Gdy wszyscy mają rację i nikt jej nie ma

Wyobraźmy sobie trójwymiarowe ludziki – grubasików – żyjących w dwumiarowej cywilizacji, w płaskiźmie. W dobrych czasach wiodą życie podobne do bohatera włoskiej kreskówki La Linea, którego przygody w liniowym świecie kontrolowane są zawsze, mniej lub bardziej spolegliwie, przez rękę rysownika wyposażoną w ołówek. Postać ludzika obrysowana jest pojedynczą linią i przemieszcza się po nieskończonej kresce, której jest częścią. Ludzik napotyka przeszkody i (energicznie) zwraca się do rysownika o pomoc. Jedną z powtarzających się przeszkód jest nagły koniec trasy. W gorszych czasach grubasikom nie pojawia się znajoma ręka z ołówkiem, tylko mniej lub bardziej niezrozumiałe płaskie geometryczne figury, błyskawice i kawałki świderków, bombardujące płaski świat, pozbawiony bezpiecznej liniowej trasy. Nasi bohaterowie unoszą się w powietrzu albo fruwają w różnych kierunkach uczepieni rombów i kwadratów. Bazgroły przepełniają ich płaski świat.

Wszak grubasikowie nie są w gruncie rzeczy płascy – są trójwymiarowi. Ale widzą tylko dwuwymiarowe szkice, w dodatku czarno-białe. Na tym polega ich cywilizacja; posiadają do rozumienia i postrzegania swojego świata tylko takie – płaskie – kategorie. Biedni grubasikowie wydają nam się bezsensowni i ograniczeni? Słusznie, bo tacy właśnie są. A my jesteśmy do nich uderzająco podobni.

W naszych czasach próby poradzenia sobie z coraz bardziej trudnymi problemami przypominają przygody pozbawionych opiekuńczej ręki grubasików w płaskiźmie. Atakują ich zewsząd jakieś chaotyczne hasła i wydarzenia. Każde z nas trzyma się jakiegoś sensownego dla nas kształtu – czegoś, co postrzegamy jako „normalność”. Nic nas nie łączy. Sami sobie nawzajem tworzymy chaos. Świat, gdzie wszyscy mają rację. Gdzie nikt jej nie ma. Gdzie istnieją dwa obozy: czarny i biały, które stają się widoczne dzięki sobie nawzajem, ale które nie łączą się nigdy w odcienie szarości (że o kolorach nie wspomnę). Gdzie koszt zabrania głosu jest zarazem za niski i za wysoki, bo można mówić cokolwiek, ale tylko wtedy, gdy się nie wykracza poza linie. Jakakolwiek kwestia która poza nie wystaje, naraża się któremuś z obozów – albo obu. Wszyscy zdają się być do tego dotknięci daltonizmem.

Grubasikowie nie są płascy. I nie są ślepi na barwy. Tylko ich cywilizacja to wszystko wyklucza. My też nie jesteśmy taką czy siaką Tożsamością. Tylko nie umiemy sobie radzić ze złożonością. Złożoność istnieje, wiemy o tym. Ale wszystko wokół nas zdaje się pochodzić z rzeczywistości o wiele prostszej. Dominujące mechanizmy zarządzania zorientowane są na proste systemy – wszystko jest upraszczane, sprowadzane do danych ilościowych, zasady zastępowane są automatycznymi algorytmami. Edukacja biznesowa i ekonomiczna głównego nurtu stara się sprowadzić wszystko do prostych kryteriów wzrostu i opłacalności. Katechizmowa teologia upiera się przy używaniu jednoznacznych miar do każdej życiowej sytuacji. Dyskurs medialny głosi, że złożoność trzeba ograniczać.

Wręcz przeciwnie.

Musimy dojrzeć do naszej złożoności. Nauczyć się ją widzieć, cenić, rozpoznawać, wreszcie – rozumieć jej zależności i pokochać jej rubensowskie kształty. Potrzebujemy wizji rozwiązań wielościennych, kanciastych, kolorowych, wieloaspektowych, grubych, barokowych! Inaczej będziemy jak biedni grubasikowie uwięzieni w liniowym świecie, podczas gdy w tym prawdziwym, trójwymiarowym, dzieją się rzeczy czasami bardzo groźne, czasami bardzo piękne. Jednak grubasikowie ignorują je nawet za cenę swojego zdrowia i życia. Co mogą na to poradzić? Produkują czarne i białe rozwiązania, które nic nie rozwiązują, bo nie wchodzą w interakcje z sobą ani z bardziej złożonymi aspektami świata. Nie są to tezy i antytezy – bo nie ma syntez, są tylko coraz bardziej spolaryzowane czarne i białe obozy. To nie są bańki – bańki są trójwymiarowe i mają lepkie ścianki, czasami łączą się w większe banie. To raczej opadający proch, martwy, bez organicznych ścianek, a przede wszystkim bez hybryd.

Hybrydy są wypychane poza marginesy świata płaskizmu. Weźmy dziennikarza, który podjął się trudnego zadania rozmawiania z osobami z różnych środowisk, należącymi do różnych porządków, i który naprawdę zaczął rozumieć tych ludzi, na ogół nierozumianych przez swoich czytelników. Pragnie ich przedstawić, pokazać ich punkt widzenia. Weźmy innego, który od wielu lat pełnił rolę jednego z nielicznych łączników lewa i prawa, ale także teraźniejszości i przeszłości – historycznej i praktykowanej obecnie lewicowości. Dobra, weźmy pewną naukowczynię, która przez kilka dziesięcioleci była – mało skuteczną to prawda, ale jednak – budowniczynią alternatyw w polskich naukach zarzadzania. Niedawno wszystkie te osoby zostały „wysprzątane” z cywilizacji płaskizmu. (Co wszak co najmniej jedna z nich sobie chwali.)

W świecie żywym i złożonym przeciwieństwa powinny się móc przyciągać. Kto się czubi, ten się lubi. Muszą istnieć hybrydy, budowniczowie mostów i tricksterzy. Musi istnieć miejsce dla odmieńców, niekoniecznie w centrum, wystarczy, aby było na względnie widocznych obrzeżach. Teraz miejsca dla takich ról nie ma, a próby ich odgrywania mają przykre konsekwencje – towarzyskie i zawodowe. Za wypowiedzi w mediach i mediach społecznościowych i inby wokół siebie miewa się poważne przykrości w pracy. Jeśli jest się bez pracy, to można jej już nie znaleźć. Jeśli jest się freelancerem lub prekariuszem, to nie znajdzie się zleceniodawców. Dla prekariuszy to dosłownie głód, bo jeśli ma się ten status, to trzeba się stale pokazywać jako osoba zatrudnialna, akceptowalna. Do tego dochodzi też strona społeczna – nikt nie chce być sam. Jeszcze 10 lat temu miałam licznych znajomych, którzy otwarcie głosili preferencje (drobne i większe) spoza swojego „obozu”. Teraz jest ich tak niewiele… Bycie oryginałem to towarzyskie i środowiskowe samobójstwo. Kto to w ogóle pamięta, że było inaczej? Pamiętać takie rzeczy to też towarzyskie i środowiskowe samobójstwo.

W świecie płaskizmu głębia jest partyzantką, a czas jest dywersją.

prof. Monika Kostera

Nowy purytanizm?

Sześć lat temu prowadziłam badania terenowe w spółdzielczej teatro-kawiarni położonej w dużym brytyjskim mieście. Kawiarnia miała wyjątkowo szczęśliwą (jak mi się wydawało) lokalizację – położona była nad rzeką wśród domów akademickich. Kiedy barman powiedział mi, że musieli zrezygnować z wieczornych występów na tarasie z powodu skarg sąsiadów, że jest za głośno, byłam przekonana, że chodzi o jakichś starych zgrzybiałych killjoyów pomstujących na młodzieńczą radość życia. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że protestowali… okoliczni studenci. Albo inna historia, trudna do pojęcia dla kogoś przyzwyczajonego do myślenia w kategoriach z ubiegłego stulecia. Pewien brytyjski aktor rozebrał się do naga i biegał dla żartów po planie filmowym (gdy akurat nic nie filmowano). Wybuchł skandal proporcji niemal Wilde’owskich, gdzie aktor, po 50-tce, został przedstawiony jako odrażający demoralizator, przez koleżeństwo i fanów – generalnie poniżej 30-tki. Gdy robił to samo kilkanaście lat wcześniej, uważano to za świetny dowcip (i nie, nie jest z wyglądu ohydnym oblechem). Gdyby robił to w latach 60., byłby wielbiony przez młodzież jako artystyczna awangarda wolności – i potępiany przez starszych za niemoralność i łamanie zasad. Kiedyś to młodzież rozbierała się do naga i szokowała starszych. Teraz jest odwrotnie.

Te wydarzenia układają się w pewien coraz bardziej intensywny wzorzec: oskarżenia, skandale, wykluczenia, zwolnienia, ostracyzowanie. Prawica obserwuje to zjawisko i biadoli nad „nowym purytanizmem”. Owszem, rozumiem, że tak to może wyglądać – bo zewsząd dochodzą niekończące się awantury i moralne krucjaty. Nie można się pomylić, nie można błądzić, jeden głupi wyraz, wypowiedziany w wieku lat 16 przez jakąś gwiazdeczkę, utrwalony na filmiku, rujnuje jej karierę. Jednak prawica myli się głęboko – nie ma to z purytanizmem nic wspólnego. Wspomniany wcześniej Oscar Wilde wzruszył się akurat reakcją ówczesnych amerykańskich purytanów, którzy mieli o wiele bardziej ludzie reakcje w czasie jego tragicznego procesu niż całe „szacowne angielskie społeczeństwo”. Purytanizm, owszem, dąży do eliminacji wszelkiej niemoralności, ale nie polega na etykietowaniu i gorszeniu się innymi ludźmi, lecz na podążaniu drogą cnoty poprzez skromność, prostotę i otwartość na duchową łaskę. Oferuje też wzajemną bliskość, społeczność opartą na trosce i współodpowiedzialności. Kultura potępienia nie posiada żadnej z tych cech, a jej podobieństwo do purytanizmu jest powierzchowne – podobnie jak jej system wartości.

Osoby atakujące brytyjskiego aktora i ciągające po urzędach „zbyt głośnych” spółdzielców przypominają inne postaci z epoki wiktoriańskiej i mają z nimi o wiele więcej wspólnego – symboliczną tożsamość klasową. To, co widzimy to przejawy coraz bardziej zaciekłej walki o przynależność do klasy średniej, mieszczańskiej.

Jerzy Kociatkiewicz, profesor zarządzania z Francji, charakteryzuje kulturę wysokiej konkurencyjności na przykładzie dworu Ludwika XIV, gdzie jedno słowo mogło spowodować nieodwołalny upadek. Trzeba było starannie dobierać słownictwo, wiedzieć, jakie wyrazy są w danym momencie dobrze widziane, a jakie źle. To oczywiście zmieniało się dość szybko i kto nie zdążył się zorientować, wypadał z karuzeli. W naszych czasach nie mamy do czynienia z królem Ludwikiem, lecz raczej z mieszczańskim salonem. Weźmy polskich młodych akademików. Ci sami ludzie, które upominają, że nie wolno mi o sobie mówić „profesor” (i jednocześnie „etnografka”), w prasie głoszą: „mów do mnie jak ci niewygodnie” i traktują te konwencje językowe jako kanon bezwzględnie obowiązujący. Gdy naruszy się go, uzyskuje się etykietę, której usunąć w żaden sposób się nie da. Tą etykietą jest najczęściej anglosaski akronim – co samo w sobie jest ciekawe – który po rozszyfrowaniu okazuje się zawierać w charakterze wyzwiska coś, co niedawno było dla tego samego środowiska jedną z cenionych pozytywnych wartości (jak na przykład radykalizm). Te deklarowane wartości coraz szybciej się zmieniają, nie trzeba czekać pokolenie ani nawet dekadę, ba, 5 lat to już kompletna wymiana słowników. Nie ma to żadnego związku z walką pokoleń, bo, wbrew temu, co często się słyszy, nie chodzi tu o żaden bunt młodzieży. Młodzież obecnie nie ma żadnej przestrzeni na bunt. Studia nie gwarantują nie tylko awansu społecznego, ale i zatrudnienia. W branych przez nas za wzór krajach anglosaskich absolwent wychodzi w życie z gigantycznym długiem i bez perspektyw, ale za to z ogromną presją by „wykazać się” i „zapracować na sukces”. Owszem, można też skorzystać z okazji, by pozbyć się konkurentów etykietowanych jako „boomersi” lub „dziadersi” i wprowadzić przepisy eliminujące z różnych zawodów wiekowe grupy pracownicze w imię światłych wartości („czas oddać pole młodym!”).

Deklarowane wzniosłe wartości są oderwane od kontekstu, od doświadczenia, a przede wszystkim nie służą temu, by się doskonalić czy wywracać stare niesprawiedliwe porządki. To sposób na ciągłe egzaminowanie kandydatów do klasy średniej. Umiejętność płynnego posługiwania się językiem jakiegoś obowiązującego w danym momencie systemu wartości kwalifikuje chwilowo do wejścia. Brak tej umiejętności eliminuje trwale z gry. Oczywiście, że miejscem tych potyczek są uniwersytety, które kiedyś same z siebie dawały przepustki do wyższych warstw społecznych. Obecnie umasowienie z jednej, a konsumeryzacja studiów wyższych z drugiej strony, sprawiły, że ten system „windy klasowej” przestał działać. Tymczasem klasa średnia osłabia się, zmniejsza swoją liczebność, zwłaszcza w krajach anglosaskich, które są dla Polski kulturowo wciąż absolutnym kompasem.

To nie nowy purytanizm. To nowy brak nadziei, pożegnanie marzeń o dobrym życiu. Szczury przestały się ścigać i dawno uciekły, zostało bla, bla, bla.

prof. Monika Kostera

Strażacki styl zarządzania

Niejeden niepolski przybysz z krajów anglosaskich dziwi się podczas odwiedzin kraju nad Wisłą, jak to jest możliwe, że tu rzeczy zdają się działać? Nie jest to wszak ani kraj skandynawskiego socjalizmu, ani francuskiego etatyzmu. Państwowe struktury zdemontowano do samej kości, tak, że sama Thatcherowa byłaby pod wrażeniem. W dodatku ten kraj jest o całe niebo biedniejszy, niż Wielka Brytania, z której tak pieczołowicie bierze przykład. Jednak tam wiadomo, że nie da się naprawić cieknącej rury, wypełnić na dłużej niż na tydzień ziejącej dziury w jezdni, sprawić, by w bloku mieszkalnym na kilkaset mieszkań działały stale więcej niż dwie windy, ba, choćby i dwie windy, nawet jedna, byle stale! Nie da się odpowiedzieć klientowi na proste pytanie. I już. Jak się to zatem dzieje, że w tym dziwnym kraju, pełnym wkurzonych ludzi, da się tak bardzo dużo załatwić, skoro ani nie płacą, ani nie tworzą systemowych rozwiązań? Jakim cudem to działa?

Klucz do odpowiedzi na to pytanie tkwi w latach 80. Gdy na początku transformacji prowadziłam badania wśród polskich szefów, pewna heroiczna opowieść powtarzała się z dużą regularnością – o zrywowym, wręcz bohaterskim zarządzaniu w czasach po stanie wojennym. Moi rozmówcy nazywali to „gaszeniem pożarów”. Ileż historii słyszałam o sytuacjach niemalże spektakularnie porażkowych – staje produkcja, bo nie ma surowców; zagraniczny klient miał dostać próbkę produktu, a dostarczono jakiś wybrakowany gniot; ktoś zgubił kluczową dokumentację. I tak dalej, i tak dalej. To były czasy, gdy do wielu polskich przedsiębiorstw po stanie wojennym wrócili fachowcy od zarządzania, albo powołano nowych szefów, niebędących wojskowymi. Jednak to, co ich zastało w miejscach pracy, przerastało często ich – wszak przygotowane na najgorsze – wyobrażenie. Co wtedy robił typowy dyrektor Kowalski (wśród moich rozmówców kobiet było jak na lekarstwo, ale pani dyrektor Kowalska robiła dokładnie to samo)? Gasił pożary. Zakasywał rękawy. Rzucał się w wir chaosu. Wydawał polecenia, opieprzał podwładnych, wykonywał alarmistyczne telefony do kolegów i koleżanki z całego kraju. „To nie miało prawa działać, pani Moniko”, tłumaczył mi niejeden weteran takich bojów. „A jednak robiło się tak, żeby działało”.

Myślę, że ten styl zarządzania jest jedną z nielicznych rzeczy w polskim zarządzaniu, które przetrwały czasy transformacji i dotrwały do dziś. Zgubiono wiedzę, zaprzepaszczono marki, pozwolono na złowrogie przejęcia firm. Jednak obecnie moi znajomi i studenci też opowiadają bardzo podobne, mrożące krew w żyłach historie o tym, jak oni sami, bądź ich szefowa czy szef, gna do robienia rzeczy, których nie da się zrobić, obiecując, że „to ostatni raz”, że „jeszcze ten jeden raz, a potem już będzie z górki”. „Zróbcie to dla mnie jeszcze jeden raz, za darmo, ale potem już zapłacimy, znajdziemy środki, wyjdziemy na prostą, będzie już z górki. I tak miesiąc po miesiącu, rok po roku. Ile osób zjadło na tym zęby, ile budzi się w firmie mając ponad 50 lat, z tym samym szefem u sterów, albo jakimś innym, śpiewającym wciąż tę samą strażacką śpiewkę.

Takie zarządzanie wymaga heroizmu i ciągłych poświęceń wszystkich zainteresowanych. Często nieakceptowalnych z punktu widzenia czy to pracownika, czy samego szefa. Ileż kosztuje to zdrowia, ileż zajmuje wolnego, prywatnego czasu ludzi, ileż niepewności, stresu, jazd po bandzie. Wygląda jakby było skuteczne i dlatego na ogół nie narzeka się na sam styl zarządzania, lecz na różne jego części składowe, najczęściej na szefa, albo na firmę, albo na samą siebie – na zbyt słabe zdrowie, na „niewłaściwy” wiek. Taki styl jest na dłuższą metę wybitnie patogenny, wypalający, wyniszczający psychicznie. Na poziomie ludzkim jest to ciągłe produkowanie poważnych problemów psychicznych i społecznych u wszystkich osób zaangażowanych. U szefa może w pewnym momencie spowodować to, co Francuzi nazywają wywaleniem bezpieczników – człowiek nagle zaczyna zachowywać się jak socjopata lub furiat. U podwładnych normalnym efektem jest demoralizacja i depresja. Ale jednak „robią tak, by działało”.

Czy jest na to lekarstwo, czy można się uchronić od tego permanentnego pogotowia pożarowego? Jestem przekonana, że tak, ale jest to lekarstwo systemowe. Mamy zdolnych szefów i pracowników, więc nie zaczęłabym leczenia od zmieniania ich terapią czy nawet edukacją. Zajęłabym się przede wszystkim zapewnieniem lepszych warunków w sferze przeciwpożarowej, czyli likwidacją dziur umożliwiających i wymuszających zarazem ten system. Dać gwarancję stabilnego zatrudnienia, spowodować zmniejszenie indywidualnej konkurencji, ograniczyć sztuczne samozatrudnienia, zapewnić więcej rygorystycznych kontroli warunków pracy i zatrudnienia. Skąd na to wziąć środki? Z opodatkowania korporacji, rzecz jasna. Obawy o spadek międzynarodowej konkurencyjności polskich firm są tylko częściowo uzasadnione – pora zastanowić się, gdzie i czym pragniemy konkurować: czy na rynku taniego podwykonawstwa czy raczej tam, gdzie liczy się jakość.

Sceptykom polecam rozmowę z zagranicznymi obserwatorami i konsumentami – we Francji polski hydraulik słynie nie z tego, że jest tani – lecz dlatego, że jest dobrym fachowcem, a w Wielkiej Brytanii wspomina się tęsknie polskiego kierowcę TIR-a nie tylko dlatego, że w ogóle był, ale dlatego, że umiał rzeczy, których niełatwo się nauczyć. Śmiejemy się nadal z hasła „Polak potrafi”, ale wydaje się, że tylko my się z niego śmiejemy. Mamy niezłych fachowców: budowlańców, pielęgniarki, hydraulików, kelnerów. I szefów-strażaków. Może pora rozdzielić te zawody, bo taka kombinacja generuje przykrą postać strażaka-piromana, który umie działać tylko poprzez maksymalny chaos i stres, który pali mosty, wypala ludzi i przy tym sam się spala jak tragiczna ofiara tragicznych czasów. Narzekamy ciągle na polskich szefów. Badania wykazują, że w tym narzekaniu naprawdę jest dużo racji. W porównaniu z innymi krajami, takimi jak Szwecja, polski szef wypada często jak sadysta i przemocowiec. Marzy się nam miła i uśmiechnięta szwedzka szefowa, zapraszająca w piątek rano na kawę i cynamonowe bułeczki, a „mimo to” niezawodna i piekielnie skuteczna? Może pora przestać się upierać, że „szwedzki socjalizm” to dla Polaka najgorsze zagrożenie? Ugaśmy systemowo pożary zarządzania, dajmy ludziom odetchnąć.

prof. Monika Kostera

Grafika w nagłówku tekstu pochodzi z: https://pl.freepik.com/wektory/mezczyzna

Umorusane dzieci matki Ziemi

Umorusane dzieci matki Ziemi

Jaromiła ma 60 lat. Jaromiła byłaby dziadersem, gdyby była mężczyzną. Jaromiła jest kobietą, więc jest niewidoczna. Ubiera się w brązy, mówi cichym głosem, chyba że wypowiada się na tematy rodziny i kościoła, wtedy gardłuje. Ale wtedy raczej nikt jej nie słucha, bo przyszłość nie do niej należy. Wolno jej dobrze gotować, ale nie jeździć szybko motocyklem, a już na pewno nie wolno jej oglądać się za zgrabnym męskim kształtem w autobusie. Jeanne-Louise ma 60 lat. Jeanne-Louise jest pyskata. Za Jeanne-Louise oglądają się na ulicy panowie w różnym wieku, a bywa że także panie. Jeanne-Louise ma wiele zainteresowań starych i nowych oraz uczy młodszych od siebie jak uniknąć dostania gazem po oczach podczas demonstracji. Słuchy głoszą, że Jeanne-Louise ma w domu tani czarny deszczowiec, ale sza, to nie temat na błahe felietony. Jeanne-Louise mieszka we Francji, gdzie bywa bardzo różnie, ale ludzie nie pozwalają sobie zabrać smaku życia. Jaromiła mieszka w Polsce, która bez wahania przyjęła neoliberalną definicję starości jako czegoś brzydkiego, niepotrzebnego, nieproduktywnego, co może mieć miejsce jedynie na marginesie, najlepiej niewidoczne.

A przecież Søren Kierkegaard mówił, że to, co stare, nigdy się nie nudzi, nudzą się nam tyko nowości. Jeśli posiada się coś starego w ten sposób, jest się szczęśliwym człowiekiem, bo powtórzenie stanowi piękno życia. Ewangelista Łukasz zaś przytacza słowa Jezusa, który mówił, że „kto się napił starego wina, nie chce potem młodego. Mówi bowiem: Stare jest lepsze”. Nie musi być przy tym mniej atrakcyjne, dowodem czego jest Jeanne-Louise. I wino, które pije z bardzo przystojnym mężem i przyjaciółmi.

Są bowiem dwie drogi przez życie – przez przywilej i przez cierpienie. Przywilej może być własny lub czyjś, może polegać na budowaniu pozycji swojej lub męża albo księdza proboszcza. Cierpienie też może być własne lub czyjeś, a wtedy współodczuwane, wypalone walką o prawa i godność Innego. Nie w necie, ale tam, gdzie można dostać gazem po oczach, tam, gdzie można zostać wyszydzonym i odrzuconym razem z Innym. Te dwie drogi prowadzą w zupełnie różne miejsca. A jednak produkują ten sam ilościowo wiek. Dlatego nie wierzę w wiek. Wierzę w doświadczenie. Świadome doświadczenie cierpienia uczy mądrości – nie istnieje inny nauczyciel. Można mieć dużo wiedzy i władzy, ale być idealnie pozbawionym mądrości. To właśnie jest neoliberalna starość – głupia, wypasiona władzą i pieniędzmi albo wyrzucona za margines produktywnego społeczeństwa. Neoliberalna współczesność nie akceptuje starości ani cierpienia, nie posiada także mądrości.

Ale nie jest też świętem młodości. Młodość jest niewinnością, w tym sensie, że jest poszukiwaniem, błądzeniem, intensywnością i odkrywaniem. Młodość jest niezrównoważona i niesprawiedliwa. Jest odważna, poszukuje sprawiedliwości, domaga się jej. Częściej pyta niż udziela odpowiedzi, rzadko kalkuluje, jeszcze rzadziej – wyciąga z kalkulacji wnioski. Jest bezkompromisowo twórcza, bierze wielkie ryzyko bez wahania, wszystko ocenia, ale się do tych ocen nie przywiązuje. W neoliberalnym świecie nie ma miejsca na to wszystko. Nie ma miejsca na dorastanie, poszukiwanie i popełnianie błędów, trzeba wszystko robić „od razu dobrze”, bo wymusza to wszechobecna konkurencja z jednej strony, a trwały ślad elektroniczny z drugiej. Nie można się pomylić, nie można zmienić zdania, nawet na bardziej „właściwe”, bo zawsze odnajdzie się w internecie ślad po błądzeniu. Nierzadko słyszymy o poważnych konsekwencjach wyciąganych przez pracodawców wobec różnych osób za wcześniejsze wypowiedzi w mediach społecznościowych, nawet z czasów, gdy były nastolatkami, nawet gdy są to stosunkowo mało oburzające kwestie, nawet gdy osoby te nie są osobami publicznymi.

W neoliberalnej kulturze nie ma miejsca ani dla starości, ani dla młodości. Jedno i drugie jest zbyt ekstremalne, by ta kultura mogła je zaakceptować. Współczesność uosabia hasło wellness, rozumiane jako unikanie ekstremów. Piszą o tym badacze nauk o zarządzaniu Carl Cederström i André Spicer w swojej książce poświęconej neoliberalnej kulturze szczęśliwości. Szczęśliwość ta jest obowiązkowa dla wszystkich, od dzieci, poprzez studentów, a na emerytach skończywszy, i polega na stałej, pozbawionej wahań w górę i w dół pozytywności. Nie wolno robić niczego, co niebezpieczne. Nie wolno czuć smutku. Smutek trzeba leczyć, a przede wszystkim należy się go wstydzić, bo jest współczesnym grzechem, czymś, za co ponosi się winę, którą trzeba szybko odkupić przy pomocy pozytywnego nastawienia do świata lub środków farmakologicznych. Każdy jest kowalem własnego losu i swojego szczęścia. Obowiązkiem nowoczesnego obywatela i nowoczesnej obywatelki jest zawsze czuć się jednostajnie, równomiernie uszczęśliwionym. Kto tego nie czyni, ten daje dowód swojej nieprzystawalności, swojego braku dostosowania, a zatem nie zasługuje na sukces i nagrody ani materialne, ani symboliczne. Odczuwanie smutku, ale także gniewu, także pożądania, gwałtowności serca – to wszystko jest niebezpieczne, zagraża wellness. Szczęśliwość bez smutku, bez żalu, bez namiętności, bez szczęścia.

Taką szczęśliwość nazywam apatią. O smutku napiszę innym razem. Teraz jeszcze słów kilka o społecznej moralności apatii, bo wydaje mi się, że w niej tkwi źródło współczesnej fobii wobec zarówno starości, jak i młodości. Myślę, że taka apatia wynika z imperatywu rugowania ludzkiej cielesności z współczesnej kultury. Ciało jest jak słoń w składzie neoliberalnej porcelany. Przeszkadza, zawadza, psuje. Brudzi, bałagani, a to czuwa, a to śpi, a to jest głodne, a to się zakochuje wbrew rozsądkowi. Ciało sprawia, że jesteśmy starzy, młodzi, że zmieniamy się, że różne doświadczenia nas pociągają lub odpychają.

Włosko-brytyjska profesor zarządzania Ilaria Boncori argumentuje, że współczesna kultura pogardza ciałem, odrzuca je jako możliwą i dopuszczalną formę i medium ekspresji. Język neoliberalnego pisania jest bezcielesny, czysty tak jak czysty może być jedynie algorytm. Podobnie brytyjska badaczka zarządzania Heather Höpfl podkreślała rosnącą bezcielesność naszych czasów. Jej zdaniem wstręt wobec ludzkiej cielesności wyklucza społecznie przede wszystkim kobiety, które są mniej skłonne do udawania, że nie dotyczy ich ból, fizyczna miłość, że podanie ręki nie tworzy więzi, że przytulenie drugiego człowieka nie koi jego smutku i bólu. Fizyczna obecność zmienia sens i dynamikę relacji, tworzy kontakt, który nie wygeneruje się podczas wymiany e-maili. W rozmowie twarzą w twarz trudniej jest drugą osobę zignorować, trudniej odepchnąć własne współczucie wobec cudzego cierpienia. Dlatego Höpfl nawołuje do uszanowania aspektów macierzyńskich roli szefa – szef obecny i troszczący się będzie szefem bardziej odpowiedzialnym. Ucieleśnionej organizacji nie kontroluje się tak łatwo jak abstrakcyjnej, bezcielesnej. Ale nie powinno być łatwo. Jeśli jest łatwo, to znaczy że nie jest odpowiedzialnie. Organizacje są bowiem złożonymi konstruktami i działają w bardzo złożonym otoczeniu. Boncori głosi potrzebę ucieleśnionej komunikacji, w tym też – pisania. Autorka obecna w swoim języku, w swoim tekście, świadoma fizyczności pracy, jaką jest pisanie, może być bardziej wrażliwa na inne osoby, mniej skłonna do ferowania wyroków, do odtrącania, wreszcie – do bezosobowej automatyzacji życia. Australijscy uczeni Carl Rhodes i Alison Pullen twierdzą, że dobre pisarstwo, także naukowe, musi być „brudne” w ten sposób, w jaki „brudna” jest nasza cielesność, nasza obecność na Ziemi.

„Być obecną na Ziemi” oznacza dotykać, czuć zapach, czuć smak, także smak życia, być częścią tego, co Francuzi nazywają terroir. Wdychać i wydychać nie na sali ćwiczeń, ale pod drzewem lub daleko od drzewa. Czasami skakać do góry, ale zawsze czasami spadać, dobrze jeśli na cztery, albo choćby dwie, łapy. Ziemia to grawitacja. Ziemia to kwitnięcie, dojrzewanie pod Słońcem.

Szwedzki dziennikarz społeczny Lukas Ernryd opowiada o pewnym poranku, gdy spóźnił się na zebranie. Szef spytał go, dlaczego się spóźnił. Ernryd odpowiedział, zgodnie z prawdą: „stałem z twarzą zwróconą do słońca. Przegapiłem autobus”. „Dobrze zrobiłeś!”, pochwalił go szef. O takich właśnie szefach mówiła profesor Höpfl, że są nam absolutnie niezbędni. Niemiecki profesor zarządzania Burkard Sievers podkreśla, że nasze współczesne oddzielenie myśli od ciała, człowieka od człowieka, człowieka od życia i od śmierci to przejaw diabolizacji kultury – diaballein znaczy dzielić, rozdzierać, rozpraszać, przerzucać. Żebyśmy nie wiem jak przerzucali z pustego w próżne, to nie zmieni faktu, że Ziemia jest jedna i że jesteśmy wszyscy jej dziećmi. Czas, aby nasze organizacje, nasz język i nasza mowa wróciły na Ziemię – tu jest miejsce dla starych i dla młodych. Jest miejsce dla nas wszystkich, tu i tylko tu. Nie ma miejsca na systemy niszczące życie, odbierające jego smak, apatyczne i głupie.

I chyba każdy przyzna, że warto wiedzieć, jak uniknąć dostania gazem po oczach.

prof. Monika Kostera

Normalizacja nienormalnego

Normalizacja nienormalnego

Jutrowoj spędza dni w pracy, gdzie szef tyran ma zwyczaj skłócania ze sobą pracowników z każdej okazji. Wyniki pracy Jutrowoja bywają często doceniane – ale idą na konto szefa, który absolutnie bez wstydu przywłaszcza je sobie. Wszyscy niby wiedzą, co się dzieje, ale wszyscy sprawiają wrażenie, jakby wierzyli w ten świat pozorów. Jutrowoj też. Za to wieczory Jutrowoj spędza na facebooku, rugając znajomych i nieznajomych – a to za niewystarczająco postępowe słownictwo, a to za zbyt mały idealizm. Jutrowoj uzdrawia świat. Jutrowoj wypisuje na wallach kolegów i koleżanek trafne definicje każdej sytuacji i gani ich za brak logiki. Trzeba przyznać, że może brakuje mu empatii i radości życia, ale zdania kategoryzujące rzeczywistość buduje logicznie i spójnie.

Człowiek to istota, która do przeżycia potrzebuje sensu tak samo, jak pożywienia. Nie potrafi żyć tak bez jednego, jak bez drugiego. Długotrwały brak sensu nie przynosi może śmierci głodowej, ale powoduje odczłowieczenie, przerażający obłęd. Chaos nie jest właściwym środowiskiem do życia ludzkiego. Dlatego za każdą cenę szukamy sensu, tworzymy go – on jest zaprzeczeniem chaosu, zbawienną negentropią. Sprzyjają jej zwłaszcza takie działania jak kojarzenie, kategoryzowanie, postrzeganie wzorów, a także takie cechy jak poczucie równowagi i spójność. Jednak, jak powiada mój przyjaciel, mnich augustyniański z dalekiej Szkocji, spójność to jeszcze nie to samo, co prawda. Wszak jesteśmy gotowi o prawdzie zapomnieć, poświęcić ją, gdy zachodzi pilna potrzeba znalezienia sensu. Lub gdy myślimy, że zachodzi. Ze strachu przed bezdechem uspójniamy czasami to, co jest od prawdy bardzo odległe.

W imię spójności gatunek ludzki potrafi znormalizować wszystko. Absolutnie wszystko. Nie sądziłam, że z taką łatwością znormalizujemy codzienność śmierci, blisko, wokół nas. Myślałam rok temu, że pandemia wykolei system, który kilkadziesiąt lat temu wpadł w wir śmiertelnych błędnych kół: rosnących nierówności społecznych, rosnącej niesprawiedliwości, zmniejszającej się ludzkiej sprawczości, tragicznego wyniszczania środowiska naturalnego, wreszcie – pandemii, która wywróciła i rozbiła naszą codzienność, zniszczyła więzi międzyludzkie, zabiła radość. A jednak zrobiliśmy to, znormalizowaliśmy kolejną potworność, tym razem blisko, coraz bliżej naszego spokojnego domu. Tak jak znormalizowaliśmy ludzi tonących wciąż na Morzu Śródziemnym. Wyniszczające wojny bez końca, koszmar mieszkańców Syrii, takich samych ludzi jak my. Widok bezdomnych na ulicach nowoczesnych miast Wielkiej Brytanii – początkowo nieakceptowalny, niemożliwy, teraz nikt się nie dziwi namiotowym miasteczkom pod mostami, osobom żebrzącym na ulicy, coraz młodszym, po dwie przy bankomacie, każda z jednej strony. Gdy w płomieniach ginęły dziesiątki biednych mieszkańców londyńskiego wieżowca Grenfell z powodu, któremu łatwo można było zaradzić – przyczyną pożaru było łatwopalne (bo tak taniej) pokrycie budynku – ludzi ogarnęła zgroza. Organizowano akcje pomocowe, wzywano rząd do działań. Gdy potem jednak jedynym działaniem władz były „właściwe” deklaracje, stopniowo ta bezsensowna śmierć w płomieniach znormalizowała się, wrosła w krajobraz o wiele bardziej skutecznie niż pogorzelisko, które uprzątnięto. Ci, którzy przeżyli, do tej pory nie doczekali zadośćuczynienia. Tak, człowiek wszystko znormalizuje.

Obecne społeczeństwo, jak mawiał Zygmunt Bauman, społeczeństwo płynnej nowoczesności, pozbawione stabilnych struktur, jest pozbawione zbiorowej sprawczości. Ciężko jest podejmować jakiekolwiek kolektywne działanie, gdy nie ma struktur usprawniających wspólny wysiłek, dający zbiorową sprawczość. I tak można jednak nim kierować – pod warunkiem, że jednostki przyjmą na siebie moralny koszt władzy. To taki outsourcing – władza centralizowana jest w górę, która powoduje jednostronnie działania dołu, a moralne koszty decyzji spadają na pojedyncze osoby, których dotyczą. Władza nie ma żadnej moralnej odpowiedzialności: za bezrobocie, za nieszczęście podwładnych, za choroby spowodowane wypaleniem, za własne kłamstwa (pod warunkiem, że mówi „właściwie rzeczy”). Bauman nazywał ten stan rzeczy adiaforyzacją. To taka kondycja społeczna, gdy pewne stałe funkcje społeczne nie podlegają osądowi moralnemu, są wyjęte poza nawias moralności. Zniszczenie środowiska? To zależy od ciebie, obywatelko, bo używasz plastikowych słomek do picia soku. Faszyzm pasie się czerpiąc korzyści z firm, w które inwestują jego krzewiciele? To twoja wina, obywatelu, bo robisz zakupy w sklepach, które przynoszą dochód faszystom. Jesteś chory z przemęczenia? To twoja wina, pracowniku, nie dbasz o właściwy work-life balance. Słyszymy to na co dzień, codziennie tego doświadczamy. W ten sposób bierzemy na siebie moralną odpowiedzialność naszych przełożonych, władz naszych regionów, naszych państw. Władza natomiast podejmuje decyzje, jakie są dla niej dogodne i wypowiada okrągłe zdania pełne dobrych intencji i szlachetnych wartości.

Koszt adiaforyzacji dla jednostki jest potworny. Gdy łamiemy w sobie naszą ludzką kruchość, przezwyciężamy moralne opory, perswadujemy siebie, że coś, co jest głęboko nie-okej, jest całkowicie w porządku, ba, gdy akceptujemy patologiczną definicję „dorosłości” mającej niby polegać na tym, że własną moralną niewinność trzeba w sobie zgwałcić i zabić – wtedy dopuszczamy do władzy nad nami nasze wewnętrzne demony. Nasze dalsze zdrowie psychiczne zaczyna zależeć od tego, czy uda nam się zdehumanizować Drugiego, tego, którego opuściliśmy w potrzebie, obok którego zaczęliśmy przechodzić obojętnie, gdy żebrał przy bankomacie, gdy tonął na Morzu Śródziemnym. Ta, przeciwko zwolnieniu z pracy której nie protestowaliśmy, mimo że wiedzieliśmy, iż jest przewlekle chora. Ci chorzy pod respiratorem w szpitalu, których przecież nie ma, bo pandemia jest fikcją. Posiadający władzę i zasoby stają się zależni od swojej zdolności do znienawidzenia tych, których krzywdzą, spotworywozania ich, do pogardy. Im większą komuś wyrządzili krzywdę, tym bardziej tego kogoś muszą nienawidzić i nim pogardzać, bo tylko to zapewnia im moralną czystość, daje spójność ich opowieściom.

Coraz bardziej spójne muszą być historie o tym, że inne klasy społeczne to ciemna tłuszcza, że Arabowie to pośledniejszy naród, że kobiety to chodzące inkubatory, których trzeba pilnować, by nie zamordowały swoich niewinnych dziatek. Podwładni i rządzeni przyłączają się do tych epopei pogardy, bo spójność i klarowność jest im potrzebna do tego, by przetrwać w chaotycznym świecie. Dogmatyczne systemy wartości są czymś, na czym można się oprzeć. Niektórzy zwracają się z całą tą siłą nienawiści przeciwko samym sobie, muszą ciągle coś pić, coś wciągać, niszczyć w sobie wszystkie przejawy niewinności i tłuc w pysk wewnętrzne dziecko, które czasami próbuje się uśmiechnąć w niebo bez powodu. Jeszcze inni wbijają się w krwawe szaty permanentnej ofiary i czerpią z niej pogardliwe poczucie wyższości. Kat lub ofiara – przemoc płynie stale w krwioobiegu społecznym.

Nic dziwnego, że ta, która z jakiegoś powodu wyłamuje się z tego schematu, musi zostać wypchnięta poza margines, unicestwiona. Stąd ostracyzm, którego w ostatnich latach doświadczają osoby inne, niepasujące do zdefiniowanych ról kata i ofiary. Takie osoby trzeba usunąć z widoku – w imię spójności. To nic, że takie działanie zamyka i betonuje systemową adiaforyzację, sprawia, że zamykają się wszystkie możliwe drzwi wyjścia. Bo inność to często potencjalność znalezienia nowych drzwi, otwarcia nowych okien. Ale płynne społeczeństwo woli udusić się w swojej desperacji. Bo lepsza powolna śmierć z rozpaczy, niż szybkie szaleństwo z powodu braku sensu.

Na tę pierwszą szuka się leków, a właściwie szybkiego znieczulenia w chemicznych substancjach oferujących upragniony stupor lub w gotowych egzoszkieletach dogmatycznych systemów moralnych – im bardziej pustych w środku, tym lepiej: w kościołach bez miłości, w liberalizmach bez wolności myśli, w postępowości bez nadziei, we wspólnotowości bez ciepła. Tylu mamy świętych: obrońców uciśnionych, fajnościowców, pro-tolerantów, cały facebook pełen. Tylko czemu jest tak źle? Lewica ze swoimi zasadami buduje Zamek Wampirów. Kościół z nazwy powszechny, ze swoimi pustymi acz lodowatymi formułkami tworzy Pałac Wykluczenia. A pojedynczy człowiek bierze na siebie winy i coraz bardziej jawne świństwa władzy. Czyni to niemal chętnie, choć na ogół nieświadomie – wpuszcza te trucizny w swoją niczym niechronioną nieświadomość.

Wybiło szambo sumienia.

Dziennikarka Grace Blakeley pisze w swojej najnowszej książce o tym, jak bardzo pomyliła się anglosaska lewica sądząc, że przyciągnie do siebie ludzi obietnicami zniesienia polityki brutalnej oszczędności – austerity. To była piękna lewicowa idea, humanistyczna w najlepszym tego słowa znaczeniu, jednak ludzie zdają się aprobować austerity, wręcz pragnąć jej – za karę. To tak jakby przez zaostrzający się reżim ludzie, świadomie lub nie, pragnęli kary za rozpasanie polegające na pogłębiającym zadłużeniu gospodarstw domowych, pisze Blakeley, to ciągłe życie ponad stan wszystkich i wszędzie, za pożyczone na wieczne nieoddanie, na kredyt. Dodałabym do tego wątek adiaforyzacji. Żądamy dla siebie kary za zbiorową winę. Za tonących na morzu. Za bezdomnych w namiotach. Za sąsiada pod respiratorem. Za niepełnosprawną, na której wywalenie z pracy pozwoliliśmy. Czujemy, że ta kara nam się należy.

Futurologiczna książka Petera Frase’a przedstawia cztery możliwe scenariusze przyszłości – dwa pozytywne: komunizm powszechnej obfitości i socjalizm zrównoważonej sprawiedliwości. I dwa negatywne: rentyzm, czyli dostatek dla elit i dystopijny eksterminizm, będący ostatecznym rozstaniem z człowieczeństwem – decywilizacja, akceptacja śmierci, świat ekstremalnych nierówności. Mamy niewiele czasu na to, by uchronić ludzkość przez eksterminizmem. Trzeba koniecznie w jakimś ważnym instytucjonalnie miejscu, na przykład w Unii Europejskiej, wprowadzić reformy poluzowujące neoliberalne zadłużenie gospodarstw domowych, niwelujące uzależnienie jednostki od pracy coraz bardziej niegodnej człowieka. Ludzie we Francji doskonale wiedzą, że Macron ma znikome poparcie, że głosowano na niego wyłącznie dlatego, by zapobiec rządom Le Pen. Jeśli nic się nie zmieni, dokładnie wszyscy zobaczymy, czemu było to „mniejsze zło”. Wszyscy, którzy chorują i których nie będzie stać na coraz bardziej sprywatyzowaną służbę zdrowia (prywatyzacja radykalnie przyspieszy w eksterminizmie, bo zdrowie i życie przestaną być powszechnym prawem człowieka) będą po prostu umierać. To już obecnie jest normalizowane: „umarł, bo miał choroby towarzyszące”, „był stary to umarł” – wypowiadane coraz bardziej automatycznie w sytuacjach, gdy ewidentnie można było zapobiec śmierci nie indywidualnej, lecz masowej, zbiorowej. Pod rządami typu Le Pen stanie się to oczywiste. Tak samo jak Grenfell jest normalne, i bezdomni wokół bankomatu są normalni, i topielcy u wybrzeży Włoch są normalni.

Jest rozwiązanie i jest wyjście. Pisze o tym między innymi David Graeber – o konieczności powszechnego darowania długów. Piszą ekonomiści, socjologowie. Dochód podstawowy dla każdego pozwoli w dalszej kolejności oddalić groźbę odczłowieczenia i pomoże wspierać politykę przywrócenia dobra wspólnego jako ważnej kategorii ekonomicznej, argumentuje Guy Standing. To dwa pierwsze kroki, które pomogą ludzkości zawrócić z drogi moralnego koszmaru, na której się znajdujemy. Te dwa kroki musimy wykonać wspólnie, systemowo.

A w międzyczasie – dla tych z nas, którzy dadzą radę i chcą próbować działać we właściwą stronę, polecam działanie, które francuski profesor zarządzania Ghislain Deslandes nazywa słabym zarządzaniem. Jest o praktyka oparta na umiejętności, którą romantyczny poeta John Keats określił swego czasu jako zdolność negatywna – czyli dar niekategoryzowania od razu tego, co wokół się dzieje, pozostawiania przestrzeni na to, co jest niepojęte, miejsca na tajemnicę, na to, co niezrozumiałe. Dar przyznania się, że czegoś się nie wie lub nie umie, powstrzymanie się choćby na chwilę przed wydawaniem osądów. Keats twierdził, że tak czynią wielcy poeci. Deslandes mówi, że taka praktyka uczyni nam wszystkim dobrze. O ile możemy, o ile jesteśmy w stanie – przyznać, zatrzymać się, zawahać. Nie ocenić, choć raz, nie zmierzyć, nie zadecydować. Powstrzymać się od działania i mieć odwagę największą ze wszystkich – odwagę wątpienia.

Rzeczywistość jest nieskończona. Stąd zagrożenie chaosem aż tak realne. Jeśli otworzymy okna i drzwi – wiemy, czujemy, że otacza nas chaos. Ale nie musimy od razu pakować się w próżnię, lecz zamiast tego przyznać, że nie wiemy. Szambo, w którym się dusimy, wypłynie i użyźni pola, a na nich może wyrośnie coś nowego.

Skoro tak dużo potrafimy znormalizować, to przecież znaczy, że stać nas na wiele, jeśli udałoby się odzyskać, wypracować na nowo zbiorową sprawczość – cała ta w końcu przecież potężna twórczość mogłaby zostać zwrócona ku szczytnym celom. Moglibyśmy wtedy zacząć normalizować: współczucie, troskę o planetę, lekkość wyobraźni, niewinną ufność, radość, wiarę w lepsze jutro. Na tym polega negentropia.

Potrzebujemy poetów jak powietrza, dosłownie. Czas uwolnić poetów w każdej, w każdym z nas.

prof. Monika Kostera