przez redakcja | piątek 1 sierpnia 2014 | broszury, inspiracje

Wznowiony w stulecie wyruszenia Legionów na bitewne pola, mało znany tekst Andrzeja Struga. Jest on hołdem złożonym polskiemu czynowi zbrojnemu i żołnierzom odrodzonej armii, jak i świadectwem współudziału w tym dziele głównego wówczas nurtu polskiej lewicy.
Broszura ukazała się pierwotnie, jedyny jak dotąd raz, w roku 1926. Nie udało się ustalić, czy edycja miała miejsce przed czy po zamachu majowym. Jest to pozycja niemal nieznana, nie powołują się na nią wcale lub jedynie w niewielkich wzmiankach biografowie i inni badacze dorobku jej autora.
Broszurę można zdobyć kupując kwartalnik „Nowy Obywatel” nr 13 (64) – zamawiając u wydawcy.
Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

przez redakcja | poniedziałek 12 maja 2014 | nasze rozmowy
O zagrożeniach związanych z umową o Transatlantyckim Partnerstwie w dziedzinie Handlu i Inwestycji opowiada czeska ekonomistka Nadia Johanisová.
***
Do świadomości opinii publicznej powoli zaczynają przenikać informacje na temat przygotowywanej strefy wolnego handlu pomiędzy UE a Stanami Zjednoczonymi – Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP). Od pewnego czasu zajmuje się Pani tym tematem. Jak TTIP wpłynie na nasze życie, jeśli zacznie obowiązywać?
Nadia Johanisová: Tego na razie nie można dokładnie określić. Jednak nawet Komisja Europejska przyznaje, że wprowadzenie takiej umowy może np. spowodować nowe problemy z bezrobociem wskutek przenikania amerykańskich firm na nasz rynek.
Komisarz UE ds. handlu Karel de Gucht twierdzi coś zgoła przeciwnego. TTIP ma ponoć stworzyć setki tysięcy nowych miejsc pracy.
N. J.: To tylko obietnica. Szczegółowa analiza Komisji Europejskiej z marca 2013 r. mówi tymczasem jasno o „długotrwałym i znaczącym” wzroście bezrobocia, jeśli TTIP nabierze mocy prawnej. To logiczne: ponadnarodowe firmy amerykańskie uzyskają większy dostęp do rynków europejskich, a ich produkty będą stanowić konkurencję dla naszych. Produkty z Europy mogą teoretycznie przenikać na rynek amerykański, ale będzie to dotyczyło jedynie dużych firm, natomiast większość zatrudnienia w UE zapewniają małe i średnie przedsiębiorstwa.
Jakie jeszcze problemy mogłaby przynieść umowa o TTIP?
N. J.: Państwa byłyby zobowiązane do otwarcia rynków szkolnictwa i służby zdrowia dla prywatnych firm z zagranicy. Zagrożone są europejskie przepisy ograniczające wykorzystywanie w produkcji niebezpiecznych środków chemicznych. To tylko wybrane przykłady. Problem stanowi również to, że umowę sformułowano w sposób bardzo ogólny. W przyszłości może ona umożliwić firmom zakwestionowanie praktycznie każdej państwowej czy unijnej regulacji prawnej, a nawet strategicznej decyzji politycznej poprzez uznanie jej za „barierę pozataryfową”.
Czym dokładnie jest bariera pozataryfowa?
N. J.: Słowo „pozataryfowa” oznacza, że nie chodzi o barierę taką jak taryfa, czyli cło importowe lub eksportowe. Taką barierę może stanowić jakakolwiek regulacja prawna, którą firmy mogłyby uznać za przeszkodę w handlu czy raczej za przeszkodę w osiągnięciu zysku. Łącznie z regulacjami prawnymi dotyczącymi ochrony zdrowia, środowiska, zamówień publicznych czy niektórych demokratycznych praw obywatelskich.
Może też chodzić o regulacje dotyczące warunków zatrudnienia i pracy – np. działalności związków zawodowych. W konsekwencji układy zbiorowe pracy mogłyby zostać uznane za niepożądane przeszkody. Umowa wzywa bowiem do harmonizacji standardów, a amerykańskie regulacje dotyczące warunków zatrudnienia i pracy stoją na niższym poziomie niż nasze.
Czy wobec tego możemy się doczekać sytuacji, że – podobnie jak w Stanach Zjednoczonych – nie będziemy mieć ustawowo zagwarantowanego prawa do urlopu, wynikającego ze stosunku pracy?
N. J.: Ze względu na tajność kluczowych dokumentów niełatwo powiedzieć, czego dokładnie możemy się spodziewać. Faktem jest, że Stany Zjednoczone – w odróżnieniu od krajów europejskich – nigdy nie ratyfikowały fundamentalnych konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy. Jeszcze przed rozpoczęciem negocjacji o TTIP europejscy urzędnicy odbyli 119 tajnych narad z przedstawicielami dużych europejskich firm. Informacje o tym wyszły na jaw dopiero we wrześniu 2013 r.
Mówi Pani o tajnym charakterze negocjacji oraz informacjach, które przeniknęły na zewnątrz. Ale europejscy i krajowi przedstawiciele polityczni nieustannie uspokajają, że nie ma powodu do obaw, bo, jak twierdzą, nie będą działać przeciwko naszym interesom.
N. J.: Przy bardziej szczegółowej analizie tej kwestii ogarnęło mnie przerażenie, ponieważ w rzeczywistości nawet demokratycznie wybrani reprezentanci poszczególnych krajów nie mają dostępu do niektórych materiałów – zwłaszcza do listy żądań strony amerykańskiej. One będą dostępne tylko dla urzędników państwowych, wyłącznie w specjalnych pomieszczeniach i bez możliwości sporządzania kopii. Podobnie, członkowie amerykańskiego Kongresu nie będą mieli dostępu do listy żądań strony europejskiej. Wszystko wskazuje na to, że omawiane kwestie są rozpatrywane w dużej mierze pod dyktando ponadnarodowych firm.
Wspomniała Pani o możliwości kwestionowania prawodawstwa unijnego lub poszczególnych państw ze strony firm. Czy oznacza to, że dochodziłoby do arbitraży międzynarodowych?
N. J.: Firmy rzeczywiście będą mogły zwrócić się do rządu i żądać zmian w prawodawstwie, o ile uznają coś za barierę pozataryfową. Jeżeli ich żądania nie zostaną spełnione, mogą zaskarżyć dane państwo lub UE do sądu arbitrażowego za straty w zyskach. Już obecnie UE znajduje się pod dużym naciskiem ze strony korporacyjnych lobbystów, którzy starają się o obniżenie wielu standardów. Taki nacisk mógłby znacząco wzrosnąć. Jest nawet rozważana możliwość, według której firmy mogłyby ingerować w przebieg procesu legislacyjnego poszczególnych państw, co naruszyłoby same fundamenty demokracji parlamentarnej.
Podała Pani przykład regulacji dotyczących warunków zatrudnienia i pracy. Co jeszcze mogłoby zostać uznane za barierę pozataryfową?
N. J.: Na przykład zakaz importu żywności modyfikowanej genetycznie. Dotychczas chroniła nas przed nią UE. W przyszłości możemy zostać zmuszeni do spożywania nieoznakowanej żywności GMO lub wołowiny zawierającej hormony. Europa znajdzie się pod naciskiem, by odstąpić od zasady ostrożności, polegającej na tym, iż to firmy muszą udowadniać, że ich produkty są bezpieczne. Organy władzy mogą również zostać pozbawione uprawnień, które umożliwiają blokowanie problematycznych planów wydobywczych.
Wyobraźmy sobie sytuację, że obywatele odrzucą plany wydobycia gazu łupkowego na terytorium ich gminy. Czy firma zagraniczna, która ma zamiar wydobywać tam gaz, może zaskarżyć gminę za straty w zyskach, ponieważ brak zgody zostanie uznany za barierę pozataryfową?
N. J.: Istnieją już precedensy. Rząd meksykański w 2000 r. zapłacił około 17 milionów dolarów amerykańskiej firmie Metalcard, ponieważ państwo ze względu na protesty obywateli nie zgodziło się na powstanie gigantycznego składowiska odpadów toksycznych na terenach o szczególnych wartościach przyrodniczych. Rośnie liczba arbitraży typu korporacja kontra państwo, obecnie toczy się ich około pięciuset. W niektórych sprawach gra toczy się o setki milionów euro, a nawet o miliardy. A podstawą tych procesów zawsze są jakieś umowy o wolnym handlu.
Czy może Pani krótko objaśnić, jak mógłby wyglądać taki arbitraż?
N. J.: Postępowania arbitrażowe nie podlegają konwencjonalnym demokratycznym zabezpieczeniom sądowym ani kontroli publicznej. Są tajne, nie ma obowiązku informowania o ich rozpoczęciu, przebiegu, a nawet o… wyniku. Spory rozstrzygają przez nikogo nie wybierani, wyznaczani ad hoc arbitrzy – prywatni prawnicy, którzy nie dostają wynagrodzenia w formie ryczałtu, a zatem są opłacani przez firmy korzystające z ich usług. Nie mamy w tych sprawach żadnej gwarancji bezstronności. […]
W jaki sposób tak dramatyczne zmiany mogą zostać wprowadzone w życie? Kto i kiedy będzie decydować o umowie TTIP?
N. J.: Zadecyduje Parlament Europejski. Umowa jest rozpatrywana w dużym pośpiechu. Według dostępnych informacji ma zostać zawarta do końca bieżącego roku, ewentualnie w pierwszej połowie następnego.
Czy umowa TTIP przyniesie nam w ogóle jakieś korzyści?
N. J.: Nie jest jasne, czy obywatele w jakikolwiek sposób na niej skorzystają. Sama Komisja Europejska podaje, że spodziewany półprocentowy wzrost PKB do 2027 r. nie będzie miał większego znaczenia. Co więcej, wzrost ekonomiczny nie jest wskaźnikiem, który mógłby odzwierciedlać poziom dobrobytu. Zamiast Europy, która uważnie słucha głosu obywateli-wyborców, będziemy mieli Europę, która słucha europejskich i amerykańskich lobbystów – a na dodatek stanie się to z błogosławieństwem administracji.
Jak się wobec tego bronić przed umową, która w takim stopniu mogłaby wpłynąć na nasze życie?
N. J.: Zbliżają się europejskie wybory, powinniśmy zatem wybierać według stosunku poszczególnych kandydatów do TTIP. I dopytywać ich o tę kwestię. Nawet posłowie czeskiego parlamentu mają możliwość wnoszenia interpelacji i apelowania do rządu, by zajął stanowisko wobec przygotowywanej umowy.
Uważam, że toczymy tu walkę o interpretację świata. Według jednej wizji nasz świat to drogocenne miejsce, odziedziczone po przodkach, o które powinniśmy się jak najlepiej troszczyć i przekazać je potomnym. W tej wizji polityka zabezpiecza sprawiedliwość społeczną i prawa człowieka. Obok wolności istnieje odpowiedzialność, a obok konkurencji – współpraca. Druga wizja, stanowiąca siłę napędową omawianej umowy, postrzega świat jako źródło zasobów lub towarów. Wszystko nadaje się do kupienia lub sprzedania. Prawdziwa polityka w imię dobra publicznego ustępuje tu miejsca mechanistycznym formułkom i utopijnym wizjom współczesnej ekonomii, jakie promuje główny jej nurt.
Uważa Pani, że pierwsza wizja ostatecznie przeważy?
N. J.: Z pewnością istnieje u nas wiele osób sceptycznie nastawionych do idei nieograniczonej mocy wolnego rynku. Już nie olśniewa ich mainstreamowa ekonomia, jak działo się to w latach dziewięćdziesiątych. Są krytyczne wobec świętej trójcy wolnego handlu, wzrostu gospodarczego i konkurencji. Czyli wartości stanowiących punkt wyjścia także dla TTIP. […]
Rozmawiała Markéta Vinkelhoferová.
Rozmowa pierwotnie ukazała się na stronie www.a2larm.cz – internetowym dzienniku związanym z pismem „A2”. Przekład: Krzysztof Kołek. Tytuł przekładu pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”, zaznaczono skróty poczynione w pobocznych wątkach wywiadu.
przez redakcja | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
W ostatnim czasie z głębokim żalem pożegnaliśmy dwie postaci niezwykle zasłużone dla społeczeństwa i państwa polskiego, a zarazem członków Rady Honorowej naszego pisma.
22 listopada 2013 r. zmarł prof. dr hab. Leszek Gilejko, który całą karierę zawodową poświęcił socjologii przemysłu i struktur społecznych, związkom zawodowym i partycypacji pracowników w zarządzaniu i własności przedsiębiorstw. Począwszy od Października ‘56 jako członek reformatorskiego skrzydła PZPR aktywnie włączał się w praktyczne działania na rzecz demokratyzacji życia społecznego i gospodarczego. W wolnej Polsce był m.in. współzałożycielem Solidarności Pracy oraz przewodniczącym Naukowej Rady Programowej Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”.
Choć trudno nam utożsamić się ze wszystkimi jego wyborami, prof. Gilejko był dla nas przykładem wierności prospołecznym ideałom niezależnie od panującego klimatu politycznego. Do końca życia, mimo kiepskiego stanu zdrowia, miał dobre słowo i pomocną dłoń dla tych, którzy upominali się o pracowników lub przypominali tradycje ich samoorganizacji – w tym także dla nas.
***
13 lutego odszedł dr Zbigniew Romaszewski – bezkompromisowy obrońca praw człowieka, odważny działacz opozycji demokratycznej oraz chluba parlamentaryzmu III RP. Jego życiorys polityczny, którego starczyłoby dla kilku mężów stanu, rozpoczął się aktywnym sprzeciwem wobec niegodziwości władz komunistycznych w marcu 1968 r. Następne lata Jego życia to m.in. działalność w Komitecie Obrony Robotników oraz założenie Komisji Helsińskiej, zajmującej się dokumentowaniem przypadków łamania praw człowieka przez władze PRL. Za odwagę i konsekwencję, których przejawem w stanie wojennym było m.in. prowadzenie wraz z żoną Zofią podziemnego Radia „Solidarność”, zapłacił utratą pracy w Instytucie Fizyki PAN oraz dwuletnim więzieniem.
Po uwolnieniu kierował podziemną Komisją Interwencji i Praworządności NSZZ „Solidarność” oraz zorganizował I Międzynarodową Konferencję Praw Człowieka w Krakowie. Po przemianach ustrojowych w latach 1989–2011 r. jako jedyny nieprzerwanie zasiadał w Senacie, trzykrotnie przewodnicząc Komisji Praw Człowieka i Praworządności oraz pełniąc funkcję wicemarszałka; zasiadał także w Trybunale Stanu. Równolegle angażował się w niezliczoną liczbę inicjatyw społecznych, których wspólnym mianownikiem była obrona praw obywatelskich i poglądy prospołeczne.
Zbigniew Romaszewski był i pozostanie dla nas wzorem wytrwałości, męstwa i bezinteresowności w walce o pryncypia.
CZEŚĆ ICH PAMIĘCI!
Redakcja „Nowego Obywatela”
przez redakcja | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
PRL, czyli ład ustrojowy, który panował w naszym kraju do 1989 r., wytworzył wśród Polaków wiele negatywnych postaw. W wolnym kraju powinny one zostać przezwyciężone. Jednak gdy przyjrzymy się owocom naszej obecności w Unii, dostrzeżemy, iż niektóre z postaw właściwych dla społeczeństwa rządzonego przez namiestników komunistycznego mocarstwa nie tylko nie zostały osłabione, ale wręcz się umocniły.
Ważnym elementem spadku po komunizmie jest mentalność postkolonialna. Obejmuje ona oczekiwanie, że jakiś zewnętrzny, duży, silny podmiot będzie za nas rozwiązywał problemy. Że reguły gry społecznej (w tym międzynarodowej) określa ktoś inny, a my (My, Polska!) co najwyżej możemy starać się reguły te rozpoznać i mniej lub bardziej sprytnie się dostosować. Mentalność postkolonialna podpowiada, iż jeśli wobec silniejszego podmiotu – instytucji, państwa, organizacji międzynarodowej – przyjmiemy postawę uległości, jeśli dostatecznie sprytnie dopasujemy się do zewnętrznych oczekiwań, to jakoś wyjdziemy na swoje. Upraszczając nieco: kiedyś w roli takiego silniejszego podmiotu obsadzona była Moskwa – dziś Bruksela.
Inną częścią dziedzictwa minionego ustroju jest niska racjonalność gospodarowania zasobami publicznymi, w tym postawa „co państwowe, to nie moje”. Już wstępny ogląd rzeczy pokazuje, że na wielu polach aktywności społecznej strumienie środków unijnych wzmocniły właśnie taki sposób myślenia. Unijne to też „nie moje” – zatem oszczędność, dobre gospodarowanie, długofalowe planowanie itp. nie są tu wcale niezbędne. Przyczynia się do tego mechanizm, wedle którego przyznane pieniądze trzeba wydać, niezależnie od tego, czy jest to do czegokolwiek potrzebne, czy nie. Bo jeśli się nie wyda, będzie to oznaką nieskuteczności.
W latach 80. uczestniczyłem w pewnym tzw. centralnym, resortowym projekcie badawczym na uniwersytecie. Gdy przyszła pora napisania raportu końcowego, starszy doświadczony profesor udzielił mi rady: „Proszę pamiętać o powiedzeniu: »W socjalizmie między planowaniem a sprawozdawczością ogniwa pośrednie nie są niezbędne«”. Nie zawsze trzeba wykonać wytyczone zadania – wystarczy sprawozdać ich wykonanie. Przykłady tego mechanizmu widać także dziś, i to na wszystkich poziomach funkcjonowania państwa, nawet tych niezwiązanych z funduszami UE. W książce „III RP. Kulisy systemu” pisałem o tym w kontekście zjawiska instytucjonalizacji nieodpowiedzialności.
Profesor Krzysztof Rybiński stwierdza: Trzeba postawić pytanie: jak to możliwe, że w ciągu minionych sześciu lat wydaliśmy na program Innowacyjna Gospodarka 40 mld złotych na wspieranie innowacyjności przedsiębiorstw, a i tak to wszystko tak dramatycznie spada. A także: Polska w rankingu, gdzie patrzymy, ile wkładamy do procesu innowacyjności, jest na 35 miejscu, a co z tego wychodzi? W podrankingu efektywności jesteśmy na dalekim 110. miejscu. Polska w strasznym tempie dramatycznie marnuje pieniądze przeznaczone na wzrost innowacyjności i ta efektywność przekuwania pieniędzy na to, co z tego wychodzi, jest w Polsce jedną z najgorszych na świecie.
Sposób „pompowania” tych pieniędzy – nie tylko przecież unijnych – w nasz obieg gospodarczy sprzyjał raczej kreatywności biurokratycznej: znaleźć sposób zdobycia grantu i maksymalnie bezbolesnego jego rozliczenia. Ludzie dopasowują swoje wzorce do warunków otoczenia – formalnych i nieformalnych – żeby zmaksymalizować własne korzyści. W Polsce ostatnich dziesięciu lat te procesy dostosowawcze nie mają, by tak rzec, ofensywnego charakteru wyzwań, ale raczej żebraczy: z tego, co „dają”, jak najwięcej wyrwać…
Podobne trendy ewolucji kulturowej można zauważyć w Unii Europejskiej jako całości. Generując takie postawy na różnych szczeblach życia społecznego, Europa nie jest w stanie konkurować z innymi strefami kulturowymi, np. z dynamicznie rozwijającym się Dalekim Wschodem.
Mnie jako Polaka najbardziej interesuje jednak degradacyjny wpływ tych mechanizmów na nasze życie społeczne: wytwarzanie przyzwolenia na bylejakość, na marnotrawstwo, na ideologię i sztukę, która jest często kiczem, ekscytacją, wreszcie nierzadko propagandą nihilizmu. Mechanizm unijny nie sprzyja ewolucji w stronę dzielności – raczej w kierunku klientelistycznej przymilności.
Patologie związane z funduszami unijnymi bywały już sygnalizowane w polskich mediach, ale nigdy chyba nie zostały systematycznie przebadane. Ongiś Jerzy Baczyński w „Polityce” pisał o tym, że minister Elżbieta Bieńkowska rozdziela środki na promocję działalności swego resortu, co wikła część mediów w konflikt interesów. Oczywiście, nie wyciągnięto z tego żadnych wniosków. Z kolei portal niezależna.pl donosił o wynikach „Konkursu dotacji na promocję funduszy europejskich” z marca 2013 r. Na liście wygranych znalazły się programy telewizyjne, stacje radiowe i prasa, a łączna kwota dotacji wynosiła 9,9 mln zł. W ten sposób tworzy się, jak powiedział jeden z posłów opozycji, medialny kordon bezpieczeństwa wokół rządu. Fundusze europejskie wykorzystywane są po to, żeby tworzyć osłonę propagandową co do sposobów wydawania funduszy. Jeśli dla kogoś sytuacja z poprzedniego zdania nie jawi się jako coś chorego, to znaczy, że choroba jest bardziej zaawansowana, niż się to może wydawać.
W Polsce (i zapewne nie tylko w niej) środki unijne spełniają podwójną funkcję. Z jednej strony zapewniają społeczeństwu chleb (miejsca pracy) i igrzyska (poczucie bycia w grze z otoczeniem międzynarodowym), a z drugiej dają dominującym klientelistycznym grupom interesu możliwość dalszej konsolidacji swojej władzy, wpływów i zysków w sposób niewidoczny dla sporej części naszego społeczeństwa. W efekcie istotnie zmniejsza się też niebezpieczeństwo buntu, który mógłby wybić system społeczny z równowagi niedorozwoju.
Sieci klientelistyczne, które określam mianem Antyrozwojowych Grup Interesu (ARGI), deformują mechanizmy konkurencji – tak rynkowej, jak i politycznej. Dzieje się to już na etapie wyznaczania kryteriów, które trzeba spełniać, by móc ubiegać się o określone środki unijne. Niekiedy doprowadza się do patologicznej skrajności tzw. efekt Mateusza („kto ma, temu będzie dodane”). Kto w pierwszej fazie załapał się na dotacje i może pokazać, że określoną ilość projektów o określonej wartości już zrealizował, ten zyskuje ogromną przewagę w kolejnych konkursach. W przypadku niektórych projektów wymóg wcześniejszych realizacji na określonym pułapie finansowym uniemożliwia w ogóle udział w konkursie. Dla firm „aspirujących” oznacza to ograniczenie możliwości rozwoju, a dla pozbawionych konkurencji „stałych klientów” urzędów marszałkowskich – zniwelowanie podstawowego impulsu do innowacji. Tu i tam powstały swoiste zamknięte ekosystemy, gdzie konkurencja jest fikcją.
Powoduje to marnotrawną alokację zasobów i wpływa negatywnie na rynek pracy, przyczyniając się do blokowania awansu zawodowego młodych. Nazbyt często odczuwają oni, że to nie postawy innowacyjne, ale „załapanie się” do okrzepłych już nieformalnych układów jest ścieżką rozwoju zawodowego.
Nie brak przykładów ograniczania naturalnej dla demokracji konkurencji politycznej. Jest tak, gdy finansowane ze środków unijnych billboardy, tablice informacyjne i spoty telewizyjne są wykorzystywane przez establishment polityczny do reklamy przedwyborczej. Tego typu działanie wytknięto niedawno byłemu już marszałkowi województwa dolnośląskiego Rafałowi Jurkowlańcowi. Pamiętamy też, jak z funduszy unijnych promował się przed Euro 2012 ówczesny minister rolnictwa Marek Sawicki.
Patrząc szerzej, widzimy sytuacje co najmniej quasi-korupcyjne. Zdobywając swoiste haracze od przedsiębiorców, którym uznaniowo przydzielane są środki, dysponenci funduszy unijnych mogą część zasobów zużywać na przekupienie dziennikarza, policjanta i prokuratora, by zyskać bezkarność. W tym przypadku mechanizm neutralizacji instytucji kontrolnych można uruchomić poprzez działania, które same w sobie nie mają stricte kryminalnego charakteru.
Bardzo negatywnie oceniam wpływ Unii Europejskiej na rozwój nauki polskiej. Spora część badaczy znalazła się za sprawą funduszy unijnych w pułapce, w jakiej już wcześniej znaleźli się np. zachodni badacze będący ekspertami firm farmaceutycznych. Sheldon Krimsky (w Polsce ukazała się jego książka „Nauka skorumpowana”) pokazał, że w pewnym momencie w renomowanych czasopismach przedstawiających wyniki testów efektywności leków trudno było znaleźć autorów, którzy nie pobieraliby wynagrodzeń od któregoś z koncernów farmaceutycznych. Typowy konflikt interesów. Podobna sytuacja może mieć miejsce w przypadku tworzenia narzędzi ewaluacji unijnych grantów przez naukowców. Ci, którzy wytworzyliby narzędzia nie pasujące do interesów dysponentów grantów, byliby zagrożeni wypadnięciem z obiegu.
Mam wrażenie, że gdyby grantów unijnych nie było, młodzi badacze, którzy w dzisiejszych realiach niejednokrotnie uzależnili się od ich pozyskiwania i „przerobu”, częściej sięgaliby po tematy związane z realnymi problemami naszego społeczeństwa. A tak – sięgają przede wszystkim po tematy, które są „grantodajne”. Najmłodsze pokolenie badaczy przyswoiło już sobie, że aby się zawodowo „ustawić”, najlepiej zakotwiczyć się u kogoś, kto ma stały dostęp do grantów. Co wcale nie musi być skorelowane z jakością pracy badawczej.
Pogoń za funduszami w nauce generuje też mnóstwo „pustych obrotów”. Pewne projekty rozlicza się tylko po to, żeby dostać kolejny projekt. Konferencję naukową robi się po to, żeby móc robić kolejne konferencje itd. Mam wrażenie, iż jeśli ktoś kiedyś oszacuje ewolucję „polskiego intelektu” w ostatnich latach, to ustali, że środki unijne przyczyniły się do degradacji naszych nauk społecznych, a może i świata akademickiego w ogóle.
Obawiam się, że nieświadomość tej sytuacji będzie trwała doputy, dopóki te środki będą, a później na różnych polach odsłoni się zapaść cywilizacyjna. Pomijając to, że środki unijne nie wsparły procesu poprawy jakości funkcjonowania państwa, ten spory zastrzyk pieniądza przyczynił się do powstania niezliczonych firm i firemek, które tylko dzięki temu funkcjonują, iż nie działają w naturalnych warunkach walki o rynek, lecz w warunkach podczepienia się pod zasilanie pochodne wobec decyzji biurokratycznych. W momencie gdy strumień unijnych zasobów się skończy, zobaczymy, że jakaś część polskiego biznesu była quasi-biznesem, który po odcięciu od kroplówki nie ma zdolności utrzymania się na rynku. Wyewoluowały i rozpowszechniły się umiejętności nieprzydatne dla tworzenia podstaw długofalowego rozwoju Polski. Można wręcz powiedzieć, że to umiejętności antyrozwojowe, pasożytnicze są szlifowane, a nie kompetencje, które odpowiadają za wysoką kreatywność czy elastyczność reagowania na wyzwania.
Aby uniknąć tych zagrożeń, potrzebujemy systematycznego monitorowania oddziaływania środków unijnych na biznes, na administrację, na naukę i demokratyczną konkurencję polityczną. Pogorszenie jakości funkcjonowania państwa jest związane m.in. z przyrostem pracowników administracji, uzasadnianym tym, że muszą rozdzielać środki unijne. Niedawno mówiono o tym, jaką część pozyskanych środków zużywa na własne cele Caritas, a jaką Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy (mówiono, ale chyba definitywnie nie ustalono). Podobnie warto by porównać urzędy marszałkowskie i inne instytucje pod kątem tego, jaka część środków unijnych jest zużywana na samo przetwarzanie środków unijnych.
Mamy niestety w Polsce problem z krytyką patologii funkcjonowania instytucji i mechanizmów związanych z UE. Pojawia się ona niemal wyłącznie w mediach spoza głównego nurtu, a to mocno ogranicza jej oddziaływanie na świadomość społeczeństwa. Często krytyka rzeczowa, racjonalna w ogóle nie jest w stanie się przebić. Unia Europejska w tym kontekście jawi się jako quasi-cywilizacja, która część zasobów przeznacza na tworzenie pewnej strukturalnej mistyfikacji.
Mamy dziś w Polsce dramatycznie niską dzietność i dopiero w momencie, gdy zjawiska negatywne zaszły już bardzo daleko, zaczyna się o tym dobitnie mówić. Mamy również zatrważająco wysoką skłonność młodzieży do emigracji. Badania prof. Krystyny Iglickiej-Okólskiej z końca 2012 r. wykazały, że aż 64% młodych ludzi nie widzi dla siebie przyszłości, życia i pracy w Polsce. Po prostu nie widzą dla siebie tutaj szans. To także jeden z owoców naszej obecności w Unii.
Jednocześnie okazuje się – co potwierdza w swoich wypowiedziach np. prof. Jerzy Hausner – że w naszym państwie nie ma centrum suwerennej myśli strategicznej. Zasoby z Unii mogłyby być wykorzystywane rozwojowo, ale w praktyce często są wykorzystywane pasożytniczo. Odwrócenie tego procesu jest możliwe tylko przez skoncentrowaną wolę polityczną, a tej w obecnym układzie elit biznesu, mediów i polityki wyłonić nie sposób.
Dopóki nie ukonstytuuje się wola polityczna istotnie różna od tej, która rządzi Polską od roku 2007, to wskazane wyżej negatywne tendencje nie będą miały żadnej szansy na odwrócenie. To, że gdy weszliśmy do Unii w 2004 r., byliśmy krajem kategorii B, jest normalne. Ale fakt, że establishment polityczny Polski nie ma woli zmiany tej pozycji, świadczy o tym establishmencie jak najgorzej.
przez redakcja | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
Z okazji mijającej dziesiątej rocznicy referendum, w którym Polacy decydowali o akcesie do Unii Europejskiej, postanowiliśmy pokusić się o ocenę tej dekady. Jak wykorzystaliśmy ten okres i związane z nim – zapowiadane wówczas i wyłaniające się w międzyczasie – szanse? Czy sprawdziły się przestrogi formułowane wtedy i zapowiadane przez krytyków integracji? Co wynikło z podjętej w referendum decyzji o dość jednoznacznej orientacji proeuropejskiej? Ile zyskaliśmy i co straciliśmy? Co dalej? Takie pytania nasuwają się w naturalny sposób, gdy stajemy w obliczu okrągłej rocznicy.
Celem ankiety było „konstruktywnie krytyczne” podsumowanie dziesięciolecia obecności Polski w Unii Europejskiej. Zależało nam na uzyskaniu możliwie szerokiego obrazu korzyści oraz strat płynących z integracji, w tym takich, na które kładziono niewielki nacisk w mediach głównego nurtu.
Naszym autorom zadaliśmy kilka pytań pomocniczych, orientacyjnych. Wśród najważniejszych z nich były takie: Jakie problemy udało się w pełni lub częściowo rozwiązać dzięki akcesji? Na jakie sposoby uczestnictwo Polski w strukturach europejskich zwiększyło nasz potencjał rozwoju społecznego i ekonomicznego? Jakie są „niewymierne” korzyści z naszego członkostwa i jego bezpośrednich konsekwencji? Które nadzieje wyrażane w obliczu zbliżającego się „wejścia do Unii” nie ziściły się? Jakie okazały się społeczne, ekonomiczne i polityczne koszty integracji europejskiej? Jakie cechy i zasady Unii Europejskiej nasiliły problemy, z którymi boryka się nasz kraj? W jakim kierunku będzie prawdopodobnie ewoluował model europejski w najbliższych latach – i jak należy oceniać owe zmiany? Jak w ich następstwie zmieni się międzynarodowa pozycja naszego kraju oraz jak odczują je duże grupy społeczne? Jaki jest pożądany kierunek ewentualnych zmian? Czy można sobie wyobrazić korzystną dla naszego kraju i społeczeństwa alternatywę dla członkostwa w UE – dziesięć lat temu oraz obecnie?
Uczestnikom ankiety pozostawiliśmy dowolność w kwestii formy oraz rozłożenia akcentów. Warunkiem udziału w ankiecie nie była „uniwersalność” odpowiedzi, tj. odniesienie się do wszystkich spraw i obszarów, o które pytaliśmy. Kto chciał, mógł skoncentrować się jedynie na tych aspektach, które są związane z jego specjalizacją zawodową lub naukową, bądź którym poświęcił więcej zainteresowania i refleksji. Uzyskane opinie prezentujemy na kolejnych stronach w kolejności alfabetycznej.
Redakcja „Nowego Obywatela”