Moja rusofilofobia

Na złość babci – tj. USA i prawicy – wiele osób z lewicy gotowych jest odmrozić sobie uszy. To znaczy wielbić Rosję.

Wyobraźmy sobie taki scenariusz. Państwowy koncern naftowy w średnio znaczącym kraju Ameryki Południowej (nazwijmy go X) zamierza kupić udziały w rafinerii sąsiedniego, jeszcze mniejszego kraju (Y). W ten sposób chce zmniejszyć zależność od dostaw ropy bezpośrednio z USA. Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych podejmuje w odpowiedzi działania mające na celu zablokowanie dostaw amerykańskiej ropy do rafinerii w kraju Y. Zamierza zdestabilizować jej funkcjonowanie, żeby zniechęcić koncern z kraju X do zakupu tak niepewnego przedsiębiorstwa. Wiceprezydent USA czyni tak, aby oba kraje utrzymać w zależności od swego państwa.

Idźmy w naszej historyjce dalej. Oto informacje o całej operacji wydostają się z zacisznych gabinetów Białego Domu. Huczą o niej media w kraju X. Jaka jest reakcja opinii publicznej? Pomińmy liberałów, dla których biznes jest biznes, a suwerenność to przeżytek. Zostawmy też proamerykańską prawicę. Co robi latynoska lewica?

Jej media małe i duże, papierowe i elektroniczne, nie posiadają się ze złości. Setki artykułów i komentarzy wyrażają oburzenie wobec działań władz USA. Dużo mówi się o suwerenności, drobiazgowo przypomina kolonializm oraz zbrodnie z czasów, gdy Biały Dom popierał wojskowe junty i krwawych dyktatorów ciemiężących lud. Palone są kukły z podobizną wiceprezydenta USA, lewicowo-populistyczni politycy krzyczą „Yankee go home!”, a wtórują im wielotysięczne tłumy. Lider protestujących, zaproszony do popularnego programu telewizyjnego – prowadzi go señora Monica Oyeynick, wnuczka imigranta z Moraw – oświadcza kilkumilionowej widowni: „Jestem antyamerykański i jestem z tego dumny”.

Czy to zdarzyło się naprawdę, pytasz mnie od rana – śpiewał Muniek Staszczyk w piosence o rzeźniku-kanibalu. Owszem, zdarzyło. Za kraj X podstaw Polskę, za Y – Litwę. Za USA – Rosję, za proamerykańskie junty wojskowe – zależne od ZSRR reżimy policyjno-wojskowe w demoludach. Wiceprezydent USA to wicepremier Rosji, Igor Sieczin. Miejsce i czas akcji: litewska rafineria Możejki, którą chciał kupić PKN Orlen latem 2006 r. od skonfliktowanego z Kremlem właściciela rosyjskiego koncernu Jukos. Wówczas to Sieczin miał polecić wstrzymanie dostaw ropy do owej fabryki, jako pretekst podając awarię ropociągu. Planowano też wstrzymać dostawy ropy na Litwę drogą morską, jednak władze tego kraju podobno zagroziły odwetem w postaci blokady trasy kolejowej z Rosji do Kaliningradu. W taki sposób zamierzano zniechęcić Orlen do sfinalizowania transakcji. Ot, kolejny epizod w traktowaniu przez Rosję surowców energetycznych jako bata na kraje znajdujące się do niedawna w jej strefie wpływów.

Ostatecznie Orlen kupił Możejki, a całą sprawę znamy z przecieków ujawnionych przez WikiLeaks. To samo WikiLeaks, które na całym świecie środowiska krytyczne wobec establishmentu uznały za świetne źródło informacji o knowaniach rządu USA. Za oazę na pustyni korporacyjnych mediów. Za głos wolności, zwalczany zaciekle przez możnych tego świata. Czy polska lewica – wzorem Latynosów – zaprotestowała przeciwko działaniom Rosji, czy oburzyła się na ingerencję w nasze sprawy, na aktywność zmierzającą do ograniczenia suwerenności dwóch niewielkich krajów? Czy sprawom rozgrywającym się w Polsce i na sąsiedniej Litwie poświęciła choć procent uwagi dedykowanej np. sankcjom ekonomicznym USA wobec odległej Kuby? Skądże, w ogóle jej to nie interesuje, a tym bardziej nie skłania do protestów. Spróbuj o tym napomknąć w lewicowym towarzystwie – natychmiast otrzymasz łatkę rusofoba, który zaczadzony prawicową propagandą wszędzie węszy kremlowskie spiski. Jak wiadomo, kremlowskich spisków nie ma – są tylko spiski CIA.

Nie mówię tu bynajmniej o „lewicy” postkomunistycznej. O nie, od tych pań i panów nie oczekuję niczego innego niż tego, co oni sami lub ich poprzednicy robili całe życie. To znaczy lizania wschodnich butów. Ten typ tak ma. Przed wojną brał z Kremla pieniądze, po wojnie brał stamtąd rozkazy, a pieniądze raczej wysyłał. To nieodłączna część jego tożsamości – nie zawsze nabywana chętnie, czasem wymuszona realiami ustrojowymi i geopolitycznymi, ale zawsze bazująca na niskich pobudkach. Oni już tacy po prostu są i nie zmienią się do śmierci – szkoda zachodu na roztrząsanie oczywistości. Sęk w tym, że w Polsce bardzo nasilone są postawy serwilistyczne wobec Rosji również w tej części lewicy, która z PZPR-em czy PRL-em nie miała wiele wspólnego, a nawet mieć nie mogła, bo jest na to zbyt młoda.

Ta lewica – rozmaite grupki młodzieżowe, gazety, portale internetowe, pojedyncze osoby – jest w najlepszym razie obojętna na wszystko, co robi Rosja, zazwyczaj jednak jej przychylna. Za to bardzo niechętna wobec tego, co określa mianem rusofobii, czyli wszelkiego krytycyzmu wobec poczynań kremlowskich władz. Nie mówię tu o krytyce prawicowej wizji „antyrosyjskości”, co byłoby zrozumiałe. Ona nie dopuszcza żadnej krytyki poczynań Rosji, a wręcz jest filokremlowska. Krytycyzm wobec naszego wschodniego sąsiada to dla niej synonim prawicowości czy wręcz interesownych powiązań z USA, a raczej z CIA.

Co gorsza, tego rodzaju trend narasta. Gdy kilkanaście lat temu stawiałem pierwsze kroki w środowiskach radykalnej lewicy, nie było tam żadnych prorosyjskich sentymentów i złudzeń. Nawet osoby odwołujące się do idealizowanych sowieckich doświadczeń – do „dobrego” Lenina w kontrze do „złego” Stalina – potępiały nie tylko współczesny rosyjski ultraliberalizm, ale również zamordyzm i ekspansjonizm tamtejszej władzy. Na organizowanej przez trockistów katowickiej imprezie „Guevariada” (nazwa od „Che” Guevary) anarchista Marek Kurzyniec opowiadał o widzianych osobiście okrucieństwach i zbrodniach wobec Czeczenów, a rosyjski związkowiec przedstawiał tragiczne położenie strajkujących górników, ofiar rządowych represji – i nikt nie bredził, że są rusofobami czy agentami CIA. Protestom przeciwko imperializmowi amerykańskiemu i łamaniu praw człowieka w krajach Zachodu, towarzyszyły równie ostre formy sprzeciwu wobec tego, co wyprawia Rosja. Dziś nie pozostał po tym niemal ślad – chyba jedynie polscy anarchiści (szczególnie poznańscy) nie zaczęli idealizować jednego reżimu w opozycji do drugiego.

Gdyby lewicę rusofilską zapytać o inspiracje ustrojowe i polityczne, wskazałaby głównie kraje Ameryki Południowej: Chávez, Morales, Chiapas, w najgorszym razie castrowska Kuba, w najlepszym zaś Brazylia ex-prezydenta Luli. Antyamerykanizm, walka z neokolonializmem, guerille i obywatelskie ruchy protestu, sprzeciw wobec szwadronów śmierci i wojskowych junt, regionalne bloki mające pomóc słabym krajom przezwyciężyć jankeską hegemonię. Ci sami ludzie, którzy są tak uczuleni na regionalną dominację Stanów Zjednoczonych i ich ingerencje w krajach Latynoameryki, nie dopuszczają myśli, że zasada podejrzliwości i krytycyzmu powinna dotyczyć wszelkich analogicznych sytuacji na całym globie. Rosja – wbrew doświadczeniom historii, jej obecnej polityce zagranicznej i realiom wewnętrznym – traktowana jest przez nich zgoła inaczej, niż USA. Nie tylko z wielką wyrozumiałością, ale wręcz jako podmiot, którego należy bronić za wszelką cenę, jakąkolwiek jego krytykę traktując w kategoriach fobii, histerii czy sprzedajności.

Jest to oczywiście sprzeczne z całą historią polskiej lewicy niekomunistycznej, większościowej aż do około roku 1944. Czy to PPS, czy pomniejsze środowiska polskiej lewicy były zawsze krytyczne wobec rosyjskiego despotyzmu i wszelkich ingerencji Kremla w życie innych krajów i narodów. Miało to uzasadnienie w ekspansywnej polityce rosyjskiej w regionie – czy były to rozbiory Polski, czy wielowiekowe tłumienie dążeń emancypacyjnych grup etnicznych i narodów wchodzących w skład wschodniego imperium. Miało też uzasadnienie w polityce wewnętrznej Rosji, opierającej się na knucie, nahajce i tajnej policji. Co więcej, nie chodziło tylko o rosyjskie władze. Choć znaczna część polskiej lewicy starannie rozróżniała między Rosjanami a ich władzą, tych pierwszych traktując jako „współbraci w ucisku i niewoli”, nierzadkie były też głosy krytyczne wobec mentalności tamtejszego społeczeństwa, które zamordystyczne rządy wielbiło i legitymizowało, niekoniecznie tęskniąc do lewicowych ideałów, jak wolność, ludowładztwo i równość w stosunkach między krajami.

Niechęć i podejrzliwość lewicy wobec władz Rosji nie uległa zmianie w międzywojniu, gdy carat zastąpiony został Komitetem Centralnym. Doświadczenia PRL-u trudno uznać za skłaniające do zmiany takiego stanowiska. Nawet jeśli odrzucimy dość dziecinną prawicową wizję historii, w której jest miejsce tylko na sowiecki zamordyzm, nie ma natomiast na takie czynniki sprawcze powstania PRL, jak wcześniejsza wojna rozpętana przez nazistów czy wypięcie się na nas w Jałcie przez zachodnich sojuszników, to w zgodzie z historycznymi ideałami lewicy PRL jest nie do obrony. Państwo policyjne, brak podstawowych swobód obywatelskich, tłumienie protestów przy pomocy czołgów, uzależnienie polityczne i ekonomiczne od ZSRR – trudno uznać za zgodne z etosem lewicy.

Nawet gdyby – co mocno dyskusyjne – potraktować siermiężny realsocjalistyczny socjal jako realizację lewicowych projektów, to przecież nie samym socjalem lewica żyje. Przykładowo, argentyński peronizm, który znacznie poszerzył zakres świadczeń socjalnych, lewica przeważnie traktuje jako quasi-faszyzm, w najlepszym razie udzielając mu bardzo krytycznego poparcia. A przecież Peron nie jeździł – inaczej niż Bierut do Moskwy – po wytyczne do Waszyngtonu.

Zostawmy jednak przeszłość. Można by dzisiejszą sympatię wobec Rosji zrozumieć, gdyby stała za nią jakaś obietnica. Ot, na przykład prospołeczny projekt ustrojowy. Tymczasem Rosja jest od niego odległa nie mniej niż Stany Zjednoczone, a wręcz znacznie bardziej. Niski podatek liniowy stymuluje, już wcześniej spore, rozwarstwienie społeczeństwa. Zwykły, dość dziki kapitalizm, świadczenia społeczne relatywnie niższe niż w dowolnym kraju Zachodu, władza umywająca ręce od cywilizowania stosunków pracy. Co z tego, że nieco wyższy niż gdzie indziej jest udział własności państwowej, skoro w żadnej mierze nie służy ona społeczeństwu, lecz garstce oligarchów? Gdy Norwegia ze sprzedaży ropy i gazu tworzy swoisty państwowy fundusz emerytalny dla ogółu obywateli oraz finansuje rozległą nowoczesną sferę publiczną, to rosyjskie surowce finansują tamtejszy militaryzm oraz futra kochanek wąskiej kliki „biznesmenów” z KGB rodem.

Szkoda nawet wspominać o masakrach w Czeczenii. Albo o brutalnych represjach wobec wszelkiej opozycji – nie tylko tej prozachodniej i ultraliberalnej, ale o pacyfikowaniu działalności wielu grup lewicowych, o brutalnym rozbijaniu protestów obywatelskich, o „nieznanych sprawcach” bijących i mordujących aktywistów społecznych czy ekologicznych. Gdyby podobne rzeczy działy się w Polsce, cała ta filorosyjska lewica, która dziś organizuje „kampanie solidarności” z każdym zatrzymanym na kilka godzin przez policję po demonstracji i z każdą ofiarą 400-złotowej grzywny, uznałaby, że żyje w państwie totalitarnym, albo… nie istniałaby w ogóle, bo resorty siłowe skutecznie wybiłyby jej to z głowy.

Jest jeszcze jedna domniemana przyczyna, a raczej alibi dla prorosyjskości młodej, niepostkomunistycznej lewicy. To domorosłe analizy geopolityczne, które znajdują w Rosji przeciwwagę dla światowej hegemonii USA. Jednak wspomniana koncepcja jest zarówno jałowa, jak i szkodliwa. Jałowa dlatego, że współczesna Rosja nie jest zdolna konkurować z USA w globalnym układzie sił. Gdyby szukać tego rodzaju przeciwwagi, wyrachowanie podpowiadałoby raczej Pekin niż Moskwę. Jednak – na szczęście – Chiny nie są na lewicy modne, a wręcz można je krytykować bez ryzyka oskarżeń o bycie agentem CIA lub sinofobem. Szkodliwa zaś dlatego, iż „stawka na Rosję”, nawet gdyby była realna, w naszej części kontynentu oznaczać będzie jedynie tyle, że „zapośredniczoną” – z racji odległości – uległość wobec Waszyngtonu zastąpi bezpośrednia i wymiernie dotkliwa zależność od Kremla.

Czym zatem to wszystko wyjaśnić? Oprócz naiwności wchodzi w grę czynnik, do którego owa „lewica na lewo od SLD” za nic w świecie się nie przyzna, bo przyznałaby się do własnej słabości. A polega ona na zapaści intelektualnej, przejawiającej się w nieumiejętności zaproponowania alternatywy programowej. W efekcie, lewica ta staje się lewicą reaktywną. Nie pyta i nie myśli o tym, co jest dobre i słuszne, nie rozstrzyga spraw z punktu widzenia historycznego etosu swojej formacji. Obserwuje jedynie, co robi i głosi prawica – i zajmuje stanowisko dokładnie odwrotne. Ponieważ polska prawica jest krytyczna wobec Rosji, bezmyślna lewica uważa, że jej obowiązkiem i wyznacznikiem lewicowości jest bezkrytyczna filorosyjskość. Gdy lewica latynoamerykańska zastanawia się, co jest dobre dla jej społeczeństw, nasza lewica potrafi jedynie myśleć, jak zrobić prawicy na złość.

I robi, tyle że przy okazji stawia na głowie cały swój system wartości. Nawet jeśli prawica popełnia w ramach filoamerykanizmu grzech akceptacji wielu wątpliwych poczynań USA, to lewica czyni to samo, akceptując haniebne poczynania Rosji, mimowolnie składając hołd wartościom owej prawicy. Pozostaje jedynie przypomnieć słowa lewicowca George’a Orwella z jego felietonu dedykowanego lewicowym filosowieckim dziennikarzom i intelektualistom brytyjskim: Nie wyobrażajcie sobie, że przez całe lata można uprawiać służalczą propagandę na rzecz radzieckiego lub też jakiegokolwiek innego reżimu, a potem powrócić nagle do intelektualnej przyzwoitości. Raz się skurwisz – kurwą zostaniesz.

Realny liberalizm

Podwyżki podatków – w tym VAT-u – nie stoją w sprzeczności z doktryną liberalizmu gospodarczego. Są jej perwersyjną kwintesencją.

Pewien popularny zespół muzyczny śpiewa, że „Nic nie boli tak, jak życie”. Nas owo życie zaboli już w najbliższych dniach, za sprawą podwyżki stawek podatku VAT na żywność, odzież, paliwo, część usług, książki itp. Sprawa była wielokrotnie komentowana w mediach, więc o szczegółach podwyżki pisać nie chcę. Wspomnieć warto jedynie o tym, że najbardziej uderzy ona w niezamożnych. Większość Polaków to, wedle wszelkich sondaży, osoby, które nie posiadają oszczędności ani aktywów generujących istotne dodatkowe dochody, przeznaczający niemal całe zarobki na finansowanie bieżących potrzeb konsumpcyjnych. Będą teraz płacili więcej za niemal każdy towar bądź usługę. Będą więc biedniejsi.

Nie jest to informacja bez znaczenia w całej, większej niż podwyżka VAT-u, układance. Wśród wielu komentarzy krytycznych wobec tej decyzji, znaczną część zajmują opinie, które rozliczają rząd PO – partii deklaratywnie liberalnej gospodarczo – ze „zdrady ideałów”. W uproszczeniu, ich treść sprowadza się do stwierdzenia: „Jako liberałowie powinniście obniżać podatki, wy zaś je podwyższyliście”. Takie opinie to przejaw liberalizmu „romantycznego”.

Każda ideologia ma co najmniej dwa warianty. Pierwszy to sielankowa wizja, której wprowadzenie w życie zwiastować ma początek nowej, lepszej epoki dla wszystkich, co najwyżej z wyjątkiem grup uznanych za wrogie („nie zasłużyli” na „lepszy świat”). Nie godzi się ona na kompromisy, a rzeczywistość postrzega przez pryzmat teoretycznych deklaracji. Każda ideologia, nawet najbardziej zbrodnicza, miała swoich „romantyków”, którzy krytykowali realny reżim za „zdradę ideałów”, a przynajmniej za częściowe odejście od pryncypiów, drobiazgowo wyliczając, że w tej i tej kwestii „nie tak przecież miało być”. Nazizm miał swoich „romantyków” w postaci braci Strasserów, którzy zarzucali Führerowi, że poszedł na kompromis z wielkim „plutokratycznym” kapitałem, a „aryjskim” robotnikom nie dał tyle, ile obiecywał. „Romantykami” komunizmu byli Trocki oraz „starzy bolszewicy” zamordowani w ramach czystek, zarzucający Stalinowi, że odszedł od „dziedzictwa Lenina”, zdradził sprawę Światowej Rewolucji, lekceważył rady robotnicze (sowiety) itd. Dziesiątki lat po upadku III Rzeszy i ZSRR ukazują się strasserowskie i trockistowskie gazetki, których autorzy przekonują, że „prawdziwego” nazizmu i komunizmu nie było nigdy (lub jedynie bardzo krótko), były tylko „błędy i wypaczenia”, które nie przekreślają „wspaniałości” samej doktryny i konieczności dążeń do jej „autentycznej” realizacji.

Z tego względu wszelkie nurty polityczne należy oceniać nie wedle deklaracji, lecz z punktu widzenia realnych wcieleń. Nawet te, które są mi bliskie, oceniam właśnie tak – program socjalistyczny czy socjaldemokratyczny jest dla mnie znacznie mniej ważny, niż jego realne wcielenia, np. w krajach skandynawskich, z ich ogromnymi zdobyczami, ale także słabościami, „wypaczeniami”, nierozwiązanymi problemami i niedotrzymanymi obietnicami. To nie praktycy są źli – to w samej ideologii coś było nie tak: czegoś nie wzięto pod uwagę, coś pochopnie zlekceważono, coś obiecano na wyrost.

Swoich „romantyków” ma też liberalizm gospodarczy. Gdy liberalni realiści podnoszą podatki, czytelnicy „Najwyższego Czasu!” pomstują na ich zaprzaństwo, nazywają łże-liberałami lub pseudoliberałami. Dokładnie tak, jak bracia Strasserowie i Trocki chłostali Hitlera i Stalina bezpłodnym słowem. Pragmatycy jednak niczego nie zdradzili. Widać to w kontekście podwyżki VAT-u doskonale, gdy przypomnimy sobie, jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu postrzegano orędowników leseferyzmu. Otóż gdy sięgniemy po stare, kanoniczne teksty programowe czy publicystyczne nie tylko socjalistów, ale także np. chadeków, wówczas dowiemy się, że liberalizm, który dziś stroi się w piórka idealistycznej walki z „uciskiem podatkowym” czy „wszechwładzą państwa”, traktowano po prostu jako doktrynę i ruch służące obronie przywilejów warstw posiadających. Takie było i jest sedno praktyki liberalizmu gospodarczego.

Podatki, owszem, chciano obniżać, ale głównie tym, którzy mieli najwięcej do stracenia na prospołecznym systemie fiskalnym. Tylko wyjątkowo naiwni mogą wierzyć, że liberalne stronnictwa polityczne kiedykolwiek poważnie przejmowały się stawkami podatkowymi takich „prywatnych przedsiębiorców”, jak sklepikarz czy szewc. „Pazerność rządu” zwalczana jest przez nich wtedy, gdy państwo sięga do kieszeni największych firm, wielkich biznesowych „rodów” i grup interesu. Wrzask liberałów-realistów słychać wtedy, gdy pojawia się ryzyko podwyższenia górnych stawek podatku dochodowego. Milczą zaś oni lub jedynie półgębkiem – dla uwiarygodnienia się – protestują, gdy rosną stawki najniższe. Ile razy słyszeliście z ich ust propozycję, żeby np. znacznie obniżyć podatek dochodowy nie bogatym, lecz najuboższym? Tzw. kwoty wolne od opodatkowania były zwiększane w większości krajów europejskich nie przez liberałów, lecz przez formacje socjaldemokratyczne lub chadeckie. Uznawały one, że jeśli ktoś nie powinien płacić podatków, to ci, którzy ledwo wiążą koniec z końcem, nie zaś ci, którzy ulgi podatkowe wykorzystują w teorii na „nowe inwestycje” i „tworzenie miejsc pracy”, zaś w praktyce na nowe jachty, większe wille i coraz bardziej egzotyczne wojaże.

Kolejnym mitem związanym z liberalizmem jest przekonanie, że dąży on do okiełznania tego, co Jankesi nazywają Big Government, czyli wielkim rządem. W rzeczywistości liberalni pragmatycy nigdy w dziejach nie „zmniejszyli” znacząco żadnego państwa. Realny liberalizm nie polega na ograniczaniu funkcji państwa i istotnym zmniejszaniu wydatków budżetowych. Jego celem jest jedynie zmiana kierunków działań państwa – tak, aby mniej wydawało ono na zaspokajanie potrzeb szerokich rzesz społecznych, zaś więcej środków i wysiłków poświęcało temu, co zwiększy profity bogatej garstki. Propaganda mówiąca o „zmniejszaniu marnotrawstwa” czy o „odebraniu biurokratom władzy nad obywatelami” to lep na łatwowiernych. W praktyce zmniejsza się budżetowe dotacje do szkół czy szpitali, aby więcej środków przeznaczyć na wspieranie wielkiego biznesu – czy to wprost, np. za pomocą dotacji do bankrutujących banków, czy pośrednio, prowadząc militarne podboje, aby przemysłowa oligarchia miała zapewnione tanie surowce i nowe rynki zbytu. Tam, gdzie przeciętny obywatel zostaje pozbawiony wsparcia – sam musi walczyć jako konsument z nadużyciami biznesu, jako pracownik z łamaniem przepisów lub nie ma ochrony ze strony niedofinansowanej policji – tam całe zastępy urzędników czekają na byle skinienie możnowładców, którym trzeba zbudować infrastrukturę niezbędną do prowadzenia biznesu, powołać specjalne strefy ekonomiczne, zmienić przepisy tak, aby nie przeszkadzały w zarabianiu forsy itd., itp.

Państwa nie jest wcale mniej – jest go tyle samo, a bywa, że nawet więcej. Tyle że nie dla nas, szaraczków, lecz dla nich, „inwestorów”, „prywatnych przedsiębiorców”, „biznesmenów roku” etc. Gdy liberalni pragmatycy zajmują się „upraszczaniem przepisów”, to można być pewnym, że ułatwią zatruwanie środowiska, usuwanie lokatorów z cennych lokalizacji lub dewastację zabytków, nie zaś zaskarżanie koncernów farmaceutycznych za zniszczenie naszego zdrowia lub „dewelopera” i prawnika, którzy wywłaszczyli nas z ziemi, na której stanie centrum handlowe. Nawet takie ikony liberalizmu gospodarczego, jak Reagan czy Thatcher, nie dokonały znaczącego ograniczenia funkcji i wydatków państwa. Pieniądze zaoszczędzone na zasiłkach dla bezrobotnych czy dotacjach do publicznego szkolnictwa trafiły do budowniczych autostrad czy prywatnego sektora militarnego. Środki, których nie otrzymały „nierentowne kopalnie”, wpłynęły na konta koncernów zajmujących się poszukiwaniami gazu na Morzu Północnym.

To samo dotyczy nie tylko ogółu podatników, ale nawet tej warstwy, którą liberałowie często wycierają sobie gęby, mianowicie drobnych firm prywatnych. Jeśli porównać budżetowe wsparcie dla wielkich korporacji z tym, co otrzymują niewielkie firemki, albo jeśli zestawić wysokość ulg podatkowych dla „magnatów przemysłowych” z tym, co zostaje w kieszeniach właściciela sklepu, apteki czy punktu naprawy parasoli, to liberalny czar pryska nawet z punktu widzenia „prywatnych przedsiębiorców”. To samo widać jeszcze lepiej, gdy rozmaite liberalne rządy upraszczają procedury np. eksploatacji ropy naftowej czy sprzedaży prądu, za to śrubują normy dla produkcji tradycyjnych wyrobów spożywczych. Na tych pierwszych biznesach zarabiają od pokoleń te same rody najbogatszych, zaś te drugie to konkurencja dla koncernów spożywczych. Gdyby przyjrzeć się np. lobbingowi na rzecz rozwiązań sanitarnych dla sektora spożywczego czy ferm hodowlanych, wówczas okaże się, że znakomita większość „socjalizmu”, czyli regulacji prawnych, jest pochodną nacisków wielkiego prywatnego biznesu, który wykańcza drobną konkurencję i zdrowie konsumentów, nie zaś knowań „lewaków” czy „biurokratów”. Nic zatem dziwnego, że np. w USA realne dochody klasy średniej spadały – zamiast rosnąć – w czasach rządów Reagana czy obu Bushów. Wzrosła za to liczba miliarderów i ubogich.

To, że liberalni pragmatycy nie rozmontowali nigdy i nigdzie „wielkiego rządu”, wynika w dużej mierze właśnie z tego, że ów rząd i jego budżet są nader przydatnymi narzędziami wspierania finansowej oligarchii. Wynika też jednak z tego, że pragmatycy nie są tak naiwni i kiepsko wykształceni, jak romantycy. Ci ostatni, co uderza przy bliższym zetknięciu się z takimi środowiskami, niezwykle rzadko dysponują choć podstawową wiedzą o procesach społecznych. To nie przypadek, że wśród zagorzałych propagandystów i wyznawców „prawdziwego liberalizmu” niemal nie uświadczy się socjologów, adeptów polityki społecznej czy planistów przestrzennych, lecz dominują tam ekonomiści-teoretycy (bo już nie ekonomiści badający realne ustroje i rozwiązania oraz ich skutki) lub absolwenci filozofii, politologii czy historii idei. Nie wiedzą oni tego, co wiedzą liberalni pragmatycy lub ich doradcy – że nowoczesne społeczeństwo nie może mieć oparcia w książkowym modelu „państwa minimum”. Tylko czytelnicy „Najwyższego Czasu!” mogą sobie roić, że masowe społeczeństwo, nie bazujące już na – dawno rozbitych przez dynamiczny kapitalizm – „naturalnych wspólnotach”, można ponownie oprzeć na rodzinach, kręgach sąsiedzkich, filantropii i dobrowolności. Upadek nowoczesnego państwa nie zaowocowałby sielanką spod znaku szczęśliwych wielodzietnych rodzin, opiekujących się rodzicami na starość i zgodnie żyjących wraz z innymi w przyjaznych społecznościach. Przyniósłby natomiast bezlitosną walkę wszystkich ze wszystkimi, w której to walce byłyby miliony ofiar, z łajzowatymi UPR-owskimi teoretykami na czele. Z tego też względu nawet Thatcher czy Reagan nie rozmontowali całkowicie pomocowych struktur państwa, lecz przenieśli część ich budżetów do kieszeni biznesu, czego skutkiem nie był bynajmniej renesans rodzin i „odpowiedzialnego polegania na własnych siłach”, lecz eskalacja patologii społecznych i wzrost liczebności „podklasy”.

Podwyżki VAT-u doskonale wpisują się w realny liberalizm. Państwo nowoczesne jest ze swej natury państwem kosztownym – może być nieco tańsze, lecz całkiem tanie nie będzie nigdy. Można je finansować dwojako – albo z wyższego obciążenia podatkowego bogatych, albo z podniesienia „haraczu”, który płacą wszyscy, w tym najubożsi. Gdy rządzą liberałowie, czyli stronnictwo dbające o interesy bogatszych warstw społecznych, wybiera się to drugie rozwiązanie. Wybór liberałów nie oznacza zatem zmniejszania podatków, a wręcz może oznaczać – co właśnie widzimy – ich podwyższanie. Wzrost stawek VAT-u nie jest zdradą ideałów liberalizmu gospodarczego. Jest ich konsekwencją.

Remigiusz Okraska

Czas na małe „es”?

Jeśli Piotr Duda spełni obietnice, „Solidarność” stanie się normalnym związkiem zawodowym. Zajmie się pracownikami, nie prawicą.

Zakończony niedawno XXV zjazd delegatów NSZZ „Solidarność” przyniósł raczej nieoczekiwane zwycięstwo Piotra Dudy w starciu o stanowisko lidera Związku. Pozycja jego rywala, Janusza Śniadka, wydawała się dość mocna, w czasie poprzedniej kadencji nie popełnił większych błędów, można też mówić o stosunkowo dobrej kondycji „Solidarności”. Pozostaje ona nie tylko związkiem największym, ale i jedynym dynamicznym. Dość licznie powstają nowe komisje zakładowe – i to często w prywatnych firmach – ale i działania ogólnopolskie nabrały nowej jakości, zgodnej z duchem czasu, czego przykładami są kampanie społeczne „Czy IKEA jest OK?” (prawa pracowników ochrony z firm zewnętrznych) i „UśmiechniętaKasjerka.pl” (warunki pracy w sieciach handlowych). Gdy OPZZ wydaje się pogrążony w biurokracji i marazmie, a związki małe, jak „Sierpień ’80”, spalają się w bezproduktywnym „radykalizmie” i niszowym politykierstwie, „Solidarność” jako jedyna wydaje się mieć przynajmniej zalążki pomysłu na działanie skuteczne. Skuteczne, czyli zdolne pomóc pracownikom konkretnych branż, jak i zainteresować opinię publiczną problemami grup zawodowych czy wręcz całego świata pracy.

Oczywiście pewne rzeczy można zapewne było zrobić lepiej, ale w kontekście stale malejącego uzwiązkowienia, przy wciąż istniejącej chamskiej nagonce liberalnych mediów na związki zawodowe, przy trwającym od kilku lat kryzysie gospodarczym – kadencję Janusza Śniadka można uznać za całkiem udaną. Stąd też zwycięstwo Piotra Dudy jest nieco nieoczekiwane, aczkolwiek być może zwiastuje ono bardzo pozytywną tendencję. Wydaje się, że Śniadek padł ofiarą procesu, który lapidarnie opisuje powiedzonko o rewolucji pożerającej własne dzieci. Przed laty, przejmując fotel lidera po Marianie Krzaklewskim, zapoczątkował proces częściowego odpolitycznienia „Solidarności” i skoncentrowania się na tym, czemu związki zawodowe służyć z definicji powinny – na obronie interesów swoich członków i dbałości o jak najlepsze warunki dla ogółu pracowników najemnych.

Nie był jednak Śniadek w tej postawie konsekwentny, a niedawne wybory przegrał z kandydatem, który o zwycięstwo ubiegał się pod hasłami znacznie silniejszego niż dotychczas zerwania z zajmowaniem się przeszłością, „etosem” i polityką. W zamian zapowiedział skoncentrowanie się na teraźniejszości: na rozwiązywaniu bieżących problemów pracowników najemnych, na stworzeniu takiego związku, który będzie atrakcyjny dla młodszych pokoleń, a także na zmianach struktury organizacyjnej „Solidarności”, aby była lepiej dostosowana do wyzwań, jakie stwarza dynamiczna i niełatwa sytuacja współczesnego rynku pracy. Słuchając deklaracji Piotra Dudy, aż chciałoby się powiedzieć: nareszcie.

„Solidarność” jest specyficznym przypadkiem organizacji, która swojej historii zawdzięcza chyba tyle samo atutów, co i „kul u nogi”. Wywodząc własną przeszłość ze szlachetnego masowego ruchu zrodzonego w sierpniu roku 1980, może przedstawiać się w pięknych barwach, o co trudno zarówno w przypadku OPZZ-u, powołanego w stanie wojennym, jak i w przypadku związków niewielkich, które są – zazwyczaj słusznie – kojarzone z ambicjami i prywatnymi interesami rozmaitych watażków. Dawnym wydarzeniom zawdzięcza też „Solidarność” bardziej wymierny atut, jakim jest zwarta struktura Związku, podzielonego na regiony, nie zaś na branże – jest jednolitą całością, nie zaś zlepkiem sfederowanych podmiotów, jak OPZZ czy Forum Związków Zawodowych.

Ten medal ma jednak również drugą stronę. Historia „Solidarności” zawiera wiele poważnych błędów czy poczynań wątpliwych moralnie. Nawet okres „mityczny”, dotyczący czasów opozycji antykomunistycznej, nie jest wcale taki piękny, jak przedstawiają to liderzy Związku przy okazji rocznicowych obchodów. „Solidarność” została bowiem u schyłku „komuny” reaktywowana w oparciu o pewien „mord symboliczny”, jakim było odtworzenie władz i struktur w oparciu o pretorianów Wałęsy, przy lekceważeniu ostatniej legalnej i posiadającej powszechny mandat władzy Związku, czyli Komisji Krajowej wybranej przed stanem wojennym. Dlatego w nowy ustrój „Solidarność” wkroczyła bez sporej części historycznych liderów, jak choćby Andrzej Gwiazda czy Marian Jurczyk.

Ale chyba nie to jest najgorsze. Przede wszystkim specyficzna przeszłość „Solidarności”, jako tyleż związku zawodowego, co ruchu społecznego, sprawiła, że przez lata – nierzadko aż do dziś – w jej łonie funkcjonowało mnóstwo osób, które były zapewne szczerymi antykomunistami i wiernymi adeptami etosu „styropianowego”, natomiast ani trochę nie były działaczami związkowymi i wyznawcami etosu obrony pracowników. Na „etos Sierpnia” mogą się powoływać nie tylko skrajni liberałowie, jak Balcerowicz, Tusk czy Lewandowski, których na szczęście z „Solidarnością” nikt nie kojarzy już od dawna. O wiele dłużej byli z nią kojarzeni ludzie, których z każdego normalnego związku zawodowego powinno się wyrzucić na zbity pysk i jeszcze mocno kopnąć na pożegnanie.

Lista takich postaci jest długa, mnie szczególnie zapadł w pamięć niejaki Marek Kempski, swego czasu przewodniczący Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Facet ten, stojący na czele regionalnej struktury, w której niemałą część bazy członkowskiej stanowią górnicy, zapisał się w historii światowego absurdu tym, że w mediach wychwalał politykę Margaret Thatcher wobec ich brytyjskich kolegów. Polityka owa polegała na likwidacji w ciągu zaledwie kilku lat ponad 120 tysięcy miejsc pracy w górnictwie, a ostatecznie na całkowitej likwidacji tej branży w Anglii. Tacy ludzie jak Kempski są właśnie spadkiem „Solidarności” z czasów, gdy mniej była związkiem zawodowym, bardziej zaś ruchem antykomunistycznym. Było ich przez lata w Związku sporo, choć powinni być raczej w UPR-ze.

To właśnie uwikłanie Związku w przeszłość sprawiło, że popełniał on kolosalne błędy. Najpierw rozłożył słynny „parasol ochronny” nad „naszym rządem” w pierwszych, kluczowych latach transformacji ustrojowej. Efektem było nie tylko bezrobocie i likwidacja wielu zakładów pracy (czyli podkopywanie własnej bazy członkowskiej), ale także łatka związku zawodowego, który nie broni pracowników, lecz sprzyja antypracowniczym posunięciom władzy i pracodawców. Przede wszystkim jednak taka postawa oznaczała zgodę na neoliberalny model przeobrażeń ustrojowych – i to w czasie, gdy istniały jeszcze szanse, aby wybrać alternatywną ścieżkę.

Gdy „Solidarność” w końcu wypowiedziała posłuszeństwo „naszemu rządowi”, uczyniła to nie tyle w imię obrony interesów pracowniczych, co w ramach zwrotu w prawo. Walczyła nie tyle z Balcerowiczem, co z Suchocką, nie tyle o prawa pracowników i prospołeczny model gospodarczy, lecz o zakaz aborcji, przeprowadzenie lustracji i z urojonym spiskiem elit przeciwko Kościołowi, narodowi, wartościom chrześcijańskim itp. Zamiast być skuteczną reprezentacją interesów pracowniczych – stała się główną siłą w obozie antykomunistycznej prawicy.

Nie chodzi bynajmniej o to, że organizacje pracowników nie powinny angażować się w politykę – mrzonką jest wizja apolitycznych związków zawodowych. Jednak zaangażowania takie powinny dotyczyć problematyki pracowniczej i społeczno-gospodarczej. Nie ma nic złego w tym, że „Solidarność” ze swoją przeszłością i tradycją jest związkiem chadeckim, że odwołuje się do wartości chrześcijańskich czy antykomunizmu. Staje się to problemem wtedy, gdy sprawy obyczajowo-kulturowe czy dotyczące przeszłości są główną i/lub najbardziej wyrazistą, medialną sferą działania związku oraz swoistą osią jego orientacji wobec bieżących wydarzeń. Związek, który urządza manifestacje przeciwko aborcji, którego liderzy zajmują się „intronizacją Chrystusa Króla” i zapisami o „wartościach chrześcijańskich” w Konstytucji, a jednocześnie bardzo niemrawo walczy o ochronę miejsc pracy, o standardy socjalne i o prospołeczne oblicze reform – to groteska. Związek, który atakuje rząd za „postkomunizm”, nawet gdy postkomunista Grzegorz Kołodko podejmował decyzje bardzo rozsądne na tle poprzedników-„etosiarzy”, a jednocześnie wspiera polityków antykomunistycznych, choć są skrajnymi liberałami – to absurd.

Związek zawodowy ma zrzeszać możliwie wielu pracowników i dbać o ich prawa, nie zaś narzucać im poglądy na kwestię aborcji albo nakłaniać do emocjonowania się teczkami SB. Jeśli jacyś członkowie związku – choćby nawet znaczna ich większość – chcą się zajmować tego rodzaju zagadnieniami, to istnieje cała paleta dostępnych struktur poza nim: partie polityczne, stowarzyszenia, ruchy społeczne itp. Ktoś powie: każdy może zmienić związek na taki, jaki mu odpowiada. Po pierwsze, nie w każdym zakładzie są dwa związki, po drugie tak się też stało: z „Solidarności” odchodzili nie tylko ludzie jej „lewego skrzydła” (było ich niemało, bo Związek przed rokiem 1989 wcale nie był – wbrew dzisiejszym mitom – ideologicznym monolitem spod znaku prawicy), ale także wielu „centrystów” czy po prostu osoby krytyczne wobec tak daleko posuniętych uwikłań politycznych. Nie zawsze mogły iść do konkurencji, bo nie trzeba być prawicowcem, żeby nie móc się przełamać do wstąpienia do OPZZ. Stąd też wiele osób w ogóle „wypadło” z działalności związkowej – jeśli dziś uzwiązkowienie w Polsce obejmuje zaledwie 7-8% pracowników, to oprócz wielu przyczyn strukturalnych inną jest to, że ich macierzysty, a zarazem największy w kraju związek zajmował się nie tym, czym powinien.

Apogeum uwikłania w kwestie z przeszłości i zarazem w skręt w prawo przypadło na okres rządów Akcji Wyborczej Solidarność. Wówczas to w znacznej mierze dzięki strukturom i finansom związku zawodowego, w parlamencie największą grupę stanowili religijni antykomuniści ze styropianową przeszłością. Co z tego mieli pracownicy najemni? Ogromny skok bezrobocia, spadek poziomu życia, prywatyzacyjne szaleństwo, dewastację ważnych branż (likwidacja wielu kopalń) i chybione „cztery reformy”, z których przynajmniej jedna – systemu emerytalnego – jest dla ludzi pracy i ich zabezpieczenia na starość po prostu szkodliwa. Co z tego miał Związek? Wylewane nań – w znacznej mierze zasłużenie – kubły pomyj, fatalny wizerunek, odpływ członków i utratę zaufania pracowników, dewastację części „bazy” (nie ma silnych związków zawodowych bez istnienia przedsiębiorstw i wysokiego poziomu zatrudnienia) oraz alergiczne reakcje na słowo „Solidarność” ze strony wielu osób.

Na szczęście przyszło opamiętanie. Krzaklewskiego, którego nazwisko w dziejach związków zawodowych powinno być symbolem hańby i obłędu, zastąpił na stanowisku lidera „Solidarności” Janusz Śniadek. Ten z kolei powinien w przyszłości otrzymać medal za to, że w ostatniej chwili uratował Związek przed całkowitym blamażem – zatrzymał i odwrócił negatywne trendy. Osiem lat jego władzy oznaczało powrót do zasadniczych zadań związków zawodowych. Jeśli dziś Piotr Duda wydaje się lepszy niż Śniadek, to nie dlatego, że ten drugi był zły, lecz ponieważ był za mało dobry. Czy to ze względu na poglądy, czy z uwagi na istniejący układ sił w Związku, Śniadek zrobił wiele, ale nie wszystko, co zrobić należało.

Wciąż za dużo było „etosu”, wspominków, święcenia sztandarów, mszy za ojczyznę, a przede wszystkim – takiego uwikłania w politykę, które nie było wyznaczane przez interesy społeczne, lecz przez stosunek do przeszłości czy „wartości chrześcijańskich” albo przez orientację wobec podziałów w łonie „obozu posierpniowego”. „Solidarność” podczas kadencji Janusza Śniadka zbyt słabo wyzwoliła się z błędów popełnionych po roku 1989. Zamiast być prospołeczna – choćby w duchu nauki społecznej Kościoła – była przede wszystkim prawicowa, co prowadziło do aliansów z prawicą mniej lub bardziej liberalną. Zamiast wspierać ugrupowania, które podejmują działania korzystne dla pracowników najemnych, Związek wspierał tych, którzy mocniej akcentowali antykomunizm – jakby w epoce globalizacji i szalejącego neoliberalizmu problemem był jakiś komunizm. Przykładowo, „Solidarność” była niezwykle oburzona – i słusznie – gdy za rządów PO doprowadzono do upadku polskich stoczni, tyle że niestety była znacznie mniej oburzona, gdy wcześniejszy rząd PiS-u nie robił nic, aby owemu upadkowi zapobiec. Co więcej, w miarę zaostrzania się sporu politycznego, Związek coraz wyraźniej stawał po stronie PiS-u, co groziło popadnięciem w te same jałowe i szkodliwe koleiny, które znamy z czasów AWS-u.

O ile jeszcze w roku 2005 można było z pozycji prospołecznych popierać kampanię wyborczą PiS-u i Lecha Kaczyńskiego, na serio, zdawałoby się, głoszących hasło „Polski solidarnej” przeciwko koncepcjom i interesom liberałów z PO, o tyle w roku 2010 nie ma to już żadnego sensu. „Polska solidarna” okazała się wabikiem na naiwnych, bo w praktyce PiS był solidarny wyłącznie z bogatymi (którym znacząco obniżono podatki), co nie powinno dziwić, gdy „twarzami” tego, pożal się Boże, solidaryzmu stali się Zyta Gilowska i Paweł Poncyljusz. Dziś natomiast PiS nawet nie udaje już, że chciałby realizować politykę gospodarczą i społeczną znacząco różną od tej w wydaniu PO, z tą może różnicą, że prywatyzację „złodziejską” ma zastąpić „uczciwa”, choć i to nie jest pewne. Sednem politycznego sporu staje się cały ten zestaw, który świetnie znamy z czasów AWS – walka z „Układem”, niekończące się spory o lustrację, „ochrona życia” i wyścigi w tym, kto bardziej czapkuje biskupom. Tymczasem związek zawodowy powinien być zainteresowany np. tym, aby instytucjonalnie ograniczyć wyzysk pracowników, nie zaś wiarą w bajeczki, że biznesmen, który nie współpracował z SB, będzie ich z natury rzeczy wyzyskiwał mniej niż ten, któremu w rozkręceniu biznesu pomagali faceci z WSI.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby „Solidarność” była związkiem chadeckim, żeby pamiętała o swej antykomunistycznej przeszłości i żeby ze swego „sierpniowego” etosu była dumna. Ale nie to jest sednem związku zawodowego – jest nim skuteczna obrona pracowników najemnych i walka o taki model gospodarki, który sprzyja zarówno im, jak i innym, jeszcze słabszym grupom społecznym (np. bezrobotnym) w starciu z interesami Kapitału. Deklaracje Piotra Dudy złożone podczas wyborczej batalii i po jej zakończeniu, a także uchwały programowe przyjęte przez XXV Krajowy Zjazd Delegatów – m.in. krytyczne wobec liberalnego „uelastyczniania” zasad pracy, deklarujące solidarność z bezrobotnymi, postulujące globalizację solidarności i ochronę interesów ludzi pracy na forum europejskim, akcentujące konieczność „ekspansji” Związku w nowych, „trudnych” sektorach (np. wielkie sieci handlowe i firmy usługowe) – dają nadzieję na to, że „Solidarność” wkroczy na nową drogę. Na drogę, którą powinna podążać od roku 1989. Drogę solidarności – tej przez małe „es”, autentycznej solidarności słabszych i wyzyskiwanych.

Dwa bratanki – mądry i głupi

Jeśli Polacy i Węgrzy są bratankami, my jesteśmy tym znacznie mniej udanym. Oni właśnie likwidują Otwarte Fundusze Emerytalne.

Premier Węgier, Viktor Orbán, właśnie zapowiedział likwidację prywatnych funduszy emerytalnych. Początkowo rząd, któremu przewodzi, deklarował czasowe ograniczenie wpłat z budżetu do OFE, w ramach zmniejszania deficytu finansów publicznych. Nie było w tym niczego szczególnie rewolucyjnego, gdyż po podobne rozwiązanie sięgnęły w obliczu kryzysu ekonomicznego inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Łotwa i Litwa zmniejszyły wysokość składek przekazywanych funduszom, Estonia zaprzestała czasowo przekazywać je w ogóle, Rumunia wycofała się z planowanej podwyżki ich wysokości, Słowacja pozwoliła wszystkim chętnym na rezygnację z przynależności do OFE i powrót do państwowego systemu ubezpieczeń.

Szef węgierskiego rządu początkowo deklarował zawieszenie przekazywania składek OFE do końca roku 2011, jednak obecnie mowa o całkowitej likwidacji tego rozwiązania. „Tylko państwo jest w stanie zapewnić ludziom godziwą emeryturę” – miał powiedzieć Orbán, porównując fundusze do hazardzistów, którzy w dążeniu do zysków ryzykują wielkie kwoty, tyle że nie swoje.

Tu warto poczynić pewną dygresję. Słowa premiera Węgier o hazardzistach są najbardziej zwięzłą metaforą neoliberalizmu. Zwolennicy tzw. wolnego rynku, którego notabene świat nigdy nie widział (nawet w epoce tzw. dzikiego kapitalizmu, czyli w XIX wieku, państwo pozostawało bardzo aktywne w dziedzinie polityki gospodarczej, a jednym z głównych aktorów owego „wolnego” rynku były kanonierki Jej Królewskiej Mości Imperium Brytyjskiego), lubują się w argumencie, że dziś wszędzie i wszystko reguluje państwo. Przekonują oni, że jeśli coś „nie działa”, winny nie jest rynek, lecz jego niedobór, że wszystko, co złe, od państwa pochodzi, że rynku krytykować nie można, bo wszak go nie ma. Argumentacja ta jest bliźniaczo podobna do wywodów ortodoksyjnych komunistów, którzy przekonują, że „prawdziwego” komunizmu nigdy nie było, że mieliśmy tylko „błędy i wypaczenia”. Zwolennicy Adama Smitha i Lwa Trockiego podają sobie ręce.

Owszem, wolnego rynku w postaci idealnej nigdy nie było od czasu, gdy wyszliśmy z jaskiń. Są tylko różne formy interwencjonizmu państwa w gospodarkę. Sęk w tym, po co państwo to robi. W systemach socjalno-demokratycznych (model europejski, model skandynawski, państwo opiekuńcze) czyni tak w imię poprawy doli ogółu obywateli, zmniejszenia nierówności społecznych i powszechnego awansu cywilizacyjnego. W modelu liberalnym państwo również jest na wiele sposobów aktywne w sferze gospodarczej, tyle że po to, aby zwiększać różnice majątkowe i zmniejszać równość szans rozwojowych między bogatą elitą a „dołami” społecznymi – przy czym owe „doły” obejmują, jak to było w USA przez lata rządów neokonserwatystów, również klasę średnią, stale ubożejącą. Nawiasem mówiąc, model liberalny ma wiele wspólnego z tzw. realnym socjalizmem, w którym polityka państwa również służyła wąskiej kaście, z tą różnicą, że oligarchię biznesową zastąpiła partyjna klika.

Neoliberalizm nie jest liberalizmem takim, jaki istnieje w wywodach Adama Smitha i autorów libertariańskich czytanek. To liberalizm realny, tj. taki, w którym „zły” jest interwencjonizm państwa, gdy służy uboższym, „dobry” zaś wtedy, gdy potęguje potęgę już potężnych. Państwo ma nie przeszkadzać wielkiemu biznesowi w osiąganiu coraz większych zysków, natomiast powinno pokrywać koszty wszelkich „skutków ubocznych” jego działań. Czy będą to wojny o ropę, żeby paliwowi giganci mogli zarabiać, czy finansowanie policji, aby chroniła zamożnych przed „wyrzutkami społecznymi”, czy dotacje dla banków upadłych wskutek ryzykownych operacji, czy pokrywanie kosztów dewastacji środowiska – za to wszystko płacą biedni ze swoich podatków, bo podatki dla bogaczy są coraz mniejsze, a ich dochody coraz lepiej ukryte. Noam Chomsky nazwał to bardzo trafnie: uspołecznianiem kosztów i prywatyzowaniem zysków.

OFE są wręcz modelowym przykładem realnego liberalizmu. Państwo ustawowo zmusza ogół obywateli do przekazywania ogromnych kwot prywatnym funduszom. Cały proces jest skonstruowany tak, że „darczyńcy” w zasadzie niczego nie mogą żądać w zamian ani na nic konkretnego liczyć – wystarczył jeden kryzys gospodarczy, który zresztą nasz kraj nieco ominął, abyśmy dowiedzieli się, że wartość aktywów zgromadzonych w OFE przez dekadę ich istnienia, zmalała o… W zasadzie nie wiadomo o ile, bo to wszystko jest mocno niejasne, ale mowa o utracie nawet połowy środków. Prywatny biznes dostaje od nas olbrzymie kwoty, kontrola nad nimi jest niewielka, prowizje za obsługę tych pieniędzy spore (wyższe niż w ZUS-ie) i w zasadzie nienegocjowalne, a spodziewane korzyści – co najmniej enigmatyczne.

Co będzie, jeśli jakiś OFE na przestrzeni lat zbankrutuje i powie to, co oznajmiły klientom i społeczeństwu amerykańskie banki: „nie mamy pieniędzy na wasze roszczenia”? Że co? Że ZUS też jest niepewny? Nic nie wiadomo, żeby w ciągu ostatnich kilku dekad jakieś poważne państwo na serio zbankrutowało, za to bankructw prywatnych firm było całkiem sporo. W dodatku państwo posiada instrumenty, dzięki którym niedobory wpływów w jednej dziedzinie może rekompensować dochodami z innych źródeł. Ot, choćby podnieść podatki bogatym.

O tym, że OFE nie mają sensu z punktu widzenia interesu społeczeństwa, lecz służą jedynie interesom biznesowej oligarchii, wiedzą fachowcy. Nie miejsce tu na długie wywody – mówiła o tym w wywiadzie dla „Obywatela” prof. Józefina Hrynkiewicz już ponad 4 lata temu, zaś nowsze spojrzenie na tę kwestię można znaleźć tutaj. Decyzja Viktora Orbána jest więc ze wszech miar sensowna.

Jest ona także bardzo wymowna w kontekście porównawczym. Historia najnowsza Polski i Węgier jest bowiem podobna, a obecny szef węgierskiego rządu to ulubieniec znacznej części naszej rodzimej prawicy liberalnej. Orbán był wielokrotnie komplementowany przez czołowych polityków i ideologów nadwiślańskiej prawicy – antykomunista, piewca „wartości chrześcijańskich”, niezłomny bojownik z węgierskim „układem” (synteza postkomuny i części „opozycji demokratycznej”), polityk proamerykański i antyrosyjski. Peany na jego cześć drukowała „Rzeczpospolita”, książkę Orbána wydała „Fronda” itd. Wypisz, wymaluj: węgierski „trzeci bliźniak”.

Istnieje taki termin, jak „mąż stanu”, używany zazwyczaj na wyrost, w dodatku kryteria za nim stojące są niejasne i czysto uznaniowe. Ogólnie mówiąc, odnosi się on do tych polityków, którzy w imię interesu społecznego/narodowego potrafili podejmować decyzje nie tylko idące pod prąd postawom z głównego nurtu, ale także takie, które były wbrew poglądom ich własnego zaplecza politycznego. Viktor Orbán nie jest politykiem z „mojej bajki” – nie ta orientacja ideowa oraz wiele decyzji, których bym nie poparł. Nie wiem, czy zasługuje on na określenie „mąż stanu”, wiem natomiast, że potrafi wykroczyć poza schematy własnego środowiska, gdy uzna, że będzie to dobre dla ojczyzny, narodu, społeczeństwa.

Natomiast w Polsce tym środowiskom, które tkwią w przekonaniu o własnej wyjątkowej wartości, nieomylności, szlachetności i wizjonerstwie, nic takiego się nie zdarza. Są albo papugami (bądźmy tacy jak Ameryka), albo mechanicznymi anty-papugami (jeśli coś popiera UE, Niemcy lub Rosja, to my jesteśmy przeciw), albo zakładnikami sztampowych poglądów własnego środowiska i elektoratu. Viktor Orbán zaczynał jako gospodarczy liberał. Gdy zorientował się, że tego rodzaju poglądy są zasłoną dymną dla drenażu Węgier jako państwa oraz przeważającej części węgierskiego społeczeństwa, odszedł od nich. Już wcześniej miał na koncie posunięcia prospołeczne (m.in. likwidacja opłat za leczenie szpitalne, wprowadzonych przez tamtejszą… centrolewicę), teraz zaś demontuje złodziejstwo zwane OFE. W Polsce natomiast wyborczym hasełkom o „Polsce solidarnej” towarzyszyła Zyta Gilowska w rządzie i znacząca obniżka obciążeń fiskalnych dla bogatych podatników, a o jakichkolwiek choć trochę rewolucyjnych decyzjach, w rodzaju likwidacji OFE, nie było nawet mowy.

Jeśli więc Polak i Węgier to dwa bratanki, my jesteśmy tym głupszym.

Odpieprzcie się od Wajraka

Tak, bronię dziennikarza „Gazety Wyborczej”. I wcale się tego nie wstydzę.

Są takie chwile, kiedy trzeba zrobić coś, o czym człowiek wie, iż choćby nie wiem jak się starał i tłumaczył, to i tak nie wybroni się przed opiniami, że się sprzedał, że zdradził, że stracił twarz i co tam jeszcze. Ale ja zawsze uważałem, iż można wejść w sojusz choćby z diabłem, jeśli diabeł służy dobrej sprawie. Z takim właśnie przekonaniem staję po stronie dziennikarza „Gazety Wyborczej” – i samej tejże gazety – mianowicie Adama Wajraka.

Miesięcznik „Press” w swym bieżącym numerze opisał „aferę”, która polega na tym, że Ministerstwo Środowiska zapłaciło wydawcy „Gazety”, spółce Agora, 61 tys. złotych, za dwa teksty promujące walory przyrodnicze Puszczy Białowieskiej i konieczność jej ochrony, ciepło wypowiadające się też o ówczesnym szefie resortu środowiska, prof. Macieju Nowickim.

Tekst w branżowym periodyku wywołał głosy potępienia – przykład znajdziecie tutaj. Co tak bardzo oburzyło? Ano to, że owe teksty ukazały się bez adnotacji, iż stanowią tzw. artykuły sponsorowane, co zwyczajowo się zaznacza w tego rodzaju publikacjach. Wydawcy „Wyborczej” tłumaczą, że zaszło nieporozumienie, a do samej sytuacji doszło dlatego, iż jakiś pracownik przekroczył swoje uprawnienia. Deklarują też, że zwrócą pieniądze. Sam Wajrak mówi, co jest w całej sprawie kluczowe, iż „Moje wynagrodzenie było wielokrotnie mniejsze, to była zwykła wierszówka”. Tłumaczy też, że w obu tekstach nie zawarł niczego, z czym nie zgadzałby się osobiście – choć sponsor artykułów miał prawo wglądu w ich treść przed drukiem – co jednak nie przekonuje tzw. opinii publicznej, czego przykład mamy choćby tu (do potępień Wajraka włączył się w komentarzach, pod pseudonimem, także jeden ze współpracowników „Obywatela”…). Cała sprawa, przy okazji, posłużyła do kolejnego ataku na ochronę przyrody – wiadomo, „zieloni” to sprzedajne cwaniaki, a tajemnicze lobby płaci im za blokowanie rozwoju Polski, który to rozwój według pyskatych przygłupów polega na wylewaniu asfaltu i betonu gdzie się da, szczególnie w miejscach cennych przyrodniczo i malowniczych.

Nie powiem, że podoba mi się prezentowanie artykułów opłaconych „z zewnątrz” bez adnotacji „artykuł sponsorowany”. Nie powiem również, że podoba mi się takowy „sponsoring” jakichkolwiek treści w mediach. Nie podoba. Ale dziwię się, że takie oburzenie branżowych cnotek wywołała akurat ta sprawa. To doprawdy ciekawe, że dziennikarzy „Press” nie oburzają inne, bliźniacze fakty. Nie oburza ich na przykład to, że w mediach jako niezależni eksperci i „znawcy tematu” brylują notorycznie faceci z Centrum im. Adama Smitha, czyli neoliberalni doktrynerzy na usługach wielkiego biznesu. To ciekawe, że „Press” nie zainteresował się tym, czemu w mediach publicznych i prywatnych dziesięć razy częściej można natrafić na „ekspertów” z CAS niż na ekonomistów o poglądach prospołecznych. To ciekawe, że „Press” nie zainteresował się, kto owo CAS sponsoruje – myślę, że dziennikarskie śledztwo pokazałoby bardzo interesujące zależności między interesami sponsorów owych „ekspertów” a stronniczymi wywodami, które prezentują oni na wizji, fonii i na papierze. Na Zachodzie dziennikarze tamtejszych „Pressów” są nieco bardziej pracowici i dzięki temu wiemy, że neoliberalna propaganda różnych „ekspertów”, „fachowców” i „komentatorów”, oczywiście zawsze „niezależnych”, jest zazwyczaj sponsorowana przez wielki kapitał.

Można też zapytać, dlaczego o potrzebie budowy autostrad – za miliardy złotych z publicznej kasy – przekonują nas często tzw. dziennikarze motoryzacyjni, czyli osoby siedzące na różne sposoby w kieszeni koncernów samochodowych i paliwowych. Ale „Press” jakoś nie wpadł na to, żeby zestawić ogromną ilość propagandy proautostradowej i mizerną ilość materiałów o zaletach – społecznych i ekologicznych, ale także ekonomicznych – transportu kolejowego z kwotami, jakie na public relations wydają, dajmy na to, General Motors i Shell z jednej strony oraz Polskie Koleje Państwowe i PESA S.A. (to taki polski producent pociągów i tramwajów, moi drodzy). Albo weźmy inny przykład – ciekawe, dlaczego dziennikarzy nie interesuje to, że w mediach czołowym komentatorem w sprawie żywności modyfikowanej genetycznie jest prof. Tomasz Twardowski, prezentowany zazwyczaj jako naukowiec z Polskiej Akademii Nauk. Naukowiec Twardowski jak lew broni GMO – zapewne tylko przypadkiem jest on też prezesem Polskiej Federacji Biotechnologii, głównej polskiej organizacji lobbującej na rzecz interesów wielkich koncernów biotechnologicznych. Olaboga, Wajrak „sprzedał się” za 60 tysięcy – ciekaw jestem, czy ta kwota stanowi 1, czy może 3% rocznych budżetów wspomnianych „niezależnych” instytucji, reprezentowanych w mediach przez „niezależnych” ekspertów.

Ale wróćmy do sedna sprawy. Adam Wajrak nie jest z „mojej bajki”. Nie tylko dlatego, że „Gazetę Wyborczą” uważam za medium i środowisko z wielu względów szkodliwe, współodpowiadające za patologiczny kształt polskiego życia politycznego, debaty publicznej, ładu medialnego itd. Również dlatego, że sam Wajrak nie zawsze w relacjonowaniu tematów ekologicznych zachowywał się fair. Tak było w przypadku głośnego konfliktu w sprawie budowy autostrady przez park krajobrazowy i rezerwat przyrody na Górze św. Anny. Tak było również, gdy swoimi publikacjami usiłował swego czasu stworzyć wrażenie, że niemal cały polski ruch ekologiczny popiera Unię Wolności. Są więc pewne rachunki krzywd. Jeśli jednak mam wybierać między „demaskatorami” z „Pressu” i antyekologicznymi maniakami z blogów internetowych, a Wajrakiem, to staję po stronie dziennikarza „Wyborczej”.

Powód jest prosty. Niezależnie od tego, jak naprawdę wyglądały relacje finansowe między Ministerstwem Środowiska a Agora S.A., kto zawinił, kto co przeoczył, kto się skusił na łatwe pieniądze itd., pewne jest jedno. To mianowicie, że Adam Wajrak mówi prawdę, gdy twierdzi, iż w jego artykułach stanowiących przedmiot wspomnianych kontrowersji, nie ma ani słowa, pod którym osobiście by się nie podpisał. Można nie lubić „Gazety”, można się nie zgadzać z Wajrakiem w tym lub owym, ale nie ma w Polsce w dużych mediach innego dziennikarza, który poświęciłby ochronie przyrody tak wiele tak odważnych tekstów, i nie ma innej dużej gazety, która by tyle właśnie takich tekstów wydrukowała.

Wajrak – choć wiele osób kojarzy go głównie ze sprawą obrony Doliny Ropsudy (którą to sprawę antyekologiczni prawicowi paranoicy uważają za zamach na Polskę, na PiS i na prawicowość – tak jakby ów PiS nie forsował nad Rospudą rozwiązania przygotowanego uprzednio przez swoich rzekomych wrogów z SLD) – pisze na takie tematy od wielu lat. Pisze o nich w podobnym duchu niezależnie od tego, kto akurat jest u władzy. Pamiętam jego rzetelne i odważne teksty o ochronie polskiej przyrody i z połowy lat 90. (koalicja SLD – PSL), i z czasów rządów AWS (koszmarnych pod względem niszczenia przyrody) od 1997 do 2001 roku, i z wtedy, gdy resort środowiska ponownie obsadzały SLD i PSL (również wysyp antyekologicznych działań resortu), i gdy w czasach braci Kaczyńskich na stanowisko ministra trafił Jan Szyszko. Pamiętam też dobrze, że Wajrak ochronie Puszczy Białowieskiej – najcenniejszego polskiego skarbu przyrodniczego, unikatowego w skali całej Europy, lecz wciąż niszczonego przez matołków z samorządu lokalnego i pazernych leśników – poświęcił ogromną ilość tekstów, publikowanych od połowy lat 90., zanim jakiekolwiek ministerstwo zdecydowało się Agorze zapłacić za cokolwiek.

Gdy przed kilkoma laty miałem przyjemność należeć do grona liderów najbardziej bojowej polskiej organizacji broniącej przyrody, Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, to właśnie Wajrak był jedynym dziennikarzem ogólnopolskich mediów, który nie obawiał się opisywać „przekrętów”, jakie kosztem cennych miejsc przyrodniczych robili ówcześni decydenci resortu środowiska i podobnych instytucji (a było to, drodzy prawicowcy, podczas rządów „postkomuny”). Nie zawsze pisał tak, jak byśmy chcieli – czasem późno, czasem prezentując tylko część haniebnych faktów – ale był, powtarzam, jedynym polskim dziennikarzem głównego nurtu, który w ogóle się takimi kwestiami zainteresował. A zainteresowanie kilkoma z nich wymagało odwagi cywilnej – znacznie większej niż anonimowe pyskowanie na blogach o czyjejś „sprzedajności”, zresztą zazwyczaj w wykonaniu autorów, których nikt nie chciałby kupić.

To, że Wajrak napisał przy okazji prezentacji walorów Puszczy Białowieskiej i potrzeby jej ochrony swoistą „laurkę” dla ministra Macieja Nowickiego, jest oczywiście dwuznaczne – zwłaszcza dla laików – w kontekście kwoty przekazanej przez resort wydawcy „Gazety”. Ale nie ma potrzeby wątpić, że Wajrak napisałby to samo niezależnie od umowy finansowej. Maciej Nowicki nie był idealny, jednak był naprawdę dobrym ministrem środowiska. Piszę to z pewnym zakłopotaniem, bowiem był owym ministrem w rządzie PO, partii uznawanej przeze mnie za najbardziej szkodliwe ze wszystkich obecnych znaczących ugrupowań. Co więcej, był od wielu lat pierwszym szefem resortu, który zajmował się nie tylko bieżącym „zarządzaniem” ochroną środowiska w Polsce, ale chciał również ocalić cenne obszary, mimo iż wkraczał w ten sposób na śliski, kontrowersyjny, ryzykowny grunt. Nowicki ocalił Dolinę Rospudy, ale przede wszystkim podjął drażliwy temat Puszczy Białowieskiej, w odniesieniu do której zarówno krótko trzymał leśników, przyzwyczajonych do jej niszczenia, jak i podjął realne działania, aby włączyć kolejne puszczańskie tereny do Białowieskiego Parku Narodowego, gdyż tylko to może zapewnić im faktyczną ochronę. To nie Wajrak „na zamówienie” chwalił Nowickiego – chwaliła go znakomita większość organizacji ekologicznych, a sam Wajrak miałby mnóstwo powodów do takich pochwał, w świetle swoich nieraz deklarowanych poglądów, niezależnie od przelewów na konto Agory czy swoje.

Można negatywnie oceniać relacje finansowe Ministerstwa Środowiska z wydawcą „Gazety Wyborczej”. Nie należy jednak bezmyślnie atakować Adama Wajraka – jednego z niewielu polskich dziennikarzy, który wielokrotnie odważnie stawał w obronie przyrody. Każdy, komu leży na sercu dobro polskiego dziedzictwa przyrodniczego, powinien odciąć się od tej nagonki.