Zabawa w magazyniera?

Zabawa w magazyniera?

Heike Geissler, niemiecka pisarka i dziennikarka, postanowiła zatrudnić się na miesiąc w centrum logistycznym firmy Amazon i opisać to doświadczenie w 180-stronicowej książce. Od dłuższego czasu da się zaobserwować trend na tego rodzaju reportaże wcieleniowe. Problem w tym, że, w przeciwieństwie do stałych pracowników, autorki i autorzy zawsze mogą po prostu uciec z takich miejsc. Czeka na nich inna praca, a miesiąc czy kwartał w zakładzie czy magazynie ma być tylko „doświadczeniem”. Nie inaczej wygląda proza Geissler, która niespełna miesiąc pracy (minus L4) rozciągnęła na pełnoprawną książkę. Jak jej poszło?

Przede wszystkim punktem wyjścia dla moich rozważań – a i punktem dojścia, o czym później – jest fakt, że warunki pracy, płacy oraz cały okołologistyczny klimat wokół pracy w Amazonie różnią się między Polską a Niemcami, i to znacznie. Nie ma wątpliwości, że praca magazyniera także za naszą zachodnią granicą jest ciężka, uciążliwa i relatywnie nisko płatna, ale nie da się jej warunków na serio porównać z zatrudnieniem się w tej samej sieci w jej polskim wydaniu. Dotyczy to zresztą także innych tego rodzaju miejsc pracy – czy to Lidl, czy Kaufland, czy montaż samochodów znanej marki w ramach specjalnej strefy ekonomicznej – polski (lub bułgarski, rumuński, litewski) pracownik będzie gorzej wynagradzany, będzie miał większe problemy z dojazdem do pracy czy wzięciem wolnego, a standardy BHP w jego zakładzie będą niższe niż na Zachodzie. Tak po prostu jest, można z tym walczyć lub nie, ale negowanie tego faktu i szukanie na siłę podobieństw donikąd nas nie zaprowadzi. Zatem sam fakt, że Heike Geissler w „Pracy sezonowej” przedstawia swoje zatrudnienie w Amazonie jako piekło i pasmo upokorzeń, może tylko wywołać u polskich pracowników pusty śmiech. Co jakiś czas bowiem natykamy się w narracji na (przezroczyste dla autorki) zdobycze niemieckiego systemu świadczenia pracy i ochrony pracowników, o których Polak może tylko pomarzyć.

Są zatem różne Amazony, Lidle i Kauflandy, różne Toyoty i różne sklepy sieci odzieżowych, w zależności od tego, jaki kraj widnieje na okładce naszego paszportu. O doświadczeniach Geissler możemy zatem czytać ze współczuciem, jeśli całe życie spędziliśmy za biurkiem na uniwersytecie, ale jeśli kiedykolwiek na serio pracowaliśmy fizycznie w Polsce – w gastronomii, sklepie, w firmie „u Janusza” – to na wiele przytoczonych przykładów zakrzykniemy „No i co z tego? Wielki mi problem!”. Trzeba było wcześnie wstawać? 90% globu tak wstaje. Nikt nie powiedział, na czym polega zakres obowiązków, ale drugiego dnia zaczął je egzekwować? A to tak nie jest wszędzie? Przełożony był niemiły? Cry me a river. Słowiańskie przyzwyczajenie do zapierdolu za niewielkie pieniądze każe nam mało czemu się dziwić.

Ja osobiście zdziwiłam się podczas lektury tylko raz – gdy przeczytałam, że do centrum logistycznego Amazona, położonego podobno w szczerym polu, autorka może dojechać publicznym tramwajem. Na wszystkie zmiany.

fot. Bartosz Laber

Dobrze, podejdźmy do tego jak do literatury, odłóżmy na chwilę politykę (pewnie i tak się nie uda). „Praca sezonowa” to książka napisana w przedziwnej manierze narratorskiej – ani w pierwszej („ja”), ani w trzeciej („ona”) osobie, lecz w formie zwracania się przez autorkę do opisywanej pracownicy (która niby jest, ale jednocześnie nie jest nią samą) zwrotem „pani”, np. „Przed wyjściem partner życzył pani szczęścia i jeszcze raz podkreślił, że nie musi pani tego robić. Ale to nieprawda, musi pani, musi pani wykorzystać pierwszą okazję do zarobienia pieniędzy”, albo „Nawiasem mówiąc, jest pani córką graczy w lotto, obeznaną z nadzieją na pieniądze, z oczekiwaniem na pieniądze. Wkrótce przybędą, skądś, wierzy pani, choć jednocześnie tę wiarę neguje, próbuje ją sobie wybić z głowy”.

Cala książka napisana jest w identycznej manierze, która chwilami zachwyca, a chwilami bardzo irytuje, jednak jej zamysł konstrukcyjny jest – moim zdaniem – jeden: od początku zdystansować się od opisywanej postaci. To nie Heike tam pracuje, to nie Heike marznie na przystankach i je w śmierdzącej stołówce, to tylko „pani”. Choć blurb na okładce zapewnia nas, że autorka „zwraca się do samej siebie sprzed kilku lat”, to ma się jednak nieodparte wrażenie, że próbuje się od bohaterki-robotnicy (nieświadomie?) oddzielić. A może po prostu chce oryginalnym stylem przykuć uwagę gremiów rozdających nagrody literackie?

Jednocześnie Geissler – ale już w głowie „pani” – poświęca wiele miejsca rozważaniom o fałszywej świadomości klasowej i poczuciu bycia lepszą niż pracownicy fizyczni. Nasza bohaterka wewnętrznie buntuje się, bo skanowanie produktów i pakowanie ich do pudełek nigdy nie było jej ambicją, a jednak wie, że, aby zarobić pieniądze, musi wylądować tam, gdzie oni; tam, gdzie nikogo nie interesuje jej CV, przemyślenia czy wiedza: „Jest pani jedną z nich, nawet jeśli wydaje się pani, że jest inaczej i wiele razy będzie pani podkreślać dystans między sobą a innymi pracownikami i tym większy wobec firmy – nie jest to prawda”.

Podjęta przez bohaterkę praca sezonowa to trzy tygodnie przed Bożym Narodzeniem, gdy centra logistyczne potrzebują każdej pary rąk. „Pani” opowiada nam wszystko po kolei – o odpowiedzi na ogłoszenie, rozmowie kwalifikacyjnej, pierwszym dniu, stroju roboczym, zakresie obowiązków, kolegach. Powtarzalna, ale przykuwająca narracja oscyluje wokół kolejnych bardzo podobnych do siebie dni, gdy każdy z obecnych na hali odlicza minuty do końca zmiany. Narratorka z pobłażaniem, niechęcią (ale czasem także czułością) opisuje osoby, z którymi przychodzi jej pracować i stykać się w częściach wspólnych magazynu. Dąży do samotności, nie podczepia się pod istniejące i nowo powstałe grupki, bo cały czas ma poczucie, że jest „na wylocie”. Oni, inni pracownicy, nie. Oni tam zostaną.

Geissler – a raczej „pani” – uważnie obserwuje swoje ciało, głowę, reakcje. Patrzy, jak biegiem przepracowanych dni jej świat kurczy się, koncentruje wyłącznie na pracy, zmęczeniu, uporczywych myślach o konieczności przetrwania kolejnego dnia w zimnym magazynie, Nienawidzi weekendu czy wieczoru, bo wie, że kolejnego dnia przyjdzie ten sam kierat. Od takiej pracy nie ma ucieczki – z wyjątkiem rezygnacji, na którą jednak chcąca utrzymać się finansowo na powierzchni osoba nie bardzo może sobie pozwolić.

Autorka źle znosi hierarchię, szkolenia, bezsensowny jej zdaniem porządek pracy, jej rutynę i powtarzalność. Trochę z nadmiernie pobudzonej wyobraźni, a trochę dla sabotażu stara się ją zakłócić, wykonując obowiązki niedokładnie lub nie po kolei, i zastanawia się, czy ktoś się zorientuje. Hipnotyzujące opisy magazynu i beznadziejnie nudnej, powtarzalnej pracy byłyby jeszcze lepsze, gdyby narratorka nie dystansowała się cały czas od reszty pracowników, z którymi nie czuje żadnej więzi – a może tylko pragnie pokazać czytelnikom, że czasy pracowniczej solidarności już minęły, że teraz każdy walczy o siebie?

„– Wstawać – woła przejeżdżający operator wózka.

Ignoruje go pani, choć przypomina sobie, że siadanie na paletach jest zabronione, zwłaszcza gdy nie leży na nich płyta MDR. Integralną częścią tej pracy jest przebywanie z ludźmi, których dobrowolnie nie wybrałoby się jako towarzystwa”.

Mimo dyskusyjnych założeń „Praca sezonowa” przedstawia całkiem wiernie warunki zatrudnienia w molochu Amazona, a więc i wszelkich podobnych magazynach – czytniki kart, krótkie przerwy, abstrakcyjne reguły, wyśrubowane normy, idiotyczne rytuały. Te momenty, gdy „pani” jest w pracy, stanowią największą siłę książki. Dzięki zadziorności i wnikliwości narratorki dowiadujemy się sporo o bezsensowności pracy w centrum logistycznym: o tym, że nie jest ważne pogniecione pudełko, lecz „zdrowa” zawartość, o tym, że wiele przyjmowanych i pakowanych przez pracowników towarów objechało cały świat – że filiżanka czy lalka podróżowała więcej niż pakujący je pracownik.

Uwag dotyczących kondycji współczesnego kapitalizmu nie ma w książce aż tak wiele i są mocno rozsiane po narracji, ale jednak autorka stara się co jakiś czas wrzucić informację sugerującą, że pracownicy Amazona nienawidzą swojej ciężkiej, a jednocześnie alienującej pracy, np.:

„Niektóre wypowiedzi pracowników brzmią następująco:

Nie trzeba brać sobie do serca.

Trzeba zacisnąć zęby.

Trzeba brać wszystko pod uwagę.

Nie jesteś z cukru.

To wszystko gówno.

Pięknie to sobie wymyślili, ci na górze.

Jak wygram w lotto, to nikt mnie tu już nie zobaczy”.

Albo: „Kilka tygodni później, gdy odbywał się kolejny strajk, usłyszałam o T-shirtach noszonych przez łamistrajków: We love Amazon. Jasne wyznanie dla pracodawcy, które znaczyło, że tylko ci, którzy nie strajkują, szanują go”.

„Praca sezonowa” powie nam wiele o Amazonie, ale jednak będzie nas jak obuchem w głowę waliła podprogowymi informacjami o warunkach życia w społeczeństwie niemieckim – a to informacje, które, wbrew zamiarom narratorki, w polskich pracownikach nie pogłębią współczucia dla jej sytuacji, lecz wzbudzą niesmak lub zazdrość. W moim egzemplarzu książki wykrzyknikami oznaczone są miejsca, w których wyśmiewany przez autorkę niemiecki system socjalny bierze ją pod opiekę, a ona tego nawet nie zauważa: gdy idzie do lekarki po L4 i okazuje się, że jest ubezpieczona, mimo że praca w Amazonie jest sezonowa, a wcześniej wcale nie pracowała. Gdy jej matka staje na komisji zdrowotnej w sprawie przedłużenia renty, kasa chorych proponuje jej pracę przez dziesięć godzin tygodniowo, bo choroba nie jest aż tak poważna, matka odmawia, po czym uzyskuje bez wielkiej szarpaniny przedłużenie świadczenia na trzy lata. Gdy spotyka sąsiadkę, która od wielu lat nie pracuje, ale nadal otrzymuje zasiłki, przy czym deklarowane przez nią „niewielkie pieniądze” wystarczają na przetrwanie. Polak zgrzyta zębami czytając takie historie, zwłaszcza że nie są one w żaden sposób przedstawione jako coś wyjątkowego, to po prostu część narracji. Autorka nie zna innego życia, nie zna rynku pracy bez tych siatek bezpieczeństwa. W tym kontekście jej utyskiwanie na system traci przynajmniej połowę siły rażenia.

fot. Bartosz Laber

I tu wracamy do naszej klamry – warunki pracy w niemieckim Amazonie, a przede wszystkim ogólny klimat pracy i jej braku panujący w niemieckim społeczeństwie nie mają wiele wspólnego z warunkami polskimi. O zatrudnieniu w polskim Amazonie zgodził się opowiedzieć mi Bartosz Laber, dwudziestopięcioletni były pracownik centrum logistycznego w Sosnowcu:

„Pracę w Amazonie, magazyn KTW1 w Sosnowcu, rozpocząłem od stycznia tego roku. Miałem zacząć pracę od listopada 2019, w okresie tzw. peak time (wzmożony okres realizacji zamówień), łączyło się to z bonusem 1500 brutto, za pracę w tym okresie. Zatrudniono zbyt dużo osób, więc przeniesiono moje zatrudnienie dopiero na 3 stycznia. Należałem do jednego z ostatnich naborów, który został przyjęty bezpośrednio przez Amazon do KTW1. Od stycznia 2020 KTW1 zaczęło już zatrudniać pracowników T1 tylko poprzez agencje pracy tymczasowej Adecco i Randstadt. Na umowach o pracę tymczasową zawieranych na miesiąc, a nawet na dwa tygodnie. Następnie była podejmowana decyzja o przedłużeniu umowy bądź nie. Zasada kija i marchewki. Teoretycznie po 3 miesiącach można było się ubiegać o konwersję, czyli przejście pod Amazon. Jest wiele osób, które pracowały po 6 miesięcy i konwersji nie przeszły. To mały procent pośród agencyjnych. Oni też po konwersji musieli zaczynać od 3-miesięcznej umowy na okres próbny. Dostałem umowę o pracę na 3-miesięczny okres próbny, szczęśliwcy mieli »szansę« po okresie próbnym dostać umowę roczną, a potem na czas nieokreślony. To znikomy procent pracowników. Stawka 20 zł brutto/h, 3-miesięczny okres rozliczeniowy. Nazwa stanowiska – pracownik magazynowy ds. logistycznych, poziom T1. To najniższy poziom zaszeregowania, większość pracowników magazynowych na nim się znajduje. Udało mi się załatwić zmianę studencką poniedziałek – czwartek, była jeszcze zmiana rodzicielska. Studiuję zaocznie, stąd taka możliwość. Podstawowe zmiany FRONT niedziela – środa, BACK środa – sobota, DONUT poniedziałek, wtorek, czwartek, piątek. Była jeszcze zmiana weekendowa dla pracowników na pół etatu.

W organizacji pracy występowała tzw. kohorta. To tryb pracy niespotykany chyba nigdzie indziej, bardzo obciążający. W wielu krajach niestosowny przez Amazon z powodu silnego prawa pracy, układów zbiorowych i związków zawodowych. Między innymi w Niemczech. W Polsce zmiana trwa 10,5h, pracuje się tak przez 4 dni w tygodniu. Czasami było to 5 dni albo 3, obowiązuje 3-miesięczny okres rozliczeniowy, więc HR może sobie przerzucać godziny. Trafiają się też obowiązkowe nadgodziny. Pracuje się przez 4 tygodnie na dzień/nocki, a potem następuje zmiana. Tak więc można mieć cały miesiąc nocek i przez 4 dni w tygodniu domu jest się gościem, bo tyle wolnego czasu zostaje. Przed pandemią dniówka trwała od 6:00 do 16:30, a nocka od 18:30 do 5:00.

Ponieważ Amazon nie jest zbyt konkurencyjny w dużych miastach, a nawet w Zagłębiu i Śląsku, więc dowozi ludzi z małych miejscowości, często bardzo oddalonych. Do KTW1 jeżdżą autobusy z Sosnowca, Katowic, Gliwic, Mysłowic, Będzina, Czeladzi, Dąbrowy Górniczej, Chorzowa, Zabrza, Świętochłowic, Rudy Śląskiej, Siemianowic Śląskich, Piekar Śląskich, Jaworzna, Trzebini, Tarnowskich Gór, Zawiercia, Ciągowic, Olkusza, Sławkowa.

Autobusy powrotne ruszały zawsze 15 minut po zakończeniu zmiany. Starczało mi wtedy czasu na zejście z mojego działu, szybkie wejście do szatni i dostanie się do szafki, a potem szybki papieros i do autobusu. Nie zdążyłbym się umyć i czy cały przebierać. Biorąc pod uwagę 10,5 h zmiany i około godzinę dojazdu nie było mnie w domu prawie 12 h, a mieszkam prawie w centrum Sosnowca. Odliczając te 12 h poza domem, 8 h snu, zostaje max 4 godziny na obiad, prysznic, ubranie się, przygotowanie. Tak przez cztery dni każdego tygodnia.

Stan techniczny autobusów pracowniczych pozostawia wiele do życzenia. Poza autobusami pracowniczymi dojazd pod Amazon był mocno utrudniony. Z centrum Sosnowca jeździł tylko jeden miejski autobus. Tak więc bez auta czy możliwości dojazdu autobusem pracowniczym, nie dało się dojechać, a już szczególnie osobom mieszkając daleko.

W trakcie 10,5-godzinnej zmiany były dwie 15-minutowe płatne przerwy i jedna półgodzinna bezpłatna, którą trzeba było odrobić. Stąd te 10,5 h. Wydaje się, że to dużo, lecz biorąc pod uwagę tempo pracy te przerwy były i tak za krótkie. Jeszcze kwestia bezpłatności długiej przerwy. Dodać do tego należy, że magazyny Amazona zajmują bardzo dużą przestrzeń. Tam wszędzie jest daleko, do toalety, na palarnię, kantynę, stołówkę. To zajmuje czas i mocno skraca te przerwy. Trzeba się jeszcze przy okazji nie zgubić. Mój dział był najdalej na terenie magazynu i na stołówkę czy do szatni szło się prawie 5 minut.

Zmiana zaczynała się stand upem, zbierali się pracownicy i menedżerowie z liderami. Obowiązkowa wskazówka bezpieczeństwa, wskazówka jakościowa, jakieś informacje od HR i ludzie rozchodzili się do pracy na stanowiska. Po długiej przerwie był kolejny stand up.

Zarobki: stawka podstawowa 20 zł/h brutto, możliwość uzyskania premii do 15% wynagrodzenia. O ile dobrze pamiętam, 8% było za obecność. Brak L4, urlopów na żądanie, nieusprawiedliwionych nieobecności, urlopy zaplanowane się nie liczyły. Za nieobecności obcinali premię. Te pozostałe 7% to premia za wyniki magazynu, o niej decydowały już »władze« i premie te bywały różne, często nawet 1%. Poza tym dodatki za nocki wedle kodeksu pracy, jakaś śmieszna kwota jako ekwiwalent za pranie ubrania. Na święta można było się starać o bony z zakładowego funduszu świadczeń socjalnych. Nadgodziny poza dniami z grafiku płatne dodatkowe 100%, tak więc za godzinę wychodziło wtedy 40 zł/h brutto.

Ile się realnie zarabia? To zależy. W grafiku można mieć 16, jak i 19 zmian. Wszystko i tak się musi zgadzać w trzymiesięcznym okresie rozliczeniowym. Do tego kwestia, ile premii się dostało, ile było nocek. Do tego najważniejsze, czy ma się mniej czy więcej niż 26 lat. Stawka netto przed 26. rokiem życie to około 17 zł, a po 26 około 15 zł. Przeciętnie, przy dobrych wiatrach i premii można było wyciągnąć za miesiąc 3000 zł netto. W Amazonie bardzo wielu pracowników decyduje się na nadgodziny. Ich limit na 3 miesiące to podajże 104 h. Tak więc w każdym miesiącu można było zrobić te 3 zmiany więcej. Takie osoby potrafiły zarobić i ze 4000 zł netto, ale przy 200 h pracy w miesiącu, tak więc wiadomo jak to wygląda…

W Amazonie można palić tylko w wyznaczonych palarniach, każda czynność pracownika czy gościa jest uregulowana wewnętrznymi przepisami. Kamery są wszechobecne. Nawet sposób przemieszczania się czy parkowania. Pilnuje tego ochrona i przełożeni. Dwa duże wejścia, przez które przewalają się setki pracowników. Trzeba wejść przez pierwsze drzwi, a potem odbić się na obrotowej bramce. W szafce trzeba zostawić telefon i wszelaką elektronikę, której nie można wnosić na teren magazynu. Typowe szafki pracownicze, smród męskiego potu. Potem przechodzi się przez bramki obok stanowiska ochrony i czeka się przed wejściami na magazyn. Większość pracowników, poza wyjątkami może przebywać na terenie dopiero na 5 minut przed rozpoczęciem zmiany. Wszyscy obowiązkowo odbijają się na zegarze i gnają na swoje działy. Dojście na mój dział zajmuje bardzo szybkim krokiem jakieś 3 minuty.

Amazon udaje najbezpieczniejszy zakład pracy w Polsce, wszechobecne są reguły bezpieczeństwa. Jest pilnowane nawet to, czy pracownicy trzymają się poręczy na schodach. Za wszelkie odstępstwa wyciągane są konsekwencje. Amazon zapewnia darmową wodę, kawę/herbatę z automatów, obiad za 1 zł w kantynie głównej.

Obiad je się zazwyczaj na najdłuższej, darmowej półgodzinnej przerwie. Czasami lepsze, czasami gorsze. Nic specjalnego. Wiele osób po tych obiadach ma niestrawności żołądkowe. Gdybym miał płacić za nie więcej niż 1 zł, to bym ich nie jadł. Jeśli ktoś chce na przerwie odwiedzić toaletę, zjeść obiad, zapalić i jeszcze zabrać z szafki telefon, to musi się nieźle nabiegać. Jest się pod ciągłą kontrolą kamer, przełożonych i przede wszystkim mitycznego systemu. Pracownicy nie mają pojęcia jak on działa, jakie są algorytmy. Można skontrolować wszystko. Konkretny czas pracy, kiedy i ile się robiło”.

„Praca sezonowa” to z jednej strony potrzebna książka, z drugiej jednak pewnego rodzaju cosplay magazyniera, jak, z konieczności, właściwie wszystkie reportaże wcieleniowe. Teoretycznie wiemy, że Heike Geissler podjęła pracę w Amazonie, bo po prostu potrzebowała pieniędzy. W praktyce – jestem przekonana, że bardzo szybko w jej głowie powstała myśl o napisaniu tekstu lub książki na temat przeżytych tam doświadczeń. Cóż, udało się.

Dlatego dużo bardziej chciałabym przeczytać autentyczny głos pracowniczy z biedniejszego kraju, takiego jak Polska czy Rumunia – głos człowieka, dla którego pozostanie w Amazonie (czy innej tego typu firmie) jest być albo nie być. Ale, niespodzianka, pracownicy magazynów nie mają czasu na pisanie książek.

Magdalena Okraska

Heike Geissler, Praca sezonowa, wyd. Czarne, Wołowiec 2020, s. 176.

Magdalena Okraska: Osiedla oddane walkowerem

Magdalena Okraska: Osiedla oddane walkowerem

Prawica nie musiała „kraść” osiedli ani narracji o nich – ona była tam już wcześniej.

W Polsce właściwie nie można napisać książki, która nie zostałaby przez czytelników i recenzentów odbudowana setkami wyjaśnień i interpretacji. Mam na myśli także te o modnym od kilku lat tle społecznym. Lewicowi komentatorzy chcą dzielić książki na „ważne” i „istotne”, a niewygodne przemilczać. A Wojciech Mucha napisał po prostu powieść o Polsce – nie eseje, nie felietony, nie reportaż, nie „zabawne” impresje zza okna PKS-u. Napisał książkę o krakowskich osiedlach, na których się wychował, o stadionach, na które chodził z innymi ultrasami Cracovii, o polskich chłopakach i polskich rodzinach. „Miasto noży” to jedna z najlepszych powieści o prawdziwej, nie-wyobrażonej Polsce ostatnich dekad. Nie science fiction o tym, „co by było, gdyby PRL nie upadł”, nie eksperymenty językowe i fabularne spod znaku małych literackich wydawnictw. Mucha proponuje nam kilkuwątkową, uczciwą, bardzo sprawnie napisaną powieść na temat nie poruszany zbyt często – kim są i jak żyją/żyli mieszkańcy osiedli odległych od centrum. Pisze czule, uczciwie, bez wybielania i przekłamań. Lewica książkę przemilczała, bo opowiada ona przecież o „kibolach”. Krakowskie wydanie „Gazety Wyborczej” nazwało ją „niebezpieczną”.

Lewica i liberałowie lubią sobie pochlebiać, że „przegrali w walce o zwykłego człowieka”. Nie, oni nawet nie stanęli w jej szranki, nawet nie podjęli rękawicy. Przyświecała im mieszanina strachu, obrzydzenia i dystansu – tego mentalnego i tego przestrzennego. Od kilku lat pojawia się powierzchowna moda na „zrozumienie”, a przynajmniej reporterski opis rzeczywistości potransformacyjnej, rzeczywistości ludzi z opustoszałych PGR-ów, małych miasteczek, gdzie zlikwidowano jedyny zakład. Jak każda moda, także i ta niebawem przeminie. I prawdopodobnie nigdy nie dotknie tematu miejskich osiedli, chociaż wszędzie jest jakiś „Manhattan”, „Meksyk”, „Brooklyn” czy po prostu „wieżowce”, i tam także mieszkają ludzie, z którymi po 1989 r. coś (niedobrego) się działo.

Wojciech Mucha był w latach 2003-2011 gniazdowym Cracovii i taką informację o sobie zamieszcza nawet w biogramie na skrzydełku książki, co natychmiast zaskarbiło mu moją sympatię. Gniazdowy to osoba, która kieruje dopingiem podczas meczu na trybunie tzw. fanatycznych kibiców (a książka pokazuje, jak dęty i niezgodny ze stanem faktycznym jest język inteligenckiego mówienia o piłce – kibice mają własny). Wie zatem, o czym pisze, ale to żadną miarą nie jest książka o piłce nożnej czy, szerzej, sporcie. To przede wszystkim powieść o tym, jak w naturalny sposób środowisko i warunki bytowe kształtują nas wedle jedynego dostępnego wzorca i popychają w jedynym możliwym kierunku. Mamy chłopaków z bloków – Małpę, Browarnika, Kikiego. Kilkunastolatków, którzy uciekają z ciasnych klitek swoich pokoi w wieżowcach (jeśli mają szczęście mieć własny pokój), nie po drodze im do szkoły, a o ciarki zażenowania przyprawia ich konieczność dłuższej rozmowy z rodzicami. W wieku nastoletnim każdy chce wychodzić czy uciekać z domu. Ale tutaj chłopcy nie ujadą daleko. Ich pasji nie zagospodaruje kółko zainteresowań w liceum (mało kto stamtąd w ogóle do liceum chodzi), biblioteka ani krakowskie puby dla artystów czy kino. Zagospodarują je klatka, ławka przed blokiem, schodki i stadion. I grupa rówieśnicza, która ma się bezwzględnie wspierać, popijać razem pierwsze piwa, marzyć o dziewczynach i kibicować swoim barwom. Piętnastoletni kibic stojący przed klatką na Prądniku Białym nie „dokonał wyboru”, jak chcą wierzyć liberałowie i inteligenci, dla których życie to perpetuum mobile własnej sprawczości i rzuconych z boku kół ratunkowych, w sposób naturalny pojawiających się przez całe życie. Urodził się w określonych warunkach i w nich trwa. Sam Mucha mówi o tym zresztą w ciekawym wywiadzie dla Telewizji Republika: „Ludzie z bloków patrzyli na elity III RP jak przez lustro weneckie. Te elity ich zwyczajnie nie widziały, uważały istnienie tych ludzi za zbędne. Mieli siedzieć w bloku na 30 metrach, włączyć »Ekstradycję« albo Disco Relax i tam sobie zdechnąć. Jeśli masz mieszkanie, które ma 30 metrów i tam żyje sześć osób z czterech pokoleń, od babci, która ma 100 lat i pamięta I wojnę światową po dziecko siostry, które ma 3 miesiące, to nie będziesz tam siedział, tylko uciekał na klatkę schodową czy na ławkę”.

Środowiska kibicowskie nie mają w „lepszych” sferach dobrej prasy. Kojarzą się z przemocą, nacjonalizmem, chamstwem i głupotą, a poważne kibicowanie swojej drużynie jest pogardliwie określane terminem „kibol”, słowem, którego kibice w stosunku do samych siebie nie używają. „Kibol” oznacza bijatykę, strach, przemoc, często też głupotę. Lepiej trzymać się od niego z daleka. Szukając w mediach internetowych dominującej narracji na ich temat – choć przecież przeczuwałam, jaka będzie – natknęłam się wyłącznie na pogardliwie sformułowane newsy, w których kibice są przedstawiani jako tępa masa i tłuszcza, albo na pseudosocjologiczne opisy czy reportaże wcieleniowe (pewna pani pojechała na wyjazd z duszą na ramieniu, by potem opisać dla jakiegoś czasopisma wybite zęby). Narracja „zdrowej tkanki społecznej” na temat grup defaworyzowanych jest zawsze narracją zewnętrzną, chłodną, a przy tym wrogą.

Mucha pisze tymczasem o osiedlach z czułością, ale bez złudzeń: „Nie cierpiał klinów, kojarzyły mu się z alkoholikami, na trzy zmiany szturmującymi osiedlowy monopolowy U Żyda. Z bezrobotnymi o drgających rękach i gardłach, wystającymi przy stołach zadaszonych falistym plastikiem i obłożonych pociętą ceratą. Od rana przepijali tak zasiłki i odprawy między innymi pracownicy sprywatyzowanej i likwidowanej Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego. Za »bezrobocie« – śmieszne trzysta dwadzieścia pięć tysięcy złotych miesięcznie – nabierali opuchlizny, wystając przy flaszkach z Okocimiem O.K i puszkach EB. Dzielili się relacjami z pośredniaka, po czym wracali rozkładać ręce przed żonami i dziećmi. Po nich, po uprzednim obejściu osiedlowych piwnic i śmietników, przychodzili złomiarze. W zależności od tego, czy udało im się znaleźć nagrzewnicę do piecyka, żeliwną wannę czy jedynie makulaturę, raczyli się piwem, wódką lub jedynie »węglówką« – wyrabianą w osiedlowej melinie berbeluchą, powstałą ze zmieszania kranówki i royala. – Smakuje jak rzygi i śmierdzi jak kał – mówili. I pili”.

Bo jednym z głównych bohaterów powieści Muchy jest alkohol. Przezroczysty w polskiej kulturze biesiadnej, wszechobecny we wszystkich klasach społecznych – staje się jednak pretekstem do wytykania palcami tych, dla których bywa ostatnią deską ratunku. Gdy inteligent „raczy się” kieliszeczkiem (czy połową litra, bez różnicy), mężczyzna z osiedla „chla”, obojętnie czy w swoim mieszkaniu, czy pod sklepem. Narracja dotycząca popadania w nałogi czy też po prostu używania napojów procentowych jest zawsze niekorzystna dla klas ludowych. To one „zalewają się w trupa”, „wydadzą ostatnie grosze na wódkę”, a potem „leżą zamroczone”. Mucha przedstawia za to alkohol jako zwykłego towarzysza polskiej biedy, słabych warunków, ale także spotkań, interesów, zabawy czy wspólnego smutku. „Miasto noży” pełne jest pięćdziesiątek, ciepłych piw, butelek finlandii i domorosłych trunków. Autor mocno podkreśla też tragizm postaci potransformacyjnych ojców rodzin (akcja powieści dzieje się w 1997 r., czyli w okresie zamykania zakładów pracy i ogromnej fali bezrobocia), którzy nie mają już pracy, pieniędzy, autorytetu ani perspektyw, i często ich jedynym przyjacielem staje się alkohol. Mucha ich rozumie, przedstawia ze spokojem i w zniuansowany sposób, wspaniale maluje też konflikty wewnątrzrodzinne.

Tragiczne i z czułością opisane są także postaci matek, chociaż to już obraz w polskiej literaturze znany. Te zmęczone kobiety w fartuchach z poliestru i przydeptanych kapciach, osiwiałe z troski o rodzinę, uważające kotlety schabowe za remedium na każdy problem, pochylone nad szyciem, krzyżówkami, obieraniem ziemniaków – to widok wszystkim nam znany. Ale nigdy za mało pisania o tych cichych bohaterkach, które podejmują liczne i nieraz rozpaczliwe próby scalenia rodziny. Tak jest i u Muchy, który nie ucieka także przed opisem warunków mieszkaniowych i bytowych panujących na osiedlach: „Małpa ze zdumieniem odkrył, że mieszkańcy spokojniejszych pięter tego strasznego bloku chowali się za wysokimi kratami lub grubą blachą. Miało to chronić ich przed złodziejską ferajną, wykwaterowaną tu z wyburzonych na Kazimierzu kamienic […] Ruch na klatce bywał tu jak na Tandecie w niedzielne przedpołudnie. Nie szło poznać, kto jest lokatorem, kto pomieszkuje, kto »tylko wpadł« na kilka dni, a kto czai się pod klatką na frajerów”.

Albo: „Nikt nie zwracał uwagi na awantury takie, jak tocząca się w tej chwili pomiędzy rodzicami Małpy, bo były one codziennością. Mężowie wciąż wyładowywali tu na żonach frustracje spowodowane pracą lub ciągłym bezrobociem, a matki odpierały ataki nastolatków za brak kieszonkowego i skargi mężów na liche posiłki. […] Sąsiedzi nie reagowali więc albo wcale, albo – tak jak teraz – bezsensownym waleniem po rurach, tym sąsiedzkim morsem, którym i tak nikt się nie przejmował. Owszem, zdarzało się, choć rzadko, że wkładano w drzwi konfidencjonalną kartkę z wykaligrafowanym anonimem w stylu: »Proszę przestać bić dzieci« lub »Pani mąż znów awanturuje się pod klatką«, ewentualnie »Syn ćpa wieczorami. Proszę bardziej dbać o rodzinę«. […] Blok Małpy naprawdę się nie wyróżniał”.

Wojciech Mucha bardzo dokładnie i obrazowo przedstawia mapę Krakowa oczami tych, którzy mieszkają z dala od rynku i pojawiają się na nim najwyżej raz w miesiącu. W powieści mamy mnóstwo detali – opisy wyglądu ulic i bloków, tras autobusowych, wnętrz lokalnych mordowni i blaszanych budek z kurczakiem. Przede wszystkim jednak autor przedstawia wizję odległych od centrum osiedli jako odrębnych krwiobiegów, które centrum właściwie nie potrzebują i którymi ono pogardza. Mucha pieczołowicie przywołuje ich nazwy i szczegóły o nich, by dokonać pierwszego opisania Krakowa z tej perspektywy – Azory, Prądnik, Złotej Jesieni, Ruczaj, Piaski. Autor rozumie, że opowieść o ludziach nie istnieje w oderwaniu od opowieści o przestrzeni, która ich zrodziła i podtrzymuje przy życiu. Mucha zresztą wspaniale bawi się topograficznymi opisami Krakowa, czytanie książki tak mocno usadowionej w konkretnej przestrzeni to ogromna przyjemność.

„Miasto noży” to także opis świata przestępczego – ciemnych interesów, zapuszczonych barów, gdzie nad porcją żurku wymienia się informacje o dostawach narkotyków i pieniądze do przeprania. To historia o tym, że środowiskiem kibicowskim, ale i po prostu ubogimi, szukającymi zajęcia dla rąk i głowy chłopakami, nader szybko zainteresuje się półświatek, i to z tych twardych. I prędko znajdzie im coś do roboty. Nie należy jednak czytać „Miasta…” jako powieści sensacyjnej. To przede wszystkim przejmujący obraz życia osiedli, tych społecznych „dołów” (musimy wytworzyć inny, nowy język opisu rzeczywistości ubóstwa, bo posługujemy się albo tym z kronik policyjnych, albo z liberalnych salonów), które dla „lepszych” są tylko cyferkami w statystykach lokalnego MOPS-u.

Wojciech Mucha jest dziennikarzem „Gazety Polskiej” i „Frondy”. Na wojnie polsko-polskiej to wystarczy, by jego książka nie była brana pod uwagę w liberalnej debacie o „kibolach” i grupach defaworyzowanych ekonomicznie – oczywiście gdyby taka debata w ogóle się toczyła, bo liberałowie mają co innego na głowie. Mimo wszystko – szkoda. Książkę Muchy należy przeczytać uważnie i wyciągnąć z niej wnioski. Lewica i salon nie zrobią tego, jak się obawiam, nawet wtedy, gdy wybory parlamentarne wygra Konfederacja.

Magdalena Okraska

Kto może spędzić apokalipsę w domu?

Kto może spędzić apokalipsę w domu?

Gdy przed trzema tygodniami zamknięto szkoły i przedszkola oraz wprowadzono pierwsze ograniczenia dotyczące poruszania się poza domem, część osób odetchnęła z ulgą. Wreszcie mogły uzyskać możliwość pracy w dawno wymarzonym trybie home office, na który wcześniej szef nie chciał się zgodzić. Teraz jak znalazł pojawiła się wymówka – epidemia. Media społecznościowe zalewają zabawne zdjęcia z pracy zdalnej z domu, zakłócanej przez koty, psy i dzieci. Trwa dyskusja o tym, kto miał ładniejsze tło za plecami, gdy występował jako zdalny komentator przez skype’a. Na stronach internetowych lewicowych portali pojawiają się wyliczanki: „Dziesięć rzeczy, które można robić, gdy nie da się wyjść z domu”, „Dwadzieścia seriali do nadrobienia”. Facebooka zalewają memy, jak to ktoś nawet nie zauważył apokalipsy, bo i tak jego tryb pracy pozwalał mu siedzieć na co dzień w mieszkaniu, nie stykać się z ludźmi i oglądać w kółko seriale. Wraz z rozwojem epidemii i postępem izolacji pojawiły się rady psychologów – co robić, jak myśleć, żeby nie zwariować w zamknięciu.

Tymczasem możliwość pozostania w czterech ścianach i wykonywania zdalnie swoich zawodowych obowiązków jest determinowana – jak wszystko – przez pozycję klasową. Wielkie zakłady pracy i centra logistyczne nadal pracują, przynajmniej w Polsce. Codziennie przewijają się przez nie setki i tysiące ludzi, narażając własne zdrowie i życie, mimo że ich praca jest dla walki z epidemią niekonieczna. Dlaczego to zatem robią? Po pierwsze – nie mają wyjścia; rezygnacja z pracy w sytuacji zagrożenia nadciągającym spowolnieniem gospodarczym to samobójstwo, wolą zatem chodzić do roboty i ze strachem „przeczekać”. Po drugie – muszą pracować, by podtrzymać funkcjonowanie kapitalizmu w jedynej słusznej wersji. Tej, która molochom daje zyski, straty uspołecznia, a uprzywilejowanym dostarcza pod drzwi cieplutkie jedzenie i książki oraz gry planszowe dla zabicia nudy. Ktoś musi pozostać na zewnątrz, pomimo zapewnień, że „to bardzo niebezpieczne”, by ktoś inny mógł przeczekać apokalipsę bezpiecznie w domu. Tak, jakby niektórym złośliwy wirus miał zupełnie nie szkodzić.

Ostatnio internet obiegły zabawne w swoim założeniu obrazki, przedstawiające realizację hasła „pracuj z domu” w kontekście tego, jak wyglądałoby to w wielu profesjach. Mamy zatem na przykład budowlańca, który siedzi w pokoju obok betoniarki. To prawda, tylko niewielka część pracowników może pozwolić sobie na zabranie swoich zadań do domu. Jak mają z mieszkania pracować leśnik czy sprzedawczyni? Nie wszystko da się też wykonać online, nawet w przypadku niektórych prac biurowych, na co wskazuje przypadek ZUS-u, dysponującego obecnie tylko jedną trzecią obsady, ponieważ zatrudnione tam pracownice nie mogą zainstalować oprogramowania na swoich komputerach domowych, gdyż jest to łamanie tajemnicy państwowej. Tak, nie każdy ma luksus pozostania w domu – albo może tam pozostać, jeśli zrezygnuje z pracy. Jednocześnie wiadomo już, że dziurawa tarcza antykryzysowa nie pomoże prawie wcale tym, którzy zdecydowaliby się na taki krok.

Podział jest zatem prosty – uprzywilejowani zostają w domach i stamtąd pracują zdalnie, nie tracąc przy tym zatrudnienia ani dochodów. Nieuprzywilejowani zostają „na zewnątrz”, by dostarczać im pizzę, pakować ich zamówienia na książki, dezynfekować przystanki komunikacji miejskiej czy prowadzić autobusy. Poza domem przebywają czasami po kilkanaście godzin na dobę kasjerki z dyskontów i hipermarketów – ich praca stała się nagle wręcz zawodem zaufania publicznego, w dodatku jej godziny wydłużono i dołożono im nowe obowiązki (m.in. dezynfekcję koszyków zakupowych). W sytuacji epidemii kapitalizm jeszcze wyraźniej obnaża swoją brutalną twarz z ciągle ostrymi zębami. Ci „na zewnątrz” muszą tam pozostać w imię zarobienia na własną miskę ryżu, ale i w imię podtrzymania w tych, którzy zamknęli się w domach, iluzji, że wszystko wokół toczy się z grubsza normalnie.

Pod hasłem „dbania o bezpieczeństwo” (czyje?) osoby zamknięte w domach zamawiają online coraz więcej przedmiotów, a sprzedaż przez internet do tego stopnia zwiększyła zasięgi, że Amazon rekrutuje nowych pracowników do swoich centrów logistycznych. To wszystko pokłosie bezrefleksyjnego podejścia do zachęt, by za wszelką cenę pozostać w mieszkaniach i jak najrzadziej je opuszczać, a wszystko, co konieczne, zamawiać w sieci. Cóż, jak się okazało, ludzie mający sporo czasu i (nadal jeszcze) pieniędzy będą zamawiali także rzeczy niekonieczne, wręcz zbytkowne, w ogóle nie poświęcając namysłu sytuacji pakowaczki czy kuriera, którzy w takich warunkach będą im to na wyścigi dostarczać, zaopatrzeni przez pracodawcę jedynie w symboliczne maski i nieliczne pary rękawiczek. Dyskusje internetowe tych zabunkrowanych szczęśliwie w domach ogniskują się wokół tego, jak najlepiej zadbać o własne bezpieczeństwo. Jest w tym także trochę przesady i mody – pojawiły się już maseczki w postacie z komiksów, szyte przez „małe lokalne firmy”. Nie jest jasne, gdzie się w takiej maseczce pokazać, poza zdjęciem na instagramie. Maseczka ma zapewnić bezpieczeństwo noszącemu, ale, zanim się to wydarzy, przez morowe powietrze musi przenieść ją kurier.

Ogłaszane są pospolite ruszenia – kupujmy jak najwięcej od lokalnych piekarni i kawiarni, zamawiajmy jedzenie do domu, bo nakaz zamknięcia lokali gastronomicznych uderzył restauratorów po kieszeni. Wspierajmy małe pracownie artystyczne, kupujmy książki, figurki, wazoniki. Szlachetne pobudki szybko zmieniają się w festiwal zamawiania – skoro już siedzimy w domu, to może nowy telefon, bo jest w końcu czas przejrzeć oferty? Może rower stacjonarny, żeby nie zgnuśnieć? Może kolejna paka książek i gra planszowa na dłużące się wieczory? Kapitalizm uczynił z nas konsumentów doskonałych. Tańczymy na Titanicu, póki grają, i rozrzucamy wokół pieniądze, w dodatku przekonani o swoich szlachetnych motywacjach. Przecież tylko pomagamy pizzerii z dzielnicy, prawda?

Tu nie ma złotego środka – konsumenci mają ochotę na pizzę, książkę, nowy telefon, albo po prostu chcą zrobić zakupy spożywcze online (ale w sklepach jest przecież jeszcze wiele towarów i trup się tam wcale nie ścieli gęsto od wejścia), biznesy chcą przetrwać, więc zrobią wiele, by dostarczyć, donieść i dowieźć, kosztem wzmożonej pracy i bezpieczeństwa pracowników. Wydaje się, że jest trochę tak, jakby niektórym wirus miał mniej szkodzić, jakby zawód kuriera czy listonosza, na których każdy miliony razy pomstuje w zwyczajnych czasach, miał być zawodem pierwszej linii, wręcz koniecznym do przetrwania.

Gdy nadejdzie prawdziwa mortal kombat (to jeszcze nie teraz), przetrwają najsilniejsi. Kłopot w tym, że nie będą musieli walczyć. „Siła” oznacza zawsze pieniądze i pozycję, które pozwalają jak najdłużej eliminować siebie z listy narażonych.

Hasło „stay the fuck home” to w tym świetle ponury żart. Nie jesteśmy solidarni z innymi pracownikami, póki otwarte są centra Amazona, a dyskonty wydłużają swoje godziny pracy. Idziemy ręka w rękę z kapitałem.

Magdalena Okraska

PS. Autorka pracuje między innymi jako pracownica sklepu internetowego i przebywa kilka razy w tygodniu „na zewnątrz”, by dostarczyć paczki na pocztę.

Dr Piotr Ostrowski: Dziurawa tarcza antykryzysowa

Dr Piotr Ostrowski: Dziurawa tarcza antykryzysowa

O założeniach „tarczy antykryzysowej” przyjętej przez rząd z powodu pandemii koronawirusa rozmawiamy z dr. Piotrem Ostrowskim, wiceprzewodniczącym OPZZ.

Kogo wspierają założenia tarczy antykryzysowej? Stanowisko OPZZ rozkłada na czynniki pierwsze i krytykuje ten pakiet – to, że środki pochodzą z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, a także wysokość tych dofinansowań. Co jest nie tak z tarczą?

Piotr Ostrowski: Pierwsza, podstawowa uwaga – pakiet jest za mało ambitny. W obecnej sytuacji, gdy docierają do nas informacje, że setki pracowników już zostały pozbawione pracy, że wiele zakładów jest w przestoju, a inne obawiają się, że przestój nastąpi w ciągu najbliższych dni, musimy wykonać naprawdę bardzo odważne działania, aby podtrzymać funkcjonowanie tych miejsc pracy. Tworzenie tego typu rozwiązań, które zostały wprowadzone do tarczy antykryzysowej, jest zdecydowanie niewystarczające. One niczego nie naprawią, to zasłona dymna, może gra na czas, na to, że epidemia szybko minie i wrócimy do normalności. Na razie nic na to nie wskazuje, więc rząd musi podjąć dużo bardziej aktywne i odważne działania, związane głównie z przygotowaniem solidnego zastrzyku pieniędzy – miliardów dla pracowników. To w tej chwili rozwiązanie absolutnie podstawowe.

Proponowane dofinansowania wynagrodzeń są procentowo bardzo niskie – 40, 50, czasami 80% wynagrodzenia minimalnego, które w Polsce jest przecież niewysokie.

P. O.: To wsparcie jest bardzo niskie. Możemy je podzielić na dwie sytuacje: na sytuację postojowego i na sytuację obniżenia obrotów. Przy obniżeniu obrotów ma zastosowanie klauzula o ochronie miejsc pracy – to jest zakład, który nie jest w przestoju, nadal funkcjonuje, ale ma znacząco obniżone obroty. W przypadku postojowego redukcje wynagrodzeń są wyższe, a w przypadku obniżenia obrotów nie aż tak radykalne. Ale w dalszym ciągu mówimy tu o zmniejszeniu dochodów pracowników, a musimy zrobić wszystko, aby je utrzymać na niezmienionym poziomie. Stanowisko OPZZ przedstawia tę sprawę bardzo jasno: 100% wynagrodzenia.

Co z osobami na umowach cywilno-prawnych, czyli tzw. śmieciowych? Ile one miałyby od rządu dostać?

P. O.: To ma być pomoc jednorazowa. W bardzo niesprecyzowanych sformułowaniach mówiło się, że takie osoby mogłyby występować o drugą transzę pomocy w wysokości 80% minimalnego wynagrodzenia Osoba na zleceniu zatem otrzymałaby jednorazowo 2080 zł brutto. Gdyby jej sytuacja się nie poprawiała, decyzją prezesa Zakładu Ubezpieczeń Społecznych mogłaby otrzymać drugie wsparcie tej samej wysokości. Docelowo więc możemy mówić o wsparciu rzędu 4160 zł brutto, ale w projekcie z 25 marca, głosowanym w nocy z 27 na 28 marca, nie ma już tego zapisu o jednorazowej pomocy i drugiej od prezes ZUS. Rada Ministrów może przyznawać dodatkowe wsparcie, jeśli sytuacja będzie tego wymagała.

Wsparcie ma zaczynać się od kwietnia, więc nie ma obejmować marca, gdy część osób już nie pracowała.

P. O.: Czy to będzie nawet od kwietnia, jeszcze nie wiemy. To wszystko dobrze wygląda na papierze. Musimy pamiętać, jakie są realia. Jest dwóch operatorów wypłat – to ZUS w przypadku osób mających umowę o pracę (czyli mówimy tu o wspomnianej sytuacji przestoju lub zmniejszenia obrotów), a pozostałe przypadki, czyli pomoc dla mikrofirm, dla samozatrudnionych i osób na umowach cywilno-prawnych, mają podlegać powiatowym urzędom pracy. Mamy więc dwóch różnych operatorów, którzy mają do dyspozycji środki dwóch funduszy – Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych i Funduszu Pracy. I dwie instytucje – ZUS i urzędy pracy. One jeszcze przed stanem epidemii były przeciążone pracą. Możemy sobie dywagować, że „mają szybko nastąpić wypłaty”, przyjmowanie i weryfikacja wniosków itp. Ale w tej chwili obsada ZUS to około jedna trzecia zwykłego stanu pracowników. Część z nich opiekuje się dziećmi, które nie chodzą do przedszkola czy szkoły, część pracuje zdalnie, ale taka praca w przypadku ZUS jest utrudniona, ponieważ systemy, na których zakład pracuje, funkcjonują wyłącznie na komputerach stacjonarnych w biurach. Pracownicy nie mogą zabrać komputerów do domu, bo pojawia się kwestia danych osobowych, bezpieczeństwa państwa – to są dane wrażliwe. Systemy musiałyby być zainstalowane na prywatnych komputerach w domu, a tego nikt nie zrobił. Pracownik ZUS-u nie może pracować z domu, zatem wypłaty w kwietniu to bardzo optymistyczna prognoza. W poniedziałek 23 marca przysłuchiwałem się telekonferencji, w której uczestniczyła pani prezes ZUS-u i bardzo optymistycznie o tym mówiła – że ZUS będzie operatorem itp. Moje pytanie brzmi – czy rzeczywiście tak będzie, czy dadzą w obecnej sytuacji radę? To jest podobna sprawa, jak w przypadku systemu ochrony zdrowia. To, że mamy teraz epidemię koronawirusa, nie oznacza, że ludzie nie chorują na inne choroby, więc system musi podołać podwójnemu wyzwaniu – z jednej strony leczyć schorzenia, które ludzie mają niezależnie od epidemii, a dodatkowo koronawirusa. Tak samo będzie z urzędami pracy i ZUS-em. Będą musiały wykonać dodatkową pracę w bardzo okrojonym składzie. Czy dadzą radę wypłacić pomoc w kwietniu? Nie jestem optymistą. To muszą zrobić ludzie, których na razie nie ma. A nie zapominajmy, że ani ta, ani poprzednie ekipy rządowe raczej nie dbały o to, by zasoby kadrowe w usługach publicznych, m.in. w administracji, były liczne.

Jednym z „groźnych” postulatów tarczy antykryzysowej jest uelastycznienie stosunku pracy, czyli np. zakłócenie odpoczynku dobowego.

P. O.: Jako OPZZ zupełnie tego nie rozumiemy. Możemy sobie wyobrażać, że niektóre branże dotknie poważny kryzys i przestój, ale inne nie – np. sklepy internetowe mają w tej chwili wielki boom. Jeśli już dobowy albo tygodniowy wymiar odpoczynku ma być zmniejszony, to naszym zdaniem powinno się to odbywać za zgodą zakładowej organizacji związkowej. Nie wyobrażamy sobie sytuacji, w której pracodawca będzie jednostronnie zmieniał tego typu warunki. Jednak w przypadku antykryzysowej reakcji na sytuację postojowego czy obniżonych obrotów przewiduje się konsultacje ze stroną społeczną, a w przypadku zmniejszenia dobowego i tygodniowego wymiaru odpoczynku – projekt ustawy tego początkowo nie przewidywał. Ostateczny kształt ustawy już to ujmuje. Nie przewiduje sytuacji, gdy wprowadza się zmiany bez uzgodnienia ze związkami zawodowymi.

Wszystkie te pomysły, gdy im się bliżej przyjrzeć, są dość niepokojące. Na początku był wielki entuzjazm, że państwo w ogóle coś zamierza zrobić i zająć się sytuacją ogółu pracowników, nie tylko tych zatrudnionych na podstawie umów o pracę. Ale teraz widać, że to i małe pieniądze, i nie wiadomo kiedy, i otwarcie tylnych drzwi dla „uelastycznień”, czyli pogorszenia warunków zatrudnienia.

P. O.: Mam obawy, może panikuję i przemawia przeze mnie czarnowidztwo, ale obawiam się, że wprowadzenie w życie tego typu rozwiązań i ich funkcjonowanie nawet przez jakiś czas – kilka tygodni, dwa-trzy miesiące – czyli ich wejście w krwiobieg systemu stosunków pracy może spowodować, że ktoś wpadnie w pewnym momencie na pomysł, że one „nie są wcale takie złe” i że może powinniśmy je na stałe wprowadzić. Kilka lat temu czytałem „Doktrynę szoku” Naomi Klein i jakoś mi się ta lektura przypomina w ostatnim czasie.

Kolejny element pakietu to likwidacja płacenia składek na ZUS przez trzy miesiące. Pracownicy zapłacą za to w przyszłości niższymi emeryturami.

P. O.: Pierwotny pomysł rządu polegał na zawieszeniu składek. Od razu jednak środowiska biznesowe zaczęły lamentować – no jak to, tylko zawieszenie, kiedyś trzeba będzie to spłacać. Moim zdaniem tu rząd powiedział „a”, ale nie powiedział „b” – mógł przecież rozłożyć składki na raty, na dłuższy okres, jeżeli to dla części firm stanowi taki problem. Natychmiast w sukurs rządowi przyszedł prezydent Duda, który powiedział, że to nie będzie zawieszenie, lecz zwolnienie – z czym my jako związek nie możemy się zgodzić, bo będzie to oznaczało zmniejszenie wpływów do funduszu ubezpieczeń społecznych i odbędzie się to kosztem pracowników. Prezydent tym stwierdzeniem zaszkodził pracownikom, a rząd to bardzo szybko podchwycił.

Czyli na wirusie tak naprawdę najbardziej stracą pracownicy.

P. O.: Wszystko na to wskazuje. Straty będą, koszty będą, i widać wyraźnie, że rząd chce jak najwięcej przerzucić na pracowników. Warto wspomnieć jeszcze o źródłach finansowania tarczy, czyli o tych dwóch funduszach – FGŚP i Funduszu Pracy. Gdy rząd ogłaszał tarczę antykryzysową, przedstawił piękną kwotę – 212 mld złotych. Taka suma powala na kolana. Kto by nie chciał połowy rocznego budżetu państwa na walkę z kryzysem? Ale potem ten pozytywny przekaz został nieco stępiony. Po pierwsze, eksperci mówili, że zdecydowana większość to są gwarancje, więc mówimy tu tylko o około 60 mld „żywej” gotówki. Przystępując kilka dni temu do czytania ustawy miałem z tyłu głowy świadomość tego, że odnajdę w niej gdzieś te dodatkowe miliardy z budżetu państwa. Mój entuzjazm strona po stronie topniał. Gdy doszedłem do kluczowych artykułów mówiących o tym, skąd te środki na pomoc dla pracowników i osób na umowach śmieciowych mają się brać, to zobaczyłem, że to ma być wzięte z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych i z Funduszu Pracy. Nie ma w tym projekcie ustawy żadnych innych dodatkowych środków. OPZZ od dwóch lat systematycznie mówi o tym, że te fundusze były już wcześniej drenowane przez rząd, który fundował pewne, bądź co bądź ważne, wsparcie finansowe właśnie z tych funduszy, co jednak było niezgodne z ich przeznaczeniem. Zamiast tworzyć osobne fundusze celowe na rzecz chociażby wsparcia dla lekarzy rezydentów czy na wsparcie dla pracowników młodocianych, brał środki z istniejących źródeł, które miały służyć czemuś innemu. Jako związki zawodowe mówiliśmy od początku, że nie wolno tego robić. Te fundusze są stworzone w innym celu. Może pojawić się moment, gdy wzrośnie liczba bezrobotnych i będzie potrzeba wypłaty zasiłków, które i tak w Polsce są bardzo niskie. Może więc warto podwyższyć zasiłki dla bezrobotnych w tej chwili, gdy bezrobocie jest relatywnie niższe, aby potem mieć lepszy punkt startu w sytuacji obniżonej koniunktury. Rząd się z tego śmiał – albo nabierał wody w usta, albo opowiadał, że koniunktura jest tak dobra, że nie ma takiej potrzeby. Przyszedł czas koronawirusa i rząd sięga po te fundusze, nie dając nic dodatkowego. Podczas wideokonferencji minister Emilewicz mówiła, że będzie rozmawiać z ministrem finansów, aby przekazał jakieś dodatkowe środki. Być może przekaże – ale to jest wszystko gdybanie. To w tym momencie pracowników nie powinno interesować. Rząd powinien być pewien tego, że ma te środki przygotowane i uspokaja sytuację na rynku pracy, mówiąc „Podtrzymamy standard życia na zwykłym poziomie, abyście nawet nie dostrzegli różnicy”. Opierając to na dwóch funduszach, wydrenowanych wcześniej, rząd tak naprawdę naraża obywateli na bezrobocie, biedę, nierówności społeczne, i jest to bardzo niebezpieczne. To główny przekaz, który płynie z lektury ustawy o tarczy antykryzysowej – wbrew temu, co mówi rząd, tu nie ma żadnych dodatkowych pieniędzy. A oczekiwalibyśmy, wzorem innych krajów, solidnego wsparcia z innych środków budżetu państwa. Nie ulega wątpliwości, że kosztem zadłużenia, ale czas jest szczególny i w takich sytuacjach zadłużenie jest wskazane.

Warto dodać jako epilog wywiadu, będący jednocześnie prologiem do nowej doktryny szoku: głosami Zjednoczonej Prawicy i Koalicji Obywatelskiej uchwalono, że premier będzie mógł w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii odwoływać członków Rady Dialogu Społecznego. Jednym z powodów odwołania członka RDS przez premiera może być „sprzeniewierzenie się działaniom Rady” i doprowadzenie do „braku możliwości prowadzenia przejrzystego, merytorycznego i regularnego dialogu”.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Magdalena Okraska, 24.03.2020 r.

Wędrowny zakład stereotypizacji

Wędrowny zakład stereotypizacji

Autorka „Wędrownego zakładu fotograficznego” mówi nam w swojej fotograficznej podróży na „dziki wschód” Polski, że będzie się stara unikać przedzałożeń, stereotypów, ocen. Jest etnografką, interesuje ją kultura wiejska, a na samej wsi bywała jako dziecko – co może ją negatywnie zaskoczyć? Po czym, opisując odbywane spotkania, łamie większość swoich założeń metodologicznych i moralnych.

Pomysł na fotograficzną podróż po kraju, zwłaszcza tak dużym jak Polska, jest prosty, ale chwytliwy. Jeden van, jeden aparat, jedna kobieta. Agnieszka Pajączkowska chce przywrócić społeczną funkcjonalność roli fotografa objazdowego. Pragnie przyjeżdżać do przypadkowej wsi leżącej na szlaku swojej podróży, rozwieszać przed sklepem lub czyimś domem białe prześcieradło, i robić zdjęcia ludziom, którzy na co dzień nie są fotografowani. Drukuje je potem od razu na podręcznej drukarce i wręcza „zdjętym” osobom. Wspaniały pomysł na podróż i książkę, prawda? Wymagający otwartości, odwagi, wyjścia do rozmówców, odnalezienia się w byciu „nie u siebie”. A przede wszystkim – odwieszenia własnych oczekiwań na kołek.

Historia przez prawie czterysta stron książki toczy się w podobny, raz senny, raz chwytający za serce sposób – autorka kogoś spotyka, robi mu/jej zdjęcie, rozmawia albo nie, wypija oranżadę w sklepie wiejskim, obszczekuje ją pies itp., a wszystko to mamy podane w formie literackich miniatur. Jednak, moim zdaniem, wbrew deklaracjom, ta książka nie jest o Podlasiu, ludziach, o wsi. To jest książka o autorce dużo bardziej niż o kimkolwiek innym. Z każdej miniatury, opisu spotkania czy upalnego południa niedaleko granicy białoruskiej, jak spod rogu niedokładnie przybitej na wiejskim stole ceraty, wystaje wciąż i wciąż postać samej autorki. Jej oczekiwania, jej uczucia (zwłaszcza w kółko opisywany strach, dyskomfort, niesmak), poczynione przez nią obserwacje. Zdaniem jednych czyni to książkę osobistą, bo reporterka wychodzi daleko poza „byłam/widziałam”. Zdaniem moim – daje pole do skierowania strumienia uwagi na przeżywane przez nią trudne chwile. Bo autorka musi być na wsi. Musi przemieszczać się po okolicach, o których pisze na przykład tak: „Gdy miałam trzy lata, w Polsce wiele się zmieniło. Na fali transformacji moi rodzice kupili wiejskie gospodarstwo oddalone pięćdziesiąt kilometrów od naszego mieszkania na warszawskim Grochowie. To była typowa nijaka mazowiecka wieś. Chwilę wcześniej zlikwidowano w niej PGR, po którym zostały dwa szare bloki pełne zaskoczonych ludzi mających w zwyczaju wylewać ścieki do ogrodu warzywnego, zostały też długie, puste chlewy z pustaków oraz sklep otwierany w niedzielę tuż po trzynastej, by można było się napić po mszy”. Niby wszystko prawda, jednak tak podana, że nie widzimy „w głowie” po prostu mieszkańców zostawionych na pastwę losu przez trąbę powietrzną transformacji. Widzimy wykrzywione, zapijaczone gęby tłuszczy, która dziwi się, że jak to zamknęli PGR, i nie umie iść z duchem czasu. I to wszystko już na stronie dwunastej.

Jednocześnie autorka w części książki, w której opisuje swój namysł, założenia i przygotowania do projektu, gani Zofię Rydet, legendarną polską fotografkę, której zdjęcia z nieistniejących już wsi i przysiółków podziwia się do dziś. Gani ją i napomina za „nadużycie miejsko-klasowej przewagi”, „wejście z butami biednym ludziom do chałup” i „wykorzystanie fotografii jako narzędzia ich egzotyzowania”. Jest więc świadoma, że kobieta z Warszawy, z aparatem fotograficznym i pewną dozą wścibskości, niekoniecznie musi mieć moralne prawo do zdobywania psim swędem zdjęć i osobistych historii ludzi o dobrych sercach, nawet jeśli obuduje to szyldem „badania etnograficzne”. W książce są momenty, gdy tę bezlitosną miarę przykłada także do siebie, jednak takie konstatacje w żaden sposób nie zmieniają sposobu narracji, który jest męcząco gazetowyborczy, nieczuły, skupiony na podświadomym podkreślaniu „wad” wsi i mieszkańców, którzy wpuścili Pajączkowską do swoich domów (brak zębów, brud, muchy).

Mam coraz większy problem z samym założeniem pisania reportażu, by pokazać, że „gdzieś mają gorzej”, bo to ze swej natury czynność pozbawiona wymienności i wzajemności. Mimo że autorka „Wędrownego zakładu…” opracowała, wydawałoby się, idealny pomysł na wymianę – osoby opowiadające jej swoją historię dostają zdjęcie – to trudno jest podczas pisania o miejscu, gdzie było się raz i pewnie już nigdy nie będzie, wyzbyć się miejskiej maniery reporterskiej. Wiele tego rodzaju tekstów brzmi jak reportaże z „Dużego Formatu” z lat 1995-2013, zanim liberalne redakcje odkryły wrażliwość społeczną. Niby nic, niby piszemy przecież, by pomóc, nagłośnić, interweniować, ale ze strzępków zdań i sposobu prezentacji języka opisywanych bohaterów przebija poczucie nieadekwatności, chęć zaakcentowania śmieszności sytuacji, a nawet pogarda. To się czuje. Zawsze mdliło mnie przy czytaniu takich tekstów.

Zastanawiam się od lat, jak pisać reportaże, by nie uchybić prawdzie i nie uchybić bohaterom. Staram się stawiać ich w centralnym, honorowym miejscu opowieści – ich, a nie samą historię, która, przefiltrowana przez ogląd reportera, traci znamiona obiektywizmu, mimo że usiłuje rozpaczliwie udawać, iż tak nie jest. Reportaż gazetowy czy książkowy to chyba ostatnie pole twórczości pisarskiej, które podejrzewamy o rozmaite nadużycia. Każe nam się wierzyć, że obraz wydarzeń przedstawiony przez autora jest jedynie słuszny, zgodny z rzeczywistością i wierny wydarzeniom. „Literatura faktu” to dla wielu wzór literackiej solidności; bardzo często słyszy się, jak w dyskusjach ktoś na poparcie tezy czy opinii o odległym miejscu czy ocenie wydarzenia stwierdza: „Było tak, bo tak napisał reporter w książce X”. Nie podsuwa badań, liczb czy choćby reportażu telewizyjnego, gdzie widać gołym okiem, jak wygląda „świat przedstawiony”. Podsuwa literacką, zbeletryzowaną wersję wydarzeń, widzianą okiem osoby, która każe nam wierzyć, że „właśnie tak jest w dalekim kraju”.

Z drugiej strony – w jakim sposób reportaż miałby być „obiektywny” i czy powinien? Dlaczego miałby nie ulegać literackiemu naginaniu świata, przyrodzonemu każdemu rodzaju pisania? Czemu miałoby nie być w nim widać autora? Uważam, że całkowity obiektywizm jest przereklamowany, a dążenie do niego – niemożliwe. Gorzej jednak, gdy autora widać w tekście aż za bardzo, gdy książka jest „o nim”, a nie „o sprawie”, a przy tym komentarz odautorski zmusza nas do wiary, że przedstawione wydarzenia miały miejsce dokładnie w takiej formie, w jakiej są opisane, a przytoczone słowa padły w spisanym kształcie. To właśnie przypadek Pajączkowskiej, która sama przyznaje, że dialogi przytacza z pamięci, a więc po literacku zmienia ich brzmienie, kształt i wydźwięk, a jednocześnie każe nam wierzyć, że na Podlasiu jest tak, jak mówi.

Reportaż jest z konieczności wycinkowy, a obraz przedstawianej rzeczywistości – niepełny. Jednak książka oparta na mnóstwie drobnych impresji, króciutkich miniatur, zaledwie cieni wrażeń, czyni go dalece wyszczerbionym. To znana literacka maniera: autor nie prowadzi linearnej (ani nawet kompletnej) narracji, lecz zarzuca czytelnika dłuższymi i krótszymi wyimkami ze swojej podróży. W „Wędrownym zakładzie…” to czasem kilka stron, a czasem tylko parę zdań, co czyni opowieść dość niestabilną – ciekawe historie, których chcielibyśmy posłuchać dłużej, czasem kończą się, zanim zaczną. Brak puzzli, z których czytelniczka mogłaby ułożyć sobie brakujące fragmenty.

Pajączkowskiej nie można odmówić oka do niektórych obserwacji, a odmalowywany przez nią krajobraz upalnego lata i zagubionych w lasach wiosek zamieszkanych tylko przez starych ludzi sprawia, że pewnie niejeden czytelnik chciałby „rzucić wszystko i uciec na Podlasie” lub zanurzyć się, jak sama krytycznie to określa, w „typowej wschodniopolskiej egzotyce oglądanej z podnieceniem przez mieszkańców Warszawy, bezkrytycznie zafascynowanych biedą oraz niezrozumiałym dla nich wiejskim folklorem”. Autorka bywa (bardziej bywa niż jest) zatem świadoma swojego przywileju i pewnej nieadekwatności podjętego przez siebie projektu. W książce co jakiś czas powracają pytania o to, czy w ogóle mamy prawo po prostu wchodzić komuś do domu i „żądać” czasu i opowieści od tej osoby, i kto nam naszym zdaniem to prawo przyznał? Nie przeszkadza jej to jednak popadać w kolejne etnograficzno-klasistowsko-historyczne klisze, opisywać własnego strachu, niesmaku czy zażenowania czyimiś poglądami. Moja „ulubiona” scena to ta, gdy wybiega z chałupy staruszki, bo ta wyraziła w rozmowie o dawnych czasach pogląd antysemicki – to wszystko bez refleksji, czy osoba w takim wieku i w takim miejscu miała kiedykolwiek szanse na edukację, poznanie narracji tolerancyjnej, przepracowanie stereotypów itp. Do autorki dociera powoli w trakcie podróży, że ludzie, których spotka, nie będą tacy, jak by chciała – uśmiechnięci, uskansenowieni, „biedni, ale szczęśliwi” – jednak wyciąga z tej konstatacji tylko połowiczne wnioski: „Dotarło do mnie, że przez miesiąc będę rozdawała raczej byle jakie zdjęcia, dostając w zamian sytuacje, które obtłuką mnie jak emaliowaną miskę, odrapią skutecznie z przyjemności sentymentalnego myślenia o wsi”. No tak, coś za coś. Na konfrontacji swoich wyobrażeń i poglądów z podlaską rzeczywistością się zresztą kończy – autorka w żaden sposób ich nie zmienia.

Bardzo ciężko czyta się tę książkę, jeśli posiadamy czuły barometr klasistowskiego bullshitu. A już zupełnie najgorsze są te klasizmy, które kryją się za „wrażliwością” i „postępowością”. Przykład – autorka podjeżdża vanem pod sklep wiejski i chce zapytać o drogę, ale tego nie robi, bo stoi przed nim trzech młodych facetów, którzy spojrzeli na auto, gdy podjeżdżała. „Nie wysiadłam, bo byłam w letniej sukience i nie chciałam usłyszeć pytania, za ile obciągam”, pisze autorka. W ciągu raptem kilku stron mamy przeskok od romantyzacji ubóstwa, więzi międzyludzkich i krajobrazu do odebrania mieszkańcom wsi cech ludzkich, a przypisania im zezwierzęcenia a priori i bez żadnych podstaw. Plot twist – kiedyś W DUŻYM MIEŚCIE mijany na ulicy facet zapytał mnie „Lubisz obciągnąć?”. I co teraz? Misterna konstrukcja się wali.

Co ujmuje w książce, to fakt, że autorka obiecała fotografowanym osobom, że ich zdjęcia nigdzie się nie ukażą – i, jak się wydaje, słowa dotrzymała. „Zakład…” to zatem historia o robieniu zdjęć ludziom, a nie album. W tym kontekście wymyślona przez nią filozofia wymiany – zdjęcie za opowieść – wydaje się bardzo ciekawym konstrukcyjnym kręgosłupem historii. Szkoda tylko, że jest najeżona minami uprzedzeń i przedzałożeń, z których samo doświadczenie (kilkuletnie) podróżowania i stykania się z ludźmi autorki niestety nie wyleczyło. Chociaż na ostatniej stronie książki pisze, że „zostawiła zdjęcia, ale dostała o wiele, wiele więcej”.

Magdalena Okraska

Agnieszka Pajączkowska, Wędrowny Zakład Fotograficzny, Czarne 2019, s. 384.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska