Empatia

Według słownika empatia to „uczuciowe utożsamienie się z inną osobą i wywołanie w sobie uczucia, które ona przeżywa”.

Trudno racjonalnie wytłumaczyć nienawiść do braci Kaczyńskich, Macierewicza i całego „pisowskiego ludu” (określenie Igora Janke). Absurdalna i okrutna wydaje się usilnie lansowana teza, że załoga i pasażerowie samolotu w Smoleńsku zginęli na własne życzenie. Ale popatrzmy na sprawę oczami tych, którzy boją się PiS-u jak zarazy, żądają „kordonu sanitarnego”, a wszystko będzie wyglądać inaczej.

Ryszard Kalisz ogłosił, że za samobójczą śmierć Barbary Blidy odpowiedzialni są Zbigniew Ziobro i Jarosław Kaczyński. Jest to prawda oczywista. Gdyby PiS nie podejmował próby wyjaśnienia powiązań w mafii paliwowej, Barbara Blida by żyła. Trudniej wytłumaczyć przyczyny zbiorowego samobójstwa awangardy pisowskiego ludu. Dlatego wciąż pojawia się inny wątek. Lech Kaczyński sam sobie winien, ponieważ narażał się PO i Rosji. Stawiał się, wtrącał do polityki międzynarodowej, nie uwzględniał szczególnej wrażliwości decydentów, którzy mają realną siłę i realną władzę. Tak jak sam sobie jest winien szef CBA, który zastawiał pułapkę na premiera oraz agent Tomek, prawiący dusery skorumpowanej posłance.

Nienawiść do patriotów staje się zrozumiała, gdy wyobrazimy sobie taką scenę. Jesteśmy marszałkiem albo ministrem, zasłużonym, podziwianym, filmowanym. Poddani nam czapkują, redaktorzy tytułują, zagraniczni mężowie stanu obejmują i klepią po plecach, saloniki dla VIP-ów, salonki w samolocie, drogie hotele. Nasza chata na przedmieściu chędoga, choć nie rzuca się w oczy, fura z przyciemnionymi szybami w garażu. Nagle bez uprzedzenia o szóstej rano – puk-puk i zbiry w mundurach jak jakieś gestapo wywlekają nas z domu do aresztu, na przesłuchanie. Wypytują o starych i nowych partnerów w biznesie, przetargi, kontakty, adresy, mają jakieś papiery z podsłuchów, z NIK-u, z tajnych biurek urzędników państwowych. Powiemy, że wszystko fałszywe, pewnie z IPN-u, gdzie najlepiej znają się na podrabianiu dokumentów, ale będzie wstyd i duże straty. Nie tak miało być. Nieudacznicy, którzy nie odnaleźli się na wolnym rynku i w naszej młodej demokracji, biorą odwet na tych, którzy w ciężkim trudzie zbudowali III RP.

Motyw pukania o szóstej rano pojawiał się we wszystkich opowieściach o odradzającym się faszyzmie, stalinizmie, totalitaryzmie. Przyznaję, że robi on wrażenie nawet na tych, do których w PRL pukali koledzy bohaterów naszej młodej demokracji. Pojawił się cień obawy, że pukanie wraca, może nawet wywalanie drzwi łomem, jak w nocy 13 grudnia. No i wróciło, zapukało do drzwi jakiegoś internauty. Ryszard Kalisz jest prawdziwym prorokiem.

Smoleńska katastrofa pomogła opanować sytuację. Służbami państwowymi kierują teraz kulturalni, apolityczni profesjonaliści, odpowiedzialni za stabilność państwa, uwzględniający uwarunkowania zewnętrzne. Zagrożenie minęło, na twarze premiera, ministrów i innych notabli powróciła pewność siebie. Jednak nadal coś ich nęka, uśmiechy przypominają grymas, wzrok dziki, plącze się słowotok o paśmie sukcesów. Co to może być? Nie sytuacja gospodarcza, bo ta jest jak wiadomo znakomita i budzi powszechny podziw, stosunki z Berlinem i Moskwą są tak dobre, że buzi dać. Słupki poparcia trzymają się jak zamurowane.

Jakiś robak dręczy sterników naszej nawy państwowej. Strach przed prokuratorem i sądem minął – ale pozostał, a nawet nasilił się strach przed ulicą. W całej Europie „motłoch” wylega na ulice i czepia się polityków. Strach ma wielkie oczy. Pojawił się napis na transparencie – nadciąga las (odwołanie do Makbeta). Ten las zmaterializował się na stadionach. Kibice okazali się odporni na propagandę sukcesu. Przed sejmem jacyś dzicy spalili 560 krzesełek, symbol parlamentarnej demokracji. Mało kto to zauważył, bo policja chwaliła demonstrantów za ład i porządek. W kinach wyświetlają film „Uwikłani” – instruktaż, jak poradzić sobie z demonami przeszłości.

Jeszcze wierny lud gapi się w telewizję i nie chce zmian. Kto ma dach nad głową, dostęp do środków publicznych, dobrą pracę albo wysoką emeryturę, ten wie, że mieszka na zielonej wyspie. Kto się omsknął i już tonie, może jeszcze wierzyć, że sam sobie winien. Młodzi ludzie, którzy nie mogą pracy znaleźć albo harują od świtu do nocy bez żadnej perspektywy na przyszłość, pocieszają się, że to pech, chwilowe niepowodzenie. Są przecież młodzi, pełni entuzjazmu, nowocześni. Jednak slogan, że pracę znajdzie każdy, kto naprawdę chce, coraz częściej okazuje się oszustwem. Uwiedzionych propagandą sukcesu twarde lądowanie przywraca do rzeczywistości.

W Gdańsku jedyną pracą, którą znalazł absolwent technikum, było rozrzucanie tłucznia przy przebudowie torów tramwajowych. Praca dobrze płatna – 10 zł za godzinę netto, ale warunki umowy drakońskie. Jeśli robotnik zrezygnuje w ciągu pierwszych trzech dni, nie dostanie ani grosza. Za jeden dzień nieobecności kara wynosi 100 zł. Nie ma żadnych dni wolnych, a z zawartych w umowie 10 godzin pracy na dobę zrobiło się 12 godzin. Matka radziła synowi, aby powołując się na konstytucyjne prawo do praktyk religijnych zażądał wolnych niedziel. Nie dało to rezultatu. Być może, gdyby był muzułmaninem, dostałby wolne piątki, jeśli Żydem – wolne soboty. Kiedy okazało się, że ból mięśni nie mija przez noc oraz nie ma możliwości odebrania świadectwa maturalnego i zapisania się na studia, młody człowiek zrezygnował z pracy. Jego starsi koledzy zostali, są silniejsi, w domu czekają głodne dzieci. Każdy mądrala powie: „Po co rozrzucać tłuczeń, lepiej świadczyć usługi internetowe”. Praca fizyczna jest w pogardzie, a wykonujący ją ludzie są wyzyskiwani bez litości.

Rywalizacja z systemem komunistycznym zmuszała kapitalizm do respektowania praw pracowniczych i związkowych. Marksizm przegrał. Tzw. państwo opiekuńcze jest likwidowane jako szkodliwy dla gospodarki anachronizm. Mam nadzieję, że dla wszystkich już jest jasne, dlaczego pierwszą „Solidarność” trzeba było zniszczyć. Teraz wszyscy się na nią powołują, ale przypominanie, że był to związek zawodowy, wywołuje konsternację.

Strach przed komunistyczną zarazą zniknął. Dla wyzyskiwaczy nastało dolce vita, gospodarka rozwinęła się wspaniale i nawet na kryzysie można dobrze zarobić. Banki nadal pożyczają pieniądze na obsługę długów. Nazywa się to pomocą międzynarodową w imię solidarności. Odsetki od tych długów w krajach bankrutujących sięgają już 30 procent. Biznes jest pewny, bo rządy nie pozwolą, aby banki poniosły stratę. Trzeba tylko dokręcić śrubę „darmozjadom” z ulicy.

Jeśli jedynym lekarstwem na światowy kryzys jest zwiększanie wyzysku, to znaczy, że znaleźliśmy się na równi pochyłej i pędzimy do ściany.

Polska Solidarna – Polska Liberalna

Polska Solidarna – Polska Liberalna

Solidarność jest niezbędna, aby wspólne działania zakończyły się sukcesem. W warunkach szczególnie trudnych, w niebezpieczeństwie, w walce – bywa warunkiem przetrwania grupy. Dotyczy to strajkującej załogi, ratowania się w górach i po katastrofie, ale odnosi się też do narodu, którego byt materialny i tożsamość są zagrożone.

Solidarność nie jest stanem świadomości społecznej danym raz na zawsze. Korzyści wszystkich uczestników grupy wynikające z solidarnego działania osiągane są po upływie czasu i często są niepewne. Korzyści ze złamania zasad solidarności, ze zdrady, z egoistycznego działania w grupie altruistów, są natychmiastowe i bywają znaczne. Po aresztowaniu grupy opozycyjnej ten, który pierwszy zacznie sypać w śledztwie, może liczyć na łagodny wyrok. W „Solidarności”, w Kościele, w redakcjach, w stowarzyszeniach twórców, na wyższych uczelniach, w sądach, we wszystkich zakładach pracy – ludzie, którzy zgodzili się na współpracę z bezpieką, otrzymywali wsparcie w karierze.

Jakaś instancja musi zawsze stać na straży solidarności. W mafii jest omerta, w państwie prokuratura i sąd, w grupie społecznej opinia publiczna. Ostatecznie właśnie ona decyduje, czy niesolidarne postępowanie jest opłacalne. Jeśli zdrada uchodzi płazem, solidarność się załamuje i nie tak łatwo ją odbudować. Nikt nie chce być frajerem.

Opuszczę „pole bitewne” i przypomnę znany w socjologii model wspólnego pastwiska. Jeśli na pastwisko, na którym każdy uczestnik wspólnoty wypasa jedną krowę, ktoś wprowadzi dwie, osiągnie podwójny zysk. Jeśli nie zostanie natychmiast ukarany, inni użytkownicy też wprowadzą dodatkowe krowy. Nikt nie chce być okradany. Pastwisko zostanie zniszczone, krowy będą głodne. Stopniowe wycofywanie dodatkowych krów w imię solidarności jest mało realne. Zniszczone zostało nie tylko pastwisko, również wzajemne zaufanie.

Najważniejszym kapitałem, decydującym o rozwoju kraju, jest zaufanie społeczne. W Polsce zostało ono zniszczone stanem wojennym. Umowa między władzą i społeczeństwem została brutalnie złamana. Co więcej, już wtedy, powołując się na chrześcijańską zasadę przebaczenia, odpuszczano zdrajcom. Potem było już tylko gorzej. Wojciech Jaruzelski został pierwszym prezydentem niepodległej Polski. Kto w okresie transformacji za radą znawców rozwoju kapitalizmu ukradł pierwszy milion, mógł dalej kraść bezkarnie: chroniło go święte prawo własności. Tajne służby utworzyły sieć powiązań polityczno-biznesowych, zakłócających rozwój demokracji i działanie rynku. Nie bez przyczyny każda próba ujawnienia zawartości archiwów tajnych służb kończy się niebotyczną awanturą polityczną, chociaż podobno już dawno problemu nie ma.

Nie rozumiem, dlaczego intelektualiści, socjologowie i filozofowie badający stan społeczeństwa w Polsce i przemiany po 1989 r. nie uwzględniają stanu wojennego i działań agentury. Te tematy są omijane szerokim łukiem nawet w pracach poświęconych „Solidarności”.

Ludzie pracy czują się zdradzeni i oszukani. W „Solidarności” o zakładach przemysłowych mówili „nasze”. Po nacjonalizacji przemysł i duże gospodarstwa rolne nie stały się własnością ani Partii, ani urzędników. Były własnością narodu, chociaż źle zarządzaną i eksploatowaną na rzecz obcego mocarstwa. W procesie transformacji nastąpiło realne wywłaszczenie i zniszczenie miejsc pracy. Zawiodła nowa „Solidarność” i jej przywódcy. Porzuciła działalność związkową, uzależniła się od partii politycznych, osłaniała przekształcanie systemu w Polskę Liberalną, a nawet sama próbowała pełnić rolę partii. Teraz wraca do roli związku zawodowego. Oby się udało.

Jednak przetrwała pamięć o NSZZ „Solidarność” z lat 1980-81, o tym, że miało i mogło być inaczej. Pierwsza „Solidarność” była doświadczeniem milionów ludzi. Dla wielu krótki okres jej działania był najważniejszym w ich życiu.

Hasło „Polska Solidarna”, które pomogło Prawu i Sprawiedliwości wygrać wybory w 2005 r., nie było pustą obietnicą wyborczą. Za rządów PiS skorumpowani politycy i urzędnicy na najwyższych stanowiskach przestali być bezkarni. To spowodowało, że i na niższych szczeblach władzy funkcjonariusze instytucji państwowych bali się wymuszać łapówki. Odetchnęli ludzie prowadzący uczciwe biznesy. Mówili, że mają konkretne oszczędności i nie obawiają się, iż jakaś decyzja administracyjna doprowadzi ich przedsiębiorstwo do bankructwa. Za tamtych rządów wykupiliśmy na własność nasze lokatorskie mieszkanie w spółdzielni. Można też było łatwo, po okazyjnych cenach, wykupić mieszkania kwaterunkowe. Była to konkretna pomoc dla niezamożnych ludzi. Skandalem jest, że na to uwłaszczenie trzeba było czekać tyle lat. Może to zbieg okoliczności, ale przestało się pogardliwie mówić o blokersach. Ważna ustawa o otwarciu zawodów prawniczych dla młodzieży kończącej studia została zablokowana przez Trybunał Konstytucyjny. Brak dostępu do porad prawnych jest jedną z przyczyn bezradności, krzywd, wykluczenia. PiS postawiło tamę prywatyzacji majątku należącego do służby zdrowia. Beata uwiedziona przez agenta zalewała się łzami na oczach milionów telewidzów, ponieważ nie mogła „kręcić lodów przy prywatyzacji szpitali”. Próba zmierzenia się z mafią węglową skończyła się postawieniem PiS pod pręgierzem za samobójstwo Barbary Blidy.

PiS w obsadzie stanowisk popełniło błędy personalne, ale nie broniło „swoich” za wszelką cenę. Na czele wielu instytucji państwowych stanęli znakomici, kompetentni i niezależni ludzie. IPN, chociaż nieustannie atakowany przez agenturę, rozwinął działalność. PiS przygotowało wiele projektów i programów, których nie zdążyło zrealizować. Niektóre kontynuuje PO, niestety tylko werbalnie.

Mówimy o Polsce Solidarnej, więc warto jeszcze wspomnieć o „polityce orderowej” Lecha Kaczyńskiego. Wielu działaczy WZZ, Pierwszej „Solidarności” i stanu wojennego zostało przypomnianych opinii publicznej.

Największym błędem PiS było wycofanie się z bardzo dobrej ustawy o otwarciu archiwów tajnych służb i zwlekanie z publikacją aneksu do raportu o likwidacji WSI. Mafia każde cofnięcie się odczytuje jako słabość i przystępuje do bezwzględnego ataku. Innego rodzaju błędem było upieranie się przy budowie estakady nad bagnami Rospudy. Zaszkodziło to wizerunkowi PiS w oczach ideowej młodzieży. O Rospudzie słyszeli wszyscy, natomiast mało kto wie, że PiS jest przeciw uprawom roślin modyfikowanych genetycznie.

Koalicja z Samoobroną i LPR, chociaż wymuszona arytmetyką sejmową, miała dobre strony. Lepper nieustannie atakował Balcerowicza i domagał się lustracji majątkowej. Społeczeństwo ma krótką pamięć, więc przypominanie pierwotnych przyczyn patologii jest wskazane. Giertych stanowił przeciwwagę dla nachalnej propagandy antynarodowej i antykatolickiej. Niestety, obaj koalicjanci okazali się skrajnie nielojalni. Można odnieść wrażenie, że niektóre działania Giertycha, np. domaganie się na forum UE wprowadzenia bezwzględnego zakazu aborcji, miały na celu skompromitowanie rządu PiS.

Warunkiem wprowadzenia Polski Liberalnej było odsunięcie społeczeństwa od głosu. Ważne i nie wymagające większych środków finansowych jest odbudowanie agory, miejsca spotkań publicznych. Komercjalizacja całej przestrzeni publicznej spowodowała, że nie ma nawet gdzie powiesić plakatu lub zawiadomienia o spotkaniu. Nie ma miejsca, gdzie można pokazać film objęty cenzurą, zaprezentować książkę, zorganizować debatę, zabawę, festyn. Można sobie radzić, korzystając z uprzejmości proboszcza albo lidera jakiejś partii. Nie jest to zdrowa sytuacja. Gdzie ma się udać grupa obywateli oskarżana równocześnie o trockizm i o faszyzm?

Agora powinna być miejscem neutralnym. W Australii są Domy Polskie, z których korzystają wszelkie polonijne organizacje. Widziałam podobnie działające domy dla różnych organizacji społecznych i politycznych w Vancouver i w Waszyngtonie. Gdyby w Polsce w Domu Polskim zatrudnić kilka osób – technika sprzętu audiowizualnego, konserwatora, sprzątacza, prawnika, księgową, urzędnika przyjmującego zgłoszenia na spotkania, wydającego klucze do szaf organizacji i przyjmującego pocztę – koszty działania inicjatyw pozarządowych można by znacznie obniżyć. Mogłyby powstawać nowe. Kto nie zakładał stowarzyszenia, nie wie, że pierwszym problemem jest podanie adresu siedziby. Ponadto, moim zdaniem społeczeństwo obywatelskie to nie jest zbiór organizacji, lecz aktywni obywatele. Ich przede wszystkim mam na myśli, proponując finansowanie agory ze środków publicznych.

Tu i teraz bez żadnych dodatkowych nakładów finansowych można zacząć egzekwować prawo obywateli do informacji o działaniach instytucji państwowych i samorządowych. Teoretycznie można je znaleźć w Internecie, ponieważ wszyscy prowadzą własne strony, a niektórzy nawet wydają biuletyny. Ten sposób komunikowania się z obywatelami ma przeważnie charakter autopromocji. Urzędy nie odpowiadają na listy i pytania. Nie tylko w terminie określonym w prawie, po prostu nie odpowiadają w ogóle. Od dłuższego czasu znajoma bezskutecznie usiłuje dowiedzieć się, jakie jest maksymalne zanurzenie statków, które będą mogły wpływać do portu w Świnoujściu bez kolizji z gazociągiem. Musi nam wystarczyć zapewnienie Angeli Merkel, że wszystko będzie dobrze.

Aby realnie rozpocząć budowę Polski Solidarnej, trzeba diametralnie zmienić sposób oceny stopnia rozwoju społeczno-gospodarczego i odejść od ślepego naśladownictwa krajów rozwiniętych. Zmianie liberalnego sposobu myślenia na solidarny służyłaby detronizacja PKB jako uniwersalnego wskaźnika rozwoju. Związki zawodowe i partie polityczne zainteresowane budową Polski Solidarnej powinny podać do publicznej wiadomości wartość współczynnika Giniego (miara egalitaryzmu) oraz wskaźnika HDI (miara rozwoju społecznego) dla Polski.

Stosowane w naszym kraju kryteria postępu i rozwoju są powierzchowne. Na wsi wójt rozdaje komputery mniej zamożnym rodzinom. Komputery trafiają pod strzechy, a we wsi nie ma kanalizacji i oczyszczalni ścieków, nie ma też żadnej komunikacji publicznej, aby dojechać do miasta.

W sytuacji kryzysu należy zrezygnować z nadmiernych wydatków na propagandę. W szpitalach brakuje pieniędzy na żywienie chorych, a w Warszawie zainstalowano fontannę za 11 mln zł. Gdańsk ufundował za prawie milion złotych pomnik dzieci, które ratowano z Rzeszy wysyłając je do Londynu. Intencją włodarzy miasta było prawdopodobnie zdjęcie z Polaków odium antysemityzmu. Stało się odwrotnie. Budowa i odsłonięcie pomnika dały okazję do przypisywania Polakom zbrodni niemieckich. Na budowę Europejskiego Centrum Solidarności przeznaczono kilka milionów złotych. W Polsce Solidarnej nie byłoby to możliwe. Nikt nie protestuje, ponieważ nie wypada występować przeciw idei Solidarności. Do różnych tabu narzucanych przez polityczną poprawność doszło jeszcze i to.

Nie widzę uzasadnienia, aby ograniczać się do jednej idei i tradycji, nie widzę potrzeby ustalania hierarchii wartości. Doktrynalnie traktowane wartości są wzajemnie sprzeczne. Teolog szwajcarski Romano Amerio błędnemu odczytaniu dogmatu o Trójcy Świętej przypisuje fakt, że w naszym myśleniu prymat zdobyło pojęcie miłości, kosztem kategorii poznania i prawdy. Miłość do nieuleczalnie chorych może być uzasadnieniem eutanazji. Miłość pojmowana jako zgoda i brak konfliktów prowadzi do ekumenizmu dobra ze złem, prawdy i fałszu. Prawdziwą miłość poprzedza poznanie opierające się na prawdzie.

Nie podzielam optymizmu władzy, że Polska jest „na właściwej ścieżce i kursie”. Przeciwnie, ten optymizm mnie niepokoi. Nie mam zaufania do przywódców, którzy nie dostrzegają i nie przewidują zagrożeń. Imitowanie państw zachodniej Europy kojarzy się z potiomkinowskimi wioskami i wpisuje w tradycje propagandy komunistycznej. W systemie neoliberalnym nie wygląda to lepiej. Tak długo ukrywa się problemy, pożycza pieniądze, stosuje kreatywną księgowość, aż dojdzie do bankructwa. Zagrożenia są poważne. Uważam, że powinniśmy przede wszystkim sięgać do polskiej tradycji i szukać rozwiązań niekonwencjonalnych. W historii mieliśmy księży-społeczników oraz komunistów traktujących robotników z pogardą. Nieważne, czy kot jest prawicowy czy lewicowy, byle łowił myszy.

W Polsce jest wielu kompetentnych i przyzwoitych ludzi. Problem w tym, że niewielu z nich przebiło się do mediów. W debacie publicznej wciąż dominują liberałowie. Wybitni ekonomiści na świecie uznali liberalizm za koncepcję chybioną, ale w Polsce wciąż chowamy głowę w piasek. Oprócz przymiotów intelektualnych, ludzie opracowujący projekt prospołecznego rozwoju muszą wyróżniać się odwagą i niezależnością. Nie widzę obecnie nikogo, z wyjątkiem Jarosława Kaczyńskiego, kto mógłby tych ludzi zebrać razem.

Nie możemy jednak liczyć na to, że korzystne dla społeczeństwa zmiany zostaną przeprowadzone odgórnie, nawet gdy będziemy mieli sojuszników w parlamencie. Dlatego decydująca będzie samoorganizacja społeczeństwa. W tej chwili sytuacja polityczna wygląda beznadziejnie. Rząd robi, co chce (czyli niewiele), troszcząc się tylko o swój wizerunek. Można odnieść wrażenie, że władza i elity żyją w innej Polsce niż reszta obywateli.

Niepokojąca jest propaganda, której celem jest dezintegracja. Jaki jest sens przeciwstawiania „dzikusów”, domagających się rzetelnego śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej, „kulturalnemu” ogółowi, który do takich incydentów nie przywiązuje większej wagi?

Polskę Solidarną można zbudować tylko w oparciu o patriotyzm, który nadaje znaczenie pojęciu wspólnego dobra.

Prawo silniejszego

Miała babuleńka Koziołka Matołka, co kazał dziewczyny powsadzać do dołka. Koziołek Matołek – pod rogami pustka, dziewczyny wesołe, on blady jak chusta.

Taką piosenkę, nie przesadnie wyrafinowaną artystycznie i intelektualnie, śpiewałyśmy w obozie internowanych. Na szczęście junta wojskowa była mniej obrażalska od obecnych władz i nie próbowała nas za to zamknąć. Wprawdzie trudno zamknąć kogoś, kto już siedzi, ale WRON-a to potrafiła. Andrzeja aresztowała w obozie internowanych i oskarżyła o obalanie ustroju siłą, za co groziła kara śmierci. Siły do obalania czegokolwiek nie mieliśmy ani wtedy, ani teraz. Wszystkie Koziołki Matołki, historyczne i współczesne, mogą spać spokojnie. Nobliwa pani Sybiraczka powiedziała mi: Zostawcie w spokoju generała, to stary schorowany człowiek. Nie taki schorowany, skoro uczestniczy w pracach BBN. Ale postęp jest. Teraz mamy standardy europejskie i przynajmniej za słowa kara śmierci już nie grozi.

Nauczycielka w szkole podstawowej kazała trzem klasom napisać opowiadanie w odcinkach pod tytułem Diabelski Anioł. Dzieci uruchomiły chorą wyobraźnię, karmioną bajeczkami, grami komputerowymi i filmami akcji. W kolejnych odcinkach pojawiały się coraz bardziej sadystyczne i obrzydliwe sceny. Zacytuję kilka fragmentów:

„Zobaczyła ciało swojego chłopaka bez rąk i z jedną nogą”. „Kolejna ofiara był przywiązana łańcuchami do drzewa. Po całym ciele spływała krew. Głowa człowieka była odrzucona kilka metrów dalej. Wnętrzności były wyjedzone”. Motyw urwanej głowy tak się dzieciom spodobał, że pojawia się w następnym odcinku. „Przywiązali Łukasza sznurkiem i puścili go jako przynętę. Nagle zobaczyli szarpnięcie sznurka, szybko go chwycili i podciągnęli. Zobaczyli sznurek z głową Łukasza i z kłakami potwora”. Łukasz jest kolegą z grupy autorów. Dalej, oprócz krwi i flaków, z ciał wylewają się robaki, które są zjadane. Kto zje robaka, zamienia się w potwora. Potwór wyjada nie tylko wnętrzności, również mózgi. Zabawę przerwała dyrektorka.

Rodzice próbują ograniczać dzieciom dostęp do Internetu, blokują strony z pornografią, ale jest to nieskuteczne, ponieważ dzieci mają telefony komórkowe. Synek znajomych otrzymuje SMS-y: „Czy ty dalej wierzysz w tą głupią Maryśkę?”. Chodzi oczywiście o Marię, matkę Chrystusa.

Wielu jest chętnych do cenzurowania Internetu, ale nie słyszałam, aby ktokolwiek domagał się ograniczenia sadystycznych, okrutnych i obrzydliwych treści w publicznym przekazie, ponieważ wszystkim jest to na rękę. Panuje przekonanie, że im mocniejsze ostrzeżenie, tym lepszy skutek. Obrońcy zwierząt pokazują ich cierpienia, pacyfiści okrucieństwa wojny, kościół wystawia plansze ociekające krwią nienarodzonych, drogówka ofiary wypadku. Trzeba przebić się przez kulturę masową, która jest coraz bardziej brutalna i prymitywna.

Nakręca się spirala coraz mocniejszych środków wyrazu. Natomiast reklamy i większość seriali wypełniają lukrowane obrazki z życia ludzi, którzy nie mają większych kłopotów, albo świetnie sobie z nimi radzą. Wszystko jest umowne: entuzjazm widzów, spontaniczność celebrytów, krew z urwanej nogi. Do mediów przebijają się jeszcze tylko tragiczne historie ludzi okrutnie skrzywdzonych przez los lub władzę.

Trudno sobie wyobrazić dalszą eskalację straszenia i pogróżek w celach wychowawczych. Przypadkowo znalazłam przykład innego podejścia do wychowania dzieci. W wydanym przez IPN albumie „Rotmistrz Witold Pilecki 1901-1948” zamieszczono fotokopię wierszowanego listu do syna (str. 123). Oto dwa fragmenty:

„Niby świat kocha i wsze stworzenia
W gołębim sercu – gołąbki zmieszcza
To raptem znowu zmienia się w drania
Motylom życie odbiera – więc gania”.

Jeśli Cię ręka swędzi i oko
Równego sobie szukaj – silnego
Z nim stań do walki. Uda się – a więc głęboko
Miecz wraź swój w niego!
Lecz słabe niszczyć stworzonka – nieduże
Tak robić potrafią przede wszystkim tchórze
Lecz nigdy nie robią tego rycerze”.

Nie trzeba wymyślać niczego nadzwyczajnego. Wystarczy wrócić do starych zasad i metod wychowania, aby świat wrócił do normy. Oczywiście nie jest to takie proste. Kto przyzwyczaił się do stosowania prawa siły, bezkarnego gnębienia słabszych, nie nawróci się na etos rycerski – stawanie do walki z silniejszym, otaczanie opieką wdów, sierot i motylków.

Rządzący chełpią się siłą, ponieważ jest to skuteczna polityka. Nie trzeba silić się na argumenty i wszyscy wiedzą, kto tu rządzi. Wiele razy słyszałam z ust Borusewicza i Tuska: „Trzeba było wygrać wybory”. Na szczęście nie wszyscy obywatele są klientami władzy. W sprawach tak ważnych, jak wyjaśnienie przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem, pokrzykiwanie i wyszydzanie nie uciszy oponentów. Również pacyfikowanie kibiców nie daje pożądanego skutku. Władza kompromituje się, zaczyna się bać, ludzie się śmieją.

Nie wiem jak potoczą się losy Europy i świata. Społeczeństwa się buntują, ale chciwości i zadłużania się nikt powstrzymać nie potrafi. Szczytem bezczelności jest oskarżanie narodów Europy, że żyły na kredyt i narobiły długów. Nie przypominam sobie, aby Balcerowicz pytał nas, czy chcemy zadłużania państwa. Chcieliśmy żyć nie na kredyt, lecz z wynagrodzenia za własną pracę.

Zastanawia mnie, czego tak panicznie boją się autorytety, że ostrzegają przed faszyzmem. Co mają na sumieniu tchórze, którzy ze strachu rozum tracą? Czy miłość do zysków korporacji uzasadnia taki poziom emocji, jaki objawia np. Stefan Bratkowski, podobno dziennikarz, nie prezes banku?

Antypody

We wsi Znamienka na Syberii trudno było przedrzeć się do tajgi przez zwały śmieci. Kiedy dotarliśmy do wsi Ługawskoje, okazało się, że obory usytuowane są tak, aby łatwo było zrzucać gnój do Jeniseju. Rosjanie tłumaczyli, że dzikiej przyrody mają dużo i nie muszą troszczyć się o środowisko. W Australii dzikiej przyrody też jest dużo, ale parki narodowe spotyka się co krok, a śmieci nie ma wcale. Na przełęczy w jeżynach nasz towarzysz znalazł butelkę po ćwiartce wódki. Włożył ją do kieszeni, wniósł na szczyt i zniósł do podnóża góry, gdzie był śmietnik.

Wiadomo, że Australijczycy chodzą głową na dół, kangury kicają po trawiastym dachu parlamentu (już go ogrodzono), koale śpiące na eukaliptusach niedbale zwieszają łapki. Trzeba to jednak zobaczyć, ponieważ żaden album czy film nie odda przestrzeni, piękna i różnorodności egzotycznej przyrody. Dojechać nie jest łatwo. Podróż nawet przy dobrych połączeniach trwa przeszło dobę i kosztuje kilka tysięcy dolarów. Nie wiem, ile dokładnie, ponieważ wszystkie koszty naszego, ponad dwumiesięcznego pobytu, poniósł Związek Polskich Więźniów Politycznych. Gospodarze zorganizowali nam wiele spotkań publicznych z Polonią w Sydney, Melbourne, Adelajdzie oraz Perth, wywiadów w polonijnej prasie i radiu. W Australii rozgłośnie grup etnicznych są dofinansowane ze środków publicznych. Dwóch dziennikarzy z prasy anglojęzycznej prosiło o wywiad. Jeden pytał o neoliberalizm i globalizację, drugi o historię Lecha Wałęsy. Polacy w Australii są nadzwyczajnie dobrze zorientowani i zaangażowani w sprawy polskie. Spotkania nie różniły się od tych w Polsce. 10 kwietnia w Sydney i Melbourne odsłonięto tablice upamiętniające ofiary katastrofy.

W Australii wszyscy mają prawo do państwowej emerytury, rozwijany jest transport publiczny, wypłacane są zasiłki, funkcjonują programy adresowane do różnych grup społecznych, do młodzieży i seniorów. Ludzie pracują, niektórzy dużo i ciężko, jeśli chcą spłacić kredyty. Bezdomnych nie widzieliśmy. Wyszydzane w Polsce państwo opiekuńcze, w Australii ma się dobrze. Kryzys jest odczuwalny, ale gospodarka funkcjonuje, bezrobocie nie przekracza 6%, a dolar australijski stoi nie gorzej niż amerykański.

W porównaniu z USA, w Australii żyje się na luzie. Australijczycy są pogodni, życzliwi, lubią się bawić, podróżować, uprawiają sporty. Nawet skłonni do narzekania Polacy mówią, że żyje się tu dobrze. Marzeniem każdego Australijczyka jest wybranie się na emeryturze w podróż domem na kółkach po całym kontynencie. Podobno trzeba na to trzech lat.

Trzech lat nie mieliśmy, ale gospodarze zadbali, abyśmy w czasie wolnym zobaczyli jak najwięcej. Polacy dobrze się zapisali w historii Australii i dzisiaj też cieszą się dobrą opinią. Był projekt, aby nazwę najwyższego szczytu, Mount Kosciuszko, zmienić na aborygeńską. Taki ukłon w stronę poprawności politycznej. Od kilku lat Polacy organizują wielki festyn pod górą, połączony z biegiem na szczyt i z powrotem. Na zwycięzców czekają nagrody. Festyn cieszy się wielkim powodzeniem, w biegu uczestniczą nie tylko Polacy. O zmianie nazwy nikt już nie mówi.

Wbrew powszechnej opinii, Australia nie jest płaskim, pustynnym talerzem. Jest tu dużo pięknych gór, lasów, wodospadów i rzek. Sieć szlaków jest dobrze rozwinięta. Serce nam się kroiło, gdy na punktach widokowych czy w miejscach piknikowych patrzyliśmy na tabliczki kierujące na odlegle pasma górskie i szczyty. Wiedzieliśmy, że nie przyjechaliśmy tu na wędrówkę z namiotem, ale Andrzej włożył swój stary plecak do podróżnej torby i wniósł go na najwyższy szczyt („Nigdy by mi nie darował, gdybym go nie zabrał”).

Trudno nawet wymienić, a tym bardziej opisać cuda, które widzieliśmy. Największe wrażenie zrobiły na mnie australijskie pingwiny, wracające po całym dniu połowów. Małe, dzielne ptaki wspinają się na stromy brzeg i maszerują do nor, gdzie czekają głodne pisklęta. Nawoływania ze wszystkich stron tworzą przedziwną muzykę. Niezwykła była wędrówka kładką wśród koron drzew-gigantów, rejs katamaranem po oceanie, łowienie krabów, dżdżownice o długości kilku metrów, wypad w Góry Błękitne, spacer po lasach drzewiastych paproci, przejazd Great Ocean Road, zwiedzanie grot, kopalni złota i miasteczka-skansenu po czasach gorączki złota. Widzieliśmy też standardowe atrakcje, takie jak papugi, kangury, strusie, wieże widokowe, latarnie morskie, operę, ogrody botaniczne, oceanarium z rekinami pływającymi nad głową, ogród zoologiczny, gdzie tylko groźne zwierzęta, np. diabeł tasmański, są zamknięte w klatkach. Pod koniec pobytu byłam już tak zmęczona rozrywkami, że bez wstrętu myślałam o powrocie do naszych normalnych zajęć, takich jak demonstracja pod rosyjską ambasadą. Zdążyliśmy, mimo że samolot z Dubaju spóźnił się i musieliśmy nocować we Frankfurcie. Spadliśmy twardo na ziemię. Teraz Andrzej poszedł na demonstrację, ponieważ stołeczna straż miejska pobiła Michała Stróżyka, a ja piszę tekst dla „Nowego Obywatela”.

Nasz wyjazd do Australii spowodował nadzwyczajne ożywienie u naszych przeciwników. Dowiedzieliśmy się, że Andrzej w Australii agitował za głosowaniem na SLD, że Związek Polskich Więźniów Politycznych nie istnieje, że bezpieka sfinansowała nam wakacje – „Można ich zrozumieć, bo lubią podróżować, a nie mają pieniędzy”. Otóż dzięki specjalnym dodatkom do emerytur, które przyznał nam premier Kaczyński, pieniędzy mamy jak lodu.

Nie wiem, czy bezpieka na stare lata oszalała, czy ukrywa w Australii jakichś Eichmannów systemu komunistycznego. Będziemy musieli to sprawdzić.

O czym warto pomyśleć

Moja uczona koleżanka twierdzi, że destrukcyjny wpływ mediów na życie publiczne nie polega na lansowaniu jednostronnych opinii i podawaniu fałszywych informacji. Krytycznie myślący i uważny odbiorca może sobie wyrobić własny pogląd, dotrzeć do innych źródeł. Problem w tym, że media mają decydujący wpływ na to, o czym myślimy, czym się interesujemy.

Komentatorzy oceniali kampanię prezydencką jako nudną, ponieważ brakowało im ostrych pyskówek. Palikot robił co mógł, aby wyręczyć Komorowskiego w chamskich atakach na Kaczyńskich. Nie zastąpiło to popisów samych kandydatów, na których skupia się uwaga wyborców. Pamiętamy barwne występy Wałęsy, który Kwaśniewskiemu podawał nogę, chyba lewą, którą poprzednio wzmacniał. Kampania była nudna również dla wyborców. Kandydaci podejmowali tylko tematy dyżurne politycznej gry. Uważnie śledziłam kampanię, a dopiero po jej zakończeniu uświadomiłam sobie, o czym nie było mowy.

O nieobecności problemu GMO już pisałam. Spór o in vitro sprowadzono do kwestii światopoglądowych. Jeśli przeszło połowa wyborców głosowała na Komorowskiego, to Kościół ma poważny problem. Zrzucanie tego problemu na głowę prezydenta jest nie fair. Król Polski wieki temu zadeklarował, że nie jest panem sumienia swoich poddanych. Zadaniem władzy państwowej jest przeciwdziałanie obniżaniu się naturalnej płodności. Kaczyński wspomniał o leczeniu bezpłodności, ale o takich przyczynach, jak np. karmienie chłopców mięsem kurczaków faszerowanych żeńskimi hormonami, nie mówił jeszcze żaden polityk, nie tylko w kampanii wyborczej.

Jak zwykle mówiono o budowie autostrad, ale nie było ani słówka o kolei. Zastanawiające, że dramatyczna sytuacja pasażerów nie jest teraz ważnym tematem. O potrzebie utrzymania transportu publicznego nie wspomniał nawet lewicowy Napieralski, ale to polityk nowoczesny, jeździ samochodem.

Stałym tematem są zarobki nauczycieli. Politycy nie interesują się problemem obciążania nauczycieli idiotyczną sprawozdawczością, ponieważ dominacja biurokracji nad zdrowym rozsądkiem płynie z Brukseli. Tematem tabu są skandaliczne błędy w podręcznikach i ogłupiający systemem nauczania w oparciu o testy i gotowe szablony do kolorowania i do myślenia. Polska szkoła ma kształcić wykonawców, którzy dostosują się do poleceń, procedur i wymagań nadzorców.

Jedynym kryterium nowoczesności szkoły albo wsi jest Internet, nie lekarz, pielęgniarka, dentysta, wodociąg, kanalizacja, wysypisko śmieci, komunikacja, czysta rzeka i las, kąpielisko albo basen. Chluba PO, stadiony Orliki to tylko kwiatek do kożucha.

Zastanawiające, że jednym z dominujących tematów kampanii były emerytury służb mundurowych. Platforma ma pełnię władzy, skutecznie dyscyplinuje media, świetnie rozgrywa akcje propagandowe. Czyżby mimo tego spodziewała się masowych protestów i buntów? W przypadku ostrego konfliktu policja nie stanie po stronie społeczeństwa, ale do brutalnych akcji „morale” musi mieć wysokie. Przypuszczam, że emerytury mundurowe nie są problemem finansowym. Jak mówi Szeremietiew, cała nasza armia zmieści się na dużym stadionie piłkarskim, ale o bezpieczeństwie Polski nie wypada mówić ze względu na przyjaznych sąsiadów. Zdaniem Kremla wzmacnianie sytemu obrony Polski zagraża bezpieczeństwu Rosji. Jeszcze kilka takich oświadczeń i uwierzymy, że Polska jest potężnym mocarstwem. A wtedy odbijemy nie tylko nasz samolot w Smoleńsku, ale pójdziemy na Moskwę.

Partie spierają się o podatek liniowy i progresywny, ale nikt nie wspomina rajów podatkowych i wyprowadzania korporacyjnych zysków za granicę. Kryzys finansowy i recesja gospodarcza pojawiają się w politycznych sporach tylko przy wydatkach na cele ważne dla społeczeństwa. Komorowski hojnością przebił wszystkich. Oczekujący na realizację kolejnych obietnic wyborczych mogą stracić cierpliwość. Jedynym sposobem utrzymania władzy PO na czas nieograniczony jest doprowadzenie do wcześniejszych wyborów parlamentarnych. Idąc za ciosem PO może jeszcze jesienią wygrać wybory samorządowe i parlamentarne.

Najwyższe władze w państwie; premier, prezydent, marszałkowie Sejmu i Senatu, a także już wszyscy szefowie ważnych instytucji państwa stanowią zgodny chór. Mogą się kłócić o stanowiska dla swoich akolitów, ale wobec opozycji będą trzymali wspólny front.

Z zasad demokracji PO stosuje tylko prawo większości do przegłosowania ustawy i prawo osoby upoważnionej do złożenia podpisu pod decyzją. Platforma od dawna korzysta z tych praw demonstracyjnie. Wyborcy demokrację ograniczoną do formalnej fasady akceptują, co potwierdzili w wyborach prezydenckich. W takiej sytuacji opozycja parlamentarna nie ma żadnych szans wywierania wpływu na politykę partii rządzącej, chyba że utworzy wspólny front. Na to liczyć nie można, ponieważ partie muszą dbać o tożsamość wobec swoich elektoratów. PO nie ma żadnego oblicza ideowego czy światopoglądowego. W każdej sprawie, wzorem Lecha Wałęsy, może być za, a nawet przeciw. PO jest partią władzy w czystej postaci. Jej jedynym celem i programem jest zdobycie i utrzymanie władzy, jedyną ideologią – niewidzialna ręka rynku. Daje to nieograniczone pole manewrów politycznych. Niewidzialnej ręki nie widać, a kto zajrzy za kurtynę, dostaje po łapach. Nawet zaglądanie za kulisy władzy w czasach PRL jest traktowane przez cały Układ jak zamach na państwo.

W tej sytuacji warto pomyśleć o utworzeniu Sieci Obywatelskiego Społeczeństwa. Taki SOS, choćby na wypadek, gdyby działo się coś niedobrego. Po smoleńskiej tragedii ludzie się zaktywizowali, nie wierzą już ślepo propagandzie, organizują się spontanicznie, są zaniepokojeni stanem państwa. Warto utrzymywać kontakt, wymieniać się informacjami. Taka sieć nie wymaga wielkich pieniędzy, profesjonalnych społeczników i sztywnych ram organizacyjnych. Przykładem może być od dawna działająca sieć Klubów „Gazety Polskiej”. Jedne działają lepiej, inne gorzej, zapraszają tych lub innych prelegentów, ale są oparciem dla autorów książek, których władza świecka lub kościelna nie lubi, ponieważ ujawniają działania bezpieki.

Nie podzielam poglądu, że klasyczne organizacje pozarządowe są tożsame ze społeczeństwem obywatelskim. Większość z nich koncentruje się na celach ważnych i szlachetnych, ale cząstkowych. Aby je realizować muszą pozyskiwać fundusze, rywalizować ze sobą i dobrze żyć z każdą władzą. Nie wszystkie są niezależne.