przez administrator | piątek 14 stycznia 2011 | nasze rozmowy
O zmianach w zasadach zatrudniania osób niepełnosprawnych rozmawiamy z Moniką Bugajewską-Tykarską, wiceprezes zarządu Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych.
***
Czemu służą zmiany w prawie regulującym zatrudnianie niepełnosprawnych, obowiązujące od 1 stycznia 2011 r.?
Monika Bugajewska-Tykarska:
Z punktu widzenia rządu zmiany mają poprawić sytuację finansową
Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, który przy
dotychczasowym sposobie finansowania zbankrutowałby w ciągu roku.
Zmiany mają zapewnić bardziej optymalne wykorzystywanie środków. Z
punktu widzenia pracodawców wygląda to jednak zupełnie inaczej.
Sytuacja PFRON jest zła i wszyscy uważają, że trzeba wprowadzić jakiś
„pakiet ratunkowy”, a potem usiąść do pracy nad
regulacjami ustawowymi.
Niestety, wykorzystując złą sytuację w PFRON, rząd wprowadza zmiany stopniowo
zmniejszające dofinansowanie miejsc pracy dla niepełnosprawnych. Od 1
stycznia stopniowo będzie zmniejszane dofinansowanie do wynagrodzeń
osób niepełnosprawnych w stopniu lekkim, w zamian za zwiększenie
dofinansowania wypłat osób ze znacznym stopniem niepełnosprawności.
Tyle że takich osób jest niewiele na rynku pracy. W rezultacie więcej
pieniędzy zostanie w budżecie państwa, za cenę faktycznej pomocy
niepełnosprawnym. Najpierw trzeba wdrożyć edukację osób ze znacznym
stopniem niepełnosprawności, by w ogóle miały szansę wejść na rynek
pracy, a dopiero później postarać się, by pracodawcy chcieli te osoby
zatrudniać.
Zmiany ograniczają się do zmniejszenia środków finansowych?
M.B.-T.:
To jest ich główny punkt. Oprócz tego są zmiany związane z
wykorzystywaniem środków, które pracodawcy odprowadzają na Fundusz.
Trzeba je będzie wykorzystać w ciągu roku – do tej pory nie
było takich ograniczeń.
Dotychczas nie było także określonej liczby osób zatrudnionych z danym stopniem
niepełnosprawności niezbędnej, aby otrzymać ulgi podatkowe. Teraz
zostało to doprecyzowane: ulgi będą otrzymywać tylko firmy o bardzo
wysokiej koncentracji zatrudnienia osób niepełnosprawnych. To
wyklucza większość firm, bo wymagany jest wśród personelu udział
niepełnosprawnych na poziomie ponad 50% ogółu zatrudnionych. Zakładów
pracy spełniających te kryteria jest w Polsce tylko kilkanaście.
Jak rząd argumentował wprowadzane zmiany?
M.B.-T.:
Przypominał różne nieprawidłowości związane z przyznawaniem dużych
ulg. To trochę tak, jakby złapać jednego złodzieja, a następnie na
wszelki wypadek obciąć ręce połowie społeczeństwa. Na pewno trzeba
uszczelnić system, zadbać o sprawiedliwy podział środków, ale nie
można ich obniżać. Tymczasem kwota stanowiąca podstawę do obliczania
wysokości dofinansowania została zamrożona w grudniu 2009 i będzie
obowiązywała w latach 2011-2012. Zlikwidowano również dofinansowanie
do emerytów o lekkim stopniu niepełnosprawności.
Nie bez znaczenia jest czas pracy. Osoby niepełnosprawne w stopniu
umiarkowanym obowiązywał 7-godzinny czas pracy. Jeżeli chciały go
przedłużyć o godzinę, musiały posiadać stosowne orzeczenie lekarskie.
Wprowadzone zmiany odwracają sytuację: obligatoryjny jest 8-godzinny
czas pracy, o którego skrócenie trzeba się starać u lekarza.
Argumentem uzasadniającym tę zmianę było przekonanie o tym, że
pracodawcy, którzy oferują zmianowy czas pracy, nie chcą zatrudniać
osób z umiarkowanym i znacznym stopniem niepełnosprawności, bo jeśli
większość pracuje 8 godzin, a część tylko 7, to może stanowić duży
problem organizacyjny. Rzekomo lekarze boją się wydawać zgody na
zwiększenie czasu pracy, żeby potem nikt ich nie oskarżył o
pogorszenie stanu zdrowia osoby niepełnosprawnej.
Pracodawcy orzekli, że jeżeli rzeczywiście sytuacja jest ciężka, to wprowadźmy
zmiany, ale poprzedzone dłuższym vacatio legis, które pozwoli pracodawcom na zapoznanie się z ustawą i dostosowanie
do nowych zasad. Usłyszeli w odpowiedzi, że pieniądze są potrzebne już, a nie za chwilę.
W pewnych obszarach zaproponowano okresy przejściowe.
M.B.-T.:
Są trzy etapy zmian: od stycznia 2012 do czerwca 2012, od lipca 2012
do grudnia 2012, i od stycznia 2013. Mimo tego, zmiany napawają
lękiem. Już kiedyś postawiono za cel zlikwidowanie chronionego rynku
pracy, uznanego przez rządzących za zbędny. Zmiany, o których
mówimy, doprowadzą do tego celu. Rząd mówi, że gdy były wprowadzane
ostatnie zmiany, to pracodawcy również straszyli, że będą zwalniać, a
nic takiego się nie stało, wręcz przeciwnie – zatrudnienie
niepełnosprawnych wzrosło. Ale zwiększyło się głównie dlatego, że
przedtem otwarty rynek pracy nie miał dofinansowania do
niepełnosprawnych pracowników, a teraz ma. Natomiast nie wzrosło ono
na tyle, byśmy mogli mówić sukcesie. Zwiększyło się natomiast na
tyle, że PFRON sobie z tym nie radzi. Podsumowując, błąd tkwi gdzieś
w systemie, nie zaś w dofinansowaniu.
Jak zmiany wpłyną na sytuację osób niepełnosprawnych?
M.B.-T.:
Myślę, że zatrudnienie osób z umiarkowanym i znacznym stopniem
niepełnosprawności nie wzrośnie. Jeżeli Zakłady Pracy Chronionej
(ZPCh) nie będą już chciały posiadać tego statusu, czyli przejdą na
otwarty rynek pracy, to zostawią tylko najbardziej wydajnych
pracowników. Senat obiecał, że po pół roku od wejścia ustawy w życie
sprawdzi, jak się zmieniło zatrudnienie osób niepełnosprawnych i
ewentualnie zaproponuje korektę. Miejmy nadzieje, że rzeczywiście tak
będzie i że wówczas da się jeszcze coś zmienić – na razie
zmusza się pracodawców do rezygnacji ze statusu ZPCh… I cały czas
mówi, że ZPCh i Zakłady Aktywności Zawodowej sobie doskonale poradzą.
W Polsce brak wiedzy, że prowadzenie ZPCh polega jednocześnie na rehabilitacji
niepełnosprawnych i na zarabianiu. Jeżeli ktoś straci status ZPCh,
nie będzie zatrudniał dotychczasowej liczby osób niepełnosprawnych,
bo i po co? Ze strony rządowej usłyszeliśmy, że pracodawcy traktują
osoby niepełnosprawne nie jak ludzi, tylko jak etaty, które przynoszą
pieniądze. To nie jest prawda, po prostu musimy osiągać zyski, bo w
przeciwnym razie zamkniemy firmę.
Według danych rządu, 80% środków z PFRON-u wędruje do firm ochroniarskich,
zatrudniających osoby o znikomym stopniu niepełnosprawności, na
kiepskich posadach. Reforma ma służyć alokacji środków np. do
ośrodków aktywizacji zawodowej.
M.B.-T.:
Nie mam danych potwierdzających lub zaprzeczających tym rewelacjom.
Nie wydaje mi się jednak, aby procent środków odprowadzanych do
tychże firm był aż tak wysoki. Wiadomo jednak, że istnieją firmy
ochroniarskie, które zatrudniają osoby z lekkim stopniem
niepełnosprawności, i że niejednokrotnie są to osoby młode, które
dopiero pracując w nich uzyskały taki stopień. To chyba nie jest wina
pracodawców, tylko orzecznictwa. My jako POPON już dawno mówiliśmy,
że istnieje tutaj wiele niespójności między ZUS a NFZ. Nie ma
jednoznacznych kryteriów co do przyznawania poszczególnych stopni
niepełnosprawności, co skutkuje możliwością wielu nadużyć, za które
płacą wszyscy podatnicy. Zasłanianie się firmami ochroniarskimi nie
jest w porządku. Myślę, że gdyby system orzecznictwa był bardziej
szczelny, możliwe byłyby duże oszczędności, a pracodawcy nie mieliby
problemu, jak dostosować się do kolejnych zmian.
Co według Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych jest najważniejsze z
prawnego punktu widzenia?
M.B.-T.:
Stabilizacja prawa. Chcielibyśmy wręcz zapisów, że dany przepis nie
może ulec zmianie np. przez 5 lat. Gdy firma podpisuje kontrakty
wieloletnie, to kalkuluje ceny. Oglądamy kampanie społeczne
nakłaniające do zatrudnienia niepełnosprawnych, ale pracodawcy
pytają, czemu co chwila zmienia się prawo w tym zakresie.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 11 grudnia 2010 r.
przez administrator | czwartek 6 stycznia 2011 | kultura zaangażowana, nasze rozmowy
Z nowym rokiem przestają obowiązywać autorskie prawa majątkowe spadkobierców twórców zmarłych 70 lat temu. O znaczeniu tego wydarzenia i wadze domeny publicznej rozmawiamy z Jarosławem Lipszycem, prezesem Fundacji Nowoczesna Polska.
***
W tym roku do domeny publicznej przechodzą m.in. działa Berenta, Boznańskiej czy Bułhakowa. Oznacza to m.in., że ich dzieła można reprodukować bez płacenia tantiem spadkobiercom. Jakie ma to znaczenie dla obywateli?
Jarosław Lipszyc: To są tylko przykłady kilku najbardziej znanych osób. Do domeny publicznej przechodzą tysiące utworów twórców, o których nigdy nie słyszeliśmy. Autorów fotografii, pocztówek, filmów, nagrań archiwalnych czy nawet zdjęć rodzinnych, na których często bazują historycy. One nie są ważne dla każdego, ale nie pozostają bez znaczenia dla osób, które zajmują się jakimś tematem, np. historią lokalną, usiłujących publikować różne pamiątki związane z miejscem, wydarzeniem, organizacją czy człowiekiem. Dla tych osób są to rzeczy niezwykle istotne.
Często skupiamy się na najbardziej znanych nazwiskach. Rzadziej pamiętamy o tych tysiącach, które również zmarły w 1940 r. – ich dorobek nie trafi na pierwsze strony gazet, ale to dzieła nierzadko bardzo istotne dla miejsc, w których żyli.
W Polsce majątkowe prawa autorskie obowiązują przez 70 lat od śmierci autora. Zdarza się, że spadkobiercy nie wyrażają zgody na publikację ważnych utworów. Jakie znaczenie dla polskiej kultury ma tak długi okres obowiązywania materialnych praw autorskich?
J.L.: Ten okres jest wręcz absurdalnie długi, co ma negatywny i niszczący wpływ na rozwój kultury. Wśród „staroci” niewiele jest dzieł mających potencjał komercyjny, natomiast na obecnych regulacjach cierpi cała ta twórczość, która nie będzie się sprzedawać w wielkich nakładach. Bardzo często jest tak, że twórcy, którzy chcieliby wykorzystywać jakieś dzieło, np. wystawić w teatrze, spotykają się z odmową, bo ktoś pilnuje go jak przysłowiowy pies ogrodnika. Tak jest np. w przypadku spadkobierców Jamesa Joyce’a, którzy w sposób bardzo restrykcyjny podchodzą do jego dzieł i nie udzielają zgody na publikowanie jakiegoś tłumaczenia, pomimo że w danym kraju jest uznawane za lepsze i ciekawsze, wnoszące więcej do kultury. Już teraz miłośnicy „Ulissesa” cieszą się na 1 stycznia 2012 r., kiedy działa Joyce’a przejdą do domeny publicznej i restrykcyjna polityka spadkobierców się skończy.
Ale to tylko jeden z aspektów. Wiele utworów nie jest wykorzystywanych, bo byłoby to za drogie. Zostałyby one udostępnione współczesnym odbiorcom, gdyby trafiły do domeny publicznej. Mogłyby być zamieszczone w bibliotekach cyfrowych. Dla takich utworów domena publiczna jest szansą na drugie życie, na nowych odbiorców, komentatorów, na inspirowanie kolejnych pokoleń.
Bardzo często utwory nie są wykorzystywane nie dlatego, że ktoś tego chce, ale ponieważ nie ma pomysłu, co w tej sytuacji zrobić. Według polskich regulacji, posiadacz praw autorskich nie ma prawa się ich zrzec, z przeniesieniem do domeny publicznej.
Mówimy cały czas o majątkowych prawach autorskich, bo osobiste są wieczne. One oczywiście nie są problemem, wręcz przeciwnie, chronią Kochanowskiego, Mickiewicza czy Norwida i mówią tyle, że nikt nie ma prawa podpisać się pod ich utworem i powiedzieć, że to jego dzieło. Chronią prawo do rozpoznania autorstwa czy integralności dzieła, by nikt nie zmieniał „Trenów” Kochanowskiemu. To fundamentalne zasady transmisji kulturowych, których należy się trzymać.
W jaki sposób Fundacja Nowoczesna Polska stara się upowszechnić domenę publiczną?
J.L.: FNP i Koalicja Otwartej Edukacji działają na rzecz ochrony domeny publicznej. Postulujemy, by ci, którzy chcą się zrzec praw autorskich i przenieść dzieło do domeny publicznej, dając możliwość skorzystania z niego innym, mogli to zrobić.
Proponujemy też, by utwory tworzone przez urzędników państwowych w ramach ich pracy, znajdowały się w domenie publicznej. Na przykład jeśli strażacy czy policjanci robią zdjęcia w ramach obowiązków służbowych, to te fotografie powinny trafiać do domeny publicznej. Tak jest np. w USA, więc czemu nie miałoby tak samo być w Polsce? W wielu krajach świata zasoby edukacyjne, które są finansowane ze środków publicznych, zostają opublikowane na zasadach umożliwiających ich dalsze wykorzystanie, w domenie publicznej lub na jednej z wolnych licencji. Wolne licencje są działaniem prawnym, które umożliwia każdemu dalsze wykorzystanie działa. Choć to nie to samo, co domena publiczna, to ich efekt jest podobny – ludzie mają prawo do wykorzystania tych zasobów w dowolny sposób.
Dążymy też do dyskusji nad długością okresu obowiązywania majątkowych praw publicznych. Uważamy, że ten czas jest obecnie zbyt długi. Zgodnie twierdzą to różne środowiska, w tym wielu twórców, zwłaszcza ci, którzy muszą wykorzystywać cudze utwory. Tak długi „okres ochronny” nie służy założonym celom. Jego intencją jest wspieranie rozwoju twórczości, wspieranie mechanizmów, które pozwalają autorom uzyskać wynagrodzenia za wykonaną pracę, jednak 70 lat po śmierci autora takie uzasadnienie nie ma żadnej racji bytu. Konwencja Berneńska mówi o minimum 50 latach. Polska jest jej stroną, więc warto się zastanowić, czy nie powrócić do tego minimum.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 4 stycznia 2011 r.
przez administrator | wtorek 7 września 2010 | nasze rozmowy
1 stycznia 2011 r. wchodzi w życie nowa ustawa o podatku VAT. O komentarz poprosiliśmy prof. UW, dr hab. Jerzego Żyżyńskiego z Zakładu Gospodarki Publicznej Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.
* * *
Co nowe przepisy podatkowe oznaczają dla społeczeństwa?
Jerzy Żyżyński: Wzrost kosztów utrzymania „szarego obywatela”. Przede wszystkim, jak oszacowałem, od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych wzrosną miesięczne wydatki na podstawowe zakupy; oczywiście jak ktoś kupuje coś szczególnego – pralkę, lodówkę czy samochód – wzrost kosztów będzie jeszcze większy. W związku ze wzrostem cen ludziom zostanie mniej pieniędzy na inne wydatki, co negatywnie odbije się na koniunkturze gospodarczej. Podatek VAT jest w ogóle szkodliwym rodzajem opodatkowania, wbrew temu, co czasami twierdzą laicy, którzy proponują, żeby wyższymi podatkami pośrednimi objąć konsumpcję, bo wtedy, jak powiadają, więcej pieniędzy zostanie na inwestycje. To jest oczywiście bzdura, dlatego że jak się opodatkowuje konsumpcję, to zmniejsza się sprzedaż, a jak jest mniejsza sprzedaż, to przedsiębiorcy nie mają motywacji do inwestowania. Warto tu przypomnieć, że w niektórych przypadkach zwiększenie wpływów budżetowych może być wynikiem obniżki, a nie wzrostu podatków, gdyż wtedy rośnie sprzedaż i w rezultacie zwiększają się dochody sprzedawców i producentów.
Wydaje się, że najlepiej by było, gdyby państwo pozyskało dodatkowe dochody przez ściągnięcie pieniędzy od tych, którzy mają znaczną nadwyżkę dochodów w stosunku do swych wydatków; to by nie szkodziło koniunkturze, ale z drugiej strony zniechęcałoby ich do oszczędzania. Ale oczywiście nie ma takiej możliwości, państwo dla pozyskania dochodów musi opodatkować wszystkich obywateli, szukając pewnego optimum, równowagi w obciążaniu różnych grup podatników. Natomiast w sytuacji kryzysowej, kiedy trzeba pobudzać gospodarkę, obciążanie siły nabywczej zwykłych ludzi jest niepożądane, gdyż jest szkodliwe dla koniunktury. Ale trzeba przyznać, że ten błąd jest popełniany nie tylko u nas, w niektóry krajach opodatkowanie podatkami pośrednimi jest silnie lansowane przez grupy nacisku. Jeśli ktoś ma wysokie dochody, to podwyższenie podatku pośredniego specjalnie mu nie szkodzi, gdyż choć w pewnym stopniu obciąży jego wydatki, to nie wpłynie to na stopień zaspokojenia jego potrzeb, co najwyżej zmniejszy nieco jego nadwyżkę – ale nadal będzie miał tę nadwyżkę, czyli wykreuje oszczędności. Zdrowy system podatkowy ma natomiast charakter progresywny, tj. w większym stopniu obciąża bogatszych. Oczywiście to nie jest prawda, że po zwiększeniu progresji podatkowej obywatele będą uciekać ze swoimi dochodami za granicę, przeprowadzać się itd.
Warto zauważyć, że nasze podatki są stosunkowo niskie dla bogatych, ale wysokie dla biednych. I w gruncie rzeczy problem polega na tym, że Polacy generalnie mają bardzo niskie dochody. Obecnie mamy dwie stawki PIT, 18% oraz 32%, a granicą między nimi jest miesięczny dochód w wysokości 7127 zł. Ale tę pierwszą stawkę w 2009 r. płaciło aż 98,4% podatników, a ich średni dochód brutto po odliczeniu składek na ubezpieczenia społeczne wynosił niecałe 1700 zł miesięcznie. Tylko 1,6% podatników weszło w drugą stawkę, to znaczy od kwoty następnych dochodów ponad 7127 zł miesięcznie zapłacili podatek 32%. Znaczna część osób z pierwszej grupy podatkowej to ludzie tak biedni, że prawie wszystko wydają na bieżącą, niezbędną konsumpcję, dlatego gdy wzrasta podatek VAT, to są w stanie zaspokoić mniejszą część swoich podstawowych potrzeb.
Ale należy zdawać sobie sprawę z tego, że opowiadanie, że poprzez płacenie podatków społeczeństwo jako całość – traci, jest bardzo mylące, gdyż w skali ogólnej podatki to nie zabieranie, ale transfer pieniędzy. Państwo od jednych bierze część dochodów, ale innym – olbrzymiej rzeszy zatrudnionych w tzw. sferze budżetowej – płaci wynagrodzenia z tych pieniędzy. Tyle, że jeśli dzieje się to kosztem wydatków konsumpcyjnych znacznej części podatników, to cierpi na tym koniunktura.
Najlepiej by było szukać dodatkowych pieniędzy tam, gdzie są one jakby nieczynne gospodarczo, a takich miejsc w gospodarce jest wiele. Istnieje mnóstwo słabo uzasadnionych przywilejów podatkowych. Nie chodzi tutaj o ulgi, które mogą spełniać bardzo ważną rolę gospodarczą, bo uelastyczniają gospodarkę, sprzyjają pewnym decyzjom ekonomicznym korzystnym dla niej. Chodzi tu zwłaszcza o przywileje dla zagranicznych inwestorów, które nie służą naszej gospodarce, ale jedynie zwiększają ich zyski, transferowane następnie za granicę. Zauważmy, że jeśli jakieś korzystne ulgi czy nawet przywileje podatkowe uzyskuje podmiot rodzimy, wydający pieniądze w kraju – to środki te wracają do gospodarki, a jeśli podmiot zagraniczny, to odpływają za granicę. Dlatego korzyści podatkowe dla podmiotów zagranicznych muszą być dobrze skalkulowane, by było jasne, że gospodarka ostatecznie w jakiejś innej formie na tym zyskuje.
Czy oprócz budżetu państwa ktoś skorzysta na podniesieniu podatku VAT?
J. Ż.: Zapewne zwolnieni z tego podatku, bo to zwiększy ich konkurencyjność, oraz szara strefa. Wysoki poziom VAT-u stwarza silną pokusę unikania opodatkowania, sprzyja rozwijaniu szarej strefy, dlatego ten podatek uważam za szkodliwy. To przecież oczywiste: jeśli ktoś może zapłacić za usługę 1000 bądź 1230 zł, zawsze wybierze tę pierwszą możliwość. Amerykański podatek od sprzedaży, zróżnicowany w zależności od stanu i produktu (ma on bowiem charakter lokalny), wynosi do 10% (zwykle 3-7%), to ludzie go tak bardzo nie unikają, bo nie powoduje wielkiej różnicy w płaconej cenie (pozostając przy naszym przykładzie: wzrost ceny z powodu podatku z 1000 do 1070 nie jest aż tak odczuwalny). Zwolennicy podatku VAT kompletnie tego nie rozumieją. Innymi słowy, sam VAT nie byłby takim problemem, gdyby nie był tak wysoki; myślę, że pomysłodawcy tego podatku nie przypuszczali, że osiągnie on takie, można by powiedzieć, monstrualne rozmiary: w niektórych krajach sięga 25%. Oczywiście gdyby był niski, to nie dawałby tak dużych wpływów budżetowych (VAT to ponad połowa wpływów podatkowych). Uważam, że lepszym rozwiązaniem jest podatek od sprzedaży, gdzie nie ma odliczeń, co upraszcza system i eliminuje pokusy nadużyć (istotą podatku VAT jest to, że na pośrednich etapach można odliczyć podatek naliczony, co oznacza, że podatnik dostaje zwrot znacznych kwot VAT-u od dóbr i usług stanowiących jego koszty – ale dotyczy to tylko przedsiębiorców, którzy są płatnikami VAT-u, czyli do cen sprzedawanych przez siebie dóbr czy usług mogą doliczać VAT). VAT to zły wynalazek, a podwyższając to, co złe, dodatkowo pogarsza się sytuację.
Na podwyżce stracą nie tylko zwykli konsumenci (tzw. ludzie pracy), ale ostatecznie także przedsiębiorcy, bo im mniejszy będzie popyt, tym mniej zarobią. W relatywnie lepszej sytuacji są bogatsi obywatele, bo oni znacznie mniejszą część dochodów przeznaczają na zaspokajanie swych potrzeb – w ekonomii nazywa się to malejącą w funkcji dochodów stopą konsumpcji. Jak się zwiększa obciążenie zwykłych ludzi, to nie zwiększa się go dla bogatych – w tym sensie bogaci korzystają. Tymczasem państwo powinno obciążyć kosztami kryzysu właśnie najbogatszych, bo to oni mają nadwyżki i mogą z powodzeniem część oddać. We wszystkich krajach rozwiniętych istnieje progresywny system podatkowy, ze stawkami sięgającymi w niektórych z nich nawet 50%.
Dlaczego został podniesiony właśnie podatek konsumpcyjny, a nie dochodowy czy akcyza?
J. Ż.: Akcyza też jest podatkiem konsumpcyjnym, tylko obejmującym określone produkty i inaczej niż VAT. Z jej wysokością też nie można „przeholować”.
Moim zdaniem dobrym rozwiązaniem byłby powrót do poprzednich stawek podatku dochodowego, tj. przywrócenie trzeciego progu, zlikwidowanego przez PiS i prof. Zytę Gilowską – w czasach dobrej koniunktury. Warto wręcz wrócić do propozycji, by stworzyć dodatkowy, czwarty próg podatkowy, od zarobków przekraczających 50 tys. zł miesięcznie: najbogatsi oddawaliby na rzecz społeczeństwa 50% nadwyżki od tej kwoty. Stać ich przecież na to, ale taka progresja ma sens tylko wtedy, gdy istnieją ulgi podatkowe na określone inwestycje czy na specyficzne potrzeby, które także bogaci mają prawo zaspokoić (np. mieszkaniowe, czy inwestycyjne). Państwo nie powinno żyć kosztem podstawowych potrzeb zarówno bogatych, jak i biednych – i od tego są właśnie ulgi podatkowe, co niestety nie wszyscy rozumieją, stąd głosy za likwidacją ulg. Polecam tutaj lekturę mojej książki pt. „Budżet i polityka podatkowa”.
Rząd broni się, że podniesienie stawek podatku VAT jest jedynym sposobem na załatanie dziury budżetowej, poza cięciem wydatków publicznych.
J. Ż.: Jestem przeciwny obniżaniu wydatków, gdyż państwo i tak już żyje na krańcach swoich możliwości. Przeciwnie, jego wydatki – na naukę, oświatę, ochronę zdrowia, obronę narodową – powinno się wyraźnie zwiększyć.
Państwo ma swój zakres odpowiedzialności, od której nie może uciekać, a by ją właściwie wypełniać, musi być na odpowiednim poziomie sfinansowane. Media podały niedawno, że polscy żołnierze ciężko ranni w Afganistanie mają zasiłki uwłaczające wszelkiej godności. Państwo, które wysłało ich na wojnę, na której zostali okaleczeni, powinno im dać solidną rentę – czy go na to nie stać? Nieprawda, że państwa na to nie stać, bo tych żołnierzy jest bodaj kilkudziesięciu – jest to kwestia woli i elementarnej uczciwości wobec tych ludzi. Niestety, naszym krajem rządzą ludzie nie dostrzegający znaczenia, jakie dla stabilności społecznej i rozwoju w długim okresie ma ustanowienie pewnych wydatków na wyraźnie wyższym poziomie. I trzeba to wyraźnie powiedzieć. Dla przykładu, powiem z mojego podwórka, jeżeli profesor polskiego uniwersytetu zarabia 10 razy mniej niż jego kolega w Wielkiej Brytanii, podczas gdy nasz PKB na głowę mieszkańca jest „tylko” dwa razy mniejszy niż brytyjski, to chyba coś tu nie gra. A efektem jest degradacja polskiej nauki, która traci potencjał twórczy, a naukowcy zamiast tworzeniem – zajmują się odtwarzaniem zachodniego dorobku. Tracimy ważny czynnik rozwojowy, stając się prowincją, zaściankowym peryferium zdolnym tylko do kopiowania. Przypominają się słowa wieszcza: „Polska papugą narodów”…
Trzeba obywatelom jasno powiedzieć, że państwo musi istnieć i że trzeba na nie płacić podatki, jeśli ma dobrze funkcjonować. Jak jest mało pieniędzy, zaczyna się o nie walka, która staje się źródłem różnego rodzaju patologii i w gruncie rzeczy marnotrawstwa, bo za patologią zawsze idzie marnotrawstwo. Te patologie i marnotrawstwa nagłaśnia się i stają się one źródłem niechęci wobec własnego państwa, a to bardzo źle, bo w efekcie podkopujemy fundament naszej wolności i niezależności (względnej niezależności, ale i taka jest ważna). System podatkowy funkcjonował w miarę nieźle jeszcze w latach 1995-97 (choć miał pewne wady, jak sławetne ulgi z tytułu darowizn), ale co charakterystyczne wtedy przy ogólnie wyższych podatkach, gospodarka nieźle się rozwijała. System zaczął psuć wicepremier i minister finansów Leszek Balcerowicz z ekipą swoich młodych, mało kompetentnych a bardzo zarozumiałych współpracowników. Teraz trzeba zrekonstruować system, pewne rzeczy przeliczyć i zbudować go w całości od nowa – łatanie i naprawianie tego, co jest, będzie znacznie trudniejsze, a praktycznie jest niemożliwe. Niestety, będzie to niezmiernie wymagające zadanie i nie wiem, czy ktoś by się tego podjął. Może prof. Witold Modzelewski, wybitny fachowiec, z którego opinią, że system potrzebuje radykalnej przebudowy, ponownego przepracowania, całkowicie się zgadzam?
Rozmawiała Maria Wierzbowska, 27 sierpnia 2010 r.
przez administrator | czwartek 17 czerwca 2010 | nasze rozmowy
Oficjalnie wystartowała kolejna odsłona kampanii „Tiry na tory”, od 14 lat prowadzonej przez środowisko „Obywatela”. O sens przenoszenia ładunków z dróg na tory spytaliśmy Piotra Kazimierowskiego, analityka transportu, prezesa Forum Transportu Szynowego.
* * *
Transport intermodalny, rozwijany w wielu krajach Europy, polega na tym, że jednostka ładunkowa, np. kontener, przewożona jest przy wykorzystaniu więcej niż jednego środka transportu, np. na części trasy ciężarówką, na pozostałej – koleją. Jakie są według Pana podstawowe wady i zalety takiego rozwiązania?
Piotr Kazimierowski: Bezsprzecznie zaletą tej formy transportu jest bardziej ekologiczny przewóz ładunków w porównaniu do transportu drogowego. Ponadto, umożliwia łatwe przeładowywanie towaru pomiędzy różnymi systemami transportu drogowego, kolejowego czy morskiego. Mówiąc bardziej ogólnie, pozwala realizować zasadę łańcucha logistycznego, transportu ładunków „od drzwi do drzwi”. Problemem są niestety wyższe koszty w stosunku do „tradycyjnej ciężarówki”, zwłaszcza w przypadku krótkich i średnich odległości. Niestety, przy trasach rzędu 200-300 km koszty transportu intermodalnego są znaczne, dlatego mimo jego zalet rzadko stosuje się wtedy to rozwiązanie. Aby to zmienić, należałoby sięgnąć do zasady „zanieczyszczający płaci”, wówczas transport kombinowany byłby atrakcyjny cenowo w stosunku do innych form, szczególnie na dłuższych trasach, gdzie ładunki mogłyby być transportowane koleją czy transportem rzecznym, a tylko końcowy etap przewozu byłyby realizowany poprzez transport drogowy. Niestety, w Polsce społeczne i ekologiczne koszty tego ostatniego nie są brane pod uwagę, przewoźnicy drogowi płacą za korzystanie z dróg tylko niewielką część rzeczywistych kosztów ich utrzymania, rzędu 3-5%. Dopóki nie będą uwzględniane rzeczywiste koszty korzystania z drogi, po której przemieszcza się ładunek, dopóty transport intermodalny będzie zawsze transportem droższym i będzie musiał być subwencjonowany. Naukowcy twierdzą, że tir niszczy drogę średnio tysiąc razy bardziej, niż samochód osobowy. Gdyby wprowadzić opłaty tylko za zużycie dróg, sytuacja uległaby zmianie: okazałoby się, że transport intermodalny oparty głównie o szkielet kolejowy stałby się bardzo atrakcyjny cenowo.
Czy koszty polityki transportowej zakładającej rozwój transportu intermodalnego są możliwe do poniesienia przez Polskę?
P. K.: Biedny patrzy na świat w bardzo krótkiej perspektywie, nie liczy kosztów długofalowych. To tak, jak w gospodarstwach domowych: jeżeli brakuje nam pieniędzy, kupujemy buty o połowę tańsze niż te wykonane z dobrego materiału. W efekcie wytrzymują nam one dwa miesiące, natomiast te wykonane porządnie wytrzymałyby dwa lata. Problem w tym, że Polska jest wciąż krajem na dorobku. Kalkulowanie w perspektywie roku, dwóch, kadencji parlamentu czy samorządu wygrywa z liczeniem kosztów długofalowych i całkowitych. Obawiam się, że nawet gdyby było nas stać na określone rozwiązania, zabrakłoby do tego woli politycznej, gdyż „słupki” w krótkim horyzoncie czasowym wyglądają niekorzystnie dla rozwiązania, o którym mówimy. Dopóki nie zmieni się horyzont myślenia i patrzenia na gospodarkę, z „kadencyjnego” na perspektywę 20-30-letnią, nikt nie będzie w stanie przeprowadzić zmian w polityce transportowej.
Czy postulowane przez Instytut Spraw Obywatelskich utworzenie zespołu międzyresortowego na rzecz rozwoju transportu intermodalnego, w którego skład weszliby przedstawiciele ministra transportu, środowiska, finansów, naukowcy i społecznicy związani z transportem – może tu coś zmienić?
P. K.: Wszelkie inicjatywy tworzenia zespołów transportowych, do których oprócz elit rządzących wchodzą także naukowcy oraz przedstawiciele szeroko rozumianego środowiska użytkowników – są bardzo wskazane. Dyskusja lub rozmowa na poziomie eksperckim sprawia, że dochodzi się do pewnego konsensusu, który w szerszej perspektywie przynosi wszystkim korzyści. Ograniczanie się do wiedzy dwóch czy trzech środowisk, a tym bardziej wyłącznie grona politycznego, które nie zawsze są bezpośrednimi odbiorcami danej usługi, produktu czy ustawy powoduje, że są one wypaczone i odbiegają od rzeczywistości. Jako prezes Forum Transportu Szynowego, którego członkami są także przewoźnicy intermodalni, jak najbardziej popieram pomysł, o którym Pan wspomniał. Nasi członkowie przecierali szlaki w dziedzinie tworzenia własnych połączeń intermodalnych. Tworzyli je w oparciu o bocznice kolejowe, lokalne punkty przeładunkowe. Dlatego deklarujemy chęć współpracy w ramach takiego ciała oraz dzielenia się wiedzą i doświadczeniem – pod warunkiem, że ktoś zechce posłuchać i przemyśleć temat. Ważne, by po drugiej stronie znalazł się partner, z którym można przedyskutować pewne problemy i rozwiązania. Niektóre z nich nie wymagają wielkich nakładów finansowych, a mogłyby szybko i w znaczący sposób przyczynić się do poprawy stanu środowiska oraz do rozwoju kolejowego transportu towarowego. Wbrew pozorom, transport intermodalny ma w Polsce bardzo obiecujące perspektywy, jeśli tylko zyska określone możliwości, przede wszystkim stabilizację na okres dłuższy niż 3-5 lat.
Rozmawiał Konrad Malec, 14 czerwca 2010 r.
współpraca Marlena Wajszczyk
przez administrator | wtorek 13 kwietnia 2010 | nasze rozmowy
Polskie Towarzystwo Pediatryczne alarmuje, że znacząca większość dzieci w wieku szkolnym ma niewykryte i nieleczone choroby i wady rozwojowe. Problemom tym można by zaradzić w prosty sposób, wystarczy poddać dzieci powszechnym badaniom profilaktycznym, podobnie jak dzieje się to w przypadku dorosłych (pracowników). O komentarz w tej sprawie poprosiliśmy prof. dr hab. Alicję Chybicką, prezesa PTP, kierownika Katedry i Kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej Akademii Medycznej we Wrocławiu.
* * *
Jak obecnie wygląda opieka medyczna w szkołach?
Alicja Chybicka: W tej chwili – praktycznie nie istnieje. Cały ciężar opieki nad zdrowiem uczniów został zrzucony na barki rodziców. Chyba, że za opiekę medyczną uznamy obecność higienistki czy pielęgniarki szkolnej, która potrafi dziecko zważyć, zmierzyć, ewentualnie stwierdzić, czy jest ono czyste i zadbane. Nie zastąpi to lekarza potrafiącego rozpoznać choroby, które mogą trapić dziecko. Kiedyś w szkole, przedszkolu, żłobku siedział pediatra i każde dziecko było badane raz w roku, w razie potrzeby mogło liczyć na jego pomoc, skierowanie do odpowiedniego specjalisty. Dziś tylko chore dzieci są poddawane badaniom, dziecka uznawanego za zdrowe praktycznie nikt nie diagnozuje, poza bilansami zdrowia dwu-, cztero- czy sześciolatka. Bywa, że przez wiele lat dziecko w ogóle nie jest oglądane przez lekarza, jeśli poważniej nie zachoruje.
Badania wykonane przez PTP we Wrocławiu i Bydgoszczy przez zespół bydgoski oraz w Katowicach pod kierownictwem prof. Haliny Woś wykazały, że polskie dzieci nie są w pełni zdrowe. Przykładowo, 80% zbadanych ma próchnicę, wady zgryzu, wady postawy. Około 30% dzieci ma nierozpoznane alergie, wady serca lub nerek. Część uczniów jest otyłych, część jest zbyt szczupłych, część ma problemy psychiczne, nie wspominając o takich rzeczach, jak uzależnienie od alkoholu czy od narkotyków. Te wszystkie przypadłości powinny być pod kontrolą lekarza. Postulujemy powstanie konsultacyjnych punktów pediatrycznych, które miałyby za zadanie między innymi badanie dzieci w konkretnych szkołach. Oczywiście to musiałoby być wyliczone, ile szkół może przypadać na jeden punkt konsultacyjny. Liczba podopiecznych poszczególnych punktów nie musi być zawsze taka sama, należy ją dostosować do sytuacji lokalnej, np. we Wrocławiu mogłoby to wyglądać inaczej niż w Gdańsku. Taki punkt można zorganizować przy szpitalu czy przychodni, ale też bezpośrednio w szkole. Lekarz z takiego punktu szedłby do szkoły, w której już wcześniej uzyskano zgody rodziców na profilaktyczne przebadanie dzieci. Lekarze z mojej klinki na zlecenie urzędu miasta przebadali we wrocławskich szkołach 30 tysięcy dzieci. Spośród nich zdecydowana większość wcześniej nie była profilaktycznie badana.
Dlaczego po prostu nie przywrócić instytucji lekarzy szkolnych?
A. C.: Ponieważ nie ma tylu pediatrów. Wśród lekarzy tej specjalizacji jest niestety wysoka średnia wieku, wielu odeszło już na emeryturę. Nowi pediatrzy nie kształcili się, ponieważ zostali ustawą o świadczeniach zdrowotnych w połowie lat 90. wycofani z pierwszej linii. Oznacza to, że w tej chwili pediatra może być zatrudniony w POZ, albo jako lekarz rodzinny, ale sam nie może podpisać kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia. Po prostu nie jest tzw. pierwszoliniowcem, a młodzi ludzie nie chcą być ubezwłasnowolnieni. Efekt jest opłakany, ostatnio z braku specjalistów w województwie podlaskim zamknięto dwa oddziały pediatryczne.
Dlaczego tak ważne jest badanie dzieci w szkołach?
A. C.: Od zdrowia dzieci będzie zależało zdrowie dorosłego pokolenia. Taką będziemy mieć Polskę, jak sobie w tej chwili wychowamy dzieci, jak o nie zadbamy. Z tego powodu to państwo powinno wziąć na swoje barki ciężar zapewnienia zdrowia najmłodszym. Mamy obowiązkową szkołę, dlaczego dbałość o zdrowie dziecka nie jest obowiązkowa? Oczywiście, że dobry rodzic o to zadba, ale rodzice są zapracowani, muszą zdobywać pieniądze i w związku z tym niewielu z nich dba o profilaktyczne badania swoich dzieci w wieku szkolnym. Nie wspominam o rodzicach z marginesu, którzy wolą alkohol i na pewno nigdy nie pójdą z dzieckiem nie tylko na badania profilaktyczne, ale nawet do lekarza, kiedy dziecko zachoruje.
Musimy też zdać sobie sprawę, że nasze społeczeństwo się starzeje. Tym bardziej młode pokolenie powinno być zdrowe i silne.
Rozmawiał Konrad Malec, 8 kwietnia 2010 r.