako ex-lider, zaledwie kilka lat później przekonywał na łamach skrajnie liberalnego tygodnika „Wprost”, że najlepszą receptą na rozwój społeczny jest… niski podatek liniowy. Pewnie chciał dobrze – jeśli zamożni zapłacą niższe podatki, to zostanie im więcej w portfelach, a zatem kupią więcej jedzenia, czyli więcej go też wyrzucą na śmietnik („co za dużo, to i świnia nie zeżre”, jak mówi ludowe przysłowie), więc emeryci się podtuczą. Wszak przypływ podnosi wszystkie łodzie, jak uczy nas niemalże taoistyczny aforyzm ze skarbnicy mądrości „Lewiatana”.
Po jeszcze kolejnej zmianie warty do władzy doszli miłośnicy „Polski solidarnej”. Ci z kolei, gdy tylko przestali serwować wyborcze spoty z lodówkami opróżnionymi przez liberałów (choć kto wie, czy nie ogołocili ich emeryci, zniecierpliwieni tym, że w śmietnikach nie przybywa rarytasów), postanowili obniżyć podatki najbogatszym. Bez żadnego sprzeciwu ze strony Prezydenta, ponoć bardzo wrażliwego społecznie, bo z żoliborskim powietrzem już w kołysce chłonął etos tamtejszej zaangażowanej inteligencji. Zapewne tam on i jego brat wchłonęli ideę, by problemy socjalne w XXI wieku rozwiązywać za pomocą becikowego. Wszak żadnych kompleksowych zmian w systemie zabezpieczenia społecznego „solidarny” rząd nie wprowadził.
Nie tylko politycy są w Polsce – tak to trzeba nazwać – schizofrenikami. Niedawno okazało się, że największy związek zawodowy – NSZZ „Solidarność”, postanowił złożyć hołd Jerzemu Buzkowi jako nowo wybranemu szefowi Parlamentu Europejskiego. Niepomna tego, że Buzek doprowadził do znaczącego skoku bezrobocia, a swoimi decyzjami mocno uszczuplił związkową bazę, „Solidarność” wydała oświadczenie o owym Buzku jako „człowieku o wielkiej wrażliwości społecznej, który doskonale rozumie problemy pracownicze”. To mniej więcej tak, jakby dojść do wniosku, że Józef Stalin doskonale rozumiał zasady demokracji i dbał o swobody obywatelskie. Bo przecież konstytucja ZSRR była deklaracją przestrzegania wszelkich zasad i swobód, a nawet obiecywała cuda.
À propos związków zawodowych. Są w Polsce ludzie, którzy wierzą, że wśród związków zawodowych te duże są złe, bo zbiurokratyzowane i skorumpowane, a pracowników naprawdę bronią tylko małe związki, zwane radykalnymi i bojowymi. No cóż, ja do kolekcji politycznych absurdów dołączyłem właśnie przypadek nieco odmienny. Otóż taki właśnie „radykalny” i „bojowy” związek zawodowy, o nazwie WZZ „Sierpień ‘80”, został niedawno ukarany przez sąd za to, że… bezprawnie zwolnił z pracy w swojej Komisji Krajowej kilka osób, w tym dziewczynę ciężko chorą na raka. Myślę, że „Sierpień ‘80”, który od lat bezskutecznie próbuje wprowadzić swoich ludzi do parlamentu, powinien teraz mieć już z górki. Widzę go w koalicji z Millerem i „Lewiatanem” – towarzystwo w sam raz dla związkowców łamiących kodeks pracy. A i nośne hasło wyborcze dla tego sojuszu się znajdzie, np. „Nie szukaj szczęścia w pracy – znajdziesz je na śmietniku”.
Na jakiekolwiek ideologiczne i praktyczne „wyprostowanie” polskiej polityki definitywnie straciłem natomiast nadzieję w ostatnich dniach. Stało się to za sprawą Platformy Obywatelskiej. Tym razem szok był jednak znacznie większy niż w przypadku wspomnianych wcześniej zdarzeń. Otóż PO, czyli partia, której szczerze nie cierpię i za doktrynę, i za praktykę, i za personalia – postanowiła promować rozwiązanie ze wszech miar pozytywne. Jej prominentni politycy oznajmili, że warto się zastanowić nad zmniejszeniem należności przekazywanych do Otwartych Funduszów Emerytalnych w ramach tzw. II filaru.
PO słusznie argumentuje, że po pierwsze państwowy ubezpieczyciel, czyli ZUS, jest lepszym gwarantem wypłacania emerytur niż prywatne firmy – z tego względu, że sama instytucja państwa ma charakter znacznie bardziej „długofalowy” niż choćby najbardziej stabilna firma prywatna. Po drugie, prywatne fundusze emerytalne wcale nie gwarantują wyższych świadczeń, bo nie dość, że ich celem jest maksymalizacja własnego zysku, nie zaś dbałość o emeryturę jakiegoś tam Kowalskiego (zresztą, jak wiemy, w Polsce emeryt i tak się wyżywi, na śmietniku), to w dodatku pieniądze ze składek inwestują w przedsięwzięcia tyleż ryzykowne, co podatne na ogólne trendy gospodarcze, jak choćby kryzys finansowy, który właśnie przeżywamy. Po trzecie wreszcie, w tych krajach, w których istnieją rozwiązania podobne do stosowanych w Polsce, zazwyczaj do OFE trafia mniejsza część składki (zatem świadczeniobiorca jest słabiej uzależniony od wahań zysków i poczynań prywatnych firm), niższy jest też poziom zysków, które ustawodawca pozwolił czerpać prywatnym ubezpieczycielom z pieniędzy obywateli (a zatem większe kwoty „pracują” na rzecz przyszłych emerytów i przypadną w udziale im zamiast OFE).
Różnych rzeczy się spodziewałem, ale nie tego, że partia otwarcie liberalna zaproponuje rozwiązanie zgodne z trendem, nazwijmy to, socjaldemokratycznym, odwołujące się wprost do zasady solidaryzmu społecznego i stanowiące odwrót od optyki indywidualistycznej, czy raczej – egoistycznej. Chyba mniejszy szok przeżyłbym, gdyby w Wigilię jakiś pies przemówił do mnie ludzkim głosem, co podobno może się zdarzyć, ale nie zdarzyło.
Tymczasem, zamiast ludzkiego głosu u psa, zaistniało na kanwie pomysłu PO coś zgoła przeciwnego, mianowicie ujadanie w wykonaniu ludzi. Ujadali nie tylko UPR-owscy ultraliberałowie, aktywni w rozmaitych politycznych pyskówkach odwrotnie proporcjonalnie do poparcia i znaczenia swojej partyjki, zawsze gotowi bronić „świętej własności prywatnej” i pomstować na państwo, nawet jeśli są gołodupcami zatrudnionymi w urzędzie gminnym. Do tego dyżurnego chóru dołączyli tym razem liczni zwolennicy PiS-u – nie tylko z jego liberalnego skrzydła, złożonego głównie właśnie z ex-upeerowców, ale także tacy, którzy werbalnie deklarowali się jako „solidaryści”, przeciwni „liberałom-aferałom” z PO.
Przez prawicowe fora internetowe przetoczył się jazgot spod znaku „Tusk kradnie nasze emerytury!!!”. Mojej na razie nie ukradł, za to pewien OFE obłowił się już nieco na składkach, które w imię wolnego rynku, przeciwstawionego „państwowemu molochowi”, muszę pod groźbą paragrafu przekazywać prywatnej firmie, do której nie mam żadnego zaufania i która, jak mniemam, pokaże mi gest Kozakiewicza, gdy za kilka dekad zostanę emerytem. No ale od czego są śmietniki, dam sobie radę.
W tym jazgocie pojawił się wątek rozsądny, wskazujący, że majstrowanie przy składkach emerytalnych ma służyć tuszowaniu rosnącego problemu z deficytem w zasobach budżetowych. Święty Boże, pomyślałem, świat byłby cudowny, gdyby dobre rzeczy robiono w nim zawsze z mądrymi intencjami, wyłącznie ze szlachetnych pobudek, w sposób przemyślany i rozsądny. Ale tak przecież nie jest. Największe zdobycze socjalne i zarazem cywilizacyjne zawdzięczamy tyleż pomysłom i wysiłkom porządnych ludzi, co i skutkom strasznych wydarzeń. Najpierw cały świat musiał pogrążyć się w nieoczekiwanym krachu o nazwie Wielki Kryzys, z takimi jego „atrakcjami” jak masowe bezrobocie, nędza, a nierzadko wręcz głód, aby nastąpiła po nim epoka etatyzmu, interwencjonizmu w gospodarkę oraz wzięcia przez państwo odpowiedzialności za los obywateli, gdy sami sobie z nim nie radzą, a śmietniki świecą pustkami. Przez znaczną część globu musiała się przetoczyć hekatomba II wojny światowej, żeby po niej nastąpiła odbudowa społeczna i gospodarcza, która w stosunku do realiów sprzed roku 1939 była prawdziwym skokiem do rogu obfitości i bezpieczeństwa. Tak już jest świat urządzony, że ludzie rzadko są mądrzy przed szkodą, a dobre pomysły z kart „utopijnych” rozważań wchodzą do praktyki politycznej dopiero wtedy, gdy już gorzej być nie może.
Nawet gdyby Tusk i spółka chcieli wprowadzić wspomniane zmiany w systemie emerytalnym w imię najgorszych intencji, to każdy faktyczny „solidarysta” powinien je poprzeć. Oznaczają bowiem odejście od mechanizmów indywidualistyczno-rynkowych na rzecz rozwiązań wspólnotowo-solidarnych. Tusk kiedyś rządzić przestanie, zaś zmiany w systemie ubezpieczeń emerytalnych – pozostaną.
Jakkolwiek uważam rządy PO za szkodliwe i chciałbym, żeby zakończyły się jak najszybciej, to wobec deklarowanego przez Tuska liberalizmu nie jestem zaskoczony ich przebiegiem. Zaskakują mnie natomiast – pozytywnie – decyzje idące, choćby mimochodem, pod prąd doktryny egoistyczno-prywatyzacyjnej. Jeśli zaś alternatywą wobec PO ma być PiS, który opowiada „solidarne” bajki, a prowadzi liberalną politykę gospodarczą, zaś jego zwolennicy zapluwają się w obronie OFE, to serdecznie dziękuję, ale nie skorzystam.
Wiem już, że polska polityka nie ma nic wspólnego z logiką, z odpowiedzialnością za słowa, z konsekwentnymi postawami, z powszechnie przyjętymi wzorcami ideowymi. Ale to jeszcze nie powód, żeby głosować wbrew swoim przekonaniom, a przede wszystkim – wbrew własnym interesom. Jeśli liberał Tusk zamierza zminimalizować ryzyko, że na emeryturze będę penetrował śmietniki, to niech już lepiej rządzi on niż „solidaryści” solidarni z interesami OFE, nie zaś z moimi.