przez Joanna Duda-Gwiazda | niedziela 21 lipca 2013 | opinie
Ulubioną rozrywką rosyjskich czynowników jest rechotanie z ludzi daremnie poszukujących szczątków swoich bliskich, wrzuconych gdzieś do bezimiennego dołu. Jeszcze lepszy ubaw zapewniają uroczystości nad grobem, w którym leży jakieś inne ciało. Na cmentarzu w Zakopanem w grobie Witkacego miała być pochowana młoda dziewczyna. Można popłakać się ze śmiechu.
W odzwyczajaniu nas od szacunku dla zmarłych rosyjskie i polskie władze, działając ramię w ramię (to ulubiona fraza pani Kopacz), ostro nas przećwiczyły. Jeśli Janusz i Piotr Walentynowicze nie mieli halucynacji, to w powtórnym pochówku w Gdańsku znowu złożono do grobu niewłaściwą osobę.
Te i inne wybitne osiągnięcia polskiej prokuratury i polskiej medycyny sądowej są pretekstem do politycznych ataków na PiS. Miejmy nadzieję, że już niedługo mainstreamowe media spłyną do ścieku i będzie można spokojnie zastanowić się, co robić.
Pytanie, gdzie znikło ciało Ani Walentynowicz, może zdenerwować Rosję i zachodnich sojuszników, którym Polacy ciągle destabilizują sytuację mimo potulnego rządu. A poza tym – co za różnica, gdzie zwłoki leżą? Postępowi ludzie dawno już porzucili katolickie gusła, zabobony i emocje związane z ciałem człowieka. O wystawie eksponatów wykonanych z ludzkich zwłok kulturalne osoby mówią: kontrowersyjna.
Ale tym razem chcę napisać o pani Ewie Walentynowicz z domu Andryka, która też zmagała się z problemem ukrytych zwłok. Najpierw kilka słów o jej bracie, Władysławie Andryce, pseudonim „Burza”. Należał do AK i WiN. W 1947 r. został aresztowany i skazany na długi pobyt w więzieniu. Miał wtedy 19 lat. Po dwóch latach objęła go amnestia i poszedł do pracy. Został przodownikiem i w nagrodę otrzymał książeczkę oszczędnościową podpisaną przez Bieruta. Nagrodę przeznaczył na cele podziemnej organizacji Młode Pokolenie Walczy. Zadenuncjowany przez zdrajcę we własnych szeregach uciekł z Gdańska do Gorzowa Wielkopolskiego. Sądząc z aktu zgonu, zginął 16.08.1950 r. Bezpieka dopadła go w kinie Capitol. Podczas ucieczki zastrzelił go funkcjonariusz UB Jan Dłużyk przez drzwi ubikacji. Władysław został pochowanypod nazwiskiem Handryła, bez daty urodzenia, na cmentarzu, ale w nieustalonym miejscu.
Historia pani Ewy kojarzy mi się z Antygoną. Przez wiele lat celem jej życia było odnalezienie grobu brata, przywrócenie mu dobrego imienia i godny pogrzeb z honorami należnymi żołnierzowi. Pani Ewa nieustannie jeździła do Gorzowa. Odszukała grabarza, który przypomniał sobie, w którym miejscu w nocy w tamtym czasie kogoś zakopywano. Pani Ewa uzyskała zgodę prokuratora na ekshumację i opłaciła identyfikację. Podejrzenia się potwierdziły. Szczątki przywódcy organizacji Młode Pokolenie Walczy przyjechały do Gdańska i 28 czerwca 1996 roku odbył się niezwykły, wzruszający pogrzeb na cmentarzu w Oliwie. Były poczty sztandarowe organizacji kombatanckich, rodzina, przyjaciele, koledzy. Grała orkiestra wojskowa z Morskiego Oddziału Straży Granicznej. Kompania Honorowa Wojsk Obrony Terytorialnej „Niebieskie Berety” pożegnała młodego żołnierza salwami. Andrzej Gwiazda sam niósł małą trumienkę, bardzo lekką, zawierającą trochę suchych kości.
Śledztwo, które pani Ewa zaczęła w PRL, od 1990 roku prowadziła już jawnie. Niestety nikt nie wierzył, że w III RP prawda i sprawiedliwość mogą zwyciężyć. Mąż pani Ewy był zdecydowanie przeciwny angażowaniu się w niebezpieczną i kosztowną walkę z bezpieką. Nawet szwagierka, Ania Walentynowicz, nie pokładała nadziei w skuteczność wysiłków pani Ewy. Szczerze mówiąc, też nie wierzyliśmy, ale staraliśmy się podtrzymywać ją na duchu i publikowaliśmy w „Poza Układem” informacje o sprawie.
A pani Ewa wytrwale szukała świadków, zdrajców, kolegów brata, eliminowała fałszywe tropy, ustalała okoliczności. Z zawodu maszynistka, prowadziła dochodzenie krok po kroku jak profesjonalny śledczy. Kiedy podejrzenia wokół Jana Dłużyka zaczęły się zagęszczać, prokurator nie mógł go przesłuchać, ponieważ okazało się, że starszy pan jest bardzo chorowity. Przypadek lub raczej palec boży sprawił, że w szpitalu na sąsiednim łóżku leżał prokurator. Dzielny pogromca bandytów opowiadał, że w pościgu w kinie Capitol wywichnął sobie palec i wystąpił o dodatek do emerytury za uszczerbek na zdrowiu. Jan Dłużyk stanął przed sądem i został skazany na 10 lat więzienia. Pewnie nie będzie siedział, ale wyrok skazujący jest w Ubekistanie i tak niebywałym sukcesem.
Pani Ewa doprowadziła jeszcze do unieważnienia wyroku skazującego Władysława z 1947 roku i przyczyniła się do tego, że prezydent Kaczyński w 2009 roku odznaczył go Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Bezpieka na wiele sposobów prześladowała i dręczyła rodzinę Władysława. Po wojnie była taka koncepcja, aby młodzi patrioci poszli do MO, gdzie, jak wydawało się, mogli skuteczniej chronić Polaków. Dla Kurasia, pseudonim „Ogień”, skończyło się to śmiercią, dla Adama, brata Władysława – więzieniem. Cytuję, co na podstawie relacji rodziny napisaliśmy w 1990 roku w kwietniowym numerze „Poza Układem”: „Już po zamordowaniu Władysława 23.10.1950 Adam Andryka został aresztowany i skazany na dwa lata więzienia za to, że nie doniósł na brata. W śledztwie Adam był bity przez naczelnika Wydziału Specjalnego Kalamona oraz jego zastępców Różańskiego, Krzempka i innych”. Wówczas opublikowaliśmy również kuriozalny akt oskarżenia, ale niekompletny. Dolna część kartki, gdzie były pieczątki i podpisy, została oddarta. Adam już nie żyje. Pani Ewa bardzo się ucieszyła, że Adama uważamy za bohatera, nie za kolaboranta.
Kiedy Władysław już nie żył, bezpieka sugerowała, że został aresztowany, a nawet że uciekł za granicę. Do makabrycznych żartów w stylu rosyjskim można zaliczyć prowokację wobec najmłodszego brata, Mieczysława. Cytuję relację rodziny: „Na obozie pracy SP (Służba Polsce) otrzymał paczkę z zagranicznymi specjałami i papierosami, rzekomo od brata Władysława, który uciekł za granicę. Mietek specjały zjadł, luksusowe papierosy wypalił, a do współpracy z obcym wywiadem nie przyznał się”. Hufiec zbiorowo potępił Mietka, wyrzucił z SP i zaczęły się kłopoty z pracą, ze szkołą. Mieczysław Andryka już też nie żyje.
Chcieliśmy, aby przynajmniej pani Ewa doczekała się publicznego uznania dla wyjątkowego i skutecznego zaangażowania w dochodzenie do prawdy i sprawiedliwości. Jednak pomysł, aby zgłosić panią Ewę do konkursu nagrody „Kustosz Pamięci Narodowej”, nie przyniósł rezultatów. Gdański Oddział IPN miał już swojego kandydata: fotografa Bogusława Nieznalskiego. Magda Czachor, pracownica IPN, opracowała i wysłała wniosek podpisany przez kilka osób. Niestety został on odrzucony. Wniosków obywatelskich IPN otrzymuje bardzo dużo, przeglądane są pobieżnie i nie mają większych szans w konkurencji z wnioskami zasłużonych instytucji lub dotyczącymi osób, których działalność jest powszechnie znana.
Nie krytykuję decyzji Kapituły tej nagrody. Rola każdej kapituły jest zawsze niewdzięczna, ponieważ porównanie niewymiernych osiągnięć i zasług jest trudne i zawsze budzi wątpliwości. Hasło „Precz z komuną”, albo nawet dłuższe „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”, można napisać na płocie. Ale historia pani Ewy wymaga opisania w dłuższym tekście i poza wąskim kręgiem przyjaciół nie jest znana nawet w Gdańsku. Mieliśmy tylko małe, niszowe pismo „Poza Układem”.
Teraz z pozoru jest dużo lepiej. Są niezależne media, ale odnoszę wrażenie, że rosyjska kwalifikacja „wrag sowieckogo naroda” wciąż obowiązuje, chociaż w złagodzonej formie. Jakie szanse ma pani Ewa w porównaniu z „towarzyszką panienką”, czyli córką Jaruzelskiego? Rafał Ziemkiewicz przeprowadził z nią długi, wnikliwy, przyjacielski wywiad, opublikowany w niezależnym tygodniku „Do rzeczy” na pięciu stronach. Wypytywanie dzieci dyktatorów i zbrodniarzy o to, co sądzą o swoim ojcu, jest głęboko niemoralne. Córka nie może ojca wyprzeć się i go potępić, powiedzieć „to jest zbrodniarz, który ma krew na rękach”. Nie może też zbrodni pochwalić, aby się nie skompromitować. Opowiada więc jakieś banały, że tatuś był troskliwy i nie pił wódki. Publiczność kocha wzruszające obrazki z życia wyższych sfer.
Nawet na przesłuchaniu w komunistycznym śledztwie teoretycznie przysługiwało prawo odmowy odpowiedzi, jeśli pytanie dotyczyło bliskich. Każdy sędzia ma prawo wyłączyć się ze sprawy, każdy dziennikarz może uchylić się od zabierania głosu w sprawie lustracji, jeśli staje wobec konfliktu sumienia.
Dzielę włos na czworo, a powód wydaje się oczywisty. Była już cała seria filmów, wywiadów, powieści, które przedstawiały różnych agentów, zdrajców, katów w białych i czarnych rękawiczkach jako ofiary systemu, porządnych ludzi, dobrych patriotów, którzy trochę inaczej rozumieli swoje obowiązki wobec Ojczyzny niż żołnierze wyklęci, ale też mieli dylematy moralne. Teraz przyszedł czas na lansowanie drugiego pokolenia.
przez Joanna Duda-Gwiazda | niedziela 24 lutego 2013 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Odnoszę wrażenie, że przybywa ludzi w kiepskiej kondycji psychicznej. Bez wyraźnego powodu osobistego są niespokojni, nawet zrozpaczeni. Mówią, że martwią się o Polskę, o to, czy przetrwa, o przyszłość młodzieży. Na ulicach, w tramwaju nie słychać śmiechu, swobodnych pogaduszek o zabawnych sytuacjach. Młodzież jest smutna, a im młodsze dzieci, tym gorzej. Nauczycielka ze szkoły podstawowej mówi, że dzieci „mają coś z głową”: Nie reagują na obraz i dźwięk, zderzają się z kolegami na korytarzu, nie odpowiadają na pytania. Podobno marihuana spowalnia i otumania, ale te dzieci nie są narkomanami.
Są to moje prywatne spostrzeżenia. Nie wiem, co na ten temat sądzą psychiatrzy i psychologowie. Szczęśliwe, przyjazne osoby zaludniają głównie reklamy i głupawe filmy. Spontaniczny entuzjazm wyraża się w podskakiwaniu na imprezach. Ceniona jest przebojowość, asertywność, skuteczność. Delikatny szantaż jest powszechny, nawet w rozmowach prywatnych lub dotyczących działalności publicznej. Wszyscy nauczyli się manipulować, co wielką sztuką nie jest, skoro nawet dzieci w przedszkolu to potrafią. Opinia, że ludzie honorowi nie uciekają się do manipulacji, należy do epoki dinozaurów. Amnezja jest zdumiewająca. Liczy się tu i teraz, ale przewidywanie przyszłości też nie jest mocną stroną osób nowoczesnych, nawet wykształconych, inteligentnych, z wielkich miast. Kryzys spowodował, że coraz więcej ludzi wraca do rzeczywistości, co z kolei powoduje przygnębienie, ponieważ zaczynają oni dostrzegać patologie i problemy, których wcześniej nie widzieli.
Można odnieść wrażenie, że wszyscy żyjemy w jakimś wymyślonym świecie. Wciąż nie mogę znaleźć wspólnego mianownika dla tak różnych i sprzecznych postaw i zachowań. Proste wytłumaczenie, że przyczyną jest komercjalizacja relacji i apoteoza indywidualnego egoizmu, nie wyjaśnia wszystkiego. Może przyczynkiem do zrozumienia stanu ducha Polaków będzie krótka historia polskiej transformacji, która zaczęła się od szoku i przerażenia 13 grudnia 1981 roku. „Szok i przerażenie” to nazwa amerykańskiej operacji w wojnie z Irakiem. Nie jest to nowy wynalazek. Z powodzeniem stosowali go Hitler, Stalin i wszyscy okrutni dyktatorzy.
Taktyka zwycięzców jest zawsze taka sama. Po wygraniu wojny i stłumieniu ognisk oporu zwycięzca okazuje pokonanym łaskawość. Wyciąga rękę do zgody: „Nie wracajmy do przeszłości, razem budujmy przyszłość”. Warunkiem jest akceptacja nowego porządku, a przede wszystkim respektowanie prawa do zachowania łupów wojennych. Zawsze zostają jacyś ostatni Mohikanie, ale można ich po cichu wykończyć. Następuje etap stabilizacji. Władzę obejmują kolaboranci reklamowani jako zbawcy narodu, którzy zakończyli krwawy konflikt. Polacy po umocowaniu nowej władzy przy pomocy Armii Czerwonej i NKWD odbudowali Warszawę, elektryfikowali wieś. Irakijczycy po przegranej wojnie odbudowują wodociągi, zbierają skorupy z rozbitego i ograbionego muzeum.
Odium zdrady, poczucie krzywdy jeszcze długo kołaczą się w świadomości zbiorowej, ale z upływem czasu pamięć się zaciera. Historię piszą zwycięzcy. Zaczyna się propaganda demokracji i państwa prawa. Surowo potępiane są przemoc, anarchia, roszczenia, resentymenty, nacjonalizm, emocje. Pokonani mają siedzieć cicho i nie wtrącać się do rządzenia krajem. Ten, kto wygrał, dowiódł, że jest mądrzejszy.
Wojnę jaruzelsko-polską formalnie i symbolicznie zakończyło porozumienie „okrągłego stołu” i wybór Jaruzelskiego na prezydenta. Parlamentarzyści reprezentujący zbuntowany naród fotografowali się ze swoim wodzem, kolaborantem Wałęsą, i okazywali zwycięskiemu generałowi szacunek należny prezydentowi. Był to klasyczny akt kapitulacji, ale wojna trwała nadal, nawet się nasiliła. Dopiero po „okrągłym stole” pod hasłem prywatyzacji odebrano ludziom miejsca pracy, a pod hasłem przebaczenia utajniono agenturę, aby nikt nie zakłócił konsumpcji łupów wojennych. Zawsze, jak w balladzie, chodzi o wór pierniczków, a pierniczków w gospodarce PRL, budowanej przez pracowitych, utalentowanych i dobrze wykształconych Polaków, nazbierało się sporo.
Naród podzielił się na beneficjentów kapitulacji i ludzi pracy, którym zniszczono jedyne źródło utrzymania i przy pomocy hiperinflacji odebrano oszczędności. Paradoksalnie antykomuniści przyczynili się do pacyfikacji świata pracy, potępiali każdą wzmiankę o osiągnięciach polskiej gospodarki w czasach PRL lub dobrych wyrobach polskiego przemysłu. Pamiętam takie powiedzenie: „Tam, gdzie komuch postawi stopę, nawet trawa nie rośnie”. Polskich robotników, inżynierów, rolników, rybaków, górników, kolejarzy, pielęgniarki i nauczycieli polska prawica oskarżyła o przywiązanie do marksizmu, czyli do państwa opiekuńczego, w najlepszym razie o lenistwo i zacofanie. Z kolei Kościół zalecał utajnienie agentury i bezwarunkowe przebaczenie zdrady. „Nie wracajmy do przeszłości, nie rozliczajmy” – słychać było ze wszystkich stron. Homo sovieticus – karcił nas ksiądz Tischner, dolina nicości – pisał Wildstein. Podobno interes gospodarki wymagał zniszczenia gospodarki komunistycznej i zwiększenia, a nie zmniejszenia wyzysku.
Już pole bitwy po wojnie jaruzelsko-polskiej było posprzątane, gdy historycy Cenckiewicz i Gontarczyk ujawnili kulisy współpracy Wałęsy z bezpieką, ksiądz Zaleski wywołał problem agentury w Kościele, a tzw. lista Wildsteina uświadomiła rozmiary problemu.
Opinię publiczną uspokoiło zapewnienie Episkopatu, że przeprowadzi lustrację. Wszystkie partie polityczne (z wyjątkiem SLD) wyraziły zgodę na opublikowanie akt bezpieki, uzgodniły dobry, prosty projekt, sejm przegłosował. Niewiele z tego wynikło, ponieważ PiS w ostatniej chwili się wycofał. Być może na decyzję PiS-u wpływ miało żądanie wpływowych kół świata zachodniego, aby zrezygnować z ujawniania agentury. Prawdopodobnie najcenniejsi agenci bloku komunistycznego już od dawna mają innych mocodawców. Wróciły oświadczenia lustracyjne, co wywołało wielką awanturę i jawny rokosz elit, ale w opinii publicznej kwestia lustracji została załatwiona.
Pozostał problem Wałęsy. Naród uwielbiający wodza poczuł się oszukany, nie mógł pogodzić się ze zdradą. Jakimś rozwiązaniem może być zakończenie konfliktu między Wałęsą i Wyszkowskim, ponieważ Krzysztofa stać na empatię wobec człowieka, który pobłądził. Naród odetchnie z ulgą. Jeśli Wyszkowski, pierwszy rycerz w walce o prawdę, przebaczył swemu prześladowcy, to my też odpuśćmy.
Kiedy władza, nie bez trudności i nie do końca, ale skutecznie uporała się ze zbuntowanym, nastąpił wypadek przy pracy – błąd propagandowy po katastrofie w Smoleńsku. Elity, nie wyłączając Wałęsy, jawnie demonstrowały radość, że prezydent kompromitujący Polskę zginął na własne życzenie. Komunistom też zdarzały się takie wpadki spowodowane zatruciem własną propagandą. Tego pęknięcia nie da się już zaklajstrować. Rząd posunął się za daleko w kłamstwach, lizusostwie wobec Putina, w arogancji wobec ludzi, którzy stawiają niewygodne pytania lub „za długo” pamiętają o ofiarach. Nieudolna agitka przygotowana przez National Geographic jako obiektywny głos z Zachodu tylko dolała oliwy do ognia. Oszołomy nie przestraszyły się ataków chuliganów, tajemniczych samobójstw, wojny z Rosją, represjonowania niezależnych dziennikarzy.
Wojna jaruzelsko-polska jeszcze się nie skończyła, kiedy kryzys uświadomił Polakom, że poleganie na dobrych radach rzekomo mądrzejszego Zachodu było naiwnością. Trzeba było reformować gospodarkę zgodnie z interesami polskiego państwa i polskich pracowników. Stało się inaczej, ponieważ w kluczowym okresie polskiej transformacji społeczeństwo akceptowało szokową terapię. Celem doktryny szoku jest ekspansja kapitalizmu korporacyjnego. Utopią jest oczekiwanie na wygaśnięcie konfliktów, pokój społeczny, poczucie bezpieczeństwa, dobrobyt.
W klasycznym wykonaniu terapia szokowa składa się z dwóch etapów. Celem pierwszego jest „biała kartka”, czyli wymazanie pamięci, złamanie psychiki człowieka i integralności tradycyjnego społeczeństwa. Na drugim etapie zapisuje się „białą kartkę”, czyli programuje nowego człowieka i posłuszne społeczeństwo. Eksperymenty prowadzone w USA zakończyły się totalną katastrofą. Tortury i lęk wymazują pamięć, ale na białej kartce nie udaje się już nic sensownego zapisać. Mimo to entuzjaści nowej utopii nie ustają w wysiłkach, ponieważ stosowanie doktryny szoku przynosi im konkretne, wymierne korzyści. Friedmaniści wykorzystują każdy kryzys lub naturalną katastrofę, aby opanować następne obszary. Kombinacja polityki przemocy fizycznej i ekonomicznej, manipulacji i szantażu zapewnia poziom lęku wystarczający do obezwładnienia społeczeństw. Kiedy poziom lęku opada, odbudowuje się solidarność, zaufanie, odradza się duch walki. W tym widzę nadzieję na przyszłość. Wojna jeszcze się nie skończyła.
przez Joanna Duda-Gwiazda | niedziela 25 listopada 2012 | opinie
W podręczniku dla drugiej klasy podano zgodny z konstytucją opis godła narodowego. Podręczniki są obecnie pisane na zasadzie „groch z kapustą”. Dla dzieci ciekawych, jak wygląda orzeł, informację podano dalej. Jest tam opis oraz rysunki orła przedniego i bielika. Czytamy: „Bielik orłem nie jest”. Nie jest, ponieważ jest jastrzębiem. Dlaczego znalazł się przy opisie godła? Od dłuższego czasu pojawia się w różnych miejscach informacja, że bielik lepiej pasuje do wizerunku na godle narodowym. Wprawdzie nikt jeszcze ptaka latającego z koroną na głowie nie widział, ale wszystko wyprostuje się w swoim czasie. Korona nie jest dobrze widziana w Unii Europejskiej. Przeniesienie korony króla Stefana do parlamentu węgierskiego zostało potraktowane jako zamach na demokrację. Ciekawa jestem, co zrobią inne państwa ze swoimi godłami. Orły czarne, a tym bardziej dwugłowe, do żadnego gatunku podobne nie są. Może najbardziej do kondora, sępa padlinożercy.
Obawiam się, że jastrząb, też ptak drapieżny, jest tylko formą przejściową w procesie reformowania polskiego godła. Z kręgów rządowych docierają plotki („Uważam Rze”), iż najstosowniejszym godłem dla Polski jest bocian, też ptak drapieżny, ale pożyteczny. Zżerając żaby, likwiduje źródło konfliktu, przyczynia się do pojednania narodu podzielonego na obrońców żabek (Gwiazdowie i ekolodzy) oraz Europejczyków – obrońców autostrad i innych postępowych inwestycji. Bocian wkłada dzieci do kapusty, owinięte w becik. To duża oszczędność w budżecie na politykę prorodzinną.
Tyle emocjonujących rewelacji zapewnia nam ostatnio klasa polityczna z rządem na czele, że powinnam codziennie pisać komentarze. Na szczęście nie muszę, ponieważ opinia publiczna jest czujna, wyłapuje kłamstwa i afery. Ludzie się martwią, denerwują i… obojętnieją. Ile można bezsilnie się wściekać? Nasza znajoma znalazła prosty sposób na oszczędzanie nerwów i czasu. „Wolne moce przerobowe” poświęca na wyłapywanie zmian, które uderzają nas po kieszeni lub ograniczają prawa i demokrację, a kiedy problem rozpozna, obmyśla metody przeciwdziałania. Cały szum informacyjny odrzuca. Na pytanie „Co pani sądzi o szansach Sławomira Nowaka na ministerialną tekę”, odpowiedziała: „Sławomir Nowak? Nie znam”. Gdyby na rewelację, że Palikot proponuje zbieranie psich kupek w święto niepodległości, ludzie odpowiadali: „Palikot, a kto to jest? Nie znam” – możliwości manipulacji byłyby mniejsze.
Niestety Zbigniewa Brzezińskiego znam, a nawet znalazłam fragmenty jego wykładu dla naukowców polskich w Montrealu. „Pojęcie państwa narodowego w pełni suwerennego w ogóle się zdezaktualizowało – należy ono do epoki historycznej, która już nie istnieje. Sytuacja Polski jednak nie jest oczywiście współzależnością, ale zależnością. Charakteryzuje ją zależność od zewnętrznej potęgi…”. Za szczyt naszych aspiracji Brzeziński uważał większe otwarcie na Zachód. Zachowaliśmy ten tekst, ponieważ pochodzi z maja 1975 roku, gdy ZSRR i USA już planowały pierestrojkę.
Zasłuchanym w retorykę narodowców przypominam, że w polskiej tradycji historycznej, podobnie jak w amerykańskiej, naród polski są to polscy obywatele. Potwierdza to preambuła konstytucji.
Brzeziński nie jest pierwszym z brzegu Amerykaninem „born in Poland’ (urodzonym w Polsce). W Waszyngtonie pełni on rolę dyżurnego Polaka, który kiedy trzeba, poucza nas, co jest właściwe, a co nie. Tym razem chamstwo bluzgów przekroczyło wszelkie granice. Nazwałabym go Niesiołowskim prezydenta Obamy. Wyciągam z tego wnioski optymistyczne. Widocznie mamy szanse pokonać „republikę okrągłego stołu” i ustanowić Rzeczpospolitą Polską. Tak sformułowany cel polityczny narodowców w pełni popieram. Mam nadzieję, że zrezygnują z absurdalnego i niemoralnego postulatu czystości etnicznej Polaków. Jeśliby do tego dodać kryterium wyznaniowe i skrupulatność w praktykach kościoła rzymskokatolickiego, a takie postulaty wciąż się pojawiają, to i puchary Adama Małysza należałoby oddać.
Niepokoi mnie renesans endecji. Marksizm, friedmanizm, Rosja, Niemcy, eksponowanie Małych Ojczyzn, tropienie ksenofobii, antysemityzmu, oskarżenia o brak tolerancji, demokracji, o homofobię, o zbrodnie wobec Żydów i Niemców w czasie II wojny światowej, wszystko to realnie zagraża polskiemu państwu. W tej sytuacji tylko tradycje romantyczne, rycerskie, insurekcyjne mogą nas uratować. Dobrze rozumiał to prezydent Lech Kaczyński.
Oglądałam ostatnio film w telewizji Planete pod tytułem „Klub pancernych” o organizowaniu młodzieży zafascynowanej serialem „Czterej pancerni i pies”. Dowiedziałam się o świetnej współpracy z milicją, telewizją, strażą pożarną. W ramach akcji „walka z ogniem” dzieci przeprowadzały tajne rewizje w piwnicach i na strychach, usuwały łatwopalne rupiecie i znajdowały poukrywane papiery. Tego nawet Pawka Morozow by nie wymyślił… Z klubami współpracowały ówczesne autorytety. Częstym gościem bywał Bronisław Geremek. On najlepiej potrafił przekazać młodzieży zasady etosu rycerskiego. Trudno się dziwić, że na bohatera walki z systemami totalitarnymi XX wieku Unia Europejska mianowała czołowego rycerza PRL. Rotmistrz Pilecki nie miał żadnych szans.
Skutecznym sposobem obrzydzania Polski jest utożsamianie państwa z rządem. Premier bije na alarm, podnosi się wrzawa wszystkich autorytetów – PiS atakuje państwo, ponieważ chce zmienić rząd. Król francuski Ludwik XIV powiedział do parlamentu „Państwo to ja”, a także „Naród mieści się w całości w osobie króla”. Ja w osobie Tuska się nie mieszczę, ponieważ uważam, że polskość to normalność.
Państwo stanowią wolni obywatele. W Art. 4 Konstytucji czytamy: Władza zwierzchnia w Rzeczpospolitej Polskiej należy do Narodu. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio. I tego się trzymajmy.
Joann Duda-Gwiazda
przez Joanna Duda-Gwiazda | piątek 28 września 2012 | opinie
Po 23 latach od porozumienia przy okrągłym stole wróciliśmy do podziału na „my i oni”. Podchodzą do nas ludzie: „Martwimy się, że Polska traci suwerenność, naród tożsamość, a oni nic sobie z tego nie robią”. „Oni” to ludzie władzy i „wyżeracze przy systemie”, my to wszelkiej maści mohery i inne dinozaury. Podział na mohery i lemingi okazał się bardzo praktyczny w opisie społeczeństwa.
Niepokój i oczekiwanie na zmiany są powszechne i dotyczą obu stron. Zestresowanym moherom proponuję prostą sztuczkę. Wyobraźcie sobie, że jesteście po stronie władzy. Ulicami miast i miasteczek maszerują ludzie z różnymi transparentami. Co będzie, jeśli nie znudzą się, nie zniechęcą i nie przestraszą? Jeśli ich racje przebiją się do opinii publicznej? Kryzys i barbarzyńcy ante portas! Tego już za wiele dla autorytetów moralnych, geniuszów polityki, biznesu, kultury, podziwianych i nagradzanych. Ulica jest jedynym realnym zagrożeniem dla wszystkich niedemokratycznych rządów i wszystkich wyzyskiwaczy. Na ulicę nie ma sposobu, dopóki nie ma społecznej zgody na pałowanie i strzelanie.
Protektorzy zewnętrzni – Merkel, Putin i wielkie korporacje – mają swoje kłopoty i nie będą angażować się w ratowanie rządzących Polską. Co gorsza, blask władzy i mamony mocno przygasł. Nieomylni ekonomiści okazali się dyletantami. Mimo to, racjonalnie oceniając sytuację, są to „strachy na Lachy”, ponieważ Polacy nie są skłonni do rewolucji. Tak może rozumować przeciętny człowiek. Ale ludzie niedemokratycznej władzy są wyjątkowo tchórzliwi i wrażliwi na obrazę majestatu.
Obywatele pozbawieni są wpływu na władzę. Listy, protesty, petycje z wieloma podpisami, nawet obywatelskie projekty ustaw wpadają w czarną dziurę. Kiedy publiczność buczy, oddzielona metalowymi barierami i kordonami mundurowych od oficjalnych gości, kierunkowe mikrofony tego nie wyłapują, media nie rejestrują. W telewizji widzimy sielankowe obrazki spotkań ojca narodu ze społeczeństwem. Konsultacje społeczne są markowane – kolejny raz powtarzane wyrazy troski i obietnice nic nie znaczą. Styl sprawowania władzy coraz bardziej przypomina ustawki z czasów PRL.
Ale buczenie dociera, w kadrze obiektywów pojawiają się nieprawomyślne napisy na transparentach, w Internecie dyżurni apologeci systemu nie nadążają z dezinformacją. Już to jest powodem do frustracji. Połączenie niezłomnej odporności na krytykę i fizyczny strach, obserwowane u kacyków, są zdumiewające. Im bardziej okrutny i bezwzględny jest dyktator, tym większym jest tchórzem i tym bardziej boi się o swoją cielesną powłokę.
Najważniejszą zaletą autentycznego przywódcy jest odwaga. W sytuacji zagrożenia przywódca musi być na czele. Mało budującym przykładem jest reakcja prezydenta Busha na atak terrorystyczny 11 września. Zostawił na posterunku wiceprezydenta i latał Air Force One, aż zagrożenie minęło. Natomiast godna podziwu jest odwaga króla Hiszpanii Juana Carlosa, który w 1981 r. udaremnił zbrojny zamach na demokrację. W nocy przybył do Madrytu, osobistym przykładem oswobodził parlament i o 1.15 wygłosił orędzie do narodu.
Spośród prezydentów wolnej Polski – Jaruzelskiego, Wałęsy, Kwaśniewskiego i Komorowskiego – jedynie śp. Kaczyński zasługuje na miano przywódcy. Pozostali bali się swojej przeszłości. Co robili poprzednicy Lecha Kaczyńskiego, aby ukryć przeszłość, powszechnie wiadomo. Natomiast nie wszyscy wiedzą, że impet, z jakim marszałek sejmu ruszył przejmować instytucje państwowe, niestosowny z ludzkiego punktu widzenia i niezgodny z procedurami, podyktowany był chęcią dobrania się do aneksu raportu z likwidacji WSI. Czego obawiał się Komorowski, może kiedyś się dowiemy. Odwaga nie jest mocną stroną obecnego prezydenta. Lekceważących, pogardliwych wypowiedzi na temat Lecha Kaczyńskiego, który odważył się przeszkodzić Rosji w aneksji Gruzji, nie da się wytłumaczyć brakiem klasy i kindersztuby.
Na konferencji w Gdańsku poświęconej Kaczyńskiemu uczestnicy panelu podkreślali, jakim wrażliwym, ciepłym, skromnym człowiekiem był Lech Kaczyński. Ale z tego nie wynika, że miękki inteligent nie pasował do twardych związkowców, jak sugerował Krzysztof Wyszkowski. Andrzej Gwiazda przypomniał odwagę śp. Lecha Kaczyńskiego. Jarosław Kaczyński zdementował, jakoby wpływ „twardego” brata na „miękkiego” pozwolił Lechowi działać w prześladowanej opozycji.
Ostatecznym wnioskiem z konferencji jest propozycja „Budujmy mit Lecha Kaczyńskiego”, ogłoszona w „Gazecie Polskiej Codziennie” 17 września. Nie podoba mi się ten pomysł, a uzasadnienie „dziś legenda Wałęsy jest nieporównanie silniejsza niż Lecha Kaczyńskiego”, uważam za obraźliwe. Może tak jest, że naród kierujący się emocjami zamiast prawdy, zasad i rozumu potrzebuje mitu. Zastąpimy zły mit dobrym i wszystko się odmieni. Obawiam się, że pod polewą z lukru zniknie pierwszy prezydent III RP, który odważył się bronić interesu Polski i zapłacił za to najwyższą cenę.
Gdyby kilku zacnych i wpływowych panów umówiło się, że będą przypominać zasługi i zalety Lecha Kaczyńskiego, aby stek kłamstw, obelg i drwin nie utrwalił się w świadomości społeczeństwa, byłby to dobry pomysł. Ogłoszenie tego publicznie może przynieść więcej szkody niż pożytku, gdyż każda próba przedstawienia osoby Lecha Kaczyńskiego w korzystnym świetle może być potraktowana jako propaganda. Poza tym, Lech Kaczyński był aktywnym politykiem od dawna, zginął w trakcie wypełniania obowiązków prezydenta Polski. Nie można zakazać oceny jego wyborów politycznych, również krytycznych, pod zarzutem, że nie budują one mitu.
Na koniec podam przykład skutecznego budowania legendy rotmistrza Pileckiego. Bieg jego imienia, wręczanie nagród przez jego córkę Zofię, to wspaniałe przeżycie, tak dla uczestników, jak i kibiców. Też mieliśmy zaszczyt wręczania medali, dyplomów i pucharów. Historia, piknik i sportowa rywalizacja dobrze się komponują. Ten bieg jest coraz bardziej popularny, w tym roku pierwszy raz pojawiła się w Warszawie telewizja Trwam. Przywieźliśmy z Warszawy koszulki i nadzieję na przyszłość.
Joanna Duda-Gwiazda
przez Joanna Duda-Gwiazda | wtorek 12 czerwca 2012 | opinie
W czasie zaborów Polacy na kresach wschodnich wyhodowali fasolę niepodległości. Na białej łupinie wyraźnie widoczny jest czerwony orzeł z koroną. Uprawianie tej fasoli było zakazane, więc sadzono ją między ziemniakami, chociaż jest rośliną wysokopienną. Kiedy już wydawało się, że fasolka niepodległości jest legendą, okazało się, że przywieziona z kresów przez dr. Zenona Kukiera przetrwała w Małopolsce. Rośnie w gminach Łącko, Podegrodzie i Chełmiec w pobliżu Nowego Sącza. Tradycja nakazuje dodać ją do potraw przyrządzanych na wieczerzę wigilijną. Nasionka dostają tylko ludzie godni zaufania. Fasola jest rośliną wiatropylną i chociaż fasola z orzełkiem okazała się odmianą trwałą, nie powinno się dopuszczać do krzyżówek. Moja siostra dostała cały woreczek i z zapałem szykuje tyczki.
Niedowiarkom mogę powiedzieć, że w 2010 roku fasola niepodległości dostała certyfikat produktu tradycyjnego. Wyszło symbolicznie: trochę smutno, trochę śmiesznie, ale optymistycznie. Przywiązanie do niepodległości jest produktem kresowej szlachty, kultywowanym w Małopolsce. Polacy zdradzani przez własnych przywódców, pokonywani przez wrogów, którzy tajnie się przeciw nim zmawiali, kiedy już nic nie dawało się zrobić, hodowali fasolkę niepodległości. Gdybym miała podać jeden powód, dlaczego mogę mieszkać tylko w Polsce, wymienię fasolkę, chociaż wszędzie mi się podoba, a niektóre wady moich rodaków powodują, że nóż sam się w kieszeni otwiera. Podróbka Polaków jest niemożliwa, nie można ich naśladować, ponieważ nie wiadomo, co wymyślą.
Przydałoby się nam trochę więcej zawziętości właściwej Słowianom południowym. W Muszynie na zgrupowaniu przebywała pierwszoligowa drużyna z Serbii. Zagrali mecz towarzyski z czwartoligową Muszynianką i sromotnie przegrali. Trener się wściekł, zrugał swoich podopiecznych, że nie chce ich znać i wraca do Serbii. Kiedy okazało się, że nie żartował, wyruszyła ekipa poszukiwawcza. Znaleźli trenera, jak twierdzą, w połowie drogi przez Słowację. Maszerował na południe w garniturze i wizytowych butach.
Sądzę, że najważniejszą przyczyną naszych niepowodzeń jest odpuszczanie zdrajcom. Niemoralny obyczaj użalania się nad zdrajcami i pogardy dla ofiar przedstawia się w słodkim sosie chrześcijańskiego miłosierdzia, chociaż każdy, kto miał przynajmniej trójkę z religii, wie, jakie są warunki przebaczenia. Podejrzewam, że za pozornie szlachetną rezygnacją z dochodzenia prawdy i sprawiedliwości kryje się uzasadniony strach, że ci, którzy wygrali, będą się mścić. Wałęsa nie odpuszcza, nęka procesami Wyszkowskiego, a sądy przyznając mu rację jawnie kłamią. W marszach pamięci każdego dziesiątego w Trójmieście nie uczestniczą członkowie Ligi Obrony Suwerenności. Nikt nie musi, ale nazwa organizacji zobowiązuje. Z ulotki dowiedziałam się, że w sprawie suwerenności LOS proponuje odrzucenie dyktatu Unii Europejskiej, zachowanie złotówki, obronę majątku przed zagranicznymi roszczeniami i wycofanie się z Afganistanu. Radykalny program, ale PO i Rosji lepiej się nie narażać. UE i NATO daleko.
Tresowanie społeczeństwa w duchu „racja jest po stronie siły” może się źle skończyć. W państwach cywilizowanych siła tylko dlatego jest po stronie ulicy, że strzelanie do tłumu z ostrej amunicji lub rozjeżdżanie czołgami, jak na placu Tiananmen, nie jest dopuszczalne. Ta psychologiczna i prawna bariera może w każdej chwili pęknąć w obronie pieniędzy i w obawie przed odpowiedzialnością. Na całym świecie, nie tylko w Polsce, trwają przygotowania do tłumienia masowych rozruchów, kiedy wyczerpią się możliwości manipulowania opinią publiczną. W USA Halliburton buduje więzienia i zamknięte obozy, czyli łagry. Światowi mędrcy już dawno oszacowali, że 80% populacji jest zbędna, a teraz głowią się, jak pozbyć się balastu. W ekskluzywnych gremiach jest Zbigniew Brzeziński i jak fama głosi, również Palikot. Współczuję tym mędrcom. Wolę być z pospólstwem, bo nie tylko pieniądze i władza, towarzystwo też się liczy. Poza tym wcale nie wiadomo, po której stronie będzie bezpieczniej.
Nie chcę nikogo straszyć, jestem dobrej myśli. Ludzie zainteresowali się realną ekonomią i słuchanie ideologicznych sloganów, które niczego nie wyjaśniają, coraz bardziej ich denerwuje. Próbują dowiedzieć się, jak degenerował się system finansowy, którego rolą było kiedyś obsługiwanie gospodarki, albo wychodzą na ulice, demonstrują, tłuką szyby w bankach lub lokalach partii politycznych. Niepoprawne politycznie opinie o przyczynach i istocie kryzysu pojawiają się nawet w polskich mediach, często w miejscach nieoczekiwanych. Z biuletynu funduszu inwestycyjnego Pioneer Pekao dowiedziałam się, dlaczego Niemcy forsowali pakt fiskalny, chociaż sami od dawna przekraczali obowiązujące limity zadłużenia. Sztywne limity zeszły na dalszy plan, teraz wymaga się redukcji zadłużenia strukturalnego. Nie bardzo wiadomo, co to jest, więc można swobodnie żonglować interpretacją. Ta polityczna decyzja pozwala karać węgierski rząd Viktora Orbana.
Prezydent Francji rzucił nowe hasło walki z kryzysem – rozwój gospodarczy. Hasło się podoba, ponieważ daje nadzieję na zmniejszenie bezrobocia. Hollanda krytykują przeciwnicy zadłużania – bez nowych kredytów rozwój jest niemożliwy. Ciekawą krytyczną opinię usłyszałam od znajomego Francuza: „We Francji produkujemy wystarczającą ilość wszystkiego, co nam potrzeba, a rozwój, który likwiduje miejsca pracy, zwiększy bezrobocie”. Wszystkie kraje rozwinięte mają nadzieję na sprzedanie nadmiaru towarów produkowanych przy coraz mniejszym zatrudnieniu. Zbędne 80% populacji nie chce się dobrowolnie powiesić, a państwo opiekuńcze według liberałów jest anachronizmem i przyczyną kryzysu. Sytuacja jest patowa. Lud Rzymu domagał się chleba i igrzysk. Same igrzyska nie wystarczą, jakieś minimum chleba jest konieczne. Pytanie, jaki jest cel rozwoju, jest ważne.
W Polsce – przeciwnie niż we Francji – importujemy wiele towarów i usług, poczynając od projektów stadionu, na ziemi do kwiatów kończąc. Po szokowej transformacji straciliśmy całe gałęzie gospodarki. U nas celem rozwoju jest odbudowa polskiej gospodarki, ale pytanie pozostaje: Po co Polacy mają pracować dłużej, za mniejsze pieniądze i przechodzić na emeryturę później, skoro mamy tylu bezrobotnych? Odpowiedzi dostajemy wciąż te same – bo taki jest ogólny trend, bo musimy wygrać wyścig, bo żądają tego światowe rynki finansowe. Rynki nie odróżniają Warszawy od Budapesztu, ale dobrze wiedzą, kto chce się lenić. Na mecie wyścigu jest przewlekły kryzys, ale wszyscy muszą grać w tę grę pod szantażem bankructwa, bo wszyscy są zadłużeni. Średnie zadłużenie państw UE wynosi 60% i można je spłacić tylko pozyskując środki od sąsiadów, ponieważ bilans wymiany z państwami poza Unią jest zrównoważony. Przypomina to eksperyment, o którym opowiadał mi tato, przyrodnik. W szczelnym słoiku zamknął kokon jaj pająka. Wylęgła się chmara małych pajączków, a po pewnym czasie na nitce przyczepionej do wieczka zwisał jeden tłusty pająk.
Wybór socjalisty na prezydenta Francji został w Polsce przyjęty z niechęcią i wywołał zamieszanie. Liberałom socjalizm kojarzy się z prawami pracowników, związkami zawodowymi i znienawidzonym państwem opiekuńczym. Partia rządząca wciąż inwestuje w przyjaźń z Angelą Merkel, ale Niemcy też już się buntują przeciw zaciskaniu pasa, a zmiana układu sił na szczytach Unii może Merkel pogrążyć. Nie wiadomo, czy inwestycja nie okaże się chybiona. Leszek Miller cieszy się, że zwrot na lewo w Europie przybliży SLD do władzy w Polsce. Wybór Hollanda to również zwrot na prawo, ponieważ wzmacnia dążenia do niezależności państw narodowych. Trafnie odczytał tę zmianę Jarosław Kaczyński, który w przeciwieństwie do dużej części swojego elektoratu, z satysfakcją przyjął wynik wyborów we Francji. Miller euroentuzjasta, zwolennik ścisłej integracji, może naśladować Francję tylko w sprawach socjalnych. Na przykład może popierać starania partii prawicowych o pomoc państwa dla kobiet rodzących i wychowujących dzieci. Życzę mu powodzenia.
W Polsce słowo „socjalista” pełni rolę inwektywy, ale rekord we wrogim stosunku do Hollanda pobił Krzysztof Wyszkowski w swoim felietonie w „Gazecie Polskiej” z 16 maja. Zacytuję fragment „…wyciągnięta z partyjnego lamusa kukła z bezbarwnej plasteliny. Jego program jest wielkim łgarstwem bezprzykładnego łgarza, który na swoją obronę ma tylko to, że jest do tego stopnia Monsieur Inconnu, że nawet jego kobiety nie chciały się z tą mieszaniną mydła z szampanem ożenić”. Albo Krzysztof miał zły dzień, albo za długo oglądał Niesiołowskiego. Sensu to nie ma, ale dalej Wyszkowski oskarża „zachodnioeuropejską francę” o zarażenie Ameryki: „Jeszcze, niedawno wydawało się, że po ujawnieniu się okropnych objawów tej choroby (i to szczególnie w ochronie zdrowia) zostanie ona szybko i skutecznie gorącym żelazem wypalona”. Mam nadzieję, że w Polsce nie dojdzie do „wypalania gorącym żelazem” powszechnych ubezpieczeń i publicznej ochrony zdrowia.
Joanna Duda-Gwiazda