przez Monika Kostera | niedziela 7 marca 2021 | opinie
Dawno, dawno temu, za siedmioma lasami, był sobie uczony Himisław, który myślał inaczej niż wszyscy i był wielkim guru (tak było! pod warunkiem, rzecz jasna, że charakteryzował się właściwą przynależnością klasową, właściwą płcią, właściwą narodowością, religią, orientacją seksualną itd., itp.). Tu i teraz, w naszym świecie, uczony Hodysław myśli inaczej i jest ostracyzowany przez całe swoje środowisko, ale za to może troszeczkę bardziej otwarcie nie należeć do kilku spośród „właściwych” grup. Z kolei uczony Hubysław pamięta tamte obyczaje sprzed wielu lat i zza wielu lasów, ale w życiu się nie przyzna, że coś się nie zgadza, bo nie chce wyjść na nieseksownego dziadersa. Widzicie, drogie Czytelniczki i Czytelnicy, pokolenie oczko wyżej od mojego i częściowo moje też, dorastało wśród Muz i kwiatów polnych, wierzyło w przyszłość i postanowiło sobie, że nigdy, przenigdy nie będzie mówiło, że kiedyś było lepiej. Byliśmy tacy piękni i wolni, zarazem ulotni i racjonalni, przyszłość była naszą pieśnią. Ach, byliśmy wszak całkiem inni niż nasi „starzy”, „wapniacy” i inni nudziarze. Na wszelki wypadek, by nie wykluczać nas samych spośród czytelników tego tekstu, a także dlatego, że nie chcę być uncool, powiedzmy sobie wyraźnie – kiedyś nie było lepiej. Ta płeć, to pochodzenie… Solidne struktury miały zalet wiele, ale i poważne wady – wykluczały wiele grup z pełni uczestnictwa w życiu społecznym. Trzeba było się dostosować albo zniknąć. Ale miało być lepiej. Właśnie, kiedyś przyszłość była była (czas zaprzeszły) lepsza, my marzyliśmy lepiej. Nie dlatego, że byliśmy lepszymi ludźmi, ani nawet nie dlatego, że mieliśmy lepsze perspektywy, niż dzisiejsza młodzież. Dlatego, że mieliśmy z czego splatać marzenia.
Więc Hubysław milczał, mając nadzieję, że może nikt się nie kapnie, że wie, że Novotel Warszawa Centrum nazywał się Forum i był koloru kakaowego. Zresztą, nikt go o nic specjalnie nie dopytywał. Młodzi nie chcą wiedzieć. Nie dlatego nie zadają tylu drążących, egzystencjalistycznych pytań, że są mniej piękni i ulotni, niż my kiedyś byliśmy. Nawet pewnie nie dlatego, że kwietnych łąk i Muz mniej wokół. Dlatego, bo system stracił pamięć, a wraz z nią zdolność uczenia się. Do tego jeszcze wrócę. Pozostańmy na razie przy tym, co łączy wszystkie te postaci: Himisława, Hodysława, Hubysława i niedociekliwych młodych. Otóż – żyjemy w wielkim systemie społecznym, który ma demencję. System to, według jednego z twórców ujęcia systemowego, biologa Ludwiga von Bertalanffy’ego, kompleks elementów i relacji między nimi, który pozostaje otwarty i dokonuje interakcji z otoczeniem. Systemy podlegają ciągłej ewolucji i z biegiem czasu stają się coraz bardziej skomplikowane, zyskując jakościowo nowe właściwości. Teoretyk organizacji Russell Ackoff zaznacza, że system tworzy całość, a próby podziału lub rekonfiguracji siłowej powodują utratę kluczowych aspektów (w przypadku systemów żywych tym aspektem jest życie). Systemy społeczne bywają mniejsze i większe. Wielkie systemy społeczne obejmują całe cywilizacje: struktury społeczne; mechanizmy i dynamiki gospodarcze i polityczne. Działają przez setki, nawet tysiące lat.
Nasz, funkcjonujący od kilku stuleci wielki system społeczny stracił niedawno pamięć krótkookresową, delektuje się wspomnieniami ze swej młodości, które na ogół są mocno podkolorowane lub fałszywe. Wszystko ma wszystkim za złe i stracił zdolność do samoregulacji. W tej sytuacji bardzo potrzebujemy odnowy, od tego zależy przyszłość nie tylko ludzkości, ale i całej planety, coraz bardziej systemowo niszczonej. Jednak odnowa nie przychodzi.
Dzieje się tak, ponieważ system stracił zdolność do regeneracji. Psychologia gestalt uczy, że ludzie tworzą pewne rozpoznawalne kształty, formy, zgodnie z jakimś przyjęty kodem, np. kulturowym. Percepcja kształtowana jest przez relacje między bodźcami percepcyjnymi, które otrzymujemy z otoczenia (czyli tym, co widzimy, słyszymy, czujemy) i formami (czyli tymi właśnie społecznie znaczącymi formami). Bodźce pojawiają się z tego, co odbieramy jako nasze otoczenie. Formy wpisane są w naszą wizję i na ogół nie zauważamy ich istnienia, bo one umożliwiają nam odbiór w ogóle. Taka wpisana forma, czyli gestalt, umożliwia zatem odbiór i wizję, ale jednocześnie powoduje – używając języka teorii systemów – splątanie naszej możliwości, uniemożliwiające widzenie czegoś innego. Zarazem pozwala nam widzieć – jak i widzenie nam uniemożliwia. Rzeczywistość jest wybitnie złożona i bez takiej selekcji odbieralibyśmy wciąż ustawiczny, bezsensowny szum.
Natomiast – co wiemy z doświadczenia i z historii – życie człowieka, społeczeństwa ani ludzkości nie polega na tym, że wszystko pozostaje takie samo. Świat się zmienia. Wszystko płynie. Systemy społeczne, czyli wielkie ponadjednostkowe, ponadgrupowe i ponadgeneracyjne, byty społeczno-ekonomiczno-polityczne także się zmieniają. Zdrowy system ma zdolność odnowy, regeneracji. Energię i inspirację do tego czerpie z różnych źródeł, częściowo wewnętrznych, czyli tego, co wynika z istniejących form. Ale częściowo – i tak jest zwłaszcza z wszelkimi naprawdę nowatorskimi pomysłami – z zewnątrz. Jakaś grupa społeczna, jakiś podsystem, zajmuje się tkwieniem na granicy między tym, co możliwe i istniejące w ramach obecnych form i tym, co nie istnieje, co niemożliwe, co jest czystymi żywymi kosmosami. Można powiedzieć, że chwyta w garść kosmosy i przerabia je na zalążki nowych form. To wymaga kolejnej dygresji.
Istnieją dwa tryby systemowej twórczości. Pierwszy to generowanie, czyli (re)produkcja, polegające na tworzeniu nowych wzorców zgodnie z istniejącym kodem, w ramach obwiązujących form (gestalt). Taka wewnątrzsystemowa kreatywność to umiejętność łączenia kodów w nowy, ciekawy sposób. Drugi tryb to emergencja, wyłanianie się rzeczy absolutnie nowych. W ten sposób pojawiają się powiązania, elementy systemu, który wcześniej nie istniał. Zgodnie z obowiązującymi formami takie elementy są niemożliwe. Nie ma na nie rynku, nie ma zapotrzebowania, nie dadzą się wycenić, ba, nie dadzą się zmierzyć i policzyć. To wszystko można próbować robić, jeśli się ma ochotę, dopiero gdy zostaną „zapakowane” w całkiem nowe formy. Twórczość poza systemem to zdolność do spotkania elementów emergencji.
Brytyjski literaturoznawca Thomas Docherty w swojej książce poświęconej systemowemu atakowi przez neoliberalny kapitalizm na uniwersytety pisze tak: „Uniwersytet można scharakteryzować jako spotkanie, które generuje czas lub które generuje otwartość na przyszłe możliwości, otwartość na różnicę i zmianę, na świat i nasze zaangażowanie z nim i w nim”. W tym pięknym stwierdzeniu chodzi właśnie o tę właściwość, o której pisałam przed chwilą – spotkanie twórcze.
Twórcze spotkanie to gotowość na oryginalność, na przyjęcie inności. Od kilkudziesięciu lat ludzie zdają się obawiać wypowiadać poglądy, które w jakiekolwiek sposób wyróżniają ich z grupy („bańki”), z którą się identyfikują. Nie wolno przekroczyć bańkowych granic w żadnym stopniu, nawet nawołując do wysłuchania drugiej strony. To grozi ostracyzmem i potężną środowiskową agresją. Dziennikarz jest obiektem nienawiści własnej bańki za wypowiadanie nietypowych dla niej poglądów. Wykładowca za to, że wykonuje swoją pracę i mówi studentom o istnieniu alternatywnych form ekonomii, dostaje publiczną reprymendę. Ludzie ze środowiska bliskiego jej ideowo cieszą się z tego, że autorka problemowych książek o tematyce społecznej wyleciała z pracy. Patrzymy na to i widzimy, w zależności od punktu siedzenia: sprawiedliwość, podłość, normalną ludzką reakcję, chamstwo. Może tak jest – oraz dużo, dużo więcej. Natomiast na poziomie mikrosystemów społecznych jest to powtarzający się wzorzec, wynikający z braku czegoś. To brak podstawowej odwagi myślenia i nie jest niczym unikalnym dla współczesnej Polski. Myślę, że to efekt globalnego tąpnięcia uniwersytetu jako instytucji, która na pierwszym miejscu powinna uczyć odwagi myślenia. Czyli umiejętności radzenia sobie z nieistniejącymi, niemożliwymi elementami, z których być może będzie się dało stworzyć nowe formy. Nie istnieje na poziomie systemu nikt, kto strukturalnie hamowałby takie społeczne energie agresji, inb, mobbingu i ostracyzmu skierowane w poszukiwaczy nowych elementów. Nikt, kto strukturalnie odróżniałby ziarno od plew i potrafiłby uspokoić nastroje, wyjaśnić, że im więcej różnych autorek społecznych książek tym wszakże lepiej, że gdyby wszyscy mówili jednym głosem, to doszłoby do skretynienia społeczeństwa, że szukanie nowych form jest cool, jest fajne. Że odwaga intelektualna jest super, a nie zdradą zasady teamplayerstwa i obrazą dla koleżanek i kolegów. Że taka odwaga to psi obowiązek dziennikarza, społecznej pisarki, naukowca. Zwłaszcza naukowca, bo na tym opiera się rola społeczna uniwersytetu.
Więc co się stało z tym uniwersytetem? W Wielkiej Brytanii i innych krajach anglosaskich od kilku dziesięcioleci obowiązuje model szkolnictwa wyższego, do którego Polska dąży. Opiera się on na zasadach biznesu, a więc na mechanizmach popytu i podaży. Uczeni mają produkować naukę (publikować w określonych pismach) i oferować usługę edukacyjną klientom-studentom. Abstrahując od tego, jaki to ma związek z nauką czy edukacją, daje się zauważyć w kontekście tego felietonu szczególnie jedna cecha – popyt występuje wyłącznie na rzeczy istniejące, określone przez dane formy (gestalt). Nie ma popytu na kosmosy. Taki uniwersytet jest konkurencyjny, rynek wymusza konkurowanie: między uczonymi, między uniwersytetami. Przede wszystkim rządzą i porządkują funkcjonowanie uczelni rankingi. Te, na które najczęściej powołujemy się w kontekście oceny polskiej akademii, to narzędzia wypracowane przez firmy konsultingowe i medialne, służące brandingowi, zarządzaniu markami na globalnym rynku studentów. Aspekty akademii nieuwzględniane w rankingach (bądź nisko punktowane) siłą rzeczy zostaną zaniedbane. Dlatego np. warunki pracy naukowców nieszczególnie obchodzą współczesne globalne uniwersytety, nie widziałam takiego rankingu w pismach innych niż związkowe. Tabele rankingowe zwłaszcza nie mierzą niczego nowego – tylko to, co było dostępne od początku i co potem można mnożyć, generować, produkować. Służą jako baza dla podejmowania decyzji konsumenckich przez studentów i decydują o losach konkurujących ze sobą uczelni. To działa, być może, jako mechanizm rynkowy regulujący działalność firm produkcyjnych. W przypadku organizacji mających inną rolę w systemie zmuszanie ich, by funkcjonowały w takim trybie – powoduje głębokie patologie. Abstrahując znów od tego, że nauka wymaga współpracy, konkurencja jest zaprzeczeniem tworzenia, bo ogranicza możliwe formy, zacieśnia je do jądra przynoszącego sukces – ogranicza różnorodność. Taka dynamika systemu prowadzi do systematycznego ignorowania różnorodności, a więc wyklucza poszukiwania nowych elementów na pograniczach systemu. Unikalna rola uniwersytetu w systemie – radykalna twórczość – jest zaniedbywana, a może i blokowana. Mamy współcześnie do czynienia z katastrofą ekologiczną, globalnym kryzysem gospodarczym, pandemią, kryzysami społecznymi i permanentna wojną. Potrzebujemy desperacko nowych form, nie reprodukcji starych. Tymczasem nic nowego na horyzoncie nie świta. Poszukujemy rozwiązań w historycznych modelach, czy to u Hayeka, czy u Keynesa. Ale to nie koniec nieszczęść. Jak wspomniałam wcześniej, system stracił zdolność uczenia się.
Dzieje się tak dlatego, że – jak mówimy wspólnie z Jakubem Brdulakiem – system utracił sterowność, ponieważ z autokorekty na zasadzie sprzężenia zwrotnego ujemnego przeszedł, w epoce neoliberalizmu, na mechanizm sprzężeń zwrotnych dodatnich. Przy sprzężeniu zwrotnym ujemnym, sygnały zwrotne używane jako korekta systemów kontroli, np. tak działa termostat. W systemie społecznym – gdy ludzie protestują przeciwko niskim płacom, po różnych perypetiach płace są podwyższane. Sprzężenie zwrotne dodatnie polega na tym, że sygnały korygujące prowadzą do wzmocnienia istniejących procesów. Wyobraźmy sobie zepsuty grzejnik – jest za gorąco, więc jakiś nieszczęsny szalony mechanizm daje więcej czadu. W systemie społecznym odpowiednikiem jest to, że gdy ludzie protestują przeciwko prekaryzacji zatrudnienia, to prekaryzuje się pracę jeszcze bardziej. To ujednolica władzę i konsoliduje system. Jednocześnie uniemożliwia regenerację, odnowę, dostosowanie do coraz bardziej złożonego otoczenia. Władza w złożonym systemie nie powinna być jednolita, tylko – przeciwnie – odzwierciedlać jego złożoność. Tak głosi systemowe prawo Ashby’ego.
Uczeni zajmujący się systemowym uczeniem się, tacy jak Gregory Bateson, Chris Argyris i Donald Schön, łączyli procesy kolektywnego uczenia się z mechanizmami sprzężenia zwrotnego. Systemowe uczenie się to ujemne sprzężenie zwrotne. Pętla pierwszego stopnia, czyli proste sprzężenie ujemne, to bieżąca korekta, umożliwiająca stabilność niczym termostat. Pętla drugiego stopnia to coś więcej niż reagowanie – owszem, także korekta, ale także poszukiwanie przyczyn, wyciąganie wniosków – to prawdziwe uczenie się. Gdy te mechanizmy nie działają, system przestaje się uczyć, traci pamięć, traci pamięć o tym, że pamięć stracił (piszemy o tym we wspólnym artykule naukowym wraz z Sylwią Ciuk), zostaje dotknięty jakby systemową amnezją. Nic dziwnego, że system jako taki nie domaga się, mając wszakże dostępne jakieś mechanizmy temu służące, rynkowe i administracyjne, by uniwersytety pełniły właściwą sobie rolę. Mechanizmy sprzężenia zwrotnego dodatniego coraz bardziej system ujednolicają, wzmacniają jego patologie (zamiast je eliminować), wywołują błędne koła, konsolidują władzę w jedno coraz węższe i coraz bardziej jednolite centrum, podczas gdy na szeroką społeczną skalę przynoszą coraz większą niemoc i brak sprawczości, odcinają marginesy, które mogły dać nadzieję na odnowę, w wybitnie złożonej rzeczywistości powodują rozpad i fragmentaryzację społeczną, usuwając więzi międzyludzkie, które kiedyś były źródłem zbiorowej sprawczości. Jako ludzkość pędzimy w niebyt.
„Poza niemocą i władzą, poza fragmentacją społeczeństwa na miriady sprzecznych elementów, poza niepewnym frakcjonowaniem pracy, wiedza jest tym wymiarem społecznym, w którym zły sen o kapitalizmie może zostać w końcu rozwiany: nie po prostu odwrócony, mam na myśli całkowicie porzucony jako pusta przestrzeń, zapomniana jak koszmar senny” – pisze Franco Bifo Berardi w swojej książce „Futurability”. I dodaje: następna bitwa będzie dotyczyła autonomii wiedzy, jej wolności od hegemonii istniejących form gestalt, wtłaczających wszystko z coraz większą brutalnością i mocą w ekonomiczne prokrustowe łoża. Nie jest to problem filozoficzny. To kwestia społeczna, oparta na sprawczości aktorów społecznych, pracowników zajmujących się jakąkolwiek produkcją czy tworzeniem znaczeń, wiedzy, wyobrażeń, usług. Robotnicy wiedzy, oderwani od środków produkcji, odarci z możliwości tworzenia, skazani nawet nie na kreatywne przelewanie z pustego w próżne, ale w reprodukowanie rzeczy, w które wierzyć coraz bardziej nie sposób. Kto wie, może to pora na nasz bunt, pięknoduchów i wiecznych gdybaczy? Tylko skąd weźmiemy doń nowe inspirujące treści? W ramach form-klatek (chów klatkowy twórców), w jakich żyjemy, nie ma miejsca na nie; nie ma miejsca na bunt. Czy jesteśmy skazani na uduszenie się w jałowych formach wielkiego systemu społecznego z zaawansowaną demencją?
Na szczęście nie tylko uniwersytet zajmuje się przechwytywaniem kosmosów, niemożliwych elementów, z których być może będzie można stworzyć nowe formy. Innym społecznym podsystemem zajmującym się tym, jest sztuka – to sfera działalności ludzkiej umiejąca sobie radzić ze złożonością. Nasz zjadowaciały demencją system wprawdzie nie kocha artystów i stara się na wszelkie sposoby utrudnić i obrzydzić im życie, ale jednak nie jest to do końca skuteczne. Hubysław może i nie mówi nic swoim studentom o tym, jak to drzewiej bywało, ale nie przyłącza się do ostracyzowania Hodysława, bo po co? Wtedy się nie włączał w takie rzeczy, więc teraz tym bardziej nie musi. Uśmiecha się krzywo pod nosem i zabiera studentów na różne wystawy sztuki mające niewiele wspólnego z „efektami kształcenia”, pokazuje im awangardowe dzieła na zoomie i zadaje do domu układanie playlisty o tekstach, które przeczytali. Nie wiem jak Państwo, ale ja bym tak prędko nie spisywała nas wszystkich na straty.
prof. Monika Kostera
przez Monika Kostera | wtorek 16 lutego 2021 | opinie
Komentatorzy życia społecznego, politycznego i gospodarki w obecnych czasach, reprezentujący różne przekonania, często wyrażają – używając odmiennych terminologii – przekonanie, że żyjemy w czasach schyłku lub rozpadu. Katastrofalne wizje pojawiają się z coraz większą intensywnością w różnych mediach i kontekstach. Z punktu widzenia naukowców zajmujących się zarządzaniem, te dramatyczne, aczkolwiek trudno definiowalne zjawiska wynikają z rzeczywistego rozpadu czegoś, co jest bardzo ważne, a nawet kluczowe dla funkcjonowania społeczeństwa, choć w przeważającej mierze niematerialne – struktur i instytucji społecznych.
Struktury to wzorce działań razem z rolami społecznymi i relacjami między nimi. Są przyjmowane na podstawie mniej lub bardziej świadomych umów i zwyczajów społecznych. Tylko czasami są formalizowane. Dzięki nim wiemy, jako uczestnicy życia społecznego, co do nas należy, czego oczekiwać po interakcjach z innymi uczestnikami społeczeństwa, a czego oni prawdopodobnie oczekują po nas. Przykładem mogą być zasady zachowania się w miejscu pracy czy w przychodni zdrowia. Łatwo rozpoznać lekarza, wiadomo mniej więcej, co robić, jeśli przychodzi się z objawami zapalenia spojówek. Dzięki funkcjonującym strukturom pacjent nie musi za każdym razem uzgadniać od nowa, kto jest kim, ustalać, komu ufać, a komu nie, co robić z receptą itd. Instytucje społeczne to także wzorce, tylko znacznie trwalsze i bardziej fundamentalne. Gdy działają sprawnie, są przyjmowane jako oczywiste, wręcz „naturalne”. Przykładami niech będą nowoczesna rodzina nuklearna czy zgodne z zainteresowaniami powszechnie dostępne studia wyższe.
Od jakiegoś czasu obserwujemy erozję, kruszenie się i upadek wielu spośród tych wzorców nie tylko ułatwiających, ale wręcz umożliwiających współdziałanie. Bez instytucji i struktur nie da się współpracować – zamiast systemów społecznych mielibyśmy raczej coś w rodzaju rojów lub tłumów. Powyższa kwestia wiąże się z zaufaniem. Zaufanie to taki „olej”, bez którego mechanizmy społeczne się zacierają. Więzi ludzkie nie funkcjonują bez nich. Brak elementarnego poziomu zaufania skutkuje brakiem wspólnoty i zbiorowości. Używając metafory gastronomicznej – niewłaściwie przyrządzone najszlachetniejsze nawet składniki nie są smaczne, ba, potrawa może być niejadalna, wręcz trująca, gdy kucharz nie umie łączyć składników we właściwych proporcjach i odpowiednio przygotować.
Z punktu widzenia wielu badaczy społecznych, takich jak Zygmunt Bauman, Guy Standing czy Wolfgang Streeck, obecny rozpad struktur związany jest w nowoczesnych czasach z destabilizacją systemu społeczno-ekonomicznego. Kapitalizm w ubiegłym stuleciu, mimo niekiedy bardzo poważnych kryzysów, zdolny był do samoregulacji, ponieważ, używając języka cybernetyki, sterowany był na zasadzie sprzężenia zwrotnego negatywnego, czyli sygnały zwrotne, takie jak np. protesty pracowników z powodu niestabilnej sytuacji zatrudnienia, używane były (wcześniej lub później) jako korekta systemów kontroli, np. pojawiała się legislacja chroniąca pracownika w relacji z zatrudniającym go zakładem pracy. Kapitalizm neoliberalny od lat 80. sięgnął po inny mechanizm kontroli, oparty na sprzężeniu zwrotnym dodatnim, polegającym w uproszczeniu na tym, że sygnały korygujące prowadzą do wzmocnienia istniejących procesów. Innymi słowy, protesty przeciwko zwolnieniom prowadzą w ostatnich dziesięcioleciach do poluzowania legislacji, by umożliwić osłabienie pozycji związków zawodowych; złe funkcjonowanie sprywatyzowanych instytucji publicznych prowadzi do dalszej prywatyzacji itd. W zarządzaniu takie mechanizmy sprzyjają powstaniu dysfunkcji znanej jako błędne koła – na dłuższą metę prowadzą do utraty równowagi systemu, utraty umiejętności uczenia się i upadku.
Takie właśnie mechanizmy w ostatnich dziesięcioleciach na skalę systemową obserwujemy. Mają one silne i bezpośrednie przełożenie na funkcjonowanie organizacji wszystkich sektorów: przedsiębiorstw, służby zdrowia, administracji publicznej, organizacji kultury i wielu innych. Niewydolny system generuje coraz większe nierówności i powoduje coraz większe patologie, bo działa na zasadzie „więcej tego samego” – to, co spowodowało problemy, jest wykorzystywane jako rozwiązanie, tworząc kolejne problemy itd. Próżno oczekiwać, że system sam się wyreguluje, bo utracił tę właściwość w epoce neoliberalizmu. Dla uważnego obserwatora wygląda to bardzo niebezpiecznie, a gdy weźmiemy pod uwagę także towarzyszący tym błędnym kołom rozpad struktur społecznych, rzeczywiście mamy do czynienia z trudną do powstrzymania katastrofą. W tej sytuacji nie dziwi dążenie, by siłą przejąć kontrolę nad wydarzeniami, uciekając się do przemocy. Stąd coraz większy udział socjopatów w zarządzaniu, nowe badania mówią o odsetku sięgającym 21% – socjopaci nie mają zahamowani, więc sprawiają wrażenie skutecznych, aczkolwiek to wrażenie okupione jest bardzo wysokimi kosztami społecznymi i nieodwracalnymi zniszczeniami. Nie dziwi też pasywna postawa, polegająca na przymykaniu oczy i udawaniu, że wszystko jest „normalnie”, albo że wkrótce znów normalne się stanie.
Kiedyś system społeczny zezwalał na alternatywne „przyszłości”, różne futurabilità, używając języka Franca „Bifo” Berardiego. Później je chętnie zawłaszczał i kooptował do tworzenia swoich kapitalistycznych innowacji, nawet jeśli miały w zamierzeniu sprowadzić nowy ustrój, kapitalizmem niebędący. Więc niestety nie dziwi teraz, że nie ma nowych rozwiązań – ale za to są nowe, coraz poważniejsze problemy – mimo gigantycznego postępu nauki. Społeczeństwa i organizacje są degradowane moralnie przez władze opierające swoją skuteczność na normalizacji wciąż to nowych patologii, takich jak niszczenie środowiska, grabież dobra wspólnego, bezrefleksyjne kształcenie sprzedawane na rynku usług, erozja norm i wartości społecznych, wyparcie wartości wyższych, systemowy brak empatii i szacunku dla drugiego człowieka, rosnące nierówności, bezdomność, śmierć ludzi uciekających z krajów dotkniętych koszmarem wojny, obozy w cywilizowanych krajach dla tych, którym się uciec udało, wreszcie – śmierć wielu obywateli cywilizowanych państw w trakcie obecnej pandemii z powodu niewydolności systemu zdrowotnego.
Nie przypuszczaliśmy, szczerze mówiąc, że to jest możliwe – normalizacja codziennej całkiem niepotrzebnej śmierci setek ludzi we własnym kraju (w innych jest podobnie, często gorzej) wydawała się nam granicą nie do przekroczenia, czymś, na czym system się wreszcie wyłoży.
Co nam w tej sytuacji pozostało? Podobnie jak Henry Mintzberg, jeden z największych myślicieli współczesnego zarządzania, uważamy, że nawet w tej wysoce niesprzyjającej sytuacji można przynajmniej starać się żyć sensownie na własnym podwórku i że może nam w tym pomóc wiedza o dobrym zarządzaniu. Dobre zarządzanie to tak jak dobry kucharz. Nie zmieni świata, nie sprawi, że znikną głód i bieda, ba, nawet w kwestii kulinarnej świata nie poprawi. Jednak dobry kucharz w domu czy w restauracji to skarb – potrafi przygotować smaczne danie z wystarczająco dobrych składników, potrafi te składniki dobrać, ba, umie nawet w razie potrzeby ugotować „zupę na gwoździu”. Nie lubi niczego marnować.
Dobre zarządzanie również polega na dbałości i trosce, i także potrafi zmienić kolosalnie jakość życia w określonym, ograniczonym w czasie i przestrzeni miejscu. Niesie nadzieję na stworzenie lepszych warunków do pracy i do utrzymania życia na naszej planecie, a także dla rozwoju ludzkiej cywilizacji i kultury w zgodzie z wartościami promującymi życie, twórczość i kondycję ludzką. W dłuższym czasie może to oznaczać, że dobrze zarządzane organizacje różnych sektorów mogą przechować wartości, wiedzę wypracowaną przez ludzkość, ciągłość cywilizacji, troszkę jak zakony w czasach tuż po rozpadzie imperium rzymskiego. Może się też okazać, że nowe struktury społeczne wykrystalizują się już niedługo – wówczas dobrze zarządzane organizacje mogą rozwinąć ważne ludzkie wartości i wspierać budowę nowego systemu społecznego, zwłaszcza jeśli będzie on bardziej oddolny i zdecentralizowany, niż obecny. Anarchiści mówią o organizowaniu prefiguratywnym, czyli takim, które odzwierciedla idee przyszłego społeczeństwa, jakiego pragnie grupa ludzi. Takie organizacje mogą pomóc nie tylko nam przetrwać, ale i wyobrazić sobie w działaniu, w jakim świecie właściwie chcielibyśmy żyć. Nie tylko możemy, ale musimy o tym myśleć, jeśli chcemy powstrzymać cywilizację znajdującą się na kursie do upadku i zagłady życia na naszej planecie.
Na chwilę warto się tutaj zatrzymać. Co rozumiemy poprzez „dobre” zarządzanie? Oczywiście, aż się prosi odpowiedzieć „to zależy”, jak to przeważnie w naukach społecznych się odpowiada, gdyż nie wychodzą one na wzory czy algorytmy, jak ma to miejsce w przypadku np. nauk ścisłych. Jednakże chyba powoli brakuje nam – ludzkości – czasu, aby dzielić się tutaj wszystkimi odcieniami szarości. Dla nas obojga „dobre zarządzanie” jest oparte na dwóch fundamentach. Pierwszy to „bycie” – organizacja jest po to, aby w jej ramach mogły znaleźć dla siebie najlepsze miejsce poszczególne jednostki. Nikt nie jest idealny, stąd mogą mieć one różne deficyty zrekompensowane talentami. Tym samym organizacja jest skierowana do wewnątrz, ma tworzyć przestrzeń, w której jej członkowie czują się spełnieni, mają poczucie sensu swoich działań i są po prostu szczęśliwi. Można za Andrzejem Bliklem stwierdzić, że jest to organizacja, która nie opiera się na systemach przemocowych. Drugie fundamentalne założenie to „wartość” – organizacja powinna jako pewna zbiorowość jednostek rozwiązywać problemy. Problemy codzienne, operacyjne, związane ze swoją bezpośrednią działalnością, a więc oferować dobre produkty, gdzie ich transakcja przyczynia się do tego, że obie strony tej transakcji są wygrane. Oraz również odnosić się do problemów wysokopoziomowych, dbając o dobro wspólne, a więc o jednostki nie przynależące do niej, o społeczeństwo na poziomie regionalnym, krajowym i globalnym.
Niestety w naszym kraju popularna w mediach i instytucjach szkolnictwa wersja zarządzania jest niemal całkowicie pozbawiona elementów refleksyjności i humanizmu oraz oderwana od tego, co, zgodnie z naszą najlepszą wiedzą, reprezentują współczesne nauki zarządzania. Erozja zaufania, która jest powszechnie widoczna w naszym kraju zarówno na poziomie polityków zarządzających krajem, jak również na mikropoziomach – w poszczególnych organizacjach/firmach, prowadzi do katastrofy, gdyż błędy są traktowane jako preteksty do pozbycia się aktywnej jednostki, wykluczenia jej ze zbiorowości, a nie jako doświadczenia edukacyjne, z których wyciąga się wnioski i ponownie próbuje wykonać dane działania, mądrzejszym o poprzednie, nieudane doświadczenie. Jest to podejście niemające z nauką zarządzania, taką jaka jest znana nam, piszącym te słowa, wiele wspólnego. W dodatku jest w przykry i szkodliwy sposób oderwane od polskich tradycji refleksji i praktyki w tej dziedzinie. Wielki polski uczony Karol Adamiecki już w latach 30. pisał o potrzebie harmonii ducha i współdziałania w organizacjach i o konieczności odpowiedniego nastawienia zarządzających. W czasach PRL i wczesnej transformacji mieliśmy wielu wybitnych naukowców zajmujących się zarządzaniem, podkreślających znaczenie wartości społecznych i humanistycznych, konieczność myślenia w kategoriach całości, obowiązek rozpatrywania rozwiązań zarządczych w szerszym kontekście. Wymienimy tylko kilka nazwisk, ze świadomością, że jest ich o wiele więcej: Stefan Kwiatkowski, Lech Pasieczny, Krystyna Bolesta-Kukułka, Andrzej Zawiślak. Nawet po transformacji mieliśmy w Polsce oryginalny i ustrukturalizowany nurt zarządzania, wnoszący silny, także międzynarodowy wkład w wiedzę o zarządzaniu humanistycznym, zawdzięczający swą dynamikę przede wszystkim Emilowi Orzechowskiemu i jego interdyscyplinarnej, głęboko wrażliwej idei zarządzania jako tworzenia kultury (nie tylko techniki).
Dyscyplina naukowa zarządzanie w dziedzinie nauk humanistycznych została zlikwidowana w ramach tzw. reformy Gowina. Na szczęście jednak polski dorobek w zakresie alternatywnego zarządzania nie uległ likwidacji. Istnieją (niestety rozproszone) środowiska zajmujące się nim, a także historiografia zarządzania reprezentowana przede wszystkim przez Tomasza Ochinowskiego, troskliwie ten dorobek gromadząca i opisująca dla przyszłych pokoleń. Mimo smutnego tonu naszego felietonu nie chcemy – i nie musimy – zakończyć go nutą ponurą.
Stąd na koniec tekstu, który ukaże się w ostatnich dniach karnawału, chcielibyśmy się podzielić przepisem nie na pączki, lecz właśnie na „dobre zarządzanie”. Nie będzie to przepis na danie główne, a jedynie właśnie na przystawkę, od której warto zacząć posiłek w swoim najbliższym gronie:
1) słuchaj innych – 50% składników
2) ufaj, że to, co inni próbują przekazać, jest dla nich ważne – 30% składników
i pozostałe 20% składników:
3) bądź trochę naiwny – daj drugiej osobie szansę,
4) zadaj sobie pytanie, czy ewentualne rozbieżności nie wynikają z Twojej niedoskonałej komunikacji,
5) ciesz się tym, że ktoś chce z Tobą rozmawiać i dzielić się swoją perspektywą.
Życzymy Państwu i sobie, aby rok 2021 był lepszy, niż 2020, abyśmy doświadczenia z 2020 roku przekuli na mądrzejsze działania, aby pomogły nam one stanąć wobec wyzwań ogólnoludzkich, przed którymi właśnie stanęliśmy. Aby wiosna przyszła piękna i lekka do nas wszystkich, co przy obecnie trwającej pandemii jest wyzwaniem. Aby Wasze dzieci wzbogaciły się w wiedzę na bazie obecnej sytuacji, bo one za chwilę będą odpowiadać za dobre zarządzanie – zarządzanie budujące nasze wspólne dobro.
prof. Monika Kostera, dr hab. Jakub Brdulak
przez Monika Kostera | niedziela 17 stycznia 2021 | opinie
W roku ZOZO nie było tradycyjnej firmowej imprezy świątecznej. Było świąteczne zebranie online, tak drętwe, że pracownicy zatęsknili za niezbyt lubianym korpopijaństwem. Część z nich umówiła się na nieformalnego śledzika na zoomie. Też żadna rewelacja, ale przynajmniej miało się wrażenie, że jakiś rytuał został dopełniony. Popijali i gawędzili, wymieniając się plotkami, w tym roku mniej licznymi niż zazwyczaj, i smętkami, na które był w 2020 szczególny urodzaj. W pewnym momencie temat rozmowy zszedł na mało lubianego szefa, człowieka nieustającego sukcesu, Przywita. Znów miał awansować, tym razem już za granicę. Troszkę się z tego pośmiali, troszkę nad tym poubolewali. Ten facet zdawał się mieć kupon na złotą karierę.
„Ale słuchajcie: czy ktoś wie, dlaczego on właściwie tak awansuje? Czy on ma wuja w zarządzie? Czy gra z kimś ważnym w golfa? Z kimś śpi? Ten facet nic nie umie, on nawet nie jest psychopatą” – powiedział ktoś.
„Fakt. On jest zerem” – zgodzili się pozostali. Nikt nic nie wiedział o żadnym wuju w zarządzie ani o wpływowej protektorce. Bo też nikogo takiego nie było. Przywit był zerem pod każdym względem. I dzięki temu właśnie szybował na prądach powietrznych Zeitgeistu. Zawsze mówił cokolwiek. Najczęściej powtarzał i lekko przetwarzał cokolwiek wcześniej wypowiedziane przez kogoś oczko ważniejszego. Starał się zachowywać i wyglądać jakkolwiek, najchętniej względnie podobnie do kogoś o oczko ważniejszego. Pytany o strategiczne kierunki rozwoju firmy, zawsze wygłaszał jakiś powszechnie znany najgorszy scenariusz i orzekał, że należy się doń dostosować, bo teraz tak będzie i trzeba się z tym pogodzić. I to wszystko. Skąd ta szczęśliwa gwiazda? I skąd wrażenie, że (nieskutecznie) konkurująca z nim o wyższe stanowisko Przemysława była osobą przegraną? W odróżnieniu od Przywita, miała ona pomysł na strategię w tych trudnych czasach. Prezentowała jakieś możliwe scenariusze, argumentowała, że należy przyjąć bardziej optymistyczny z nich i działać proaktywnie, gubiąc po drodze konkurencję. Głosiła konieczność dbania o pracowników, zapewnienia im bezpieczeństwa zatrudnienia, przeciwdziałania wysokiej rotacji personelu i wskazywała na szkodliwość outsourcingu. Niby wszyscy wiedzieli, że to są sensowne i ważne propozycje. A jednak towarzyszyła jej ta chmura porażki…
Czym to wytłumaczyć? Tego nie uczą podręczniki do zarządzania – ani te stare, chwalące namysł i wizję strategiczną, ani te nowe, promujące autentyczne przywództwo. To bystra Przemysława miała wizję i strategię, nie masłomózgi Przywit. To energiczna Przemysława wyglądała na przywódczynię, a nie mdły i nijaki Przywit. Nie powinno nas jednak za bardzo dziwić, że podręczniki budujące kompetencje zarządzania nie przewidują zwycięstw Przywitów nad Przemysławami. Bo też niezbyt dobre to przykłady kompetencji zarządczej – raczej pewien rodzaj oportunizmu naszych czasów, do którego nie są potrzebne wiedza ani nawet umiejętność gry w golfa czy spania z właściwymi osobami. Wynika on z tego, że w naszej schyłkowej epoce neoliberalnego kapitalizmu pęd zdarzeń wiedzie ku coraz większemu rozpadowi i deterioracji. To, co wczoraj było mroczną wizją, dzisiaj jest faktem, jutro staje się normalnością.
Jak się wyraził jeden z moich studentów, ledwie przyzwyczaimy się do czegoś, co jest naprawdę bardzo słabe, a już to się kończy i zmienia na coś, co jest jeszcze gorsze i przy czym to słabe wydaje się rewelacją. Ten stan rzeczy polski socjolog Zygmunt Bauman opisywał, za Antonio Gramscim, jako interregnum – czas pomiędzy działającymi systemami, gdy stare struktury niekiedy jeszcze działają siła bezwładu, ale generalnie zasady i wzorce życia społecznego ulegają dezintegracji i zniszczeniu. Nie wiadomo jak długo to będzie trwało, ale wiadomo, że samo z siebie się nie naprawi, nie zmieni na lepsze – dopóki nie wypracujemy nowego systemu, który będzie można budować i rozwijać. W obecnych czasach sprawczość społeczna jest mało prawdopodobna. Dzieje się tak, dlatego, że zbiorową sprawczość zapewniają funkcjonujące struktury, czyli właśnie i dokładnie to, co na naszych oczach rozsypuje się w pył. Taka sytuacja znana jest w ujęciu systemowym jako rosnąca entropia – wzrastająca miara nieuporządkowania systemu. Dla złożonych systemów żywych: biologicznych, społecznych, wzrost entropii prowadzi do śmierci.
W czasach interregnum pozory sprawczości miewają Przywitowie – postaci, które współdziałają z rozpadem i wzrostem entropii. W odróżnieniu od energicznej Przemysławy, Przywit zawsze przewiduje, że będzie gorzej, i tak faktycznie sytuacja się rozwija. Jego propozycje reakcji na nią są w istocie deklaracją kapitulacji, moralnym złożeniem broni – „skoro będzie gorzej, to znaczy, że gorzej jest normalnie a nawet dobrze; nie ma nic złego, by na tym korzystać”. Kluczowe dla jego kariery są pomysły, jak skorzystać na wszechobecnym rozpadzie. To nie strateg, to nie przywódca tak postępuje. Tak działa hiena epoki interregnum.
Gdy ktoś, tak jak Przemysława, zakłada, że może być lepiej, przestrzela ze swoimi przewidywaniami, nie trafia. Jej wizje są śmiałe i wartościowe według niemal dowolnego podręcznika zarządzania, ale w oczach zarządu firmy, gdzie pracowała – dyskwalifikujące, bo się (same z siebie) nie sprawdzają. Jej proponowane decyzje wymagają zaangażowania zasobów właściwie w ciemno, wbrew dowodom empirii. (Przemysława odeszła z korpo i założyła z koleżanką firmę rzemieślniczą, tworzącą gry uczące współpracy; czują, że kiedyś bardzo się przydadzą wspólnemu dobru.)
Do tych ogólnoświatowych trendów zbiorowej bezsilności epoki interregnum dołącza jeszcze, intensyfikująca ją, polska specyfika. Świat Zachodu wpłynął w neoliberalizm z zupełnie innych pozycji, niż byłe kraje bloku wschodniego. Ten pierwszy na ogół miał co roztrwonić i przetracić, miał za sobą powojenne prosperity państwa dobrobytu, ogromne nagromadzone dobro wspólne, a do tego obietnice demokratyzacji i włączania obywateli w ogólny dostatek. Polska potransformacyjna jest czymś zupełne innym. Jeśli już ma być do czegoś podobna, to raczej do Polski późnego Gierka (choć transformację i modernizację Gierkowską więcej różni niż łączy). Została zbudowana z nieadekwatnych elementów według niemożliwego do zrealizowania wzoru. W czasach późnego Gierka ujawniła się fasadowość i pozorność polskiego dobrobytu – był to sen o dobrobycie, dostępny dla nielicznych w sklepach za żółtymi firankami, w Peweksach i w całej wewnętrznej szaro-czarnej strefie dolarowej. Był to styl życia podobny do zachodniego, na którym był wzorowany, ale – inaczej niż obiecywano – dostępny był tylko dla wybranych i tylko pod warunkiem, że byli w stanie przymknąć oczy na kruchą i niesprawiedliwą podwalinę, na jakiej został zbudowany. Był to piękny, kuszący i kolorowy sen, ale nawet ci, którzy mogli i potrafili go śnić, lądowali w zupełne innej rzeczywistości, gdy życie mówiło sprawdzam. Te same problemy z dostawą prądu, ta sama zapaść służby zdrowia – mimo to, że kliniki dla prominentów były na lepszym poziomie, ale jednak nie był to Zachód. Nie mówiąc już o tym, że w decydującej chwili okazywało się, że jednak większość uprzywilejowanych grup społecznych nie zalicza się do coraz węższej warstwy prominentów. Zamek z zachodnich kart budowany był na biedzie i niedostatku.
Tak samo rzecz się ma teraz i dokładnie to samo zaczyna być widoczne między szparami lukrowanego świata z donicami na chodnikach jak w Niujorku i z produktami premium na galeriowych półkach. Pomalowano trawniki i wypucowano fasady, by przypominały to, co prominenci naszych czasów zapamiętali z okien taksówki wiozącej ich przez Nowy Jork, gdy w latach 90. zaprosił ich ten czy inny instytut, a także to, co zwykły obywatel pamiętał z wyjazdów na zbieranie truskawek pod El Dorado. Polska zaczęła przypominać fantazmat Zachodu oglądany z zewnątrz. A pod spodem – surowa bieda, która staje się coraz bardziej głośna i którą coraz trudniej jest ignorować. Ona obrzydza, burzy porządek, zakłóca cukierkowy sen. Do tego dochodzą pandemia i kryzysy kolejnych instytucji społecznych, do których mieliśmy jako naród zaufanie. Coraz trudniej tego nie widzieć, choć wielu moich ziomków dokonuje cudów w dziedzinie ignorowania dysonansów poznawczych. Pomagają im w tym kolejni decydenci, starając się zakrzyczeć, zaklajstrować, zakitować to, co widzą a raczej wyczuwają na peryferyjnej wizji, gdy suną limuzyną przez świat, wskazać winnych – raz hołota, raz LGBT, raz zacofane polactwo, raz Żydzi i Unia Europejska. To dzielenie, wydalanie, wypraszanie. To jest skutek naszej wschodniej „transformacji”.
Właśnie tu widać, czemu Polska Gierkowska i transformacyjna były różne. Bo ta pierwsza tworzona była w intencji dla wszystkich. Ta druga – dla tych, którzy są jej godni, a więc można z niej wykluczać pewne kategorie obywateli. Była dla przedsiębiorczych, dynamicznych, nie była dla roszczeniowców i komuchów. Ta pierwsza skończyła się bolesnym przypomnieniem, co to znaczy „wszyscy”, które obudziło ducha społeczeństwa. Czym kończy się ta druga? Obawiam się, że nie ma już poczucia „wszyscy”, bo ono nie zostało nam w tej fazie dane. Gdy nic nas nie łączy, pozostaje tylko rosnąca entropia.
Ale jednak… Ludzki chaos to nie to samo, co entropia. Genialny francuski reżyser Jacques Tati nakręcił w 1967 roku piękny i profetyczny firm „Playtime”, rozgrywający się w supernowoczesnej dzielnicy miasta pełnej idealnie proporcjonalnych, doskonale czystych, szklanych wieżowców, błyszczących od pustki korytarzy, sterylnych ulic, siedzib firm i mieszkań. Wszystko jest absolutnie nowoczesne, przezroczyste, triumfujące swą racjonalnością nad niedoskonałością ludzkiej natury. Przestrzeń miejska jest idealnie gładka, zaplanowana, domknięta w każdym detalu. Jeden z bohaterów – Monsieur Hulot, postać grana przez samego reżysera, szuka w tej przestrzeni kogoś z kim się umówił, ale dziwnym trafem rozmija się z nim, za to wpada na inne, znane i nieznane mu osoby. Podobnie błądzą i znajdują się inni bohaterowie, przede wszystkim fale turystów, wpompowywane i przepompowywane przez system komunikacji z pobliskiego nowoczesnego lotniska. Przestrzeń ma tu własną dynamikę i jest to dynamika władcza. Pod jej kierunkiem Monsieur Hulot, turyści i mnóstwo innych osób trafiają wieczorem do lokalu, idealnie wydesignowanego i zorganizowanego, gdzie każdy gość ma swój wyznaczony stolik, obsługiwany przez superefektywnych kelnerów. Na podium gra zespół muzyczny. Wszystko przebiega zgodnie z planem, aż do momentu, gdy fragment dekoracji wnętrza urywa się i spada na salę. Psują się kolejne elementy instalacji, zawodzą jednak nie do końca nieskazitelne architektoniczne rozwiązania. Ujawnia się niedoskonałość tej twierdzy doskonałości, jaką jest uosobiona w dzielnicy miasta nowoczesność, rozpada się idealny porządek. Na podium wchodzi spontaniczna pianistka – jedna z gości, która jednak całkiem nieźle gra. Ludzie zaczynają chaotycznie tańczyć, rozmawiać ze sobą „ponad” przypisanymi stolikami, pić więcej, niż proponuje menu. Nawet kelnerzy wyglądają coraz mniej perfekcyjnie. W pewnym momencie pojawia się, wśród wrażenia powszechnej entropii, coś, czego wcześniej nigdzie w nowoczesnej dzielnicy nie było i co przejmuje całkowicie definicję miejsca i czasu – cudowne, chaotyczne ludzkie bycie razem. Jest po prostu zajebiście. Absolutnie nie ma znaczenia, że zabawa ma miejsce w szklanym nowoczesnym wieżowcu z gigantycznymi oknami, przez które przypadkowy przechodzień może obserwować życie dzielnicy we wszelkich szczegółach. Nie ma znaczenia, że przestrzeń jest idealnie zaplanowana, ale całkiem prozaicznie się rozsypuje. Bawiąc się, ludzie tworzą własną przestrzeń na wskroś, w poprzek, obok zadanego porządku – i intensyfikującego się nieporządku rozpadu. Nie minął rok od produkcji filmu i przez Paryż przepłynął wielki playtime 1968.
Co to wszystko znaczy, co ma do powiedzenia Polakom AD 2021 Monsieur Hulot z 1967 roku? Czy teraz stworzymy coś takiego jak chaotyczna ludzka wspólnota, mimo że przez 30 lat musieliśmy się raczej obejść bez poczucia jedności, siostrzeństwa i braterstwa? Kto wie! Gdy skończy się pandemia i gdy wylegniemy na ulice bez maseczek, bez strachu, bez wirusa. Kto wie, co wtedy może się stać. Mieliśmy zapowiedź tego podczas protestów kobiet: mocna niemieszczańska poezja połączonego solidarnością tłumu, muzyka do rewolucji i do tańca, żywy teatr romantyków na warszawskiej ulicy, spontaniczna sztuka i odwaga cywilna, która przenosi góry. Do przedefiniowania przestrzeni à la Tati brakowało tylko jednej, ale za to bardzo ważnej rzeczy – swobody ludzkiego ciała, by poddać się grawitacji wspólnoty – najpotężniejszemu antidotum na rosnącą entropię.
prof. Monika Kostera
przez Monika Kostera | środa 16 grudnia 2020 | opinie
Od siedmiu lat badam organizacje alternatywne wytwarzające wartość ekonomiczną, między innymi spółdzielnie. Bardzo często wraca w moim materiale badawczym wątek współpracy, w pewien mocny i szczególny sposób. Bardzo trafnie oddaje ten sposób wypowiedź warszawskiego spółdzielcy, nazwijmy go Świętopełkiem: „Im więcej ludzie działają razem, tym bardziej widzą, że mogą zrobić dużo więcej. […] Nie uczą nas tego w szkole, na uniwersytecie; cały czas jest tylko o przedsiębiorczości, konkurencji, ale nie ma o współpracy. A potem mówią, że ludzie nie współpracują i że konkurencja jest naturalna. Musimy się wszystkiego uczyć sami”.
W Polsce działa ogromna ilość uczelni wyższych posiadających przedsiębiorczość w nazwie lub oferujących pełną edukację na poziomie wyższym w zakresie przedsiębiorczości. Oferowane są kursy przedsiębiorczości dla studentów różnych niezwiązanych z biznesem kierunków, od szkół teatralnych po medyków. Przedsiębiorczość pojawia się w podstawach programowych polskich liceów i techników. Uczą się przedsiębiorczości także uczniowie zasadniczych szkół zawodowych.
Niektóre szkoły podstawowe oferują lekcje przedsiębiorczości, a wśród celów edukacji na poziomie klas IV-VII wymienia się „rozwijanie kompetencji takich jak kreatywność, innowacyjność i przedsiębiorczość”. Ba, nawet niektóre przedszkola uczą przedsiębiorczości. Uczniowie mają do dyspozycji podręczniki i zeszyty do ćwiczeń z przedsiębiorczości, a przedszkolaki – bajki o przedsiębiorcach. Dzieci i młodzież uczą się podejmowania decyzji finansowych, projektowania działań przedsiębiorstwa, nabywają „podstawowe umiejętności konkurencyjnych zachowań”. Wśród celów zajęć z przedsiębiorczości dla liceów i szkół zawodowych występuje „Docenianie roli przedsiębiorców budujących w sposób odpowiedzialny konkurencyjną gospodarkę oraz dostrzeganie znaczenia wolności gospodarczej i własności prywatnej jako filarów gospodarki rynkowej”. Uczeń szkoły zawodowej, między innymi, „rozpoznaje mocne i słabe strony własnej osobowości”; odnosi je do cech osoby przedsiębiorczej; „zna korzyści wynikające z planowania własnych działań i inwestowania w siebie” oraz „sporządza projekt własnego przedsiębiorstwa oparty na biznesplanie”. Konieczność nabywania takiej wiedzy uzasadniana jest w następujący sposób:
[Uczniowie] powinni więc posiadać podstawową wiedzę nie tylko z zakresu nauk ścisłych, przyrodniczych i humanistycznych, ale także społecznych, a zwłaszcza ekonomicznych. Wiedza ta daje podstawy do kształtowania umiejętności oraz postaw przedsiębiorczych potrzebnych do funkcjonowania we współczesnej, globalnie uwarunkowanej gospodarce.
Nie ma natomiast nigdzie mowy o konieczności kształtowania postaw współdziałania i współpracy ani o tym, że są one potrzebne we współczesnej gospodarce. Przedmiot współpraca nie istnieje. Nie ma programów z wzajemności (mimo że istnieje taki obszar badawczy, m.in. w naukach zarządzania, i ma się bardzo dobrze). Nie ma wyższych szkół współpracy i współodpowiedzialności. Nie ma wśród celów edukacyjnych rozwijania umiejętności współdecydowania ani działania na rzecz dobra wspólnego.
Jakie to ma skutki? Ano takie, że Świętopełk i jego koleżanki i koledzy muszą uczyć się wszystkiego od nowa, wielkim nakładem energii, wysiłku i zdrowia, a zdolność ich ciężko zdobytej wiedzy do akumulacji systemowej jest niewielka. Do akumulacji wiedzy potrzebne są struktury szkoły i akademii. Wszyscy kolejni Świętopełkowie muszą wypracowywać tę wiedzę od nowa, albo prawie od nowa (na szczęście wzajemność jest silnym impulsem działania człowieka, więc uczą się, jak się dzielić wiedzą z „konkurencją” – używając języka obowiązującego w naszych czasach). Ale ma to także skutki dla zwykłych ludzi, w zwykłych korporacjach. Następująca historia Ścibory i Świętomiry jest, niestety, dość typowa.
Ścibora kierowała zespołem jakości od wielu lat. Była bardzo energiczna – podejmowała dziesiątki inicjatyw jednocześnie, zawsze miała w toku więcej projektów, niż mieściło się w opisie działań zespołu na stronie firmy. Chroniła swój zespół przed zakusami władz, które wciąż szukały „wolnych mocy przerobowych”. Jednak nie umiała delegować. Wszystkie te projekty robiła sama, a właściwie – sama przy pomocy wyrobników z zespołu, którzy dostawali do wykonania jakiś fragment, ale bez przynależnej odpowiedzialności i mocy decyzyjnej. Była jedyną osobą znającą całokształt tych projektów i gdy zlecała innym kawałki zadań, nigdy nie opowiadała o ich znaczeniu dla całości. W jej zespole pracowało kilka naprawdę kompetentnych osób, w tym Świętomira, która widziała dokładnie, co się dzieje, ponieważ miała naprawdę duże doświadczenie w branży i niejeden taki projekt z powodzeniem prowadziła. Ścibora zorientowała się w pewnym momencie, jak bardzo kompetentną osobą jest Świętomira i wówczas coś się zmieniło, ale nie tak, jak, zgodnie z zasadami dobrego zarządzania, powinno. Wręcz przeciwnie. Ścibora zaczęła ukrywać przed Świętomirą co bardziej interesujące projekty, zaczęła jej podbierać kontakty, bez jej wiedzy i zgody przejęła jej sztandarowy projekt, w którym współpracowała z wieloma partnerami, którzy bardzo ją cenili i znali od wielu lat. Za to zaczęła mikrozarządzać Świętomirą, de facto utrudniając jej wykonanie nawet prostych zadań. Tak jakby starała się ją powstrzymać przed wykonaniem dobrej pracy. Świętomira, osoba naprawdę zaangażowana w swoją pracę, poprosiła szefową, by po prostu wyznaczyła jej jakąś rolę, a sama zarządzała całością. Nie miała ambicji gwiazdorzenia, chciała móc pracować w spokoju. Ścibora jakby wówczas się opamiętała i przez jakiś czas współpraca była niezła. Szefowa brylowała, Świętomira pracowała. Jednak nie interesowała się w ogóle tym, co jej pracowniczka robi i nie odpowiadała na e-maile, jakby po prostu odpuściła sobie cały obszar projektu, nad którym Świętomira pracowała – sama, bo pozostałymi członkami zespołu Ścibora zarządzała dokładnie tak samo, jak od początku, to znaczy mikrokontrolując wszystko, przepytując za plecami jednych z tego, co robią drudzy, podsycając plotki, siejąc niedomówienia.
Sama tyrała jak nieprzytomna. Organizm nie dawał już rady na zakrętach, zażywała anydepresanty i piła coraz więcej alkoholu po godzinach. W pewnym momencie rodzina odmówiła współpracy i została sama – mąż nie chciał rozwodu po wieloletnim małżeństwie, ale stwierdził, że nie daje rady funkcjonować w związku i wyprowadził się „na próbę” z domu. Ścibora zareagowała na to wzmożoną aktywnością zawodową. Przyjęła dodatkowy projekt gigant, który miał być sztandarowy dla polskiego oddziału korporacji. Wszyscy spodziewali się, że tym razem zmobilizuje do pracy zespół, który przygotował się do boju. Jednak nic takiego nie miało miejsca. Wyglądało na to, że Ścibora idzie na samotne zderzenie czołowe z największym projektem firmy. Projekt był widoczny i modny, więc naczelny w końcu uszczęśliwił ją na siłę pomocnikiem, który biegał między gabinetami jej i szefa z coraz bardziej sztucznym i zestresowanym uśmiechem. Ścibora nie miała na ten projekt zasobów, nie miała kompetencji, nie miała czasu. Miała zespół, który był gotowy zmobilizować swoje kompetencje i zawalczyć o zasoby. Ale nie skorzystała z tej możliwości. Nie zatrudniła też nowych osób, co sugerował jej (o dziwo) naczelny. Coraz bardziej widać było, że spóźnia się z innymi, zwykłymi projektami. Coraz bardziej widać było, że przestała się w ogóle zajmować zespołem, skończyły się nawet plotki za plecami i mikrosterowanie. Przez dwa miesiące pracowała na 3 etaty z niedającym się zrealizować projektem polegającym na wymyślaniu dziesiątek procesów, wdrożeniu nowych technologii, zorganizowaniu nowych sieci działania. Wszystkie te procesy po wdrożeniu wymagają nadzoru. To też zdawała się próbować robić sama. Świętomira próbowała z nią porozmawiać, zaproponowała pomoc i radę. Ścibora nawet już się nie denerwowała, miała pusty wzrok, patrzyła przez nią na ścianę naprzeciwko. Następnego dnia wysłała do wszystkich pracowników e-mail, że bardzo im dziękuje, że ich ceni i szanuje, ale że musi zrezygnować, bo doznała wypalenia zawodowego. Po prostu nie przyszła do pracy. Wszystkie projekty leżały rozgrzebane tu i ówdzie, właściwie w czasach, gdy wszystko jest online nie bardzo było nawet wiadomo, gdzie kawałków szukać. A może ich nie było w ogóle. W dokumentacji panował nieprawdopodobny chaos. Zespół w końcu dostał projekty do pracy, ale w postaci stajni Augiasza, nie do ogarnięcia, wielkiej piramidy nieprzystających do siebie bezsensownych kawałków, z których nie da się nic sensownego złożyć. Zamiast wykorzystać swoje doświadczenie, Świętomira została czymś w rodzaju śmieciarki lub grabarki skądinąd bardzo ciekawych projektów, które z przyjemnością by w normalnych warunkach z koleżankami i kolegami porealizowała. Ścibora leczy się psychiatrycznie i jest po rozwodzie.
Wracając do pytania o skutki jednostronnej edukacji – wypalenie Ścibory jest jednym z nich. Ścibora byłaby pewnie energiczną i zdolną szefową w bardziej zespołowym systemie pracy. Rażące niewykorzystanie umiejętności i doświadczenia Świętomiry, to karygodne marnotrawstwo potencjału społecznego i kolejny typowy skutek nierównowagi systemu. Każdy szanujący się zespół przyjąłby ją z otwartymi ramionami. Ba, Świętomira ma tyle lat, że pamięta taką pracę zespołową i wspomina ją bardzo dobrze. Mogłaby przekazać wiedzę młodszym od siebie, bo wie, jak to robić. Ale młodsi nie mają na to czasu, nie mają do tego głowy, nie wiedzą na ogół, że jest im to potrzebne. W mediach trwa kampania o „nieblokowanie etatu przez starych młodym zdolnym”. Wyzwala to w ludziach uczucia wręcz przeciwne do chęci dzielenia się tym, co mają i umiejętności przyjmowania dobrych rzeczy od innych. To też skutek tej nierównowagi – w ludziach utrwala się przekonanie, że muszą poradzić sobie ze wszystkim sami, bo inni są ich konkurentami, naturalnymi wrogami. Gdy im się to nie udaje, to poszukują rozwiązań, które nie są dla nikogo pożyteczne, takich jak fasadowość i wyuczony narcyzm, jak pokonywanie w sobie ludzkich odczuć, jak poczucie permanentnej porażki, jak ciągła, jątrząca się zazdrość. Bo inni coś mają, a ja nie.
To czasami zdaje się być podobne do poczucia sprawiedliwości, ale jest czymś radykalnie od niego odmiennym. Aby odróżnić zazdrość od poczucia sprawiedliwości trzeba mieć kompetencje we współpracy i współodpowiedzialności. Bez tego nawet próby działania razem w dobrym celu w końcu się fragmentaryzują, przychodzi czas lansu jednych i marginalizacji drugich. Te dynamiki sprawiają, że święte protesty i społeczne bunty nie przerodzą się w konstruktywne budowanie lepszego świata, ale łatwo je rozładować nienawiścią, poczuciem własnej wyższości moralnej, agresją, obwinianiem drugiego (aczkolwiek zgodnie z moją najlepszą wiedzą, kobiety współpracują znacznie lepiej, niż mężczyźni, nawet w naszych czasach). Ale może o to właśnie chodzi władcom naszego świata? Może to jest zgodne z dynamiką sprawowania władzy na zasadzie „dziel i rządź”? Może to permanentny dzień bardzo wkurzonego i potwornie samotnego świstaka?
Więc jeśli identyfikujemy się ze Świętomirą, i pewnie troszkę ze Ściborą, jeśli kibicujemy Świętopełkowi i jego współspółdzielcom, to może znaczy, że pora przestać wszystko przed się brać (niczym pewien słynny egipski żuczek) i stać się znów człowiekiem? W końcu ludzie nie dlatego awansowali w ewolucji, że potrafili toczyć przed sobą kule większe od samych siebie, ale dlatego, że umieli współpracować. Może pora domagać się nowych programów edukacyjnych. I nowych sposobów wyrażania tego, co w nas – i wśród nas – ludzkie.
prof. Monika Kostera
przez Monika Kostera | środa 25 listopada 2020 | opinie
Jarosław Niemiec: Wśród pytań o stan polskiej demokracji działaczowi związkowemu brakuje pytania podstawowego, którego nie słychać w debacie publicznej, a które powinno brzmieć: „Co się stało z 10-milionowym ruchem Solidarności, że dziś mamy uzwiązkowienie na poziomie nieco ponad 10%, to jest trzykrotnie niższe od średniej w krajach Europy?”. Do tego, przy tak małym uzwiązkowieniu, polskie związki zawodowe są znacznie słabsze i mają znacznie mniejszy wpływ na politykę społeczną niż w innych krajach europejskich. Co się stało, że ruch związkowy, który wywalczył dla Polski demokratyczną przemianę, nie ma dziś nic do powiedzenia?
Na te pytania częściowo odpowiedział David Ost w głośnej książce „Klęska Solidarności”, która stanowi cenną diagnozę historyczną, ale stojąc przed faktem dokonanym, nawet z wiedzą, skąd się to wszystko wzięło, trzeba postawić pewną diagnozę funkcjonalną, a mianowicie określić, jakie czynniki utrzymują ten wysoce niepożądany dla losu pracowników i demokracji stan rzeczy. Obserwujemy bowiem pewne zjawiska i postawy wśród pracowników, które klasycy nazywali fałszywą świadomością, ale dziś wypadałoby mówić raczej o zupełnym braku rozpoznania swojej sytuacji społecznej i interesu społecznego. Konkretnie, jest to dość powszechne przekonanie, że nie ma potrzeby się zrzeszać, że pracownik jest samodzielną jednostką na rynku pracy, identyfikowanie swojego interesu z interesem tego, komu świadczy się pracę itp. Te przekonania pozostają w sprzeczności z twardą rzeczywistością i wystarczy pobieżna analiza Kodeksu Pracy, by przekonać się, że ustawodawca z góry zakłada nierówność stron pomiędzy pracownikiem a pracobiorcą, ponieważ bierze pod uwagę rzeczywiste warunki graniczne, tak jak je nazywał John Rawls, po to by w Kodeksie Pracy sprawiedliwość można było wyrazić jako bezstronność. A warunki graniczne są takie, że pracownik jest stroną znacznie słabszą, stąd więc na przykład przeniesienie ciężaru dowodu na pozwanego w sprawach o ustalenie stosunku pracy, kiedy powództwo składa pracownik. Używając kategorii sportowych można założyć, że każdy może wejść do ringu z mistrzem boksu, bo zasady są dla obydwóch te same. Na szczęście dla takich pyszałków są zasady kwalifikacji do podobnych walk i kategorie wagowe, bo niepodobna sobie wyobrazić walki 80-kilogramowego amatora ze 100-kilogramowym czempionem. Podobnie jest w sytuacji, kiedy pracownik wchodzi w spór z dużą firmą. Raczej trudno przypuszczać, by pokonał w pojedynkę sztab najlepszych i bardzo drogich prawników. I to są właśnie te potrzebne warunki graniczne. Mówiąc kolokwialnie, pewne fory dla pracownika w prawie pracy i siła związku zawodowego z prawem do strajku i sporów zbiorowych. Skąd więc niezrozumienie tych podstawowych zasad?
Dziś zagubienie pracownika i jego dezorientację można tłumaczyć funkcjonalnie pewnymi mocno działającymi czynnikami, którymi według mnie są: topos self made mana, oczywiste zabiegi propagandowe korporacyjnych mediów, psychologiczna teoria atrybucji – czyli skłonność do identyfikacji z tzw. ludźmi sukcesu oraz coś, co dla własnego użytku nazywam mechanizmem „król jest nagi”, pojęcie świetnie znane ze słynnej baśni Andersena. Z pewnością nie są to wszystkie czynniki, ale tym chętnie przyjrzałbym się im dokładniej.
Anna Musiała: Wszystko, co mówi Jarek, w zasadzie się zgadza, ale jest jedno kluczowe nieporozumienie w tym, co powyżej stwierdzono, wyrażając krytykę w stosunku do polskiego kodeksu pracy: „wystarczy pobieżna analiza Kodeksu Pracy, by przekonać się, że ustawodawca z góry zakłada nierówność stron pomiędzy pracownikiem, a pracobiorcą, ponieważ bierze pod uwagę rzeczywiste warunki graniczne”. Ja chcę powiedzieć, że ów kodeks, a więc polski kodeks pracy, jest całkiem „niezły”; jego problem współcześnie polega na tym, że dokonuje się jego interpretacji w oderwaniu od aksjologii wypływającej z Konstytucji. Ta aksjologia zakłada istnienie społecznej gospodarki rynkowej, opartej m.in. na zasadzie solidarności, dialogu, a także mowa w niej o zasadzie pomocniczości, którą to zasadę znakomicie przecież wypełnia koncepcja zakładu pracy, tak brutalnie w 1996 r. wykreślona z przepisów, aczkolwiek, właśnie przy prawidłowej interpretacji kodeksu pracy – absolutnie możliwa do odtworzenia. Krótko mówiąc, my chcemy widzieć to kodeksowe prawo pracy tak jak nam „pasuje”, a dziś ów „pasujący”, przeważający nurt myślenia, w zakresie interpretowania przepisów kodeksu pracy – to nurt neoliberalny. W konsekwencji widzimy wyłącznie relację dwóch osób, pracownika i pracodawcy, jakby w oderwaniu od reszty, tzn. od innych osób, które ów pracodawca zatrudnia, ale też od społeczeństwa, na rzecz którego de facto ów pracownik pracuje.
Ta dwustronność relacji ma fatalne konsekwencje dla dalszego humanistycznego myślenia o pracy ludzkiej. Dlaczego? Ano dlatego, że choćby wyklucza rozumienie zakładu pracy jako grupy ludzi pracujących razem, a więc mających ze sobą relacje. Poza tym bardzo utrudnia powstanie ruchu związkowego, bo dla związku zawodowego potrzeba właśnie zakładu pracy, ale nie rozumianego jako urządzenia, maszyny i mury, lecz jako grupa ludzi, która jest blisko siebie, ma relacje i sobie ufa.
Monika Kostera: Doskonale rozpoznaję z mojego poletka – nauk o zarządzaniu – te problemy o których mówicie. Rzeczywiście pokutuje we współczesnej wyobraźni organizacyjnej wizja ludzkiej pojedynczości, czyli że, jak mówisz, Jarku, „pracownik jest samodzielną jednostką na rynku pracy”, a w efekcie brak rozumienia, jak zauważyłaś, Aniu, że „zakładu pracy to grupa ludzi pracujących razem”. Ten deficyt nie tyko ogranicza pole widzenia, ale jest wręcz szkodliwy we współczesnym świecie, bardziej złożonym, niż wszystko, co historycznie znamy.
W naukach społecznych istnieje sposób patrzenia na świat społeczny, który bierze pod uwagę tę złożoność i radzi, jak z nią postępować. Znane jest to jako podejście systemowe. Jedna z systemowych maksym głosi, że nie ma nic tak szkodliwego, jak proste rozwiązania złożonych problemów. Musimy złożone problemy rozwiązywać w sposób odzwierciedlający złożoność. Podejście systemowe mówi dalej, że organizacje świetnie nadają się do rozwiązywania takich problemów, bo są złożonymi systemami społecznymi. Czyli organizowanie się związkowe byłoby super pomysłem na radzenie sobie z problemami rynku pracy – ale i zakład pracy, też organizacja, mógłby całkiem inteligentnie nawigować w burzliwym otoczeniu. Zgodnie z podejściem systemowym, organizacje są złożonymi systemami, czyli całościami, których części pozostają ze sobą w ciągłych relacjach, jak to się często podkreśla – dynamicznych, czyli zmieniających się w czasie, np. w zależności od sytuacji i od działań różnych stron. Inna maksyma systemowa mówi, że system to więcej niż suma jego części. Często działania podejmowane w jednym jego obszarze przynoszą efekty w innych, zdarza się, że całkiem nieprzewidzianych, w sposób, który też trudno przewidzieć. Najważniejsze są rozmaite żywe relacje między elementami, podobnie jak w przypadku żywych organizmów.
I teraz mamy taką sytuację, jak ta, którą opisujecie – we wspólnej wyobraźni nie istnieją systemy, lecz pojedyncze jednostki. Taki zbiór niepowiązanych jednostek nosi w języku systemowym nazwę agregatu. Jego podstawową cechą jest to, że jest martwy. Martwy – a więc niezdolny do tego, by reagować na bodźce z otoczenia, by tworzyć coś nowego i odradzać się, zmieniać i udoskonalać. Ale za to łatwo je kontrolować – bo są deterministyczne, czyli można przewidzieć jak się zachowają w przyszłości, ba, można to łatwo zmierzyć i na różne sposoby sparametryzować.
Jarosław Niemiec: Bardzo słusznie Ania zwróciła uwagę na moje niedopatrzenie tego istotnego faktu, jakim była zamiana w Kodeksie Pracy pojęcia „zakładu pracy” na „pracodawcę”. Czuję się więc wywołany do tablicy i jako związkowiec muszę to przyjąć jako uzasadnione wytknięcie bardzo istotnego błędu w naszej, związkowej, narracji i analizie sytuacji. Tak jest, „myśmy wszystko zapomnieli”. Może w 1996 roku nikt nie podziewał się, jakie skutki to może przynieść. Skutki tej indywidualizacji stosunków pracy i pozbawienie ich społecznego charakteru, tak jak to opisuje Monika, można więc dziś z wysokim prawdopodobieństwem uznać za otwarcie furtki dla psucia stosunków pracy, rozpowszechnienia umów śmieciowych, samozatrudnienia i marginalizacji roli zrzeszeń pracowniczych.
Oczywiście wszelkie racjonalizacje takiego stanu, wymienione przeze mnie na wstępie, mają zatem tym większą siłę w zachowaniu status quo, im większe będzie to modne dziś „personalizowanie” stosunków pracy. Nie muszę dodawać, że zwrócenie na to uwagi zobowiązuje zorganizowany ruch pracowniczy do wyciagnięcia zasadniczych wniosków praktycznych. Z samym słowem „pracodawca” należałoby się osobno i zdecydowanie rozprawić, bo fałszuje ono prawdziwy obraz relacji ekonomicznych i wprowadza element łaskawości i dobrotliwości po stronie zatrudniających, jak nie przymierzając „chlebodawca” czy inny dobrodziej. Co gorsza, z tymi dobrodziejami identyfikuje się wielu pracowników i są oni gotowi bronić ich nienależnych przywilejów jak jakichś nadludzi. Tak to mieszczański liberalizm oświeceniowy zawrócił nas do feudalizmu. Paradoks czy perfidia?
Anna Musiała: To zamierzone działanie, ów zwrot ku czasom feudalizmu. A może jeszcze inaczej, efekt zindywidualizowania relacji pracownika i pracodawcy, co rozważając w kontekście prymitywności i okrucieństwa polskich relacji społecznych, doprowadza do tak wysokiego poziomu zachowań o charakterze mobbingu. Innymi słowy, biorąc pod uwagę dość istotną polską zawziętość nierzadko przechodzącą w agresję, proces zindywidualizowania relacji pracownika i pracodawcy musiał ową zawziętością i agresją nasiąkać. To prowadziło do zachowań patologicznych w relacjach pracownika i pracodawcy, co już zupełnie nie uniemożliwiało budowania tkanki społecznej dla zakładu. Jeszcze mimo wszystko można było myśleć o budowaniu, wbrew tym polskim obciążeniom, o zakładzie pracy, gdyby respektowano zasadę równości w prawie. Tymczasem choćby wynagrodzenie, które było kwestią zupełnie kluczową, zostało poddane pod dwustronne negocjacje. I to właśnie najbardziej niszczyło jedność i zatomizowało jednostki.
Monika Kostera: Struktury są niezbędne do tego, by działać wspólnie. Dzięki nim nie musimy za każdym razem, gdy chcemy coś razem zrobić, uzgadniać każdego detalu, bo wiemy, jaka praca do kogo należy, po kim można (i należy) czego oczekiwać. Struktura społeczna to jedna z podstawowych ram pozwalających nam działać i porozumiewać się społecznie. To jakby niepisana instrukcja obsługi świata społecznego, czyli wzorce postępowania, których uczymy się od dzieciństwa, zawierające role społeczne, które odgrywamy, zasady, które kierują współżyciem społecznym, „nasze miejsce” w świecie. Dzięki nim wiemy, kto gra jaką rolę: kto jest nauczycielem, a kto uczniem, jak rozpoznać lekarza, jak zachować się w przychodni jako pacjent. Gdy zostaniemy tego pozbawieni, np. w wyniku zmian społecznych takich jakie miały miejsce w Polsce po wojnie i w okresie tzw. transformacji, zaczynają się bardzo fundamentalne problemy.
Jak współdziałać, kiedy nie wiadomo, czego po kim oczekiwać, a w dodatku mają miejsce jakieś wielkie przekształcenia społeczne, na których ktoś traci i ktoś korzysta? A skoro tak, to nie można nikomu ufać, samo-organizacja staje się utrudniona. Zanim wykrystalizują się nowe struktury, z jednej strony trwa walka, takie społeczeństwo typu „dog eat dog”, ale z drugiej pojawia się przestrzeń dla różnych odmieńców, w tym psychopatów, ale także twórców, artystów, nonkonformistów. To było szczególnie widoczne w okresie Młodej Polski i po odzyskaniu niepodległości – erozji wielkich struktur towarzyszyła ogromna, żywotna społeczna twórczość. Z naszą ostatnią transformacją systemową mieliśmy pecha o tyle, że miała miejsce w czasie, gdy wielkie struktury społeczne zaczęły globalnie się kruszyć i rozpadać. Czas neoliberalizmu to na całym świecie czas potężnej erozji struktur społecznych. Dlatego takie kruche okazały się nasze nowe pomysły na społeczeństwo przyszłości, budowane na piasku, bez prób poszukiwania głębszych wartości, które jednoczyłyby kogoś więcej, niż tylko elity wygrywające na transformacji. Robotników zostawiono, można powiedzieć – rzucono w kąt historii, a wykształcona (a więc posiadająca „kapitał społeczny”) inteligencja przerobiła się w kilka miesięcy na burżuazję i myślała, że może nadal być autorytetem moralnym, sumieniem narodu. Takie życie ponad moralny stan. Teraz są śmiertelnie obrażeni, że „hołota” nie szanuje ich Potiomkinowskiego etosu.
Jarosław Niemiec: No właśnie! Kazano nam brać udział w ekonomicznej rywalizacji jeden na jednego, bez określenia „kategorii wagowych”, bez „ochraniaczy”, choćby w postaci godziwych zasiłków dla bezrobotnych po nokaucie, jakim jest utrata pracy. W grze, w której reguły ustala tylko jedna ze stron. Kiedy ktoś kwestionuje zasady tej gry, usłużne ośrodki propagandy uruchamiają mechanizmy, które z miejsca dyskredytują tych, którzy ośmielają się kwestionować jedynie słuszną linię dyktatury pieniądza. Po pierwsze postawiono alternatywę: albo jesteś przedsiębiorczy i zaradny, albo głupi, roszczeniowy i leniwy. Część ludzi daje się na to złapać, bo to lepiej wpływa na ich samoocenę, gdy identyfikują się z tymi, którzy są zaradni i przedsiębiorczy. Nie ma znaczenia, że osoba identyfikująca się z przedsiębiorcą jest biednym jak mysz kościelna, poniżanym robotnikiem, który w dodatku uważa, że przecież gdyby nie socjalizm rzucający kłody pod nogi, to byłby człowiekiem sukcesu. To działa. A jak nie działa to trzeba jeszcze wmówić ludziom, że zalety takich stosunków pracy są niewątpliwe i tylko człowiek głupi ich nie widzi. Przecież nikt nie chce wyjść na głupca. Nie kto inny, jak autorytet wielu publicystów – Janina Paradowska – już w latach 90. głosiła tezę, że gdyby ludzie kierowali się rozumem, to Unia Wolności wygrywałaby w cuglach wszystkie wybory. Ta Unia Wolności, która jest kreatorką i matką wszystkich zjawisk, o których tu mówimy. Coś mi się zdaje, że związki zawodowe potrzebują dziś armii psychologów-terapeutów.
Anna Musiała: Pozwólcie, że odniosę się do waszych uwag na przykładzie z otoczenia mi najbliższego, a więc ze środowiska prawniczego. Monika powiedziała, że społeczeństwo ma własne struktury, a ludzie pełnią w tym społeczeństwie swoje funkcje. Naukowiec ma więc też swoją rolę, naukowiec-prawnik także. Tymczasem lata 90. i kolejne, a więc czas po transformacji, to okres, kiedy prawnik zajmujący się nauką był jednak traktowany jako ten drugiej kategorii, a więc ten, który nie poradziłby sobie na „rynku”, nie zbił fortuny w kancelarii. Do dziś pamiętam z lat studiów tę atmosferę specyficznego szacunku, w pewnym sensie wymuszonego na nas, studentach, wobec nauczycieli akademickich, którzy łączyli naukę i praktykę; oni niejako byli „wyżej” od profesora, który nie pracował poza uczelnią. Tak też oto znikała nauka prawa pracy; spotkania dla studentów czy dyskusje naukowe, poza zajęciami dydaktycznymi, nie odbywały się, bo kadra nie miała na to czasu. Prawie nikt się tym nie chciał zajmować. Ta narracja jest w zasadzie do dziś. Ciągle króluje w nauce prawa pracy prawnik-praktyk, który nierzadko tytułu naukowego potrzebuje dla prestiżu, ale nauka niewiele z tego ma, żeby nie powiedzieć nic, albo wręcz szkodę.
I tu, odnosząc się do tego, co powiedział Jarek, chcę dość mocno podkreślić, że nie ma szans na naukę prawa pracy, bo zbyt niewielu osobom na niej zależy. Przytłaczająca większość kadry już absolutnie nie angażuje się w rozwój nauki, co oznacza też organizowanie sensownych wydarzeń naukowych, gdzie włącza się w to studentów, zwłaszcza w mniejszych grupach. Ci pracujący tylko na uczelni też poniechali aktywności, jakby w myśl zasady „po co się wychylać”. To również po prostu „nieopłacalne”, krótko mówiąc, w myśleniu polskiego nauczyciela akademickiego prawa pracy: „z tego nic nie ma”. Prawie nikt zatem, w skali kraju, nie zajmuje się naukowo prawem pracy, kilka osób pracujących w takim układzie jest przecież pomijalnych.
Monika Kostera: Czyli – pracownicy zostali pozostawieni na pastwę rynku pracy i zatrudniającego podmiotu. A to znów nas prowadzi do pytania, zadanego na wstępie przez Jarka – o polski ruch związkowy. Mam tu nie tyle odpowiedź, co podpowiedź. Otóż, skoro część polskiego ruchu związkowego uległa polityzacji i petryfikacji, to może, w duchu syndykalistycznym, przejmujmy oddolnie struktury istniejących związków? Ignorujmy, w miarę możliwości, co robi centrum, ono i tak już się oderwało od pracowniczej ziemi. Twórzmy też oddolnie nowe ogniwa w związkowych sieciach i szukajmy partnerów do współpracy w innych oddolnych związkowych ogniwach, niezależnie od ich odgórnego politycznego programu? Co Ty na to, Jarku?
Jarosław Niemiec: Właściwie to poszczególne organizacje zakładowe już to robią, bo zwyczajnie nie mają innego wyjścia. Wsparcie od central jest bardzo niewielkie. Z drugiej strony ustawa o związkach zawodowych, która miał być wielkim osiągnięciem demokracji, bardzo krepuje ruchy organizacji związkowych, bo wymogi reprezentatywności i bardzo wąsko określony zakres działania powodują, że możliwość zorganizowania sporu zbiorowego, nie mówiąc już o strajku, są mocno ograniczone, czasem musi minąć kilka miesięcy, żeby można było spełnić warunki do strajku. Osobiście jestem zdania, że musimy wrócić do tego nieszczęsnego 1996 roku i próbować odwrócić to, o czym wcześniej wspomniała Ania, a mianowicie przywrócić prawu pracy jego społecznego ducha. To będzie wymagało od związków zawodowych gigantycznej pracy nad przekazem, nie tylko do opinii publicznej, ale także w zakresie wewnętrznej komunikacji związkowej. Nad własnym językiem, umiejętnością formułowania postulatów, porzuceniem przez związkowców wstydu, kiedy ktoś zaczyna mówić o „roszczeniowej hołocie”. Tak jest, mamy roszczenia i tego się nie wstydzimy – muszą mówić związkowcy z podniesionym czołem. My, nie ja. My, cała załoga, cała klasa społeczna, bo mamy w tym wspólny interes. Nie wyobrażam sobie tego jednak bez udziału prospołecznych środowisk akademickich i opiniotwórczych i tę naszą wymianę myśli traktuję jako takie właśnie działanie i dobry prognostyk na przyszłość.