przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
Bilans członkostwa w Unii Europejskiej może być rozpatrywany na wielu płaszczyznach. Poniżej przedstawiam syntetyczne refleksje w pięciu wybranych obszarach.
10 lat to wystarczająco długi okres, aby stwierdzić, że Unia nie rozwiązała żadnego z problemów, z którymi boryka się niepodległa Polska. Państwo, które nie potrafiło lub nie chciało uporać się ze spuścizną PRL, podporządkowano sztywnym unijnym normom. Przypomina się ostrzeżenie informatyków – komputeryzacja chaotycznego systemu tylko przyspiesza krążenie bałaganu.
Po 1989 r. rządzący doprowadzili kraj do chaosu, gospodarkę, która mocno ucierpiała pod rządami junty wojskowej, do zapaści, miliony ludzi do nędzy, bezrobocia i bezdomności. Wmawiano opinii publicznej, że kapitał to gotówka w kasie, nie przedsiębiorstwa dobrze wyposażone i produkujące dobre wyroby. Jedynym ratunkiem miały być dotacje i inwestycje zagraniczne, które napłyną, jeśli przystąpimy do Unii. Państwo wymagało naprawy, ale Unia nie była właściwym narzędziem do zlikwidowania korupcji, wybrania patriotycznego rządu i przywrócenia sensu demokracji, która obecnie sprowadza się do przegłosowywania opozycji.
W podobnej pułapce znaleźli się teraz Ukraińcy. Unia nie pomoże im w odsunięciu od władzy rządu Janukowycza i prorosyjskiego lobby. Nie pomoże też w uniezależnieniu się od Rosji. Muszą poradzić sobie sami. Przekonali się o tym Polacy, którym rosyjsko-niemiecki rurociąg na dnie Bałtyku odciął dostęp dużych statków do portu w Świnoujściu. Kiedy Putin dyscyplinował Polskę wstrzymaniem importu polskich płodów rolnych, Unia uznała, że to lokalny bilateralny problem.
Nieudana transformacja systemu PRL w III RP jest pierwotną przyczyną małej skuteczności Unii w rozwiązywaniu polskich problemów. Przeprowadzona została tak, aby zaspokoić żądania międzynarodowych organizacji finansowych i nie osłabić pozycji klasy politycznej PRL. Przykładem może być pozostawienie na stanowiskach sędziów dyspozycyjnych w stanie wojennym i przyznanie im statusu niezawisłych. Teraz żadne reformy wymiaru sprawiedliwości nie przynoszą poprawy.
Wolny rynek (przepływu kapitału) otworzył Polskę na napływ kapitału spekulacyjnego, a sztucznie utrzymywany kurs złotego umożliwił wyprowadzenie z polski miliardów dolarów w pierwszych latach planu Balcerowicza. Przystąpienie do OECD w 1996 r. oznaczało dalszą liberalizację. W niekorzystnych warunkach makroekonomicznych polskie przedsiębiorstwa produkowały za drogo, mimo głodowych płac, i masowo bankrutowały. Dogmaty o prywatyzacji i żądanie „restrukturyzacji” przemysłu, czyli zwalniania pracowników i ograniczania działalności, osłabiły polską gospodarkę tak, że z chwilą formalnego przystąpienia do UE Polska nie mogła już konkurować na rynku europejskim w żadnej dziedzinie. Miliony bezrobotnych i brak perspektyw dla młodzieży zapewniły pozytywny dla integracji wynik referendum.
Mało znanym faktem jest, że wejście Polski do UE nie było projektem władz niepodległej RP, lecz było planowane już w PRL, podobnie jak w innych krajach bloku sowieckiego, np. w Rumunii. We wrześniu 1988 r. Polska nawiązała stosunki dyplomatyczne z EWG, 19 września 1989 r. podpisała umowę o współpracy handlowej i gospodarczej.
Wniosek o członkostwo Polska złożyła w 1994 r., negocjacje akcesyjne rozpoczęła w marcu 1998 r., a w grudniu 2001 r. przyjęto dokument, który wprowadzał nowe instrumenty nadzoru nad polską gospodarką, np. przedakcesyjną procedurę nadzoru fiskalnego. Negocjacje zakończyły się w grudniu 2002 r. Traktat Akcesyjny został podpisany w kwietniu 2003 r., wszedł w życie 1 maja 2004 r. A zatem 10 lat członkostwa w Unii zostało poprzedzone 10-letnim okresem ubiegania się o przyjęcie, kiedy gospodarka polska poddana została nadzorowi Unii, a władze w Warszawie spełniały kolejne żądania. Przedstawiam tę chronologię, aby uświadomić czytelnikom, że bilans zysków i strat ekonomicznych powinien obejmować okres co najmniej 20 lat.
Polskiej opinii publicznej nie informowano o ograniczaniu suwerenności Polski, przedstawiano tylko dobrodziejstwa programu PHARE i funduszy SAPARD i ISPA. Zasadą w przyznawaniu dotacji z Unii jest posiadanie własnego wkładu. Konieczne jest prowadzenie drobiazgowej księgowości, spełnienie restrykcyjnych wymogów formalnych, znajomość procedur. Są to uzasadnione wymagania przy uznaniowym przyznawaniu pomocy, ale w postkomunistycznej rzeczywistości RP przyczyniły się do utrwalenia hierarchii społecznej odziedziczonej po PRL. Pojawiło się zjawisko klientyzmu, uzależnienia od władzy politycznej i urzędników. Kto był bogaty, miał szanse stać się jeszcze bogatszym. To samo dotyczy miast i regionów.
„Polska w Unii Europejskiej, Nasze warunki członkostwa” z marca 2003 r. jest dokumentem Kancelarii Premiera. Wyciąganie wniosków dotyczących natury Unii, jej struktury, celów i intencji jest zatem uprawnione. Entuzjastyczny, propagandowy ton oparty jest na prostych założeniach – Unia jest ostatnim etapem rozwoju Europy, Unia najlepiej wie, co jest dobre dla Polski, neoliberalizm jest najwyższym stadium rozwoju ludzkości. A przede wszystkim nie mamy innego wyjścia. Pogróżka jest wyraźna: Negatywny wynik referendum […] mógłby prowadzić do gwałtownego wycofywania lokat podmiotów zagranicznych, zwłaszcza w polskie papiery wartościowe, i do kryzysu finansowego wywołanego dużym spadkiem wartości złotego. Strzyżona owca musi stać spokojnie.
Nawet gdy nie można ukryć, że wejście do Unii przyniesie straty, wyjdzie nam to na dobre, ponieważ będziemy musieli lepiej się starać. Klasyczny cytat: Deficyt handlowy może ulec pogłębieniu […] po kilku latach jednak, w wyniku poprawy konkurencyjności polskich towarów, efekty proeksportowe powinny zacząć przeważać nad proimportowymi. Albo: Przewiduje się, iż do 2006 r. nastąpi redukcja mocy produkcyjnych w hutnictwie o 1,231 tys. ton. Działania te mają doprowadzić do osiągnięcia przez polskie huty rentowności i wydajności pracy na poziomie hut zachodnioeuropejskich.
W zakresie gospodarki polityka Unii jest skrajnie neoliberalna, chociaż opakowana w liberalne hasła wolnego rynku, wolnej konkurencji i uwolnienia gospodarki od ingerencji państwa. Neoliberalizm, najkrócej mówiąc, jest to marksizm na opak, czyli zabrać biednym, dać bogatym, ale cel jest ten sam – centralne zarządzanie światową gospodarką. Nie udało się pod hasłem dyktatury proletariatu zawojować świata, to może uda się go podporządkować za pomocą dyktatu banków i mechanizmów finansowych.
Zalecenia monetarystów ze szkoły chicagowskiej wprowadził Balcerowicz. Z takim zapałem zwalczał inflację, którą sam wywołał, że doprowadził do bankructwa wiele tysięcy polskich przedsiębiorstw. Wejście do Unii gwarantuje zarządzającym światowymi finansami, że Polska z pętli długów się nie wywikła. Jak czytamy, celem akcesji jest pełne włączenie kraju w europejski, a także światowy obieg kapitału. Bronić się przed spekulantami nie możemy. Polska zadeklarowała zniesienie ograniczeń w zakresie operacji rynku pieniężnego i innych operacji krótkoterminowych. W połowie 2012 r. udział kapitału zagranicznego w funduszach własnych sektora bankowego sięgał 81%.
W Unii wolny rynek ograniczony jest limitami produkcji, które wyznaczają Komisja Europejska i WTO. Wolna konkurencja obowiązuje, dopóki polskie wyroby i usługi nie zagrożą zmniejszeniem zysków państw „starej Unii” lub wielkich korporacji. Jest wiele sposobów wyeliminowania z rynku polskich przedsiębiorców, np. polityka kredytowa, nachalna propaganda i reklama, a nawet powoływanie organizacji pozarządowych, które występując jako „głos ludu”, działają w interesie jakiegoś biznesowego lobby. Kiedy zawiodą miękkie sposoby, stosuje się bezpośrednio środki administracyjne, np. ostatnio zakaz wędzenia wędlin. Analogie do sterowania gospodarką w PRL nasuwają się same.
Zakaz ingerencji w spółki prawa handlowego ogranicza kompetencje państwa. Kiedy czeski koncern farmaceutyczny wypuścił groźną dla życia serię leku, rząd, który odpowiada za bezpieczeństwo obywateli, nie miał prawa wkroczyć do spółki w celu kontroli. Państwo nie ma prawa prowadzić polityki gospodarczej. Na samo hasło liberałowie ruszają do wściekłego ataku na „socjalistów, którym marzy się wprowadzenie w Polsce łagrów”. Politykę może prowadzić tylko megapaństwo, czyli Unia.
Nieprzychylny stosunek Unii do Polski najlepiej widoczny był w negocjacjach na temat rolnictwa. Cytuję: Szereg kwot produkcyjnych wynegocjowano pomimo wcześniejszej odmowy UE przyznania ich w jakiejkolwiek wysokości. Dotyczy to lnu i konopi na włókno, suszu paszowego, cukru, pomidorów do przetwórstwa, premii dla hodowli krów mamek i owiec maciorek.
Próba ręcznego sterowania wszystkimi przejawami życia gospodarczego na ogromnym terytorium wielu państw zakrawa na szaleństwo, ale urzędnicy nie ustają w wysiłkach centralizacji. W Unii działało około 250 grup roboczych i komitetów, teraz pewnie więcej. W 2003 r. planowano zatrudnienie 3,5 do 4 tys. obywateli polskich. Odpowiednio wzrasta w Polsce zatrudnienie w administracji obsługującej Unię.
Monstrualnie rozbudowana struktura Unii oraz skomplikowane i nieustannie zmieniane zasady przyznawania dotacji utrudniają przeprowadzenie bilansu zysków i strat. Na przykład rzekome zwiększenie dotacji na jakiś cel okazuje się tylko zgodą na przesunięcie środków z jednej dziedziny do drugiej. Funkcjonariusze Unii nie odpowiadają na pytania obywateli. Liczbom i statystykom nie można wierzyć, a chodzi o duże pieniądze. Ministerstwo Finansów podaje, że Polska przekazała składkę za rok 2011 w wysokości 3 733 869 437 euro, natomiast Komisja Europejska potwierdza przyjęcie 3 580 400 000 euro. Gdyby w przelewach między bankami zawieruszyło się 153 469 437 euro, nawet w Polsce byłaby afera.
Podam za ww. dokumentem z 2003 r. kilka przykładów kosztów, o których obywatele nie są informowani i trudno je wyśledzić. W 5. Programie Ramowym (badania i rozwój techniczny) składka z polskiego budżetu wynosiła około 95,5 mln euro.
Oprócz składki do ogólnego budżetu Unii Polska wnosi roczne opłaty do:
- Europejskiego Banku Centralnego – 13,2–14,3 mln euro
- Europejskiego Banku Inwestycyjnego – 637 mln euro
- Europejskiego Funduszu Rozwoju oraz Układu o Partnerstwie między UE i krajami Afryki, Karaibów i Pacyfiku – ok. 34 mln euro
- Funduszu Badawczego Węgla i Stali – wysokość stawki w marcu 2003 r. była w trakcie ustalania.
Polska straciła podmiotowość w polityce ekonomicznej, cedując na Unię kompetencje państwa. Dotyczy to organizacji ponadnarodowych, np. WTO, EOG (Europejski Obszar Gospodarczy), NAFTA, OECD oraz stosunków bilateralnych. Około 190 umów handlowych i gospodarczych, w tym z USA i Japonią, wymagało wypowiedzenia lub renegocjacji. Również w polityce zagranicznej (sojusze, zbrojenia) suwerenność Polski została ograniczona.
Żargon opakowany w slogany, które mogą być zapowiedzią niebezpiecznych dla Polski działań, chroni Unię przed wścibstwem obywateli. Przykładem celowego pomieszania materii i braku precyzji jest wstawienie między „prawo pracy” i „dialog społeczny” takich określeń: „równość szans kobiet i mężczyzn i walka z rasizmem i ksenofobią”. Co to jest „szansa” albo „ksenofobia” nie wyjaśniono w dokumencie, który ma moc prawną.
Amator nie oswojony z Unią popada w osłupienie i zaczyna wątpić w istnienie języka polskiego, spotykając co rusz dziwolągi w rodzaju: kwota mleczna, premia wołowa, rabat brytyjski albo Europejski Fundusz Orientacji i Gwarancji Rolnej, Sekcja Orientacji. Prawdopodobnie nie chodzi o orientację seksualną, chociaż w Unii nie jest to pewne.
Iluzoryczna obietnica poprawy sytuacji materialnej przekonała Polaków do rezygnacji z niepodległości i suwerenności. Co najgorsze, Unia oduczyła i władze, i obywateli samodzielnego decydowania o swoim losie. Strofowani przez starszego brata popadliśmy w kompleksy. Doganianie Unii po wyznaczonej przez nią trajektorii nigdy się nie skończy i nie jest nam do niczego potrzebne.
Jestem pełna podziwu dla moich rodaków, którzy w tak niesprzyjających warunkach nadzwyczajnie dobrze sobie radzą.
Dziękuję Jance i Andrzejowi.
przez Joanna Duda-Gwiazda | piątek 31 stycznia 2014 | Felietony
Sylwestra spędziliśmy w domu w solidarności z psem. Czytaliśmy kryminały, romansidła, nawet horrory, co było miłą rozrywką po lekturach obowiązkowych. Z odległego miasta dochodziły słabe odgłosy, ale pies ma dobry słuch i groźnie szczekał w ciemną przestrzeń za oknem. Przed dom nie mogliśmy wyjść, ponieważ na sąsiedniej górze ukochany pan z miejscową kawalerką odpalał całe skrzynki sztucznych ogni. Próbowaliśmy podglądać w telewizorze masowe „imprezy rozrywkowe”, ale obraz i dźwięk wpędzały psa (31 kg) na nasze kolana. Lizał nas od ucha do ucha na potwierdzenie sojuszu obronnego. Dopiero w Nowy Rok okazało się, że strzelanie razem z panem jest wspaniałą zabawą i nie ma się czego bać. Uszy do góry, jeszcze będzie z ciebie komisarz Alex.
Sympatyczny zwyczaj wychodzenia na noworoczny toast na plac lub deptak, został – jak każda spontaniczna inicjatywa – zawłaszczony przez władze i media. W wielkim tłumie nie można zatańczyć ani strzelić korkiem od szampana, ale trzeba się „dobrze bawić”, żeby nie wyglądać na buraka, któremu brak entuzjazmu, optymizmu i wiary w przyszłość. Prowadzący robili, co mogli, dyrygując tłumem – „brawami witamy wielkiego artystę”, „brawami żegnamy wielkiego artystę”, „machamy rękami”, „klaszczemy”, „śpiewamy”. Ludzie też starali się jak mogli okazywać rozbawienie, ale niewiele mogli. Kiedy czuli na sobie oko kamery, śmiali się i podskakiwali w miejscu. Nic złego nie powiem. Niech każdy bawi się lub nie bawi tak, jak chce, byle nie wybijał szyb i nie wrzucał petard na balkony i do śmietników.
Po Październiku ‘56 wrócił przedwojenny zwyczaj bali karnawałowych. Społeczeństwo nadal było klasowe. Klasa panująca bawiła się na zamkniętych imprezach, lud na wspaniałych balach dostępnych dla wszystkich. Trzeba było tylko wcześniej postarać się o bilety (niezbyt drogie), bo na dobrych balach organizatorzy tłoku nie planowali. W Gdańsku nie było przestronnych pałaców, więc najlepsze bale były na Politechnice. Dwie orkiestry grały muzykę taneczną w różnym stylu, posadzki były świetnie przygotowane, dużo miejsca do tańczenia i spacerowania, aby odszukać znajomych. Na imprezy zamknięte nikt nie próbował się wkręcić, nie tylko ze względu na polityczny honor. Panowała opinia, że tam bawi się hołota. Akademicki Klub Morski musiał podlizywać się władzy (paszporty i dewizy na zagraniczne rejsy) i raz w roku zapraszał na jakąś imprezę I sekretarza KW PZPR. Rolę koniaku pełnił wówczas świetny polski jarzębiak, ale bonza się skrzywił: „piję tylko koniaki”. Zarząd sprostał wyzwaniu i kupił koniak w Peweksie. Władza nalał sobie całą szklankę i duszkiem wypił. Barwny opis tego chamstwa obiegł całe miasto.
Masowe imprezy oddają ducha czasów. Polityka też spełnia oczekiwania masowego odbiorcy. Publiczność zabawiana jest tasiemcowymi telenowelami z życia wewnętrznego klasy politycznej. Ludzie są tym zmęczeni, ale uważają za swój obywatelski obowiązek śledzenie losów polityków. Uczeni teoretycy oraz praktycy wytrenowani w grach politycznych snują mądre rozważania w stylu, czy Komorowski wyemancypował się spod dominacji Tuska. O wpływy byłego WSI i SB nikt nie pyta, bo to pytanie niebezpieczne.
„System Tuska” został wnikliwie przeanalizowany na sto sposobów. Podkreślana jest bezideowość koalicji rządzącej, której jedynym celem wydaje się utrzymanie władzy. Nie do końca podzielam ten pogląd. Podobnie oceniany był przez krytyków Lech Wałęsa. Trybun ludowy, którego ambicją była niepodzielna władza najpierw nad związkiem zawodowym, a potem nad całą Polską – władza dla władzy. Analogie między Lechem Wałęsą a Donaldem Tuskiem są zastanawiające. Obaj są autokratami, którzy za nic mają zasady demokracji, o wszystkim sami decydują, ale za nic nie odpowiadają. Nielojalni wobec współpracowników, nabuzowani nienawiścią do konkurentów spoza własnego sytemu. Bezideowość Wałęsy i Tuska są pozorne. Realną opozycję nazywają antysystemową, co demaskuje ich polityczne cele. Nadrzędnym zadaniem było i jest bezkonfliktowe wprowadzenie neoliberalnej doktryny gospodarczej i uzależnienie Polski od silniejszych sąsiadów. Dla Lecha Wałęsy „czarnym ludem” byli Andrzej Gwiazda i Anna Walentynowicz, dla Donalda Tuska bracia Kaczyńscy.
Sposób grania na emocjach ludzi też jest wciąż taki sam. Niezawodne jest straszenie chaosem, zagrożeniem bezpieczeństwa, załamaniem gospodarczym. Nieustannie wbija się ludziom do głowy, że tylko odpowiedzialny Wódz wie, jak poradzić sobie z Rosją, Niemcami, kibolami, związkowcami, Unią, strajkami, jak zapobiec rozwiązaniu rumuńskiemu, masowym demonstracjom, rewolucji. Groźba niekontrolowanego wybuchu budzi przerażenie, chociaż groźne są tylko wybuchy kontrolowane.
Rozstrzygającymi argumentami są: „Wałęsa jest znany i podziwiany na całym świecie” lub „Donald Tusk w Unii ma opinię wybitnego, przewidywalnego polityka, przyjaźni się z Angelą Merkel”. Można podać wiele przykładów wpływu opinii zewnętrznej na akceptację polskich ministrów finansów i spraw zagranicznych czy na wyniki wyborów. Nawet generał Jaruzelski zyskał w opinii publicznej, kiedy Rosjanie zaprosili go na paradę zwycięstwa do Moskwy.
Opinię Zachodu kształtują polskie media głównego nurtu i tak koło się zamyka. Dobrze jest czasem wyłączyć się z szumu informacyjnego produkowanego przez media. Nie polecam postawy apolitycznej – „Moja chata z kraja”, ale z dystansu czasem lepiej widać.
A jak już popadniemy w beznadziejną frustrację, zawsze można liczyć na zdarzenia nieprzewidziane. Car Rosji stracił nimb boskości, kiedy w Petersburgu zawaliła się trybuna. Carycy Merkel życzę dużo zdrowia, ale może oczywisty fakt, że jest kruchą kobietą, sprowadzi wielbicieli Tuska do rzeczywistości.
przez Joanna Duda-Gwiazda | czwartek 28 listopada 2013 | opinie
1 września 2009 r. przed hotelem Sheraton stanął Michał Rachoń, mieszkaniec Sopotu, ubrany w gumowy kondom. Angielski napis „Put in” (włóż) policja odczytała „Putin” i aresztowała sprawcę. Czas i miejsce zdarzenia były historyczne. Na sopockim molo Tusk z Putinem w poufnej rozmowie uzgadniali historię II wojny światowej. Sąd nie wiedział, jak ukarać Polaka, który obraził Putina, więc zwrócił się o pomoc prawną do rosyjskiego ministerstwa sprawiedliwości. Rosjanie nie byli zbyt surowi i pan Michał wkrótce wyszedł na wolność. Zapamiętałam to zdarzenie, ponieważ przez moment było hitem medialnym. Przypomniało mi się, gdy na okładce tygodnika „w Sieci” zobaczyłam fotografię Tuska z Putinem pod namiotem na lotnisku w Smoleńsku.
Przed 11 listopada prezydent i premier apelowali, aby zapomnieć o historycznych podziałach i razem cieszyć się niepodległością, ale niemal natychmiast zaprzeczyli własnym słowom. Premier wyjechał do Paryża. Prezydent maszerował z panią Kopacz, która okłamała wszystkich Polaków w sprawie katastrofy z 10 kwietnia 2010 r. Po uroczystościach prezydent niezwłocznie w imieniu wszystkich Polaków przeprosił Rosję za polską budkę spaloną przed ambasadą. Dzień wcześniej, 10 listopada, w miesięcznicę Smoleńska, ambasadę rosyjską odgradzał od ulicy mur ciężkich osłon. Na 11 listopada znikły. Niestety, to mój cyrk i moje małpy. Nie mogę wypisać się z Polski.
Trwa festiwal przeprosin i oskarżeń. Premier zarzucił Jarosławowi Kaczyńskiemu zaszczepienie młodzieży niewłaściwych poglądów. Prezydent Warszawy przeprosiła mieszkańców za zbyt późną delegalizację Marszu Niepodległości. Winni są narodowcy, którzy za długo przemawiali przed wyruszeniem. Głupio wyszło, bo marsz został „rozwiązany” jeszcze przed dojściem do ambasady. Policja przeprasza, że za słabo biła. Winni są organizatorzy, którzy nie aresztowali rozrabiających poza trasą marszu. Winni są też uczestnicy, którzy doszli do Agrykoli, choć prawdę mówiąc, otoczeni watahami policji nie mieli gdzie „rozejść się”. Celebryci przepraszają za spaloną tęczę. Dyżurni politolodzy wzywają naród do wstydu, tym razem „ogólnoświatowego”. Ktoś apelował do Zbigniewa Romaszewskiego, aby przeprosił za poręczenie za „Starucha”. Władze mianowały Starucha na króla polskiego kibolstwa, który wszczyna burdy, żeby handlować narkotykami.
Jedynie ambasador Rosji nie stracił głowy i z subtelnością właściwą rosyjskiej dyplomacji straszył nas, przypominając, że po napaści na Gruzję mniej tam było medialnych ataków na Rosję niż teraz w Polsce. I tak wróciliśmy do praprzyczyny podziału Polaków, czyli śmierci Lecha Kaczyńskiego. Historii nie da się puścić w niepamięć, jak życzy sobie władza i jak apeluje „naród polski umęczony” przez komisję Macierewicza i innych oszołomów. Historia jest dniem dzisiejszym.
11 listopada złożyliśmy kwiaty pod pomnikiem Piłsudskiego we Wrzeszczu. Patrioci polityczni pojechali za Kaczyńskim do Krakowa. Patrioci apolityczni nie opuszczają murów kościoła. Na parady oficjalne nie chodzimy, ponieważ „Nigdy z Budyniem nie będziem w aliansach” (Budyń to nasza gdańska Bufetowa). Wróciliśmy do domu i już do nocy oglądaliśmy telewizję. Prezydent śpiewał: „Nigdy z królami nie będziem w aliansach” i dalej „ten de profundis z ciemnego kurhanu na trąbę wstanie”. A co będzie, kiedy pod pałac prezydencki podejdą smoleńskie brzozy? Leszek Miller ze związkowcami śpiewający „Mury runą” mniej mnie zadziwił. Parę prezydencką w śpiewie wspierali Michał Kamiński i Roman Giertych. Kamiński jeździł do Londynu bronić generała Pinocheta przed ekstradycją i proponował kanonizację generała Franco. Król mógł wrócić do Hiszpanii dopiero po śmierci Franco, więc Kamiński śpiewał szczerze. Roman Giertych jaki jest, każdy widzi. Osierocona Młodzież Wszechpolska maszerowała z narodowcami. Dzielna straż marszu chroniła uczestników przed policją i czarnymi postaciami w białych kominiarkach. Jak na standardy europejskie marsz przebiegł spokojnie.
Wrzawa medialna wokół Marszu Niepodległości przesłoniła śmierć Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego premiera niepodległej Polski. TVP przygotowała się do relacjonowania żałoby narodowej ogłoszonej przez prezydenta. Ekipy telewizji w Krakowie i Warszawie przekazywały do studia w Warszawie reakcje ulicy, ale nieliczni przechodnie omijali wywiadowców z mikrofonem. Na rynku w Krakowie wypowiedział się tylko biskup Pieronek. Uniwersytet Warszawski wybrano niefortunnie, ponieważ Mazowiecki studiów nie ukończył i w pamięci się nie zapisał. Kraśko w studiu ratował się sondą telefoniczną. Rozmówcy powtarzali slogany, które dziennikarze zdołali wydusić zaraz po śmierci, kiedy nie wypada źle mówić o zmarłym. Tym prostym sposobem można zbudować fałszywy mit męża stanu i zbawcy ojczyzny. A gdy legenda się zakorzeni, nie ma na nią sposobu. Na pogrzebie Mazowieckiego ktoś stanął z transparentami, co wywołało święte oburzenie. Za tydzień nikt nie będzie o tym pamiętał.
Kto dziś pamięta, że w 1989 r. na demonstracjach skandowano „Lech Wałęsa kupa mięsa”, a potem „Mazowiecki pies sowiecki”. Uważam, że „zasługi obu mężów stanu” dla fatalnych skutków polskiej pierestrojki są równorzędne, choć inaczej rozłożone w czasie. Do 1989 r. Wałęsa osobiście osłabiał związek zawodowy i demolował demokrację. Jeśli „Solidarność” wygrywała, to nie dzięki Wałęsie, ale wbrew Wałęsie. Jego osobistą „zasługą” jest transformacja bojowego, patriotycznego związku zawodowego w parasol ochronny dla antypracowniczej polityki, likwidacji przemysłu i uwłaszczenia nomenklatury. Po 1989 r. pałeczkę przejął rząd Mazowieckiego, który wprowadzał politykę Balcerowicza, likwidował całe gałęzie przemysłu, walczył ze związkami zawodowymi, niszczył archiwa bezpieki, chronił komunistyczną nomenklaturę. Wałęsa w tym czasie pajacował pod żyrandolem i zabezpieczał swoje interesy, np. kradnąc dokumenty. Kompromitował Polskę, ale nie zdołał zapobiec likwidacji baz radzieckich.
Lansowany jest pogląd, że we współczesnym świecie różnica między lewicą a prawicą dotyczy spraw obyczajowych i kulturowych, religii (klękamy przed Bogiem czy przed Tęczą), stosunku do suwerenności i niepodległości państwa narodowego i jego historii. Tradycyjny podział według kryterium interesów ekonomicznych, czyli klasowych, podobno już nie odgrywa żadnej roli. Niedawno zmarła Margaret Thatcher, była premier Wielkiej Brytanii, która prowadziła politykę taką samą jak premier Tadeusz Mazowiecki w Polsce. Tygodniki prawicowe surowo napiętnowały wrogie Thatcher demonstracje w czasie pogrzebu. Jak dawniej, istotnym wyróżnikiem jest kierunek strumienia przepływu pieniędzy.
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 16 października 2013 | opinie
Nie wszyscy pilnie czytają magazyny i biuletyny historyczne. Ja też tylko je przeglądam, ponieważ dzieje „okrągłego stołu” są z przyczyn politycznych starannie omijane przez wszystkich historyków. Dlatego pozwolę sobie zwrócić uwagę na sensacyjny artykuł z miesięcznika „W Sieci Historii”.
Po przegranej przez Polskę II wojnie światowej polscy lotnicy, bohaterowie bitwy o Anglię, byli bezdomni i zostali skutecznie usunięci z kart historii. Archiwalia dotyczące polskich pilotów utajnili Anglicy, ale dzięki Pakistańczykom pamięć o bohaterach nie zaginie. Islamska Republika Pakistanu po uzyskaniu niepodległości miała jednego pilota, dwóch oficerów i 20 żołnierzy. Twórca państwa ściągnął z Londynu grupę polskich pilotów, którzy wyszkolili kadrę i zorganizowali lotnictwo. Były wśród nich kobiety, między innymi Zofia, żona marszałka Pakistanu Władysława Turowicza. Teraz kobiety z Pakistanu pilotujące samoloty bojowe mają w NATO opinię najbardziej brawurowych. Na trop tej fascynującej historii wpadła polska himalaistka Anna Pietraszek. Pierwszy wywiad z Zofią Turowicz nagrała w 2004 r. Pani Anna po 30 latach badań zrealizowała godzinny film dokumentalny dla TVP, który wywołał poruszenie w Pakistanie. Niestety TVP nie zgodziła się na jego emisję w Polsce.
Już pisałam, że cała walka o prawa kobiet wydaje mi się bezsensowna. Kobiety traktowane są jak kulawe kaczuszki, którym trzeba przyprawić prawną protezkę, aby mogły człapać. A co z tymi, które chcą fruwać? Może wypadałoby przynajmniej je pokazać, zamiast powtarzać w kółko: „chcę mieć wybór” – czyli nieograniczone prawo do aborcji, do małżeństwa z koleżanką i adoptowania dzieci, do sprowadzania narkotyków dla pieska i tzw. sponsoringu. O propagandzie drugiej, prawicowej strony, tym razem nie napiszę. Nadstawianie dwóch policzków w jednym felietonie byłoby przesadą.
Napiszę o wykluczonych, o których nie ma kto się upomnieć. Proszę uprzejmie czytelników, aby w najbliższych wyborach do parlamentu oddali głosy przynajmniej na kilka osób reprezentujących blokersów oraz miejscowości, gdzie nie ma komunikacji publicznej, chodników, przejść dla pieszych, a nawet poboczy. Byłoby też wskazane, aby znalazł się choć jeden poseł nie posiadający samochodu.
Blokersi i piesi traktowani są jak gatunki wymarłe, ponieważ w środowiskach „ludzi na poziomie” nie występują. Uchwalając ustawę śmieciową, posłowie mieli przed oczyma domek, a przed nim kubły. Nie widzieli wysokich bloków, gdzie są zsypy na śmieci z jedną rurą. Małe dobre szkoły zamierają, jeśli położone są przy szosie bez chodników i poboczy. Rodzice tych szkół wybrać nie mogą. Wybudowanie chodnika niewiele pomaga, ponieważ natychmiast wprowadzają się tam rowery i parkują samochody.
Wskazana byłaby też reprezentacja e-wykluczonych. Znam wsie w Małopolsce i na Podkarpaciu, gdzie zasięgu Internetu bezprzewodowego i komórki trzeba szukać na górce, na studni, za stodołą, albo wędrować kilometrami. Do tej pory myślałam, że białe plamy na mapie wszelkiej komunikacji obejmują Bieszczady i wyludniony Beskid Niski. Okazuje się, że dotyczy to także Gorców. W bardzo długiej dolinie Ochotnicy drogą przez Przełęcz Knurowską nie jeżdżą żadne autobusy. Są jeszcze przystanki, ale prywatna firma z Nowego Targu zbankrutowała.
Uzależnieni od samochodu, Internetu i komórki nie mają świadomości, że ich wolność (jak powiedział Hegel, a za nim towarzysz Lenin) polega na zrozumieniu konieczności. Nie dostrzegają, że już od dawna funkcjonują według schematu, którego nie wybierali. Wielodniowe wędrówki przez góry są już niemodne i utrudnione. Szlaki turystyczne dla pieszych zanikają w terenie, nie ma pieniędzy na ich odnawianie. Nawet na czerwonym, głównym szlaku beskidzkim znaki są zatarte i nie ma żadnych drogowskazów. W ich miejsce pojawiło się wiele informacji o ścieżkach edukacyjnych i nowych szlakach dla koni, rowerów lub amatorów oscypków.
Turyści przyjeżdżają własnym samochodem, wchodzą do schroniska, wypijają piwo reklamowane jako napój chłodzący i schodzą tą samą drogą. Kto chciałby ambitnie zejść innym szlakiem, nie ma autobusu, którym mógłby wrócić do samochodu. Przy tym modelu uprawiania turystyki i wypoczynku wspaniałe pałace wybudowane dla gości przy szosie w Ochotnicy stoją puste. Spacery po szosie są niebezpieczne. Spacery po polach i łąkach są naruszeniem prawa, ponieważ to tereny prywatne. Jedyne prawo obywatelskie, które przyswoili sobie mieszkańcy III RP, to prawo własności. „Na terenie mojej posiadłości mogę robić, co mi się podoba”. W II RP szlaki turystyczne były chronione prawem. W PRL to prawo przetrwało. Teraz zmienia się bieg szlaków, ponieważ jakiś oligarcha kupił górę, dolinę albo jezioro. Jedyną przestrzenią otwartą dla wędrowca są lasy państwowe.
Uniwersalnym lekarstwem na likwidację całej infrastruktury niezbędnej do życia (sklepy, szkoły, urzędy, poczta, nawet komisariaty) ma być według decydentów Internet. Proszę zatem uprzejmie wyborców o głosowanie na ludzi, którzy czytają książki i nie siedzą bez przerwy w Internecie. Może oni zauważą, że ktoś, kto nie ma komputera, e-konta i drukarki, albo brak mu umiejętności posługiwania się tymi narzędziami, też jest obywatelem Polski i nie powinien być dyskryminowany. Trzeba zapewnić mu jakieś możliwości kupienia biletu, kontaktu z urzędem, lekarzem, szkołą.
Wszystkie poradniki dla starszych ludzi, którzy chcą nauczyć się korzystania z komputera, kończy rada „zapytaj wnuczka”. Zazwyczaj e-wnuczek utożsamia komputer z Internetem, więc nauczy babcię ćwierkać na Twitterze lub oglądać filmiki na YouTube. Obserwowałam zdumiewające efekty walki z e-wykluczeniem. Gmina rozdaje komputery biednym objętym opieką społeczną. Babcia szpieguje na Facebooku młodsze pokolenie. Dżentelmen zainteresowany głównie piciem wódki teraz z powodzeniem surfuje po portalach randkowych w poszukiwaniu kobiety, która utrzyma go i posprząta zagnojone obejście.
Obserwowanie życia na prowincji pozwala oderwać się od schizofrenicznego świata mediów i wrócić do rzeczywistości.
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 28 sierpnia 2013 | opinie
Do informacji powracających każdego lata, w rodzaju „potwór z Loch Ness”, dziennikarze zaliczyli awantury o dopuszczalność uboju rytualnego. Wszyscy już na ten temat pisali z każdej możliwej strony, więc nie ma sensu powtarzać.
Ale, jak zawsze, pojawiły się dylematy: empatia dla ludzi czy empatia dla zwierząt, rozwój gospodarczy czy ochrona środowiska. To wdzięczny temat dla prawicowych publicystów i polityków, ponieważ daje okazję, aby zdecydowanie odciąć się od wszelkiego lewactwa, czyli żabek, piesków, kwiatków, i twardo stanąć po stronie ludzi i gospodarki. Popularny publicysta katolicki Tomasz Terlikowski sugerował, że kto współczuje krowom, ten akceptuje eutanazję ludzi. Mieliśmy zatem pełny kanon tradycyjnych wartości prawicy. A na koniec skuteczność polityczna. PSL zagroził Kaczyńskiemu, że utraci głosy wsi.
Spór o ubój rytualny jest klasycznym przykładem obrony interesów wąskich grup biznesowych, które dla zysku dowolnie i bez skrupułów żonglują faktami, wartościami i emocjami. Nie pochodzę ze wsi, ale w ciężkich czasach ludzie w mieście kupowali u chłopa świnię. Nie pamiętam, aby ktokolwiek mówił, że jakiś rzeźnik zabijał zwierzę bez skutecznego ogłuszenia. O jakich chłopach mówi PSL? Gdzie i kiedy polscy rolnicy zabijali wierzgające zwierzęta?
Rodzice tłumaczyli mi, że jeśli lubię jeść mięso, muszę pogodzić się z zabijaniem zwierząt, ale bez cierpienia i stresu. Panowała opinia, że mięso zwierząt hodowanych w złych warunkach i zestresowanych jest mniej smaczne. Żywienie naszego wilka kartoflami z odrobiną omasty wynikało z biedy, nie z zasad ekologii. Biedny pies próbował polować na barany, ale wściekli górale gonili nas z kłonicami. Psu zawsze udawało się umknąć z pola widzenia. Wegetarianizm nie jest dobrym sposobem na rozwiązanie problemu cierpień zwierząt.
Powoływanie się na wartości chrześcijańskie uważam za nadużycie. Okrucieństwo wobec zwierząt nie przekłada się na miłość do ludzi i do Boga, pana wszelkiego stworzenia. Kto nie ma serca dla zwierząt, nie ma go też dla ludzi. Bywa i tak, że człowiek samotny, wykluczony i poraniony traci zaufanie do ludzi i szuka przyjaciół wśród zwierząt. Nie jest to powód, aby się z niego naigrywać i go potępiać.
Pytanie, czy bardziej kochacie ludzi czy żabki, nie ma żadnego sensu. Porównywać można wielkości mierzalne, np. wyniki sportowe, wyniki głosowania, ilość zgromadzonych pieniędzy. Teraz rankingi wkroczyły we wszystkie dziedziny życia, ponieważ są wygodne dla urzędników, biznesmenów i ideologów. Przeciwnicy demokracji, zwolennicy neoliberalizmu, a także konserwatyści tęskniący do społeczeństwa klasowego chcieliby cały świat, wszystkich ludzi, państwa i narody, idee i poglądy ułożyć według wartościującej hierarchii. Tak łatwiej ludźmi manipulować i bezpieczniej można ich wyzyskiwać.
Panuje moda na ogłaszanie najważniejszej dla Polski sprawy, taki marketing polityczny skierowany do wyborców, dla których tekst na Twitterze jest już za długi. Hasło „wolne konopie” przyniosło sukces Palikotowi. Ale przeważnie redukowanie poglądów do jednego lub kilku haseł ma jeszcze ukryty cel ideologiczny lub polityczny.
Prymas Glemp chciał oszczędzić władzy i zbuntowanemu społeczeństwu zbędnej jego zdaniem walki, więc od pierwszych chwil po wprowadzeniu stanu wojennego powtarzał „życie jest najważniejsze”. Nie jest to prawda, choć brzmi przekonująco. Nie szukając daleko, są jeszcze Bóg, Honor, Ojczyzna. Nie można z tradycji Kościoła wykreślić świętych męczenników, ale udało się osłabić kult księdza Jerzego Popiełuszki, jako zbyt zaangażowanego politycznie.
Najważniejsza jest modlitwa – mówią katolicy, którzy nie chcą uczestniczyć w marszach 10. dnia każdego miesiąca, ponieważ mają one charakter polityczny. Nie ma powodu, aby temu zaprzeczać.
Teraz ze wszystkich stron słyszę, że najważniejsza jest rodzina. Jeśli rodzina będzie silna, kochająca się i wielodzietna, naród będzie rozwijał się pomyślnie. Anglicy taki zabieg propagandowy nazywają stawianiem wozu przed koniem. Jeśli społeczeństwo będzie słabe, zatomizowane, a państwo źle rządzone, rodzina nie ma większych szans. Żadne apele nie pomogą. Hasło „rodzina jest najważniejsza” nie kojarzy mi się dobrze. Przez cały okres komuny aż do teraz słyszę: „ja nie mogę się narażać, ja mam żonę i dzieci”.
Byliśmy niedawno w Czarnogórze i Albanii. Komunistom udało się dość skutecznie osłabić wszystkie religie, również islam, który teraz odbudowuje się dzięki wsparciu z zewnątrz. Natomiast tradycja zemsty rodowej przetrwała niemal nienaruszona. Więzi rodzinne, plemienne są pierwotne i trudno je wykorzenić. Rodzina to również nepotyzm, także mafia, np. sycylijska Cosa Nostra. W Polsce mafię utworzyły służby specjalne, pewnie to też rodzaj rodziny, w każdym razie prawo zemsty za zdradę działa tu bez przeszkód.
Natomiast niepokoi mnie, kiedy ludzie mówią, że rodzice kochający swoje dzieci zapewnią im wykształcenie, opiekę lekarską, wychowanie sportowe, wypoczynek, może jeszcze kupią mieszkanie. Rodzina zaopiekuje się seniorami, którym nie są potrzebne żadne emerytury. Wszystkie te funkcje rodzina spełni lepiej niż państwo – zapewniają moi rozmówcy – pod warunkiem, że państwo nie będzie grabić rodzin podatkami i zmuszać do ubezpieczeń. „To niesprawiedliwe, że muszę płacić wyższe podatki, żeby ktoś mógł posłać swoje dzieci na studia”.
Państwo opiekuńcze i prawa pracownicze atakowane są ze wszystkich stron, choć już niewiele praw i zasad wywalczonych ciężką i długą walką pozostało. Najgroźniejsze dla neoliberalnego porządku świata słowo „solidarność” zmieniło sens. Dla solidarności z Ameryką wzięliśmy udział w wojnach w Iraku i Afganistanie. Dla solidarności ze strefą euro ponosimy straty. Dla solidarnego wspierania światowego systemu finansowego rekompensujemy straty banków.
Dopiero teraz jest w pełni widoczne, jak niebezpieczna dla friedmanizmu była pierwsza „Solidarność”.