Friedmanizm

Byłoby śmiesznie, gdybyśmy mogli oglądać ten cyrk z wygodnej loży na widowni. Niestety, siedzimy w samym środku areny, więc jest i śmiesznie, i strasznie.

Światowy system zbankrutował moralnie i materialnie, ale dysponuje jeszcze środkami przymusu ekonomicznego i politycznego. Kurczowe trzymanie się władzy i fałszywych doktryn robi wrażenie chaosu i wygląda groteskowo. Jak generał Jaruzelski, który najpierw bronił socjalizmu jak niepodległości, czyli czołgami, a potem został pierwszym prezydentem kapitalistycznej Polski. Postępowanie Jaruzelskiego zaczyna jednak wyglądać sensownie, gdy uświadomimy sobie, że celem wojny z narodem było zniszczenie pierwszej „Solidarności” – związku zawodowego, który stanowił przeszkodę w podporządkowaniu Polski nowemu systemowi. Prezydent G. Bush nie bez powodu zachęcał Jaruzelskiego do objęcia stanowiska prezydenta, a nowe władze okazują Jaruzelskiemu szacunek.

Rozterki władzy PO sparodiował kabaret. Premier przychodzi na posiedzenie rządu w masce Anonymousa, a w sprawie emerytur rząd postanawia zabezpieczyć swoje oszczędności w bankach szwajcarskich na wypadek szybkiej ewakuacji. Strach przed przyszłością, przede wszystkim przed gniewem ulicy, jest coraz bardziej widoczny.

Jakby nic się nie stało, propaganda nadal osłania władzę hasłami wolnego rynku, demokracji, tolerancji i praw człowieka, chociaż coraz bardziej jest widoczne, że to tylko zasłona dymna. Na „wolnym rynku” uprzywilejowane są potężne ponadnarodowe korporacje. W demokratycznych państwach instytucje finansowe wyznaczają premierów. Pod hasłem „nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji” prześladowani są ludzie przywiązani do religii, jej zasad i tradycyjnego stylu życia. Coraz więcej wiadomo, jak przestrzegane są prawa człowieka w krajach okupowanych – Iraku i Afganistanie. Odkryciem dla polskiej opinii publicznej są informacje o ograniczaniu praw człowieka w demokratycznych Stanach Zjednoczonych (Patriotic Act, ACTA).

Trudno jest określić jednym słowem ten nowy system w taki sposób, aby ująć wszystkie jego istotne cechy, nie przesadzić, a także nie obrazić ludzi w dobrej wierze przywiązanych do swoich idei. Fundamentem nowego porządku świata jest monetaryzm. Ale monetaryzm to tylko teoria makroekonomiczna, podkreślająca rolę podaży pieniądza. Teoria, która w praktyce oznacza podporządkowanie gospodarki bankom, ogranicza pole manewru reprezentacji państw wyłanianej w demokratycznych wyborach i wpływ związków zawodowych. Do lamusa teorii przegranych odłożono możliwość ingerencji państwa w sprawy gospodarcze, równowagę kapitału i pracy, a nawet równowagę popytu z podażą. Każde odstępstwo od monetarnej ortodoksji potępiane jest jako „keynesizm”. Opór społeczny przeciw systemowi zaczął się, gdy ludzie zauważyli, że zakaz interwencji państwa nie obejmuje dokapitalizowania banków i wielkich korporacji z pieniędzy publicznych.

Globalizacja jest naturalnym procesem, który umożliwia systemowi opanowanie całego świata, ale nie stanowi jego istoty. Określenie „neoliberalizm” wywołuje protesty przywiązanych do idei wolności. Jeszcze gorszym pomysłem jest „neokonserwatyzm”, ponieważ obrażają się konserwatyści, którzy widzą zagrożenie dla tradycyjnych wartości. Proponowana nazwa turbokapitalizm jest niezrozumiała dla ludzi nie znających mechanizmu dźwigni finansowych i zmian w prawie, które przekształciły tradycyjny demokratyczny kapitalizm w kapitalizm korporacyjny. Nazwy macdonaldyzacja lub lansowana przez Stefana Adamskiego cocacolonizacja, odnoszą się tylko do sfery kultury.

Andrzej Gwiazda proponuje nazwę friedmanizm – od nazwiska Miltona Friedmana, ideologa i praktyka nowego systemu. Uważam, że to dobry pomysł. Ciekawym polem rozważań są analogie do marksizmu. System w PRL nie był ani komunizmem, ani socjalizmem, ani nawet nie były to rządy jednej partii (w kapitalistycznych Chinach do dzisiaj rządzi partia komunistyczna), ale nikt nie mógł zaprzeczyć, że fundamentem systemu jest marksizm. Ostatecznie przyjęła się nazwa „realny socjalizm”, z której bardzo szybko wyparował przymiotnik „realny”. Ta niefortunna nazwa, kojarzona z całym złem systemu i bolszewicką okupacją, spowodowała trwałe ograniczenie intelektualne i polityczne. Odwoływanie się do tradycji niepodległościowej Polskiej Partii Socjalistycznej jest bezskuteczne, ponieważ większość w ogóle nie jest zainteresowana historią Polski, a tym bardziej historią socjalistów zwalczanych przez komunizm. Wysiłki redakcji „Obywatela”, aby polskie tradycje lewicowe przypomnieć, nie przynoszą rezultatu.

Próbowałam namówić znajomych do przeczytania fascynującej książki Naomi Klein „Doktryna szoku”. Większość odmówiła – Klein to lewaczka. Nie znalazłam żadnej definicji lewicy i lewactwa. Mogę tylko opierać się na danych empirycznych. Lewica to Miller, Kalisz, Kwaśniewski, liderzy partii wywodzącej się z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. PZPR nie była partią marksistowską, była partią władzy. Marksizm był jedynie przykrywką, dawał legitymację do zwalczania opozycji antysystemowej. Tak zdefiniowana lewica nie miała żadnego problemu z zaakceptowaniem friedmanizmu. Jedyną tradycją głęboko zakorzenioną w PZPR i przeniesioną do SLD jest internacjonalizm, wiodąca idea friedmanizmu.

Zarówno marksiści, jak i antymarksiści zapominają, że dyktatura proletariatu miała być tylko środkiem do centralnego zarządzania gospodarką światową. Friedmaniści próbują ten cel osiągnąć skrajnie prawicowymi metodami, stawiają na egoizm i chciwość. Skutki są podobne jak w komunizmie – niszczenie więzi rodzinnych, sąsiedzkich, wspólnot religijnych, narodowych. Postępuje atomizacja społeczeństwa. Nawet podobnie to wygląda. Samotne jednostki odnajdują namiastkę wspólnoty na masowych imprezach.

Lewakami w Polsce nazywa się opozycję antyfriedmanowską. Ugrupowaniom i instytucjom, które prowadzą walkę z narodową tradycją, kościołem i patriotyzmem, czyli zabezpieczają friedmanizm na polu kultury i tożsamości obywateli, przysługuje zaszczytne miano Nowej Lewicy. Godny odnotowania jest fakt, że marszałkini sejmu, wywodząca się z ruchu Palikota, awansowała z lewaczki na lewicowego polityka.

Napisałam tekst długi i zawiły. Nie moja to wina. Bankructwo friedmanizmu jako ideologii pogłębiło chaos w pojęciach i ideach, który celowo wprowadzono, aby utrwalić dezorientację wynikającą z szokowej transformacji ustroju.

Na koniec chciałam zwrócić uwagę na trudną do pojęcia sytuację PO. Państwo się rozpada, instytucje przestają działać, a władza się umacnia, jest coraz bardziej arogancka. Nie bacząc na koszty społeczne, ale także na materialne wymierne straty, likwidowana jest infrastruktura na prowincji – poczty, szkoły, komunikacja, szpitale, przedszkola, pogotowie ratunkowe i pogotowie energetyczne, sądy, nawet placówki IPN. Skutki są bardzo różne, zawsze niekorzystne dla obywateli. Na przykład ograniczenie punktów, w których można uzyskać prawo jazdy, spowodowało, że centra miast uprzywilejowanych zostały dosłownie zakorkowane samochodami z tablicą „L”. Państwo odwraca się od obywatela i coraz częściej jest postrzegane jako instytucja represyjna. Straszenie państwem opiekuńczym to już bajki o żelaznym wilku.

Zbankrutowała główna idea friedmanizmu, polegająca na likwidacji państw. Sprywatyzowano wszystkie funkcje państwa, nawet prowadzenie wojny, czego drastycznym przykładem są wojny w Iraku i Afganistanie. Modny outsourcing sprowadził rolę państwa do egzekwowania podatków i przekazywania zgromadzonych środków firmom komercyjnym. Bardzo to wygodne dla władzy, która w tym systemie nie ponosi za nic odpowiedzialności. Państwo zostało wydrążone, pozostała atrapa, pusta skorupa. Ta filozofia poniosła spektakularną klęskę w Iraku. Kontraktorzy uciekali z Iraku w popłochu, w kamizelkach kuloodpornych, chociaż z walizkami pełnymi dolarów. Nie można zlikwidować państwa i równocześnie na nim żerować. Te miliardy dolarów nigdy już nie wrócą do budżetu Stanów Zjednoczonych, ponieważ okazało się, że instytucje hojną ręką rozdające korporacjom publiczne pieniądze nie reprezentowały rządu.

To nie utrata instynktu samozachowawczego jest powodem dziwacznego postępowania rządu PO. Rząd znalazł się w pułapce ideologii. Nie może wzmacniać państwa, które ma zlikwidować. Likwidując państwo, władza realizuje swoje główne zadanie, ale traci kontrolę nad sytuacją. Możliwości przerzucania kosztów kontynuowania friedmanizmu na społeczeństwa niebezpiecznie się skurczyły.

                            Joanna Duda-Gwiazda

Teoria Darwina

Powoływanie się na darwinizm społeczny jest ostatnio modne. Większa rybka połykając mniejszą rybkę lepiej trawi, gdy dowie się, że dokonuje naturalnej selekcji, zgodnie z powszechnym prawem natury.

Darwinizm, naukowy fundament panującego porządku świata, jest twórczo rozwijany, tak jak niegdyś marksizm. Ekonomista, który za rządów Busha juniora zasilił banki ogromnymi pieniędzmi z budżetu USA, odkrył, że jeśli drapieżniki są tłuste, to znaczy, że trawa dobrze rośnie, ponieważ drapieżniki są na końcu łańcucha pokarmowego. Tony Goodwyn w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” powiedział „Zwierzęta, które przetrwały, niekoniecznie były największe i najsilniejsze, ale najlepiej i najszybciej potrafiły przystosować się do zmieniających się warunków. Podobnie jest w biznesie, który dla mnie jest odbiciem selekcji naturalnej”.

To wyznanie wiary w prawa natury przypomniało mi dyskusje z kolegami przystosowanymi do systemu komunistycznego. Oni twierdzili, że przystosowanie jest dowodem inteligencji, a ja upierałam się, że inteligentny człowiek tym różni się od zwierzęcia, że podejmuje próby zmiany nienormalnych warunków. Doszło do tego, że oskarżyli mnie i mojego męża o nieuczciwość, ponieważ kupiliśmy dobrą lodówkę i szafki kuchenne bez łapówki, a oni musieli łapówki zapłacić.

O kulturze, która podobno odróżnia człowieka od świata zwierząt, nie wspominam, ponieważ nie zgadzam się z obowiązującą definicją kultury. Według tej definicji, człowiek kulturalny podaje rękę kapusiowi, nie wypomina mu starych błędów, rozumie jego potrzebę dostosowania się do warunków panujących w PRL. Spokojnie znosi obelgi, oszczerstwa i kłamstwa, ponieważ szanuje prawo tych, którzy w wyniku selekcji naturalnej mają rację. Co najważniejsze, człowiek kulturalny złego słowa nie powie o gajowych i matołach, którzy stanowią najwyższe ogniwo łańcucha pokarmowego.

Być może odbudowanie świata normalnych ludzi powinno się rozpocząć od obalenia dogmatów darwinizmu społecznego. Nie jest to proste, ponieważ zasady komercji – egoizm, rachunek zysków, pytanie „co mi to daje?” – zdominowały wszystkie relacje między ludźmi. Do tego stopnia, że przestaliśmy to zauważać. Z podziwem słuchałam w audycji Jana Pospieszalskiego wypowiedzi rodzin opiekujących się dziećmi z zespołem Downa. Wszyscy jednym głosem mówili o wielkim szczęściu, jakie spotkało ich rodziny. Nie padły takie słowa jak poświęcenie, obowiązek, ciężka praca, brak czasu dla zdrowych dzieci czy brak pieniędzy. Obawiam się, że ludzie, którzy w podobnej sytuacji nie radzą sobie tak dobrze, mogą wpaść w kompleksy i frustrację.

W czasie, gdy dostęp do studiów za granicą nie był jeszcze łatwy, matka przepytywała syna przed rozmową kwalifikacyjną:

Czy przeprowadzisz staruszkę przez ulicę? Tak. Dobra odpowiedź.

Dlaczego? Bo grozi jej niebezpieczeństwo. Zła odpowiedź. Musisz powiedzieć: bo to jest korzystne dla mojej osobowości, wzbogaci mnie wewnętrznie.

Motywowanie dobrych uczynków potrzebami bliźnich było już wówczas źle widziane.

W uroczej i mądrej książce Andrzeja Szczeklika „Kore” przeczytałam, że ludzi od świata zwierząt odróżnia altruizm. Według słownika, altruista to człowiek stawiający dobro innych ponad własne interesy. A pies? Przykładów altruistycznego postępowania psów znamy bez liku.

Idealizowanie altruizmu też nie ma sensu. Altruistyczna pierwsza „Solidarność” poległa, ponieważ członkowie nie chcieli przyjąć do wiadomości, że ukochany wódz mógłby zdradzić. Skończyło się tak, że większość społeczeństwa i niemal całe elity zaakceptowały zdradę i kłamstwa jako skuteczne narzędzia polityczne. Natomiast zwierzęta nie tolerują zdrady. W więzieniu zdarza się, że człowiek zaprzyjaźni się ze szczurem. Jeśli go zdradzi, więźnia trzeba przenieść do innego więzienia, ponieważ w nocy może stracić oczy.

Nie ma idealnego modelu postaw ludzi, który gwarantowałby rozwój i przetrwanie wspólnoty. Konieczne są współpraca i rywalizacja, bezinteresowna pomoc i dbałość o własne interesy, sprawiedliwa kara i litość dla pokonanych. Wszystko we właściwym czasie i właściwych proporcjach.

Trudno mi znaleźć przekonywujące przykłady w najnowszej historii Polski, więc wrócę do świata zwierząt. Prymitywny darwinizm, zalecany ludziom, nie działa idealnie w świecie zwierząt. W czasie powodzi zwierzęta nie polują, na ostatnich suchych kępach siedzą zgodnie wilki i zające. Zdarzają się przypadki bezinteresownej pomocy między gatunkami w obliczu zagrożenia. Na wąskiej półce skalnej niedźwiedź obrócił się pyskiem do skały, aby wspinacze nie bali się przejść. Lis, któremu kość nabiła się na zęby, podszedł do kobiety prosząc o ratunek. Kobieta zdjęła mu kość i lis pobiegł. Wiedział, że rozejm jest krótkotrwały.

Zdumiewające są przypadki przyjaźni między gatunkami. Żywiołowy szczeniak, już duży, ale bardzo jeszcze dziecinny, pokochał czarnego kota. Liże go, lekko podgryza, bierze między łapy i miętosi na sto sposobów, a kot mruczy ze szczęścia. Kiedy kot ma dość, jakoś to psu komunikuje i zabawa się kończy. Oba zwierzaki chodzą razem na spacer. Pies szaleje z panem przytroczonym na drugim końcu smyczy, a kot statecznie podąża zaroślami wzdłuż drogi. Czasem pies bierze cały łeb kota do pyska, a kot obejmuje łapkami mordę jak u rekina.

Nie wiem, czy na końcu łańcucha pokarmowego jest pies, kot, czy bankier. Prawa silniejszego do nieograniczonego wyzysku słabszych można w ogóle nie uzasadniać. Wystarczy argument przemocy ekonomicznej lub fizycznej.

                                Joanna Duda-Gwiazda

Węgry naszym sojusznikiem

Jest coraz ciekawiej. System oparty na globalnej dyktaturze finansów trzeszczy w szwach. Na wszelki wypadek proponuję uchwalenie ustawy o przejmowaniu porzuconego mienia. W Ameryce Łacińskiej robotnicy musieli walczyć z wojskiem, aby wejść do opuszczonych fabryk w celu kontynuowania produkcji.

Możni tego świata wpadli w szaleństwo pacyfikowania Węgier. Chcą usunąć premiera Viktora Orbana i doprowadzić do przegranej rządzącej partii Fidesz. Poważane w świecie finansowym gazety i autorytety wylewają na głowę Orbana kubły pomyj. „The Economist” napisał, że Orban jest bezprzykładnie podły. Zarzuty są mętne i nieistotne. Powodem nie może być nowa konstytucja, w której nic zdrożnego nie ma. Fidesz wprowadził lub ma zamiar wprowadzić podatek liniowy. Jest to flagowy punkt programu twardej prawicy, troszczącej się o dochody bogatych. Pojawiły się okręgi większościowe, co też jest idée fixe prawicy, która nie chce dopuścić do parlamentu poglądów mniejszości. Orban nie jest zatem groźnym socjalistą, przebranym w owczą skórę prawicowca. Inny zarzut to przeniesienie korony króla Stefana do parlamentu. Korona to nie sierp i młot albo swastyka, nawet nie krzyż czy półksiężyc. Co komu przeszkadza korona?

Między wierszami daje się wyczytać prawdziwe powody ataku. Fidesz chce ograniczyć dochody nowej nomenklatury i możliwości wyprowadzania pieniędzy z kraju. Beneficjenci neoliberalizmu buntują się w imię demokracji i praw człowieka. Jak wiadomo, podstawowym prawem człowieka jest zarabianie pieniędzy na Węgrzech i płacenie podatków na Malcie. Oliwy do ognia dolewa zamiar rozliczenia okresu komunizmu. Partia komunistyczna, po cudownym nawróceniu na socjalizm i demokrację, podnosi larum. Sytuacja przypomina nagonkę na Kaczyńskich. Powinniśmy poprzeć Węgrów w imię suwerenności państw Europy Środkowo-Wschodniej. Mam nadzieję, że przywódcy Węgier nie wybierają się we wspólną podróż samolotem.

Nie mam wątpliwości, że katastrofa pod Smoleńskiem to był zamach. Nie kolekcjonowałam dowodów zamachu. Pilnie czytałam i słuchałam tego, co mieli nam do powiedzenia funkcjonariusze Polski, Rosji i autorytety uznawane przez media. Od pierwszych chwil po katastrofie opinię publiczną zalewała fala kłamstw, oszczerstw pod adresem ofiar i barbarzyńskie opinie o ludziach przejętych tragedią i pogrążonych w żałobie. Kto ma czyste sumienie, nie plecie byle czego w tak ważnej sprawie, nie niszczy dowodów, nie zaciera śladów, a także nie wpada w panikę, że ktoś publicznie zada proste i oczywiste pytanie: Czy to był zamach?

Jeśli odpuścimy sprawę Smoleńska, nie przetrwa ani naród, ani suwerenne państwo. Gdyby w podobnej katastrofie zginął prezydent Komorowski, miałabym takie samo zdanie. Nic nam nie pomoże naprawa finansów publicznych, koniec światowego kryzysu, ani umocnienie się Unii Europejskiej czy też jej rozpad. Będziemy pariasami, których nikt nie szanuje, każdy może im narzucić swoją wolę i wykorzystać we własnym interesie. Już bojówki niemieckie przyjeżdżają do Polski walczyć 11 listopada z „polskim nazizmem”.

Często słyszę opinię, że Polacy są już zmęczeni wracaniem do sprawy Smoleńska. „Prawdy i tak nie poznamy. Pamięć się zaciera, pojawiają się nowe ważne i trudne problemy, patrzmy w przyszłość”. Kapitulacja przed przemocą nie jest cechą wyróżniającą Polaków. Gdy Europie Zachodniej bezpośrednio zagrażał ZSRR, modne tam było powiedzenie „Lepiej być czerwonym niż martwym”. Jedno nie wyklucza drugiego, ale demokratyczny Zachód zachował wdzięczną pamięć o dobrym wujaszku Stalinie, który pokonał faszyzm i dał schronienie polskim Żydom-komunistom. Oprócz tego, w pamięci pozostały obozy koncentracyjne na terenie Polski. To dlatego nie możemy przebić się do opinii światowej z pamięcią o Katyniu, AK i Powstaniu Warszawskim. Żaden prezydent Stanów Zjednoczonych ani premier Wielkiej Brytanii nie przeprosił narodów Europy Środkowo-Wschodniej za Jałtę.

Stany Zjednoczone nie opuściły w zagrożeniu swoich europejskich sojuszników, którzy dla wygody, ze strachu i dla doraźnych korzyści flirtowali ze Związkiem Radzieckim. Ale Polska nie należy do Europy Zachodniej. O swoją przyszłość musimy zadbać sami. Polska zawsze stwarzała problemy. Nie oddała Niemcom „korytarza”, co wywołało wojnę światową, tak jak Węgry walczyła z komunizmem powodując napięcia międzynarodowe. Powstanie „Solidarności” groziło destabilizacją regionu i demoralizowało robotników na całym świecie. Mało brakowało, aby świat finansów i wielkie korporacje zostały pozbawione premii za upadek komunizmu. Niebezpieczeństwo udało się zażegnać. Stan wojenny zakończył się kapitulacją przy okrągłym stole. Interwencja Moskwy i Waszyngtonu umożliwiła Jaruzelskiemu objęcie stanowiska prezydenta niepodległej Polski.

Brak reakcji na żądanie rzetelnego wyjaśnienia tragedii w Smoleńsku jest racjonalny. Na nadziei na przedawnienie opierają swoje kalkulacje wszyscy przestępcy, a także nieudolne, totalitarne i autorytarne rządy. Wystarczy dostatecznie długo iść w zaparte, nie reagować na krytykę, uchylać się od odpowiedzialności, a sprawa się przedawni, rozmyje, zobojętnieje. Najpierw jest za wcześnie, żeby cokolwiek sądzić, czegoś się domagać. Więc nic się nie robi, tylko karci pokrzywdzonych za oskarżenia nie dowiedzione przed sądem, oszołomów za spiskowe teorie. Potem jest już za późno.

Taki los spotkał lustrację i wszystkie nawet najbardziej głośne zbrodnie komunistyczne. Niczym zakończył się proces w sprawie Grudnia ‘70. Stos kłamstw i przemilczeń rośnie. Gdy prawdy nie da się już dłużej zakrzyczeć lub przemilczeć, winni stają w pierwszym szeregu jej obrońców. Na przykład Balcerowicz karci Polaków za zadłużenie kraju. Jakiś autorytet współczuł autorom stanu wojennego, że tak długo musieli czekać na wyrok sądu. Ale im się opłaciło. Jeśli w ciągu pięciu lat generał Kiszczak nie wywoła następnego stanu wojennego, nie pójdzie do więzienia.

Teraz oczekuję od Adama Michnika przeproszenia wszystkich, których oskarżał o wyznawanie spiskowych teorii.

                             Joanna Duda-Gwiazda

Wielki szort

Polecam książkę Michaela Lewisa „WIELKI SZORT, mechanizm maszyny zagłady”. Tytuł pochodzi od „krótkiej sprzedaży”, czyli spekulacji za pożyczone pieniądze. Może trochę przekroczę limit 5400 znaków, który sobie sama narzuciłam, aby na końcu przynajmniej pobieżnie książkę omówić. Pisanie dłuższych tekstów do publikacji w Internecie nie ma sensu, ponieważ z własnego doświadczenia wiem, że ich przeczytanie odkłada się do najbliższej grypy, kiedy jest więcej wolnego czasu.

Różnie ludzie przygotowują się do walki z kryzysem. Zależnie od światopoglądu jedni podlizują się Platformie, drudzy organizują Krucjatę Różańcową. Są też maniacy tak przywiązani do swojej idee fixe, że niezależnie od kursu walut i wartości WIG 20 walczą z faszyzmem i krzyżem w miejscach publicznych. Nie grozi im degradacja ekonomiczna i społeczna, ponieważ ich działania są na rękę władzy. Skutecznie odwracają uwagę od realnych problemów i ułatwiają manipulowanie opinią publiczną. Cele globalistów i neobolszewików są zbieżne: likwidacja demokracji, suwerenności państw narodowych i kultury zakorzenionej w tradycji.

Gdy coś ważnego dzieje się w Polsce lub na świecie, w elektronice zaczynają działać chochliki. E-maile nie dochodzą, SMS-y są kasowane lub cenzurowane, ginie sygnał doprowadzony do komputera i telefonu stacjonarnego. Najgorsze jest to, że nigdy nie wiadomo, czy mamy do czynienia ze złośliwością rzeczy martwych, czy wywiadów. Teraz w walce z protestami i opozycją antysystemową decydenci wybiórczo ingerują w komunikację za pośrednictwem Internetu i telefonów komórkowych, ale może nastąpić pełna blokada. Dlatego wszystkim dobrze radzę: Kupcie zeszyt i zapiszcie w nim numery telefonów i adresy znajomych. Może się zdarzyć, że ani na manifę Wolne Konopie, ani na Marsz Pamięci o ofiarach Smoleńska nie będzie można się skrzyknąć.

Polacy traktują kryzys jak przejściowe zdarzenie zewnętrzne, niezasłużoną karę, bo przecież byliśmy pilnym uczniem, wszyscy nas chwalili za reformowanie kraju i dostosowanie do standardów światowych. Likwidując komunistyczny przemysł, zrobiliśmy wielki skok w epokę postindustrialną, gdzie źródłem dochodów są operacje finansowe i turystyka. Tylko wciąż za dużo mamy biednych, rolników i emerytów. Młodych też mamy za dużo, bo nie ma dla nich pracy. Natomiast dzieci mamy za mało. Nie wiem, jak rząd rozwiąże taką kwadraturę koła. Zielona wyspa dryfuje, ale wciąż jest zielona, a rząd jest dobrej myśli. Pojawiają się plotki o tratwach ratunkowych.

O tym, że jest to kryzys światowego systemu, nie ma z kim rozmawiać. Jako przyczyny kryzysu wymienia się nadmierną konsumpcję starszego pokolenia i rozbuchane państwo opiekuńcze. Nikt nie mówi o tym, że w epoce Reagana i Thatcher skończył się kapitalizm oparty na indywidualnej własności prywatnej, wolnym rynku i związkach zawodowych, które stabilizowały system.

Przypomnę tylko, że system korporacyjny polega na anonimowej, rozproszonej własności. Indywidualna własność prywatna, wymagająca odpowiedzialności za decyzje, przegrywa z potęgą polityczną i ekonomiczną wielkich korporacji, co jest przyczyną likwidacji klasy średniej. Obecnie klasę średnią stanowią głównie pracownicy najemni wielkich korporacji. W zarządach korporacji trwa karuzela stanowisk. Powstała nowa nomenklatura, analogiczna do komunistycznej.

W systemie finansowym, opartym na spekulacji i hazardzie, mantra o wolnym rynku doprowadziła do takich patologii, że wolny rynek wydaje się teraz przyczyną chaosu. Powstała nowa teoria wolnego rynku –chaotyka (to nie jest żart!).

Źródłem patologii jest wyłączenie banków i innych instytucji finansowych spod praw wolnego rynku. Za złe zarządzanie i błędne decyzje kredytowe bank nie ponosi odpowiedzialności. Kiedy bankrutuje stocznia, kopalnia, huta czy piekarnia, władzy politycznej nie wolno ingerować. Kiedy bankrutuje bank, można, a nawet musi się dofinansować go z budżetu. Wystarczy, że banki poniosły straty na złych kredytach, zewsząd słychać apele o solidarną zrzutkę.

System neoliberalny nie jest wynikiem naturalnej ewolucji systemu kapitalistycznego. Punkt po punkcie można prześledzić zmiany w prawie, które doprowadziły do obecnej sytuacji. Jest na ten temat bogata literatura również w języku polskim. Niestety, antyglobaliści w Polsce mają złą prasę i te publikacje czytane są w wąskich kręgach. Z wyjątkiem redaktorów „Obywatela”, nikt nie interesował się diagnozami antyglobalistów. Już prezydent Kwaśniewski mówił, że antyglobaliści są globalistami, ponieważ posługują się Internetem. Teraz komentatorzy też opowiadają różne głupstwa, bo nie wiedzą, o czym mówią i wszyscy czekają niecierpliwie, kiedy wreszcie władza zrobi porządek z protestami w Europie i ruchem „Okupuj Wall Street”. Opozycja antysystemowa wywołuje wrogość sytemu, jego klientów i lęk milczącej większości. Nie inaczej było po powstaniu Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. PiS trochę na wyrost nazwano partią antysystemową i jak sądzę, jest to istotna przyczyna zabobonnego lęku przed tą formacją.

Teraz zainteresowanie finansami, ekonomią, gospodarką jest większe, ale obawiam się, że świat powierzy naprawę systemu tym, którzy do kryzysu doprowadzili, czyli profesjonalistom.

Książka „Wielki short” analizuje przyczyny kryzysu wywołanego złymi kredytami hipotecznymi i opisuje jego przebieg. Dobrze udokumentowana jest teza, że zawodowcom ze świata finansów brakuje nie tylko zasad moralnych, ale po prostu kompetencji zawodowych. To, co było oczywiste dla każdego Amerykanina, że ceny domów nie mogą rosnąć w nieskończoność, a kredyty zaciągane przez ubogich emigrantów nigdy nie zostaną spłacone, nie budziło niepokoju profesjonalistów dopóki można było dobrze zarabiać i różnymi machinacjami utrzymać pozory bezpiecznego biznesu. Pierwotnych przyczyn kryzysu należy szukać w epoce Reagana, gdy korporacjom i różnym instytucjom finansowym przyznano prawo emitowania obligacji, czyli papierów dłużnych. Obfite i łatwo dostępne źródło finansowania wywołało euforię i burzliwy rozwój. Rynek przyzwyczajony do gwarantowanych obligacji państwowych kupował śmieciowe obligacje hipoteczne. Agencje ratingowe nadawały im najwyższe noty, ponieważ były to obligacje „zdywersyfikowane”, czyli wszystkie dokładnie wymieszane. Rynek obligacji nie był nadzorowany tak, jak rynek akcji. Kiedy system zaczął się sypać, nikt nie wiedział, co się dzieje i kto jeszcze utonie.

Ciekawostką jest, że pierwszą książkę, pt. „Poker kłamców”, autor napisał ku przestrodze studentów. Miał nadzieję zniechęcić ambitną młodzież do niszczącej kultury pieniądza. Utonął w stertach listów i e-maili: „Już wiemy jak robić karierę na Wall Street. Prosimy o więcej wskazówek”.

                    Joanna Duda-Gwiazda

Vox populi, vox Dei

Tytuł  jest nieco przewrotny. Można go wyrazić inaczej – gdy Pan Bóg chce kogoś pokarać, to mu rozum odbiera. Może nie rozum, bo w potocznym znaczeniu głosowanie na silniejszego jest rozumne i bezpieczne. Innym darem Ducha Świętego jest cnota męstwa.

Wybory do Senatu w miejskim okręgu Gdańsk-Sopot wykazały realną siłę polityczną  Platformy. Bogdan Borusewicz zebrał 32 tysiące podpisów poparcia i dostał 147 tys. głosów. Andrzej Gwiazda odpowiednio – 8,5 tys. i 62,6 tys., kilka procent więcej niż PiS na tym obszarze. To imponujące zwycięstwo Borusewicz osiągnął nie kiwając palcem w bucie. Społeczny komitet wspierający Gwiazdę ciężko harował kilka tygodni. Kampania była merytoryczna, nie emocjonalna, prowadzona na ulicach i w klubach osiedlowych, z elementami happeningu. Gdyby spontanicznie nie zgłosili się niezwykli ludzie, Gwiazda nie zdołałby poinformować mieszkańców, że kandyduje. Struktury PiS-u na Pomorzu zostały kilka miesięcy temu rozwiązane. Media papierowe i elektroniczne, prawicowe, lewicowe i nijakie, lokalne i ogólnopolskie, zachowały szlachetną apolityczność, nie podając absolutnie żadnych informacji. 

Jedynie tygodnik „Uważam Rze” opublikował wyważony artykuł o obu kandydatach. U Gwiazdy najbardziej denerwujące jest podobno, że zawsze ma rację. Autor obu kandydatom przypisał szlachetność, czy może szlacheckość, już nie pamiętam. Czego to ludzie nie wymyślą, żeby zachować obiektywizm! Ale dzięki i za to. Może ktoś przeczytał i dowiedział się, że Gwiazda jeszcze żyje.

Apolityczność jest teraz najwyższą cnotą obywatelską. Naród nie zajmuje się polityką, buduje stadiony. Dlaczego stadiony są apolityczne, a przychodnie lekarskie polityczne? Muszę się nad tym zastanowić. Bez wątpienia wybory są polityczne, więc nie mogliśmy wynajmować na spotkania lokali w szkołach, na uczelniach, w placówkach podległych Urzędowi Miasta i komercyjnych. Łatwiej było w klubach spółdzielni mieszkaniowych, choć nie zawsze. Platforma organizowała lekcje demokracji. Niestety, wszyscy wiedzą, że Gwiazda jest politykiem i przebieranie się w owczą skórę nie pomaga. 

Agora bardzo się skurczyła, o czym już pisałam w „Obywatelu”. Wiec uliczny trzeba zgłosić trzy dni wcześniej i modlić się o pogodę. Wiec zaatakowały bojówki Palikota i agenci Matrixu. Naszą tajną bronią byli szczudlarze na sprężynujących szczudłach. Pijani wysłannicy Belzebuba zobaczyli w nich wojsko szefa i pierzchali w popłochu. Wielokrotnie wzywana policja nie przyjeżdżała. Człowiek spotkany na spacerze w lesie mówił, że głosował na Palikota, ponieważ jest ateistą i boi się Kościoła. Może coś w tym jest, ale jak wszyscy wszystkiego będą się bali, to nie da się żyć. Udusimy się w dusznej atmosferze.

O głosujących na Platformę nie dowiedzieliśmy się niczego nowego. Nienawidzą  PiS-u i boją się, że Putin spuści na Polskę bombę (autentyczne), a obrażona Angela Merkel wyrzuci nas z Unii. Elity włożyły pokutny wór i niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Są też tacy, którzy popierają Platformę ze strachu przed zemstą. – „Podpisałabym panu Andrzejowi, ale po PESEL-u do mnie trafią”.

W czasie kampanii wyborczej telewizja była jeszcze bardziej niż poprzednio nudna, tendencyjna i agresywna. Teraz oglądam tylko „To był dzień  na świecie” w Polsat News i od czasu do czasu CNN, ponieważ na świecie dzieją się ciekawe rzeczy. Z CNN można się  dowiedzieć, że pętla długów na greckiej szyi zacisnęła się  po inwestycjach z okazji Olimpiady. To temat niewygodny dla Platformy, więc nikt o tym w polskich mediach nie wspomniał. Ciekawe, jakie będzie poparcie dla Platformy po Euro 2012, kiedy skończą się pieniądze, firmy zaczną bankrutować, a długi trzeba będzie spłacać.

Polacy, nie tylko elity władzy, są zdezorientowani i zaniepokojeni antysystemowym protestem. Stracili język przydatny do opisu świata. Przez wiele lat lewicą nazywali lobby rosyjskie, obrońców agentury i mniejszości seksualnych. Teraz mówią „lewacy” o antyglobalistach, obrońcach środowiska i związkach zawodowych. Inteligentna i wykształcona kobieta nie uwierzyła nam, że w kapitalizmie związki zawodowe działają też w przedsiębiorstwach prywatnych, nie tylko państwowych. Wszyscy obawiają się, że ten ruch zdominują anarchiści. Mój czarny scenariusz wynika z obaw przed opcją przeciwną – trockistami. To jedyna grupa, która stosując entryzm ma wszędzie wpływy, jest dobrze zorganizowana i wie, czego chce. Ich celem jest totalitaryzm, likwidacja demokracji, państw narodowych, religii, tradycji. W tak ukształtowanym globalnym społeczeństwie, centralne zarządzanie gospodarką światową będzie możliwe, co zawsze było celem marksistów. Ich cele są niebezpiecznie zgodne z celami elit władzy i biznesu. Wiele lat temu ostrzegaliśmy przed trockistami, nazywaliśmy ich lewą nogą globalizacji. 

Spotykam wielu ludzi udręczonych przez nonsensowne procedury i biurokrację wynikające z dyrektyw Unii. Są nawet tacy delikatni, którzy cierpią  słuchając zakłamanej drętwej unijnej nowomowy. Ja się dostosowałam. Nie mogę zapalić zapalniczki childrenproof, więc kupuję zapałki. Gorzej mają nauczyciele w małej szkole. Wymogi sanitarne obowiązujące przy wydawaniu gotowych posiłków pozbawiły ich pokoju nauczycielskiego.

Światełko w tunelu to Kabaret Dwójki. Tam rząd się boi, chowa pod stołem przed ostrzałem Macierewicza i Ziobry, emigruje do Peru. W razie prześladowań za obrazę majestatu państwa, rozbijam namiot, choć jeszcze nie wiem gdzie.