przez redakcja | piątek 3 października 2014 | Najlepsze teksty z Magazynu OBYWATEL
Minęło ponad 30 lat od czasu, gdy super- i hipermarkety (hipermarkety są definiowane jako obiekty o pow. powyżej 2500 m2, supermarkety 400-2499 m2) zadomowiły się w Zachodniej Europie i stały się dla wielu ludzi integralną częścią ich otoczenia. Korzystają one z przywilejów masowego rynku oferując klientom wszystko pod jednym dachem, wywołując wrażenie nieskończenie szerokiego asortymentu. Na coraz większą skalę „wchodzą” do supermarketów różne usługi – ubezpieczeniowe, fotograficzne czy pocztowe. Artykuły w super-promocjach, takie jak krojony chleb, które są sprzedawane poniżej kosztów produkcji oraz nieustanne kampanie reklamowe przyciągające konsumentów zwabionych obietnicą taniego pożywienia i szeroką gamą produktów gotowych. Trafiają w dziesiątkę zaspokajając potrzeby wiecznie śpieszących się ludzi.
W ciągu ostatniej dekady super- i hipermarkety rozwijają się kwitnąco w krajach Europy Środkowej, co – paradoksalnie – dzieje się w momencie ich dotkliwych porażek na Zachodzie. Występujące jedna za drugą bomby biologiczne („choroba szalonych krów”, salmonella, żywność genetycznie modyfikowana) podkopały społeczne zaufanie do przemysłowo przetwarzanej żywności, a supermarkety zaczęły być dodatkowo oskarżane o działanie na szkodę centrów miast, o rosnące korki i zanieczyszczanie środowiska. Powodując upadek małych gospodarstw, odgrywają ważną rolę w procesie pogarszania się standardów żywności, a tym samym zdrowia obywateli. W czasie, kiedy hipermarkety w Polsce triumfują, kryzys przeżywają tradycyjne targowiska rolne. Te same targowiska przeżywają jednak obecnie swój renesans w Wielkiej Brytanii, gdzie odżyło zainteresowanie zdrowymi źródłami żywności. Ruch Slow Food Movement, organizacja światowego zasięgu mająca swe korzenie we Włoszech, promująca żywność lokalnych producentów i naturalne gospodarstwa, notuje dynamiczny wzrost zysków. Poniżej naświetlimy mity, które narosły wokół hipermarketów i przyjrzymy się, dlaczego coraz większa liczba ludzi rezygnuje z ich usług na rzecz lokalnych producentów żywności.
Bezrobocie i wymarłe centra miast
„/…/ hipermarkety poza miastem /…/ ograniczyły żywotność centrów miast, /…/ doprowadziły do zamknięcia sklepów »za rogiem« w małych miastach i wioskach; spowodowały niekontrolowane rozrastanie się aglomeracji i zagładę tak bardzo cenionej wsi tuż za ich granicami” – tak twierdzą członkowie angielskiej rządowej agendy British Government Select Committee on Environment, Transport and Regional Affairs w raporcie pt. „Environmental Impact of Supermarket Competition”.1
Supermarkety osiągnęły dzisiejszą pozycję eliminując z rynku drobnych kupców. W latach 1976-1989 upadło w Anglii 44 tys. sklepów spożywczych, głównie małych „zieleniaków” i placówek spółdzielczych.2 Oczywistością jest, że małe sklepy przegrywają nierówną walkę z hipermarketami oferującymi „wszystko” pod jednym dachem, darmowe parkingi i bezpłatne autobusy próbując uczynić zakupy jak najbardziej wygodnymi. Jednak hipermarkety nie są w stanie zapewnić tak wielu miejsc pracy, więc wypieranie handlu prywatnego odbywa się kosztem zwiększenia bezrobocia. Supermarkety korzystają z ekonomicznego efektu skali i komputeryzowania swoich struktur, które zorganizowane są w ten sposób, by maksymalnie zwiększyć efektywność pojedynczego pracownika (jednostką miary jest tu ilość sprzedanych produktów na jedną wizytę klienta). Znaczy to, że zatrudnienie jest o wiele niższe niż w mniejszych sklepach, gdzie wszystkie czynności wykonuje się ręcznie. W dodatku pieniądze wydawane w hipermarketach odpływają do akcjonariuszy i kadry kierowniczej (zwykle zagranicznej), zamiast zostawać we wspólnocie lokalnej. Jednym z celów hipermarketów jest również minimalizacja płaconych podatków poprzez transfer pieniędzy do miejsc, gdzie stawki są niższe.
Łatwo zauważyć, że wpływ hipermarketów na społeczności lokalne jest niszczący. Są one główną przyczyną pogarszania się koniunktury w centrach miast oraz upadku małych sklepów. Badania British Retail Planning Forum z 1998 r. wykazały, że każde otwarcie dużego supermarketu oznacza likwidację kilkuset miejsc pracy (ponad ilość nowozatrudnionych w supermarkecie), co ma negatywny wpływ na rynek pracy w promieniu 15 km.3 The New Economics Foundation podaje, że 50 tys. funtów wydanych w niezależnych, lokalnych sklepach stwarza jedno nowe miejsce pracy, podczas gdy aż 250 tys. funtów potrzeba wydać w tym samym celu w hipermarkecie, co spowodowane jest skomputeryzowaniem i efektami skali.4 Na te liczby wpływ ma również fakt, że małe firmy współpracują z lokalnymi hurtowniami i usługodawcami, czego hipermarkety zwykle nie czynią.
Prawnicy hipermarketów twierdzą, że ich pracodawcy, zaspokajając wszelkie potrzeby klienta, mają prawo do prowadzenia swojej działalności. Znaczy to, że klienci podejmują mądrą decyzję na podstawie pełnej informacji, podczas gdy w rzeczywistości kierują się kreowanym przez hipermarkety wizerunkiem taniego jedzenia i złudną wygodą. Sugerują również, że konkurencja między lokalną przedsiębiorczością a hipermarketami jest uczciwa. Nie jest to jednak prawdą:
- Konflikt nadwyżki podaży żywności nad popytem pojawia się, kiedy na danym terenie powstają hipermarkety. Wzrost sprzedaży może być osiągnięty jako kombinacja dwóch metod: po pierwsze przez bezpośrednią konkurencję cenową z lokalnymi sklepami lub poprzez oferowanie dóbr o większej „wartości dodanej”, np. posiłków gotowych do spożycia, które niejako „nadrabiają” zyski za niskodochodowe produkty pierwszej potrzeby. Innymi słowy, zaniżanie wartości niektórych dóbr stwarza wrażenie niskich cen, a w tym samym czasie trwają zabiegi sztabu psychologów i specjalistów od marketingu (np. jak zapewnić zapach świeżego chleba w wewnętrznej piekarni), aby skłonić klientów do zakupu drogich dóbr. Przewaga hipermarketów jest tu oczywista – tego typu strategia jest nie do zastosowania przez mały, lokalny sklep ze względu na ograniczone możliwości magazynowania produktów. Sklepy te nie mogą pozwolić sobie na długotrwałe magazynowanie takich produktów, co oczywiście zwiększa koszty transportu, obniża wysokość upustów hurtowych od producenta itp.
- Supermarkety mają ogromną siłę nabywczą, co daje im wielką siłę przetargową wymuszając na rolnikach i przetwórniach najniższe ceny oraz powodując ostrą walkę konkurencyjną, grożąc zmianą dostawcy w przypadku braku obniżki cen. Małe sklepy nie będąc strategicznym odbiorcą nie mogą pozwolić sobie na tego typu zachowania, ze względu na brak rozwiniętej, masowej sieci dystrybucji.
- Supermarkety są w stanie wywierać wpływ na władze lokalne dla własnych korzyści. Często wywierają presję w celu podniesienia niepotrzebnych wymogów w zakresie higieny, wiedząc, że lokalni konkurenci nie są w stanie im sprostać.
- Supermarkety są pośrednio wspierane finansowo przez subwencje dla rolnictwa, budowę infrastruktury (drogi), które są opłacane z pieniędzy podatników. Władze są skłonne do popierania zagranicznego kapitału, któremu proponują korzystne warunki podatkowe, co oznacza, że płacone przez nich stawki są ekstremalnie niskie w porównaniu z podatkami płaconymi przez mniejsze firmy i zwykłych obywateli.
Konsumenci i wolny wybór
Jednym z argumentów przytaczanych zwykle na obronę hipermarketów jest to, że dają klientowi możliwość większego wyboru. Z pewnością oferują wiele marek każdego produktu, ale zwykle kilka z nich pochodzi od jednego producenta. Wytwarzane są metodą maksymalnej redukcji kosztów.
W dodatku supermarkety mogą utrzymywać swoje koszty na minimalnym poziomie, korzystając z korzyści efektu skali, więc nie mogą sobie pozwolić na magazynowanie szerokiej gamy produktów niemarkowych, takich jak szeroki wybór owoców czy serów. Tym samym rezygnują z produktów lokalnych, chyba, że przekształcą ich wytwórców w masowego producenta zdolnego dystrybuować swoje wyroby na szeroką skalę. Przeświadczenie konsumenta, że pojawienie się w okolicy hipermarketu nie zmieni jego zwyczaju kupowania w specjalistycznym sklepie, robiąc jedynie zakupy pierwszej potrzeby w supermarkecie zwykle nie znajduje odbicia w rzeczywistości. Supermarkety dokładają starań, aby zatrzymać ludzi jak najdłużej w sklepie – z braku czasu lub po prostu z lenistwa nie odwiedzą już oni małych sklepów.
W konsekwencji wiele „ryneczków” i sklepików kończy działalność, a wolny wybór konsumenta praktycznie przestaje istnieć. 40% handlu w UE znajduje się w rękach 20 największych firm. Największa koncentracja handlu ma miejsce w Finlandii i Szwecji, najniższa w Grecji, Hiszpanii i Włoszech. Wielka Brytania, Francja i Niemcy plasują się po środku.5
Co oznacza niewielki wybór sklepów?
W wielu miastach Zachodniej Europy istnieje tylko jeden lub dwa supermarkety, które już w tej chwili mają monopol na sprzedaż artykułów spożywczych. Osiągają to poprzez agresywną reklamę, ceny dumpingowe i wizerunek sklepu wygodnego, tym samym eliminując drobną konkurencję. Staje się to problemem, gdyż konsument traci możliwość wyboru miejsca zakupów i przedsiębiorstw, które chce wspierać. Jeśli na przykład ktoś zdecyduje się nie kupować w Tesco z powodu odpływu zysków z lokalnej gospodarki, w niektórych miastach nie ma żadnej alternatywy, by wydając pieniądze wspierać miejscowych producentów i handlowców. To pokazuje, jaką kpiną są twierdzenia supermarketów o oferowaniu wolności wyboru.
Kiedy hipermarket opanuje już w dużym stopniu rynek spożywczy w danym miejscu, ma wolną rękę jeśli chodzi o podnoszenie cen, wiedząc, że ludzie nie będą dojeżdżać kilometrami do najbliższej konkurencji. Brytyjska organizacja Citizens Organising Foundation skrytykowała Tesco i Sainbury za narzucanie wyższych marż w biednych rejonach, gdzie ludność ma mniejsze możliwości dotarcia do innych sklepów.6
Z danych opublikowanych w „Głosie Warszawy” wynika, że w Polsce w roku 2000 istniało 3513 sklepów o pow. powyżej 400 m2, w porównaniu do 2231 w 1995 r. W 1999 r. super- i hipermarkety liczyły na ponad 20-procentowy udział w sprzedaży dóbr szybkozbywalnych – liczba 2 razy wyższa niż w 1996. Andrzej Jarosz, przedstawiciel sieci sklepów Casino i właściciela Geanta, twierdził, że do roku 2003 liczba hipermarketów wzrośnie z dzisiejszych 100 do około 175.7
Wpływ tego procesu na zatrudnienie i lokalne społeczności w Polsce będzie nawet bardziej niszczący niż w Europie Zachodniej. Tempo, z jakim hipermarkety wchodzą na polski rynek, duża ilość małych sklepów (drobny handel jako główne źródło dochodów szerokich rzesz ludności) oraz wysoka stopa bezrobocia, sprawiają, że znalezienie alternatywnej pracy staje się jeszcze trudniejsze. Przewaga konkurencyjna hipermarketów działa na wiele kilometrów w promieniu sklepu, a dodatkowo nowe normy higieniczne wymagające stosowania drogich technologii (zwykle bez sensownego uzasadnienia) stwarzają bariery nie do pokonania dla drobnych rolników, sklepikarzy i przetwórni.
Więcej samochodów – większe zanieczyszczenie
Badania przeprowadzone w duńskim mieście Esbjerg (70 tys. mieszkańców) wykazały, że ludzie kupujący w hipermarketach przejeżdżają o 55% więcej kilometrów niż ludzie zaopatrujący się w lokalnych sklepach i co ważniejsze – ludzie, którzy kupują w marketach przejeżdżają tak samo dużo kilometrów na dodatkowe zakupy, co ludzie, którzy zaopatrują się w lokalnych sklepach, jeżdżą więc niejako dwa razy. Przytoczone wyniki stają się jeszcze bardziej wymowne w przypadku ludzi zamieszkujących tereny podmiejskie. Tutaj ludzie, którzy kupują w hipermarketach przejechali średnio 250% tego, ile ci, którzy nie robili tam zakupów. Wniosek jest prosty – im więcej hipermarketów, tym większy ruch na drogach.8 Ma to swoje skutki w zwiększonym poziomie hałasu i większym zanieczyszczeniu, a także zwiększonej częstotliwości zachorowań.9
Zagłada rolników i gospodarstw rodzinnych
Jako jeszcze jeden, oprócz supermarketów i przetwórni spożywczych oraz producentów chemicznie uprawianej żywności, element systemu istnieje w Unii Europejskiej taki mechanizm rolnictwa, który służy interesom akcjonariuszy i zyskom wielkich przedsiębiorstw. Jego celem jest poprawa „wydajności”, uzyskiwana przez obniżenie zatrudnienia, eliminację różnorodności produktów i degradację środowiska naturalnego, a deklarowany cel to produkcja „taniej żywności”.
W rzeczywistości ta „taniość” oznacza obniżanie kosztów nie w sposób klasyczny, lecz poprzez przerzucanie ich na podatników, drobnych producentów rolnych i środowisko naturalne. Ostatecznie tanie jedzenie okazuje się być mitem. Konsument płaci trzy razy: pierwszy raz w sklepie, po raz drugi poprzez finansowanie dotacji, które rosną wraz ze spadkiem cen artykułów rolniczych, trzeci raz – płacąc większe podatki w celu likwidacji skutków przemysłowego rolnictwa i finansowanie infrastruktury transportowej. Samo zainstalowanie aparatury niezbędnej do usunięcia związków azotu i pestycydów z wody pitnej w Wielkiej Brytanii kosztowało ponad miliard funtów. Pieniądze te pochodziły oczywiście z kieszeni podatników.10
Na skutek minimalizacji kosztów osiąganej przez sprzedawców i przetwórców, rolnicy są na ogół wynagradzani poniżej kosztów produkcji. W niektórych sektorach rolnictwa luka ta jest wypełniana z pieniędzy rządowych.
W sektorach nie dotowanych, głównie w mleczarstwie, tylko ci, którzy produkują wystarczające ilości, aby zapewnić sobie korzyści ekonomii skali mogą przetrwać. Co więcej, supermarkety stawiają coraz to nowe żądania dotyczące norm dla rolników i dostawców. Jeśli rolnika nie stać na kupno własnej linii przetwórczej, wówczas jego produkt przechodzi na potrzeby marki wewnętrznej hipermarketu, co stawia go na pozycji mniej stabilnej i w zasadzie uniemożliwia dalszy rozwój. Siła przetargowa farmerów praktycznie nie istnieje. Muszą jakoś sprzedać swoje produkty, ale ograniczone rynki zbytu zmuszają ich do akceptacji niskich cen. Są więc zmuszeni do stosowania metod maksymalnie ograniczających koszty, aby zwiększyć produkcję i sprzedaż. Jakkolwiek takie działania mają sens indywidualny, w końcu obraca się to przeciwko nim poprzez nadprodukcję i dalszy spadek cen skupu. Spowodowało to w UE masowy exodus ludzi ze wsi. Stoi za tym oficjalna polityka wielu instytucji, wliczając w to rząd brytyjski, a także Bank Światowy, aby ograniczyć liczbę zatrudnionych w rolnictwie.11 To implikuje sytuację, w której odejście części siły roboczej ze wsi jest uznane za naturalne i pożądane, a zmechanizowanie gospodarstw postrzega się jako czynnik zwiększający dochody rolników. Jednak większa produkcja oznacza spadek cen i większy odsetek bankrutujących rolników. W rzeczywistości jest to strategia przynosząca zyski tylko międzynarodowym korporacjom, takim jak Cargill czy Smithfield. W Wielkiej Brytanii Krajowy Związek Farmerów podaje, że w ciągu 3 lat, do 2001 r., pracę straciło 60 tys. rolników i robotników rolnych.
Podłe żarcie
Wielkie firmy, jeśli chcą zachować rentowność, muszą bazować na masowej ilości standardowych produktów. Aby to osiągnąć, stosowane są pestycydy, nawozy sztuczne i fabryczne metody produkcji żywności. Skutkiem tego jest widoczny w ciągu ostatnich dekad spadek standardów jakości żywności w UE. Najbardziej jaskrawym przykładem tego zjawiska są owoce i warzywa: te z hipermarketów nie dorównują walorami smakowymi i różnorodnością tym, które uprawia się tradycyjnie. Kolejnym uwarunkowaniem jest odporność warzyw i owoców na długie i niekorzystne warunki transportowe. Niestety, tylko pewne gatunki spełniają te kryteria, a te z kolei są zwykle bez smaku. To oznacza, że uprawa bardziej urozmaiconych produktów nie znajduje sieci dystrybucji i wielu z nich nie można już nigdzie dostać. Jednolitość i atrybuty praktyczne stały się ważniejsze niż smak i wartości odżywcze, czego skutkiem jest widoczny ich spadek w warzywach i owocach.12
Kierując się tymi priorytetami większość głównych producentów żywności popiera logiczne założenia „jednolitej żywności”: modyfikację genetyczną. Pomimo propagandowych sloganów, większość asortymentu została „ulepszona” genetycznie nie w celu zaspokojenia oczekiwań konsumenta, lecz w imię potrzeb producentów środków chemii rolnej, firm odpowiedzialnych za transport i przetwórców. Te „zdobycze” to m.in. odporność na pewne rodzaje herbicydów, wydłużony okres magazynowania czy utwardzona skóra (zwiększająca odporność na uszkodzenia podczas transportu). Nawet warzywa czy owoce projektowane z myślą o ulepszonym smaku czy zwiększonych wartościach odżywczych są tylko sposobem na wyłudzenie wyższej ceny za produkty, które ludzie spożywali niskim kosztem od tysięcy lat.
Oprócz zmniejszonej wartości odżywczej, przemysłowo przetwarzana żywność zawiera substancje, które – jak wykazują badania – są szkodliwe dla zdrowa, np. pestycydy, chemiczne pozostałości nawozów czy antybiotyki podawane zwierzętom hodowlanym. Obawy przed tego rodzaju żywnością wzmogły się ostatnio po epidemiach salmonelli w jajach, BSE, lysterii, e-coli itp. Te zjawiska wzbudziły nieufność wobec przemysłowej żywności i wywołały krytykę sposobu, w jaki jest ona produkowana. Gwarancje rządów i regulacje prawne okazały się niewystarczające.13 W świetle tych faktów nie powinno dziwić, że wielu mieszkańców UE zaczęło rozważać wszystkie za i przeciw dla przemysłowej produkcji żywności i dystrybucji poprzez sieć hipermarketów. Wielu doszło do wniosku, że straty przewyższają korzyści.
Philippa Jill Gallop
tłum. Janusz Ratecki
Przypisy:
- Cały dokument dostępny w Internecie: www.publications.parliament.uk/pa/cm199900/cmselect/cmenvtra/120/12006.htm
- Dane za: Business Statistics Office, in Henson S., From high street to hypermarket? In Your Food, Whose Choice?, National Consumer Council, HMSO, 1992.
- Porter Sam i Raistrick Paul, The Impact of Out-of-Centre Food Superstores on Local Retail Employment, The National Retail Planning Forum, c/o Corporate Analysis, Boots Company Plc., Nottingham.
- Letter from Emma Hallett to George Monbiot, New Economics Foundation, kwiecień 1998.
- Dane za: EC-DG Competition, 2000, http://europa.eu.int/comm/regionalpolicy/sources/docgener/studies/pdf/chap42en.pdf
- Martin Wainwright, Supermarkets Challenge Survey of Food Price Variations, „The Guardian”, 22 grudzień 1998.
- „Głos Warszawy” nr 17 (653), 29 kwietnia 2001, http://www.warsawvoice.pl/v653/Business06.html
- Brian Høj, Jakob Nielsen i Lars Berg Møller (Civil Engineers in City Planning, AUC), Lavprisvarehuse suger biler til sig, „Ingeniøren” nr 49, 8 grudnia 1995 http://danenet.wicip.org/bcp/bta/ spokenword_1196/ Supermarkets.html).
- „Spaliny zabijają rocznie 20 tys. osób w Europie” – Paul Brown, „The Guardian”, 1 września 2000.
- Pesticide Action Network UK Briefing: Pesticides in Water, www.pan-uk.org/articles/pn49p5.htm
- Por. „Agenda 2000 CAP Reform: Nowe kierunki dla rolnictwa”, MAFF, grudzień 1999 i „Wstępny plan Banku Światowego dla polskiego rolnictwa”, 26.04.2002, s.16, www.worldbank.pl, gdzie czytamy: „Walka z ubóstwem wymaga postępów w produktywności, które mogą być osiągnięte tylko poprzez redukcję zatrudnienia w rolnictwie”.
- Por. „LE Magazine”, marzec 2001, www.lef.org/magazine/mag2001/mar2001reportvegetables.html
- Richard A.E., North, The Death of British Agriculture: The Wanton Destruction Of A Key Industry, Gerald Duckworth and Co., 2001. Praca ta ukazuje rosnącą niechęć do przemysłu spożywczego, który paradoksalnie okazuje się być mniej efektywny niż kiedykolwiek w zakresie gwarancji bezpieczeństwa żywności.
Tekst pierwotnie ukazał się w Magazynie OBYWATEL nr 1(9) styczeń-luty 2003. Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Obraz Dirk (Beeki®) Schumacher z Pixabay.
przez redakcja | piątek 3 października 2014 | Najlepsze teksty z Magazynu OBYWATEL
Skłoting (z angielskiego squatting) to praktyka polegająca na zajmowaniu pustostanów przez osoby nie mające gdzie mieszkać lub realizować innych projektów, do których potrzebne są cztery ściany. To działanie logiczne, choć nie jest to logika kapitalizmu. Z jednej strony mamy ludzi bez dachu nad głową lub nie będących w stanie płacić wysokich czynszów, z drugiej natomiast puste budynki. Nic prostszego niż pogodzić obie te kwestie – zająć pustostany. W ten sposób ludzie mają gdzie mieszkać, a substancja mieszkaniowa zamiast niszczeć i się marnować – służy człowiekowi.
Rozwój ruchu skłoterskiego to lata rewolty roku 1968. Młodzież Europy i USA na własne potrzeby zaczęła zajmować – nielegalnie lub za zgodą właścicieli – puste budynki, zamieniając je w wolnościowe komuny, niezależne centra kulturalne, mieszkania itp. Skłoting rozwijał się przede wszystkim w Niemczech, Holandii, Wielkiej Brytanii i Włoszech. Znajdują się tam setki skłotów, niekiedy są to całe kwartały ulic czy spore części dzielnic. Z tych państw zaczęli czerpać wzory polscy pionierzy skłotowania, tam też po roku 1989 zaczęli mieszkać pierwsi Polacy wybierający życie w „wolnych domach” Zachodu.
Przez wiele lat o skłotach można było w Polsce jedynie poczytać w prasie alternatywnej. Dopiero od połowy lat 90. można mówić o początkach ruchu skłoterskiego, choć wcześniej zdarzały się sporadyczne próby. Większość polskich skłotersów to kontrkulturowcy, subkulturowcy, anarchiści, ekolodzy, studenci bądź osoby o niskich dochodach szukające jak najtańszego zakwaterowania.
Polskie skłoty – inaczej niż na Zachodzie, gdzie przeważa aspekt mieszkaniowy (wysokie czynsze i ceny domów) – powstają na ogół z zamiarem stworzenia miejsca, gdzie będzie się rozwijała aktywność społeczna. Wynika to ze scentralizowanego modelu publicznych instytucji kulturalnych, a także z tandety komercyjnej oferty kulturalnej. Przeważnie działalność skłotów rozpoczyna się od koncertów muzyki alternatywnej, ale często ma w nich miejsce szeroko pojęta działalność kulturalna i polityczna. Mało jest w Polsce skłotów, w których nic się nie dzieje i służą wyłącznie do mieszkania.
Poznański „Rozbrat” jest najdłużej działającym skłotem w Polsce. Pierwsi mieszkańcy pojawili się na jego terenach jesienią 1994 r. – była to niewielka grupka związana ze środowiskiem kontrkulturowym. Zajęty wówczas barak z kilkunastoma pokojami do dziś służy jako mieszkalna część skłotu. Obok niego stopniowo na potrzeby alternatywnej społeczności zaadaptowanych zostało kilka sąsiednich budynków. Możliwe to było, gdyż sprawy własności do dziś nie są uregulowane. Od czasu do czasu pojawiają się rzekomi właściciele budynku lub gruntów, jednak niewiele mogą wskórać na drodze formalnej.
„Rozbrat” jest nie tylko miejscem, gdzie ludzie mieszkają za darmo i wg własnych zasad. To wyrwany z kapitalistycznej rzeczywistości kawałek miasta, gdzie realizowane są społeczne, artystyczne i polityczne przedsięwzięcia. Działa tu biblioteka wolnościowa, dwa bary, dwie sale koncertowe, lokal poznańskiej sekcji Federacji Anarchistycznej, ciemnia fotograficzna. Organizuje się koncerty, wystawy, spektakle teatralne i kabaretowe, seminaria, spotkania itp. Dwa razy w roku odbywają się festiwale: jeden z okazji działalności biblioteki, zwany „Abramowszczyzną” (na cześć Edwarda Abramowskiego, do którego idei nawiązują poznańscy alternatywiści), drugi upamiętniający kolejny rok istnienia „Rozbratu”. W wakacje 2002 r. odbyła się pierwsza edycja targów prasy alternatywnej. Wszystkie te inicjatywy odbywają się bez dotacji z budżetu centralnego i lokalnego oraz wsparcia wielkiego biznesu, co pokazuje, że ludzie zostawieni samym sobie potrafią nieźle funkcjonować, obywać się bez pośredników i tworzyć własną rzeczywistość na zasadach współpracy i solidarności.
„Kolektyw Rozbrat”, w którego skład wchodzą mieszkańcy skłotu i ludzie „z miasta”, poza przetwarzaniem przestrzeni na własne potrzeby, angażuje się także w wiele działań wykraczających poza ramy skłotowego podwórka. Jego uczestnicy współtworzą Porozumienie Społeczne „Poznań Miastem dla Ludzi”, które m.in. przeciwstawia się eksmisjom na bruk (w pomieszczeniach Klubu Anarchistycznego mieszkała wyeksmitowana rodzina) i próbom przekształcenia centrum miasta w tzw. City i pozbycia się przez to wielu „niepotrzebnych” mieszkańców czynszowych kamienic. Ludzie z „Kolektywu Rozbrat” angażują się także w walkę o prawa pracowników najemnych, walczą z wszelkimi formami ucisku społeczeństwa przez władze centralne i lokalne, wspierają tych, którzy na skutek swej działalności społecznej mają kłopoty z wymiarem sprawiedliwości.
„Rozbrat” swoją działalnością wkomponował się już w koloryt Poznania, jest miejscem dość znanym i trudno sobie wyobrazić zaprzestanie jego działalności. Mimo wielokrotnych kłopotów (m.in. bandyckie napady, represje policyjne, rotacja mieszkańców) funkcjonuje już od 8 lat, stale się rozwijając.
Wrocław to jedyne miasto w Polsce, gdzie równocześnie istnieje kilka skłotów (jest ich aż trzy), ma też najbogatszą tradycję skłotowania. Istniało tu już chyba kilkanaście krócej lub dłużej działających miejsc tego rodzaju, najbardziej znanym był „Rejon 69”. Spośród obecnie działających, „Free Dom” nie jest skłotem w ścisłym tego słowa znaczeniu. Miejsce to jest legalne (za zgodą władz miejskich), we wrześniu 2000 r. zostało tu utworzone niezależne centrum kulturalne. Nikt nie zamieszkuje budynku, lecz działa tu kilkadziesiąt osób, w tym wiele zaangażowanych wcześniej w „Rejon 69”. Sąsiadujące z centrum budynki zajmowane są przez zaprzyjaźnionych z „Free Domem” kontrkulturowych artystów, dzięki czemu tworzy się mini-wspólnota ludzi o podobnych przekonaniach i stylu życia.
Od lutego 2000 r. istnieje we Wrocławiu skłot przy ulicy Kromera. W marcu 2001 r. przeżył brutalną eksmisję dokonaną przez policję (pobito kilka osób, zniszczono siekierami sprzęty domowe, skradziono osobiste rzeczy), jednak mieszkańcy nie opuścili go. W miesiąc po eksmisji budynek został ponownie zajęty i funkcjonuje jako skłot do dnia dzisiejszego. Mieszka tu kilkanaście osób, robione są kameralne imprezy muzyczne, a lokatorzy angażują się w akcję „Jedzenie zamiast bomb”, w ramach której rozdają bezdomnym samodzielnie przygotowane posiłki, a także dostarczają je do jednego ze społecznych domów opieki socjalnej. Bez państwowych dotacji, bez pośredników, bez łaski urzędników.
Trzeci wrocławski skłot jest nietypowy – to tzw. wagenburg. Nie jest budynkiem – są to stare wagony kolejowe, dostosowane do celów mieszkalnych i „okupujące” jakiś teren na stałe lub przez określony czas (np. dopóki nie zostaną z niego usunięte). Wrocławski wagenburg istnieje od maja 2001 r., zmieniał miejsce pobytu już kilka razy, aktualnie zaskłotowano przy nim jeden budynek, w którym działa bar, warsztat rowerowy i szwalnia. Cyklicznie na terenie okupowanym przez skłotersów odbywają się imprezy muzyczne. W przypominającym cygańskie obozowisko skłocie mieszka kilkanaście osób.
Wrocławscy skłotersi zaangażowani są również w szereg innych działań. W ostatnim czasie aktywnie blokowali eksmisje na bruk, organizują wspomnianą akcję „Jedzenie zamiast bomb”, uczestniczą w wielu manifestacjach, a także działają na polu szeroko rozumianej kultury niezależnej.
Białostocki „De Centrum” jesienią 2002 r. obchodził drugie urodziny. Budynek skłotu to czteropiętrowa kamienica – dawna fabryka. Ma formalnego właściciela, który na razie nie usiłuje stąd wyrzucić mieszkających i działających na skłocie osób. Wszyscy potencjalni inwestorzy oglądający lokal nie byli nim zainteresowani. Miejsce to przeżywało też problemy z okolicznymi chuliganami, którzy dość często napadali na ludzi i atakowali sam budynek.
Działalność skłotu jest coraz szersza. Mieszkańcy rozdają bezdomnym i biednym jedzenie w ramach akcji „Jedzenie zamiast bomb”, cyklicznie odbywają się imprezy „Dziewczyny w akcji”, promujące aktywność i kreatywność młodych kobiet. Mają miejsce projekcje filmów, wystawy, koncerty, warsztaty, działa biblioteka i wideoteka, prowadzone są treningi samoobrony i siłownia. Ludzie zaangażowanie w „De Centrum” są również uczestnikami wielu kampanii ekologicznych, mają tu miejsce spotkania białostockiej sekcji Federacji Anarchistycznej. Przez okolicznych mieszkańców ta działalność jest odbierana pozytywnie. Podczas wakacji 2002 r. w budynku sąsiadującym z „De Centrum” swój „mini-skłot” zorganizowały dzieci z pobliskich blokowisk. Biorąc przykład ze skłotersów, sami wyremontowali niewielki budynek. Kłopoty zaczęły się we wrześniu, gdy okazało się, że „mini-skłot” jest dobrą „bazą” dla wagarowiczów. Policja, rodzice i nauczyciele zgodnie stwierdzili, że odpowiedzialność za to ponoszą skłotersi, którzy do wyboru mieli albo zlikwidować dzieciakom „mini-skłot”, albo bardziej się nimi zainteresować. Wybrali to drugie – dziś pomagają dzieciom, udzielają im darmowych korepetycji, pilnują, by nie przebywały one na terenie skłotu w czasie zajęć lekcyjnych, udostępniają własne sale do ćwiczeń tanecznych, nauki gry na instrumentach, gotowania itp. Utrzymują też kontakt z większością rodziców. Sprawą zainteresowały się lokalne media, odbyła się nawet debata na falach radiowych, pozytywnie o działalności skłotersów wypowiadały się autorytety w dziedzinie pomocy społecznej. Straż miejska zaoferowała swą pomoc m.in. w postaci „legalizacji” skłotu dla dzieciaków.
Gliwicki „Krzyk” powstał ponad 4 lata temu na terenach będących niegdyś zakładami rzeźniczymi. Budynek ma około 20 pomieszczeń wykorzystywanych na różne sposoby. Zagospodarowano również przylegające do skłotu baraki, gdzie urządzono m.in. salę do jazdy na deskorolkach.
W pomieszczeniach skłotu mieści się wolnościowa biblioteka, spotkania mają tam członkowie Stowarzyszenia KRZYK (formalnego użytkownika skłotu) oraz Inicjatywy Pracowniczej – organizacji zajmującej się walką o prawa pracowników najemnych. Regularnie odbywają się koncerty i wystawy, działa także niewielki bar. W bezpośrednim sąsiedztwie mało jest budynków mieszkalnych, co sprzyja prowadzeniu działalności, a mieszczące się nieopodal zakłady produkcyjne i szpital nie stwarzają bywalcom żadnych problemów.
Od niedawna władze miejskie chcą jednak pozbyć się skłotersów, tłumacząc to niebezpieczeństwem zawalenia się budynku i planami jego rozbiórki. Jak na razie wynegocjowano przekazanie budynku przez władze miejskie na okres roczny, w tym czasie skłotersi będą musieli poszukać innego lokalu, który mogliby dostać od miasta. Tak udane negocjacje powiodły się dzięki dużej kampanii medialnej i protestom okolicznych mieszkańców przeciwko lokalizacji drogi, jaka ma powstać m.in. na terenach skłotu i centrum miasta. Przez pewien okres mieszkańcy skłotu mieli problemy z policją i strażą miejską, jednak po legalizacji budynku wszystko się uspokoiło. Zdarzały się również ataki chuliganów.
W stolicy Polski jak do tej pory działały chyba tylko trzy skłoty, o których warto wspomnieć. Pierwszy mieścił się przy ulicy Smyczkowej i zajęty został przez warszawskich uczestników Federacji Anarchistycznej, którzy otworzyli tam Centrum Kultury Niezależnej. Niestety miejsce to nie przetrwało długo, władze Uniwersytetu Warszawskiego przy pomocy policji doprowadziły do usunięcia skłotersów. Do dziś budynek na Smyczkowej stoi pusty i niszczeje.
Drugim miejscem, o którym warto wspomnieć była „Twierdza”. Jak sama nazwa wskazuje, mieściła się w starej cytadeli zbudowanej przez Rosjan w XIX w. „Twierdzę” zaskłotowano w roku 1998, a jej żywot trwał ok. dwóch lat. Odbywało się tu wiele imprez kulturalnych – dziś na jej miejscu stoją komercyjne lokale o astronomicznych cenach.
Ostatnim dzieckiem warszawskiego środowiska alternatywnego był istniejący do niedawna skłot „Czarna Żaba”. Zakończył on swój żywot na przełomie listopada i grudnia ub.r., ale osoby tam mieszkające zajęły już kolejny budynek, w którym pragną kontynuować działalność. Budynek „Czarnej Żaby” zajęty został jesienią 2001 r., dawniej mieściła się tam Spółdzielnia Piekarsko-Ciastkarska. Wiosną 2002 r. właścicielem terenu, na którym stoi budynek została firma Aral BP, zamierzająca tu postawić kolejną stację benzynową. W remont i działalność „Czarnej Żaby” zaangażowanych było wiele osób. Poza pomieszczeniami mieszkalnymi udało się stworzyć salę koncertową, bar, własną galerię. Cyklicznie organizowano tu koncerty, odbywały się wystawy (m.in. prac studentów warszawskiej ASP), pokazy filmów i slajdów. Na skłocie miały też miejsce wszelkie spotkania organizacyjne przed akcjami społecznymi, tutaj trwały m.in. przygotowania do demonstracji w trakcie szczytu NATO w Pradze. Organizowano też imprezy muzyczne, z których dochód służył wsparciu działalności ekologicznej, m.in. na rzecz kampanii w obronie Puszczy Białowieskiej. 1 czerwca 2002 r. zorganizowano imprezę dla dzieci pod hasłem „Anarchiści dzieciom”. Dzieciaki mogły wspinać się na specjalnie zbudowanej ściance, były gry i zabawy z nagrodami, malowanie twarzy, darmowe napoje, słodycze itp. Wystąpiła również grupa perkusyjna samby. Festyn spotkał się z bardzo pozytywną reakcją ze strony dzieci i ich rodziców. Oprócz działań artystyczno-kulturalnych prowadzono również cotygodniową akcję rozdawania ciepłych posiłków bezdomnym i ubogim. Niestety, kapitalistyczna rzeczywistość dzisiejszych czasów pokazuje, że cenne inicjatywy przegrywają ze stacjami benzynowymi, kolejnymi inwestycjami, komercyjnymi obiektami itp.
Od października 2001 r. również w Częstochowie działa skłot stworzony przez tamtejszych młodych ludzi związanych z ruchami kontrkulturowymi. W budynku mieszkają tylko cztery osoby, ale bezpośrednio w działalność tego miejsca zaangażowana jest grupa ok. 20-osobowa. Budynek jest własnością jednej z częstochowskich fabryk okien, po wizycie właściciela i porozumieniu się obu stron działalność skłotu jest legalna, tzn. odbywa się za zgodą właściciela (powiedział on: „lepiej żebyście coś tutaj robili, jakieś próby zespołów, ćwiczyli na siłowni, niż miałbym wynajmować dom agencji towarzyskiej”). Budynek, choć przedwojenny, jest w dobrym stanie.
Poza funkcjami mieszkalnymi budynek stanowi zaplecze dla częstochowskiej młodzieży, której ciężko znaleźć miejsce w publicznych domach kultury itp. Jedno z pomieszczeń przeznaczone jest na próby dla zespołów, w innym umiejscowiono małą siłownię, jest też niewielka pracownia sitodruku, z której zyski przeznaczone są na inwestycje w budynek i jego działalność. Przynajmniej raz w miesiącu odbywają się koncerty i potańcówki, organizowane są również pokazy ambitnych filmów.
Do niedawna w Sosnowcu, w nielegalnie zajętym budynku działał Niezależny Ośrodek Pracy Twórczej „La’Tryna”. Powstał on w lipcu 2001 roku. Po trzymiesięcznym remoncie swą działalność rozpoczął wystawą ekologiczną. Później były kolejne wystawy oraz wykłady dotyczące m.in. globalizacji. Niestety, skłotersi zostali zmuszeni do opuszczenia zajmowanego budynku. Po niedługim czasie zajęty został jednak kolejny budynek, o wiele większy i dający lepsze możliwości działania. Na drodze ku realizacji planów stanęła jednak miejscowa policja, która złożyła donos właścicielowi budynku, a ten zażądał usunięcia z niego skłotujących osób (w budynku nikt nie mieszkał na stałe, służył on jedynie jako miejsce działań). Ludzie tworzący „La’Trynę” nadal walczą o własne miejsce, gdzie mogliby realizować swe artystyczne i społeczne zamiary. W walce tej nie są sami, wspomagają ich inne ośrodki skłoterskie z całego kraju i lokalne media.
Poza wyżej opisanymi ośrodkami w Polsce nielegalnie zajętych jest jeszcze kilka innych miejsc. W Łodzi przy ulicy Węglowej mieszka około dziesięciu osób, swoje spotkania ma tam łódzka sekcja Federacji Anarchistycznej, w Andrychowie istnieje niewielki skłot „Karton”, w Dębicy w nielegalnie zajmowanym budynku odbywają się koncerty, chodzą słuchy o nowym skłocie w Tychach…
Powyższy opis z pewnością nie jest pełnym obrazem tego, co dzieje się zarówno w tych miejscach jak i w całej Polsce na gruncie skłoterskim. Ruch skłoterski jest ruchem płynnym – niczym „tymczasowe strefy autonomiczne” Hakima Beya, skłoty powstają i upadają, choć z pewnością każdy z nich chciałby być „permanentną strefą autonomiczną”, miejscem, gdzie bez nękania przez właścicieli i policję można realizować zamierzone cele. Nawet jednak tymczasowość takich miejsc jest lepsza niż brak jakiejkolwiek przestrzeni do realizacji własnych pomysłów – skłoting to niezależność od państwowego urzędasa i „niewidzialnej ręki rynku”. To wolność tutaj i teraz.
Janusz Krawczyk
Tekst pierwotnie ukazał się w Magazynie OBYWATEL nr 1(9) styczeń-luty 2003.
przez redakcja | piątek 3 października 2014 | Najlepsze teksty z Magazynu OBYWATEL
Latem 1999 roku przyszłam do biura i zastałam kolegów z grobowymi minami, dziwnie jednak podnieconych. „Widziałaś tego bernardyna, co wisi na kościele Mariackim?”. O rany, pomyślałam, koniec świata. „Jakiego bernardyna?”. Oczyma wyobraźni ujrzałam wisielca-zakonnika w brunatnym habicie, dyndającego gdzieś na rusztowaniu Wieży Mariackiej – tej, z której gra się hejnał. Rusztowania stały tam od jakiegoś czasu, bo kościół był w remoncie. „No, bernardyna, psa”. Ach, psa, ale kto powiesił psa? Co to za upiorny happening? Dopiero po chwili zorientowałam się, że chodzi o wizerunek psa-bernardyna, rzeczywiście upiornych rozmiarów, który jako reklama firmy ubezpieczeniowej zawisł na jednej z krakowskich świętości historycznych – fasadzie Kościoła Mariackiego w Rynku Głównym.
Nazajutrz krakowska prasa poinformowała, że proboszcz Bazyliki Mariackiej, ks. infułat Bronisław Fidelus tłumaczy to zaskakujące posunięcie koniecznością zebrania funduszy na remont świątyni. A firma ubezpieczeniowa zapłaci okrągłą sumkę za możliwość ekspozycji reklamy przez dwa miesiące. Przyznaję, ogarnęła mnie bezsilna wściekłość. Oczekiwałam, że odezwą się jakieś protesty. No, bo Kraków, Rynek, narodowa sprawa, a tu taki triumf geszefciarstwa. I na kościele. Czy ludziom wierzącym to nie przeszkadza, że świątynię zamienia się w słup reklamowy? Dlaczego nie ogłoszą jakiejś zbiórki pieniędzy? A ile zostało zmarnowane przez korupcję w zleceniach konserwatorskich? Kiedy dopiero co pomalowane fasady odpadają, kostka wapienna rozlatuje się po jednej zimie, a rusztowania wokół Sukiennic czy Barbakanu stoją na okrągło, bo ciągle są jakieś zleconka – istne perpetuum mobile dla zaprzyjaźnionych firm.
W takim nastroju wybierałam się do księdza infułata, chcąc zadośćuczynić chrześcijańskiej zasadzie, że najpierw trzeba w cztery oczy powiedzieć, co się ma przeciw bliźniemu,a potem dopiero występować z publicznym protestem.
Zanim jednak trafiłam do kancelarii parafialnej w dwa dni później, nagle okazało się, że ktoś inny też miał całej sprawy dość. „Dziennik Polski” określił go jako „38-letniego obywatela Będzina z żoną”. Wspiął się on na rusztowanie wraz z żoną (trzeba było szybko działać i w absolutnej konspiracji się przygotować, a realizacja pomysłu wymagała dwu osób) i błyskawicznie zrzucił ogromną płachtę reklamy. W miejsce psa zawiesili własny transparent: „Jezu, ufam Tobie”. Policja natychmiast interweniowała. Po kilku godzinach „właściwa” reklama była z powrotem na miejscu. A prasowe komentarze w czambuł potępiły akcję. Niech da pieniądze, a nie protestuje – szydzono z tego odważnego człowieka.
Wkrótce na ul. Grodzkiej spotkałam przypadkiem znajomego. „Ale historia z tym psem – mówię do niego – chciałabym uścisnąć rękę facetowi, co nie bał się zdjąć tego paskudztwa. Tylko akcja bezpośrednia działa na tych otumanionych ludzi”. A on w śmiech. „No to uściśnij mi rękę” – mówi. I wtedy przypomniałam sobie, że przecież on jest z Będzina, choć od lat mieszka bez meldunku w Krakowie, i że ma 38 lat, i że byłby do tego zdolny. Zaczęliśmy się szaleńczo śmiać, aż przechodnie – krakowianie i turyści – zaczęli na nas podejrzliwie patrzeć.
Jak można się było spodziewać, moja wizyta u ks. infułata nic nie dała. Skoro mówią „dajcie pieniądze”, byłam już gotowa zacząć akcję zbiórki. Nawet dość niegrzecznym tonem sugerowałam, że wykupimy godziny, jeśli nas nie stać na całe dwa miesiące. To nic nie da – powiedział ks. Fidelus. Umowa jest taka, że pies musi wisieć do października. I wisiał. Dziś, kiedy turyści zachwycają się odnowioną polichromią kościoła, mnie ona nie zachwyca. Bo skoro za taką cenę…
Przeczuwałam, wiedziałam, że reklama na Kościele Mariackim będzie stanowić przełom w sprzedaży przestrzeni publicznej. Że skoro inni zobaczą, że hierarchia kościelna jest za, że ludzie nie protestują (poza kilkoma „oszołomami”), że można na Rynku, i na zabytku, i na kościele… Nie trzeba było długo czekać.
W grudniowy wieczór tego samego roku wracaliśmy samochodem ze Stryszowa. Jechaliśmy w towarzystwie gościa z Anglii, sir Juliana Rose’a, doradcy brytyjskiego następcy tronu. Przejeżdżaliśmy przez Most Dębnicki na Wiśle, skąd jest najlepsza panorama Wawelu. I oto naszym oczom ukazała się oświetlona sylweta zamkowego wzgórza… z przytwierdzoną ogromną reklamą niemieckiej firmy grzewczej pośrodku. Oświetloną, żeby było lepiej widać. Wszyscy w samochodzie wydali okrzyk zgrozy. Rzeczywiście, to było porażające dla każdego normalnego człowieka. „Coś z tym trzeba zrobić, to nie może tak zostać, to przechodzi ludzkie pojęcie! Czy dyrektor Wawelu myśli, że to jego własność?” – wykrzyknęłam. „Zrób coś, Barbara” – zachęcał mnie równie wzburzony Brytyjczyk.
I zrobiłam. Napisałam do dyrektora Wawelu list otwarty, który przesłałam do wszystkich gazet, rozgłośni radiowych i do telewizji. Oto jego treść:
Szanowny Panie Dyrektorze!
Kieruję do Pana Dyrektora ten list głęboko poruszona faktem umieszczenia agresywnej reklamy jednej z firm na murze Wawelu od strony Wisły.
Wielu ludzi (zarówno goście zagraniczni, jak i mieszkańcy Krakowa traktujący mnie jako swoją przedstawicielkę) usilnie prosiło mnie o interwencję w tej sprawie, gdyż oburzeni i zdumieni są takim umyślnym zepsuciem najpiękniejszej panoramy na narodową świętość Polaków.
Względy historyczne i estetyczne, a także poszanowanie tradycji, każą chronić nie tylko same zabytki, ale i krajobraz z nimi związany. Dlatego z takim trudem bronimy się przed umieszczeniem reklamowych billboardów w historycznym centrum Krakowa.
Żadne względy finansowe nie usprawiedliwiają wykorzystania widoku najcenniejszych zabytków w celach zarobkowych.
Wawel stanowi współwłasność wszystkich obywateli Polski, a w sensie symbolicznym należy do wspólnoty narodowej, która ma charakter ponadczasowy. Dlatego rozporządzenie nim nie powinno odbywać się w sposób sprzeczny z tradycją.
Jestem przekonana, że najbardziej niebezpiecznym aspektem tej sprawy jest zaszczepianie w ludziach przekonania, że wszystko jest na sprzedaż, a to stanowi jedną z największych obelg, rzuconych przeciw cywilizacji łacińskiej.
Dlatego proszę Pana Dyrektora, aby niezwłocznie doprowadził do usunięcia reklamy z murów Wawelu.
Z poważaniem,
Barbara Bubula – Radna Miasta Krakowa.
Przez środki przekazu przetoczyła się w okresie Bożego Narodzenia burzliwa dyskusja, czy wolno zabytki wykorzystywać na reklamę. Poparło mnie zaledwie kilku szacownych obywateli Krakowa. A tylko jeden z nich napisał list w mojej obronie (tak! – to ja byłam oskarżona) do redakcji miejscowego dodatku „Gazety Wyborczej”. Większość była obojętna. Dyrektor Wawelu odpowiedział, że reklamy nie zdejmie, bo to zapłata za nowy kocioł grzewczy dla Wawelu, a on nie ma skąd wziąć na to środków. Telewizja zaprosiła mnie do programu, radio nagrało moją wypowiedź. Dziennikarze atakowali mnie – nie dyrektora Wawelu, to ja musiałam się tłumaczyć z własnych poglądów. Przecież względy ekonomiczne wszystko usprawiedliwiają, a mamy kryzys w Polsce… – co ja sobie wyobrażam! Niby dlaczego państwo ma łożyć na kulturę? Między świętami i Nowym Rokiem to był temat numer jeden, uparcie eksploatowany z braku innych. Nad ranem, kiedy wracałam z Sylwestra, w radio usłyszałam nagle swój głos, powtarzany pewnie od dwu dni przy każdych wiadomościach, jako ciekawostka, bo przecież tylko dziwak tak może mówić: „Nie wszystko jest na sprzedaż, nie wolno wykorzystywać Wawelu jako podkładki do billboardu”. Dopiero po kilku miesiącach, na wszelki wypadek po tym, gdy dyrektor zdjął reklamę z wawelskiego muru, szacowne grono profesorów, konserwatorów i historyków sztuki uznało, że nie można wieszać reklam ot tak sobie na zabytkach, tylko na rusztowaniach, w czasie remontu. Taki kompromis sztuki z mamoną.
Minęło półtora roku. We wrześniu 2001 r. dziennikarze wykryli, że wykorzystując bezradność urzędników odpowiedzialnych za egzekucję prawa w tym zakresie, właściciele kamienic w Rynku zgłaszają „remonciki”, stawiają rusztowania, na nich wieszają reklamy i biorą za to pieniądze. Nawet nie udają, że jakiś remont się naprawdę odbywa. W rezultacie, tu i ówdzie na krakowskich zabytkach, na kamienicach w Rynku powszedniały już krakowianom coraz to nowe gigantyczne płachty reklam. Turystom nie powszedniały. Ponieważ moje poglądy stały się znane, donoszono mi o wszystkich okrzykach oburzenia na widok przesłoniętych tym proszkiem czy ową siecią komórkową widoków. „Przecież tu już nie można nawet zdjęcia zrobić, że się było w Krakowie, bo wszędzie włażą te paskudztwa. Tego nie ma w żadnym zabytkowym mieście na świecie” – narzekali Niemcy, Francuzi, Amerykanie i oczywiście, najwięcej, polscy turyści. Poglądów Japończyków nie poznaliśmy tylko dlatego, że oburzenie wyrażali po japońsku, pewnie dosadnie…
Wszystkim się zdawało, że ja coś mogę zrobić. I że zastąpię opinię publiczną, autorytety moralne, wymiar sprawiedliwości, władzę i wszystkich innych obywateli w obowiązku ochrony Krakowa przed inwazją reklam. Oczywiście, nie mogłam zastąpić. Potrzebny był Palec Boży.
Oto latem 2002 r., zgodnie z zasadą, że w czasie remontu i na rusztowaniu wolno, na Sukiennicach (tj. na rusztowaniu, którym je obstawiono) zawisła ogromna reklama kawy. Przyszła wichura, przewróciła reklamę, a ta przy okazji zburzyła zabytkową attykę Sukiennic, zrzucając kamienne rzeźby maszkaronów. I znów dyskusja, w której większość jak ognia wystrzegała się fundamentalizmu, utożsamianego z moim poglądem, że nie kupczy się w ten sposób, że nie można handlować sprzedając zabytkową przestrzeń. Przy okazji okazało się, że rusztowania stawiane są zanim remont się rozpocznie – celowo, żeby dłużej wisiała reklama. Znaleziono dwa drobne naruszenia przepisów. Mandaty za zburzenie zabytkowych maszkaronów, które przetrwały 500 lat, a nie przetrwały kontaktu z kawą Tchibo wyniosły dwa razy po 500 zł dla dwu urzędników średniego szczebla.
Po 1 zł za każdy rok „zabytkowości” rzeźb. Taki przelicznik…
Jest koniec roku 2002. Idę przez Rynek a tu sensacja, zbiegowisko, telewizja, wóz strażacki z drabiną. Właśnie w majestacie prawa przymusowo zdejmowana jest reklama-gigant z jednej z kamienic. Typowa „pokazówka”. Czy trzeba było na to aż 2 lat i uszkodzenia Sukiennic? I czy spektakularna jednorazowa „egzekucja” załatwi sprawę?
Tekst pierwotnie ukazał się w Magazynie OBYWATEL nr 1(9) styczeń-luty 2003
przez redakcja | piątek 3 października 2014 | Najlepsze teksty z Magazynu OBYWATEL
Organizacje ekologiczne i społeczne mogą odegrać kluczową rolę w batalii o kształt polskich miast, która toczy się obecnie na skalę całego kraju i od której będzie zależała jakość życia miejskiego za 10, 20 i 50 lat. Sama ekologia jednak nie wystarczy, aby wynik walki był korzystny dla zwykłych obywateli. Potrzebni są sojusznicy.
Podstawowym zadaniem organizacji społecznych jest sprawienie, aby obywatele byli w o wiele większym stopniu zaangażowani w zrozumienie zagadnień związanych z degradacją miast, a następnie zorganizowali się tak, by ich wpływ na podejmowanie decyzji był dużo większy. Nie sądzę, że urzędnicy, radni, politycy i media zaczną się liczyć z faktami i nastrojami, jeśli większa ilość obywateli nie zaangażuje się w te zagadnienia. Czasem lepiej powiedzieć „nie” dla pewnego rodzaju rozwoju oraz kreować rozwiązania mniej efektowne, mniej widoczne, ale o wiele bardziej przyjazne mieszkańcom i pasujące do skali miasta, jego tradycji, istniejącego układu przestrzennego itp.
Oto kilka pomysłów, gdzie szukać sojuszników w walce o kształt miast. Przedstawiam również sposób argumentacji, który może pomóc nam sprawić, aby potencjalni sprzymierzeńcy stali się faktycznymi sojusznikami i aktywnie zaangażowali się w zatrzymanie, ograniczenie i blokowanie procesu degradacji społecznej, estetycznej, zdrowotnej i ekologicznej naszych miast.
1.MIESZKAŃCY CENTRÓW MIAST
– to nasi „naturalni” sprzymierzeńcy. Substancji miasta najbardziej zagraża proces tzw. urban sprawl (dosłownie: rozpełzanie się miast; fachowo – suburbanizacja), czyli proces rozrostu terenów miejskich w efekcie zabudowy przedmieść, lokowania tam hipermarketów i centrów handlowych, a z czasem przeniesienia się ciężaru inwestycji mieszkaniowych, handlowych, usługowych i instytucjonalnych, co prowadzi do odpływu ludności z centrów miast i ich degradacji. Mieszkańców polskich śródmieść nie trzeba uwrażliwiać na hałas, spaliny, szpetotę budynków, brak terenów zielonych i miejsca dla pieszych – to już znają z autopsji. Musimy natomiast odkłamać propagandę zdemoralizowanych polityków, urzędników i mediów. Dwa największe mity tej propagandy to twierdzenie, że:
- Autostrady wyprowadzą ruch samochodowy z miasta.
- Wielopoziomowe parkingi w centrum wpłyną na polepszenie sytuacji transportowej w mieście.
Te twierdzenia są fałszywe, czego dowiedziono już wielokrotnie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie powoli, ale stopniowo odchodzi się od takich rozwiązań. Jeżeli nie autostrady i parkingi, to co? Jest jeden skuteczny sposób na wyprowadzenie ruchu z centrum: strefowanie ruchu. Trzeba namawiać ludzi z centralnych obszarów miast do żądania od władz miejskich zrobienia tego, co wprowadzono w życie już ponad 10 lat temu w Krakowie.
2.PIESI
– najliczniejsza grupa naszych sojuszników. Trzeba mocniejszy akcent położyć na dowartościowanie pieszych. Potrzeba ta wynika z funkcjonowania obiegowej opinii, że właściciel samochodu jest kimś lepszym niż osoba, która tego pojazdu nie posiada a porusza się po mieście piechotą lub transportem publicznym. Konieczne jest uświadamianie społeczeństwu zalet używania na co dzień własnych nóg. Z pieszymi wiąże się pięć fundamentalnych zależności: 1. Zwarte miasto, nie poddające się procesowi urban sprawl, to z definicji miasto dla pieszych; 2. Nowe budownictwo w mieście musi zawsze być w 90% zorientowane na pieszych. 3. Transport publiczny czyni miasto przyjaznym dla pieszych; 4. Ruch samochodowy zawsze koliduje z ruchem pieszym; 5. Jeżeli poruszanie się piechotą zostaje zaniedbane czy utrudnione, wtedy zawsze pogarsza się jakość życia w mieście.
3.KUPCY,RZEMIEŚLNICY
– tej grupy nie trzeba przekonywać, że hipermarkety na przedmieściach oznaczają niszczenie ich miejsc pracy. Natomiast przekonywać ich trzeba i to usilnie do samoorganizacji i aktywnej walki z korporacjami handlowymi lokującymi na przedmieściach swoje placówki. Polecam odszukanie organizacji kupieckich, które działają w dużych miastach. Pomagają one w oddziaływaniu na lokalne władze. Ciekawą inicjatywą jest pomysł właścicieli sklepów przy ul. Piotrkowskiej w Łodzi z czerwca 2002 r., którzy zapowiedzieli zrzeszenie się i aktywną walkę z supermarketami o klienta.
4.ORGANIZACJE CHRONIĄCE ZABYTKI
– odbudowa i ponowne wykorzystanie obiektów historycznych w miastach może być twórczym impulsem ożywienia społeczności lokalnej. Ochronę zabytków warto przestać traktować wyłącznie jako kwestię zachowania tego czy innego obiektu, ich otoczenia albo nawet tożsamości miasta, lecz wykorzystywać jako środek do odradzania się miasta, powrotu życia do jego centrum. Postępujący proces rozłażenia się miasta uwidacznia się zanikiem budowli historycznych w śródmieściu. Zabytkowe budynki (o różnej jednostkowej wartości, ale tworzące harmonijny układ miejski) wyburza się wskutek braku remontów albo w celu postawienia w ich miejscu szklanego wieżowca lub poszerzenia drogi. Na te zależności i procesy warto zwracać uwagę organizacjom, których celem jest ochrona zabytków, w ten sposób zyskując w nich sojusznika.
5. ROLNICY
– kolejna grupa społeczna będąca „naturalnym” sojusznikiem. Najlepszym sposobem ich pozyskania jest rozwijanie w miastach kampanii i programów edukacyjnych na rzecz lokalnych targów rolnych. Lokalizacja targowisk w centrach i na osiedlach wielu miast może w znacznym stopniu pobudzić lokalną działalność gospodarczą i rewitalizację społeczności. Targi są również najlepszym mechanizmem zachęcającym do wspierania rolnictwa ekologicznego i zachowania małych gospodarstw. Targi dają rolnikom możliwość bezpośredniej sprzedaży konsumentom i wyeliminowanie marży pośredników, co podniesie dochody. W Stanach Zjednoczonych rozpoczął się kilka lat temu proces otwierania w wielkich miastach lokalnych targów, na które farmerzy (coraz częściej ekologiczni) przywożą swoje towary i sprzedają bezpośrednio z samochodów. Nikogo to nie zawstydza, przeciwnie – prezentowane jest z dumą jako dowód na odradzanie się amerykańskich miast. W Polsce zauważyłem pierwsze jaskółki, np. w centrum Łodzi w maju 2002 r. kosztem ograniczenia miejsca dla parkingu i postoju taksówek otwarto targowisko.
6. WŁAŚCICIELE PUBÓW,KAWIARNI, KWIACIARNI ITP.
– trzeba ich uwrażliwiać na fakt, że zamiana wielkich obszarów w niekończące się przedmieścia to zagrożenie dla ich dochodów. Naszym zadaniem powinno być przekonywanie, że w ich interesie leży, aby tkanka miejska z mieszaną, nie dzieloną sztucznie na strefy zabudową była żywa. Trzeba im unaoczniać, że odradzanie się miast, powrót życia do centrum, gdzie ludzie chodzą piechotą, rozmawiają, jedzą, bawią się, dyskutują, to dla ich lokali same korzyści. Trzeba zachęcać do otwierania w sezonie wiosennym i letnim kawiarnianych ogródków kosztem części ulic, jak to ma miejsce na przykład na Piotrkowskiej w Łodzi.
7. UŻYTKOWNICY TRANSPORTU PUBLICZNEGO I PRACOWNICY MPK
– kolejna grupa będąca potencjalnie naszymi sojusznikami. Warto używać argumentacji mówiącej, że pierwszym i najważniejszym zadaniem w polityce transportowej i przestrzennej miast powinno być ulepszanie i unowocześnianie istniejącego transportu publicznego. Musimy zwracać członkom tej grupy uwagę na fakt, że wzrost ruchu samochodowego zawsze ma negatywny wpływ na pracę transportu publicznego, a w dłuższej perspektywie oznacza likwidację wielu etatów w komunikacji miejskiej. Transport publiczny czyni miasto miejscem, które dobrze funkcjonuje i jest przyjazne jego mieszkańcom. Podobnie jak z pieszymi, w Polsce konieczna jest ogromna praca edukacyjna mająca na celu eliminację ze świadomości użytkowników transportu publicznego stereotypu, że obywatel nie posiadający samochodu lecz korzystający z komunikacji publicznej jest kimś gorszym niż osoba poruszająca się po mieście swoim autem.
8. UŻYTKOWNICY KOLEI I PRACOWNICY PKP
– w przypadku tej grupy trzeba szczególny nacisk położyć na promocję systemu szybkiej kolei miejskiej z wykorzystaniem pojazdów dwusystemowych.
9. ROWERZYŚCI
– podstawowy problem to mobilizacja posiadaczy rowerów, którzy niestety sami z siebie rzadko potrafią się zorganizować w skuteczną i efektywną grupę nacisku walczącą o respektowanie swoich praw i uwzględnianie ich interesów w planowaniu rozwoju miasta.
10. ARCHITEKCI I URBANIŚCI
– warto zorientować się, kto jest kim w środowisku architektów i urbanistów w mieście, w którym zamierzamy podjąć walkę o uratowanie przestrzeni przed degradacją. Fachowców i ekspertów zawsze dobrze mieć po ręką, warto więc poświęcić trochę czasu na ich aktywne poszukiwanie. Jeżeli w naszym mieście znajduje się ośrodek akademicki, to proponuję zacząć właśnie od niego. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że znajdzie się jedna lub kilka osób, którym nie obce będzie zjawisko rozpełzania się miast i które będą chętne do wsparcia swoim doświadczeniem i wiedzą naszych działań.
11.CZŁONKOWIE PTTK-ów
– Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze to najstarsza w Polsce organizacja skupiająca turystów i krajoznawców. PTTK rozwija i upowszechnia krajoznawstwo i turystykę kwalifikowaną we wszystkich jej formach. Warto zorientować się, czy lokalny oddział PTTK–u nie skupia ludzi, którym tak jak nam zależy, aby miasto nie zmieniło w zabudowane przedmieścia kolejnych podmiejskich, malowniczych tras pieszych czy obszarów zielonych i wiejskich. Trzeba również zachęcać członków PTTK do turystyki miejskiej. Pokazywać, że miasto historyczne, posiadające bogatą architekturę, to miasto atrakcyjne pod względem turystycznym. Przekonywać, że dziedzictwo przemysłu w postaci zabytkowych budynków pofabrycznych jest jednym z ważniejszych elementów tożsamości wielu miast i ma szansę, przy odpowiednim zagospodarowaniu, stanowić atrakcyjne cele turystyki. Pozyskani entuzjaści turystyki mogą nam bardzo pomóc np. w obronie przed wyburzeniem kolejnej zabytkowej kamienicy czy fabryki pod parking lub nową drogę.
12.MATKI
– wśród kobiet najlepiej popularyzować problem destrukcyjnego wpływu degradacji miast na jakość życia ich dzieci. W aktywizacji kobiet warto wykorzystywać dziesiątki pism kobiecych, które poprzez zamieszczenie naszego artykułu mogą zrobić dużo dobrego w świadomości płci pięknej. Raport Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) stwierdza: „Dzieci stanowią grupę szczególnie wrażliwą na zagrożenia zdrowotne tworzone przez transport. Ze względu na ich ograniczoną świadomość i reakcję na niebezpieczeństwa ruchu drogowego są bardziej narażone na wypadki. Rodzice reagują ograniczając dzieciom możliwości chodzenia i jeżdżenia rowerem. Nie tylko, że niekorzystnie wpływa to na tryb życia dzieci, który staje się przez to jeszcze mniej aktywny, ale pozbawia dzieci niezależności, ogranicza możliwości kontaktu z rówieśnikami i wpaja poczucie zależności od samochodu, która zostanie przeniesiony w dorosłe życie. W tych krajach, gdzie ciągle używa się benzyny ołowiowej dzieci wystawione na działanie ołowiu zawartego w benzynie są narażone na zwiększone ryzyko upośledzenia funkcji systemu nerwowo-poznawczego. Dzieci są również szczególnie wrażliwe na hałas”.
13.EMERYCI I RENCIŚCI
– naturalni nasi sprzymierzeńcy z uwagi na fakt, że najczęściej robią zakupy w miejscu zamieszkania, nie posiadają samochodu, korzystają z transportu publicznego, nie znoszą hałasu i powietrza zanieczyszczonego spalinami, chętnie (jeżeli tylko mają gdzie) odbywają spacery na terenach zielonych i w parkach.
14.CZŁONKOWIE TOWARZYSTW PRZYRODNICZYCH
– zajmujący się ptakami, owadami, płazami czy terenami podmokłymi i torfowiskami. Grupa kilku tysięcy ludzi, mogąca być przydatna szczególnie w sytuacjach, kiedy miasto rozlewa się na tereny podmiejskie zajmowane dotychczas przez dziką przyrodę.
15.WĘDKARZE
– członkowie Polskiego Związku Wędkarskiego mogą być szczególnie przydatni w sytuacjach, kiedy zmiany planu zagospodarowania przestrzennego dotknąć mogą w negatywny sposób tereny posiadające dzikie oczka wodne, stawy, rzeki. Warto szukać wsparcia w PZW argumentując, że zmiana planu czy nowa inwestycja wpłyną niekorzystnie na tereny wodne.
16.DZIAŁKOWCY
– wśród właścicieli ogródków działkowych warto również poszukać naszych sprzymierzeńców w batalii o kształt miast. Polski Związek Działkowców wydaje w nakładzie 235 tys. egz. miesięcznik „Działkowiec”. Już sam ten fakt świadczy, że jest to grupa liczna, która wymaga zainteresowania.
17.CZŁONKOWIE ORGANIZACJI WALCZĄCYCH Z OTYŁOŚCIĄ I KLUBÓW ZDROWEGO TRYBU ŻYCIA
– na pierwszy rzut oka można nie dostrzec związku między rozprzestrzenianiem się miast a wzrostem liczby ludzi chorych na nadwagę. Kto miał okazję przyjrzeć się na własne oczy sylwetkom Amerykanów, ten może to potwierdzić. Gdy po raz pierwszy odwiedziłem kilka amerykańskich miast, zauważyłem duże podobieństwo między ich rozrostem, a rozrastaniem się sylwetek Amerykanów. To pierwsze zjawisko określane jest w Stanach Zjednoczonych terminem urban sprawl, to drugie określiłbym terminem pupa sprawl… Nagłówki z amerykańskich gazet z początku lutego 2001 r. mówią same za siebie: „Urban sprawl odpowiedzialny za otyłość, wykazują najnowsze badania”. Jak tę zależność można wykorzystać w polskich warunkach? Przede wszystkim poprzez uświadamianie ludziom faktu, że częste używanie samochodu, obok innych czynników, ma ogromny wpływ na nadwagę. Fakt ten jest oczywisty, ale wciąż mało akcentowany w różnego rodzaju poradnikach i materiałach mówiących o przyczynach otyłości.
18.WŁAŚCICIELE FIRM LOKALNYCH
– którzy zatrudniają ludzi mieszkających w bliskim sąsiedztwie miejsca ich firmy. Jeżeli ci pracownicy muszą dojeżdżać z daleka, np. odległych dzielnic, to ich efektywność może spadać, wydłuża się czas dojazdu do i z pracy, dochodzą koszty parkingów i miejsc w garażach. Warto w tym miejscu przeciwstawiać biznes biznesowi. Biznes, na który składa się duża liczba małych firm lokalnych korzystający z większej liczby pracowników – przeciwko biznesowi wielkiej skali, dążącemu do maksymalnej automatyzacji produkcji i usług.
19.URZĘDNICY MIEJSCY
– trzeba szukać, choć znalezienie kogoś rozsądnego i mającego odwagę współpracować jest bardzo trudne. Lista wydziałów, gdzie teoretycznie powinny pracować osoby przeciwne rozpełzaniu się miasta: Wydział Zdrowia Publicznego, Wydział Edukacji, Wydział Kultury i Ochrony Zabytków, Wydział Ochrony Środowiska, Wydział Komunikacji, Wydział Handlu, Usług i Rolnictwa, Wydział Rozwoju i Promocji Miasta.
20.CZŁONKOWIE ORGANIZACJI SPOŁECZNYCH ZAJMUJĄCYCH SIĘ OSOBAMI NIEPEŁNOSPRAWNYMI I STARSZYMI
– obie te grupy społeczne są spychane na pobocze i margines życia miejskiego. Miasto przyjazne procesowi urban sprawl to miasto nieprzyjazne osobom starszym, niedołężnym i inwalidom.
Powyższa lista potencjalnych sojuszników oczywiście nie jest pełna. Problem rozlewania się miasta dotyka tak wielu aspektów codziennego życia obywateli, że mógłbym ciągnąć wyliczankę jeszcze długo. Zachęcam jednak do poszukiwań własnych skojarzeń i wyciągania z nich wniosków.
Wbrew pozorom i potędze przeciwnika, nasza wygrana jest możliwa, jak pokazuje to przykład tysięcy amerykańskich społeczności zaangażowanych w ostatnich dziesięcioleciach w obronę swoich domów, dzielnic i miast przed „rozwinięciem”, czyli zburzeniem po to, by postawić na ich miejscu kolejny szklany wieżowiec lub poszerzyć kolejną drogę. Co ciekawe, jak pokazują te amerykańskie zmagania, życie i historia z reguły przyznają rację lokalnym społecznościom i tamtejszym „oszołomom”, którzy podobnie jak w Polsce przeciwstawiają zdrowy rozsądek wszelkiego rodzaju wysoko opłacanym fachowym analizom i ocenom. Intuicja mieszkańców czy poszczególnych aktywistów okazuje się bowiem na ogół dostarczać o wiele lepszych odpowiedzi na pytanie, co trzeba zrobić w dzielnicy czy mieście niż pomysły przyjezdnych fachowców, konsultantów i tzw. ekspertów.
Tekst pierwotnie ukazał się w Magazynie OBYWATEL nr 1(9) styczeń-luty 2003
przez redakcja | piątek 3 października 2014 | Najlepsze teksty z Magazynu OBYWATEL
z dr.Jackiem Wesołowskim rozmawia Barbara Bubula
Napisał Pan w swojej książce, że planowanie przestrzenne jest emanacją społecznej świadomości.
J.W.: Kiedy jedziemy przez Europę, gołym okiem widać, że są kraje, w których zabudowa i funkcje poszczególnych terenów są uporządkowane, zwarte, racjonalne. To kraje germańskie, od Skandynawii po Szwajcarię. I są kraje takie, jak Włochy. Gdy jedzie się pociągiem z Neapolu do Reggio, to ma się wrażenie, że cały czas wędrujemy wzdłuż jednego miasta-przedmieścia. Planowanie przestrzenne oznacza pewne ograniczenie wolności jednostki, aby społeczeństwo mogło korzystać z przestrzeni. Istnieją kraje, gdzie świadomie wykorzystuje się pewne elementy w świadomości społecznej, np. w krajach anglosaskich od XVIII w. ukształtował się krytyczny stosunek do miasta jako miejsca, w którym brakuje powietrza, jest ciasno, brudno i niezdrowo. I wykorzystano to, promując budownictwo niskiej intensywności, przedstawiane jako wyższy poziom cywilizacyjny. W świadomości Amerykanów domek z ogródkiem stał się więc ideałem, do którego się dążyło. Za to się dziś płaci, bo miasta amerykańskie zajęły ogromne przestrzenie. Ale była to kwestia wyboru tamtego społeczeństwa.
Czyli nie uważa Pan miast amerykańskich za gorsze od np. niemieckich?
J.W.: Mój wzorzec idealnego miasta jest inny. Jeśli uznamy, że względy estetyczne są ważne, to oczywiście amerykańskie są gorsze. Martwe śródmieścia, niezabudowane kwartały, ogromna skala, niesamowite dystanse do pokonania. Wolę Szwajcarię, która też nie jest krajem biednym, a ma piękne miasta. Są one ukształtowane w ludzkiej skali, nie ma tam ostrych antagonizmów społecznych, kontrastów, napięć. Bo nie można zapominać o tym, że z ukształtowania przestrzeni w danym kraju, zwłaszcza w miastach, można wnioskować o typie konfliktów społecznych na danym terenie.
Istnieje więc sprzężenie zwrotne pomiędzy tym, jak wyglądają miasta i jak wygląda życie społeczne w danym kraju?
J.W.: Wygląd miast jest ściśle związany z kulturą danej społeczności. Od tej kultury zależy oblicze miast i odwrotnie, poziom tej kultury, jej kierunek rozwoju, zależy w dużym stopniu od wyglądu miast. Przy czym należy pamiętać, że nie ma to nic wspólnego z zamożnością.
Jest oczywiste, że w Europie niezwykłe znaczenie ma ochrona zabytków – nie tylko poszczególnych zabytkowych budynków, ale także przestrzeni, krajobrazu, poczucia ciągłości, tradycji. Europa jest mniej podatna na innowacje. Ale – co chyba najważniejsze – przestrzeń dostarcza mieszkańcom Europy atrybutów tożsamości, czują się wrośnięci w dany pejzaż, związani ze swoją rodzinną okolicą. Amerykanie ukształtowali kulturę, w której człowiek nie jest w ten sposób związany z konkretną przestrzenią, ich sposób życia charakteryzuje się dużą mobilnością.
Polska dzisiaj wydaje się podążać za wzorcem amerykańskim, z dominacją samochodu w przestrzeni. Motoryzacja indywidualna stała się najważniejszym czynnikiem planowania przestrzennego. Opinia publiczna nie jest świadoma, do czego prowadzi chaos w planowaniu i podporządkowanie rozwoju miast samochodom.
J.W.: Też mam takie wrażenie. Większość architektów i urbanistów przede wszystkim zarabia na życie. Starają się schlebiać gustom wszystkich, zatem plany są nijakie, albo – co gorsza – podporządkowane ogólnym, szkodliwym wyobrażeniom o tym, co jest dla danego terenu „korzystne”. Jeśli urzędnicy uznają, że zrobią biznes na działkach zabudowanych, to planuje się długi pas zabudowy komercyjnej po obu stronach drogi. Potrzeba naprawdę silnej osobowości i autorytetu urbanisty oraz świadomości tego, jak powinno wyglądać osiedle czy miasto, by przekonać lokalnych polityków do dobrego planu przestrzennego. Niestety, urbanistyka stała się w Polsce pustą procedurą biurokratyczną. Dopiero interwencje zewnętrzne, np. konserwatora zabytków pozwalają uratować nievktóre tereny przed chaosem lub niekontrolowaną zabudową.
Konieczna jest zatem popularyzacja problematyki planowania przestrzennego wśród polskich obywateli, polskiej opinii publicznej.
J.W.: Wróciłbym do kwestii estetycznych. Jeśli większość stawianych w Polsce płotów to betonowe koszmarne prefabrykaty w stylu „rokokowym”, to oznacza, że społeczeństwo nie ma wyrobionego podstawowego zmysłu estetycznego. Tu wyraźnie negatywnie odróżniamy się nie tylko od Niemców, ale i Czechów czy Słowaków. U nas każdy chce się wyróżniać i stąd estetyczna kakofonia. Nie ma zmysłu ochrony dobra społecznego, podporządkowania się pewnemu wzorcowi, umiaru, prostoty. Bierze się to z długich okresów braku państwowości w ostatnich 200 latach, co potwierdza pewnie tezę o kulturowym charakterze planowania przestrzennego.
Przy takim stanie świadomości, presja indywidualnego transportu jest coraz dotkliwsza. Zachodzą nieodwracalne zmiany w kształcie urbanistycznym Warszawy, Krakowa, Łodzi.
J.W.: Wśród osób zamożnych kształtuje się obecnie nowy model życia miejskiego, zaczerpnięty z hollywoodzkich filmów. Presja używania samochodu jest bardzo duża – tak duża, że nie dopuszcza do głosu argumentów za interesem publicznym. Użytkownicy samochodów albo zatracili już świadomość, że miasto jest czymś wspólnym, a nie tylko zbiorem ulic dla ich prywatnego samochodu, albo tę świadomość od siebie odsuwają. Rzeczywiście jest tak, że potrzeby transportowe stały się obecnie podstawowym czynnikiem kształtującym przestrzeń, zwłaszcza w miastach poprzemysłowych, takich jak Łódź.
Niektórym marzy się na przykład modelowe centrum bez mieszkań. Tymczasem brak inwestowania w śródmieście, usuwanie się z niego lepiej sytuowanych mieszkańców, czyni z tego obszaru miejsce upadku społecznego i technicznego, kamienice zamieniają się w rudery, następuje erozja miasta. Z kolei te rudery wyburza się, już nawet nie dlatego, że poszerzane są ulice (na to na razie miasta nie stać), ale dla miejsc parkingowych. Śródmieście ulega erozji. Rośnie atrakcyjność obrzeży, a nawet komunistycznych blokowisk. Mamy więc klasyczny objaw znany z miast amerykańskich, tzw. urban sprawl, czyli rozpełzania się miasta.
To, czym Łódź się różni, to tempo przemian, bo kierunek jest podobny: mamy już degradację śródmieścia, powszechną motoryzację, brak jeszcze tylko (i oby jak najdłużej) „domu dostępnego” dla większości. Poprawa w gospodarce może to „diabelskie koło” dezurbanizacji rozpędzić nieodwracalnie. Skoro prawie nikt nie chce zamieszkać w śródmieściu, to co z tego, że np. w Łodzi można by stworzyć świetne, oryginalne miejsca do zamieszkania w byłych fabrykach, których jest w centrum mnóstwo. Na razie zamiast tego wymyślono, by budować tam centra handlowe. Nie ma pomysłów, jak umiejętnie wtopić te tereny poprzemysłowe w tkankę miasta, zachowując ich walory, a miastu nie szkodząc. Błędna polityka polega na stwarzaniu inwestorom dogodnych warunków do inwestowania przede wszystkim na obrzeżach, nawet samo miasto jest od dawna jednym z takich budowlanych przedsiębiorców.
A co z mieszkańcami centrów miast?
J.W.: Nie jesteśmy w stanie nigdzie tych ludzi z kamienic śródmiejskich przenieść, nie stać nas na to. Jeśli nastąpi erozja śródmieść, zawsze ktoś za to zapłaci – zapłacą bezpośrednio oni, bo będą nękani hałasem i spalinami. Ale zapłacą też wszyscy, bo pozbędą się przyjaznego ludziom i bezpiecznego śródmieścia.
Pomijając względy estetyczne czy ekonomiczne – taka polityka nie ma nic wspólnego z solidaryzmem społecznym, tradycyjnym w Europie. Weźmy za przykład Wiedeń, który postawił na szeroki zakres budownictwa komunalnego. Nie chcą budować gett, więc dbają o to, by nowa zabudowa, również śródmiejska, miała zróżnicowany standard. Tam to jest możliwe, bo do erozji nie dopuszczono. Tymczasem podporządkowanie miast samochodom powoduje powstawanie gett. Ciekawe, że w Polsce jest ogromna rzesza właścicieli kamienic, którzy głośno domagają się podwyżek czynszów, ale żaden z nich nie krzyczy o potrzebie humanizowania przestrzeni w centrum.
A to przecież w przyszłości także od tego zależy, czy ktokolwiek zamożniejszy w tych kamienicach będzie chciał mieszkać! Właściciele nieruchomości powinni być sojusznikami państwa w planowaniu przestrzennym, a tak w Polsce nie jest. Mamy więc podstawowe luki w społecznej świadomości.
Rozrost przestrzenny to ogromne koszty budowy i utrzymania infrastruktury. Drogi, parkingi, estakady, doprowadzenie wody, odprowadzenie ścieków, ciepłociągi – za to wszystko płacimy z podatków.
J.W.: Płacimy też zawyżone stawki za świadczenia. Jednorodzinne suburbia i osiedla na peryferiach zaprojektowane „tyłem” do tramwaju lub autobusu generują ruch samochodowy – najbardziej terenochłonną formę przemieszczania się. Obliczono, że samochód wymaga posiadania 20–25m2 wolnej przestrzeni do zaparkowania. Automatycznie prowadzi to do przebudowy struktury centrum. Następuje spłaszczenie funkcji przestrzeni – już jej na cokolwiek innego poza samochodami nie starcza. Zwiększają się dystanse: daleko jest do sklepu, szkoły, pracy.
To ma swoje koszty.
Ale w Polsce każdy chce wszędzie dojechać własnym samochodem.
J.W.: Politycy i urbaniści są oczywiście zobowiązani do zapewnienia ludziom dojazdu, ale nie musi być to dojazd własnym samochodem! W latach 60. zeszłego wieku pierwszym, który zwrócił uwagę na związek pomiędzy motoryzacją a miejską przestrzenią był Brytyjczyk Colin Buchanan. Stwierdził on, że nie da się równocześnie zwiększać liczby podróży samochodem i zachować tradycyjnej struktury miast. Wszyscy potraktowali to jako zaproszenie do radykalnej przebudowy, do tworzenia nowych tras komunikacyjnych, poszerzania liczby miejsc parkingowych itp. Buchanan wtedy zaprotestował. Stwierdził, że pokazana przez niego zależność ma jedynie służyć temu, by świadomie przyjmować założenia, jak wyglądać ma miasto. Jeśli się chce podporządkować je samochodom – to wtedy trasy, mosty, estakady, parkingi. Jeśli się chce, by było bardziej tradycyjne, wielofunkcyjne, spokojne, czyste – to wtedy nie wolno ustępować przed presją samochodów i należy wprowadzić dla nich ograniczenia. Istota problemu jest więc znana już niemal od półwiecza. I rzeczywiście, wiele miast zachodniej Europy poszło w tym drugim kierunku, zdały one sobie sprawę z kosztów niekontrolowanego rozwoju motoryzacji i z konsekwencji utraty tożsamości miast.
W USA refleksja także poszła w tę stronę – chociaż niewiele to dało w praktyce. „Śmierć i życie wielkich miast amerykańskich” – książka Jane Jacobs z 1961 r. rozpoczęła krytykę modernistycznego rozwoju miast opartego na monofunkcji, zabudowie przedmieść i użyciu samochodu. Znamienne, że książka ta, zupełnie podstawowa dla urbanistyki, nigdy nie została przetłumaczona na język polski. Cały problem polega więc na dokonaniu wyboru. Wydaje się, że znacznie bardziej wynika on z przesłanek kulturowych – dominującej hierarchii wartości, stopnia podziałów społecznych – niż z samego poziomu technologii i zamożności. Upadek tradycyjnych miast nie jest nieuchronny – jest wynikiem wyboru! Warto także mieć świadomość, że nic nie robiąc, najprawdopodobniej i tak się go dokonuje.
Jeśli założyć, że również w Polsce ukształtowana historycznie struktura miejska jest wartościowa, to inżynieria transportowa powinna się do tego dostosować. I trzeba to robić z głową. Warto przypomnieć konkurs na przebudowę ulicy Zielonej w Łodzi – to ulica przechodząca przez śródmieście z linią tramwajową w jezdni, po obu stronach ulicy stoją zabytkowe kamienice. Była ona stale zakorkowana, więc projektowano jezdnię od ściany do ściany, bez chodników. Piesi mieli się przemieszczać podwórzami lub podcieniami. Czy takie rozwiązanie to utrzymanie substancji miasta w dobrej kondycji i czy wyeliminuje korki? Wolne żarty: po prostu zamiast dwóch, będą cztery rzędy samochodów – kierowcy zaraz odkryją, że tam jest szerzej. Nigdy nie będziemy w stanie zapewnić wystarczającej chłonności i przepustowości centrów miast dla samochodów. Doskonałym dowodem na to jest Warszawa. Zdawałoby się – piękny przykład miasta modernistycznego, duże przestrzenie, szerokie trakty komunikacyjne. I co? Gorzej zakorkowana niż Łódź czy Kraków, bo w samym centrum. Pół roku temu łódzką ulicę Zieloną zamknięto dla samochodów, a katastrofy komunikacyjnej w mieście mimo to nie ma. To też jeden z cudów mądrzejszej polityki (dość rzadki to wypadek w Łodzi).
Jaki kształt transportu jest dla miast optymalny w kontekście przykładów z innych krajów?
J.W.: Dostępność centrów można zwiększać tylko rozwijając transport publiczny i tzw. „miękki” (czyli ruch pieszo-rowerowy). W miastach szwajcarskich ok. 40% wszystkich podróży w mieście odbywa się z użyciem transportu publicznego. Kiedy w folderach podaje się jakiś adres w Zurychu czy Bazylei, to zwykle zaczyna się od nazwy przystanku i numeru linii. We Francji zaczyna się od adresu najbliższego parkingu. Czyli z góry zakłada się, że ktoś tam dojedzie takim środkiem transportu! To pokazuje sposób myślenia. W miastach amerykańskich, które są na drugim biegunie, ten współczynnik kształtuje się nawet poniżej 5%. Porównanie Genewy, której jest bliżej do Francji, i „bardziej germańskiej” Bazylei jest wymowne: w Genewie ruch samochodowy w centrum jest 2–3-krotnie większy. Zurych, Bazylea i Berno zachowały bardzo klasyczny układ transportu zbiorowego, z tramwajem jako głównym środkiem lokomocji – dlatego mogłyby być dla Polski cennym wzorcem. Tramwaj ma priorytet, może wjeżdżać tam, gdzie nie wolno samochodom. Ma też pierwszeństwo przejazdu, zabezpieczone wzbudzaną sygnalizacją świetlną. Kiedy dojeżdża do skrzyżowania, to odpowiednio wcześniej czujniki zapalają mu światło zielone, żeby bez przeszkód i zatrzymywania mógł przejeżdżać. To jest problem organizacji ruchu w mieście. Wydzielane są torowiska, montowane separatory, które uniemożliwiają samochodom tamowanie ruchu tramwajów. W Zurychu ruch kołowy jest spowalniany na wjazdach do centrum, przez wydłużenie faz na światłach, jeśli czujniki informują o zbyt dużej liczbie samochodów w jego obrębie. Stosunkowo mało buduje się obecnie kosztownych tuneli, wiaduktów i estakad, skrzyżowań bezkolizyjnych. Ciekawe jest też, że Szwajcarzy jeżdżą głównie starymi tramwajami, które dowożą ludzi szybko i sprawnie dzięki przywilejom w ruchu. U nas kupuje się nowe, które tkwią w korkach.
Co zatem zrobić, żeby zmieniała się świadomość transportowa Polaków?
J.W.: Należy sobie zadać pytanie, czy można przeskoczyć epoki w rozwoju cywilizacyjnym, czy Polacy mogą nauczyć się na błędach Zachodu, czy też sami, na własnej skórze muszą sprawdzić, że to droga donikąd. Większość Polaków, którzy jeżdżą na Zachód, używa własnych samochodów, bo taniej. Widzą autostrady, węzły, skrzyżowania, wiadukty, parkingi. Nie jeżdżą tam pociągiem, który jest droższy. I nie widzą z bliska życia w mieście. Nie poznają tej drugiej prawdy o Zachodzie.
Trudno oczekiwać, by w najbliższym czasie znalazły się pieniądze na edukację w zakresie planowania przestrzennego miast i roli systemów transportowych. Mimo podstawowych braków w polskojęzycznej literaturze, nikt nie wierzy, że publikacje z tego zakresu można „sprzedać”. Potrzebna jest przemiana pokoleniowa, np. w szkolnictwie wyższym, tam ciągle jeszcze króluje pokolenie wychowane na modernizmie. Czas będzie zmieniał te postawy, także w miarę zacieśniania się kontaktów z krajami zachodnioeuropejskimi. Cały problem, by zanim się to stanie, nie doszło do nieodwracalnych zmian w strukturze naszych miast. I tu jest miejsce dla idealistów, ekologów, dla których te sprawy są ważne, którzy traktują to jako swoją misję. Ich działalność na razie będzie odbierana jako szaleństwo, ale muszą oni z uporem powtarzać prawdę o konieczności kształtowania w Polsce dobrych, zdrowych miast.
Dziękuję za rozmowę.
Łódź, 25 października 2002 r.
Wywiad pierwotnie ukazał się w Magazynie OBYWATEL nr 1(9) styczeń-luty 2003