Piotr Wójcik: Krach w liberalnej utopii

Doktryna wolnorynkowa jest na tyle głośna i wpływowa, że chyba każdy obudzony w środku nocy jest w stanie podać jej główne założenia i postulaty. Nawet jeśli sam się z nimi głęboko nie zgadza. Po prostu jej tezy są tak uporczywie powtarzane przez przeróżnych komentatorów w przeróżnych miejscach, że stały się wręcz nieodłącznym elementem otoczenia. Gospodarczy liberalizm został tak bardzo wprasowany w umysły ludzi, że jego główne tezy nieświadomie powtarzają także ci, którzy za jego zwolenników wcale się nie uważają. Chyba każdy spotkał się z tezami typu „nie jestem gospodarczym liberałem, ale zasiłki dla bezrobotnych powinny być obniżone, to jednak rozleniwia”. Założenia doktryny wolnorynkowej stały się oczywistymi prawami, choć nikt ich nigdy nie potwierdził – powstały one w głowach różnych ekonomicznych celebrytów, którzy je następnie z uporem maniaka upowszechniali przeróżnymi kanałami. Tezy z nich płynące stały się tak naturalne, że nikt nawet nie zastanawia się, czy są one prawdziwe – to się rozumie samo przez się. Woda ma to do siebie, że spływa, w zimie jest zimniej, a w lecie cieplej, a niskie podatki są lepsze niż wysokie.

Mistrzowie teorii

Gospodarczy liberałowie swych tez nie obudowują danymi z realnych gospodarek, nie przekonują swych interlokutorów dokładnymi statystykami i badaniami. Bardzo rzadko wolnorynkowe teksty oparte są na rzetelnie zebranych danych, udowadniających hipotezy. Wolnorynkowa narracja jest oparta na myśleniu a priori, a jeśli pojawiają się jakieś „dowody”, to zwykle są to odwołania do jakichś dawno nieżyjących już wieszczów, często z XIX wieku lub nieco tylko młodszych. Tak musi być, bo przecież zauważył to już Hayek w takim czy takim dziele. O tym to pisał już Mises tu i tam, nie ma innej opcji. Wolnorynkowa narracja to w istocie teoretyczne konstrukty poprzeplatane tytułami różnych dzieł, które zna mało który badacz zajmujący się realną gospodarką – po prostu do niczego mu nie są one potrzebne. Jednak wystarczyło to do zdobycia rzesz zwolenników, często tego nieświadomych, którym tezy wydały się tak zdroworozsądkowe, że nie trzeba już ich konfrontować z rzeczywistością. W „Nowym Obywatelu” regularnie konfrontujemy tezy wolnorynkowców z rzeczywistością, opierając się na danych i badaniach. Warto jednak spróbować zagrać w grę proponowaną przez gospodarczych liberałów i zastanowić się, do czego prowadziłyby ich postulaty – ale tak zdroworozsądkowo i czysto teoretycznie.

Przyjmijmy, że do władzy dochodzi partia wolnorynkowa i zaczyna sumiennie realizować swój program. To jest dosyć ryzykowne założenie, bo zwykle liberałowie dochodzący do władzy połowy rzeczy nie realizują. Nie jest to dziwne – gdy się zorientują, na czym polega działanie państwa, to przekonują się, że większość ich tez stanowiły mrzonki. Doświadczeni urzędnicy, którzy na administrowaniu państwem zjedli zęby, pukają się w czoło w reakcji na plany nowych liberalnych ministrów, a gdy ci zejdą im tylko z oczu, to zwyczajnie umierają ze śmiechu. Dzięki temu wciąż wielu szkodliwych liberalnych koncepcji nie udało się wdrożyć. Oczywiście tą drugą zrealizowaną połową programu i tak liberałowie mogą wystarczająco napsuć krwi, ale jednak profesjonalny korpus cywilny jest swego rodzaju bezpiecznikiem, ratującym społeczeństwo przed wolnorynkowymi szaleństwami. No ale przyjmijmy, że niepokornych urzędników jakoś udało się wolnorynkowcom u władzy spacyfikować i realizują oni swoje założenia.

Wolnorynkowcy zaczynają reformy

Oczywiście w pierwszej kolejności obniżają podatki. Wprowadzają znane z polskiej debaty publicznej rozwiązanie 3×15 – czyli trzy (PIT, CIT i VAT) podatki liniowe na poziomie 15 procent. Rzeczywiście, początkowo przynosi to częściowe rezultaty. Ludzie mają więcej pieniędzy w kieszeniach, obniżka VAT obniżyła też ceny tych produktów, które obciążone były stawką 23 procent. Konsumenci zaczynają więcej wydawać, co przyspiesza wzrost gospodarczy. W pierwszym roku państwo nie ogranicza swoich wydatków, gdyż rządzący są przekonani, że przyspieszony wzrost zrekompensuje budżetowi państwa obniżenie stawek. Wszystko wygląda dobrze – ludzie są zadowoleni, bo ich dochody netto wzrosły, gospodarka rośnie szybciej, więc i zatrudnienie wzrasta.

Pierwsze kłopoty zaczynają się już pod koniec pierwszego pełnego roku po obniżeniu stawek. Okazuje się, że dochody państwa są dużo mniejsze, niż przewidywano. Zwiększone dochody netto społeczeństwa w dużo większym stopniu trafiły do górnych 20 procent społeczeństwa, a te już i tak nie miały wielkiej potrzeby zwiększania codziennej konsumpcji. Zaczęli więc wydawać nadwyżki za granicą, a także inwestować w rynki wschodzące i lokować oszczędności w rajach podatkowych. Te środki nie trafiły więc do polskiej gospodarki, tylko wypłynęły za granicę. Dolne 80 procent społeczeństwa rzeczywiście zwiększyło konsumpcję, ale ten wzrost nie zrekompensował obniżki stawek. Obniżka CIT prawie nie wywołała żadnych efektów mnożnikowych – i tak efektywnie firmy płacą już mniej niż 15 proc. CIT, poza tym nad Wisłę ściągają je przede wszystkim niskie koszty robocizny, a nie kilka punktów procentowych CIT w tę czy we w tę. Nie zaobserwowano zatem zwiększonej stopy inwestycji. Na koniec roku państwo zanotowało bardzo duży deficyt i wysoki wzrost długu publicznego. Liberałowie nie znoszą długu publicznego, więc w przyszłym roku zdecydowali się drastycznie obniżyć wydatki publiczne.

Wydatki publiczne są częścią PKB, więc wpłynęło to na zahamowanie dynamiki wzrostu. Górne 20 procent to ledwo zauważyło, bo i tak w dużej części korzysta z prywatnych usług. Dalej wydawało za granicą, tam też inwestowało, a w Polsce kupowało produkty luksusowe lub najbardziej zaawansowane dobra. Dolne 80 procent jeszcze nie odczuło dobrze, co się święci – wciąż cieszyło się z większej ilości gotówki w kieszeni. Zmniejszono nakłady na inwestycje publiczne, więc nie remontowano infrastruktury publicznej, z której większość korzysta, ale w rok się przecież ona nie rozsypie. Odczuły to za to firmy realizujące zamówienia publiczne, więc musiały zmniejszyć zatrudnienie – część ich pracowników trafiło na bezrobocie. Spadek inwestycji publicznych sprawił, że wzrost znów był niższy od zakładanego, choć wciąż niezły. Dług publiczny w relacji do PKB obniżył się, ale niewiele, pomimo cięć wydatków publicznych.

Ciemne strony liberalnej utopii

Efekt mnożnikowy obniżek podatków jednak był już na wyczerpaniu, on działa tylko w pierwszym okresie, i coraz więcej było przesłanek za nadchodzącym spowolnieniem. Tymczasem państwo dobrowolnie zrzekło się sporej części dochodów. Rządzącym pozostały więc w odwodzie kolejne cięcia. Najpierw obniżono świadczenia społeczne z budżetu państwa, na przykład dodatki rodzinne oraz pomoc społeczną. Obniżka świadczeń socjalnych sprawiła, że drastycznie pogorszyła się sytuacja osób z dolnych 20 procent społeczeństwa. Co gorsza, wprowadzenie 15-procentowego liniowego VAT sprawiło, że ceny towarów pierwszej potrzeby, obciążonych wcześniej obniżoną stawką VAT, wzrosły. To razem wywołało wzrost stopy ubóstwa. Osoby z dolnych 20 procent zaczęły się więc ratować pożyczkami krótkoterminowymi. To wygenerowało sporo niespłacalnych długów w dolnych warstwach społecznych. Instytucje pożyczkowe szybko przestały pożyczać pieniądze najbardziej zadłużonym, ci więc obniżyli swoje wydatki. A to już wyraźnie wpłynęło na zahamowanie wzrostu, gdyż obywatele z dolnych warstw wydają całość swoich dochodów w kraju, więc ich kłopoty oznaczają spadek popytu wewnętrznego.

Państwo oraz samorządy, które przecież straciły na obniżce PIT dużą część dochodów (połowa wpływów z PIT trafia do samorządów), zaczęły odczuwać spadek koniunktury wewnętrznej. Postanowiły więc ograniczyć usługi publiczne, a część nawet sprywatyzować. Ceny sprywatyzowanych usług publicznych momentalnie wzrosły. Obcięte usługi publiczne obywatele zaczęli kupować na rynku za prywatne środki. To razem pogorszyło sytuację także środkowych 60 procent społeczeństwa. Owszem, więcej pieniędzy mieli w portfelu, jednak ich wydatki drastycznie wzrosły. Musieli więcej płacić za komunikację publiczną, częściej chodzić do prywatnych lekarzy, a także płacić czesne za studia swoich dzieci. Zaczęli się więc zadłużać na potęgę, żeby móc pokryć dużo wyższe wydatki. Finalnie dług publiczny spadł, ale dług gospodarstw domowych wzrósł niebotycznie.

Zaczął się również pogarszać polski bilans handlowy. Dolne 20 procent społeczeństwa bardzo zacisnęło pasa, co zaczęli odczuwać krajowi wytwórcy dóbr pierwszej potrzeby oraz właściciele punktów lokalnych usług. Także środkowe 60 procent zaczęło nieco mniej wydawać na produkty wytwarzane w kraju – więcej pieniędzy pochłaniało im opłacanie bezpłatnych wcześniej usług. Tymczasem górne 20 procent część swojej nadwyżki wydawanej w kraju przeznaczało głównie na dobra najwyższej jakości, zaawansowane oraz luksusowe. A tych nie wytwarzają zazwyczaj producenci krajowi, lecz zagraniczni. Zwiększony popyt najbogatszych był więc przeznaczany na towary importowane. To w szybkim tempie wygenerowało deficyt handlowy – import zaczął grać coraz większą rolę w krajowej gospodarce, kosztem dóbr wytwarzanych w kraju.

Kryzys w raju

Polska stała się więc krajem bliskim marzeń wolnorynkowców. Miała niskie liniowe podatki, spadało też zadłużenie publiczne. Usługi publiczne zostały sprywatyzowane. Obniżenie stawek podatków wygenerowało także początkowo szybki wzrost. Problem w tym, że krajowa gospodarka stała się bardzo niezrównoważona – zaczęła notować permanentny deficyt handlowy, a zadłużenie prywatne biło kolejne rekordy. Górne 20 procent społeczeństwa swoje nadwyżki trzymało za granicą, co ułatwiły jeszcze deregulacyjne reformy rządzących wolnorynkowców, więc deficyt handlowy trzeba było pokrywać długiem zagranicznym. Zaciągały go banki, które kredytowały środkowe 60 procent społeczeństwa. Jednak ich zadłużenie stało się w pewnym momencie tak wysokie, że przestały one je regulować (dolne 20 procent przestały to robić dawno). A te gospodarstwa domowe, którym się to jeszcze udawało, musiały zacisnąć pasa i zmniejszyć swoje wydatki. To zdławiło popyt wewnętrzny i sprawiło, że kraj wpadł w recesję gospodarczą.

W wyniku kłopotów gospodarczych spadł również kurs krajowej waluty. To pogrążyło banki – z jednej strony część ich klientów przestała spłacać zadłużenie, z drugiej miały one długi zaciągnięte w walutach zagranicznych. Więc spadek kursu waluty sprawił, że realna wartość ich zadłużenia wzrosła. Sektor bankowy pogrążył się w kryzysie. Państwo, żeby ratować sytuację, wyłożyło miliardy złotych na ratowanie banków. Dług publiczny szybko więc wrócił do poprzedniego stanu, a nawet go przekroczył. Banki zostały uratowane, ale gospodarka wciąż tkwiła w recesji, gdyż przygnieciona długami większość gospodarstw domowych nie mogła normalnie uczestniczyć w wymianie gospodarczej. Tak oto rządzący wolnorynkowcy w szybkim czasie doprowadzili do drugiej Grecji.

Drugą Grecją oczywiście najczęściej straszą sami gospodarczy liberałowie – mają do niej doprowadzić wysokie wydatki publiczne, dług publiczny i wysokie podatki. Tyle że do drugiej Grecji szybciej doprowadziłyby liberalne recepty. Za kryzys odpowiadają przede wszystkim utrzymujący się deficyt handlowy oraz wysoki dług prywatny. A do tego sprowadziłyby się liberalne reformy gospodarcze. Warto to przypominać zawsze, gdy jakiś wygadany wolnorynkowiec zacznie nas zasypywać swoimi wymyślonymi na poczekaniu teoriami.

Piotr Wójcik

Piotr Wójcik: Liberalne mity kontra rzeczywistość

Od początku rządów PiS mało jest tematów równie mocno rozgrzewających emocje, jak uruchomienie programu „Rodzina 500+”. W krajach Europy Zachodniej zapewne nieźle by się zdziwili, że zwykły program polityki społecznej, wart jakieś 6 miliardów euro, może budzić aż tak gigantyczne kontrowersje w kraju tego samego kontynentu. Jednak w polskich warunkach program ten był tak wielką rewolucją, nie tylko materialną, ale bardziej nawet mentalną, że głowę tracili profesorowie uniwersytetów, opowiadając w mediach przeróżne bzdury. Według profesora Mikołejki matki zostały przekupione przez PiS, czego ma dowodzić 54-procentowe poparcie dla partii rządzącej wśród kobiet w wieku rozrodczym. Kilka lat wcześniej filozof ten pisał w „Wysokich Obcasach”, że „kariery polskich kobiet związane są bardzo często z macicą”, więc teraz musi mu być zapewne bardzo przykro, że wprowadzono stypendium dla tego rodzaju kariery. Polki zbijają niewyobrażalne kokosy na rodzeniu dzieci, a skromny profesor musi na to patrzeć i jeszcze za to płacić.

Mówienie bzdur na wyścigi

Inny wspaniały okaz polskiej elity akademickiej, prof. Andrzej Rzońca, główny ekonomista PO, twierdził w 2016 r., że realizacja obietnic PiS doprowadzi do 100-miliardowego deficytu budżetowego w 2018 roku. Prawdziwy deficyt AD 2018 będzie jakieś pięć razy mniejszy, więc liberał Rzońca powinien dziękować losowi, że pracuje na publicznej uczelni, bo w prywatnej firmie już dawno dostałby zwolnienie za tak „dokładne” analizy.

Wydawało się, że w ostatnim czasie liberałowie nieco zmądrzeli i pogodzili się z faktem, że ich opinie dotyczące „500+” to były zwykłe dyrdymały. W ostatnim czasie nagle jednak temat „500+” powrócił po wypowiedziach posła PO Jana Grabca, który stwierdził, że odbieranie świadczenia trwale bezrobotnym mogłoby być dobrym pomysłem. Poseł Grabiec chciał się zachować bardzo chrześcijańsku, według biblijnej maksymy „tym, którzy nie mają, będzie odebrane nawet to, co mają”. Skoro ktoś nie ma dochodów z pracy, to trzeba go jeszcze bardziej pognębić, może wtedy zmądrzeje. Jak widać, w liberalnym centrum głęboko zakorzenione jest przeświadczenie, że 1500 zł na trójkę dzieci daje ubogim rodzinom niespotykane możliwości życiowe. Co ciekawe, reprezentanci liberalnego centrum najczęściej żyją za znacznie większe pieniądze, a mimo to wciąż płaczą, że państwo im coś odbiera. Inaczej mówiąc, 1500 zł dla 5-osobowej rodziny to prawdziwy high life i życie jak w Madrycie, ale 10 tys. zł dla trzyosobowej rodziny to już jest bieda z nędzą.

Skoro temat „500+” powrócił na tapetę, warto sprawdzić, jak się mają liberalne mity do rzeczywistości. Przypomnijmy, że według przeciwników świadczenia, miało ono doprowadzić do spadku aktywności zawodowej kobiet, katastrofy budżetowej, a nawet wpędzić dolne grupy decylowe w krąg ubóstwa. Tymczasem wpływ na dzietność Polek i Polaków miał mieć on żaden. Poza tym program ten ma być wybitnie niesprawiedliwy dla samotnych rodziców, gdyż wyklucza ich z świadczenia już na pierwsze dziecko. Trzeba przyznać, że liberałowie dokonali niezwykłego wyczynu, gdyż dokładnie żadne z ich założeń się nie sprawdziło.

Dzietność w górę, ubóstwo w dół

Z wyżej wymienionych obszarów najlepiej zacząć od dzietności – w końcu „500+” to program prorodzinny. Oczywiście rząd często zastrzega, że aspekt socjalny jest równie istotny, co demograficzny, ale brak kryterium dochodowego na drugie i kolejne dziecko wskazuje, że to demografia w większej mierze skłoniła rządzących do uruchomienia programu, a nie ubóstwo. W 2015 roku polski wskaźnik dzietności wynosił 1,32, co było przedostatnim wynikiem w UE. Minimalnie gorzej było jedynie w Portugalii. Już w 2016, pierwszym niepełnym roku funkcjonowania programu, wskaźnik dzietności nad Wisłą wzrósł do 1,39, co pozwoliło nam wyprzedzić jeszcze Włochy, Hiszpanię, Grecję, Cypr i Maltę. Według danych GUS, w 2017 r. wskaźnik dzietności znów wzrósł, tym razem do 1,45, co według danych z 2016 pozwoliłoby nam wyprzedzić jeszcze Chorwację i Luksemburg (zbiorczych danych za 2017 dla całej UE Eurostat jeszcze nie podaje).

Zatem pod względem wskaźnika dzietności w dwa lata wyrwaliśmy się z samego dna UE i ulokowaliśmy się nieco bliżej środka (19 miejsce na 27 krajów, czyli bez Wielkiej Brytanii). Co więcej, ten wzrost był bez wątpienia zasługą „500+”, bo według komunikatu GUS za wzrost liczby urodzeń w 2017 r. odpowiadały przede wszystkie drugie, trzecie i kolejne urodzenia w rodzinie. A to właśnie na drugie i kolejne dzieci przysługuje świadczenie. Oczywiście 1,45 to wciąż sporo poniżej poziomu niezbędnego do pełnej reprodukcji pokoleń, jednak jak na dwa lata to wynik przynajmniej przyzwoity.

Skoro „500+” ma także charakter socjalny, to rozliczać go trzeba również z zasięgu ubóstwa w Polsce. Jest to tym łatwiejsze, że wpływ „500+” na ubóstwo widać dużo szybciej, w przeciwieństwie do dzietności. Ubóstwo mierzy się poziomem wydatków gospodarstw domowych, więc dodatkowe dochody powinny się szybko przełożyć na ich wydatki. Oczywiście też nie od razu, bo wiele rodzin do tej pory żyjących z dnia na dzień może zechcieć wykorzystać świadczenie na przykład na zbudowanie sobie poduszki bezpieczeństwa na przyszłość. Spadek ubóstwa od roku 2015 jest bardzo duży. Już w 2016 roku zasięg ubóstwa skrajnego (odsetek gospodarstw domowych żyjących poniżej minimum egzystencji) spadł z 6,5 proc. do 4,9 proc. Inaczej mówiąc, w zaledwie rok Polska ograniczyła zasięg skrajnego ubóstwa o jedną czwartą. Nigdy wcześniej nie zanotowaliśmy takiego spadku. Od 2008 do 2014 zasięg skrajnego ubóstwa nieustannie rósł, pomimo wzrostu gospodarczego, a w 2015 r. po raz pierwszy spadł, ale tylko o 12 proc. (z 7,4 do 6,5 proc.). Tak znaczący jednoroczny spadek, jaki miał miejsce w 2016, w oczywisty sposób musi być związany z uruchomieniem dużego jak na Polskę programu społecznego. W 2017 roku zanotowaliśmy kolejny spadek skrajnego ubóstwa, teraz już jednak mniejszy, do 4,3 proc.

Związek „500+” z ograniczeniem zasięgu ubóstwa jest jeszcze bardziej oczywisty, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że wśród małżeństw najbardziej spadło ubóstwo w rodzinach z dwójką lub więcej dzieci. Ale, co ciekawe, najbardziej spadło ubóstwo wśród… samotnych rodziców. W latach 2015-2017 r. zasięg ubóstwa wśród singli z dziećmi spadł z 6,5 do 2,5 proc., czyli o prawie dwie trzecie. Tymczasem według liberalnych mitów, to właśnie samotni rodzice są szczególnie poszkodowani „500+”. Jak to wygląda na tle Europy? Eurostat podaje poziom zagrożenia ubóstwem, który jest siłą rzeczy wyższy. W latach 2015-2017 odsetek Polek i Polaków zagrożonych ubóstwem spadł z 23,4 proc. do 19,5 proc. Był to… najwyższy spadek ze wszystkich krajów UE. Jeszcze w 2015 r. poziom zagrożenia ubóstwem w Polsce był bliski średniej UE, obecnie jest już niższy od niej o 3 pkt. procentowe.

Marchewka zamiast kija

Spadek ubóstwa w Polsce i wzrost dochodów najuboższych gospodarstw domowych wpłynął na wyraźne ograniczenie polskich nierówności. Już w 2016 r. wskaźnik Giniego spadł nad Wisłą z 30,6 do 29,8. Oczywiście również był to największy jednoroczny spadek nierówności dochodowych w III RP – trudno uznać to za przypadek. W ubiegłym roku Gini znów spadł, tym razem do 29,2. Średnia unijna jest o ponad punkt wyższa. Obecne nierówności w Polsce liczone wskaźnikiem Giniego są na poziomie Francji i Niemiec. Co ciekawe, na horyzoncie widać już Szwecję (Gini 28), choć to przede wszystkim efekt tego, że szwedzkie nierówności bardzo szybko w ostatnich latach rosną. Niestety Szwecja przestała już być egalitarnym rajem i pod tym względem wyprzedzają ją nie tylko najbardziej egalitarne w Europie kraje słowiańskie (Czechy, Słowacja i Słowenia) oraz pozostałe kraje nordyckie, ale nawet kraje Beneluksu i Austria.

Spadek nierówności widać także w pozostałych wskaźnikach. Pokazuje to chociażby podawany przez GUS dochód rozporządzalny gospodarstw domowych z podziałem na grupy kwintylowe. Dochód rozporządzalny rodzin należących do 20 proc. najuboższych wzrósł w okresie 2015-2017 o prawie połowę (z 457 zł na głowę do 655 zł), tymczasem dochód górnych 20 proc. wzrósł jedynie o 9 procent (z 2824 zł do 3084 zł). Absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że poziom nierówności jest obecnie w Polsce satysfakcjonujący – jednak wpływ „500+” na wyraźny spadek nierówności jest niezaprzeczalny. Bo trudno to uznać za zbieg okoliczności.

„500+” miało też doprowadzić do spadku aktywności zawodowej kobiet. Program ruszył w kwietniu 2016 r. W drugim kwartale 2016 r. aktywność zawodowa kobiet powyżej 15. roku życia wynosiła 48,4 proc. Na koniec drugiego kwartału 2018 roku wyniosła 48,8 proc. Aktywność kobiet zatem nie tylko nie spadła, ale nawet wzrosła bardziej niż u mężczyzn (u nich wzrost z 64,7 do 64,9). A przecież oprócz „500+” obniżono wiek emerytalny kobiet do 60. roku życia. Według Eurostatu aktywność zawodowa kobiet w wieku produkcyjnym (15-64 lata) w latach 2015-2017 wzrosła z 61,4 do 62,6, czyli rosła nawet troszkę szybciej niż średnia unijna. Oczywiście aktywność zawodowa kobiet w Polsce wciąż jest zbyt niska (średnia UE to 67,8 proc.), ale to efekt wieloletnich zaniedbań w polityce społecznej (np. dopiero od niedawna szybko rośnie liczba miejsc w żłobkach), a nie „500+”. Dość powiedzieć, że jeszcze w 2008 roku aktywność zawodowa Polek w wieku produkcyjnym wynosiła zaledwie 57 procent…

Zresztą najświeższe dane pokazują, że Polki i Polacy coraz częściej decydują się wracać na rynek pracy. W III kwartale 2018 roku równocześnie wzrosło nieco bezrobocie, z 3,6 proc. do 3,8 proc., oraz aktywność zawodowa, z 56,5 do 56,8 proc. Wzrost bezrobocia wynika nie z utraty pracy przez zatrudnionych, lecz z powrotu na rynek pracy osób wcześniej biernych zawodowo, które decydują się znów zarejestrować w UP. Jak widać, biernych zawodowo Polaków nie trzeba koniecznie brać głodem, jak marzy sobie poseł Grabiec – gdy warunki na rynku pracy się poprawiają, sami decydują się na niego wrócić.

Zmiana mentalna

A jak się sprawdziły przewidywania liberałów dotyczące katastrofy budżetowej i drugiej Grecji? Tak samo jak pozostałe. W 2015 roku dług publiczny w Polsce wynosił 51,3 proc. PKB. Na koniec 2017 roku wyniósł 50,6 proc. Czyli zamiast katastrofy mamy ograniczenie polskiego zadłużenia. Wynika to głównie z szybkiego wzrostu gospodarczego, napędzanego w dużej mierze konsumpcją. Sprawdziły się teorie, według których działania propopytowe po pewnym czasie same się zwracają, gdyż napędzają gospodarkę. Oczywiście teorie te w liberalnym centrum to zwykłe herezje. Według zapowiedzi Ministerstwa Finansów, deficyt w 2018 roku wyniesie jedynie połowę zakładanego, czyli ok. 20 mld zł. Przypomnijmy, że prof. Rzońca „oszacował” go na 100 miliardów. Przy 5-procentowym wzroście gospodarczym oznacza to, że dług publiczny w Polsce znów spadnie, tym razem już poniżej 50 proc.

Program „Rodzina 500+” oczywiście nie jest pozbawiony wad. Przede wszystkim należałoby zmodyfikować próg dochodowy na pierwsze dziecko tak, by po jego przekroczeniu traciło się jedynie część świadczenia odpowiadającą tej nadwyżce, a nie całość (tzw. złotówka za złotówkę). Poza tym w przyszłości należałoby rozszerzyć go na wszystkie dzieci, także te pierwsze w rodzinie. Nie zmienia to faktu, że dotychczasowe jego rezultaty są więcej niż satysfakcjonujące – ograniczył on ubóstwo oraz nierówności, a także pozytywnie wpłynął na wskaźnik dzietności. No i przede wszystkim przyzwyczaił polskie społeczeństwo do tego, że państwo prowadzi aktywną politykę społeczną. A to być może jego największa zaleta, bo będzie procentować w przyszłości kolejnymi programami. To także dzięki realnym efektom „500+” przychylności polskich wyborców nie będzie można już sobie łatwo zapewnić dyrdymałami o odchudzaniu państwa – teraz trzeba będzie im pokazać, że ma się pomysł na rozwiązywanie problemów społecznych.

Piotr Wójcik

Piotr Wójcik: Najwyższy czas na progresję podatkową

Piotr Wójcik: Najwyższy czas na progresję podatkową

Współcześni Polacy chcą uchodzić za jeden z ostatnich bastionów cywilizacji zachodniej. Zwanej też przez prawicę cywilizacją judeochrześcijańską. W jej wizji w tym samym czasie, gdy kraje Europy Zachodniej pogrążają się w marazmie i barbarzyństwie, przyjmując na potęgę muzułmanów, którzy stopniowo doprowadzą do barbaryzacji całego zachodniego świata, Polska wciąż trzyma się filarów zachodniej cywilizacji. Stoi prosto, trzyma zachodni fason. W zasadzie już mało kto na Zachodzie myśli o zachowaniu zdobyczy naszej cywilizacji – poza nami robią to jeszcze może Amerykanie i Węgrzy. Ta historyjka jest miła dla niejednego nadwiślańskiego ucha, problem jednak z nią jest taki, że to Polska wciąż w niektórych obszarach tkwi w okowach barbarzyństwa. I jakoś nie zamierza przyjąć wielu zdobyczy cywilizacyjnych Zachodu – zdobyczy, które dla krajów zachodnich od lat są czymś zupełnie oczywistym. Jeśli chcemy rzeczywiście być stabilnym filarem cywilizacji Zachodu w niespokojnych czasach, dobrze byłoby najpierw tę cywilizację w całości przyswoić.

Gdzie Zachód, a gdzie Wschód

Jedną ze zdobyczy cywilizacji zachodniej jest progresja podatkowa – czyli taki system podatkowy, w którym zamożniejsi przekazują większą część swoich dochodów do budżetu państwa oraz samorządów. Ktoś może parsknąć śmiechem – jak to, rozwiązanie podatkowe filarem cywilizacji? Przecież to trywialne! Wręcz przeciwnie, system podatkowy to jeden z najważniejszych elementów porządku społecznego. Pokazuje on jak na dłoni, jakie są relacje w społeczeństwie między silnymi a słabymi. Na Zachodzie już dawno doszli do wniosku, że ci silniejsi powinni dokładać się bardziej do wspólnej kasy, skoro mają więcej ku temu możliwości i w większym stopniu korzystają na stworzonym przez wspólnotę porządku społecznym. Inaczej mówiąc, cywilizacja zachodnia przyswoiła już lata temu elementarne podstawy solidarności społecznej. Solidaryzm, zamiast wschodniego trzymania słabych pod butem silnych, to absolutnie jeden z filarów cywilizacji zachodniej.

W zasadzie trudno wskazać kraj Zachodu, w którym nie zainstalowano progresji podatkowej. W Europie Zachodniej to od lat oczywisty standard. W wielu krajach górna stawka podatku dochodowego od osób fizycznych wręcz wyraźnie przekracza 50 proc. Tak jest chociażby w Austrii (55 proc.), Holandii (52 proc.) czy Portugalii (56,5 proc.). W większości krajów Europy Zachodniej górna stawka PIT oscyluje w okolicach 50 proc. Poza wyżej wymienionymi, tak jest w Belgii, Danii, Finlandii, Francji, Islandii, Hiszpanii, Niemczech, Norwegii, Słowenii, Szwajcarii, Szwecji i Wielkiej Brytanii. Jak widać, są w tej grupie kraje zarówno z północy kontynentu, jak i południa. Nawet w USA, często stawianych za wzór przez wolnorynkowców, od lat funkcjonuje progresja podatkowa – nie zlikwidował jej nawet Donald Trump, który ograniczył się jedynie do obniżenia najwyższej stawki. Obecnie w USA jest aż siedem stawek podatku dochodowego od osób fizycznych, rozciągających się od 10 procent do 37 procent.

Gdzie standardem jest podatek liniowy? Przede wszystkim w krajach, które od cywilizacji zachodniej są dosyć daleko – nawet jeśli nie geograficznie, to na pewno mentalnie. W Europie podatek liniowy obowiązuje na przykład w Albanii, Białorusi, Czarnogórze, Macedonii i Rosji. Podatek liniowy jest więc bez wątpienia standardem wschodnim. W sumie nic dziwnego, to na wschodzie niepodzielnie rządzą oligarchowie, liczy się prawo siły. Nic więc dziwnego, że silne grupy interesu ze Wschodu nie pozwoliły na wprowadzenie progresji podatkowej, która uderzyłaby w ich przewagę ekonomiczną.

Płasko jak w Polsce

Jak to wygląda w Polsce? W tym zakresie wciąż tkwimy na Wschodzie. Formalnie przyjęliśmy minimalną progresję, wprowadzając dwie stawki PIT – 18 i 32 proc. Problem w tym, że próg dochodowy drugiej stawki jest tak wysoki, że płaci ją zaledwie 3 proc. podatników. Poza tym lepiej zarabiającym zapewniono możliwość przechodzenia na podatek liniowy dla przedsiębiorców. Z czego korzysta jakieś pół miliona najzamożniejszych Polaków.

Nawet jednak jeśli przeanalizujemy jedynie podstawowy system podatkowy znad Wisły, przymykając oko na liniowy dla przedsiębiorców, to i tak okaże się, że polski PIT jest niemal najbardziej płaski wśród krajów rozwiniętych. Efektywna stawka PIT dla Polaków zarabiających 67 proc. średniej krajowej to 6,4 proc., dla zarabiających średnią krajową to 7,2 proc., a 167 proc. średniej to 7,9 proc. Ktoś mógłby zapytać, co to za niskie liczby – przecież pierwsza stawka wynosi 18 proc. Tak, ale tu mowa o efektywnej stawce, czyli realnie płaconej – a polski PIT jest obniżany przez składkę zdrowotną, a jego podstawa opodatkowania o stałe koszty pracy i składki emerytalno-rentowe. Jak to wygląda średnio w OECD? Zarabiający 67 proc. średniej krajowej płacą 11,5 proc., zarabiający średnią krajową 15,7 proc., a 167 proc. średniej 21,5 proc.

Oczywiście ktoś mógłby celnie zauważyć, że należy analizować pełne efektywne obciążenie płacy, wraz ze składkami płaconymi przez pracownika oraz pracodawcę. Pełna zgoda i właśnie analizując w ten sposób daniny publiczne płacone przez polskich pracowników chyba najlepiej widać, jak bardzo płaski jest polski system podatkowy. Pełne obciążenie pensji wynoszącej średnią krajową to nad Wisłą 35,6 proc., a średnio w OECD 35,9 proc. Przeciętnie obciążenia płacy są więc w Polsce niemal identyczne, co średnia OECD. Zupełnie inaczej jednak jest już w dwóch pozostałych przypadkach. Zarabiający 67 proc. średniej w Polsce płacą 35 proc., tymczasem średnio w OECD 32 proc. Za to zarabiający 167 proc. średniej krajowej w Polsce płacą tylko 36,2 proc., przy średniej OECD 40,3 proc.

W Polsce obciążenia są więc niemal idealnie płaskie – odpowiednio 35, 35,9 i 36,2 proc. Pod tym względem przypominamy jedynie dwa kraje – Chile (7, 7 i 8,3 proc.) oraz Węgry (we wszystkich trzech przypadkach 46,2 proc.). Większa progresja podatkowa niż w Polsce jest nawet w Meksyku. Realna progresja jest również w krajach anglosaskich – nie tylko w USA i Wielkiej Brytanii, ale także w Australii i Kanadzie. Przykładowo w Szwajcarii efektywne obciążenia wynoszą odpowiednio 19, 22 i 26 procent. W Izraelu 15, 22 i 31 procent. W Szwecji 41, 43 i 52 procent. W Hiszpanii 36, 39 i 44 procent.

Rozleniwiający podatek liniowy

Oczywiście w Polsce bardzo silna jest frakcja przeciwników progresji. Mają oni na podorędziu jeden żelazny argument. Wyższe stawki PIT przy wyższych dochodach zniechęcają do pracy i zarabiania większych pieniędzy, gdyż podatnik odbiera to jako karę. Po co mam pracować więcej, skoro i tak mi to zabiorą. Ta teoria to jednak od początku do końca zwyczajne bzdury zarówno w sferze zwykłego zdrowego rozsądku, jak i danych z gospodarek realnych, a nie wymyślonych. Zdroworozsądkowo należałoby dojść do wniosku odwrotnego – skoro wyższe zarobki są obciążone nieco wyższą stawką, to obywatel ma wręcz motywację do dłuższej lub bardziej produktywnej pracy, jeśli chce otrzymać na rękę dochód, który sobie założył. Jeśli wyższe dochody będą obciążone taką samą stawką, to dobrze zarabiający szybciej osiągną zamierzony dochód netto i będą mogli szybciej zrobić sobie wolne. Zatem to podatek liniowy skłania do mniej intensywnej pracy, a nie odwrotnie.

Potwierdzają to dane z gospodarek. Raz, że kraje z najwyższymi górnymi stawkami PIT należą też do najlepiej rozwiniętych. Jak widać, progresja podatkowa nie przeszkodziła im w rozwoju. Dwa, kraje, które mają najwyższe wskaźniki aktywności zawodowej, mają też bardzo wysokie krańcowe stawki PIT. A przecież jeśli progresja zniechęca do pracy, powinno być to widać w ich wskaźnikach aktywności zawodowej. Pięć krajów w Europie o najwyższej aktywności zawodowej to Islandia, Szwajcaria, Szwecja, Holandia i Dania – wszystkie one mają krańcową stawkę PIT w okolicach 50 proc. W Szwecji wynosi ona nawet 57 proc. Piątka krajów OECD z największym zatrudnieniem wygląda niemal tak samo, tylko że zamiast Danii (8. miejsce) jest Nowa Zelandia. W Nowej Zelandii podatki są oczywiście niższe niż w Europie, ale także tam występuje silna progresja – różnica w opodatkowaniu osób zarabiających 67 i 167 proc. średniej krajowej wynosi tam aż 10 pkt. proc.

Jest w Polsce także niemała grupa osób, w tym aktywnych polityków, którzy chcieliby w ogóle likwidacji podatku dochodowego od osób fizycznych. Według nich dochody budżetowe z PIT są tak niewielkie, że, jak twierdzą, nie przekraczają kosztów poboru tego podatku. Akcja społeczna dot. likwidacji PIT była całkiem intensywna jeszcze w czasach aktywności Przemysława Wiplera. Niestety jej zwolennicy nie podawali, jakie są te koszty poboru PIT. W każdym razie dochody budżetu państwa z PIT mają być zbyt niskie, by uzasadniać jego istnienie. Dowodzili oni, że te ok. 50 mld zł to w sumie niewiele, skoro z samego VAT dochody są trzykrotnie wyższe. Problem w tym, że dochody budżetu państwa to tylko połowa wpływów z PIT – druga trafia do jednostek samorządu terytorialnego (JST). I jest to najważniejsze źródło dochodów dla JST. Gdyby zlikwidować PIT, polskie samorządy mogłyby się równie dobrze zwinąć i zamknąć interes. Tego niestety zwolennicy likwidacji PIT najwyraźniej nie wiedzą.

***

Dochody z PIT wynoszą nad Wisłą 5 proc. PKB. Tymczasem średnia OECD to 8,4 proc. PKB. Polskie państwo potencjalnie mogłoby więc znacznie zwiększyć swoje dochody z tego źródła, zwiększając daniny płacone przez lepiej zarabiających. Oczywiście należałoby to połączyć z obniżeniem PIT dla mniej zarabiających, by zwiększyć progresję i zmniejszyć nierówności. Niestety akurat obecna władza się do tego nie pali. Odstąpiła ona od bardzo dobrego pomysłu jednolitego progresywnego podatku dochodowego, gdyż spotkało się to z gremialnym oburzeniem prawicowych publicystów. Progresja podatkowa to zbyt wiele dla prawicowego rządu, nawet takiego z wyraźnym odchyleniem socjalnym. Dlatego też wprowadzenie progresji podatkowej nad Wisłą powinno być papierkiem lakmusowym dla nowych projektów politycznych na lewicy, od których powinniśmy się tego domagać absolutnie w pierwszej kolejności. Bardzo jestem więc ciekaw, jakie plany podatkowe będzie miało nowe ugrupowanie Roberta Biedronia. Jeśli kwestię progresji podatkowej potraktuje po macoszemu, będziemy mieli czarno na białym, że to co najwyżej lekko lewicujący liberałowie, którym nie warto dawać kredytu zaufania. Najwyższy czas skończyć z tym barbarzyństwem, jakim jest podatek liniowy – a zadbać o to najmocniej może jedynie lewica.

Piotr Wójcik

Piotr Wójcik: Ujawnić płace!

Piotr Wójcik: Ujawnić płace!

W każdym sklepie widzimy towary opatrzone cenami. Nie jest to dla nas niczym dziwnym, w konsternację wprawiałby natomiast brak cen – jak to, wystawiacie towar bez ceny, czy on jest za darmo? W gospodarce rynkowej, która według teorii powinna bazować na przejrzystej konkurencji, oczekujemy, że towar będzie dobrze opisany i opatrzony ceną, żebyśmy przypadkiem nie kupili kota w worku. Oczywiście często i tak kupujemy, bo etykiety niejednokrotnie wprowadzają w błąd, a też nikt nie ma w głowie kalkulatora i wszystkich informacji, żeby przeanalizować na poczekaniu, czy produkt jest rzeczywiście wart swej ceny. No ale przynajmniej w przypadku kupowanych dóbr, rzadziej już usług, konsumenci mają zapewniony elementarny dostęp do informacji. Jakimś dziwnym trafem reguły te w ogóle nie dotyczą jednak pracy.

Dzieje się tak, choć przecież w obecnym modelu gospodarczym naszą pracę również sprzedajemy na rynku, który nieprzypadkowo zresztą nazywany jest rynkiem pracy. O nie, zarobki na poszczególnych stanowiskach czy też płace konkretnych osób to w Polsce niezwykle chroniona tajemnica. Zapytanie kogoś spoza bliskiego kręgu znajomych o zarobki to grube faux pas, a ktoś domagający się jawności płac w firmie jest uważany za socjalistycznego wichrzyciela. W dodatku pełnego zawiści, bo chce zaglądać innym do portfela.

Zarobki ściśle tajne

Nad Wisłą psychoza prywatności i przeświadczenia, że zarobki to osobista sprawa każdego z nas, posunięte są do absurdalnych rozmiarów. W wielu firmach rozmawianie o zarobkach jest niedozwolone. W urzędzie, w którym pracowałem przez kilka lat, niemile widziane było rozmawianie o wysokości nagród uznaniowych – działo się to w administracji publicznej, w której wszystko powinno być maksymalnie transparentne. W niedawnej rozmowie radiowej niesławny prezes LOT Milczarski stwierdził, że nie poda swoich zarobków w 2016 r., bo to sprawa poufna między nim a firmą. Prezes spółki Skarbu Państwa, a więc należącej do nas wszystkich, nie chciał poinformować właścicieli firmy, w której pracuje, ile zarabia.

Znalezienie oferty pracy, w której oprócz obowiązków i wymagań jest wskazane również wynagrodzenie, to doprawdy święto. Wynagrodzenia nie podaje nawet wiele urzędów i jednostek budżetowych ogłaszających konkursy o pracę. Wysokość zarobków w Polsce owiana jest nimbem tajemnicy chronionej niczym informacje wrażliwe, takie jak dolegliwości, na jakie cierpi pacjent, zawarte w karcie choroby. W naszym kraju łatwiej wyciągnąć od kogoś PESEL albo numer rachunku bankowego, niż poznać kwotę jego dochodów.

Tymczasem kwestia zarobków to wcale nie jest sprawa osobista. Zarobki poszczególnych pracowników to sposób podziału przychodów trafiających do firmy. Jeśli ktoś zarabia nieproporcjonalnie dużo, to siłą rzeczy pozostaje mniej środków mniej na wynagrodzenie tych pod nim na drabinie płac. Wynagrodzenia to więc sprawa, która dotyczy co najmniej wszystkich w firmie. Ale to też sprawa publiczna i nie mówię tu tylko o sektorze publicznym, gdzie zarobki są w części regulowane, a dochody kierowników i stanowisk wyższych są jawne dzięki zeznaniom majątkowym. To sprawa publiczna, ponieważ sprawiedliwość jest kwestią publiczną. Społeczeństwo ma prawo wiedzieć, czy firmy funkcjonujące na rynku i oferujące swoje dobra lub usługi obywatelom, traktują sprawiedliwie pracowników. Na tej podstawie łatwiej nam podejmować decyzje konsumenckie. Obywatele mają też prawo wiedzieć, jakie zawody są szczególnie wysoko wynagradzane, a jakie wręcz przeciwnie, by móc to oceniać i wywierać nacisk np. na regulatorów. Rynek jest mechanizmem wyjątkowo sprawnym, ale na pewno nie jest sprawiedliwy. Aby móc oceniać werdykty rynku z punktu widzenia sprawiedliwości, musimy mieć pełny dostęp do informacji. A nie ma żadnego powodu, by rynek był świętą krową, której nie możemy oceniać z punktu widzenia sprawiedliwości, skoro oceniamy z tej perspektywy wszelkie inne obszary życia.

Przejrzyście jak w Norwegii

Dlatego należy wprowadzić w Polsce jawność płac, przynajmniej w jakimś zakresie. Generalnie można powiedzieć, że są dwa główne modele zapewnienia transparentności wynagrodzeń – niemiecki i norweski. Niemcy wprowadzili we wszystkich firmach zatrudniających od 200 wzwyż ograniczoną jawność płac wśród pracowników. Ma to zapobiec dyskryminacji ze względu na płeć. Oznacza to mniej więcej tyle, że każdy zatrudniony w firmie może złożyć wniosek o informację, ile przeciętnie zarabiają pracownicy odmiennej płci na tych samych stanowiskach. Jak widać, jest to mechanizm o bardzo ograniczonym działaniu. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by Polacy poszli dalej niż zachowawczy Niemcy i wprowadzili pełną jawność płac na poziomie zakładów pracy. Każdy pracownik firmy mógłbym wnioskować o informację o zarobkach dowolnego kolegi lub koleżanki z pracy. Byłoby to obowiązkowe w każdej firmie, nie tylko w tych dużych. Żeby kadry w wielkich przedsiębiorstwach nie zamieniły się w biura informacji płacowej, można by to ograniczyć – np. każdy pracownik miałby prawo do jednej takiej informacji na kwartał.

Dalej idącym, ale za to dużo prostszym rozwiązaniem, byłoby udostępnianie każdemu pracownikowi firmy listy płac w porządku alfabetycznym, z wymienionym obok stanowiskiem. Każdy zainteresowany mógłby podejść do kadr, wziąć odpowiedni segregator i rzucić okiem na to, ile zarabia interesujący go współpracownik. Banalnie proste i niewymagające wprowadzania biurokratycznej procedury.

O wiele bardziej zaawansowany jest model norweski. Tam jawność płac ma długą tradycję – już w XIX wieku każdy obywatel mógł się udać do urzędu skarbowego, by zdobyć informacje o dochodach innego rodaka. Obecnie wszystko odbywa się elektronicznie – w październiku udostępniane są informacje z zeznań podatkowych wszystkich obywateli za rok poprzedni. Każdy może więc sprawdzić przez stronę internetową dochody interesującej go osoby. Funkcja ta cieszyła się tak ogromną popularnością – dziennie bywało nawet kilkadziesiąt tysięcy wejść – że Norwedzy zmodyfikowali nieco tę funkcjonalność. Obecnie sprawdzany obywatel dostaje informacje, kto wyszukiwał jego dochody w bazie. Dzięki temu na serwerach norweskiej skarbówki nieco się uspokoiło. Trzeba pamiętać, że wprowadzenie takiego obostrzenia w Polsce i Norwegii mogłoby przynieść inne rezultaty. W Norwegii jawność ma długą tradycję i nikogo nie dziwi sprawdzanie dochodów innych obywateli. W Polsce sprawdzani mieliby zapewne niekończący się ciąg pretensji do osób ze środowiska, które „zaglądają im do portfela”. Choć z drugiej strony, po jakimś czasie ludzie przyzwyczailiby się i sprawa by spowszedniała.

Pytanie jednak, czy wprowadzenie modelu norweskiego do zafiksowanej na prywatności Polsce nie byłoby zbyt dużą rewolucją. W końcu w Norwegii kultura transparentności kształtowała się przez lata. Dlatego na początek chyba lepiej byłoby wprowadzić jawność płac na poziomie firmy – żeby Sarmaci znad Wisły nie poczuli się zanadto osaczeni. Na eksperymenty w nordyckim stylu przyszedłby czas później, gdy wynagrodzenia przestałyby być już tajemnicą pieczołowicie strzeżoną nawet wobec koleżanki z sąsiedniego biurka.

Jawność uzdrawia atmosferę

Co dałaby jawność zarobków? Przede wszystkim wprowadziłaby większą sprawiedliwość. Ograniczyłaby sytuacje, w których na tym samym stanowisku druga osoba zarabia więcej tylko dlatego, że ma lepsze dojścia do kierownictwa lub posiada większe umiejętności negocjacyjne. O różnicach w zarobkach pomiędzy osobami na konkretnym stanowisku powinny decydować wyłącznie transparentne kryteria, takie jak staż pracy oraz realne efekty. Dzięki jawności płac osoby, które czują się pokrzywdzone w swoim miejscu pracy, mogłyby się udać do kierownictwa z żądaniem podwyżki lub przynajmniej uzasadnienia różnic.

Mówi się, że jawność płac spowodowałaby napięcia w firmie. Jest zupełnie odwrotnie, to niejawność wprowadza niezdrową atmosferę, ludzie plotkują między sobą, kreują różne teorie spiskowe o zarobkach innych. W sytuacji jawności płac i przejrzystych reguł wynagradzania wszystkie karty byłyby na stole, nikt nie musiałby się domyślać, czy przypadkiem kolega z pokoju obok w nieuzasadniony sposób nie zarabia więcej. Każdy wiedziałby też, co musi zrobić, żeby podnieść swoje wynagrodzenie. Zamiast więc marnotrawić czas na plotki i zasięganie języka, mógłby się skupić na lepszej pracy. Jawność płac uzdrowiłaby sytuację w niejednej firmie i podniosła jej produktywność.

Powszechność płac na poziomie całego kraju dałaby rzeszom pracowników dostęp do informacji niezbędnych do walki z wyzyskiem. Pracodawcy mało płacący pracownikom często tłumaczą się w ten sposób, że sytuacja w branży jest trudna i muszą tyle płacić, bo inaczej splajtują. Dzięki jawności płac pracownicy wiedzieliby, czy konkurencja również płaci podobnie, czy jednak to w ich firmie panuje wyzysk. Dzięki temu mogliby naciskać na zarządy, by podnosiły płace do średniego poziomu w branży lub „głosowali nogami”, zmieniając pracę. Tak więc jawność nie tylko wzmocniłaby pozycję negocjacyjna pracowników, ale też spłaszczyłaby wynagrodzenia w kraju, a więc obniżyła nierówności ekonomiczne.

Plan minimum

W kraju tak zafiksowanym na prywatności, jak Polska, niezwykle ciężko byłoby wprowadzić powszechną jawność zarobków. Nawet wobec postulatu jawności płac na poziomie przedsiębiorstwa zapewne zawiązałaby się koalicja oponentów złożonych z lobbystów pracodawców oraz rzeszy potencjalnych milionerów, którzy są przekonani, że nie są bogaczami jedynie przejściowo. Jednak w tym przypadku absolutnie nie należałoby składać broni, bo sprawa jest do przeprowadzenia. W końcu kilka lat temu nikomu do głowy by nie przyszło, że możliwe jest ograniczenie handlu w niedzielę, a mimo wszystko do tego doszło. Jednak absolutnym minimum, którego powinniśmy się domagać, to informacja w każdej ofercie pracy o zarobkach przewidzianych na danym stanowisku. To sprawa, którą spokojnie można uregulować, a już taka informacja rzuciłaby sporo światła na zarobki w Polsce. Chociażby pracownicy starsi stażem wiedzieliby, czy nowo zatrudniani nie otrzymują wyższych pensji – na tej podstawie mogliby zgłaszać własne oczekiwania. Widzieliby także, czy w konkurencji płaci się więcej. Taka niewielka zmiana legislacyjna już niezwykle wzmocniłaby pozycję przetargową pracowników. Pracodawcy nie mieliby żadnych podstaw twierdzić, że narzuca się na nich jakieś nowe ograniczenia biurokratyczne – w końcu to kwestia jednej dodatkowej linijki tekstu w ogłoszeniu o pracę.

Ujawnienie wynagrodzenia we wszystkich ofertach pracy – mały krok dla legislatora, a wielki krok dla środowisk pracowniczych. Środowiska pracowników mają na koncie w ostatnim czasie pewne sukcesy, jak chociażby minimalna stawka godzinowa. Gdyby w przyszłym roku udało im się przynajmniej przeforsować tę jedną rzecz – publikację przewidzianego wynagrodzenia w każdej ofercie pracy – to już byłby to sukces. I kolejny kroczek w kierunku cywilizacji.

Piotr Wójcik

Piotr Wójcik: Kumoterstwo nasze powszednie

Piotr Wójcik: Kumoterstwo nasze powszednie

Najbardziej oburzającym mnie osobiście wątkiem z „taśm Morawieckiego” była kwestia omawiania pracy dla syna europosła Ryszarda Czarneckiego. Młody Czarnecki, Przemysław, obecnie poseł na Sejm, zdobył płatny staż w PKO BP po, uwaga, rozmowie z prezesem Jagiełłą. To prawdopodobnie pierwszy stażysta w banku, którego rekrutował sam prezes. Młody Czarnecki w PKO BP nie stażował długo, nie podobały mu się zarobki oraz rodzaj pełnionych obowiązków. Nie każdy młody na rynku pracy ma tyle szczęścia, by sprawa jego zatrudnienia stanęła na nieformalnym spotkaniu dwóch prezesów wielkich banków.

Do tej sprawy nie warto jednak podchodzić jednostkowo i pastwić się zbyt długo nad Morawieckim, Jagiełłą i Czarneckimi, ponieważ umknie nam podstawowy problem – kumoterstwo jako główny mechanizm zdobywania pracy w Polsce. Przykra prawda jest taka, że najmocniejsi na polskim rynku pracy są ci, którzy mają najlepsze sieci kontaktów. Znajomości to w Polsce podstawa zrobienia kariery w każdym z sektorów. Jeśli jesteś młodym absolwentem z niezłymi umiejętnościami, ale bez kontaktów, będziesz przez lata płacił frycowe, dziadował i pracował poniżej swoich kompetencji. Jeśli masz kontakty, to praca sama cię znajdzie – nawet jeśli masz jedynie średnie wykształcenie, jak młody Czarnecki, to najpierw dostaniesz płatny staż po rozmowie z samym prezesem, a potem zostaniesz nawet i posłem.

Stowarzyszenie dobrych znajomych

Przyjęło się uważać, że nepotyzm (zatrudnianie rodziny) oraz kumoterstwo (zatrudnianie znajomych), to problem w pierwszej kolejności administracji publicznej. Jest to całkowita nieprawda, ponieważ akurat rekrutacje do pracy w urzędach są najbardziej sformalizowane. Mowa tu zarówno o służbie cywilnej, jak i o urzędnikach samorządowych. Podczas pierwszej wstępnej selekcji odpadają kandydaci, którzy nie spełniają kryteriów obowiązkowych – np. wykształcenia lub stażu pracy. Następnie często są dwa etapy konkursu – egzamin pisemny i rozmowa. Do rozmowy przechodzą kandydaci z najwyższą ilością punktów, a sama rozmowa też często jest punktowana, przyjmując formę egzaminu ustnego wzbogaconego o pytania dot. mentalności czy doświadczenia. Oczywiście na każdym z tych etapów można spróbować dopomóc faworytowi. Można odpowiednio sprofilować kryteria obowiązkowe, by odsiać więcej potencjalnych konkurentów. W mniejszych urzędach, gdzie każdy każdego zna, można załatwić kandydatowi pytania konkursowe. W dużych urzędach to już nie takie proste – za rekrutacje odpowiada wyznaczona oddzielna komórka, której pracownicy niekoniecznie będą chcieli łamać przepisy tylko dlatego, że namawia do tego ktoś z innego departamentu czy wydziału. A podczas samej rozmowy można faworyta traktować łagodniej. Po pierwsze jednak, ustawione konkursy w administracji to mniejszość, po drugie, nierzadko zdarzają się przypadki, w których faworyt nie wygrywa – po prostu konkurent był na tyle dobry, że nie dało się go „uwalić”.

W sektorze przedsiębiorstw, szczególnie w mniejszych firmach, te wszystkie obostrzenia nie grają roli – pracę zdobywa ten, który ma ją zdobyć. Oczywiście w sektorze prywatnym dochodzi inny czynnik – konieczność osiągania zysku, by utrzymać się na rynku. Firmy prywatne niekoniecznie więc będą chciały zatrudnić kogoś, kto się do roboty nie nadaje, bo przecież stracą na tym. Tyle teorii, w praktyce wygląda to tak, że często o wakacie dowiaduje się tylko znajomy lub znajomy znajomego. Wielu przedsiębiorcom nie chce się prowadzić czasochłonnej rekrutacji, więc biorą tego, kto jest pod ręką – poleconego lub znajomego bez zajęcia. Z tej przyczyny szukanie roboty po znajomych to podstawowy sposób znajdywania pracy w Polsce. Rozpuszczamy wici wśród osób nam znanych, w różny sposób, dzięki portalom społecznościowym to jeszcze prostsze, no i czekamy na efekty. Gdy ich nie ma, to wtedy ewentualnie przeszukujemy ogólnodostępne oferty pracy. Sieci kontaktów zastąpiły w Polsce zobiektywizowane pośrednictwo pracy – liczy się to, kogo znasz, a nie to, co umiesz. Jeśli w sieciach towarzyskich jesteś możliwie blisko punktu koncentracji zasobów, to nie zginiesz, nawet jeśli jesteś średnio ogarnięty.

Kumoterstwo oczywiście przenika także do polityki oraz do trzeciego sektora. Biorące miejsca na listach dostają ci, którzy mają najlepsze kontakty w partiach. Gabinety polityczne w ministerstwach, do których przyjmowane są osoby bez konkursów, są również usiane przez ludzi, których główną zasługą jest obecność we wpływowym środowisku. Choroba też toczy polskie NGO’sy, które szybko zamieniają się w koterie towarzyskie. Wykorzystują swoje wpływy polityczne, by otrzymać granty, a następnie rozdysponowują frukta między członków. Zresztą wiele NGO’sów to wręcz przybudówki partyjne, prowadzone przez czynnych polityków, zwykle nie z pierwszego szeregu. Także media toczy choroba kolesiostwa i nepotyzmu. W przeróżnych redakcjach jest mnóstwo redaktorów czy redaktorek, których najważniejszą zasługą jest posiadanie wpływowych rodziców obracających się w odpowiednim towarzystwie.

Pokaż mi, kogo znasz, a powiem ci, kim jesteś

Kumoterstwo trawiące polskie społeczeństwo przynosi fatalne skutki ekonomiczno-społeczne. Przede wszystkim blokuje drogi awansu osobom spoza koterii towarzyskich. Oczywiście nie jest też tak, że ktoś spoza koterii nigdy nie zrobi kariery. Jednak jest to bez porównania trudniejsze i udaje się niewielkiej grupie osób. Za to osoby należące do koterii nawet nie muszą się specjalnie wysilać – zawsze się znajdzie ktoś, kto wyciągnie dłoń.

Ktoś powie, że przecież sieci kontaktów to nasza zasługa, sami je w pocie czoła tworzymy, chodząc na imprezki czy spotkania, w których można rozszerzyć swoje znajomości. Po pierwsze jednak o sieciach kontaktów decyduje w pierwszej kolejności urodzenie, a tego nie wybieramy. To, w jakiej rodzinie się urodzimy, a także w jakim mieście, w dużej mierze przesądza o towarzystwie, w którym będziemy się obracać. Po drugie nie każdy ma umiejętność łatwego zawiązywania relacji. W sprawiedliwym społeczeństwie nie ma obowiązku szkolenia się w gierkach towarzyskich, układzikach, szeptania na uszko wpływowych osób miłych słówek czy skutecznych „small talkach”. W sprawiedliwym społeczeństwie liczy się to, kto jakie ma umiejętności i jaki potencjał ich rozwijania.

Powszechne kumoterstwo psuje także kulturę organizacyjną kraju. Po pierwsze, osoby, które otrzymują pracę po znajomości, przestają być autonomiczne. Stają się uwikłane w sieć zależności i przysług. Po stronie pasywów muszą dopisać zobowiązanie wobec kogoś – dług, który prędzej czy później trzeba będzie uregulować. Sposobem spłacenia rachunku może być też niepodejmowanie pewnych czynności – na przykład wstrzymanie się od krytyki. W ten sposób w społeczeństwie szybko wykształcają się postawy konformistyczne. Ludzie wolą głośno nie piętnować nieprawidłowości, bo przecież nigdy nie wiadomo, czy znajomość z danym delikwentem kiedyś się nie przyda.

Po drugie, w sytuacji, w której to relacje stają się dużo ważniejsze od kompetencji, ludzie zaczynają stawiać wszystko na to pierwsze. Zamiast skupiać się na jak najlepszym wykonywaniu zadań i rozwijaniu swoich umiejętności, trawią czas na budowanie własnej pozycji w sieciach towarzyskich. Gierki towarzyskie i rozszerzanie kontaktów staje się treścią działania danej organizacji – jej główne funkcje schodzą na dalszy plan. Nawet bardzo ideowe początkowo środowiska często zaczynają być zajęte głównie same sobą. Walka o idee przestaje być istotna, ważniejsze jest to, kto kogo wyciął. Takie postawy mogą sparaliżować organizację – staje się ona wsobna, sytuacja wewnętrzna jest ważniejsza niż otoczenie. To oczywiście szybko przekłada się także na całą sytuację ekonomiczno-społeczną w kraju. Spada produktywność, a na kluczowych pozycjach ustawiają się nie ci, którzy najwięcej potrafią, lecz ci, którzy potrafią zawiązywać najskuteczniejsze relacje.

Rodzinne pośrednictwo pracy

Skala kumoterstwa w Polsce nie jest dokładnie opisana. Różne gazety prześcigają się w tropieniu nepotyzmu i kolesiostwa w sektorze publicznym, publikując różne „listy hańby” PO czy PiS. Ale to tylko wycinek problemu, gdyż kumoterstwo trawi całą Polskę, a sektor publiczny wcale nie jest najgorszy – chociażby dzięki sformalizowanej rekrutacji w administracji publicznej. Trzeba się więc opierać na analizach wycinkowych lub danych miękkich, które są przygnębiające. W książce „Zatrudnianie po znajomości” Bartosz Sławecki opisał skalę kumoterstwa w polskich mikroprzedsiębiorstwach, czyli firmach zatrudniających do 9 osób. Dwie trzecie mikrofirm w Polsce rekrutuje wyłącznie nieformalnie. Nie publikują więc ofert pracy, lecz szukają pracowników wśród znajomych lub rodziny. Osoby polecone przez rodzinę lub po prostu członkowie rodziny to połowa pracowników zatrudnianych w mikroprzedsiębiorstwach w Polsce. Natomiast bez żadnych znajomości pracę w nadwiślańskich mikroprzedsiębiorstwach znalazło jedynie 16 proc. ich pracowników.

Skalę kumoterstwa w Polsce doskonale pokazują też dane ankietowe. W badaniu przeprowadzonym przez serwis Praca.pl aż 44 proc. ankietowanych wskazało, że ich kandydatury najczęściej są odrzucane, gdyż zatrudnienie zdobywa osoba po znajomości. To zdecydowanie najczęstsza odpowiedź – druga w kolejności, czyli bardziej doświadczony konkurent, zdobyła jedynie 24 proc. głosów. W badaniu przeprowadzonym dla portalu Absolvent.pl 59 proc. badanych stwierdziło, że pracę najłatwiej w Polsce zdobyć dzięki znajomościom, a 40 proc. przyznało, że z tego powodu odrzucono ich kandydaturę. Badanie przeprowadzone dla związku pracodawców „Lewiatan” pokazało zaś, że 57 proc. średnich firm oraz 63 proc. małych firm w Polsce zatrudnia osoby z polecenia. Natomiast w badaniu „Start na rynku pracy” aż 74 proc. ankietowanych studentów stwierdziło, że najważniejsze na początku kariery zawodowej są znajomości – to oczywiście najczęściej wskazywana odpowiedź.

Niezbędna zmiana kulturowa

Jak zerwać z kumoterstwem? Oczywiście to jest akurat niezwykle trudne, gdyż musi zostać przeprowadzona przede wszystkim głęboka zmiana kulturowa. W Polsce wciąż niezwykle mocno trzyma się przesadny familiaryzm, według którego wartości rodzinne są bez porównania ważniejsze niż wartości społeczne. To przekłada się na szersze relacje – lojalność odczuwamy w pierwszej kolejności wobec kręgu rodziny i znajomych, a dopiero w dalszej kolejności wobec wspólnoty. Polski patriotyzm to w dużej mierze wydmuszka – oparty jest o mity narodowe, którymi podbudowujemy własne ego, a nie o obowiązki obywatelskie i solidarność z innymi członkami społeczeństwa. Mentalnością w dużej mierze przypominamy społeczeństwa południowoeuropejskie, w których również dominują koterie towarzyskie oraz klientelizm. Praca u podstaw pokazująca wagę wartości wspólnotowych oraz obywatelskich będzie trwała lata.

Można się jednak pokusić też o twarde regulacje. Na przykład warto wprowadzić obowiązek dla firm powyżej stu pracowników ogłaszania wakatów w urzędach pracy lub w innych ogólnodostępnych miejscach. A następnie taka firma musiałaby na piśmie przedstawić przesłanki za zatrudnieniem tego kandydata, a nie innego. Z takim uzasadnieniem pracownik, który czułby się pokrzywdzony, mógłby iść do sądu pracy. Oczywiście należałoby też stworzyć uproszczoną procedurę rozpatrywania takich spraw, by sądy się nie zatkały. Wniosek do sądu nie wstrzymywałby zatrudnienia wybranej osoby, bo to mogłoby sparaliżować pracę firm, jednak poszkodowany kandydat mógłby otrzymać zasądzone odszkodowanie. Sama możliwość płacenia odszkodowania w wyniku ewidentnego skrzywdzenia lepszego kandydata mogłaby zniechęcić firmy do zatrudniania stricte po znajomości.

Kultura kolesiostwa zatruwa polskie relacje społeczne. Blokuje drogi awansu i utrudnia rozwój gospodarczy. Dotyczy to wszystkich sektorów – nie tylko sektora przedsiębiorstw czy NGO’sów, ale też bardzo wielu zawodów regulowanych, takich jak lekarze czy zawody prawnicze. W społeczeństwie, w którym prym wiodą koterie towarzyskie, a to, kogo znasz, przesądza o tym, kim będziesz, po prostu źle się żyje. Cierpią na tym nawet ci, którzy dzięki znajomościom coś zyskali – rachunek nie będzie przyjemny. Im szybciej skończymy z kulturą kolesiostwa, tym lepiej.

Piotr Wójcik